- Opowiadanie: Outta Sewer - Będzie jak dawniej

Będzie jak dawniej

Napisane na prawie ostatnią chwilę. Mam nadzieję, że da się to czytać bez bólu oczu, zębów, czy kogo co tam pobolewa podczas czytania cudzych tekstów ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Będzie jak dawniej

Maciuś prawie spadł z kanapy, kiedy nadszedł pierwszy wstrząs. Nie czekając na kolejne, zeskoczył na podłogę, pobiegł do kuchni i schował się pod solidnym, drewnianym stołem, który ostał się w rodzinnym domu po czasach, kiedy wszystko było robione porządnie. Skulił się i zasłonił rękami głowę.

Znów zatrzęsło, tym razem mocniej. I zdecydowanie dłużej.

Chłopczyk poczuł się jak wtedy, na łódce, kiedy ojciec wziął go na weekendowy wypad, z zamiarem zaszczepienia synowi miłości do wędkowania. Gwałtowna burza, która zaskoczyła ich na środku jeziora bujała wynajętą łupinką tak mocno, że Maćkowi nie pomógł nawet połknięty przed wypłynięciem awiomarin. Wymiotował za burtę, kiedy gwałtowny przechył wyrzucił go do wody.

Pamiętał siebie wypadającego za krawędź, tak jakby patrzył oczami ojca.

Skok w toń jeziora, ręka łapiąca Maćka za kołnierz, wrzucająca go do wnętrza łódki. Dłonie zaciskające się na burcie, widok skulonego, przerażonego dziewięciolatka. Fala, wiosło, ciemność…

Wspomnienie rozwiało się, pozostało tylko to koszmarne bujanie, które teraz dopadło go tutaj, na lądzie, w domu.

Żołądek Maciusia podskakiwał, wyczyniając dzikie harce. Chłopczyk zamknął oczy, ponieważ rozchybotany obraz otoczenia potęgował mdłości, ogłupiał błędnik, powodował zawroty głowy. Z szafek zaczęły wypadać naczynia, sprzęty kuchenne oraz wszelkiej maści pojemniczki. Okap odpadł od ściany i z hukiem wylądował na podłodze. Coś uderzyło w stół, z brzękiem rozpadło się na tysiąc drobin. Najpewniej to lampa oderwała się od sufitu.

Przestrzeń wokół chłopca wypełniał hałas. Drzwi lodówki kłapały arytmicznie, szkło brzęczało w gablotkach, garnki z metalicznym brzdękaniem toczyły się po kafelkach.

Nagle wszystko znieruchomiało. Ucichło.

Maciuś rozchylił powieki, wypełznął spod stołu. Omijając porozrzucane po całej kuchni przedmioty dostał się z powrotem do salonu. Wyciszony telewizor wciąż działał, ustawiony na jedynym dostępnym kanale. Chłopiec zerknął w przelocie na wypełniającą ekran gładką taflę jeziora, po której sunęła niewielka łódeczka, popędzana bijącymi o wodę wiosłami. Maciek przeciął pokój, wpadł do sieni. W pośpiechu założył buty oraz kurtkę i wyszedł na zewnątrz.

Było ciemno. Z nieba sypał śnieg. Wielkie płatki bardziej przypominały kawałki podartych chusteczek, niż delikatny puch. Na ulicy przed domem było pusto, światło nie świeciło się w żadnym z dwóch sąsiednich budynków. Maciek pomyślał, że może zerwało linie energetyczne. Ale nie, to nie mogło być to, w końcu u niego działał telewizor.

– Mamo, kiedy wrócisz? – wyszeptał.

Rozejrzał się po wyludnionej okolicy i doszedł do wniosku, że skoro trzęsienie ziemi się skończyło, bezpieczniej będzie wrócić do środka. Kto wie, czy w ciemnościach na zewnątrz nie czai się jakiś złodziej, porywacz albo czarna wołga? Już miał otworzyć drzwi, kiedy znieruchomiał i zganił sam siebie za bycie tchórzem.

A jeśli w sąsiednich domach ktoś ucierpiał? Ktoś może potrzebować pomocy. Wprawdzie Maciek miał dopiero dziewięć lat i nie kojarzył za bardzo sąsiadów, jednak nie oznaczało to, że nie może pomóc w razie potrzeby.

Przeszedł kilkadziesiąt metrów dzielących go od domostwa po prawej, wszedł na szeroki ganek. Zatrzymał się pod drzwiami. Zapukał. Brak odpowiedzi.

Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział kogoś, kto wchodziłby do tego domu, lub go opuszczał.

Już miał odejść, kiedy drzwi, przeraźliwie skrzypiąc nienaoliwionymi zawiasami, uchyliły się nieznacznie. Wyglądało na to, że otwarły się same, ponieważ nikt się nie przywitał, ani nie zapytał, czego Maciek tutaj szuka.

Chłopak pchnął skrzydło, jednocześnie robiąc krok w tył. Wewnątrz było ciemno. Tchnęło ze środka ciężkim zaduchem, jaki zdarza się w niewentylowanych pomieszczeniach, ogrzewanych zbierającymi kurz, żeliwnymi kaloryferami.

Zapach starości i osamotnienia.

Maciek zebrał w sobie całą odwagę, na jaką stać dziewięciolatka, i przekroczył próg.

 

***

 

Wysoka blondynka kroiła warzywa, poświęcając tej czynności całą uwagę. Obok niej, przy piecu, stał dobrze zbudowany czterdziestoparolatek. Mężczyzna pochłonięty był doglądaniem smażących się na patelni sadzonych jajek.

– Błażej, za pół godziny musisz odebrać Maćka ze szkoły. Potem wracasz po Milenkę i zawozisz dzieci do babci – przypomniała mężczyźnie blondynka, odkładając nóż do zlewu.

– Wiem, kochanie. – Błażej ustawił patelnię na niskim płomieniu. Podszedł do kobiety i objął ją od tyłu, w talii. – Widzę, że próbujesz zachować spokój… Wiem, że ten dzień, ta decyzja, są dla ciebie trudne. Nie musimy jechać, wiesz, że można to załatwić online. To przecież tylko ostatni podpis.

– Chcę się pożegnać.

– Co powiedziałaś Maćkowi?

– Że znajomy zaprosił nas na łódkę. Milenka jest za mała, żeby jechać. A Maciek… Przecież wiesz.

Mężczyzna przytulił się do kobiety i pocałował ją w płatek ucha.

– Będzie dobrze, Nati, zobaczysz. To już cztery lata. Sama mówiłaś, że nie ma sensu tego dłużej ciągnąć. Orzeczenie pozwoliło na rozwód, a teraz dało ci kolejną możliwość. Dla naszego dobra.

Natalia odwróciła się przodem do męża.

– Kocham cię.

Wtuliła się w zgięcie jego szyi, żeby ukryć cisnące się do oczu łzy.

– Ja ciebie też.

 

***

 

– Halo? Jest tu kto? – zawołał chłopiec.

Na oślep namacał włącznik. Nacisnął i po chwili pojawiło się przytłumione światło, bijące od rozżarzających się powoli żarówek. W domu panował nieporządek, jeszcze większy niż u Maćka po ostatnich wstrząsach. Tyle, że tutaj bałagan wyglądał na ten rodzaj, który widuje się w zapuszczonych mieszkaniach, a nie w domach po trzęsieniu ziemi. Maciuś z obawą ruszył znajdującym się za progiem korytarzem i zajrzał przez pierwsze drzwi.

Jak się okazało, do kuchni.

Na starym linoleum oraz na blatach kuchennych zalegała gruba warstwa kurzu. W zlewie piętrzyły się w nieładzie stare garnki i rondle, całe poobijane, z odłupaną tu i ówdzie emalią. Śmierdziało stęchlizną i resztkami jedzenia, a w czymś mętnozielonym, czym wypełniona była stojąca na skraju stołu szklanka, coś się chyba ruszało.

Maciek miał ochotę uciec, ale jakiś wewnętrzny nakaz powstrzymywał go od poddania się strachowi.

Zajrzał przez kolejne drzwi. Sypialnia. Znów bałagan. Salon. Bałagan. Toaleta. Bałagan. Smród. Stęchlizna.

Wreszcie stanął przed drzwiami na końcu korytarza, złapał za klamkę. Pociągnął.

Pod sufitem pustego, pozbawionego okien pokoju brzęczała świetlówka, przygasając co kilka sekund i rozjarzając się na nowo. Na środku pomieszczenia siedział na krześle zgarbiony mężczyzna. Ubranie luźno wisiało na jego wychudzonym ciele. Zapadnięte policzki, blada cera oraz podkrążone oczy nie świadczyły dobrze o stanie zdrowia.

– Czekałem na ciebie – wychrypiał człowiek i spojrzał na Maćka zmęczonym wzrokiem. Wątły uśmiech pojawił się na jego ustach. – W końcu przyszedłeś.

Maciuś stanął jak wryty.

– Nie bój się. Nic ci nie zrobię. Zresztą, nawet gdybym chciał, to i tak nie miałbym na to siły. Nadszedł ten dzień! Dzisiaj musisz opuścić to miejsce. A ja wiem, gdzie jest wyjście.

– Jakie miejsce, o czym pan mówi? – zapytał skonsternowany dziewięciolatek.

– To miejsce. Ten fragment ze strzępków i kłamstw. To wspomnienie świata. Pójdziemy razem, w końcu się stąd wyrwiemy.

Mężczyzna wstał. Chwiejąc się na nogach odsunął krzesło, z trudem przykucnął i szarpnął za metalową klamrę osadzoną w podłodze.

Drewniana klapa odskoczyła, odsłaniając otwór, z którego rozlał się po całym pokoju złoty blask. Poświata zagrała refleksami na wychudzonej twarzy lokatora domu, odbiła się w jego oczach.

– Podejdź. Bez obaw. To właśnie jest wyjście. – Mężczyzna wskazał dłonią otwór.

Maciek nie chciał się zbliżać, ale coś jakby pchało go naprzód, nakazywało podejść i zajrzeć do środka. Chłopiec poddał się temu czemuś. Po kilku krokach stanął ramię w ramię ze starszym człowiekiem.

Pod klapą był piasek. Złote drobinki zsypywały się od krawędzi ku środkowi, tworząc lej. Maciek i mężczyzna stali tak zapatrzeni przez dłuższą chwilę, a piasku zdawało się nie ubywać.

– Wystarczy, że wskoczymy.

– Kim pan jest? – zapytał Maciek, odzyskując rezon.

– Ważne jest to, kim ty jesteś. – Odpowiedział mężczyzna, tak naprawdę nie odpowiadając. – Wiesz jak masz na imię?

– Głupie pytanie. A czemu miałbym nie wiedzieć?

– Bo nie jesteś Maćkiem. Wspomnienia mieszają ci się z wyobrażeniami o tym, jaki powinien być Maciek, co powinien pamiętać. Przypomnij sobie kiedy ostatnio widziałeś drugiego człowieka? Kiedy z kimś rozmawiałeś? Kiedy było lato?

– Pan jest dziwny. – powiedział Maciek i odsunął się od otworu. – Rano rozmawiałem z mamą…

– Na pewno rano? A jak wygląda twoja mama? Jest może krępą brunetką?

– Moja mama jest szczupła i piękna. I ma złote, krótkie włosy.

– Śpiewała ci do snu. Kołysankę “Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga”, prawda? Przypomnij sobie jak to robiła.

Maciek miał dość tego dziwnego miejsca, dziwnego człowieka i dziwnego otworu w podłodze. Miał nadzieję, że to mu się tylko śni, ale mimo to spróbował sobie przypomnieć mamę, nucącą mu kołysankę. Przed oczami stanął Maćkowi obraz szczupłej blondynki, przycupniętej na skraju łózka i gładzącej go po włosach. Była piękna. We wspomnieniu mama otwarła usta, a kiedy spomiędzy jej warg popłynęły słowa, stało się coś dziwnego. Matka przestała być atrakcyjną blondynką, a stała się niską, pulchną brunetką o przeciętnej urodzie. Ta obca kobieta zdała się jednak chłopakowi w jakiś niezrozumiały sposób znajoma.

Maciek mrugnął kilka razy, rozganiając wspomnienie. Na jego dziecięcej twarzy malowała się dezorientacja.

– Widzisz? Wspomnienia cię zawodzą. Mieszają się. Musimy wskoczyć, to jedyne rozsądne wyjście – ponaglił mężczyzna.

Zamiast posłuchać, Maciek zaczął powoli wycofywać się w stronę korytarza.

– Muszę iść. Mama mogła już wrócić.

Mężczyzna spojrzał twardo na chłopca, ale nie ruszył się z miejsca.

– Jeśli stąd wyjdziesz, zgubisz się jeszcze bardziej. Zgubisz mnie. Rozumiesz? Jeśli posłuchasz tamtego… Zniszczysz z trudem wywalczony spokój i szczęście osoby, którą kochasz.

– Nie wiem o czym pan mówi. – Krok za krokiem, Maciek tyłem zbliżał się do drzwi. – Mama na mnie czeka.

Chłopiec wreszcie odważył się odwrócić plecami do dziwaka i pobiec ku wyjściu. Kiedy przebiegał przez próg, doszedł go rozpaczliwy krzyk opuszczonego mężczyzny:

– Nie wierz w jego kłamstwa!

 

***

 

– On ma już trzynaście lat, Nati. Nie żyje w szklanej bańce, wiele rozumie.

– Błażej… Proszę, przestań. – Natalia siedziała sztywno na fotelu pasażera. W myślach modliła się, żeby ta droga trwała w nieskończoność a oni nigdy nie dojechali na miejsce. Nie miała siły spierać się po raz kolejny o tę kwestię. – Przedyskutujemy to, obiecuję.

– Teraz. Teraz jest moment na dyskusję. Myślisz, że okłamywanie go będzie lepsze? Za pięć lat Maciek będzie dorosły. Wtedy może wrócić do kraju. Jako najbliższy członek rodziny Wojtka, będzie mógł poprosić o dostęp do dokumentów. Bez twojej wiedzy. I co wtedy? Doda dwa do dwóch. Lepiej będzie jeśli dowie się w taki sposób? – Błażej nie odpuścił, drążył coraz natarczywiej.

– Daj spokój, powiedziałam! – wybuchnęła kobieta. Drżącymi rękami wyciągnęła z torebki chusteczkę i przetarła zawilgotniałe oczy.

Błażej skupił się na drodze. Zaległą ciszę przerwał dopiero po przejechaniu parunastu kolejnych kilometrów.

– Za piętnaście minut będziemy na miejscu. I… Przepraszam. Zrobisz, co będziesz uważała za słuszne.

– Kocham cię.

– Też cię kocham. – Złapał żonę za rękę i ścisnął mocno, dodając jej tym gestem otuchy. Mając nadzieję, że poprawi jej humor, pochwalił się z dumą: – Dzisiaj Maciek pierwszy raz nazwał mnie tatą. Łapiemy kontakt.

Kobieta uśmiechnęła się blado.

– Mam nadzieję, że czekająca nas przeprowadzka tego nie popsuje.

 

***

 

Maciuś stał przed swoim domem. Chciał ukryć się w środku i poczekać na mamę. Opowiedzieć jej o trzęsieniu, wizycie w domu obok, o dziwnym mężczyźnie, który tam mieszka oraz o pełnym złotego piasku otworze w podłodze. Jednak drzwi okazały się zamknięte. Szarpał za klamkę, bił pięściami, wściekle wduszał przycisk dzwonka, ale nic to nie dało.

W końcu usiadł na schodku i zerknął na dom dziwnego człowieka. Nie wróci tam, o nie! Obrócił głowę i zerknął na drugi z sąsiednich budynków. Przedtem było w nim ciemno, lecz teraz przez szeroki prostokąt wejścia wylewało się z niego na ulicę miękkie światło. Zapraszało, nęciło obietnicą bezpieczeństwa i ciepła.

Chłopiec nie wiedział, co ma zrobić. Zdrowy rozsądek nakazywał poczekać, może mama za chwilę się pojawi, przytuli, otworzy drzwi, da ciepłej herbaty i położy do łóżka, zaśpiewa kołysankę. A jeśli trzęsienie ziemi spowodowało w mieście większe szkody? Sprawiło, że drogi są nieprzejezdne, a wtedy Maciek będzie tutaj marznął, kto wie, czy nie do samego rana.

Chwilę bił się z myślami i w końcu podjął decyzję. Ruszył ku zapraszająco otwartemu wejściu domu drugiego sąsiada.

Ostrożnie wszedł do środka, trafiając wprost do nowocześnie urządzonego salonu. Tutaj, dla odmiany, panował nieskazitelny porządek. Lampy świeciły równym blaskiem, na białych ścianach nie było nawet śladu zabrudzeń. W umieszczonym centralnie kominku wesoło trzaskał ogień, trawił grube polana, rzucał przez osmoloną przesłonę rozchybotane cienie na wypastowane podłogowe panele. W gablotkach pod ścianami stały równo poustawiane figurki, dzwoneczki, puste ramki na zdjęcia i cała masa innych przedmiotów. Nic nie leżało na podłodze, nic nie wyglądało na uszkodzone. Czy to możliwe, że trzęsienie ziemi nie spowodowało żadnych szkód? – zastanowił się chłopiec.

Maciek już miał zawołać, żeby sprawdzić, czy ktoś tutaj jest, kiedy z sąsiedniego pomieszczenia wyszedł mężczyzna, na oko czterdziestoletni, wysportowany, ubrany w markowe ciuchy. Szeroki uśmiech zagościł na jego przystojnej twarzy, gdy tylko spostrzegł stojącego w wejściu Maćka.

– Wreszcie jesteś! Czekałem na ciebie!

Mężczyzna podszedł do intruza sprężystym krokiem. Przyjemne ciepło bijące ze środka domu sprawiło, że chłopiec nie miał ochoty uciekać na widok kolejnego dziwnego faceta, który twierdził, że na niego czekał.

– Dlaczego pan czekał? – zapytał Maciek. Tak po prostu, bez emocji.

– Bo dziś jest ten dzień! Wydostaniemy się stąd razem! Wrócimy i będzie jak dawniej.

– Pan też ma klapę w podłodze? Taką ze złotym piaskiem?

– Nie… A więc byłeś u niego… Pewnie nagadał ci jakichś bzdur o odpowiedzialności, co? – zasępił się mężczyzna, ale tylko na sekundę, bo zaraz na jego twarz powróciła radość. – Ale, hej! I tak przyszedłeś do mnie! Słuszny wybór!

Maciek nadal stał w wejściu, kiedy ten uradowany dziwak zniknął w sąsiednim pomieszczeniu. Wrócił ubrany w puchową kurtkę, z kilofem w ręce. Wyminął chłopca w drzwiach.

– No, chodź. Idziemy. – Rzucił przez ramię, po czym ruszył zaśnieżonym chodnikiem w noc. Prosto przed siebie, w stronę miasta.

– A nie mogę poczekać u pana, aż mama wróci?

– Twoja mama czeka na nas tam, gdzie idziemy. Chodź.

Maćkowi było już wszystko jedno. Strach gdzieś się ulotnił, zdrowy rozsądek zgubił, wątpliwości wyparowały. Chłopiec powlókł się za mężczyzną.

Przeszli tak razem kilkadziesiąt metrów, oddalając się od trzech sąsiadujących ze sobą domów. Z nieba już nie sypało, ale robiło się coraz zimniej. Z każdym metrem śnieg pod butami skrzypiał głośniej. W końcu mężczyzna przystanął.

– Popatrz. To jest granica – powiedział do chłopca i wyciągnął rękę przed siebie. Dłoń napotkała opór, oparła się o coś, czego nie było. Jak o niewidzialną barierę. – Szklana bańka, w której nas zamknięto. Możesz ją zniszczyć! Otworzyć nam wyjście. Do mamy, czy taty, obojętnie. Do świata, gdzie będzie jak dawniej! A nawet lepiej! Weź kilof.

Maciek posłusznie wyciągnął dłonie, przyjął podane mu narzędzie.

– A teraz uderz! No, raz a mocno!

Kilof był ciężki, ale Maćkowi jakoś udało się unieść go nad głowę. Wziął zamach.

Przypomniał sobie dziwaka od dziury z piaskiem. On też chciał wyjść, opuścić to miejsce. Przez głowę chłopca przebiegła myśl, że ten zabiedzony człowiek, gdyby o niego zadbać, wyglądałby podobnie do mężczyzny, który stał teraz obok niego. Maciek się zawahał.

– Dalej, Wojtuś! Tam, na zewnątrz bańki, jest twoja mama! Nie każ jej dłużej czekać!

Maciek uderzył.

 

***

 

W holu było pusto. Tylko recepcjonistka siedziała na posterunku, za wysokim kontuarem, skupiona na wertowaniu sterty papierów.

Natalia nie poczekała na parkującego samochód Błażeja. Chciała mieć to jak najprędzej za sobą.

– Dzień dobry. Ja do doktora Barańczaka, w sprawie męża. Jestem umówiona.

– Pani nazwisko? – zapytała starsza kobieta.

– Natalia Wielicka.

Recepcjonistka irytująco długo klikała coś na komputerze, żeby na koniec oznajmić:

– Nie mam takiego nazwiska na liście.

– Mój mąż, to znaczy były mąż, Wojciech Wielicki, jest waszym pacjentem. – Głos Natalii drżał, stres potęgował zdenerwowanie.

– Sprawdzę jeszcze raz, to pewnie jakiś błąd. Wie pani, może na to nie wygląda, ale mamy tutaj dziś małe urwanie głowy.

Kobieta ponownie zagłębiła się w lekturę tabelek pojawiających się na ekranie komputera. Błażej znalazł wreszcie miejsce parkingowe, wszedł do kliniki i stanął przy wyraźnie roztrzęsionej żonie.

– Coś nie tak, kotku? – zainteresował się stanem Natalii.

– Mówią, że nie ma mojego nazwiska na liście. Nie mają też Wojtka, a przecież jest tutaj od czterech lat.

– Jeszcze raz, jakie to było nazwisko? – zapytała recepcjonistka.

– Wielicka. Wojciech Wielicki to wasz pacjent. – Natalia znów była na granicy płaczu.

– Niech pani poczeka – wtrącił się Błażej. Złapał żonę za ramię i stanowczo odwrócił ją przodem do siebie. – Nati, ja wiem, że to przez stres, więc się nie przejmuj, dobrze? Zieliński. Nie Wielicki. Wojciech Zieliński jest twoim byłym mężem. To my, teraz, po ślubie, jesteśmy Wieliccy. Rozumiesz swoją pomyłkę?

– O boże… – Natalia ukryła twarz w dłoniach. Szlochając przypadła do męża. – Boże…

Błażej mocno przytulił żonę.

– Zieliński? Ten, który miał wypadek na łódce, gdy ratował syna? Pani jest jego żoną? Próbowaliśmy się do pani dodzwonić… – Recepcjonistka była naprawdę przejęta.

Wtem prowadzące na oddziały, szerokie, dwuskrzydłowe drzwi otwarły się z impetem. Do holu wpadł łysiejący pięćdziesięciolatek w białym kitlu. Recepcjonistka zerwała się ze stołka jak oparzona i z daleka zawołała do lekarza:

– Doktorze Barańczak! Żona Zielińskiego do pana! Nie mogliśmy się do niej dodzwonić, jeszcze nie wie…

Natalia oderwała się od Błażeja. Przetarła oczy chusteczką.

– Pani Zielińska. – Lekarz podszedł, uśmiechając się szeroko. – Skoro pani jeszcze nie wie, to muszę panią poinformować, że dziś zdarzył się u nas jeden z tych małych cudów, jakich czasem jesteśmy świadkami. Pan Wojciech się dzisiaj wybudził! Akurat w dniu, kiedy mieliśmy dopełnić przykrych formalności.

Entuzjazm oraz radość aż kipiały ze słów i postawy doktora Barańczaka. Lekarza nieco zdziwił oraz zastanowił brak radości na twarzy Natalii, ale niezrażony kontynuował:

– Cztery lata! A wybudził się ot tak, nagle, bez żadnych wcześniejszych oznak! I jeszcze jeden cud nastąpił: jest zdezorientowany, ale całkiem świadomy otoczenia! Wypowiedział już nawet pierwsze słowa. Ba! Całe zdanie! Czy to nie wspaniałe?! To niesamowity przypadek, taki, który nadaje się do telewizji, na jakiś reportaż przynajmniej…

– Co powiedział? – Roztrzęsiona Natalia przerwała paplaninę doktora.

– No, więc, jego mowa jest jeszcze – co zrozumiałe, biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności – nieco bełkotliwa, ale, jeśli dobrze usłyszałem, to pan Zieliński powiedział: Wróciłem do ciebie, teraz będzie jak dawniej.

A nawet lepiej.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem. Trzeba przyznać – widać, że pisane na ostatnią chwilę. Fantastycznie rozbudowałeś życie wewnętrzne postaci i przyczynki kierujące ich działaniem, pewnie jeszcze bardzo długo nie będę tak potrafił, ale ogólne wrażenie – chaos. Co się stało z tatą Maciusia, wiemy, ale trudno dojść, o co chodzi z “zamianą” mamy i jaki związek z tym mają dziwaczni sąsiedzi. Może to jednak zamierzone.

 

I jedna, bardzo poważna uwaga.

Na przekór orzeczeniu o śmierci mózgu, pan Wojciech się dzisiaj wybudził!

Kpi czy o drogę pyta? Pacjenta w stanie wegetatywnym mniej więcej tak samo łatwo pomylić z martwym, jak pacjenta ambulatoryjnego (chodzącego i rozmawiającego z lekarzami) z takim w stanie wegetatywnym. To jest naprawdę spora różnica, czy pacjent leży bez świadomości, ale poza tym organizm mu funkcjonuje w miarę poprawnie, czy raczej nie utrzymują się żadne funkcje życiowe, nie oddycha samodzielnie, nie trawi, wymaga stałej stymulacji serca, nieprawidłowo pracują mu nerki, ma zniesione odruchy źrenic i tak dalej, i tak dalej. Ewentualnie, przy naprawdę wielkim pechu, za martwego można uznać pacjenta, który ma zerwaną komunikację centralnego układu nerwowego z resztą ciała (zawał brzusznej części mostu mózgu, niektóre rzadkie trucizny). Jednak i przed tym można się dobrze zabezpieczyć, chociażby dzięki postępowi technologii – aparaty do mierzenia aktywności elektrycznej mózgu (EEG) – poza tym doświadczony anestezjolog zwykle i tak odróżni gołym okiem, a orzeczenie śmierci mózgu to nie jest błaha sprawa, obligatoryjnie zbiera się konsylium lekarzy odpowiednich specjalności. Teksty takie jak ten służą tylko rozpowszechnianiu stereotypu, jakoby lekarze pobierający narządy do przeszczepu byli mordercami. Zastanów się, czy rzeczywiście chcesz przykładać do tego rękę.

 

To się rozpisałem. A jeszcze w drobiazgach:

Maciek zebrał w sobie całą odwagę, na jaką stać dziewięciolatka i przekroczył próg.

Przecinek po “dziewięciolatka” (domknięcie wtrącenia).

Drewniana klapa odskoczyła, odsłaniając otwór z którego rozlał się po całym pokoju złoty blask.

Przecinek przed “z którego” (zdanie podrzędne).

 

Ogólnie – jak mówiłem – tekst wydaje mi się naprawdę dobry w warstwie psychologicznej, spróbuję tu zapamiętać coś dla siebie, ale raczej niedopracowany. I ta nieszczęsna kwestia medyczna.

Pozdrawiam,

Ś

Hej, Outta Sewer

Wyszło Ci oniryczne opowiadanie. Podoba mi się, jak je napisałeś od strony technicznej, ale fabularnie już nieco mniej. Albo czegoś nie zrozumiałem, albo coś przeoczyłem. Maciek może wybrać, któremu z mieszkańców dziwnego miasta wrócić do domu, zabiedzonemu czy wręcz przeciwnie, pomaga temu drugiemu. Nie wiem, czy wybrał dobrze, nie wiem, czemu jest w tym śnie, domyślam się jedynie, że chodzi o jego ojca, który uratował go podczas wyprawy łódką.

Jest tam pewnie jakieś ukryte dno, ale, jak dla mnie, ukryłeś je za bardzo. Pomijając, ten fakt, dobrze napisane i sądzę, że zasługuje na klika.

Hej, Q,

 

Najpierw parę czepów:

 

kiedy drzwi, przeraźliwie skrzypiąc nienaoliwionymi zawiasami, uchyliły się nieznacznie.

Trochę za duży szczegół z tymi zawiasami. O ile takie rzeczy nie mają później znaczenia, lepiej to odpuścić.

 

Obok niej, przy piecu, stał dobrze zbudowany czterdziestoparolatek.

Hm, czy tam było bardzo ciasno? Inaczej to powinno być albo obok niej albo przy piecu lub pomiędzy.

 

Przyjemna opowiastka z twistem, taka z pogranicza snu i jawy. Nie do końca rozumiem, czy to bohater w swoim śnie stał się Maciusiem, czy Maciuś to może jego syn. I nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej, jak ktoś ma męża w śpiączce, na logikę coś mi tu zgrzyta, ale nie kłócę się, bo nie jestem w tym ekspertem. Ogólnie, zaskoczyłeś, ale nie wiem, czy do końca widzę, co tu z czego wynika. Przy czym w tego typu tekstach może to być środek do celu. 

Pozdrawiam

Witaj.

Cóż, po Autorze “Abrakadabry” nie powinnam była spodziewać się niczego innego. smileycryingheart

Moim zdaniem masz niezwykły dar pokazywania w genialny sposób mnóstwa poplątanych ludzkich losów, emocji, uczuć, rozterek, wrażeń, wspomnień, przemyśleń, obaw, wreszcie – światów właśnie, bo tu akurat rzecz rozbija się jeszcze dodatkowo o konkursowe światy

Oczywiście jestem absolutną fanką tego opowiadania, poryczałam się znowu pod koniec, tekst jest mocno klimatyczny i absolutnie nieprzewidywalny, dzięki czemu chłonie się go błyskawicznie i z ogromnym przejęciem. 

Brawa! laugh

Pozdrawiam, dziękuję, życzę powodzenia. smiley

Pecunia non olet

Hej :)

 

@Ślimaku

 

ale ogólne wrażenie – chaos. Co się stało z tatą Maciusia, wiemy, ale trudno dojść, o co chodzi z “zamianą” mamy i jaki związek z tym mają dziwaczni sąsiedzi. Może to jednak zamierzone.

Chyba za głęboko ukryłem to, co się w opowiadaniu dzieje naprawdę. Pisałem na ostatnią chwilę, pod wpływem impulsu, po prostu do głowy przyszedł pewien pomysł i postanowiłem go spisać. W mojej głowie to wszystko układa się w jedną całość, porozrzucałem nawet pewne wskazówki w tekście, ale to wcale nie znaczy, że w głowie czytelnika to wszystko ma sens. Mea culpa. Chyba wrócę do bardziej dosłownych form :)

 

I jedna, bardzo poważna uwaga.

Dałem *upy, kajam się. Wcale nie miałem na myśli czegoś takiego, co sugerujesz. Uważam, że transplantologia to bardzo potrzebny dział medycyny i nie uważam lekarzy pobierających narządy za morderców i nie chciałbym, by ktokolwiek tak pomyślał po przeczytaniu tego tekstu. Dlatego zmieniłem kilka rzeczy, trochę tu dodałem, trochę tam ująłem, w zasadzie w miarę kosmetyczne zmiany, ale stała się rzecz niezwykła (a przynajmniej niezwykła w mojej głowie), bo zmieniła wydźwięk działań Natalii i Błażeja. Te postacie stały się przez to bardziej niejednoznaczne, powiedziałbym nawet, że teraz można ich bezdyskusyjnie znielubić. A kwestia medyczna, którą spartoliłem, została zastąpiona właśnie motywem, który każe patrzeć na te postacie bardziej krytycznie. IMHO poprawia to wydźwięk moich wypocin. Bardzo ci dziękuję za tę uwagę, bo pozwoliłeś mi nie tylko nie robić z siebie debila, ale znacząco poprawiłeś konflikt.

 

@Zanais

 

Dzięki za klika :) A co do Twoich pytań, cóż, nie wiem czy na nie odpowiadać, bo nie chciałbym narzucać interpretacji, a jednocześnie jestem świadom, że zbyt mocno chyba zakręciłem tym koglem moglem, żeby czytelnik wyłapał zamysł.

Powiem tylko, że w tym “śnie” ojciec jest Maćkiem, jest zagubiony w swoim umyśle, odkąd zapadł w śpiączkę po tym jak prawie utonął, ratując tonącego syna.

 

@oidrin

 

Trochę za duży szczegół z tymi zawiasami. O ile takie rzeczy nie mają później znaczenia, lepiej to odpuścić.

Chciałem podkreślić stan w jakim jest pierwszy dom. Wszystko stare, zakurzone, syf, smród, zawiasy skrzypią itepe. Dlatego zostaje :)

 

Hm, czy tam było bardzo ciasno? Inaczej to powinno być albo obok niej albo przy piecu lub pomiędzy.

Pomyślę nad tym.

 

Nie do końca rozumiem, czy to bohater w swoim śnie stał się Maciusiem, czy Maciuś to może jego syn.

Jak w odpowiedzi do Zanaisa: ojciec jest Maćkiem, jest zagubiony w swoim umyśle, odkąd zapadł w śpiączkę po tym jak prawie utonął, ratując tonącego syna.

 

I nie wiem, jak to wygląda od strony prawnej, jak ktoś ma męża w śpiączce, na logikę coś mi tu zgrzyta, ale nie kłócę się, bo nie jestem w tym ekspertem.

Trochę poczytałem na ten temat. Ciężko jest załatwić taki rozwód, ale nie jest to niemożliwe. Jest nawet sprawa hiszpanki, która pomimo tego, że jest w śpiączce od jedenastu lat, uzyskała rozwód, o który wystąpili jej opiekunowie prawni. Były ku temu przesłanki, więc sąd przychylił się do tej decyzji. Jest to dość skomplikowane i trudne, ale nie niemożliwe.

 

@bruce

 

Twój entuzjazm mnie przeraża, mówiłem Ci już, prawda? :)

 

Dziękuję za miłe słowa :) Chyba jednak mają rację przedpiścy, że zbyt wiele tutaj jest do domyślenia się, nie podane wprost. W dodatku po przeróbce, aby usunąć sugerowaną przez Ślimaka bzdurkę medyczną, relacje bohaterów zyskały inny, mocniejszy wydźwięk, co chyba każe się domyślać jeszcze więcej. Ale bardzo dziękuję za uznanie i cieszę się, że tamten tekst jeszcze pamiętasz :) Takie dwie obyczajówy w sumie, heh ;)

 

Dziękuję Wam wszystkim za czas, który poświęciliście na przeczytanie i pozostawienie po sobie komentarza :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dam tylko znać, że jestem mile zaskoczony i zbudowany Twoim odniesieniem się do tej uwagi. Spodziewałem się co najwyżej krótkiej korekty do postaci mniej więcej takiej: Akurat wtedy, gdy komisja etyczna wydała zgodę na zaprzestanie uporczywej terapii – a Ty zamiast tego rzeczywiście przepracowałeś spory kawałek tekstu. Dziękuję!

Muszę też powiedzieć, że pierwotnie nie wpadłem na to, iż leżący (pozornie?) bez świadomości bohater identyfikuje się ze swoim synem i stąd takie przemieszanie fabuły. Przy uważnej lekturze pewnie dałoby się do tego dojść.

Tak, tak, mówiłeś. :)) Na moje usprawiedliwienie powiem że ja zawsze wolę teksty, które mają niedopowiedzenia i każą wyobrażać sobie domyślanie się. Po lekturze takich opowiadań pozostaję ciągle, jak w transie. Nie powiem, sny też mam wówczas niesamowite. Może niekoniecznie jeszcze takie, jakie miewał Lynch, który ponoć wszystkie swoje wizje senne przenosił potem na ekran, ale zawsze. laugh

Pozdrawiam i raz jeszcze gratuluję. :)

Pecunia non olet

@Ślimak

 

W sumie to nie przepracowałem za bardzo :) Tylko te fragmenty, gdzie pojawia się Natalia z Błażejem. I wcale nie tak mocno, wystarczyło, jak pisałem wcześniej, usunąć kilka zdań i dopisać w kilku miejscach kilka innych, które zmieniły motywację małżeństwa oraz stan w jakim znajduje się Wojtek :)

Więc nie ma za co dziękować, to ja dziękuję Tobie, za uchronienie mnie przed zbłaźnieniem się :)

Co do motywu identyfikowania się jako Maciek, to dałem chyba za mało w tekście wskazówek, żeby to załapać.

 

@bruce

 

wolę teksty, które mają niedopowiedzenia i każą wyobrażać sobie domyślanie się.

Na ogół również wolę takie teksty, choć czasem mam ochotę na dosłowność, bo wtedy mózg może działać na normalnych obrotach, bez potrzeby wiązania ze sobą motywów fabularnych. Nie wiem, czy czytałaś “Wszystkie teraźniejszości Bena Memmortigona” autorstwa Gekikary, bo jeśli nie, to polecam – bardzo niedosłowny, a jednocześnie świetny tekst, który dostał nie tak dawno piórko.

 

Może niekoniecznie jeszcze takie, jakie miewał Lynch

Tak pokręcone wizje, jakie miewa Lynch, to ja nie wiem, czy bym chciał mieć :) Chociaż “Zaginiona autostrada” to jeden z moich ulubionych filmów. Kiedyś nawet mi wilk-zimowy podesłał linka do świetnej, spójnej i logicznie rozkmniniającej fabułę tego filmu interpretacji. Ale, kurde, teraz jej nie znajdę :(

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dziękuję, na pewno zajrzę do poleconego tekstu. 

Mnie swego czasu urzekło “Miasteczko…” Lyncha. “Ogniu, krocz za mną” obejrzane oczywiście potem, choć dotyczące tematycznie wydarzeń przed, jeszcze spotęgowało mój strach i podziw w jednym. Wspomniany serial jest dla mnie po prostu genialny. :)

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

O, Saro, Twoja przepiękna grafika i do tego błękitna! heart

Pecunia non olet

Hej, Saro :) Witam jurorkę z jedną z jej grafik tematycznych :D

Known some call is air am

Warsztatowo i klimatycznie – ok. Taki letki horror Ci wyszedł. Trochę spodziewałam się innego zakończenia i że zrobi się mniej obyczajowo, ale ponieważ na ostatnią chwilę i tak jest dobrze. Zdziwiłam się, że Wojciech Zieliński, a nie Maciej, no i miałam sporą nadzieję na większą tajemnicę tajemniczą, bo fajnie się zapowiadało z tym piaskowym lejem i dobrze czytało. 

Kończysz też w horrorowym klimacie "będzie jak dawniej". Kibicowałam staruszkowi. ;-)

 

Skarżę za poprawność: konstrukcję i ładne pisanie. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć, Asylum :)

 

Taki letki horror Ci wyszedł

Celowałem w tych fragmentach z zimowym światem w klimat lekkich thrilling tales, więc cieszę się, że w Twoim odczuciu mi wyszło :)

 

że zrobi się mniej obyczajowo

U mnie albo humor, albo obyczajowo. Inaczej nie umiem :D

 

Zdziwiłam się, że Wojciech Zieliński, a nie Maciej

Ano, za bardzo zakręciłem. Choć wcześniej pan zaniedbany mówi Maćkowi, że nie jest Maćkiem, a na końcu, przed zniszczeniem bańki, pan zadbany – który wie, kim jest naprawdę Maciek – wyrywa się i dopinguje go słowami “Dalej, Wojtuś”.

 

bo fajnie się zapowiadało z tym piaskowym lejem

Piaskowy lej, tak. Tak wygląda piasek zsypujący się w klepsydrze z górnej części do dolnej. Czas minął, trzeba Maćkowi/Wojtkowi wybrać, czy odejść tam gdzie może będzie mu lepiej, przeminąć, czy wbrew rozsądkowi uwierzyć nadziei, że może być jak dawniej, wyrwać się na wolność i wrócić do świata, który przez cztery lata się zmienił w sposób, do którego Wojtek będzie musiał przywyknąć, ale niekoniecznie będzie umiał zaakceptować.

 

Kibicowałam staruszkowi. ;-)

Ja też. Tak nakazywał rozsądek ;)

 

Dzieki za poskarżenie, lekturę i komentarz :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Przejmujące.

Chłopczyk poczuł się jak wtedy, na łódce, kiedy ojciec wziął go na weekendowy wypad, z zamiarem zaszczepienia synowi miłości do wędkowania.

“Mój stary to fanatyk wędkarstwa…” ;)

 

teraz to koszmarne bujanie dopadło go w domu. Żołądek Maciusia podskakiwał, wyczyniając dzikie harce.

Wiemy czyj.

 

ponieważ rozchybotany obraz otoczenia potęgował mdłości, ogłupiał błędnik, powodował zawroty głowy. Z szafek zaczęły wypadać naczynia, sprzęty kuchenne oraz wszelkiej maści pojemniczki. Okap odpadł od ściany

Uważaj, bo Tarnina bije za takie aliteracje. :P

 

Maciek zebrał w sobie całą odwagę, na jaką stać dziewięciolatka, i przekroczył próg.

Kurcze, troche mi nie pasuje, by w dziewięciolatku był zakorzeniony aż taki moralny imperatyw, by nieśc innym pomoc. Kierowany ciekawością… może i by wlazł.

 

– Wreszcie jesteś! Czekałem na ciebie!

Mężczyzna podszedł do intruza sprężystym krokiem.

Skoro był oczekiwany, to nie może byc intruzem.

 

– Jeszcze raz, jakie to było nazwisko? – zapytała recepcjonistka.

– Wielicka. Wojciech Wielicki to wasz pacjent. – Natalia znów była na granicy płaczu.

– Niech pani poczeka – wtrącił się Błażej. Złapał żonę za ramię i stanowczo odwrócił ją przodem do siebie. – Nati, ja wiem, że to przez stres, więc się nie przejmuj, dobrze? Zieliński. Nie Winnicki. Wojciech Zieliński jest twoim byłym mężem. To my, teraz, po ślubie, jesteśmy Winniccy. Rozumiesz swoją pomyłkę?

Coś ci sie tu pomieszalo w nazwiskach. Wielicki, Winnicki…

A swoją droga bardzo realistyczna scena. I bardzo dobra.

 

– Doktorze Barańczak! Żona Zielińskiego do pana! Nie umieliśmy się do niej dodzwonić, jeszcze nie wie…

Raczej nie mogliśmy.

 

Kurcze, chyba nie wszystko z tego opowiadania zrozumiałem i pozostawiło mnie z większa ilością pytąń niż odpowiedzi. Domyślam sie, że jest jakiś powód, dla którego ojciec mysli, że jest synem (a przynajmniej że tak ma na imię), ale nie mogę go znaleźć. Nie czaję też, o co chodzi z dwoma facetami, których spotkał w głowie. Okazało sie w końcu, że ten drugi, dobrze ubrany, wyglądający jak się patrzy na dwulicowego typa, miał rację? To gdzie by poprowadził tunel? Dalej w śpiączkę?

Wiele pytań, tak wiele. Coś mi umyka.

Siema, Geki :)

 

Wychwycone babole poprawię, odniosę się do kilku rzeczy jedynie:

 

Kurcze, troche mi nie pasuje, by w dziewięciolatku był zakorzeniony aż taki moralny imperatyw, by nieśc innym pomoc. Kierowany ciekawością… może i by wlazł.

No właśnie, nie w dziewięciolatku :)

 

Domyślam sie, że jest jakiś powód, dla którego ojciec mysli, że jest synem (a przynajmniej że tak ma na imię), ale nie mogę go znaleźć.

Chyba za bardzo zakręciłem i czytając Wasze komentarze, musze przyznać, że to o jeden motyw za daleko, żeby całość była zrozumiała. Ojciec uratował syna – Maćka – przed śmiercią, i sam uległ wypadkowi, który spowodował u niego śpiączkę. Ten Maciek/Wojtek z tego świata jest częścią prawdziwego Wojtka, jest miłością, zagubioną, bo ojciec był gotów poświęcić się z miłości do syna. A teraz ta miłość chce do Natalii, żony, którą kocha, jednak z powodu zagubienia i identyfikowania się jako Maciek, widzi ją jako matkę. Na prawdziwe wspomnienia Wojtka nakłada się obraz Natalii i dopiero kiedy pierwszy z mężczyzn każe Maciusiowi/Wojtkowi skupić się na wspomnieniu o matce, to przez wyobrażenia i ułudę przebija się prawdziwe wspomnienie, które ma uświadomić Maciusiowi, że jest Wojtkiem. Ale kim są ci mężczyźni? Skąd wiedzą, kim naprawdę jest Maciek? ;)

 

Jeśli chcesz, Geki, coś dokładniej to na PW, tylko daj znać. Tutaj nie chcę za dużo gadać o tym co w mojej głowie się wykluło i przepoczwarzyło w tego cosia. Moja interpretacja jest moja, Twoja nie musi być taka sama, przecież wiesz, panie Memmortigon ;)

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Hmm… to wiele wyjaśnia.

Przyznam, ze sam bym na to nie wpadł, za mało dla mnie było wskazówek. :P

Ciekawy pomysł, bardzo ciekawy. Miłość do dziecka była mu konieczna do wybudzenia sie ze śpiącki. Kurde, bardzo fajny pomysł, aż szkoda, że nie napisałeś więcej znaków – wtedy siłą rzeczy byłoby większe prawdopodobieństwo, że załapię o co chodzi. xD

Interpretuję to tak – Wojtek wcale nie był jakims idealnym mężem. Nie wiem dlaczego, ale tak mi sie wydaje. I jego natura rozszczepiła się na dwoje, jedną pogrążona w rozpaczy, może bardziej świadomą upływu lat – ten gośc z zapuszczonego domu – i on wcale (tak mi się wydaje) nie chciał się obudzić, tylko pogrążyć w kolejnym śnie (może szczęśliwszym?), bo ten złoty piasek kojarzy mi sie z Piaskowym Dziadkiem.

Za to drugi Wojtek to ten, który odrzuca wszystko co było nieidealne, żyje w idylli. Jest też w nim pewna złowieszczość, nie wiem z czego ona wynika, może właśnie z tego, że wcale to nie było idealne małżeństwo. Wydaje mi się człowiekiem, który mógłby tyranizować żonę, takim perfekcjonistą… ale chyba tu już ide za daleko. :P

Nie musisz mi tu odpowiadac, ale jak napiszesz mi PW, czy jestem blisko, to mi wystarczy. :)

Bardzo blisko, Geki. Ten zapuszczony Wojtek jest tym, który wie, że nic go już czeka dobrego w świecie i wygląda jak wygląda, bo zdaje sobie sprawę, że czas zostawił swoje piętno na jego prawdziwym ciele oraz na jego zyciu, które będzie rozpieprzone jak dom, w którym mieszka. A ten drugi to ten, który ma nadzieję, że będzie jak dawniej, a nawet lepiej i wygląda tak, jak wyobraża sobie, że będzie w jego zyciu po wybudzeniu.

Known some call is air am

Nie umieliśmy się do niej dodzwonić, jeszcze nie wie… – Nie potrafią posługiwać się telefonem w recepcji? ;) Bardziej pasuje chociażby: nie mogliśmy.

 

Outta, bry.

Dobre to było, ale zacznę od zarzutów/zgrzytów.

Po pierwsze, zachowania chłopca (wiem, że to Wojtek niby jego ciałem steruje, ale jednak opisujesz jego przeżycia jak przeżycia dziewięcioletniego chłopca w konkretnych scenach) czasami są sprzeczne. Z jednej strony, po trzęsieniu ziemi, samotny i wystraszony, idzie do domu jak z horroru, bo jest małym bohaterem. Chwilę później jednak siedzi pod drzwiami i marzy o tym, aby mama zaśpiewała mu kołysankę. Btw. w dzisiejszych czasach dziewięciolatki już raczej kołysanek nie słuchają.

Po drugie fakt, że w zasadzie opowiadanie to jest trochę na siłę podciągnięte pod fantastykę. Tą fantastyką są tu wizje, które towarzyszą człowiekowi podczas śpiączki. W zasadzie to tak jak z motywem snu w tekstach.

Teraz o mojej interpretacji, bez czytania innych komentarzy. Wojciech próbował uratować kiedyś syna na jeziorze, ale się nie udało. Chłopak zmarł. Być może razem się topili, ale zdołali uratować tylko ojca, który zapadł w śpiączkę (dlaczego w nią zapadł nie wiemy konkretnie). Ewentualnie mam jeszcze hipotezę, że właśnie przez ten ból towarzyszący tamtemu wydarzeniu i stracie syna, tak jakby odszedł z normalnego świata, zasypiając niby na wieczność, tworząc w umyśle obrazy dawnego życia. Życia sprzed wypadku. Wojciech jest podczas tej śpiączki w skórze swego syna, tylko dlaczego. Dlatego, że tak mocno był z nim związany, czy są tutaj inne powody? Tego nie jestem pewien. Na koniec mamy motyw wybudzenia. Dwóch tajemniczych gości uznaję za dwa oblicza ojca, jakby dwie strony duszy. Jedna ciągnie go na dół, chce pogrzebać raz na zawsze, aby się już nie wybudził, bo nie ma po co, druga zaś mówi, że warto wrócić. Że można zapomnieć o przeszłości i może być lepiej. I za tą podąża, budząc się w dzień, w którym była żona miała podpisać się pod eutanazją. 

Kurde, sorry za ten wywód, ale gdy chce mi się grzebać, interpretować i rozkminiać jakiś tekst, to znaczy tylko tyle, że mnie poruszył. Że jest na tyle dobry, iż jest tego wart.

Zabrakło realnej fantastyki i zachowania chłopca trochę zgrzytały, ale huśtawka emocji, jaką mi zaoferowałeś, wynagrodziła to. Idę i klikam.

Pozdrawiam!

Cześć, Realuc :)

 

Po pierwsze, zachowania chłopca (wiem, że to Wojtek niby jego ciałem steruje, ale jednak opisujesz jego przeżycia jak przeżycia dziewięcioletniego chłopca w konkretnych scenach) czasami są sprzeczne. Z jednej strony, po trzęsieniu ziemi, samotny i wystraszony, idzie do domu jak z horroru, bo jest małym bohaterem. Chwilę później jednak siedzi pod drzwiami i marzy o tym, aby mama zaśpiewała mu kołysankę.

Masz rację. W którymś momencie zorientowałem się, że jego zachowanie jest mało spójne i powinienem raczej poprowadzić narrację w jeden sposób, tak jakby dotyczyła tylko małego chłopca, albo tylko mężczyzny uwięzionego w ciele chłopca. Później jednak stwierdziłem, że chociaż niechcący wyszła mi ta niespójność, to ją zostawię, bo skoro wspomnienia Wojtka/Maćka są niespójne, to i jego zachowanie takie być też czasem powinno. Wiem, wygląda tak, jakbym się tłumaczył, bo nie chce mi się poprawiać tekstu ;)

 

Po drugie fakt, że w zasadzie opowiadanie to jest trochę na siłę podciągnięte pod fantastykę. Tą fantastyką są tu wizje, które towarzyszą człowiekowi podczas śpiączki. W zasadzie to tak jak z motywem snu w tekstach.

Piona :D Niue sposób nie przyznać Ci racji. Niejednokrotnie zżymałem się na opowiadania, w których na końcu wszystko okazywało się być snem, a tutaj, jak widać, sam taki tekst popełniłem. I jestem tego świadom, jak świadom byłem tego, że ktoś prędzej czy później zwróci na to uwagę. Cały czas jednak żyję nadzieją, że ten oniryzm się obroni, pomimo tego, że jest typowo “senną” fantastyką ;)

 

Wojciech próbował uratować kiedyś syna na jeziorze, ale się nie udało. Chłopak zmarł. Być może razem się topili, ale zdołali uratować tylko ojca, który zapadł w śpiączkę (dlaczego w nią zapadł nie wiemy konkretnie).

Maciek przeżył. Syn, znaczy. W rozmowach Natalii z nowym mężem, Błażejem, przewija się imię Maćka, a także jego wiek – trzynaście lat. Senny Maciek/Wojtek jest dziewięciolatkiem, a od wypadku – o czym mówi Natalia – minęły cztery lata. Błażej wspomina też, że Maciek w końcu nazwał go tatą.

 

Ewentualnie mam jeszcze hipotezę, że właśnie przez ten ból towarzyszący tamtemu wydarzeniu i stracie syna, tak jakby odszedł z normalnego świata, zasypiając niby na wieczność, tworząc w umyśle obrazy dawnego życia.

W zasadzie to miałem na myśli – znaczy ból, strach i zagubienie, które towarzyszyły umieraniu, ale też miłość do syna, dla którego się poświęcił. Ale nie umarł, zapadł w śpiączkę, nie wiemy dokładnie dlaczego. Jest zagubiony w ciele syna w świecie, w którym czeka przed telewizorem aż mama wróci z pracy, też jakby nieświadom otoczenia, aż do dnia trzęsienia ziemi. Czyli do dnia, kiedy rusza się sprzed ekranu i musi dokonać wyboru.

 

Dwóch tajemniczych gości uznaję za dwa oblicza ojca, jakby dwie strony duszy. Jedna ciągnie go na dół, chce pogrzebać raz na zawsze, aby się już nie wybudził, bo nie ma po co, druga zaś mówi, że warto wrócić. Że można zapomnieć o przeszłości i może być lepiej. I za tą podąża, budząc się w dzień, w którym była żona miała podpisać się pod eutanazją. 

Dokładnie :D Ta druga strona to nadzieja, piękna ale głupia, mało realna, mówiąca o tym co marzy by było, a nie o tym co mówi niezdrowy, wychudzony rozsądek, mieszkający w zapuszczonym domu ;) Tylko z tą eutanazją nie do końca. Po upomnieniu Ślimaka postanowiłem to lekko przekręcić, bo wcześniej rzeczywiście tak było – znaczy motyw eutanazji. Teraz to w moim umyśle jest zrzeczenie się prawa do sprawowania opieki nad osobą ubezwłasnowolnioną.

 

Kurde, sorry za ten wywód, ale gdy chce mi się grzebać, interpretować i rozkminiać jakiś tekst, to znaczy tylko tyle, że mnie poruszył. Że jest na tyle dobry, iż jest tego wart.

Bardzo mnie to cieszy, Realucu. I żadne sorry, bo sam uwielbiam rozkminiać niejsane opowiadania i nie jeden raz zostawiłem pod czyimś tekstem moje przydługie interpretacje. Straszną mam z tego frajdę, więc mając nadzieję, że Ty również, cieszę się, że mogłem Ci tę ewentualną frajdę zapewnić ;)

I powiem Ci, że całkiem konkretna rozkmina i wyjątkowo celnie pokrywająca się z historią w mojej głowie. High five po raz drugi :)

 

Dziękuję za wizytę, czas poświęcony na rozkminę i czytanie tekstu, a także za podzielenie się swoją interpretacją mojej pisaniny :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

O widzisz, z tym Maćkiem to mnie zaskoczyłeś, ale rzeczywiście przytoczyłeś informacje z tekstu, które dość jasno mówią o tym, że on żyje. A ja jakoś od początku założyłem jego śmierć, być może dlatego mój umysł nie wyłapał tych danych :P

Ogólnie już odpowiadając, rozumiem Twoje tłumaczenia, mają sens, co nie zmienia faktu, że chyba jednak jest o ciut za dużo pola do domysłów w tym opowiadaniu. Za dużo zostało tylko w Twojej głowie, a za mało dałeś poszlak do tekstu. Takie mam odczucie, choćby na przykładzie eutanazji. Nie kojarzę w tekście fragmentu, który powiedziałby mi, że to tylko chodzi o prawa do opieki. A tak w ogóle to wersja z eutanazją bardziej mi się osobiście podoba i wywołuje więcej emocji, więc w mojej interpretacji taka zostanie :D

Reasumując: chyba odrobinę zabrakło do dobrego wywarzenia między tajemnicą i niedopowiedzeniami a informacjami, które by się w tekście przydały. Ale i tak jest git ;)

Pozdrówka

Takie mam odczucie, choćby na przykładzie eutanazji. Nie kojarzę w tekście fragmentu, który powiedziałby mi, że to tylko chodzi o prawa do opieki. A tak w ogóle to wersja z eutanazją bardziej mi się osobiście podoba i wywołuje więcej emocji, więc w mojej interpretacji taka zostanie :D

Bo nie padają :) To jest w domyśle, bo wcześniej było na ostro z eutanazją. Teraz jest tak, powiedzmy, na dwoje babka wróżyła. Ale skoro bardziej odpowiada Ci interpretacja z eutanazją, to ja nie mam nic przeciwko :)

Known some call is air am

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Powitał CM-a, drugiego po Sarze organizatora konkursu :)

Known some call is air am

Chyba trochę za dużo zostało w Twojej głowie. Początkowo myślałam, że Maciek to ojciec leżący w śpiączce. Potem, że to syn, który po wypadku ma jakieś psychiczne problemy i jakiś sposób towarzyszy w tym świecie ojcu. I to on może uwolnić ojca, albo pozwolić mu odejść. Co Ci po głowie chodziło, zrozumiałam dopiero po lekturze komentarzy. No, nie widać tego.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Rozumiem. W sumie już wiem jak to lepiej wyeksponować, ale nie chxe niczego zmieniać w trakcie trwania konkursu. Dzięki za odwiedziny i opinię :) Pozdrawiam serdecznie Q

Known some call is air am

Cześć Outta ;)

Podobało mi się, chociaż szkoda, że zabrakło ostatniego szlifu. Czasem to widać w opisach, czasem widać przestawny szyk zdań. Nie mniej jednak przeczytałem jednym ciągiem, więc chyba jest dość dobrze. ;)

Opisy momentami jak z horroru. Barwne, lecz momentami było ich za dużo moim zdaniem.

Co do fabuły – ciekawa, choć całość „rozjaśniła” mi się w ostatniej scenie. W niej też zawarłeś fajny zwrot akcji. Zostawiłeś czytelników z niejasnym zakończeniem, którego można się jedynie domyślać. I coś, co było dla mnie bardzo na plus – czuć Twoje życiowe doświadczenie w tym tekście.

Małego Maćka i jego rozbicie bańki postrzegam, nie wiem czy dobrze, czy niedobrze, jako ostateczne wybudzenie, a wszystko to co było po drodze – trzęsienia ziemi, śnieg i to wszystko – to były dla mnie stany bohatera w śpiączce które się do tego przyczyniły. Tata Maćka pewnie był trochę świadomy na przekór lekarskim wyrokom.

Jako że oceniam całość na plus, to za fabułę i umotywowane postacie idę zgłosić klika. ;) Pozdrawiam!

Cześć Outta!

 

Czytałem z zaciekawieniem, choć przyznam, że z początku niewiele rozumiałem. Jak pojawił się Wojtek, to na chwilę całkowicie się zgubiłem i dopiero końcówka coś mi rozjaśniła. Mamy chłopca, który w stanie zagrożenia wychodzi z domu – okazuje odwagę, i zagląda do dwóch domów. W pierwszym zastaje bałagan i rezygnację, oraz klapę, ze złotym piaskiem, a w drugim dają mu kilof, i zachęcają, by niejako wykuł swój los (albo się do niego dokopał). Dwie drogi, z pozoru łatwiejsza i trudniejsza. Każda z postaci zachęca do innej. Tylko, że uciekając od klapy, bohater okazuje pewna odwagę i działanie, a w scenie z kilofem jest raczej apatyczny i wykonuje polecenia. Zastanawiam się, dokąd prowadziła klapa, czy tez na zewnątrz, czy raczej do ziemi, a może do “lepszego świata”. Pomyślę i pewnie się odezwę.

Jak rozumiem, to człowiek w śpiączce myślał, że jest swoim własnym synem, i żona mu się z matką pomieszała. Ok. Postacie w domach to jakieś części jego ja, te dorosłe, ale i bogatsze o wiedzę, której brakuje bohaterowi. Za mało wiem o tym, co w głowie siedzi, ale ciekawa wizja. Może przy traumach “ja” ma tendencje do dzielenia się.

Napisane sprawnie, bez zgrzytów (jak na moje nieuważne oko). Czytał się przyjemnie.

Z rzeczy, których jakoś zabrakło, to fantastyka. Nie odbieram treści w taki sposób i widziałem tutaj fantastyki, ale to nie zarzut, wszak dałeś kategorie “inne”.

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, powodzenia w konkursie i polecam do biblioteki. Za niepewność, zwrot w końcówce i dobrze oddany nastrój zagubienia. I jeszcze wrócę. Pomyślę, poczytam komentarze, bo mam wrażenie, że coś z twojego zamysłu jeszcze mi umyka.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Zaznaczę na początek, że nie wczytywałam się zbytnio w komentarze. Zacznę od łatwiejszej części: technicznie jest naprawdę fajnie, kilka bardzo ładnych zdań, w tym to o płatkach śniegu przypominających porwaną chusteczkę – bardzo mi się spodobało. Jakichś większych usterek nie zauważyłam, a nawet jeśli, nie wybijały na tyle z rytmu, abym je sobie gdzieś na boku kopiowała.

O fabule nie do końca wiem, co sądzić. Rozumiem, że wybór polegał na śmierci albo powrocie do życia. Tylko że w opowiadaniu jest to tak przedstawione, jakby ów powrót był “złym” wyborem, a tym poprawnym, którego powinien dokonać bohater, to zeskoczenie w lej w opuszczonym domu. Czyli śmierć ojca, a chyba nie za bardzo o to chodziło… Na dodatek nie wiem zbytnio, jak odczytywać trzęsienie ziemi. Znaczy, spodziewałabym się po prostu, że ten wątek ma jakieś większe zaczepienie w rzeczywistości.

Końcówka – no, kłopotliwa dla ludzi, którzy już ułożyli sobie życie. Trochę jak z “Cast away”.

Ogólnie to chyba trochę zbyt zamotane, jak na mój gust. Ale napisane zgrabnie, zamysł jest widoczny, więc dorzucę kliczka.

Coś pięknego.

Niby jest oniryczne, ale przemyślane. Większość świata przedstawionego jest wewnętrznym przeżyciem, sposobem na przetrawienie emocji. Opowiadanie słodkie i gorzkie zarazem, pokazujące, że żadna “decyzja”, jeżeli możemy tak to nazywać nie jest zła, ani dobra. Krótkie opowiadanie napisałeś, dodatkowo z dwiema perspektywami, a tutaj jest tyle bólu… jest tak przejmujące.

I miałeś opis wnętrza, który najbardziej lubię – nie był czysty, był oniryczną, schowaną przygodną, która wyrażała całą wolę przeżycia. Podoba mi się, jak z początku ciężko było to pojąć, ale z ostatnimi akapitami każde zdanie nabrało sensu. Dałeś czytelnikowi czas na przetrawienie wszystkiego, zrozumienie na swój sposób.

Końcówka jest smutna. Dla obu stron. A z drugiej strony mamy cud, bo się wybudził. Źle i dobrze… chyba nawet gorzej niż lepiej. Niesamowite.

Za dwa dni nominuję.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Siema :)

 

@Sagitt

 

Zostawiłeś czytelników z niejasnym zakończeniem, którego można się jedynie domyślać. I coś, co było dla mnie bardzo na plus – czuć Twoje życiowe doświadczenie w tym tekście.

Nie przesadzałbym z tym doświadczeniem. Akurat w takiej sytuacji nigdy nie byłem i nie znam nikogo, kto by był, ale czasem – dla zajęcia umysłu – roztrząsam takie ewentualności i staram się je uwiarygadniać, biorąc pod uwagę pewne wzorce zachowań, które obserwuję u ludzi z którymi się stykam.

 

Małego Maćka i jego rozbicie bańki postrzegam, nie wiem czy dobrze, czy niedobrze, jako ostateczne wybudzenie, a wszystko to co było po drodze – trzęsienia ziemi, śnieg i to wszystko – to były dla mnie stany bohatera w śpiączce które się do tego przyczyniły. Tata Maćka pewnie był trochę świadomy na przekór lekarskim wyrokom.

Dobrze, Sagittcie. Tata Maćka był przede wszystkim – a przynajmniej jego część była – świadoma tego, co go czeka po wybudzeniu. A jego inna część miała nadzieję, że niewiele się zmieniło i będzie jak dawniej ;)

 

@krar

 

Tylko, że uciekając od klapy, bohater okazuje pewna odwagę i działanie, a w scenie z kilofem jest raczej apatyczny i wykonuje polecenia. Zastanawiam się, dokąd prowadziła klapa, czy tez na zewnątrz, czy raczej do ziemi, a może do “lepszego świata”. Pomyślę i pewnie się odezwę.

W scenie z kilofem jest już inny, uległy, bo klapa i tamta ewentualność już są za nim, nie wróci do nich. Zgubił coś, co kazałoby spojrzeć mu na roztaczane przez mężczyznę od kilofa wizje z perspektywy rozsądku i realizmu. Drogę na zewnątrz wybrał rozbijając kilofem bańkę. Klapa prowadzi do tych dwóch pozostałych ewentualności.

 

Jak rozumiem, to człowiek w śpiączce myślał, że jest swoim własnym synem, i żona mu się z matką pomieszała. Ok. Postacie w domach to jakieś części jego ja, te dorosłe, ale i bogatsze o wiedzę, której brakuje bohaterowi.

Cieszę się, że to zauważyłeś. Wizja matki śpiewającej kołysankę powoduje nakładanie się prawdziwych wspomnień o matce Wojtka, z tym, co Wojtek uważa, że powinien pamiętać Maciek. Postacie w domach pokazują mu drogi do dalszego życia – jedna realną, prawdopodobną, druga nieprawdziwą, wyidealizowaną, taką z pragnień.

 

@Silva

 

Tylko że w opowiadaniu jest to tak przedstawione, jakby ów powrót był “złym” wyborem, a tym poprawnym, którego powinien dokonać bohater, to zeskoczenie w lej w opuszczonym domu. Czyli śmierć ojca, a chyba nie za bardzo o to chodziło…

A nie był złym wyborem? ;) I tak, o to chodziło z tym skakaniem w lej – o ucieczkę od cierpienia, które będzie nie tylko jego udziałem, jeśli nie zdecyduje się na tę drogę. Tutaj nie ma dobrego wyjścia. W jednym nie żyjesz i oszczędzasz bólu sobie, zaś już nie takim bliskim tylko niewiele. W drugim wracasz i zastajesz życie w rozsypce. Jasne, możesz sobie je później jakoś ułożyć, ale czy będziesz miał na to siłę? Ile wycierpisz zanim – jeśli – ci się to uda. To trudne pytanie, a wybór Wojtka/Maćka i jego słuszność nie są wcale zero jedynkowe. Czytelnik musi sam rozsądzić, czy Wojtek wybrał dobrze, czy gdyby był Wojtkiem też wybrałby tę drogę co on.

 

Na dodatek nie wiem zbytnio, jak odczytywać trzęsienie ziemi. Znaczy, spodziewałabym się po prostu, że ten wątek ma jakieś większe zaczepienie w rzeczywistości.

Przełom, po prostu. Dzień wyboru. Gdyby trzęsienie nie nastąpiło Maciek/Wojtek nie wyszedłby z domu i nie trafiłby do sąsiednich budynków, tylko nadal siedział w wiecznym oczekiwaniu aż mama wróci, zapatrzony w ekran telewizora, odtwarzający scenę sprzed samego wypadku – łódka sunąca po gładkiej jeszcze tafli jeziora.

 

Końcówka – no, kłopotliwa dla ludzi, którzy już ułożyli sobie życie. Trochę jak z “Cast away”.

Nie miałem na myśli “Cast Away” podczas pisania, ale myślę, że to dobry trop. Pasuje.

 

@MaSkrol

 

Większość świata przedstawionego jest wewnętrznym przeżyciem, sposobem na przetrawienie emocji. Opowiadanie słodkie i gorzkie zarazem, pokazujące, że żadna “decyzja”, jeżeli możemy tak to nazywać nie jest zła, ani dobra.

 

Baaardzo dziękuję, MaSkrolu. Właśnie o to chodzi. Nie ma dobrego wyjścia, jest wybór, który będzie niósł ze sobą różne konsekwencje, jednocześnie pozytywne i negatywne, dotykające zarazem bohatera jak i osoby, które kocha.

 

Podoba mi się, jak z początku ciężko było to pojąć, ale z ostatnimi akapitami każde zdanie nabrało sensu. Dałeś czytelnikowi czas na przetrawienie wszystkiego, zrozumienie na swój sposób.

Po większości komentarzy raczej skłonny jestem przyznać, że jednak zbyt głęboko schowałem ten zamysł, który przyświecał tekstowi. I jednocześnie niesamowicie się cieszę, że dla Ciebie okazał się być widoczny :) Czasem tak mam, że łopatą w głowę czytelnika uderzam, żeby mu pokazać – o tutaj! Popatrz, teraz już rozumiesz? A czasem znów w drugą stronę przeginam i używam tej łopaty do zakopania sensu głębiej. Muszę się nauczyć, że łopata nie jest dobra w żadnym z przypadków, zostawić ją w garażu i pisać tak, żeby balansowac pośrodku niezrozumienia i wyjaśniania zamysłu. Ale to jeszcze pewnie trochę potrwa.

 

Końcówka jest smutna. Dla obu stron. A z drugiej strony mamy cud, bo się wybudził. Źle i dobrze… chyba nawet gorzej niż lepiej.

To pozostawiam ocenie odbiorcy, choć sam – muszę przyznać – odbieram ją tak, jak Ty :)

 

Za dwa dni nominuję.

O kurde… Dziękuję bardzo, to dla mnie wielkie wyróżnienie, ale nie spodziewam się cudów. Muszę jeszcze pracować nad warsztatem, żeby było lepiej. Ale skoro już się zadeklarowałeś, to chciałbym znać Twoją opinię odnośnie dodania na początku pewnej wzmianki, która od pierwszej sceny rozjaśni kwestię, że Maciek to Wojtek. Chcę tam wrzucić wspomnienie, w tórym Maciek tonie i ktoś go wyciąga, ale Maciek/Wojtek nie pamięta uczucia tonięcia, tylko widzi topiącego się siebie czyimiś oczami (czyli oczami Wojtka, ojca, którym w rzeczywistości jest) a później ta retrospekcja urywa się, w momencie kiedy we wspomnieniu pojawia się zbliżające się do jego twarzy, szarpnięte bujnięciem smaganej wiatrem łodzi, wiosło. Ten motyw dałby wskazówkę, że ze wspomnieniami jest cos nie tak, nakierowałby odbiorcę na to, co okazuje się później.

 

Dziękuję Wam za odwiedziny, czas poświęcony na lekturę i pozostawienie po sobie rozbudowanych komentarzy. No i oczywiście za polecajki :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

No, nie obraziłabym się za więcej informacji. Miałeś fajny pomysł, ale trochę zbyt duża jego część została w Tobie. Ja to sobie zinterpretowałam, że Wojtek mógł wybrać, czy obudzi się teraz, czy później.

W sumie niby motyw z klapą i piaskiem powinien naprowadzić na ślad, ale nie zajarzyłam.

Nie bardzo rozumiem, jak to się stało, że była żona zapomniała, jak się nazywa i jak się nazywała. Poza tym, rozumiem, że męża w stanie śpiączki nie odwiedzała zbyt często, ale chyba powinna kojarzyć część personelu szpitala, a oni ją? Ta część wyszła mi na bardzo mylącą. Albo z tą kobietą coś jest mocno nie tak…

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że czytając otrzymałem trochę za mało informacji i trochę ciężko odnieść mi się do treści, bo nie do końca zrozumiałem całą fabułę.

Pod względem formy jest OK, ale bez rewelacji. Jedynie trochę irytowało mnie ciągłe powtarzanie “Maciuś” i “chłopczyk” aż do znudzenia. Na plus również ciekawy klimat, który zachwyca swoją niezwykłością i onirycznością. Co chwilę przez umysł przelatywała mi myśl “co tu się właściwie dzieje?”.

Pozdrawiam

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Yo!

 

@Finkla

 

No, nie obraziłabym się za więcej informacji. Miałeś fajny pomysł, ale trochę zbyt duża jego część została w Tobie. Ja to sobie zinterpretowałam, że Wojtek mógł wybrać, czy obudzi się teraz, czy później.

Zdaję sobie sprawę, że trochu za mało info. Dlatego chyba dopiszę te scenkę podczas trzęsienia ziemi, w której Maciek/Wojtek ma flashback z wypadku na jeziorze. Może to trochę rozjaśni.

 

W sumie niby motyw z klapą i piaskiem powinien naprowadzić na ślad, ale nie zajarzyłam.

Wiesz, Twoja interpretacja nie jest zła. Bo co z tego, że nie pokrywa się z moim zamysłem? Równie dobrze pod klapą może być przecież kolejny, głębszy etap jego śpiączki. Tylko pewnie wybudzić się będzie trudniej, bo to level niżej :)

 

Nie bardzo rozumiem, jak to się stało, że była żona zapomniała, jak się nazywa i jak się nazywała.

Nie wiem, Finklo, czy rozmawiałaś kiedyś z kims w głębokim szoku, lub kims mocno rozkojarzonym, przed kim czeka trudne zadanie, którego nie chce zrobić, ale uważa, że musi. W takich sytuacjach ludzie różnych rzeczy zapominają. Ona była kiedyś Zielińska, teraz jest Winnicka i jako Winnicka funkcjonuje, więc na pytanie o swoje dane odpowiada zgodnie z prawdą, zapominając, że była kiedyś Zielińska. I przenosi swoje nazwisko na męża, tyle, że nie aktualnego a byłego.

 

Poza tym, rozumiem, że męża w stanie śpiączki nie odwiedzała zbyt często, ale chyba powinna kojarzyć część personelu szpitala, a oni ją?

Po lekkim przemodelowaniu, dzięki sugestiom Ślimaka – masz rację, nie odwiedzała męża od dłuższego czasu, ułozyła sobie zycie na nowo. W recepcji jest jakaś babka, jedna z wielu, więc mogła jej nie kojarzyć. Z kolei lekarz ją kojarzył, nie ma nigdzie napisane, że nie kojarzył. Owszem, pani z recepcji informuje lekarza, że ta pani jest żoną pacjenta, ale ona tez nie jest wszechwiedząca, więc może nie wiedzieć, że doktor Barańczak ją zna, informuje go więc o tym fakcie, kiedy tylko lekarz się pojawia. To rzeczywiście może być mylące, jednak osobiście uważam za scenariusz prawdopodobny, dlatego właśnie w takiej formie powstał ten tekst, z takimi zależnościami. Ja naprawdę mocno się zastanawiam nad relacjami postaci, tłumaczę je sobie w oparciu o zachowania z jakimi się spotkałem i tak konstruuję ich motywy i zachowania, by były prawdopodobne :) Ale wiadomo, każdy z nas ma odmienne doświadczenia i inaczej patrzy na świat wokół, więc biorę tę krytykę na klatę i będę tego motywu bronić :)

 

@Simeone

 

Pod względem formy jest OK, ale bez rewelacji.

Co masz na myśli, pisząc o formie?

 

Co chwilę przez umysł przelatywała mi myśl “co tu się właściwie dzieje?”.

Twój komentarz dał mi do myślenia. Sam lubię opowieści, podczas czytania których co chwila się zastanawiam “co tu się odjtentegowuje?” i chyba w tym tekście w tę stronę poszedłem. Trochę nieświadomie chyba, ale kiedy o tym zacząłem myśleć, wyszło mi, że skonstruowałem to opowiadanie podobnie do tego, jak swoją genialną powieść “Koniec świat i hard boiled wonderland” skonstruował Haruki Murakami. Oczywiście nie porównuję się do geniusza, za którego uważam Murakamiego, jednak echa tej powieści wciąz do mnie wracają, mogłem więc podświadomie skonstruowac tekst w podobny sposób.

 

Dziękuję Wam za odwiedziny i podzielenie się wrażeniami :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Pod względem formy jest OK, ale bez rewelacji.

Co masz na myśli, pisząc o formie?

Ogólnie pojęty sposób pisania: zarówno język, jak i konwencję, w której napisałeś tekst.

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Tekst jest trochę krótszy od większości opowiadań konkursowych, więc i mój komentarz będzie bardziej zwięzły. Nie doszukuj się tu, proszę, żadnych oznak dyskryminacji. ;-)

Początek (opowiadania, nie mojego komentarza ;)) nazwałbym takim dość klasycznym wprowadzeniem pod tajemnicę. Trzęsienie ziemi, przejście do innego domu. Do tego masa niedopowiedzeń, osobliwości. Pojmujemy z tego wszystkiego niewiele, ale na tym etapie tekstu tak jeszcze powinno być.

Później ten nastrój osobliwości się utrzymuje. Dalej jest bardzo tajemniczo. Niby coraz więcej wiadomo, ale do końca nie wiadomo nic. Maciek spotyka jakichś obcych ludzi. Dostajemy scenę o zawodzącej pamięci. Matka jest zdenerwowana. Natomiast w tym momencie problem jest taki, że ja dalej nie do końca wiedziałem, z jakim rodzajem opowiadania mam do czynienia. Czy to będzie jakiś tekst oparty na niedopowiedzeniach z lekką warstwą refleksyjną – taki, który wymaga od czytelnika odrobiny inwencji przy interpretowaniu zdarzeń. A może jednak prowadzisz nas w kierunku weirdu i stąd ta osobliwość i niezrozumienie? Na upartego mógłby to być i horror, choć ja na tym etapie lektury to odrzucałem. Te dwie osoby, które Maciek spotyka, te nawoływania o przebicie bańki. W sumie cały ten przekaz, który od nich wychodzi – wszystko to kierowało mnie znów ku tej pierwszej myśli o niedopowiedzeniach z warstwą refleksyjną.

Natomiast główny problem polegał na tym, że to wszystko były jedynie domysły. I ta niewiedza robi jednak opowiadaniu krzywdę. Bo jeśli nie wiesz, co czytasz, to i bardziej niż na lekturze skupiasz się na poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia. Generalnie w pewnym momencie rozumiałem już, że tekst jest oparty na tajemnicy, a cała zabawa w przypadku czytelnika będzie polegała na tym, by ścigać się z autorem i próbować znaleźć wyjaśnienie przed ostatnią kropką. Jednak Twój tekst wydaje mi się w budowaniu owej tajemnicy pospieszny. A zatem i szanse czytelnika nie są równe.

Z tym tekstem to w sumie jest tak, że on ma całkiem sporo elementów, za które można pochwalić, ale te elementy wydają się być połączone ze sobą właśnie trochę naprędce, przez co i nie do końca składają się na takie opowiadanie, jakie sobie założyłeś i wymyśliłeś.

Pisałem o dobrym, lekko osobliwym wprowadzeniu. Bardzo fajne, takie nieco tajemnicze są te sceny, kiedy Maciek spotyka te dziwne osoby. Fajne są też te ich rozmowy, kiedy do tajemnicy dochodzi jeszcze taka nuta pragnienia „przebicia się”, „dotarcia do czegoś”. To trochę dziwaczne, przesiąknięte niepokojem zachowanie kobiety również dobrze wpisuje się w ogólną atmosferę opowiadania. Trzeba też dorzucić jedno zdanie o opisach w pierwszej części opowiadania – one również swoje wnoszą, są dobrze dobrane i odpowiednio obrazowe.

Jeśli więc przyglądam się poszczególnym elementom to, jak widzisz, mam za co chwalić. Natomiast to, co potrafi zrobić wrażenie rozłożone na elementy, jako całość nie potrafi tego wrażenia podtrzymać. Te części składowe lekko się ze sobą podgryzają, są ze sobą połączone „na szybko” i tak nie do końca potrafią się złożyć w atrakcyjne opowiadanie. Mogę chwalić za opisy, za nastrój osobliwości, za pomysł na tajemnicę. Ale kiedy znów spoglądam na to jako całość to jednak czuję przede wszystkim mętlik, jaki od pewnego momentu towarzyszył lekturze. Jakby ten pomysł nie zdążył się do końca „ułożyć”, by odpowiednio wybrzmieć w tekście. Ale jeśli mieć już z opowiadaniem jakiś problem, to chyba najlepiej taki, bo i do korygowania wydaje się być niewiele. Trochę więcej czasu, spokoju. Możliwość rozważenia raz jeszcze, jak rozpisać ten tekst, by każdy z elementów mógł należycie wybrzmieć i wykorzystać w pełni swój potencjał. I to wszystko. Tu naprawdę ta linia oddzielająca Twój tekst od takiej solidnej, atrakcyjnej czytelniczo lektury jest bardzo cienka i w sumie niewiele brakło, by ją przekroczyć. Poszczególne elementy wydają się być jak trzeba. Tyle że po złożeniu w całość jakoś nie mogą się zgrać w odpowiednio atrakcyjne opowiadanie.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Siema, CM :)

 

Natomiast w tym momencie problem jest taki, że ja dalej nie do końca wiedziałem, z jakim rodzajem opowiadania mam do czynienia. Czy to będzie jakiś tekst oparty na niedopowiedzeniach z lekką warstwą refleksyjną – taki, który wymaga od czytelnika odrobiny inwencji przy interpretowaniu zdarzeń. A może jednak prowadzisz nas w kierunku weirdu i stąd ta osobliwość i niezrozumienie?

Czyli Cię skonfundowałem? :D Rozumiem zarzut: do końca nie wiedziałeś, czego się spodziewać. Początkowo chciałem iść w taką niesamowitość, lekko podszytą grozą, ale wyszło bardziej refleksyjnie. Więc ostatecznie w dobrym kierunku się kierowałeś.

 

Natomiast główny problem polegał na tym, że to wszystko były jedynie domysły. I ta niewiedza robi jednak opowiadaniu krzywdę.

(…)

Jednak Twój tekst wydaje mi się w budowaniu owej tajemnicy pospieszny. A zatem i szanse czytelnika nie są równe.

Tak, tutaj pozostaje mi się zgodzić. Pisałem na ostatnią chwilę, bo na ostatnią chwile taka wizja się w głowie pojawiła. I w głowie się sklejała, ale – co już wytknęli mi przedpiścy – niedostateczna ilość informacji z głowy została przeniesiona w tekst. Mea culpa.

 

Jeśli więc przyglądam się poszczególnym elementom to, jak widzisz, mam za co chwalić. Natomiast to, co potrafi zrobić wrażenie rozłożone na elementy, jako całość nie potrafi tego wrażenia podtrzymać.

Czyli piszesz, że jest tak dobrze, że gorzej być nie mogło? ;)

 

Dzięki za obszerny komentarz, choć na Twoje standardy, to jest rzeczywiście lakonicznie :D Ale nie bój nic, nie czuję się dyskryminowany. Jakbyś był pojutrze w południe gdzieś w okolicach Edukacji, to mogę Ci dobitniej pokazać, że nie czuję się dyskryminowany, bo się idę szczepić ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Nowa Fantastyka