- Opowiadanie: Fontaine - Mucha w cybersieci

Mucha w cybersieci

Moje pierwsze opowiadanie, które nie zostało porzucone. Życzę miłej lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Mucha w cybersieci

Siedzę na zimnym kamieniu, bijący od niego chłód jest kojący. Podobny do tego, gdy po meczu w piłkę usiądziesz z kumplami na krawężniku w cieniu. Nie jest nieprzyjemnie zimny, ale orzeźwiająco-relaksująco chłodny. Choć, teraz już nikt w piłkę nie gra…

– Robert pamiętaj pozytywne myśli – głos mentora siedzącego nieopodal był spokojny niczym gwiaździste niebo nade mną.

Na placu siedziałem tylko ja z nauczycielem. Budynek był wierną kopią dawno nieistniejącej już świątyni. Hologram koła dharmy wisiał nad dachem Dżokhang świecąc na przyjemny niebieski kolor. Klasyczne młynki modlitewne zastąpione przez ekrany OLED, z wypisanymi na nich mantrami obracały się powoli. Ich obrót kontrolowałem umysłem, dokładnie impulsami elektrycznymi, w końcu to mój sen, a przynajmniej taki sen zaprogramował mi mój dobry znajomy. 

 Lekarz podczas ostatniej wizyty, zalecił mi sny uspokajające, dzięki nim mam zmniejszyć poziom kortyzolu w swoim ciele. Mogłem oczywiście zażyczyć sobie cokolwiek innego. Ale zamiast płacić za sny o ratowaniu świata, biciu swojego szefa czy wielkich orgiach, ja zażyczyłem sen o medytowaniu w archaicznej nieistniejącej już tybetańskiej świątyni. Zaprogramowany lama co noc tłumaczył mi jak żyć zgodnie z naturą, jak radzić sobie z emocjami. Skupiałem się na oddechu, nie zaprzątałem sobie niczym głowy, a młynków obracało się coraz więcej. Nagle mój mentor umilkł, spojrzałem na niego a w zasadzie w miejsce, gdzie być powinien. Zamiast starego łysego mężczyzny w prostokątnych okularach zobaczyłem coś innego, czarny skafander i lustrzany wizjer kasku, sylwetka wyglądała jak plama idealnej czerni.

 

 

 

 

15 listopada 3058 

Pip pip piiiip

– Robert wstawaj, jest godzina szósta piętnaście, zacznij się zbierać, ja przygotuję śniadanie – Ewa zbudziła mnie delikatnym głosem. 

Złapałem kable wychodzące z portu pod moim prawym uchem, wypiąłem się z nieskrywanym żalem. Piękny sen zniknął, a obraz pokoju zastąpił tybetańską świątynię. Przez krótką chwilę widziałem niewielkie zakłócenia w obrazie, wina nielegalnego oprogramowania w soczewkach. Usiadłem na brzegu tapczanu, prześwietlone mieszkanie zaczęło przybierać realny kontrast, chromatyzm zanikał i przedmioty traciły swój kolorowy obrys. 

– Kawa już kubku, zostało ci piętnaście minut, by wziąć prysznic – głos Ewy rozbrzmiewał teraz z kuchni. 

W drodze do łazienki przerzucałem skrzynkę odbiorczą: 

Męczysz się w pracy? Masz dość rodziny? Podpisz kontrakt już dziś i pozwól nam testować wszczepy. Usuń.

Czy posiadasz aktualny antywirus? Z kodem Genesis zabezpieczysz swój system operacyjny już dziś. Usuń.

Gorące ko… Usuń.

Kurwa Robert wiedziałem, że potrafisz to i owo, ale ten program, naprawdę cudo. Wreszcie nie będę oglądał wszędzie tych cholernych reklam. Lekarze mówili, że mam się przestać stresować, a sam wiesz, jak to jest. Wszędzie widzisz te promocje. Kup nowy stolik do twojego cybermieszkania. Wirtualna dziewczyna po przecenie, a ja przecież cierpię na kompulsywne kupowanie. Majaczeć zaczynałem, wydawało mi się, że system szeptał slogany reklamowe w nocy do ucha. Pieniądze wysłałem dziś i jeszcze jedna sprawa, siostrzeniec ma urodziny. Spłukany jestem, ale oddam, przysięgam, tylko nie mam teraz. Proszę, ogarnij klucz dostępu na mistrzostwa w walkach androidów, zapłacę, ile trzeba. 

– Ewa, zapisz mi w kalendarzu, praca dla Zbyszka i niech przypomina codziennie o piętnastej, dzięki – poleciłem Ewie. 

– Oczywiście, Robert masz tylko dziesięć minut, by wziąć prysznic, spotkanie o siódmej – Ewa odpowiadała praktycznie bez namysłu. 

Wchodząc do kabiny, zacząłem rozmyślać o moim śnie. Nie powinienem mieć takich gliczy. Artur zapewniał, że się przyłożył, a i sieć mam raczej szczelną. Poza tym żyję, wiec haker to nie był. Dzieciaki podobno lubią się tak bawić. Znajomy raz opowiadał, że śnił sobie o wakacjach z taką cycatą ratowniczką, aż nagle zamiast plaży jest biuro, a wirtualna kochanka to szef. Nieraz słyszałem też o przypadkach zapadnięcia w cyfrośpiączkę, właśnie przez naruszenie snów. Człowiek w sumie żyje, a i nawet kontakt jest, ale odłączenie aparatury to kaplica. Trzeba wtedy szukać śmieszka, który zablokował ofiarę. 

Z myśli wybił mnie pulsujący na czerwono brodzik, wyszedłem z kabiny, ślizgając się na płytkach. Gniewnie świecący natrysk zaczął wznosić się, chowając w suficie. Cholerne mieszkania klasy F, jakby wpadli na pomysł dzielenia łóżek, to też by to wprowadzili. Czysty wszedłem do kuchni, a raczej pomieszczenia kuchennego. Stół i nieużywane blaty kuchenne, całość umeblowania. Jedzenie mieściło się we wspólnej zamrażarce, można tam było chować zakupione pożywienie albo zamówić gotowe dania przy pomocy systemu. 

– Ewa kup proszę owsiankę, mleko półsyntetyczne od syntetycznego wiesz… – Nie zdążyłem skończyć nawet zdania. 

– Wiem, masz problemy – głośnik w ekspresie do kawy mówił do mnie. – Twoja kawa, trzymam ją w temperaturze 60 stopni, choć światowa organizacja zdrowia nie zaleca picia tak gorących napojów. 

Gdy Ewa mówiła o czynniku kancerogennym, jakim jest wysoka temperatura napojów, ja już wlewałem w siebie czarny napój. Może i potrafiłem zmodyfikować system operacyjny mieszkania, żeby potrafił coś więcej niż klasyczna wersja. Mój nie katował mnie reklamami czy zaleceniami od władzy na przykład. Ale grzebanie w zaleceniach medycznych jest ryzykowne. Jeszcze ZUS to wyłapie i odbierze mi świadczenia zdrowotne. Owsianka wysunęła się z podajnika. 

– Taca do zwrotu – zatrzeszczała taca. 

Nawet nie mam do czego cię wykorzystać blacho. Wiosłując łyżką, zacząłem przeglądać wiadomości z sieci, wyświetlając je na holoprojektorze, metr przed okiem. 

Papież nawołuje do odrzucenia postępującej cybernetyzacji życia: 

– Zaprzestańcie korzystania z pseudo udogodnień z mechanicznych surogatek – krzyczy Pius XIX z hologramu. Heh tak i jaka firma zagwarantuje macierzyńskie.

Zamach na rządową limuzynę w Federacji Bałkańskiej, sprawca jest Serbem należącym do neofaszystowskiej komórki terrorystycznej. Wiadomości wyświetlane na holoprojektorze migały coraz szybciej. Tu strajk, tam demonstracja, jeszcze gdzieś strzelanina, ehh czy ten świat musi być taki negatywny? Wrzuciłem tacę z powrotem do podajnika. 

– Szósta czterdzieści, jeśli chcesz zdążyć, musisz już wychodzić Robert – Ewa jeszcze raz przypomniała mi o obowiązkach. – Ale możesz także odbyć rozmowę w cybersferze. 

– Właśnie tego chce uniknąć Ewo, prywatność tam nie występuje, dobrze o tym wiesz – tłumaczyłem jej to już kilkukrotnie. 

Cybersfera początek miała dawno temu. Kiedyś, gdy szczytem techniki były okulary do wirtualnej rzeczywistości, zaczęto pracować nad podłączeniem świadomości do komputera. Cóż nie udało się to przez wiele lat. Dopiero z czasem, gdy wszczepy zaczęły zastępować naturalne organy, przypomniano sobie o tamtym pomyśle. Sztuczne soczewki zamiast oczu, odbiorniki dźwięków wyparły zawodne nerwy słuchowe, to był początek. Gdy poznaliśmy dokładną budowę i działanie ludzkiego mózgu, a w głowach mieliśmy kilometry kabli, prywatne korporacje zaczęły podpinać ludzi do alphasieci. Miejsca w prawdziwie wirtualnej rzeczywistości. Legendy o alphasieci i tym, co działo się z pierwszymi jej użytkownikami, opowiadane są do dzisiaj. Ktoś czasem jeszcze wspomni o zagubionych świadomościach pionierów technologii błądzących w cybersieci. 

 Tak czy inaczej, ludzkość dostała dostęp do nowej płaszczyzny. Ludzie podpinają się do cybersieci za pomocą gniazd w swoich głowach, wtyczka w potylicę i do jednostki synchronizacyjnej. Po sprawdzeniu tożsamości lądujemy w cybersieci, alternatywnej rzeczywistości. Mieszkanie może być w niej pięknie udekorowane, możesz mieć szybkie auto, ba nawet jakiś programista napisze dla Ciebie partnera. Oczywiście wszystko za mikropłatności oraz nie zapominajmy o najważniejszym. Cała cybersieć jest kontrolowana przez zewnętrzne firmy, wszytko co mówisz, myślisz i tworzysz, nie należy do Ciebie, należy do właścicieli sektora cybersieci. Niektórzy o tym nie pamiętają, zatracając się w „lepszej rzeczywistości”, a realia traktują jako smutną potrzebę. Praca, żeby zapłacić rachunki, jedzenie, żeby nie zejść, wszystko po to, żeby w zaciszu pustego domu na nowo podłączyć się do aparatury.

– Jaka jest pogoda? – spytałem, wkładając ubrania. 

– Odczuwalnie chłodno, możliwe opady deszczu, czy coś wykonać pod nieobecność? – informowała Ewa. 

– Tak, ustal datę tych mistrzostw, o które prosił Zbyszek, najlepiej ściągnij całą zawartość strony i wydziel dane, w którym sektorze cybersfery walki są organizowane – rzucałem słowami, wiążąc buty. 

Wychodzę na klatkę schodową, drzwi automatycznie zatrzaskują się za mną. Wywołuję windę i czekam, przyglądając się feerii tagów i graffiti na ścianach. Pod setkami podpisów i mazaków nie można nawet dostrzec oryginalnego koloru farby, blok klasy F zapewne od słowa fucked. Windę prędzej usłyszałem, niż zobaczyłem. Rzężąc trybami, zatrzymała się pół metra nad piętrem i otworzyła. Kurwa można pisać prośby o naprawę, dopiero jak kogoś zabije, to może administracja zwróci uwagę. Wślizgnąłem się do środka, wyprostowałem i przywitałem z facetem opartym o ścianę windy. 

– Cholerny zarząd, ceny wysokie, a i standard zerowy – starałem się lekko zażartować. 

Ale towarzysz podróży nawet nie wydał z siebie dźwięku. Stał za mną po lewej stronie, chciałem się obrócić, zobaczyć czy to w ogóle człowiek. Może ktoś wywalił robota i zostawił na pastwę losu w windzie. Zdawało mi się, że słyszę miarowy oddech. Winda stanęła na parterze a ja szybkim, ale nie płochliwym krokiem wyszedłem z niej, zerknąłem przez ramię, facet jak stał, tak stał. Pies go drapał pewnie ćpun.

Wychodzę z bloku i zbiegam po schodach. Przeskakuję nad pokaźną plamą krwi, widząc jej rozmiar, zakładam, że obyło się bez karetki. Zresztą mało kto z tej dzielnicy mógłby sobie pozwolić na pełen pakiet pomocy medycznej. Wyszedłem na główną ulicę i ruszyłem do małej kafejki na spotkanie. 

 Kiedyś ojciec pokazał mi starą fotografię, ale taką prawdziwą materialną. Ulica była na niej szeroka a po obu stronach chodnik. Teraz większość rzeszowskich ulic przypomina betonowo-stalowe wąwozy, z torami pośrodku na kolejkę i wąski trotuar. Można by powiedzieć, że cała dzielnica mieszkalna klasy F to szary kloc, ale wcale tak nie jest. Jeśli nie masz wykupionego pakietu premium do swoich soczewek (albo nielegalnego adblocka) każdą powierzchnię pokrywa reklama. Naprawdę jest kolorowo, aż rzygać się chce. Do tego każda reklama mówi konkretnie do Ciebie. Wszędzie widzisz wielkimi literami wypisane swoje imię mówiące coś w stylu. 

Robercie czy ubezpieczyłeś siebie na wypadek przy pracy?

Zapewne jadłeś już syntetyczne mięso i co smakowało? 

 Robert może jednak chcesz poczuć smak prawdziwego mięsa oddzielanego mechanicznie. I inne tego typu śmieci. 

Z kolejek nie korzystam z zasady, cenię swój zmysł węchu. Ponadto nie chcę, żeby ktoś podrzucił mi pluskwy. Robocika, który podczas snu otworzy drzwi dla potencjalnych złodziei. Nasuwam kaptur najgłębiej, jak tylko się da i ruszam na miejsce spotkania. 

 Wychodząc z dzielnicy mieszkalnej, muszę przejść przez rutynową kontrolę na bramce, szybkie skanowanie. Brak broni, nielegalnych substancji? Zapraszam dalej. Dzielnica usługowa wygląda już kompletnie inaczej, ulica rozszerza się do jednego pasa. Smutne, szorstkie, szare betonowe ściany pokrywają tutaj gęsto reklamy, których niestety nie zablokuję. Istny kalejdoskop hologramów na wszystkim, co się da, łącznie z ludźmi. Niektórzy, by dorobić, użyczają swoich ciał do wyświetlania na sobie np. Reklamy lokalnej siłowni. 

– Patrz, jaki możesz być Robert, możesz mieć sześciopak i szerokie ramiona, chyba że wolisz być jak ten frajer – Tutaj hologram znika, ukazując nagie, prawdziwe ciało właściciela, chudzielca z widocznymi nakłuciami od igieł.

Docieram do kafejki. 

– Witam cię mój drogi Konradzie – sile się na poważny ton. – Słyszałem, że miałeś tu ostatnio awanturę. 

Spod lady wynurza się niczym peryskop wysoki na dwa metry facet. Na twarzy ma gogle przypominające oczy muchy. Kiedyś je założyłem i prawie nie dobiegłem do toalety. 

– No siema gościu, ano widzisz kurwa – Konrad, mówiąc, zaczyna wykonywać gesty przed sobą, pewnie przerzuca okna kontekstowe, monitorując podpiętych ludzi w kafejce. – Był tu taki dzieciak, gdy go odłączyłem, bo skończył mu się czas to ten do mnie z ryjem. Ja mu spokojnie kolego zapłać i wracaj do sieci a ten z pięściami na mnie.

Konrad, nie przestając opowiadać, obrócił głowę i wykonał gest, jakby kogoś odpychał, raz drugi trzeci. 

– Cholerne pop-upy, no i ten z pięściami, to ja go wtedy wiesz śrutem po brzuchu i okazało się, że dzieciak miał pakiet medyczny – machnął ręką, ale tym razem na mnie, żebym szedł za nim – No i tego wpadły te skurwysyny z policją i pytania zadają, dzianych starych miał widzisz.

– Przeżył? – pytam, idąc za Konradem na piętro. 

– Oczywiście, że tak, choć mogłem poprawić, kamery ładnie nagrały, że to on zaczął – Mój rozmówca miał niesamowitą podzielność uwagi. Rozmawiając ze mną, obsługiwał pewnie całą sieć swojej kafejki, wysyłał maile, licytował na aukcji i znając go, grał jeszcze w coś i nadal potrafił chodzić, nie obijając się. 

– Jego stary później tu wpadł i hehe on kurwa do mnie, że mi biznes zamknie – Rozmówca pokręcił głową, rechocząc do wspomnień. 

Konrad otworzył drzwi do pokoju na poddaszu, zatrzymał się na chwilę, sprawdzając pewnie cały monitoring. 

– No wchodź klient zaraz przyjdzie – powiedział to popychając mnie do środka. 

Nie upłynęła nawet minuta, a drzwi otworzyły się znowu i wszedł Jegomość. W sumie nie wiem, kogo się spodziewałem. Przez chwilę zakładałem, że będzie to elegant w garniturze. Później stwierdziłem, że przecież głupio, zbytnio rzucałby w tej dzielnicy się w oczy. Klient ubrany był jak każdy tutaj i jak każdy tutaj miał zmęczony wyraz twarzy. Żadnych wszczepów, nic co zdradzałoby jego pozycję i że od niego zależeć może moja przyszłość.

– Witaj Robert – Jednak coś go odróżniało od innych, był nad wyraz energiczny, jakby to miasto nie wyssało z niego całej energii. – Siadaj i nie przedłużajmy, za chwilę muszę wyjść, rozumiesz, oficjalnie jestem teraz na śniadaniu. 

– Tak, więc – Zaskoczyła mnie jego bezpośredniość, liczyłem na wstęp cokolwiek. – To o co prosiłeś, pracowałem nad system domowym, konkretnie w dziale kodującym behawiorystykę programu. Staraliśmy się, by system był jak najbardziej zbliżony do ludzkiego charakteru. Gdy byliśmy blisko uzyskania samoucząco-dostosowującego się SI, wszyscy z naszego działu dostali wypowiedzenie. 

– Tak, to się zgadza, to już wiem – Mój rozmówca nie wydawał się zaskoczony. – Ale nie o twoich kompetencjach chcę słyszeć, ale o tym co mi mówił Konrad. 

– O szpiegowaniu? Czyli tak, z racji, że wiem, jak działa system operacyjny. Zauważyłem, że moja Ewa, tak ją nazwałem, raz dziennie traci dane na ułamek sekundy i przywraca je. Na pytanie o ten proces odpowiedziała, że to aktualizacja – Na wspomnienie przebiegł mi dreszcz po plecach. – Z racji, że nie przejąłem się tym zbytnio wtedy, o całej sprawie zapomniałem. Tylko że sytuacja się powtórzyła. Ewa wtedy odpowiedziała mi „powtarzam, to aktualizacja, wracaj do swojej pracy”. Poszperałem w jej kodzie na tyle o ile to bezpieczne i ustaliłem, że dane wysyłane są gdzieś do innego sektora, którego nie mogłem nawet znaleźć.

– Czyli? Uważasz, że system domowy to naprawdę permanentny monitoring? – Klient znów nie wydawał się zaskoczony, moja opowieść nie przejęła go nawet – W jakim stopniu jesteś pewien, że nie dowiedziała się o tym co wiesz? 

– Mam obejścia, system nie ma dostępu do moich snów, zresztą sny też mam programowane z zewnątrz, nie kupuję ich w cybersieci – Starałem się przypomnieć czy gdzieś mogłem popełnić błąd. – Wiec nie jest w stanie pobrać moich wspomnień ani tego co widzę na bieżąco. 

– Robercie pobrałam i wydzieliłam dane, o które prosiłeś, jak wrócisz, będą gotowe do obróbki – informacja od Ewy mało nie przyprawiła mnie o zawał. – Ponadto w systemie transportu żywności wykryto awarię, ekipa techniczna powinna przyjechać o osiemnastej. 

Rozmówca zmrużył oczy, gdy odbierałem wiadomość, mógł zobaczyć, jak zadrżałem, ale o nic nie spytał. 

– Jeśli uda Ci się coś ustalić wiesz, jak się kontaktować – Zaczął zbierać się powoli do wyjścia. – A jeśli będziesz spalony, nie pomogę ci, pamiętaj. Więc albo odpuść, albo – Kończąc, zacisnął dłonie w pięści i wyszedł.

Postałem chwilę oszołomiony, zapatrzony w okno, pierwsze krople zaczęły stukać w szybę. W końcu zdecydowałem się zejść. Konrad tylko rzucił mi ciekawskie spojrzenie, ale nic nie powiedział. Machnęliśmy sobie na pożegnanie i wyszedłem z kafejki. 

 Deszcz padał już gęsto. Nie miałem ochoty moknąć, więc przytuliłem się do grupki ludzi na przystanku, czekając na transport. W kolejce udało mi się nawet usiąść, choć było to mocno niefortunne miejsce. Przede mną na ławce siedziały trzy postacie, trudno określić czy to w ogóle ludzie. Przypominali mi czarną pustkę z mojego snu. Idealnie czarne kombinezony z idealnie czarnymi kaskami. Przeszklony przód hełmu był duży, od czoła aż po brodę. Szyby nie zdradzały twarzy właścicieli, natomiast wspaniale odbijały wszystko dookoła. Na kasku jednego z nich wyświetlały się kolumny wizualizujące muzykę, słupki skakały i opadały rytmicznie. Zahipnotyzowany gapiłem się, aż nagle pojąłem, że choć nie widzę ich oczu, czuję, że patrzą właśnie na mnie. Pośpiesznie opuściłem głowę. 

 Przejeżdżając między dzielnicami, kolejką raptownie szarpnęło a w naszym wagonie rozbłysły awaryjne czerwone światła. Alarm, bramki wykryły nielegalną zawartość. Procedury w takim wypadku są jasne, siedzieć i czekać, jeśli wstaniesz służby kontrolne, strzelą od razu do ciebie. Tylko jak tu siedzieć, jeśli wiem, że powodem alarmu są ludzie w czarnych kombinezonach. Podniosłem lekko wzrok i zobaczyłem, że ochroniarze nadchodzą od mojej lewej. Przeniosłem wzrok na facetów w czerni. Żaden z nich nie patrzył nawet w tamtym kierunku. Siedzący najbliżej nadchodzących uzbrojonych mężczyzn rozsiadł się wygodniej. Skierowany był w moją stronę, a jego dłoń ułożona na płasko pokazywała, żebym zachował spokój. Drugi obok niego wysunął się, zasłaniając trzeciego, tego od muzyki. Ostatni oszczędnym ruchem sięgał za plecy, wizualizacja na jego hełmie nawet na chwilę nie zwalniała, a jej właściciel lekko bujał głową. 

 Czas rozciągnął się, syntetyczne mleko burczało z moich trzewi. Gdy ochroniarze zbliżyli się na dwa metry do mnie, trzeci kombinezon wyskoczył do góry z pistoletem. Słyszałem w swoim życiu wiele strzałów, ale to, to było coś. Huknęło, aż poczułem, jak pęka mi szkliwo na zębach. Dwóch ochroniarzy zwaliło z nóg, następny przyklękując, oddał strzał na ślepo. Pasażera siedzącego najbliżej czarnych kombinezonów podziurawiło jak kartkę. Reszta mignęła jak błyskawica, ktoś rzucił granat oślepiający, ktoś krzyknął, na twarzy poczułem ogień, potem ktoś upadł mi na kolana. Następny obraz, jaki pamiętam to jak jeden z kombinezonów wyciąga do mnie rękę. Ja zerwałem się i pobiegłem w drugą stronę do wyjścia ze stalowej trumny. Wypadłem na ulicę, biegnąc razem z innymi pasażerami. Teraz byle dalej od miejsca zdarzenia, byle dalej od policji i niewygodnych pytań.

Zatrzymałem się, dopiero gdy przebiegłem kilka przecznic. Ciężko dysząc, usiadłem na chodniku, próbując ogarnąć, gdzie jestem. Cholera co to ma znaczyć wszystko, chyba faktycznie niepotrzebnie bawię się w agenta. Stres mnie wykończy, najlepiej o wszystkim trzeba zapomnieć i wrócić do dzielnicowego hakerstwa. Wstałem, rozglądając się raz jeszcze dla uspokojenia i poszedłem do domu. Teraz tylko spławić tych gości z technicznego i zaszyć się na parę tygodni. 

 Wchodząc po schodach do swojego bloku, zauważyłem stojącego gościa pod drzwiami, zbyt schludny na tutejszego. Stał oparty o barierkę, paląc papierosa. Lekko drgnął, gdy go mijałem, a może mi się zdawało. Czekając na windę, nerwowo zerkałem przez ramię, ktoś mnie śledzi? Gość w płaszczu wejdzie do klatki?

DZING 

Winda stanęła, a ja wparowałem do środka, nie patrząc przed siebie. Gdy już tam spojrzałem, stanąłem jak wryty. Ćpun jak stał rano, tak stoi i teraz. Tylko że teraz ślina cieknie mu z ust, a oczy ma szeroko otwarte i łypie na mnie. Nie tracąc go z oczu wciskam siódme piętro, drzwi głucho trzasnęły za mną, winda zaskrzypiała, szarpnęła i pojechała w górę. 

– No i popatrz, khyyyy doigrałeś się – Śliniąc się, wypowiada słowa. – Oni wszystko widzą, khyyyy i nic na to nie poradzisz, już po wszystkim. 

 DZING 

Siódme piętro. Wyszedłem tyłem, poczekałem, aż drzwi windy finalnie się zamkną. Postałem tak, nasłuchując jak ćpun nadal dyszy w windzie. Co za dzień. Zbliżając się do drzwi wysłałem impuls do ich odblokowania, złapałem klamkę. Od razu po wejściu usiadłem pod drzwiami. Oparłem się o nie, zbierając siły na następne kroki. 

– Witaj z powrotem Robercie, coś się stało, czuję podwyższone tętno – Głos Ewy brzmiał na przejęty. – Zaparzyć herbaty? Za godzinę będą technicy. 

Muszę zapamiętać, żeby po całej akcji zmienić jej ton głosu. Ten chyba mi się przejadł. 

– Tak biegałem, powiedz mi lepiej co to za awaria – skłamałem pośpiesznie. 

Mimo wielkiej ochoty dalszego siedzenia musiałem wstać i działać. Skierowałem się do łazienki. 

 Dobrze, że ograniczyłem Ewie wizję, dzięki niewielkiej ingerencji w jej kod widziała moją sylwetkę zawsze ubranego tak samo. Jeśli rzeczywiście zobaczyłaby mnie takim, jakim byłem teraz, miałbym policję pod drzwiami w 3 minuty. Całą koszulkę miałem zalaną krwią, twarz osmoloną i lekko poparzoną. 

– Cholerny prysznic – wrzeszczał sąsiad, gdy starałem się upchnąć zakrwawione ubranie do kratki wentylacyjnej, nie ma czasu na pranie, trzeba będzie wywalić. – No zatrzymał się, weź, spróbuj popchnąć, poszedł dobra dzięki.

Teraz szybkie mycie w umywalce w zimnej wodzie.

– Ewa, która jest godzina? I ponawiam pytanie co to za awaria? – Coś mi nie grało, nie powinna zbywać moich pytań, może miała wirusa? – Zaplanuj skanowanie systemu w nocy. 

– Mamy godzinę siedemnastą czterdzieści, nie mam danych w sprawie awarii, jedynie komputer administracyjny poinformował mnie o nieścisłościach i przybyciu ekipy naprawczej. 

Podszedłem do dozownika wydającego jedzenie, namacałem niewielką uszczelkę skrywającą port techniczny i podłączyłem się, sam sprawdzę, co się stało. 

– Odradzam korzystanie z wejścia technicznego Robert, możesz ulec wypadkowi – Ewa ostrzegała, ale jej ton był spokojny. 

– Dobrze wiem co robię, tylko zerknę, może logi mi powiedzą o jakiejś awarii – Zacząłem pobierać dane z ostatniej doby, wszystko wydawało się być najlepszym porządku. 

– Piiiiiiip, dzień dobry panie Robercie, dział techniczny w sprawie wadliwej instalacji – interkom cholernie mnie wystraszył. Wypiąłem się, prawie uszkadzając przy tym kabel i zakryłem port uszczelką. 

– Dddobrze już otwieram, proszę poczekać – Popatrzyłem po podłodze, badając czy o niczym nie zapomniałem, szybki rzut oka do lustra, wszystko w porządku. 

Otworzyłem drzwi i trójka mężczyzn wkroczyła do mojego domu. Dział techniczny, standardowe pomarańczowe kamizelki, cyfrowe okulary robocze zastępujące niegdysiejsze komputery. Od razu skierowali się do kuchni, jeden z nich z marszu wpiął się do portu, drugi włożył rękę do dyspensera. 

– Nie zablokował pan tam czegoś może? – powiedział ten macający wnętrze dozownika 

– Nie no co pan, przecież wiem, jak to działa – Poczułem pot spływający po plecach, gdy trzeci facet zniknął gdzieś w sąsiednim pokoju. – Przepraszam, długo to potrwa? Mam umówione spotkanie. 

– Kanał transportowy faktycznie drożny, program też w zasadzie bez zmian – mówił ten wpięty do systemu. – Ale o jest, firewall był wyłączony, nic poważnego czasem dzieciaki majsterkują – facet brzmiał koleżeńsko. 

Gdy wyjrzałem zobaczyć, gdzie jest trzeci, ten wyrósł przede mną uśmiechnięty.

– Niezły masz fotel kolego, jednostkę synchronizacyjną w sensie, to chyba tegoroczny flagowiec co? – uśmiechając się nadal, pokazywał szereg zębów równych jak linijki tekstu wyświetlające się na jego okularach. 

– Tak dostałem, znaczy, przy rozwodzie wziąłem – Szczerze pragnę, żeby już poszli. – Przydaje się do pracy, oglądania pierdół, a i na gry nie narzekam 

– Żona za elektryczną zabawkę hehehe, szkoda, że ja nie miałem takiego wyboru 20 lat temu, co nie – Nie przestając się szczerzyć, klepnął w plecy tego, który nadal usilnie majstrował w dozowniku. 

Uderzony lekko ugiął się przy ciosie i nie mówiąc nic, tylko spojrzał na śmieszka.

– No my tu już mamy wszystko załatwione, zbieramy się – powiedział ten podpięty. Wyciągnął swoją wtyczkę i ekipa zaczęła się zbierać do wyjścia. – I ten moja rada, proszę nic dziś nie zamawiać i to dla pana. – Mówiąc to, postawił papierową torbę na stole. 

– Rozumiem, ale to będzie zbędne – Przypomniały mi się rozmowy z policjantami w szkole „nie bierzcie słodyczy od obcych ani nie wpinajcie się do gniazd w autach nieznajomych”. 

– Niech zostanie, może pan zgłodnieje, do widzenia – I wyszli. 

 Drzwi trzasnęły za nimi, a ja stałem jeszcze dłuższą chwilę, panicznie bojąc się papierowej torby. Powoli jakby to była bomba zbliżyłem się do stolika i złapałem krawędź pakunku, zajrzałem do środka, faktycznie jedzenie. Przewróciłem całość do góry dnem, zawartość wysypała się na stolik. Trzy batony, tubka pasty mięsnej, ale tej z górnej półki, papierosy, butelka z wodą oraz konserwa. Aluminiowa pucha z prawdziwym mięsem, nie tym, obrzydliwym, syntetycznym zamiennikiem na masie białkowej. Podbiegłem do okna, ale nie zauważyłem wychodzących techników, że też administracja była taka hojna. 

 Przysunąłem krzesło do otwartego okna, siadając, zapaliłem papierosa. Przestałem palić po wylaniu z pracy – ani do zdrowe, ani przyjemne, ale cholernie uspokajające. Słońce zaczęło chować się za budynkami stojącymi w dzielnicy biznesowej. Ściana siedemdziesięciopiętrowców oddzielająca gorsze dystrykty od tych lepszych. Tam nie jadłeś sprasowanych trocin i słońce miałeś od wschodu do zachodu, cień leniwie przykrywał okolice. Odpalając papierosa od papierosa, nie myślałem o niczym. Tak zastała mnie noc siedzącego przy oknie wśród przypalonych i walających się filtrów. Odepchnąłem się od parapetu i poszedłem do łóżka. Resztkami sił po ciężkim dniu wpiąłem się do jednostki synchronizacyjnej, wczytałem sen i odpłynąłem. 

Świątynia Dżokhang spowita była mgłą. Nie mogłem się za cholerę skupić i uspokoić. Młynki chaotycznie wirowały albo nie ruszały się wcale, jakby wyłączono im animację. Lama przyglądał się uważnie mojemu wysiłkowi, ale milczał, w pewnym momencie usłyszałem go. 

– Już czas, wstawaj – twardo powiedział mentor. 

Spojrzałem na zegarek trzecia trzydzieści. 

– Jeszcze nie, budzik nastawiłem na siódmą – odpowiedziałem, starając się wyzbyć myśli i na nowo skupić. 

– Wstawaj do cholery, zaraz tu będą – Otworzyłem oczy a obok mnie stała postać w czarnym kombinezonie. – Co się ślepisz, biegnij do kuchni, masz trzydzieści sekund. 

Powracająca świadomość wykopała mnie ze snu. Cholera nawet sen sobie zainfekowałem stresem i przeżyciami realnymi. Trzeba będzie czyścić program. 

I wtedy drzwi do mojego mieszkania wleciały do przedpokoju. Wpadła też cała ościeżnica, wznosząc tonę kurzu i pyłu. 

– Zachowaj spokój i pozostań na miejscu! – wrzeszczał ktoś z klatki schodowej. 

– Robert pozostań w łóżku – rozkazywała mi Ewa. 

Nie słuchając żadnego głosu, na czworakach uciekałem do kuchni, popychany adrenaliną i słowami człowieka w czarnym kombinezonie ze snu. 

W korytarzu zastukał granat, fala wyładowania elektromagnetycznego wyłączyła mi słuch oraz wzrok. Wszczepy chodziły opornie, sprzeciwiając się poleceniom. W zasadzie cudem dotarłem do kuchni i schowałem się pod stołem, jednym z dwóch mebli w tym pomieszczeniu. Ułamek sekundy później w kuchni była już piątka ludzi. Wszyscy ledwo mieszcząc się, mierzyli karabinami we mnie. Z wolna wracało mi czucie i zmysły. Jeden z nich zdjął maskę, twarz znajoma. 

– No i doigrałeś się – powiedział. – zwykle mamy w dupie takich hakerów jak ty, ot tworzycie sobie własny ekosystem, szarą strefę.

Cholerny klient od Konrada. Agent podszedł do ściany z dozownikiem, szukając miejsca, gdzie ukryty był port techniczny.

– Dajecie ludziom namiastkę wolności, hakujecie dostęp do płatnych transmisji, zmieniacie systemy domowe, czasem kradniecie żarcie, ale to wszystko to pryszcz. Ty musiałeś coś namieszać i wyłapałeś, że system śledzi mieszkańców. I żeby nie było, dużo osób się tego domyślało, ale ty stałeś się niebezpieczny. Mogłeś mieć dowody, a ja nie mogłem czekać. Teraz zobaczymy, ile nabroiłeś. 

Znajdując uszczelkę, wysunął kabel ze swojej potylicy. Gdy wpiął się do portu, na jego twarzy pojawił się grymas. Spod skóry zaczęła przebijać się czerwona poświata. Wszczepy w jego ciele momentami nagrzały się do koloru białości. Obrzydliwy spektakl smażenia człowieka od środka trwał sekundę, w kolejnej dyspenser wybuchł. Gdyby jednostka specjalna gęsto mnie nie otaczała, pewnie zginąłbym, ale całą siłę uderzenia przyjęli właśnie oni. 

 Przez okno kuchenne wleciał kolejny granat, tym razem wyłączając moją motorykę definitywnie. Agent skwierczał pod ścianą, a wszczepy wypalały dziury w jego ubraniach i skórze. Dwóch żołnierzy leżało w kawałkach pod przeciwległą ścianą, jeden uratował się ucieczką się do korytarza. Prowadził ostrzał na ślepo, wzywając posiłki, ostatni gdzieś zniknął, może w dziurze w mojej podłodze. 

Przez okno, w ślad za granatem, wskoczyły dwie postacie odziane w czerń. 

– Żyjesz, dobrze łap się, kurwa, dokąd my ci dobrzy, gdzie wierzgasz, załatw go DJ – rozkawyał jeden z nich.

Ten zwany DJ wycelował z karabinu i przestrzelił dwie ściany, rozrywając ukrytego żołnierza.

– Waleczny, dobra, bo zaraz wpadnie reszta.

Wyskoczyliśmy przez okno wprost na chodnik, muszą mieć ładne amortyzatory. Jak lalkę wrzucili mnie do podstawionej śmieciarki. Przynajmniej z zewnątrz przypominała śmieciarkę, bo środek był wygodniejszy od mojego łóżka. DJ i ten drugi zapakowali się razem ze mną, uderzyli w ścianę pojazdu i odjechaliśmy. 

– Ufff, mamy cię, kolego, a łatwo nie było, dwa podejścia trzeba było robić – Klepnął mnie w ramie jeden z nich. 

– Daj mu zastrzyk Clark, chłop jest odcięty – powiedział DJ, wskazując na mnie. Teraz zauważyłem, że na wizjerze migotały mu kolumny odzwierciedlające rytm muzyki. Clark zza pasa wyjął czarny walec, przycisnął z jednej strony, a z drugiej wysunęła się igła. Bez pytania wbił mi igłę w klatkę piersiową. Ból, a następnie fala energii przetoczyła się przez ciało, w mgnieniu oka czyszcząc umysł i pozwalając skupić myśli. Przez chwilę patrzyli na mnie, a ja na nich, tylko śmieciarka miarowo podskakiwała na drodze.

– Czemu? – wypowiedziałem jedyne sensowe słowo, które wtedy przyszło mi do głowy i mogło wyjaśnić nieco sprawę. 

– Żyw! I jaki wygadany – Clark jeszcze raz mnie klepnął. – Ale co czemu, musisz być bardziej klarowny, widzisz, my tu tylko od strzelania jesteśmy. 

– Czemu mnie uratowaliście i jakie dwa razy – zacząłem powoli składać wydarzenia z minionych godzin w całość, choć nadal było to bardzo mgliste. 

– Dostaliśmy cynk, że jest gość i ten gość coś wie. Oraz że trzeba go wyciągnąć dziś. W kolejce się nie udało, choć braliśmy to pod uwagę, przynajmniej odechciało ci się wychodzić w noc – Clark dobierał słowa, tak żeby nie zdradzić niczego, co nie byłoby konieczne. DJ tymczasem przeglądał swoją broń, kiwając głową zgodnie z ruchem kolumn.

– Ale co ja takiego wiem, że jestem taki ważny, ja nawet nie wiem, o czym mówił ten gość w moim mieszkaniu – puściły mi nerwy i zacząłem gadać o wszystkim. – Ja tylko coś zaobserwowałem i powiedziałem o tym znajomemu, on to przekazał dalej i umówił spotkanie. Miałem dostać za to niezły awans społeczny, ale to nic spektakularnego. 

– No to już wiesz, czemu jesteś ważny, umiesz odtworzyć kod? Ten, który zaserwowałeś swojemu systemowi? – Clark nie podzielał mojego stresu. Ton głosu brzmiał, bardziej jakby tłumaczył dziecku, czemu nie warto płakać nad lodem, którego upuściło. 

– A tego twojego Konrada też obserwujemy, myślisz, że przeżyłby strzelanie do syna ważniaków? On skupiał takich jak ty, trzymał was i donosił. Zresztą ode mnie więcej się nie dowiesz, jak mówiłem ja tylko strzelam – Odsunął się definitywnie kończąc rozmowę, pozwalając zostać mi z jego słowami.

Konrad to wtyczka, klient był z jednostki specjalnej, ktoś mnie śledził. Nagle cały świat wydał mi się jedną wielką siecią. Jedni są mali i nikt się nimi nie interesuje, jedni walczą i gryzą, może przegryzą, rozerwą sieć. A łakome kąski zaplątają się i zostaną pożarte. 

 Jechaliśmy jeszcze przez dłuższy czas, aż wreszcie śmieciarka się zatrzymała. Clark gestem kazał mi siedzieć cicho, gdy usłyszeliśmy trzy uderzenia o karoserię atmosfera napięcia znikła, a przynajmniej u moich nowych towarzyszy. Klapa rozwarła się, a ja zobaczyłem nocne niebo. Coś, czego od dawna nie widziałem. Nocą światła miasta zabijają wszystkie gwiazdy. 

 Zatrzymaliśmy się na śmietnisku, gdzie nie sięgnąłem wzrokiem, tam były śmieci i tylko samotny budynek stróżówki odznaczał się pośrodku hałd żelastwa i plastiku. Kierowca, ogromny facet w stroju śmieciarza, wskazał budynek i nakazał milczenie. Do stróżówki zapukaliśmy 4 razy, a drzwi otworzył ktoś znajomy, ćpun z windy. Cofnąłem się, jednak Clark wepchnął mnie do środka.

– Widzę, wszystko się udało – przeciągając słowa powiedział ćpun. – Nie patrz tak na mnie, jakbyś sterczał kilka dni w windzie, też byś zaczął świrować, nie bądź zły, że Cię wystraszyłem. 

– I to jeszcze jak się udało, kilku nie żyje, jeden się nawet usmażył naprawdę niezły ten wirus przeciążający – Clark i DJ nadal pozostawali w kombinezonach. – Dzwońcie, że cel jest zabezpieczony. 

– Już wie – szybko rzucił ćpun. 

DJ stanął przy oknie, patrząc w niebo, Clark, usiadłszy na krześle, skierował hełm na mnie. Drzwi zamknęły się, a ja, zanim zdążyłem spytać co teraz, poczułem, jak śmieciarz oplata mnie. Uścisk godny imadła. 

– No i za to też Cię przepraszam – nadal przeciągając słowa, szczerze przeprosił ćpun. Szybkim ruchem wyjął znajomy kształt strzykawki, wbijając mi igłę w pierś. Paraliż przyszedł zaskakująco szybko. 

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

pomysł na opowiadanie jest interesujący, ale tekst wymaga jeszcze bardzo dużo pracy. W obecnej formie trudno się to czyta i wiele fragmentów jest niezrozumiałych np.:

Kup to kup tamto, majaczeć zaczynałem, nawet system mi szeptał reklamy w nocy do ucha. Pieniądze wysłałem dziś i jeszcze jedna sprawa, siostrzeniec ma urodziny. Spłukany jestem, ale oddam przysięgam, tylko nie mam teraz, proszę ogarnij klucz dostępu na mistrzostwa w walkach androidów, zapłacę, ile trzeba.

Przeanalizuj całe opowiadanie pod kątem skrótów myślowych. Pamiętaj, że czytelnik wie o świecie przedstawionym tylko tyle, ile napisałeś. 

 

W opowiadaniu jest tak wiele błędów, że nie ma sensu ich punktować, bo trzeba by przepisać prawie wszystko. Zacznij od przeanalizowania swojego tekstu pod kątem podmiotu i orzeczenia w każdym zdaniu, pozwoli Ci to na poprawienie logiczności.

Przykład:

Stół i nieużywane blaty kuchenne, całe jedzenie mieściło się w wspólnej zamrażarce, można tam było chować zakupione pożywienie albo zmówić gotowe dania przy pomocy systemu. 

Jaką funkcję pełnią w tym zdaniu stół i nieużywane blaty kuchenne?

 

Kolejna kwestia to akapity, których jest zdecydowanie za mało. Przez to tekst traci na przejrzystości. 

 

Wiele dialogów jest zapisanych błędnie. Przykład:

– No i doigrałeś się – Powiedział

– No i doigrałeś się – powiedział.

Didaskalia dialogowe zapisujemy małą literą i nie kończymy wypowiedzi kropką. 

 

– Żyw! I jaki wygadany – Clark jeszcze raz mnie klepnął

– Żyw! I jaki wygadany. – Clark jeszcze raz mnie klepnął.

 

Skoro po myślniku pojawia się podmiot, to wypowiedź kończymy kropką, podobnie jak narrację dialogową. Narracja, która nie dotyczy bezpośrednio danej wypowiedzi, powinna zostać przeniesiona do nowego akapitu. 

Przykład:

– Tak biegałem, powiedz mi lepiej co to za awaria – Mimo wielkiej ochoty siedzenia wstałem i skierowałem do łazienki. Dobrze, że ograniczyłem Ewie wizję…

Tekst po myślniku nie odnosi się do czynności wykonywanych podczas wypowiedzi. 

 

A tak w ogóle…

Mimo wielkiej ochoty siedzenia

Co to za konstrukcja? I jeszcze to:

Śliniąc się, wypluwa swoje słowa na mnie

I to:

Oczy mojego rozmówcy nie wydawały się zaskoczone

 

 W opowiadaniu zaimki osobowe zapisujemy małą literą. 

 

Jeśli chodzi o interpunkcję, to mogę jednie doradzić, abyś zaczął się uczyć podstawowych reguł. Powtórka z ortografii też się przyda. 

 

Na koniec kwestia wulgaryzmów. Należy je stosować z rozwagą, bo one nie poprawiają tekstu. 

 

Opowiadanie ma potencjał, który został „zaduszony” przez braki warsztatowe. Pamiętaj, że pisanie i niecierpliwość nie idą w parze.

 

I jeszcze spraw techniczna, 32858 znaków to nie jest szort.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Fontaine, szort to tekst do 10000 znaków, a Mucha w cybersieci liczy ich niemal 33000. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na OPOWIADANIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuje za obszerny komentarz Alicella. Zdecydowanie mam problem z dialogami (pomimo przeczytania tutejszego poradnika nadal mam z nimi kłopot), już zabrałem się za poprawkę. 

Regulatorzy, edytuję właśnie tekst, chcę wyzbyć się wymienionych przez Alicelle błędów i oczywiście zmienię oznaczenie.

Fontaine, chcę przeczytać opowiadanie, więc daj znać, kiedy skończysz edycję,.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłem najlepiej, jak umiem, powinno się już czytać przejrzyściej. Choć zakładam, że dialogom nadal daleko do pełnej poprawności. 

Dziękuję, Fontaine. Dziś przeczytam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niestety, nie porwało. Było już bowiem sporo historii o genialnych hakerach, funkcjonujących w świecie przyszłości, a Twoje opowiadanie nie oferuje w tej materii nic szczególnie odkrywczego. Jeśli dodać do tego fatalne, wręcz niechlujne wykonanie – bo jak traktować brak kropek na końcu zdania, czy mnogość literówek – lektury Muchy w cyberprzestrzeni, nie mogę uznać za satysfakcjonującą. Część błędów i usterek wypisałam, ale miej świadomość, że do poprawy jest niemal cały tekst.

Masz przed sobą mnóstwo pracy, ale żywię nadzieję, Fontaine, że Twoje kolejne opowiadania będą ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane. ;)

 

Na placu świą­ty­ni sie­dzia­łem ja i na­uczy­ciel, ar­chi­tek­tu­ra bu­dyn­ku była pra­wie wier­nie od­wzo­ro­wa­na. ―> Odwzorowaniem czego była architektura budynku?

 

Ho­lo­gram koła dhar­my wi­siał nad da­chem Dżo­khang ilu­mi­nu­jąc na przy­jem­ny nie­bie­ski kolor. ―> Co iluminował?

 

Le­karz przy ostat­niej wi­zy­cie za­le­cił mi sny uspo­ka­ja­ją­ce… ―> Le­karz, podczas ostat­niej wizyty, za­le­cił mi sny uspo­ka­ja­ją­ce

 

Ale za­miast pła­cić za sny o ra­to­wa­niu świa­ta, biciu swo­je­go szefa czy wiel­kich or­giach. Ja za­ży­czy­łem sen… ―> Ale za­miast pła­cić za sny o ra­to­wa­niu świa­ta, biciu swo­je­go szefa czy wiel­kich or­giach, ja za­ży­czy­łem sobie sen

 

Za­pro­gra­mo­wa­ny Lama co noc… ―> Dlaczego wielka litera?

 

– Ro­bert wsta­waj, mamy go­dzi­nę 6.15… ―> – Ro­bert wsta­waj, jest szósta piętnaście

Godziny nie można mieć. Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w dalszej części opowiadania.

 

Zła­pa­łem za kable wy­cho­dzą­ce z portu… ―> Zła­pa­łem kable wy­cho­dzą­ce z portu

 

znaj­du­ją­ce­go się pod moim pra­wym uchem, wy­pią­łem się z nie­skry­wa­nym żalem. Pięk­ny sen roz­pły­nął się… ―> Lekka siękoza.

 

Go­rą­ce ko… USUŃ. ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Poza tym żyje, wiec haker to nie był. ―> Literówka.

 

Nie raz sły­sza­łem też o przy­pad­kach… ―> Nieraz sły­sza­łem też o przy­pad­kach

 

wy­sko­czy­łem z ka­bi­ny, śli­zga­jąc się na płyt­kach. ―> A może zwyczajnie: …wyszedłem z ka­bi­ny, śli­zga­jąc się na płyt­kach.

Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie kogoś wyskakującego z kabiny, albo wskakującego do wanny czy pod prysznic.

 

– Ewa kup pro­szę owsian­kę, mleko pół­syn­te­tycz­ne pół­na­tu­ral­ne od syn­te­tycz­ne­go wiesz – Nie zdą­ży­łem skoń­czyć nawet zda­nia. ―> Co to znaczy, że mleko jest pół­syn­te­tycz­ne pół­na­tu­ral­ne od syn­te­tycz­ne­go?

Skoro nie dokończył zdania, to raczej: – Ewa, kup pro­szę owsian­kę, mleko pół­syn­te­tycz­ne pół­na­tu­ral­ne od syn­te­tycz­ne­go wiesz – Nie zdą­ży­łem skoń­czyć nawet zda­nia.

 

– Wiem, masz pro­ble­my – gło­śnik w eks­pre­sie do kawy mówił do mnie – Twoja kawa… ―> Brak kropki po didaskaliach.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

– Taca do zwro­tu – za­trzesz­cza­ła taca ―> Brak kropki po didaskaliach.

 

Nawet nie mam do czego Cię wy­ko­rzy­stać bla­cho. ―> Nawet nie mam do czego cię wy­ko­rzy­stać bla­cho.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Pa­pież na­wo­łu­je do od­rzu­ce­nia po­stę­pu­ją­cej cy­ber­ne­ty­za­cji życia, ―> Zamiast przecinka powinien być dwukropek.

 

Do­pie­ro z cza­sem, gdy ludz­kość na­uczy­ła się za­stę­po­wać ludz­kie or­ga­ny… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Jaka jest po­go­da na ze­wnątrz? – spy­ta­łem, wkła­da­jąc rze­czy. ―> Czy pogoda była również wewnątrz? Co to znaczy, że wkładał rzeczy?

A może miało być: – Jaka jest po­go­da? – spy­ta­łem, ubierając się.

 

rzu­ca­łem sło­wa­mi, ubie­ra­jąc buty. ―> W co ubierał buty???

Buty można włożyć, założyć, przywdziać, wzuć, obuć się, ale butów nie nożna ubrać!

Za ubieranie butów grozi sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą ku ścianie i z rękami w górze! ;)

 

Wy­nisz­czo­ne i po­pi­sa­ne ścia­ny stra­szą swoim cha­osem. ―> Czy ściany na pewno były wyniszczone? Na czym polegał chaos ścian?

 

Wy­wo­łu­je windę i cze­kam… ―> Literówka.

 

zer­k­ną­łem przez ramie… ―> Literówka.

 

Prze­ska­ku­je nad po­kaź­ną plamą krwi… ―> Literówka.

 

Teraz więk­szość Rze­szow­skich ulic przy­po­mi­na be­to­no­wo-sta­lo­wy wąwóz… ―> Teraz więk­szość rze­szow­skich ulic przy­po­mi­na be­to­no­wo-sta­lo­we wąwozy

 

Z ko­le­jek nie ko­rzy­stam za­sa­dy… ―> Z ko­le­jek nie ko­rzy­stam z za­sa­dy

 

Po­nad­to nie chce, żeby ktoś… ―> Literówka.

 

któ­rych nie­ste­ty nie za­blo­ku­je. ―> Literówka.

 

Fi­nal­nie do­cie­ram do ka­fej­ki. ―> Co to znaczy finalnie dotrzeć do kafejki?

 

– Witam Cię mój drogi Kon­ra­dzie – Sile się na po­waż­ny ton… ―> – Witam cię, mój drogi Kon­ra­dzie – silę się na po­waż­ny ton

 

ob­słu­gi­wał pew­nie całą siec swo­jej ka­fej­ki… ―> Literówka?

 

Przez chwi­le za­kła­da­łem… ―> Literówka.

 

Ale nie o two­ich kom­pe­ten­cjach chce sły­szeć… ―> Literówka.

 

nie ku­pu­je ich w cy­ber­sie­ci… ―> Literówka.

 

za­ci­snął obie dło­nie w pięść i wy­szedł. ―> …za­ci­snął obie dło­nie w pięści i wy­szedł.

Chyba że obie dłonie zacisnął w jedną pięść.

 

Deszcz sią­pił już gęsto. ―> Skoro gęsto to już nie siąpił.

 

cięż­ko okre­ślić czy to w ogóle lu­dzie. ―> …trudno okre­ślić czy to w ogóle lu­dzie.

 

po­bie­głem w druga stro­nę… ―> Literówka.

 

za­uwa­ży­łem sto­ją­ce­go go­ścia pod drzwia­mi… ―> …za­uwa­ży­łem gościa sto­ją­ce­go pod drzwia­mi

 

Śli­niąc się, wy­plu­wa swoje słowa na mnie… ―> Zbędny zaimek – czy mógł wypluwać cudze słowa?

 

aż drzwi windy fi­nal­nie się za­mkną. ―> Na czym polega finalność zamykających się drzwi?

 

zła­pa­łem za klam­kę. ―> …zła­pa­łem klam­kę.

 

miał­bym po­li­cje pod drzwia­mi… ―> Literówka.

 

gdy ja sta­ra­łem upchnąć… ―> …gdy sta­ra­łem się upchnąć

 

wszyst­ko wy­da­wa­ło się być naj­lep­szym po­rząd­ku. ―> …wszyst­ko wy­da­wa­ło się być w naj­lep­szym po­rząd­ku.

 

– Piiiiiiip, dzień dobry Panie Ro­ber­cie… ―> – Piiiiiiip, dzień dobry panie Ro­ber­cie

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

Prze­sta­łem palić po wy­la­niu z pracy ani do zdro­we… ―> Prze­sta­łem palić po wy­la­niu z pracy ani to zdro­we

 

Ścia­na sie­dziem­dzie­się­cio pię­trow­ców… ―> Ścia­na sie­dem­dzie­się­ciopię­trow­ców

 

Świą­ty­nia Dżo­khang spo­wi­ta była we mgle. ―> Świą­ty­nia Dżo­khang spo­wi­ta była mgłą.

 

jakby wy­łą­czo­no im ani­ma­cje. ―> Literówka.

 

w pew­nym mo­men­cie usły­sza­łem od niego. ―> …w pew­nym mo­men­cie usły­sza­łem go.

 

– ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ I PO­ZO­STAŃ NA MIEJ­SCU – wrzesz­czał ktoś… ―> Czy ów ktoś wrzeszczał wielkimi literami? Do zaznaczenia wrzasku wystarczą wykrzykniki.

Proponuję: – Zachowaj spokój i pozostań na miejscu!!! – wrzeszczał ktoś

 

Jeden z nich zdjął maskę, twarz zna­jo­ma, ale jakby ―> Chyba miało być: Jeden z nich zdjął maskę, twarz zna­jo­ma, ale jakby

 

jeden ura­to­wał się uciecz­ką się do ko­ry­ta­rza. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Przez okno w ślad gra­na­tu wsko­czy­ły dwie po­sta­cie odzia­ne w czerń. ―> Przez okno, w ślad za gra­na­tem, wsko­czy­ły dwie po­sta­cie odzia­ne w czerń.

 

Ten zwany DJ wy­ce­lo­wał ze swo­je­go ka­ra­bi­nu… ―> Zbędny zaimek.

 

– Wa­lecz­ny, dobra, bo zaraz wpad­nie resz­ta ―> Brak kropki na końcu wypowiedzi.

 

– Ufff mamy Cię ko­le­go a cięż­ko było… ―> – Ufff, mamy cię, ko­le­go,łatwo nie było

 

Klep­nął mnie w ramie jeden z nich ―> Literówka. Brak kropki.

 

fala ener­gii prze­to­czy­ła się przez moje ciało, w mgnie­niu oka czysz­cząc mój umysł… ―> Czy konieczne są oba zaimki?

 

choć nadal było to bar­dzo mgli­ste ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

– Do­sta­li­śmy cynk i że jest gość że ten gość coś wie. ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Clark do­bie­rał słowa, tak żeby nie zdra­dzić ni­cze­go, co by­ło­by ko­niecz­ne. ―> Chyba miało być: Clark do­bie­rał słowa tak, żeby nie zdra­dzić ni­cze­go, co nie by­ło­by ko­niecz­ne.

 

trzy ude­rze­nia o ka­ro­se­rie… ―> Literówka.

 

skie­ro­wał hełm na mnie. Drzwi za­mknę­ły się za mnąja, zanim zdą­ży­łem spy­tać co teraz, po­czu­łem, jak śmie­ciarz opla­ta mnie. ―> Nadmiar zaimków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuje konstruktywną ocenę. Jak teraz patrzę na stan tego tekstu to ogromnie mi wstyd. Biorę wszystkie uwagi do siebie i poprawie, przynajmniej dla własnego spokoju.

Bardzo proszę, Fontaine. Jeśli łapanka uświadomiła Ci, jak wiele popełniasz błędów, to już nieźle. Teraz ochłoń, przestań się wstydzić i popraw tekst, by kolejni czytelnicy nie potykali się na usterkach. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm, to kto go w końcu porwał, wrogowie czy przyjaciele, bo przyznam, że się zdążyłam pogubić? Temat był już wielokrotnie wykorzystywany i mam wrażenie, że Twoje opko niczego nowego nie wnosi. Może gdyby pociągnąć tę historię dalej, coś by z tego wyszło.

Mamy tutaj zwyczaj poprawiać wskazane babole.

Dorzucam kilka przydatnych linków, które być może pomogą Ci się zadomowić na portalu:

Portal dla żółtodziobów

Jak tu przeżyć i co robić, aby inni Cię czytali

Beta, czyli pomoc w pracy nad tekstem.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz, dziękuje za rady. Pracuję teraz nad poprawą całości, żeby aż tak nie raziło w oczy. Zapoznałem się z podanymi linkami, wciąż je przyswajam. 

Ojej. Powiedziałabym, że pomysł generalnie ciekawy, choć szkoda, że urywasz całość, zupełnie nie wyjaśniając, kto właściwie uratował głównego bohatera (czy właściwie może nie uratował?). Jak wspomnieli poprzedni czytelnicy, interpunkcja oraz zapis dialogów leżą i kwiczą.

Popracowałabym szczególnie nad wstępem – serwujesz nam bardzo szczegółowy opis poranka Roberta, który niezbyt jest potrzebny i szybko zaczyna nużyć. Opowieść obyłaby się bez historii z temperaturą kawy, prysznicem i tak dalej. Warto się od początku skupić na głównej fabule.

Plusa masz ode mnie za to zdanie:

Przypomniały mi się rozmowy z policjantami w szkole „nie bierzcie słodyczy od obcych ani nie wpinajcie się do gniazd w autach nieznajomych”

Jest dobre, klimatyczne, pasuje do świata i ma w sobie nieco czarnego humoru, choć i tu jest problem z interpunkcją.

Podsumowując, sporo rzeczy do poprawki – szczególnie poprawność oraz tempo pchania historii naprzód – ale pomysł jakiś jest, więc próbuj dalej. ;) No i witamy na portalu.

Zostaw ten żyrandol.

Muszę jeszcze raz podziękować wszystkim za pomocną krytykę. Tekst poprawiłem, mam nadzieję, że wreszcie zrozumiałem jak zapisywać dialogi. Verus dziękuję za miłe słowa.

Nowa Fantastyka