- Opowiadanie: DorsalCross - Rok 2029

Rok 2029

Witam. To moje pierwsze opowiadanie opublikowane w internecie. Nie zdążyłem się dobrze zaznajomić z fantastyką.pl, ani z panującymi tutaj zasadami, więc jeśli coś zrobiłem źle, to z góry przepraszam. 
 

Pisaniem zajmuję się mniej więcej od roku, jednak dopiero teraz uznałem, że warto byłoby sięgnąć po poradę osób, które niewątpliwie się na tym znają bardziej ode mnie. Zdążyłem napisać w swoim uniwersum około 600 stron nieukończonej książki oraz kilka opowiadań. Rzeczy które piszę odbiegają od od formy, którą chciałbym osiągnąć i na pewno mają w sobie całe mnóstwo elementów do poprawy. Jeśli ktoś byłby na tyle miły, żeby przeczytać moje wypociny i podzielić się opinią, byłbym bardzo wdzięczny.

 

Ponadto chciałbym przekazać, że wydarzenia zawarte w tekście, przemyślenia bohaterki etc. nie są moją opinią na tematy polityczne, czy światopoglądowe, ale jedynie luźną wizją artystyczną.
Pozdrawiam.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Rok 2029

2029

 

Wrocław, plac przed Dworcem Głównym.

Czwartek 12 Lipca 2029 roku. Godzina 14:32 czasu środkowoeuropejskiego. Wiał lekki wiatr przynosząc mieszkańcom nieocenioną ulgę od dokuczliwych promieni słonecznych.

Miasto, jak zwykle o tej porze było niesłychanie zatłoczone. Setki studentów, biznesmenów i innych wszelakiej maści obywateli pędziło w swoje strony motywowani własnymi celami, pragnieniami i wizjami. Twarze mieli pochmurne nawet biorąc pod uwagę polskie standardy melancholii.

Każdy z tych ludzi próbował otrząsnąć się po ostatnim ataku w Galerii Dominikańskiej.

Ładunek wybuchowy pozostawiony na ławce obok tamtejszego sklepu 4F wziął ze sobą trzydzieści dwa ludzkie istnienia. Trzydzieści dwa niewinne istoty straciły swój żywot, nie wiedząc w nawet w myśl jakiej idei zginęli. Zresztą taka wiedza nawet wśród żywych mogła uchodzić za rarytas. Dezinformacja w sieci panoszyła się jak choroba. Każdy miał coś do dodania, od zwykłego entuzjasty piłki nożnej z Psiego Pola po potężne serwisy informacyjne i machiny państwowej propagandy. Czy to była Antifa, GLNO, ISIS, czy Al-Kaida? A może to inside job Świętej Ligi? Nie brakowało teorii mówiących o tym, jakoby to właśnie władze miały w ten sposób próbować zasiać strach w sercach ludzi. Chodziło o politykę, religię, czy może o pieniądze? Dla nich, dla tych zabitych, czekających w laboratorium na autopsję to już nigdy nie będzie miało żadnego znaczenia.

Już dawno zakończyła się złota passa Rzeczpospolitej Polski jako państwa wolnego od terroryzmu. Tym samym skończyły się również czasy szerokiej gamy swobód obywatelskich. Ludzie dosyć łatwo zaakceptowali obecność wojsk Świętej Ligi w swoim codziennym życiu. Od jakiegoś czasu prawie nikt już nie robił problemów z ciągłymi identyfikacjami, sprawdzaniem tożsamości i przeszukiwaniem bagażu, szczególnie tutaj, na dworcu. Elektroniczny dowód niemal każdy nosił na wierzchu, by móc go łatwo wyjąć, dać sobie przeskanować, udowodnić, że numeru PESEL wcale nie ma na liście osób podejrzanych. Nie chciano problemów. Gumowe pałki strażników pokoju tworzyły dotkliwe siniaki, wpis w rejestrze o jakimkolwiek stawianym oporze potrafił ciągnąć się za kimś latami, przeszkadzać w karierze, a w szczególnych przypadkach pozwalał nawet nabawić się kolejnych guzów.

Tak zwane Chrześcijańskie Służby Pokojowe (nazwę nadano by uniknąc nadal niezbyt chlubnego w Polsce określenia "służby bezpieczeństwa") właśnie okładały młodego chłopaka po głowie przy jednym z przystanków autobusowych. Musiał sobie nieźle przeskrobać, może nawet odmówił pokazania dowodu, bo do akcji wkroczyło aż czterech funkcjonariuszy. Piąty z nich, oficer coś krzyczał, jednocześnie próbując dość nieskutecznie zresztą prosić przechodniów, by nie nagrywali zajścia.

Minuta im wystarczyła, by zrosić chodnik krwią nieszczęśnika. Dwie na to, by ich cel przestał się ruszać. Dopiero wtedy funkcjonariusze całą grupą skupili swoje siły na próbach przekonania ludności, żeby zajęto się własnymi sprawami. Żołnierzy Świętej Ligi przed identyfikacją chroniły zasłaniające twarz hełmy balistyczne, ale trzeba było przyznać, że nawet oni nie lubili być nagrywani. Musieli wiedzieć, że te filmy staną się później obiektem prawdziwej fali nienawiści na anonimowych, niemożliwych dla Kościoła do zablokowania stronach internetowych.

Później stało cię coś śmiesznego, bo jakiś ptak nasrał prosto na kamizelkę dowódcy oddziału funkcjonariuszy. Niestety większość z gapiów zdążyła już sobie pójść, więc nikt nawet się nie zaśmiał, lub nie śmiał się zaśmiać.

Prawie nikt.

Gołębie… – pomyślała siedząca w bezpiecznej odległości Apolina Sulewski, z uśmieszkiem na ustach popijając sobie karmelową latte. Przez ostatnie lata Wrocław przeszedł metamorfozę. Ściany na budynkach przed dworcem zostały całkowicie zasłonięte przez bijące po oczach blliboardy LCD, tramwaje przestały przypominać zgniecione puszki po coca-coli, a dużą częścią samochodów kierowała sztuczna inteligencja. Nad miastem wyrosło nawet kilka wieżowców przewyższających nieco kompleks SkyTower. Jedyną rzeczą, która się tutaj nie zmieniała to gołębie. Te wstrętne ptaszyska od zawsze srały i będą srały, czy to na niegdyś na Gestapo, ZOMO-wców czy teraz na funkcjonariuszy CSP. I dobrze… niech srają. Byle tylko omijały pijących sobie spokojnie kawę pod KFC szerokim łukiem.

– Apolina – odezwał się głos w jej głowie – skup się na swojej misji.

– Ale…

– Masz dozór na sektorze C! Nie wiemy z której strony wyjdzie cel.

– Jest jeszcze trzynaście minut…

– A jeśli pociąg przyjedzie wcześniej?

Apolina parsknęła, prawie opluwając się swoją latte.

– Tutaj, w Polsce? Po ostatnich zamachach? Nie żartuj sobie Reuzen. Dobrze będzie jak przyjedzie na czas.

– Apolina, posłuchaj mnie. – Jej dowódca na moment zamilknął. Pomyślała, że pewnie zjada go stres. – Ta misja… to nie jest tylko debiut dla ciebie jako ratniczki, ale i dla mnie jako przywódcy. Świetnie się przygotowałaś, to dobrze. Jesteś pewna swoich umiejętności tego, czego cię na uczono, rozumiem to. Też kiedyś taki byłem, ale weź daj innym pracować normalnie. Chyba nie chciałabyś zostać zatrzymana przez CSP tylko dlatego, że któryś z nas zawaliłby swój dozór, popijając sobie latte! – Dodał jeszcze ściszonym głosem: – Słuchaj, ona nas obserwuje, a ciebie szczególnie. Bogini nie po to wezwała cię tydzień temu na dywanik, żeby twoje ego skoczyło do wartości kosmicznych. ONA wie, że masz w sobie to coś, więc tego nie spierdol, rozumiesz?

Przymknęła oczy. Reuzen miał rację, to był jej debiut. Pierwsza misja poza murami Weles Tower. Pierwsza po operacji wzniesienia. Nie mogła się tak zachowywać. Nie mogła JEJ zawieść.

– Rozumiem… W sektorze C nieopodal przystanku tramwajowego widzę pięciu funkcjonariuszy CSP, w tym jeden oficer prawdopodobnie podlegający pod SI. Ma na ramieniu oko w mieczu, ich symbol. Całą swoją uwagę skupiają na jakimś chłopaku i nie są świadomi mojej obecności. Poza tym nie widzę żadnych potencjalnych przeszkód.

– Odebrałem. Informuj mnie o wszystkim Apolina.

Nie była pewna, dlaczego Reuzen pyta ją o dozór. Zamontowany w gałkach ocznych implant pozwalał nie tylko jej widzieć więcej, ale również transmitował obraz do wszystkich, którzy mieli wystarczające uprawnienia. W tym do dowódcy. Mogła się tylko domyślać, że taki meldunek był częścią jej treningu. Implementacja jaką przeszła tydzień temu, nie zawsze przebiegała zgodnie z planem, a jej skutki uboczne niekiedy wychodziły na jaw dopiero po jakimś czasie. Od tygodnia Apolina była wypytywana o to, co widzi, co słyszy i co czuje. Odpowiadała zawsze zgodnie z prawdą, że czuła się wręcz świetnie. Silniejsza niż zwykle, widziała dużo ostrzej, a jej słuch potrafił wychwycić dźwięki, które dla zwykłych ludzi nie istniały.

Według niej nie było więc powodów do zmartwień, a wręcz przeciwnie. Należało cieszyć się życiem.

 

 

Tydzień temu.

 

Nazywam się Apolina Sulewski i od roku ciężko trenuję, żeby stać się ratniczką, czyli wojowniczką zbrojnego ramienia konglomeracji Weles. Mogę tylko dziękować zrządzeniu losu, że półtora roku temu wybuch urwał mi prawą rękę na wysokości ramienia.

Wtedy jeszcze pracowałam dla CSP. Byłam żołnierzem podlegającym pod pakt Świętej Ligi o randze piechura, czyli coś w stylu szeregowego. Miałam ambicje, by zostać centurionem… żenada. Dopiero teraz widzę, jakie to śmieszne. Ci żałośni klerycy próbowali stworzyć sobie coś na kształt rzymskich legionów. To było niepojęte ile pracy wkładano w to, żeby dostosować owe siły do dzisiejszych standardów zbrojeniowych. Szybko okazało się, że ze względu na problemy z dowodzeniem centuria nie mogła liczyć stu piechurów, więc ustalono, że w każdej będzie po trzydzieści żołnierzy. Ci zaś dzielili się na grupy zwane squadrami (squadra to po włosku drużyna). Każdą squadrą rządził dziesiętnik, który ewentualnie wyznaczał poddziesiętnika, gdyż ku wielkiemu zdziwieniu okazało się, że człowiek nie jest również w stanie sprawnie dowodzić dziesięcioma żołnierzami naraz. Według niektórych teoretyków wojskowości maksimum to sześciu. Na szczęście to już nie mój problem.

Nie dołączyłam do wojska ze względów religijnych, ani nawet patriotycznych. Być może to właśnie sprawiło, że jestem teraz tutaj. Ja po prostu mając wybór, czy chcę być pod gumową pałką, czy tej pałki używać, wolałam to drugie. Nie wierzę w katolickiego Boga ani wyższość jakiegokolwiek narodu nad innym. Musiałam się nieźle gimnastykować, żeby naściemniać w podaniu o powodach moich chęci wstąpienia do armii. Później musiałam bardzo uważać, żeby się nie wydało, że podczas trwania mszy świętych i innych tego typu śmiesznych rytuałów myślę sobie o niebieskich migdałach. Nie czułam się z tym dobrze. Moi koledzy służyli w imię wyższych racji, a ja… w imię pięciu tysięcy złotych żołdu.

Naprawdę chciałabym podziękować terroryście Państwa Islamskiego, za to, że postanowił wysadzić ładunek heksogenu akurat na trasie mojego patrolu. Niestety terrorysta poszedł w powietrze razem z moimi ziomkami i moją prawą ręką. Wtedy rzecz jasna i tak bym mu nie podziękowała, nie tak od razu, bo byłam psychicznie załamana. Przez chwilę nawet, w swojej głupocie myślałam, że ta sytuacja była karą za moją niewiarę. Podobnie karą za niewiarę miało być niewypłacenie mi odszkodowania pozwalającego choćby i w najbardziej ekonomiczny sposób odbudować sobie urwaną kończynę. Rzekomo nafaszerowana morfiną we Wrocławskim szpitalu powiedziałam, co sądzę o Świętej Inkwizycji i Patryjarsze RP Wroniewiczu. Nic z tego nie pamiętam, przecież takie dowody były dziecinnie łatwe do sfabrykowania, no ale… Z drugiej strony to możliwe, bo zdarzało mi się gadać przez sen. Tak tylko sobie myślę, że w ciekawych czasach żyjemy, żeby móc do pierdla trafić za takie rzeczy. Naprawdę, z pełną powagą mówiono mi, że powinnam się cieszyć, że nie zamknęli mnie w obozie internowania dla więźniów politycznych w Żaganiu.

Teraz pluję im w twarz, bo pewnego razu w szpitalu odwiedził mnie człowiek przedstawiający się jak Trace Quinton i dał mi ofertę nie do odrzucenia. Mieli zamontować mi nową dłoń w zamian za pracę w Weles Corporation, największej polskiej konglomeracji sprzedającej produkty od elektronicznego czajnika, po potężne śmigłowce bojowe klasy Perun. Podpisałam co trzeba bez zastanowienia. Wtedy byłam wniebowzięta ogromnymi zarobkami, o których żołnierze CSP mogli tylko marzyć. Teraz widzę, że to nie wszystko. Mam w dupie zarobki. Tutaj można osiągnąć znacznie więcej, coś co dla zwykłego człowieka było nie do pomyślenia. Moja nowa dłoń nie tylko w stu procentach zastąpiła starą, ale i dała mi nowe możliwości.

Technologia, którą korporacja pokazywała światu była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Okazało się, że najwyższy w Polsce wieżowiec – Weles Tower od środka niczym nie przypominał wieży w klasycznym tego słowa znaczeniu. Wzniesiony na wyspie Bielarskiej budynek dosłownie żył! Droga przede mną otwierała się na moje żądanie, a pomieszczenia potrafiły nawet, zależnie od kaprysu niektórych, zmienić swoje położenie. Raz zasnęłam na piętrze czternastym, a gdy się obudziłam, okazało się, że jestem na siedemnastym. Niektóre elementy wieży działały jak przesuwane puzzle, a wszystkim kontrolował kolektywny umysł roju tak, jak w mrowisku. Byliśmy jakby mrówkami pod panowaniem mrówki królowej, zwanej tutaj przez niektórych boginią. Tak, Anna Weles jest uważana przez wtajemniczonych za boga, ale wcale mi to nie przeszkadza. Taki bóg, który nie denerwował się na jedzenie mięsa w piątek i na seks przedmałżeński całkiem mi odpowiadał. Taki bóg przede wszystkim naprawdę istniał i płacił prawdziwym, namacalnym hajsem, ale nie tylko…

Co prawda wcześniejsze porównanie do mrówek było trochę nie na miejscu, bo mrówki nie mają takich benefitów, jakie mamy my. Nie czują wyższości nad innymi niepołączonymi kolektywnym umysłem przedstawicielami własnego gatunku. Mrówki nie mogą wejść sobie na szczyt wysokiej na ponad trzysta metrów wieży. Nie posiadają bionicznych kończyn ze stopów tytanu, które pozwalałyby im robić rzeczy niebywałe. Nie są również w stanie wykonywać skoków na wysokość pierwszego piętra, zapewniając tym samym sobie prawdziwą frajdę. Mrówki nie mają wolnej woli, nie mogą sobie pójść na imprezę, zjeść czegoś dobrego na mieście. Nie mogą napić się alkoholu…

Właściwie to ja tych kilku ostatnich rzeczy też jeszcze nie mogłam robić, bo czekał na mnie ostatni egzamin. Proces zwany implementacją lub wzniesieniem. Jutro neurochirurdzy wszczepią mi do głowy urządzenie znane jako nawia, a ja będę musiała stawić czoła wirtualnemu światu, który mój mózg, broniąc się przed inwazyjną operacją, będzie próbował sobie stworzyć. Nie wiem, czego dokładnie mam się spodziewać, gdyż każdy z osobna przeżywa w swojej "Głębi" co innego, ale ja się nie boję. Jestem dobrze przygotowana na każdą ewentualność. Ekscytuję się tylko na myśl, co będzie, potem gdy już stanę się pełnoprawną ratniczką. Ostatni rok był rokiem męczarni i wyrzeczeń, ale teraz już będzie tylko lepiej… W końcu będę mogła opuścić sale wieży i wyjść na zewnątrz. Zrobić coś dla siebie, może pójść na jakąś imprezę… Na przykład tutaj zaraz pod nosem do Tamki… albo chociażby do wrocławskiego zoo.

Winda zasygnalizowała charakterystycznym piknięciem, że właśnie dotarła na miejsce. Wrota bez wydania komendy stanęły otworem. Piętro numer sześćdziesiąt dwa wyglądało zupełnie inaczej niż reszta wieży, którą miałam okazję oglądać. Zapewne dlatego, że na tym piętrze mieściły się kwatery bogini, czyli Anny Weles we własnej osobie. Przede wszystkim wyglądało to jakby bardziej estetycznie. Zamiast czworokątnych korytarzy ze stali tutaj stało coś, co w końcu przypominało wnętrze zwykłego budynku. Oczywiście nadal budynku z innej epoki niż na przykład ten postkomunistyczny szpital, w którym leżałam, ale WOW! Tutaj były nawet rośliny!

Podeszłam do jednej z doniczek i uważnie przyjrzałam się znalezisku. Nie widziałam żywych roślin odkąd mnie tutaj zamknęli, a już na pewno nie takich. To coś przypominało trochę aloes, ale było… czerwone. Będę wiedziała, co to jest, gdy tylko wszczepią mi nawię. Mikrokomputer podobno potrafił z niesłychaną precyzją identyfikować takie rzeczy i przedstawiać dane na ich temat we wbudowanym w oko interfejsie graficznym. Ostrożnie chwyciłam swoją bioniczną dłonią jeden z liści, z którego momentalnie poleciała stróżka czerwonej cieczy. Prawie jak krew…

Z zadumy wyrwał mnie syk kolejnych drzwi, które właśnie stanęły otworem. To chyba znak od bogini, że powinnam się śpieszyć. No tak… głupio byłoby kazać takiej osobistości na siebie czekać. Zostawiłam roślinę w spokoju i ruszyłam wzdłuż poustawianych w korytarzu doniczek z aloesem. Po chwili znalazłam się w obszernym eliptycznym pomieszczeniu. Zdążyłam się już nauczyć, że te działające jak ogromne ekrany LCD ściany, to tak naprawdę też szyby, za którymi za pozwoleniem kogoś z odpowiednimi uprawnieniami, można było zobaczyć panoramę Wrocławia. Teraz pozostawały wygaszone, sprawiając, że w środku było całkiem ciemno. Dopiero po chwili na suficie zaświecił się rząd lamp LED-owych, a ja po raz pierwszy ujrzałam boginię na własne oczy.

Moja pierwsza myśl brzmiała – Boże jaka ona jest piękna! Co prawda widziałam, ją kiedyś w telewizji, wtedy nie zwróciłam na nią szczególnej uwagi, ale teraz… z bliska wyglądała zupełnie inaczej. Oczywiście wolałam mężczyzn, ale po prostu nie mogłam nie docenić jej gustu ubierania się, malowania i w ogóle sposobu bycia. Szkoda, że nie dało się ujrzeć jej twarzy w pełnej swojej okazałości, gdyż na jej ustach i prawym policzku tkwiło urządzenie przypominające maskę. Doszły mnie kiedyś słuchy, że wskutek spowodowanego w 2025 roku przez masonerię ataku terrorystycznego nasza bogini nabawiła się paskudnych ran w tamtym miejscu. Może gdyby nie one, Anna mogłaby rozpocząć karierę jako modelka, bo z twarzy przypominała Barbarę Palvin. Jej zapięte w długi warkocz włosy miały kolor platynowego blondu, a oczy świeciły pomarańczowym światłem. To światło nawii – pomyślałam. Już widziałam takie u moich dowódców z formacji Ratnici.

Bogini podeszła do mnie, a ja stałam jak słup nie mogąc wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. W jej ruchach widziałam taką grację… i ten ubiór. Długi czarny frak z wysokim kołnierzem i długich połach na każdym innym człowieku mógłby wyglądać absurdalnie, ale nie na niej.

Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wypadałoby się ukłonić, więc zrobiłam to na tyle dobrze, na ile tylko umiałam. Nigdy nie czułam potrzeby, by szlifować tą umiejętność, dlatego mogło to wyglądać troszeczkę dziwnie. Jeśli jednak tak było, to Anna nie zwróciła na to uwagi. Całkowicie straciłam pojęcie tego, jak powinnam się zachować…

– Apolina Sulewski, melduję się na rozkaz. – Zasalutowałam, robiąc z siebie głupka.

– Spocznij Sulewski, nie jesteś już w wojsku.

– Oczywiście bogini… przepraszam.

– Nawet będąc w wojsku nie salutuje się bez nakrycia głowy, czyż nie? Czy może bez mojej wiedzy coś się pozmieniało?

Miała rację. Podobnie jak kiedyś w polskiej armii, w szeregach CSP nie oddawało się honorów bez nakrycia głowy, tym bardziej bez munduru. Nie wspominając już o tym, że od roku jestem w cywilu. W szeregach Ratnici za to nie salutowało się w ogóle, więc zaliczyłam podwójną wtopę. No ale nikt nie poinstruował mnie, co mam robić, gdy spotykam się z samą BOGINIĄ, więc może… może nie będzie z tego afery.

– Nic się nie pozmieniało proszę pani. Zestresowałam się.

– Czy wiesz, że od jutra, jeśli operacja przejdzie pomyślnie, będziesz mogła w sobie tłumić takie odczucia jak stres? Zyskasz częściową kontrolę nad autonomicznym układem nerwowym, a co za tym idzie, staniesz się prawdziwie wolna.

– Tak mnie uczono proszę pani.

Bogini stanęła nie dalej niż metr przede mną, a ja poczułam się trochę niekomfortowo. Część mnie chciała teraz uciec, wrócić do windy i zjechać na dół do mojej ciasnej, aczkolwiek przytulnej klitki, w której sypiałam. Druga część mnie, ta silniejsza, wiedziała, że to niemożliwe, że muszę stawić czoła światu, skonfrontować się ze świdrującym wzrokiem Anny Weles, a następnie poddać się jutrzejszej operacji, która uczyni ze mnie coś więcej niż człowieka. Chciałam tego, wiedziałam o tym. Nie mogłam się doczekać, aż stanę się prawdziwą ratniczką.

Wzięłam głęboki wdech i powstrzymałam swój strach.

– Wiesz dlaczego tu jesteś? – zapytała.

– Nie mam pojęcia proszę pani.

– Chcę, byś odpowiedziała mi na kilka pytań.

Tak naprawdę to byłam pewna, że zostałam wezwana przez swoje wyniki z ćwiczeń, które jak mi powiedziano, były całkiem dobre. Te słowa trochę zbiły mnie z tropu. Myślałam, że bogini wręczy mi jakąś nagrodę, dyplom, jak za dobre sprawowanie w wojsku. Najwyraźniej byłam głupia… nie przygotowałam się na żadne pytania.

Byle tylko nie pytała o to, dlaczego nie odmienia się mojego nazwiska, bo chyba zwariuję. Nie jestem już w stanie zliczyć sytuacji, kiedy mówię, że trzeba by o to zapytać mojego ojca nieboszczyka, bo tak się składa, że ja nie mam zielonego pojęcia.

– Niektórzy z moich ludzi – powiedziała Anna – jak pewnie już zauważyłaś, uważają mnie za kogoś więcej niż tylko CEO korporacji. Padają nawet takie patetyczne sformułowania jak bóg lub inna istota nadprzyrodzona. Raz nawet usłyszałam, jak tytułują mnie mianem demona, w tamtym przypadku akurat bez jakiegokolwiek pejoratywnego wydźwięku tego słowa. Nieistotne jest to, w jaki sposób postrzegam samą siebie. Daję moim ludziom wolność wyboru, możliwość własnego osądu w tej sprawie. Interesuje mnie jednak twój przypadek Apolino. W jaki sposób mnie postrzegasz? Kim jestem dla ciebie? Czy jestem bogiem? Czy może tylko zwykłym nieróżniącym się od reszty społeczeństwa człowiekiem?

Nie mogłam znieść na sobie tego świdrującego spojrzenia. Uległam, popatrzyłam gdzieś w bok. W moje oczy rzuciła się szklana gablota, w której powieszono zwykły skórzany płaszcz koloru fioletowego. Ciekawe, czym mógł być ten eksponat. Pamiątką?

Nieważne… trzeba było odpowiedzieć na pytanie.

– Prawdę mówiąc to nigdy nie byłam osobą wierzącą, ale nie powiedziałabym również, że jest pani zwykłym nieróżniącym się od reszty człowiekiem. Nie zastanawiałam się nad tym, co w mojej głowie oznacza bycie bogiem, ale jeśli mówimy tu o osobie, która znacznie wykracza poza możliwości innych, nawet wykracza poza nasze pojmowanie… Bo szczerze to nie mam pojęcia, jak ta cała wieża funkcjonuje. To tak. Myślę, że nie mam problemów z mówieniem o pani jako bogini. Ja po prostu… Ja po prostu nie znam innej osoby, która bardziej zbliżyłaby się do tego, co ogólnie pojmujemy, jako bóstwo. Uważam, że jest pani boginią.

Anna miała usta zasłonięte, ale jej prawy policzek ledwie zauważalnie drgnął. Miałam wrażenie, że bogini właśnie się do mnie uśmiechnęła. Nie mogłam mieć co do tego pewności, ale mimo to poczułam przyjemne ciepło pod mostkiem.

– Mówiłaś, że ze swoją technologią wykraczam poza twoje pojmowanie – powiedziała – a czy w takim razie potrafisz wyjaśnić ze wszystkimi szczegółami, jak działa transformator Tesli?

– No… prawdę powiedziawszy to nie.

– Widzisz? A mimo to nie nazywasz jego wynalazcy bogiem.

– Bo Nikola Tesla nie żyje. Z tego, co pamiętam umarł w ubóstwie, a pani… Pani jest właścicielką najwyższej wieży w Polsce i jednej z największych korporacji na świecie.

– Czyli chodzi ci o władzę. – Anna założyła ręce za plecy i przeszła kilka kroków w bok, zatrzymując się nieco dalej. Po chwili oparła się o ścianę i ponownie spojrzała mi w oczy. – Papież Pius Trzynasty ma pod sobą dwadzieścia trzy państwa. Ogromną flotę, tysiące samolotów i kilkadziesiąt legionów wojsk lądowych, nie licząc już armii autonomicznych krajów, które okazjonalnie też podlegają jego jurysdykcji. W skład jego wojsk wchodzi razem około siedmiuset tysięcy żołnierzy gotowych oddać za niego życie. Xin Jinping ma armię liczącą ponad półtora miliona żołnierzy. Premier Republiki Indii również może pochwalić się podobnymi liczbami. Każdy z tych trzech liderów ma do dyspozycji pokaźny arsenał nuklearny. Ja mam niewiele ponad tysiąc wojowników Ratnici, których tożsamości nie mogę nawet ujawniać, a mimo to właśnie mnie nazywasz bogiem. Dlaczego?

– Myślę, że… źle zaczęłam. Tutaj chodzi o coś innego. Coś, co mamy tylko my. To kolektywny umysł. Żaden z tych dowódców, o których pani mówiła, nie ma takiej więzi ze swoimi podwładnymi jak pani. To jest coś nowego. To coś czyni panią boginią.

– Zgadza się. Kolektywny umysł, jak to nazwałaś czyli sieć naszej wieży jest czymś, co odróżnia nas od reszty. Daje mi władzę i znacznie większą kontrolę nad swoimi działaniami. Dzięki nawii mogę wejrzeć w oczy swoich podwładnych, a nawet przeczytać ich myśli. Zapewne słyszałaś już to z opowieści, szkolono cię, jednak dopiero jutro będziesz się mogła przekonać na własnej skórze czym jest sieć Weles. Ani Xin Jinping, ani Pius Trzynasty, ani jakikolwiek inny lider nie może mieć co do swoich ludzi pewności. Oni nie mogą mieć pojęcia o tym, co myśli ich najbliższe otoczenie. Muszą żyć w przeświadczeniu, że nawet najbardziej zaufani z pomocników kiedyś mogą okazać się dla nich zdrajcami. Ja natomiast mogę wysłać kogoś, by ich szpiegował, szeptał do ucha co tylko zechcę… Mogę kierować tym osobiście, będąc jednocześnie pewna, że nie zostanę zdradzona. To ogromne brzemię wiedzieć, że jestem zdolna do takich rzeczy. Na pewno niełatwo będzie pogodzić się z faktem, że jest się nieustannie obserwowaną nawet podczas snu. Ludzie z wielu kultur wierzą wprawdzie, że osoby zmarłe lub różne inne formy istot pozacielesnych potrafią robić to samo co ja, mogą widzieć na odległość w każdym momencie, oceniać i obserwować… Przecież mamy tyle teorii o istnieniu jakiejś formy karmy lub innej kary za grzechy, a jednak moja sytuacja potrafi budzić większą niechęć, czyż nie? Mamy tą świadomość, że to coś innego. Może traktując obecną sytuację bardziej poważnie, podświadomie nie wierzymy w istnienie świata metafizycznego.

Anna spojrzała w sufit, jakby się zastanawiając nad swoim wywodem. Ja sama pogubiłam się troszeczkę, już nawet zapomniałam od jakich słów bogini rozpoczęła swój monolog.

– Ale to tylko taka mała dygresja – kontynuowała. – Nie chcę przeciągać, więc od razu przejdę do następnego pytania, które wynika z tego co właśnie powiedziałam. A więc czy jesteś gotowa to zrobić? Czy jesteś gotowa stać się częścią Weles?

Przemyślałam już to sobie tysiące razy. Tak, jestem gotowa. Zdaję sobie sprawę, że ciężko będzie się przyzwyczaić do jej obecności w mojej głowie, ale dam sobie radę. Rozmawiałam z wieloma ratnikami i ratniczkami, moimi przełożonymi, którzy byli dawno po operacji i wszyscy byli zgodni co do jednego. Do tego da się przywyknąć, za to korzyści jakie otrzymam, znacznie przewyższą dyskomfort, którego doznam podczas przeglądania się nago w lustrze. Bogini nie jest osobą, którą interesowałyby moje wdzięki. Jest ponad to i jestem co do tego absolutnie pewna.

– Tak, jestem gotowa – powiedziałam.

– Świetnie, przejdźmy zatem do innych pytań.

 

 

Teraz

 

 

To niesamowite, jakie możliwości dawały jej nowe soczewki nawii. Rejestrowały każdy najmniejszy ruch, taki jak na przykład drapanie się po nosie motorniczego oddalonego tramwaju, albo właśnie… sranie ptaków. Co ważne umysł potrafił się skupić na tym, na czym chciała jego właścicielka, więc sranie, mimo że wszechobecne, dawało się bardzo łatwo uchwycić. Niestety od jakichś kilkunastu minut nie sprawiało to Apolinie Sulewski żadnej frajdy. Ci ludzie zazwyczaj nawet nie dostrzegali, że zostali obsrani, a nawet jeśli, to udawali, że nic takiego się nie stało. Dopiero, gdy stwierdzili, że nikt ich nie obserwuje, starali się dyskretnie zetrzeć kupę. No cóż. Taka natura człowieka.

– Apolina mamy problem.

– Tak? Słucham.

– Pociąg przyjechał, mamy cel…

– Więc w czym problem? – zapytała zniecierpliwiona.

– Daj mi dokończyć. Cel nie jest sam. Osoba nosząca walizkę, jest wspierana przez czterech ludzi. Trzech facetów i jedną kobietę.

– No i? Zakładaliśmy istnienie takiej ewentualności, o ile dobrze pamiętam plan się w takim wypadku nie zmienia.

– Słuchaj Sulewski! – Głos Reuzena jasno sygnalizował, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu, co dziwne, bo wczoraj wydawał się całkowicie wyluzowany. – Oni muszą mieć urządzenie zakłócające. Wysiadła kamera numer a12, obraz zniknął. Nie miałem nikogo na peronie, żeby sprawdzić, co się stało. Popełniłem błąd w planowaniu, zakładając, że cel wyjdzie na zewnątrz od tej strony. Zbyt dużo czasu minęło, a ja nic nie widzę. Musisz to sprawdzić.

– Rozumiem. Daj mi chwilkę.

Wypiła duszkiem resztę zimnej już latte, po czym zgniotła papierowy kubek swoją bioniczną dłonią. Zebrała się na równe nogi i obrała cel. Pięć metrów do stalowego pojemnika na śmieci. Otwór nie był duży, może miał z dziesięć na dwadzieścia centymetrów. To będzie dobra okazja na przetestowanie nowych implantów…

– Apolina!

– Tak. Już idę!

Rzuciła, trafiając bezbłędnie w sam środek. Była pewna, że przed implementacją nawii, nie udałoby się jej tak dobrze trafić. Gdyby wszyscy mieli takie mikrokomputery, świat byłby dużo bardziej czystym miejscem…

Żeby nie denerwować bardziej Reuzena ruszyła do środka głównego budynku dworca. Musiała przecisnąć się przez KFC i ogromne kolejki do elektronicznych kas, które kończyły się gdzieś na zewnątrz. To była tragedia, 2029 rok, a niektórzy ludzie dalej nie potrafili korzystać z internetowego zamawiania jedzenia. Ponadto muszą stać jak idioci pod ladą, mimo, że ich zamówienie ewidentnie jeszcze jest w trakcie przygotowywania…

Dalej nie było lepiej. Nawet schody były zajęte przez grupę młodych ludzi, którzy przypominali jakichś koczowników. Pewnie studentów. Zamiast usiąść sobie wygodnie na ławce… nieważne. Ławki też były zajęte, nawet podłoga wokół nich. Nie pozostało nic innego, jak przedzierać się przez tłum.

Przeskoczyła przez barierki, by nie musieć deptać koczownikom po głowach i stanęła centralnie na środku ogromnego pomieszczenia dworcowego. Podróżujących było tak wielu, że zlokalizowanie wroga mogłoby być problemem nawet dla nawii. Tym bardziej, że informacji o wyglądzie celu Apolina jeszcze nie otrzymała.

– Reuzen, jak sytuacja? Dalej nic?

– Wysiadły kolejne trzy kamery, idź w stronę peronów.

– Tak zrobię. – Ruszyła. – A co robi Sofia Sunet i Dave Cotton jeśli można wiedzieć?

Apolina nie znała dobrze swoich towarzyszy. Jedyne co wiedziała, to że Sofia ma dozór na podziemnym przejściu w stronę parkingu, czyli dozór D, Dave zaś stał po zachodniej stronie budynku, pilnując strefy B. Każdy z nich był w zasadzie jedynie wypełnieniem martwych punktów, do których nie sięgały przejęte chwilowo przez wieżę, dworcowe kamery. Następnym etapem miało być śledzenie przesyłki, którą trzymał cel. Nikt nie wiedział, czym jest przesyłka, ani jak dokładnie wygląda cel. To miał rozszyfrować Reuzen, gdy pociąg przyjechał na dworzec.

– Już mówię, Sofia jest przed tobą, a Cottona ustawiłem wewnątrz budynku niedaleko twojej pozycji…

– Jestem w tunelu Reuzen.

– Dobrze, wyjdź na peron!

– Który?

– Obojętnie! Cel musiał udać się wzdłuż torów, ja nie widzę innego wyjścia. Sofia jest bliżej, więc ją posłałem na wschód. Ty idź na zachód! Biegnij!

Ruszyła sprintem do góry, wybierając najmniej zatłoczone z ruchomych schodów. Nigdy jeszcze tak szybko jeszcze nie wbiegła tymi jadącymi w przeciwnym kierunku do kierunku poruszania. Miny obserwujących ją ludzi świadczyły o tym, że oni też nie. Gdy znalazła się już na peronie pobiegła w stronę zachodnią. Nie zważając na zdenerwowanych pracowników kolei, zeskoczyła na tory.

– Zmiana planów! Sofia zlokalizowała cel, biegnij w drugą stronę!

– Ja pierdole! – Obróciła się gwałtownie, ryjąc stopami po tłuczniu kolejowym. – Prawie się wyjebałam!

Nie była to prawda, jej modyfikacje skutecznie uniemożliwiały taki upadek. Reuzen nie odpowiedział, a Apolina nie czekała na odpowiedź. Pędziła między szynami szybko jak tylko mogła, przewyższając jednocześnie osiągi każdego zawodowego, niemającego implantów rzecz jasna, biegacza. Na którymś z peronów stało już trzech sokistów. Dwóch z nich zeszło za tory, próbując zagrodzić jej drogę. Śmiechu warte.

Apolina jednym susem wskoczyła na betonową półkę, wprawiając czekających na pociąg w niemałe osłupienie. Chwilę później zeskoczyła z powrotem, nie tracąc tempa. Kilku studentów biło brawo widząc, jak pracownicy ochrony kolei niezdarnie próbują ją złapać. Najgrubszy z sokistów potknął się o szynę i wyrżnął głową o podkład chyba tracąc przytomność. Miał szczęście, że akurat tą trasą nie jechał żaden pociąg.

Po chwili znalazła się już za stacją, po wschodniej stronie dworca. Rozejrzała się po zaparkowanych w pobliżu pojazdach kolejowych, spojrzała na przeciwległe tory, ale nie dostrzegła ani Sofi, ani osób będących celem misji.

– Reuzen! Gdzie oni są? Nie widzę!

– Za nastawnią skręć w lewo. Za tą żółtą drezyną jest droga, zaraz powinn… zobaczyć…

– Przyjęłam, biegnę!

– Apolina słuch… oni maj… to urzą… enie zakłócając… Sofia wdała s… lkę… Muś… bko… o… n… e…

Szum w eterze.

– A chuj ci w dupę Reuzen!

Minęła nastawnię i żółty pojazd kolejowy, o którym mówił dowódca. Nie musiała długo szukać, bo za stojącymi wagonami usłyszała odgłosy walki. Krzyk człowieka, potem dwa wystrzały, głośne metaliczne stuknięcie i znów cisza… Dobyła swojego podręcznego pistoletu Vesna N2, i przyległa plecami do jednego z kolejowych kontenerów. Odbezpieczyła broń i wyszła na przeciw, gotowa do strzału.

Za późno…

Dwóch mężczyzn w garniturach leżało na ziemi bez ruchu. Pozostałych trzech jednak było przy życiu. W jednym mężczyźnie Apolina od razu rozpoznała cel misji. Bardzo wysoki, starszy facet o pociągłej twarzy i potężnych zakolach nosił walizkę, którą miała śledzić. Inny, najbardziej rzucający się w oczy drab trzymał Sofię chwytem zapaśniczym za szyję. To nie był zwykły człowiek, bo żaden zwykły człowiek nie byłby w stanie utrzymać ratniczki w ten sposób. Blondynka w średnim wieku celowała ze swojego pistoletu w Apolinę.

Co tu robić? Kontakt z Reuzenem się urwał, a Sofia miała kłopoty. Wyglądała na nieprzytomną, ale bez wątpienia żyła. Ratniczki nie da się tak po prostu udusić. Atakować, czy odpuścić? Misja miała być łatwa… Banał, odebrać teczkę siłą i wrócić do wieży… A tfu!

Nie tak miało to wyglądać Reuzen do cholery – pomyślała – ale wiem, że nie bez powodów bogini wzywała mnie tydzień temu na rozmowę. Myślę, że wiem czego ode mnie chce. Nie potrzebuję połączenia z wieżą. Jestem przecież kotką, a oni są tylko paskudnymi szczurami!

 

 

Tydzień temu.

 

 

– Chciałam cię zapytać o twoje motywy Sulewski.

– Motywy? – zapytałam nieco zdziwiona, przecież podawałam już wszystko nieraz. W przeciwieństwie do CSP nikt tutaj do tej pory nie drążył tematu. – W sensie dlaczego przyjęłam propozycję pana Quintona?

Bogini nie odpowiedziała. Cały czas świdrowała mnie tym swoim przenikliwym spojrzeniem. Czułam, jakby jej wzrok widział we mnie znacznie więcej, niż ja widzę w lustrze. Jakby widziała moją duszę, moje myśli, ale… to przecież nie możliwe. Jeszcze nie miałam nawii, więc mogła co najwyżej wnioskować z obserwacji.

– No więc – zaczęłam, uznając milczenie za odpowiedź twierdzącą – nie będę owijać w bawełnę. Skusiło mnie te trzynaście koła wypłaty i nowa ręka, szczególnie, że Święta Liga nie chciała wypłacić mi odszkodowania. Nie mogłam wiedzieć, czym jesteście naprawdę. Teraz, gdy już wiem, tym bardziej chcę stać się ratniczką. Myślę, że ta wypłata nie ma już dla mnie takiego znaczenia. Ja chcę po prostu być jedną z was.

– Dlaczego?

– Bo będę mogła znacznie więcej! Już jestem bardziej sprawna niż dotychczas! Mogę biegać prawie dwa razy szybciej niż najszybsi piechurzy z SCP! Mogę bez trudu przeskoczyć dwumetrowy mur i nawet nie łapię przy tym kolki. Swoją nową dłonią mogę z łatwością robić wgniecenia w metalowej blasze. Wiem, że będę mogła jeszcze więcej, gdy będę miała nawię. Nawet nie potrafię teraz wyliczyć wszystkich korzyści, o których mówiliście… Wiem, że będę musiała się dużo jeszcze nauczyć, bo nawia, to w dużej mierze urządzenie po prostu znacznie przyspieszające przyswajanie wiedzy, no ale… Ja to zrobię, nauczę się i będę jedną z najlepszych!

– Rozumiem. Chcesz się nieustannie rozwijać, by być ponad innymi. Lubisz czuć siłę, masz ambicje. Świadomość posiadania ogromnych możliwości sprawia ci przyjemność. Nie jest to niczym dziwnym, ani godnym potępienia oczywiście. Tak działa nasz mózg, pragniemy władzy, potęgi, kontroli nad naszymi działaniami. Chcemy czuć się bezpiecznie wiedząc, że zwykły śmiertelnik nie jest w stanie nam zagrozić. Popieram to, ale czy to wszystko Sulewski? Może jest jeszcze coś, czego mi nie mówisz. Coś czego mi nie chcesz powiedzieć.

– Czy wszystko? – zapytałam zaskoczona. – Chyba tak… Chyba powiedziałam o wszystkim.

– W takim razie zapytam cię o powody dla których wstąpiłaś do CSP.

– Powody? Ale one są prawie takie same, jak te dla których jestem tutaj! Widziałam, co robią funkcjonariusze CSP, co mogą zrobić zwykłym obywatelom. Ja po prostu nie chciałam być po tej stronie bariery, z której nie mogłam robić nic. Nie chciałam znaleźć się pod pałkami tych… drani. Chciałam mieć te pięć tysięcy złotych żołdu, ewentualnie zostać dziesiętnikiem… nawet centurionem. Czytałam książki o dowodzeniu ludźmi, tam też miałam ambicje. Przysięgam, że nie wierzę w katolickiego Boga, ani ich zabobony. Chciałam…

– Dość Sulewski!

Bogini oderwała się od ściany i podeszła do mnie na odległość kroku. Przeszły mnie ciarki. Czy powiedziałam coś źle? Może ona myśli, że pozostała we mnie jakaś forma lojalności wobec ŚL, ale przecież to głupota. Mówiono mi, że bogini nie da się okłamać, dlatego nie kłamałam. Mówiłam samą prawdę.

– Czy kiedykolwiek kogoś zabiłaś? – zapytała.

– Ja… – Znów wybiła mnie z równowagi. Poczułam jak nogi się pode mną uginają. Czyżby ona wiedziała o tym, co myślę? Ale jak to możliwe? Przecież nie mogła zajrzeć w mój umysł. Jeszcze nie teraz. – Chyba… chyba tak. Raz na jednym z patroli tak bardzo spałowaliśmy gościa, że… on mógł nie przeżyć. Nie jestem z tego dumna, ale…

– Milcz! – Była wściekła, widziałam to. Nie tak wyobrażałam sobie to spotkanie. Być może nie dojdzie do żadnego wzniesienia, jeśli jeszcze raz coś powiem źle… – Tobiasz Brodzki, handlarz narkotykami, którego pobiliście podczas patrolu na Psim Polu, przeżył. Z ciężkimi obrażeniami głowy, ale przeżył. Mogłaś tego nie wiedzieć, więc dam ci ostatnią szansę. Czy kiedykolwiek kogoś zabiłaś?

Osłupiałam. W pomieszczeniu było jakieś ze dwadzieścia stopni Celsjusza, ale i tak poczułam, że się pocę. Nie chciałam jej okłamać, chciałam zostać ratniczką, być w Weles, ale do tej pory myślałam… Myślałam, że nikt o tym nie wie. Bo skąd akurat ONA mogłaby to wiedzieć. Wszystko jednak wskazuje na to, że wie. JEJ naprawdę nie da się okłamać. Bałam się, co o mnie pomyśli, ale nie było innego wyjścia.

– Ja… zabiłam swoją własną matkę.

– Opowiedz mi o tym. Chcę usłyszeć całą historię.

– To było w 2027 roku, gdy miałam prawie 18 lat – zaczęłam drżącym głosem. Już nawet nie miałam siły myśleć o tym, żeby jakoś się z tego wykaraskać. – Ja wtedy dużo piłam… nawet brałam narkotyki. Uzależniłam się od Foxtrot-D. To świństwo dało się wtedy zamówić z internetu i było tak tanie, że każdego takiego gnoja, jak ja było na to stać. Fox najpierw powodował wielką euforię, chęć do życia, zwiększał empatię, ale potem… Potem była wściekłość, straszne paranoje i halucynacje. Ja o tym wiedziałam, dlatego nie mogłam wyjść z ciągu. Bałam się, że coś złego się stanie… Bałam się efektów odstawienia…

Odważyłam się na chwilę spojrzeć w oczy bogini. Nie wiem, czego w nich szukałam, może potępienia, nienawiści? Może zrozumienia? Nic takiego nie znalazłam, jej wzrok pozostawał niezmienny. Wiedziałam, że chce, żebym mówiła dalej.

– Mój ojciec zmarł dawno temu, a starszy o dziesięć lat brat dawno wyjechał za granicę. Żyłam sama z matką w Warszawie. Ona pracowała w korporacji farmaceutycznej Monoceros. Zarabiała dużo pieniędzy, wiedziałam, że w pracy sobie świetnie radzi, a ja nawet nie mogłam sobie poradzić w szkole. Widziałam, jak mną gardzi. Mało rozmawiałyśmy. Jej prawie nigdy nie było w domu, a ja z tego korzystałam. Robiłam imprezy, zaczęłam ćpać, często nie wracałam na noc do domu. Nasze relacje posypały się doszczętnie. Ona mnie nienawidziła, ale miałam to gdzieś.

Wzięłam głęboki wdech. Nie sądziłam, że będę musiała kiedyś komuś o tym opowiadać. Ale z drugiej strony, jeśli już muszę, to bogini była chyba jedyną osobą na świecie, przy której zrobiłabym to dobrowolnie.

– Pewnego razu, mama wzięła dłuższy urlop. Powiedziała mi, że to musi się skończyć, to moje ćpanie i uciekanie z domu. Nie wiem, jak ona to odkryła, ale znalazła moje pudełko z Foxem. Zabrała mi je, a potem zamknęła mnie w pokoju. Zaczynałam czuć efekty odstawienia. Wiedziałam czego się spodziewać, ale nigdy nie doświadczyłam nagłego wyjścia z tak długiego ciągu. Byłam przerażona. Krzyczałam na nią, płakałam i prosiłam, żeby mi oddała pudełko. Przez dłuższy czas waliłam w drzwi jak opętana. Później dostałam potężnych paranoi, miałam wrażenie, że mama chce na mnie donieść do SCP. Wydawało mi się, że słyszałam syreny w oknach, że do domu wdarła się cała armia funkcjonariuszy. Nie wiem, ile to trwało, ale gdy mama ponownie weszła do pokoju, uświadomiłam sobie, że od dłuższego czasu leżę skulona pod łóżkiem. Byłam zbyt bardzo wykończona, żeby móc zrozumieć, co do mnie mówi, ale z jakiegoś powodu sobie wkręciłam, że mama chce oddać mi mój narkotyk. Poszłam za nią. Wyszłyśmy z domu i ruszyliśmy nad Wisłę. Nie pamiętam, w którym miejscu to dokładnie było. Byłam jak zombie, jedyne co sobie przypominam, to że mijałyśmy Stadion Narodowy. Oprzytomniałam, dopiero gdy stanęłyśmy na jednym z tamtejszych mol, a ona wyciągnęła moje upragnione pudełko po telefonie z Foxtrotem-D w środku. Tym bardziej oprzytomniałam, gdy zobaczyłam, jak moje pudełeczko tonie w Wiśle. Dopiero wtedy usłyszałam, co ona do mnie mówi. Miałam tydzień na zebranie swoich wszystkich rzeczy i wyprowadzenie się z mieszkania. Powiedziała mi, że czekała na to od dłuższego czasu, ale w związku z tym, że byłam nieletnia, nie mogła mnie wcześniej wyrzucić. Powiedziała mi też, że…

Ogromna gula stanęła mi w gardle. Te ostatnie słowa mamy dotknęły mnie najmocniej. Jedyne słowa, które nie pasowały mi do całej reszty…

– Słucham. – Bogini założyła ręce na piersi. – Co wtedy powiedziała twoja matka?

– Że mnie kocha.

– Co było potem?

– Przecież… przecież pani wie. Wściekłam się.

– Oczywiście, że wiem, ale chcę usłyszeć od ciebie wszystko. Co czułaś, gdy raz po raz wbijałaś jej ostrze w brzuch? Co czułaś, gdy rozrywałaś jej gardło nożem? Opowiedz mi o tym.

Widziałam w jej oczach nienawiść. Pogardę tą samą, jaką widziałam w oczach mojej matki, gdy przychodziła po ciężkim dniu pracy do domu, żeby zobaczyć mnie w opłakanym stanie. Nie mogłam tego znieść. Przez moment zaczęłam żałować, że kiedykolwiek wstąpiłam do Weles. Miałam wrażenie, że bogini zaraz rozkaże komuś mnie zlikwidować. Że ten cały trening, przygotowywanie się do wyniesienia był tylko okrutnym żartem. Karą za to, czego się dopuściłam.

Wiedziałam, że nie mogę jej okłamać. Musiałam być szczera do końca, choćby i miało to w ostateczności doprowadzić do mojej zguby. Bałam się myśleć, co by mi zrobiła, gdybym spróbowała jakiejś drogi ucieczki, tłumaczenia się lub prób oszustwa.

– Ja czułam… – zaczęłam drżącym głosem, gotowa na wszystko. – Czułam euforię, tak, jakbym dopiero co pociągnęła kreskę Foxa. Do tej pory nie jestem w stanie dobrze wyjaśnić, dlaczego zadałam pierwszy cios, może ze wściekłości za to, że wyrzuciła moje pudełko, ale te następne… Te następne zrobiłam z pełną premedytacją. Gdy pierwszy raz zobaczyłam krew w jej ustach, chciałam tylko więcej. Więcej i więcej. Chciałam, żeby cierpiała. Ten strach w jej oczach sprawiał mi dziką przyjemność…

Padłam na kolana, chyba pierwszy raz w życiu gotowa do szczerej spowiedzi.

– Jestem potworem. Chyba nigdy nie miałam większych wyrzutów sumienia, za to co zrobiłam. Nigdy nie czułam potrzeby, żeby oddać się w ręce władz. Rzuciłam narkotyki, ale nie z chęci poprawy, raczej dlatego, że chciałam być silniejsza od innych. Gardziłam, ale nie swoim zachowaniem, tylko swoim słabym ciałem, które wtedy było prawie doszczętnie wyniszczone. Dołączyłam do SCP, bo chciałam znów poczuć namiastkę tego, co czułam wtedy nad Wisłą. Nigdy nie interesował mnie żołd. Ja po prostu jestem…

– Sadystką – dokończyła za mnie bogini.

Zamilkłam. Nie wiedziałam, co się ze mną stanie, ale poczułam się, jakby najgorsze już minęło. Powiedziałam JEJ wszystko to, co kiedyś przyrzekłam sobie nie mówić nigdy nikomu. Klęczałam na kolanach przed NIĄ, mimo, że kiedyś przyrzekłam sobie nigdy przed nikim nie klękać. Przyznałam się JEJ do czegoś, przed czym nie potrafiłam się przyznać nawet samej sobie. Nie spodziewałam się, że kiedyś do tego dojdzie, a już na pewno nie podejrzewałam, że stanie się to dzisiaj.

– Dlaczego upadłaś przede mną na ziemię? – zapytała.

Podniosłam głowę, spoglądając w jej oczy.

– Wiem, że moje zachowanie jest godne potępienia.

– Owszem, jest.

– Wiem też z opowieści, że kiedyś pani zabijała takich jak ja.

– To prawda. Powiedz mi, co jeszcze o mnie wiesz z opowieści.

– Słyszałam, że kiedyś, gdy korporacją jeszcze rządził Francis Daquin, pani kierowała specjalną komórką Ratnici, która specjalizowała się w walce z przestępczością zorganizowaną. Podobno najbardziej pani nienawidziła osób, które handlowały ludźmi i osób… o skłonnościach sadystycznych. Podobno często były to jedne i te same osoby. Słyszałam, że nie miała pani dla nich litości.

– Kto ci o tym opowiedział?

– Piotr Kęska zwany Reuzenem, mój dowódca. Podobno służył wtedy pod pani skrzydłem.

– Powstań.

Wstałam, znów nie mogąc spojrzeć w jej oczy. Nie miałam pojęcia, co się ze mną stanie, ale już nawet nie czułam strachu. Wiedziałam, że cokolwiek zadecyduje bogini, nie będę miała na to wpływu.

– Wszystko co mówił Reuzen, oczywiście było zgodne z prawdą. Zabijałam takich jak ty, co więcej, czerpałam z tego satysfakcję. Robiłam to głęboko wierząc, że tym samym czynię wielkie dobro dla całej ludzkości.

Bogini zamilkła. Obróciła się i przeszła kilka kroków w głąb pomieszczenia. Spojrzała na tajemniczą gablotę z płaszczem w środku, tą samą, na którą zwróciłam wcześniej uwagę. Po chwili powiedziała:

– Powiedz mi jeszcze jedno Apolino, kto poza tobą jest winny śmierci twojej matki?

– Poza mną? Może osoba produkująca ten cholerny Foxtrot-D?

– Tak? Kto jeszcze?

– Władze? Może gdyby zalegalizowano mniej niebezpieczne narkotyki… Może zadowoliłabym się marihuaną…

– Może. Kto jeszcze?

– Moi znajomi? To oni wciągnęli mnie w ten syf. Sama prawdopodobnie nigdy bym czegoś takiego nie tknęła.

– Kto jeszcze?

– Moja… – Przełknęłam ślinę. – Moja matka. Pracowała w firmie farmaceutycznej, na pewno miała jakieś tam pojęcie o wpływie takich środków na człowieka. Powinna wiedzieć, że będę niespełna rozumu, zaraz po odstawieniu. Zamykanie mnie w pokoju na siłę, to chyba najgorszy z pomysłów. Gdyby wysłała mnie na odwyk…

– Zgadzam się. Twoja matka na pewno nie była przykładem wzorowego rodzica. Jak byś jednak zareagowała na to, gdybym ci powiedziała, że to ja jestem winna jej śmierci?

– P-pani?

– Wiesz czyją komórką jest korporacja Monoceros?

Zbladłam. Nie wiedziałam, ale skoro bogini o to pyta… Czyżby?

– Tak Apolino. Monoceros jest częścią konglomeratu Weles. Znałam twoją matkę, była świetna w swoim fachu. Jej projekty pozwoliły nam w krótkim czasie dogonić pod względem jakościowym innych światowych gigantów w tej dziedzinie. Szkoda tylko, że nie znała się na wychowywaniu dzieci tak dobrze, jak na produkcji szczepionek. Zapytasz dlaczego twierdzę, że to ja jestem winna jej śmierci? Otóż wiedziałam o tym, że Patrycja Sulewski ma córkę uzależnioną od narkotyków, wiedziałam, że ta córka ma skłonności do okrucieństwa, już na długo przed tragedią. Wiedziałam, że miałaś problemy w szkole z powodu znęcania się nad rówieśnikami. Mój komputer kwantowy wykrył prawdopodobieństwo nieszczęśliwego zdarzenia miesiące przed śmiercią twojej matki. Mimo to nie uczyniłam nic, by temu zapobiec, uznałam szanse za zbyt niskie, by podejmować jakiekolwiek działanie. Gdybyś spotkała mnie sprzed siedmiu laty, pewnie zabiłabym cię tutaj na miejscu za to, co zrobiłaś i za to kim jesteś. Na szczęście dla nas obu, nie jestem już tą samą osobą. Twoja śmierć nie wniesie nic dobrego ani dla korporacji, ani dla świata. Straciłam bardzo dobrą chemiczkę, ale zabijając jej córkę, jedynie pogłębiłabym tragedię.

Zaczynałam rozumieć. To by wyjaśniało skąd bogini wie o całym zajściu. Moja matka najprawdopodobniej miała w oku implant korporacji Weles. Anna widziała wszystko. Widziała naćpaną mnie z fascynacją, wbijającą nóż w jej brzuch. Ja byłam na ostrym zejściu. Nie byłam w stanie niczego zauważyć.

– Obie jesteście ofiarami tragedii, której mogłam zapobiec – kontynuowała. – To nie twoja wina, że odziedziczyłaś gen odpowiadający za skłonności sadystyczne. Nie twoja wina, że urodziłaś się ze społecznym zaburzeniem osobowości. Narkotyki w dzieciństwie i brak miłości ze strony rodziców tylko przeważyły czarę goryczy. Przeciętny człowiek jest zbyt podatny na wpływy otoczenia, by móc mówić o jakimś wymiarze sprawiedliwości. Zdecydowałam kiedyś, że nie będę cię karać. Co więcej, sprawiłam, że śledczy z CSP nie natrafili na twój trop tuż po morderstwie. Już wtedy rozpoczął się zaplanowany przeze mnie proces, który miał cię w ostateczności postawić tu, gdzie jesteś teraz. Gdy cudem przeżyłaś zamach terrorysty Państwa Islamskiego, stwierdziłam że to będzie odpowiedni moment, żeby wdrożyć cię w tajemnicę naszej firmy. I tak już zbyt długo z tym zwlekałam, w końcu prawie straciłaś życie.

– Czyli… nie zostanę ukarana?

– Przeze mnie? Na pewno nie. Nie stanę w roli gospodarza domu, który karze swojego kota za polowanie na wróble, ale chwali za zabijanie myszy. Rozumiesz już? Potrzebuję cię, bo w mieście jest wiele szczurów, które wymagają likwidacji. To miasto jest moim podwórkiem Apolino. Jesteś zbyt niebezpieczna, żeby pozostawić cię w CSP, ale zbyt utalentowana, żeby cię unieszkodliwić. Choć nie odziedziczyłaś po swojej matce zdolności do liczenia i planowania, to potrafisz dobrze kombinować w sytuacjach stresowych. Dobrze walczysz. Pozwolę ci polować, ale pod moim stałym nadzorem. Nie interesuje mnie sadyzm skierowany wobec moich wrogów. Wolę skierować zło przeciwko złu, niż je niszczyć.

Słysząc te słowa wszystkie moje obawy nagle zniknęły. Poczułam dumę i wyprostowałam się na baczność. Zdobyłam się nawet na odwagę, by spojrzeć ponownie w jej cybernetyczne oczy.

– Ja… nie zawiodę cię moja bogini. Będę polowała na szczury, wkładając w to wszelkie moje siły! Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby odpłacić korporacji śmierć mojej matki.

Ukłoniłam się.

 

 

Teraz

 

 

– Nie jesteście nawet w połowie tak mocni, gdy tracicie połączenie ze swoją boginią – krzyczał do niej starzec niosący walizkę. – Głupieje pani! Nie wie pani, co ze sobą zrobić! Rez! Zabij sukę, jeśli tamta druga się poruszy.

– Tak jest panie Volt.

Rez zacisnął ramię na szyi nieprzytomnej ratniczki. Mężczyzna nazwany Voltem uśmiechnął się paskudnie i ruszył spokojnym krokiem w przeciwną stronę. Głupiec… No po prostu debil, jeśli myślał, że tak łatwo ją załatwią. Apolina miała głęboko gdzieś życie Sofii. Była kotką, a tamci ludzie byli paskudnymi szczurami.

Oddała pierwsze dwa strzały prosto w oczodół kobiety o blond włosach. Głowa poleciała do tyłu, trysnęła krew. Czas jakby zwolnił. Volt od razu rzucił się biegiem do ucieczki. Rez napiął mięśnie tak mocno, że tkanina garnituru na jego bicepsach pękła w szwach. To nie były zwykłe mięśnie, tuż pod materiałem było widać stalowe płyty. Sofia nie miała szans. Wydawało się, że na ułamek sekundy zdążyła odzyskać przytomność. Spojrzała na swoją kompankę pustym wzrokiem i zamknęła oczy ponownie. Rez z łatwością zmiażdżył jej kark. Chwilę później upadła na tory. Nie mogła tego przeżyć.

Apolina ruszyła, jak wystrzelona z procy, celując w starca z walizką, ale jego ochroniarz wszedł w linię strzału. Chcąc zostawić amunicję na Volta, odbiła się od ściany czerwonego wagonu towarowego i kopnęła stojącego na drodze Reza prosto w twarz. Cyborg skulił się jak pies, wypluł krew, ale wstał. Musiał mieć w czaszce jakiś implant chroniący mózg, bo głowa zwykłego człowieka pękłaby niczym, arbuz uderzony ciężkim młotem. Apolina z dziką przyjemnością kopnęła go jeszcze raz. Tym razem w podbródek. Rozległ się trzask łamanych zębów. Rez wygiął się jak struna i upadł na plecy.

Zwróciła swoją uwagę ponownie na Volta. Starzec nie mógł jej uciec z tym, cokolwiek było w walizce. Wycelowała Vesnę w głowę, ale zanim zdążyła oddać strzał, poczuła jak coś z przytłaczającą siłą uderza ją w plecy. Nacisnęła spust za późno. Strzał padł zbyt nisko, trafiając Volta w łydkę. Teraz przynajmniej cel nie ucieknie.

Rez był cholernie twardym skurwysynem. Mimo, że jego dolna szczęka uległa całkowitej konkatenacji z tą górną, to potrafił przyłożyć. Apolina poczuła, jakby uderzył ją samochód. Rok ciężkiego treningu jednak zrobił swoje. Zwinnie uchroniła się przed następnym ciosem w brzuch i odskoczyła na bok. Jedną komendą odizolowała ból w żebrach, a jej oczy zaświeciły ostrym pomarańczowym światłem.

Światłem nawii.

– Słaaaabo osiłku. Spodziewałam się czegoś więcej po tym bicepsie…

Rez wściekły niczym byk wytoczył kolejną serię ciosów, z których każdy byłby w stanie skruszyć beton, ale jego siła była bezużyteczna w starciu z jej refleksem. Dzięki nawii nie musiała nawet myśleć nad swoją reakcją, jej komputer większość akcji robił samemu. Starania cyborga przypominały próbę zabicia gołą pięścią denerwującej muchy w locie. Miała wiele okazji, by uderzyć swojego przeciwnika. Rez odsłaniał się, nie zważając na konsekwencje. Apolina jednak nie atakowała. Z szelmowskim uśmiechem na ustach unikała kolejnych uderzeń, czekając na lepszą sposobność. Chciała zakończyć to efekciarsko, mimo tego, że wiedziała, iż nikt inny na nią nie patrzy.

Dopiero gdy Rez się zmęczył, zdecydowała się użyć swojego "asa" w rękawie. Z jej bionicznej dłoni wysunęło się tytaniczne ostrze. Pod zasłoną uniku, przetoczyła się na bok, ale w ostatniej chwili cięła wroga pod pachą.

Rez zawył. Jego ręka zawisnęła na cienkim kawałku metalu. Trysnęła krew i olej. Próbował uderzyć drugą, ale ciężar tej zranionej sprawił, że stracił równowagę. Apolina tylko na to czekała. Uśmiechnęła się i cięła ponownie, tym razem w zdrowe ramię, odcinając całe za jednym zamachem. Niczym z fontanny chlusnęło jeszcze więcej krwi i oleistej cieczy. W jego kikucie zatlił się żar. Kopnęła z obrotu, zamieniając potężnego cyborga w śmieszny kadłubek bez rąk. Olej wyciekający z jego łap nagle zapłonął, tworząc z niego pochodnię. Rez zawył jeszcze bardziej żałośnie, niż przedtem. Właściwie to zabulgotał krwią, bo ze swojej zmasakrowanej szczęki nie był już w stanie wydać żadnego innego dźwięku.

Apolina poczuła narastającą euforię. Chętnie zabawiłaby się dłużej ze swoim przeciwnikiem, ale to nie on był głównym daniem tego dnia. Musiała szybko to zakończyć i zająć się starcem z walizką.

Odczekała chwilę, a potem zrobiła salto w tył, uderzając mocarnym kopniakiem w czaszkę zmaltretowanego cyborga. Kawałki mózgu razem z płonącym jeszcze olejem udekorowały stojący wagon towarowy, niczym graffiti. Rozżarzona kupka mięsa i stali, która wcześniej była Rezem, upadła na ziemię.

Volt nie zaszedł daleko. Wiedział, że czołgając się rękoma nie ucieknie przed prawdziwą ratniczką. Obrócił się na plecy, spoglądając w jej kierunku. Apolina szła powoli, kreując sobie w głowie wszelkie wersje tego, co zaraz miało się wydarzyć. Jedną myślą sprawiła, że jej tytaniczne ostrze schowało się w bionicznym przedramieniu. To byłoby zbyt łatwe. Ten człowiek zasługiwał na więcej uwagi.

– Cześć – powiedziała do niego, podchodząc z uśmieszkiem na ustach. – Boli nóżka, co?

Starzec ciężko dysząc, przytulił swoją walizkę do piersi.

– Możemy się jakoś dogadać… – powiedział drżącym głosem. – Mam urządzenie zakłócające, Anna Weles nas teraz nie słyszy. Wiem, jak działa wasza organizacja, zdaję sobie również sprawę z tego, że jest pani pod jej wpływem. Wie pani kim ja w ogóle jestem? Mogę pani pomóc wyzwolić się spod jej jarzma i jednocześnie zachować swoje możliwości! Byłem już światkiem takiego fenomenu, wystarczy…

– Ależ ja dobrze wiem kim jesteś – przerwała mu, podchodząc bliżej. – Nie musisz mi mówić.

– Pani wie? – Jego ręka powoli powędrowała w stronę kieszeni marynarki. Próbował przykryć to walizką, ale Apolina widziała wszystko. – Jestem pewien, że Anna przedstawiła moją osobę w złym świetle. Nazywam się Voltimore…

– Och! Co? Voltimore? Coś ci powiem. Dla mnie nie jesteś żaden Volt, czy Voltimore. Nie jesteś nawet człowiekiem. Jesteś wstrętnym szczurem, który panoszy się po terytorium mojej pani i tak się niefortunnie dla ciebie zdarzyło, że natrafiłeś na złą kotkę. Zagramy teraz w pewną grę. Od tej gry będzie zależało to, jak bardzo będziesz cierpiał.

Voltimore musiał zrozumieć, że nie natrafił na kogoś, kogo dałoby się przekupić. Odrzucił swoją walizkę na bok i wsadził błyskawicznie rękę do kieszeni marynarki. Apolina czekała na ten ruch. Z uśmiechem na ustach wskoczyła na przeciwnika, wykręcając mu dłoń. Mężczyzna zawył z bólu.

– Ojej. Boli co? A to tylko początek, bo właśnie przepierdoliłeś moją gierkę tak, że bardziej się nie da. Co tam trzymałeś w kieszeni? Pistolet? – Usiadła mu na brzuchu, spoglądając na leżącą w pobliżu broń. – Szkoda, że nie zdążyłam ci wytłumaczyć zasad, które jasno mówią, że nie możesz próbować mnie zabić, no ale to nic nie szkodzi. Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania.

Uderzyła go w twarz dwukrotnie, z siłą na tyle dużą, żeby wywołać ból, ale jednocześnie wystarczająco małą, by przypadkiem nie zabić. Gdyby chciała, z łatwością zmiażdżyłaby mu tytaniczną pięścią głowę. Ale nie chciała, więc używała swojej lewej, biologicznie zwyczajnej ręki. Z nosa Voltimore'a pociekła czerwona ciecz. W jego oczach było widać przerażenie.

– Może teraz chcesz porozmawiać o czymś, co? Jak się nazywasz?

– Jestem… – wychrypiał – jestem Voltimore.

Dostał ponownie za to, że przegrał grę. I ponownie, bo odpowiedź miała być inna. Jego koszula zrobiła się mokra z krwi i potu. Próbował zasłonić się rękoma, ale jego palce chroniły go tak samo, jak kartka papieru chroniła przed ostrym gradem. Ten bezsensowny opór sprawiał, że Apolina czerpała dziką satysfakcję. Chciała więcej i więcej. Niestety drań zaczął krztusić się własnymi wydzielinami, więc musiała zmienić taktykę. Wstała i obróciła prawie już wiotkie ciało w pozycję boczną. Volt razem ze śliną wypluł kilka zębów. Próbował dotknąć twarzy ręką i wtedy Apolina zobaczyła coś ciekawego na jego serdecznym palcu.

– Ładny sygnet? Co tam jest wygrawerowane, hę?

– To… – wydusił z siebie z wielkim trudem.

– Co? Mów głośniej szczurze… – Chwyciła go za szyję. – Nic nie słyszę.

– E…uri…

– Mogę sobie wziąć ten sygnet?

– T-tak… t-tylko nie bij!

– Dobrze!

Uśmiechnęła się i przygniotła kolanem jego nadgarstek. Chwyciła za palec i szybkim pociągnięciem wyrwała go razem z pierścieniem. Voltimore zaryczał tak przeraźliwie, że dźwięk, aż odbił się echem w okolicznych budynkach.

I wtem rozległy się syreny policyjne.

– Kurwa mać! – krzyknęła wściekle, chowając sygnet do kieszeni. – Wielkie szczęście masz szczurze, że muszę cię zabić szybko.

Wzięła jego głowę w obie ręce i z całej siły uderzyła o szynę. Czaszka pękła, zalewając żółty tłuczeń różową papką mózgową. Dostrzegła, że z mięsa zaczęło wystawać dziwne urządzenie, które niewątpliwie uległo zniszczeniu razem z głową pana Voltomore'a. W tym samym momencie zaczęła odbierać sygnał z wieży.

A to spryciarz – pomyślała – wszczepił sobie zakłócacz sygnału w czoło.

 

 

Piętnaście minut później później.

 

 

– O kurwa! – krzyknęłam, przeglądając się w lusterku samochodu Reuzena. – Aż tak?

Usta miałam całe we krwi, jak u wampirzycy. Nawet nie wiem, kiedy ich dotknęłam tymi rękoma. Ciuszki też zupełna tragedia, przecież ubrałam biały dres, białe legginsy. Moje rękawy wyglądały, jakbym wpadła po łokcie w barszcz… Nawet moje śnieżnobiałe włosy miały teraz czerwone paski, tak jakbym je wcześniej farbowała. Będę musiała uważać następnym razem z zabijaniem. Przeszłam ze dwie ulice, zupełnie nieświadoma tego jak wyglądam. Ciekawe co sobie ludzie o mnie pomyśleli…

Reuzen nie odzywał się do mnie. Prowadził samochód z miną, jakby go prowadzono na rozstrzelanie. Trudno mu było się dziwić, w końcu spierdolił swoją misję po całości. Sofia zginęła. Dave Cotton został zatrzymany przez CSP za głupie i przypadkowe popchnięcie cywila na dworcu, a ja… miałam śledzić Voltimore'a, nie rozwalać mu łeb. Na domiar złego strasznie pobrudziłam tapicerkę w samochodzie…

Spojrzałam na leżącą na moich kolanach walizkę. Też była brudna, trochę poobijana, ale ważne, że cała.

– No ale ładunek zdobyłam – powiedziałam.

– Ty nie poniesiesz odpowiedzialności za to, co się stało. Mogłem was wszystkich trzech postawić na peronie. Voltimore pewnie by nas zauważył, ale nie mógłby nic z tym zrobić. Mielibyśmy go w garści, wystarczyło poczekać…

– Mogłeś… ale co się stało, to się nie odstanie.

– Jak myślisz? – zapytał, drapiąc się po brodzie. Ręka mu drżała, jak na delirium alkoholowym. – Jest jakaś szansa na to, że nasi przywrócą Sofię do życia?

– Nie ma – odpowiedziałam z pełnym przekonaniem. – Ten kutas prawie jej łeb urwał na moich oczach. Słyszałam jak trzasnął kark. To nie był zwykły gościu, miał łapę jak imadło.

– Szlag by to! – Reuzen uderzył rękoma w kierownicę, przypadkowo trąbiąc na bogu ducha winnych uczestników ruchu. – To była dobra dziewczyna… Ambitna i bardzo inteligentna. Miała dobre serce, co jest ostatnio u nas kurwa mać rzadkością.

– Nie znałam jej.

– To masz szczęście. Nie czujesz tego, co ja.

Dojeżdżaliśmy już do wyspy Bielarskiej. Reuzen przeprowadził samochód przez zamknięty dla obcych most i zatrzymał się przed wjazdem do hangaru, czekając, aż ten się otworzy. Ogromne hermetyczne wrota wyglądały tak solidnie, że pewnie ochroniłyby nasz skład samochodów przed eksplozją atomową. Kiedyś dziwiłam się temu, dlaczego zwykła korporacja miałaby tak bardzo fortyfikować swoją siedzibę. Teraz już wiem. Nasza egzystencja jest bolącym wrzodem na dupie Metropolity Wrocławskiego. Nietrwały sojusz ze Świętą Ligą w każdym momencie mógł prysnąć, a wtedy znaleźlibyśmy się w samym środku wrogiego terytorium. Wydaję mi się, że papież od lat szuka pretekstu, żeby się nas pozbyć. Już sama nazwa kłóci się z dogmatami kościelnymi, nie mówiąc już o tym, że ci wyżej postawieni duchowni dokładnie wiedzą, kim naprawdę jest Anna Weles.

Zaparkowaliśmy, a ja odetchnęłam z ulgą. Nie pragnęłam w tym momencie niczego bardziej, niż ciepłej kąpieli i relaksu w swojej małej, aczkolwiek przytulnej klitce. Coraz bardziej zaczęło mi się wydawać, że ta krew po prostu okropnie śmierdzi. Miałam dość tego zapachu. Odpięłam pasy i podałam walizkę Reuzenowi.

– Nie dawaj tego mi, tylko od razu zanieś bogini.

– Ja? Zobacz, jak ja wyglądam!

– Uwierz mi, ona zdążyła się już tysiąckrotnie ci przyjrzeć, zanim tu dotarliśmy. Ja muszę jeszcze zająć się ciałem Sofii i odebrać Dave'a Cottona od CSP. Wysiądź z auta i zrób, co mówię.

– Tak jest panie Kęska – fuknęłam i posłusznie opuściłam samochód.

Od razu doszła do mnie informacja, że bogini aktualnie nie znajduje się w swoim apartamencie, ale na piętrze minus sześć. To znaczy głęboko pod ziemią. Nigdy do tej pory nie miałam okazji zjeżdżać tak nisko windą. Piętro było obszerne, miało wiele odnóg i na pewno ktoś obcy z łatwością by się tu zgubił. Żadne drzwi nie zostały podpisane w tradycyjnym stylu, a jedyną formą odczytu informacji była moja nawia.

Miejsce docelowe wyglądało jak ogromna pionowa tuba, z wielkim przypominającym piedestał sześcianem pośrodku. Sciany były wypełnione przez tysiące owalnych pojemniczków, o których przeznaczeniu nie miałam żadnego pojęcia.

Ukłoniłam się. Bogini stała tyłem do mnie, ale byłam pewna, że może mnie zobaczyć.

– Czy wiesz, co to za miejsce? – zapytała.

– Nie mam pojęcia.

– W starosłowiańskim folklorze Wołos, czy też Weles uchodził za symbol sztuk magicznych, rzemiosła, kupców, bogactwa, ale przede wszystkim przypisywano mu jedną, bardzo szczególną rolę. Weles był tym, czym dla Greków był Hades lub dla Rzymian Dis Pater. Rządził światem podziemnym, opiekował się zmarłymi.

Anna obróciła się w moją stronę.

– Słowianie nazywali duchy majkami, mawkami lub… nawiami. Słowo "Nawie" jednak nie oznaczało jedynie samych dusz, ale również mówiono tak na całe zaświaty. To właśnie tutaj trafiają dusze zmarłych Apolino, do tego pomieszczenia. To miejsce to mój podziemny Wyraj… moje Nawie. Już za niedługo do jednej z tych licznych szkatułek trafi nawia Sofii Sunet. Trafi tu też twoja nawia, jeśli przydarzy ci się umrzeć.

– Jesteśmy w grobowcu? – zapytałam.

– Grobowiec to duże niedopowiedzenie Apolino. Nowoczesne wersje nawii są na tyle złożone, że potrafią samodzielnie myśleć, wykształciły w sobie coś w rodzaju samoświadomości. Potrafię z nimi rozmawiać, a już w krótce sprawię, że będą mogły się porozumiewać również ze sobą nawzajem. Tak wielu szarlatanów kusi swoich wyznawców obietnicami życia po śmierci, ale czy któryś z nich potrafi dokonać tego, czego dokonałam ja? Skoro człowiek potrafi dokonać tego, co obiecał bóg, to może bogowie nie są już nam wcale potrzebni…

Spojrzałam na swoje czerwone od krwi dłonie, oraz na walizkę, którą zdobyłam. Uznałam, że to będzie dobry moment, żeby ją oddać. Uklękłam przed boginią.

– Czy wiesz, co znajduje się w środku Apolino? – zapytała mnie, odbierając ładunek.

– Nie wiem.

– A czy chcesz wiedzieć?

– Nie muszę – odpowiedziałam.

– Dobrze, bo to nie ona była prawdziwym celem misji. Jej zawartość mi się przyda, jednak to jej właściciel był tym, kogo chciałam unieszkodliwić. Powstań.

Wstałam. Tak naprawdę miałam kilka pytań. W zasadzie to zastanawiało mnie to od samego początku, dlaczego to zadanie ma tyle niewiadomych. W CSP nauczyłam się, że takie podejście może skutkować niepełnym zaangażowaniem ze strony osób uczestniczących w akcji. Każdy z żołnierzy powinien mieć jasno wytyczone swoje cele, tymczasem my nie wiedzieliśmy nic poza tym, że mamy śledzić ładunek. Obwiniałam w duchu o to Reuzena i jego brak umiejętności dowódczych, ale nigdy nikomu nie powiedziałam o moich zastrzeżeniach.

Bogini to we mnie widziała. Od tygodnia mogła odczytywać moje myśli. Spojrzałam jej w oczy, czekając na reakcję.

– Rozumiem cię Apolino i masz całkowitą rację. Musisz jednak wiedzieć, że wasza misja zakończyła się powodzeniem. Stało się dokładnie tak, jak to sobie zaplanowałam. Niestety nie mogę tego wyjawić Reuzenowi. Ubolewam również nad tym, że ostatecznie musiałam poświęcić życie Sofii, ale śmierć Voltimore'a była tego warta. Ten człowiek stanowił dla mnie wielkie zagrożenie i musiał zginąć. Każdy z was spełnił swoją rolę, nawet Dave Cotton, który został zatrzymany przez CSP. Dzięki niemu funkcjonariusze byli zbyt zajęci, by móc wystarczająco szybko zareagować na wyrządzony przez ciebie hałas.

– Domyśliłam się, że pani chce, żebym ich zabiła. Przecież jestem kotką…

– A oni są szczurami, tak. Widzę, że spodobała ci się moja analogia. Widzisz, tacy jak ty też są potrzebni w naszej korporacji. Nie bez powodu człowiek, jak i wiele innych zwierząt wyewoluowało sobie geny, które według ogólnego pojęcia moralności są powszechnie piętnowane. Gdybym odwróciła sytuację, gdyby stało się tak, że to ty trafiłabyś na wroga jako pierwsza, to obie byłybyście już martwe. Sofia nie zaatakowałaby Reza, chcąc oszczędzić ci życie, a Voltimore według wszelkiego prawdopodobieństwa wykorzystałby sytuację, by zabić obie z was. Oczywiście było tysiące innych możliwych wersji przebiegu tego wydarzenia, ale to nie jest dla nas w tym momencie istotne. Chcę tylko byś wiedziała, że mnie nie zawiodłaś. Od jutra nie będziesz pracować z Reuzenem, ale będziesz przyjmowała rozkazy bezpośrednio ode mnie. Będziesz dla mnie zabijać tych, których nie da się, ani przekupić, ani przekonać do swoich racji. Będziesz zajmować się najgorszym typem moich wrogów, dla których nie mam litości. Chcę, żeby słowo Weles zaczęło budzić w ich sercach strach, jakiego do tej pory nie mieli okazji zaznać. Mam już pierwsze zadanie dla ciebie Apolino. Będzie to przywódca Państwa Islamskiego odpowiedzialny za ostatnie ataki w Galerii Dominikańskiej. Ten sam, przez którego straciłaś swoją prawą rękę. Abdul Hai al-Saade głęboko wierzy, że ginąc z ręki kobiety, trafi prosto do piekła. Wykorzystaj ten fakt wedle uznania.

Jeden z kącików ust bogini drgnął tak, jak przy naszym ostatnim spotkaniu. Przy jej oczach pojawiły się kurze łapki, a ja odczułam wielką dumę. Pierwszy raz poczułam, że jestem dla kogoś ważna i że moje życie ma jakiś sens, pomimo tego, kim jestem. Postanowiłam, że nigdy jej nie zawiodę. Będę robiła to, co umiem najlepiej ku chwale korporacji. Abdul Hai al-Saade niedługo pożałuje, że się urodził.

Uśmiechnęłam się i ponownie złożyłam pokłon. 

 

Koniec

Komentarze

Dorsalu, opublikowałeś nie opowiadanie, a raczej powieść!

Chciałabym, abyś wiedział, że teksty li­czą­ce ponad 80000 zna­ków, nie wcho­dzą do gra­fi­ku dy­żur­nych, więc ci nie mają obo­wiąz­ku go czy­tać. Tak dłu­gie dzieła, choć­by były świet­ne i do­sko­na­le na­pi­sa­ne, nie mgą też li­czyć na no­mi­na­cję do piór­ka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj oj wciągnęło i to bardzo. Drobne literówki np. źniej stało się coś dziwnego. Brak dwóch liter Gdzie indziej za dużo o jedno w w zdaniu. To jednak drobiazgi w porównaniu z formatem, blokiem tekstu. To utrudnia czytanie.

Pewnie nawet nie zauważyłeś że, wstawiłeś tekst trzykrotnie.

Przeceniasz parametry stopów tytanowych i ignorujesz zasadę zachowania pędu.

Bohaterka rozwalająca betonowy mur, czy wybijająca dziurę ręką w stalowej płycie bardziej pasuje do komiksu o Batmanie niż przyzwoitego sf. To twoje opowiadanie ale zrezygnował bym też z rozgrzanego do białości tytanowego ostrza 

  1. po takim potraktowaniu nie nadawało by się nawet do krojenia chleba
  2. rozgrzany metal szybko przestaje świecić, do osiągnięcia temperatury pozwalającej schować do ręki zawierającej jednak skomplikowany bioniczny sprzęt trzeba kilkanaście razy więcej czasu
  3. marnotrawstwo energii
  4.  Czekam na ciąg dalszy

Pewnie nawet nie zauważyłeś że, wstawiłeś tekst trzykrotnie.

Dziękuję za komentarz. 

A ja się dziwiłem dlaczego to ma 200 tysięcy znaków. smiley Resztę błędów również postaram się naprawić. Z tym tytanicznym ostrzem oczywiście masz rację. Spróbuję więcej o tym poczytać następnym razem.

Nie zdążyłem się dobrze zaznajomić z fantastyką.pl, ani z panującymi tutaj zasadami, więc jeśli coś zrobiłem źle, to z góry przepraszam. 

Dorsalu, sugeruję, abyś zajrzał tutaj: Portal dla żółtodziobów

Dobrze, że wyjaśniła się sprawa długości opowiadania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pamiętaj też o ręce rozwalającej mur betonowy. Łatwo półtonową kulą wiszącą pod ramieniem koparki rozwalić takie coś. Próba uczynienia tego ramieniem o takiej lub nawet większej masie, wykonanym ze znacznie lepszej stali nie skończy się dobrze ani dla ramienia ani dla integralności samej koparki. Co innego bloczki łączone zaprawą lub kruszenie kawałek po kawałku.

Opowiadanie nie tylko wciąga ale i pięknie wplata słowiańskie wierzenia w hard sf.

 

@regulatorzy

Dziękuję za radę, przeczytałem artykuł i postaram się postępować zgodnie z regulaminem.

 

@Za horyzontem

 

To twoje opowiadanie ale zrezygnował bym też z rozgrzanego do białości tytanowego ostrza 

W sumie to już wcześniej mi to nie pasowało, ale mimo to bardzo chciałem, żeby te ostrza świeciły :). Wydaje mi się jednak, że masz rację i faktycznie byłoby lepiej, jeśli zrezygnuję z tej koncepcji. W tym opowiadaniu już zmieniłem je na zwykłe ostrze.

Przeceniasz parametry stopów tytanowych i ignorujesz zasadę zachowania pędu.

Przy tytanie na razie zostanę dopóki nie rozeznam się bardziej w temacie różnych stopów :), a co do zasady zachowania pędu, to nie bardzo rozumiem, o który fragment dokładnie ci chodzi, ale to może przez moją nikłą znajomość fizyki :). Chętnie poprawię, jeśli coś jest nie tak.

Bohaterka rozwalająca betonowy mur, czy wybijająca dziurę ręką w stalowej płycie bardziej pasuje do komiksu o Batmanie niż przyzwoitego sf.

Tutaj źle się wyraziłem, bo nigdy nie chodziło mi o dosłowne przebicie się na wylot przez betonowy mur. Raczej jedynie niewielkie skruszenia przy przypadkowym uderzeniu, jak przy uderzeniu młotem. Co do blachy, to również miałem na myśli o coś cienkiego, jak na przykład dziury w masce samochodu. Nie na przestrzał, ale zwykłe wgniecenia, które trzeba by “klepać”. No ale to moja wina w opisie i już to poprawiłem.

To jednak drobiazgi w porównaniu z formatem, blokiem tekstu. To utrudnia czytanie.

 Zdaję sobie z tego sprawę i postaram się w przyszłości również to zmienić. Na razie nie czuję się na siłach, żeby w tym momencie naprawić to akurat w tym opowiadaniu. Zrobię to, gdy znajdę więcej czasu. Wydaje mi się też, że moje inne dzieła wyglądają lepiej pod tym kątem. Przynajmniej w moim Open Office. 

 

Jeszcze raz dziękuję za krytykę i cieszę się, że wciągnęło. Jak napisałem w przedmowie mam jeszcze tego trochę i na pewno w przyszłości coś jeszcze udostępnię w tym uniwersum. Postaram się też zastosować do rad. Będę systematycznie poprawiał różne literówki i błędy interpunkcyjne, gdy tylko uda mi się je znaleźć. 

Pozdrawiam.

Niestety, nie moje klimaty. :) Jednak życzę powodzenia w dalszym pisaniu! :)

Pozdrawiam!

PS Ciekawy pomysł na wykorzystanie wątku słowiańskiego w postaci imienia Welesa jako nazwy instytucji. Widzę, że masz również symbol Welesa na swoim awatarze. :) Jednak pomysł nie do końca mnie ujął.

Nowa Fantastyka