- Opowiadanie: Sagitt - Feliks Żachczyński i czwórząb z Zakros

Feliks Żachczyński i czwórząb z Zakros

Mam obawy dotyczące odbioru tekstu, jednak skoro poświęciłem mu tyle czasu, przeszedł betę i poprawki, to nie mogłem go nie opublikować. Samo jego ukończenie mnie cieszy, bo raz, że to kolejna konfrontacja pomysłu i cenne doświadczenie, a dwa, że przełamałem impas trwający od zeszłego roku.

Tekst jest… poważny i niepoważny zarazem. Istnieje w nim przekoloryzowanie i absurd i były one jak najbardziej zamierzone. 

Za betę i liczne poprawki podziękowania dla Monique.M oraz AmonRa.

Nie przedłużając już, zapraszam!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Feliks Żachczyński i czwórząb z Zakros

Odetchnąłem. Nie wiedziałem, czy bardziej odurzało mnie poranne majowe powietrze, czy smak z wolna zaciąganego dymu papierosowego połączonego z wybornym espresso. Na tarasie zaczęło być zimno, toteż wróciłem do kuchni. Siedziałem przy półwyspie i czytałem artykuły ze świata.

– Dzień dobry, kochanie. – Usłyszałem głos żony schodzącej z piętra.

– Dzień dobry. Jak ci się spało?

– Wybornie. – Justyna pochyliła się i przeciągle pocałowała mnie w usta. – Po wczoraj wybornie. Mógłbyś już więcej nie wyjeżdżać. A przynajmniej nie tak często, bo zaraz żona kierowcy tira będzie miała lepiej.

– Zostało już niewiele. I raczej nie mam po co tam wracać.

– Jeszcze zobaczymy – westchnęła i przewróciła oczami.

Faktycznie, mało zostało. Należałem do międzynarodowego zespołu archeologów, który prowadził wykopaliska siedem kilometrów na północny-wschód od Tikál. Początkowo wszyscy ufaliśmy, że odkryte przypadkiem w zeszłym roku, a dotąd niezbadane ruiny w środku dżungli, mogły pomóc nam rzucić więcej światła na życie codzienne Majów. 

Każdy na moim miejscu pewnie czułby się jak Indiana Jones, a prawda była taka, że znaleźliśmy niewiele, jak na zainwestowane środki pieniężne, czasowe, administracyjne i nerwowe. Z powodu poczucia porażki miałem w sobie wewnętrzny opór, by wracać. Wilgoć, palące słońce i legiony komarów też zdążyły dać się we znaki. Urlop stałby się może pretekstem dla szefa, bym został w domu już na dobre. Przebąkiwał coś o tym niedawno, więc miałem nadzieję.

Dopiłem espresso, Justyna jeszcze ciaśniej otuliła się szlafrokiem i wzdrygnęła się z powodu chłodu wpuszczonego do domu. Usłyszałem dźwięk powiadomienia z komputera, ze skrzynki mailowej.

– I co tam, wracasz szybciej? – zapytała uszczypliwie żona. 

– Daj spokój. To pewnie Karol lub Jaques z dziennym raportem.

Nabrała powietrza i trzymając oburącz kubek kawy, oparła się o futrynę. Próbowałem ją uspokoić, aczkolwiek pora na wiadomość była nietypowa. Jeśli u nas była ósma trzydzieści, to w Gwatemali był środek nocy. Otworzyłem maila jakby od niechcenia – to był Karol. 

– Justynko… – powiedziałem po chwili. Nie spoglądałem na nią.

– Wiedziałam, kochany. Normalnie wiedziałam.

 

***

 

– Mr Zejkcynsky, please come! Come here!

Carlos, jeden z naszych gwatemalskich pomocników, był dumny z tego, jak wymawiał moje nazwisko. Zawsze odpowiadałem na to serdecznym uśmiechem, doceniając niejako próbę stawania w szranki z językiem polskim.

Do Tikál było najbliżej z lotniska w Belize City, skąd odebrał mnie Carlos. Dawna brytyjska kolonia przywitała nas standardowo – słońcem, egzotyką i chałupniczo skleconymi domami. Сzas w samochodzie mijał szybko – to na zmianę rozmawiałem z Gwatemalczykiem, to oparty o drzwi z otworzonym oknem, rozmarzony patrzyłem na świat. Dopiero w takich chwilach wracało do mnie, że wyjeżdżanie z domu miało swoje plusy.

Kilka godzin później osiągnęliśmy granicę Belize i Gwatemali i po odprawie ruszyliśmy w dalszą podróż drogą, którą ograniczały ściany nieprzeniknionej dżungli. Do głównego obozu dotarliśmy późnym wieczorem. Szybko poszedłem spać, będąc gotowym, by następnego dnia znów odkrywać nieznane.

 

***

 

Chwyciłem poręcz i po wydrążonych w ziemi schodach zszedłem na dół, tuż za Karolem. Szalunek był bardzo dobrze zrobiony, toteż nic się na szczęście na nas nie sypało, a ja tym razem nie musiałem nikogo rugać. Pewnym krokiem weszliśmy przez obramowanie z dużych, wapiennych kamieni.

– Gdzie to nasze znalezisko?

– Tutaj – rzekł Karol i wskazał miejsce światłem latarki.

Przykucnąłem przy ścianie komory. Salka była prostokątna i niewielka – miała może dziesięć lub dwanaście metrów kwadratowych i oprócz tej jednej, odmiennej ściany niczym się w zasadzie nie wyróżniała. Z kieszeni wyciągnąłem swoją latarkę. Przyjrzałem się malowidłom.

Zawilgotniałe, nieco przetarte lecz możliwe do odczytania przedstawiały barwny pochód ludzi w strojach ceremonialnych z różnokolorowych szat, pereł, muszli i rajskich piór. Wśród nich było jednak coś jeszcze. Przysunąłem się bliżej, wytężyłem wzrok.

Ludzie-jagurary w różnych stopniach swojej kotowatości. Po lewej stronie salki posiadali nieznaczne ślady cętkowanej sierści. Spojrzałem nieco w prawo. Ludzie coraz bardziej przypominali koty, zaś zupełnie na skraju, na samym czele pochodu szły wyprostowane jaguary. 

Kompozycja malowidła wskazywała, że kolorowa grupa podążała w kierunku portalu, widocznego zupełnie po prawej stronie. W środek wkomponowany był przedmiot przypominający czwórząb, trzymany przez zwrócone do siebie, dwa jaguary. 

– Jak myślisz, co to może być? – zapytałem Karola, który również kucnął przy znalezisku.

– Pochód ku czci boga-jaguara. Może ku zaświatom, sądząc po tej bramie.

– Tak podejrzewałem. Tylko interesuje mnie to – ten czwórząb. Wygląda tu jak widelec – powiedziałem z udawaną, grobową miną.

Karol parsknął śmiechem.

– Relacja BBC z Gwatemali, archeolodzy z Polski odkryli, że Majowie wyprzedzili świat w kwestii używania sztućców – odpowiedział, nie przestając się śmiać.

– Chcę mieć takie w domu. Dopilnuj tego. A wracając, natrafiliście na cokolwiek podobnego, kiedy mnie nie było? – zapytałem, ponownie wskazując na malunki.

– Nie. Wertowałem też źródła i nic.

Zamilkliśmy, przyglądając się malowidłom. Zaintrygowały, bo nie były podobne do czegokolwiek, co widziałem wcześniej! Ponadto ślady historii zawsze wzbudzały we mnie fascynację – ludzie, którzy je stworzyli dawno przecież przeminęli, a to co po nich zostało, miałem przed sobą. Bardzo istotny ślad, który znaleźliśmy.

Po chwili kontemplacji poświeciłem dalej, lustrując podziemną komorę. 

– Nic więcej, oprócz tego?

– Nic a nic, Feliks. 

Potem przejrzałem harmonogram realizowanych prac, wściubiając nos praktycznie w każdy badany rejon wykopalisk i niedługo potem wróciliśmy do obozu. 

 

***

 

Rodzice zawsze powtarzali mi, bym nie odpuszczał. Przez długi czas kierowałem się tym podświadomie, co czasem szkodziło, ale kiedy to zrozumiałem, wcale nie było lepiej. Wtedy była to już kwestia przyzwyczajenia. 

W kwestii nierozwikłanej zagadki malowideł też nie odpuszczałem. Przez następne dwa miesiące w Gwatemali notorycznie się nie wysypiałem, kiedy po całodziennych pracach siadałem przed komputerem w poszukiwaniu choćby poszlaki. Wertowałem publikacje i książki. Nie znajdując odpowiedzi poszedłem dalej, szukałem podobieństw w kulturach i mitologiach Azteków, Olmeków czy Tolteków. Bezskutecznie.

To samo robiłem po powrocie do Polski. Justyna denerwowała się, że zaniedbuję ją, dzieciaki i dom. Może nie groziła rozwodem, lecz wiedziałem, że muszę nieco spuścić z tonu, choć odkrycie nie dawało o sobie zapomnieć. I tak spędzałem nad nim sporo czasu.

Późniejsza konsultacja z innymi badaczami kultur Mezoameryki ostatecznie wykrystalizowała pogląd, że to pochód ku czci boga-jaguara, a brama symbolizowała zaświaty, do których, prędzej czy później, mieli trafić wszyscy z tego barwnego korowodu. Natomiast kwestia czwórzębu i umiejscowienia malowideł pod ziemią, a nie w świątyni, pozostawały osnute tajemnicą.

 

***

 

Minęło pół roku. W tym czasie wypuściliśmy publikację dotyczącą prac w Gwatemali i wróciłem do prowadzenia zajęć na uczelni. Nie tyle zrezygnowałem z poszukiwania odpowiedzi, co czułem zawód i nie poświęcałem temu tyle czasu. Bywało też, że usprawiedliwiałem się przed sobą “ważnymi sprawami bieżącymi”, bo tak było po prostu łatwiej, kiedy ambicja została nieco poturbowana.

Pewnego dnia, po wykładzie z metod datowania zerknąłem na telefon. Nieodebrane połączenie z zagranicy.

Oddzwoniłem natychmiast po przyjściu do gabinetu. Moim rozmówcą nie był byle kto, tylko Heinrich Eber, ceniony naukowiec, profesor archeologii z Uniwersytetu w Toronto. Po wymianie uprzejmości poprosił o wideorozmowę, bo, jak mówił, lubił widzieć człowieka, z którym dyskutuje. Kilkanaście minut później połączyliśmy się na komunikatorze.

– Dzień dobry! Dobrze pana widzieć, panie Feliksie!

– Dzień dobry profesorze, pana również!

– Wracając do naszej rozmowy, wraz z całym zespołem poświęciliśmy wiele uwagi ostatniej pańskiej publikacji. Już samo znalezisko budzi ciekawość, lecz bardziej intrygują mnie potencjalne powiązania z naszym znaleziskiem z Chin. 

– Z tego co słyszałem, pracowaliście w północno-wschodnim Shaanxi?

– Zgadza się. Dobrze pan zorientowany! Wykopaliska z czasów dynastii Qin. Wiele udało nam się odkryć i opisać we współpracy z naukowcami Państwa Środka. W tym dość ciekawą podziemną salkę.

– Podziemną salkę?

Wyprostowałem się i poprawiłem na siedzisku. Zabrzmiało to dziwnie znajomo z ust profesora Heinricha. 

– Zgadza się. Bogato zdobiona, około dziesięciu metrów kwadratowych, z centralnie położonym wgłębieniem, najpewniej po jakimś postumencie, skradzionym w czasach jeszcze starożytnych. Wnioskujemy, że pochodzi z czasów pierwszego cesarza – Shi Huangdiego, z około dwieście trzydziestego roku przed naszą erą.

– To co wyróżnia tę konkretną salkę, profesorze?

– Malowidła! – Heinrich wręcz krzyknął podekscytowany, prawie podrywając się z krzesła. Przeczesał niedbale już zupełnie biały, kosmaty wąs i kontynuował:

– Na ścianach są dobrze zachowane obrazy przedstawiające pochód ku czci chińskich bóstw. Ludzie ubrani na modłę tamtych czasów, lecz w pochodzie były też stworzenia przypominające humanoidalne koty. Po oczyszczeniu dalszych fragmentów doszliśmy do tego, że pochód zmierza do wywyższonego przedmiotu. Czegoś, co nazwaliśmy czwórzębem, trzymanego przez dwa, zwrócone ku sobie, tygrysy.

Wygiąłem usta w łuk i mimowolnie pokręciłem głową. Brzmiało znajomo, a przecież już zrezygnowałem z dalszych poszukiwań. Wydawało się, że salka nie miała wielkiego znaczenia.

– Właśnie w tej chwili wyślę panu zdjęcia ścian salki, proszę się samemu przekonać. 

– Obejrzę z wielkim zaciekawieniem.

To była bardzo długa minuta oczekiwania na maila. A następnie jeszcze bardziej nieznośne dziesięć sekund otwierania otrzymanych plików. 

Pochyliłem się nad laptopem i oparłem podbródek na zaciśniętej dłoni. Szybka analiza. Podobieństwo było naprawdę uderzające, a przecież oba znaleziska dzieliło ponad trzynaście tysięcy kilometrów.

Heinrich uśmiechał się szeroko.

– Profesorze? – podjąłem po chwili. – Czy macie podejrzenia, czym mogły być czwórzęby widoczne na malowidłach i czy też istnieje między nimi jakiś związek? 

– Niestety nie. I właśnie też dlatego do pana dzwonię. W przeciągu ostatniego miesiąca natknęliśmy się na przedmiot, który wizualnie pasuje do naszych znalezisk. Czy się to potwierdzi? Potrzeba nam twardych dowodów i sporo odwagi, by wyjść z tym do szerszego świata nauki. 

– Znalazł pan taki czwórząb w Chinach?

– Nie ja i nawet nie w Azji – odparł profesor po raz kolejny przeczesując wąsa. – Znaleziono taki na Krecie, lata temu. 

O ile porównanie malowideł miało jeszcze jakieś logiczne uzasadnienie, tak dodanie wątku kreteńskiego namieszało mi w głowie. Ciekawość walczyła z wyuczonym, naukowym sceptycyzmem, podsycanym wcześniejszą rezygnacją. Kiedy byłem początkującym archeologiem szukałem sensacyjnych znalezisk lub interpretacji, które mogły szerzej otworzyć drzwi do świata nauki.

Kilkukrotnie się sparzyłem, nabrałem pokory i dystansu. Systematyczna i rzeczowa praca doprowadziła mnie tu, gdzie byłem. Chociaż jak każdy, kto chce się realizować w tej dziedzinie, potrzebowałem wielkiego sukcesu.

– Skąd zatem przypuszczenie, że to może być powiązane? – zapytałem w końcu. – Na chwilę obecną wygląda to jak czysty zbieg okoliczności.

– Przez inskrypcje. Rozszyfrowano znaczenie kilku słów z urny zawierającej czwórząb. Pasują po części do znaczenia malowideł i z Chin, i z Gwatemali.

– To jak zatem mogę panu pomóc? 

– Chciałby się pan wybrać do Berlina, by to zbadać?

Sceptycyzm sceptycyzmem, lecz ciekawości nie potrafiłem w sobie zdusić.

 

***

 

Oto ja i czwórząb. W niedostępnych czeluściach berlińskiego Pergamonmuseum.

Wysokie regały wypełniały szczelnie zamknięte skrzynki i skrzyneczki, półki uginały się od gablot i akt. W pomieszczeniu bez okien dano mi możliwość, bym zbadał czwórząb, tak jak go dumnie określano. Nie było monitoringu, ponieważ system gruntownie modernizowano. Przed wyjściem z salki miałem się wylegitymować i zdać przedmiot, uprzednio wołając strażników stojących za drzwiami. Heinrich użył całego swojego autorytetu, by tak dało się to zrobić. No i znajomości, ale o tym nikt otwarcie nie mówił, by nie umniejszać profesorowi. 

Zabrałem się do pracy. Widelec, jak go ironicznie nazywałem, leżał w małej gablotce przede mną.

Zerknąłem na skrupulatnie wypełnioną kartę informacyjną. Zawierała wszystkie możliwe kategorie, od szczegółowego opisu przedmiotu, poprzez datowanie i materiał, aż do próby określenia dawnej funkcji. 

W sekcji „historia” dowiedziałem się, że czwórząb znaleziono wśród ruin pałacu w Zakros na Krecie. Pałac pochodzi z czasów kultury minojskiej, która przez historyków jest słabo poznana. Datowanie czwórzębu nie dało rezultatów, jednakże na podstawie wieku urny, w której się znajdował, oszacowano, że pochodzi z tysiąc sześćset czterdziestego czwartego roku przed naszą erą. Do dokumentacji załączono zdjęcia ceramicznego naczynia. Przejrzałem je dokładnie, zwracając uwagę, że na inskrypcjach dodano kontrast, dla lepszego wyszczególnienia. Po chwili wertowania dokumentów znalazłem wpis, który ich dotyczył:

Opierając się na badaniach pisma linearnego B pod przewodnictwem Johna Chadwicka i Michela Ventrisa, dokonano prób rozszyfrowania pisma linearnego A, które widoczne jest na czwórzębie z Zakros, oraz na urnie, w której go pierwotnie znaleziono. W drugiej linijce, od siedemnastego znaku, licząc od strony lewej, wyodrębniono znaczenie kilku słów: brama, iść, dolina, świątynia, koty. 

Brama, iść, dolina, świątynia, koty? W tym nietypowym zestawie nie potrafiłem przypisać roli “dolinie”, resztę można było przyporządkować zarówno jednym i drugim malowidłom – idące pochody, koty, brama, którą na początku zinterpretowałem jako portal, mogła znajdować się przecież w świątyni. Stwierdziłem, że przeczytam wszystko i później wrócę do tego fragmentu.

Wydawało się, że czwórząb funkcji użytkowej, we współczesnym rozumieniu, nie miał. Założyłem, że nie spożywano nim posiłków, bo był za ciężki. Czymś takim nie dałoby się po prostu zręcznie nabić oliwki czy jagnięciny. Ważył tysiąc dwieście siedemnaście gram, będąc, za wyjątkiem nieco grubszej rękojeści, normalnych rozmiarów. Można rzec, wymiarami mieścił się ramach współczesnych kuchennych standardów. Niewielkie gabaryty i duża masa wskazywały na dotychczas niespotykaną gęstość materiału tworzącego czwórząb. To zastanawiało.

Im czytałem dalej, tym bardziej nie potrafiłem połączyć faktów. Natrafiłem na kolejną notatkę:

Po wykonaniu badania XRD (dyfrakcja rentgenowska) stwierdzono, iż wyemitowane promieniowanie rentgenowskie nie odbija się na warstwach krystalicznych ciała, a zostaje pochłonięte przez materiał, co jest nieznanym efektem dla obiektów podobnych rozmiarów. Badania powtórzono jeszcze na dwóch innych urządzeniach, jednak z tym samym wynikiem. Próby z użyciem innych metod określenia składu chemicznego i struktury obiektu skutkowały niepowodzeniem, skąd niemożliwe jest określenie materiału tworzącego tzw. czwórząb.

Heinrich wspominał, że w oficjalnych materiałach poświęconych czwórzębowi pomijano aspekt masy, ponieważ stwierdzono, że postęp technologiczny pomoże w przyszłości rozwikłać zagadkę. Potem o przedmiocie zapomnieli wszyscy – i to na dziesięciolecia. Postanowiłem przekonać się osobiście o jego nietypowych właściwościach. Nałożyłem rękawiczki, przybliżyłem gablotkę i otworzyłem ją.

Pewnie złapałem czwórząb, choć z należytym wyczuciem. Rękawiczka wydawała się nieco ślizgać po powierzchni. Na swoje nieszczęście to zignorowałem.

Pamiętam tylko, że chciałem się przysunąć bliżej blatu. Krzesło na kółkach wyjechało mi spod tyłka, a ja gruchnąłem o podłogę tak mocno, że aż zadzwoniły zęby. Widelec poleciał do góry, w hollywoodzkim stylu kilka razy obrócił się w powietrzu i spadł, raniąc lewe przedramię. A może utrzymałbym go w dłoni, gdyby nie rękawiczka…

Szybko powstałem, byłem przerażony. Zerknąłem na czwórząb – na szczęście był cały. Odłożyłem go do gablotki, a usta bezgłośnie wyrecytowały potok przekleństw. W salce dało się słyszeć tylko ciężki oddech i brzęczenie starej świetlówki. Wtedy też poczułem pieczenie. Rozpiąłem ciemny rękaw koszuli i zobaczyłem cztery dziury po uderzeniu.

Przysunąłem przedramię bliżej twarzy. Dziwne, że rana nie krwawiła. Ze wszystkich zadrapań po kontakcie unosiły się nikłe wstążki, jakby dymu. Co chwilę zmieniał kolor, a ja tak siedziałem sparaliżowany. Co się właśnie działo?! Nie miałem zawrotów głowy, a zegarek wyraźnie wskazywał godzinę.

Gdy dym zmienił kolor z niebieskiego na czerwony, mimowolnie przytknąłem dłoń do suchej rany. 

I świat zwolnił.

 

***

 

Nie zamykałem oczu. Otoczenie chwilowo pociemniało, przybierając kolor najdoskonalszej czerni, jaką kiedykolwiek widziałem. I coś w mroku rozbłysło, a przy tym poczułem niby gwałtowne uderzenie wiatru rzucające mnie na wszystkie strony. Po chwili zaś spokój, chociaż czułem się, jakby ktoś na siłę przeciągnął mnie przez bardzo wąski otwór.

Czy to był sen? Utrata przytomności? Myślenie nie było przytłumione, a cztery dziury po widelcu miały w sobie zakrzepłą krew. I piekły, szalenie mnie piekły.

Po chwili doszedłem do siebie. Ze skraju polany, na której się znalazłem, dostrzegłem szpiczaste góry nad lasem. Monumentalne rośliny, o setkach odnóg i konarów pięły się i przysłaniały znaczną część fioletu nieba. Zawiał słodki wiatr, a cienie gałęzi zatańczyły chaotycznie. 

Nie wiem, co to były za drzewa, lecz wyglądały jak gigantyczne chrobotki reniferowe. Jak później oszacowałem, miały przynajmniej pięćdziesiąt metrów wysokości. Powiedziałem do siebie:

– Ludzki mózg osiągnął granicę absurdu, niemożliwą do uzyskania w realnym świecie. Trzeba się obudzić… 

Zerwałem garść kwitnącej na biało, szaroburej trawy. Ugniotłem ją w nadziei, że poczuję fakturę czegoś, co mogło być pod ręką w salce z muzeum. Trawa była giętka i nienaturalnie szorstka.

 

***

 

Nie ocknąłem się.

Już dawno rzuciłem pęk trawy na bladokarminową, pylistą ziemię. Szedłem przez powykręcane zarośla. Odtrącałem je, zginałem i łamałem, idąc naprzód. Tam, gdzie roślinność się przerzedzała, zauważyłem łunę na niebie, a nieco później wschód drugiej dziennej gwiazdy. 

Gdzieniegdzie wielkie owady uciekały w popłochu, czasem słyszałem pohukiwanie w oddali, w gęstwinie. Na myśl przyszło mi podobieństwo dżungli z Meksyku.

– Feliks, oszalałeś. Zatrzymaj się – powiedziałem do siebie.

Usiadłem na zwalonym, czerwonym pniu. Niewygodny, sęki wbijały mi się w uda, a w kolorze był niesłychanie podobny do gruntu. Kiedy się umościłem, podjąłem próbę podsumowania swojej sytuacji.

– Dobra. Wywaliłem się na krześle i przestawiło mi się w głowie. Byleby nie trwale… chociaż dzieciaki nie mają normalnego ojca, to nie chcemy pogarszać tego stanu. 

Pień poruszył się, a ja momentalnie odskoczyłem i pobiegłem kilka kroków. Obróciłem się i zobaczyłem swoją pomyłkę. 

Rzekomy pień wstał, oparł się na czterech łapach i lustrował mnie pustym spojrzeniem szybko poruszających się czarnych oczu. A potem, jakby nigdy nic, podszedł do najbliższego krzaka i zaczął go skubać.

– Roślinożerny kameleon wielkości krokodyla nilowego… – zaśmiałem się histerycznie. – Absurd! Czego to wyobraźnia nie wymyśli!

Odszedłem kawałek z tego miejsca, by nie niepokoić gada.

– Dobra, Feliks. Nie wiem, kiedy się obudzisz, ale jak się to stanie, to zobaczysz lampy szpitalne w sali pooperacyjnej. A może… w sumie czemu by nie skorzystać z nieziemskich projekcji, skoro ich odczuwanie jest tak realne?

Uznałem to za dobry plan. Taka okazja się przecież nie powtórzy. Ruszyłem dalej doliną, torując sobie ścieżkę przez krzaki. Stada kolorowych, drepczących ptaków przypatrywały mi się badawczo, a ja machałem im jak głupek i mówiłem do nich.

Tak szedłem i poznawałem nowy, abstrakcyjny świat. Ptaki, teraz z kolei lotne, śpiewały w koronach wielkich mchów i wyrywały sobie nawzajem zdobyte orzechy. Dalej dostrzegłem chmarę srebrzystych jeleni i pancerniki, kopiące sobie nory w luźnym gruncie. 

Zmęczenie mięśni było jednak bardzo rzeczywiste, tak samo jak pragnienie czy głód. Maszerowałem przynajmniej kilka godzin, kiedy pierwsze ze słońc zniknęło za ścianą roślinności. Usiadłem pod rozłożystym drzewem, chcąc chwilę odpocząć. Z suchych badyli zrobiłem sobie siedzisko, kiedy zaszła druga gwiazda. Oparłem się na chwilę i poczułem senność. Odpłynąłem.

 

***

 

Wedle przewidywań, w końcu musiałem się obudzić.

Przetarłem sklejone oczy, a przez ciało przeszedł zimny dreszcz. Wszystko było na swoim miejscu. Wyblakła, czerwona ziemia, migoczące kamienie, dziwne krzewy i las monstrualnego mchu ze znaczną liczbą nieznanych istot.

– Niech to! – krzyknąłem, podrywając się. – Więc dalej tu jestem!

Trudno mi było myśleć w kategoriach realnych, choć czy możliwe jest zaśnięcie i obudzenie się we śnie? Zakładając, że nie jest to sen, ani zaświaty, bo gdzie przecież po upadku z krzesła, pozostało jedno rozwiązanie – przyjąć, że świat jest realny, pomimo wypierania tego faktu przez psychikę. 

Na ostatni wybór jeszcze nie byłem jednak gotowy. Wściekły i zagubiony, miotałem się, nie wiedząc co robić. Co można było w mojej sytuacji?

Przypomniało mi się wtedy, że w wieku licealnym lubowałem się przecież w sztuce przetrwania. Rodziców nawet nie pytałem o zgodę na taki wyjazd… lecz posiadałem mocne podstawy teoretyczne w tym zakresie, a zawsze to coś. Wszystko dzięki książkom i programom Beara Gryllsa. 

Dolina była bardzo rozległa, a ja za wskazówkami mojego idola ruszyłem w dół. Gdzieś na pewno płynął potok, od którego się oddaliłem, a idąc z jego biegiem, teoretycznie mogłem trafić do cywilizacji.

Ta myśl dodała mi werwy, chociaż głód niesamowicie doskwierał, ściskając żołądek żelaznym uchwytem. Szacuję, że nie minęła godzina, a dotarłem do wyczekiwanej wody. Kilkanaście łapczywych – i nieodpowiedzialnych przez ryzyko zatrucia – łyków i ruszyłem dalej, przedzierając się przez gęstwinę, pokonując głębokie jary i zręcznie przechodząc po chyboczących się zwalonych pniach nad połyskującym potokiem. 

Koniec dnia zaskoczył na tyle, że znów spędziłem noc pod chmurką. 

 

***

 

Większe słońce zbliżało się powoli do widnokręgu. Mniejsze miało niby spory kawałek do pokonania, aczkolwiek wydawało się, że sukcesywnie zmniejsza dystans do tego pierwszego. 

Po jakich orbitach gwiazdy by nie krążyły, z nerwów rozbolał mnie brzuch. Obawiałem się, że znów zostanę bez schronienia na noc, która nie wiem, ile dokładnie potrwa. A to było jedno z wielu pytań bez odpowiedzi. Nie wiem, jaki odcinek udało mi się tego dnia pokonać. Świat coraz bardziej zdawał się prawdziwy, chociaż szaleńczo niezgłębiony.

Trochę otuchy dodało mi później znalezienie truchła wielkiego żuka. Ze dwa razy większy od owczarka niemieckiego, na moje szczęście nie śmierdział już padliną, a jedyne co z niego zostało to wyblakły zielony pancerz, sztywne odnóża i ostre żuwaczki. Pomyślałem, popatrzyłem i pewnym ruchem spróbowałem odłamać odnóże. Stawiało opór, ale w końcu pękło z chrzęstem u nasady. 

Wyłamałem dwa, w pobliskich powykręcanych krzakach udało mi się pozyskać w miarę prosty i wytrzymały kij bez sęków. Korę i większe nierówności starłem na połyskujących kamieniach walających się tu i ówdzie.

Podniosłem dumnie głowę, dzierżąc oburącz owadzi topór bojowy. Poszedłem dalej szukać schronienia, a przechodząc obok kępy uschniętych krzaków uderzyłem, testując nową broń. Solidna konstrukcja – odnóża względem trzonka nawet nie drgnęły.

Gumka z bokserek sygnowana marką Hugo Bossa spełniała swoją funkcję, a ja prosiłem los, by dżinsy za bardzo nie otarły mi tyłka.

 

***

 

Następnego ranka obudziły mnie paniczne odgłosy ucieczki. Ni to pisk, ni to skowyt, ale jakieś duże zwierzę zostało złapane. Szamotanina przeniosła się nad potok, stąd widziałem co się działo.

Srebrzysty jeleń w czarne paski szarpał się, kiedy sporych rozmiarów kotowate ostatecznie go dobiły. Jakim zaskoczeniem było, gdy dwa z nich zabrały zdobycz, a pozostałe stanęły i odmaszerowały na dwóch łapach, w nienagannej, pionowej pozycji.

Potem ucichło. Wtedy ruszyłem dalej, będąc tylko nieznacznie spokojniejszym. Musiałem uważać, bo równie dobrze mógłbym zostać kolejnym obiadem. 

Towarzyszyły mi skrajne uczucia. Świat kusił tym, co nieznane, zwodził zmysły, obezwładniał i skupiał moją ciekawość. Z drugiej strony walczyłem, próbując tłumaczyć sobie świat jako projekcję umysłu po upadku z widelcem. Ta ostatnia perspektywa stawała się jednak coraz bardziej nierealna. Było zbyt prawdziwie, zbyt boleśnie i niewygodnie.

 

***

 

Trzask zakłócił spokój nocy. Kilkanaście kroków ode mnie coś złamało suchą gałązkę.

Poderwałem się, złapałem owadzi topór i przysunąłem się do skalnej ściany jaru. Wyciągnąłem broń przed siebie. Nocami nic mnie nie niepokoiło, a tymczasem w blasku trzech nieregularnych księżyców dostrzegłem wiele par ślepi. Jedno ze stworzeń podbiegło w moim kierunku, zrobiłem zamach, lecz nie trafiłem. Próba zadania drugiego ciosu, odnóża zaświszczały złowrogo w powietrzu, a ślepia rozeszły się i otoczyły mnie ze wszystkich stron. Ale w pojedynku nie byłem nawet tym zwinnym – silny osobnik zwalił się na mnie i padłem na wznak.

– Aaa! – krzyknąłem bojaźliwie i poczułem ucisk kłów obejmujących szyję. I ciepłą, lepką ślinę na niej.

Przekonany, że lada moment nastąpi koniec, przywołałem obraz Justyny i dzieciaków. Wszelkie plany miały się przecież skończyć. Zaginąłem w nieznanym świecie, a oni mieli się o tym nigdy nie dowiedzieć.

 

***

 

Szerokie łapy, które czułem na plecach, uzbrojone w pięć zakrzywionych pazurów, nie wydawały się na początku zbyt zręczne. A jednak.

Właśnie nimi, siedem osobników przywiązało mnie do pęku długich kijów. Liany były wyjątkowo mocne i pewnie też świeżo zerwane, bo nie usunęły z nich wszystkich liści.

Nieznane stworzenia niosły mnie całą noc, praktycznie się nie zmieniając w tym obowiązku. Wypłowiała purpura nieba pojawiła się niespodziewanie. To była oznaka nadchodzącego dnia, a kiedy w końcu nadszedł, dostrzegłem istoty-porywaczy i mogłem im się przyjrzeć.

Większe od człowieka, a część z nich poruszała się wyprostowana. Niektóre czarne, niektóre szarobure, pojedyncze rude, często w cętki. Wielkie kotowate. 

Odkrywców nowych światów obowiązuje niebywale przyjemny obowiązek nazywania nieznanego. Toteż nazwałem owe osobniki rasą Felidae. 

Niosły mnie dalej, w świetle dnia, a ja przerażony obserwowałem gdzie. Krajobraz nieco się zmienił, nie szliśmy tylko przez las – także mijaliśmy duże połacie łąk. Potok, wzdłuż którego trzymałem się wcześniej, był teraz rzeką, leniwie toczącą swe masy przez krainę.

Dostrzegałem coraz więcej ciekawych spojrzeń wielkich kotów wyściubiających głowy ze swoich dziupli w pniach drzew. Z biegiem drogi niektóre kotowate dołączały się do pochodu. Z małej grupy powstał mruczący tłum. A moim porywaczom najwyraźniej się gdzieś spieszyło.

– Dlaczego wszystkie idą za mną? – powiedziałem półgłosem.

Zastanowiłem się. Słowa inskrypcji z urny z Zakros: brama, iść, świątynia, dolina, koty. Tak! Dopiero teraz się wszystko układało. Przetransportowałem się przez międzywymiarową bramę przy pomocy czwórzębu, nieświadomie poszedłem doliną w kierunku świątyni wielkich kotów…

Świątyni? Odpowiedź w końcu się pojawiła.

Las w tym miejscu tworzył szczelną, roślinną kopułę. Bladoniebieskie, nieuchwytne świetliki krążyły, oświetlając jej najciemniejsze zakamarki, a na samym jej środku wznosiła się świątynia ze stalowoszarych łupków. Do głównej części na szczycie prowadziła para schodów. Gdy dotarliśmy do podnóża, do pomocy we wnoszeniu mnie podeszły dwa inne Felidae. Wówczas cały tłum rozłożył się u stóp sanktuarium i zaczął miauczeć.

– Koci ziggurat, psia mać. I jęczą gorzej, niż w marcu…

 

***

 

Felidae położyły mnie na podłodze, a ja wiedziałem, że byłem w kropce. Po drodze widziałem kości ułożone w wieloramienne gwiazdy. Wydawało mi się, że jedne były ludzkie. W pomieszczeniu kotki wyciągały się i prężyły, rozciągając grzbiety i pokazując kształtne, szczupłe łapy, a kocury krążyły – wchodziły z upolowaną zwierzyną i wychodziły.

Rozejrzałem się. Surowe wykończenia ścian nawy głównej zdobiły malowidła podobne do tych z okolic Tikál i z Chin. Dostrzegłem rysie, tygrysy, lwy, oceloty i jaguary. Możliwa wskazówka, że na Ziemi ukrytych było więcej miejsc futrzastego kultu. 

Niby mimochodem obróciłem głowę, by zlustrować resztę pomieszczenia. Centralny punkt zajmował… niech mnie! Widelec! Lewitował nad czarnym postumentem w najbardziej wyeksponowanym miejscu świątyni. Usłyszałem, jak wzmaga się miauczenie zgromadzonych na zewnątrz kotów. Musiałem coś zrobić, aby spróbować się stąd wydostać. Może ukłucie czwórzębem dałoby możliwość podróżowania w drugą stronę?

Często w życiu podpierałem się improwizacją i w tym wypadku też nie myślałem zbyt długo. Olśniło mnie, więc nieco poprawiłem się w pętach, tak, aby aż tak bardzo się nie wrzynały, rozejrzałem się po mojej odpoczywającej eskorcie. Uniosłem głowę, zaczerpnąłem powietrza i głośno, naturalnie… miauknąłem.

Niektóre Felidae podniosły się energicznie, niektóre tylko przekręciły głowy, aczkowiek zareagowały wszystkie. Powtórzyłem komunikat, starając się zachować neutralność w przekazie. Ot, zwrócenie na siebie uwagi, może przywitanie, może pozdrowienie.

Kilka z nich podbiegło i padło na cztery łapy. Wąchające pyski mnie otoczyły. Znowu miauknąłem, odskoczyły na ułamek sekundy, by znów podejść badać dziwny okaz, którym niewątpliwie byłem. To jeden nachylił się nad ucho, inny przypadkiem wpakował mi wibrys w oko. Kiedy poczułem na karku wilgotny nos, wzdrygnąłem się.

Wtedy pojawił się on – ten dominujący, który miał najbardziej miękkie i ciepłe miejsce w kamiennej świątyni, a bogaty monolog jęków, miauknięć i syknięć pozwalał skutecznie kierować stadem. 

– Koci król nadchodzi.

Podszedł pewnie, normalnie, na czterech łapach. Naczelny Feliae pochylił się nade mną i wydał gardłowy jęk:

– Miauuuuu.

– Przepraszam, nie rozumiem – odpowiedziałem z udawanym spokojem. – Nie rozumiem co mówisz do mnie sierściuchu. Ale wiesz co? To wszyscy trzęsą futrem na twój widok, nie ja.

– Mrrrr – mruknął koci król. Przekrzywił głowę i dalej patrzył zaintrygowany.

– To jak cię tam zowią, co?

Z perspektywy czasu mogło się to wydawać skrajnie głupie, lecz wyrażanie tego, co moje, było bardzo ważne. Dodawałem do trudnego kontaktu z przedstawicielami obcej rasy elementy, które sam rozumiałem. Rozumiałem połowę naszego skomplikowanego dialogu, a to naprawdę dużo.

Wszystkie koty wpijały we mnie ślepia i kręciły nerwowo ogonami.

– To jak? – zagadnąłem powtórnie. – Jeśli tylko mówią per “miau”, to ja cię nazwę. Nadam ci nazwę wedle stanu, jaki w sobie mam. A co mogę teraz czuć?! Obłęd?! Nie, jesteś Szalony. Wolisz Szalony, in English “sir Crazy”, pa ruski – Bezumnyj – czy może… Loco! Po hiszpańsku! Tak się mówi na takich jak ty w miejscu, gdzie znalazłem to przeklęte znalezisko! Szkoda, że na tych malowidłach nie rosły banany! Cholerny Karol, dlaczego on to znalazł i odkopał?!

Walnąłem związanymi pięściami w podłogę i załkałem żałośnie. Kocur odpowiedział na to syknięciem i zdenerwowany trącił mnie łapą. Wydał, domniemam, niezrozumiałe rozkazy, w świątyni zaroiło się więcej Felidae. Wtedy znów do mnie podszedł i szybkimi ruchami wyciągniętych pazurów rozciął wszystkie więzy. Poczułem, jak krew znów swobodnie przepływa przez zdrętwiałe przeguby. Domyśliłem się, że gdybym miał zostać obiadem, to by to załatwili szybko, więc w grę wchodził tylko jakiś rytuał. Jeśli miałem zostać kościstą gwiazdą w świątyni, to trudno, ale tak łatwo nie miało być.

Uderzyłem nachylonego nade mną naczelnego kocura pięścią w nos, na co odskoczył błyskawicznie, zachwiał się i parsknął.

Poderwałem się, wrzasnąłem jak wariat, machałem rękami, a przerażone Felidae próbowały szybko uciekać, lecz łapy ślizgały się na kamiennej, wytartej podłodze. Znów wrzasnąłem, jeden kot potykał się o drugiego jeszcze bardziej potęgując chaos. Działało, więc krzyczałem dalej:

– Co, futrzaste, wywalające się o siebie ciamajdy?! Prędko mnie nie zeżrecie!

Torowałem drogę bojową postawą, kopnąłem kilka prowizorycznych misek, które zafurkotały w powietrzu, rozległo się głuche dudnienie od ogryzionych kości spadających na posadzkę. Warknąłem na kilka kotów zbytnio zdezorientowanych, by uciekać i wykorzystując popłoch błyskawicznie znalazłem się przy postumencie i złapałem za lewitujący czwórząb.

Koci król jednak był bardzo zły. Zjeżył się i położył uszy. Syknął i popędził w moim kierunku.

Chwyciłem kurczowo widelec, machnąłem przed pyskiem futrzaka, cofnął się i jeszcze bardziej zjeżył. Krzyknąłem, jeszcze bardziej się oddalił, wygiął grzbiet w łuk, przekrzywił tułów i zastygł w oczekiwaniu.

Niespokojnie podrygujący ogon wskazywał, że nastąpi atak.

Zacisnąłem szczękę i pokazałem mało imponujące zęby. Aby zyskać chociaż odrobinę czasu. Koci król obniżył głowę, nie przestając się we mnie wpatrywać przestąpił z łapy na łapę.

Lecz miałem przecież czwórząb. Szybko ukłułem się nim w przedramię i syknąłem z bólu. Nic nie następowało. Jeszcze raz!

Felidae rzucił się na mnie, jednak uskoczyłem w bok. Kolejny raz machnąłem przed nim widelcem i wrzasnąłem, próbując utrzymać dystans, a potem znów boleśnie ukłułem przedramię. Poczułem słabość. Od kilku dni nie jadłem, więc prędzej czy później musiało mi się to dać we znaki. Pociemniało mi w oczach, zachwiałem się i upadłem jak szmaciana lalka.

I świat zwolnił.

 

***

 

Ocknąłem się, cały zziajany i klejący od potu. Odłożyłem gablotkę z czwórzębem, wrzuciłem papiery na swoje miejsce i w amoku wyszedłem, obijając się o ściany i zdawkowo meldując strażnikom koniec.

Po wyjściu z muzeum miałem ochotę wypalić wagon papierosów, a w paczce zostało tylko sześć. Ręce mi drżały tak, że na początku w ogóle nie mogłem zapalić.

Uwierzyłem, że miejsce w którym się przypadkowo znalazłem, było prawdziwe. Rany po widelcu, już teraz wyglądające jak spód jabłecznika mamy przed pieczeniem i drapnięcia pazurami Felidae bolały. Nieznośne były otarcia, skutki długich marszów.

Czy chciałem komukolwiek o tym powiedzieć? Tak. Czy mogłem? Moim zdaniem nie.

Po pierwsze, wyszedłbym na wariata i nikt nie chciałby mnie do końca wysłuchać. A nawet jeśli ktoś by spróbował powtórzyć transfer, to mógłby zginąć od rasy Felidae. Co jednak, jakby ludzkość poszła jeszcze dalej i zrobiła ekspansję?

Tajemnicza kraina zapewne skończyłby tak jak nasz Nowy Świat. Obawiając się tego, świadomie zostałem jedynym powiernikiem prawdy o podróżach międzywymiarowych.

 

*** 

 

Wróciłem do domu. Heinrichowi napisałem maila, że nie widzę powiązań pomiędzy malowidłami a czwórzębem. Przekazałem też, że zważywszy na trudny okres w życiu, opiszę mu to dokładnie mailowo, tyle, że w późniejszym czasie.

Walnąłem się na łóżko. Byłem dorosłym facetem, a zachciało mi się płakać, z powodu trudnej do wytłumaczenia mieszanki radości z powrotu, smutku, strachu i bólu. Dzieciaki były jeszcze w szkole, Justyna w pracy, więc przywitał mnie jedynie nasz bury kot.

Złapałem go oburącz i uniosłem nad głową. Patrzył na mnie spokojnie, a łapki wisiały bezwiednie. 

– Wiesz co, kocie? 

Zrobiłem pełną napięcia pauzę.

– Pewnie jako jedyny uwierzyłbyś, że to wszystko prawda – powiedziałem, pociągając nosem. – Powiem natomiast więcej: to ty jesteś prawdziwym kocim królem.

Patrzył na mnie pięknymi, bursztynowymi oczami. Każdy mógłby pomyśleć, że zmyślam, że dokomponowuję historię, lecz do dzisiaj jestem przekonany, iż dostrzegłem w tych oczach bezgraniczne zrozumienie.

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Opowiadanie rewelacyjne. Miałam przed oczami mieszkankę wszystkich części o przygodach Indiany plus książkę Cerama “Bogowie, groby i uczeni” oraz znacznie, znacznie więcej. ;)

Przemyślenia i emocje głównego bohatera, zagadka, poszukiwania, specyfika badań oraz świata archeologów, wreszcie – przeniesienie w czasie i zarazem w przestrzeni – doskonale oddane! Brawa! 

 

Z technicznych znalazłam:

Stwierdziłem, że przeczytam wszystko i później do tego fragmentu.

…nieco tylko nieznacznie spokojniejszym

Wszelkie plany miały być miały się przecież skończyć.

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bardzo zacne opowiadanie. Spójna, dobrze przemyślana historia. Przyjemnie się czyta. 

 

Wyłapałam tylko dwa zdania, które wzbudziły moje wątpliwości.

Zakładając, że nie jest to sen, ani zaświaty, bo gdzie przecież po upadku z krzesła, pozostało jedno rozwiązanie…

Zdanie jest odrobinę niejasne.

Próba zadania drugiego ciosu, odnóża zaświszczały, a ślepia rozeszły się i otoczyły mnie ze wszystkich stron

Być może coś źle zrozumiałam, ale brakuje mi tutaj jakiegoś połączenia pomiędzy próbą zadania ciosu, a jej efektem, np.: Podczas próby zadania drugiego ciosu odnóża zaświszczały…

 

Feliks odkłada czwórząb do gabloty dwa razy, przed utratą przytomności i po powrocie. 

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Witam, bruce :)

Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz. Jest dla mnie budujący!

Zaraz poprawię znalezione błędy.

 

Pozdrawiam!

 

Cześć Alicella ;)

Dziękuję za przeczytanie i ocenę. Cieszę się, że się spodobało. :)

Przemyślę kwestie, które wskazałaś w komentarzu.

Feliks odkłada czwórząb do gabloty dwa razy, przed utratą przytomności i po powrocie.

:O Fakt. Poprawione od razu.

To błąd pokroju, kiedy Aragorn w filmie „Drużynie Pierścienia” wypuszcza miecz dwa razy podczas jednej walki. :P

 

EDIT:

Wskazane rzeczy poprawione, oprócz jednego:

“Zakładając, że nie jest to sen, ani zaświaty, bo gdzie przecież po upadku z krzesła, pozostało jedno rozwiązanie…”

To zdanie zostawię, bo fajnie mi tu leży. :D 

Cała przy6jemnosć po mojej stronie.

Nie nazwałabym tych usterek błędami, to tylko sprawa – jak domyślam się – poprawek, nanoszonych podczas pisania. :)

Pozdrawiam i raz jeszcze gratuluję. :)

Pecunia non olet

Tak jak pisałam w becie, lubię takie klimaty – archeologia, tajemnice itp. Historia wciąga, zastanawiałam się do czego to wszystko idzie (choć pewne przypuszczenia miałam). Polubiłam głównego bohatera a i lekki humor dodawał lekturze urozmaicenia. Ostatnia scena świetna :). Klikam.

 

Powodzenia w konkursie :)

Czekaj, czekaj… “Drużyna Pierścienia”, chyba kojarzę… to ten film co go oglądałam prawie sto razy ;)

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Tak jak pisałam w becie, lubię takie klimaty – archeologia, tajemnice itp. Historia wciąga, zastanawiałam się do czego to wszystko idzie (choć pewne przypuszczenia miałam). Polubiłam głównego bohatera a i lekki humor dodawał lekturze urozmaicenia. Ostatnia scena świetna :). Klikam.

Powodzenia w konkursie :)

 

Monique.M – dzięki za powtórne odwierdziny, jeszcze raz za betę i za klika. ;) Cieszę się z tego co napisałaś, bo to dla mnie znak, że robię jakiś tam postęp. I fajnie, że ostatnia scena została tak odebrana. :)

 

Alicella:

Czekaj, czekaj… “Drużyna Pierścienia”, chyba kojarzę… to ten film co go oglądałam prawie sto razy ;)

Czyli to nie może być przypadek, że dałem to na przykład. ;)

 

Mam mieszane uczucia, co do tej historii. Wydawała mi się dość sztampową – ot, archeolodzy znaleźli coś niewytłumaczalnego, co okazało się portalem. Scena z kotami w świątyni za to nieźle mnie rozbawiła, choć momentami miałam wrażenie, że była napisana całkiem na poważnie… jeżeli tak, to uważam ją za koncertowo zły pomysł, bo czegoś takiego chyba nie da się przedstawić, nie wywołując uśmiechu. Podoba mi się również ostatnia scena z kotem, który wszystko zrozumiał, choć samo zakończenie nie było satysfakcjonujące. Ot, wrócił, nikomu nie powiedział, koniec tematu. Czegoś zabrakło. 

Z minusów, język jest dość toporny, jakby niezgrabny. Opis wędrówki Feliksa przez puszczę nieco mnie znudził, za dużo go było.

Niemniej, powodzenia w konkursie. :D

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dzięki, że wpadłaś. ;)

Twój komentarz jest niejako odzwierciedleniem i potwierdzeniem moich obaw, ale po kolei.

 

Scena z kotami w świątyni za to nieźle mnie rozbawiła, choć momentami miałam wrażenie, że była napisana całkiem na poważnie… jeżeli tak, to uważam ją za koncertowo zły pomysł, bo czegoś takiego chyba nie da się przedstawić, nie wywołując uśmiechu.

Uspokajam, nie była pisana na poważnie. ;) Obawiałem się trochę, że po tej pierwszej części będzie za duży przeskok. W drugiej części, w obcym świecie po to właśnie są te ironiczne wstawki bohatera, to co robi, Hugo Boss i teoretyczny survival, jak miauczy do kotów, a potem jak się go panicznie boją, to wszystko miało być niepoważne i budzące śmiech, aniżeli głębokie przeżycia egzystencjalne.

Podoba mi się również ostatnia scena z kotem, który wszystko zrozumiał, choć samo zakończenie nie było satysfakcjonujące. Ot, wrócił, nikomu nie powiedział, koniec tematu. Czegoś zabrakło. 

Ta pierwsza rzecz cieszy. Co do drugiej, to na tym etapie nie miałem innego pomysłu, a już też przekraczałem drugi próg. 

Z minusów, język jest dość toporny, jakby niezgrabny.

To też była poważna obawa, bo gdzieś to widzę. Powody są dwa: zabrakło czasu by tekst mógł odleżeć, wyglądałoby to wówczas nieco, tak tylko nieco lepiej. Drugi powód: trochę nie wiem jak upłynnić narrację. Czytam i to pomaga, ale wiem, że umiejętności jeszcze nie te i czuję te braki.

Więc korzystając, jeśli można, to mam pytanie:

W jaki sposób Ty podchodzisz do narracji by była płynniejsza? Czy masz jakieś swoje sposoby sprawdzania tego czy jeśli chodzi o tę kwestię to po prostu piszesz na czuja? Co mogłabyś mi doradzić?

 

Co do ogólnego odbioru tekstu, to chyba nie mam jeszcze tych umiejętności, by pisać na konkretny termin. Z drugiej strony przez ostatnie pół roku wpadło do głowy mnóstwo pomysłów, zrobiłem kilka opowiadań poruszających różne kwestie. Tylko mam w sobie dziwną blokadę, by je skończyć i opublikować, więc to opowiadanie przynajmniej teraz pozwoliło mi się przełamać.

Niemniej, powodzenia w konkursie. :D

Dzięki!

Wspaniały obrazek, SaroWinter :D

Uspokajam, nie była pisana na poważnie. ;) Obawiałem się trochę, że po tej pierwszej części będzie za duży przeskok.

Miałam wrażenie, że nieco był, choć ironiczne wstawki pomogły. :P Może powinno być ich więcej, bo gdyby nie uprzedzenie w przedmowie, mogłabym to wziąć na serio.

 

Ta pierwsza rzecz cieszy. Co do drugiej, to na tym etapie nie miałem innego pomysłu, a już też przekraczałem drugi próg. 

Rozumiem, limity są okrutne.

 

W jaki sposób Ty podchodzisz do narracji by była płynniejsza? Czy masz jakieś swoje sposoby sprawdzania tego czy jeśli chodzi o tę kwestię to po prostu piszesz na czuja? Co mogłabyś mi doradzić?

Szczerze, sama mam z tym problem. Oczywiście, najchętniej powiedziałabym: dać odleżeć i wtedy przeczytać. Ale wiem, że przy konkursach i ograniczeniu czasowym ciężko z tym “leżeniem”. Czasami czytam niektóre zdania na głos, jak coś mi w głowie nie zagra. Tyle mogę podpowiedzieć, bo sama też się jeszcze uczę. :p A rada, którą sama słyszę najczęściej przy takich okazjach, jest: “pisać, pisać, pisać, aż samo przyjdzie”. Otóż czekam, aż przyjdzie. Czasami się udaje, czasami nie. :D

 

Tylko mam w sobie dziwną blokadę, by je skończyć i opublikować, więc to opowiadanie przynajmniej teraz pozwoliło mi się przełamać.

Blokada, niestety, powszechna rzecz. Mam nadzieję, że ten tekst Cię odblokuje i następne przyjdą łatwiej. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Zabawne nazwisko dałeś głównemu bohaterowi. ;-)

Pomysł ciekawy, historia też, język miejscami jest chropowaty, jakby ciut pordzewiały i łożyska trzeba porządnie wyczyścić i naoliwić, ale fabuła fajnie się rozwija, narracja też dobrze wybrana do tej konkretnej opowieści. Neutralna, czasem może ciut przegadana, lekko ironiczna (stosunek bohatera do siebie). Bardzo realny ten bohater. No i wreszcie tekst o czymś innym niż miłość, droga i magia lub kolejny odcinek z cyklu "seks, kłamstwa i kasety wideo".

 

Przezabawna scena w świątyni i dla mnie najciekawszy fragment. W niej wyraźnie widać stylizację na przygody w stylu Indiany Jonesa. :-) Tak sobie teraz pomyślałam, że całe opowiadanie można byłoby "podkręcić w tę stronę, ponieważ tutaj jest wyraźnie widoczne, a w innych fragmentach opowiadania są tego tylko przebłyski. Zakończenie misię. :-)

 

Kilka drobiazgów z zatrzymań:

CСzas w podróży mijał szybko – to na zmianę rozmawiałem z Gwatemalczykiem, to oparty o drzwi z otworzonym oknem, rozmarzony patrzyłem na świat.

Tu zatrzymałam się, bo w pierwszym momencie nie mogłam zrozumieć, jak to się oparł o drzwi, stał i patrzył, przecież jechali samochodem. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że nie ma “stał”. Piszę o tym, ponieważ wspomniałam o lekko chropowatym języku, a to jeden z przykładów. Niby drobiazg, lecz zatrzymuje.

Kompozycja malowidła wskazywała, że kolorowa grupa podążała w kierunku portalu, widocznego zupełnie po prawej stronie.

Tu chyba coś się posypało – podkreślenie? To inny przykład wspomnianego już języka.

Popatrz: raczej nie może być coś "widoczne zupełnie". Rozumiem, że chodziło Ci o "zupełnie po prawej stronie", choć jest raczej też niezbyt zgrabne, bo niby jak rzecz na płaskim malowidle może być umiejscowiona zupełnie na prawo, czy tylko trochę na prawo? Konstrukcyjnie również coś mi nie gra w tym. Jednak naturalnie, to tylko moje zdanie.

poświęciliśmy wiele uwagi dla ostatniej pańskiej publikacji.

Tu, chyba bez "dla"?

Pasują po części do znaczenia malowideł i z Chin(+,) i z Gwatemali.

Powtórzenie spójnika – stąd przecinek.

Ludzki mózg osiągnął granicę absurdu, niemożliwą do osiągnięcia w realnym świecie.

Chyba warto byłoby jedno z podkreśleń podmienić z uwagi na powtórzenie.

Zakładając, że nie jest to sen, ani zaświaty, bo gdzie przecież po upadku z krzesła, pozostało jedno rozwiązanie – przyjąć, że świat jest realny, pomimo wypierania tego faktu przez psychikę. 

Na ostatni wybór jeszcze nie byłem jednak gotowy. Wściekły i zagubiony, miotałem się, nie wiedząc co robić. Co można było w mojej sytuacji?

Tu, zerknij. Zatrzymała mnie podkreślona fraza, lecz całe pierwsze zdanie zdaje mi się karkołomne i podzieliłabym je na dwa lub przeformułowała, aby stało się łatwiejsze do przeczytania, a puenta silniej uwypuklona.

W kolejnym zdaniu wracasz do "ostatni wybór", a przecież dopiero co przeczytałam, że "pozostało jedno rozwiązanie". Takie rzeczy – zatrzymują, ponieważ jako czytelnik muszę się zastanawiać, a tymczasem humor (ironia) zawarta w myślach bohatera ucieka.

Drugie podkreślenie – tu czegoś brakuje, może 'by było" lub inaczej. 

Zamieszczam powyższe rozważania tylko dlatego, by spróbować pokazać na przykładzie, o co mi chodzi z tym chropowatym językiem i co – dla mnie – mogłoby zwiększyć jego płynność.

i wykorzystując(+,) popłoch błyskawicznie znalazłem się przy postumencie, łapiąc za lewitujący czwórząb.

Może tu zmienić z formy imiesłowowej na normalną, gdyż jest drugim w tej formie w zdaniu, poza tym stanowi kolejną czynność, a nie jednoczesną?

 

Poskarżę do biblio, bo opko ciekawe. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Verus:

Miałam wrażenie, że nieco był, choć ironiczne wstawki pomogły. :P Może powinno być ich więcej, bo gdyby nie uprzedzenie w przedmowie, mogłabym to wziąć na serio.

Domyślam się, że to kwestia tej pierwszej części, którą pod względem historyczno-geograficznym pisałem z uwagą na szczegóły.

Szczerze, sama mam z tym problem. Oczywiście, najchętniej powiedziałabym: dać odleżeć i wtedy przeczytać. Ale wiem, że przy konkursach i ograniczeniu czasowym ciężko z tym “leżeniem”. Czasami czytam niektóre zdania na głos, jak coś mi w głowie nie zagra. Tyle mogę podpowiedzieć, bo sama też się jeszcze uczę. :p A rada, którą sama słyszę najczęściej przy takich okazjach, jest: “pisać, pisać, pisać, aż samo przyjdzie”. Otóż czekam, aż przyjdzie. Czasami się udaje, czasami nie. :D

Dzisiaj słuchałem sobie podcastu na temat teorii pisania i tam był właśnie ten sposób z czytaniem na głos, więc na pewno wypróbuję. :)

Blokada, niestety, powszechna rzecz. Mam nadzieję, że ten tekst Cię odblokuje i następne przyjdą łatwiej. ;)

Mam nadzieję!

 

Cześć Asylum, dziękuję za komentarz. ;)

Zabawne nazwisko dałeś głównemu bohaterowi. ;-)

Pomysł ciekawy, historia też, język miejscami jest chropowaty, jakby ciut pordzewiały i łożyska trzeba porządnie wyczyścić i naoliwić, ale fabuła fajnie się rozwija, narracja też dobrze wybrana do tej konkretnej opowieści. Neutralna, czasem może ciut przegadana, lekko ironiczna (stosunek bohatera do siebie). Bardzo realny ten bohater. No i wreszcie tekst o czymś innym niż miłość, droga i magia lub kolejny odcinek z cyklu "seks, kłamstwa i kasety wideo".

W moim portalowym a równocześnie ogólnym debiucie zostało mi wskazane, że pomysł był typowy (co w sumie było prawdziwe), więc fajnie, jak widzi się komentarz ze zmianą na lepsze.

A propos tej historii, to kiedy ogłoszono konkurs, zastanawiałem się nad tym, by zrobić historię zaczynając od zwykłego przedmiotu. Byłem po obiedzie, więc padło na widelec. ;)

Narrację w pierwszej osobie wybrałem właśnie po to, by lepiej odzwierciedlić poszczególne stany bohatera i cieszę się, że tak to dostrzegłaś.

Co do chropowatego języka – pewnie niektóre mechanizmy trzeba naoliwić, a niektóre łożyska pewnie wymienić. Popracuję nad tym. ;)

Przezabawna scena w świątyni i dla mnie najciekawszy fragment. W niej wyraźnie widać stylizację na przygody w stylu Indiany Jonesa. :-) Tak sobie teraz pomyślałam, że całe opowiadanie można byłoby "podkręcić w tę stronę, ponieważ tutaj jest wyraźnie widoczne, a w innych fragmentach opowiadania są tego tylko przebłyski. Zakończenie misię. :-)

Chciałem niejako zmylić potencjalnych czytelników pierwszą częścią gdzie miało być trochę poszukania informacji i poprawności, by potem zrobić właśnie ten przeskok. Cieszę się też, że humor wypalił. :D

 

Kilka drobiazgów z zatrzymań:

CСzas w podróży mijał szybko – to na zmianę rozmawiałem z Gwatemalczykiem, to oparty o drzwi z otworzonym oknem, rozmarzony patrzyłem na świat.

Tu zatrzymałam się, bo w pierwszym momencie nie mogłam zrozumieć, jak to się oparł o drzwi, stał i patrzył, przecież jechali samochodem. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że nie ma “stał”. Piszę o tym, ponieważ wspomniałam o lekko chropowatym języku, a to jeden z przykładów. Niby drobiazg, lecz zatrzymuje.

Kompozycja malowidła wskazywała, że kolorowa grupa podążała w kierunku portalu, widocznego zupełnie po prawej stronie.

Tu chyba coś się posypało – podkreślenie? To inny przykład wspomnianego już języka.

Popatrz: raczej nie może być coś "widoczne zupełnie". Rozumiem, że chodziło Ci o "zupełnie po prawej stronie", choć jest raczej też niezbyt zgrabne, bo niby jak rzecz na płaskim malowidle może być umiejscowiona zupełnie na prawo, czy tylko trochę na prawo? Konstrukcyjnie również coś mi nie gra w tym. Jednak naturalnie, to tylko moje zdanie.

Tutaj faktycznie, jakoś miałem kłopot ze zgrabnym ujęciem umiejscowienia poszczególnych części w kompozycji malowidła, lecz nie miałem lepszego pomysłu.

Chyba warto byłoby jedno z podkreśleń podmienić z uwagi na powtórzenie.

Zakładając, że nie jest to sen, ani zaświaty, bo gdzie przecież po upadku z krzesła, pozostało jedno rozwiązanie – przyjąć, że świat jest realny, pomimo wypierania tego faktu przez psychikę. 

Na ostatni wybór jeszcze nie byłem jednak gotowy. Wściekły i zagubiony, miotałem się, nie wiedząc co robić. Co można było w mojej sytuacji?

Tu, zerknij. Zatrzymała mnie podkreślona fraza, lecz całe pierwsze zdanie zdaje mi się karkołomne i podzieliłabym je na dwa lub przeformułowała, aby stało się łatwiejsze do przeczytania, a puenta silniej uwypuklona.

W kolejnym zdaniu wracasz do "ostatni wybór", a przecież dopiero co przeczytałam, że "pozostało jedno rozwiązanie". Takie rzeczy – zatrzymują, ponieważ jako czytelnik muszę się zastanawiać, a tymczasem humor (ironia) zawarta w myślach bohatera ucieka.

Drugie podkreślenie – tu czegoś brakuje, może 'by było" lub inaczej. 

Zamieszczam powyższe rozważania tylko dlatego, by spróbować pokazać na przykładzie, o co mi chodzi z tym chropowatym językiem i co – dla mnie – mogłoby zwiększyć jego płynność.

Doceniam, bo to na pewno pomoże w uchwyceniu rozumienia tej płynności. :) Przemyślę te kwestie, jak je usprawnić, co do niewymienionej reszty przecinkowo-powtórzeniowej, to poprawiłem od razu.

i wykorzystując(+,) popłoch błyskawicznie znalazłem się przy postumencie, łapiąc za lewitujący czwórząb.

Może tu zmienić z formy imiesłowowej na normalną, gdyż jest drugim w tej formie w zdaniu, poza tym stanowi kolejną czynność, a nie jednoczesną?

Zmieniłem na „i złapałem”.

Poskarżę do biblio, bo opko ciekawe. :-)

Dziękuję! ;)

Podobało mi się. Może bez rewelacji, bo fabuła z początku jest poprawna, ale dość sztampowa, a w drugiej części brakuje jakiegoś “trzęsienia ziemi”, ale wszystko trzyma stały, dobry poziom. Z zagadkami w opowiadaniach jest problem, że często są ciekawsze niż ich rozwiązanie – tutaj tez dostałem, czego się spodziewałem, ale wyszło w porządku.

Dobrze napisane, dobrze rozegrane, końcówka fajna z zupełnie uzasadnioną obawą bohatera, co do rezultatów zdradzenia światu tajemnicy czwórząba.

Klikam.

Zanais:

Podobało mi się. Może bez rewelacji, bo fabuła z początku jest poprawna, ale dość sztampowa,

Pierwsza część stanowi solidną podstawę dla drugiej części, taki miałem w tym cel. Może trochę sztampowo, fakt, lecz chciałem zadbać w niej o szczegóły, jeśli chodzi o kwestie historyczno-geograficzne, o czym też wspominałem w komentarzu na odpowiedź Asylum. Oprócz profesora i bohatera, to wszystkie rzeczy są sprawdzone, by było to pełniejsze, ba, nawet uczelnia profesora Heinricha – Uniwersytet w Toronto – nie jest bez przyczyny. Tak samo jak informacje o starożytnych państwach i cywilizacjach, a na badaniach czwórzębu kończąc (opis metody badania XRD to podstawy krystalografii).

Tak sobie wzdycham, że nie zostało to dotychczas dostrzeżone, a szkoda. :P

a w drugiej części brakuje jakiegoś “trzęsienia ziemi”,

O jakim trzęsieniu ziemi byś myślał? 

Z zagadkami w opowiadaniach jest problem, że często są ciekawsze niż ich rozwiązanie – tutaj tez dostałem, czego się spodziewałem, ale wyszło w porządku.

Kurczę, prawdziwe stwierdzenie w sumie. 

Dobrze napisane, dobrze rozegrane, końcówka fajna z zupełnie uzasadnioną obawą bohatera, co do rezultatów zdradzenia światu tajemnicy czwórząba.

Klikam.

Cieszę się, że w ogólnym rozrachunku było dobrze. Dzięki za klika!

Tak sobie wzdycham, że nie zostało to dotychczas dostrzeżone, a szkoda. :P

Zostało, zostało, zauważone. ;-) Byłoby wypomniane, gdyby cokolwiek z grubsza nie grało. Na pierwszym miejscu wytknięte. Natura zmutowanej osy dochodzi wtedy u mnie do głosu i już nic wtedy nie pomaga, ani dobra narracja, ani świetny pomysł, nic. Jeśli spostrzegę coś od czapy, piszę natychmiast, ponieważ nie cierpię niedokładności i błędów wiedzowych. :p

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Tak sobie wzdycham, że nie zostało to dotychczas dostrzeżone, a szkoda. :P

Zostało, zostało, zauważone. ;-) Byłoby wypomniane, gdyby cokolwiek z grubsza nie grało. Na pierwszym miejscu wytknięte. Natura zmutowanej osy dochodzi wtedy u mnie do głosu i już nic wtedy nie pomaga, ani dobra narracja, ani świetny pomysł, nic. Jeśli spostrzegę coś od czapy, piszę natychmiast, ponieważ nie cierpię niedokładności i błędów wiedzowych. :p

A dobra. Nie domyśliłem się, że to się odnosiło też do tego. :D

Co do rzeczy z czapy to też tak mam. Dokładnie tak samo. :D

Cześć, Sagitt ;) Mogę powtórzyć tylko opinię z bety – lekkie, przyjemne, przygodowe opowiadanie z nutą absurdu i humoru (scena w kocim Zigguracie), napisane prostym, przyjemnym w odbiorze językiem. Podróż do tego nieznanego świata można wręcz interpretować jako zwidy z przemęczenia, albo jakiś narkotyczny stan :D Początek obiecuje archeologiczne przygody, których de facto dużo nie ma, ale za to powiodłeś czytelników w innym, niespodziewanym kierunku. 

Ponieważ lektura sprawia radość i wyróżnia się na tle innych prac konkursowych, idę naskarżypytować do biblioteki.

Serdecznie pozdrawiam,

Boski Ra

Cześć, boski diego AmonRa! ;)

Dzięki za ponowne odwiedziny i komentarz. ;) 

Podróż do tego nieznanego świata można wręcz interpretować jako zwidy z przemęczenia, albo jakiś narkotyczny stan :D

Po prostu zrealizowałem w tym świecie ideę, że “koty rządzą światem”. ;)

Dzięki jeszcze raz za zaangażowanie w becie i za klika. :) Pozdrawiam!

a w drugiej części brakuje jakiegoś “trzęsienia ziemi”,

O jakim trzęsieniu ziemi byś myślał? 

To się łączy z tym problemem z zagadkami. Dajesz na początku rysunki humanoidalnych kotów i dostajemy humanoidalne koty. Brak jakiegoś twista, ale to nie znaczy, że jest źle. Jak pisałem – dobry, stabilny poziom. 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzięki za odwiedziny CMie ;)

Ładnie zacząłeś, przedstawiłeś sylwetkę bohatera (czemu nie wspomniałeś w pierwszej scenie, że ma w domu kota? końcówka wybrzmiałaby naturalniej), jego sytuację i zawód. Zwykły facet, któremu można współczuć, że odrywają go od żony i wysyłają w teren. Tajemnicze komnaty i czwórząb mnie zaintrygowały, ładnie zbudowałeś napięcie, aż do kulminacyjnej sceny w Pergamonie. Opis świata po przejściu strasznie mi się wlókł. A wyjaśnienie zagadki podszyte Elementami Komicznymi trochę mnie rozczarowało. Odbiór byłby inny, gdybyś wcześniej przygotował czytelnika na to, że to nie jest całkiem na serio. A tak masz pierwszą część “na poważnie” ze starożytną tajemnicą i drugą “jajcarską” z sierściuchami. O ile ta pierwsza mnie wciągnęła i zaintrygowała, to druga już nie bardzo, choć sama scena walki pod koniec nawet fajna. Zakończenie (sposób powrotu i scena z kotem) mi się podobały, choć postawiły lekki niedosyt.

 

PS. Naukowcom badającym czwórząb nie przyszło do głowy, że np. zawiera dużo ołowiu? :P Ciężkie pierwiastki całkiem nieźle pochłaniają X’y.

PPS. Czemu zniknął Twój komentarz pod moim opowiadaniem? Wiesz coś o tym? :)

Bardzo… niecodzienne opowiadanie ;) Tak, to chyba odpowiednie słowo. Nie spodziewałam się aż takiej zmiany tonu, chociaż przedmowa zapowiadała, że coś będzie na rzeczy. W ogóle to od czasu pierwszego Twojego tekstu, jaki czytałam, podszlifowałeś warsztat, choć mam wrażenie, że w miejsce swobody dominuje w nim poprawność. Czasem zdania są aż nazbyt dokładne, jakby z obawy, że czytelnik coś źle odczyta/sobie wyobrazi. Chętnie przywitałabym w tym względzie więcej szaleństwa, byle nie za dużo ;)

Nie do końca kupuję kreację głównego bohatera jako naukowca i archeologa. Wydał mi się ździebko nieprofesjonalny, choć o tej godzinie ciężko mi uzasadnić, skąd takie wrażenie. Ale to coś, na co mogę przymknąć oko, bo i tekst nie jest stuprocentowo na poważnie. A od chwili trafienia do innego świata robi się coraz mniej… standardowo. W sumie zabrakło mi w całości czegoś więcej, czegoś bardziej zapadającego w pamięć. Pozostanie mi wrażenie przyjemnej lektury, ale chyba tyle.

Ogólnie solidnie, a ostatniego klika chyba jeszcze nie zgarnąłeś, a zatem udaję się w wiadomym kierunku ;)

Właśnie nimi, siedem osobników przywiązało mnie do pęku długich kijów. Pęta wydawały się prymitywne, lecz były wyjątkowo mocne. Pewnie też świeżo zerwane, bo nie usunęły z nich wszystkich liści.

Pęta to sznur albo rzemień, więc nie mogły być ani świeżo zerwane, ani mieć liści – chyba, że chodziło o jakieś liany, ale nie jest to pierwsze skojarzenie ze słowem “pęta”.

Z perspektywy mogło się to wydawać skrajnie głupie

Z perspektywy czasu, bo perspektywy mogą być różne.

a potem znów boleśnie ukułem przedramię

Ukłułem. Błąd powtórzył się parę razy. 

ukućukuwać

1. «wykuć coś z metalu»

2. «wymyślić wyraz, powiedzenie, termin itp.

Bellatrix – dzięki za przeczytanie i komentarz. ;)

Ładnie zacząłeś, przedstawiłeś sylwetkę bohatera (czemu nie wspomniałeś w pierwszej scenie, że ma w domu kota? końcówka wybrzmiałaby naturalniej)

Kurczę, czegoś mi brakowało w tym początku. Wychodzi, że właśnie kota. :P

Odbiór byłby inny, gdybyś wcześniej przygotował czytelnika na to, że to nie jest całkiem na serio. A tak masz pierwszą część “na poważnie” ze starożytną tajemnicą i drugą “jajcarską” z sierściuchami. O ile ta pierwsza mnie wciągnęła i zaintrygowała, to druga już nie bardzo, choć sama scena walki pod koniec nawet fajna. Zakończenie (sposób powrotu i scena z kotem) mi się podobały, choć postawiły lekki niedosyt.

Właśnie to była moja największa obawa. Że zacznę poważnie, a potem przeskok będzie „nie do uniesienia”.

Nie mniej dzięki, to opinia dzięki której wyciągnę wnioski na przyszłość.

PS. Naukowcom badającym czwórząb nie przyszło do głowy, że np. zawiera dużo ołowiu? :P Ciężkie pierwiastki całkiem nieźle pochłaniają X’y.

O ołowiu wiem, dlatego masa została tak dobrana względem objętości, by gęstość przekraczała wszystkie znane pierwiastki. ;)

PPS. Czemu zniknął Twój komentarz pod moim opowiadaniem? Wiesz coś o tym? :)

Napisałem na priv, jak już zdążyłaś odczytać.

 

Silva

Bardzo… niecodzienne opowiadanie ;) Tak, to chyba odpowiednie słowo. Nie spodziewałam się aż takiej zmiany tonu, chociaż przedmowa zapowiadała, że coś będzie na rzeczy.

Hm, traktuję to jako komplement. Moje pierwsze opowiadanie było dość schematyczne, więc widzę tutaj pewną zmianę. Nie jeszcze idealną, lecz w konstruowaniu fabuły wychodziłem od widelca, więc postrzegam to jako pewien mały sukces, że udało się nabudować historię. :P

W ogóle to od czasu pierwszego Twojego tekstu, jaki czytałam, podszlifowałeś warsztat, choć mam wrażenie, że w miejsce swobody dominuje w nim poprawność. Czasem zdania są aż nazbyt dokładne, jakby z obawy, że czytelnik coś źle odczyta/sobie wyobrazi. Chętnie przywitałabym w tym względzie więcej szaleństwa, byle nie za dużo ;)

Pierwsza rzecz mnie cieszy, z całą resztą się zgodzę. Nie czaruję się, że nie mam jeszcze swobody w pisaniu. Czasem faktycznie chcę za bardzo uniknąć niezrozumienia i mam w tym brak balansu. Niektórzy piszą lekko i płynnie od początku, natomiast ja muszę najwyraźniej napisać i opublikować więcej tekstów, by osiągnąć ten poziom. ;)

Co do poprawek – jutro je wprowadzę.

Ogólnie solidnie, a ostatniego klika chyba jeszcze nie zgarnąłeś, a zatem udaję się w wiadomym kierunku ;)

Dzięki bardzo za komentarz i klika!

O, kolejna przygodówka, polski Indiana Jones :) Podobało mi się, bo generalnie mam słabość do kotów. Trochę mnie na końcu koty zaskoczyły, bo przypominają raczej mruczki z gifów niż groźne jaguary czy tygrysy.

 

Z wiarą, że poprawisz wskazane babole wysyłam do Biblio :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz

Poprawiłem babole wskazane przez Silvę i kilka dotyczących chropowatości, wskazanych przez Asylum. :)

Cieszę się, że Ci się spodobało. I dzięki za ostatniego klika. :)

Można było iść tu w realizm, lecz wątpię, by bohater dał radę wrócić do domu. Dlatego też, oprócz jednego uderzenia, nie chciałem się fabularnie znęcać nad Felidae. ;)

PS. Gif jest przefantastyczny. :D

Bardzo podobał mi się ten świat, początek arcyciekawie mnie wciągnął, lubię takie archeologiczne wątki. Bardzo ciekawie to wymyśliłeś. I wybacz, zostawię Cię tylko z takim komentarzem póki co, bo bardzo mi się spieszy. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol – dzięki za odwiedziny i szybki komentarz. :D Jakbyś chciał wrócić i opisać swoje wrażenia szerzej, to zapraszam, ale ciśnienia nie ma. ;)

Zacznę nietypowo, bo od… podsumowania.

Całkiem interesujący tekst z jednym, dość poważnym w mojej ocenie problemem, który mocno wpłynął na odbiór.

A teraz postaram się tę moją ocenę krótko uzasadnić.

Wprowadzenie nazwałbym dosyć leniwym. Ta historia nie rozwija się tutaj szczególnie szybko. Dostajemy też trochę obrazków z życia bohatera, które później wykorzystujesz w opowiadaniu jedynie częściowo (tak, że można uzasadnić ich obecność, ale trudno jednak pisać o jakimś dużym wpływie na odbiór tekstu czy nawet samego bohatera).

To leniwe wprowadzenie, wbrew pozorom, wcale nie jest w mojej opinii wadą. Nawet przeciwnie. Badania archeologiczne generalnie kojarzą się z takim „lenistwem”. Rzetelna, sumienna praca. Metodyczność. Cierpliwość. Oszczędne, ostrożne ruchy pełne pietyzmu. Z czymś takim kojarzy mi się archeologia jako taka i tego typu atmosferę wyczuwa się trochę w Twoim opowiadaniu.

Generalnie tekst można dość swobodnie podzielić na dwie części. Ta linia graniczna między nimi to oczywiście przejście do obcego świata. Jak wspomniałem, chociaż tempo tej pierwszej części jest leniwe, a samo wprowadzenie do historii raczej powolne, oceniam je pozytywnie, bo dość dobrze pozwoliło mi się wczuć w fach bohatera. W to, jak ma wyglądać jego praca. Słowem, miałem taki poczucie, że obcuję z takim rodzajem opowiadania, gdzie nie tylko nie powinienem oczekiwać tempa i wartkiej akcji, ale wręcz nie chcę tego robić. Skoro dostaję opowiadanie o bohaterze, który zajmuje się badaniami archeologicznymi to pragnę, jako czytelnik, czuć niejako to, co towarzyszy jemu przy pracy. Chcę powolnej, cierpliwej i sumiennej pracy nad rozwiązaniem tajemnicy czwórzębu. Chcę czuć ów pietyzm, ową ostrożność, która musi wszelkim działaniom Feliksa towarzyszyć. I ta pierwsza część w jakimś stopniu mnie do tego nastraja. Jeszcze nie odczuwam dobrze owej atmosfery pracy archeologa, ale gdzieś tam poprzez lepszy rozwój zdarzeń czuję, że lada chwila mogę pełnię tego klimatu dostać.

Później przychodzi motyw przejścia do innego świata. I niestety wraz z rozwojem zdarzeń te nadzieje zaczynają znikać.

Skupię się na razie na tym motywie przejścia, które uważam za największy problem tekstu. To przejście jest niestety koszmarnie pretekstowe. Takie po linii najmniejszego oporu. Przez pół tekstu nastawiasz mnie na rzetelną, sukcesywną (może nawet żmudną) pracę nad rozwiązaniem zagadki, aż nagle… pstryk, jeden wypadek i przenosimy się gdzieś indziej. W dodatku, trafiwszy do owego świata, po tak pretekstowym przejściu jestem (jako czytelnik) skrajnie podejrzliwie nastawiony do tego miejsca, bo mam z tylu głowy, że może to wszystko okaże się tylko snem czy majakami, co jest chyba najmniej lubianym motywem w tego typu opowiadaniach i wywołuje podobny entuzjazm, co wizyta w karczmie we fragmencie fantasy.

Od razu też zaznaczę jedną rzecz. Opowiadanie samo w sobie ma trochę zalet. Jeżeli więc wskazuję na pewne problemy to nie dlatego, żeby się znęcać, ani też dlatego, że opowiadanie jest złe. Zwyczajnie czasem bywa tak, że jeden (nawet) niepozorny element mocno wpływa na wydźwięk całości. To trochę tak, jakby robić ciasto i pomylić cukier z solą. Niby tylko jeden składnik, a jak może zepsuć smak.

Generalnie założenie było takie, żeby ten konkurs miał również charakter szkoleniowy. Żeby poprzez ten konkurs stworzyć tekst w solidnym limicie znaków i posprawdzać, co już fajnie działa, a co wymaga korekt. Za moment, przy okazji omawiania innych elementów, wskażę jeszcze dwa drobniejsze problemy. Inna rzecz, że Ty prawdopodobnie sam pewne rzeczy doskonale widzisz i rozumiesz. Może zabrakło trochę czasu. Może nie wystarczyło miejsca i musiałeś niektóre elementy uprościć. Tak czy inaczej to w sumie solidny tekst, tylko… w paru miejscach mi się wystawił. ;-)

Dobra. Świat. Tutaj skupię się głównie na tej drugiej części opowiadania, gdzie fantastyka najmocniej dochodzi do głosu. Zaletą świata z pewnością jest jego osobliwość. Mieszasz ze sobą trochę elementów bardziej typowych (jak dżungla), trochę mniej typowych (choćby absurdalny kameleon). To wszystko fajnie się ze sobą uzupełnia tworząc mieszankę znanego i dziwaczności. Dzięki temu pierwszemu czytelnik w miarę swobodnie może się w świecie odnaleźć. To drugie stara się go z kolei zaintrygować. Widać też, że wybrałeś taki pomysł na bieg zdarzeń, który pozwala na ograniczonej przestrzeni znaków pokazać możliwie dużo.

Jednocześnie tej wizycie w obcym świecie brakuje jednego, jakże istotnego elementu: celu. Bohater nie do końca wie, po co się tam znajduje, więc czytelnik nie rozumie tym bardziej. Niby jest w tym zawarty jakiś element poznawczy, ale to wszystko wystarcza do zrobienia dobrego pierwszego wrażenia. Później zapał czytelniczy do tego miejsca zaczyna przygasać.

Zostało nam tempo. Trochę nierówne. I problemem nie jest tu sama nierówność, bo przy takiej długości to wręcz warto poszukać zmian i przełamań. Chodzi bardziej o rozłożenie tych nierówności. Pół tekstu jest raczej powolne, a w połowie wszystko nagle przyspiesza (może nie gna na łeb na szyję, ale jednak przyspiesza) i trzyma to tempo do końca opowiadania. Trochę zbyt nagła była ta zmiana.

Fabuła. Znów, wszystko można podzielić na dwie części. Pierwszą, która (chociaż powolna) robi dokładnie to, czego bym oczekiwał. Lekkie wprowadzenie do charakterystyki profesji Feliksa, do tego podbudowa tajemnicy wokół której tworzysz opowiadanie. Trochę nie w pełni wybrzmiały mi te wątki rodzinne, ale już mniejsza o to. Pisząc krótko: pierwsza część bardzo solidnie wykonuje robotę, którą wykonać powinna.

W drugiej części ta fabuła staje się bardzo pretekstowa. Bardziej ma się wrażenie, że to wszystko służy w dużej mierze ekspozycji świata, bo (o czym już pisałem) brakowało mi po tych przenosinach do innego świata jakiegoś punktu docelowego.

Został bohater. Tu już nie będę się jakoś mocno rozwodził. On ma trochę cech charakteru, możemy też w oparciu o tekst coś o nim powiedzieć. Natomiast mało było w nim takich cech wybijających się, dominujących, które pozwoliłyby bardziej jednoznacznie ocenić ten jego charakter.

Podsumowując. W sumie naprawdę solidne opowiadanie. Jedyny mój problem jest taki, że te dwie części są… słabo ze sobą pozszywane. Nie do końca to przejście jest płynne, co ma jednak spory wpływ na odbiór tekstu jako całości.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

A teraz postaram się tę moją ocenę krótko uzasadnić.

Krótko? A to dobre. ;)

Nie raz zastanawiałem się, czy przejście nie będzie zbyt nagłe i dla Ciebie np. było, więc Twoją opinię chyba dość dobrze rozumiem.

W dodatku, trafiwszy do owego świata, po tak pretekstowym przejściu jestem (jako czytelnik) skrajnie podejrzliwie nastawiony do tego miejsca, bo mam z tylu głowy, że może to wszystko okaże się tylko snem czy majakami, co jest chyba najmniej lubianym motywem w tego typu opowiadaniach i wywołuje podobny entuzjazm, co wizyta w karczmie we fragmencie fantasy.

Nie chciałem tego, dlatego na początku zasugerowałem, że może to być jakiś stan, aczkolwiek w miarę trwania opowiadania i tego, że bohater spał w „śnie”, wskazywało, że nie jest to sen.

Jeżeli więc wskazuję na pewne problemy to nie dlatego, żeby się znęcać, ani też dlatego, że opowiadanie jest złe. Zwyczajnie czasem bywa tak, że jeden (nawet) niepozorny element mocno wpływa na wydźwięk całości.

Spoko, nie odbieram tak tego komentarza.

Może zabrakło trochę czasu. Może nie wystarczyło miejsca i musiałeś niektóre elementy uprościć. Tak czy inaczej to w sumie solidny tekst, tylko… w paru miejscach mi się wystawił. ;-)

Wiadomo, że lepiej byłoby jakby tekst odleżał, lecz nie zwalałbym tu na czas czy konieczne uproszczenia. To mój trzeci skończony tekst kiedykolwiek, więc muszę swoje napisać, by mieć tego większe wyczucie. ;) Daję sobie na to czas i przestrzeń.

Został bohater. Tu już nie będę się jakoś mocno rozwodził. On ma trochę cech charakteru, możemy też w oparciu o tekst coś o nim powiedzieć. Natomiast mało było w nim takich cech wybijających się, dominujących, które pozwoliłyby bardziej jednoznacznie ocenić ten jego charakter.

Na przykład? Brakowało sytuacji które by podbiły pewne cechy charakteru? Jakbyś to teoretycznie widział?

Podziękował za organizację konkursu. ;) Dobrze się przy nim bawiłem, miałem okazję (i motywację) do przeczytania fajnych opowiadań. I dzięki także za rozbudowany, wnikliwy komentarz, który jest cennym głosem, co już działa, a nad czym trzeba jeszcze solidnie popracować. Na pewno wyciągnę z tego “krótkiego uzasadnienia” dużo teraz i w przyszłości. ;)

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka