- Opowiadanie: nati-13-98 - Galdra – część 5

Galdra – część 5

Oceny

Galdra – część 5

Złote litery na drewnianym szyldzie szybko zwróciły uwagę skalda. „Zielarnia mistrza Faltona” musiała cieszyć się we wsi niezłą renomą, bo kolejka sięgała daleko poza sklep.

– Trzeba nam poczekać… – mruknął pod nosem Gaspar, uświadamiając sobie, że nie przyszedł tu sam, że trollica wiernie dotrzymuje mu kroku.

Stanęła obok kolejki, z rękami splecionymi na piersiach. Skald miał okazję przyjrzeć się jej uważniej, przypomnieć sobie znajome rysy. Wcześniej nie zauważył, że twarz Huldary była teraz idealnie gładka, pozbawiona szarych blizn, a nawet zmarszczek mimicznych, przez co wydawała się jeszcze bardziej dziecięca.

Niejaki mistrz Falton musiał jako jedyny dysponować szeroką ofertą przeróżnych ziół i medykamentów, bo kolejni klienci, a właściwie głównie klientki, odchodziły z koszami pełnymi gałązek, flakoników oraz wisiorków – najpewniej amuletów na przeróżne dolegliwości. Gaspar zastanowił się, czy w ogóle był sens mówić komukolwiek o Huldarze, jeśli nie chciał narazić się na łatkę szaleńca. Chyba że to, co przeżywał, było rzeczywiście szaleństwem.

Na szczęście kolejka posuwała się dosyć szybko, najwyraźniej zielarza odwiedzali stali bywalcy, więc prędko załatwiali sprawunki. Ze sklepu wyszła jednak kobieta, której wygląd nie wskazywał na to, by była mieszkanką Galdry, a tym bardziej by regularnie odwiedzała mistrza Faltona. Gaspar zawiesił oko na jej długich, kruczych włosach, a następnie zgrabnej talii, którą podkreślała opadająca na obcisłe spodnie czarna tunika, obszyta przy kołnierzu futrem. Nie widział, co kobieta kupiła, bo miała przy sobie tylko skórzaną torbę przewieszoną przez ramię.

Nie spodziewał się, że napotka jej wzrok, w pierwszym momencie wystraszył się żółtych, gadzich oczu. Kobieta musiała wyczuć na sobie przenikliwe spojrzenie, ale Gaspar szybko przekonał się, że to nie on jest przedmiotem jej uwagi. Że zagląda mu przez ramię, tam, gdzie wszyscy poza nim widzieli co najwyżej unoszące się na wietrze pyłki.

Obejrzał się natychmiast i zauważył, że Huldara również wpatruje się z przejęciem w nieznajomą. Był już gotowy pędzić za czarną kobietą, która mogła okazać się jego jedynym ratunkiem. Ale gdy tylko ponownie się odwrócił, nie został po niej ślad, nie zobaczył jej na końcu uliczki ani nigdzie indziej. Westchnął smutno.

– Widziała cię? – spytał trollicę, orientując się dopiero po chwili, że wypowiedział te słowa na głos.

– Panie, kolejka ruszyła! – Popchnęła go pokaźnych rozmiarów galdryjka z chustą ciasno zawiązaną na głowie. – Bądźcie tak łaskawi nie gadać do siebie i ruszyć dupsko!

– Już, już… – mruknął z pretensją i zrobił pół kroku, o które wykłócała się kobieta.

– Wyście są ten grajek? Co przy Koziej Wieży się kręcił?

– Może tak – odpyskował – a może nie.

– Gadają, żeście z trollicą w zmowie. Żeście na służbie u niej byli, jedzenie dla niej kradli.

– Nie wiem, kto gadał – odparł hardo – ale ten ktoś zdecydowanie powinien trzymać swoje plugawe pyszczydło na kłódkę.

– Ej, wy! – zawołała jakaś kobieta z tyłu. – Ruszcie się tam z przodu!

Gaspar miał już na ustach soczystą odpowiedź, ale dla przyzwoitości w porę się powstrzymał. Mało brakowało, a znów odezwałby się do Huldary, która zakrywała dłonią usta i niemo chichotała.

Wyobraził sobie, że słyszy ten śmiech. Pamiętał go dostatecznie dobrze, by znów zabrzmiał mu w uszach. Uśmiechnął się na to wspomnienie.

Gdy w końcu przyszła jego kolej, przekroczył próg i znalazł się w niewielkim pomieszczeniu z podłużną ladą pośrodku. Wzrok skalda natychmiast przykuła waga i ułożone równo obok niej odważniki, a także okrągłe akwarium, w którym wiła się niewielka, podłużna ryba o prążkowanych łuskach albo stworzenie tylko ją przypominające. Skald nie zdążył przyjrzeć się butelkom pełnym substancji o dziwnej, żeby nie powiedzieć – paskudnej woni ani pnącym się we wszystkie strony roślinom, bo spoglądał już na uśmiechniętą od ucha do ucha twarz podstarzałego mężczyzny o ciemnej jak noc skórze, szpakowatej brodzie i dwóch okrągłych szkiełkach opierających się na nosie.

– Czym mogę służyć? – zapytał ciepłym, dźwięcznym głosem.

– Eee… – Gaspar zapomniał nagle języka w gębie i nerwowo rozejrzał się za Huldarą. – Ja… przychodzę w dość nietypowej sprawie…

– Proszę sobie usiąść. – Rhandyjczyk wskazał ręką taboret stojący przy sięgającym sufitu regale z książkami.

Gaspar postawił siedzenie przy ladzie i spoczął. Zdążył zauważyć, że Huldara oparła się o półkę i skrzyżowała ramiona.

– Co pana trapi, panie poeto? – spytał zielarz, łącząc palce obu rąk w kształt trójkąta.

„No jasne”, burknął w myślach skald. „Plotki pędzą szybciej niż koń w galopie”.

– Powiem prosto z mostu – westchnął, po czym wziął głęboki oddech. – Jak pan sądzi, ile osób jest w tym pomieszczeniu?

Mistrz Falton zmierzył go zaciekawionym spojrzeniem, chwytając się za podbródek.

– Dwie, jak mniemam – odparł z niewzruszonym spokojem. – Chyba żeby liczyć Guaranę, moją rybkę, ale…

– I w tym właśnie tkwi problem – oznajmił z powagą skald. – Widzi pan, od jakiegoś czasu widzę zmarłą osobę. Ducha.

Zielarz rozwarł szeroko powieki. W jego spojrzeniu nie było jednak strachu czy zaniepokojenia, lecz wyłącznie wyraz głębokiego zainteresowania.

– Ciekawe, ciekawe… – mruknął, głaszcząc posiwiałą brodę. – Kim była ta osoba? Przepraszam, że o to pytam, ale to konieczne, jeśli…

– Trollica. Z Gal Andry – wyjaśnił obojętnym tonem.

Mistrz Falton tym razem otworzył usta w zdumieniu. Gaspar dostrzegł w jego oczach błysk fascynacji.

– Możecie mi nie wierzyć, ale…

– Trollica z Gal Andry – powtórzył zielarz, jak gdyby sam do siebie. Po chwili zamyślenia znów spojrzał na poetę. – Gdzie ona… gdzie dokładnie ją pan widzi?

Gaspar obejrzał się i wskazał na regał, gdzie niziutka, mglista postać właśnie wzruszyła ramionami. Skaldowi zdało się, że wygląda na znudzoną.

– Ciekawe… – powiedział ponownie mistrz Falton, powoli przenikając Huldarę dłonią. – Czy ona… wybaczcie ponownie pytanie… zmarła śmiercią naturalną? Znaczy się…

– Zamieniła się w kamień, jeśli to pan chce wiedzieć – odparł nieco poirytowany całą sytuacją, po czym wstał z taboretu. – Proszę wybaczyć, tylko marnuję pana…

– Niesamowite – westchnął zielarz, znów jak gdyby zapominając o obecności skalda. – Doprawdy, niesamowite.

Gaspar ponownie usiadł, bo najwyraźniej nie zapowiadało się na koniec wizyty. Nie wiedział, czy natrafił na jeszcze większego szaleńca niż on sam, czy też zielarz miał rzeczywiście coś rozsądnego do powiedzenia.

– Ona… – Rhandyjczyk zastygł na moment z przyklejonym do twarzy uśmiechem. – Kochała pana, prawda?

Gaspara zatkało. Wlepił w mistrza Faltona pytające spojrzenie, na co ten w odpowiedzi zaśmiał się serdecznie.

– Magia wróciła – oznajmił z zachwytem. – Prawdę mówili…

– To pan wie, co mi dolega?

– Słyszeliście o Huggu albo Hugginie? – spytał zielarz, poprawiając szkiełka na nosie. Gaspar pokręcił przecząco głową. – W Rhandii znany jest jako Quin, czyli Duszek. – Uniósł jeszcze wyżej kąciki ust. – To piękna, a zarazem tragiczna istota, która nie może zaznać spokoju.

Skald patrzył z niedowierzaniem na zielarza. „Wariat”, pierwsze, co pomyślał, „jeszcze większy wariat. Ale taki, który wie, o czym mówi”.

– Więzi ją pukka, klątwa zakochania – tłumaczył z przejęciem. – Kiedyś, dawno temu, gdy jeszcze ludzie żyli u boku alfarów i trolli, ten, kto kochał bez wzajemności, po śmierci był uwiązany z obiektem swych uczuć. – Gaspar chciał wejść mistrzowi w słowo, ale ten nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. – To taka kara dla ludzi o nieczułym sercu…

– Wypraszam sobie – rzucił z oburzeniem poeta. – Akurat ja serce mam czulsze niż wszyscy mężczyźni w tym kraju.

– Ale nie dla niej – wyjaśnił zielarz, wskazując miejsce, w którym nie widział Huldary. Gaspar zauważył, że trollica przytakuje z karcącą miną. – Ona odeszła z tego świata w poczuciu niespełnienia. – Mistrz Falton posmutniał na moment, ale szybko znów poweselał.

– Jest na to jakaś rada? – westchnął bezradnie skald. – Żeby uwolnić ją i mnie?

– Niektórzy poradziliby panu wietrzyć izbę przez noc albo łapać Hugga do butelki. – Spojrzał z wręcz wystudiowaną sympatią na Gaspara. – Ale ja tego nie poradzę, bo to jedna wielka bujda. – Zdawało się, że i ta konkluzja go ucieszyła.

– A coś innego? – zniecierpliwił się skald. – Jakiś amulet, rytuał?

– Nie, nie, nie. – Mistrz Falton pokiwał palcem. – To nie żaden klabater ani bałamutnik. To dług, który trzeba spłacić.

– Jak? – Gaspar zerwał się z siedzenia. – Jak spłacić?

– Miłość za miłość. Oto jedyna godna cena.

– Znaczy się co, mam ją pokochać? – Skald rozłożył ręce.

– Tak – odparł ciemnoskóry. – Albo uczynić gest dobroci.

– Gest dobroci? – powtórzył Gaspar. – Czyli że co, nazbierać staruszce ziół? Dać biedakowi eyra? Zagrać darmowy koncert?

– Szczery gest dobroci. – Mistrz Falton zaakcentował pierwsze słowo. – Nazwałem to długiem, ale to nie żaden rozrachunek. To bezinteresowny uczynek, płynący z głębokiej chęci uczynienia kogoś szczęśliwym.

– To chyba nietrudne, co? – Gaspar poweselał nagle. – Zawsze znajdzie się ktoś w potrzebie.

Spojrzał na Huldarę i natychmiast na powrót spoważniał. Z jej twarzy wyczytał coś pomiędzy gniewem a żalem. W każdym razie uczucie, które wywołało w nim wstyd.

– Na mnie już czas – westchnął smutno.

– Kochaj, jeśli jesteś kochany! – oznajmił radośnie zielarz. – To będzie koróna.

Gaspar wybałuszył oczy, gdy mistrz Falton wyciągnął ku niemu dłoń, wciąż z tym samym, przepełnionym dobrocią spojrzeniem.

– Sporo sobie liczycie – mruknął skald, wygrzebując z kieszeni świeżo zarobione eyry. Naraz go olśniło, gdy wręczał je zielarzowi. – Czy gestem dobroci będzie, jeśli…

– Jedna koróna, ani eyra więcej. – Mistrz Falton natychmiast odczytał jego myśli. – Pamiętaj, panie poeto, szczery gest dobroci.

Huldara znów przytaknęła na słowa zielarza. Gaspar odetchnął ciężko, nie pozostało mu już nic innego, jak tylko pożegnać się z Rhandyjczykiem. Jednak zanim wyszedł, przypomniała mu się pewna rzecz, a raczej osoba, o którą koniecznie musiał zapytać.

– Nie znam jej – odparł mistrz Falton. – Ale wiedza tej kobiety, jak się szybko przekonałem, znacznie przewyższa moją. Medyczka, jak mniemam.

Skald kiwnął głową w geście podziękowania. Właściwie nie musiał pytać, by wiedzieć, że żółtooka nieznajoma nie była pierwszą lepszą dziewką ani nawet zwyczajną medyczką. Po minie Huldary wywnioskował, że nie spodobała się jej ta dociekliwość.

Jednak jeszcze większe niezadowolenie okazali mu stłoczeni w niekończącej się kolejce galdryjczycy.

 

*

 

– I co z nami będzie? – spytał, leżąc w izbie na posłaniu, z rękami pod głową.

Huldara wzruszyła ramionami, siedząc i dyndając nogami, które nie sięgały podłogi.

– Naprawdę mnie kochałaś? – spytał z niedowierzaniem.

Przytaknęła, wykrzywiając twarz w znajomy grymas pretensji.

– I dlatego zamknęłaś mnie w tej cholernej wieży? – Nie pozostawał jej dłużny. – To niesprawiedliwe, że ponoszę za to konsekwencje.

Trollica skrzyżowała ręce i odwróciła głowę.

– Jasne, możesz się obrażać – burknął. – I tak jesteśmy na siebie skazani.

Sięgnął po lutnię, przejechał po wszystkich strunach, po czym podstroił kilka z nich. Huldara rzuciła okiem, z trudem skrywając zaciekawienie.

– Stare, dobre czasy, co? – Posłał jej uśmiech. – Może mi pomożesz? Szukam rymu do „srogie”. – Ponownie trącił struny, drugą ręką zaś objął gryf. Zaintonował balladę: – Kiedy zjawia się, spojrzenie jej srogie…

Jeszcze przez chwilę manifestowała obrazę, ale szybko zainteresowanie wzięło w niej górę. Zastanowiła się, po czym zacisnęła pięści i zaczęła imitować walkę wręcz.

– Bitwa, pięść, pojedynek – skald rzucał skojarzenia, jednak wciąż chybione. – Potyczka, bijatyka… – Huldara przyłożyła dwa palce do oczu, a następnie skierowała je przed siebie, jakby pokazywała przeciwnika. – Pojedynek… a nie, to już mówiłem… Rywal, wróg… Wróg! – Trollica na dźwięk tego słowa zaczęła zamaszyście kiwać głową.

– Wróg, wrogiem… – powiedział i zmienił ułożenie palców na gryfie. – Broni ją… jest obroną… przed wrogiem… – nucił, powtarzając melodię. – Jest skuteczną… bardzo skuteczną! – okrzyknął triumfalnie i zaśpiewał czysto: – Jest bardzo skuteczną obroną przed wrogiem…

Czas płynął im niespiesznie niczym kolejne melodie i opowieść o niestrudzonej Królowej Kart. To była ich wspólna ballada, od początku do końca.

 

*

 

– Już wyjeżdżacie? – Karczmarz wydawał się głęboko zawiedziony.

– Czas na nas… na mnie – poprawił się i natychmiast subtelnie wymienił uśmiechy z Huldarą. – Wielce jestem wdzięczny, żeście mnie łaskawie ugościli. Chciałbym się choć trochę odwdzięczyć.

Sięgnął do sakwy i położył na blacie szynkwasu kilka eyrów.

– To my mamy dług wobec was, poeto. – Karczmarz odsunął pieniądze w kierunku skalda. – Galdra dzięki wam jakaś taka spokojniejsza, jakby kto koniu juki z grzbietu zdjął. – Gaspar uśmiechnął się smutno, zerkając na towarzyszkę. – Jak jeszcze kiedy będziecie we wsi, wstąpcie do nas, balladę jaką zagrajcie.

– Tak zrobię. – Nie nalegał, by karczmarz przyjął zapłatę, więc zebrał drobniaki i wrzucił je z powrotem do mieszka. – Bywajcie, panie oberżysto!

Gdy tylko wyszedł z gospody, nie mógł opędzić się od ciekawskich spojrzeń. Był tu zaledwie kilka dni, ale to wystarczyło, by stał się tematem plotek na długi, długi czas.

Ale nie dbał już o to. Właśnie napisał… napisali, poprawił się w myślach, świetną balladę, którą świat koniecznie musiał poznać. Obrał drogę na północ, wzdłuż Brea Issy. „Co tam”, stwierdził, „niech prowadzi mnie Długa Rzeka, niech moja sława płynie wraz z jej nurtem”.

Zanim jednak opuścił Galdrę, doszło go czyjeś wołanie. Nadciągał ku niemu znajomy, kobiecy głos.

– Aeinne!

Dziewczyna wpadła mu w objęcia, zarzucając ręce na szyję. Ściskała go dłuższą chwilę, po czym odsunęła się i wyszczerzyła szeroko.

– Naprawdę? Tak bez pożegnania? – Chwyciła się pod boki, udając obrażoną.

– Spodziewałem się, że będziesz zajęta – odparł z zawadiackim uśmiechem.

– Myślisz, że nie wiem? – Trąciła go palcem w nos. – Że niby Joe taki uczony, tak obyty w słowach? Za bardzo się postarałeś, śpiewaku!

– Nie miej mi tego za złe. – Spojrzał na nią pokornie, ale z jej oczu wyczytał, że nie gniewała się ani trochę. – Chciałem, żebyś dokonała wyboru.

– I dokonałam – przyznała z dumą. – Takiego, jaki mi doradziłeś.

– Czyli? – zaciekawił się.

– Zmiana – oznajmiła, zarzucając warkocz na plecy. – Galdra zasługuje na to, by dorównać Froskowi. Chcę sprowadzić mędrca, żeby nauczał dzieci i dorosłych czytać i pisać.

– A więc to jest to, czego pragnęłaś! – rzucił z uznaniem. – Jeszcze trochę i mianują cię burmistrzem!

– Czemu nie? – powiedziała dumnie. – Jak tylko czegoś się nauczę…

– Będziesz świetna – przyznał szczerze. – Galdra wiele na tym zyska.

Odpowiedziała mu entuzjastycznym uśmiechem i kolejnym, ostatnim już uściskiem.

– Wróć jeszcze – rzuciła na pożegnanie, po czym stanęła na palcach i pocałowała skalda. – Pogadamy sobie.

Pomachała jeszcze z oddali, zanim zniknęła mu z oczu. Gaspar westchnął zadowolony.

– Wiem, co myślisz – rzucił, dopiero po chwili spoglądając na Huldarę. Mimo jej oburzenia nie przestawał się uśmiechać. – Lepiej się przyzwyczajaj, to u mnie norma.

Szturchnęła go łokciem, bo na moment zapomniała, że skald nic a nic nie poczuje.

Koniec

Komentarze

Cześć!

 

Spodobał mi się ten tekst. Opisujesz świat bardzo plastycznie. Już po tym fragmencie widzę, że kryje się tu kawałek porządnej historii. 

 

Jeśli mogę Ci coś doradzić, to uproszczenie didaskaliów dialogowych. Odniosłam wrażenie, że unikasz używania słowa “powiedział” lub pozostawienia wypowiedzi bez didaskaliów. 

Jak na przykład tutaj:

– Już, już… – mruknął z pretensją i zrobił pół kroku, o które wykłócała się kobieta.

– Wyście są ten grajek? – zagaiła. – Co przy Koziej Wieży się kręcił?

– Może tak – odpyskował – a może nie.

– Gadają, żeście z trollicą w zmowie – prychnęła. – Żeście na służbie u niej byli, jedzenie dla niej kradli.

– Nie wiem, kto gadał – odparł hardo – ale ten ktoś zdecydowanie powinien trzymać swoje plugawe pyszczydło na kłódkę.

Spokojnie możesz to uprościć i dialog tylko na tym zyska. 

 

To taka jedna uwaga do przemyślenia, ale generalnie tekst jest super.

 

Znalazłam jedną drobnostkę do poprawy ;)

– Szczery gest dobroci – mistrz Falton zaakcentował pierwsze słowo.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicello, bardzo dziękuję za odwiedziny, ciepłe słowa i uwagi! Co do didaskaliów – dlatego lawiruję, żeby w całej książce nie było za dużo tego prostego „powiedział”, może w tym fragmencie akurat się nie pojawiło ;) I rzeczywiście, czasem warto w ogóle z didaskaliów rezygnować.

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Aleś nati-19-98 namotała! Zakończenie szczęśliwe i nieszczęśliwe 2w1;)

Podobało mi się, chociaż taki wariant, kiedy on ma przy boku ukochaną, ale może zalecać się do innych, bo ukochana jest niecielesna jest trochę niesprawiedliwy.

Zwłaszcza w przypadku tego niecnoty barda!

Ambush, trudno nie współczuć Huldarze… A bard myślę, że jeszcze w swoim czasie dostanie po uszach ;P Dobrze, że wyszło słodko-gorzko ;)

Dzięki, pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

A już myślałam, że Gasparowi uda pozbyć się nieznośnej trollicy. :( Hm, może kiedyś? ;) Tekst czytało się przyjemnie i płynnie. Zaciekawiła mnie ta kobieta o gadzich oczach, chętnie dowiedziałabym się o niej czegoś więcej. Mam nadzieję przeczytać całą Twoją książkę, bo po historii Gaspara widać, że warto zanurzyć się w wykreowanym przez Ciebie świecie.

Przesyłam serdeczne pozdrowienia! heart

Dziękuję, Utrapienico! Jak na razie Gaspar jest skazany na Huldarę, ale kto wie, co się wydarzy w kolejnych tomach ;) 

Zaciekawiła mnie ta kobieta o gadzich oczach, chętnie dowiedziałabym się o niej czegoś więcej.

Ta bohaterka pojawia się w innym wątku książki, więc dla kogoś, kto czyta całość, jest rozpoznawalna ;) I nie ukrywam, że ma znaczenie dla całej fabuły ;)

Mam nadzieję przeczytać całą Twoją książkę, bo po historii Gaspara widać, że warto zanurzyć się w wykreowanym przez Ciebie świecie.

Zrobiłaś mi tym dzień heart

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Ciekawe te słodko-gorzkie zakończenie historii. Zostawia otwarte drzwi do kontynuacji. Zgadzam się z Utrapienicą, że świat jest bardzo przyjemnie wykreowany i chciałoby się w nim zanurzyć :)

Dziękuję, PanDomingo! Kontynuacja zdecydowanie prędzej czy później powstanie ;)

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Witaj. :)

 

Cóż… Jak widać, kolejki i nieznośni współstojący, to zmora dzieciństwa, która w baśniach także powraca. :)

Jestem pewna, że to będzie świetna powieść. Czyta się chętnie i z niesłabnącym zainteresowaniem, mimowolnie pragnąc poznać wcześniejsze losy bohaterów i z niecierpliwością oczekując na kolejne. :)

Bardzo podoba mi się Twój sposób zapisu myśli bohaterów – wyraźne wyodrębnienia ich w każdym zdaniu. 

Opisywanie emocji oraz reakcji też zasługuje na brawa. :)

 

Nie jestem pewna, czy wyrażenie: W czym mogę służyć? nie powinno być zastąpione jednym z dwóch: W czym mogę pomóc/Czym mogę służyć? 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć, bruce! 

 

Bardzo mi miło, że mnie odwiedziłaś :) Cieszę się, że zainteresowałam Cię tym fragmentem i przekonałam stylem pisania. Dziękuję!

 

Nie jestem pewna, czy wyrażenie: W czym mogę służyć? nie powinno być zastąpione jednym z dwóch: W czym mogę pomóc/Czym mogę służyć?

Kurcze, masz rację! Jak widać, można czytać coś setki razy i dalej nie zauważać błędów ;)

 

Pozdrawiam ciepło! 

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Przepraszam, ale zamierzałam wcześniej, tylko zaraz po zobaczeniu, że zamieściłaś opowiadanie, trochę mi się nazbierało spraw. 

Fragment naprawdę ogromnie zaciekawia i zapowiada, że czytelnik jeszcze niejeden raz będzie mógł czytać równie pasjonujące. :) 

O, Kochana Nati-13-98, ile ja razy czytam swoje teksty, jestem już całkiem przekonana, że jest ok wszystko, a potem oczy wybałuszam z przerażeniem i wstydem, jakie łapanki są szczegółowe i ile byków wstawiłam całkiem nieświadomie… blush

Taka rzecz, jak u Ciebie, to drobiazg. smiley

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Przepraszam, ale zamierzałam wcześniej, tylko zaraz po zobaczeniu, że zamieściłaś opowiadanie, trochę mi się nazbierało spraw. 

Nie musisz za nic przepraszać! Tym bardziej ogromnie się cieszę, że zechciałaś poświęcić czas na przeczytanie mojego tekstu :)

Fragment naprawdę ogromnie zaciekawia i zapowiada, że czytelnik jeszcze niejeden raz będzie mógł czytać równie pasjonujące. :) 

Mam ogromną nadzieję, że kolejne teksty nie zawiodą!

O, Kochana Nati-13-98, ile ja razy czytam swoje teksty, jestem już całkiem przekonana, że jest ok wszystko, a potem oczy wybałuszam z przerażeniem i wstydem, jakie łapanki są szczegółowe i ile byków wstawiłam całkiem nieświadomie… blush

Niestety, choćby tysiąc osób czytało, to zawsze coś się znajdzie… Ale mnie boli to szczególnie, bo redakcją zajmuję się zawodowo :D Z drugiej strony, własny tekst to zupełnie co innego niż cudzy, mniej błędów się zauważa ;)

 

Dzięki za wszystko, bruce! heart

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

heartkiss

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka