- Opowiadanie: MaSkrol - Planeta Manekinów

Planeta Manekinów

Ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia dla So­na­ty i Verus za be­to­wan­ko. Tekst po­cząt­ko­wo miał 63k zna­ków. Jakoś udało się skró­cić. Nigdy wię­cej ta­kie­go ma­so­chi­zmu.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Planeta Manekinów

Szu­ka­łem po omac­ku, w ciem­no­ści, która okry­ła oczy jak płaszcz. Prze­bi­ja­łem się przez kil­ka­set warstw cier­pie­nia. Grze­ba­łem w nim, pró­bu­jąc zna­leźć świa­do­mość. Nogi ugię­ły się pod cię­ża­rem za­gu­bio­ne­go umy­słu. Umy­słu pro­szą­ce­go o wy­rwa­nie go z pętli po­wta­rza­nych sce­na­riu­szy. Po­mo­gę.

 – Chwyć moją więź.

 Coś za­drża­ło, po­ru­szy­ło się, czu­łem de­li­kat­ny dotyk jej obec­no­ści.

 – K… m est-eś?

 – Na­wi­ga­to­rem, ode­pchnij się od sko­ru­py.

 Za­beł­ko­ta­ła.

 – Ode­pchnij się! – Kości po­pę­ka­ły, tkan­ka mięk­ka za­czę­ła się de­gra­do­wać. – Dłoń! Chwyć dłoń!

 Złe wy­obra­ża­nie, nie­po­praw­na wi­zu­ali­za­cja, wbiła pa­zu­ry w mięso. Zdu­si­łem krzyk, żeby jej nie wy­stra­szyć.

 – De­li­kat­niej… ostroż­nie… jesz­cze raz!

 Ode­rwa­ła mi dłoń, ale ujęła wy­sta­ją­cą kość, zanim zdą­ży­łem za­re­ago­wać. Sta­wia­ła za duży opór. Ból nie­mal mnie unie­ru­cho­mił, po­cią­gną­łem moc­niej. Mięso ode­szło, kości się prze­su­nę­ły. Całe ramię od­pa­dło, ale zdo­ła­łem chwy­cić ją w ostat­niej chwi­li, gdy pra­wie za­skle­pi­ła się na po­wrót w ciele. Wy­le­cia­łem z bu­dyn­ku, zanim żar prze­pa­lił na­skó­rek i wbi­łem się w naj­bliż­sze za­zę­bie­nie.

 Stra­ci­łem rękę. Stra­ci­łem pie­przo­ną rękę, a to do­pie­ro po­czą­tek.

 

*

 

 Bu­dzi­ła się po­wo­li, mię­śnie przy­zwy­cza­ja­ły się do życia nieco poza cza­sem. Palce po­tra­fi­ły drżeć nie­re­gu­lar­nie, kiedy ci­śnie­nie spa­da­ło znacz­nie po­ni­żej normy. Ciało względ­nie się uspo­ko­iło, usta nieco zde­for­mo­wa­ły, wy­da­ła z sie­bie stłu­mio­ny krzyk.

 – Gdz… ie ja cie-cie… mn, o!

 – Otwórz oczy – pró­bo­wa­łem mo­du­lo­wać głos, żeby brzmiał nieco cie­plej.

 – Jjj… a?

 – Wy­obraź sobie, że je otwie­rasz.

 Sły­sza­łem gwał­tow­ny wdech, w umy­śle za­wi­bro­wa­ła nuta za­chwy­tu, którą zdu­si­ła me­lo­dia stra­chu. Las roz­po­ście­rał się aż po ho­ry­zont, gór­skie szczy­ty przy­wo­dzi­ły na myśl cha­otycz­nie roz­rzu­co­ne fale, jakby stąp­nię­cie gi­gan­ta wy­pię­trzy­ło skały.

 Znów pró­bo­wa­ła mówić, lecz słowa roz­bi­ja­ły się o za­mknię­te usta.

 – Wy­obraź sobie, że chcesz coś po­wie­dzieć, wtedy za…

 – Wal się!

 Ptaki po­de­rwa­ły się z drzew, świer­got na mo­ment za­głu­szył nawet myśli.

 – Wła­śnie tak, do­brze. Resz­ta dzia­ła tak samo, do ruchu dołóż wy­obra­że­nie.

 Ze­rwa­ła się z ziemi. Nawet nie pa­trzy­łem, co chce zro­bić, strach przy­tkał mi płuca. Chcia­łem od­sko­czyć, ale nie zna­la­złem opar­cia w bra­ku­ją­cej ręce.

 Upa­dłem, zni­ka­jąc mię­dzy wy­so­ką trawą, ale ude­rze­nie nie na­de­szło.

 – Nie do­ty­kaj mnie. – Wsta­łem po­wo­li, nie­zgrab­nie.

 – Twoja ręka… – Gdy mó­wi­ła spo­koj­nie, miała nawet ładny głos.

 – Od­pa­dła.

 – Zresz­tą zgnij, po­rwa­łeś mnie… co to za miej­sce w ogóle, jak… prze­cież, my le­cie­li­śmy… – Sło­wo­to­kiem pró­bo­wa­ła zdu­sić strach. – Co tu się dzie­je?!

 Mię­śnie jej twa­rzy za­czę­ły bez­ład­nie drżeć, ze­bra­ło jej się na płacz, ale nie wy­obra­zi­ła sobie czyn­no­ści.

 – Pa­mię­tasz co­kol­wiek, poza mo­men­tem gdy wyr… poza po­dró­żą?

 Wy­bąk­nę­ła dźwięk, który przy­po­mi­nał za­prze­cze­nie.

 – Tyy-y l… – Usta za­bul­go­ta­ły od nie­wy­po­wie­dzia­ne­go prze­kleń­stwa. – Ból i… jak­bym wy­szła z ja­kiejś pusz­ki.

 – Pust­ki, wi­sia­łaś w pu­st­ce.

 Po­ru­sza­ła pal­ca­mi, spla­ta­ła dło­nie, ucząc się po­ru­szać na nowo.

 – No dobra, to… – Wska­za­łem jeden z kli­fów. –  Wy­obraź sobie, że sie­dzisz na jego czub­ku, tam przy tym wy­sta­ją­cym obe­li­sku.

 Ledwo skoń­czy­łem zda­nie, a dziew­czy­na znik­nę­ła, po­zo­sta­wia­jąc małą smugę, po któ­rej się prze­nio­słem. Dy­sza­ła, przy­cze­pio­na do ka­mie­nia.

 – Mm… aaa. – Prze­łknę­ła ślinę. – Mam lęk wy­so­ko­ści.

 – To nie spa­daj. – Wsze­dłem na po­wie­trze.

 Za­sko­cze­nie wy­pły­nę­ło pro­sto z jej umy­słu.

 – Ży­je­my na in­nych stru­nach rze­czy­wi­sto­ści. Wszyst­ko to pewne przy­bli­że­nie.

 – Co ze mną zro­bisz? – Nie są­dzi­łem, że spoj­rzę na nią w ten spo­sób, ale… jej emo­cje ład­nie pach­nia­ły. Umysł pięk­nie for­mo­wał myśli, jakby wy­ra­biał cia­sto i od­kła­dał je, aby wy­ro­sło.

 – Bę­dziesz mi po­ma­gać, a póź­niej pój­dziesz w swoją stro­nę. – Skrzy­wi­łem się nieco, z tyłu głowy biły emo­cje, któ­rych nie mo­głem zde­fi­nio­wać.

 – Gdzie je­ste­śmy? – Sku­pi­ła się na kra­jo­bra­zie, od­py­cha­jąc go­rycz stra­chu.

 – Na jed­nej z przy­pad­ko­wych pla­net. Czas na nas. – Otwo­rzy­łem ścież­kę. – Gdy wej­dziesz, w środ­ku zo­ba­czysz smugę po mnie. Wy­obraź sobie, że pły­niesz wzdłuż niej.

 Kiw­nę­ła głową, od­chrząk­nę­ła, gdy się od­wró­ci­łem.

 – Przed­sta­wisz się przy­naj­mniej? – Jej uczu­cia to po­mie­sza­na breja. – Tyle przy­naj­mniej je­steś mi wi­nien.

 – Na ję­zy­ki z two­je­go świa­ta to bę­dzie Ali­qius, Ali wy­star­czy. – Wsze­dłem do por­ta­lu, po­trze­bo­wa­łem choć na mo­ment oczy­ścić umysł. Wy­pu­ścić wy­obra­że­nie żalu i drżą­cych rąk.

 

*

 

Wy­bie­głem na me­ta­lo­we płyty. Huk­nę­ło, kiedy zde­rzy­ła się z pod­ło­żem. Ar­ka­ni, scho­wa­ny za kasą bi­le­to­wą zer­k­nął na dziew­czy­nę, póź­niej na wyrwę w moim barku. Dużo bym oddał, aby wie­dzieć, o czym my­ślał, ale od nie­daw­na uni­kał roz­mów jak ognia.

 – Kin… ga tak, tak mam… – Wy­rzu­ca­ła słowa po­mię­dzy wde­cha­mi. – Imię.

 – Brak tchu to tylko wy­obra­że­nie wy­wo­ła­ne stra­chem. – Ar­ka­ni uda­wał, że mnie nie widzi. – Nie po­wie­dział ci?

 Prze­rwa­ła mo­men­tal­nie.

 – Dzię­ki, wspom… – Za­mil­kła, napad pa­ni­ki był jak ude­rze­nie pię­ścią, przy­tka­ło nas. – Co to za miej­sce?

 Prze­su­nę­ła wzro­kiem po krót­kiej, po­kry­tej płyt­ka­mi ścia­nie, gdzie wid­nia­ło okien­ko do sprze­da­ży bi­le­tów. Ma­ły­mi krocz­ka­mi po­de­szła do brze­gu, za któ­rym nor­mal­nie po­win­ny jeź­dzić po­cią­gi. Strach ją pa­ra­li­żo­wał.

 – Sta­cja ko­le­jo­wa w ko­smo­sie? – Ko­lej­ne mie­sza­ne uczu­cia. – Po co?

 – To wi­zu­ali­za­cja. – Za­pach na­ra­sta­ją­cej zło­ści draż­nił nos. – W tym punk­cie na­kła­da się każda rze­czy­wi­stość, tutaj prze­ska­ku­je­my do in­nych.

 – Ale sta­cja? – Nie za­uwa­ży­ła, jak zer­kam na Ar­ka­nie­go.

 Za­wi­snę­li­śmy w czar­nej prze­strze­ni, Kinga na­dę­ła po­licz­ki, krzy­cząc bez wy­obra­że­nia.

 – Zna­la­zła­byś drogę bez sta­cji? – za­py­ta­łem, gdy wró­ci­ły me­ta­lo­we płyty. – Bez wi­zu­ali­za­cji myśli mo­gły­by się roz­pierzch­nąć.

 Chyba dy­go­ta­ły mi nogi. Tak re­al­nie. Dło­nie też za­czę­ły, gdy tylko po­my­śla­łem o tej ciem­no­ści. Coś nie­zna­ne­go czy­ha­ło na skra­ju moich myśli.

 – Zaraz macie po­ciąg. – Głos Ar­ka­nie­go prze­bił się przez na­tłok myśli. – Pod­su­nę wam po­łą­cze­nie.

 Smu­kła ma­szy­na zwal­nia­ła z de­li­kat­nym pi­skiem. Za­mkną­łem oczy i spoj­rza­łem głę­biej. Ko­niec drogi tęt­nił jak serce… nie, jak setki serc pu­stych, prze­pa­lo­nych, obrzy­dli­wych, choć nieco już do mnie po­dob­nych. Tro­chę.

 – Stój – rzu­ci­łem do Kingi, gdy chcia­ła zaj­rzeć do środ­ka. – To nie ten po­ciąg.

 Me­ta­lo­we płyty za­drża­ły, gdy ma­szy­na sta­nę­ła. Dziew­czy­na zdu­si­ła krzyk.

 – Po­wi­nie­neś po­je­chać. – Ar­ka­ni śmier­dział tro­ską, ale ten za­pach wcze­śniej wy­da­wał się ład­niej­szy.

 – Otwórz mi na nowy. – Pchną­łem po­ciąg w prze­strzeń. – Już teraz bez wi­zu­ali­za­cji, po pro­stu daj ścież­kę.

 Ko­lej­ny prze­skok. Może jakaś isto­ta pa­trzy­ła na mój tors, kiedy zer­ka­łem za sie­bie. Może cze­ka­ła przede mną, gdy sku­pi­łem się na dro­dze. Coś się zmie­ni­ło.

 

*

 

 Zie­mia wi­bro­wa­ła. Po pia­sku pły­nę­ło cier­pie­nie. De­spe­ra­cja gry­zła skórę jak mróz. Ode­rwa­łem ucho od drogi, wró­ci­łem do klę­czek. Po­win­no mnie skrę­cać w żo­łąd­ku, żal po­wi­nien osła­bić mię­śnie, smród nie­na­wi­ści…

 – Po tym, co ci po­ka­żę, nie bę­dzie od­wro­tu. – Od­ru­cho­wo trzy­ma­łem pięść na ustach, ale mdło­ści nie na­de­szły. Miła od­mia­na.

 – Czyli wcze­śniej mia­łam jakiś wybór?! – Krzyk nie po­ma­gał, to i tak już wy­star­cza­ją­co trud­ne.

 – Masz wybór teraz.

 – Mogę wró­cić do tej ciem­no­ści?

 – Tak… do ciem­no­ści. – Prze­łkną­łem ślinę, mia­łem wra­że­nie, że za­war­tość żo­łąd­ka chce wró­cić.

 – Zo­sta­nę.

 Dzię­ku­ję. Pra­wie po­wie­dzia­łem to na głos.

 – Usiądź.

 Z ocią­ga­niem speł­ni­ła proś­bę.

 – Za­mknij oczy i skup się na sobie. Tak, wła­śnie tak… – po­wie­dzia­łem, gdy nieco się roz­luź­ni­ła. – Po­szu­kaj emo­cji, po­myśl o nich, a póź­niej wy­obraź sobie, że roz­glą­dasz się za tym samym wokół, po­szuk…

 Za­nio­sła się kasz­lem. Cze­ka­łem, aż uciek­nie w krza­ki. Wróci blada, roz­trzę­sio­na.

 – Co to było? – Opar­ła się o drze­wo.

 – Nie­na­wiść, śmierć, bez­sil­ność. – Oglą­da­łem jej neu­tral­nie ładną twarz. – Wą­chasz to w jed­nym miej­scu, aby póź­niej po­wtó­rzyć w innym, cza­sem za­mę­czą cię od­ru­chy wy­miot­ne, cza­sem do­sta­niesz kon­wul­sji.

 Mil­cza­ła.

 – To wła­śnie robię – plu­łem sło­wa­mi jak żół­cią.

 – Co teraz? – Wbiła pa­znok­cie w gałąź, na któ­rej sie­dzie­li­śmy.

 – Ist­nie­je pe­wien spo­sób, żeby bez­po­śred­nio zmie­niać ludzi, ale cy­wi­li­za­cja jest za stara. – Po­krę­ci­łem głową. – Krysz­ta­ły. W pew­nej fazie roz­wo­ju umy­słu ludzi, mógł­bym spło­nąć od kon­tak­tu z nimi.

 – Tak jak twoja ręka.

 Za­sty­głem na mo­ment.

 – Mniej wię­cej.

 Prze­nio­słem się w miej­sce bitwy, a ona prze­sko­czy­ła za mną. Wal­czy­li na mo­ście o… po pro­stu się nie­na­wi­dzi­li. Zmie­ni­łem oto­cze­nie w ich oczach, chmu­ry ściem­nia­ły, pio­ru­ny ude­rzy­ły w zie­mię.

 Walka usta­ła, a razem z nią uci­chły głosy. Ludz­kie prze­ra­że­nie po­win­no wy­wo­łać zimno, su­chość w gar­dle, jed­nak tego za­bra­kło.

 – Jeśli chcesz, mo­żesz zo­ba­czyć, ile lat prze­trwa­ją.

 – Jj-ak? – Szczę­ka­ła zę­ba­mi.

 – Wy­obraź to sobie. – Skrzy­wi­łem się. Trzy ty­sią­ce lat, nie­wie­le.

 Mieli dziw­ny sys­tem wie­rzeń. Uzna­wa­li, że co jakiś czas po­ja­wia­ją się nowi bo­go­wie, któ­rzy za­bi­ja­ją sta­rych i zmie­nia­ją prawo.

 Ze­sko­czy­łem bli­żej, ma­sze­ru­jąc mię­dzy ni­cze­go nie­świa­do­my­mi wo­jow­ni­ka­mi. Byłem wia­trem, ulot­ny­mi zwi­da­mi. Szep­ną­łem wo­dzom do ucha o nowym bó­stwie, które za­ję­ło miej­sce naj­wyż­sze­go. Ro­ifa­lak – pan zwa­śnio­nych, krze­wi­ciel mi­ło­sier­dzia, który otwo­rzył raj dla do­brych. Resz­tę fak­tów do­po­wie­dzą sami.

 – Dwie­ście dwa­na­ście lat – po­wie­dzia­ła. – Tyle udało ci się prze­dłu­żyć.

 – Za­wsze coś. – Prze­tar­łem oczy. Niby nie po­trze­bu­ję snu. Niby.

 Prze­sko­czy­łem z po­wro­tem do za­zę­bie­nia.

 – To tyle? Nie zo­sta­niesz z nimi? – Wciąż de­li­kat­nie drża­ła.

 – Je­ste­śmy tro­chę poza cza­sem, ale to nie zna­czy, że on dla nas nie pły­nie. – Mia­łem wra­że­nie, że wyrwa w pra­wym boku po­wo­li się po­więk­sza. – Dla nas oboj­ga.

 

*

 

 Nie­wie­le spo­śród ty­się­cy wi­do­ków po­tra­fi­ło wryć mi się w pa­mięć. Za­wsze lu­bi­łem za­chód słoń­ca w morzu lub obraz czer­wo­ne­go dysku, który wta­pia się w pia­sek.

 W tym świe­cie mie­li­śmy oba.

 – Tutaj zro­bi­łem to po raz pierw­szy. – Uśmiech wpełzł mi na usta.

 – Co? – Kinga od­sta­wi­ła kie­li­szek. Po­zby­ła się nie­pew­no­ści, ale brzy­dził mnie po­dziw w jej spoj­rze­niu.

 – Za­trzy­ma­łem się. Na dłuż­szy czas. 

 Mu­sia­łem zdu­sić za­że­no­wa­nie. Do tej pory nikt o tym nie wie­dział.

 – Przez pierw­sze dni, gdy za­czą­łem ich ob­ser­wo­wać, my­śla­łem, że je­stem chory. – Dresz­cze wbi­ja­ły się w skórę, było coś draż­nią­ce­go w tej przy­jem­no­ści. – Pró­bo­wa­łem zna­leźć w sobie coś poza pust­ką. Za­czą­łem czuć ich emo­cje. Od­kry­łem, że w za­sa­dzie się nie róż­ni­my.

 – Wła­ści­wie to jak… no. – Za­mil­kła na mo­ment. – Skąd się wzię­li­śmy?

 – Wciąż ni­cze­go nie pa­mię­tasz? – Ledwo zdu­si­łem wi­zu­ali­za­cję, kiedy po­krę­ci­ła głową. – Uro­dzi­łem się…

 Ciem­ność, ból i płacz. Wiele stra­chu i wła­ści­wie nic poza tym. Te emo­cje po­że­ra­ły mnie od środ­ka, byłem cie­czą, bez­kształt­nym sku­pi­skiem o pra­wie nie­skoń­czo­nej ob­ję­to­ści. Póź­niej się po­ja­wi­łem. Tyle.

 – Na po­cząt­ku sam nie wie­dzia­łem. – Wes­tchną­łem. – To wciąż tylko ob­ser­wa­cje, ale gdy ci naj­bar­dziej bez­sil­ni się po­świę­ca­ją, ich wola czy­nie­nia dobra opusz­cza ciało. Z tego zlep­ku po­wsta­je nie­za­leż­ny umysł tro­chę ma­te­rial­ny, tro­chę nie­ma­te­rial­ny, zro­dzo­ny z głę­bo­kiej em­pa­tii, he­ro­izmu ca­łe­go świa­ta i nimi wa­run­ko­wa­ny.

 Do­pie­ro za­uwa­ży­łem, że wiatr zu­peł­nie znik­nął.

 – Je­steś nie­śmier­tel­ny?

 Nie­na­wi­dzi­łem jej wzro­ku, mia­łem ocho­tę wy­dłu­bać… Co się ze mną dzie­je?

 – Jak osoba od cze­goś za­leż­na mo­gła­by być nie­śmier­tel­na?

 – Po­wi­nie­neś być… – Przy­tu­li­ła swoje ko­la­na, słoń­ca pra­wie znik­nę­ły.

Lu­dzie we­wnątrz domu koń­czy­li za­ba­wę. My też mu­sie­li­śmy odejść, a jed­nak pró­bo­wa­łem od­wlec tę chwi­lę. Ten świat tak na mnie dzia­łał czy at­mos­fe­rę po­tę­go­wa­ło jej to­wa­rzy­stwo?

 – Naj­więk­szy dar i naj­więk­sze prze­kleń­stwo.

 – Co? – Unio­sła brwi.

 – Za­mknij oczy i ob­ser­wuj. – Cza­sem czu­cie emo­cji mogło być przy­jem­ne, nawet jeśli wra­że­nia ledwo prze­śli­zgi­wa­ły się po skó­rze. – Co zna­la­złaś?

 – Cie­pło, życz­li­wość… – Sku­pi­ła się na mo­ment. – Dużo cierp­ko­ści… me­lan­cho­lii i roz­ża­le­nia.

 – Roz­sta­nia za­wsze by­wa­ją smut­ne. – Za­ci­sną­łem po­wie­ki, wy­obra­zi­łem sobie pot, żeby nieco uci­szyć umysł.  Dla­cze­go tego nie czuję? Dla­cze­go nie widzę po­trze­by, aby to czuć?

 – Teraz widzę stres, Ali, to twoje emo­cje. – Sta­nę­ła za moim le­ża­kiem. – Co się dzie­je?

 Cie­nie za­czy­na­ły po­kry­wać świat, ale mia­łem wra­że­nie, że nie koń­czą się tutaj, opa­da­ją na cały glob i się­ga­ją do in­nych świa­tów. Co ja wła­ści­wie pró­bo­wa­łem osią­gnąć?

 – Chciał­bym, żeby to był mój dom.

 – Dom jest tam, gdzie czu­je­my przy­na­leż­ność. – Kinga da­ro­wa­ła sobie wi­zu­ali­za­cję.

 – Wie­rzysz w to?

 – Tak.

 – Życzę ci, aby tak wła­śnie było. – Opar­łem się wy­god­niej.

Skie­ro­wa­ła się do na­mio­tu.

 – Cze­kaj… – otwo­rzy­łem usta, jed­nak szczę­ka tylko za­drża­ła. Chcia­łem to z sie­bie wy­rzu­cić, na­le­ża­ło jej się, ale… to nie­lo­gicz­ne, nie mo­głem.

 – Mu­sisz sobie wy­obra­zić, że mó­wisz te słowa, wtedy się uda.

 Śmiech nawet dla mnie brzmiał sztucz­nie.

 – Przy­po­mnij mi, że muszę ci jutro coś po­wie­dzieć.

 Ski­nę­ła głową, poła na­mio­tu opa­dła. Gdy nie pa­trzy­ła, zwi­zu­ali­zo­wa­łem cały stres, a drgaw­ki i na­pa­dy zimna trwa­ły nie­mal do świtu.

 Tra­ci­łem pa­no­wa­nie. A może chwi­la­mi je od­zy­ski­wa­łem?

 

*

 

 Słoń­ca długo nie wy­chy­la­ły się zza ho­ry­zon­tu. Swę­dzia­ła mnie ręka, którą stra­ci­łem, skóra cały czas była po­draż­nio­na. Nie sły­sza­łem emo­cji Kingi, mu­sia­ła wciąż spać. Od­chy­li­ła połę, gdy chcia­łem ją obu­dzić.

 – Mu­si­my iść.

 – Gdzie? – Wi­dzia­łem za­sko­cze­nie w jej oczach.

 Jed­nak go nie czu­łem, wy­obra­zi­ła je sobie z ja­kie­goś po­wo­du. Sku­pi­łem się, za­mkną­łem nawet oczy, ale nic. Zu­peł­nie nic.

 – Muszę ci coś po­ka­zać. – Ba­da­łem po­spiesz­nie ścież­kę. – Omi­nie­my peron.

 – Mia­łeś mi coś po­wie­dzieć. – Jej nie­cier­pli­wy ton ata­ko­wał umysł.

 – Nie pa­mię­tam, chodź, póź­niej. – Wsko­czy­łem do por­ta­lu, zanim zdą­ży­ła po­czuć mój za­pach.

 Wbi­li­śmy się w zie­mię, znik­nę­li­śmy pod wodą. Stra­ci­łem rów­no­wa­gę w locie… prze­ści­gnę­ła mnie? Kiedy wy­pły­ną­łem, Kinga cze­ka­ła przy wnę­kach z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi krysz­ta­ła­mi.

 – Czemu one wy­da­ją się takie… – Się­gnę­ła po czer­wo­ny, naj­więk­szy ze wszyst­kich.

 – Nie do­ty­kaj! – Prze­nio­słem się wy­obra­że­niem.

 – Dziw­nie mnie przy­cią­ga­ją. – Prze­su­nę­ła pal­cem zaraz obok ka­mie­nia.

 Zła­pa­łem jej rękę, ale zanim zdą­ży­łem po­cią­gnąć, ból zalał cały umysł. Upa­dłem, za­chły­sną­łem się po­wie­trzem. Kinga wy­glą­da­ła na prze­stra­szo­ną, ale nie sły­sza­łem jej myśli.

 – Prze­pra­szam…

 – Wy­ja­śnię wszyst­ko. Na po­wierzch­ni. – Po­trze­bo­wa­łem chwi­li, żeby ochło­nąć. Prze­sko­czy­ła pierw­sza.

 Z dłoni zszedł mi na­skó­rek, miej­sca­mi od­pa­dło tro­chę mięsa, wy­sta­wa­ła kość. Roz­kład znów przy­spie­szył.

 Wy­ce­lo­wa­łem w ścież­kę, ciem­ność na mo­ment za­kry­ła oczy. Kinga sie­dzia­ła na górze gruzu, słoń­ce ledwo tu do­cho­dzi­ło, wszyst­ko przy­sła­nia­ło gęste, zie­lo­ne po­wie­trze. Za­schło mi w ustach od jej prze­ra­że­nia, po­mi­mo tak upo­śle­dzo­ne­go czu­cia.

 – Tu jest tak cicho… – Wska­za­ła masę człe­ko­kształt­nych ciał, które po­ły­ski­wa­ły w stłu­mio­nych pro­mie­niach słoń­ca. Z drzew po­spa­da­ły ptaki, ich skrzy­dła rów­nież lśni­ły. – Nic nie sły­szę, ale te zwło­ki przy­po­mi­na­ją żywe. Wy­glą­da­ją, jakby zaraz miały się obu­dzić…

 – Nie obu­dzą się. – Po­wie­trze rów­nież stało w miej­scu. –  Wy­bu­chła tu wojna, gdy ktoś na­mie­szał w emo­cjach. Ten zie­lo­ny gaz wcho­dzi w re­ak­cję z tle­nem. Przy­le­ga jak po­wło­ka, ide­al­nie kon­ser­wu­je nawet drze­wa, po mie­sią­cach ob­le­pił ryby w morzu.

 Mil­cze­li­śmy przez kilka minut.

 – Pla­ne­ta Ma­ne­ki­nów, tak ją na­zy­wam.

 – Kto byłby w sta­nie zro­bić coś ta­kie­go? – Dra­pa­ła pa­znok­ciem ka­mień.

 Od­chrząk­ną­łem.

 – Świat jest mar­twy. – Od pust­ki pra­wie świsz­cza­ło w uszach. – Zu­peł­nie mar­twy, krysz­ta­ły też.

 – One na­praw­dę mnie przy­cią­ga­ły… – Pod­nio­sła wzrok, ale w jej oczach ziała pust­ka, zu­peł­ne nie­zro­zu­mie­nie tego miej­sca. – Czemu nie mo­głam ich ru­szyć, skoro są mar­twe?

 – Mar­twe, ale wciąż po­tęż­ne. Mo­żesz wpły­wać na całe cy­wi­li­za­cje bez ich świa­do­mo­ści. Prze­pro­gra­mu­jesz umy­sły w mar­twym świe­cie, ale w żywym zro­bisz to po­now­nie. Pra­cu­ję przy nich tylko, gdy człe­ko­kształt­ni do­pie­ro za­czy­na­ją się roz­wi­jać.

 – Trzę­siesz się. – Zmarsz­czy­ła brwi.

 Prze­sko­czy­łem na naj­wyż­szy bu­dy­nek w oko­li­cy. Na dachu wciąż stały dwa pod­nisz­czo­ne fo­te­le. W sumie kto miał­by je prze­sta­wić? Usia­dłem i ob­ser­wo­wa­łem zu­peł­nie nie­ru­cho­my, jakby wy­rzeź­bio­ny świat. Do­łą­czy­ła w ciszy.

 – Wra­cam tutaj co jakiś czas, żeby przy­po­mnieć sobie, że każda de­cy­zja za­pi­sze się gdzieś na świe­cie. – Przy­ło­ży­łem pięść do ust. – Zo­sta­wi rysę na murze, albo pla­ne­tę z mi­liar­dem nie­ru­cho­mych po­mni­ków.

 – Obrzy­dli­wy spo­sób na…

 – Roz­mna­ża­nie. Ar­ka­ni się tutaj uro­dził.  Prze­łkną­łem po­wie­trze, prze­tar­łem łzy. – Wiesz, kiedy rodzą się naj­sil­niej­si?

 Po­krę­ci­ła głową.

 – Pod­czas naj­bar­dziej he­ro­icz­nych dzia­łań. – Wra­że­nia… mie­sza­ły się. Apa­tia z roz­pa­czą, wście­kłość i żal. – By­li­śmy za­mknię­ci w pętli. Wiel­ka wojna po­chła­nia­ła świat, ro­dził się ktoś silny, jego wpływ ogra­ni­czał wojny. Nie było he­ro­icz­nych unie­sień, ro­dzi­li się słabi, za­czy­na­ły się wiel­kie wojny, sche­mat się za­my­ka. I tak było do­pó­ki ktoś nie zro­zu­miał tej za­leż­no­ści.

 Pu­ści­łem ka­mień, ob­ser­wu­jąc jak od­bi­ja się od ścia­ny i grzęź­nie w ziemi tuż obok czy­ichś otwar­tych ust.

 – Sche­mat wciąż się po­wta­rza. Teraz wy­wo­łu­ją wojny na jed­nym świe­cie ot tak, dla przy­jem­no­ści. Jak zwie­rzę­ta. – Pochuchałem w dło­nie, żeby prze­go­nić zimno. – Po pew­nym kry­tycz­nym mo­men­cie nie da się ru­szyć krysz­ta­łów. Więc po­przez roz­mna­ża­nie za­bi­ja­ją sie­bie na­wza­jem.

 – I ludzi. – Była blada, głos pra­wie się łamał. – Po­trze­bu­ję chwi­li… muszę…

 Zo­sta­łem sam jak za każ­dym po­przed­nim razem. Jed­nak gdzie po­dział się ból i au­ten­tycz­ne łzy? Cię­żar zni­kał, dy­le­ma­ty się roz­my­ły, tylko…

 Tylko dla­cze­go wcze­śniej przej­mo­wa­łem się tak bar­dzo tą pla­ne­tą?

 Usły­sza­łem jak lą­du­je na dachu.

 – Rodzą się z mi­ło­sier­dzia ży­wych, więc dla­cze­go ich za­bi­ja­ją?

 – Bo mają wolną wolę. Dla­cze­go dzie­ci ucie­ka­ją z domów, dla­cze­go psy gryzą swo­ich wła­ści­cie­li?

 Nie od­po­wie­dzia­ła.

 – Dla­cze­go są w sta­nie podać dłoń i wbić nóż w plecy?! – Nie wiem czy mó­wi­łem do niej, czy do po­wy­krzy­wia­nych ciał. – Dla­cze­go są w sta­nie po­świę­cić wła­sne życie, żeby ra­to­wać je innym?!

 Za­ci­snę­ła pię­ści, aż po­bie­la­ły jej knyk­cie. Świa­tło nieco przy­ga­sło od jej wi­zu­ali­za­cji.

 – Bo mogą… – Po­ło­ży­łem dłoń na ba­rier­ce, zaraz obok za­sty­gnię­te­go mo­ty­la. – Bo nie widzą in­ne­go wyj­ścia.

 – I muszą umie­rać nie­win­ni? – Po­cią­gnę­ła nosem, jakby wie­dzia­ła, że ina­czej nie zo­ba­czę jej emo­cji. – Na­praw­dę nie macie in­ne­go wy­bo­ru?

 Ob­ra­ca­łem mo­ty­la w dłoni. Rzu­ci­łem go przed sie­bie, chyba ocze­ku­jąc, że po­le­ci mimo ciała nie­zdol­ne­go do ruchu.

 – Za­wsze jest jakiś wybór. – Chciał­bym móc jakoś za­kryć emo­cje, żeby nie mu­sia­ła ich oglą­dać. – Do pew­ne­go mo­men­tu jest.

 Otwo­rzy­łem przej­ście. Skóra na dłoni za­czę­ła pękać, wyrwa w barku pie­kła coraz moc­niej, bodź­ce ula­ty­wa­ły mię­dzy pal­ca­mi. Wy­lą­do­wa­li­śmy.

 Rzędy gwiazd wy­ście­la­ły niebo, a wto­pio­ne w tło bu­dyn­ki od­bi­ja­ły ich blask. Człe­ko­kształt­ni sie­dzie­li na drze­wach, da­chach i ko­cach. Jak nie­zli­czo­ne ko­mór­ki jed­ne­go oka ob­ser­wo­wa­li niebo, przy­tu­la­li się, od­py­cha­jąc wszyst­kie myśli, któ­ry­mi na co dzień byli tak zmę­cze­ni. Zdą­ży­li­śmy.

 – Sły­szę ich szep­ty. – Jej usta za­drża­ły w prze­lot­nym uśmie­chu. – Jak się prze­pra­sza­ją, czuję to cie­pło.

 Wes­tchną­łem cicho, gdy wró­ci­ła do mnie świa­do­mość wszech­ogar­nia­ją­cej ciszy.

 – Ta sło­dycz… to oni. Wszyst­ko to ich uczu­cia. – Za­śmia­ła się, wzię­ła głę­bo­ki wdech. – Mo­że­my gdzieś usiąść?

 Prze­sko­czy­li­śmy na półkę skal­ną, nieco od­da­lo­ną od tłumu.

 – Czuję tyle szczę­ścia, że drżą mi dło­nie. – Wy­chy­li­ła się nieco, aby le­piej objąć wzro­kiem ogrom lud­no­ści. – Co to za miej­sce?

 – Inny wybór.

 – Po­mo­głeś im. – Nie py­ta­ła, a tylko to jedno wy­zna­nie wy­star­czy­ło, żeby znów pa­trzy­ła na mnie ina­czej.

 – Chcia­łem tylko prze­ła­mać sche­mat. – Pod­su­ną­łem się bli­żej kra­wę­dzi. – Wy­my­śli­łem to świę­to. Raz w roku wszyst­ko mogą sobie wy­ja­śnić i prze­ba­czyć, oddać, za­dość­uczy­nić. Są pla­stycz­ni. Samo świę­to wy­star­czy­ło, żeby świat prze­trwał ko­lej­ne dwa ty­sią­ce lat…

 Które nie mają żad­ne­go zna­cze­nia.

 Śpie­wa­li. Cicha pieśń ty­się­cy gar­deł wę­dro­wa­ła mię­dzy ska­ła­mi. Mó­wi­ła, żeby nie bać się wy­znań. Za­chę­ca­ła do prze­ba­cza­nia.

– Nie… – Słowo ugrzę­zło w gar­dle, stra­ci­łem dech. Or­ga­nizm wal­czył z myślą. Nie było już mnie. – Nie wszy­scy umar­li. Lu­dzie z tam­tej pla­ne­ty wpa­ko­wa­li dzie­ci na stat­ki. Po­wie­dzie­li im, że to wy­ciecz­ka szkol­na, wy­obra­żasz sobie? Wy­sła­li je na sko­lo­ni­zo­wa­ną pla­ne­tę obok. Przej­ścia znasz, więc idź nawet na sam… sa­miu­teń­ki po­czą­tek, tak. Idź.

 Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że mówię o Pla­ne­cie Ma­ne­ki­nów. Po­dzię­ko­wa­ła i prze­sko­czy­ła. Zo­sta­łem sam ze sobą, po­now­nie nie­zdol­ny, żeby wy­znać jej tylko jedną rzecz.

 Nie ro­zu­mia­łem, co się ze mną dzie­je.

 Lu­dzie w końcu unie­śli głowy, oglą­da­jąc pe­wien ewe­ne­ment. Gwiezd­ny pył, bo tak na­zwa­li ten wszech­obec­ny, sre­brzy­sty pro­szek, był tylko na­skór­kiem i wło­sa­mi, które wiatr od­ry­wał z mojej skóry.

 

*

 

 Całą noc prze­sie­dzia­łem w miej­scu, my­śląc o wszech­obec­nej bez­ce­lo­wo­ści.

 Wy­sko­czy­ła ze ścież­ki.

 – Chodź szyb­ko, zaraz wy­ja­śnię. – Ledwo wy­bie­gła z przej­ścia, a już chcia­ła do niego wró­cić.

 – Cześć. – Słoń­ce pa­li­ło od­sło­nię­tą skórę, choć nie po­wi­nie­nem tego czuć.

 – Oni znów się mor­du­ją. Po­mysł z bo­giem nie za­dzia­łał. – Ka­mień prze­to­czył się obok mo­je­go uda i spadł w prze­paść. – Czas skró­cił się o pięć­set lat.

 – Zda­rza się. Przy­kro mi.

 – Nie, nie jest ci przy­kro. Ty… – za­drżał jej głos. – Śmier­dzisz apa­tią, nie ob­cho­dzą cię… Zo­sta­wisz ich tak?!

 – Tak. – Nie mia­łem ocho­ty nawet pod­nieść ręki. – Ale sama mo­żesz ich ra­to­wać.

 Nie po­tra­fi­łem od­czy­tać jej uczuć, ale jesz­cze przez chwi­lę czu­łem obec­ność. Co zmie­ni jedna pla­ne­ta?

 Nic, jak wszyst­kie po­przed­nie.

 Znów przy­szła, ale nie wiem czy mi­nę­ło pięt­na­ście minut, czy dzień. Za­ta­cza­ła się ze zmę­cze­nia.

 – Ile świa­tów tak zo­sta­wi­łeś, co? – Se­ple­ni­ła tro­chę.

 – Ten jest pierw­szy. – Skro­ba­łem pa­znok­cia­mi litą skałę. – Do­pie­ro za­uwa­ży­łem, że nie mam po co się sta­rać.

 – Nie masz po co?! – Wy­plu­wa­ła słowa, jakby chcia­ła, aby mnie po­ka­le­czy­ły. – Oni tam giną!

 – Ja też umie­ram! Zmar­no­wa­łem dla nich cały swój czas!

 Mil­cza­ła, przy­naj­mniej deszcz zabił ciszę.

 – Ro­bi­łeś coś do­bre­go… – Ostroż­nie do­bie­ra­ła słowa. Nie­po­trzeb­nie.

 – Tak… my­śla­łem, że zna­la­złem lep­szą drogę. – Od­pa­dły mi dwa pa­znok­cie. – Prze­dłu­ży­łem życie ty­się­cy cy­wi­li­za­cji, bo my­śla­łem, że to coś zmie­ni. Mo­głem po pro­stu się bawić, jak wszy­scy inni.

 – Zmie­ni­ło! Do ja­snej cho­le­ry, ura­to­wa­łeś…

 – Bi­lio­ny ist­nień. – Pa­trzy­łem na tłum. Za­zwy­czaj o tej porze śpie­wa­łem razem z nimi. – Kie­dyś wie­rzy­łem, że je­stem inny, że mam kon­tro­lę i mogę de­cy­do­wać o sobie. Ale to wciąż in­stynkt. Ja nie mam wła­snej woli, ro­zu­miesz? Je­stem uza­leż­nio­ny od ty­się­cy in­nych. Dzie­siąt­ki ty­się­cy lat żyję jak ma­rio­net­ka.

 – Nikt inny tak się nie po­świę­cił.

 – Ale zdech­nie tak samo jak ja! – Pła­ka­łem chyba, nie pa­mię­tam. – Skoro ro­dzi­my się, żeby ra­to­wać in­nych, to dla­cze­go mam umrzeć?! Gdzie to wra­ca­ją­ce dobro?! Wiesz… wiesz?!

 Po­krę­ci­ła głową, taki ab­sur­dal­ny widok. W lewo i prawo, lewo i prawo, przy­po­mi­na­ła głów­kę drew­nia­nej lalki.

 – Zdech­nie razem ze mną! Więc po co mi było takie życie? – Prze­tar­łem twarz. – Znik­nę i nic się nie zmie­ni, kto bę­dzie to kul­ty­wo­wał?

 – Ja… albo znaj­dzie­my spo­sób… po­mo­gę ci… – Nie wiem czy pła­ka­ła sama z sie­bie, czy to moje wła­sne emo­cje tak ją przy­tło­czy­ły.

 – Nie chcę two­jej po­mo­cy! Nigdy jej nie chcia­łem! – Zdzie­ram gar­dło, które znów pró­bo­wa­ło się za­ci­snąć. – Bo…

 Stra­ci­łem dech, język ze­sztyw­niał. Wi­dzia­łem, jak pęka jej świat, tę bez­na­dzie­ję wy­pły­wa­ją­cą z każ­dej jej czą­stecz­ki.

 – Wi­dzisz? Nawet nie po­tra­fię się wy­sło­wić. – Ledwo utrzy­my­wa­łem rów­no­wa­gę. – Tak wy­glą­da moja wol­ność.

 – Na pewno mogę coś zro­bić! – Za­ci­snę­ła pię­ści, włosy przy­le­pi­ły jej się do twa­rzy. – Będę kon­ty­nu­ować, co za­czą­łeś!

 – Nie bę­dziesz. Nie mo­żesz. – Otwo­rzy­łem przej­ście, póki jesz­cze wy­star­cza­ło mi sił. – Idź spać, je­steś zmę­czo­na, mu­sisz od­po­cząć.

 Za­beł­ko­ta­ła i po­ło­ży­ła się na ziemi. Przy­naj­mniej su­ge­stia wciąż dzia­ła­ła. Za­snę­ła.

 – I wra­caj, póki jesz­cze masz szan­sę zdą­żyć.

 Por­tal śmier­dział wspo­mnie­nia­mi, roz­my­ty­mi jak nigdy wcze­śniej.

 

***

 

 Rze­czy­wi­stość wra­ca­ła po­wo­li. Naj­pierw świa­do­mość, że leżę na twar­dej ziemi, póź­niej prze­bi­ły się cha­otycz­ne myśli i ich upo­rząd­ko­wa­nie. W cza­sie. Prze­strze­ni.

 Nie sły­sza­łam go.

 Zo­sta­łam bez prze­wod­ni­ka. Drża­ły mi dło­nie, oczy pra­wie za­le­wa­ły łzy. Nie do końca ma­te­rial­na forma chcia­ła wie­dzieć, czy on żyje. Umysł mu­siał się sku­pić. Co mam zro­bić? Dla­cze­go kazał wra­cać? Dokąd?

 Bądź silna. Zrób pierw­szy krok.

 Wcze­śniej wy­obra­ża­łam sobie ten dzień, kiedy pierw­szy raz ruszę sama w drogę, ale wizje się nie po­kry­ły. Mia­łam iść w drugą stro­nę, za­miast go szu­kać.

 Bo żył. Mu­siał żyć…

 Zna­la­złam ścież­kę, ale nie zdo­ła­łam się w nią wbić. Inne wi­zu­ali­za­cje też nie po­dzia­ła­ły.

 Tra­ci­łam od­dech. Wbi­łam się w drogę na sta­cję, zanim stres mnie przy­tło­czył. Wszyst­ko pul­so­wa­ło, ktoś mnie wołał. Po­win­nam być gdzieś in­dziej, da­le­ko stąd.

 To nie ma sensu. Bałam się łą­czyć in­for­ma­cje, jakby od tego miał za­wa­lić się świat.

 Co chciał mi po­wie­dzieć, kiedy się krztu­sił? Jak można nie mieć wol­nej woli? Dla­cze­go je­stem dla niego bezuż…

 Zde­rzy­łam się z bla­sza­nym pod­ło­żem sta­cji. Ręce nie prze­sta­wa­ły się trząść, świa­do­mość wiel­kiej ko­smicz­nej pust­ki wbi­ja­ła się w każdy cal umy­słu, coś krzy­cza­ło nie­usta­nie w tym samym ryt­mie. Świst… wrzask… beł­kot… wizg… wiz…

– Wi­zu­ali­za­cja! – Ko­ja­rzy­łam ten głos. – To wi­zu­ali­za­cja! Sły­szysz?!

 Ali? Żyje?! Strach ode­pchnę­łam na tyle, żeby móc spoj­rzeć na Ar­ka­nie­go.

 – Wszyst­ko pul­su­je… tak po­wo­li – opi­su­ję, jak na­uczy­li. – Jakby na­brzmie­wa i wraca do pier­wot­ne­go kształ­tu, cała rze­czy­wi­stość, wszyst­ko i… nie, nie­waż­ne.

 Mia­łam wra­że­nie, że ta nie­skoń­czo­ność po­win­na mnie prze­ra­żać. Wcze­śniej też od­rzu­ca­ła, ale teraz czu­łam, że po­win­nam jej się bać. Bez­pod­staw­nie.

 – Mu­sisz wra­cać. – Ar­ka­ni ro­zej­rzał się, jakby pa­nicz­nie szu­kał po­mo­cy. – Naj­wyż­szy czas, on i tak…

 – Znik­nął! – Prze­rwa­łam, wzię­łam wdech, krzyk tylko wy­wo­ła ko­lej­ne ataki. – Ścież­ka też nie dzia­ła, jakby ją za­mknął.

 Prze­sko­czy­li­śmy pod jego budkę.

 – Bo to zro­bił.

 Ni­cze­go nie sły­sza­łam, Ar­ka­ni wy­da­wał się czy­sty, nie wy­peł­nia­ły go silne emo­cje, zu­peł­nie jak Alie­go na po­cząt­ku…

 – Jak?! – Wy­stu­ki­wa­łam rytm, ki­wa­łam głową, to w jakiś dziw­ny spo­sób mnie uspo­ka­ja­ło.

 – Nor­mal­nie, kiedy ich nie pod­trzy­mu­je­my, to się za­my­ka­ją. – Ar­ka­ni zmru­żył oczy, lu­stro­wał moją twarz.

 – On je cały czas pod­trzy­mu­je?

 – Są coraz węż­sze, masz mało czasu. – Jego dło­nie co rusz za­sty­ga­ły w po­wie­trzu, jakby przy­po­mi­nał sobie, że nie może mnie do­tknąć.

 – Okła­mał mnie. – Za­sy­cha­ło mi w gar­dle, choć wcale sobie tego nie zwi­zu­ali­zo­wa­łam. Co się dzie­je? – Chcę mu pomóc.

 – To nic nie da. – Ar­ka­ni tra­cił pa­no­wa­nie. – Uchy­lę przej­ście i wró­cisz, zanim czas się skoń­czy. Za­po­mnij o Alim, on… za­po­mnij o nim po pro­stu. I ni­cze­go nie mu­sisz, nic nie je­steś mu winna, ro­zu­miesz?!

 – Otwórz mi przej­ście do jego świa­ta.

 – Okła­mał cię, ukradł twój czas i go nie zwró­ci, ale wciąż nie stra­ci­łaś go tak dużo. – Bla­cha pod sto­pa­mi za­dy­go­ta­ła, od­pa­dła, pchnię­ta zim­nym po­dmu­chem. Chłód stre­su mu­snął moją skórę.

 – Zo­sta­wił przej­ścia, dla­cze­go ich nie za­my­kał?! – Sta­ra­łam się nie de­ner­wo­wać, ale bla­cha wciąż drża­ła.

 – On jest ukła­dan­ką, która się roz­pa­da, nie szu­kaj tu lo­gi­ki. – Spoj­rzał w kie­run­ku przej­ścia. – Utrzy­mu­je je dla cie­bie.

 – Po co miał­by mnie za­bie­rać?! Nie zro­bi­łam nic, dla­cze­go mam wra­cać? – Trzę­sły mi się nogi, ale to nie wi­zu­ali­za­cja, czu­łam się bar­dziej… ma­te­rial­na?

 – Nie szu­kaj lo­gi­ki! – Ar­ka­ni pra­wie upadł przez metal, który nagle się wy­giął. – On cie­bie nie chciał, nie bierz tego do sie­bie, ale on w ogóle nie po­wi­nien cię za­bie­rać, to…

 – Za­mknij się! – Wy­obra­zi­łam sobie stałe pod­ło­że, ale nic się nie zmie­ni­ło. – Otwórz mi drogę.

 Ar­ka­ni cof­nął się, zanim zdą­ży­łam go chwy­cić. Cała sta­cja się prze­su­nę­ła. Bał się.

 – Wy­rwał cię siłą! Nie po­ka­zał ci pla­net, żebyś się nimi za­ję­ła, on klu­czył! – Ar­ka­ni scho­wał się w budce.

 Wy­obra­ża­niem roz­bi­łam szybę.

 – To on wy­wo­łał wojnę na Pla­ne­cie Ma­ne­ki­nów. – Ar­ka­ni prze­sko­czył, za­wisł w prze­strze­ni, da­le­ko od plat­for­my. – Po­wie­dział ci o tym?

 Coś się we mnie skur­czy­ło. Pękło.

 Wra­cam tutaj co jakiś czas, żeby przy­po­mnieć sobie, że każda de­cy­zja za­pi­sze się gdzieś na świe­cie.

 – Po­wie­dział, że jak skoń­czy ci się czas, to zgi­nie­cie oboje?

 – Nie. Tylko dla­cze­go?

 – Nie wiem – szep­nął Ar­ka­ni. – Może pró­bo­wał, je­ste­śmy nie­sta­bil­ny­mi by­ta­mi.

 Otwo­rzył przej­ście, a ja się tam wto­czy­łam.

 

***

 

Kroki lub zegar. Brzmia­ły, ty­ka­ły, ale nie tutaj… w ja­kimś innym, od­da­lo­nym świe­cie. Tutaj była ciem­na mgła, a bu­dyn­ki się­ga­ły ponad chmu­ry. Tutaj emo­cje przy­le­ga­ły do ży­wych, po­nie­waż nie chcie­li się nimi dzie­lić. Tylu ludzi, ale każdy dla sie­bie obcy.

Czy to wła­śnie twój świat?

 Po­wie­trze nio­sło jeden trop. Trud­no po­wie­dzieć, jak go wy­czu­łam, ale to był Ali. To na pewno był on, bo… tam coś wal­czy­ło. Pró­bo­wa­ło się sprze­ci­wić. Prze­gry­wa­ło.

 On jest sprzecz­no­ścią.

 Tra­fi­łam przed za­ro­śnię­tą bramę, farba już dawno odpadła, wej­ście blo­ko­wa­ło kil­ka­na­ście łań­cu­chów, które ob­ro­sła zie­leń.

 Za­krę­ci­ło mną w po­wie­trzu pod­czas prze­sko­ku. Roz­bi­łam ko­la­no o jakiś ka­mień, fi­zycz­ny ból za­krył umysł. Tak dawno go nie czu­łam.

 – W mordę… – Wy­rwa­łam ga­łę­zie, naj­pierw jedną, póź­niej kilka ko­lej­nych, kop­nę­łam ka­mien­ną ścian­kę, a złość nie chcia­ła znik­nąć, do­pó­ki ta nie roz­bi­ła się o zie­mię.

 Etrytm elh’t Trayt 473-678

 Prze­sta­wa­łam pa­no­wać nad emo­cja­mi.

 Groby cią­gnę­ły się po ho­ry­zont, wy­so­kie i ni­skie, mniej lub bar­dziej za­ro­śnię­te. Za­po­mnia­ne. Wszyst­kie z wy­jąt­kiem jed­ne­go, na któ­rym cze­ka­ła sku­lo­na syl­wet­ka. Mała, po­kracz­na, ledwo od­róż­nia­ła się od zbit­ki drew­na.

 Syl­wet­ka drża­ła de­li­kat­nie, jakby to ciało krzy­cza­ło, ge­ne­ru­jąc inny ro­dzaj drgań. Je­dy­ną ręką za­sła­niał twarz, wokół le­ża­ły ja­kieś jasne skraw­ki, chyba pyłki drze­wa.

 – Ali? – Za­mar­łam, gdy głowa z im­pe­tem pod­sko­czy­ła do góry.

 Nie pyłki, tylko skraw­ki twa­rzy…

 Sze­rzej otwo­rzył oczy, za­ci­snę­łam zęby od na­głe­go ataku jego pa­ni­ki. Wi­dzia­łam tyle sprzecz­nych emo­cji, z każ­dej mo­głam uło­żyć kilka re­ak­cji. Scen.

 Ale on tylko sie­dział, ru­szał gał­ka­mi.

 – Je­steś tam w środ­ku, praw­da? To ty, Ali? – Pod­nio­słam patyk, do spo­co­nej dłoni przy­legł kurz. – Pew­nie, że to ty, ale… nie chcia­łam cię wi­dzieć w takim sta­nie, prze…

 Przy­ło­ży­łam pięść do ust.

 – Wy­cią­gnę cię z tego – szep­nę­łam. – Jesz­cze nie wiem jak, ale…

 Jego oczy błą­dzi­ły.

 – Kła­ma­łeś. – Za­trzy­mał wzrok na mnie. – Wiem, że znisz­czy­łeś Pla­ne­tę Ma­ne­ki­nów.

 Skrzy­wił się, a ja ledwo opa­no­wa­łam od­ruch wy­miot­ny.

 – Ale wie­rzę… wie­rzę, że na­praw­dę je­steś inny. Nie mo­żesz nie być, widzę, co czu­jesz. – Szturch­nę­łam go pa­ty­kiem.

 Z ciała po­sy­pa­ły się wióry, sto­czył się z grobu. Nie wydał nawet żad­ne­go dźwię­ku, był zlep­kiem nie­ru­cho­me­go ciała z odro­bi­ną woli.

 – Nie je­steś zwie­rzę­ciem, Ali. – Pa­trzy­łam mu w oczy, wy­cie­ra­jąc łzy.

 Prze­sta­wał się sku­piać na mojej twa­rzy.

 – Wciąż tam je­steś. – Płyta na­grob­na wbi­ja­ła mi się w skórę, palce po­bie­la­ły. – Jeśli nie bę­dziesz wal­czył, wszyst­kie twoje świa­ty upad­ną.

 Zbyt gorz­ko, zbyt… nagle? Ra­to­wa­nie cy­wi­li­za­cji ma skoń­czyć się w ciszy, na pu­stym cmen­ta­rzu, ja­kimś mar­nym mo­no­lo­giem? Usia­dłam obok Alego.

 – Ja wciąż widzę cię jako kogoś więk­sze­go. – Uśmiech­nę­łam się, bo coś za­drża­ło głę­bo­ko w nim. – Prze­ży­jesz, bo na każ­dym z tych świa­tów cię pa­mię­ta­ją. Po­śred­nio, ale to wciąż twoja in­ge­ren­cja, wciąż ty.

 Cały ten czas gdzieś w jego my­ślach krył się strach, ból, świa­do­mość po­raż­ki.

 – Nie wiem tylko, co ja robię w tej hi­sto­rii. – Wes­tchnę­łam. – Dla­cze­go po mnie przy­sze­dłeś skoro nie… nie je­stem ci po­trzeb­na.

 Tyle bólu i roz­ża­le­nia, aż wy­krę­ci­ło mi twarz.

 – Dla­te­go wró­ci­łam, bo w tym musi być jakiś cho­ler­ny powód. Nawet jeśli sam sobie za­prze­czasz, a Ar­ka­ni kazał ucie­kać… – Za­śmia­łam się, w za­sa­dzie na­praw­dę bar­dzo mnie to ba­wi­ło. – Gdzie mam wra­cać, po co? Nawet mi nie po­wie­dzia­łeś, kim je­stem.

 Prze­je­cha­łam ję­zy­kiem po zę­bach, z na­dzie­ją, że zbio­rę nieco tej pa­skud­niej go­ry­czy.

 – Wiem tylko, że je­stem inna. – Wy­cią­gnę­łam do niego dłoń. – Zro­zu­mia­łam po dro­dze, że cały czas je­stem ci do cze­goś po­trzeb­na…

 Chwy­ci­łam jego ubra­nie, zanim zdą­żył się ru­szyć. Krzy­czał, szar­pał się. Do­sko­czy­łam do ścież­ki, wpa­dli­śmy do pu­stej ja­ski­ni. Nie. Jed­nak nie.

 Była pusta na każ­dym innym świe­cie, ale nie tutaj. Rzędy bia­łych na­pi­sów wy­ście­la­ły sufit, każdy miał pod sobą datę, jed­nak ro­zu­mia­łam tylko jeden.

 Jak mam zmie­nić ludzi, na któ­rych ba­zu­ję? Jak mam zmie­nić pod­sta­wy sa­me­go sie­bie?!

 Czu­łam jego wstyd, gro­ma­dzą­cy się jak brud pod pa­znok­cia­mi.

 – Ali ten świat jest obrzy­dli­wy i… – „Nie wy­glą­dasz jak oni” pra­wie po­wie­dzia­łam do ży­ją­ce­go po­sąż­ka. – Roz­pa­dasz się.

 Skraw­ki ciała od­pa­da­ły jak sierść. Zdu­si­łam krzyk, prze­ra­żo­na, nie­zdol­na do ruchu. Krysz­ta­ły. One wciąż są klu­czem, dla­te­go je po­ka­zy­wał, dla­te­go nie chciał, abym je ru­sza­ła. Jego dwie czę­ści. Dwie stro­ny mo­ne­ty.

 Pę­ka­ła mi głowa od jego pul­su­ją­ce­go serca. Oczyść myśli.

 – Prze­sta­wię krysz­ta­ły. – Do­mi­no­wał nie­bie­ski prag­ma­tyzm, sporo czer­wie­ni, na­to­miast zie­lo­ne­go po­zo­sta­ły za­le­d­wie skraw­ki. Cy­wi­li­za­cja jest roz­wi­nię­ta, krysz­ta­ły wy­pa­li­ły­by ciało Alego, ale… ale ja też bym je spa­li­ła.

 Drża­ły mi dło­nie. A co jeśli się mylę? Pa­zno­kieć stuk­nął o twar­dą struk­tu­rę krysz­ta­łu. Nic. Ale może…

 Kość Alego od­pa­dła i stuk­nę­ła o ka­mień.

 Ści­snę­łam krysz­tał w dłoni.

 Wi­dział to. Ból wciąż mie­szał się z na­dzie­ją. Sprzecz­ność. Jedna część chcia­ła mnie tutaj przy­pro­wa­dzić, a druga pa­mię­ta Pla­ne­tę Ma­ne­ki­nów. Druga pla­no­wa­ła umrzeć. Bra­ku­je lo­gi­ki, jest tylko ego­izm i al­tru­izm.

 A im bli­żej był śmier­ci, tym bar­dziej do­mi­no­wał ten pierw­szy. Dla­te­go Ali za­mknął swoje ciało.

 Jeśli to zro­bię, może mnie znie­na­wi­dzić. Ist­nie­je szan­sa, że stwo­rzę coś gor­sze­go od Pla­ne­ty Ma­ne­ki­nów. Emo­cje trupa za­głu­sza­ły moje myśli. Zrób to. Nie do­ty­kaj. Ucie­kaj. Ratuj mnie.

 Praw­dzi­wy Ali chciał­by, żebym ucie­kła…

 Roz­trza­ska­łam krysz­tał i roz­sy­pa­łam reszt­ki po in­nych otwo­rach. Pro­szek zmie­niał ko­lo­ry, prze­kie­ro­wy­wał świa­do­mość. Nisz­czy­łam lu­dziom umy­sły.

 Gdy­bym prze­sta­wa­ła pra­co­wać, już bym ich nie tchnę­ła. Nie po­tra­fi­łam do­brać pro­por­cji. Nie mo­głam ich zwa­żyć.

 Czu­łam jego ulgę, która prze­ro­dzi­ła się w ból, wście­kłość i zmar­twie­nie. Sło­dycz i eu­fo­rię, póź­niej pie­cze­nie, pot, go­rycz. Wszyst­ko znik­nę­ło. Od­ciął swój umysł, a to zna­czy…

 Opa­dłam na zie­mię. Za­pła­ka­na, słaba, bez­sil­na. Odżył.

 

***

 

 Obu­dzi­łem się w burzy. Krę­ci­ło mi się w gło­wie. Świa­do­mość, która pra­wie dała się zdu­sić, po­wró­ci­ła na po­wierzch­nię. Sły­sza­łem myśli stłu­mio­ne przez ki­lo­me­try skał. Wra­że­nia ludzi, któ­rzy wa­rio­wa­li.

 Coś naj­lep­sze­go zro­bi­ła? Co ja zro­bi­łem?

 Wy­glą­da­ła ina­czej, pra­wie się ze­sta­li­ła, była rów­no­cze­śnie naj­bli­żej i naj­da­lej ciała. W sam raz, żeby kon­tro­lo­wać krysz­ta­ły. Do­kład­nie tak jak on chciał… jak ja chcia­łem. Wszyst­kim ma­ni­pu­lo­wał.

Opar­łem się o skałę, wciąż słaby, ledwo żywy w za­sa­dzie. Wi­dzia­łem jak Kinga de­li­kat­nie rusza nogą, pró­bu­jąc wy­stu­kać rytm.

 – Pro­szę, wy­trzy­maj jesz­cze chwi­lę.

 Otwo­rzy­ła oczy, pół­przy­tom­na. Beł­ko­ta­ła, pró­bu­jąc wstać.

 – Wi­zu­ali­za­cja, pa­mię­taj. – Pod­su­wam por­tal bli­żej, ale nawet go nie za­uwa­ży­ła.

 – Słabo mi, boli w klat­ce, jakby ktoś na­ci­skał. – Jej pierś gwał­tow­nie pod­sko­czy­ła.

 Po­trze­bo­wa­ła siły. Znie­czu­le­nia.

 – Wiesz, czemu on cię wy­brał, ten drugi ja? – Za­ci­sną­łem pięść. – Wiesz czemu chciał­bym na­pra­wiać z tobą świa­ty?

 Do­czoł­ga­ła się do por­ta­lu, we­szli­śmy na ścież­kę, ale tra­ci­ła siły.

 – Mów… po­wiedz w końcu wszyst­ko – wy­szep­ta­ła. – Gdzie mam wra­cać?

 – Do swo­je­go ciała. – Pró­bo­wa­łem ją ase­ku­ro­wać, żeby nie wy­pa­dła z drogi.

 – Mam ciało?

 – Tak, na Ziemi. – Mu­si­my zdą­żyć.

 – Czyli ja…

 – Ży­jesz. – Serce mi za­drża­ło, gdy znów osła­bła. – Ży­jesz, tylko wy­trzy­maj jesz­cze chwi­lę.

 Uśmiech­nę­ła się.

 – A tamci lu-dzie?

 – Po­ra­dzą sobie, jest do­brze… – Skrzy­wi­ła się w my­ślach od mo­je­go kłam­stwa. Wciąż czuła emo­cje? – Zginą, pew­nie za chwi­lę.

 – A… le ty nie.

 – Ja razem…

 – Nie t-y nie… – za­chły­snę­ła się po­wie­trzem.

 – Je­stem z nimi zwią­za­ny.

 – Jes… eś a a, le związz. – Chcia­ła do­tknąć mo­je­go po­licz­ka. – Ze wszyss… kimi, kóre ura­tow.

 – Ale ten jeden…

 – Ciii. – Palec opadł jej na usta. – Ciii jus, bo głow mie bo i… gdyś nie ył, to dawno yś prze-adł. Tfój swaat nie ył chory od wczo-aj. Mas prze-zy…

 Jak?! Jak do cho­le­ry?!

 – Jakk oś. – Bla­dła, ob­li­cze za­czy­na­ło się roz­my­wać, a pierś znów pod­sko­czy­ła. – Ży esz w sercc-a, ich i mooim. Nie war-ujesz… boo on-i to tylk frag… ment. Ura­to­wa-am cię.

 Drża­ły mi dło­nie, ale to nie przy­tło­cze­nie, nie wi­zu­ali­za­cja, tylko czy­ste emo­cje. Praw­dzi­we.

 – Nie tylko mnie. Dwój­kę dzie­ci też, pa­mię­tasz? Jesz­cze na Ziemi, wy­pchnę­łaś je spod kół, pa­mię­tasz?

 – Chybb aak…

 – Jesz­cze chwi­la… tylko chwi­la, roz­ma­wiaj ze mną! – krzyk­ną­łem. – Roz­ma­wiaj, pro­szę…

 – Co się…

 – Je­steś w śpiącz­ce, twoje ciało jest, za chwi­lę bę­dzie­my na miej­scu. Zwró­cę cię i się wy­bu­dzisz, do­brze?

 – Dobrz… – Nie sły­sza­ła mnie.

 – Już widzę pla­ne­tę, wy­trzy­maj. – Przez stru­mień nie­wie­le dało się zo­ba­czyć. – Lu­bi­łaś tań­czyć, pa­mię­tasz? Uczy­łaś tańca.

 – Taa… – Po­ru­szy­ła stopą, wy­bi­ja­ła rytm pal­ca­mi, uśmiech­nę­ła się.

 – Mia­łaś fobie, wiesz? Ale sobie z nimi po­ra­dzi­łaś, w po­dró­ży ze mną, pa­mię­tasz?

 Kiw­nę­ła głową, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

 – Cze­ka­ją na cie­bie… – Ugry­złem się w język. Nie wie­dzia­łem, czy na­praw­dę ktoś cze­kał.

 – Ali?

 – Tak… tak, Ali na cie­bie czeka. – Wcią­gną­łem po­wie­trze przez za­ci­śnię­te gar­dło.

 – Too… to wytrz… wy­trzy­mam.

 Pła­ka­łem, po­wta­rza­łem w kółko te same słowa, a ona od­po­wia­da­ła coraz sła­biej. Wpa­dli­śmy do sali. Pod­sko­czy­ła jej klat­ka, obie w za­sa­dzie. Na­kie­ro­wa­łem ją, jak wy­lą­do­wać.

 – Prze­pra­szam, że cię w to wcią­gną­łem, prze­pra­szam za ten ból.

 – To-o był on, nii-e ty – wy­ją­ka­ła pod­czas nie­udol­nej próby do­czoł­ga­nia się do łóżka. Opa­dła na zie­mię, ale nie mo­głem jej pomóc. – Ty żyesz w naas, ww-e mnie.

 Za­trzy­ma­ła się, coraz bar­dziej przy­le­ga­jąc do pod­ło­ża. Już tylko metr, mniej nawet. Idź… pro­szę.

 Le­ka­rze krę­ci­li gło­wa­mi. Chcie­li od­pu­ścić.

 – Za­prze­czy­łaś wszyst­kie­mu. Zro­bi­łaś coś, co za­prze­cza­ło two­jej na­tu­rze, zbli­ży­łaś się do wzoru, który stwo­rzy­łem ty­sią­ce lat temu. Dla­te­go cię wy­brał. Wstań! Bła­gam cię, wstań.

 Ob­ser­wo­wa­łem, jak chwy­ta się po­rę­czy. Oglą­da­łem, jak ledwo unosi swoją syl­wet­kę, choć ta nawet nie miała jako ta­kiej masy. Pa­trzy­łem, jak wal­czy, bo wie­rzy, że wciąż jest o co. Nawet, jeśli wkra­cza w ko­lej­ne nie­zna­ne, znów zmie­nia oto­cze­nie, całe spoj­rze­nie na rze­czy­wi­stość.

 Może miała rację. Może żyję w każ­dym świe­cie, któ­re­mu po­mo­głem, a wielu wciąż mogę pomóc. Za­czy­na­jąc od po­ka­za­nia nowej drogi moim pier­wot­nym.

 – Ali… nnie mogę wejść… – po­wie­dzia­ła, a ja na ję­zy­ku czu­łem jej prze­ra­że­nie, gdy le­ka­rze za­czę­li opusz­czać salę.

 Nie­któ­re hi­sto­rie koń­czą się tam, gdzie się za­czę­ły. Zu­peł­nie jak­bym za­miast prze­ży­cia wiel­kiej po­dró­ży, po­sta­wił mały krok. Ból tym razem nie prze­szka­dzał tak bar­dzo, widok roz­pa­da­ją­ce­go się ciała nie brzy­dził, prze­cież to tylko przy­bli­że­nie. Swego ro­dza­ju wi­zu­ali­za­cja.

 

***

 

 Długo le­ża­łam osła­bio­na. Naj­bar­dziej ude­rzy­ła mnie fi­zycz­ność wszyst­kie­go wokół. Chwi­lę póź­niej do­szły wciąż lekko za­tar­te wspo­mnie­nia. Ali…

 Gdzie teraz je­steś?

 Stuk­nę­ły drzwi, a dźwięk kro­ków wy­prze­dzi­ła sło­dycz na ję­zy­ku.

 – Cie­szy się pani – szep­nę­łam.

 Drgnę­ła, ale po chwi­li zo­ba­czy­łam uśmiech.

 – Tak, mamy dzień cudów. – Ro­bi­ła coś przy moim łóżku, ale ja po­tra­fi­łam sku­pić się tylko na twa­rzy, która mnie do­strze­ga­ła.

 – Co się stało… poza oczy­wi­ście…

 – Do jed­ne­go z pa­cjen­tów zgło­si­ła się spon­sor. – Pie­lę­gniar­ka od­sło­ni­ła nieco jedno z okien. – Do­sta­nie dro­gie pro­te­zy, zu­peł­nie jak nowe dło­nie.

 – Nowe co?!

 – Ręce w sen­sie. – Ko­bie­ta wes­tchnę­ła. – Stra­cił obie w dwóch róż­nych wy­pad­kach.

 – Czy ja… – Su­chość gar­dła prze­szka­dza­ła w ko­mu­ni­ka­cji. – Mogę go póź­niej zo­ba­czyć?

 – Na ten mo­ment to nie­moż­li­we, ale kie­dyś… kto wie. – Ucie­kła, zanim zdą­ży­łam znów otwo­rzyć usta.

 Kiedy po ja­kimś cza­sie za­py­ta­łam o nie­zna­ne­go pa­cjen­ta, nie wie­dzia­ła, o czym mówię. Chcia­ła o coś za­py­tać, ale jej obawa i zdzi­wie­nie nagle znik­nę­ły, jakby ktoś szep­nął jej kilka słów otu­chy.

 Po­sła­łam uśmiech w pusty kąt, bo wie­dzia­łam, że on gdzieś tam jest. Czuwa.

Koniec

Komentarze

Ktoś mi tu napisał (no dobra – tym ktosiem była Lana, ale nie tylko ona miała podobny pogląd ;-) ), że skracanie na siłę tekstu, który powinien mieć 60+k znaków, do 40k znaków to bardzo duży błąd ;-)

Aliqius – ktoś inny. Fajne dialogi. Nie wiem czemu przypomina mi to “Gwiazdy moje przeznaczenie” – jak mi starczy czasu i sił, to jeszcze tu wrócę z obszerniejszym komentarzem. Na razie zaznaczam tylko, że podobało się.

 

entropia nigdy nie maleje

Dzień dobry! Pozwolę sobie przekleić fragment z komentarza z bety. I tak jak mówiłam, moim zdaniem tekst zyskał na wywaleniu niektórych scen. :D Lepsza dynamika, przyjemniej się czyta. A co do ogólnej opinii:

 

Jeśli chodzi o całość – bardzo dobitnie i jednoznacznie nazywasz emocje, co ma tutaj sens, bo mamy w końcu do czynienia ze światem, w którym uczucia należy sobie wyobrazić, aby je poczuć. Sama historia Planety Manekinów i ogólny przekaz historii mi się bardzo podobają. Opowiadasz o dramatycznej walce, a właściwie kilku walkach. Większość z nich dotyczy przetrwania. To się fajnie przez tekst przebija, nadaje mu dobry klimat. Bohaterowie – wszyscy troje, powiedzmy – są żywi i mają charakter. Czuć też, że dzielą jakąś relację, może nawet jakąś historię.

 

To opowiadanie bardzo w Twoim stylu, delikatnie weirdowskim, czasami nieco poetyckim. :D Dobra lektura, choć wcale nie lekka – ale też jej celem chyba nie miało być “lekką”.

Zostaw ten żyrandol.

Cześć, Jimie,

Spory błąd, tylko przynajmniej u mnie z tekstami bywa tak, że zawsze muszę je trochę skrócić. Gdy piszę dodaję dużo niepotrzebnych rzeczy. Co nie zmienia faktu, że kilka ostatnich tysięcy było na siłę. Z tego co wiem, Ty też chyba bardzo swoje skróciłeś, prawda? :P

Aliqius – ktoś inny.

Byłem ciekaw kto pierwszy zauważy, gratuluję :D

Nie wiem czemu przypomina mi to “Gwiazdy moje przeznaczenie”

Niestety nie czytałem tego :/

Cieszę się, że opowiadanie się podobało. Obszerny komentarz będzie miły, ale zrozumiem, jeśli nie zdążysz :P

 

Verus,

A ja pozwolę sobie podziękować ponownie. Dziękuję za miłe słowa i pomoc.

To opowiadanie bardzo w Twoim stylu, delikatnie weirdowskim, czasami nieco poetyckim. :D Dobra lektura, choć wcale nie lekka – ale też jej celem chyba nie miało być “lekką”.

No to już chyba się do mnie przypięło. Chciałem tym razem opowiadania, które będzie nieco inne od większości moich. Najwidoczniej taki już mój styl :D

I w sumie mi to pasuje.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Więc przeklejam moją lekko zmodyfikowaną opinię z bety :)

Jest to smutna opowieść o mężczyźnie bawiącym się żywymi istotami i jego rozterkach z tym związanych, a raczej rozterkach związanych z zanikającymi, jak widać, uczuciami co do tego, pewną znieczulicą. Bardzo to życiowe. Jest podróż przez niezwykłe światy, jest dziwna więź między bohaterami, widać ich niepewność, strach i smutek. Ciekawy pomysł na rozpoznawanie uczuć jako smaków i zapachów. To wyobrażanie sobie czynności i reakcji kojarzyło mi się przez cały tekst ze świadomymi snami i jak się okazało na końcu, trochę miałam rację ;) Ale końcówka z tym szpitalem mnie oczywiście zaskoczyła ;) 

Podobały mi się też oryginalne zachowania bohaterów i ogólnie ich charakter. Zachowywali się niepewnie, jak dzieci, które dopiero uczą się żyć, a zwłaszcza kobieta. Dzięki temu w opowiadaniu jest taki specyficzny klimat zagubienia. Trochę smutny/depresyjny był dla mnie ten tekst, ale końcówka już nie smutna i dlatego pasuje, pięknie i dojrzale pod względem literackim rozegrana, pełna światła i nadziei. 

Generalnie śliczne, podobało mi się. Wskazałeś w tym tekście dużo ludzkich problemów i jest tu też klimat chaosu i melancholii. Co prawda z początku nie wiedziałam, o co chodzi, ale za to na koniec wszystko ładnie się wyjaśniło, a niezrozumiałe elementy nabrały sensu. Wszystkie niedopowiedzenia, które wymagałyby dopowiedzenia, że tak zrymuję, zdały mi się pod koniec odpowiednio wyjaśnione, zrozumiałam sens i przekaz.

I ucięcie naprawdę dużo dało temu tekstowi, warto było! Stał się dzięki temu bardziej dynamiczny i zrozumiały.

 

EDIT Przypomniało mi się ostatnio to opowiadanie i uważam, że temat konkursu został potraktowany tu w bardzo dojrzały sposób, bo mam wrażenie, że napisałeś ten tekst, by poruszyć bardzo ważne dylematy moralne i pokazać pewne rzeczy, aby czytelnik się nad nimi zastanowił, np. to “po prostu się nienawidzili”. Jakbym była jurorką, miałbyś u mnie za to wieeelkiego plusa.

Sonato!

Znów czytam ten komentarz i znów nie wiem, co powiedzieć poza: dziękuję, cieszę się, że tekst Ci podpasował. Serce rośnie, gdy czyta się takie komentarze, bo wiem, że większość rzeczy udało mi się zrealizować. Dziękuję jeszcze raz. :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Taga choć jednego dodaj, bez tagów nie wyląduje na stronie głównej po zabibliotekowaniu.

O, nie wiedziałem, dzięki. Tag dodany :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czekałem na piękny, epicki obrazek… ale przyznam, że to zdecydowanie bardziej pasuje. Witaj, Saro :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nie musiałaś heart

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Chyba za dużo znam Twoich teksów, bo widzę, że garściami sięgasz po pewne elementy wcześniejszych opowiadań, gdy piszesz kolejne ;) A jednocześnie to nie jest kopiowanie, raczej przetworzenie wybranych elementów składowych i dodanie czegoś nowego. Manekiny wiadomo, z którego opowiadania, wzorce z “Zejdziemy jeszcze głębiej”, jest też trochę elementów kojarzących się ze “Skalą odcieni”. Przy czym jak mówię – to nie jest “wałkowanie jednego”, to raczej, hm, używanie tych samych surowców do rzeźbienia czegoś nowego, ale jednocześnie jakoś z elementami wspólnymi. No, może ta pięść unoszona do ust powtarza się dość często między tekstami, ale reszta jest bardziej “nienamacalna”. W sensie – reszta wygląda jak poszukiwanie czegoś nowego, lepszego, bez wyrzucania dotychczasowych elementów. Co w sumie można traktowac jak “przenikanie się światów”, takie eastereggowanie między universami.

Aczkolwiek.

Aczkolwiek końcowa dynamika momentami przeszarżowała. Bo choć słusznie tempo przyśpieszyłeś, to coś tam momentami prawie się gubiło. I wszem, można to bronić tym, że była to ta część tekstu, w której należało oddać rozsypywanie się, ale… chyba lepiej by było spróbować zrobić to również (nie zamiast) za pomocą jakiś zdań “klimatowych” (co owszem, jest cholernie trudne, jeśli jednocześnie wszystko ma przyśpieszać).

Wiem, ze ścinałeś tekst. Nie wiem jak wyglądała wersja niepocięta. Brawa za to, ze udało się to zrobić tak, że wygląda jakby docelowo miało być jak jest, bez widocznych elementów “piłowanych” (bo końcówka wygląda na taką, która od samego początku była planowana na urywaną, więc tu jest ok). Ale zarazem o ile po formie nie widać ścięć, to pomysł oferował dużo i… chyba z jakiegoś powodu został stemperowany. Pytanie czy na poziomie skracania, czy na etapie planowania historii.

 

"Wysłali je skolonizowaną planetę obok"

– na skolonizowaną planetę

 

Cześć, Wilku, dziękuję.

Nie myślałem o tym, szczerze mówiąc. Trochę elementów chciałem użyć, ale nawiązanie do “Zejdziemy jeszcze głębiej” nie było celowe. Może podświadomie łączę teksty, schematy, dopóki nie uda mi się dojść do czegoś konkretnego. Może podoba mi się ta metafora człowieka-marionetki. Może lubię przedstawiać w ten sposób schematy zachowań. A może po prostu tonę we własnych schematach.

Zgadzam się z dynamiką, ten tekst miał być wolniejszy, bardziej emocjonalny. Eksploatacja światów miała przypominać pielęgnowanie sadzonki, a nie wklejanie dębu w miejsce świerku. Chciałem, żeby to było nieco kontemplacyjne, to opowiadanie powinno mieć więcej znaków, ale w innych miejscach. Powinienem zmienić tę historię, zamiast tylko ją skracać, skrócić i rozbudować znów. Straciłem najważniejszy element, nierozerwalną część. Nie zdołałem pokazać tej ukrytej zażyłości z każdym światem, który odwiedzał. Niestety.

I wyobraź sobie, że wcześniej napisałem nieco lepszy komentarz, ale natychmiast chciałem poprawić błąd i go zniknąłem…

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Lubię samą wizję manekinów. Czasami zdaje mi się symbolem tego odchodzącego już świata. Tak więc tytuł misię! Pamiętam też opko z Kafki na konkurs Żongler.

 

Tak więc, MaSkrolu… bardzo, bardzo misię Twoje opowiadanie! Jest głęboko humanistyczne. Każda jego litera. 

Bohater toczy beznadziejną walkę. Znajomość wyniku coraz silniej go obezwładnia. Już nie potrafi zepchnąć jej do tła, ukryć w zakamarkach umysłu. Myśl o powtarzalnych wzorcach i nieuchronnej klęsce poraża kolejne neurony, niszczy synapsę za synapsą. Całe obszary świadomości ogarnia pożoga. Pożar rozprzestrzenia się błyskawicznie. Tak mało czasu, pozostało tak mało czasu. 

– Ale po co?

– Po co wlec tę kulę skorodowanego żelastwa na sam szczyt? Przecież nie utrzyma się na wierzchołku. Zleci w oka mgnieniu. Nie zdążysz nawet usiąść, by odpocząć.

– Więc, po co?

Szarpie się. Zabawne są te podrygi drewnianej kukły. 

– Myślisz, że drewno coś czuje? Tak, nawet jeśli umarło i jest wysuszone.

– Żywe i martwe czuje.

– Co je ożywia?

– Ruch?

Podźwignął się jeszcze raz i tak już będzie do końca, aż światy ogarnie wieczny mrok. W ciemności wirują świetliste drobiny. Wyglądają jak płatki cynfolii. Może zbliżą się do siebie jeszcze raz. Może. Na pewno.

 

Niektóre fragmenty są piękne. Sławią dobro, altruizm, które są i jednocześnie ich nie ma. Rodzaj idealizmu, rycerskości, mitu, który ściera się z praktycznością i użytecznością rzeczy. Blaszany drwal ma pęknięte serce, Kukiełki poruszają się coraz szybciej. Sznurki migają i plączą się w powietrzu, nie nadążając za ruchami lalkarzy. Dobrze już, bo ciągle będę odpływać, zamiast coś ci – z sensem lub bez  -napisać, znaczy komentarz.

 

Chyba najbardziej poruszyły mnie dwie rzeczy: sposób dialogu postaci oraz dojmujące odczucie nadchodzącej porażki głównego bohatyra, rodzaj powiększającego się rozdarcia. Budujesz wyraziste z obrazy, używasz mocnych czasowników.

Odnośnie samej treści mi akurat średnio się podobało zakończenie, ale w tym momencie nie mam pomysłu na inne, poza tym literacko i konkursowo jest niezłe, choć trochę ograne.

Warsztatowo mam problem z zapisem wypowiedzi, w których atrybucje odnoszą się do innej postaci. Przykłady poniże , ale zdarza się też w innych miejscach. W obydwu przypadkach wypowiedzi są jej, a atrybucje należą do niego. 

– Przedstawisz się przynajmniej? – Jej uczucia to pomieszana breja. – Tyle przynajmniej jesteś mi winien.

– Chodź szybko, zaraz wyjaśnię. – Ledwo wybiegła z przejścia, a już chciała do niego wrócić.

 

I teraz tak: nie wiem, jak można byłoby to zrobić inaczej; czytało mi się dobrze i rozumiałam bez kłopotu; zauważyłam tylko i wyłącznie dlatego, że jestem przetrenowana w tej materii przez portal NF; co więcej podobało mi się, bo uwiarygadniało sposób komunikacji pomiędzy nimi.

 

Naturalnie skarżę do biblio. :-) Po czym po dwóch dniach zgłoszę wątku na piórka. :-) Jeśli tego nie chcesz – daj znaka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Asylum, dziękuję za wizytę.

Lubię samą wizję manekinów. Czasami zdaje mi się symbolem tego odchodzącego już świata.

Mam podobne odczucia, chyba dlatego tak często pojawia się u mnie ten wątek.

Tak więc, MaSkrolu… bardzo, bardzo misię Twoje opowiadanie! Jest głęboko humanistyczne. Każda jego litera. 

Dziękuję… bardzo się cieszę, bo taki właśnie był główny cel.

Szarpie się. Zabawne są te podrygi drewnianej kukły. 

– Myślisz, że drewno coś czuje? Tak, nawet jeśli umarło i jest wysuszone.

– Żywe i martwe czuje.

– Co je ożywia?

– Ruch?

Podźwignął się jeszcze raz i tak już będzie do końca, aż światy ogarnie wieczny mrok. W ciemności wirują świetliste drobiny. Wyglądają jak płatki cynfolii. Może zbliżą się do siebie jeszcze raz. Może. Na pewno.

Zastanawiasz się jak powinno wyglądać zakończenie, a sama napisałaś lepsze ode mnie. Bardziej oddalone od historii, bardziej motywujące. Dokładnie takie, jakie powinno być. Wymyśliłaś to, czy wkleiłaś fragment jakiegoś tekstu?

Jeśli to tekst, to chciałbym go przeczytać.

Dobrze już, bo ciągle będę odpływać, zamiast coś ci – z sensem lub bez  -napisać, znaczy komentarz.

Lubię twoje odpływanie, bardzo ładnie wtedy piszesz. :)

Chyba najbardziej poruszyły mnie dwie rzeczy: sposób dialogu postaci oraz dojmujące odczucie nadchodzącej porażki głównego bohatyra, rodzaj powiększającego się rozdarcia.

Nadchodząca porażka… wokół niej było budowane całe opowiadanie, ale dobre dialogi to mój mały sukces. Tak naprawdę nie wiedziałem, że potrafię je pisać. I chciałem zapytać, co masz na myśli przez sposób dialogu? On aż tak bardzo się wyróżnia?

Odnośnie samej treści mi akurat średnio się podobało zakończenie, ale w tym momencie nie mam pomysłu na inne, poza tym literacko i konkursowo jest niezłe, choć trochę ograne.

Masz rację, ale przyznaję się… czasem lubię widzieć w czymś schemat, o ile dobrze się sprawdza. :P

Warsztatowo mam problem z zapisem wypowiedzi, w których atrybucje odnoszą się do innej postaci. Przykłady poniże , ale zdarza się też w innych miejscach. W obydwu przypadkach wypowiedzi są jej, a atrybucje należą do niego. 

Masz rację, w zasadzie napisałem tak odruchowo. W końcu narracja jest pierwszoosobowa, on mówi, co robi ona. Kierowałem się logiką, że skoro ma tę niesamowitą zdolność, że może widzieć jej emocje, może też komentować je podczas prowadzenia narracji. Nie wiem czy to poprawne w zasadzie.

I teraz tak: nie wiem, jak można byłoby to zrobić inaczej; czytało mi się dobrze i rozumiałam bez kłopotu; zauważyłam tylko i wyłącznie dlatego, że jestem przetrenowana w tej materii przez portal NF; co więcej podobało mi się, bo uwiarygadniało sposób komunikacji pomiędzy nimi.

Rozumiem, teraz jeszcze bardziej nie wiem, czy to poprawić, czy nie. Póki co zostawię.

Naturalnie skarżę do biblio. :-) Po czym po dwóch dniach zgłoszę wątku na piórka. :-) Jeśli tego nie chcesz – daj znaka.

Dziękuję… i oczywiście, nie mam nic przeciwko, bardzo się cieszę :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Jeśli to tekst, to chciałbym go przeczytać.

Nie, to nie jest tekst, Ty mnie zainspirowałeś, właściwie Twoje opko, myśli, aby skreślić kilka słów.  :-)

co masz na myśli przez sposób dialogu? On aż tak bardzo się wyróżnia?

Dla mnie tak, znaczy – wyróżnia się. Bardzo pasuje do porozumiewania się postaci. Jest w punkt, podkreśla inność. To takie myślomowo-odczuwanie, chyba precyzyjniej nie potrafię określić. W sensie wykorzystywania tego zabiegu we w ogóle, we wszystkich, zawsze (i cała reszta dużych kwantyfikatorów) naturalnie nie, ale tutaj pasuje idealnie. Może gdzieś tam trafiły się jeszcze jakieś kiksy, ale są bez znaczenia, bo poprowadziłeś mega konsekwentnie po ich czuciu.

Zresztą, męczy cię to, ciekawi, próbujesz przybliżyć i uchwycić w kolejnym opowiadaniu. Mam tak, gdy coś mnie jeszcze fascynuje, bo sama nie wiem, wtedy najczęściej mam siłę, aby poprawiać, korygować, zastanawiać się.

czasem lubię widzieć w czymś schemat, o ile dobrze się sprawdza. :P

To mi bliskie. :P Dobrze zrobiłeś.

nie mam nic przeciwko, bardzo się cieszę :)

Fajnie, zatem będzie. Szkoda, że nie jestem dyżurną, mój głos bardziej by się liczył, ale cóż, jest jak jest. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie to nie jest tekst, Ty mnie zainspirowałeś, właściwie Twoje opko, myśli, aby skreślić kilka słów.  :-)

Bardzo ładnych słów :)

Dla mnie tak, znaczy – wyróżnia się. Bardzo pasuje do porozumiewania się postaci. Jest w punkt, podkreśla inność. To takie myślomowo-odczuwanie, chyba precyzyjniej nie potrafię określić. W sensie wykorzystywania tego zabiegu we w ogóle, we wszystkich, zawsze (i cała reszta dużych kwantyfikatorów) naturalnie nie, ale tutaj pasuje idealnie. Może gdzieś tam trafiły się jeszcze jakieś kiksy, ale są bez znaczenia, bo poprowadziłeś mega konsekwentnie po ich czuciu.

Zresztą, męczy cię to, ciekawi, próbujesz przybliżyć i uchwycić w kolejnym opowiadaniu. Mam tak, gdy coś mnie jeszcze fascynuje, bo sama nie wiem, wtedy najczęściej mam siłę, aby poprawiać, korygować, zastanawiać się.

Już rozumiem, dziękuję.

To mi bliskie. :P Dobrze zrobiłeś.

Cieszę się :D

Fajnie, zatem będzie. Szkoda, że nie jestem dyżurną, mój głos bardziej by się liczył, ale cóż, jest jak jest. 

Jeden głos to dla mnie bardzo dużo :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Czeźć.

 

Dramatyczne losy skracania opka śledziłem pośrednio na discordzie, więc mam pewne pojęcie, ile bólu to kosztowało… i popieram, żeby takiego masochizmu raczej więcej nie wdrażać :)

 

Co tu się dzieje?! – Mam ochotę pytać o to samo za każdym razem, kiedy czytam Twoje opko :O

 

jej emocje ładnie pachniały. Umysł pięknie formował myśli, jakby wyrabiał ciasto i odkładał je, aby wyrosło. – ponownie dałbym emotkę „:O”, ale duża literka O nie oddaje mojego zdziwienia.

 

Otworzyłem ścieżkę.–

Czyżby jakaś spacja przeniosła się na inną strunę rzeczywistości?

 

wbijał się w umysł.

 – Nie pamiętam, chodź, później. – Wskoczyłem do portalu, zanim zdążyła poczuć mój zapach.

 Wbiliśmy się

 

Chyba ciut za blisko siebie te wbijania.

 

Co do całości.

Z bólem stwierdzam, że to skracanie jednak trochę widać. Nie pomogło ono opowiadaniu, które od początku i tak miało na pewno duży poziom abstrakcji. W Skali Odcieni poziom abstrakcji był spory, ale znośny. Tu obawiam się, że abstrakcja wylewa się zbyt szerokim strumieniem :V

 

Opowiadanie jest napisane ładnie, oczywiście, ale składa się tak jakby głównie z myśli. Nie wywołało wielu obrazów w mojej głowie, a że jestem wzrokowcem, to obrazy lubię. Więc pewnie go nie będę pamiętał niedługo. Moja rada: nie skracaj tak dramatycznie opowiadań :)

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Cześć,

Jest jak jest, więcej tego nie zrobię.

Mam ochotę pytać o to samo za każdym razem, kiedy czytam Twoje opko :O

No… it is what it is XDD

ponownie dałbym emotkę „:O”, ale duża literka O nie oddaje mojego zdziwienia.

Aż tak odjechałem? XD

Czyżby jakaś spacja przeniosła się na inną strunę rzeczywistości?

Nie inaczej.

Z bólem stwierdzam, że to skracanie jednak trochę widać. Nie pomogło ono opowiadaniu, które od początku i tak miało na pewno duży poziom abstrakcji. W Skali Odcieni poziom abstrakcji był spory, ale znośny. Tu obawiam się, że abstrakcja wylewa się zbyt szerokim strumieniem :V

Trochę to… smutne no. W sensie zgadzam się ze skracaniem, ale głównym planem było stworzenie opowiadania mniej oderwanego od rzeczywistość jak zazwyczaj. No jest jak jest XD

Opowiadanie jest napisane ładnie, oczywiście, ale składa się tak jakby głównie z myśli. Nie wywołało wielu obrazów w mojej głowie, a że jestem wzrokowcem, to obrazy lubię. Więc pewnie go nie będę pamiętał niedługo. Moja rada: nie skracaj tak dramatycznie opowiadań :)

Jak już wspominałem w odpowiedzi dla Wilka, obrazów wyciąłem za dużo, więc rozumiem. Opowiadanie przyspiesza znów, zanim zdąży zwolnić, nie tak miało być. Niestety.

I nie mam zamiaru już więcej tak skracać na siłę.

Pozdrawiam również i dziękuję! :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

https://www.wykop.pl/cdn/c3201142/comment_y1mBZpBst3R3wLncKcnRF3skYYaqGytN,w400.jpg

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam jurora, dziękuję za przerażający obrazek.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Mam wrażenie, że za dużo zostało w Twojej głowie. Nie wiem, czy jest to kwestia skracania tekstu, czy raczej po prostu pewne rzeczy są dla Ciebie tak oczywiste, że sądzisz, iż dla innych też są ;) A przy tym to niedługie w końcu opko jest przeładowane. Trochę jakbyś pakował plecak dla kogoś, kto rusza w długą podróż. Wkładasz do niego wszystko, co wydaje Ci się niezbędne, ale plecak robi się tak ciężki, że nie sposób go unieść. Kwestiami, które poruszasz w swoim opku ludzie zajmują się od tysięcy lat, a Ty próbujesz je wcisnąć w to maleństwo ;) Przez to zrozumienie tekstu zdaje się jeszcze trudniejsze. Zobaczymy na ile mi się udało… ;)

Sam tekst wydaje mi się piekielnie pesymistyczny. Zakładasz, że każda cywilizacja zmierza do samozagłady. Nie może być inaczej, skoro są tacy jak Aliqius, istoty, które próbują te światy ratować.

On czuje się marionetką, ale mnie się wydaje, że jest raczej zabawką Boga, albo bogów. Gdzieś, kiedyś musiał się poświęcić, więc jakiś byt nadrzędny zaśmiał mu się w gębę i powiedział: Skoroś taki altruista, to zajmij się naprawą światów. Tyle że on jest uwarunkowany przez świat, w którym żył, świat również skazany na zagładę. Co może wymyślić? Miłosiernego boga, który nagradza rajem tych dobrych. Hmm, wiadomo, co ludzie mogą z taką ideą zrobić. Czasem udaje mu się dorzucić trochę czasu jakiejś cywilizacji, ale podejrzewam, że częściej idzie ona jeszcze szybciej na dno.

Inna sprawa to, czy ci bezsilni, którzy się poświęcają rzeczywiście robią to z altruizmu. Chyba jednak nie zawsze, skoro są jacyś inni, którzy bawią się światami im powierzonymi. A może altruizm jest ograniczony tylko do swoich, sobie podobnych?

Myślę, że pokazałeś go w chwili kompletnego wypalenia. Jego rozpadające się ciało jest dla mnie tego symbolem. Już nie wierzy, że może pomóc, przytłaczają go wszystkie porażki, które poniósł. Z jednej strony ma dość, chciałby, żeby to wszystko wreszcie się skończyło, ale z drugiej, jak każda żyjąca istota nie chce umrzeć.

I w tym momencie pojawia się Kinga. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że on ją ratuje, ale chyba nie do końca tak to było. Myślę, że złapał ją w momencie między życiem a śmiercią. I nie tyle śmierci ją wyrwał, co losowi, który był jego udziałem. Uratowała dwójkę dzieci, pewnie i tak by tam trafiła, a on zawiesił ją pomiędzy życiem i śmiercią. Spróbował oszukać ten byt nadrzędny. Czego od niej chciał. Chyba sam nie wiedział, wahał się pomiędzy oddaniem swoich światów w dobre ręce i pragnieniem, by go ocaliła. Wiedział, że czas jej się kończy, zniknął, ale zostawił ślad. Ale przed tym dał jej poczuć smak porażki. Sam potraktował ją jak marionetkę. Niby miała wybór, ale myślę, że od początku było jasne, co wybierz, bo w gruncie rzeczy nie mogła inaczej.

Kinga go ratuje, ale jednocześnie skazuje na zagładę setki istnień. Robi to, bo być może wierzy, że on może uratować jeszcze więcej istnień, ale równie dobrze on może rozpieprzyć kolejne światy. Myśle, że raczej ratuje go, bo nie może znieść myśli, że mogłaby go tak zostawić. On jest znany, a ci którzy umierają – nie.

I pytanie o altruizm i egoizm. To jest coś, co na własny użytek nazwałam syndromem lustra. Robisz coś, co teoretycznie jest dla Ciebie niekorzystne, na przykład trzymając się przykładu Kingi – ryzykujesz życiem, żeby wyciągnąć dzieciaki sprzed pędzącego auta. Możesz zginąć, ale jeśli tego nie zrobisz i dzieciaki zginą, to będzie Ci trudno patrzeć w lustro bez wstrętu. Egoizm czy altruizm?

Generalnie mimo zastrzeżeń, o których pisałam na początku, podobało mi się. Twój tekst zmusza do zastanowienia się. Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko, długo kogoś wypatrywałem. :P

Niektóre informację musiałem skracać i upychać, niektóre subtelniejsze wyjaśnienia redukować, więc nie dziwię się, że właśnie takie wrażenie odniosłaś. Prawdopodobnie opowiadanie mogłoby być jeszcze dłuższe, z innymi światami i wątkami, ale limit.

Sam tekst wydaje mi się piekielnie pesymistyczny. Zakładasz, że każda cywilizacja zmierza do samozagłady. Nie może być inaczej, skoro są tacy jak Aliqius, istoty, które próbują te światy ratować.

W zasadzie to miało wyglądać inaczej, ten świat z dwoma słońcami miał być przykładem innego, ale wątek zaginął podczas skracania tekstu w pierwszych fazach. 

On czuje się marionetką, ale mnie się wydaje, że jest raczej zabawką Boga, albo bogów. Gdzieś, kiedyś musiał się poświęcić, więc jakiś byt nadrzędny zaśmiał mu się w gębę i powiedział: Skoroś taki altruista, to zajmij się naprawą światów.

Hmm… starałem się nie wspominać o żadnej sile wyższej. Podkreślałem raczej oddziaływanie wzajemne, ale trochę ta relacja ucierpiała, wiadomo z jakiego powodu.

Inna sprawa to, czy ci bezsilni, którzy się poświęcają rzeczywiście robią to z altruizmu. Chyba jednak nie zawsze, skoro są jacyś inni, którzy bawią się światami im powierzonymi. A może altruizm jest ograniczony tylko do swoich, sobie podobnych?

Ten motyw był akurat bardzo ucięty i nie było jak lepiej go opisać, chyba nie do końca się udało. Zachowanie istot pokroju Aliego rozwija się wraz z pojmowaniem i postrzeganiem heroizmu, miłosierdzia w ich podstawowych światach.

Myślę, że pokazałeś go w chwili kompletnego wypalenia. Jego rozpadające się ciało jest dla mnie tego symbolem. Już nie wierzy, że może pomóc, przytłaczają go wszystkie porażki, które poniósł. Z jednej strony ma dość, chciałby, żeby to wszystko wreszcie się skończyło, ale z drugiej, jak każda żyjąca istota nie chce umrzeć.

Dobrze to odczytałaś :)

Walczą jego dwa charaktery, ten z pierwotnego świata, który od jakiegoś czasu się przewartościowuje i zmienia oraz ta spychana do wewnątrz pozostałość.

I w tym momencie pojawia się Kinga. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że on ją ratuje, ale chyba nie do końca tak to było. Myślę, że złapał ją w momencie między życiem a śmiercią. I nie tyle śmierci ją wyrwał, co losowi, który był jego udziałem. Uratowała dwójkę dzieci, pewnie i tak by tam trafiła, a on zawiesił ją pomiędzy życiem i śmiercią. Spróbował oszukać ten byt nadrzędny. Czego od niej chciał. Chyba sam nie wiedział, wahał się pomiędzy oddaniem swoich światów w dobre ręce i pragnieniem, by go ocaliła. Wiedział, że czas jej się kończy, zniknął, ale zostawił ślad. Ale przed tym dał jej poczuć smak porażki. Sam potraktował ją jak marionetkę. Niby miała wybór, ale myślę, że od początku było jasne, co wybierz, bo w gruncie rzeczy nie mogła inaczej.

Dobrze rozumiesz tekst, Irko. :)

No poza tym bytem nadrzędnym… cały czas walczył sam ze sobą, ale nie udało mi się tego dobrze pokazać.

Kinga go ratuje, ale jednocześnie skazuje na zagładę setki istnień. Robi to, bo być może wierzy, że on może uratować jeszcze więcej istnień, ale równie dobrze on może rozpieprzyć kolejne światy. Myśle, że raczej ratuje go, bo nie może znieść myśli, że mogłaby go tak zostawić. On jest znany, a ci którzy umierają – nie.

Nie będę się powtarza, ale wspomnę, że świetnie się czyta takie komentarze :)

I pytanie o altruizm i egoizm. To jest coś, co na własny użytek nazwałam syndromem lustra. Robisz coś, co teoretycznie jest dla Ciebie niekorzystne, na przykład trzymając się przykładu Kingi – ryzykujesz życiem, żeby wyciągnąć dzieciaki sprzed pędzącego auta. Możesz zginąć, ale jeśli tego nie zrobisz i dzieciaki zginą, to będzie Ci trudno patrzeć w lustro bez wstrętu. Egoizm czy altruizm?

Ładnie to nazywasz. I… no nie mogę nic więcej tutaj dodać, w punkt.

Generalnie mimo zastrzeżeń, o których pisałam na początku, podobało mi się. Twój tekst zmusza do zastanowienia się. Kliczek :)

Dziękuję, Irko :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Hmm… starałem się nie wspominać o żadnej sile wyższej.

No poza tym bytem nadrzędnym…

Hmm, czyli nie ma bytu nadrzędnego. A skąd wiesz, że tak przewrotnie zapytam? ;)

On sam nie wiem do końca jak się tam znalazł. Przypuszcza, domniemywa, mówi o woli czynienia dobra, ale musi być jakaś podstawa, jakaś teoria, na której się opierasz. I właściwie wybór nie jest duży, biorąc pod uwagę, że autor pochodzi z Ziemi ;) Może to być albo jakaś istota wyższa, albo wziąłeś za punkt wyjścia jakąś dalekowschodnią mistykę: zen, buddyzm, albo fizyka. Na mistyce się średnio znam. Jeśli chodzi o fizykę, to musiałby być to ten rodzaj, który próbuje połączyć fizykę z duchem, świadomością i wychodzi połączenie, za którym nie przepadam, bo mi się równanie E=mc² nie zgadza. Choć przyznaję, że literacko jest to ciekawe połączenie. W siłę wyższą też nie wierzę, ale akceptuję bezproblemowo wiarę innych. Stąd mój wybór padł akurat na siłę wyższą ;) Krótko mówiąc, to jest przykład tego, że za dużo zostało w Twojej głowie, a ponieważ ja też jestem uwarunkowana, to wybrałam, jak wybrałam.

Na pocieszenie, nie twierdzę, że poza faktem przeniesienia ta siła wywierała jakiś wpływ. To było raczej, jakby ktoś umieścił mrówkę w zamkniętym słoiku i patrzył, jak po nim krąży.

 

Zachowanie istot pokroju Aliego rozwija się wraz z pojmowaniem i postrzeganiem heroizmu, miłosierdzia w ich podstawowych światach.

Aaa, to faktycznie jest marionetką. Myślałam raczej, że jest to suma jego życiowych doświadczeń plus jakaś pozytywna energia świata, ale w momencie jego śmierci. Nie zajarzyłam, że jego podstawowy świat nadal na niego oddziaływuje.

 

cały czas walczył sam ze sobą, ale nie udało mi się tego dobrze pokazać.

A nie, wręcz przeciwnie, to Ci się udało pokazać :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hmm, czyli nie ma bytu nadrzędnego. A skąd wiesz, że tak przewrotnie zapytam? ;)

On sam nie wiem do końca jak się tam znalazł. Przypuszcza, domniemywa, mówi o woli czynienia dobra, ale musi być jakaś podstawa, jakaś teoria, na której się opierasz. I właściwie wybór nie jest duży, biorąc pod uwagę, że autor pochodzi z Ziemi ;) Może to być albo jakaś istota wyższa, albo wziąłeś za punkt wyjścia jakąś dalekowschodnią mistykę: zen, buddyzm, albo fizyka. Na mistyce się średnio znam. Jeśli chodzi o fizykę, to musiałby być to ten rodzaj, który próbuje połączyć fizykę z duchem, świadomością i wychodzi połączenie, za którym nie przepadam, bo mi się równanie E=mc² nie zgadza. Choć przyznaję, że literacko jest to ciekawe połączenie. W siłę wyższą też nie wierzę, ale akceptuję bezproblemowo wiarę innych. Stąd mój wybór padł akurat na siłę wyższą ;) Krótko mówiąc, to jest przykład tego, że za dużo zostało w Twojej głowie, a ponieważ ja też jestem uwarunkowana, to wybrałam, jak wybrałam.

Na pocieszenie, nie twierdzę, że poza faktem przeniesienia ta siła wywierała jakiś wpływ. To było raczej, jakby ktoś umieścił mrówkę w zamkniętym słoiku i patrzył, jak po nim krąży.

Rozumiem, co masz na myśli. I jeśli bardziej się nad tym zastanowić, to możesz mieć rację. Czasem operuję rzeczami trochę mniej wyjaśnionymi, ale nie lubię nikomu narzucać konkretnej interpretacji.\

Aaa, to faktycznie jest marionetką. Myślałam raczej, że jest to suma jego życiowych doświadczeń plus jakaś pozytywna energia świata, ale w momencie jego śmierci. Nie zajarzyłam, że jego podstawowy świat nadal na niego oddziaływuje.

Miałem to całkiem dobrze opisane, niestety fragment miał konieczną redukcję.

A nie, wręcz przeciwnie, to Ci się udało pokazać :)

Uff :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Hmmm, w komentarzach parę interpretacji już się pojawiło, niby to dobrze, ale czy to nie sygnał, że tekst jest trochę przeładowany treścią? Osobiście miałem trochę trudności przy czytaniu, nowe informacje, kolejne elementy układanki pojawiały się szybciej niż byłem w stanie przetrawić dotychczasowe. Czułem skracanie i pewną skrótowość (zwłaszcza w opisach), i pewnie rozciągnięcie tego tekstu do pierwotnych 60k znaków czy nawet więcej, mogłoby ułatwić spokojne przyswojenie myśli (w liczbie mnogiej), które w opowiadaniu chciałeś przekazać. A myśli te są bardzo ciekawe :)

Ogólnie uważam, że udany tekst. Miałeś ciekawy pomysł na świat, niektóre wizje bardzo mi się podobały (jak tytułowa planeta manekinów, ale też opis rozpadającego się Aliego, czy tworzony przez niego pył – wszystko było bardzo obrazotwórcze). Zostawiłeś też niełatwy problem do rozwiązania, i to zapewne więcej niż jeden –na pewno o zabawie w boga i tego, czy warto/można/powinno się naprawiać świat, gdy każdy czyn może nieść poważne, a nieraz nieprzewidziane konsekwencje (tak rozumiem świat manekinów); a także o decydowaniu kogo ocalić – bo życie Aliego okupione zostało innymi (hmm… powiedziałbym, że trochę literackie ujęcie trolley problem). Oba tematy zresztą łączą się, co jest dodatkowo na plus.

Ostatecznie chyba zwróciłbym na dwie rzeczy, z mi niepasujących, uwagę:

Ali i Arkani to całkiem podobne imiona i, przy trochę nieuważnej lekturze, mogą się mylić. A przynajmniej mi się to zdarzyło (za pierwszym razem), więc uważałbym na to.

O ile ogólnie nie czułem niedosytu/skracania tekstu, to w jednym momencie przydałoby się trochę więcej. Mianowicie na początku, po porwaniu Kingi, zabrakło mi trochę czasu na poznanie się z tym światem, który kreujesz.

Witam nowych czytelników :)

 

PanDomingo,

Dziękuję za opinię i rozumiem, że część opowiadanie wydaje się przeładowana informacjami. Nawet się nie wydaje, po prostu taka właśnie jest. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko miło spędziłeś czas przy tym opku :P

 

Golodh,

Nigdy nie wiem, jak dokładnie odpisać na pozytywne uwagi… dziękuję. Miałem w głowie te obrazy, bardzo wyraźne i cieszę się, że zdołałem dobrze przelać je na “papier”. I wagonik… tak, tak to wyszło, choć nie myślałem o tym w trakcie pisania.

Tak, nie zwróciłem na uwagi, ale imiona rzeczywiście podobne. Będę następnym razem uważał.

O ile ogólnie nie czułem niedosytu/skracania tekstu, to w jednym momencie przydałoby się trochę więcej. Mianowicie na początku, po porwaniu Kingi, zabrakło mi trochę czasu na poznanie się z tym światem, który kreujesz.

Był tam długi fragment, ładny, ale niestety mało wnosił do samej fabuły, więc był pierwszy do cięcia.

 

Dziękuję za komentarze! :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Hmmm. Świat ciekawy, ale bardzo nie mój. Ja sobie początek zinterpretowałam tak, że bohaterowie są bogami emocji. Porozumiewali się jakimś szyfrem słabo dostępnym dla mnie, koncentrowali się na emocjach, a przy tym wpływali na los światów.

Końcówka bardzo ich spłaszczyła, zdegradowała do zwykłych ludzi i to unieruchomionych w szpitalu.

Co do manipulowania – pod wpływem tekstu można dojść do wniosku, że emocje służą do manipulowania ludźmi. Chcesz sprawić, żeby człowiek kupił coś, czego wcale nie potrzebuje – grasz jego emocjami; wzbudzasz zazdrość, pożądanie, ciekawość… Chcesz dać mu wybór – wręczasz instrukcję obsługi i tłumaczysz; “naciśniesz tutaj, uzyskasz taki wynik”.

A Twój bohater ni cholery nie tłumaczy dziewczynie, o co chodzi…

Babska logika rządzi!

 Przeczytałam i nie wiem co więcej mogłabym powiedzieć, bo widzisz, MaSkrolu, głupio się przyznać, ale ja tego opowiadania nie zrozumiałam… :(

 

– K…m est-eś? ―> Brak spacji po wielokropku.

 

– Gdz… ie ja cie-cie…mn, o! ―> Jak wyżej.

 

– Otwórz oczy.Pró­bo­wa­łem mo­du­lo­wać głos, żeby brzmiał nieco cie­plej. ―> – Otwórz oczy – pró­bo­wa­łem mo­du­lo­wać głos, żeby brzmiał nieco cie­plej.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

wy­obraź sobie, że roz­glą­dasz za tym samym… ―> Chyba miało być: …wy­obraź sobie, że roz­glą­dasz się za tym samym

 

skóra cały czas była po­draż­nio­na. Nie sły­sza­łem jej emo­cji, mu­sia­ła wciąż spać. ―> Czy dobrze rozumiem, że nie słyszał emocji podrażnionej skóry, która pewnie wciąż spała?

 

i grzęź­nie w ziemi zaraz obok czy­ichś otwar­tych ust. ―> …i grzęź­nie w ziemi tuż obok czy­ichś otwar­tych ust.

 

Po­dmu­cha­łem w dło­nie, żeby prze­go­nić zimno. ―> Dmucha się na coś gorącego, więc raczej: Pochuchałem w dło­nie, żeby prze­go­nić zimno.

 

Dla­cze­go kazał wra­cać? Gdzie? ―> Dla­cze­go kazał wra­cać? Dokąd?

 

I ni­cze­go nie mu­sisz, ni­cze­go nie je­steś mu winna… ―> I ni­cze­go nie mu­sisz, ni­c nie je­steś mu winna

 

farba już dawno się obe­rwa­ła… ―> Raczej: …farba już dawno się złuszczyła/odpadła

 

Usia­dłam obok Alie­go. ―> Usia­dłam obok Ale­go.

Tu znajdziesz odmianę imienia Ali.

 

Czu­łam jego wstyd, gro­ma­dzą­cy się jak bród pod pa­znok­cia­mi. ―> Bój się bogów, MaSkrolu! Sprawdź znaczenie słowa bród.

 

po­wie­dzia­łam do ży­ją­ce­go po­sąż­ku. ―> …po­wie­dzia­łam do ży­ją­ce­go po­sąż­ka.

Tu znajdziesz odmianę słowa posążek.

 

krysz­ta­ły wy­pa­li­ły­by ciało Alie­go… ―> …krysz­ta­ły wy­pa­li­ły­by ciało Ale­go

 

Kość Alie­go od­pa­dła i stuk­nę­ła o ka­mień. ―> Kość Ale­go od­pa­dła i stuk­nę­ła o ka­mień.

 

 – Jes.. eś a a, le związz. ―> Jakiś taki niedorobiony ten wielokropek.

 

– Ze wszyss.. kimi, kóre ura­tow. ―> Tu też.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, witam, wybaczcie, że nie odpisałem wcześniej. Najpierw gonił czas, a później, jakoś zabrało sił, gdy miałem kilka minut.

 

Finklo,

Po pierwsze gratuluję wygranej. :)

Hmmm. Świat ciekawy, ale bardzo nie mój. Ja sobie początek zinterpretowałam tak, że bohaterowie są bogami emocji. Porozumiewali się jakimś szyfrem słabo dostępnym dla mnie, koncentrowali się na emocjach, a przy tym wpływali na los światów.

Dzięki i rozumiem, czasem odpływam trochę za bardzo. A momenty, w których wyjaśniałem wszystko nieco lepiej musiałem wyciąć. Niekoniecznie chodziło o bogów i niestety ten element… no zabrakło tych znaków, albo ja po prostu nie potrafiłem zrobić tego przejrzyście.

Co do manipulowania – pod wpływem tekstu można dojść do wniosku, że emocje służą do manipulowania ludźmi. Chcesz sprawić, żeby człowiek kupił coś, czego wcale nie potrzebuje – grasz jego emocjami; wzbudzasz zazdrość, pożądanie, ciekawość… Chcesz dać mu wybór – wręczasz instrukcję obsługi i tłumaczysz; “naciśniesz tutaj, uzyskasz taki wynik”.

Hmm, trochę tak. Może nie chodziło tylko o to, ale tak, masz rację. Do takiego wniosku można dojść.

A Twój bohater ni cholery nie tłumaczy dziewczynie, o co chodzi…

Trochę tłumaczył, podstawy, ile musiał, ale to wyciąłem. Niektórych rzeczy nie chciał tłumaczyć, ze względów zawartych w tekście, najwidoczniej zawartych zbyt niejasno. Taki już los tych moich tekstów, że czasem piszę zbyt niewyraźnie, niestety.

 

Cześć Regulatorzy,

 Przeczytałam i nie wiem co więcej mogłabym powiedzieć, bo widzisz, MaSkrolu, głupio się przyznać, ale ja tego opowiadania nie zrozumiałam… :(

To mi powinno być głupio w pewnym stopniu, ale chyba już zobaczyliśmy zależność, że jakoś nie mogę do Ciebie trafić. I to nie jest ani moja, ani twoja wina, piszę specyficznie i niestety tekst nie trafi do każdego. Bardzo doceniam twoje komentarze, ale całkowicie rozumiem, że opowiadania mogą być nieczytelne i w ogóle jakieś rozmyte, przez to nieciekawe. Więc po raz kolejny mówię – jeśli kolejne będzie równie ciężkie, masz moje oficjalne pozwolenie na rzucenie go w kąt, w dowolnym momencie czytania, z zapewnieniem, że się nie obrażę. :P

– Otwórz oczy. – Próbowałem modulować głos, żeby brzmiał nieco cieplej. ―> – Otwórz oczy – próbowałem modulować głos, żeby brzmiał nieco cieplej.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

Niby to wiem, ale tutaj chyba nieco się pospieszyłem :P

wyobraź sobie, że rozglądasz za tym samym… ―> Chyba miało być: …wyobraź sobie, że rozglądasz się za tym samym

A tak, zdecydowanie tak miało być :)

skóra cały czas była podrażniona. Nie słyszałem jej emocji, musiała wciąż spać. ―> Czy dobrze rozumiem, że nie słyszał emocji podrażnionej skóry, która pewnie wciąż spała?

Ojoj. No i jak to jest, że normalnie tego w ogóle nie widać xD

W sensie, gdy sam próbuję poprawiać.

Czułam jego wstyd, gromadzący się jak bród pod paznokciami. ―> Bój się bogów, MaSkrolu! Sprawdź znaczenie słowa bród.

O niee… zawsze takie coś się trafi. Zawszę! Reg, proszę, daj mi jeszcze jedną szansę. Odpokutuję. Jejku. Jaki wstyd.

 – Jes.. eś a a, le związz. ―> Jakiś taki niedorobiony ten wielokropek.

Ups.

– Ze wszyss.. kimi, kóre uratow. ―> Tu też.

Ups x2

 

Jeśli nie odpisałem na niektóre części łapanki, to znaczy, że po prostu je poprawiłem. Bardzo dziękuję, jak zawsze jesteś niesamowita :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dziękuję, przyfarciło. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, przyfarciło. :-)

Nie no zasłużone, nie żartuj :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nie no, to ja wpadłam na pomysł, ja napisałam, więc jakieś zasługi mam. Ale że urodził się pomysł, że zdążyłam w terminie, że lud tęskni do SF – to już fart.

Babska logika rządzi!

…jeśli ko­lej­ne bę­dzie rów­nie cięż­kie, masz moje ofi­cjal­ne po­zwo­le­nie na rzu­ce­nie go w kąt, w do­wol­nym mo­men­cie czy­ta­nia…

Dziękuje za dyspensę, MaSkrolu, ale mam tak, że czytając nawet mało zrozumiały tekst, zawsze żywię nadzieję, że jeszcze wydarzy się coś, co otworzy mi oczy i pozwoli pojąć zamysł twórcy. Więc kiedy zacznę czytać Twoje kolejne dzieło, pewnie przeczytam je do końca i pewnie zrobię łapankę. Choć wolałabym, żeby obeszło się bez niej. ;D

 

Ojoj. No i jak to jest, że nor­mal­nie tego w ogóle nie widać xD

W sen­sie, gdy sam pró­bu­ję po­pra­wiać.

A ja mam tak, że kiedy trafię na podobne sformułowanie, mocno się zastanawiam, jak można było tego nie zauważyć… ;D

 

O niee… za­wsze takie coś się trafi. Za­wszę! Reg, pro­szę, daj mi jesz­cze jedną szan­sę. Od­po­ku­tu­ję. Jejku. Jaki wstyd.

O nie, MaSkrolu, pokuty nie będzie, bo jakąż mogłabym Ci zadać? Przecież nie każę Ci napisać stu zdań z użyciem brudubrodu, bo to kara z zamierzchłej przeszłości i szkoda nie nią czasu. A poza tym jestem przekonana, że już zawsze będziesz wiedział, co różni brud od brodu.

I już przestań się wstydzić, bo taki byczek może przytrafić się każdemu. ;)

 

I niezmiernie się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiesz, miałem w tym konkursie kilka takich przypadków, kiedy napisanie komentarza jurorskiego przychodziło mi z trudem, mimo że ocena tekstu (jego wad, zalet) nie budziła większych wątpliwości. Tutaj, po raz pierwszy, trafia mi się sytuacja odwrotna. Dokładnie wiem, co na temat Twojego tekstu mam w komentarzu napisać, a jednocześnie mam olbrzymi problem z jego oceną.

Początek mojego komentarza będzie przydługi, nudny, ale konieczny.

Jeżeli bawię się w jurora, jest dla mnie jasne, że moje preferencje i oczekiwania czytelnicze nie tyle nawet idą na bok, co lądują głęboko w szafie. Mnie naprawdę bardzo zależy, żeby każdy w tym konkursie (niezależnie od tego, w jakim gatunku pisze) został oceniony maksymalnie uczciwie. Przed oceną każdego tekstu zadaję sobie pytanie, czego po opowiadaniu takiego, a nie innego typu powinienem oczekiwać, a czego mi oczekiwać absolutnie nie wolno. No i w końcu z tym swoim podejściem docieram do Ciebie…

Piszesz opowiadania oparte na niedopowiedzeniach. Zwykle jest to weird, tutaj dostajemy jakiegoś dalekiego krewnego tego gatunku – jest to tekst osobliwy, raczej rzadko spotykany, ale to akurat dobrze, bo widać Twój indywidualny styl.

Do czego zmierzam. Tekst wydał mi się w wielu miejscach niejasny. Na przestrzeni tych blisko 40 000 znaków właściwie bez przerwy tańczysz na granicy niezrozumienia. Wiem, że charakterystyka tego opowiadania niejako narzuca wręcz czytelnikowi pewną inwencję. Szukanie skojarzeń, dopowiadanie, interpretowanie. Natomiast pojawia się tutaj dość istotne (a zarazem tradycyjne w takich przypadkach) pytanie: czy to jest tekst niedopowiedziany? Czy może zwyczajnie niejasny? Czy udało się zatrzymać przed tą granicą, która pozwala utrzymać tekst w danej konwencji? A może jednak ta granica została przekroczona?

Wiem, że to, co tutaj piszę, może trochę przypominać jałowe filozofowanie, ale odpowiedź na to pytanie jest kluczowa do oceny tekstu.

Lektura Twojego tekstu przypominała w moim przypadku permanentną walkę o uchwycenie tych niedopowiedzeń. Generalnie jej rezultat plasował się mniej więcej na poziomie: gdzieś dzwoni, ale nie jestem pewien, w którym kościele.

Miałem jednocześnie pewne wątpliwości, czy to zagubienie jest winą opowiadania, czy jednak za wszystko odpowiada moja niezdolność do obcowania z takim tekstem – nigdy przecież nie ukrywałem, że przy niedopowiedzeniach nie czuję się najlepiej. Stąd brały się moje wątpliwości w sprawie oceny tekstu i temu też zawdzięczasz ten koszmarnie długi wstęp komentarzowy (obiecuję, że za moment będą już same konkrety).

Każde opowiadanie konsultowaliśmy w wątku jurorskim. Sara potwierdziła, że miała takie same problemy ze zrozumieniem tekstu (a ona akurat niedopowiedzenia lubi). Jednocześnie przypomniałem też sobie Twój tekst weirdowy z „Kafki…”, w którym, mimo niedopowiedzeń, można się było łatwo odnaleźć. I w oparciu o te dwa argumenty zapadł wyrok: przestrzeliłeś z niejasnością w opowiadaniu.

Obiecałem, że będą już same konkrety, więc sypię konkretami. Tekst od pierwszych akapitów wymagał ode mnie podzielnej uwagi. Z jednej strony czytam kolejne zdania, z drugiej walczę o to, by znaleźć sobie jakąś linię interpretacyjną. Wiem, że tutaj nie wszystko będzie podane na tacy, więc próbuję i szukam. Jednocześnie już ta jedna moja uwaga wskazuje na dwa dość istotne problemy opowiadania. Bo jeżeli szukam, to znaczy, że samo absolutnie nic mi się nie nasuwa. Że nawet nie próbuje się nasuwać. I to jest w mojej opinii wyraźny sygnał, że jednak poziom niedopowiedzeń przekroczył czerwoną linię.

Drugi problem jest taki, że jeśli muszę szukać i walczyć, to siłą rzeczy nie mam szans, by skupić się wyłącznie na lekturze. W ten sposób, poprzez ów błąd, sam jak gdyby odwracasz moją uwagę od całej tej pracy, którą włożyłeś w stworzenie tego tekstu. Tekstu, który zaprezentował mi kilka naprawdę świetnych pomysłów. I tym bardziej jest mi go szkoda.

Nie napiszę tutaj, rzecz jasna, że nie wiem, co przeczytałem. Bo to nieprawda. Uczciwie będzie napisać, że nie wszystkie elementy były dla mnie w pełni jasne (co zarazem oznacza, że nie wszystko wybrzmiało tak, jak mogło).

Moje próby zrozumienia tego tekstu przypominały trochę taką długą walkę z muchą, która bezczelnie kręci się koło nosa. Już ci się wydaje, że ją masz, że złapałeś. Otwierasz ręce…

…a tam pusto. A mucha lata dalej. ;-)

Od razu zaznaczę też jedną rzecz. Wiem, że to opowiadanie było mocno skracane. Wiem, że trzeba było ścinać do limitu i pewne rzeczy, być może ważne, stąd zniknęły. Natomiast muszę też jasno zaznaczyć, że to nie jest opowiadanie na więcej niż 40 000 znaków. Tu nie ma złożonej fabuły, wartkiej akcji, a bez tego nie możesz zbyt mocno szarżować ze znakami, bo zmęczysz czytelnika konwencją. Jeśli więc gdzieś tam pojawia się refleksja, że nie było warto ścinać, to też trzeba uczciwie ocenić, że bez ścinania z jednego problemu wpadłbyś w inny. A imię jego „przegadanie”. ;)

Jeszcze krótko pomarudzę i poopowiadam o tym zagubieniu (żebyś miał jakiś materiał poglądowy na przyszłość), a później przejdę do pochwał.

Pierwsze sceny powodowały lekki mętlik. Jest bohater, później bohaterka – tu jeszcze wszystko było OK, chociaż na imionach oszczędzałeś, jak tylko się dało. Później pojawia się Arkani, dostajemy wzmiankę o Kindze. Zwróć uwagę, że w pierwszych dwóch podrozdziałach nie przedstawiasz nam nikogo, przez co ten trzeci, gdy imiona się pojawią, wprowadza lekki mętlik. Na szczęście później jest już dużo czytelniej, zwłaszcza, że mocno ograniczyłeś liczbę bohaterów w tekście, by jak najmocniej zbudować charaktery tych najważniejszych postaci – to akurat bardzo dobra decyzja.

Z bohaterami miałem ten sam problem, co z całym opowiadaniem. Generalnie ich konstrukcja wydaje się być bardzo ciekawa (o tym jeszcze będzie), ale nie potrafię w pełni zrozumieć ich roli – krok za daleko w niedopowiedzeniach (ale właśnie tylko krok, bo ja… prawie rozumiem ;)). Ten sam problem był trochę w przypadku planety Manekinów – tu z kolei miałem poczucie nie tyle niezrozumienia, co raczej, że coś mi umyka, że tam jest jeszcze więcej, niż widzę. Strasznie irytujące uczucie swoją drogą, bo to trochę tak, jakby oglądać film czy mecz przy lekko śnieżącym obrazie.

Dialogi bardzo szarpane. Tutaj z kolei mój problem polegał na tym, że nie do końca wiedziałem, ile w tym celowości, a ile cięć.

Kończąc już o tych problemach, napiszę tak: nie mam nic przeciwko niedopowiedzeniom, ale zawsze stawiam jeden warunek. Chcę czuć w tym świadomą decyzję autora. Chcę wyraźnie wyczuwać, że autor dokładnie wyważył, ile pokazać, ale ile celowo zostawić do zinterpretowania. Że chociaż pozwolił czytelnikowi na snucie domysłów, to w pełni wiedział co chce napisać i pokazać (a przede wszystkim przekazać) i gdyby go zapytać, jak dokładnie zdefiniowałby świat i bohaterów, to będzie w stanie mi na to pytanie odpowiedzieć. Że w końcu sięgając po niedopowiedzenia nie działał „na udo”, licząc na to, że czytelnik wymyśli sobie za niego to, co jemu udało się wykreować jedynie mętnie i nieoczywiście.

I zaznaczę od razu: ja nie sugeruję, że pisałeś ten tekst „na udo”! Wiem, że miałeś konkretny pomysł na opowiadanie w każdym jego aspekcie i te niedopowiedzenia miały być tylko wartością dodaną – pewną przestrzenią oddaną do dyspozycji czytelnika. Tyle że zbyt duża część tego, co wymyśliłeś, została jednak w twojej głowie. I właśnie dlatego tekst zdaje się sprawiać wrażenie, jakby działał trochę „na udo” – zbyt dużo muszę wymyślić tu sam, żeby opowiadanie stało się pełne.

Dobra, teraz zalety.

Na pewno konstrukcja bohaterów. Bardzo osobliwi, charakterystyczni. Jasne, jednym to się spodoba, drugim nie, ale widać, że stawiasz tu bardzo mocno na budowę postaci i to widać. Przede wszystkim to, w jaki sposób ich przedstawiasz, świetnie wpisuje się w wydźwięk całego opowiadania. W tę mocno dziwaczną atmosferę, którą tutaj tworzysz. W przypadku tych bohaterów ja mniej więcej rozumiem ich rolę. Im mocniej jednak przesunąłbyś to zrozumienie w stronę „więcej”, tym lepiej te ich charaktery i problemy by wybrzmiewały. Natomiast tak czy inaczej jedno mogę napisać z całym przekonaniem: to bez wątpienia nie są papierowe postaci. To widać. I przede wszystkim jest doskonale wyczuwalne. Jedyne, czego można szczerze żałować, to że część kluczy do zrozumienia podstaw tego ich cierpienia, niepokoju u dylematów została w Twoich kieszeniach. ;)

Dialogi. Znów, trochę zaznaczałem, że „z wierzchu” wygląda to na efekt cięć (i być może po części tak jest), ale ja nie mam wątpliwości, że te szarpnięcia, urywanie, krótkie wypowiedzi – że to wszystko jest celowym zabiegiem dopasowanym do bohaterów, ich sytuacji i charakterów, a przede wszystkim do atmosfery, jaka ma towarzyszyć lekturze tego opowiadania.

Dalej. Nietypowy, bardzo złożony sposób odbierania emocji. To chyba najciekawszy motyw w tym opowiadaniu. A przy okazji, znów, świetnie dopasowany zarówno do klimatu tekstu, jak i złożonej, dziwacznej konstrukcji bohaterów. Ten motyw bardzo wciąga, intryguje, zwraca na siebie uwagę. A to ważne. Jak pisałem, to nie jest typ opowiadania o złożonej fabule i wartkiej akcji. U Ciebie nie podążamy za biegiem zdarzeń, ale raczej do wnętrza bohaterów. To jest niejako wręcz druga odsłona „Tajemnic światów” w Twoim tekście, bo te ich osobowości wręcz urastają do miana takich mikroświatów. A nietypowy sposób odbierania emocji jest jednym z punktów kluczowych owych mikroświatów. Które mają robić wrażenie i robią.

Światy? Kolejny raz napiszę: na granicy pełnego zrozumienia, ale znów jest w tym jakaś fajna głębia oraz osobliwość, której próżno szukać w innych opowiadaniach. I naprawdę można szczerze żałować, że nie wybrałeś innej ścieżki dla tego tekstu.

Technicznie: na pewno mignął mi w pierwszej fazie tekstu jeden przecinek wciśnięty między podmiot, a orzeczenie (brakło tam drugiego do „zamknięcia” wtrącenia). To jednak tylko incydent wynikły prawdopodobnie ze sporej liczby zmian i korekt w trakcie pracy nad tekstem. Parę razy zatrzymałem się też przy zapisie niektórych zdań, jak:

Swędziała mnie ręka, którą straciłem.

Przy takich zapisach nie do końca wiadomo, czy to błąd autora, czy kolejna osobliwość wynikająca z charakteru tekstu.

Podsumowując. Wymyśliłeś parę świetnych rzeczy (zwróć uwagę, że przy niemal każdym kluczowym elemencie opowiadania można bez trudu wskazać jego zalety). Dopasowałeś je tak, że wszystko bardzo fajnie ze sobą współgra i do siebie pasuje. Przesadziłeś tylko z nagromadzeniem „mgły” w opowiadaniu. Lekka mgiełka wzmaga czujność, ciekawość i zachęca czytelnika do interpretacji (a może nawet refleksji). Gęsta mgła sprawia, że czytelnik musi się już jednak przebijać, a całą tę subtelność tego zabiegu biorą diabli.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Finko,

Nie no, to ja wpadłam na pomysł, ja napisałam, więc jakieś zasługi mam. Ale że urodził się pomysł, że zdążyłam w terminie, że lud tęskni do SF – to już fart.

Rozumiem teraz, ma to trochę sensu :)

 

Regulatorzy

Dziękuje za dyspensę, MaSkrolu, ale mam tak, że czytając nawet mało zrozumiały tekst, zawsze żywię nadzieję, że jeszcze wydarzy się coś, co otworzy mi oczy i pozwoli pojąć zamysł twórcy. Więc kiedy zacznę czytać Twoje kolejne dzieło, pewnie przeczytam je do końca i pewnie zrobię łapankę. Choć wolałabym, żeby obeszło się bez niej. ;D

Może następnym razem nie popełnię tylu błędów :P

A ja mam tak, że kiedy trafię na podobne sformułowanie, mocno się zastanawiam, jak można było tego nie zauważyć… ;D

Przypuszczam, że przy kilkukrotnym czytaniu i wielu innych poprawkach już ciężko niektóre rzeczy zauważyć, szczególnie te, które dopiero co się dodało.

O nie, MaSkrolu, pokuty nie będzie, bo jakąż mogłabym Ci zadać? Przecież nie każę Ci napisać stu zdań z użyciem brudu i brodu, bo to kara z zamierzchłej przeszłości i szkoda nie nią czasu. A poza tym jestem przekonana, że już zawsze będziesz wiedział, co różni brud od brodu.

I już przestań się wstydzić, bo taki byczek może przytrafić się każdemu. ;)

Będę już wiedział na pewno :P

 

No i CMie,

Chyba ochłonąłem na tyle, żeby już odpisać.

Dokładnie wiem, co na temat Twojego tekstu mam w komentarzu napisać, a jednocześnie mam olbrzymi problem z jego oceną.

Okej, potraktuję to jak swego rodzaju wyróżnienie XD

Do czego zmierzam. Tekst wydał mi się w wielu miejscach niejasny. Na przestrzeni tych blisko 40 000 znaków właściwie bez przerwy tańczysz na granicy niezrozumienia.

Niestety tak wyszło. Po części to moja wina, bo może przeceniłem swoje wyjaśnienia, po drugie brakowało mi na wiele miejsca. Opisy stopniowo wszystko wyjaśniały, ale musiałem je pościnać.

Lektura Twojego tekstu przypominała w moim przypadku permanentną walkę o uchwycenie tych niedopowiedzeń.

I właśnie dlatego nie jestem z tego tekstu zadowolony. Bez względu jak inne rzeczy wyszły dobrze, to nie powinno tak wyglądać. Wylałem tutaj dużo siebie i własnych spostrzeżeń, szkoda, że nie udało się dobrze wszystkiego ująć.

Natomiast muszę też jasno zaznaczyć, że to nie jest opowiadanie na więcej niż 40 000 znaków. Tu nie ma złożonej fabuły, wartkiej akcji, a bez tego nie możesz zbyt mocno szarżować ze znakami, bo zmęczysz czytelnika konwencją.

Tylko że ona miała tu być. To opowiadanie było zarzynane od kiedy przekroczyłem 20k znaków podczas pisania. Nie wiem. Może nie umiem tego wyważyć, ale gdybym to ścisnął w 25k, to nic nie zdążyłoby wybrzmieć. Wszystko by było mechaniczne i waliło po schemacie jak streszczenie, chciałem spróbować czegoś innego. Operować trochę obrazem, chciałem żeby cała akcja skupiała się na powolnym upadku, ale nie wyszło. Trudno.

Jest bohater, później bohaterka – tu jeszcze wszystko było OK, chociaż na imionach oszczędzałeś, jak tylko się dało. Później pojawia się Arkani, dostajemy wzmiankę o Kindze. Zwróć uwagę, że w pierwszych dwóch podrozdziałach nie przedstawiasz nam nikogo, przez co ten trzeci, gdy imiona się pojawią, wprowadza lekki mętlik. Na szczęście później jest już dużo czytelniej, zwłaszcza, że mocno ograniczyłeś liczbę bohaterów w tekście, by jak najmocniej zbudować charaktery tych najważniejszych postaci – to akurat bardzo dobra decyzja.

Ja tam zjadłem ponad półtorej sceny i wszystko się sypnęło, później już tego nie opanowałem, ale masz całkowicie rację.

Generalnie ich konstrukcja wydaje się być bardzo ciekawa (o tym jeszcze będzie), ale nie potrafię w pełni zrozumieć ich roli – krok za daleko w niedopowiedzeniach (ale właśnie tylko krok, bo ja… prawie rozumiem ;)).

To chyba problem ucinania dialogów, przesadziłem przypuszczalnie i Cię rozumiem.

Ten sam problem był trochę w przypadku planety Manekinów – tu z kolei miałem poczucie nie tyle niezrozumienia, co raczej, że coś mi umyka, że tam jest jeszcze więcej, niż widzę.

Na pewno o ten tytuł chodzi? :P

Strasznie irytujące uczucie swoją drogą, bo to trochę tak, jakby oglądać film czy mecz przy lekko śnieżącym obrazie.

Też go nie lubię, jak ironicznie to nie brzmi.

Dialogi bardzo szarpane. Tutaj z kolei mój problem polegał na tym, że nie do końca wiedziałem, ile w tym celowości, a ile cięć.

Prawdę mówiąc, też sam już nie wiem. Ciąłem je chyba dużo, ale w sumie ciąłem wszystko. Miejscami na pewno zabiłem mocno ten dialog.

Tyle że zbyt duża część tego, co wymyśliłeś, została jednak w twojej głowie. I właśnie dlatego tekst zdaje się sprawiać wrażenie, jakby działał trochę „na udo” – zbyt dużo muszę wymyślić tu sam, żeby opowiadanie stało się pełne.

Rozumiem i mogę tylko przeprosić, bo co innego mi zostaje.

Natomiast tak czy inaczej jedno mogę napisać z całym przekonaniem: to bez wątpienia nie są papierowe postaci.

Przynajmniej tyle dobrze, myślałem, że nie umiem pisać bohaterów.

Jedyne, czego można szczerze żałować, to że część kluczy do zrozumienia podstaw tego ich cierpienia, niepokoju u dylematów została w Twoich kieszeniach. ;)

Wiesz co mnie boli? Że ja to w którejś wersji pokazywałem paluchem, wyjaśniałem wprost, a teraz nawet nie wiem, czy to zdechło w tekście, czy to wyciąłem… a szukać już nawet mi się tego nie chce.

Dialogi. Znów, trochę zaznaczałem, że „z wierzchu” wygląda to na efekt cięć (i być może po części tak jest), ale ja nie mam wątpliwości, że te szarpnięcia, urywanie, krótkie wypowiedzi – że to wszystko jest celowym zabiegiem dopasowanym do bohaterów, ich sytuacji i charakterów, a przede wszystkim do atmosfery, jaka ma towarzyszyć lekturze tego opowiadania.

Z tego też się cieszę, bo mam problem z dialogami.

U Ciebie nie podążamy za biegiem zdarzeń, ale raczej do wnętrza bohaterów.

W tych wszystkich komentarzach czekałem na to właśnie zdanie. :)

Wiesz, ja potraktowałem ten temat dwojako, to skakanie po planetach jest w zasadzie drugorzędne. I tak miało być od samego początku.

Kolejny raz napiszę: na granicy pełnego zrozumienia, ale znów jest w tym jakaś fajna głębia oraz osobliwość, której próżno szukać w innych opowiadaniach.

Element światów był rozbudowany, ale musiałem wyciąć ważna scenę i kilka fragmentów :(

Swędziała mnie ręka, którą straciłem.

Przy takich zapisach nie do końca wiadomo, czy to błąd autora, czy kolejna osobliwość wynikająca z charakteru tekstu.

To raczej konieczna redukcja dłuższego opisu, która dopiero po jakimś czasie od skrócenia zaczęła brzmieć strasznie.

Gęsta mgła sprawia, że czytelnik musi się już jednak przebijać, a całą tę subtelność tego zabiegu biorą diabli.

Tak. I tekst w zasadzie do niczego więcej się nie nadaje. Przelałem tu bardzo dużo siebie, szkoda, że finalnie tak wyszło.

Bardzo dziękuję za ten komentarz, jest niesamowity. :)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

nawet nie wiem, czy to zdechło w tekście, czy to wyciąłem… a szukać już nawet mi się tego nie chce.

Nie zarżnąłeś tego w tekście, jest obecne. Cały tekst nim nasączyłeś. Ja, tak myślę, przekaz odebrałam. Był naprawdę ciekawy!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie zarżnąłeś tego w tekście, jest obecne. Cały tekst nim nasączyłeś. Ja, tak myślę, przekaz odebrałam. Był naprawdę ciekawy!

Dziękuję heart

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Nowa Fantastyka