- Opowiadanie: PrzemekT-P2 - Różowy samolocik

Różowy samolocik

Maciej przeprowadził się z Polski do USA kilka lat temu. Głowę pełną marzeń i oczekiwań roztrzaskał o amerykańską ziemię. Niby posiada rodzinę, kochająca żona i córeczki są jego szczęściem, ale coś nie pozwala mu się nim cieszyć. Gdy odnalazł remedium na swoje rozterki, na jego drodze stanął tajemniczy nieznajomy...

Stokrotne dzięki dla Ambush, drakaina

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Różowy samolocik

– Dobra, teraz jak pojedzie niebieski! Teraz już na sto procent…

Maciek siedział na skraju kładki wiaduktu, opierając się plecami o betonowy występ. Nogami machał jak dziecko bujające się na huśtawce. Patrzył w stumetrową przepaść, szukając wzrokiem jakiegokolwiek pojazdu o niebieskim kolorze lakieru.

– Jedzie… jeden, dwa, cztery! No jasna cholera, za szybko i za dużo!

Pomysł na pomoc w podjęciu decyzji w postaci koloru auta podsunął mu jeden z członków grupy, do której należał na portalu społecznościowym. Wymieniali się tam sposobami na rozwiązanie swoich problemów. Wspierali się w podjęciu najtrudniejszych decyzji. Taka wirtualna grupa niesienia pomocy “jak skutecznie odebrać sobie życie”.

– Teraz spróbujmy… – pomyślał chwilę – teraz spróbujmy brązowy…

*

Przyjechał do Stanów równe dziesięć lat temu. Dziś obchodził rocznicę jednego ze swoich największych błędów życiowych.

Dziesięć lat temu, gnany chęcią spełniania marzeń, sprzedał kawalerkę w Poznaniu. W Polsce nic go nie trzymało; rodzice jakoś nie palili się do kontaktów z jedynym synem, kumple po studiach zapadli się pod ziemię, o dziewczynie mógł zapomnieć. Nie miał tutaj żadnych perspektyw. Za uzyskane pieniądze zdobył wizę i bilet lotniczy do U.S.A! W jedną stronę, rzecz jasna. Reszta powinna zapewnić mu godny start, w krainie spełniających się marzeń.

Nakreślił plan działania. Lądowanie w Nowym Jorku, zatrzymanie się na jakiś czas u kuzyna, który zdążył się zakorzenić na jankeskiej ziemi. Znajdzie na spokojnie pracę, wynajmie malutkie mieszkanko i pozwoli sprawom toczyć się w odpowiednim kierunku. Po kilku latach zapewne przeprowadzka na wschodnie wybrzeże, może San Francisco i tam aż do śmierci. Albo Hawaje, się zobaczy.

Wsiadł do samolotu z małym bagażem podręcznym oraz głową pełną pomysłów i marzeń. Wysiadał podobnie wyposażony, ale rzeczywistość dzień po dniu weryfikowała jego niegdyś perfekcyjny i gotowy do zrealizowania plan.

Kuzyn okazał się spasionym, brudnym typem z mieszkaniem idealnie odzwierciedlającym naturę lokatora. Po kilku dniach bytności w świątyni brudu i ogólnej rozpierduchy zatrzasnął za sobą kuzynowe drzwi i udał do schroniska.

Kilka dni tułał się po przedmieściach, próbując załapać się na jakąkolwiek robotę. Zmywak, sprzątacz, zamiatacz ulic; cokolwiek, byle zarobić kilka dolarów. W kurtce, w podszytej kieszeni miał schowany cały dorobek życia, zapasy na czarną godzinę. Niestety nie mógł się zdecydować, czy właśnie takowa wybiła.

Po kilkunastu dniach tułaczki sięgnął do rezerw i wynajął skromną kawalerkę w polskiej dzielnicy. Opłacił z góry pół roku, i mając chociaż to z głowy, rozpoczął intensywne poszukiwania pracy. Znalazł ją na zmywaku w Burger Kingu. Ciułał grosz do grosza, miesiąc po miesiąca. Zanim się obejrzał stał już na kuchni. Po roku został menedżerem lokalu, co wiązało się z większymi zarobkami.

Poznał Alicję. Spotkali się przypadkiem na imprezie u znajomych z klubu kręglarskiego, do którego zapisał się kilka tygodni wcześniej. Nie minęło dwanaście miesięcy a byli już nowożeńcami wprowadzającymi się do małego mieszkania na Greenpoint, w drugiej co do wielkości polskiej dzielnicy w Big Apple.

Pojawiła się dwójka cudownych dzieci i nowe wydatki. Co raz więcej godzin w pracy, coraz mniej w domu. Alicja była cudowna, ale niezbyt wyrozumiała. Zaczął się ujawniać jej gorący irlandzki charakter (dziadek był hulaką o ognistym temperamencie). W ich domu panowała miłość, ale z każdą kolejną kłótnią jej ogień przygasał.

Dlatego właśnie dziś Maciek siedział na skraju wiaduktu, a nie z dziećmi i żoną przy stole.

*

Widok miał piękny. Stu metrowa przepaść, w głębi której przemieszczały się tysiące samochodów, z tysiącami ludzi i ich milionami problemów. Stu metrowa przepaść zalana pięknym światłem zachodzącego słońca. Z tej wysokości nie dobiegał go hałas generowany przez ryczące silniki stalowych bestii.

– Dzień dobry. Piękny zachód, nieprawdaż?

Na dźwięk wypowiedzianego po polsku powitania Maciek odwrócił głowę od słońca, mając teraz przed oczami powidok, pojawiający się przy każdym mrugnięciu.

– Ekhem… Może lepszym doborem słów było by, dobry wieczór.

Do ogłupiałego groteskową sytuacją Macieja podszedł nieznajomy mężczyzna, a ten wpatrywał się w niego jak krowa w malowane wrota.

Mężczyzna na oko mógł się zbliżać do pięćdziesiątki. Przystojny, z przydługimi czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu na brylantynie. Ubrany był w dopasowany czarny garnitur; strój z tych, które idealnie dopasowane, wyglądają jakby były drugą skórą właściciela. W prawej dłoni dzierżył szykowną laskę z okutą polerowaną stalą rączką. Jak nic koleś z przeszłości, pomyślał.

– Dobry wieczór. Pan Polak, tak? – Chciał, żeby w jego słowach brzmiała pewność siebie, a wyszło co najmniej głupkowato.

– Można tak powiedzieć – nieznajomy uśmiechnął się poczciwie. – Można tak powiedzieć…

Jego twarz była dziwna; niezmiernie przystojna, harda z ostrymi rysami twarzy, a jednocześnie budząca spokój i zaufanie. Maciek odniósł dziwne wrażenie, że za każdym razem jak na niego spogląda, twarz wygląda nieco inaczej.

– Pan w jakiej sprawie? – Poruszył się niespokojnie na wygrzanym miejscu.

– A wyobraź sobie Maćku, że właśnie tędy przechodziłem i …

– Zaraz, zaraz…

Maciek podniósł otwartą dłoń do góry, jakby chciał zatrzymać i tak stojącego w miejscu dżentelmena.

– Skąd wiesz jak mam na imię! Czego ty człowieku chcesz? – Przez sekundę w jego oczach widać było strach. – Ja nie mam długów! Chyba nie mam długów…?

Chciał wstać z miejsca, ale lewa stopa ześlizgnęła mu się z betonowego występu i byłby spadł w dół, gdyby nie ręka, która chwyciła go za ramię w ostatnim momencie.

– Chyba znalazłem się w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. – nieznajomy powiedział bardziej do siebie, otrzepując białą chusteczką przykurzoną kurtkę Maćka.

– Jezu… Jezu… – Na te słowa nieznajomy przewrócił oczami – Dziękuję słodki Jezu! Panu dziękuję! Życie mi pan ura…

Zamilkł świadomy, że trochę go poniosło i usiadł na swoim miejscu widokowym. Zwiesił nogi aby dyndały nad pasami bieli i czerwieni w dole.

– Tak jak powiedziałem, tylko tędy przechodziłem.

Nieznajomy poprawił krawat, rozpiął guziki marynarki i rozłożył białą chusteczkę obok siedzącego Maćka.

– Przepraszam cię najmocniej, powinienem najpierw spytać o pozwolenie spoczęcia obok. – Podniósł wzrok na polaka po przejściach.

– A, tak, tak. Proszę, niech się Pan nie krępuje. – odsunął się delikatnie w lewo aby zrobić miejsce.

Po chwili siedzieli obok siebie, skąpani w pomarańczowych promieniach słońca. Trwali jakby czas się zatrzymał cicho wpatrzeni w zachodni horyzont. Widocznie tak im było dobrze.

– Ja się przedstawiłem, to znaczy pan trafił w moje imię – pierwszy ciszę przerwał Maciek – czy w takim razie ja mogę poznać pańskie.

– Lucjan, Lucek. Różnie się do mnie zwracają. Czasami nawet trafi się Kusy.

Odparł dżentelmen w czarnym garniturze. Teraz on też fajtał nad przepaścią stopami w czarnych, błyszczących lakierkach. W jego oczach słońce odbijało się jak w lustrze.

– He! Kusy, jak w tym serialu…

– Pan widzę też oglądał. – Twarz Lucjana ponownie rozjaśnił uśmiech – Jeden z lepszych.

– Tak, jeden z lepszych.

– Jeśli wolno mi spytać. Co taki młody, zadbany człowiek jak ty Maćku, robi tutaj, na wiadukcie kolejowym? Widzę obrączkę na palcu, więc jak mniemam, masz gdzie być i spędzać wieczory. A jednak! Spotykam cię siedzącego nad przepaścią i podziwiającego zachód słońca. Nie przeczę, piękny widok i napawający spokojem. A jednak pytam, dlaczego?

W jego głosie nie było nachalności. Nie było w tym pytaniu nic nachalnego. Bezskutecznym było doszukiwać się jakichkolwiek podtekstów. Normalnie w innej sytuacji Maciek by się wkurzył a potem zrugał jegomościa na czym świat stoi, i kazał iść w diabły. Ale te pytania były zadane z troską. Zdrową ciekawością, nie nachalną. Dlatego nie było to złe, to było dobre.

– Zauważyłeś Kusy – odparł smutno – mogę tak się do ciebie zwracać?

– Oczywiście, będzie mi bardzo miło – uśmiechnął się pod nosem patrząc na swoje błyszczące buty wiszące nad ciemniejącą otchłanią.

– No więc. Czy zauważyłeś, że gdy zapada noc, ta serpentyna drogi zamienia się w polską flagę? Jest taka piękna i ciągnie się aż do mostu, o tam. – Wskazał ręką w zarys budowli oddalonej może o dziesięć kilometrów od nich.

– Tak. Sądzę, że to czysty przypadek, symboliczny i piękny. Podzielam twoje zdanie mój drogi.

Tysiące samochodów jadących w kierunku zachodnim, swymi tylnymi światłami na sześciopasmowej drodze tworzyła czerwoną wstęgę. Natomiast te zmierzające w przeciwnym kierunku, tworzyły białą. Największa polska flaga na świecie!

– Tak więc przychodzę tutaj i bawię się wspomnieniami.

– Nie wyszło tak jak zakładałeś, co? – Lucjan spojrzał na Maćka i zaczął delikatnie pukać laską o beton między nogami.

– Niby wyszło. Mam wspaniałą żonę, dwójkę cudnych dzieciaków. Pracę jako taką, ale ujdzie…

Nie wiedział jakim cudem rozmawia o tak prywatnych sprawach z jakimś nieznajomym. To znaczy teraz to Lucjan, czy Kłusy, ale wciąż nieznajomy.

– Ale tęsknisz…

– Tęsknie.

Maciek spuścił głowę, a z policzków zaczęły kapać, jedna po drugiej, słone łzy smutku. Te które kapały na dłonie, stały się domem dla skupionych w nich ostatnich promieni słońca.

– Chciałeś skoczyć?

Widocznie Kusy nie owijał w bawełnę.

– Tak…!!! – krzyknął w przestrzeń zakrywając twarz dłońmi.

Rozpłakał się na dobre, to był dobry płacz, oczyszczający. Wreszcie powiedział to głośno. Usłyszał to on sam, i ktoś inny. To było ważne.

– Bo widzisz… Ja też o tym myślałem – odparł Kusy wpatrując się w misternie zdobione wykończenie laski.

– Serio? – Maciek otarł rękawem osmarkany nos, a potem oczy z których łzy nie chciały przestać lecieć.

– Serio. Bardzo chciałem i chcę nadal. Pragnę tego.

– To co cię powstrzymuje. Skocz i po krzyku.

– HA! – roześmiał się – Mój Drogi, gdyby to było takie proste…

– Ja znalazłem na to sposób. – zaczął grzebać w kieszeni kurki szukając telefonu. - Siedzę tu i czekam na samochód o wybranym przeze mnie kolorze. Jak taki zobaczę, to skoczę.

– I co? Nadal tu jesteś? – Lucjan spytał z lekkim niedowierzaniem. - Jaki kolor wybrałeś?

– Na początku…

– Na początku? To ile razy do tego podchodziłeś?

Kusy spojrzał na niego z mieszanką niedowierzania i rozbawienia, przykładając do czoła chłodną rączkę laski. Maćka to trochę zbiło z pantałyku i leciutko zawstydziło.

– Kilka; najpierw żółty, ale tych było tyle, że nie mogłem się zdecydować. Potem zielony; było podobnie jak z żółtymi. Następnie niebieski, ta sama sytuacja. Przed tym jak się zjawiłeś wybrałem brązowy. Ale mnie zagadałeś i jest już za ciemno. Skrewiłem…

– Sposób dobry, nie przeczę. Proponuję skoczyć jak zobaczysz na niebie różowy samolocik. – Pokiwał z uznaniem.

– Różowy samolocik powiadasz… – zamyślił się – ciekawe. A ty? Dlaczego tu ze mną siedzisz? Czemu nie skoczysz?

– Bo nie mogę, po prostu. Chcę, ale nie mogę. Nie pozwala mi na to.

– Kto ci nie pozwala? To do tego potrzebne jest czyjeś pozwolenie? A to dobre. – Maciek pierwszy raz się roześmiał.

Kusy też się uśmiechnął. Spojrzał poczciwymi oczami na Macka i poklepał go po kolanie.

– Szef mi nie pozwala. Jestem odpowiedzialny za sporo rzeczy, w naszej firmie. – Dziwnie zaakcentował ostatnie słowo. – A zresztą, już raz zleciałem z bardzo wysoka… Słaba sytuacja. I wstrętna łatka została mi przyszyta na bardzo długi czas.

– Powiem ci Lucjanie, porąbana sytuacja.

– W rzeczy samej. Mam mnóstwo na głowie, robię swoje, już nie wiem nawet jak długo. Chyba odkąd pamiętam, a może i dłużej. I non stop to samo, Lucjan leć tu, leć tam. Jesteś potrzebny tu, jesteś potrzebny tam.

Maciek odniósł wrażenie, że trafił swój na swego. On mógł zwierzyć się ze swojego największego sekretu, a dżentelmen Lucjan zwany też Kusym mógł się wygadać z trosk.

– I nie mogę skoczyć – kontynuował – zbyt wiele ode mnie zależy. A zresztą. – Podciągnął kolano i oparł na nim podbródek –I tak nic mi to nie da.

Zapadł już zmrok. Ich twarze od dołu podświetlała teraz różowa poświata wymieszanych ze sobą białych i czerwonych świateł. Maciek szczelniej otulił się kurtką, a Kusy siedział jakby spadająca temperatura nie robiła na nim wrażenia. Nawet uszy mu się nie zaczerwieniły z ust nie wydobywała się para. Maciek natomiast wyglądał jakby wydychał dym papierosowy.

– To masz przerąbane, przyjacielu.

– Mam i to bardziej od ciebie. – Kusy wstał, wytrzepał i złożył niebiańsko białą chusteczkę, po czym delikatnie schował ją w wewnętrzną kieszeń marynarki. – Pamiętaj, nie ma; powtarzam nie ma na tym świecie problemu, którego nie da się rozwiązać! – Położył mu obie dłonie na ramionach – Masz nędzną pracę, której szczerze nienawidzisz? Zmień ją, nic prostszego. Masz problemy ze zdrowiem? Zacznij je leczyć. Jeśli się nie da, pogódź się z bliskimi; tobie i tak wszystko jedno, a im to może uratować sumienie. Tęsknisz? Powiedz to głośno, sobie i innym. Kochasz? Wykrzycz to na całe gardło, żeby każde boże stworzenie to usłyszało! Wszystko da się naprawić, a jeśli się nie da? Nie było tego warte. Ja wracam do roboty, a ty wracaj do Alicji. Spakujcie się i wyjedźcie do Polski skoro to za nią tęsknisz. Jak się nie uda to wrócicie, nie ma nic prostszego.

– Skąd wiesz jak ma na imię moja żona?

Maciek przyglądał się niespodziewanemu gościowi, którego oczy lśniły bardziej niż wschodzący księżyc.

– No jak skąd – odrzekł niepewnie Lucjan – przecież wspominałeś o niej i o dzieciach.

– Tak, wspominałem ale nie mówiłem jak ma na imię. – Mówiąc to, przekrzywił głowę jak zdziwiony pies.

– Mówiłeś, mówiłeś. – Poklepał Maćka po policzku – Wracaj teraz do domu, do niej i do dzieciaków.

– Tak zrobię, na pewno tak zrobię – odparł radośnie.

Przeskoczyli zgrabnie na drugą stronę murku, po której znajdowała się kładka między torami kolejowymi. Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie i ruszyli każdy w swoją stronę. Maciek wyjął z kieszeni telefon, odnalazł grupę „Jak się skutecznie zabić” i wcisnął przycisk „Opuść”. Schował urządzenie do kieszeni uśmiechając się pierwszy raz od wielu tygodni z radości. Szczerej, nie udawanej radości

– MACIEK! – Usłyszał za plecami i się odwrócił.

– SŁUCHAM!

Odległość między nimi była na tyle duża, że zmuszeni byli do siebie krzyczeć.

– RÓŻOWY SAMOLOCIK, OBIECASZ MI???

– OBIECUJĘ PANIE LUCKU! – Pomachał na pożegnanie.

– Zuch chłopak! – powiedział już tylko do siebie.

*

Lucjan odmachał mu laską i odwrócił idąc przed siebie. Obejrzał się raz jeszcze, upewniając się, że Maciek jest już wystarczająco daleko. Nawet z tej odległości czuł bijący od niego spokój i poczucie dawno nie widzianej w sercu radości. W kieszeni marynarki poczuł wibrację. Wyciągnął z niej złote pióro i zawiesił w powietrzu jak na niewidzialnej lince.

– I jak Lucyferze? – rozbrzmiał głos dobiegający zewsząd.

– Zgodnie z planem Panie. Maciek na powrót odkrył w sobie radość i nadzieję. Nici z jego zamiarów.

– Cieszy mnie to, niezmiernie mnie to cieszy. Kawał dobrej roboty.

– Dziękuję Panie. A jak się sprawy mają w piekle?

– Cisza i spokój. Coraz więcej ateistów, to coraz mniej dusz do karania.

– Chyba tam szybko nie wrócę, prawda?

– Podejrzewam, że nie. – Nastała chwila ciszy – To, co teraz robisz, jest po tysiąckroć ważniejsze od władania piekłem. Wykonujesz to, do czego powołałem cię miliardy lat temu. Lucyferze, znów niesiesz światło potrzebującym. Jesteś ich latarnią.

– Schlebiają mi Twe słowa Panie. – Ukłonił się przed złotym piórem.

– A teraz, mój drogi udasz się do Afganistanu. Czeka tam na ciebie Sahib. Chłopiec ma dziewięć lat.

– Tak Panie.

– Pomóż mu, wskaż drogę, daj nadzieję. Jeśli się nie uda; a tak stać się może, przyprowadź go do mnie. Jego serce nie skalane grzechem bije w piersi.

– Będzie wola Twoja. Za chwilę tam będę.

– Idź i nieś mą łaskę!

Ukłonił się po raz kolejny. Wyciągnął przed siebie dłoń na którą opadło złote pióro. Stuknął sześć razy laską o stalową szynę i dosłownie rozpłyną się w powietrzu.

*

Po miesiącu od tamtego zdarzenia u Macka zdiagnozowano daltonizm. Oczyma widział świat w szarościach, a reszty barw światu nadawało serce. Wrócił z rodziną do Polski, gdzie doczekał wnuków i dożył szczęśliwej starości z Alicją u boku. Lucjana już nie spotkał, bo nie było takiej potrzeby. Zresztą, dżentelmen z szykowną laską miał i tak ręce pełne roboty.

Koniec

Komentarze

Przemku, miałeś najwyraźniej pomysł na opowiadanie z twistem. Nie powiem, całkiem dobry pomysł z fajnym twistem, jakby trochę wziętym z Goethego i “jam cząstką tej siły, co zawsze zła pragnąc, zawsze czyni dobro”, choć poszedłeś dalej. A może rolę diabła gra tu “grupa wsparcia”? W każdym razie pomysł daje do myślenia i zdecydowanie jest na plus.

Gorzej z poprowadzeniem fabuły: streszczasz nam dzieje Maćka aż do spotkania z Luckiem, potem rozmowa, potem twist. Niby zaczynasz nieźle, bo ta historia bohatera jest podana w retrospekcji, ale dla dynamiki tekstu lepiej by było rozbić tę retrospekcję na kilka epizodów, z powracaniem do tego, że siedzi nad przepaścią. Pomysł z kolorami i powodem, dla którego nie wychodzi – świetny, naprawdę. Ale też ten drugi twist wprowadzasz deusexmachinowo, jako odautorskie rozwiązanie, a można było go powolutku zaznaczać w tekście, podprowadzić do tego czytelnika. Opowiadasz monotonnie, prosto, nie wciągasz czytelnika, a szkoda, bo pomysł zasłużył na lepsze jego podanie. Pomysł byłby dla mnie biblioteczny, ale to wykonanie…

W sensie technicznym jest niestety tragicznie. Chciałam zrobić łapankę, ale poddałam się przed połową tekstu, bo w zasadzie w każdym zdaniu trzeba coś poprawić. Kuleje absolutnie wszystko. Nie wiem, czy nie najlepiej byłoby wycofać tekst do kopii roboczych i jeszcze nad nim popracować. (Jeśli się na to zdecydujesz, na wszelki wypadek skopiuj sobie moje uwagi, bo nie wiem, czy przy wycofaniu komentarze zostają, nigdy nie sprawdzałam). Zastanawiałam się nawet chwilami, czy Ty sam nie mieszkasz w USA i to nie są naleciałości angielskie, bo i interpunkcja mocno jakby pod wpływem angielskiej, i wiele nieporadności stylistycznych mogłoby to sugerować.

Aha, masz tu poradnik portalowego życia, bo jesteś nowym użytkownikiem: Portal dla żółtodziobów

Zachęcam przede wszystkim do aktywności pod tekstami innych, bo w ten sposób np. łatwiej znajdziesz solidną betę :)

 

Wklejam uwagi do mniej więcej połowy tekstu, ale dalej nie jest lepiej. Nawet jeśli z przecinkami masz duży kłopot, to np. powtórzenia powinieneś być w stanie wyłapać.

 

Pomysł na pomoc w podjęciu decyzji w postaci koloru auta[-,] podsunął mu jeden

Wspierali się w podjęciu najtrudniejszych decyzji. Taka wirtualna grupa wsparcia.

– Teraz spróbujmy[-… ]– pomyślał chwilę zamyślił się na chwilę – teraz spróbujmy brązowy…

Dziś obchodził swoistą rocznicę[-,] jednego ze swoich największych błędów życiowych.

Rocznica to rocznica, nie może być swoista ;)

 

dziewczyny nie miał. Tutaj nie miał (…) Reszta miała zapewnić

Nowym Yorku

→ Nowy Jorku

 

z małym bagażem podręcznym[-,] oraz głową pełną pomysłów

rzeczywistość[-,] dzień po dniu weryfikowała jego[-,] niegdyś perfekcyjny i gotowy

Po kilku dniach bytności w świątyni brudu i ogólnej rozpierduchy[-,] zatrzasnął za sobą kuzynowe drzwi i udał do schroniska.

cokolwiek[+,] byle zarobić kilka dolarów

Po kilkunastu dniach tułaczki[-,] sięgnął do rezerw

 

Królu Burgerów

→ Burger Kingu. Nie tłumaczymy nazw własnych

 

menagerem

→ menedżerem lub managerem

 

na imprezie[-,] u znajomych

 

dwójka cudownych dziec[-,] i nowe wydatki. Co raz więcej godzin w pracy, coraz mniej w domu. Alicja była cudowna,

 

dziadek[-,] był ognistym irlandzkim hulaką

raczej: hulaką o ognistym temperamencie

 

Stu metrowa

→ stumetrowa

 

przemieszczałoy się tysiące samochodów

 

Dzień dobry, piękny zachód. Nieprawdaż.

→ Dzień dobry. Piękny zachód, nieprawdaż?

 

Na dźwięk polskiego powitania

→ Na dźwięk wypowiedzianego po polsku powitania

 

mając teraz przed oczami świetlik[-,] pojawiający się przy każdym mrugnięciu.

Nie świetlik, ale powidok. Świetlik to owad, roślina albo okno w dachu ;)

 

Ekm

Nie zapisujemy tego tak po polsku. Em, ech, ostatecznie ekhem.

 

jak krowa w malowane wrota

→ jak cielę na malowane wrota

 

Mężczyzna[-,] na oko mógł się zbliżać do pięćdziesiątki.

Niezbyt to zgrabnie ujęte

 

z dłuższymi czarnymi włosami zaczesanymi do tyłu na brylantynę

Dłuższymi od czego? Długimi, długawymi… I chyba na brylantynie, bo brylantyna to pomada, a nie fason.

 

Ubrany był w czarny[-,] dopasowany garnitur; strój z tych, które idealnie dopasowane, wyglądają jakby były drugą skórą właściciela.

I raczej kolejność: dopasowany czarny garnitur (bez przecinka, bo dookreślasz, a nie wyliczasz)

 

– Dobry wieczór[+.] – cChciał odezwać się pewnie, a wyszło głupkowato[+.] – Pan Polak, tak?

– Można tak powiedzieć[+.] – nNieznajomy uśmiechnął się poczciwie. – Można tak powiedzieć…

W pierwszym didaskalium raczej: “Chciał, żeby w jego słowach brzmiała pewność siebie, a wyszło głupkowato.” Ale troszkę to dziwne w odniesieniu do samego powitania. Lepiej przenieść to didaskalium na koniec wypowiedzi

 

Jego twarz była dziwna; niezmiernie przystojna, harda z ostrymi rysami twarzy, a jednocześnie budząca spokój i zaufanie. Maciek odniósł dziwne wrażenie, że za każdym razem jak na niego spogląda, twarz wygląda jednak nieco inaczej.

Tu coś się ogólnie sypie. Ten opis bardzo mocno wskazuje, z kim mamy do czynienia, ale zważywszy końcowy twist jest to do obrony.

 

– Pan w jakiej sprawie[+?] – pPoruszył się niespokojnie na swoim wygrzanym w betonie miejscu.

Co to znaczy miejsce wygrzane w betonie? Zaimka swój należy unikać, to słowo śmieć.

 

– Skąd wiesz jak mam na imię[-,][+?] cCzego ty[+,] człowieku[+,] chcesz? – pPrzez sekundę w jego oczach Maćka widać było strach. – jJa długów nie mam długów! Chyba długów nie mam długów…?

 

TU PRZERWAŁAM wypisywanie wszystkiego, na tej podstawie może dasz radę poprawić najważniejsze błędy w dalszym tekście. Zajrzyj sobie do poradników interpunkcji i zapisu dialogów – to powinno pomóc. Ale jeszcze jedno:

niech się Ppan nie krępuje

W literaturze nie używamy wielkich liter w takich przypadkach.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć drakaina!

 

Dziękuję za obszerny komentarz. Byłem świadomy tego, że tekst posiada błędy, ale ich faktyczna ilość trochę mnie zszokowała. No nic, trzeba zacisnąć zęby i wprowadzać poprawki.

Przelewając historię na ekran komputera nie zastanawiam się nad stylistyką, czego efekty widać niestety. Na tym etapie widocznie kuleję. 

Jako że to moje piąte opowiadanie, zrzucę to na garb braku doświadczenia i będę nad tym pracował. Może z czasem będzie lepiej ;)

 

Przynajmniej pomysły na historię się udają ;)

 

Pozdrawiam!

Trzymam kciuki, bo tu wprawdzie historyjka prosta, ale – podkreślę jeszcze raz – z udanym twistem. Popraw ten tekst, drugą połowę jak zdołasz wedle przykładów z pierwszej (interpunkcja, zapis dialogów – w tym względzie linki do poradników znajdziesz kierując się linkami w poradniku, który Ci podesłałam), to może wrócę i jeszcze raz na tę drugą rzucę szczegółowo okiem w ramach takiej spóźnionej bety.

Tylko pamiętaj, że portal działa na zasadzie altruizmu wzajemnego :)

http://altronapoleone.home.blog

Ambush, drakaina! Dziękuję za pomoc :) Poprawki naniesione. 

 

Pozdrawiam!

Całkiem w porządku, jeśli pominąć duży blok opowieści o wcześniejszych losach Maćka. Masz kameralną scenę i rozmowę z tajemniczym nieznajomym. Bez fajerwerków, ale czytało mi się dobrze i bez nudy. Twist nie za bardzo był twistem, bo imię Lucek oraz wzmianki o upadku od razu coś sugerują, a pomaganie nieznajomemu też nakreśliło obraz późniejszej sceny, ale źle nie jest.

Pozdrawiam

Zanais

 

 Dziękuję za komentarz i zainteresowanie, cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu :)

 

Domyślałem się, że wzmianka o upadku może troszkę prześwietlić całość. Kilka osób czytających wcześniejsze wersje, zaznaczyła w uwagach, że można coś takiego zawrzeć. Chodziło bardziej o utożsamianie się tajemniczego nieznajomego z Maćkiem.

 

SaraWinter

 

Jak ja bym chciał wiedzieć co się kryje za tym obrazkiem, to nawet nie masz pojęcia! ;)

 

Jeśli w ten sposób okazuję swój brak doświadczenia, to najmocniej przepraszam ;p

 

Pozdrawiam

Przemku, połącz dwa komentarze w jeden, bo tak się przyjęło, że jedna osoba nie wrzuca kilku jeden pod drugim :)

 

Wiem, że nie było czasu, ale utrzymuję opinię z bety – tekstowi wyszłoby na dobre przeplecenie infodumpowego bloku o przeszłości Maćka scenami z teraźniejszości.

 

Twistu bronię, bo jakkolwiek dość szybko wiemy, kim jest Lucek, to jego zamiary są twistem.

 

Przecinków jeszcze trochę brakuje ;)

http://altronapoleone.home.blog

Fajny pomysł, fajny twist, podoba mi się wymowa opowiadania. Co do wykonania zgadzam się z przedmówcami. Wszystkie informacje o przeszłości bohatera można spokojnie umieścić w dialogu z Luckiem – wtedy większość opowiadania stanowiłby dialog, co byłoby dość ciekawe i jak na te kilkanaście tys. znaków myślę, że akceptowalne.

Pozdrawiam i powodzenia w dalszym pisaniu :)

Wszystkie informacje o przeszłości bohatera można spokojnie umieścić w dialogu z Luckiem

Nie, to nadal byłby infodump, tylko podany inaczej. Najlepsze byłyby sensownie wprowadzane retrospekcje, wywoływane np. przez rozmowę, ale tu trzeba by dłużej i solidniej popracować nad warsztatem, a czas naglił. Szkoda, bo imho to opowiadanie mogło spokojnie pójść poza konkursem, w końcu mało tu “tajemnic światów”, a na dopracowaniu fabularnym i narracyjnym tylko by zyskało ;)

http://altronapoleone.home.blog

PanDomingo

 

Dziękuję za miłe słowa!

 

drakaina 

 

Jasna sprawa, czas naglił ;) a teraz będę mógł wieczorami na spokojnie doszlifować teksy i formę :)

 

Pozdro!

Póki nie będzie ogłoszenia wyników, nie powinieneś zmieniać nic poza absolutnymi drobiazgami w rodzaju literówek :(

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki za wskazówkę. I tak nie zamierzałem ;) poczekamy i zobaczymy później

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Prawdę mówiąc bardzo szybko domyśliłem się, do czego to zmierza… błędnie :) Zaskoczyłeś mnie tą ostatnią rozmową z szefem – i duży plus za pomysł przywrócenia dżentelmena do jego pierwotnej roli.

 

To co mnie czasem irytowało odrobinkę to nachalność w przekazywaniu wrażeń :)

Czasem sam coś robię na podobnej zasadzie – zamiast coś określić jednym przymiotnikiem, określam trzema bliskoznacznymi – robię to jednak by coś uwypuklić, spowolnić, zwrócić na coś uwagę. A u Ciebie nie widziałem (może nie zauważyłem?) czemu to ma służyć. Po prostu nachalne wbijanie łopatą do głowy. Czy wspomniałem już, że nachalne? Oto mały przykład:

 

W jego głosie nie było nachalności. Nie było w tym pytaniu nic nachalnego. Bezskutecznym było doszukiwać się jakichkolwiek podtekstów. Normalnie w innej sytuacji Maciek by się wkurzył a potem zrugał jegomościa na czym świat stoi, i kazał iść w diabły. Ale te pytania były zadane z troską. Zdrową ciekawością, nie nachalną. Dlatego nie było to złe, to było dobre.

 

Pisz, poprawiaj, eksperymentuj dalej – życzę powodzenia w konkursie!

 

 

entropia nigdy nie maleje

Podoba mi się, ale jest trochę błędów, na przykład w zapisie dialogów. Zerknij tutaj.

Lubię takie historię, niby proste, niby sama rozmowa, ale bardzo dużo tutaj emocji. Może i Lucyfer chodzący po ziemi może należeć do tajemnic, ale najbardziej w konkursie podobają mi się te tajemnice ludzkich myśli, które niektórzy próbują odkrywać. Na początku nieco streszczałeś, ale przemknąłem przez fragment dość szybko i nie przeszkadzał tak bardzo. O dziwo, oczywiście, bo streszczanie to generalnie zło wcielone.

– Skąd wiesz jak mam na imię!

Tutaj chyba zabrakło znaku zapytania.

Jak poprawisz dialogi, to chętnie do biblioteki nominuję. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cześć, Przemku ;)

Nie umiem zdecydować, czy mi się spodobało, czy nie. Twist nie zaskoczył mnie jakoś bardzo, zważywszy że rozmówcą niedoszłego samobójcy jest mężczyzna imieniem Lucjan, posiadający wiedzę o rzeczach, które powinny być mu nieznane, a poza tym mówiący coś o upadku z bardzo wysoka. Nie rozumiem też trochę tęsknoty bohatera za ojczystym krajem, skoro na początku była mowa o tym, że niewiele go z nim łączyło – z rodzicami kontaktów nie utrzymywał, znajomych nie miał, mieszkanie sprzedał… Na pierwszy rzut oka w USA było mu lepiej, no ale tłumaczę to sobie faktem, że życie nie zawsze jest czarno-białe, a wybory i uczucia – często nieracjonalne :P 

Pomysł miałeś nieskomplikowany, ale całkiem dobry, lecz w moim odczuciu zabrakło trochę głębszego przemyślenia stworzonego już tekstu. Sądzę, że następnym razem opowiadaniu dobrze zrobiłoby “odleżenie” i powrót do niego po jakimś czasie. Dodatkowo mimo bety ostało się tu jeszcze trochę usterek, w rodzaju Polaka pisanego małą literą i tak dalej. 

Pozdro,

Amon

 

Opowieść w gruncie rzeczy bardzo prosta. Mamy tu w zasadzie wszystko, co już dobrze znamy zarówno z literatury, jak i z życia. Wyjazd z kraju oparty na dobrze znanym motywie „nic do stracenia”. Niski poziom życia w nowym miejscu, które było utopią jedynie w marzeniach. Stopniowe „budowanie” stabilnego życia – znalezienie żony, narodziny dzieci, poprawa warunków pracy. Na koniec depresja wywołana faktem, że i w tym bohater nie potrafi odnaleźć pełni szczęścia.

Cóż, to wszystko nam, czytelnikom, jest na tyle dobrze znane (i przerabiane w tylu możliwych wariantach), że trudno się w to jakoś mocniej wciągnąć. Przydałoby się więcej nietypowości, zaskoczenia. Wykorzystania fantastyki do zaprezentowania czegoś (czy to w postaci świata czy fabuły), z czym się nie zetknęliśmy.

To nie musi od razu dotyczyć całego opowiadania. Niechby była to nawet pospolita opowieść, ale z wpleceniem jakichś nowych motywów, które zawalczą o uwagę czytelnika.

Podobnie wygląda sprawa z bohaterami. Trudno tu czymś zaskoczyć, czy zrobić wrażenie. Fajnie próbujesz grać tym ukrywaniem faktycznej roli Lucjana, ale… w pewnym momencie sam tę jego rolę zdradzasz. ;-)

Jeżeli wrzucasz nawiązanie do „Rancza”, to i siłą rzeczy łatwo skojarzyć Lucjana z Neonówką. A wtedy całe zaskoczenie biorą diabli.

Technicznie tekst, dzięki becie, uległ poprawie w porównaniu z pierwszą wersją, ale wciąż jest tam trochę niedociągnięć. Brakuje przecinków, mignie literówka, gdzieś pojawi się jakaś wątpliwość przy zapisie dialogu.

Podsumowując. Tekst trochę sugeruje, że to Twoje początki w zabawie z pisaniem. I przed Tobą pewnie sporo pracy tak nad kwestiami technicznymi, jak i w poszukiwaniu „drogi do czytelnika” – próbie odkrycia, czym można do niego trafić i jaki pomysł na siebie, jako autora, znaleźć. Trzeba jednak pamiętać, że tu (na portalu) podobną drogę przechodzą wszyscy i każde jest obecnie w innym jej punkcie. A w literaturze, jak w życiu, rzadko trafia się okazja do pójścia na skróty. Zwykle potrzeba pracy i cierpliwości. Pracuj spokojnie, zbieraj dalsze komentarze, a (jeśli tylko nie zabraknie determinacji) każdy kolejny tekst będzie coraz lepszy i ciekawszy. :)

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witajcie!!!

 

Jim, MaSkrol, AmonRa i CM :)

 

Dziękuję za komentarze i wskazówki w nich zawarte. Nie da się ukryć, że stawiam pierwsze kroki jako autor. Miło czyta się pochlebne info zwrotne, natomiast konstruktywna krytyka jest dla mnie na wagę złota winkyes

 

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka