- Opowiadanie: Andyql - Transmisja Część 1 Rozdział 2 (2/47)

Transmisja Część 1 Rozdział 2 (2/47)

Oceny

Transmisja Część 1 Rozdział 2 (2/47)

Za­czy­na się pu­styn­ną burzą a potem po­ja­wia się emir, co jed­nak oka­zu­je się nie mieć wpły­wu na prze­bieg wie­czo­ru.

 

Po­twor­ny ból głowy obu­dził Adama nad ranem. Pierw­szym prze­bły­skiem świa­do­mo­ści od­no­to­wał, że udało mu się mak­sy­mal­nie wy­ko­rzy­stać czas prze­zna­czo­ny na re­ge­ne­ra­cję, bo nie stra­cił cen­nych se­kund, żeby zdjąć buty. Or­ga­nizm w sy­tu­acji za­gro­że­nia życia au­to­ma­tycz­nie wdro­żył pro­ce­du­ry za­pa­mię­ta­ne w trak­cie wielu go­dzin pu­styn­ne­go tre­nin­gu, kiedy po­zby­cie się ubra­nia nocą mu­sia­ło ozna­czać kło­po­ty. Sko­ja­rze­nie z pu­sty­nią miało na­praw­dę mocne pod­sta­wy – ma­rzył o łyku zim­nej wody, jakby przez kilka dni błą­kał się w upale z dala od ludz­kich sie­dzib. Spierzch­nię­te usta i kom­plet­nie sucha krtań mo­gły­by świad­czyć, że prze­żył pie­kło w samym środ­ku pia­sko­wej burzy.

Po­ru­szył dło­nią. Bo­la­ło. Za to druga wy­da­wa­ła się być w lep­szym sta­nie. Mo­zol­nie za­czął badać teren wokół sie­bie. To chyba był dywan. Otwo­rzył oczy i na­tych­miast je za­mknął – stru­mień świa­tła za­ata­ko­wał, prze­szy­wa­jąc mi­liar­dy neu­ro­nów jego mózgu skon­den­so­wa­ną dawką bólu.

Leżał dłuż­szą chwi­lę, zbie­ra­jąc siły. Świa­do­mość po­wo­li wra­ca­ła na swoje miej­sce. Ekran tuż pod po­wie­ka­mi wy­świe­tlał mu pla­stycz­ne, na­sy­co­ne ko­lo­ra­mi mi­ra­że. Edyta… Uśmie­cha­ła się za­gad­ko­wo, kiedy do­ty­kał jej wło­sów, jakby mu bez słowa chcia­ła po­wie­dzieć, goń mnie, złap, na co cze­kasz…

Tym razem jakoś zniósł ude­rze­nie świa­tła. Z pew­nym tru­dem usta­lił swoje po­ło­że­nie wzglę­dem lo­dów­ki. Naj­waż­niej­sze­go celu, bo pra­wie na pewno było w niej piwo. Wspi­nacz­ka na skał­kach, któ­rej kie­dyś od­da­wał się z taką pasją, przy­da­ła się teraz w zde­rze­niu z gład­ką białą ścia­ną. Uzu­peł­nie­nie pły­nów na­tych­miast przy­nio­sło ulgę. Ubra­nie zło­śli­wie prze­wró­ci­ło go jesz­cze, zanim zdo­łał się go po­zbyć. Jakoś do­tarł do ła­zien­ki i sta­ran­nie omi­ja­jąc lu­stro, za­brał się za wy­rzu­ca­nie z wanny wszyst­kich nie­po­trzeb­nych rze­czy. Jeśli praw­dą było, że męż­czy­znę po­zna­je się po tym jak koń­czy, wczo­raj­sza noc nie za­pew­nia­ła mu szcze­gól­nie do­brych no­to­wań…

Zimna woda, kawa i ja­jecz­ni­ca spra­wi­ły, że po­czuł się nie­mal do­brze. Po­ukła­dał w gło­wie ob­ra­zy mi­nio­ne­go wie­czo­ru, ostroż­nie, żeby nie pro­wo­ko­wać bólu. Bra­ko­wa­ło mu jesz­cze wielu kla­tek, se­kwen­cje wy­da­rzeń nie chcia­ły się uło­żyć w lo­gicz­ną ca­łość. Pa­mię­tał pro­fe­so­ra, za­pro­sze­nie na rand­kę i bójkę. Wciąż nie miał po­my­słu na to, jak do­tarł do domu. Ko­ja­rzył strzę­py ob­ra­zów, frag­men­ty mia­sta, czyjś gło­śny śmiech…Praw­do­po­dob­nie tro­chę za dużo wypił. Albo za mało jadł. Jego dieta ostat­nio nie wy­glą­da­ła naj­le­piej. Ale gdyby Edyta, za­miast zaj­mo­wać się przy­ja­ciół­ka­mi, zo­sta­ła z nim, noc by­ła­by o wiele lep­sza. Nie mó­wiąc o prze­bu­dze­niu.

Teo­ria, że obec­ność ko­bie­ty zmniej­sza u męż­czy­zny ilość za­po­trze­bo­wa­nia na al­ko­hol, wy­da­ła się Ada­mo­wi nawet sen­sow­na, do­pó­ki nie przy­po­mniał sobie, że kło­po­ty zwią­za­ne z pięk­ną płcią jed­nak cza­sa­mi mogą pro­wa­dzić do wzro­stu spo­ży­cia. Naj­le­piej było za­cho­wać zdro­wy umiar. Al­ko­ho­lu miał ostat­nio w nad­mia­rze, w prze­ci­wień­stwie do ko­biet. Po­sta­no­wił od­po­cząć, a wie­czo­rem wzno­wić walkę o od­wró­ce­nie pro­por­cji.

*

Ko­lej­ne go­dzi­ny po­świę­cił na od­zy­ska­nie pełni formy. Dobry obiad, basen i sauna po­sta­wi­ły go na nogi na tyle sku­tecz­nie, że zanim wy­szedł z domu, z przy­jem­no­ścią wypił pra­wie pół bu­tel­ki Jacka Da­niel­sa. A o dwu­dzie­stej, w cał­kiem nie­złym na­stro­ju, sie­dział przy barze, cze­ka­jąc na Edytę. Uwiel­biał takie kli­ma­tycz­ne knajp­ki, wolne od ogłu­sza­ją­ce­go umysł gów­nia­ne­go tech­no. Tutaj kró­lo­wa­ła pol­ska mu­zy­ka z prze­wa­gą rocka z lat osiem­dzie­sią­tych – ulu­bio­ne­go okre­su Adama. Gdyby to za­le­ża­ło od Ci­sow­skie­go, li­te­rac­ka na­gro­da Nobla tra­fi­ła­by w ręce ów­cze­snych tek­ścia­rzy – Mo­giel­nic­kie­go i Ole­wi­cza. Albo po­śmiert­nie do Kory. Bo w żad­nym innym kraju tek­sty pio­se­nek nie nio­sły ze sobą ta­kie­go ła­dun­ku emo­cji i ener­gii, ni­g­dzie nie były tak dobre, mó­wią­ce tak wiele o cza­sach, kiedy nie można było po­wie­dzieć ni­cze­go. Szko­da, że świat mało in­te­re­so­wał się wtedy pol­ską kul­tu­rą. W nor­mal­nych wa­run­kach taka Osiec­ka czy choć­by Mły­nar­ski z pew­no­ścią mie­li­by szan­se na wiel­kie ka­rie­ry…

Wi­bru­ją­ca w kie­sze­ni ko­mór­ka prze­rwa­ła mu roz­my­śla­nia. Ro­bert – były kum­pel z MON – u. A pry­wat­nie nie­zła szuja. O tej porze?

– No cześć Adam, mówię ci, roz­ró­ba na ca­łe­go, jakiś emir in­ter­we­nio­wał w MSZ w two­jej spra­wie. Stary wściekł się na maksa, rusza śledz­two do­ty­czą­ce tej afery w Li­ba­nie!

– Emir? Jaki emir? – zdzi­wił się Adam. Ni­ko­go nie pro­sił o pomoc. A już na pewno nie na wy­so­kim szcze­blu. No i dla­cze­go do­pie­ro po tylu mie­sią­cach?

– No prze­cież nie Ku­stu­ri­ca! Praw­dzi­wy po­waż­ny emir z dy­na­stii Sau­dów. Swoją drogą nie chwa­li­łeś się, że masz takie kon­tak­ty. Pre­mier był na ja­kiejś kon­fe­ren­cji w Du­ba­ju i Sau­dyj­czy­cy po­skar­ży­li mu się, że pol­ski MSZ cały czas gra na zwło­kę, kiedy py­ta­ją o twoje od­wo­ła­nie. A potem oka­za­ło się, że i am­ba­sa­da Izra­ela na­tych­miast po twoim wy­jeź­dzie pró­bo­wa­ła na­ci­skać w War­sza­wie i za­cho­wy­wa­ła się tak, jakby bez cie­bie w Li­ba­nie miała wy­buch­nąć III wojna świa­to­wa. No, mówię ci, zrobi się z tego gruba afera, bo ktoś u nas po­sta­no­wił za­mieść cie­bie pod dywan i bę­dzie się teraz mu­siał z tego tłu­ma­czyć. To na razie nie­ofi­cjal­na in­for­ma­cja, do­wiem się cze­goś wię­cej, to będę dzwo­nił. Wi­dzisz, wie­rzy­łem w cie­bie i mó­wi­łem, ze wszyst­ko się wy­ja­śni. Trzy­maj się, na razie!

– Po­cze­kaj no! – chciał ze­brać do kupy in­for­ma­cje, któ­ry­mi Ro­bert do­słow­nie go zbom­bar­do­wał, ale tam­ten zdą­żył się roz­łą­czyć. Może oba­wiał się, że dal­sza roz­mo­wa nie­chyb­nie do­pro­wa­dzi­ła­by do przy­po­mnie­nia ko­le­dze, że kiedy wy­rzu­ca­no Adama z armii i szu­kał u niego po­mo­cy, tam­ten ogra­ni­czył się do zdaw­ko­we­go smsa. Ci­sow­ski zbesz­tał się w my­ślach, że za­po­mniał o tym. Nie­odbie­ra­nie te­le­fo­nu od tego fał­szyw­ca było naj­lep­szym, co po­wi­nien w tej sy­tu­acji zro­bić.

Nie miał po­ję­cia, ilu jest na świe­cie emi­rów, ale nawet gdyby wszy­scy na raz upar­li się żeby zo­stał w woj­sku, nie po­słu­chał­by na pewno. To była kwe­stia zasad. Kto za­wiódł raz, nie otrzy­my­wał od Adama ko­lej­nej szan­sy. A woj­sko za­wio­dło na całej linii.

Mimo wszyst­ko ko­lej­ną szkla­necz­kę po­sta­no­wił wypić za zdro­wie ta­jem­ni­cze­go sprzy­mie­rzeń­ca. A dziew­czy­ny wciąż nie było. Za­czy­nał się nie­po­ko­ić, do­cho­dzi­ła dwu­dzie­sta druga, i mimo że nie pa­mię­tał pra­wie ni­cze­go z póź­niej­szych wy­da­rzeń mi­nio­nej nocy, tego aku­rat był pe­wien – ko­bie­ta zgo­dzi­ła się na wspól­ne­go drin­ka. Dla­te­go po­sta­no­wił po­cze­kać.

– Adaś, na­roz­ra­bia­ło się wczo­raj, co? – zna­jo­my bar­man przy­wi­tał go z sze­ro­kim uśmie­chem, z po­ufa­ło­ścią kle­piąc po ple­cach. – Życie wam wczo­raj ura­to­wa­łem od tych ki­bo­li i wi­sisz mi stówę za tak­sów­kę i drugą za piwo, żeby nie było – kon­ty­nu­ował za­do­wo­lo­ny z sie­bie, jakby co naj­mniej oso­bi­ście wy­niósł Adama z po­ża­ru.

– Cze­kaj, ja­kich ki­bo­li, pa­mię­tam trzech, do­sta­li bęcki w pięć minut – za­pro­te­sto­wał Adam.

– Oni tak, ale tych dzie­się­ciu co przy­szło was szu­kać jak piłeś z pro­fe­so­rem, ra­czej byś nie pobił. Cho­ciaż fak­tycz­nie rwa­łeś się do bitki – za­śmiał się bar­man. – Scho­wa­li­śmy was z chło­pa­ka­mi w kan­tor­ku, za­wo­ła­li­śmy tak­sów­kę i tyl­nym wyj­ściem wy­pro­wa­dzi­li­śmy do sa­mo­cho­du. Nie było łatwo bo zaraz po­spa­li­ście się jak nie­mow­la­ki i cięż­ko było was wy­nieść. A ki­bo­lom mu­sia­łem po­sta­wić po piwie i do­pie­ro się zmyli. Na twoim miej­scu nie po­ka­zy­wał­bym się przez jakiś czas na Ła­zien­kow­skiej, bo tamci dwaj tra­fi­li do szpi­ta­la i szyb­ko ci tego nie za­po­mną. No i tutaj też ra­dził­bym ob­ser­wo­wać drzwi – śmiał się męż­czy­zna.

– Kur­cze, ni­cze­go nie pa­mię­tam, ni­cze­go – za­wsty­dził się Adam, się­ga­jąc do port­fe­la. – Pa­mię­tam bójkę a potem pi­li­śmy z pro­fe­so­rem. I obu­dzi­łem się w domu rano.

– Sam czy z pro­fe­so­rem? – kpią­co za­py­tał bar­man. – Le­piej uwa­żaj, on chyba nie za bar­dzo in­te­re­su­je się ko­bie­ta­mi. A o tej wczo­raj­szej blon­dy­nie mo­żesz za­po­mnieć. Na bank już nie przyj­dzie!

– A skąd wiesz? – stro­pił się Adam. To była zła wia­do­mość.

– Wczo­raj, kiedy się tłu­kli­ście, wy­szła zo­ba­czyć co to za hałas. No i szyb­ko wró­ci­ła, ga­da­jąc do tam­tych lasek, że nie za­mie­rza się za­da­wać z ban­dzio­rem. Po­sie­dzia­ły chwi­lę, ale była tak wście­kła, że zaraz po­szły do domu.

– Ale ja prze­cież tylko w obro­nie – uspra­wie­dli­wiał się Adam.

– Ja tam nie wiem, ale jak przy­je­cha­ło po­go­to­wie, sa­ni­ta­riusz mówił, że tamci wy­glą­da­ją jak po zde­rze­niu ze ścia­ną. Może tej obro­ny było tro­chę za dużo? – po­waż­niej już stwier­dził bar­man.

– Nie, na­pa­dli we trzech na bez­bron­ne­go fa­ce­ta i słusz­nie do­sta­li za swoje – z peł­nym prze­ko­na­niem oświad­czył Adam. To na­le­ża­ło do jego nie­pod­wa­żal­nych zasad. Zło na­le­ża­ło zwal­czać w każdy moż­li­wy spo­sób. Ina­czej prę­dzej czy póź­niej za­ata­ku­je z po­dwój­ną siłą. To było oczy­wi­ste. Zło trze­ba tępić a dobro po­wra­ca.

Dobro we­szło do baru uśmiech­nię­te od ucha do ucha i tylko nie­wiel­ki ka­wa­łek pla­stra na nosie pro­fe­so­ra świad­czył, że jego życie dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny temu za­wi­sło na wło­sku.

Zie­liń­ski przy­wi­tał się z Ada­mem i bar­ma­nem jakby przez ostat­nich sto lat spo­ty­ka­li się tutaj co wie­czór i, ku zdu­mie­niu Adama, zda­wał się pa­mię­tać o wiele wię­cej z wy­da­rzeń mi­nio­nej nocy. Ka­pi­tan, nieco zło­śli­wie ukuł sobie teo­rię, że ilość wspo­mnień za­cho­wa­nych po wy­pi­ciu eks­tre­mal­nie du­żych dawek al­ko­ho­lu, zna­czą­co wzra­sta wraz z coraz wyż­szym in­dek­sem masy ciała, ale przy­tom­nie po­wstrzy­mał się od ogło­sze­nia świa­tu tego od­kry­cia.

Pro­fe­sor za to sta­nął na wy­so­ko­ści za­da­nia, bio­rąc na sie­bie winę za po­krzy­żo­wa­nie Ada­mo­wi pla­nów od­by­cia praw­do­po­dob­nie cu­dow­nej rand­ki z Edytą i na­tych­miast za­mó­wił bu­tel­kę whi­sky. Co w tej sy­tu­acji nie było głu­pie. Budka Su­fle­ra wła­śnie ostrze­ga­ła, żeby nigdy nie wie­rzyć ko­bie­cie i Adam nie wi­dział ab­so­lut­nie żad­ne­go po­wo­du żeby się z tym nie zgo­dzić. Pro­fe­sor rów­nież. I to był dobry powód, żeby się za to napić. Ci­sow­ski z każ­dym kwa­dran­sem ża­ło­wał mniej, że i tej nocy nie spę­dzi w to­wa­rzy­stwie ja­kiejś uro­czej damy, zresz­tą, za dzie­więt­na­ście dni wy­la­ty­wał do Los An­ge­les i czego jak czego, ale pięk­nych ko­biet na pewno mu nie za­brak­nie. Poza tym w życiu ist­nie­ją waż­niej­sze rze­czy niż ja­kieś tam dupy.

Wła­ści­wie po raz pierw­szy od po­wro­tu do kraju spo­tkał kogoś, komu chciał opo­wie­dzieć o ba­gnie z jakim przy­szło mu się zmie­rzyć, kogoś, kto słu­chał zwie­rzeń i wy­da­wał się bez żad­nych wąt­pli­wo­ści wie­rzyć, że on, Adam Ci­sow­ski jest uczci­wym czło­wie­kiem i ofi­ce­rem. Szcze­gól­nie opo­wieść o nar­ko­ty­ko­wej pro­wo­ka­cji, wy­war­ła na pro­fe­so­rze ogrom­ne wra­że­nie. Ci­sow­ski mu­siał dwa razy opo­wie­dzieć o wszyst­kich zna­nych mu oko­licz­no­ściach pod­ło­że­nia ha­szy­szu. Przy­naj­mniej we­dług swo­jej wer­sji wy­da­rzeń.

Zie­liń­ski za­czął no­to­wać po­da­wa­ne przez ka­pi­ta­na szcze­gó­ły jakby był de­tek­ty­wem. Pytał o miej­sce i do­kład­ny czas od­kry­cia nar­ko­ty­ków. Potem długo mil­czał i kiedy w bu­tel­ce po­ka­za­ło się dno, prze­pro­sił Adama, że na dzi­siaj ma dość, zresz­tą musi wstać jutro bar­dzo wcze­śnie. Za to wie­czo­rem chęt­nie po­ja­wi się w barze, gdyby ka­pi­tan przy­pad­kiem nie miał ni­cze­go lep­sze­go do ro­bo­ty. A to aku­rat było nie­mal pewne.

Koniec

Komentarze

Drobna sugestia – w przedmowach możesz dawać linki do poprzedniej i następnej części (a także do pierwszej – to zawsze). Oczywiście nastepna dopiero po jej publikacji, opcja edycji.

wcale nie taka drobna! Dziękuję Ci bardzo.

“literacka nagroda Nobla trafiłaby w ręce ówczesnych tekściarzy – Mogielnickiego i Olewicza” – jestem za! :)

 

Trochę byt mało akcji jak na osobny rozdział….

,

paradoksalnie, cieszy mnie Twoja uwaga. Dotąd obrywałem za to, że tekst składał się wyłącznie z galopującej szybko akcji :) A rozdziały są rzeczywiście trochę umowne. Przyjdzie czas (?) na jeszcze niejeden szlif.

 

@Andyql – Jeśli podział na rozdziały/części jest tymczasowy, na potrzeby publikacji na portalu to OK :)

Nowa Fantastyka