- Opowiadanie: Verus - Wszystkie autostopy, które przeżyłam (większość nawet na trzeźwo)

Wszystkie autostopy, które przeżyłam (większość nawet na trzeźwo)

Na wstępie powiem tylko, że to opowiadanie zostało napisane w pewnym stopniu na faktach. :D

Dziękuję serdecznie mojej wspaniałej ekipie betujących – Sonacie, MaSkrolowi, morteciusowi i Sagittowi – bez których to opowiadanie miałoby gorsze pierwsze cztery zdania, nieprawidłową liczbę przecinków i w ogóle więcej usterek. :D

 

EDIT: Korzystam z dodatkowego limitu dla dyżurnych. ;)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wszystkie autostopy, które przeżyłam (większość nawet na trzeźwo)

– Trasa bezpieczna czy widokowa?

– Widokowa – odparłam, zanim zdążyłam pomyśleć. Niech mnie szlag.

Spieszyłam się, ale cóż było robić? Zapięłam pas i skinęłam kierowcy głową na znak, że może ruszać.

Poczułam, jak pojazd odrywa się od ziemi. Nadmiernie owłosiony, jak na standardy moich okolic, facet przesunął jedną z dźwigni obok kierownicy i ruszyliśmy naprzód. Towarzysząca mu dziewczyna odwróciła się, odgarniając na bok jedno ze swoich skrzydeł. Setki warkoczyków zakończonych koralikami uderzyło o zagłówek.

– Naargla jestem. A to Freens. – Jej monluański akcent był niewiele lepszy od mojego, czyli dalej kiepski. Szybkie rozeznanie przy wsiadaniu powiedziało nam jednak, że to jedyny wspólny język jaki znamy wszyscy choć w najmniejszym stopniu.

– Baśka. Słuchajcie, co to znaczy trasa widokowa?

Zaśmiali się oboje. Przeszedł mnie dreszcz, a na usta wypełznął uśmiech, mimo sytuacji. Na razie znowu byłam w drodze, więc mogłam się choć na chwilę rozluźnić. Może zdążę.

Zerknęłam za okno. Pod nami migały unoszące się w powietrzu wysepki, pstrokate od stojących na nich domków jednorodzinnych. Taka dzielnica. Stałam tu ponad dwie godziny, zanim w końcu ktoś zdecydował się mnie zabrać. I jakoś nie zdziwiło mnie, że była to ta dość barwna para Flenktuan. Zmierzyłam ich jeszcze raz – całe ciała mieli zarośnięte, włącznie ze skrzydłami, teraz zwiniętymi na plecach. Na to narzucili bardzo szerokie ubrania, krojem w miarę przypominające moje własne. Końcówki włosów Naargli mieniły się od brokatu. Dawałam im nie więcej niż dwadzieścia, może trzydzieści ziemskich lat, co czyniłoby ich nieco młodszymi ode mnie.

– Gdzie jedziesz? – spytał nasz kierowca.

– To dość długa historia.

Oj, była długa. Kilkuletnia wręcz, jeśli przyjąć za początek moment, w którym skończyłam swój pierwszy przewodnik turystyczny o światach Pierwszego Kręgu Wymiarowego i postanowiłam, że książka nie pokaże wszystkiego. Wtedy też zaczęłam się starać o dofinansowanie na utworzenie muzeum. Zazwyczaj jednak, jeżeli ktoś pyta autostopowicza, dokąd zmierza, niekoniecznie oczekuje zaraz historii życia, więc ograniczyłam się do dodania:

– Na Ziemię.

– Ziemię? – zdziwił się. – Strasznie daleko.

– Wiem. Miałam wziąć statek międzyświatowy, ale ci publiczni przewoźnicy do niczego się nie nadają.

Spojrzeli po sobie i pokiwali głowami, jakbym właśnie powiedziała coś niesamowicie oczywistego. Zapałałam do nich jeszcze większą sympatią. Wielu podróżujących łączyła szczera i całkiem słuszna niechęć do publicznego transportu.

– O proszę, nasz pierwszy punkt widokowy – rzucił Freens i wziął gwałtowny zakręt, niemalże bokiem.

Kątem oka zobaczyłam jedynie brązową tablicę z naklejką Unii Pierwszego Kręgu.

– Czyli co, zjeżdżacie na wszystko, co UPK oznaczyło jako zabytek czy tam dziedzictwo?

– Dokładnie.

Że też nigdy nie spróbowałam takiego podróżowania. Noc, pora większej aktywności Flenktuan, dodawała całości uroku. Przyznaję, byłam też ciekawa, co mogło kryć się na takim zadupiu na osiedlu domków jednorodzinnych. Dookoła widziałam sporo innych transporterów latających, a także pieszych, jeśli można tak nazwać istoty przemieszczające się za pomocą skrzydeł. Wśród nich rozpoznawałam dzieci i często rodziny. A wszyscy zmierzali do tej jednej wysepki, która zdawała się płonąć żywym ogniem. Szybko odwróciłam od niej wzrok, zamiast tego skupiając się na reakcji Naargli i Freensa. Widziałam oczy kobiety, odbijające się w lusterku, wielkie i czarne. Uśmiechała się, delikatnie pokazując zęby. On za to przeciwnie – opuścił nieco powieki i śmiesznie marszczył czoło, jakby niedowidział.

Miałam szczerą nadzieję, że się nie zatrzymamy – nadal się spieszyłam – ale widać było, że oboje są zachwyceni. Chłonęli krajobraz, jak gdyby nigdy nie widzieli nic równie wspaniałego. Fakt, UPK umiało znajdować w światach takie kwiatki warte oznakowania, ale w przypadku dwójki moich towarzyszy założyłabym się, że na większość nowych rzeczy reagowali w ten sposób. Czystym zachwytem.

– Nieźle – szepnęła Naargla.

– Ano, nieźle. – Freens zwolnił, żeby lepiej się przyjrzeć, ale po chwili, ku zadowoleniu mojej rozsądniejszej części, znowu pchnął jedną z dźwigni i nabraliśmy prędkości. – To co się stało z tym nieszczęsnym statkiem, którym miałaś lecieć? – podjął, gdy znowu znaleźliśmy się na głównym szlaku komunikacyjnym, zupełnie jakby przed chwilą nie gapił się w krajobraz jak w oczy ukochanej.

– Spóźniał się. Na początku pomyślałam, spoko, przecież to się zdarza. Ale minęło pół godziny, więc zaczęłam szukać w sieci. Trafiłam na stronę z mapą. I wyobraźcie sobie, że był na niej ten nieszczęsny statek. O, przystanek przede mną, fajnie, pomyślałam. Tyle że nie. Bo on, jakby nigdy nic, zawrócił na tamtej stacji. – Znowu zacisnęłam pięści na samą myśl. – Następny będzie jutro rano. Ale co mi po tym, jak on potrzebuje dwóch dni, aby dotrzeć na Ziemię, a ja muszę być na miejscu już pojutrze? Spóźniłabym się.

– To jak długo w trasie?

– Ze dwanaście godzin.

– Ty, to jak się spieszysz, to my polecimy prosto do granicy. Jedziemy tylko do wiochy tuż za nią, do znajomych, ale przynajmniej będziesz tam szybciej. Prześpij się w tym czasie.

Cóż, może to i dobrze, że kierowca ma więcej oleju w głowie niż ja. Może zdążę. Bo jeśli nie…

Zamknęłam oczy, wiedząc doskonale, że mogę długo nie mieć takiej okazji. Nie w każdym pojeździe możesz przecież spokojnie zasnąć, nie bojąc się o zdrowie. A po powrocie nie znajdę chwili na odpoczynek. O ile w ogóle będę na czas.

Obawa znowu zakiełkowała w sercu. Nie. Muszę zdążyć. To moje muzeum, walczyłam o nie przez lata. Muszę tam być. Choćby nie wiem co.

 

Obudzili mnie ze cztery godziny później. Tutaj był środek dnia, we Wrocławiu właśnie wschodziło słońce. Cóż, nie każdy świat działał w takim samym rozkładzie dobowym. Nie mówiąc nawet o tym, że na niektórych z nich noc nigdy nie nastawała.

Przejechaliśmy już granicę – chwała strefie unijnej, dzięki której nie potrzebowaliśmy żadnej odprawy paszportowej – i staliśmy na stacji.

– Tu ci będzie łatwiej złapać coś dalej – rzuciła Naargla. – Bo my jedziemy na zadupie.

Podziękowałam im wylewnie, wygrzebując się z auta. Stacja całkiem przypominała zwykłe, benzynowe. Oczywiście poza faktem, że znajdowała się na platformie pośrodku oceanu. A platforma, jak wiedziałam, i tak przeznaczona była dla takich pojazdów jak ten Freensa. Aby tutaj coś złapać, musiałam zjechać na dół.

Pozwoliłam sobie popatrzyć chwilę za nimi, jak odlatywali, wzburzając fale na wodzie. Potem wygrzebałam z plecaka zestaw tlenowy, dziękując sobie w duszy, że chciałam być przygotowana na wszystko, nawet jeżeli teoretycznie miałam wracać zorganizowanym transportem. Włożyłam maskę, upewniłam się, że powietrze przepływa jak należy, plecak wsadziłam do nieprzemakalnego worka z cienkiego pola siłowego, pogodziłam się z tym, że zaraz będę cała przemoknięta – nie zabrałam kombinezonu, zająłby za dużo miejsca w bagażu – i wsiadłam do windy.

Na małym ekranie musiałam potwierdzić trzy razy, że mam jak oddychać, zanim w końcu zaczęłam zjeżdżać. Woda wlewała się do wnętrza, maszyneria szumiała głośno, wyrównując ciśnienie. Po dwóch minutach powolnej jazdy winda otworzyła się, a ja popłynęłam drogą oświetloną zielonymi neonami.

Na stacji roiło się od pojazdów, które przypominały łodzie podwodne, wiedziałam jednak, że wewnątrz również wypełnione są wodą. Cóż, nie żebym była fanką tutejszego transportu, ale przy autostopie nie wybrzydzasz.

Dotarłam w końcu do wylotu ze stacji, choć ubrania zupełnie nie pomagały, i wystawiłam rękę. Miałam nadzieję, że ktoś zgarnie mnie szybko, bo doskonale wiedziałam, że co jakieś piętnaście, może dwadzieścia minut powinnam wjechać na chwilę na górę, aby nie narazić się na wymarznięcie. Woda wokół stacji takich jak ta była podgrzewana przez specjalne wirniki, aby ułatwić pobyt przyjezdnym z innych krain, ale to nie wystarczało.

Miałam jednak wiele szczęścia, bo już trzecia wyjeżdżająca łódź zatrzymała się obok. Gruba macka otworzyła okno. W przyssawkach widziałam ślady brudu, co zaraz przywiodło mi na myśl niedomyte paznokcie. W moją stronę wysunęła się niemal idealnie okrągła głowa i obdarzyła mnie uśmiechem, w którym widniało kilka dziur po brakujących ostrych zębach.

Zaczęłam od standardowego rytuału – pytania „czy mówi pan po…” we wszystkich sześciu językach, które znałam. Szlag. Na jego twarzy nie odmalowało się nic, co choć przypominałoby zrozumienie.

Wystawił mackę w geście w każdym języku znaczącym to samo, a więc czekałam. Szukał czegoś i po chwili wyciągnął do mnie podłużną płytę oraz coś przypominającego długopis. No, dokładniej mówiąc ich wersję długopisu, ale niech mnie ocean pochłonie, nie znałam jego nazwy.

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i szybko nabazgrałam symbol Ziemi. Pokiwał głową i przejął ode mnie tablicę. Nie bardzo rozumiałam jego rysunek, więc musiał tłumaczyć na migi. Chwilę nam to zajęło. Nie wypływał poza Tornanys, ale mógł mnie wysadzić na drodze blisko przejścia granicznego do Munistuum, świata nieco bliżej Ziemi. Pokiwałam natychmiast głową, więc otworzył mi drzwi.

Fotel miał dziwny kształt, przystosowany do kogoś o znacznie większej liczbie odnóży. Za to był podgrzewany, co przyjęłam z ulgą. Po chwili pruliśmy już przez szlaki komunikacyjne, a ja przyglądałam się kierowcy. Nie odwiedziłam Tornanysu więcej niż raz do tej pory – ze światów podwodnych, częściej bywałam w Odyllerze. Wiele rzeczy jednak zdawało się tu inne. Mieszańcy byli nieco bardziej… nie, rozlaźli to złe słowo. Luźni? Też nie to, bo przecież Odyllera kojarzyła mi się z wiecznymi wakacjami, mnóstwem kwiatów, ale też wylegiwaniem się i pewną ospałością.

Energiczni. Tak, tego słowa szukałam. Ich ruchy zdawały się bardziej zamaszyste, co obserwowałam i na stacji, i teraz u kierowcy, który swoją drogą cały czas gadał w tym ich bulgoczącym języku, absolutnie nie zważając na to, że nie rozumiem ani słowa. Gestykulował przy tym i robił miny, z pewnością była to więc bardzo interesująca historia. Jako że zerkał ku mnie co chwilę, kiwałam głową z całkowitą powagą, bo niby czemu nie? Jeśli ma frajdę, gadając do mnie – kim jestem, aby mu zabraniać? Niektórym wystarcza wrażenie, że są rozumiani.

Chciałabym mieć tyle luzu i opowiedzieć mu o muzeum. Wygadanie się pewnie zlikwidowałoby nieco stresu. W głowie siedziało mi pytanie, co jeśli nie zdążę. Otworzą beze mnie? Nie mogłam znieść tej myśli. Wolałam więc odsunąć ją jak najdalej, przyglądając się mackom kierowcy – wszystkim ośmiu – którymi ilustrował historię o jakichś zwierzętach, jakbym miała zgadywać z tej pantomimy.

Wysadził mnie po kolejnych trzech godzinach. Wygrzebałam się z łodzi, aby zobaczyć, gdzie jestem, a on natychmiast odjechał. Nie było tu widać żywego ducha, a pogląd na okolicę miałam całkiem spory. Niedobrze.

Skierowałam się do windy, marząc o wysuszeniu się i ogrzaniu. Może jakimś cudem tam znajdzie się jakiś transport? I może nawet niepodwodny?

Czekało na mnie piekące słońce oraz całkowita pustka, gdzie okiem sięgnąć. Zdjęłam maskę z głowy, otworzyłam plecak i znalazłam komunikator. Świetnie, nieodebrane połączenie od Majki i trzy od Sebastiana. Co mogło pójść nie tak…?

Zanim jednak zdążyłam oddzwonić, aby poznać odpowiedź na to pytanie, na horyzoncie zobaczyłam ruch. Coś zbliżało się z dużą prędkością. Proszę, proszę, zatrzymaj się, spieszę się. Ile trzeba mieć farta, aby złapać stopa od razu na takim odludziu? Czy mój się już wyczerpał?

Wystawiłam rękę, kiedy pojazd – i to naprawdę pojazd, nie żadna łódź podwodna– nabrał kształtów. Wściekle czerwony bus, z kołami odchylonymi na boki, lekko siedem razy wyższy ode mnie zatrzymał się z (nie, nie piskiem opon) wielką falą, która zmoczyła mnie od stóp do głów. Drzwi od strony pasażera otworzyły się i z góry spojrzał na mnie wyszczerzony wielkolud w czapce przypominającej tenisową.

– Dokąd? – spytał po ziemsku. Liczbę decybeli można by było porównać z koncertem metalowym, ale i tak się uśmiechnęłam.

– Do domu.

– Wsiadaj, kawałek cię podwieziemy. Jedziemy w tamtą stronę.

Drzwi z tyłu busa otworzyły się i siedzący tam kolejny ogromny facet zaśmiał się, widząc moją minę, po czym wyciągnął rękę i złapał mnie za plecak. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, posadził mnie na siedzeniu naprzeciwko siebie. 

Musiałam przyznać, że cztery olbrzymy napawały mnie niepokojem. Ale wydawali się serdeczni, a ja nie miałam czasu na wybrzydzanie – jutro w południe powinnam być we Wrocławiu.

Gdy tylko ruszyliśmy, wyjęli z bagażnika wielki stół i postawili pomiędzy siedzeniami. Zaraz na nim wylądowała butelka tylko odrobinę niższa niż ja, czyli nawet na ich standardy dość duża.

– Pijesz?

Istnieją takie środowiska, w których jeśli chcesz szybko zyskać czyjąś sympatię i trochę dobrej zabawy, nie odpowiadasz przecząco na to pytanie. Olbrzymy nie należą do jednego z nich. Ale studenci to zupełnie inna sprawa. A ci tutaj bez wątpienia byli studentami – widziałam wiszący na oparciu szalik uniwersytetu NyRand, największej uczelni w Unii. W dodatku nadal stresowałam się jak cholera, więc udzieliłam jedynej odpowiedzi, jaka miała w tej sytuacji sens.

– Jasne.

Pierwsza butelka skończyła się, zanim przekroczyliśmy granicę, a ja i tak piłam ze swojego kubka, naturalnych dla mnie rozmiarów. Musieli nalewać mi alkohol przez lejek, aby w ogóle trafić do naczynia. Kupiliśmy kolejne porcje na stacji po przekroczeniu granicy z Zandarią. Był to świat nieco bardziej przypominający Ziemię – przede wszystkim, zazwyczaj jeździło się tam na kołach. Pojazd olbrzymów zajmował więcej niż połowę szerokości drogi, ale był to raczej problem kierowcy, nie mój.

Przy trzeciej flaszce dowiedziałam się, dlaczego wszyscy mówią po ziemsku. Obowiązkowy język na kierunkach wojskowych na uniwerku. No tak, żołnierze. Mogłam na to wpaść. A potem zaczęli wypytywać o moją podróż, co przypomniało mi o telefonie.

– Panowie, muszę zadzwonić. Moglibyście przez chwilę nic nie mówić? Bo wasze głosy zagłuszą mój nędzny komunikator.

Zaśmiali się chóralnie, a ja znowu pomyślałam, że zaraz pękną mi bębenki. Po chwili jednak umilkli, a ja wybrałam numer Sebastiana.

– Baśka, wreszcie. Jak podróż?

– Jestem w Zandarii. Może zdążę. Podrzucają mnie teraz dwa światy dalej, do Corish. Dlaczego dzwoniliście? Ty i Majka?

– Kryzys jest. Nie przyjedzie dostawa tych piw od sponsora. Ciężarówka, którą mieli nam je dostarczyć się zepsuła. Więc dalej je dla nas mają, ale nici z darmowego transportu. A nas ni cholery nie stać, żeby za coś zabulić…

No tak, coś poszło nie tak, zadzwonili do mnie. To dobrzy pracownicy, ale kreatywności w nich za grosz.

– Spróbuję coś ugrać. Skąd mają to przywieźć?

– Z Norlengston.

– To tylko jeden świat od was, trzy godziny drogi. Pomyślę. Dam znać.

– Kłopoty? – Mard, kierowca, odwrócił się do mnie przez ramię, kiedy się rozłączyłam. Pokiwałam głową.

– Ale nic z czym sobie nie poradzę. Wiecie, otwieram jutro muzeum i naprawdę chciałabym, żeby sprawa wypaliła, a na razie nie wiem, czy zdążę tam dojechać – zaczęłam mówić zdecydowanie zbyt szybko. Byłam pijana i to cud, że Sebastian tego nie zauważył. – A teraz jeszcze mi mówią, że muszę przerzucić cztery tysiące piw z Norlengston do Wrocławia w niecałą dobę.

Wtedy mnie tknęło. Wiedziałam, jak to zrobić. Wyjęłam komunikator i odpaliłam Starnet. Szybko wklepałam adres strony PyrPyrTrans i wyszukałam przejazdy pomiędzy miastami. Trzy oferty o różnych godzinach, jedna z czterema miejscami wolnymi i to w dostawczaku! Dobra nasza, to się może udać. Wybrałam opcję rezerwacji wszystkich foteli i już po chwili dostałam wiadomość z danymi kontaktowymi kierowcy. Olbrzymy, wszystkie poza kierowcą, przyglądały mi się ze szczerym zainteresowaniem, wznosząc milczący toast.

– Dzień dobry, zaklepałam u pana właśnie przejazd z Norlgengston do Wrocławia. No, tylko ja bym chciała, żeby pan wziął zamiast pasażerów cztery tysiące piw.

Czy były bardziej dyplomatyczne sposoby powiedzenia tego? Owszem, na pewno były, ale nigdy nie grzeszyłam taktem. Czy wywołałabym podobny efekt, owijając w bawełnę? Otóż wątpię.

– Chce pan za te miejsca dwieście, dam pięćset – dodałam, kiedy milczenie się przedłużało. Prawda była taka, że pięćset to grosze przy tym, co chciały firmy transportowe. I na pewno uda nam się tyle wygrzebać z budżetu.

– Wie pani co, ja się muszę zastanowić – powiedział gość po drugiej stronie, odzywając się pierwszy raz. – Dam pani znać za pół godziny.

I się rozłączył. Olbrzymy patrzyły na mnie z ciekawością. No tak, cała rozmowa odbyła się po norlgengstońsku, musieli nie znać tego języka. Wyjaśniłam im pokrótce sytuację, na co zareagowali podsunięciem mi kubka alkoholu. Cóż, nie powiem, przydał się. Serce przestało walić mi jak młotem.

Towarzysze próbowali mnie rozweselić – opowiadali o uniwersytecie, na którym uczyli się przedstawiciele każdej rasy w Unii. Nawet biorąc pod uwagę jedynie różnice rozmiarów pomiędzy mieszkańcami poszczególnych światów, wyobrażałam sobie, że musi to być niesamowicie barwne miejsce. Kiedy to powiedziałam, przekonywali, żebym do nich kiedyś wpadła. Dali mi nawet numery swoich komunikatorów.

Potwierdzali swoim zachowaniem wszystko, co zapamiętałam z wizyty w Orl-Na, ich rodzimym świecie. Byli serdeczni, bardzo empatyczni i mówili jeden przez drugiego. Pewnie świetnie by się czuli w towarzystwie gościa o ośmiu odnóżach, z którym jechałam przed nimi.

Udało im się nieco oderwać moje myśli od transportu piwa, choć i tak przez cały czas modliłam się, aby gość z Norlgengston się odezwał. Po czterdziestu minutach byłam pewna, że tego nie zrobi, ale kiedy właśnie tworzyłam w głowie kolejny plan, rozległ się dzwonek. Niemal upuściłam komunikator, usiłując odebrać trzęsącymi się rękoma.

– Tak? Naprawdę? Świetnie. Tak, tak, pięćset. To niech pan podjedzie na adres browaru Lor&J. Oni tam to panu załadują. Serio mówię, cztery tysiące piw. Nie wiem, w jakich opakowaniach. Zabezpieczą to panu, żeby się nie rozbiło, już ja to załatwię. A na miejscu niech pan to podwiezie pod Muzeum Światów. Tak, to które ma jutro otwarcie. Moi koledzy zabiorą towar i zapłacą. Nie, nie ma mnie tam, przykro mi. Za ile pan będzie w browarze? Dobra, to w kontakcie.

Rozłączyłam się. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej wydałam z siebie taki okrzyk radości. No dobra, wiem. Jeden raz, kiedy dostałam informację, że przyznali nam dotację na otwarcie muzeum. Teraz dodatkowo prawie spadłam z fotela, na szczęście siedzący po lewej Kan mnie zaasekurował.

Jeszcze szybki telefon do Sebastiana, drugi do browaru i będzie załatwione. Uf. Do przodu. Obojętnie jak, byle do przodu.

Opadłam na zdecydowanie zbyt wielki fotel, zmęczona po tej krótkiej akcji, jakbym nie spała od poprzedniego dnia. Cóż, po prawdzie nie spałam za wiele. I nie jadłam za wiele. Nagle, kiedy napięcie choć częściowo ze mnie zeszło, poczułam, jak jestem głodna. I mój żołądek wydał potwierdzający to dźwięk.

Kan parsknął śmiechem, kiedy to usłyszał i sięgnął do bagażnika. Po chwili w rękach trzymał rację żywnościową o długości ponad pół metra. Podał mi ją.

– Wysadzamy cię niedługo, żebyś mogła jechać dalej, ale to sobie zjesz po drodze, nie? – rzucił z uśmiechem. Jak mogłam odrzucić propozycję?

Fakt, zostawili mnie nie dalej niż dwadzieścia minut później, tuż za przejazdem granicznym w Morndown, kolejnym świecie z w miarę normalną strukturą. Jeszcze trzy, może cztery granice, zależnie od trasy i będę na miejscu. Zostało szesnaście godzin, w ciągu ostatniej doby przeskoczyłam już przez siedem krain. To mogło się udać.

Nie, żebym nie wierzyła w to wcześniej – jeśli podróżujesz tyle, co ja, wierzysz w wiele dziwnych rzeczy, w tym w szczęśliwe zrządzenia losu i dobrych ludzi. Ale szanse nie przedstawiały się dobrze, tym bardziej biorąc pod uwagę to, gdzie teraz byłam. Olbrzymy pewnie nie bardzo złapały, że samotny pobyt w Morndown może kogoś niepokoić – z ich rozmiarami ta kraina nie wydawała się szczególnie ponura. Tutejszych mieszkańców uważałam jednak za dość… specyficznych. I to niekoniecznie w dobrym sensie.

Uznałam, że nie będę mierzyć się z sytuacją na pusty żołądek, usiadłam na krawężniku, patrząc na dwa słońca, które zniżały się nad horyzontem i barwiły go na fioletowo. Wyjęłam z plecaka bukłak i otworzyłam paczkę żywieniową od olbrzymów. Parsknęłam śmiechem. Wiele widziałam, ale wojskowy suchar długości pół metra i grubości książki nie znajdował się na tej liście.

Kiedy w końcu uporałam się z jedzeniem – co nie obeszło się bez użycia siły oraz noża – w końcu postanowiłam zmierzyć się z rzeczywistością. Miałam mniej niż dobę, ale dobrze mi szło, byłam blisko, istniała nadzieja. Tyle że znajdowałam się właśnie w jednym z najmniej przyjaznych światów, które przyszło mi kiedykolwiek odwiedzić. Nie, żeby coś mogło mnie tu zeżreć – w Unii Pierwszego Kręgu wszystkie rasy były absolutnie cywilizowane, nie to co w kręgach trzecim i czwartym. Ale Morndownczycy nie lubili obcych. Miałam to szczęście, że przynajmniej znałam podstawy ich języka. Gdyby nie to, jestem pewna, że nie rozmawialiby ze mną z czystej złośliwości.

Stanęłam przy drodze. Była znacznie szersza niż w Zandarii, mimo że nie mieszkały tu olbrzymy, a pojazdy, które mijały mnie nawet nie zwalniając, wielkością zbliżone były do ziemskich aut.

Robiło się coraz ciemniej i zimniej. W busie wyschłam, ale teraz zapragnęłam mieć ze sobą coś więcej niż kurtkę. Co najmniej sweter. Ale rękawiczkami i szalikiem też bym nie pogardziła.

Po godzinie machania ręką i trzęsienia się z powodu przenikliwego chłodu, ruszyłam wzdłuż drogi. Na plecaku miałam zestaw odblasków, nic nie powinno mi się stać. Kiedy widziałam, że zbliża się pojazd, wystawiałam rękę nad drogę, ale nikt się nie zatrzymywał. W oknach aut migały mi nieruchome jaszczurze twarze i niewzruszone gadzie spojrzenia. Wkrótce, po kolejnej godzinie i jakichś pięciu kilometrach natrafiłam na przystanek. W oddali majaczyło miasto, ale widziałam, że wcale nie jest blisko – dojście tam zajęłoby mi lekko pół nocy. Może złapię jakiś transport…?

Nie, nic z tego. Dwa kursy dziennie, kolejny rano. Szlag by to. Opadłam zrezygnowana na ławkę, aby dać sobie choć chwilę odpoczynku. Straciłam tu już dwie godziny. Na domiar złego, okolica była mroczna. Po drugiej stronie ulicy rozciągał się las. Gęsty, ciemny, niezbyt zielony. Cienie kładły się dookoła, tylko z rzadka przecinane przez światła samochodów, które zupełnie mnie ignorowały. Niebo było zasnute chmurami, nie widziałam ani księżyców, ani gwiazd.

Niemal krzyknęłam ze strachu, kiedy nagle zadzwonił mój komunikator. Zdziwiłam się, na Ziemi był już późny wieczór. Zerknęłam na wyświetlacz. Majka. No tak.

– Żyjesz? – pisnęła, kiedy tylko odebrałam.

– Już nie za długo. Siedzę w jakimś lesie, niedługo pożrą mnie albo niedźwiedzie, albo Reptilianie. – Och, Morndownczycy nienawidzili tego określenia. Używaliśmy go nieco pogardliwie, przyznaję. Ale sami zasłużyli swoim nieprzystępnym usposobieniem. – Nagraj moje słowa: jeśli nie przeżyję, na moim nagrobku napiszcie „zabita przez Reptilian, tak jak przepowiadali przodkowie”. Obiecaj mi.

Zachichotała. I jakoś ten jej śmiech dodał mi otuchy. Wykrzesałam z siebie nieco energii i wstałam, ruszając dalej wzdłuż drogi.

– Zdążysz – powiedziała po chwili Majka. Podziwiałam pewność w jej głosie.

– Mam nadzieję.

– Dostarczyłaś tu cztery tysiące piw, nawet nie będąc na miejscu. Zdążysz.

– Postaram się.

I w tym momencie obok mnie stanął samochód. Najprawdziwszy, zwyczajny samochód. Dziwne, większość pojazdów miała też tryby latania albo pływania. Cóż, nie wszyscy opuszczali swoje krainy. Szyba opadła, a kierowca zmierzył mnie żółtymi oczami. Całą siłę woli włożyłam w powstrzymanie wzdrygnięcia.

– Wsiadaj. Podwiozę cię do miasta – powiedział tylko, absolutnie spokojnym głosem.

– Dziękuję – odparłam szybko w jego języku, po czym wślizgnęłam się na przednie siedzenie. Rzuciłam szybkie pożegnanie Majce i rozłączyłam się.

W samochodzie było zupełnie cicho. Zero radia, zero rozmów. Kierowca milczał i nie zaszczycił mnie nawet jednym dodatkowym spojrzeniem. Spędziliśmy tak pełnych napięcia kilka minut. Starałam się patrzyć prosto przed siebie, na zbliżające się miasto, ale i tak moje oczy uciekały w stronę jaszczura. Nie wykonywał ani jednego zbędnego ruchu, całkowicie skupiony. Nie rozumiałam za bardzo, dlaczego mnie zabrał. Nie wydawał się typem, którego mogła zdjąć litość.

Zatrzymał się zaraz przy granicy miasta i rzucił, nadal się do mnie nie odwracając:

– Wysiadaj. Nie znajdziesz tu noclegu. Ale i tak bezpieczniej niż w lesie.

Nie śmiałam o nic spytać, wymruczałam jakieś podziękowanie i wyszłam z auta. Odjechał bez wahania.

Miasto było dziwne, dość szare, pełne wysokich, surowych budynków. Wydawało się bardzo schematyczne. Co mogłam zrobić? Zagłębiłam się w uliczki, z nadzieją, że może uda mi się znaleźć jakiś transport.

Szybko zaczęłam wątpić w słowa „bezpieczniej niż w lesie”. Było tu zdecydowanie zbyt cicho, jaszczury przemykały pod ścianami, ale nawet odgłos ich kroków zdawał się ginąć w nieruchomym powietrzu. Nie widziałam przedstawicieli żadnych innych ras, na dodatek bateria w komunikatorze zaczęła się rozładowywać. Szlag. Nie znałam gorszego miejsca, aby w nim utknąć.

Błąkałam się po ulicach nieco bez ładu i składu. Próbowałam po prostu przejść miasto na wylot – w końcu na jakiejś drodze łatwiej byłoby dalej łapać stopa – albo znaleźć większy przystanek czy stację. Nic z tego. Nawet spytałam o drogę jednego z przechodniów, ale obrzucił mnie takim spojrzeniem, że niemal zapadłam się pod ziemię.

Nie wiem, ile się tak błąkałam, zanim zaczęło padać, ale wtedy coś we mnie pękło. Nie dojadę. Cholera jasna, nie dojadę na otwarcie muzeum, o które walczyłam ostatnie sześć lat. Bo durny statek zawrócił przystanek wcześniej. Wyszłam zza kolejnego zakrętu, wgapiając się w swoje buty. Z włosów już kapała mi woda, z oczu zresztą też.

Wtedy jednak usłyszałam muczenie.

Poważnie, muczenie.

Myślałam, że zwariowałam.

Podniosłam jednak wzrok, a ona tam była. Krowa. Nie taka zwykła, bo zielono-szara, z gatunku, który występował tylko w Morndown, ale… krowa. Pośrodku miasta. Jadła krzak. Krzak był pośrodku drogi. Nie, że rósł. Był. W studzience kanalizacyjnej. Takiej zwykłej, z brakującą pokrywą. Ktoś owinął go żółto-czarną taśmą. I jadła go krowa.

Zamrugałam. Uszczypnęłam się. Woda dalej ze mnie kapała, dalej byłam w najbardziej ponurym mieście, jakie kiedykolwiek przyszło mi odwiedzić, na całkowicie pustej ulicy. A na jej środku stała krowa jedząca krzak wetknięty w studzienkę kanalizacyjną.

Wybuchłam histerycznym śmiechem, który szybko przeszedł w szloch. Usiadłam na krawężniku, wgapiając się w ten abstrakcyjny obrazek i ryczałam. Nie mam pojęcia, ile czasu, ale wiem, co mi przerwało.

– Potrzebujesz jakiejś pomocy z narkotykami czy coś? – Głos dobiegał znad mojej głowy. Nie miałam nawet siły podskoczyć, ale podniosłam wzrok.

Pochylał się nade mną Reptilianin-hipis. Przetworzyłam tę informację. Rzuciłam szybkie spojrzenie krowie, która dalej jadła krzak. Nie, jaszczur w kwiecistej koszuli nie zdziwi mnie bardziej niż to. Nie ma mowy.

– Nie z narkotykami – odparłam, jako że nie miałam wiele do stracenia, a on nie wyglądał na seryjnego mordercę, prawdopodobnie jako jedyny z mieszkańców tej przeklętej krainy. – Ale potrzebuję pomocy, tak. Muszę dostać się na Ziemię. Łapałam stopa, ale utknęłam tutaj.

– Na Ziemię? Jedziemy tam z kumplami, właśnie do nich idę. – W pierwszej chwili nawet nie zwróciłam uwagi na to, że mówi przeciągając samogłoski. Że jest doszczętnie upalony, dowiedziałam się później. Ale w tej chwili byłam zbyt oszołomiona, aby to do mnie dotarło.

– Możecie mnie zabrać?! – krzyknęłam, podrywając się.

Pokiwał głową i skinął na mnie. Nie pytał o nic, ale też jego milczenie nie było tak chłodne, jak gościa, który podrzucił mnie do miasta. Rzuciłam jeszcze ostatnie spojrzenie krowie, która nic sobie nie robiła z sytuacji, zanim ruszyłam za nim.

Jasne, miałam myśl, że zrobi mi krzywdę. Rozsądniejsza część mojego umysłu zatroszczyła się o to, abym miała. Ale trzymałam w pogotowiu paralizator – wozisz takie rzeczy, jeśli podróżujesz samotnie. Nie ratują przed ciemną nocą, ponurym miastem, deszczem i ignorującymi cię przechodniami, ale przed potencjalnym agresorem sztuk jeden już powinny.

Przeszliśmy jednak tylko kilka ulic i zobaczyliśmy szary pojazd jeżdżąco-latający. Wydawał się dość stary, ale ktoś zamalował plamy zdartego lakieru kwiecistymi szlaczkami. Opierał się o niego jeden facet i dwie dziewczyny. Co do jednego Morndownczycy, ale za to najbardziej kolorowi, jakich w życiu widziałam. Pstrokate koszule, spodnie w kratę albo paski. A jedna osoba miała nawet kapelusz.

– Co tak długo?! – krzyknęli do mojego towarzysza.

– Spotkałem tą tutaj. Musi dostać się na Ziemię. Zgarniemy ją, co?

Zostałam zmierzona gadzim wzrokiem, ale zaraz jedna z dziewczyn wzruszyła ramionami.

– No spoko.

Załadowaliśmy się do auta. Nie mówiłam za wiele, dalej nie mogąc uwierzyć we własne szczęście i spodziewając się, że coś znowu się zepsuje. Ruszyliśmy i według mojej wiedzy kierowaliśmy się w dobrym kierunku.

– Po co jedziecie na Ziemię? – odważyłam się spytać, kiedy opuściliśmy miasto.

– Otwierają tam jutro to odjechane Muzeum Światów. Chcemy zobaczyć – rzucił hipis.

Niemal opadła mi szczęka.

– Coś się stało? – spytała jedna z dziewczyn.

– Jadę w to samo miejsce. I nie wiecie, jak ratujecie mi życie.

Zapytali. Opowiedziałam im wszystko. Od imprezy z okazji narodzin mojego bratanka i statku, który nie przyjechał, przez wszystkich ludzi, którzy mnie wieźli, po błąkanie się po mieście i krowę.

– O co właściwie chodzi z tym zwierzęciem? – spytałam na koniec.

Kierowca, Ralf, jak zdążyłam się po drodze dowiedzieć, wzruszył ramionami.

– Najpierw był krzak. Ktoś ukradł pokrywę, ktoś inny wsadził tam roślinę, aby mieszkańcy nie urywali kół. A potem znikąd pojawiła się krowa. Jakiś tydzień temu. I chyba wszyscy czekają aż ktokolwiek się jej pozbędzie.

Parsknęłam śmiechem. Oni po chwili też.

Opowiedzieli mi o sobie, zanim dotarliśmy do granicy. Mówili o zimnym środowisku i zamkniętych, ksenofobicznych rodzinach. I o tym, że chcą podróżować po Unii i dalej. Palili w aucie zioła, dali mi spróbować. Tylko kierowca tego nie tknął. A ja opowiedziałam im o wszystkich krainach, które odwiedziłam w Unii i innych kręgach. Oraz przede wszystkim o tym, dlaczego otwieram muzeum.

Cholera, tacy jak oni byli jednym z powodów.

Jechaliśmy dziesięć godzin. Przespałam może ze trzy. Dotarliśmy do Wrocławia za dwie otwarcie. Podrzucili mnie do domu, żebym się ogarnęła, a ja zaprosiłam ich na herbatę. Popijali ją w salonie, kiedy brałam prysznic, zmywając z siebie cały pot i syf ostatnich dni. Wcisnęłam się szybko w elegancki kombinezon, po czym razem podjechaliśmy do muzeum.

Chaos, panował tam istny chaos. Majka rzuciła mi się na szyję. Była w sukience, cała rozczochrana, z obłędem w oczach.

– Jesteś, jak dobrze, że jesteś. Potrzebujemy cię tu, chodź.

Została godzina do otwarcia, a nie wszystko było gotowe. Reptilianie… Morndownczycy, poprawiłam się w myślach, pomogli nam ustawiać krzesła. Zestrofowałam gościa od oświetlenia, że jeszcze nie jest na stanowisku. Przejrzałam szybko przemówienie, które miałam wygłosić. Upewniłam się, że wszystkie eksponaty, makiety i zdjęcia są na miejscach. Przerwałam szatniarzom przerwę na papierosa. Wiem, że ja również w pewnym momencie wyglądałam jak Majka, ale kiedy nadeszła godzina otwarcia, byliśmy gotowi, aby otworzyć drzwi. I nie żałowałam ani jednego kosmyka, który uciekł z kitki.

Poczekałam aż ławki się wypełnią. Po obu stronach wielkiego holu stały stoły z jedzeniem i napojami – między innymi tym przeklętym piwem. Ja byłam na schodach, za mną ustawiono wyświetlacze hologramów, które miały pokazać trójwymiarowy film promocyjny.

Przychodziły istoty z różnych planet. Tych, które odwiedziłam w ciągu ostatnich dwóch dni albo wcześniej i tych, które widziałam tylko na zdjęciach. Przybyli nawet goście spoza UPK, a prezydent Ziemi zajęła miejsce w pierwszym rzędzie.

Kiedy wszyscy usiedli, zapadła cisza. Spojrzałam na przemówienie wyświetlone przez tablet, na twarze zebranych. Nie, nie mogłam być taką formalistką. Nie tak powstało to muzeum, nie takim chciałam je uczynić. Nigdy nie miało zostać pomnikiem, a żywym obrazem. Mówienie o historii, o krajobrazach, to nie to, co było nam potrzebne. Nie na to zwracałam uwagę w podróży.

– Opowiem wam o tym, co spotkało mnie przez ostatnie dwa dni – zaczęłam.

Koniec

Komentarze

Jako, że botowałem, to przeklejam komentarz:

O to jakby to… 

To są takie opowieści, których szukam. Dużo przygód, a niby jedna droga, dużo barwnych bohaterów, a niby jedna droga. Nieskomplikowana fabuła, ale pokomplikowana podróż. To jest inna historia, bez nadmuchanych uniesień, ona jest nasza. Normalna, ludzka, tylko przeszyta fantastycznością, a człowiek z nią płynie, jedzie, a może i też lata. Podoba mi się, że nie unosisz czytelnika do świata wyobraźni, tylko ściągasz świat wyobraźni do czytelnika, a z czymś takim się jeszcze nie spotkałem. Czułem te wątki bliżej niż zazwyczaj, wyraźniej, bo i zadanie jakby nam bliższe. Tekst jest przyziemny i wcale nie, właśnie dzięki temu jest taki niesamowity.

I tempo… jakie tutaj jest idealne tempo, widzę je tak:

Jest dobre, szybkie, widać, ze bohaterka się spieszy, jest w centrum uwagi, to jest podróż. Doskonale napisana podróż i bardzo dobrym motywem. Będę musiał rozważyć, czy nie nominować opowiadania, które betowałem.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Tutaj trwał środek dnia

Ja bym tutaj napisał “był środek dnia”, bo środek, na logikę, sugeruje punkt, a jak punkt może trwać? Oddaję pod rozwagę. ^^

 

Tu ci będzie lepiej łapać dalej

Potknąłem się na tym. Może “tu ci będzie łatwiej złapać coś dalej”?

 

Stacja całkiem przypominała zwykłe, benzynowe.

Zwykłe, benzynowe co?

 

a ja popłynęłam oświetloną zielonymi neonami drogą.

Mam skłonność do takich konstrukcji i walczę z nimi. Mam wrażenie, że gdy napcham za dużo tych opisów, to to ostatnie słowo zostaje takie samotne od czapy i dziwnie to wygląda. :p Zapisałbym: a ja popłynęłam drogą oświetloną zielonymi neonami.

 

PyrPyrTrans

<3 <3 <3

 

Dobra, to w kontakcie.

To “w kontakcie” to chyba paskudna kalka “in touch”. Czuję dyskomfort, gdy ktoś tak do mnie mówi, a spotkałem się z tym tylko u przedstawicieli korpo. xD

 

Wiele widziałam, ale wojskowy suchar długości pół metra i grubości książki nie znajdował się na tej liście.

Jakiej liście?

 

Parsknęłam śmiechem.

Można parsknąć czymś innym?

 

 

Podobało mi się. Historii z gatunku takich, które sprawiają, że czujesz się dobrze, nieświadomie chyba potrzebowałem. Bardzo sympatyczne główna bohaterka, rezolutna, zaradna. Każdy chciałby poznać kogoś takiego. W tym opowiadaniu nie ma nieprzyjemnych akcentów, chyba nawet dobrze, że żaden z kierowców nie okazał się jakimś chorym zwyrolem, bo tekst stałby się o czymś innym, utraciłby to ulotne coś, co pozostawia po lekturze z łagodnym uśmiechem.

Wspaniale potraktowałaś temat konkursu. Nie skupiasz się na pokazywanych światach, a mimo to przemycasz rozsądną ilość informacji o nich.

Nie zrozumiałem motywu z krową, przepraszam. xD

Technicznie w porządku. Odniosłem wrażenie, że momentami za bardzo dajesz się ponieść mowie potocznej, korzystasz ze zbyt dużych skrótów i przez to pojawiają się jakieś niedopowiedzenia. To nic wielkiego, ale do skorygowania następnym razem.

Bardzo przyjemne opowiadanie. Co prawda, cały czas się bałam, że następny kierowca może nie być tak przyjazny jak poprzedni, ale na szczęście to była jedna z tych podróży ze szczęśliwym zakończeniem. Jak dla mnie, to jest materiał na film animowany :D

Krowa to ten element oparty na faktach, prawda?

MrBrightside:

 

To “w kontakcie” to chyba paskudna kalka “in touch”. Czuję dyskomfort, gdy ktoś tak do mnie mówi, a spotkałem się z tym tylko u przedstawicieli korpo. xD

Cóż, pracuję w korpo, więc to taka naleciałość. Acz spotykam się z tym również poza pracą. :D

 

Jakiej liście?

Na liście rzeczy, które widziała. Wydaje mi się, że to wynika z tego fragmentu. :D

 

Można parsknąć czymś innym?

Spotykałam się ze sformułowaniami “parsknął z irytacją”, więc chyba można, toteż zaznaczam, o co mi chodzi.

 

Nie zrozumiałem motywu z krową, przepraszam. xD

Bohaterka też nie rozumie, więc macie coś wspólnego. Krowa jest, ona nie ma żadnego głębszego znaczenia. :P Po prostu znalazła się na środku miasta, nikt nie wie dlaczego i tyle.

 

Dzięki za poprawki, pozwoliłam sobie wprowadzić. :D Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. Zależało mi na tym, aby bohaterka nie spotkała po drodze żadnego psychola, bo zwyczajnie uważam, że świat tak nie działa. Nie każda wycieczka grozi śmiercią, nie każda przygoda musi mieć w sobie antagonistę. A że technicznie da się coś poprawić… cóż, jeszcze długo będę musiała pisać, aby wszystko było idealnie (mniej więcej do końca świata).

 

Nie skupiasz się na pokazywanych światach, a mimo to przemycasz rozsądną ilość informacji o nich.

Niesamowicie się cieszę, że tak uważasz, bo o to mi chodziło, żeby nie mówić za dużo o widoczkach i konstrukcjach samych światów. Dziękuję za odwiedziny i opinię. <3

Zostaw ten żyrandol.

Dameredet, fajnie że wpadłaś. Tak jak piszę w komentarzu wyżej, bardzo nie chciałam tu żadnych psycholi. Cieszę się, że Tobie również przypadło do gustu. Dzięki!

 

Krowa to ten element oparty na faktach, prawda?

Oj, nie tylko krowa. :P

Zostaw ten żyrandol.

Oto więc przeklejam moją lekko zmodyfikowaną opinię z bety :)

 

No cóż, jak już chyba sama widziałaś na Disco, bardzo mi się spodobało :) To barwne i piękne opowiadanie, wesołe i pełne kolorowych stworów, bardzo rozrywkowe i zabawne, poruszające problemy takie jak beznadziejny transport publiczny, ale też i ważniejsze kwestie, jak komunikacja między ludźmi z innych kultur i bycie gdzieś “obcym”. Nie podróżowałam w życiu autostopem, ale myślę, że realistycznie przedstawiłaś realia takiej podróży, obcych krajów i z jednej strony niechęć ludzi do turystów, a z drugiej również chęć pomocy i ludzkie dobro, co jest piękne. Świat przedstawiony, a raczej światy przedstawione, które od nazw, poprzez ich opisy, aż po mieszkańców świadczą o Twojej ogromnej wyobraźni, bardzo mnie ujęły. Wyraźnie widać, że koncentrowałaś się na “ludziach”, a nie wyglądzie światów, co jest według mnie ciekawym podejściem do tematu konkursu i myślę, że dzięki temu będziesz niezłą konkurencją :)

Opowiadanie czytało się leciutko i mocno wciągnęło. Jest napisane z humorem (PyrPyrTrans :D), a styl jest lekki i barwny. Byłam autentycznie ciekawa, co się zdarzy dalej i jakie jeszcze ciekawe stwory bohaterka spotka. Świetnie to wszystko rozegrałaś. Poprawiłaś mi tym tekstem humor. Generalnie świetne, bardzo Verusowe opowiadanie! A przy drugim czytaniu nawet wzruszyło :)

Fajne, szalone i takie inne. Historia, w której droga jest ważniejsza od celu. Bardzo przyjemnie się czytało. Mowa potoczna, skrótowość czy nawet korpo naleciałości są tu na miejscu, bo czułem się, jakbym po prostu słuchał opowieści realnej koleżanki, a nie wyimaginowanej postaci literackiej. A no i tytuł super :D

Polecę do biblioteki :)

Szalone i napisane w specyficzny sposób. Choć to opowieść drogi, wszystko kręci się wokół głównej bohaterki, przez co cały czas miałem nieodparte wrażenie, że bohaterka stoi w miejscu, a porusza się wszystko wokół niej, jakby ktoś przesuwał taśmę z tłem (nie wiem czy umiem to opisać w odpowiedni sposób). Drugim atutem, który warto wyróżnić jest poczucie obcości, które towarzyszy czytelnikowi i bohaterce podczas poznawania kolejnych kierowców. Przywodzi na myśl wrażenie, że my jako gatunek też możemy się wydawać dziwaczni innym istotom.

Ej, to jest autostop, tak? Cieszysz się, że ktoś się zatrzymał i jedziesz.Tyle.

A u Ciebie driver pyta: “– Trasa bezpieczna czy widokowa?”.

Trochę to brzmi tak, jakbyś próbowała się szybko dostać do Krakowa, a kierowca, który zatrzymał Ci się na wylotówce z Gdańska, pytał czy życzysz sobie przez Warszawę czy raczej ma jechać przez Łódź :)

 

Poza tym, super. czytam dalej :)

 

“we wszystkich sześciu językach, które jakkolwiek znałam.” Jakkolwiek brzmi nieźle, to słowo tu nie pasuje.

 

“Nie było tu widać żywego ducha, a pogląd na okolicę miałam całkiem spory. Niedobrze.” No niedobrze. Proponuję: widok.

 

“Skierowałam się do windy, marząc o wysuszeniu się i ogrzaniu. Może jakimś cudem tam znajdzie się jakiś transport?” W windzie? Propozycja: Może jakimś cudem na powierzchni znajdzie się jakiś transport?

 

:…na horyzoncie zobaczyłam ruch” Jaki? Czyj?

Uznałam, że nie będę mierzyć się z sytuacją na pusty żołądek, usiadłam na krawężniku, patrząc na dwa słońca, które zniżały się nad horyzontem i barwiły go na fioletowo. Wyjęłam z plecaka bukłak i otworzyłam paczkę żywieniową od olbrzymów. Parsknęłam śmiechem. Wiele widziałam, ale wojskowy suchar długości pół metra i grubości książki nie znajdował się na tej liście.

Kiedy w końcu uporałam się z jedzeniem – co nie obeszło się bez użycia siły oraz noża – w końcu postanowiłam zmierzyć się z rzeczywistością

 

“Po godzinie machania ręką i trzęsienia się przez przenikliwy chłód”. Może raczej: trzęsienia się z powodu przenikliwego chłodu?

 

“Cienie kładły się dookoła, tylko z rzadka przecinane przez światła samochodów, które zupełnie mnie ignorowały. Niebo było zasnute chmurami, nie widziałam ani księżycy, ani gwiazd.” Skąd zatem cienie? No i księżyców!!!

 

“– Najpierw był krzak. Ktoś ukradł pokrywę, ktoś inny wsadził tam roślinę, aby mieszkańcy nie urywali kół. A potem znikąd pojawiła się krowa…” No nie był. Chyba, że posiadał pokrywę?

 

“Jechaliśmy dziesięć godzin. Przespałam może ze trzy. Dotarliśmy do Wrocławia za dwie otwarcie.” – Auć, ostatnie zdanie mnie boli! :) Otwarcie powiem, że go nie rozumiem. Dotarliśmy na dwie godziny przed otwarciem, tak?

 

Poza tym, milion zdań baaardzo mi się podobało. To świetne opowiadanie! Bez dwóch zdań! :)

Sonata, dziękuję raz jeszcze za pomoc przy tekście i wszystkie ładne rady. Nadal jestem niezmiennie szczęśliwa, że Ci się podobało i mogło poprawić humor. <3

 

PanDomingo

Historia, w której droga jest ważniejsza od celu.

Ja w ogóle uważam, że w autostopie droga jest ważniejsza od celu, więc cieszę się, że w tym opowiadaniu to się przebija. Dzięki za wizytę i polecajkę biblioteczną. :D

 

Fladrif

 

bohaterka stoi w miejscu, a porusza się wszystko wokół niej, jakby ktoś przesuwał taśmę z tłem (nie wiem czy umiem to opisać w odpowiedni sposób).

Bardzo fajne porównanie, w sumie nie patrzyłam na tekst w ten sposób, ale zdecydowanie widzę w tym sens. Może w ogóle świat się rusza, a my stoimy…? :o

 

Przywodzi na myśl wrażenie, że my jako gatunek też możemy się wydawać dziwaczni innym istotom.

Oj, jesteśmy. :D Dzięki za odwiedziny.

 

Andyql

 

Ej, to jest autostop, tak? Cieszysz się, że ktoś się zatrzymał i jedziesz.Tyle.

A u Ciebie driver pyta: “– Trasa bezpieczna czy widokowa?”.

Trochę to brzmi tak, jakbyś próbowała się szybko dostać do Krakowa, a kierowca, który zatrzymał Ci się na wylotówce z Gdańska, pytał czy życzysz sobie przez Warszawę czy raczej ma jechać przez Łódź :)

Przyznam, strasznie się zaśmiałam jak to przeczytałam. :D Owszem, nieco tak to brzmi. Ale kto nigdy “w prawdziwym życiu” (takim wiecie, poza internetem) nie zwiedzał okolicy z ludźmi, którzy zgarnęli go na stopa albo z autostopowiczami, niech żałuje, bo to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Nawet jeśli nie do końca nam z nim po drodze. ;)

 

Propozycja: Może jakimś cudem na powierzchni znajdzie się jakiś transport?

Nie przychylę się do tej propozycji, zaburzałaby mi wizję. :D

 

Skąd zatem cienie? No i księżyców!!!

Cienie bywają nawet w półmroku. I oczywiście, że księżyców. :P

 

No nie był. Chyba, że posiadał pokrywę?

Nie bardzo rozumiem tę uwagę.

 

Dzięki za komentarz i podpowiedzi, resztę delikatnie poprawiłam/ poprawię. :D Cieszę się, że Ci się spodobało!

Zostaw ten żyrandol.

Tutaj był środek dnia, na Ziemi właśnie wschodziło słońce. Cóż, nie każdy świat działał w takim samym rozkładzie dobowym. Nie mówiąc nawet o tym, że na niektórych z nich noc nigdy nie nastawała.

 

Nie chcę się czepiać, ale na Ziemi stale gdzieś wschodzi Słońce :)

 

Widzę, że Andyql i reszta ferajny zrobili Ci już niezłą łapankę, więc za nic Cię tu nie będę łapał (łapy przy sobie ;-) ) – a napiszę o swoich odczuciach.

Opowieść drogi – z ciekawie zarysowaną, pozytywnie zwariowaną bohaterką… Poznałem w życiu takie “Zosie-samosie” – niezniszczalne dziewczyny – w wieku najróżniejszym i w najróżniejszych czasach – które z energią i uśmiechem łapały życie za rogi i udowadniały nam – zbaraniałym facetom – że da się, co się dać nie powinno. Bardzo lubię ten typ osób. Zaradnych, zadziornych, niezmordowanych. Utrafiłaś nie tyle w stereotyp, ale w archetyp – kobiety-wojowniczki – dzięki temu każdy czytelnik może więcej o tej Twojej bohaterce powiedzieć, niż Ty sama o niej wypisałaś – to bardzo trudne i bardzo cenne. Zastanawia mnie, na ile to zrobiłaś świadomie, a na ile przypadkiem? A może to… autobiograficzne trochę? Hę?

Przez całość biegnie się szybko i przyjemnie. Znać ten pośpiech bohaterki. Zarazem – zależy nam na niej, nie jest nam obojętna. Boimy się, że nie zdąży, że coś się jej okropnego zdarzy, a jednocześnie wierzymy, że wszystko będzie dobrze – bo przecież to nie tego typu bajka – i w końcu – ona to opisuje, opowiada, prawda? Więc nic nie może się jej złego po drodze przytrafić. Więc taki ten strach na niby, ale jednak dominuje nadzieja i trzymanie kciuków.

Naprawdę mi się podobało, choć może trochę nie mój klimat, nie mój typ.

Dobry, ciepły, optymistyczny tekst.

Pisz więcej takich :)

 

entropia nigdy nie maleje

Ciekawie napisane, liczba światów, języków i ras powodują zawrót głowy.

Libacja z olbrzymami mnie rozwaliła.

O właśnie! Zapomniałem o tym wspomnieć – rację ma  Ambush – biba z olbrzymami to było coś ;-)

entropia nigdy nie maleje

Cześć, Verus :)

Niezłą przejażdżkę zaoferowałaś. Jestem pod wrażeniem, które tłumi tylko kilka drobnych kwestii. Ale po kolei.

Po pierwsze, największy plus za ogólny koncept, które doskonale poprowadziłaś od początku do końca. Motyw podróży, i to w formie autostopu przez różne światy, wypadł tutaj naprawdę nieźle. Czułem osobliwości poszczególnych miejsc, mimo, że opisy miejscami były dość szczątkowe i bardzo ogólnikowe (jak choćby miasto jaszczurów, które nie bardzo dałaś mi szanse zobaczyć przed oczami).

Charaktery dobrze narysowane. Bohaterka wyrazista, ma cel, do którego dąży, jest żywa, nie papierowa. Przewoźnicy też dobrze napisani, bo się wyróżniają jakimiś cechami, mają swoje ja. 

Lekko napisane, więc czyta się dobrze. W zasadzie nic mnie przy lekturze na dłużej nie zatrzymało, no może poza konstrukcjami zdań w kilku miejscach, które to czytanie utrudniały, ale to bardziej moja osobista preferencja. 

W pewnym momencie miałem odczucie, że jest to jednak w pewnym sensie zbyt proste. Że bohaterce idzie za łatwo. Przeskakuje ze świata do świata, a okazje i przewoźnicy spadają jej z nieba. Nie natrafia na poważniejsze przeszkody, poza dziwaczną krową i krótkim momentem we wspomnianym mieście jaszczurów, a jak już trafia, to te są momentalnie rozwiązywane przez szczęśliwe zrządzenia losu. I choć początkowo miałem to za minus, to w efekcie końcowym stwierdzam, że ten tekst przecież taki miał być. Lekki i obrazowy. I po przemyśleniach przebaczyłem te wszystkie zagrania. 

Koniec jakby dość mocno przyspieszony w stosunku do reszty tekstu. Baśka dociera na miejsce, bierze prysznic i bach, końcowe zdania. Ale nieważne. To przecież opowiadanie o podróży, a poza tym, końcówka dobrze wybrzmiewa. Nie liczą się krajobrazy i martwe zabytki, ale ludzie (a raczej istoty), które zamieszkują te barwne krainy. I o nich będzie opowieść (tak przynajmniej zrozumiałem). To było fajne.

Lekko oklepanie zagrałaś kolejno spotykanymi stworzeniami. Podwodna istota z mackami, olbrzym, jaszczuroczłeki. Jedynie te pierwsze istoty ze skrzydłami wydały się bardziej oryginalne, a przez to tajemnicze i nieznane. Nie uważam tego za błąd, jeno gdybyś ciut bardziej dała się ponieść wyobraźni i pokazała mi w tej podróży światy i istoty, które nie przewijają się raz za razem w innych tekstach, byłbym o wiele mocniej ukontentowany.

Reasumując: Niezwykle wesoła i barwna podróż. Tekst w mojej ocenie jest gdzieś między biblioteką a piórkiem, bo choć całościowo naprawdę dobry, to w pewnym momentach zabrakło mi pójścia o krok dalej, o krok mocniej, o krok wyraziściej. 

Pozdrawiam! ;)

 

 

Jim

Nie chcę się czepiać, ale na Ziemi stale gdzieś wschodzi Słońce :)

Prawda. XD Za bardzo myślenie planetarne mi weszło.

Zastanawia mnie, na ile to zrobiłaś świadomie, a na ile przypadkiem? A może to… autobiograficzne trochę? Hę?

Świadomie, a czy autobiograficznie? Pozostawiam to w sferze domysłów. :P Dużo z rzeczy w tym opowiadaniu jest wzięte z rzeczywistości, jak już wspomniałam.

 

Naprawdę mi się podobało, choć może trochę nie mój klimat, nie mój typ.

Dobry, ciepły, optymistyczny tekst.

Cieszę się niezmiernie. Dzięki!

 

Ambush, fajnie, że wpadłeś i przypadło Ci do gustu.

 

Realuc

 

I choć początkowo miałem to za minus, to w efekcie końcowym stwierdzam, że ten tekst przecież taki miał być. Lekki i obrazowy. I po przemyśleniach przebaczyłem te wszystkie zagrania. 

Ulżyło mi, że jednak zmieniłeś zdanie, bo tak właśnie sobie ten tekst wyobrażałam i bardzo mi zależało na braku typowych “złoli”. Więc dobrze mi teraz słyszeć opinie, że udało się napisać coś przyzwoitego bez tego.

 

Koniec jakby dość mocno przyspieszony w stosunku do reszty tekstu. Baśka dociera na miejsce, bierze prysznic i bach, końcowe zdania. Ale nieważne. To przecież opowiadanie o podróży, a poza tym, końcówka dobrze wybrzmiewa. Nie liczą się krajobrazy i martwe zabytki, ale ludzie (a raczej istoty), które zamieszkują te barwne krainy. I o nich będzie opowieść (tak przynajmniej zrozumiałem). To było fajne.

Ooo, miałam nadzieję, że ten aspekt ludzie w tekście będą widzieć. A co do przyspieszonej końcówki – pisząc ją w ten sposób chciałam pokazać pośpiech w końcówce i zamieszanie przy finalizacji wydarzenia. Nieco chaosu i presji czasowej. Nie wyszło to tak dobrze jak chciałam. :D

 

Tekst w mojej ocenie jest gdzieś między biblioteką a piórkiem, bo choć całościowo naprawdę dobry, to w pewnym momentach zabrakło mi pójścia o krok dalej, o krok mocniej, o krok wyraziściej. 

Miód na moje uszy. :p Może przy następnych tekstach będzie o krok dalej. Dzięki za obszerną opinię!

Zostaw ten żyrandol.

Witam jurorkę. Też mam dla Ciebie obrazek.

Zostaw ten żyrandol.

Ha, oba wymiatają :D 

A tak przy okazji, Verus, bo podczas mojego długiego wywodu mi to omknęło.

CO Z TĄ KROWĄ?

Jakieś tam ukryte symbole są, ma to jakiś głębszy sens, czy po prostu chciałaś wprowadzić dziwność do sceny? :P

To nie żadna symbolika. Chciałam podkreślić dziwność sytuacji, bo samo spotkanie z krową jest elementem “na faktach” i próbowałam oddać znak zapytania, który pojawił mi się wtedy w głowie. (Gwoli ścisłości, ona nie jadła TEGO krzaka – była jakiś kilometr dalej i żarła inny). Bardzo chciałam to kiedyś opisać, uznałam, że to dobry moment, więc to zrobiłam. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki za wyjaśnienie :D

I chyba też zacznę wplatać jakieś szalone wspomnienia do tekstów :)

Polecam, ja się dobrze bawiłam. A tak jak gadaliśmy pod Twoim tekstem, było to moje pierwsze podejście do napisania całkowicie optymistycznego opowiadania i wplecenie takich drobiazgów mocno pomogło. :D

Zostaw ten żyrandol.

Twoje opowiadanie nadal cieszy! ;)

hej :)

w końcu udało się zajrzeć.

Czytało się dobrze – i pod kątem stylu, w sumie nie wyłapałam żadnych błędów, jak i samej treści. 

Bardzo ciekawy pomysł – motyw podróży, ale między światami. Śmiechłam na krowę, ale z kolei przy Reptilianach troszkę zbyt oklepanie było (ale hipisi to nieco wyrównali). 

Zabrakło mi też choć dwóch słów wyjaśnienia jak wygląda ta podróż miedzy światami autem, tj. jak one są połączone, że w zasadzie można podróżować tak jak realnym świecie w UE. Próbowałam to rozkminić, a jestem ciekawa jak to jest wyjaśnione. 

Ogólnie podobało mi się, choć pod koniec miałam wrażenie, że bohaterce idzie ciut za łatwo, ale rozumiem limit :)

 

Dżem dobry :)

 

Najpierw kilka pierdółek, które rzuciły mi się w oczy:

 

 

Nadmiernie owłosiony facet, jak na standardy moich okolic, facet przesunął jedną z dźwigni obok kierownicy i ruszyliśmy naprzód.

Czy nie brzmiałoby lepiej jw?

 

Setki warkoczyków zakończonych koralikami uderzyło o zagłówek.

Czy tu żaden przecinek nie jest potrzebny?

Albo np. inny zapis:

 

Setki zakończonych koralikami warkoczyków uderzyło o zagłówek.

 

Bardziej pytam, niż zwracam uwagę :D

Sam się uczę ;)

 

Przeszedł mnie dreszcz, a na usta wypełznął uśmiech, mimo sytuacji.

Hmmm. Jakoś brakuje mi tu określenia sytuacji. Bo jakiej sytuacji? Czytelnik tego nie wie. Dziwnej? Strasznej? Nietypowej? Śmiesznej?

 

Zerknęłam za okno.

Za? Czy może “przez”?

 

Pod nami migały unoszące się w powietrzu wysepki, pstrokate od stojących na nich domków jednorodzinnych.

Ciekawe zdanie :) Najpierw uznałem, że jest tu błąd. Sądziłem, że powinno być: “pstrokatsze” / “bardziej pstrokate”.

A jednak nie :)

 

Zmierzyłam ich jeszcze raz – całe ciała mieli zarośnięte, włącznie ze skrzydłami, teraz zwiniętymi na plecach.

Czy samo “zmierzyć” jest ok?

https://sjp.pwn.pl/sjp/zmierzyc;2546721.html

Może:

Zmierzyłam ich wzrokiem jeszcze raz…

 

Dawałam im nie więcej niż dwadzieścia, może trzydzieści ziemskich lat

Plus :)

Logicznie ok :) Jeśli są jakieś wieloświaty, a ktoś na śmierć upiera się przy naszych, “ludzkich” miarach, uznaję to za babola :P

 

Wtedy też zaczęłam się starać o dofinansowanie na utworzenie muzeum.

Haaaa, tu się uśmiałem :D

Jakby to powiedział Vuko: stała kosmiczna :P Poczułem się, jak na Ziemi :)

Ej! Zaraz… :P

 

Cóż, nie każdy świat działał w takim samym rozkładzie dobowym. Nie mówiąc nawet o tym, że na niektórych z nich noc nigdy nie nastawała.

Pierwsze zdanie tyci mnie razi (drugie też, ale mniej). Odnoszę wrażenie, że to wręcz mówienie czytelnikowi: masz mikro-IQ :P O niczym nie masz pojęcia, więc chodź, poprowadzę Cię za rączkę. Wydaje mnie się, że właściwie te dwa zdania są zupełnie zbędne :)

 

Przejechaliśmy już granicę – chwała strefie unijnej, dzięki której nie potrzebowaliśmy żadnej odprawy paszportowej – i staliśmy na stacji.

Haaa, śmiechłem znowu :D

 

 

Pozwoliłam sobie popatrzyć chwilę za nimi, jak odlatywali, wzburzając fale na wodzie. Potem wygrzebałam z plecaka zestaw tlenowy, dziękując sobie w duszy, że chciałam być przygotowana na wszystko, nawet jeżeli teoretycznie miałam wracać zorganizowanym transportem. Włożyłam maskę, upewniłam się, że powietrze przepływa jak należy, plecak wsadziłam do nieprzemakalnego worka z cienkiego pola siłowego, pogodziłam się z tym, że zaraz będę cała przemoknięta – nie zabrałam kombinezonu, zająłby za dużo miejsca w bagażu – i wsiadłam do windy.

Pozwoliłam, wygrzebałam, chciałam, miałam, włożyłam, upewniłam, wsadziłam, pogodziłam, zabrałam i wsiadłam.

To tyci sprawozdawcze. Uczono mnie już, aby nie relacjonować każdej czynności bohatra. Ja bardzo staram się pilnować w tej kwestii – próbuję unikać takich serii czasowników (ofc. nie zawsze mi to wychodzi). Masz kilka takich miejsc w opku.

 

Pozwoliłam sobie popatrzyć chwilę za nimi, jak odlatywali, wzburzając fale na wodzie. Wygrzebany z plecaka zestaw tlenowy dał mi pewność, że jestem gotowa na wszystko, nawet jeżeli teoretycznie czekał mnie powrót zorganizowanym transportem. Włożyłam maskę. Powietrze przepływało jak należy. Plecak wylądował w nieprzemakalnym worku z cienkiego pola siłowego. Pogodziłam się z tym, że zaraz będę cała przemoknięta – kombinezon zająłby za dużo miejsca w bagażu. Winda czekała na mnie.

 

No i fajny pomysł z tymi workami :)

 

Miałam nadzieję, że ktoś zgarnie mnie szybko, bo doskonale wiedziałam, że co jakieś piętnaście, może dwadzieścia minut powinnam wjechać na chwilę na górę, aby nie narazić się na wymarznięcie.

Wjechać, czy wjeżdżać?

 

Za to był podgrzewany, co przyjęłam z ulgą.

Zastanawia mnie Twój tag: fantasy i podgrzewane fotele :D

A tak z drugiej strony – to już teraz prawie standard. Zdaje się, że opisujesz przyszłość ;)

 

Skierowałam się do windy, marząc o wysuszeniu się i ogrzaniu.

Kilka chwil wcześniej pisałaś o podgrzewanych fotelach, z których – jak zrozumiałem – bohaterka korzystała namiętnie. Tymczasem ledwie wyszła i już marzyła o ogrzaniu?

I jak się to ma do następnego zdania:

 

Czekało na mnie piekące słońce oraz całkowita pustka, gdzie okiem sięgnąć.

Piekące słońce i marznięcie?

 

Wystawiłam rękę, kiedy pojazd – i to naprawdę pojazd, nie żadna łódź podwodna– nabrał kształtów.

Po “podwodna” zjadła się spacja :)

 

– Dokąd? – spytał po ziemsku. Liczbę decybeli można by było porównać z koncertem metalowym, ale i tak się uśmiechnęłam.

Oł jeeeaaa!!! :D

 

Musiałam przyznać, że cztery olbrzymy napawały mnie niepokojem. Ale wydawali się serdeczni, a ja nie miałam czasu na wybrzydzanie – jutro w południe powinnam być we Wrocławiu.

Oł podwójne jeeeaaaa!!! :D

Moje rodzime miasto <3

 

No tak, coś poszło nie tak, zadzwonili do mnie.

Tu powtórzenie, które mi nieco zgrzyta.

 

– Dzień dobry, zaklepałam u pana właśnie przejazd z Norlgengston do Wrocławia. No, tylko ja bym chciała, żeby pan wziął zamiast pasażerów cztery tysiące piw.

Zastanawiam się nad masą własną i dopuszczalną pojazdów :D

Dajmy – taka octavia III kombi, to ok 600 kg załadunku. Po odjęciu kierowcy (80kg) zostaje ok 500 kg.

4000 piw standardowych, to dwie tony – bez liczenia puszek (80 kg) / butelek (1600 kg).

Potrzeba około pięciu takich aut. Oczywiście busy wezmą więcej.

Boże. Co ja liczę? Co ja robię z życiem? :D

 

Tyle z grubsza.

Opowiadanie podobało mi się, muszę przyznać, choć zabrakło mi w nim sedna.

Z jednej strony kojarzy mi się z mottem: droga ponad celem, ale – choć cel niby był wyznaczony – to jakoś nie wydał mi się nadmiernie istotny. Jakby została sama droga.

Jednocześnie jest to o tyle fajne, że dla niektórych może być to w pełni satysfakcjonujące.

Minimalnie zabrakło mi czegoś więcej. Jakiejś akcji, trudności (poza tym, że ciężko złapać stopa ;)). Bohaterce w konsekwencji wszystko wyszło, wszystko się udało i tyle.

Nie jestem też pewien, czy wyczułem jakąkolwiek tajemnicę.

Zastanawia mnie jeszcze, jak fizycznie odbywały się te podróże? Jak ze sobą sąsiadowały te światy?

Mówisz o Ziemi i światach, które są inne, niż znany nam Układ Słoneczny.

Czasy podróży nieco mnie (nie chcę rzec, że rażą – w końcu to fantasy, a nie SF :D) zastanawiają.

Godzina? Trzy?

Już na Marsa – przy PRĘDKOŚCI ŚWIATŁA, podróż zajmuje średnio około 22 minut.

Brakło mi słówka, czy dwóch w tym tej kwestii. Co, jak, gdzie, skąd?

 

Masz niesamowitą wyobraźnię i uważam, że Twoja historia sprawdziłaby się jako cykl. Jest pole do popisu na wyjaśnienie wielu dodatkowych kwestii, które mnie zainteresowały :) Kim była Baśka, poza tym, że Wilki? (:D)

Co robiła? Jak działał ten wszechświat?

 

No i w ogóle – całościowo nieco kojarzyło mi się to z Mass Effect 1 :)

Uwierz, że to komplement :)

 

Powodzenia w konkursie :)

 

Międzyświatowy autostop daje tak wiele możliwości i z przyjemnością stwierdzam, że widać to było w trakcie lektury. Podobało mi się, że poszczególne światy poznawaliśmy w dużej mierze poprzez ich mieszkańców. No i piwa jadące zamiast pasażerów – cudowna wizja! Było, co sobie wyobrażać, a właśnie takie teksty lubię :)

Bardzo podoba mi się Twój styl – lekki jak piórko i płynny niczym woda. To opowiadanie relaksujące i spokojne, co jest jego największą zaletą, ale też trochę wadą, bo ani w jednym momencie nie poczułem, że bohaterka ma jakiś większy problem, lub coś jej się nie uda. Podwózka za podwózką idzie łatwo, żadnych problemów, uśmiechnięci obcy, kwiatki, krowa, zabawa. Ma to swój urok i ładnie wymyśliłaś inne światy.

Klikałbym zdecydowanie.

Mortecius

 

Twoje opowiadanie nadal cieszy! ;)

To cieszy mnie. :P Piękna krowa. Przy okazji jeszcze raz ładnie dziękuję za betę. :D

 

Shanti

Śmiechłam na krowę, ale z kolei przy Reptilianach troszkę zbyt oklepanie było (ale hipisi to nieco wyrównali). 

Akurat tutaj trochę tak miało być. :D Dobrze, że hipisi zrobili robotę.

 

Zabrakło mi też choć dwóch słów wyjaśnienia jak wygląda ta podróż miedzy światami autem, tj. jak one są połączone, że w zasadzie można podróżować tak jak realnym świecie w UE. Próbowałam to rozkminić, a jestem ciekawa jak to jest wyjaśnione. 

Wyobrażałam to sobie jako swego rodzaju portale, ale nie chciałam precyzować sprawy, żeby nie lecieć za bardzo w science-fiction z jakimiś tunelami Einsteina-Rosena i podobnymi zabiegami, bo po prawdzie dla fabuły nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. :D

 

Ogólnie podobało mi się, choć pod koniec miałam wrażenie, że bohaterce idzie ciut za łatwo, ale rozumiem limit :)

To niekoniecznie przez limit, już pisałam o tym gdzieś wyżej w komentarzach. Chciałam pokazać, że nie każda podróż i nie każda przygoda wiąże się z czymś niebezpiecznym i mrocznym (choć w tej roli mamy tu Reptilian). Czasami rzeczy się układają i tyle. :D Rozumiem, że nie każdemu może przypaść to do gustu. Dzięki za odwiedziny i przeczytanie!

 

silvian, dzięki za uwagi, część wprowadziłam, ale nie chcę już wrzucać nowej wersji przed zakończeniem konkursu, bo to czasami więcej niż kosmetyczne poprawki, więc zaktualizuję po akcji. :D

 

Setki warkoczyków zakończonych koralikami uderzyło o zagłówek.

 

Czy tu żaden przecinek nie jest potrzebny?

Zastanawiałam się nad tym podczas pisania, ale doszłam do wniosku, że chyba nie. To zależy czy traktujemy “zakończonych koralikami” jako wtrącenie. A ten inny zapis, który proponowałeś niżej też spoko i w nim na pewno przecinki nie są potrzebne. :D

 

Hmmm. Jakoś brakuje mi tu określenia sytuacji. Bo jakiej sytuacji? Czytelnik tego nie wie. Dziwnej? Strasznej? Nietypowej? Śmiesznej?

Nazwałabym ją dziwną, gdyby mnie ktoś spytał, ale niekoniecznie chciałam to precyzować w tekście. Czytelnik został właśnie w tę sytuację wepchnięty, więc niech sam ją nazwie. Starałam się dać do tego nazwania wystarczająco wskazówek, choć widzę, że nie do końca mi się udało. Cóż, dalej się uczę. :D

 

Pod nami migały unoszące się w powietrzu wysepki, pstrokate od stojących na nich domków jednorodzinnych.

Ciekawe zdanie :) Najpierw uznałem, że jest tu błąd. Sądziłem, że powinno być: “pstrokatsze” / “bardziej pstrokate”.

A dzięki. W sumie nawet nie ogarnęłam, że można to interpretować inaczej. Myślisz, że to sprawia, że zdanie jest w jakiś sposób nieprzejrzyste?

 

Zmierzyłam ich jeszcze raz – całe ciała mieli zarośnięte, włącznie ze skrzydłami, teraz zwiniętymi na plecach.

Czy samo “zmierzyć” jest ok?

Dobre pytanie. Bezpieczniej dodać “wzrokiem” na pewno.

 

Jeśli są jakieś wieloświaty, a ktoś na śmierć upiera się przy naszych, “ludzkich” miarach, uznaję to za babola :P

Ja też, choć tu popełniłam podobnego, ktoś wyżej znalazł – ze słońcem, które wschodzi teraz na Ziemi. :P

 

Wtedy też zaczęłam się starać o dofinansowanie na utworzenie muzeum.

Haaaa, tu się uśmiałem :D

Jakby to powiedział Vuko: stała kosmiczna :P Poczułem się, jak na Ziemi :)

Ej! Zaraz… :P

Definitywnie stała kosmiczna. :D Myślę, że przyszłość będzie ich pełna.

 

Pierwsze zdanie tyci mnie razi (drugie też, ale mniej). Odnoszę wrażenie, że to wręcz mówienie czytelnikowi: masz mikro-IQ :P O niczym nie masz pojęcia, więc chodź, poprowadzę Cię za rączkę. Wydaje mnie się, że właściwie te dwa zdania są zupełnie zbędne :)

Nie taki był mój cel. :P Chciałam sprawę podkreślić, żeby ktoś nie zarzucił, że nie biorę tego pod uwagę i nie zarzucił mi braku logiki opisanego dwa punkty wyżej.

 

To tyci sprawozdawcze. Uczono mnie już, aby nie relacjonować każdej czynności bohatra. Ja bardzo staram się pilnować w tej kwestii – próbuję unikać takich serii czasowników (ofc. nie zawsze mi to wychodzi). Masz kilka takich miejsc w opku.

Masz rację, dzięki. Czasami mi się to zdarza, choć też próbuję z tym walczyć. Przelecę opko jeszcze raz i popoprawiam.

 

Zastanawia mnie Twój tag: fantasy i podgrzewane fotele :D

A tak z drugiej strony – to już teraz prawie standard. Zdaje się, że opisujesz przyszłość ;)

Science-fiction mi w tagach nie pasowało, bo mało tu “science”. :D A fantasy nie zawsze musi znaczyć średniowiecze.

 

Skierowałam się do windy, marząc o wysuszeniu się i ogrzaniu.

Kilka chwil wcześniej pisałaś o podgrzewanych fotelach, z których – jak zrozumiałem – bohaterka korzystała namiętnie. Tymczasem ledwie wyszła i już marzyła o ogrzaniu?

I jak się to ma do następnego zdania:

 

Czekało na mnie piekące słońce oraz całkowita pustka, gdzie okiem sięgnąć.

Piekące słońce i marznięcie?

Była pod wodą, marzła mimo foteli. No i słońce tam, na dole też nie pomogło. Acz fakt, spróbuję to jakoś zmienić.

 

Oł podwójne jeeeaaaa!!! :D

Moje rodzime miasto <3

Pjona, mieszkam tutaj aktualnie. :D

 

Zastanawiam się nad masą własną i dopuszczalną pojazdów :D

Dajmy – taka octavia III kombi, to ok 600 kg załadunku. Po odjęciu kierowcy (80kg) zostaje ok 500 kg.

4000 piw standardowych, to dwie tony – bez liczenia puszek (80 kg) / butelek (1600 kg).

Potrzeba około pięciu takich aut. Oczywiście busy wezmą więcej.

Boże. Co ja liczę? Co ja robię z życiem? :D

Ja się nie zastanowiłam, przyznaję. Zrzućmy to na karb aut przyszłości, które nie mają ograniczonej masy. Czy coś… :p A tak serio, to dziura logiczna, fakt. Powinnam trochę zmniejszyć liczbę.

 

Minimalnie zabrakło mi czegoś więcej. Jakiejś akcji, trudności (poza tym, że ciężko złapać stopa ;)). Bohaterce w konsekwencji wszystko wyszło, wszystko się udało i tyle.

Cieszę się, że tekst mimo uwag (za które dziękuję, bardzo mi się przydały) Ci się podobał. O kwestii “łatwej drogi” pisałam już wyżej w komentarzach, a także w tym konkretnym opisywałam to Shanti. Tym razem takie było założenie. Stworzyć historię bez tragedii, morderców, antagonistów (poza komunikacją publiczną oczywiście). Historię, w której rzeczy się udają, bo czasami świat działa również w ten sposób. Rozumiem, że nie trafia to do każdego – do mnie na dłuższą metę też by nie trafiło i myślę, że przez to wiadro optymizmu, które się tu wylało, kolejny mój tekst może przypadkiem okazać się wyciągnięty prosto z beczki smoły i szlamu. Ale tutaj przyświecało mi założenie napisania czegoś właśnie takiego.

 

Mówisz o Ziemi i światach, które są inne, niż znany nam Układ Słoneczny.

Czasy podróży nieco mnie (nie chcę rzec, że rażą – w końcu to fantasy, a nie SF :D) zastanawiają.

Godzina? Trzy?

Już na Marsa – przy PRĘDKOŚCI ŚWIATŁA, podróż zajmuje średnio około 22 minut.

Brakło mi słówka, czy dwóch w tym tej kwestii. Co, jak, gdzie, skąd?

Pozwolę sobie bezczelnie skopiować to samo, co pisałam Shanti w tym komentarzu wyżej, żebyś nie musiał szukać: “Wyobrażałam to sobie jako swego rodzaju portale, ale nie chciałam precyzować sprawy, żeby nie lecieć za bardzo w science-fiction z jakimiś tunelami Einsteina-Rosena i podobnymi zabiegami, bo po prawdzie dla fabuły nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. :D”.

Skoro jednak już dwóch czytelników zwróciło na to uwagę, pewnie trzeba było jednak dać kilka słów wyjaśnienia. Może je wplotę przy poprawkach.

 

Dzięki wielkie za przeczytanie i torbę dobrych rad. Może jeszcze kiedyś napiszę coś o Baśce i muzeum. Może. :D

 

adanbareth, dzięki wielkie. :D Dobrze, że tekst działa na wyobraźnię. A co do autostopu… doszłam do wniosku, że skoro i na Ziemi jest ciekawy, to w skali kosmicznej musiałby być zupełnie odjechany. Żałuję, że nie będę mogła sama spróbować. :P

Zostaw ten żyrandol.

Cieszę się, że cokolwiek uznałaś za przydatne :)

 

A dzięki. W sumie nawet nie ogarnęłam, że można to interpretować inaczej. Myślisz, że to sprawia, że zdanie jest w jakiś sposób nieprzejrzyste?

Nie. Myślę, że nie. To raczej moje ograniczenie.

 

Science-fiction mi w tagach nie pasowało, bo mało tu “science”. :D A fantasy nie zawsze musi znaczyć średniowiecze.

Jasne :) Nie mówię, że to źle. Właśnie ciekawie przełamujesz stereotyp :)

 

Ja się nie zastanowiłam, przyznaję. Zrzućmy to na karb aut przyszłości, które nie mają ograniczonej masy. Czy coś… :p A tak serio, to dziura logiczna, fakt. Powinnam trochę zmniejszyć liczbę.

Nieeee, absolutnie jestem na nie. Proszę, nie zmieniaj. To nie jest dziura logiczna, gdyż właśnie niezwykle łatwo wyjaśnić to autami przyszłości (lub busem) i tyle. To nie był błąd. Tak sobie tylko liczyłem :)

 

Pozwolę sobie bezczelnie skopiować to samo, co pisałam Shanti w tym komentarzu wyżej, żebyś nie musiał szukać: “Wyobrażałam to sobie jako swego rodzaju portale, ale nie chciałam precyzować sprawy, żeby nie lecieć za bardzo w science-fiction z jakimiś tunelami Einsteina-Rosena i podobnymi zabiegami, bo po prawdzie dla fabuły nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. :D”.

Staram się czytać opowiadanie bez czytania komentarzy – nie chcę się sugerować, nastawiać. Wtedy czasem umykają elementy już omówione, wybacz więc.

Myślę, że dosłownie słówko mogłoby się przydać, bez zbędnego zagłębiania się w temat – jak piszesz, to nie SF.

 

Oczywiście, opko w pełni zasługuje na Bibliotekę.

 

PS. Grzecznościowo dodam, że być może umknął Ci Zanais ;)

 

 

 

 

PS. Grzecznościowo dodam, że być może umknął Ci Zanais ;)

:( Nawet się szukałem w tej długiej odpowiedzi Verus…

:( Nawet się szukałem w tej długiej odpowiedzi Verus…

Wincyj gifów i zauważy :P

Zanaisie, to pewnikiem skutek zbieznej chwili dodania komentarzy :)

Hej!

 

Bardzo przyjemne opowiadanko. Barwne postaci, ciekawe opisy i światy!

 

Bohaterka, którą da się polubić i fajne zakończenie :3

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Zanais skomentowałeś, kiedy pisałam ten długi wywód, przepraszam za brak odpowiedzi, tu morteciussilvan mają rację! Cieszę się, że klikałbyś i że Ci się spodobało. Jak wspominałam, miało być lekko i bezproblemowo, choć rozumiem, że niekoniecznie trzeba to podejście lubić. Chciałam raz spróbować napisać coś do sedna optymistycznego. :D Dziękuję, że wpadłeś i podzieliłeś się opinią. Mogę wrzucić obrazek w ramach przeprosin za pominięcie komentarza. ;)

 

 

silvan, dzięki za rozwianie wątpliwości. :D

 

Nieeee, absolutnie jestem na nie. Proszę, nie zmieniaj. To nie jest dziura logiczna, gdyż właśnie niezwykle łatwo wyjaśnić to autami przyszłości (lub busem) i tyle. To nie był błąd. Tak sobie tylko liczyłem :)

Rozumiem, matematykiem się jest, a nie bywa (nawet jeśli tylko duszą, a nie zawodem). :P

 

Staram się czytać opowiadanie bez czytania komentarzy – nie chcę się sugerować, nastawiać. Wtedy czasem umykają elementy już omówione, wybacz więc.

Nie dziwię się, ja też nie czytam raczej komentarzy przed zostawieniem swojego, dlatego też tłumaczę każdemu, jaki przyświecał mi cel. :D Może wplotę zdanie czy dwa wyjaśnienia, jak oni się pomiędzy tymi światami przemieszczali.

 

BarbarianCataphract, dzięki, że wpadłeś. Dobrze słyszeć, że zakończenie się podoba, bo to dość trudny element do napisania. :D Choć tu przyszło bardzo naturalnie, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu.

Zostaw ten żyrandol.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Jak wspominałam, miało być lekko i bezproblemowo, choć rozumiem, że niekoniecznie trzeba to podejście lubić. Chciałam raz spróbować napisać coś do sedna optymistycznego. :D

Ja to doskonale rozumiem. Spokojna relaksująca podróż yes Zdecydowanie wyszła. I bardzo ładny obrazek :)

Zanais, uff, dobrze, że się nie gniewasz. :P I dobrze, że wyszła. :D

 

CM, witam jurora. :D Jako że jestem przekonana, że to coś na Twoim rysunku jest salutującym Muminko-smokiem azjatyckim, próbowałam znaleźć rysunek salutującego Muminka. Zamiast tego jednak trafiłam na takiego na różowej chmurze, więc musi wystarczyć.

 

Zostaw ten żyrandol.

Fajny światotwórczy pomysł, trochę mi przypominał Kroniki Amberu, trochę Autostopem przez Galaktyke, a trochę przewodnik turystyczny autostopem po Europie. W sumie, najbardziej ten trzeci, bo fabuły było mało. W zasadzie – w moim odczuciu – nie było jek prawie wcale i to największy zarzut, jaki mam. Jasne, opowieść drogi, nawet pod koniec czegoś bohaterka się uczy, ale jest to nauczka wypływająca tylko z ostatniej przygody. A po co wszystkie pozostałe? 

Sądzę, że w krótszej formie pomysł by wypadł lepiej. 

Popracowałbym też nad dialogami, bo – jeśli się już pojawiają – nie błyszczą. 

– Co tak długo?! – krzyknęli do mojego towarzysza.

– Spotkałem tą tutaj. Musi dostać się na Ziemię. Zgarniemy ją, co?

Zostałam zmierzona gadzim wzrokiem, ale zaraz jedna z dziewczyn wzruszyła ramionami.

– No spoko.

Ty było wyjątkowo topornie, zastanawiałem się, po co w ogóle ta wymiana zdań znalazła się w tekście. 

 

Zakończenie nieco przeciągnięte, bo w sumie po tym, jak dowiedzieliśmy się, że Reptilianie zmierzają w to samo miejsce co bohaterka, moje zainteresowanie opadło. 

 

A tytuł dobry, chwytliwy. 

Pamiętam jeszcze Twoje "Gwiazdy w słoiku" i jajecznicę. 

Zabawna historia z dobrym tempem. Fajną podróżniczkę stworzyłaś i ciekawe światy, a czyta się jak piankę! Przyjemnie podwozić taką rezolutną osóbkę. :-)

Przypomniały mi się autostopy, lecz nie były tak pośpieszne i nie trzeba było mieć sprzętu do oddychania:-)

 

Drobiazgi zauważone i zapisane:

,Spotkałem tą tutaj.

Zerknij, czy nie powinno być "tę"?

I chyba wszyscy czekają(+,) aż ktokolwiek się jej pozbędzie.

,Dotarliśmy do Wrocławia za dwie otwarcie.

Też zerknij, czy czegoś nie brakuje?

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

jestem przekonana, że to coś na Twoim rysunku jest salutującym Muminko-smokiem azjatyckim

Blisko. To Muminek… aztecki. Krzyżówka muminka i Quetzalcoatla. Dzieło Thargona, portalowego Nikifora, mistrza rysunku na upapranych kartkach. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM

Blisko. To Muminek… aztecki. Krzyżówka muminka i Quetzalcoatla. Dzieło Thargona, portalowego Nikifora, mistrza rysunku na upapranych kartkach. ;-)

Ach no dobra, prawie trafiłam. :D Rysunek ekstra, gratulacje dla autora.

 

Gekikara, dzięki za opinię. Jak pewnie się domyślasz, ja widzę tu fabułę, właśnie tę opowieść drogi. I nie tylko ostatni autostop ma znaczenie, bo na reszcie etapów wycieczki bohaterka też miała okazję poznać światy przez pryzmat ludzi i cała trasa uświadomiła jej, dlaczego właściwie zdecydowała się otworzyć muzeum.

Niemniej, skoro nie przemówiło do Ciebie – rozumiem, fajnie że i tak wpadłeś i chociaż sam pomysł się spodobał. :D Każda opinia jest dla mnie ważna, może następnym razem bardziej wyłuskam sedno i meritum. A nad dialogami na pewno popracuję!

EDIT Ach, a tytuł miał być tylko roboczy. Betujący mnie przekonali, żebym go zostawiła tak i w oryginalnym tekście. :p

 

Asylum, ojej, cieszę się bardzo, że pamiętasz inne moje teksty. <3 I oczywiście, że i ten przypadł Ci do gustu. Dzięki za poprawki, wrzucę je już po zamknięciu konkursu, bo w mojej wersji tekstu na komputerze jest nieco więcej korekt. :D

Zostaw ten żyrandol.

Jak pewnie się domyślasz, ja widzę tu fabułę, właśnie tę opowieść drogi. I nie tylko ostatni autostop ma znaczenie, bo na reszcie etapów wycieczki bohaterka też miała okazję poznać światy przez pryzmat ludzi i cała trasa uświadomiła jej, dlaczego właściwie zdecydowała się otworzyć muzeum

Oczywiście, to było tylko moje wrażenie, daleki jestem od przypisywania swoim opiniom arbitralnego znaczenia. :) 

Chyba właśnie z tym miałem problem, że bohaterka "utwierdzala się" a nie "zmieniała" wraz z drogą. 

 

 

Oczywiście, to było tylko moje wrażenie, daleki jestem od przypisywania swoim opiniom arbitralnego znaczenia. :) 

Chyba właśnie z tym miałem problem, że bohaterka "utwierdzala się" a nie "zmieniała" wraz z drogą. 

W sumie masz rację, że raczej nie zachodziła w niej przemiana. Pytanie tylko, czy ona zawsze musi się pojawiać. :D

Zostaw ten żyrandol.

Za takie feel-good opowiadania nic nie robiłem :D

I bynajmniej nie jest to obraza. Nawet nie wiesz, jak lubię takie klasyczne opowieści o podróżach, gdzie bohaterowie pokonują kolejne przeszkody i stają się przez to lepsi. Tutaj otrzymałem historię o podróży zgoła innej, ale ten tekst jest tak sympatyczny pod względem narracji, fabuły, charakterów postaci i humoru, że nie mogę powiedzieć nic więcej, poza tym, że mi się spodobał.

Oczywiście, humorystyczny aspekt sprawia, że fabuła jest ekstremalnie naiwna i wszystkie wydarzenia w niej są dziełem całkowitego przypadku, jednak… Nie uważam tego za problem, a wręcz za zaletę (bo taka jest właśnie podróż – nieprzewidywalna). Nie wiem, co mogę jeszcze dodać. Światotwórstwo jest bardzo minimalistyczne (co lubię), bohaterowie ekstremalnie przerysowani (czego nie lubię, ale sprawdza się to w bardziej zabawnych opowiadaniach), akcja wartka, przez co całość przeczytałem jednym tchem.

Bardzo mi się spodobało.

Pozdrawiam

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Hej, Verus ;) Miałem duże oczekiwania, przymierzając się do lektury Twojego tekstu i nie mogę powiedzieć, żebym był rozczarowany. 

Bardzo sympatyczna historia. Wprawdzie nie doświadczamy tutaj arcyważnego celu podróży, mnóstwa porywających zwrotów akcji czy mrożących krew w żyłach antagonistów, ale rzecz jest o samej podróży właśnie i jako taka wypada bardzo dobrze. Opowiadanie fajnie wygląda pod względem światotwórczym – informacji nie ma ani za dużo, ani za mało, ot, tyle, ile mogłaby posiadać i zdradzić autostopowiczka ;) Sama bohaterka nie jest obojętna i trzymałem za nią kciuki, żeby dojechała na czas. 

Najbardziej spodobał mi się klimat. Wprawdzie nie jeździłem autostopem tak dużo, jakbym sobie życzył, ale nawet te skromne doświadczenia pozwoliły mi śledzić opowieść z uśmiechem. Bohaterka bardzo przypomina mi jedną z koleżanek, która w poprzednie wakacje samotnie zrobiła sobie objazdówkę autostopem po Bałkanach i, wbrew złowieszczym zapowiedziom całego towarzystwa, nie umarła ani nie zaginęła :D 

Doceniam także lekki humor zawarty w opku.

Z minusów: może przyjrzałbym się raz jeszcze dialogom, ponieważ, tak jak napisał Geki, konwersacje momentami kuleją.

 

Taka drobnica ode mnie:

 

Setki warkoczyków zakończonych koralikami uderzyło o zagłówek.

Skoro setki, to chyba uderzały?

 

Fotel miał dziwny kształt, przystosowany do kogoś o znacznie większej liczbie odnóży.

Nie jestem na sto procent pewien, ale przedmiot chyba może być przystosowany do spełniania jakiejś funkcji, a tutaj jest raczej w kontekście przystosowany dla potrzeb kogoś o znacznie większej liczbie odnóży.

 

W głowie siedziało mi pytanie, co jeśli nie zdążę.

Może zapisać to tak: W głowie siedziało mi pytanie: co, jeśli nie zdążę?

 

Udało im się nieco oderwać moje myśli od transportu piwa, choć i tak przez cały czas modliłam się, aby gość z Norlgengston się odezwał.

Lekka siękoza. Może: Dali radę oderwać nieco moje myśli od transportu piwa, chociaż i tak przez cały czas prosiłam los, aby gość z Norgengston oddzwonił. Albo coś w tym stylu :P

 

I mój żołądek wydał potwierdzający to dźwięk.

Zbędny zaimek. Czytelnik da radę domyślić się, że chodzi o jej żołądek :D

 

Była znacznie szersza niż w Zandarii, mimo że nie mieszkały tu olbrzymy, a pojazdy, które mijały mnie nawet nie zwalniając, wielkością zbliżone były do ziemskich aut.

Może wielkością przypominały ziemskie auta? 

 

W oknach aut migały mi nieruchome jaszczurze twarze i niewzruszone gadzie spojrzenia.

Popijali ją w salonie, kiedy brałam prysznic, zmywając z siebie cały pot i syf ostatnich dni.

Wiadomo, że nie zmywała z kafelków :D

Mam znajomą(bardziej znajomą siostry), która ma na koncie takie historie z życia i z podróży, że w niektóre z nich człowiek niedowierza, a w przy innych się łapie za głowę. I wcale nie chodzi jakiś o jeden czy dwa wypady wakacyjne, NIE. Taki ma po prostu cały życiorys. Tyle razy jej z siostrą powtarzałem „Napisz wreszcie tę biografię!”. Jak na razie bez skutku.

Wspominam o tym dlatego, że przedstawione przez ciebie wydarzenia są bardzo podobne w odczuciu, co niektóre z jej historii. Dlatego wierzę, że większość z nich oparta na faktach.

Z jakiegoś powodu, nie potrafię powiedzieć jakiego, niektóre fragmenty czytało się się ciężej i wolniej(może konstrukcja zdań, może kontekst), ale gdzieś w połowie znów, że tak powiem, ruszyło. Mniej więcej odkąd wsiadła do olbrzymiego busa.

Najbardziej podobało mi się jak bohaterkę poratowali reptilianie. 

Czytałem tekst, filtrując podane wydarzenia przez pryzmat rzeczywistości, dlatego taki zbieg okoliczności mile mnie zaskoczył. Najwyraźniej Baśka (podobnie jak moja znajoma), ma niezwykłe szczęście do ludzi.

 

Czeźć.

 

Czepiać się muszę, bo się uduszę :P

 

Tutaj był środek dnia, na Ziemi właśnie wschodziło słońce. – Jak słońce może wschodzić „na Ziemi”? Co by nie zrobiła ludzkość w przyszłości z Ziemią, przyspieszając obrót planety czy go zatrzymując, albo zmieniając oś obrotu, i tak słońce nie może wschodzić nad całą planetą jednocześnie.

 

Nie mówiąc nawet o tym, że na niektórych z nich noc nigdy nie nastawała. – Też raczej trudne do zrealizowania, nawet w układach z wieloma słońcami. No chyba że mowa o jakichś sztucznych źródłach światła dziennego :)

 

Woda wokół stacji takich jak ta była podgrzewana przez specjalne wirniki – hmmm… ja wiem, że wirniki mogą wymusić przepływ cieplejszej wody, ale raczej same jej nie podgrzewają.

 

Co mogę powiedzieć o opowiadaniu… no, jest dość zabawne i całkiem ciekawie napisane, ale mam po jego lekturze lekkiego zonka. Chyba jest trochę zbyt chaotyczne, jak na mój gust. A ta krowa już całkiem mnie zbiła z tropu :o

 

Niemniej, oczywiście pozdrawiam.

Precz z sygnaturkami.

Siemone, dzięki za wizytę, cieszę się, że historia przypadła Ci do gustu. :D

 

Oczywiście, humorystyczny aspekt sprawia, że fabuła jest ekstremalnie naiwna i wszystkie wydarzenia w niej są dziełem całkowitego przypadku, jednak… Nie uważam tego za problem, a wręcz za zaletę (bo taka jest właśnie podróż – nieprzewidywalna).

Ona miała być trochę naiwna, bo – moje ulubione stwierdzenie w odpowiedzi na komentarza ostatnimi czasy – świat czasami taki jest. Bezproblemowy i dobry. Plus, miałam wielką ochotę napisać coś lekkiego i optymistycznego, tym bardziej więc fajnie, że uważasz cel za osiągnięty. :D

 

AmonRa

 

Hej, Verus ;) Miałem duże oczekiwania, przymierzając się do lektury Twojego tekstu i nie mogę powiedzieć, żebym był rozczarowany. 

Uff. ;)

 

Wprawdzie nie doświadczamy tutaj arcyważnego celu podróży, mnóstwa porywających zwrotów akcji czy mrożących krew w żyłach antagonistów, ale rzecz jest o samej podróży właśnie i jako taka wypada bardzo dobrze.

Spróbowałbyś to pierwsze powiedzieć Baśce… :P Ale rozumiem, co masz na myśli. Tak miało być.

 

Bohaterka bardzo przypomina mi jedną z koleżanek, która w poprzednie wakacje samotnie zrobiła sobie objazdówkę autostopem po Bałkanach i, wbrew złowieszczym zapowiedziom całego towarzystwa, nie umarła ani nie zaginęła :D 

Zazdraszczam. :D Moja najdalsza (do tej pory) wycieczka była do Chorwacji.

 

Z minusów: może przyjrzałbym się raz jeszcze dialogom, ponieważ, tak jak napisał Geki, konwersacje momentami kuleją.

Okok, dzięki za tę uwagę, ogarnę nieco po zamknięciu konkursu – może uda mi się je podkręcić. Lubię pracować dalej z tekstami, które dobrze mi się pisało. I za drobnicę również dziękuję, wleci razem z resztą poprawek. Fajnie, że wpadłeś!

 

Konrad1399

 

Mam znajomą(bardziej znajomą siostry), która ma na koncie takie historie z życia i z podróży, że w niektóre z nich człowiek niedowierza, a w przy innych się łapie za głowę. I wcale nie chodzi jakiś o jeden czy dwa wypady wakacyjne, NIE. Taki ma po prostu cały życiorys. Tyle razy jej z siostrą powtarzałem „Napisz wreszcie tę biografię!”. Jak na razie bez skutku.

Oj, domyślam się, że każdy kto jeździ autostopem musi mieć takich historii na pęczki i jeszcze trochę. :D

 

Z jakiegoś powodu, nie potrafię powiedzieć jakiego, niektóre fragmenty czytało się się ciężej i wolniej(może konstrukcja zdań, może kontekst), ale gdzieś w połowie znów, że tak powiem, ruszyło. Mniej więcej odkąd wsiadła do olbrzymiego busa.

Przyjrzę się sprawie, może są tam za długie zdania albo coś. :D

 

Czytałem tekst, filtrując podane wydarzenia przez pryzmat rzeczywistości, dlatego taki zbieg okoliczności mile mnie zaskoczył. Najwyraźniej Baśka (podobnie jak moja znajoma), ma niezwykłe szczęście do ludzi.

Dobrze, że wyszło wiarygodnie. :p Widać, że dobrzy ludzie są i w rzeczywistości. Dzięki za wizytę i komentarz!

 

ZiZi

 

Jak słońce może wschodzić „na Ziemi”?

Tak, już gdzieś wyżej w komentarzu ktoś o tym wspomniał. Byłam święcie przekonana, że poprawiłam, musiało mi umknąć. Cóż, oczywisty błąd logiczny, nie mam nic na swoją obronę. :P

 

Też raczej trudne do zrealizowania, nawet w układach z wieloma słońcami. No chyba że mowa o jakichś sztucznych źródłach światła dziennego :)

Kto wie, może o takich mowa. :D Nie ma to wielkiego znaczenia dla fabuły, więc nie rozwlekałam tematu.

 

Co mogę powiedzieć o opowiadaniu… no, jest dość zabawne i całkiem ciekawie napisane, ale mam po jego lekturze lekkiego zonka. Chyba jest trochę zbyt chaotyczne, jak na mój gust. A ta krowa już całkiem mnie zbiła z tropu :o

Autostop jest generalnie nieco chaotyczny. I krowa bohaterkę też nieco zbiła z tropu. :P Rozumiem, że niekoniecznie do Ciebie przemówiło, może powinnam to i owo tu uporządkować. Cieszę się, że może chociaż trochę rozbawiło i że napisane jest nie najgorzej. Dziękuję, że wpadłeś i za opinię również!

Zostaw ten żyrandol.

Ech, wiesz ile ja się w życiu auttostopem najeździłam. Nawet w Niemczech tak wylądowałam, zaliczając najpierw pół Europy. Twoje opko przywołało masę wspomnień. I już choćby za to masz plusa :) Fajnie potraktowałaś temat. Kosmiczny autostop bardzo mi się podobał. Pozwoliłaś zajrzeć do kilku światów, choć było to właśnie takie spojrzenie kogoś, kto stale jest w drodze. Ale akurat ja tak lubię.

Krowa rewelacyjna. Mnie się zdarzyło spotkać kozy, wraz z pasterzem w środku niewielkiego włoskiego miasteczka, więc rozumiem kompletne zaskoczenie bohaterki.

Bym klikła, ale znowu jestem za późno :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hmmm. Zgadzam się, że światy barwne i interesujące. Ale dla mnie zazwyczaj cel jest ważniejszy od drogi, więc na poziomie ideologicznym tekst do mnie nie trafia. Gorzej, w końcu podróż zaczyna się robić monotonna. Jeden pojazd, drugi, trzeci, coraz bliżej Ziemi, ale żadnych zwrotów akcji. Zabrakło fabuły.

Ale napisane ładnie, kolorowo… Po prostu nie jestem targetem. Autostopem jechałam tylko raz i to nie sama.

Babska logika rządzi!

Irka, zawsze bardzo miło mi słyszeć, że ktoś również jeździ stopem i dzieli pewne historie. :D Na kozy się nigdy nie natknęłam, a żałuję, bo to również musiał być niezapomniany widok. Mnie też takie podróże kojarzą się bardzo pozytywnie i stąd też narodził się ten tekst. Dziękuję, że wpadłaś!

 

Finkla, rozumiem, nie każdy musi lubić historię z drogi, a i nie umniejszam znaczenia celu podróży. Dziękuję, że mimo wszystko przeczytałaś i fajnie, że chociaż widoki poprawiły nieco wrażenia z lektury. Monotonii jeszcze się przyjrzę, może uda mi się to nieco urozmaicić. :D

Zostaw ten żyrandol.

Chyba tylko ja na to narzekam, mogę się mylić. Poczekaj na więcej opinii, zanim zaczniesz zmieniać.

Babska logika rządzi!

Finklo, bo liczy się podróż, a nie cel. Ludzie, których spotykasz, doświadczenia, które zbierasz. Jeśli tak na to spojrzysz, podróż nie może być monotonna ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, to zależy. W dłuższych samochodowych trasach cierpię na chorobę lokomocyjną, czyli nudności gwarantowane. ;-)

Udana podróż autem, to podróż w większości przespana.

Samoloty są świetne, ale na ogół pod spodem chmury albo ciemność. Za to jak uda mi się rozpoznać jakiś element geograficzny, cieszę się jak dziecko. :-) Ale piloci rzadko biorą autostopowiczów.

Babska logika rządzi!

E, podkręcić to i owo zawsze delikatnie można. :D Ja też mam chorobę lokomocyjną, dlatego przed trasą łykam tabletki, a na autostopie i tak za dużo się dzieje, żeby spać zazwyczaj. (Chyba że akurat utkniesz na całą noc na losowej stacji benzynowej, no ale to zupełnie inna sytuacja).

Zostaw ten żyrandol.

Na mnie działa wyłącznie ave maria. I to działa usypiająco i przymulająco. Potem przez co najmniej pół dnia jestem wredna, jeszcze mniej towarzyska, mrukliwa…

Babska logika rządzi!

Stosuję te same tabletki, ale mnie nie usypiają – a przynajmniej, jeśli to nie trasa, którą robię często, chociażby do domu rodzinnego. Ale wtedy i sama jazda autem mnie usypia. :p

Zostaw ten żyrandol.

Cześć Verus. Niejako powtórzę się trochę z bety. ;)

Co do narracji – wsadziłbym tam więcej dialogów/bardziej rozbudował istniejące, aczkolwiek czytało mi się Twój tekst płynnie, więc to tylko takie moje odczucie, które finalnie bardzo na odbiór nie wpłynęło.

Z pozytywnych rzeczy – spodobał mi się pomysł na osadzenie akcji w historii autostopowej. ;) 

Fajne połączenie różnych światów i różnych sposobów na wspomniany autostop. Autostop łodzią podwodną zdecydowanie wygrał. ;)  

Bohaterka – fajnie skonstruowana, zdeterminowana, miewała wątpliwości, a zakończenie było dla mnie truskawką na torcie, jakby to powiedział pewien komentator sportowy.

Spośród opowiadań, które zdążyłem przeczytać, Twoje opowiadanie jest naprawdę „mocne”, przede wszystkim przez historię, świeże podejście do motywu podróży fantastycznej i światotwórstwo.

Także powodzenia w konkursie!

Działo się dużo i szybko, bo czas naglił. Podróż przez kilka światów okazała się zabawna, choć były momenty, że udzielało mi się napięcie towarzyszące Basi.

Bardzo odprężająca lektura. ;)

 

Zer­k­nę­łam za okno. ―> Zer­k­nę­łam przez okno.

Aby zerknąć za okno, należy je otworzyć i wychylić się. A tu chyba nie miało to miejsca.

 

nie żadna łódź pod­wod­na– na­brał kształ­tów. ―> Brak spacji przed półpauzą.

 

 Wy­bu­chłam hi­ste­rycz­nym śmie­chem… ―> Wy­bu­chnęłam hi­ste­rycz­nym śmie­chem

 

który pod­rzu­cił mnie do mia­sta. Rzu­ci­łam jesz­cze… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

we­dług mojej wie­dzy kie­ro­wa­li­śmy się w do­brym kie­run­ku. –> Jak wyżej.

 

kiedy na­de­szła go­dzi­na otwar­cia, by­li­śmy go­to­wi, aby otwo­rzyć drzwi. –> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka