- Opowiadanie: BarbarianCataphract - [Baśniowiec] Demon, Celt i Cesarstwo

[Baśniowiec] Demon, Celt i Cesarstwo

Chciałbym na wstępie podziękować:

- nati-13-98

- bruce

- Ambush

Za wytrwałe betowanie i użeranie się z moją twórczością :3

 

Witam wszyst­kich! Po­sta­no­wi­łem na­pi­sać opo­wia­da­nie, które od­bie­ga “set­tin­giem” od moich po­sta­po­ka­lip­tycz­nych wizji i zo­dia­kal­nych mu­tan­tów. 

Tym razem mamy do czy­nie­nia z po­łą­cze­niem hi­sto­rii z fan­ta­sty­ką, po­dró­ża­mi w cza­sie i Nie­bio­sa­mi.

 

Póki co Baśniowiec jest pojedynczym opowiadaniem, swoistym łącznikiem fabuły, wypełnieniem uniwersum hipotetycznej serii.

Czemu hipotetycznej? Gdyby Baśniowiec przyjął się, zainteresował ludzi tematem, to zacząłbym pisać opowiadania, luźno powiązane fabularnie ze sobą, ale tworzące jedną całość.

Zalecam przeczytać to jako otwarcie do serii opowiadań, żeby mieć bazę pod to, co się będzie działo. Potem czytelnik już będzie się w stanie połapać co i jak, nie zależnie od obranej chronologii (chociaż jakaś będzie, tylko nie tak sztywna, jak w powieści).

Miłego czytania. :3

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

[Baśniowiec] Demon, Celt i Cesarstwo

Van­nii stał pod ścia­ną i grze­bał butem w bło­cie. Epil­li­cus już pięt­na­ście krótkich klepsydr temu* miał wyjść z go­spo­dy, ale cały czas sie­dział w środ­ku i robił bo­go­wie wie­dzą co. Tego wła­śnie dnia po­go­da była cał­kiem zno­śna, jak na stan­dar­dy Bry­ta­nii. Przez cały ostat­ni ty­dzień niebo zrzu­ca­ło na miesz­kań­ców Venta Ice­no­rum hek­to­li­try wody, ro­biąc ze ście­żek błot­ni­sty szlam. 

Z racji swojego celtyckiego pochodzenia Van­nii był po­strze­ga­ny przez więk­szość Rzy­mian jako „dziki bar­ba­rzyń­ca”. Przy­by­sze z Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go pa­ła­li szcze­rą nie­na­wi­ścią do ob­cych dla nich na­ro­do­wo­ści, a do wy­spia­rzy zwłasz­cza. Mimo to Van­nii miał wśród zna­jo­mych Ita­lów, któ­rzy uważali go za rów­ne­go im czło­wie­ka. Magia kon­spi­ra­cji. 

Zda­rza­ło się, że wy­jąt­ko­wo wzbu­rze­ni Bry­to­wie wy­zy­wa­li Van­niie­go od zdraj­ców, kon­spi­ra­to­rów czy szpie­gów. „Daje dupy Ita­lom, ot co!”, krzy­cze­li iceń­scy pa­trio­ci, splu­wa­jąc mu pod nogi. Utrzy­my­wa­nie do­brych sto­sun­ków z wro­ga­mi od­bi­ja­ło się na re­pu­ta­cji wśród po­bra­tym­ców. Cią­ży­ło mu na to duchu, ale równocześnie rządziły nim zasady, które ważniejsze były od ludzkich trosk.

Dzięki dobrym relacjom z Rzymem nie miał większych problemów z królem Icenów. Prasutagus prowadził politykę, która sprzyjała Cesarstwu, więc wspieranie Italów jako tako nie groziło reperkusjami ze strony rządzącego.

Afera roz­gry­wa­ją­ca się po dru­giej stro­nie bru­ko­wa­nej ulicz­ki przy­kuła uwagę za­my­ślo­ne­go Van­niie­go. Do jego uszu dobiegły lamenty starszej kobiety, wybudzając go z letargu. Sta­rusz­ka trzy­ma­ła swoje włosy i krzy­cza­ła coś drżą­cym gło­sem, przy­cią­ga­jąc coraz to więk­szą wi­dow­nię.  

– Demon! Demon! Demon przy­szedł i mi męża za­mor­do­wał! – wrzesz­cza­ła przepełniona żalem. 

– Uch, stara baba, a takie pier­do­ły głosi – po­wie­dział któ­ryś z prze­chod­niów, krę­cąc głową. 

– Chroń­cie swo­ich bli­skich, po­wia­dam wam - kon­ty­nu­owa­ła sta­ro­win­ka, rwąc pęki si­wych wło­sów z głowy. – De­mo­ny na­wie­dzi­ły naszą sto­li­cę!

– Prze­stań stra­szyć ludzi, wiedź­mo opę­ta­na! – Do­łą­czył do prze­chod­nia inny, kar­cąc ko­bie­tę. 

Coraz więk­szy tłum za­czął ota­czać sta­rusz­kę, słuchając jej prze­dziw­nego ka­za­nia. Nikt ze zgro­ma­dzo­nych nie wie­rzył w jej słowa.

– A gdzie tam de­mo­ny, na­wą­cha­ła się cze­goś – mó­wi­li zdzi­wie­ni miesz­kań­cy mia­stecz­ka. – Albo za dużo sple­śnia­łe­go chle­ba zja­dła! 

Van­nii z pew­nej od­le­gło­ści obserwował za­cho­wa­nie zgar­bio­nej ko­bie­cin­ki i wzbu­rzo­nych ludzi. Po upłynięciu trzech krótkich klepsydr zja­wi­ło się dwóch straż­ni­ków, sta­cjo­nu­ją­cych nie­da­le­ko od miej­sca zaj­ścia, pro­wa­dzo­nych teraz przez jed­ne­go ze zmartwionych słowami staruszki prze­chod­niów. 

Uzbro­je­ni męż­czyź­ni pró­bo­wa­li uspo­ko­ić ko­bie­tę, która była już na gra­ni­cy obłę­du. Słowa, jesz­cze chwilę temu skład­ne, straciły momentalnie jakikolwiek sens. Sfru­stro­wa­ni vi­gi­les chwy­ci­li sta­rusz­kę i chcąc ujarz­mić jej emo­cje, rzu­ci­li ją na ka­mie­nie. „Ot, rzym­ska sub­tel­ność”, po­my­ślał Van­nii. 

Bro­da­ty Celt nie wie­dział, czy mówiła szczerze, czy może fak­tycz­nie do­po­wie­dzia­ła sobie tę „nad­przy­ro­dzo­ną część”. Mał­żo­nek ko­bie­cin­ki osiągnął prawdopodobnie zaawansowany wiek, to i od­szedł do za­świa­tów, zo­sta­wia­jąc zroz­pa­czo­ną żonę na tym łez pa­do­le.

A je­że­li stwo­rze­nia bę­dą­ce źró­dłem dzie­cię­cych kosz­ma­rów fak­tycz­nie po­ja­wi­ły się w Venta Ice­no­rum, to nie zwiastowało niczego dobrego.

Mając dość bru­tal­nej sceny rozgrywającej się na jego oczach, po­sta­no­wił wejść mię­dzy tłum i zainterweniować, bez zbęd­nej prze­mo­cy. Zresz­tą i tak nie miał swo­je­go oręża. Mu­siał zo­sta­wić uko­cha­ne ostrze przy wej­ściu do mia­sta, „w ra­mach zwięk­sze­nia bez­pie­czeń­stwa miesz­kań­ców”. 

Wy­szedł na­prze­ciw dwóm osił­kom, któ­rzy przy­ci­ska­li ko­bie­tę do ziemi, i kuc­nął obok nich. 

– Po­zwól­cie, że się tym zajmę – rzekł spo­koj­nie, pró­bu­jąc zapanować nad sytuacją. 

– A ty? – od­po­wie­dział jeden z nich wzbu­rzo­ny. – Kim ty niby je­steś? 

– Je­stem…– zawahał się przez moment – szamanem. Wy­glą­da to jak za­tru­cie, muszę ją obej­rzeć. 

– Nie wy­glą­dasz na wiedź­mę, wie­śnia­ku – rzu­cił po­gar­dli­wie więk­szy z dwóch żoł­da­ków. 

– Wy­gląd może być my­lą­cy – od­po­wie­dział Van­nii z uśmie­chem, nie­po­ru­szo­ny za­czep­ką straż­ni­ka. 

– Dobra, mamy lep­sze rze­czy do ro­bo­ty niż uspo­ka­ja­nie ja­kiejś sta­ru­chy – po­wie­dział mniej­szy żoł­nierz i po­kle­pał to­wa­rzy­sza po ra­mie­niu. 

Bro­dacz objął sta­rusz­kę i po­mógł jej wstać. Obo­la­łe stawy wdowy zde­cy­do­wa­nie nie uła­twia­ły tej czyn­no­ści, ale po chwi­li zma­gań ko­bie­ta podniosła się na równe nogi. 

– Dzię­ku­ję, mło­dzień­cze – odezwała się głosem pozbawionym już ogromnego stra­chu, który jesz­cze chwi­lę temu ją paraliżował. 

– Mógł­bym zadać staruszce kilka pytań? – za­czął Van­nii, po czym ści­szył głos, żeby nie zwracać uwagi ludzi prze­cho­dzą­cych obok. – Odnośnie do… de­mo­na. 

Jak dotąd przymknięte, wiotkie powieki rozwarły się nagle, a oddech staruszki stał się nerwowy. Po­ło­ży­ła dło­nie na policzkach brodacza. Spoj­rza­ła głę­bo­ko w jego oczy, łzy po­czę­ły spły­wać na jej po­licz­ki. 

– Ja wiem, com wi­dzia­ła – mó­wi­ła drżą­cym gło­sem. – Nie wy­my­śli­łam sobie ni­cze­go… 

Gapiowie po­now­nie za­czy­na­li gro­ma­dzić się wokół nich, więc Van­nii chwy­cił ko­bie­tę pod ramię i zaprowadził ją w bardziej ustronne miejsce, gdzie zagęszczenie ludzi było znacznie mniejsze. Staruszka zdziwiła się nieco, ale po­słusz­nie po­szła razem z męż­czy­zną. Usie­dli na ka­mien­nej ławie sto­ją­cej przy bru­ko­wa­nej ścież­ce, po czym Van­nii roz­po­czął prze­słu­cha­nie. 

– Przy­szło w nocy – za­czę­ła opo­wia­dać. – Wiel­kie pta­szy­sko wle­cia­ło przez okno do izby i przefrunęło kilka razy nad moim lubym. 

– Wi­dzia­ła staruszka do­kład­nie, czym było to stwo­rze­nie? 

– Żadne stwo­rze­nie, po­wia­dam ci. Demon! – krzyk­nę­ła, ale szyb­ko zo­sta­ła uci­szo­na ge­stem Van­niie­go. – Obu­dzi­łam się w nocy, bo coś szu­ra­ło. Po­chod­nia wciąż się pa­li­ła, więc wi­dzia­łam co nieco. Wzrok już nie ten, ale opie­rzo­ne­go de­mo­na to żem wi­dzia­ła! 

Za­cię­ła się na mo­ment, wle­pia­jąc wzrok w ziemię. Mu­sia­ło to być fak­tycz­nie trau­ma­tycz­ne prze­ży­cie, bo Van­nii miał wra­że­nie, jakby sama dusza opu­ści­ła ciało sta­ro­win­ki.

– Demon – kon­ty­nu­owa­ła po chwi­li prze­rwy – chwy­cił mo­je­go mał­żon­ka w swoje ohyd­ne szpo­ni­ska i pod­niósł nad łoże. Widziała żem wyraźnie, jak mąż mój uniósł się w po­wie­trze. 

– Ale w sen­sie… - Vanniego zaczęły poważnie niepokoić zeznania kobiety. – Leżał… w po­wie­trzu? 

– No, latał i leżał, okrop­ny widok… Ale jak pa­skudz­two, co mi się do domu wła­ma­ło, uj­rza­ło, że pa­trzy­łam na jego obrzy­dli­we ob­li­cze, to mo­je­go męża pu­ściło i wy­le­ciało przez okno!

– Na Am­bi­sa­gru­sa… źle to brzmi – rzekł nowy głos, który znienacka do­łą­czył do roz­mo­wy. 

– O, Epil­li­cus, już skoń­czy­łeś? – za­py­tał Van­nii. 

– Tak. Nie mo­głem cię zna­leźć! Gdzie się ze sta­rusz­ka­mi szwendasz, bra­cisz­ku? – Na twarzy Epillicusa pojawił się prowokacyjny uśmieszek. 

– Ech, daj mi chwi­lę, rze­żącz­ko ła­żą­ca – od­po­wie­dział ze znie­cier­pli­wie­niem Van­nii. – Po­cze­kaj na mnie przy bra­mie, zaraz przyj­dę, tylko coś skoń­czę. 

– My­śla­łem, że wo­lisz młod­sze – par­sk­nął brat ru­de­go bro­da­cza, po czym od­wró­cił się na pię­cie i po­szedł w kie­run­ku wspo­mnia­nej bramy. 

Van­nii spojrzał ponownie na staruszkę, która sie­dzia­ła po­chy­lo­na. Mam­ro­ta­ła coś pod nosem, praw­do­po­dob­nie mo­dli­twy, żeby od­pę­dzić złe duchy od sie­bie i swo­je­go do­mo­stwa. 

– Co się dzia­ło dalej? – kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nie. – W sen­sie, po uciecz­ce… „de­mo­na”? 

Py­ta­nie wy­bu­dzi­ło ko­bie­ci­nę z transu. Pod­nio­sła wzrok. 

– Za­snę­łam… chyba. Moje myśli są jakieś takie zamglone. 

– I jak się szanowna obu­dzi­ła, to męża już… nie było? 

Tymi słowami Van­nii wpę­dził sta­rusz­kę w atak hi­ste­rycz­ne­go pła­czu. Stwier­dził, że dal­sze prze­py­ty­wa­nie nie miało sensu, więc wziął ją po­now­nie pod ramię i za­pro­wa­dził do jej izby. Po dro­dze mi­nę­li grupę męż­czyzn, którzy nieśli ciało zmar­łe­go mał­żon­ka. Gdy doszli na miejsce, brodacz jesz­cze rzu­cił. 

– To musiał być jakiś zwy­kły wła­my­wacz. Zajmę się tym. 

Odszedł sprzed fasady małego budynku i skierował się do popiny, w której jeszcze przed chwilą siedział jego brat. Gdy otworzył drzwi, natychmiast dała mu się odczuć aura rzymskiej gospody. W jego nozdrza uderzył zapach potu, rozlanego alkoholu, wymiotów i innych, niezbyt przyjemnych rzeczy. Przecisnął się między pijanymi żołdakami, którzy dobierali się do celtyckich kobiet, i poszedł na odległy koniec budynku, gdzie było trochę spokojniej.

Minął kilka osób w obscenicznych pozach, wymiotujących mieszkańców miasta i chętnych do spędzenia z nim czasu kobiet, po czym usiadł przy schowanym w kącie stoliku.

Po upływie może dwóch krótkich klepsydr pojawił się mężczyzna o krótkich, czarnych włosach, z brązowawym odcieniem skóry oraz nieznacznym zarostem.

– Vannii! – Ledwo usłyszał zawołanie Titusa pośród gwaru. – Dobrze cię widzieć.

Brodacz wstał ze stołka i złapał przyjaciela za przedramię. Po wymianie powitalnych gestów mężczyźni usiedli przy stole.

– Chciałeś porozmawiać? – Vannii znał łacinę bardzo dobrze, więc mógł porozumiewać się z Rzymianami, unikając wścibskich uszu niektórych Icenów.

– Co u ciebie, druhu? – zapytał go Titus, uśmiechając się szeroko.

– Nic konkretnego – odpowiedział. – Epillicus musiał załatwić parę spraw, to poszedłem z nim, bo i tak miałem się z tobą zobaczyć, prawda?

Po usłyszeniu tych słów Titus nachylił się nad stołem, przybliżając twarz do uszu Celta.

– Sprawiał jakieś problemy? – mówił bardzo cicho, ledwo przebijając się przez zgiełk. – Kombinował coś?

– Czy naprawdę chciałeś porozmawiać o moim bracie? – Vannii zmarszczył czoło, trzymanie się z Rzymianami już bardzo ciążyło mu na sumieniu, a gdy pojawiał się temat jego rodzeństwa, tym bardziej czuł się okropnie.

– Nie… Znaczy się, też, ale nie po to cię tu ściągnąłem.

– Czego znowu ode mnie chcesz? – Zaczął się niecierpliwić. – Wiesz, że i tak ostatnio nadużywaliście mojej gościnności, hm?

– Potrzebujemy twoich umiejętności, Vannii – rzekł Titus, nie tracąc zimnej krwi. – Znowu.

– Wy naprawdę macie tupet. – Zaczął wstawać z miejsca. – Mam dosyć mieszania w polityce i działaniach zbrojnych, Titus.

Rzymianin uderzył pięścią w stół.

– Przykro by mi było, gdyby ktoś z góry dostał informację, że trzymasz się blisko iceńskiego ekstremisty.

– Zrobiłbyś mi to? Po tylu latach znajomości? Zresztą… I tak nie masz nic na Epillicusa. Co mu zrobią? Ubiczują go za to, że istnieje?

– Rzym cię potrzebuje, to już nie jest kwestia naszej relacji – mówił sucho. – Nie chciałbym, żeby tobie albo bratu coś się stało, ale czasami cel uświęca środki.

Vannii prawie powiedział coś ryzykownego, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Zastanowię się, porozmawiamy później – rzucił tylko i skierował się w stronę wyjścia.

Wydostał się z jamy grzeszników i skierował kroki w stronę bramy miasta, gdzie miał czekać na niego brat. Różne myśli kołatały się w jego głowie – nie chciał znowu mieszać w sprawach rzymsko-celtyckich, a z drugiej strony martwił się o Epillicusa i nie chciał, żeby coś mu się stało.

– Tu jesteś! – krzyknął blondyn do Vanniiego. – Znowu gdzieś się szwendałeś? Ile można na ciebie czekać?

– Coś mnie przytrzymało, chodź.

 

 

*** 

 

– Slu­agh? Tutaj? – za­py­ta­ła Van­niie­go zmar­twio­na wie­ścia­mi Cata. 

– Na to by wy­cho­dzi­ło, cho­ciaż nie mam pew­no­ści – odpowiedział brodacz. – Zna­czy się, cały opis pa­su­je do Slu­agha, ale trud­no mi uwie­rzyć, że za­czę­li czuć się na tyle pew­nie, żeby wcho­dzić do miast. 

– To źle. Bar­dzo źle. – Zmarsz­czy­ła czoło kobieta. 

– A Lu­cius? Jak się czuje? 

Czar­no­wło­sa ob­ró­ci­ła głowę w stro­nę łoża, na któ­rym leżał mło­dzie­niec o gęstych włosach i lekkim zaroście, nie mający więcej niż dwadzieścia lat. Wes­tchnę­ła i spoj­rza­ła z po­wro­tem na Van­niie­go. Cata była waleczną wojowniczką, której delikatne oblicze szpeciła jedynie blizna na prawym policzku. Poznała Vanniiego i jego brata kilka lat wstecz, gdy nagle została przeniesiona do czasów, całkiem jej bliskich, jednak wciąż obcych. Rudowłosy brodacz był pierwszą osobą, która zaoferowała jej schronienie, gdy była zagubiona.

– Wciąż nie­przy­tom­ny. Mocno go po­tur­bo­wa­ło to… coś. 

– My­ślisz, że mógł to być Dain? 

– Wąt­pię, żeby prze­żył bez­po­śred­ni atak syna Car­man. Poza tym, jeśli Dain jest na wol­no­ści, to pew­nie szuka resz­ty braci. 

– A co, jeśli była to spraw­ka Uja­da­ją­cej Be­stii? – rzekł stojący pod ścianą Epillicus, wpatrując się w podłogę i obracając w rękach kręg świni, który od wielu lat towarzyszył mu jako talizman.

– Nieee… nie wiem, jest wiele moż­li­wo­ści, ale nie mam po­ję­cia, którą uznać za najbardziej prawdopodobną. - Van­nii po­krę­cił głową, głasz­cząc się po bro­dzie. 

Po­go­da zdą­ży­ła zro­bić obrót o sto osiem­dzie­siąt stop­ni i roz­mo­wie trzech Cel­tów to­wa­rzy­szy­ć zaczęły od­gło­sy kro­pli desz­czu bębniących w strze­chę chat­ki. Mały, drew­nia­ny domek położony był na skra­ju lasu. Kry­jów­ka Ba­śniow­ców znaj­do­wa­ła się kil­ka­na­ście milarium od szla­ków han­dlo­wych, łą­czą­cych Venta Ice­no­rum z Lon­di­nium, więc w okolicy panował względny spokój.

– Ile to już młody leży w takim sta­nie? – za­py­tał Van­nii Catę, która usia­dła na stoł­ku obok łoża Lu­ciu­sa. 

– Z dwa dni mi­nę­ły – od­po­wie­dzia­ła, przy­kła­da­jąc dłoń do czoła nie­przy­tom­ne­go męż­czy­zny. Jego ciemnobrązowe włosy, związane wcześniej w kitkę, leżały teraz rozpuszczone na poduszce. 

– Niech go Borvo ma w opie­ce – powiedział Epil­li­cus z dziw­nym prze­ję­ciem w gło­sie. 

– Ty tak serio wie­rzysz w lo­kal­nych bogów, czy ro­bisz to na pokaz? – za­py­tał. Van­niiego zaczynały już niecierpliwić ciągłe nawiązania do bóstw celtyckiego panteonu, do któ­rych ucie­kał się jego młod­szy brat. 

– Warto w nich wie­rzyć, na­praw­dę. - Epil­li­cus po­dra­pał się po nosie. – Nigdy nie wiesz, kiedy mógł­byś po­trze­bo­wać ich po­mo­cy. 

– Taaa… Dziw­nie się ostat­nio za­cho­wu­jesz. 

– Może za­wsze byłem dziw­ny. 

Bra­cia spoj­rze­li na sie­bie, pio­ru­nu­jąc jeden dru­gie­go wzro­kiem. Bra­ter­skie prze­py­chan­ki od za­wsze im to­wa­rzy­szy­ły, były nie­od­łącz­nym ele­men­tem ich re­la­cji.

– Pójdę po­szu­kać gniaz­da tego Slu­agha – dodał po chwi­li Van­nii. 

– Wiesz prze­cież, że one za­zwy­czaj trzy­ma­ją się w razem, w gru­pach – od­po­wie­dzia­ła Cata, wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­na ze słów kompana. 

– Nikt nie za­ob­ser­wo­wał więk­szej licz­by tych de­mo­nów, więc śmiem twier­dzić, że Slu­agh jest tylko jeden. 

– Pójdę z tobą, Van­nii. – Cata wsta­ła ze stoł­ka i chwy­ci­ła gla­dius, który zwi­sał z jej bio­dra.

– Nie, ty tu zo­sta­niesz. Mu­sisz zająć się Lu­ciu­sem, ja nie mam ręki do opie… 

– Tak, jak mój bra­ci­szek mówi – prze­rwał Van­niie­mu Epil­li­cus, podchodząc do roz­ma­wia­ją­cych. – Ja z nim pójdę, a ty pil­nuj mło­de­go, w końcu jako je­dy­na tutaj znasz się na zie­lar­stwie. 

– Boję się pusz­czać was obu sa­mych… Jesz­cze się nazwajem po­za­rzy­na­cie.

– Ale że tak brat brata? Skąd­że, nigdy! – od­po­wie­dział Epil­li­cus, po czym ro­ze­śmiał się nie­zręcz­nie. 

Cata spoj­rza­ła naj­pierw na niego, a potem na Van­niie­go. Zmru­ży­ła oczy, zmar­twio­na tą całą sy­tu­acją, od­gar­nę­ła włosy z twa­rzy i po­ki­wa­ła głową. 

– Niech wam bę­dzie. 

Epil­li­cus zwią­zał zło­ci­ste włosy w kitkę, pod­niósł opar­ty o ścia­nę gla­dius i wło­żył go do po­chwy. Upew­nia­jąc się, że ma wszyst­ko, czego po­trze­bu­je, skie­ro­wał kroki w stro­nę wyj­ścia.

Van­nii także przy­go­to­wał się do wy­pra­wy i już miał wyjść razem z bra­tem, kiedy został za­trzy­ma­ny przez Catę. 

– Epil­li­cus, ty idź, muszę jesz­cze po­roz­ma­wiać z Van­niim – po­wie­dzia­ła do blon­dy­na, który wła­śnie podnosił skórę zasłaniającą wejście do chaty. 

– Jasne, po­cze­kam na ze­wnątrz – od­po­wie­dział i posłusznie wyszedł. 

Czar­no­wło­sa chwy­ci­ła Van­niie­go za rękę i przy­cią­gnę­ła do łoża Lu­ciu­sa. Ponownie usiadła na stołku i położyła drugą dłoń na sercu młodzieńca, który oddychał powoli, za­nu­rzo­ny w głę­bo­kim śnie. Spo­tka­nie z de­mo­nem kilka dni wcze­śniej po­sta­wi­ło go na gra­ni­cy życia i śmier­ci, miał wiel­kie szczę­ście, że udało mu się je przeżyć.

– To nie jest jego okres – rze­kła cicho po chwi­li ciszy. 

– Że co pro­szę? – od­parł zdzi­wio­ny Van­nii, za­sko­czo­ny dziwnymi sło­wa­mi Caty. 

– Lu­cius tra­fił tu przy­pad­kiem, miał być gdzie in­dziej. 

– Ale… jak to? Jakim cudem po­ja­wił się tutaj, w tym cza­sie? Czyż­by Ci z Góry za­wi­ni­li? 

– Nie wiem, ale czuję to. Bije od niego jakaś dziw­na ener­gia, jakby aura… Ba­śniow­ca. 

– Baśniowca, co? A co z efek­tem mo­ty­la? Prze­cież obec­ność Lu­ciu­sa znacz­nie ogra­ni­czy nasze moż­li­wo­ści, jeśli fak­tycz­nie przy­wia­ło go do złej ery. 

– Spró­bu­ję się skon­tak­to­wać z Nimi, może coś wie­dzą. My­ślisz, że przy­był tutaj z… 

– An­da­he­imur? Wąt­pię, prze­cież wtedy by nie zo­stał za­ata­ko­wa­ny – dokończył za nią.

– Do­brze, do­łącz do Epil­li­cu­sa i… bądź­cie ostroż­ni, pro­szę. – Cata po­gła­ska­ła Van­niie­go po twa­rzy, po czym dała mu cie­pły, po­że­gnal­ny po­ca­łu­nek. 

– Pro­szę cię, prze­cież nic mi się nie sta­nie – od­po­wie­dział jej bro­dacz, z uśmie­chem na­ma­lo­wa­nym na twa­rzy. 

Po czym wy­szedł. 

 

*** 

 

Bracia szli przez las z wyciągniętymi gladiusami. Głowy przykrywały im kaptury, ra­mio­na zaś okry­te mieli pe­le­ry­na­mi z je­le­nich skór. Vannii niósł na plecach torbę pełną przeróżnych specyfików zielnych, mogących uratować życie człowieka, który znalazłby się w trudnej sytuacji.

Po­go­da nie była ide­al­na do pro­wa­dze­nia po­szu­ki­wań, ale przy­naj­mniej ist­nia­ła więk­sza szan­sa na to, że de­mo­ny wyjdą ze swo­ich kry­jó­wek. Ła­twiej bo­wiem jest zna­leźć pie­kiel­ne stwo­rze­nia, gdy nie­bio­sa nie sprzy­ja­ją lu­dziom.

Myśli Van­niie­go ob­ra­ca­ły się wokół Slu­agha, który hi­po­te­tycz­nie za­ata­ko­wał do­mo­stwo star­szej ko­bie­ty ze sto­li­cy. „Jak go po­dejść?”, pró­bo­wał zna­leźć dobre roz­wią­za­nie, „Czym go naj­pierw za­ata­ko­wać?”. Walka ze złymi du­cha­mi nie na­le­ża­ła nigdy do pro­stych czyn­no­ści, dla­te­go tylko nie­licz­ni po­dej­mo­wa­li się tego wy­zwa­nia. 

Ba­śniow­cy, czyli pil­nu­ją­cy po­rząd­ku w cza­sie i prze­strze­ni, byli je­dy­ni w swoim ro­dza­ju. Na­zy­wa­no ich różnie, za­leż­nie od kul­tu­ry i okre­su. „Tu­atha De Da­nann” wśród Cel­tów (cho­ciaż wielu uznawało ich już za wymarłych), „Pół­bo­go­wie” przez Gre­ków – to tylko niektóre z ich imion.

Jednocześnie byli i ich nie było. Jako strażnicy historii musieli zapobiegać temu, żeby złe duchy nie namieszały w biegu wydarzeń, nie zachwiały równowagi we Wszechświecie.

Tak jak “Tuatha De Danann”, demony także były… i ich nie było. Skakały między erami, próbując zmieniać historię dla swojej korzyści. Jeśli Andaheimur chciał zmienić bieg jakiejś wojny, żeby wzmocnić swoją pozycję we Wszechświecie, do tego okresu wysyłał swoich podwładnych.

W tych momentach wkraczali Baśniowcy.

– Trzy­masz się tam? – za­py­tał Van­nii brata, który szedł w ciszy, dwa metry przed nim. 

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, nie martw się – od­po­wie­dział Epil­li­cus, prze­bi­ja­jąc gło­sem szum deszczu. 

Kon­ty­nu­owa­li wę­drów­kę, aż do­szli do roz­le­głej, le­śnej po­la­ny. Wiel­ka łąka po­kry­ta była nie­zli­czo­ny­mi ga­tun­ka­mi ro­ślin, które ubar­wia­ły okolicę prze­róż­ny­mi ko­lo­ra­mi. 

– Ko­ja­rzysz to miej­sce, Van­nii? – spytał Epil­li­cus. 

– Ach tak, miej­sce bitwy z Pu­bliu­sem Osto­riu­sem Sca­pu­lą. Spryt­ny był to mha­sta­ig.

– Ko­lej­na prze­gra­na Ice­nów… – dodał zre­zy­gno­wa­nym gło­sem Epil­li­cus, wciąż sto­jąc kilka me­trów przed Van­niim. 

– Przy­pro­wa­dzi­łeś mnie tu w ja­kimś kon­kret­nym celu, poza po­szu­ki­wa­nia­mi Slu­agha? – za­py­tał w końcu rudy bro­dacz, któremu nie dawało spokoju dziwne zachowanie brata. 

– Do­brze ci się współ­pra­cu­je z rzym­ski­mi fe­al­l­ta­ire­an

– O co ci teraz cho­dzi? 

– Mam dość two­jej igno­ran­cji, bra­cisz­ku. - Epil­li­cus od­wró­cił się i ścią­gnął kap­tur. Oczy blondyna były prze­krwio­ne, a źre­ni­ce pa­ła­ły ogni­stym ko­lo­rem. Zaczął ciężko dyszeć. 

– Nie pró­buj tego nawet. - Van­nii pod­niósł miecz i przy­jął po­zy­cję do walki. – Nie chcę bić się z wła­snym bra­tem, co ci strze­li­ło do głowy? 

– Twoje zdra­dy wobec Bo­udi­ki, już prze­kra­cza­ją wszelkie gra­ni­ce, Van­nii. – Epil­li­cus także przy­jął po­sta­wę bi­tew­ną. 

– Prze­cież wiesz, że to, co robię, jest słusz­ne – od­parł, za­sko­czo­ny nagłą wro­go­ścią brata. – Pa­mię­tasz o efek­cie mo­ty­la, prawda? Nie mo­że­my zmie­niać hi­sto­rii, Epi. My mamy ją chro­nić! A to, że Rzy­mia­nie po­ko­na­li Ice­nów we wszyst­kich woj­nach, to nie moja wina! Twoja także nie! Ale jeśli bę­dziesz mie­szał w prze­szło­ści… nie wiesz, do czego może to do­pro­wa­dzić! 

– Do po­tę­gi i wy­gra­nej na­sze­go ludu, Van­nii.

Epil­li­cus rzu­cił się na brata, pró­bu­jąc tra­fić go ostrzem. Wyszkolony w szermierce Vannii doskonale wiedział, jak obronić się przed atakiem. Na jego szczę­ście to wła­śnie on był za­wsze tym „le­piej wy­szko­lo­nym” z dwój­ki ro­dzeń­stwa, więc czuł się cał­kiem pew­nie. Epi wymierzał cios za cio­sem, ale to jed­nak Van­nii gó­ro­wał pre­cy­zją i szyb­ko­ścią.

– Nie wie­rzę… że od­da­łeś się… An­da­he­imu­ro­wi – mówił bro­dacz po­mię­dzy ko­lej­ny­mi ata­ka­mi. – Zdra­dzi­łeś… Nie­bio­sa… 

– W dupie mam Nie­bio­sa! To chwa­ła Bo­udi­ki jest wiecz­na! 

W tym mo­men­cie Van­nii wy­ko­rzy­stał mo­ment i ciął brata w ramię. Ostrze za­bar­wi­ło się na ciem­no­czer­wo­no. Kar­ma­zy­no­wa ciecz wy­cie­ka­ła z nowo po­wsta­łej rany, bru­dząc ubra­nie Epil­li­cu­sa. 

Nagle rozległ się ryk. 

Ogłu­sza­ją­cy, prze­cią­gły wrzask wy­do­był się z gar­dła blondyna i roz­legł echem po oko­li­cy. Epil­li­cus od­sko­czył do tyłu. Nagle z desz­czu wy­ło­ni­ło się kilka wiel­kich syl­we­tek, które sta­nę­ły za Epil­li­cu­sem, two­rząc pew­ne­go ro­dza­ju mur z ciał. 

– Fo­mo­ri? Na­praw­dę zni­ży­łeś się do tego po­zio­mu, bra­cie? – zadał re­to­rycz­ne py­ta­nie Van­nii, znie­sma­czo­ny wi­do­kiem. 

– Oni przy­naj­mniej wspie­ra­ją moje cele – od­po­wie­dział opę­ta­ny blondyn, szcze­rząc zęby w prze­ra­ża­ją­cym uśmie­chu. 

– To oni wykorzystują ciebie! Jesz­cze jest szan­sa się na­wró­cić, pro­szę cię, Epi! To nie musi się tak skoń­czyć. 

We­zwa­ne mon­stra ru­szy­ły na Van­niie­go. Ro­ga­te hu­ma­no­idy – jedne odzia­ne w skóry, inne w więk­szo­ści nagie, z twa­rza­mi po­wy­gi­na­ny­mi, szpet­ny­mi, które przypominały naj­gor­sze kosz­ma­ry. Ba­śnio­wiec wy­szep­tał zda­nie w sta­ro­ga­elic­kim i jego miecz za­bły­snął na mo­ment, po czym wró­cił do nor­mal­nej formy.

Zwy­kły oręż nie ranił de­mo­na z An­da­he­imu­ru, po­bło­go­sła­wio­ny – to już inna bajka. Gla­dius, na­peł­nio­ny mocą Nie­bios, za­czął atakować Fomorian. Mon­stra pa­da­ły od ostrza wo­jow­ni­ka, wy­da­jąc gło­śne ryki. Było ich coraz wię­cej, nad­cho­dzi­ły z wyrwy w cza­so­prze­strze­ni, którą utworzył zdemonizowany Epillicus.

Płyny ustro­jo­we kre­atur mie­sza­ły się z wodą desz­czo­wą i mo­czy­ły zie­mię u stóp Van­niie­go. Z każdą kolejną krótką klepsydrą walki tra­cił coraz wię­cej sił. Wyrwa An­da­he­imu­ru wprawdzie ma­la­ła, jed­nak wciąż wy­plu­wa­ła ohyd­ne mon­stra.

W końcu ko­ścia­na włócz­nia któ­re­goś z Fo­mo­rian prze­bi­ła plecy Baśniowca, po­sy­ła­jąc go na ko­la­na. Demon trzy­mał drugi ko­niec broni, przyciskając Vanniiego do ziemi. Resz­ta kre­atur oto­czy­ła ko­na­ją­ce­go wo­jow­ni­ka i utwo­rzy­ła ko­ry­tarz, któ­rym Epil­li­cus mógł przejść w stro­nę brata. 

– Efekt… mo­ty­la… – wy­ją­kał umie­ra­ją­cy Van­nii. – Nie mo­żesz… zmie­nić… prze­szł… 

Prze­rwał mu wymierzony w twarz cios. Epil­li­cus uci­szył Ba­śniow­ca, po czym pod­niósł gla­dius nad jego głowę. 

– Głu­piś, Van­nii – oznajmił – skoro je­steś w sta­nie po­świę­cić duszę dla Rzy­mian, a ro­da­ków mia­łeś w dupie. 

I wbił ostrze w jego głowę. 

 

*** 

 

Świadomość zaczęła powracać do Luciusa i począł otwierać powieki. Cata sie­dzia­ła obok, po­grą­żo­na w płyt­kim śnie.

– Gdzie… co? – wymawiał pierwsze słowa, mamrotał, jeszcze nie w pełni przytomny. 

Ko­bie­ta obu­dzi­ła się nagle i wpa­dła w en­tu­zjazm, gdy zo­ba­czy­ła półsiedzącego młodzieńca. 

– Ży­jesz! Ach, ży­jesz! – zawołała radośnie. – Już my­śla­łam, że się nie obu­dzisz. 

– Kim je­steś? – za­py­tał ospa­le. 

– Cata, miło mi cię wresz­cie po­znać oso­bi­ście. – Zła­pa­ła jego rękę i ści­snę­ła. – Mam ci wiele do wy­tłu­ma­cze­nia, cho­ciaż pew­nie le­piej będzie poczekać z tym na Van­niie­go i Epil­li­cu­sa. 

– Kim są Van­nii i Epil­li­cus? 

– Do­wiesz się już nie­dłu­go, w tej chwili robią coś waż­ne­go. – Uśmiech­nę­ła się i po­kle­pa­ła Luciusa po ra­mie­niu. – Po­win­ni wró­cić za kilka go­dzin. 

– Aha, rozumiem… – zawahał się na moment, przytłoczony ilością informacji. – Mam na imię Lucius.

– Ciekawe imię. – Złapała się za podbródek, obserwując go badawczym wzrokiem. – Bardzo… dostojne.

– Możliwe, ale sam bardzo dostojny nie jestem. – Uśmiechnął się delikatnie, rozbawiony własnymi słowami. Kąciki ust Caty także powędrowały ku górze.

– Jak się czujesz?

– Jakby wielki sopel lodu wbił się w moje wnętrzności – zaczął opisywać swój stan. – Czuję dziwne zimno.

– Pamiętasz, jak się tu znalazłeś? – Pochyliła delikatnie głowę.

– Trochę tak, trochę nie – odparł, próbując odświeżyć zamglone wspomnienia.

– Jak mogłabym ci to powiedzieć… – Odchyliła się lekko na stołku i spojrzała na sufit, próbując wybrać najtrafniejsze słowa. – Przeżyłeś atak demona.

– Co?! – Wyprostował plecy na tyle, że siedział teraz na łożu. – Czy to jakieś żarty?

– Wiem, że trudno uwierzyć w coś takiego. – Podniosła dłoń, próbując uspokoić go gestem. – Ale symptomy, które odczuwasz, są jednoznaczne.

– A co z moimi kompanami? – Zaczął rozglądać się po chatce, próbując znaleźć swoich towarzyszy, z którymi zaczaił się na konwój, ale nikogo więcej nie było. – Gdzie oni są?

– Nie żyją, przykro mi. – Spuściła oczy ku ziemi. – Ich dusze nie były w stanie wytrzymać takiego obciążenia.

– O czym ty do mnie mówisz, kobieto?! – krzyknął, przytłoczony tym wszystkim, co do niego docierało.

– Jesteś może głodny? – spytała ni stąd, ni zowąd, próbując zmienić temat rozmowy.

– Jakie dem… – zawahał się na moment. – Tak, w sumie to tak.

– Przygotuję coś, a ty odpoczywaj. – Wstała ze stołka, złapała go za ramię, spojrzała mu w oczy i odeszła do ogniska.

– J-jak to n-nie żyją… – zaczął jąkać się pod nosem, próbując połączyć fakty, które zostały mu przekazane. – Wszyscy?

– Niestety. Zapytałabym o to, co wam strzeliło go głowy, żeby rzucać się na rzymski konwój, ale pewnie nie masz siły odpowiadać. – powiedziała zgryźliwym tonem, mieszając coś w garnku.

– Właśnie mnie o to zapytałaś. – odrzekł Lucius, czując, jak gula wstydu rośnie mu w gardle.

– Kto ci kazał to zrobić?

– Ale co kazał? Od razu, że kazał. Jakie kazał? – odpowiadał, potykając się o własne słowa.

– Nikt nie jest takim idiotą, żeby z własnej woli zaatakować cesarskich bez dobrego wyposażenia. – Pokręciła głową i westchnęła. – „Rzucicie się z motyką na słońce, a otrzymacie bogactwa nie z tej Ziemi”. Tak było, prawda? Dostaliście jakieś stare, rzymskie, pordzewiałe miecze, poszarpane skóry i kazali wam walczyć? Ile obiecali, starczyłoby pieniędzy na chleb?

– Skoro wcześniej się udawało…

– Co udawało? – przerwała mu, wyraźnie podirytowana lekkomyślnością chłopaka. – Mówisz o atakach zorganizowanych przez królewskie oddziały czy może historyjki wymyślone przez ulicznych huliganów, które opowiadają, żeby wabić takich naiwnych młodziaków jak ty?

– A co ty się tak mną przejmujesz w ogóle? – Lucius zmarszczył czoło, zdziwiony burzliwą reakcją kobiety. – Nawet mnie nie znasz, to co ci do tego, co robię ze swoim życiem?

– Pstro. Głupol z ciebie.

Lucius spuścił wzrok, zawstydzony całą sytuacją. Dorosła kobieta, kilka lat starsza, może dekadę, prawiła mu kazanie, dlaczego jego wybory życiowe są idiotyczne. Cata zauważyła to i dodała:

– Nie winię ciebie za śmierć twoich towarzyszy – mówiła teraz spokojniejszym tonem. – Wiem, jak to jest być dzieckiem ulicy, i wiem, do czego może się posunąć zdesperowana, głodna młodzież.

Łza spłynęła z jej oka i spadła prosto do gotowanej potrawki.

– Ale obawiam się, że to nie rzymska stal pozabijała twoich towarzyszy. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Wypuściliście demona.

W tym samym mo­men­cie obu­dził się motyl, który spał na belce, pod­trzy­mu­ją­cej dach. 

Przefrunął mię­dzy twa­rza­mi roz­ma­wia­ją­cych ze sobą osób i wyleciał na ze­wnątrz, w stro­nę braci Ba­śniow­ców. 

 

* krótka klepsydra – jednostka miary czasu odpowiadająca jednej minucie

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj, cieszy mnie decyzja o publikacji, bo to oznacza Twoją naprawdę rzetelną pracę nad tekstem.

To ja Tobie bardzo dziękuję za zaproszenie i zaufanie. :)

Gratuluję pomysłu i naprawdę niezwykłej wyobraźni, życzliwego podejścia do dyskusji podczas bety oraz przemyślanych zmian. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

Pecunia non olet

To ja się podepnę pod bruce – dziękuję Ci, Barbarianie, za świetną współpracę, zaufanie i wytrwałą redakcję, bardzo to doceniam :) Trzymam kciuki za Twoje kolejne teksty!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Dziękuję Wam jeszcze raz! Za miłe słowa, pomoc, redagowanie – wszystko. :3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cześć!

Zajrzałam, bo lubię mitologię celtycką i sądzę, że jest troszeczkę niedoceniana na rzecz tego, co wałkujemy w szkołach. Z radością znalazłam w Twoim tekście wiele odniesień do motywów mniej i bardziej znanych, tekst płynął też w miarę gładko, bez większych zatrzymań. 

Największym zarzutem, jak można tu postawić, byłaby pewna fragmentaryczność, bo dajesz nam opis rzeczywistości, bardzo rozbudowany w dodatku, oraz zawiązanie intrygi. I w tym momencie tekst się kończy, a szkoda, bo dopiero narobiłeś smaku na to, co tam się będzie działo. 

Innymi słowy, musisz popracować nad proporcjami i kompozycją, ale czytało się w miarę gładko i przyjemnie.

Pozdrawiam

Witaj!

Bardzo mi miło, że znalazłaś w tekście coś, co lubisz. Super także słyszeć, że tekst czytało się przyjemnie,  cieszy mnie to niezmiernie!

A z tą fragmentarycznością to prawda. Lubię zaczynać wiele wątków, żeby stopniowo je odkrywać, ale no też co za dużo to niezdrowo. Postaram się te najważniejsze zamknąć w innym opowiadaniu, a w reszcie tekstów trzymać się bardziej zamkniętego schematu.

Pozdrawiam serdecznie!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Zgadzam się z przedpiścami, widać solidną pracę nad tekstem, zwłaszcza pod względem technicznym. Podczas czytania odniosłam wrażenie, że w opowiadaniu przedstawiasz fragment większego świata. Podajesz wiele nazw własnych, trochę się pogubiłam.

Ogólnie, opisy są plastyczne, budujesz ciekawą rzeczywistość, bliską klasycznemu fantasy.

A z tą fragmentarycznością to prawda. Lubię zaczynać wiele wątków, żeby stopniowo je odkrywać, ale no też co za dużo to niezdrowo. Postaram się te najważniejsze zamknąć w innym opowiadaniu, a w reszcie tekstów trzymać się bardziej zamkniętego schematu.

Myślę, że to dobra droga. IMO, w tym opowiadaniu zabrakło skupienia się na jednym wątku.

Dziękuję! Najważniejsze, że widać postęp i pozytywną zmianę. Faktycznie, ilość wątków wrzuconych na raz może być konfundująca, więc lepiej skupić się na bardziej prostoliniowej fabule.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Technicznie jest całkiem-całkiem. To dobrze wróżyło, choć początek solidnie mnie znudził. Niestety widać to, przed czym ostrzegałeś we wstępie dla czytelników – że całe opowiadanie to przyczynek do większej całości. Niestety samo wrzucanie infodumpów nie sprawi jeszcze, że je, jako czytelnik, zapamiętam. Wręcz na koniec miałem lekki mętlik w głowie, bo wiele rzeczy zostawione jest na potem, ale czy będę je pamiętał przy następnym tekście? Sam piszę swoje teksty jako część większego świata, ale staram się, by broniły się one same. Tutaj mi tego trochę zabrakło.

Na plus definitywnie opisy oraz całokształ świata, jaki się wyłania – to definitywnie przyciąga mnie, namiętnego poznawacza różnych światów :)

Podsumowując: koncert fajerwerków mocno skupiający się na dalszych tekstach, stąd nie do końca broniący się jako samodzielny twór. Ale ma na tyle też sporo zalet, że czyta się go w miarę przyjemnie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, że wpadłeś! Wszystkie uwagi wezmę pod, no, uwagę :)

 

Miło mi, że świat Ciebie zainteresował. Taki był w końcu zamiar, więc zostało to spełnione!

 

Postaram się ujednolicać kolejne teksty i kontynuować Baśniowca.

 

Pozdrawiam i dziękuję jeszcze raz!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Nowa Fantastyka