- Opowiadanie: Lupus90Gno - Życie bez końca

Życie bez końca

Fabuła jest nieskomplikowana. Mam jednak nadzieję, że coś ciekawego można w niej znaleźć. Idealne streszczenie opowiadania stanowi pierwszy akapit.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy II, Użytkownicy IV

Oceny

Życie bez końca

Marcus był potężnym czarodziejem, a także księciem Elamu – bogatego i rozległego państwa. Dzięki swej mocy posiadł już prawie wszystko, czego do tej pory pożądał. Cieszył się dobrym zdrowiem, a rzucone przez niego zaklęcia miały mu zapewnić młodość jeszcze na długie lata. Ale nie w nieskończoność. To właśnie była ta jedyna rzecz, której tak bardzo pragnął, lecz nie potrafił do tej pory zdobyć – życie wieczne.

Do jego uszu doszły jednak wieści o potężnym alchemiku, mistrzu Joachimie, który lata temu odkrył sekret nieśmiertelności i zamknął go w flakonie. Podobno tylko on jeden na całym świecie dysponował eliksirem uodparniającym na najpowszechniejszą i najbardziej znaną chorobę, czyli śmierć.

Joachim mieszkał w odległej krainie. Droga do jego siedziby prowadziła przez góry, pustynie, morza i puszcze. Nie zniechęciło to wcale Marcusa, wręcz przeciwnie, czarodziej rad z kolejnego wyzwania, powierzył pieczę nad krajem swemu marszałkowi i czym prędzej wyruszył w podróż.

Podczas wędrówki mierzył się z lodowymi olbrzymami, kolosalnymi skorpionami oraz dziewięciogłową hydrą. Pokonał wszystkie te przeszkody i po wielu trudach dotarł do celu. Mapy oraz wskazówki tubylców zaprowadziły go do serca pradawnego boru. Znalazł się na leśnej polanie, tuż przed ogromną, wiekową sosną, do pnia której został przyklejony niewielki domek. Wyglądał tak, jakby ulepiono go z mieszanki chrustu, żywicy i mchu.

Czarodziej ruszył śmiało w kierunku chatki. Gdy tylko przekroczył próg pomieszczenia, owiała go intensywna mieszanka różnych, lecz raczej przyjemnych zapachów. W pokoju było zdecydowanie cieplej niż na zewnątrz. Być może miała na to wpływ para buchająca z kociołka zawieszonego nad paleniskiem. Marcus niespiesznie zlustrował pomieszczenie. Każdy kąt został zastawiony albo regałami pełnymi ksiąg, albo też stołami i ławami, na których piętrzyły się różne alchemiczne utensylia.

W chacie znajdowało się także parę krzeseł, ale tylko jedno z nich było obecnie zajęte. Siedział na nim starszy mężczyzna odziany w błękitno-złote, powłóczyste szaty. Jego śnieżnobiała broda spływała aż za pas. Zapewne wyglądałby bardzo dostojnie, gdyby nie spoczywająca na jego kolanach prosta drewniana miska, z której siorbał zupę. Gospodarz od razu dostrzegł przybysza, ale nie przerwał konsumpcji. Uśmiechnął się tylko serdecznie do Marcusa i pomachał mu wesoło na powitanie.

Czarodziej przez moment zwątpił, czy trafił pod właściwy adres. Nie takiego przyjęcia się spodziewał. Szybko jednak otrząsnął się z zaskoczenia, podniósł dumnie głowę, a następnie przemówił swym niskim, aksamitnym głosem.

– Bądź pozdrowiony, czcigodny mistrzu Joachimie!

Gospodarz przełknął strawę, ale miski nie odłożył.

– Witaj, mistrzu Marcusie! Pewnieś znużony. Usiądź, proszę, i poczęstuj się zupą. Smaczna jest. 

Mag uśmiechnął się i pokiwał głową z podziwem.

– Wiesz, kim jestem, mistrzu Joachimie. Czyżbyś się mnie spodziewał?

– Księżyc i gwiazdy mi o tobie opowiedziały – stwierdził alchemik, po czym puścił do czarodzieja oczko.

Marcus westchnął, ale tylko w duszy. Nie chciał w niczym urazić gospodarza.

– Wielce czcigodny mistrzu Joachimie, przybyłem do ciebie z daleka, aby zakupić jeden z twoich słynnych eliksirów.

Alchemik siorbnął kolejny haust zupy.

– Chciałeś kupić? Czym? Ja przecież nie używam pieniędzy. Wszystkich potrzebnych rzeczy dostarcza mi dobry leśny lud.

Marcus wyjął z podróżnej torby kilka powiązanych sznurkiem roślin o rozłożystych ząbkowanych liściach i popielatych korzeniach, przypominających kształtem ludzkie sylwetki. Zademonstrował alchemikowi te osobliwości ze świata flory, po czym ostrożnie ułożył je na najbliższym taborecie.

– Mistrzu Joachimie, przecież nie obraziłbym tak zacnej osoby byle złotą monetą. Mam jednak nadzieję, iż nie wzgardzisz kilkoma sztukami srebrnej mandragory.

Alchemik odłożył miskę na stół, a raczej wepchnął ją między puste słoje. Następnie zaś spojrzał czarodziejowi głęboko w oczy. Marcus miał wrażenie, jakby Joachim chciał przeczytać wszystkie jego myśli, więc odruchowo wzniósł barierę antytelepatyczną. Gospodarz nie miał jednak złych zamiarów. Na jego oblicze znów wypłynął uśmiech. Wzrok staruszka spoczął na mandragorze.

– Wiedziałeś, chłopcze, czego akurat potrzebuję. Oj, postarałeś się bardzo… Twoja prośba musi być zatem bardzo poważna. No, ale cóż począć… Mów, czego potrzebujesz.

Marcus założył ręce za plecy. Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści.

– Czy to prawda, mistrzu Joachimie, iż znajdujesz się w posiadaniu eliksiru zapewniającego… nieśmiertelność?

Alchemik, nie odrywając wzroku od rzadkiej rośliny, pogładził się po długiej brodzie. Delikatny uśmiech nie znikał z jego twarzy. Gospodarz wstał ostrożnie i poczłapał w stronę najbardziej zagraconej części pomieszczenia. Marcus grzecznie czekał. Stał nieruchomo, przypatrując się, jak alchemik otwiera kufer i czegoś w nim szuka. Nie trwało to długo. Joachim wydobył ze skrzyni flakonik i obrócił się ku czarodziejowi. Wprost promieniał z radości. Wyciągnął w stronę maga złocistą miksturę zamkniętą w stożkowatej buteleczce.

– Proszę, pij na zdrowie. Nie jest tego wiele, ale starczy dla ciebie i dla kogoś… kogo darzysz miłością.

Marcus delikatnie ujął szklane naczynie w obie dłonie. Wzrokiem już niemal pochłaniał złocisty eliksir. Jego serce drżało z przejęcia.

– Jeżeli to wypiję, to ja… Czy ja będę…

– Nieśmiertelny? Tak – dokończył za niego alchemik.

Mag spojrzał na rozmówcę z wdzięcznością.

– Wielkie dzięki, najczcigodniejszy mistrzu eliksirów! To najlepsza transakcja, jakiej w życiu dokonałem!

Joachim patrzył z głębokim spokojem na zachwycone oblicze Marcusa.

– Kiedy przybędziesz po inny eliksir, to pamiętaj, że brakuje mi jeszcze gryfiego ziela. Myślę, że dwa liście wystarczą.

Czarodziej ukłonił się nisko alchemikowi. 

– Nie sądzę, abym miał jeszcze jakieś potrzeby. Ale się nie martw, przyślę do ciebie kogoś z gryfim zielem.

Po tych słowach pożegnał się z gospodarzem i opuścił pomieszczenie. Znalazłszy się na polanie, odkorkował flakon i wypił od razu połowę mikstury. Natychmiast ustał dla niego czas biologiczny, ciało uwolniło się od procesu starzenia. Nieśmiertelność w jego życiu stała się faktem. Szczęśliwy i potężny jak nigdy wcześniej powrócił do Elamu.

Nadal jednak dysponował częścią eliksiru, a ponieważ nie uśmiechało mu się żyć bez końca w pojedynkę, więc zorganizował wielki bal, podczas którego miał nadzieję znaleźć przyszłą oblubienicę. Chciał obdarować ją afektem oraz nieśmiertelnością. Rozesłał więc heroldów do wszystkich miast i zamków księstwa, a nawet poza granicę państwa. Czarodziej urządzał w stolicy Elamu wielki bal, który według zapowiedzi trwać miał bez mała dwa tygodnie. Zewsząd zjeżdżały się karety i bogate powozy. W dniu letniego przesilenia Marcus – nieśmiertelny czarodziej, książę Elamu – oficjalnie rozpoczął zabawę. 

Pierwszy dzień uroczystości upłynął na pokazach magii w wykonaniu najzdolniejszych uczniów stołecznej akademii. Nie zabrakło również występów kuglarzy, śpiewów trubadurów oraz, oczywiście, tańców. Marcus dyskretnie przyglądał się obecnym na zabawie pannom, lecz tego dnia akurat żadna nie wzbudziła w nim większego zainteresowania. Pomimo to udawał się na nocny spoczynek w dobrym nastroju, wiedział przecież, iż nie wszyscy goście przybyli jeszcze do stolicy. Jego przyszła oblubienica zapewne dopiero zmierzała do niego gościńcem.

Pogrążony w myślach o tej jedynej, stanął przed otwartym oknem w swej największej sypialni i spoglądał w rozgwieżdżone niebo. Kontemplację przerwał mu niespodziewanie dźwięczny niewieści głos.

– Dlaczego nie chcesz zatańczyć ze mną na królewskim balu?

Zaskoczony czarodziej obrócił się w stronę osoby, która tak nagle pojawiła się w jego komnacie. Była noc, ale księżycowe światło i jasne płomienie licznych świec dobrze ukazywały jej postać. Była to młoda kobieta, niewysoka, o orzechowych, kręconych włosach. Cały jej ubiór sprowadzał się tylko do długiej prostej białej sukienki, przepasanej w tali złotą tasiemką. 

Marcus uniósł brwi w zdziwieniu, lecz zgodnie z etykietą lekko skłonił głowę.

– Zaiste, jesteś czarodziejką, młoda damo. I to bardzo zuchwałą. Wedrzeć się w nocy do najlepiej strzeżonej komnaty i prosić mnie o taniec? Nie mogłaś doczekać się jutra?

Dziewczyna patrzyła mu prosto w oczy. Czarodziejowi przeszło przez głowę, czy nie ma do czynienia z damą lekkich obyczajów. Szybko jednak porzucił tę myśl. Z jej oblicza emanowała czułość, ale też i troska.

– Nie zatańczymy jutro ani pojutrze, szlachetny książę – oznajmiła ze smutkiem. – Tylko na królewskim balu mogę cię porwać do tańca.

Nie potrafił pojąć sensu tych słów. 

– O jakim balu prawisz, czarodziejko?

– Nie znasz mnie, Marcusie. I nie poznasz, ponieważ tańczę wyłącznie na balu u króla, który rządzi w Krainie bez Łez.

Książę wpatrywał się w nią intensywnie, starał się wybadać jej myśli, przejrzeć magię. Dziewczyna była urocza i czarująca, ale nie za sprawą zaklęć. Marcus nie potrafił dostrzec jej aury. Postanowił zatem pociągnąć niewiastę za język.

– Legendarna Kraina bez Łez, powiadasz? Czy to nie tam, gdzie po śmierci idą wszystkie dobre dusze?

Kobieta skinęła głową.

– Tak, Marcusie. Ty jednak tam nie dotrzesz. Chciałeś spędzić wieczność na tym świecie, prawda?

Przez otwarte okno wkradł się do pomieszczenia łagodny, ciepły podmuch wiatru i pofalował brzegi jej sukienki. Książę dopiero teraz dostrzegł, że dziewczyna przyszła do jego komnaty boso. Przeniósł wzrok na delikatną niewieścią twarz. Nie znalazł w niej cienia podstępu, mimo to nadal odczuwał niepokój.

– Barwna jest twoja historia, ale Kraina bez Łez to wymysł… baśń, mitologia.

– A może i ja jestem wymysłem?

Marcus uśmiechnął się szeroko. Już chciał odpowiedzieć jej żartem, gdy nagle zaświtała mu w głowie dziwna myśl. Spoważniał natychmiast i sam nie wiedząc czemu zadał jej zuchwałe, jak na tak dobrze wychowanego człowieka, pytanie.

– Czy mogę cię dotknąć? Znaczy się… Żeby sprawdzić, czy istniejesz. – Przy ostatnim słowie wyszczerzył zęby trochę przesadnie. Chciał ukryć zakłopotanie.

Uśmiechnęła się i zrobiła krok do przodu. 

– Możesz, mój książę. Pamiętaj tylko, że ja nie pochodzę z twojego świata.

Wyciągnęła rękę w jego stronę. On odwzajemnił ten gest. Koniuszki ich palców zetknęły się ze sobą. Poczuł miłe mrowienie. Po chwili ich dłonie splotły się mocno.

– Jak ty w ogóle masz na imię?

– Promień Słońca.

Coś dotknęło jego ramienia. Marcus oderwał wzrok od twarzy dziewczyny. Spojrzał nieco w bok. Dostrzegł pióra. Duże, białe pióra. Puścił jej dłoń i cofnął się tak, aby ogarnąć wzrokiem całą postać rozmówczyni. Tak, Promień Słońca miała potężne, białe skrzydła. Takie, jak u anioła.

– Czy ty mi się śnisz?

I wtedy się obudził. Leżał na szerokim łożu, zaplątany w jedwabną pościel. Znajdował się w swojej komnacie. Był sam. Wstał i spojrzał w okno. Dniało. Miał jeszcze sporo czasu, więc wrócił pod pierzynę. Długo jednak nie mógł zmrużyć oka. Ten sen był taki realny…

Kolejny dzień, podobnie jak poprzedni, upłynął na zabawach i tańcach. Przybyli nowi goście, pojawiły się też nadobne panny, których książęcy zamek jeszcze nie gościł. Marcus tańczył z każdą z nich, z wieloma rozmawiał. Ich uroda cieszyła oczy kawalerów, ale serca czarodzieja jakoś nie poruszyła. Mag, co prawda, całował smukłe dłonie oraz, jakby przypadkiem, muskał palcami kobiece ramiona i plecy. Zachowywał się tak, jakby szukał… nie, nie, nie. Nie szukał przecież żadnych piór, był poważnym czarodziejem, a one – dziewczynami z krwi i kości, żadnymi tam nocnymi zjawami.

Kiedy udawał się na spoczynek, odczuwał jakieś niesprecyzowane bliżej napięcie, niepokój. Nie mógł zasnąć, więc wstał z łóżka i otworzył szeroko okno, a następnie obrócił się i czekał. Czekał na… no, w sumie to na nikogo. Pokój, tak jak zawsze, został zabezpieczony magicznymi barierami, nikt nie miał prawa się tu wedrzeć. Marcus wziął głęboki oddech.

– To dopiero początek. Poczekam, co przyniosą kolejne dni, nie ma co się spieszyć – mówił sam do siebie.

Następnego dnia goście bawili się wspaniale, a gospodarz siedział markotny. Z nikim nie tańczył, nie inicjował rozmów, zdawkowo odpowiadał na pytania. Denerwowały go te szczebioczące dziewuchy, a także podchmieleni, psia ich mać, parweniusze w strojnych szatach. Marcus nie chciał się więcej spoufalać z plebsem, więc poszedł do sypialni, nim nastał wieczór. Znów otworzył okno i czekał… nie, nie czekał, po prostu nie mógł zasnąć, więc zażył trochę świeżego powietrza.

Nazajutrz gruchnęła wieść o rychłym przyjeździe Agnes z Aramu – wielkiej czarodziejki. Ta wiadomość zdecydowanie poprawiła humor księciu Elamu. Uradował się na myśl o odwiedzinach dawno niewidzianej przyjaciółki. Kiedyś ze sobą flirtowali, więc, kto wie, może na tym balu między nimi znów zaiskrzy…

Marcus ożywił się zdecydowanie, często się uśmiechał, spędzał czas na zabawie z gośćmi, lecz jego myśli krążyły w głównej mierze wokół Agnes. Czarodziej cieszył się, że w końcu pojawił się ktoś, kto pomoże mu zapomnieć o… kto po prostu pozwoli mu zapomnieć.

Kładł się do łóżka zadowolony. Spodziewał się rychło ujrzeć potężną i śliczną jak obrazek czarodziejkę. Zamknął więc oczy i spróbował zasnąć. Zanim jednak odpłynął do onirycznej krainy jego umysł nawiedziła zaskakująca myśl.

– Czy nasza miłość będzie wieczna?

Następnego dnia książę nie spotkał się z Agnes. Czarodziejka, co prawda, przybyła na stołeczny zamek wieczorem, ale władcy Elamu już nie zastała. Wielki Marszałek oznajmił jej, że nieśmiertelny czarodziej niespodziewanie wyruszył w podróż. Podobno udał się do alchemika.

Marcus wędrował przez puszcze, góry, pustynie i bezdroża, aż w końcu trafił w samo centrum pradawnego boru, na polanę, na której rosła samotna sosna z przylegającym do niej osobliwym domkiem. Bez zawahania wszedł do chatki i nie czekając na słowa powitania, rzucił na stół kilka garści uciętych liści gryfiego ziela.

Joachim spojrzał ze zdziwieniem na przybysza, lecz po chwili parsknął głośno śmiechem.

– Mistrzu Marcusie, przecież mówiłem, że dwa liście starczą!

Czarodziej oparł ręce na dębowym blacie i pochylił się w stronę staruszka.

– Mistrzu Joachimie, ja wiem, że to obłąkana prośba, ale błagam… jest mi potrzebne coś, co odwróci działanie eliksiru nieśmiertelności. Życie za to oddam.

Alchemik pokiwał głową z niedowierzaniem, ale wydawał się być szczerze rozbawiony.

– Ach, ty narwany młodzieńcze! Życie oddasz? Zmiennyś strasznie… Na twoje szczęście już dawno temu opracowałem antidotum.

Alchemik udał się do najbardziej zagraconej części pomieszczenia. Marcus nie czekał długo, Joachim wrócił szybko. W dłoni trzymał niewielką szklaną buteleczkę, w której buzował srebrzysty płyn. Alchemik bez zbędnych ceregieli wręczył gościowi flakonik. Książę Elamu spoglądał to na miksturę, to na gospodarza. Wahał się, walczył sam ze sobą.

– Mistrzu Joachimie, dlaczego ja to czynię? Czy postradałem zmysły? Chcę się zestarzeć i umrzeć… tylko dlatego, że coś mi się przyśniło, coś mi się zdawało…

Nie dokończył zdania, gospodarz położył mu dłoń na ramieniu i spojrzał głęboko w oczy.

– Mój młody przyjacielu, czy ty naprawdę myślisz, że jesteś pierwszy? Każdy z nas ma w tamtej krainie kogoś, za kim tęskni.

Trawiące Marcusa wątpliwości nie zniknęły, ale mimo wszystko czarodziej odkorkował flakonik i wypił jego zawartość duszkiem. Nie był nawet pewien, czy Promień Słońca istnieje naprawdę. Bardzo jednak pragnął zatańczyć z nią na królewskim balu. 

Koniec

Komentarze

Intrygująca bajka. Uważaj, czego sobie życzysz!;) Prawie jak Midas.

Nie podobał mi się regał – za nowoczesny.

Poza tym ok.

Sam nie wiem. Ładnie napisana bajka, nie za krótka, nie za długa, ale nie porwała. Po prostu nie wierzę, w motywacje Marcusa. Dla spotkanej na balkonie dziewczyny rezygnuje z nieśmiertelności, która była jego marzeniem? Czarodziej z ogromną mocą mógłby mieć kobiet na pęczki, szczególnie książę. Rozumiem miłość, ale po krótkiej rozmowie? Ok, może zbyt cynicznie podchodzę.

W porządku opowieść, choć przewidywalna, co do zakończenia.

Opowiadanie ma wszystkie elementy baśni, takie jak pożądanie doskonałości, wysoko urodzonego bohatera, metanoję i morał. Napisane jest też zgodnie z konwencją, ładnym językiem. Przeczytałam z przyjemnością.

Co do uwag: można by się zastanowić nad tym, jaki czarodziej ma charakter. Marcus jest tu trochę nijaki, dopiero pod koniec, szarpany uczuciami, odsłania swój temperament. Czy jest zachłanny i musi mieć wszystko? Czy jest pyszny i dumny? Czy jest kochliwy? Chciałabym, aby był bardziej plastyczny, konkretny, zresztą tak samo jak Joachim.

Spodobało mi się zakończenie.

Pozdrawiam!

Dziękuję za komentarze, każda uwaga jest dla mnie cenna – szczególnie jeżeli dotyczy kreacji postaci.

Co do wyborów Marcusa – główny bohater również ma świadomość, iż postępuje, być może, naiwnie. Nie chciałem tej impulsywności eliminować z jego charakteru. Uważam, iż każdy człowiek czasem robi coś, czego nie jest do końca pewny.

SaraWriter – super grafika!

Na początek zaciekawił mnie powód przedstawienia streszczenia fabuły w pierwszym akapicie. Dziwne? Myślałam, że opowiadanie ma zaskakiwać i że po jego przeczytaniu wiemy więcej niż przed. Po co mam czytać, jeśli pigułkę podajesz na samym początku?

 

No i nie zaskoczyło, tak jak napisałeś. Trochę naiwne, trochę bajka o księżniczkach. Jak na bajkę za długa, trochę się ciągnie i mało w niej dramatyzmu, zmiany. Niewiele się dzieje.

Poprawnościowo, chyba sprawnie, ale się na tym nie skupiałam.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ok, dzięki za opinię, Asylum.

Ładna bajka. Mi w odróżnieniu od Asylum – pomysł ze streszczeniem w pierwszym akapicie się podobał. Czasem, gdy nie jesteśmy zaskakiwani – możemy się skupić na innych elementach. I tak było również tu. Z początku bajka zbytnio mi się nie podobała, ale piękniała z każdą linijką.

Myślę, że końcówkę można by jednak trochę podkręcić, by ładniej wybrzmiewała.

Postaci rzeczywiście papierowe – ale przecież to bajka. Mogą być stereotypowe.

Aha – i co z Agnes? ;)

entropia nigdy nie maleje

Jim, dziękuję za komentarz i uwagi. Co się stało z Agnes? Zapewne jeszcze kilka razy się z Marcusem spotkali. Ale to już inna bajka. ;)

Uważam, że to baśń, więc jako baśń będę to oceniać. ;)

A w tej roli sprawdza się bardzo dobrze – ma prosty, choć ładny język, nie rozwodzisz się nad szczegółami. Postaci nie są specjalnie wiarygodne, choć Joachim nieco mnie zaskoczył. Sądziłam, że wzorem innych historii zażąda za swój eliksir wysokiej ceny. Fajnie, że tak się nie stało, bo też nie wniosłoby to tutaj dodatkowej wartości.

Gdyby to była normalna opowieść, a nie baśń, przydałoby się nadać więcej charakteru postaciom, więc weź to pod uwagę przy kolejnych utworach. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dziękuję za komentarz i uwagi. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, Lupus90Gno ;)

Mam ambiwalentne odczucia odnośnie Twojego tekstu. Ambitny, żądny zdobywania kolejnych szczytów mag wyrusza do mądrzejszego od siebie, poczciwego i dosyć stereotypowego dobrotliwego czarodzieja, by posiąść ostatnią rzecz, której jeszcze nie ma. Cel osiąga i od tamtego momentu czekałem tylko na moment, kiedy dostanie nauczkę albo uzmysłowi sobie, że głupio postąpił :P Uważam, że ta przewidywalność nie jest zła w konwencji, którą sobie wybrałeś, ale motywacja Marcusa do odwrócenia tego czynu mnie nie do końca przekonała – poświęciłeś jej zbyt mało miejsca, stało się to nagle. 

Co można było zrobić lepiej? Na pewno solidniej narysować charaktery obu postaci, żeby wydawały się bohaterami z krwi i kości, o swoich ambicjach, planach, zamierzeniach i uczuciach. Wtedy opowiadanie dużo mocniej zapisywałoby się w pamięci :) Dodatkowo może dałoby się wykorzystać postać Agnes, starej miłości, żeby lepiej umotywować decyzję Marcusa o przyjęciu antidotum na nieśmiertelność? 

Z plusów: opowiadanie czytałem z zainteresowaniem i chociaż spodziewałem się, co nastąpi, byłem ciekaw, w jaki sposób do tego doprowadzisz :P Napisane jest naprawdę nieźle – przynajmniej w mojej opinii, zapewne mądrzejsi ode mnie będą mieli na tę sprawę inny pogląd. 

Z ciekawością zerknę do Twojego kolejnego opowiadania :D

Pozdrawiam!

AmonRa, dziękuję za tak obszerny komentarz. Uwagi odnośnie lepszego nakreślenia motywacji Marcusa powtórzyły się w spostrzeżeniach kilku czytelników, więc będę miał to na uwadze przy pisaniu kolejnych tekstów. Dzięki za zainteresowanie moim opowiadaniem. :) Pozdrawiam! 

Cześć. Mam mieszane uczucia względem tekstu. Trochę daje się tu we znaki wszystko naj: najlepszy czarodziej, najbardziej dobroduszny alchemik, najbardziej pożądana rzecz przez maga. Postaci są dość typowe.

Brakuje mi tu po prostu skali szarości postaci, ich pogłębienia.

Ogólnie tekst jest dość sprawnie napisany. Przekazałeś to, co chciałeś przekazać. Kwestia przedmowy – po przeczytaniu przedmowy i pierwszego akapitu już mniej więcej wiedziałem, co będzie się działo. Pisanie tego może zabić chęć czytelnika do przeczytania. Ja byłem bliski tej śmierci, ale stwierdziłem, że przeczytam. :P 

Całkiem przyjemne opowiadanie. Jeśli by się tak zastanowić, nieśmiertelność ma wiele ciemniejszych stron, więc fajnie, że w zakończeniu bohater zdecydował się poszukać antidotum. Choć pewnie większe wrażenie by na mnie wywarło, gdyby miał ku temu solidniejszą motywację, niż tylko chęć spotkania zjawy, co do której nie był pewien, czy ta w ogóle istnieje.

Napisane jest całkiem przyzwoicie. Może by trochę tu i tam powycinać, aby zostawić samą esencję, której nie ma aż tak wiele na tyle znaków. Kurczę, nie bardzo wiem, co napisać, bo źle nie było, ale sądzę, że jednak tekst nie zapadnie mi w pamięć. Tak czy inaczej, to w miarę dobry prognostyk na przyszłe opowiadania.

Sagitt, Silva, dziękuję bardzo za Wasze komentarze. W następnych opowiadaniach już nie będę eksperymentował z baśnią, więc będę mógł się bardziej skupić na konstrukcji postaci. 

Szczerze, jeśli zignorować potknięcia warsztatowe, to jedno z moich ulubionych opowiadań w konkursie. Bardzo prosta, niesamowicie satysfakcjonująca baśń. Niby motyw jest nieco ograny, ale nie widziałem jeszcze takiej prezentacji. I wiem, że wiele osób, mogłoby się tego czepiać, ale mi bardzo się podobało.

Co było źle?

Początek, zdecydowanie. Masz potężne streszczenie na samym wstępie i infodump (napakowanie ogromniej ilości informacji). Wiesz, myślę, że opowiadanie byłoby znacznie bardziej wyrównane, gdybyś te elementy wplótł w części jego podróży, nawet jeśli wtedy opowiadanie byłoby dłuższe. Gdybyś nie zaczynał on suchego opisu bohatera, tylko na przykład od sceny, w której walczy ze skorpionem, bądź do tej walki się szykuje. Powolne odkrywanie bohatera jest znacznie ciekawsze, a przygody, które streściłeś mają potencjał, więc trochę szkoda.

Nie potrafił pojąć sensu tych słów. Bardzo go to zaniepokoiło, a może nawet zirytowało. 

Czasem lepiej powiedzieć mniej, pokazać to w reakcjach lub zostawić w kontekście. Kilka słów potrafi zepsuć obraz, zbyt dokładne opisanie nie dość, że będzie nudne, to może męczyć czytelnika.

Przy ostatnim słowie wyszczerzył zęby trochę przesadnie chciał ukryć zakłopotanie.

Tutaj jest problem z tym myślnikiem, zastąpiłbym go kropką i od “chciał” dał kolejne zdanie, bo póki co, to wygląda, jak kontynuacja wypowiedzi.

Uśmiechnęła się ciepło i zrobiła krok do przodu. 

Moim zdaniem tutaj rodzaj uśmiechu leży w kontekście sceny, jest zawarty w dialogu i każdy dobrze go sobie wyobrazi, dodaniem “ciepła” tylko rozganiasz wrażenie. Przysłówki nie zawsze są dobre, a często wręcz bardzo przeszkadzają.

Opowiadanie z gatunku tych przyjemnych i bez przesadnych komplikacji. Bardzo mi się podobało.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrol, dziękuję bardzo za uwagi. Błędy, które mi wskazałeś, w większości już usunąłem. Niestety nie dam już rady przerobić pierwszego akapitu. Bym musiał przebudować połowę opowiadania, na przyszłość będę bardziej czujny.

Cieszę się, że baśń się podobała. Ogromna to dla mnie satysfakcja – móc przeczytać taką recenzję. :)

Ciekawy pomysł. Może nie odkrywczy, nawet nie oryginalny, ale ciekawy i śmiało możesz nad nim popracować. No, bo tekst trochę pracy wymaga. Przede wszystkim zastanów się, o czym dokładnie chcesz opowiedzieć – bo opowiadanie zawiera mnóstwo nadmiarowych informacji, których można byłoby się pozbyć. Nie wiem też, czy to dobry pomysł, by tak nawiązywać do Kopciuszka. Trochę zbyt mało jak na retelling, trochę zbyt dużo jak na brak skojarzenia z tą baśnią. 

Gekikara, dziękuję za komentarz i uwagi. Ciekawe jest Twoje skojarzenie z Kopciuszkiem. Nie miałem jednak takiej intencji przy pisaniu opowiadania. 

Opowiadanie ma wiele z klasycznego fantasy. Jednocześnie wykorzystujesz ten gatunek, by pobawić się trochę w zderzanie takich najpowszechniejszych, niemożliwych do spełnienia marzeń z rzeczywistością, które często prowadzą do jakże znanej konstatacji: uważaj, czego sobie życzysz.

Na podobne zabawy porywało się już wielu przed Tobą (choćby Wells i jego „Niewidzialny człowiek”). Tym nie mniej, zawsze fajnie przekonać się, czy autor przy takiej próbie był w stanie znaleźć jakąś atrakcyjną czytelniczo koncepcję ogrania tego typu motywów.

Ponieważ tematem konkursu są „Tajemnice światów”, siłą rzeczy wypadałoby napisać parę słów o prezentacji tego świata w opowiadaniu. Świat nie gra oczywiście kluczowej roli w opowiadaniu, właściwie opowiastce, bo bardzo rozważnie (w mojej ocenie) dobrałeś długość do pomysłu na tekst.

Z tym światem to u Ciebie jest tak, że oglądamy go niejako mimochodem, przy okazji. Nie ma tu otwartej próby opowiadania o świecie. Jednocześnie, zawsze jednak pamiętasz, by wraz z rozwojem historii „dorzucać” po te kilka obrazów. Tak, by czytelnik ani na moment nie zapomniał, że znajduje się w obcym fantastycznym świecie.

Uważam, że taka prezentacja świata sprawdza się dobrze. Coś tam pokażesz, nie przynudzisz zbyt długim opisem. Ponieważ to raczej klasyczne fantasy, ani myślę się tu czepiać typowości obrazów. Jasne, wszystko to, co pokazujesz, dobrze już znamy, ale też i na tym w jakimś stopniu polega klasyczność. Oczywiście, te wszystkie efektowne „stwory” jak lodowe olbrzymy czy hydra z dziewięcioma głowami spotykamy jedynie przy okazji jednozdaniowego streszczenia, co trochę psuje efekt. Z drugiej strony, jak wspomniałem, dobrze oceniasz potencjał opowiadania, jeśli chodzi o liczbę znaków, więc pewnie przy szerszej próbie opisania tych potyczek czepiałbym się przegadania. Słowem, jeśli chodzi o świat, nie zamierzam marudzić.

Fabuła.

Jak pisałem, po takim tekście nie oczekiwałbym złożonej fabuły. Wszystko, co jest celem takie opowiadania, to ciekawe ogranie motywu nieosiągalnego marzenia „w praktyce”. Jak to wypada u Ciebie?

No tu już niestety trochę pomarudzić muszę, bo prezentacja tego motywu jest strasznie prosta. I jednak ograna. Ta prezentacja nieśmiertelności nie wykracza z grubsza poza to, co mógłby sobie wymyślić czytelnik. W dodatku tak łatwa dostępność owej nieśmiertelności dla bohatera jest jasnym sygnałem, że to rodzaj marzenia, po które nie warto sięgać, co niejako spoileruje, w jakim kierunku pójdzie tekst. A taki spoiler jest bardzo bolesny dla odbioru opowiadania, bo mocno ogranicza (by nie napisać zabija) ciekawość czytelnika.

Słowem, tutaj tekst potrzebował ujęcia tematu nieśmiertelności z jakiejś mniej znanej perspektywy. Albo poszukania motywu nieśmiertelności z haczykiem. Takich opcji są dziesiątki, można tu się bawić na wiele sposobów. Nie wiem, może jakaś nieśmiertelność z założeniem, że nie chroni ona przed urazami, albo przewlekłym bólem (możesz cierpieć, ale nie możesz umrzeć). Rzucam oczywiście na szybko i na poczekaniu, żeby podać jakiś przykład do tej myśli głównej. W każdym razie ta opowiastka wydała mi się jednak zbyt uproszczona.

Został bohater. Bohater służy tak naprawdę prezentacji pomysłu na nieśmiertelność wraz z refleksją na temat jej pozornej tylko wartości. Ów bohater (a właściwie bohaterowie) nie mają tu prezentować jakichś złożonych charakterów, nie taka jest ich rola, więc tutaj zwyczajnie odstępuję od oceny tego elementu.

Podsumowując. Wdzięczny, choć siłą rzeczy uproszczony obraz świata. Niezły w sumie koncept na krótką opowiastkę o nieśmiertelności, ale jednak w decydującym elemencie brakło trochę pomysłu na ciekawe ujęcie tego tematu.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję za tak wnikliwą ocenę. To opowiadanie było pewnym eksperymentem, raczej już nie będę celował w baśnie. 

Tematyka konkurs bardzo przypadła mi do gustu, autorzy mogli się popisać. CM, gratuluję pomysłu i inicjatywy! Mam nadzieję, że kiedyś wezmę udział w kolejnym Twoim konkursie. 

Nowa Fantastyka