- Opowiadanie: NiskiJezuita - Czternasty. O wyłomie w Murze Szczurorzędzkich

Czternasty. O wyłomie w Murze Szczurorzędzkich

Tekst jest po­dzie­lo­ny na sześć czę­ści, ko­lej­ność, poza po­cząt­kiem i koń­cem, ma zna­cze­nie (teo­re­tycz­nie) dru­go­rzęd­ne, acz­kol­wiek to i tak tech­nicz­nie się skła­da wszyst­ko na ca­łość, więc to już za­le­ży, jak kto woli czy­tać. (nie­kie­dy po pro­stu nar­ra­cja z po­przed­niej czę­ści nie jest kon­ty­nu­owa­na zaraz na po­cząt­ku dru­giej, więc no, wolę tutaj to nad­mie­nić/przed­po­wie­dzieć(?))

 

Nie do końca wiem, co zro­bić z ta­ga­mi, zo­sta­wię więc koty (tech­nicz­nie się zga­dza) i gra­fo­ma­nię (jako motyw naj­bar­dziej prze­wod­ni also for memes). Nie ma szczu­rów, nie ma myszy, nawet nie ma gry­zo­ni. Dla­cze­go koty mają swój wła­sny tag, a ich głów­ni “”wro­go­wie”” nie? 

 

Tekst i wy­da­rze­nia w nim przed­sta­wio­ne NIE po­win­ny być od­bie­ra­ne jako an­ty-ko­cia pro­pa­gan­da, ja na­praw­dę nie chcę za­dzie­rać z ludź­mi lu­bią­cy­mi koty, sam je lubię, słowo

 

Na­praw­dę szko­da, że nie ma tagu szczu­ry

 

Pierw­szy raz tutaj pu­bli­ku­ję, więc je­stem cie­kaw, czy tekst się jakoś śmiesz­nie nie sfor­ma­tu­je czy coś  

 

Ja­kieś dwa ty­go­dnie temu, na­praw­dę nie chcia­łem być “tą osobą”, która pu­bli­ku­je tekst w ostat­ni dzień, ale jak to zwy­kle bywa z chce­niem i nie­chce­niem – nie wy­cho­dzi tak jak chce­my)

 

Takie rze­czy są le­gal­ne, w sen­sie spa­mie­nie czymś takim w przed­mo­wie? tech­nicz­nie nie jest ni­g­dzie na­pi­sa­ne, że nie wolno, to po­dob­nie jak z pacz­ko­ma­ta­mi, ale za­wsze jest gdzieś jakaś za­sa­da, wi­szą­ca w po­wie­trzu i w ogóle, bę­dzie faj­nie się do­wie­dzieć, ta­kie­mu świe­ża­ko­wi, dzię­ku­ję i życzę przy­jem­ne­go czy­tan­ka.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy II, Użytkownicy IV, Użytkownicy V

Oceny

Czternasty. O wyłomie w Murze Szczurorzędzkich

 

 

O życiu pod Murem.

 

– Ile zo­sta­ło?

– Jakoś tak nie­wie­le. Ze trzy?

– Trzy? A niech ich… za mało. 

– Ano. Mało.

– A szu­ka­li­ście może coś dziś?

– Pusto pod murem. Szczę­kacz był. Chło­pa­ki drap­nę­li parę razy i też po­szli szu­kać. Ale nic.

– Jasna cho­le­ra! Już od trzech dni nie rzu­ca­ją. A mieli, mieli rzu­cać.

– Mó­wi­łem ci, jak za­czę­li zrzu­cać pół­li­tro­we. Że zaraz prze­sta­ną.

– I prze­sta­li, jak pań­stwo widzą!

– Ano. Prze­sta­li.

– Dobra, to pójdę pod okno, do Niego. Może bę­dzie dziś i coś zor­ga­ni­zu­je.

– Nie było Go wczo­raj, nie było przed­wczo­raj.

– A pa­trzył Szczę­kacz dziś?

– A pa­trzył.

– I co?

– I też nie było. Mó­wi­łem, że po kilku ra­zach prze­sta­nie.

– I prze­stał, jak pań­stwo widzą!

– Ano. prze­stał.

 

 Ale ja nie prze­sta­łem. Oni tylko sie­dzą przy stole. Oni by tylko ga­da­li, mię­dzy sobą, do sie­bie, do peł­nej czy też nawet do pu­stej sali. Oni ani razu nie dra­pa­li. Pa­znok­cie czy­ste, dłu­gie, nie­po­gry­zio­ne. Gdy za­sy­sa w brzu­chu, zęby same to­czyć za­czy­na­ją ślinę. Li­ta­nia gry­zo­ni, brak gry­zie­nia to i brak zmar­twie­nia.

 

 Szare futro nosi w sobie wszel­kie cho­ro­by. Nie ma zna­cze­nia, jak za­dba­ne są palce, ale ich to, jak widać, strasz­nie zaj­mu­je. Dzi­siaj też będę dra­pał, tak jak wczo­raj dra­pa­łem. Dra­pię od kiedy pa­mię­tam, za­wsze w tym samym miej­scu. Dra­pię sam, wy­dra­pu­ję inną niż resz­ta dziu­rę. Oni niby dra­pią, ci od Szczę­ka­cza, we trzech dra­pią, ale co z tego, jak ja sam wię­cej od nich wy­dra­pa­łem? Raz z nimi byłem, sły­sza­łem, bo mówił, naj­młod­szy z nich:

 

– Wiesz, myślę sobie tak: po co my to w ogóle dra­pie­my?

– Bo tak trze­ba. Tak ro­bi­li przed nami, to i my ro­bi­my.

– No do­brze, ale gdzie my się w ogóle chce­my do­dra­pać? Ty wiesz w ogóle, co tam za tym Murem?

– Nie.

– To po co to wszyst­ko w ogóle?

– Ja tam nie wiem. Oj­ciec dra­pał, dzia­dek dra­pał, to i ja dra­pię. Twoi też, ogól­nie, dra­pa­li.

– No tak, ale nie my­śla­łeś o tym tak sobie kie­dyś ogól­nie?

– Nie.

– W ogóle?

– Nie. Słu­chaj, drap­nij tam jesz­cze z grub­sza trzy razy, żeby było, że coś zro­bio­ne i potem giry na stole.

– Ja nie wiem, jak tak sobie myślę nie­kie­dy ogól­nie, że tam w ogóle nic nie ma za tym Murem.

– Jakby nie było, to po co byśmy w ogóle dra­pa­li, hmm? Drap­nij i chodź. Jak przyj­dzie ktoś z kwa­te­ry, to ścia­na ogól­nie twar­da, za­kwa­sy ogól­ne po wczo­raj, aku­rat zro­bi­li­śmy wła­śnie dzie­sięć minut prze­rwy, albo że sły­chać było kota gdzieś tam, ogól­nie, za oknem. 

– A z oknem nie było wczo­raj?

– A może. Może było.

 

 Za­bra­łem im li­tro­wą, którą dziś mieli. Ja jej bar­dziej po­trze­bu­ję. Oni biorą, niby na trzech, niby bo cięż­ka ro­bo­ta, ale tylko się opi­ja­ją, nie! tylko jeden z nich, naj­star­szy, Szczę­kacz wła­śnie, pije! Spe­cjal­nie pa­znok­cie ob­gry­za, by po­ka­zać, jak to on cięż­ko nie ha­ru­je. A tamta dwój­ka, jego ekipa, na to przy­zwa­la, no ale co się dzi­wić, no bo co ma niby powiedzieć? Star­szy, to niby źle robi? Roz­ka­zać mu mają coś mają, dupę ze stoł­ka pod­nieść? Jak niby star­sze­mu, taki chły­stek, może pod­sko­czyć? Jak ma młoda krew niby wy­grać ze star­czy­mi mą­dro­ścia­mi? Pluje im pro­sto do py­sków, a oni mu jesz­cze po­dzię­ku­ją. 

 

 Ale ja wiem, ja wiem swoje! Wiem, że nie bę­dzie po­trze­ba ko­lej­ne­go po­ko­le­nia, by do­ko­pać się do środ­ka, wiem że sta­nie się to jeszcze za mojego życia! Je­stem jesz­cze młody, a sta­rzy niech sobie tam ga­da­ją, ja nie mam na to czasu!

 

 Są wśród nas tacy, co nie wie­rzą w Śro­dek, nie wie­rzą w Świat, do któ­re­go od po­ko­leń się do­dra­pać pró­bu­je­my. Więk­szość jed­nak wie­rzy, ale tylko tak, bo wy­pa­da. Ot tak, dla za­sa­dy i dla świę­te­go spo­ko­ju. Nikt z nas jed­nak nie wi­dział, naj­star­si nawet nie sły­sze­li. 

 

 Ponoć za życia mo­je­go pra­pra­dzia­da Brama się otwo­rzy­ła. Ponoć wy­szedł ktoś ze środ­ka. Ponoć był młody i mówił ja­kieś słowa nie­zro­zu­mia­łe, wy­per­fu­mo­wa­ne, upięk­szo­ne, ja­kieś takie na­zbyt do­sko­na­łe. Miał ró­żo­we, ale gład­kie futro i nie­bie­skie oczy, czy­ste ja­kieś na sobie ubra­nie, takie ko­lo­ro­we. Zadbane i schlud­ne włosy, a także dziw­ną czap­kę na gło­wie. Pach­nia­ło od niego ład­nie. Ale coś było u jego lewej kost­ki, coś me­ta­licz­nie stu­ka­ło.

 

 W pew­nym mo­men­cie urwa­ły się słowa, zroz­pa­czo­ne bo nie­sły­szal­ne, mimo że cała masa się wtedy ze­bra­ła. Złoty łań­cuch się na­cią­gnął, wy­pro­sto­wał. Po­ja­wi­ły się łzy w oczach, rzu­cać po­czę­ła się na wszyst­kie stro­ny prze­ra­żo­na głowa. Oszu­ka­na głowa. Łań­cuch po­czął wcią­gać go, po­wo­li, do Środ­ka. Rwał się, prze­wra­cał, wie­lo­krot­nie, zdzie­rał swoje pięk­ne, ale coraz bar­dziej brud­ne ubra­nie. Śmie­chów licz­ne za­stę­py roz­brzmie­wa­ły zza Bramy, szy­de­ry, drwi­ny cięły po­wie­trze, zie­mię re­za­ły. Twar­da, ka­mie­ni­sta i spróch­nia­ła zdzie­ra­ła zeń ró­żo­we futro, od­sła­nia­jąc kości wę­gli­ście czar­ne. Roz­pła­ka­ły się, szare teraz, prze­ra­żo­ne oczy. Wy­pa­dły, star­cze już teraz, brud­ne włosy. Śro­dek go po­chło­nął, wcią­gnął na zło­tym łań­cu­chu po­now­nie w swoje trze­wia. Już w sumie trupa, odar­te­go z całej god­no­ści i mie­nia. Za­trza­snę­ła się za nim Brama, po­twor­ny ryk wy­da­jąc. Dzie­więć razy prze­krę­co­no w niej ogrom­nym klu­czem. Ze zło­ty­mi łań­cu­cha­mi, jed­nak wciąż to­ną­cy w bło­cie. 

 

 Ze­bra­li­śmy zdar­te futro, ze­bra­li­śmy brud­ne ubra­nie. Krew wsią­kła w zie­mię, krew gęsta i sztucz­nie na nie­bie­sko bar­wio­na. Zie­mia przed Bramą od za­wsze była ja­ło­wa, od za­wsze czar­na, od za­wsze mar­twa. Ko­lej­na ni­błę­kit­na krew tylko coraz bar­dziej ją wy­su­sza.

 

A potem tylko padał deszcz.

 

 Mam od ojca ka­wa­łek tego ubra­nia. Prze­ka­zy­wa­ny z dzia­da, pra­dzia­da. Dowód na Środ­ka ist­nie­nie. Ale ja nie po­trze­bu­ję do­wo­du, bo ja wie­rzę. Nie po­trze­ba mi nie­do­wiar­ków ani jed­no­dnio­wych de­wo­tów. Do­sta­nę się do Środ­ka. Znaj­dę pięk­ne ubra­nie. I wrócę. Wrócę, z moimi wła­sny­mi, z na­szy­mi sło­wa­mi, wrócę z nor­mal­ny­mi ge­sta­mi. I nie dam się po­chło­nąć Bra­mie!

 

 

O woj­nie z ko­ta­mi.

 

Dym i po­piół wciąż nam to­wa­rzy­szą, każdy od­dech to lo­te­ria. Za­wsze na nas to wszyst­ko opada, bo to cięż­sze jest od po­wie­trza. Prze­klę­te niech będą szare wy­po­tli­ny, niech prze­klę­ci będą ba­ro­no­wie ule­pie­ni z węgla i śliny! 

 

 

Roz­pa­dli­ny roz­ci­na­ją wszyst­ko wokół. W ziemi li­chej i sza­rej roz­ora­ne ko­le­iny, w któ­rych my, szczu­ry i myszy, się gnieź­dzi­my. Po­nu­re to, te zie­miań­skie blo­ko­wi­ska, ale są domem, więc jest to kwe­stia w ja­kimś stop­niu ma­cie­rzy­sta. Bo ro­dzi­my się tutaj i tu umie­ra­my. Mamy po jed­nym życiu na głowę, nie mie­li­śmy szczę­ścia uro­dzić się ko­ta­mi. Ka­ta­mi na­sze­go losu są wła­śnie te za­pchlo­ne zwie­rzy­ska, jak my ich nie­na­wi­dzi­my, ale co też zro­bić mo­że­my, poza cho­wa­niem głów w pia­sek? 

 

 

Za­wsze się oszu­ku­je­my, mimo że nasz nos stara się ze wszyst­kich sił. Mamy nosa do tych spraw, po­wie­dzą ci, co nigdy nie tra­fia­ją tam, gdzie trze­ba. A potem za­wsze trąci ja­kimś gry­zo­niem. Bo nie chce się sprzą­tać cu­dze­go syfu, a prze­cież to nie my to wszyst­ko pro­du­ku­je­my, za to to­nie­my pod górą nie-na­szych śmie­ci. Gdy ktoś przy nas pali, śmier­dzi bar­dziej, niż gdy my sami pa­li­my. Oto ka­ba­ła pier­wot­ne­go smro­du. 

 

Mój przy­ja­ciel z Ko­le­iny 8/11 pró­bo­wał kie­dyś stwo­rzyć ruch prze­ciw tej ko­ciej swa­wo­li, a ja mia­łem być przy tym co jakiś czas, słu­chać i spa­mię­tać, coby potem prze­ka­zać innym. Było ich szes­na­stu, mło­dych, am­bit­nych, wa­lecz­nych. Mieli nie­sa­mo­wi­te me­to­dy.

 

Sobie od pyska odjąć po­tra­fi­li, gdy zza Muru zrzu­co­na zo­sta­ła tuń­czy­ka pusz­ka, aby użyć jej jako wa­bi­ka, żeby do­rwać prze­ciw­ni­ka. Wy­ko­py­wa­li wów­czas głę­bo­kie, ale wą­skie nory, pusz­kę na dnie umiesz­cza­li. Ale dno było oszu­stwem – była tam za­pad­nia. Gdy jakiś kot, zwa­bio­ny za­pa­chem, wlazł mordą i przed­ni­mi ła­pa­mi do dziu­ry, to za­pa­da­ła się pod nim pod­ło­ga, na­dzie­wał sobie łapy na za­ostrzo­ne za­pał­ki. Były one wbite lon­tem do ziemi. Przy­cza­jo­ny na samym dole par­ty­zant, w wy­ko­pa­nym spe­cjal­nie po to tu­ne­lu, od­pa­lał tyle za­pa­łek, ile się dało, pod­czas gdy z góry, grupa wy­pa­do­wa, wbi­ja­ła inne za­pał­ki w tylne nogi. One rów­nież miały lont i pło­nę­ły po chwi­li. Pło­nę­ło ich wię­cej, ile się dało, ale za­wsze tyle, ile na jed­ne­go prze­ciw­ni­ka prze­zna­czo­no. A licz­ba to do­kład­nie 50 i do­dat­ko­we dzie­więć, tak zwa­ne­go, wra­zie­cze­go.

 

Kot palił się z dwóch stron, po­twor­ne wi­do­wi­sko. Ale ubó­stwia­li ryk prze­ciw­ni­ka, ci mło­dzi bo­jow­ni­cy, śmia­li się, pluli, szy­dzi­li z jego męki. A on się spa­lał, po­wo­li i bez­li­to­śnie, czę­sto przy­gnia­ta­ny jesz­cze ka­mie­nia­mi, by na pewno nie mógł się wy­do­stać. Prze­kli­nał swo­ich opraw­ców, bła­gał o li­tość, mo­dlić się za­czy­nał, pła­kał, och jak po­twor­nie pła­kać wów­czas za­czy­nał! Gdy strach z roz­pa­czą się po­łą­czy, gdy ze wszyst­kich stron uci­ska­ją nas ścia­ny, gdy boli, gdy tak po­twor­nie nas parzy, gdy sta­nąć mamy już nie­dłu­go przed Śmier­ci twa­rzą, go­dzi­my się z losem, z ostat­ni­mi se­kun­da­mi, bo­wiem umie­ra­jąc, ro­bi­my to za­wsze sami, odar­ci z god­no­ści, upior­nie nadzy.

 

I tak by było, w ja­kiejś wy­śnio­nej być może walce, w opo­wie­ści o wiel­kim cier­pie­niu i pięk­nym umie­ra­niu. Wszyst­ko dzia­ło­by się nie szyb­ko, ale rów­nież nie długo. Nie­dłu­go by­ło­by po wszyst­kim, po cier­pie­niu. Ale nie tutaj, bo tu było jesz­cze cze­ka­nie. Bo to nie ogień kota wy­kań­czał, to też nie za­pał­ki, wbi­ja­ne w nogi. To czas, naj­bar­dziej ze wszyst­kich broni, zło­wro­gi. To zmę­cze­nie, za­klesz­cze­nie w ziemi, ten brak po­wie­trza, prze­chod­nie znu­dze­ni, któ­rym za­chcia­ło się do­łą­czyć do bi­czo­wa­nia, coby żal za coś z prze­szło­ści, ko­cie­mu sym­bo­lo­wi po­wie­rzyć. I mi­ja­ją dłu­gie mo­men­ty tego na wpół życia i na wpół umie­ra­nia.

 

I spo­cznie na bar­kach przy­szłych, a głów­nie tego na­stęp­ne­go po­ko­le­nia, aby uza­sad­nić, zro­zu­mieć czy też na za­wsze prze­kląć takie dzia­ła­nia.

 

Po­je­dyn­cze trium­fy par­ty­zanc­kie­go od­dzia­łu przy­nio­sły im sporo sławy wśród in­nych osie­dli. Ich sze­re­gi za­czę­ły się roz­ra­stać. Koty za­czę­ły za­cho­wy­wać się znacz­nie ostroż­niej, nie­kie­dy nawet od­pusz­cza­ły, wi­dząc zwę­glo­ne łapy swo­ich po­przed­ni­ków wy­sta­wio­ne na prze­stro­gę. Star­szy­zny osie­dlo­we nie po­dzie­la­ły tego ich mło­dzień­cze­go en­tu­zja­zmu bun­tow­ni­cze­go, cze­goś się oba­wia­li. 

 

Koty ata­ko­wa­ły też inne osie­dla. Do­sta­ło się Roz­pa­dli­nie 16, po­rwa­no tam jed­nej nocy całą ro­dzi­nę. W No­ro­wi­sku 3, po­roz­ry­wa­ne zwło­ki trzy­na­stu mło­dych były potem bar­dzo mo­zol­nie i z tru­dem przez ro­dzi­ny iden­ty­fi­ko­wa­ne, a na­stęp­nie cho­wa­ne. Dzia­ła­nia te jed­nak, za­miast po­wo­li stu­dzić zapał tych na­szych bo­jow­ni­ków, tylko do­da­wa­ły im zwo­len­ni­ków. Wszystko zaczęło eska­lo­wać, star­szy­zny osie­dlo­we za­czę­ły się nie­po­ko­ić. So­lid­nie nie­po­ko­ić. 

 

Pewne­go dnia, do­szło do ka­ta­stro­fy. W prze­cią­gu paru go­dzin cały ruch oporu zo­stał zli­kwi­do­wa­ny. Z sa­me­go rana, gdy par­ty­zan­ci jesz­cze smacz­nie spali, pewni sie­bie i roz­le­ni­wie­ni po wielu drob­nych zwy­cię­stwach, zo­sta­li za­sko­cze­ni przez grupę wy­spe­cja­li­zo­wa­nych kotów. Bez­względ­ne be­stie roz­dar­ły liche struk­tu­ry ich bazy, wy­ry­wa­ły ich ze snu, zdra­py­wa­ły z po­słań. Baza była jed­nak przy­go­to­wa­na na taką ewen­tu­al­ność: sieć roz­licz­nych tu­ne­li cią­gnę­ła się da­le­ko poza Ko­le­inę 8, coby umoż­li­wić uciecz­kę.

 

A przy­naj­mniej tak by było, gdyby nie fakt, że ktoś za­wa­lił ich sporą część. Że ktoś umie­ścił w tu­ne­lach białe ka­mie­nie, które wy­pa­la­ją skórę. Że ktoś wydał po­ło­że­nie bazy. Że ktoś wy­ła­pał tych, co pró­bo­wa­li ucie­kać. Że ktoś ich wydał w ręce katów. Że ktoś rękę na swo­ich braci i sio­stry pod­niósł. Że star­szy­zna mil­cza­ła, gdy ktoś potem o to pytał. Jak się o nich do­wie­dzie­li? Skąd wie­dzie­li gdzie szu­kać? Kto z na­szych im po­mógł? Kto wydał? Te i inne py­ta­nia, wraz z pyłem i ku­rzem, wy­peł­nia­ły po­miesz­cze­nia miesz­kal­ne przez na­stęp­ne ty­go­dnie. 

 

Trze­ba było uprząt­nąć "ba­ła­gan" po­zo­sta­wio­ny przez na­szych par­ty­zan­tów z Ko­le­iny 8. Też mu­sia­łem sprzą­tać. Tar­ga­li­śmy kocie zwło­ki aż pod Okno. To zwy­kle jest około sie­dem go­dzin drogi. Ze zwło­ka­mi scho­dził cały dzień, bo prze­cież trze­ba jesz­cze wró­cić. I tak to uci­chło. Ale z obu stron, o dziwo. Koty też prze­sta­ły wy­ła­zić na łowy. Nie­kie­dy tylko je widać, ale wów­czas tylko spa­ce­ru­ją. Może prze­ra­zi­ła ich licz­ba dzie­więć? 

 

 

Mówi się o sta­nach rze­czy. 

 

Wszy­scy du­si­my się dymem. Wszy­scy za Murem oczy­wi­ście. W Środ­ku na pewno nie mają ta­kich pro­ble­mów, w Środ­ku na pewno nie trują się czar­ną chmu­rą. 

 

A przy­naj­mniej tak będą mówić ci, co nigdy kota nie wi­dzie­li, a je­dy­nie coś tam od kogoś kie­dyś sły­sze­li. Bo tak się uśmie­cha­ją, gdy pupil coś w pyszcz­ku przy­nie­sie. Bo to śmiesz­ne, bo to za­ba­wa. Bawią się ary­sto­kra­ci, przy­wią­zu­jąc chło­pa za nogi do konia. Ci się śmie­ją, a ten kona. Zwy­kła spra­wa – ot w dwóch róż­nych ho­do­wa­na sta­wach, ale wciąż ta sama ryba, bul­go­cze sobie, je i pływa. 

 

To jakaś więk­sza głowa nad ko­ta­mi stoi, ktoś w końcu mu­siał ich tak wy­cho­wać. I ta głowa wiel­ka jesz­cze mniej ma od nich ro­zu­mu, dławi się tylko śliną przy obie­dzie, chi­chra się, pije po­spo­łu i koń­czy, nosem skie­ro­wa­na w niebo, ale jed­nak w dół stołu. Prze­pięk­na to fik­sa­cja, tego próż­ne­go oby­cia, tego odzie­nia ko­lo­ro­we­go, dro­gie­go na­kry­cia, nie­sa­mo­wi­ta to pa­to­lo­gia po­wszech­nych stan­dar­dów, gdy za­miast wy­cie­ra­nia, sto­su­je się ob­li­zy­wa­nie pal­ców. Chwa­ła tym wszyst­kim, któ­rzy wy­so­ko głowy trzy­ma­ją, chwa­ła ro­dzi­com, co swoje po­cie­chy same sobie zo­sta­wia­ją, chwa­ła wła­ści­cie­lom, wszel­kiej ko­ciej masy, bo bar­dziej oni, niż taki kot na le­ni­stwo są łasi! 

 

Mło­dzie­niec nie­mal­że prze­ko­pał się przez mur. Tak, zda­rzy się to jesz­cze w na­szym po­ko­le­niu, jakaż to upior­nie eks­cy­tu­ją­ca wizja. Ta­jem­ni­ca zo­sta­nie roz­wia­na, praw­da przy­nie­sio­na, mara okieł­zna­na! 

 

 A nie­kie­dy po pro­stu wo­li­my być ręką wyż­szej isto­ty pro­wa­dze­ni, tak to już wy­ni­ka z na­sze­go po­cho­dze­nia. Cho­dzi­my od nie­chce­nia, trze­ba wsta­wać rano, cho­ciaż mało mamy do zro­bie­nia. Ot, wy­zna­cze­ni są ci od przy­no­sze­nia, wy­zna­cze­ni ci od sprzą­ta­nia cią­gle za­ku­rza­ją­ce­go się osie­dla, wy­zna­cze­ni ci, co mą­dro­ści mają do ga­da­nia, ale nie­wie­le w nich wno­sze­nia. 

 

Od­wie­dzę dziś Mło­dzień­ca, co dra­pie w pocie czoła, we­sprę go, być może zro­bić to zdoła. Ach, jakże nie­sa­mo­wi­te jest samo wy­obra­że­nie, Śro­dek, po tylu la­tach, sta­nie przed nami otwo­rem! Tak, też wie­rzę, że to po­ko­le­nie nas od­mie­ni, kurz ze­trze, czar­ny dym za­trzy­ma, na nowo naszą rze­czy­wi­stość z cze­goś-tam ulepi. Ot wszel­kie­go sta­ra­nia się przy­czy­na – aby było le­piej tym, co po nas na­sta­ną. Aby od­dech prze­stał być lo­te­rią, aby w kurzu nie du­si­ły się po­ko­le­nia, aby pod gó­ra­mi śmie­ci nie to­nę­ły młode dusze, aby było wię­cej wody i je­dze­nia. Jest to, wie­rzę głę­bo­ko, do zro­bie­nia. Prze­łom, Mur musi znik­nąć z pola wi­dze­nia, albo przy­naj­mniej do­pu­ścić nas do Środ­ka. Bo tam po­wie­trze nie jest szare, to na pewno. Dym nie unosi się tak wy­so­ko. Z dru­giej jed­nak stro­ny, nikt Muru nie wi­dział szczy­tu. Być może ist­nie­je, ale to bez zna­cze­nia. Kie­dyś upad­nie, mamy taką na­dzie­ję. 

 

– Może nie, że upad­nie – powie do mnie Mło­dzie­niec, jak już na­pi­je się wody – ale na pewno przej­dzie­my. Prze­bi­ję się, nie dziś, nie jutro, ale wie­rzę, że nie­dłu­go. Czuję w ko­ściach.

– A wła­śnie – po­wiem – jak Twoje kości? Od tego dra­pa­nia to muszą cię nie­źle.

– Boleć? Nie, nie bolą, to już w sumie bez zna­cze­nia, wiesz, dra­pię już tak długo, że się ciało przy­zwy­cza­iło. Nie­kie­dy nawet przy­sy­piam pod­czas dra­pa­nia. 

– A to nie jest cięż­ka ro­bo­ta? 

– A co wy tam wie­cie, wy Mą­drzy. – Splu­nie, nie­grzecz­nie, ale ro­zu­miem. – Wy nie dra­pie­cie, cho­ciaż po­win­ni­ście, jak każdy. No, ale w po­rząd­ku, tak długo, jak się nie bę­dzie­cie pchać do prze­cho­dze­nia. Cięż­ko jest, cięż­ko, no ale trze­ba, cho­le­ra. 

– Nie my­śla­łeś od­po­cząć. – Prze­trę mu czoło chu­s­tą. – Cho­ciaż kilka dni?

– Teraz? Teraz nie ma sensu, zbyt bli­sko je­stem, czuję w ko­ściach, wszę­dzie czuję. Już pra­wie, jesz­cze tylko chwi­la. .

– A jakiś plan? Co zro­bisz, jak już się przed­ra­piesz?

– Wejdę, znaj­dę ko­lo­ro­we ubra­nia, za­pa­mię­tam, co się da i wrócę, po­wiem wszyst­kim, co wi­dzia­łem i bę­dzie wię­cej cho­dzić. Po je­dze­nie cho­ciaż­by.

– Ale mamy prze­cież je­dze­nie.

– Tak, tyle, by nie gło­do­wać, ma­rze­nie po pro­stu.

– Więc po cóż ko­lo­ro­we ubra­nia?

– Bo to ma więk­sze zna­cze­nie! Jasne, woda, je­dze­nie i tak dalej, czy­ste po­wie­trze, ale mu­si­my mieć coś poza tym, coś… coś pięk­ne­go, coś je­dy­ne­go, coś, co więk­szym celem się sta­nie!

– Ubra­nie?

– Tak, ubra­nie. I niech każdy ma takie, ko­lo­ro­we, pięk­ne, je­dy­ne tylko dla sie­bie!

– Nie patrz spode łba na to, co mówię, ja się zga­dzam, ja po­mo­gę, tylko że. Tylko, że nie do końca ro­zu­miem to ubra­nie. – Wy­cią­gnie z kie­sze­ni ka­wa­łek ma­te­ria­łu, zębem czasu wie­lo­krot­nie po­gry­zio­ny i mi po­ka­że. – A to co? 

– Kawałek ubrania, sprzed wielu lat. Mój pra­pra­dziad zdo­był je od ró­żo­wej po­sta­ci ze zło­tym łań­cu­chem. Kie­dyś było pięk­ne i ko­lo­ro­we wła­śnie.

– Prze­mi­ja­nie, wszyst­ki kolor się ze­trze z cza­sem.

– Tak, oczy­wi­ste, ale my bę­dzie­my po­ko­le­niem w barw­ne odzia­nym szaty! Pierw­szym od lat, i zo­sta­nie­my za­pa­mię­ta­ni na lata. 

– Być może, być może tak bę­dzie. 

 

Po­mo­głem mu dziś z dra­pa­niem, dra­pa­li­śmy na zmia­nę. Chce się wie­rzyć, że bę­dzie ina­czej. Chce się ma­rzyć o ko­lo­ro­wej sza­cie. Chce się od­dy­chać czy­stym po­wie­trzem, chce się jeść coś, co nie jest wy­rzu­co­ne przez kogoś in­ne­go. Chce się pisać, chce się czy­tać, cho­ciaż się nie umie, bo i po co, w takim sta­nie? Mó­wi­ło się, że tak długo, jak słoń­ce świe­ci, będą ro­dzić się poeci. Słoń­ce ma pro­blem z prze­bi­ciem się przez czar­ne chmu­ry. Wszyst­ko ską­pa­ne w cie­niu, oto wła­śnie mrok no­wych wie­ków, na wskroś po­nu­ry. 

 

 

O Po­wta­rza­niu, czyli me­to­dy ro­zu­mie­nia.

 

Ponoć po­ko­le­nia od­le­głe, co przed nami ist­nia­ły, pa­mię­ta­ły jesz­cze za­pach świe­żej trawy. Miała być zie­lo­na i gnieź­dzić w sobie życie. Zie­mia, na któ­rej rosła miała być żyzna i moż­li­wa do wy­ko­rzy­sta­nia. Ponoć siało się w niej i coś wy­ra­sta­ło. Ponoć można było jeść płody tych upraw. Ponoć by­li­śmy kie­dyś jej pa­na­mi. 

 

Teraz mamy tylko szary. Zie­mia kwa­śnym jest zra­sza­na desz­czem od wielu lat, nic w niej nie ro­śnie, nie ma jak. Teraz wszyst­ko jest już tylko mar­twe, to już nawet nie jest umie­ra­nie. 

 

Za­wsze cze­goś bra­ku­je, ale to już na­tu­ral­na kwe­stia ist­nie­nia. Póź­niej po­ja­wia się szu­ka­nie, nor­mal­ne na­stęp­stwo gu­bie­nia. 

 

Mło­dzie­niec wie­rzy, że za Murem jest zdro­wa zie­mia. Wie­rzy, że rosną na niej rze­czy, które można bez stra­chu zja­dać. Wie­rzy, że pach­nie tam ta trawa. I ja chcę wie­rzyć, cho­ciaż trud­na jest ta wiara. 

 

Tu się wszyst­ko tylko wciąż po­wta­rza. Bo wszyst­ko to tylko po­wta­rza­nie, tylko ono ist­nie­je, tylko ono daje życie, de­fi­niu­je zwy­cza­je. Wsta­wa­nie, cho­dze­nie, zbie­ra­nie, je­dze­nie, picie, za­mar­twia­nie, roz­ma­wia­nie, kasz­le­nie, wciąż bra­ku­je, za­sy­pia­nie, pusty brzuch, bur­cze­nie, potem po­bud­ka, łka­nie i strach, mil­cze­nie, wiel­kie wie­ków umie­ra­nie i ro­dze­nie i wciąż w kółko, takie trwa­nie, tra­wie­nie. Po­wta­rza­nie, po­wta­rza­nie, po­wta­rza­nie. Z ca­łych po­przed­nich po­ko­leń osta­ły się jeno ości, które w gar­dle stają, uwie­ra­ją, bo to mil­cze­nie bez speł­nie­nia, bo to urwa­ne zda­nia i nie­do­po­wie­dze­nia. Znowu pada kwa­śny deszcz. 

 

 

Prze­łom. 

 

Udało mi się, na­resz­cie udało! Mam, widzę, czuję, ja­kieś, tak to ja­kieś świa­tło! Po dru­giej stro­nie, prze­bi­łem się przez Mur, śro­dek już zaraz przede mną się roz­ry­su­je, bę­dzie ubra­nie, je­dze­nie, bę­dzie woda, bę­dzie po­wie­trze! Na­resz­cie, na­resz­cie, zmar­twych­wsta­nie! 

 

***

 

Bolą mnie nogi zaraz po prze­bu­dze­niu. A trze­ba wsta­wać, trze­ba iść pod okno, bo z je­dze­niem licho. Ech, niech to. Ale wody jest przy­naj­mniej sporo, to do­brze, szu­kać nie trze­ba. Idźmy więc, idźmy, bo kto cho­dzi rano, jak to mówią, i tak dalej. 

 

***

 

Nie­sa­mo­wi­te, cu­dow­ne, pięk­ne, wspa­nia­łe! To już pra­wie tutaj, już pra­wie, już się przed­ra­pa­łem! Jesz­cze tylko kilka, jesz­cze kilka drap­nięć i… i już, już chwil­ka. Odła­ma­ny, ostat­ni ka­wa­łek, odła­ma­ny. Ja… ja widzę, ja czuję, to… to jest Śro­dek, on ist­nie­je, on ist­nie­je i jest… i jest… 

 

***

 

O cię jasna cho­le­ra, a co to tu się czyni. Jakiś cwa­niak se prze­niósł po­sła­nie bli­żej okna, a? Stąd ma ze, hmm, z go­dzi­nę może, no nie­źle, nie­źle, niech po­cze­ka, aż się kto ze star­szych dowie. Cie­ka­we z ja­kie­go osie­dla go tu przy­wia­ło. Sprawdź­my sobie na szyb­ko, czy jest na miej­scu. Och, tu jest dra­pa­ne. Ale prze­cie chwi­la, tego nie po­win­no tutaj być. Szczę­kacz ma dra­pa­nie swoje nie­da­le­ko, to ten co tutaj robi? Jakaś sa­mo­wol­ka widzę, no super, super. Ech, no nic, naj­wi­docz­niej trze­ba im dać na­ucz­kę, tym mło­ko­som, bo to pewne, że młody jakiś dra­pie, widać po łapie. Star­szy­zna się dowie, i to jesz­cze dziś. Ale w sumie? Dla­cze­go wieje z dziu­ry? Gdzieś się do­stał? Bah, bzdu­ra, nie ma żad­ne­go prze­cie Środ­ka. Pew­nie mi się wy­da­je. Albo jed­nak? Spraw­dzę, spraw­dzę i już. A gdzie mój, ach tu jest, za­wsze w razie czego przy sobie, nie­za­wod­ny, uni­wer­sal­ny i w ogóle. Za­wsze jakoś tak bez­piecz­niej wtedy.

 

– Co to się tu wy­ra­bia, a? 

– Ja się prze­ko­pa­łem, prze­ko­pa­łem do Środ­ka! 

– Jakże? Że do "Środ­ka"? 

– Tak, tak! Tak, do­kład­nie! 

– A to ci. 

– Jest tam, jest tam wszyst­ko, czego u nas nie ma, mówię ci, chodź, chodź po­ka­żę Ci, nie uwie­rzysz, och, uwie­rzysz, bo zo­ba­czysz! 

– Śro­dek, taaa? 

– Chodź, zo­ba­czysz, a póź­niej powie się innym, przy­nie­sie się, przy­nie­sie ze środ­ka, ach, ko­lo­ro­we ubra­nie! 

– Taaa, przy­nie­sie sie…

– Co ty… 

– … ubra­nie

– … ro­bisz?

– Taaa. Ko­lo­ro­we ubra­nie. Zo­ba­czy­my, w końcu: czemu nie, a?

 

 

Dzie­więć. 

 

Mia­łem kie­dyś przy­ja­cie­la i on dra­pał. Cie­szył­by się za­pew­ne, jakby mógł tutaj z nami dzi­siaj stać. Pew­nie chciał­by zo­ba­czyć. 

 

Z rana przy­szła wia­do­mość: Brama, pierw­sze prze­krę­ce­nie zamka. Całe tłumy, wy­la­li­śmy się z osie­dli, każdy pod Bramę. Dru­gie, sły­chać je wszę­dzie, od­bi­ja się ten dźwięk od każ­dej ścia­ny. 

 

Trzy, cze­ka­my. Sto­imy i mi­ja­ją go­dzi­ny, mamy na­dzie­ję, że nie bę­dzie padać. Czwar­ty, prze­ra­że­nie. Pytań wiele, co to ma niby zna­czyć, co się do cho­le­ry dzie­je?! Pa­ni­ka, ale sto­imy i pa­trzy­my, może bę­dzie zrzu­ca­ne. 

 

Pięć, nie­po­ko­ją się nogi, drżą ręce, pot na czo­łach, każdy i wszę­dzie, szep­ty i głosy, licz­ne za­wo­ła­nia. Szó­sty, już pra­wie, mówią wszy­scy: "już pra­wie bo to ma być niby Dzie­więć", ale nikt do­kład­nie nie wie, tylko sły­szał, coś niby, po­przed­nie po­ko­le­nia. 

 

Sie­dem, jest już sie­dem, a za każ­dym razem coraz więk­sze po­ru­sze­nie, a potem nie­sa­mo­wi­te, coraz głęb­sze mil­cze­nie. 

 

Ósmy. Nie­po­kój, ogrom­ne zmar­twie­nie. Co to bę­dzie, znów, co się sta­nie, czy nam coś grozi, jak od­po­wie­dzieć dziec­ku na takie py­ta­nia? Od­de­chy wstrzy­ma­ne, każda se­kun­da teraz od­li­cza­na, a jest ich wiele, coraz bli­żej, coraz… 

 

Dzie­więć. 

 

A potem tylko padał deszcz. 

 

Koniec

Komentarze

Czesc. Ja tylko bardzo krotko i z telefonu, wiec mozliwosci mam ograniczone. Szoruj z interpunkcją, zanim jurorzy wpadną :p Masz sporo błędow, jak tu: "Zabrałem im litrową. którą dziś mieli.". Masz też mnostwo powtorzeń, jak tu: " Miał różowe, ale gładkie futro, miał niebieskie oczy. Miał czyste jakieś na sobie ubranie, takie kolorowe, miał czyste i schludne włosy, a także dziwną czapkę na głowie." Niektore akapity wymagają rozbicia, jak ten: "Moj przyjaciel z Koleiny…". Błednie zapisujesz dialogi, jak tu: "– Nie myślałeś odpocząć – przetrę mu czoło chustą." Z opinią dotyczacą tresci wroce pozniej. Tymczasem sprobuj cos poprawic, ale czasu masz niewiele ;)

Nie można chyba inaczej przeczytać tego opowiadania, jak tylko jako wielką, symboliczną i profetyczną wizję. Udało Ci się stworzyć świat, który jest uniwersalny w swoich powiązaniach, emocjach, znaczeniu… i to mi się niezmiernie podoba.

Język jest intrygujący. Patetyczne części nie pozwalają, aby odczytać je dosłownie, więc czytelnik pozostaje w obrębie uniwersalnego mitu czy przypowieści.

 

Ojciec drapał, dziadek drapał, to i ja drapie.

drapię – literówka

 

To była interesująca lektura. Jeśli poprawisz błędy interpunkcyjne i redakcyjne, to zgłoszę do biblioteki.

Pozdrawiam!

Dziękuję za uwagi, postaram się jeszcze wprowadzić zmiany w kwestiach interpunkcyjnych (pięta achillesa) i uporządkuję co umiem.

Uważam, że rozwlekłeś treść za bardzo, wręcz ją rozwodniłeś. Szczur opowiada o walce z kotami czy przegryzaniu się przez mur, ale wszystko tak bez emocji, z wielką pretensją bohatera do całego świata. O ile sam motyw przedstawienia narracji z punktu widzenia szczura uważam za ciekawy, to wykonanie go zupełnie nie przypadło mi do gustu. Problemy z zapisem dialogów i przecinkami, zaimki osobowe wielką literą, a przede wszystkim pełno rymów, np. 

Rozpadliny rozcinają wszystko wokół. W ziemi lichej i szarej rozorane koleiny, w których my, szczury i myszy, się gnieździmy. Ponure to, te ziemiańskie blokowiska, ale są domem, więc jest to kwestia w jakimś stopniu macierzysta. Bo rodzimy się tutaj i tu umieramy. Mamy po jednym życiu na głowę, nie mieliśmy szczęścia urodzić się kotami.

I tak jest z wieloma zdaniami, w końcu tekst zaczął przypominać słowa piosenki.

Ciekawy eksperyment, ale nie porwał.

Pozdrawiam

Oooooo, dzięki temu obrazkowi przypomniał mi się Rollo, spec od sabotażu, z Szeregowca Dolota! (to chyba stąd w głowie podświadomie obraz szczura z zapałkami miałem)

 

Ups. No przedmowa tak zawiła, żem trzy razy musiała przeczytać, a i potem wracałam. Pierwszy raz miałam ochotę napisać komentarz do przedmowy. xd

A, tak w ogóle, teoria winna z praktyką się zgadzać. Teorie są w porządku, spoko, okejka. Praktyka bez sensu, irracjonalna, pozbawiona w większości polotu i znaczenia.

Memy są niczemu niewinne, podobnie jak myszy i koty. Komary za to należy wytępić. Tak jestem bezwzględna i tnę je maczetą, jak tylko jednego zoczę, a jak się trafi jakaś azjatycka biedronka – też. I za nic mam wtedy ekologiczne napomnienia. 

A dlaczego coś jest w tagach bądź nie, pisz reklamację do Wielkiej Klamry, rzecznika Chthulu na portalu. xd

A teraz już dobrze czytamy Twoje opko, tak jak je napisałeś, od pierwszego znaku do ostatniego, nie pomijając środkowych i pilnie wypatrując po drodze pułapek na myszy. ;-)

 

Przedrapałam się przez tekst! Kapitalnie prowadzisz tę narrację i pomimo trudnej dla mnie sekwencji z kotami, podobało misię! No ale i myszy też dostały. Jak nie ludzie, niech tam Ci będzie. W sumie musiałeś obmyślić szatańską pułapkę. 

To, co piszę wskazuje, że mam już dwóch faworytów w konkursie TŚ, Sary i CMa. :-)

Co misię podobało – przede wszystkim narracja (spójna, zabawna, ale i prztyczki w nos w niej były obecne, iście ludzkie), ale także i to:

Nagle w tekście pojawiło się wierszowanie

Szok, szast-prast, byłam na kociej polanie

Gdzie myszy tępią pazury o drzewa

Zakochany kot patrzy i altem śpiewa

A drugi burasek szuka w trawie sera

ogonem poruszając do tego covera

A nad wszystkimi krąży mewa

Piórem sczepiona z puchaczem,

Któremu dzień z nocką się  pomylił

A ja, kielich wznoszę utrwalaczem

I drapać, drapać, nie przestanę.

 

Ostatnia scena – czekanie. Może ten deszcz niekwaśny. Nie wiadomo. Mi skojarzył się ze sceną moknięcia poszczególnych jednostek na Gai, choć u Ciebie ma wydźwięk raczej smutny.

Poniżej masz drobiazgi interpunkcyjne i totowanie. Jeśli poprawisz przecinki (tak jeszcze trochę ich zostało pomimo poprawiania), zaraz pójdę poskarżyć się do biblio. A tak w ogóle – witaj na forum NF. Nie sprawdzałam, czy jesteś zupełnie nowy, czy staro-nowy. W każdym razie na początek link do dobrego podsumowania praw przeżycia na portalu NF, autorstwa Drakainy

Portal dla żółtodziobów

 

,No to po co to wszystko w ogóle?

,drapnij tam jeszcze z grubsza ze trzy razy,

,A tamta dwójka, jego ekipa, na to przyzwala, no ale co się dziwić, no bo co niby powie?

Zerknij, czy aby nie kiks, bo aż się prosi "ma powiedzieć"?

,wiem(+,) że stanie się to za mojego jeszcze życia! Jestem jeszcze młody,

Podkreślenie – zerknij, przeczytaj na głos jak brzmi, ja zmieniłabym szyk.

Kursywa – powtórzenie, jeśli celowe, zostaw.

,Kolejna nibłękitna krew

Literówka?

,Mam od ojca kawałek tego ubrania. Przekazywane z dziada, pradziada.

Literówka?

,Zawsze na nas to wszystko opada, bo to cięższe jest od powietrza.

Totujesz, oba do usunięcia. ;-)

,Ponure to, te ziemiańskie blokowiska, ale są domem, więc jest to kwestia w jakimś stopniu macierzysta.

jw.

,przecież to nie my to wszystko produkujemy, za to toniemy pod górą nie-naszych śmieci.

jw.

,śmierdzi bardziej(+,) niż gdy my sami palimy

,aby użyć jej jako wabika, aby dorwać przeciwnika.

Powtórzenie.

,to też nie zapałki,

,Bo to nie ogień kota wykańczał, to też nie zapałki, wbijane w nogi. To czas, najbardziej ze wszystkich broni, złowrogi. To zmęczenie,

Jedno może zostać, reszta weg.

,Zaczęło to wszystko eskalować

Niepotrzebne.

,W przeciągu paru godzin,(-,) cały ruch oporu został zlikwidowany.

,co by umożliwić ucieczkę.

Chyba jednak łącznie w tym przypadku. Sprawdź:

https://polszczyzna.pl/coby-czy-co-by/

nck

,Skąd wiedzieli(+,) gdzie szukać?

,Te i inne pytania, wraz z pyłem i kurzem wypełniały pomieszczenia mieszkalne przez następne tygodnie. 

Hmm, tu chyba trzeba byłoby potraktować jako wtrącenie i dać przecinek po kurzem, lub zlikwidować pierwszy przecinek, jednak nie mam pewności – co zrobić, jak lepiej?

,chwała rodzicom(+,) co swoje pociechy same sobie zostawiają, chwała właścicielom(+,) wszelkiej kociej masy, bo bardziej oni,(-,) niż taki kot,(-,) na lenistwo są łasi! 

,tak to już wynika

,No(+,) ale w porządku, tak długo(+,) jak się nie będziecie pchać do przechodzenia

,zapamiętam(+,) co się da i wrócę, powiem wszystkim(+,) co widziałem

Przy dwóch czasownikach w funkcji orzeczenia – trzeba musowo. :-)

,Nie patrz z pode łba na to, co mówię, ja się zgadzam, ja pomogę, tylko że. Tylko, że nie do końca rozumiem to ubranie. – Wyciągnie z kieszeni kawałek materiału, zębem czasu wielokrotnie pogryziony i mi pokaże. – A to co?

To jest ubrania kawałek, sprzed wielu lat

Zostaw najlepiej jedno, no, góra dwa. :-)

Podkreślenie – spode!

,Chce się marzyć,(-,) o kolorowej szacie

,to dobrze, to szukać nie trzeba.

,Ale przecie(+,) chwila, to nie powinno tutaj być.

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum chce poprawiać to, to, to… ale mnie się wydaje, że nie można. Inaczej cały czar pryśnie! Styl się rozleci i wszystko się zrobi poprawne i nudne.

Zgłoszę do biblioteki, bo przemyślawszy sprawę, stwierdzam, że akademickie rygory interpunkcji tu nie pasują.

 

Nie zrobi się nudne, chalbarczyk, byłam uważna! Prosiłam tylko i wyłącznie o poprawę przecinków,  a cała reszta – do uznania, uważania! :-)

 

Edytka: Byłam przez rok dyżurną i nie jestem już – może szkoda, choć ciągle się nie daję, przynajmniej próbuję – przetrenowana w podstawach. Musiałam, taki life. <ulubiona motka Baila>

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niesamowite, jak to się potrafi przed oczami ułożyć, jak to wszystko “to” co tu się mnoży (jak szczury normalnie) jest teraz z tekstu wydarte i ukazane. I faktycznie, może niekiedy wyszło tego za dużo xD

Ale jedno zdanie jest tutaj, w którym “to” gra rolę ważną:

 

“przecież to nie my to wszystko produkujemy, za to toniemy pod górą nie-naszych śmieci”

 

“to nie my”, “toniemy”. Taka to, gra, w tonięcie. Ja na przykład nie umiem pływać, ale to nie ma akurat znaczenia.

 

W istocie literówka w “przekazywane” – moja wina, poprawię.

 

Ale literówką nie jest “nibłękitny”. To zbitek: “niby” i “błękitny”, a jako, że błękitny tak wygodnie zaczyna się od “b-“, a pierwsza sylaba “niby” może też być użyta jako osobna forma “(ni taki, ni owaki), to powstał tutaj nibłękit, imitacja błękitu. A błękitna/niby-błękitna/nibłękitna/ni to błękitna, ni… krew to już raczej oczywiste xD. 

 

Wprowadzę poprawki jakie się da, takie co nie rozjadą tekstu, takie co go tylko sensownie poprzecinają (bo to chyba jeszcze legalne, przy takiej dacie na kalendarzu, cnie?)

 

 

Odniosę się też do poprzedniego komentarza, o rozwadnianiu i rymowaniu – być może tak jest, pewnie tak jest, tu już mi ciężko ocenić, bo to opinia, bo masz tu rację, bo ja nie lubię tak wprost niekiedy, a to wkurza niekiedy, jak każde słowo w wygłosie kończy się na to samo. Ale chcę tylko dodać, że tam nie jest jeden szczur jako narrator. Jest ich conajmniej trzech. 

 

I jeszcze do pierwszego komentarza – w pierwszym rozdziale to w ogóle się mnóstwo powtarza. Takie słowa jak: “w ogóle”, “miał”, “drapanie” i jego odmiany, mnóstwo powtarzania. Ale taka to metoda rozumienia. W końcu tajemnica, a jej odpowiedzią jest powtarzanie. 

 

Niemniej, serdeczne wszystkim dzięki za wykazane błędy. Z interpunkcyjnymi się zgadzam, w pełni, bo im więcej lat mi przybywa tym bardziej się orientuję, ze zapominam jej zasad podstawowych, z niektórymi błędami o charakterze powtórek się zgadzam, a to “to” mnie boli, bo to tak niezwykłe słówko, co to tak ciężko wyrwać z tekstu. Postaram się, ale nic nie obiecuję

 

Dla mnie momentami zbyt okrutne, jednak czyta się płynnie i wciąga.

“Oto kabała pierwotnego smrodu.” – to niezłe motto;)

Wielopokoleniowe drapanie też jest głębokie.

Chętnie sięgnę po Twoje kolejne dzieła.

Zgłaszam, pisz, mi tam się całość ogromnie spodobała! :-)

NJ, ano tak już jest z tym totowaniem, że przy podobnej narracji mnoży się jak króliki. :-) W pojedynczych brzmi, w całości – przestaje. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj.

Żal mi kotów, bo za opisywanymi tu partyzantami w żaden sposób nie jestem. :)

Niezły pomysł, sporo humoru i niesamowitych akcji. Drapanie z pokolenia na pokolenie w końcu musi przynieść jakieś efekty! :)

 

Pozdrawiam i gratuluję ciekawego tekstu. :)

Pecunia non olet

Efekty być może, na pewno jakieś, ciężko powiedzieć, czy to dobre, takie dodrapanie.

 

Żal, prawda (autor pragnie w tym miejscu zaznaczyć, że kocha zwierzęta, koty, psy, a nawet szczurki, i że również nie pochwala autora za takie brutalne rozwiązanie, za takie na wskroś naturalistyczne narracyjne zagranie)

 

Pozdrawiam również, serdecznie.

laugh

No tak, walka musi nieść ofiary, taka jej natura…

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Niezbyt, przyznaję, przypadło mi to do gustu. Na początku byłam zafascynowana nieco inną formą, momentami bardzo poetycką, mimo że to tekst o szczurach, ale szybko się zmęczyłam. Klimat pasuje do gryzoni – jest taki… pospieszny? Nie wiem, jak to nazwać, ale kojarzy mi się właśnie ze zwierzętami kłapiącymi bardzo szybko zębami. Uważam, że na krótki tekst forma byłaby całkiem interesująca, ale przy tak długim przytłacza, a fabuła nie jest na tyle ciekawa, aby to nadrobić.

 

Ach, PS Witamy na portalu. :D

Zostaw ten żyrandol.

Chcę Ci tylko napisać, NJ, że z chęcią zgłosiłabym to opowiadanie do nominacji piórkowej – to najwyższe uznanie na portalu, jeśli tego nie wiesz. Jednak tego nie zrobię, bo nie wiem, czy to nie jednorazowy strzał (niby powinno nie przeszkadzać, ale…), pierwsza wersja była bardzo chropowata – przecinki, teraz jest już lepiej i ewentualnej wygranej w konkursie nie zaszkodzi (to inne – ważne wyróżnienie forumowe), poza tym lekko przeszkadza mi też, że żadnego z opowiadań zgłoszonych na konkurs nie przeczytałeś-skomentowałeś (mojego nie musisz, bo nie warto – jest nudne i tego nie chcę, ale zupełnie żadnego?).

Tekst jest ciekawy, drapanie zostało w pamięci. Pisz i rozwijaj się. :-)

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czytałam , ciągle tylko myśląc “przedrapie się czy nie przedrapie?”, “no i co właściwie jest za tym murem?”. Z pewnością więc potrafisz wzbudzić zaciekawienie czytelnika. Styl miejscami robił się bardziej patetyczny, czasami mniej. Intrygujący zabieg. Faktycznie miałam wrażenie, że czytam mit czy podanie o szczurkowym profecie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Pióra, skrzydła, co by po wędrownych piaskach ptasimi nóżkami stąpać nie musieć. Cóż, Asylum, dziękuję. Za to, że pojawiła się taka myśl. To o czymś świadczy, a mi jest miło. 

Czy to jednorazowe: nie, raczej nie. Plany już są, pierwsze zdania. Teraz tylko ta odwieczna litania zdań składania. 

Czytanie. Może faktycznie powinienem, chociaż studia całą energię na czytanie pochłaniają. Komentowanie, też prawda. 

 

Verus, rozumiem doskonale i się zgadzam. Zwłaszcza z fabułą, nie jestem zbyt dobry w dodawaniu jej ciekawości, “tego czegoś”, za pomocą czego się wybroni. Pospieszność tak, zwłaszcza przy końcu, gdzie te rozdziały bywały coraz krótsze, a w ostatnim w ogóle odliczanie. Dziękuję więc za przeczytanie, mimo zmęczenia. 

 

Adanbareth, dzięki za przeczytanie.

No i przedrapał. Ale tajemnica nie rozwiązana. Kiedyś pewnie się dowiem, bo też jestem ciekaw, co za tym Murem siedzi(wtedy dam znać). 

Zwłaszcza z fabułą, nie jestem zbyt dobry w dodawaniu jej ciekawości, “tego czegoś”, za pomocą czego się wybroni.

To się da wypracować. :D

Zostaw ten żyrandol.

Chalbarczyk, zwracam uwagę, że teksty nominowane do Biblioteki powinny być poprawne językowo (co oznacza też poprawną interpunkcję – wiadomo, przecinek tu czy tam mógł uciec, ale przy kilkunastu/kilkudziesięciu poprawkach…). To jedyne obiektywne kryterium przy głosie do Biblio. Wałkujemy przy różnych okazjach ten temat od lat.

 

NiskiJezuito:

Przeczytałem i nie jestem pewien jak odczytać tekst, metaforycznie, niczym bajkę zwierzęcą, czy może bardziej dosłownie, jako postapokaliptyczny świat, w którym “szczury” i “koty” to pozostałości ludzkości.

Najmocniejszy dla mnie kawałek to ten, w którym pojawiają się obserwacje o zachowaniach społecznych (hierarchia wieku, cwaniactwo dziedziczone w spadku, młoda, gniewna partyzantka, wielopokoleniowe drapanie do Środka, bo tam trawa bardziej zielona). Nie do końca rozumiem Środek i Bramę, ale być może jest to Tajemnica, której nie chciałeś odsłaniać – trudno jednak w tym kontekście złapać mi powód i znaczenie wizyty kogoś ze Środka (łańcuch wciągający go z powrotem jako symbol uwięzienia w dobrobycie? Śmiechy i szyderstwa bo idealista, syty usiłujący “nawrócić” na coś głodnych?).

Na pewno napisane jest sprawnie, choć gdzieniegdzie raził szyk przestawny (czasownik na końcu zdania, np w “Mówi się o stanie rzeczy”). Mam wrażenie niekonsekwentnej stylizacji, tak jakbyś przez chwilę przypomniał sobie o archaizacji mowy by podkreślić wiek narratora w danym fragmencie. Mimo to czytałem z zaciekawieniem do samiutkiego końca i tak trochę jestem niepewien, co autor miał na myśli: czy ci, co przedrapali się do środka, otwierają Bramę? Czy zdanie o deszczu oznacza, że za Bramą jest tak samo, jak przed?

 

Udany debiut, witamy na portalu ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A do mnie nie przemówiło, mimo że sam pomysł mi się podoba. Przede wszystkim za bardzo uczłowieczyłeś szczury: siedzą przy stole, na stołkach, mają ręce. Używasz pojęć, które nijak mają się do świata zwierząt: partyzanci, ruch oporu. Zachowania też nie szczurze, kota by zżarły, a nie ciągły gdzieś poza siedzibę, a w śmieciach jest pełno żarcia.

Nie wiem, gdzie one są. Chcą się dostać do wnętrza domu, ale jednocześnie mam wrażenie, że są na jakiejś ograniczonej przestrzeni. Szczur jak gdzieś wlezie, to i wylezie.

Brakuje mi tu realnej wiedzy o szczurach.

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

PyschoFish

 

To już chyba jak komu wygodniej, czynić czytanie, nie będę niczego narzucał.

 

Środek i Brama: z łańcuchem jest tak jak myślisz, przeto złoty (ze złotymi łańcuchami toniemy w błocie). Powód może być różny, a jeden z nich przedstawił Młodzieniec. Jemu chodziło o wrócenie z ubraniami. Wrócenie. Powtarzanie. Dlaczego śmiech? Bo Środek przefarbował futro na różowo, bo zniekształcił mowę, bo krew znibłękitnił a potem się śmieją tylko, bo to zabawne musi być dla nich, jak się stara cokolwiek powiedzieć, jakkolwiek porozumieć. Na początku i na końcu. Powtarzanie.

Tak, stylizacja jest niekonsekwentna, niekiedy naleciałości stylu mówienia jednej postaci przechodzą na drugą – to coś, co muszę poprawić, ulepszyć. 

 Ci co się przedrapali zbyt mali są aby własnymi siłami Bramę otworzyć. Ale trop w dobrym kierunku prowadzi. Deszcz pada, bo padał na początku, i pada na końcu bo to powtarzanie. Za Bramą zdecydowanie jakoś jest, ale na pewno inaczej – w końcu nawet mowa jest inna, w końcu stamtąd są koty, naturalni szczurów wrogowie

 

Irka_Luz

Zgodzę się, niezwykle mocno uczłowieczyłem szczury. Koty też, w dużym stopniu, w końcu koty się nie modlą (a przynajmniej z mojego doświadczenia tak wynika).

Nie wiem, czy Mur i Brama to części składowe typowego domu. 

I co do ostatniego akapitu – zgadzam się zupełnie, ja nie mam żadnego pojęcia na temat szczurów (nieironicznie zwierzenie: nigdy nie widziałem na żywo żywego szczura. Tylko martwe, albo w Internecie) 

 

(nieironicznie zwierzenie: nigdy nie widziałem na żywo żywego szczura. Tylko martwe, albo w Internecie)

Ja niestety widziałam, przedrapał mi się do mieszkania i wystraszył swoim wściekłym fukaniem jak cholera ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

To jest w ogóle dziwne, od paru lat mieszkam w mieście, gdzie jest są ich ponoć całe watahy, a jeszcze nie miałem przyjemności spotkać się z takim dżentelmenem. 

NJ, spieszę donieść, że myśli przy czytaniu opek nie przychodzą mi tak często. Narracja naprawdę fajna! Udzielać się nie musisz – Twój wybór. zawsze tak jest, ale super, że wchodzisz przynajmniej w dialog pod swoim opowiadaniem. Reszta, cóż opcje, klikasz to, co chcesz. Pizza, hamburger vege, sałatka, piwo, ice tea, golonka. 

Jeśli studia całą energię pochłaniają na czytanie – czytaj. :-) Acz drobnym przyjemnościom nie oddawaj. :p

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Podoba mi się ta symbolika jednak nie będę się wgłębiał bardziej, bo inni już to zrobili, a ja bym się powtórzył. Podobają mi się relacje społeczne i zachowania, które tutaj pokazałeś. Całkiem nieźle opisujesz myśli i dialogi, brzmią autentycznie, momentami jak ciągi skojarzeń, gdzie czasem ktoś na moment gubi poprzedni wątek – jakby uwypuklasz proces myślowy, widać, że bohater to formułuje, a nie jakaś siła z góry wrzuca tylko na papier.

Nominuję do biblioteki, lubię takie rzeczy.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol 

Lubię spontaniczne rozmowy bo to zwykle takie ciągi i myśli jakośtam zebrane i wypowiedziane. Lubię słuchać, bo więcej niż się wydawać może jest w takich na żywca właśnie zdaniach, wyrwanych, zasłyszanych. Więc cieszy mnie, że i Tobie się podobają.

I dziękuję

 

Asylum, nie jadłem golonki od lat, a teraz mam ochotę. Dziękuję (gdzie ja teraz znajdę golonkę, skoro ona tylko istnieje na weselach?)

Witaj, Niski Jezuito! Bardzo mi miło, że Twoje pierwsze opowiadanie dostało nasz tag konkursowy. Miło i cieszę się, bo dawno się tak nie ubawiłam.

Twoje opowiadanie jest specyficzne. Na pewno wyłamuje się ze schematów, pojawiły się błędy, było trochę nierówno. No i te rymy, czasem denerwowały.

Ostatecznie jednak jestem z lektury zadowolona, bo mnie po prostu urzekł ten świat, ci bohaterowie, ta narracja, którą można zresztą wyrównać.

Podobał mi się ten szczurzy, w czterech ścianach świat, problemy gryzoni, a walka z kotem to taki popis (trochę chorej) wyobraźni, że o ja cię kręcę.

Ja teraz już tylko powiem, że bardzo mi się podobało, ale wyróżnione być nie mogło, bo jednak są w konkursie teksty lepsze warsztatowo. Nie zniechęcaj się więc i jeśli chcesz, zostań na portalu i pieść warsztat.

Pozdrawiam i mam nadzieję, do następnego!

 

Witaj, Saro.

Łamanie, drapanie, rymowanie. I denerwowanie. 

Cieszy mnie więc zadowolenie, mimo ukazanej grafomanii.

Zostanę, coby na powrót nauczyć się przecinki stawiać. 

Coś będzie powstawać, może już nie o szczurach. 

Dura lex sed lex, więc jak najbardziej rozumiem. I tak zaskoczony jestem, że pojawiły się osoby chcące wyróżnić te 21itrochę tysięcy znaków. 

Pozdrawiam również. 

Nowa Fantastyka