- Opowiadanie: Fladrif - Marchwi będą służyć

Marchwi będą służyć

Przed opo­wia­da­niem stoi ta­blicz­ka z na­pi­sem “Uwaga na głowy. Cięż­ki humor”

 

Ser­decz­nie dzię­ku­ję be­tu­ją­cym za wni­kli­we ko­men­ta­rze i świet­ne po­my­sły.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Marchwi będą służyć

Wolne Mia­sto Hol­ton po­zo­sta­wa­ło wol­nym dla­te­go, że nie miało nic do za­ofe­ro­wa­nia. Nie było po­tę­gą mi­li­tar­ną ani han­dlo­wą, w po­bli­żu nie le­ża­ła żadna waż­niej­sza ko­pal­nia czy nawet ka­mie­nio­łom. Żadne kró­le­stwo nie przy­zna­wa­ło się do mia­sta. Gdyby Hol­ton we­szło w skład czy­jejś do­me­ny, za­ni­ża­ło­by sta­ty­sty­ki.

Więk­szość bu­dyn­ków le­ża­ła w gru­zach po tym, jak przez mia­sto przewaliły się woj­ska Ordy. Hol­ton miało ze­ro­wą siłę mi­li­tar­ną, bur­mistrz po­sta­no­wił więc “za­cho­wać neu­tral­ność” i po­cze­kać, aż horda zwró­ci się ku bogatszym zie­miom. Bar­ba­rzyń­cy nie znali litości, więc po­trak­to­wa­li mia­sto jako roz­grzew­kę przed łu­pie­niem i mor­do­wa­niem na po­waż­nie.

Po­ran­na sesja Rady Mia­sta, choć od­by­wa­ła się w okro­jo­nym skła­dzie, wy­my­ka­ła się spod kon­tro­li. Pra­wem sil­niej­sze­go wdzie­ra­ła się w porę obia­do­wą. Bur­mistrz Bum­bler za­dbał o cia­stecz­ka i wodę, jed­nak więk­szość człon­ków po­sie­dze­nia miała do tej ostat­niej am­bi­wa­lent­ny sto­su­nek. Uwa­ża­li, że woda ow­szem, ma swoje plusy, ale w for­mie sta­łej, ser­wo­wa­nej jako chło­dzą­cy do­da­tek do na­po­jów o więk­szym stę­że­niu al­ko­ho­lu.

Na stole był jed­nak o wiele waż­niej­szy temat niż woda, cia­stecz­ka czy nawet so­lid­ny obiad. Wa­ży­ły się losy ca­łe­go mia­sta.

– Nie mo­że­my się na to zgo­dzić! – pod­jął radny Gal­bin z Gil­dii Ku­piec­kiej. – Nie mo­że­my nawet o tym my­śleć. Czeka nas eks­ko­mu­ni­ka i stos, a nawet nie chcę my­śleć, co bę­dzie potem.

– To tylko roz­wią­za­nie tym­cza­so­we – za­pew­ni­ła radna Fa­ir­fax z Cechu Bu­dow­ni­czych. – Dra­ma­tycz­nie bra­ku­je nam ro­bot­ni­ków, a to znacz­nie przy­spie­szy­ło­by wszyst­kie prace. Pół mia­sta leży w gru­zach. Na do­da­tek przy ostat­nim wy­bu­rza­niu mie­li­śmy wy­pa­dek zwią­za­ny ze ścia­ną nośną i kil­ko­ma to­na­mi ce­gieł. Bra­ku­je nam ludzi, pie­nię­dzy, ma­te­ria­łów, a mamy mia­sto do od­bu­do­wa­nia. De­cy­du­jąc się na go­le­my or­ga­nicz­ne…

– Niech pani nie mydli oczu, cho­dzi o zom­bie! – ryk­nął Gal­bin, ude­rza­jąc pię­ścią w stół.

– Go­le­my or­ga­nicz­ne – po­wtó­rzy­ła z na­ci­skiem radna Fa­ir­fax – są je­dy­nym sen­sow­nym wyj­ściem. Nie mu­si­my ni­cze­go roz­gła­szać, nikt o ni­czym się nie dowie. Na czas pracy oto­czy­my stre­fę bu­do­wy kor­do­nem stra­ży tak, że nawet mysz się nie prze­śli­zgnie.

Człon­ko­wie stra­ży miej­skiej Hol­ton nie byli wy­bie­ra­ni ze wzglę­du na spryt i do­cie­kli­wość. Pod­czas re­kru­ta­cji pa­no­wa­ła za­sa­da "kto pierw­szy, ten lep­szy" choć le­piej pa­so­wa­ła "kto ostat­ni, ten zgni­łe jajo".

– Go­le­my or­ga­nicz­ne. – Pan Fons, kat, zaproszony na posiedzenie w trybie wyjątkowym, postanowił się wtrącić do dyskusji. – To może się udać. Mogą pra­co­wać cały dzień bez prze­rwy. Zmar­li nie znają zmę­cze­nia, praw pra­cow­ni­czych… ani pie­nię­dzy.

Na to ostat­nie słowo bur­mistrz Bum­bler po­de­rwał się z krze­sła i za­czął krą­żyć po po­ko­ju za­ska­ku­ją­co żwawo, jak na kogoś, kto skła­da­ się prak­tycz­nie z sa­mych fałd i pod­bród­ków.

– Mogę się na to zgo­dzić, ALE… mu­si­my zna­leźć od­po­wied­nie­go maga. Ma być zrów­no­wa­żo­ny, z peł­nym wy­kształ­ce­niem. Żad­nych pro­fe­so­rów wy­rzu­co­nych z uni­wer­sy­te­tu, żad­nych świr­nię­tych pu­stel­ni­ków. Poza tym trze­ba bę­dzie za­sto­so­wać środ­ki ostroż­no­ści pod­czas przy­wo­ły­wa­nia.

– Może ja­kieś od­osob­nio­ne la­bo­ra­to­rium w za­mczy­sku na kli­fie? – spy­tał iro­nicz­nie Gal­bin.

– Nie, wy­star­czy so­lid­na pała nad cze­re­pem ne­kro­man­ty. Nie chce­my go­le­mów or­ga­nicz­nych ha­sa­ją­cych bez smy­czy po mie­ście. Lu­dzie wpad­ną w po­płoch. I pa­mię­taj­cie, sto­su­je­my pierw­szą za­sa­dę ostroż­no­ści.

Brzmia­ła ona mniej wię­cej: „Rób­cie, co ko­niecz­ne, ale jak coś pój­dzie nie tak, o ni­czym nie wie­dzia­łem”. To po­dej­ście do trud­nych spraw spra­wia­ło, że mimo wielu klęsk i nie­po­wo­dzeń bur­mistrz miał za­pew­nio­ną miłą i cie­płą po­sad­kę na dłu­gie lata. Na­stęp­ca bę­dzie mu­siał usu­nąć go z ga­bi­ne­tu razem z biur­kiem. Trud­no by­ło­by uwie­rzyć, że ktoś, kto pro­wa­dzi do­rocz­ny Fe­styn Ja­błecz­ni­ka ma coś wspól­ne­go ze spro­wa­dze­niem do mia­sta golemów organicznych.

– Myślę, że mamy od­po­wied­nie­go czło­wie­ka do tego za­da­nia – po­wie­dzia­ła radna Fa­ir­fax, uśmie­cha­jąc się ta­jem­ni­czo.

*

– Wy­klu­czo­ne.

Pro­fe­sor Ales­san­drius Gre­go­rius Tut­tle był dla resz­ty ma­gicz­nej kadry pe­da­go­gicz­nej spe­cja­li­stą do spraw al­che­mii sto­so­wa­nej i teo­rii ne­kro­man­cji. Przy­ja­cie­le znali go jako ce­nio­ne­go człon­ka Koła Okul­ty­stycz­ne­go i współ­za­ło­ży­cie­la Ligi Tę­pie­nia Pre­sti­di­gi­ta­to­rów i Mimów. Dla studentów był autorem nudnych artykułów, które można było znaleźć w prestiżowych periodykach i – niestety – na większości egzaminów. 

Dla rad­nej Fa­ir­fax był na­to­miast ma­łost­ko­wym wa­ria­tem i cho­ler­nym skąp­cem, który nie ro­zu­miał idei tar­go­wa­nia. Za każ­dym razem, gdy ofer­ta była niż­sza, niż sie­dem srebr­nych gro­szy, od­po­wia­dał "wy­klu­czo­ne".

– Do­brze, niech stra­cę, sie­dem gro­szy od ciała.

– Stoi! – Tut­tle z za­do­wo­le­niem wci­snął rękę mię­dzy gu­zi­ki ka­mi­zel­ki.

– Kiedy mo­że­my li­czyć na pierw­sze efekty? Za­le­ży nam na jak naj­szyb­szym efek­cie.

– Jak wam za­le­ży na efek­cie, to wy­naj­mij­cie lal­ka­rza, niech wam ich po­wią­że sznur­ka­mi! Też mi coś. Banda igno­ran­tów! Ani­mi­za­cja to de­li­kat­ne i sub­tel­ne zadanie, a nie jakaś tam jar­marcz­na sztucz­ka za mie­dzia­ka!

– Pro­fe­so­rze Tut­tle, nam za­le­ży na tym, żeby no­si­li cegły na bu­do­wie, nie re­cy­to­wa­li Ham­be­ta. Po­mi­ja­jąc wszyst­kie niu­an­se, mo­że­my spo­dzie­wać się pierw­sze­go po­ka­zu w…

– Czwar­tek. Tuż po obie­dzie… no, może le­piej przed obia­dem. Te sie­dem gro­szy to oczy­wi­ście na czy­sto, wy­dat­ki na ma­te­ria­ły po­kry­wa­cie wy. Trze­ba jesz­cze do­star­czyć obiek­ty do badań.

– Czyli?

– No… zwło­ki. Naj­le­piej świe­że, do­brze za­cho­wa­ne. I w dniu po­ka­zu przy­da­dzą się klip­sy do pra­nia.

*

Bur­mistrz Bum­bler po­wo­li tra­cił zapał do po­my­słu z go­le­ma­mi or­ga­nicz­ny­mi. Drugi raz w ciągu jed­ne­go ty­go­dnia prze­kła­dał obiad. Na do­da­tek mu­siał je­chać aż za mia­sto, bo cała pre­zen­ta­cja miała się odbyć w za­kła­dzie po­grze­bo­wym pana Fonsa.

Ze wzglę­du na mało za­szczyt­ną funk­cję kata, pan Fons nie mógł miesz­kać w ob­rę­bie murów miej­skich. Na do­bit­kę Hol­ton wcale murów nie po­sia­da­ło. Pan Fons my­ślał jed­nak per­spek­ty­wicz­nie i nie­sza­blo­no­wo, dla­te­go wy­bu­do­wał za­kład tak, żeby sty­kał się z mu­ra­mi, które do­pie­ro po­wsta­ną. W efek­cie dom wy­glą­dał, jakby prze­cię­to go na pół.

Gdy bur­mistrz do­tarł do za­kła­du, wszy­scy byli już na miej­scu. Fa­ir­fax krążyła gniewnie po placu, Gal­bin pa­trzył na bur­mi­strza z miną "pro­szę nawet nie za­czy­nać", a pro­fe­sor Tut­tle wdał się w cichą, ale bar­dzo burz­li­wą dys­ku­sję z panem Fon­sem, który całym cia­łem dawał do zro­zu­mie­nia, że nie wie, o co cho­dzi.

– Wszyst­ko jest już go­to­we, obiekt czeka na roz­ka­zy. – Cza­ro­dziej dum­nie wy­piął pierś. – Mo­że­my za­czy­nać pre­zen­ta­cję.

– Co to zna­czy, że czeka na roz­ka­zy? A kto go pil­nu­je?

– Sier­żant Spo­oner.

Cza­ro­dziej wrę­czył każ­de­mu ze­bra­ne­mu po klip­sie do bie­li­zny, potem na­ka­zał wszyst­kim za­ci­snąć je na nosie i nie zdej­mo­wać, póki pre­zen­ta­cja się nie skoń­czy. Pan Fons opo­no­wał.

– Prze­cież zwło… – Za­ciął się na chwi­lę, wi­dząc wzrok bur­mi­strza. – …obiekt był świe­ży, świe­żu­teń­ki, jesz­cze rano wołał "ra­tun­ku!".

– To nie kwe­stia ma­te­ria­łu, ale mik­stu­ry, którą mu­sia­łem wtło­czyć mu do… no, nie­waż­ne, nie pach­nie naj­le­piej. Uwaga, otwie­ram drzwi.

Po­wie­dzieć, że w piw­ni­cy śmier­dzia­ło, to jak nie po­wie­dzieć nic. Za­pach mo­kre­go psa, wę­dzo­nych skar­pet i go­to­wa­nej ka­pu­sty wwier­cał się w noz­drza jak świ­der, a za­to­ki pa­li­ły żywym ogniem, jakby wkro­czył do nich od­dział czer­wo­nych mró­wek.

– Tro­chę śmier­dzi, ale po­wstrzy­mu­je roz­kład. Muszę jesz­cze do­pra­co­wać for­mu­łę, może dodam ja­kieś olej­ki ete­rycz­ne. Ja je­stem przy­zwy­cza­jo­ny, ale inni mogą mieć pro­ble­my. Panie Fons, czy mógł­by pan ocu­cić panią Fa­ir­fax?

Golem był za­ska­ku­ją­co żwawy jak na nie­bosz­czy­ka. krą­żył po lochu w po­szu­ki­wa­niu głowy, która naj­wy­raź­niej zsu­nę­ła mu się z ra­mion i po­tur­la­ła gdzieś pod stół do sek­cji. W kącie stał sier­żant Spo­oner, który naj­wy­raź­niej bar­dzo pró­bo­wał wto­pić się w ścia­nę.

– Rusza się… – wy­szep­tał Gal­bin. – On żyje, on żyje. ON ŻYJE! – wy­krzyk­nął, wzno­sząc dło­nie ku po­wa­le.

– Brożę zię uzbo­ko­ić, nie jest pan u zie­bie w dobu. – Bur­mistrz nie był pewien, czy Galbin ironizuje, czy ma nierówno pod sufitem. 

– Bże­bra­żam. To jest po pro­stu dak nie­do­rzecz­ny po­bysł…

– Sier­żan­cie! – ryk­nął bur­mistrz – Gdzie do dzięż­kiej cho­le­ry wasza pałka, bie­li­ście pil­no­wać cza­ro­dzie­ja. I czebu nie bacie zatycz­ki, prze­cież tu śbier­dzi jak jazny gwint.

– M-mel­du­ję, że po­zo­sta­łem z o-or­ga­nicznym obiek­tem tak, jak kazał pan psor. Jak tylko trza­snął drzwia­mi, to on się wy­stra­szył i głowa mu spa­dła. I ciek­nie z niego ta mik­stu­ra, co pach­nie jak po­traw­ka mojej świę­tej pa­mię­ci ma­mu­si.

Wszy­scy ze­bra­ni kon­tem­plo­wa­li przez chwi­lę ta­lent ku­li­nar­ny ma­tecz­ki Spo­oner, po czym bur­mistrz zwró­cił się do pana Fonsa.

– Wy­ja­źni­cie mi boże, czebu den obiekd nie ba głowy?

– No… biały być źwie­że zwło­gi, a że dzi­siaj była eg­ze­ku­dzja, to po­by­śla­łem sobie, że naj­śwież­sze będą naj­lep­sze. To się zszy­je, a jebu już wszyzt­ko obo­jęd­ne.

Bur­mistrz za­czął ma­so­wać sobie skro­nie. Radny Gal­bin stwier­dził, że skoro nie może przyjmować powietrza nosem, to tym bardziej nie chce wdychać go ustami, po czym wybiegł z piwnicy.

Gdy tylko udało się umie­ścić głowę z po­wro­tem na miej­scu, cza­ro­dziej za­czął pokaz. Nie­bosz­czyk co do joty wy­peł­niał po­le­ce­nia, ce­chu­jąc się przy tym nie­by­wa­łą wprost siłą. Tak, jak się spo­dzie­wa­li, nie wy­ka­zy­wał przy tym ani krzty zmę­cze­nia, ani odro­bi­ny złej woli.

– Może robić wszyst­ko, co mu po­wie­cie. Nosi gruz, ukła­da cegły, za­tań­czy kan­ka­na. Im le­piej ra­dził sobie z wy­ko­ny­wa­nym za­ję­ciem za życia, tym lep­sze efek­ty osią­gnie. Ma przy tym pod­sta­wo­wy in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy. Może pra­co­wać bez prze­rwy, a za­pach da się zli­kwi­do­wać, co oczy­wi­ście bę­dzie nieco kosz­to­wać. – Tut­tle spoj­rzał na radną Fa­ir­fax, która na chwi­lę oprzy­tom­nia­ła, ale tylko po to, żeby wy­krzy­wić twarz w grymasie wściekłości.

– No do­brze… – wes­tchnął Bum­bler – niby wszyzt­ko ro­zu­bieb. Ale… co one wła­źci­wie jedzą? Bo sły­sza­łeb, że głów­nie bózgi.

– Świet­nie, że pan bur­mistrz był ła­skaw spy­tać. – Pro­fe­sor Tut­tle na­pu­szył się tak, że jesz­cze tro­chę i ode­rwał­by się od ziemi. – Pa­no­wie będą ła­ska­wi spoj­rzeć.

Wy­cią­gnął z ko­szy­ka głów­kę ka­la­fio­ra, a na­stęp­nie podał go­le­mo­wi. Ten za­czął ją pa­ła­szo­wać w tak ohyd­ny spo­sób, że wszy­scy mi­mo­wol­nie od­wró­ci­li wzrok. Je­dy­nie pan Fons pa­trzył na zmar­łe­go z mie­sza­ni­ną obrzy­dze­nia i fa­scy­na­cji na twa­rzy.

– Wy­eli­mi­no­wa­łem cał­ko­wi­cie po­ciąg do su­ro­we­go, a ra­czej ży­we­go mięsa. Za­do­wa­la­ją się wa­rzyw­ny­mi sub­sty­tu­ta­mi, które wy­glą­da­ją tro­chę jak mózgi. Po­zwo­lą pa­no­wie, że wyj­dzie­my na świe­że po­wie­trze, ten za­pach tro­chę mi do­ku­cza…

– Tyczy się to tylko ka­la­fio­rów czy in­nych wa­rzyw, które przy­po­mi­na­ją ludz­kie… or­ga­ny? – spy­tał pan Fons, gdy już zdjął za­tycz­kę.

– A jakie jesz­cze wa­rzy­wa ko­ja­rzą się panu z ludz­ki­mi… or­ga­na­mi? – spy­tał bur­mistrz tonem, który su­ge­ro­wał, że nie na­le­ży po­da­wać od­po­wie­dzi.

Pan Fons za­mru­czał coś pod nosem, tra­cąc oka­zję do do­bre­go, jego zda­niem, dow­ci­pu.

– Nie muszą do­sta­wać jeść co­dzien­nie, ale gdyby stali się ka­pry­śni, wy­star­czy ka­la­fior i są spo­koj­ni. Mar­twi będą słu­żyć.

– Chyba ra­czej „Mar­chwi będą słu­żyć” – spró­bo­wał jesz­cze raz pan Fons, ale bur­mistrz utkwił w nim świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie.

– Do­brze – od­po­wie­dział ma­go­wi, cały czas pa­trząc na pana Fonsa, który pod wpły­wem spoj­rze­nia coraz bar­dziej kulił się w sobie. – Niech mi pan jesz­cze powie… jak to się ma do kwe­stii teo­lo­gicz­nych?

Wiara była dla miesz­kań­ców Hol­ton jak wy­ciecz­ka po polu mi­no­wym. Zmar­li mieli ten­den­cję do ma­ni­fe­sto­wa­nia swo­jej obec­no­ści w for­mie ete­rycz­nej. Z jed­nej stro­ny – sta­no­wi­li do­sko­na­łe źró­dło wie­dzy o świe­cie po­za­gro­bo­wym, nie­ste­ty, z dru­giej zda­wa­li do­sko­na­le orien­to­wać się w spra­wach do­cze­snych. Gdyby nie eg­zor­cy­zmy, bur­mistrz cały czas sły­szał­by przed wyj­ściem głos swo­jej świę­tej pa­mię­ci ma­mu­si mó­wią­cy: “Załóż czap­kę, bo strasz­nie dziś wieje!”.

– Cał­ko­wi­cie je omi­ja­my. Obiekt do­bro­wol­nie ofia­ro­wał swoje ciało w służ­bie nauki. Jego dusza po­szła pro­sto na nie­biań­skie pa­stwi­sko i nie bę­dzie się skar­żyć. 

– Lu­dzie pod­pi­szą każdy pa­pier, żeby unik­nąć ćwiar­to­wa­nia z po­so­le­niem – mruk­nął pan Fons.

– Świet­nie, w takim razie umowa stoi. Po­wiedz­my, że na po­czą­tek wy­star­czy pię­ciu ta­kich po­moc­ni­ków, ze wszyst­ki­mi zgo­da­mi i tak dalej. Potem zo­ba­czy­my, czy praca bę­dzie prze­bie­gać zgod­nie z pla­nem. Oczy­wi­ście ni­ko­mu ani mru-mru. To tyczy się rów­nież pana, sier­żan­cie Spo­oner. To ta­jem­ni­ca pań­stwo­wa.

– Ta jest.

W każ­dym pla­nie zda­rza­ją się moc­niej­sze i słab­sze ele­men­ty. W pla­nie Rady Mia­sta Hol­ton było zde­cy­do­wa­nie wię­cej tych dru­gich, a sier­żant Spo­oner był kimś w ro­dza­ju ludz­kie­go naj­słab­sze­go ogni­wa. Nie­zbyt do­kład­nie wie­dział, co ozna­cza "spra­wa pań­stwo­wa" ale po­przez ciąg sko­ja­rzeń doszedł do wniosku, że cho­dzi o "spra­wę pań­stwa Spo­oner". Dla­te­go wie­czo­rem, przy ko­la­cji, nie omiesz­kał opo­wie­dzieć żonie o swoim naj­dziw­niej­szym dniu w pracy od czasu, gdy mu­siał ścią­gać ro­ga­la z drze­wa przed domem bur­mi­strza.

Żona sier­żan­ta była zwo­len­nicz­ką wol­ne­go obie­gu in­for­ma­cji. Dla­te­go po­dzie­liła się opo­wie­ścią z są­siad­ką, panią Mal­bin.

– Sły­sza­ła pani? Ponoć ktoś u nas w mie­ście wskrze­sza zmar­łych i używa ich jako ta­niej siły ro­bo­czej.

– Obu­rza­ją­ce. Że też lu­dzie myślą za­ra­biać na czymś takim – od­po­wie­dzia­ła bez­na­mięt­nie pani Mal­bin, nie od­ry­wa­jąc oczu od ro­bót­ki na dru­tach.

– Mówią, że to w służ­bie mia­stu, ale ja się pytam, komu to po­trzeb­ne? Prze­cież miej­sce zmar­łych jest w gro­bie, praw­da?

– Praw­da. Mój bied­ny Ronny, niech mu zie­mia lekką bę­dzie, za­wsze po­wta­rzał, że zmar­łym na­le­ży się spo­kój.

– Mało to chło­pów, któ­rzy obi­ja­ją się i szukają pretekstu, żeby wymigać się od roboty? Teraz wy­na­leź­li sobie słu­żą­cych, już w ogóle nie bę­dzie im się chcia­ło nic robić.

– Nie, żeby za życia też nie miał spo­ko­ju. Wał­koń jeden. Nie można się go było do­pro­sić o naj­prost­szą rzecz. Wy­nie­sie­nie śmie­ci, na­pra­wa dachu, to wszyst­ko na mojej gło­wie…

– Pew­nie, mnie też przy­dał­by się ktoś, kto wy­rę­czył­by mnie w nie­zbęd­nych obo­wiąz­kach. Po­szedł na targ po za­ku­py, po­za­mia­tał pod­ło­gi w izbach. Ten mój stary to tylko służ­ba i służ­ba.

– Szyba na stry­chu od trzech lat się pro­si­ła o wsta­wie­nie, nie mó­wiąc już o za­wia­sach w szaf­kach, cały czas się nie do­my­ka­ją. Po­trze­ba tu sil­nej, mę­skiej ręki, ot, co.

– Ten mag życzy sobie za coś ta­kie­go ponoć tylko sie­dem srebr­nych gro­szy.

Pani Mal­bin odło­ży­ła ro­bót­kę.

– Sie­dem gro­szy?

*

Pro­fe­sor Tut­tle wstał rano z okrop­nym bólem ple­ców. Powodem złego samopoczucia była wczorajsza tytaniczna praca. Naj­pierw mu­siał wstać o je­de­na­stej rano, pół go­dzi­ny tłuc się za mia­sto, a na końcu przez bity kwa­drans wa­rzył mik­stu­ry i rzu­cał za­klę­cia. I wszyst­ko to na czczo. Co praw­da o pierw­szej był już w domu, ale cały dzień zmar­no­wa­ny.

– Panie pro­fe­so­rze. – Tha­dius, ka­mer­dy­ner maga zja­wił się nie­po­strze­że­nie jak za­wsze, czym przy­pra­wiał cza­ro­dzie­ja o ciar­ki. – Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale pod domem stoi tłum in­te­re­san­tów.

– Wście­kły tłum? – Tut­tle po­de­rwał się na równe nogi i za­czął po­spiesz­nie wkła­dać ubra­nie. – Wie­dzia­łem, wie­dzia­łem, że tak bę­dzie. Czło­wiek chce sobie spo­koj­nie do­ro­bić do eme­ry­tu­ry, przy oka­zji pomóc lu­dziom w po­trze­bie, a tu takie rze­czy mnie spo­ty­ka­ją. Żaden z tych gru­bo­skór­nych gbu­rów nie ro­zu­mie po­tę­gi, jaka czeka nas po od­rzu­ce­niu za­bo­bo­nów i tabu. Po­wiedz mi, czy ten tłum ma ze sobą widły i po­chod­nie?

– Nie, pa­nie pro­fe­so­rze. Ra­czej worki pie­nię­dzy.

*

Wy­star­czy­ły dwa ty­go­dnie, by w Hol­ton za­ro­iło się od nie­umar­łych wy­ko­nu­ją­cych drob­ne, pro­ste czyn­no­ści. Po­cząt­ko­wo pra­co­wa­li tylko w nocy, wszyst­ko ze wzglę­du na ten cyrk z umie­ra­niem, ży­ciem po życiu i w ogóle. Wielu scep­ty­ków krę­ci­ło gło­wa­mi, wi­dząc go­le­my or­ga­nicz­ne przy pracy nad od­bu­do­wą mia­sta czy wy­ko­nu­ją­ce inne, mniej zaszczytne za­ję­cia. Osta­tecz­nie jed­nak zwy­cię­żył roz­są­dek, a go­le­mów przy­by­wa­ło.

Oka­za­ło się bo­wiem, że wielu oby­wa­te­li nagle po­trze­bu­je pry­wat­ne­go słu­żą­ce­go, któremu płaci się tylko raz. Wię­cej nie­umar­łych rąk do pracy mo­gło­by ozna­czać więk­sze bez­ro­bo­cie, ale ten pro­blem kilka mie­się­cy temu roz­wią­za­li bar­ba­rzyń­cy. Tut­tle za­czął szko­lić sobie po­moc­ni­ków. Jeden wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny no­wi­cjusz mógł kon­tro­lo­wać nawet dwa­dzie­ścia go­le­mów or­ga­nicz­nych. Wkrót­ce każda za­moż­niej­sza ro­dzi­na miała swo­je­go do­mo­we­go ne­kro­man­tę i gro­ma­dę sług na ski­nie­nie pal­cem. W bied­niej­szych do­mach od­de­le­go­wy­wa­no do tego za­da­nia osoby, z któ­rych i tak nie było więk­sze­go po­żyt­ku. 

Pro­fe­sor Tut­tle nie prze­ka­zał ni­ko­mu ta­jem­ni­cy ani­mi­za­cji. Kie­ro­wał się w życiu za­sa­dą: „daj ry­ba­ko­wi wędkę, a sam bę­dzie łowił ryby. Daj mu rybę, a na­stęp­ne­go dnia za­pła­ci za na­stęp­ną”. Wkrót­ce po­szedł o kilka kro­ków dalej. Wszyst­kie pługi i kie­ra­ty cią­gnę­ły nie­umar­łe konie i woły, po­wsta­ły też pierw­sze gro­bo­fak­tu­ry, w któ­rych wszyst­kie nie­skom­pli­ko­wa­ne prace dzień i noc wy­ko­ny­wa­li nie­umar­li. Go­spo­dar­ka wresz­cie za­czę­ła się roz­wi­jać, go­le­my do­sko­na­le nada­wa­ły się do zbio­ru wszel­kich zbóż czy wa­rzyw (po­mi­ja­jąc ka­la­fio­ry i, z nie­zna­nych po­wo­dów, mar­chew).

Lo­kal­ne wła­dze ko­ściel­ne po­cząt­ko­wo nie były za­do­wo­lo­ne z ta­kie­go ob­ro­tu spraw, ale so­lid­ne datki na po­czet obec­nych i przy­szłych prac re­mon­to­wych szyb­ko zmie­ni­ły ich zda­nie. Udało im się je­dy­nie wy­mu­sić na ra­dzie, aby każdy oby­wa­tel przed śmier­cią pod­pi­sy­wał sto­sow­ną umowę do­ty­czą­cą wy­ko­rzy­sta­nia jego ciała w czy­nie spo­łecz­nym.

Za­po­trze­bo­wa­nie na go­le­my or­ga­nicz­ne stale rosło, a pro­fe­sor Tut­tle mu­siał po­sze­rzyć ofer­tę. Po­wsta­ły nowe udo­god­nie­nia, jak choć­by wkła­dy za­pa­cho­we w for­mie tek­tu­ro­wych cho­inek za­wie­sza­nych na uszach (do­sko­na­łe dla go­le­mów do użyt­ku do­mo­we­go). Dużą po­pu­lar­no­ścią cie­szy­ły się wer­sje de­hy­drato­wa­ne, które może i ow­szem, nieco skrzy­pia­ły pod­czas po­ru­sza­nia i le­piej było trzy­mać je z dala od ognia, ale były prak­tycz­nie nie do zdar­cia. 

Wpro­wa­dze­nie nieumarłej siły roboczej cał­ko­wi­cie zmie­ni­ło go­spo­dar­kę Hol­ton czy­niąc z mia­sta może nie kon­ku­ren­ta na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, ale kogoś w ro­dza­ju są­sia­da, któ­re­go nagle stać na grun­tow­ny re­mont ca­łe­go domu. Mia­sto roz­ra­sta­ło się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Dar­mo­wa, nie­zmor­do­wa­na siła ro­bo­cza ozna­cza­ła tanie to­wa­ry wy­ko­ny­wa­ne ta­śmo­wo, które za­le­wa­ły rynki są­sied­nich państw. 

W ide­al­nym pla­nie była jed­nak jedna luka. Dosyć spora, bo obej­mo­wa­ła całe im­pe­rium. Uświa­do­mi­li sobie jej ist­nie­nie do­pie­ro kilka mie­się­cy póź­niej.

– Dro­dzy pa­no­wie – pod­jął bur­mistrz Bum­bler. – Grozi nam wojna… go­rzej, kru­cja­ta. Z po­łu­dnia nad­cią­ga Świę­ta Armia z im­pe­rium Untha­ri­mów.

– Ale zie­mie Untha­ri­mów roz­cią­ga­ją się na wschód od Hol­ton – wtrą­cił radny Gal­bin. – Na po­łu­dniu jest Za­chod­nia Mar­chia.

– Untha­ri­mo­wie stra­ci­li Untha­r na rzecz tej cho­ler­nej Ordy z pół­no­cy, ale wcze­śniej zdo­by­li Za­chod­ni Port, który ze wzglę­du na po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne wzglę­dem Untha­r prze­mia­no­wa­li na Przy­stań Wscho­du.

– To kto nas w końcu ma za­ata­ko­wać? – mruk­nął radny Gal­bin.

– Ci z po­łu­dnia – od­po­wie­dział kwa­śno pan Fons.

– Nie­mniej jed­nak mu­si­my przed­się­wziąć ja­kieś środ­ki – uciął dys­ku­sję bur­mistrz – W prze­ciw­nym wy­pad­ku obce woj­ska znowu prze­ja­dą się po nas jak po burej… no prze­ja­dą się. A tego byśmy nie chcie­li. Nasze go­le­my or­ga­nicz­ne są im nie w smak. Za coś ta­kie­go mo­że­my skoń­czyć na sto­sie.

– Nie chcę mówić "a nie mó­wi­łem" – za­czął radny Gal­bin, ale zo­ba­czył, a ra­czej po­czuł na sobie wzrok bur­mi­strza – więc nic nie po­wiem.

– Może w takim razie przy­spo­so­bić je do walki? – Pan Fons pod­niósł rękę. – Odro­bi­na krwio­żer­czo­ści nie za­szko­dzi. Go­le­my są silne jak woły, prze­ro­bią Untha­ri­mów na tatar.

– Gor­sze wro­giem złego. – Radna Fa­ir­fax po­krę­ci­ła głową. – Stary cap nigdy się na to nie zgo­dzi, a jeśli już, to wy­ci­śnie z nas ostat­nie soki. Potem pew­nie wszyst­ko wy­msknie się spod kon­tro­li i to nas prze­ro­bią na mie­lo­ne.

– A co, jeśli za­wcza­su się pod­da­my? Wy­wie­si­my białą flagę? Świę­ta He­dwi­ga jest bar­dzo to­le­ran­cyj­na, jeśli wy­ka­że się skru­chę. Myślę, że po pro­stu każą nam za­prze­stać prak­tyk i ro­zejść się do domów, ewen­tu­al­nie do­sta­nie­my po kilka… na­ście… dzie­siąt lat kle­pa­nia pa­cior­ków w sza­cie po­kut­nej. 

Bur­mistrz po­krę­cił głową.

– To i tak nie przej­dzie bez kozła ofiar­ne­go. Świę­ta He­dwi­ga bę­dzie mu­sia­ła za­wieźć do Przy­sta­ni Wscho­du czy­jąś głowę. 

– Myślę… – Radna Fa­ir­fax uśmiech­nę­ła się do wspo­mnień z po­dob­ne­go po­sie­dze­nia wiele mie­się­cy temu – że mamy już od­po­wied­nią osobę do tego za­da­nia.

*

Pro­fe­sor Tut­tle sie­dział w świe­żo wy­re­mon­to­wa­nym ga­bi­ne­cie i przyj­mo­wał in­te­re­san­ta, któ­re­go żaden z po­moc­ni­ków nie mógł prze­ko­nać do zmia­ny zda­nia.

– Mo­że­my za­pro­po­no­wać panu pa­kiet na dzie­sięć lat z moż­li­wo­ścią prze­dłu­że­nia, oraz atrak­cyj­ny plan dwu­dzie­sto­let­ni z od­ro­czo­ną wy­pła­tą na­leż­no­ści „Pa­kiet dla bli­skich”. Część pie­nię­dzy otrzy­mu­je pan teraz, a druga część tra­fia w ra­tach do pań­skiej ro­dzi­ny. Zadba pan o naj­bliż­szych.

– Nie je­stem prze­ko­na­ny. A co bę­dzie potem?

– Potem? “Potem” już pana nie mar­twi. Pan idzie do nieba, a ciało zo­sta­je tutaj. Po­zo­sta­wie­nie cie­le­snej po­wło­ki, by zgni­ła, jest nie lada mar­no­traw­stwem, nie uważa pan? Trze­ba iść z du­chem czasu. To tak, jakby pan miał stary, zno­szo­ny płaszcz i chciał go wy­rzu­cić, ale prze­cież może po­słu­żyć komuś in­ne­mu. Nasze ist­nie­nie to wiel­ki cykl życia i śmier­ci. A moja ofer­ta to taki… re-cy­kling.

Gdzieś z od­da­li do­biegł do ich uszu dźwięk rogu. Nie­dłu­go potem za­brzmia­ły dzwo­ny na Głów­nym Rynku. Ktoś za­czął się dobijać do drzwi. Była to blada jak ścia­na radna Fa­ir­fax.

– Panie pro­fe­so­rze, za­czę­ło się, wojna!

W mie­ście, które plą­dro­wa­no śred­nio raz na kilka lat, na na­jazd za­re­ago­wa­no ru­ty­no­wo. Miesz­kań­com było w sumie obo­jęt­ne – ta armia czy inna. Przed domy wy­sta­wia­no kosze i skrzyn­ki z rze­cza­mi war­ty­mi plą­dro­wa­nia, a na stra­ży (bar­dziej przed są­sia­da­mi niż na­jeźdź­cą) sta­wia­no go­le­my. Fa­ir­fax po­mo­gła czarodziejowi wsiąść na konia – trze­ba go było pod­sa­dzić – i razem po­gna­li do świe­żo wy­bu­do­wa­ne­go pa­ła­cu bur­mi­strza.

Na dzie­dziń­cu ze­bra­li się już wszy­scy naj­waż­niej­si ofi­cje­le. Bur­mistrz Bum­bler mio­tał się jak bor­suk w klat­ce. Rad­ne­mu Gal­bi­no­wi dy­go­ta­ły nogi, a pan Fons, który wbiegł na dzie­dzi­niec tuż za ma­giem i radną wy­glą­dał tak, jakby gnał tu aż ze swo­je­go za­kła­du na przed­mu­rzu.

– Wiel­ka… armia… ze wscho… to zna­czy z po­łu­dnia.

Po­now­nie za­grzmiał róg, potem ode­zwa­ły się ko­lej­ne. Pro­fe­sor Tut­tle wy­biegł na świe­żo wy­bru­ko­wa­ny dzie­dzi­niec zam­ko­wy, z którego rozpościerał się widok na miasto i obcą armię na horyzoncie. Tut­tle przy­ło­żył do oczu dło­nie ni­czym lor­net­kę, wy­mam­ro­tał kilka słów, a obraz wi­docz­ny przez palce przy­bli­żył się i wy­ostrzył. Jak okiem się­gnąć, wszę­dzie stali lu­dzie. Barw­na zbie­ra­ni­na męż­czyzn wszel­kiej maści, od ubo­gich rol­ni­ków po do­stoj­nych ry­ce­rzy. A na ich czele ko­bie­ta i to nie byle jaka. Pięk­na jak pierw­szy wio­sen­ny po­ra­nek, w peł­nej zbroi pły­to­wej, z wło­sa­mi przy­strzy­żo­ny­mi po żoł­nier­sku. W lewej ręce dzier­ży­ła srebr­ny sztan­dar po­wie­wa­ją­cy na wie­trze, w pra­wej lśnią­cy miecz. Wy­glą­da­ła jak anioł pro­sto z ob­ra­zów re­li­gij­nych i to, nie­ste­ty, tych mniej po­ko­jo­wych.

– O, ma­tu­lu – wes­tchnął gło­śno Tut­tle – to sama Naj­święt­sza He­dwi­ga.

Świę­ta He­dwi­ga stała na czele Im­pe­rium Untha­ri­mów, od kiedy po­przed­nie­go im­pe­ra­to­ra za­sie­kli bar­ba­rzyń­cy. Mimo krót­kie­go pa­no­wa­nia już zdo­ła­ła prze­bu­do­wać struk­tu­ry pań­stwo­we trzy­krot­nie, za każ­dym razem z jesz­cze lep­szym efek­tem. Za swój wkład w walkę z he­re­zją, ubó­stwem i za­bie­gi utrzy­mu­ją­ce kru­chy pokój z Ordą zo­sta­ła uzna­na świę­tą jesz­cze za życia. Była uoso­bie­niem al­tru­izmu, wszyst­ko co ro­bi­ła go­dzi­ło w grzesz­ni­ków. Można ją było za to ko­chać albo nie­na­wi­dzić, ale nie­na­wiść nie trwa­ła długo i koń­czy­ła się zwy­kle spo­pie­le­niem lub re­so­cja­li­za­cją.

Hi­sto­ry­cy zgod­nie uwa­ża­li, że nie było jesz­cze rów­nie pra­wej przy­wód­czy­ni i prze­wi­dy­wa­li, że jej rządy upłyną pod znakiem pokoju i dostatku. 

– Pani Fa­ir­fax. – Pro­fe­sor Tut­tle czuł, jak serce pod­cho­dzi mu do gar­dła. – Jeśli je­ste­śmy na woj­nie, a po dru­giej stro­nie stoi Świę­ta He­dwi­ga to… to my je­ste­śmy tymi złymi.

 *

– Prze­naj­święt­sza pani, sta­now­czo na­le­gam…

– Nie chcę tego sły­szeć.

– Ci plu­ga­wi ne­kro­man­ci…

– Nic mi nie zro­bią.

Świę­ta He­dwi­ga miała pew­ność, że w mie­ście nikt nie zrobi jej krzyw­dy. Gor­li­wi wy­znaw­cy go­to­wi byli roz­nieść całe mia­sto w pył, gdyby choć włos spadł z jej świą­to­bli­wej głowy. Nie mie­li­by rów­nież mi­ło­sier­dzia dla nie­go­dziw­ców po śmier­ci. Z ta­ki­mi ple­ca­mi w za­świa­tach Świę­ta mogła wejść do klat­ki peł­nej lwów, a one uprzej­mie scho­dzi­ły­by jej z drogi.

Prze­kro­czy­ła bramy mia­sta sa­mot­nie. Je­dy­nym to­wa­rzy­szem był miecz, po­ły­sku­ją­cy w świe­tle słoń­ca. Po­de­szła do sto­ją­ce­go naj­bli­żej nie­umar­łe­go i cio­sem mi­ło­sier­dzia skró­ci­ła jego cier­pie­nie.

– No, nie… prze­cież to ciot­ka Pru­nel­la. – Zza jed­nej z uchy­lo­nych okien­nic ode­zwał się męski głos.

– Ćśśś – pró­bo­wa­ła go uciszyć jakaś ko­bie­ta.

– Mamuś, ale dałem za nią dzie­więt­na­ście gro­szy. Pa­kiet eks­tra, świe­żo de­hy­drato­wa­na. Kto mi za to zwró­ci?

– Jak się nie za­mkniesz, to bę­dzie ostat­nie z two­ich zmar­twień. Ja spro­wa­dzi­łam cię na ten świat i zaraz mogę cię z niego wy­pro­wa­dzić. Siedź cicho, to możni za­ła­twią swoje spra­wy i zo­sta­wią nas w spo­ko­ju.

Całe mia­sto jest spa­czo­ne, po­my­śla­ła Świę­ta He­dwi­ga Trze­ba je oczy­ścić w ogniu.

*

Gdy Świę­ta He­dwi­ga opu­ści­ła mia­sto, nieco bledsza niż zwykle, to­wa­rzy­szy­ło jej po­sel­stwo skła­da­ją­ce się z tłu­ste­go bur­mi­strza, trzech po­mniej­szych wiel­mo­żów i pod­sta­rza­łe­go maga wy­glą­da­ją­ce­go jak otyła ła­si­ca. Zwłasz­cza ten ostat­ni był za­ska­ku­ją­co pewny sie­bie.

Świę­ta zwró­ci­ła się do sto­ją­ce­go naj­bli­żej ry­ce­rza.

– Lor­dzie Do­ners­by. Nakaż swoim lu­dziom od­wrót. Wra­ca­my do domu.

– Ale Naj­święt­sza He­dwi­go. Prze­cież to ne­kro­man­ci.

– Ow­szem. Ale od dzi­siej­sze­go dnia są rów­nież wier­ny­mi słu­ga­mi Stwór­cy. Ich… spo­so­by dzia­ła­nia budzą pewne kon­tro­wer­sje, jed­nak w osta­tecz­nym ra­chun­ku po­mo­gą nam osią­gnąć nasz świę­ty cel.

– Ale… oni oży­wia­ją ludzi.

– Oży­wia­ją po­wło­ki, któ­rych dusze dawno już ule­cia­ły na łono Stwór­cy. Szcząt­ki do­cze­sne mogą dalej słu­żyć wiel­kiej spra­wie i celom Świę­te­go Ko­ścio­ła Stwór­cy.

– Ale… jak plu­ga­wi nie­umar­li mogą słu­żyć Stwór­cy?

– To star­cy mę­cze­ni nie­ule­czal­ny­mi cho­ro­ba­mi. Męż­czyź­ni i ko­bie­ty, któ­rzy muszą pa­trzeć, jak ich dzie­ci umie­ra­ją w rynsz­to­ku od głodu i cho­rób. Lu­dzie gotowi oddać życie, by uchro­nić bli­skich od naj­tra­gicz­niej­sze­go losu, dać im na­dzie­ję na przy­szłość. Po­świę­ca­li się za życia, a po śmier­ci ich ciała dalej będą słu­żyć. Są zdol­ni do naj­cięż­szych prac, naj­bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych i ry­zy­kow­nych zadań. Z ich po­mo­cą od­bu­du­je­my im­pe­rium i za­pro­wa­dzi­my pokój. Od­bi­je­my Unthar z rąk wro­gów i za­pro­wa­dzi­my nowy ład.

– Prze­naj­święt­sza, chcesz wy­słać nie­umar­łych na wojnę z Ordą?

– Ich po­świę­ce­nie jest miłe Stwór­cy i jego naj­wier­niej­szej służ­ce. Śmiesz kwe­stio­no­wać moje po­sta­no­wie­nia?

– Wła­śnie! – Mag wy­glą­dał jak dziec­ko, które przy­cho­dzi na szkol­ną bójkę z matką. – Każ he­rol­do­wi pier­dzieć w trąb­kę i do domu. Bie­gu­siem.

Lord Do­ners­by nie za­szczy­cił maga spoj­rze­niem. Za­ci­snął szczę­ki i na­ka­zał trę­ba­czo­wi dać sy­gnał do od­wro­tu.

*

Przy­stań Wscho­du, nowa sto­li­ca Untha­ri­mu, była już go­to­wa do wojny. Wokół roiło się od żoł­da­ków w bar­dziej lub mniej po­su­nię­tym sta­dium roz­kła­du, a także ro­bot­ni­ków pro­wa­dzą­cych prace zwią­za­ne z od­bu­do­wą. Naj­wię­cej ży­wych od­wie­dza­ło wy­staw­ny pałacyk, w któ­rym za­miesz­kał nowy na­dwor­ny mag – Ales­san­drius Gre­go­rius Tut­tle.

– Jeśli nie in­te­re­su­je pana po­śmiert­na wo­jacz­ka, mogę za­ofe­ro­wać al­ter­na­ty­wę. Umowa o dzie­ło na dwa­dzie­ścia lat. Zo­sta­nie pan de­re­ani­mo­wa­ny po wy­ko­na­niu dzieła lub gdy do­cze­sne szcząt­ki nie będą się nada­wać do pracy – tłu­ma­czył pan Fons, który peł­nił obec­nie funk­cję za­stęp­cy maga.

– Ro­zu­miem.

– W za­leż­no­ści od ro­dza­ju prac otrzy­ma pan licz­ne pro­fi­ty. Poza sporą sumą dla ro­dzi­ny ofe­ru­je­my rów­nież za­po­mo­gę z Fun­du­szu Przy­szłych Wdów i Sie­rot. Do­dat­ko­wo za­trud­nia­jąc się po śmier­ci przy bu­do­wie ka­te­dry pod wezwaniem świę­tej He­dwi­gi może pan li­czyć na po­chó­wek z praw­dzi­wą pompą w ossu­arium prze­zna­czo­nym dla bu­dow­ni­czych. Pro­szę po­my­śleć o pre­sti­żu. Wiel­kie rody mogą ofe­ro­wać wota na bu­do­wę ka­te­dry, w na­gro­dę ci naj­bar­dziej za­słu­że­ni zo­sta­ną uwiecz­nie­ni na fre­skach. Dla nas, pro­stych ludzi, ist­nie­je znacz­nie tań­sza droga do wiel­ko­ści. Ofe­ru­ję panu po­zła­ca­ną pla­kiet­kę z imie­niem, na­zwi­skiem i krót­ką notą do pięć­dzie­się­ciu zna­ków. Umie­ści­my ją w widocznym miejscu w katedrze. Ro­dzi­na bę­dzie bar­dzo dumna, a pana na­zwi­sko przej­dzie do hi­sto­rii.

Sło­wem nie wspo­mniał o tym, że ta­kich ta­bli­czek będą setki, może nawet ty­sią­ce. Nie będą też się znajdować w samej ka­te­drze, ale na mo­no­li­cie usta­wio­nym na placu przed wro­ta­mi. No… jed­nym z mo­no­li­tów. Tym usta­wio­nym bar­dziej z boku, od za­cie­nio­nej stro­ny. 

– No, dobra… póź­niej bę­dzie mi chyba wszyst­ko jedno. Zga­dzam się.

*

Wie­czo­rem, po ostat­niej au­dien­cji Świę­ta He­dwi­ga sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo, pa­trząc pu­stym wzro­kiem w prze­strzeń, jakby za­my­ślo­na. Przed nią stał pro­fe­sor Tut­tle w skrom­nej sza­rej sza­cie z kap­tu­rem. Gło­śno wcią­gnął po­wie­trze, śmier­dzia­ło mo­krym psem, wę­dzo­ny­mi skar­pe­ta­mi i go­to­wa­ną ka­pu­stą. Musi wresz­cie po­pra­wić re­cep­tu­rę, ina­czej ktoś się zo­rien­tu­je.

Ko­ści­sty­mi dłoń­mi wy­cią­gnął ze zdo­bio­ne­go kosza głów­kę ka­la­fio­ra, pod­szedł do nie­ru­cho­mej Świę­tej i zdjął złotą maskę, którą od kilku mie­się­cy za­sła­nia­ła bladą, chorą twarz. Podał jej wa­rzy­wo, a ona bez­na­mięt­nie za­to­pi­ła w nim zęby.

Ktoś szedł w ich stro­nę. Wcze­śniej Tut­tle nie usły­szał­by swo­je­go ka­mer­dy­ne­ra, ale po prze­mia­nie zmy­sły miał bar­dziej wy­czu­lo­ne. Tha­dius chrząk­nął, chcąc zwró­cić na sie­bie uwagę, ale pro­fe­sor nawet nie od­wró­cił głowy. Gdy prze­mó­wił, jego głos odbił się echem od pustych ścian.

– Przez całe swoje życie wal­czy­ła o pokój. Czemu wojna? Czemu wy­sy­łać ludzi na śmierć?

– Oni już nie żyją. A Untha­ri­mo­wie muszą mieć wroga, w prze­ciw­nym wy­pad­ku zwró­ci­li­by się prze­ciw nam.

– Zabić i oży­wić Świę­tą… – mruk­nął Tha­dius – za coś ta­kie­go po śmier­ci czeka wiecz­ne po­tę­pie­nie.

Do­pie­ro teraz pro­fe­sor Tut­tle zrzu­cił kap­tur. Bły­snę­ła biała czasz­ka i dwa srebr­ne punk­ci­ki w pu­stych oczo­do­łach. Na ko­ściach klat­ki pier­sio­wej spo­czy­wał wi­sior fi­lak­te­rium. Profesor zamknął w nim swoją duszę, dobrowolnie zmieniając się w licza. 

– Ale ja wcale nie pla­nu­ję umie­rać.

 

Koniec

Komentarze

Jest moc!

Podoba mi się pomysł i wykonanie.

Pozostaje pytanie od jak dawna Tuttle służył marchwi??!!

Dobre pytanie :) Podejrzewam, że gdzieś między wyjściem Hedwigi z miasta, a dwoma ostatnimi fragmentami zrzucił nieco ciałka. 

Buhahah … dobre !

 

 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Cieszę się, że przypadło do gustu. Do Upadku zajrzę z pewnością, ale nie wiem jeszcze kiedy czas pozwoli :)

Podobało mi się. Lekki, ironiczny ton, ale morał jak najbardziej poważny. Plus za aluzję do “laguna”. Po przeczytaniu nasunęło mi się to samo pytanie co Ambush.

 

Mam kilka sugestii technicznych, ale skoro został Ci jeden wolny znak, to nie wiem czy uwzględnisz ;).

– Nie możemy się na to zgodzić! – podjął radny Galbin z Gildii Kupieckiej[+.]

– Niech pani nie mydli oczu, chodzi o zombie! – ryknął Galbin[+,] uderzając pięścią w stół.

– Golemy organiczne – powtórzyła z naciskiem Radna Fairfax – są jedynym sensownym rozwiązaniem tej sytuacji.

Raczej “wyjściem z sytuacji” lub “rozwiązaniem problemu”.

Brzmiała ona mniej więcej [+:] „Róbcie co konieczne, ale jak coś pójdzie nie tak, o niczym nie wiedziałem”.

– Kiedy możemy liczyć na pierwsze efekty pracy? Zależy nam na jak najszybszym efekcie.

– Jak wam zależy na efekcie, to wynajmijcie lalkarza, niech wam ich powiąże sznurkami!

Powiedzieć, że w piwnicy śmierdziało, to jak nie powiedzieć nic.

Tu aż się prosi o wzniosłe porównanie. Nie żebym potrafiła jakieś wymyślić, ale może Tobie się uda.

Pozwolą panowie[+,] że wyjdziemy na świeże powietrze, ten zapach trochę mi dokucza…

– Dobrze – odpowiedział magowi[+,]cały czas patrząc na pana Fonsa, który pod wpływem spojrzenia coraz bardziej kulił się w sobie.

Gdyby nie egzorcyzmy, burmistrz cały czas słyszałby przed wyjściem głos swojej świętej pamięci mamusi mówiący[+:] “Załóż czapkę bo strasznie dziś wieje!”.

Wiedziałem, wiedziałem[+,] że tak będzie.

– Oburzające. Że też ludzie myślą zarabiać na czymś takim – odpowiedziała beznamiętnie pani Malbin[+,] nie odrywając oczu od robótki na drutach.

Wielu sceptyków kręciło głowami[+,] widząc golemy organiczne przy pracy nad odbudową miasta czy wykonujące zajęcia, których inni nie zrobiliby za żadne pieniądze.

Profesor Tuttle nie przekazał nikomu tajemnicy animizacji. Kierował się w życiu zasadą[+:] „daj rybakowi wędkę, a sam będzie łowił ryby. Daj mu rybę, a następnego dnia zapłaci za następną”.

– Drodzy panowie – podjął Burmistrz Bumbler[+.] – Grozi nam wojna… gorzej, krucjata.

Gorliwi wyznawcy gotowi byli roznieść całe miasto w miasto w pył, jeśli tylko choć włos spadłby z jej świątobliwej głowy.

– No nie… przecież to ciotka Prunella[+.] – Zza jednej z uchylonych okiennic odezwał się męski głos.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicella serdeczne dzięki za łapankę i cieszę się, że się spodobało. Co do limitu to trzeba będzie odrobinę coś skrócić :)

 

Co do porównania smrodu w pracowni to przyznam, że miałem kilka pomysłów i siedziałem nad tym dobre kilka minut. W końcu stwierdziłem, że nie umiem oddać skali.

No siema :)

 

Oj, Fladriffie, napisałes kawał dobrego opowiadania. Czytało się przyjemnie, bo i warsztat masz przyjemny i fabuła jest ciekawa. No i ten humor, taki, powiedziałbym, że to humor w domyśle – nie taki, który zmusza do śmiechu, ale taki, który poprawia człowiekowi nastrój. Choć masz w tekście jeden diament, dialog, który rozłozył mnie na łopatki swoją genialnością:

 

– Drodzy panowie – podjął Burmistrz Bumbler. – Grozi nam wojna… gorzej, krucjata. Z południa nadciąga Święta Armia z imperium Untharimów.

– Ale ziemie Untharimów rozciągają się na wschód od Holton – wtrącił radny Galbin. – Na południu jest Zachodnia Marchia

– Untharimowie stracili Unthar na rzecz tej cholernej Ordy z północy, ale wcześniej zdobyli Zachodni Port, który ze względu na położenie geograficzne względem Unthar przemianowali na Przystań Wschodu.

– To kto nas w końcu ma zaatakować? – mruknął radny Galbin.

– Ci z południa – odpowiedział kwaśno pan Fons.

To jest świetne, czytałem ze trzy razy :D

 

Podoba mi się postać Hedwigi, takiej Joanny D’Arc. Jest tylko przez chwilę, a jednak zapada w pamięć. Sam pomysł zrobienia z zombifikacji interesu jest przedni, a dodanie do tego typowo marketingowej otoczki robi temu pomysłowi jeszcze lepiej. Końcowy twist też jest dobry, z tym zabiciem Hedwigi przez Tuttle’a i przejęcia nad nią kontroli. Trochę mnie w kilku miejscach zmęczyła suchość żartów, ale tylko tak tyci-tyci, więc to żaden zarzut :)

Ta ostatnia scena, w której już zamiast Tuttle’a jest licz, z jednej strony fajna, tak jakby zapowiadająca dalsze losy, a z drugiej strony IMHO zupełnie niepotrzebna, bo licz kojarzy się z istotą do cna złą, a wcześniej przecież Tuttle wcale taki zły nie jest – to bardziej oportunista, niż socjopata. No i licz (nomen omen:D) się z tym, że nie każdy ogarnie na podstawie opisu wyglądu Tuttlea i dodania słowa filakterium, czym on się stał :)

Ale, ale, to naprawdę dobry tekst, uważam, że zasługujący na bibliotekę. Dlatego idę skarżyć.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Hej, dzięki za odwiedziny i za klika! Zacytowany przez ciebie fragment był pierwszym, który zapisałem pracując nad tym opowiadaniem i mało brakowało, a bym go odrzucił. Osobiście nie lubię w opowiadaniach fantasy takiego właśnie nazewnictwa i dałem temu upust. Cieszę się, że ci się spodobało :)

 

Co do zakończenia to początkowo miałem inny pomysł, który byłby bardziej przewidywalny. Zdecydowałem się jednak na odrobinę światotwórstwa i koncepcję religii jako czegoś pewnego – bohaterowie wiedzą, co dzieje się po śmierci bo zmarli często wracają w formie zjaw. Dlatego Hedwiga jest przekonana, że nie stanie się jej nic złego, bo w przeciwnym wypadku morderca po śmierci “przeżywałby” prawdziwą gehennę. Dlatego Tuttle zmienia się w licza – nie planuje umierać. Trochę inspirowałem się tu losami Bezimiennego z Planescape: Torment (mistrzowska gra), który stał przed podobnym wyborem – mógł odpokutować za swoje czyny w piekle ale spróbował oszukać śmierć. Dlatego (w moim odczuciu) Tuttle pozostał oportunistą bo nawet wojna, którą wywołał nie miała żadnych wielkich pobudek, po prostu odwróciła uwagę od Holton i nieumarłych, a przemianę w licza potraktował jako sposób na to, by nie trafić w zaświaty.

Nie lubię zombiaków, ale Twoje mi się cholernie spodobały. Zrobienie biznesu na nieumarłości jest rewelacyjnym pomysłym, potraktowanie jej, jako swego rodzaju polisy na życie, jeszcze lepszym. A przemiana Hadwigi to cudeńko. Powiało świeżością w Twoim opku :)

Gdybym miała się do czegoś doczepić to do licza. Nie jestem fanką gier, więc nie zajarzyłam, co się stało z magiem. Potrzebny był komentarz Outty i konsultacja z wujkiem Guglem. Nie wszyscy grają ;)

Kliczek :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Trochę inspirowałem się tu losami Bezimiennego z Planescape: Torment (mistrzowska gra), który stał przed podobnym wyborem – mógł odpokutować za swoje czyny w piekle ale spróbował oszukać śmierć.

A widzisz, mnie się to skojarzyło raczej z Faeruńskimi cyklami przygodowymi spod znaku Forgotten Realms. A, że Toril łączy się poprzez plany również z Sigil, to nie tak daleko moje skojarzenie leży :) W Planescape nie grałem, ale czytałem kiedyś powieść na podstawie gry, słabo ją pamiętam, ale Bezimienngego kojarzę i kojarzę, że nie najlepiej się dla niego skończyła cała przygoda.

Known some call is air am

Irka_Luz właściwie cały pomysł na opowiadanie jest mocno “erpegowy” i powstał podczas dyskusji na temat tego jakie realne skutki na świat miałaby magia, smoki czy właśnie nekromancja. Cieszę się, że spodobał ci się pomysł poLISZy na życie (przepraszam, musiałem sypnąć sucharem :). Co do licza to faktycznie powinienem to jakoś lepiej zaakcentować w tekście. 

 

Outta Sewer polecam z całego serca. Odbiłem się od niego dwa razy i potrzebowałem kolejnych dwóch przejść, żeby docenić kunszt całej fabuły. Na początku jest mętnie, ale po jakimś czasie wiele się wyjaśnia :)

Fladrifie, niczego nowego Ci nie napiszę, bo znasz moją opinię z bety, ale mogę jeszcze raz podkreślić, że opowiadanie ujęło mnie od pierwszego wejrzenia :D Bardzo dobrze trafia w mój gust czytelniczy, ma wszystko to, co lubię: dobry pomysł i dużą dawkę humoru. Zombie wcinające kalafiora i marchewkę robią robotę, Przenajświętsza Hedwiga rozwala system. 

Wszystko to zostało napisane bardzo sprawnie i lekko. Brawo, bardzo dobre opowiadanie i będę trzymał kciuki za jego wysoką pozycję wśród konkursowych prac :)

Biblioteka należy się jak psu buda. 

Pozdro!

 

Jest rewelacyjne! Lekki styl, spójna fabuła, humor. Czas spędzony na czytaniu takiego opka, to dobrze spędzony czas.

 

Ja, choć w erpegi czasem grywam, też nie do końca wiedziałem czym stał się Tuttle, ale nie przeszkadzało to w odbiorze. Czaszka, kości klatki piersiowej, filakterium (to pewnie atrybut tego bytu) i tyle wystarczyło. Teraz oczywiście doguglałem i wszystko jasne. 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Fladrifie!

 

Opowiadanie czytało się przyjemnie, jest lekkie, nawiązuje też to tematu nieumarłych, co w moim wypadku jest sporym plusem, bo lubię takie klimaty. Humor momentami nie do końca był z mojej bajki, ale nie czułam, żeby był naciągany czy wymuszony, więc dobrze wplotłeś go w całość kompozycji. Czego można się ciutkę uczepić? Zakończenia. Wydaje się nieco przycięte pod limit, bo sprawa transformacji nekromanty w licza nie do końca wybrzmiała, a nie każdy jest w temacie… No, ale ja w sumie jestem, a że całościowo było zgrabnie i bez większych zatrzymań, to będzie i klik.

Pozdrawiam

Serdeczne dzięki za odwiedziny i kliki, teraz widzę, że to opowiadanie wymagałoby delikatnego rozszerzenia i chyba się o nie pokuszę gdy konkurs się już skończy. 

Cześć, Fladrif,

do pierwszej gwiazdki nie wciągnęło, ale później… Fajne było! Ja tam uwielbiam zombi, więc twój pomysł bardzo mi się spodobał. Najlepszy fragment:

 

– Pani Fairfax – Profesor Tuttle czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. – Jeśli jesteśmy na wojnie, a po drugiej stronie stoi Święta Hedwiga to… to my jesteśmy tymi złymi.

Dobrze to rozwiązałeś, bo niby widzimy tutaj zepsucie, aniżeli czyste zło, ale fakt faktem pozostaje, że za dobrą cenę to i matkę można sprzedać. Spodobało mi się takie nietypowe podejście do założeń konkursu.

Dialogi też niezłe. Daję plusa za pomyślenie o tym, że człowiek z klipsem na nosie będzie mówił inaczej. Poza tym humor i lekkość stylu. Bawiłam się więc dobrze.

Niestety jest trochę baboli. Wypiszę co poniektóre.

 

 

Za każdym razem[+,] gdy oferta była niższa niż siedem srebrnych groszy, odpowiadał "wykluczone".

 

Fairfax miała minę[+,] jakby bolał ją ząb, Galbin patrzył na burmistrza z miną "proszę nawet nie zaczynać", a profesor Tuttle wdał się w cichą, ale bardzo burzliwą dyskusję z panem Fonsem, który całym ciałem dawał do zrozumienia, że nie wie[+,] o co chodzi.

 

– Ludzie podpiszą każdy papier[+,] żeby uniknąć ćwiartowania z posoleniem – mruknął pan Fons.

Zaiste! ;D

 

– Przepraszam[+,] że przeszkadzam, ale pod domem stoi tłum interesantów.

 

– Ale ziemie Untharimów rozciągają się na wschód od Holton – wtrącił radny Galbin. – Na południu jest Zachodnia Marchia[+.]

 

 

Powodzenia!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cieszę się, że ci się spodobało i dzięki za łapankę, już skrupulatnie poprawiam. Z humorem jest o tyle śliska sprawa, że czasem zdarza mi się mocno przysuszyć, ale fajnie, że tym razem nie przesadziłem. Światotwórstwo starałem się ograniczyć do niezbędnego minimum żeby początek był bardziej przejrzysty, mimo to trafiło się trochę dłużyzn

Sięgnięcie po zombiaki ryzykowne, bo wiadomo, że to pomysł wyeksploatowany. A jednak znalazłeś na nie fajne rozwiązanie i jestem wręcz skłonny twierdzić, że to chyba najjaśniejszy punkt opowiadania. Naprawdę fajny ten koncept.

Tekst lekki, czyta się bardzo szybko. Przyjemnie napisany, bo humor tworzysz nie tylko poprzez dialogi, ale również bawisz się słowem w narracji.

Bohaterów masz tu kilku, ale wprowadzasz ich w taki sposób, że się ze sobą nie mylą.

Fabuła trochę prostsza od reszty elementów, ale dobrze dopasowana do gatunku. Fabuła w humorze to zawsze trudna sprawa, bo z jednej strony od tekstu oczekuje się, że będzie przede wszystkim bawił, z drugiej jednak trzeba coś opowiedzieć.

Trochę mało tej tytułowej marchwi. Nie napiszę, że tekst jej bardzo potrzebował, bo jest dobrze złożony. Z drugiej strony, widząc w tytule marchew (a w tagach “absurd” ;)) generalnie oczekiwałem, że spróbujesz się tym pobawić.

Podsumowując: lekka, przyjemna, całkiem zabawna lektura z bardzo fajnym pomysłem na wykorzystanie zombiaków.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, powiedz szczerze, generale Potato, że to marchew Cię tu zwabiła :)

Known some call is air am

Nawet nie będę udawał, że było inaczej. Xd

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Właściwie zombie-weganie mieli być osią całego opowiadania. Pomysł wziął się z burzy mózgów na najbardziej absurdalne postacie z typowego świata fantasy (pierwszego miejsca zombiak nie zajął, ale był tak uroczy, że żal go było nie wykorzystać). Problem polegał na tym, że po wieczorze poświęconym na radosne pisanie zdałem sobie sprawę z tego, że nie do końca spełniłby wymagania konkursu, bo w takim wydaniu sama nekromancja to za mało. Zombiaki faktycznie są już chyba wyeksploatowane do granic możliwości, podobnie jak wampiry i wilkołaki, ale cieszę się, że coś jeszcze udało mi się z nich wycisnąć.

Lekkie, zabawne fantasy w stylu Pratchetta.

Aż łatwo zapomnieć, że to złole są. No, żeby tak szanownych zmarłych eksploatować…

Twisty w historii zaliczone. Aha, nie znałam wcześniej liczów osobiście. Może to i lepiej.

Nie wiem, czy powinnam pytać, dlaczego miasto miało bramę, skoro nie miało murów. To zamierzony absurd czy kiks?

Babska logika rządzi!

Gdzie mi tam do Pratchetta! Cieszę się, że radni przypadli ci do gustu :)

 

Co do bramy to w domyśle umarlaki po wykonaniu niezbędnych prac zabrały się za dodatkowe roboty, w tym mury (dzięki któremu kształt zakładu pogrzebowego nabrał więcej sensu) i bramy

A, chyba że tak.

Radni nie bardzo, ale opowiadanie spoko. ;-)

Babska logika rządzi!

“Uwaga na głowy. Ciężki humor”

 dlatego, że nie miało nic ciekawego

Ciut się rymło, ale nie jakoś strasznie.

 Taki stan rzeczy trwał, ponieważ żadne królestwo nie przyznawało się do miasta.

I wtedy magicznie pojawiłaby się tam kopalnia? Bo to wynika z układu zdań.

 przetoczyły się wojska Ordy

Hmm.

 bardziej bogatym

"Bogaty" stopniujemy regularnie.

 Barbarzyńcy za nic mieli sobie to postanowienie

Dziwny szyk.

 odbywała się w okrojonym składzie

Hmm.

 Dramatycznie brakuje

Gdyby to nie była parodia, oberwałbyś za to sformułowanie ;P

 Radna Fairfax

Stanowisko małą literą.

 ze względu na swój spryt

"Swój" zbędne.

 kat zaproszony w trybie wyjątkowym na posiedzenie postanowił wtrącić się do rozmowy

Szyk i przecinki: kat, zaproszony na posiedzenie w trybie wyjątkowym, postanowił się wtrącić do dyskusji (inaczej wychodzi rym, psia jucha).

 zaskakująco żwawo jak na osobę, która składała się

Zaskakująco żwawo, jak na osobę, która. Miałabym zastrzeżenia co do "osoby", ale humor i tak dalej.

 znaleźć odpowiedniego maga do tego zadania

Szyk ciut nie teges, ale wystarczy skreślić "do tego zadania" i będzie grało.

 magicznych profesorów

Magiczny profesor to jednak nie to samo, co profesor magii.

 Róbcie co konieczne

Róbcie, co konieczne.

Jego następca będzie musiał usunąć go

"Jego" zbędne.

 Trudno byłoby uwierzyć, że ktoś, kto prowadzi doroczny Festyn Jabłecznika ma coś wspólnego ze sprowadzeniem do miasta czegoś takiego.

Jakiego? Nie za dużo tych zmiennych metasyntaktycznych? ;)

 Radna Fairfax

Ona nie ma na imię "Radna", nazwy stanowisk piszemy małą literą.

 Profesor Alessandrius Gregorius Tuttle

heart

Ligi Tępienia Prestidigitatorów i Mimów

 Studenci czytywali wiele interesujących artykułów

Hmm.

 niższa niż

Niższa, niż.

liczyć na pierwsze eksperymenty

Na pewno? https://sjp.pwn.pl/szukaj/eksperyment.html

 delikatne i subtelne zajęcie

"Zajęcie" to praca zawodowa, a tu chodzi raczej o zadanie.

 nosili cegły na budowie a nie recytowali

Nosili cegły na budowie, a nie recytowali. "A" możesz wyrzucić.

 no może lepiej

No, może lepiej.

 miała odbyć się

Miała się odbyć.

 Na dobitkę Holton wcale takich murów nie posiadało

Hmm. Może gdybyś wyciął "takich"?

 Fairfax miała minę, jakby bolał ją ząb, Galbin patrzył na burmistrza z miną "proszę nawet nie zaczynać"

Dwie miny obok siebie.

 Zaciął się na chwilę widząc gniewny wzrok burmistrza

Rozdzielaj czasowniki: Zaciął się na chwilę, widząc. Czy wzrok może się gniewać?

no nieważne

No, nieważne.

 Zapach mokrego psa, wędzonych skarpet i gotowanej kapusty wwiercał się w nozdrza jak świder, a zatoki paliły żywym ogniem, jakby wkroczył do nich oddział czerwonych mrówek.

Łaaał XD

 Golem był zaskakująco żwawy jak na nieboszczyka

Golem był zaskakująco żwawy, jak na nieboszczyka. Tu dałabym kropkę.

 wyszeptał Galbin

Po Galbinie też.

 On żyje, on żyje. ON ŻYJE! – wykrzyknął, wznosząc dłonie ku powale.

Burmistrz stwierdził, że Galbin chyba zbyt długo był narażony na stres związany z pełnieniem funkcji radnego i być może czas pomyśleć o zastępstwie.

Hmm.

 tak jak kazał

Tak, jak kazał.

 skoro nos odmawia przyjmowania powietrza to tym bardziej nie chce wdychać go ustami

Skoro nos odmawia przyjmowania powietrza, to tym bardziej nie chce wdychać go ustami. Podmiotem tego zdania podrzędnego jest nos. Chyba nie miał być.

 Tak jak się spodziewali

Tak, jak się spodziewali.

 lepsze efekty pracy osiągnie

"Pracy" zbędne.

 zapach da się zlikwidować, co oczywiście będzie nieco kosztować

Przed chwilą mówił, że musi to dopracować. Hmmm? Chwyt marketingowy? Oraz – rym.

we wściekłym grymasie

Bardziej w grymasie wściekłości.

 Profesor Tuttle napuszył się tak, że jeszcze trochę i oderwałby się od ziemi.

Hmm.

 zamruczał coś pod nosem, tracąc okazję do dobrego, jego zdaniem, dowcipu.

Hmm.

 tendencję do częstego manifestowania

Mieli tendencję = robili to często i z upodobaniem. Zatem – masełko z masełkiem.

 Z jednej strony stanowili doskonałe źródło wiedzy o świecie pozagrobowym, niestety z drugiej zdawali doskonale orientować się w sprawach doczesnych.

Z jednej strony – stanowili doskonałe źródło wiedzy o świecie pozagrobowym, niestety, z drugiej zdawali się doskonale orientować w sprawach doczesnych.

 “Załóż czapkę bo strasznie dziś wieje!”

“Załóż czapkę, bo strasznie dziś wieje!”

 był kimś w rodzaju ludzkiego najsłabszego ogniwa

Dlaczego "ludzkiego"?

 poprzez ciąg skojarzeń wydedukował

Tak dedukcja nie działa XD

 Dlatego wieczorem przy kolacji nie omieszkał opowiedzieć żonie o swoim najdziwniejszym dniu w pracy

Dlatego wieczorem, przy kolacji, nie omieszkał opowiedzieć żonie o najdziwniejszym dniu w pracy.

musiał ściągać rogala z drzewa przed domem burmistrza

XD

 Dlatego postanowiła podzielić się opowieścią z sąsiadką

Aż tak nad tym medytowała? Aliteracja.

 ja się pytam komu to potrzebne

Ja się pytam, komu to potrzebne.

 którzy obijają się nic nie robiąc

Masło maślane. Z masłem. A powinno być z przecinkiem.

 Nie żeby za życia też nie miał spokoju

Nie, żeby za życia nie miał spokoju.

 mi też przydałby się ktoś, kto wyręczyłby mnie w niezbędnych obowiązkach.

Mnie. Dialog dialogiem, ale "mnie". Reszta zdania brzmi jak reklama radiowa.

 ot co

Przecinek: ot, co.

 To wynik wczorajszej tytanicznej pracy.

Hmm.

 zajęcia, których inni nie zrobiliby

Niezbyt to zgrabne.

 potrzebuje prywatnego służącego, za którego płaci się tylko raz

Hmm.

 kalafiory i z nieznanych powodów marchew

Kalafiory i, z nieznanych powodów, marchew. I dynie zombie XD

 wymusić na radzie to, aby

"To" zbędne.

 dehydrowane

Dehydratowane.

 może i owszem nieco skrzypiały podczas poruszania i lepiej było trzymać je z dala od ognia

Może i owszem, nieco skrzypiały podczas poruszania i lepiej było je trzymać z dala od ognia.

 czynnika nieumarłego całkowicie zmieniło gospodarkę Holton czyniąc z miasta

Czynnika – czyniąc. Całkowicie zmieniło gospodarkę Holton, czyniąc z miasta.

 oznaczała tanie towary wykonywane taśmowo, które zalewały rynki sąsiednich państw

Hmm. A transport?

 Burmistrz Bumbler

"Burmistrz" małą literą.

 Radny Galbin

Jak wyżej.

 jeśli już, to wyciśnie z nas ostatnie soki

Inflacji nie macie, co? XD

A co jeśli

A co, jeśli.

 podobnego posiedzenia

Aliteracja, ale niezbyt rażąca.

 Potem już pana nie martwi

"Potem" już pana nie martwi.

 Pozostawienie cielesnej powłoki po to, by zgniła jest nie lada marnotrawstwem

Tu nie ma celowości: Pozostawienie cielesnej powłoki, by zgniła, jest nie lada marnotrawstwem.

 A moja oferta to taki… re-cykling.

https://instantrimshot.com/index.php?sound=rimshot&play=true

 zaczął dobijać się

Się dobijać.

 Radna Fairfax.

Małą!

 pomogła wsiąść czarodziejowi na konia

Szyk: pomogła czarodziejowi wsiąść na konia.

 dziedziniec zamkowy, który dawał doskonały widok na miasto i armię, która stała na horyzoncie

Dwa "który", dziedziniec nie daje widoku, tylko jest z niego widok.

 to niestety tych mniej pokojowych

"Niestety" jest wtrąceniem, wydziel.

 O matulu

O, matulu.

stała na czele Imperium Untharimów od kiedy

Stała na czele Imperium Untharimów, od kiedy.

 Mimo krótkiego czasu panowania

"Czasu" możesz wyciąć.

 wszystko co robiła godziło

Wszystko, co robiła, godziło. Nie jest to altruizm, ale humor. Choć faktycznie, ciężkawy.

 przewidywali, że pod koniec jej rządów unia Untharimów i Ordy będzie jak najbardziej możliwa, mimo wszelkich politycznych i społecznych różnic.

Ekhm? Ale że co?

 – Pani Fairfax – Profesor Tuttle

– Pani Fairfax. – Profesor Tuttle.

 to my jesteśmy tymi złymi

 jeśli tylko choć włos spadłby

Gdyby choć włos spadł.

 Święta

Mał… no, niech Ci będzie. :P

 No nie

No, nie.

 próbowała uciszyć go

Próbowała go uciszyć. Nie stawiaj monosylab na pozycji akcentowanej.

 Jak się nie zamkniesz to będzie

Jak się nie zamkniesz, to będzie.

może możni

Aliteracja.

 Ludzie, którzy gotowi są oddać życie za to, by uchronić

Przedłużone: Ludzie gotowi oddać życie, by uchronić. Czym oni ją przekonali?

 Najwięcej żywych odwiedzało wystawny dworek

Hmm. Dworek – nadworny.

 Umowa o dzieło na dwadzieścia lat

O dzieło? Nie! Ozusujmy żywych inaczej :P niech mają emerytury XD

 po wykonaniu pracy lub gdy doczesne szczątki nie będą się nadawać do pracy

Powtórzenie.

 katedry imienia Świętej Hedwigi

Katedra jest pod wezwaniem, nie imienia.

 Dla nas, prostych ludzi istnieje znacznie tańsza droga

Wtrącenie: Dla nas, prostych ludzi, istnieje znacznie tańsza droga.

 Umieścimy ją w miejscu przyszłej katedry i jej najbliższego otoczenia.

Wut? Czyli umieścimy, a potem zabudujemy? Otoczeniem?

 Nie będą też znajdować się w samej katedrze

Się znajdować.

 No dobra

No, dobra.

 skromnej, szarej szacie

Bez przecinka, aliteracja znośna.

 Podał jej warzywo, a ona beznamiętnie zatopiła w nim zęby.

Aaa, no, jasne.

 wisior z filakterium.

"Z" możesz wyciąć, wisior stanowi filakterium.

 – Ale ja wcale nie planuję umierać.

Jakoś… mniej śmiesznie się zrobiło

Gdyby nie ta końcówka, powiedziałabym – zabawny, pratchettonaśladowczy kawałek. Ale skręciłeś ostro, hmm. Nie wiem, co o tym myśleć.

wcześniej przecież Tuttle wcale taki zły nie jest – to bardziej oportunista, niż socjopata

No, właśnie.

 Dlatego (w moim odczuciu) Tuttle pozostał oportunistą

Pozostać pozostał, ale to się nazywa eskalacja :)

 Aż łatwo zapomnieć, że to złole są.

Ano, tak trochę.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Cześć!

 

Lekko, przyjemnie, z zaskakującą końcówką. Dobrze widzieć, że da się jeszcze wykorzystać nieumarłych w literacko ciekawy sposób. :D Zwykle unikam tego motywu jak ognia, a w tym wypadku bawiłem się naprawdę dobrze. 

Szkoda, że nie wszyscy wyłapią przemianę z nekromanty w licza, bo to ciekawe rozwiązanie, ale z drugiej strony opis tego momentu odebrałby zakończeniu nutkę zaskoczenia. Mi, staremu erpegowcowi, cholernie się podobało.

Klikam. 

 

Pozdrawiam. :)

Silva dzięki za wizytę :)

Tarnina przeglądam ze wstydem poprawki i jest mi wstyd. Nad paroma złowieszczymi “hmm.” będę musiał jeszcze pomyśleć. Dzięki za czas poświęcony przekopywaniu się przez tony baboli i skrupulatną łapankę. Dzięki niej wszystko wygląda lepiej.

 

Dałbym sobie głowę uciąć, że R przy radnych poprawiałem już na początku, niestety nie dam sobie głowy uciąć za to, że zapisałem zmiany.

Przed chwilą mówił, że musi to dopracować. Hmmm? Chwyt marketingowy? 

Chyba że założymy, że dopracowanie formuły będzie wymagało droższych składników. 

Dlaczego "ludzkiego"?

Chodziło mi o to, że sierżant był tym typem człowieka, który jest najsłabszym ogniwem każdego planu (ale dobrze się z tym ukrywa).

 

Co do Ligi Tępienia Prestidigitatorów i Mimów i re-cyklingu – ostrzegałem w przedmowie przed ciężkim humorem. Opowieść faktycznie nie kończy się zbyt miło, ale Tuttle był tak zły, że wraz z Hedwigą zabił również humor opowiadania.

 

 

Adek_W również dziękuję za komentarz i klika. Zawsze mam problem z zakończeniami bo zwykle są banalne albo mało satysfakcjonujące. Cieszę się, że takie rozwiązanie przypadło ci do gustu, chociaż cały czas zastanawiam się, jak je lepiej ugryźć i opisać

przeglądam ze wstydem poprawki i jest mi wstyd

 Dałbym sobie głowę uciąć, że R przy radnych poprawiałem już na początku, niestety nie dam sobie głowy uciąć za to, że zapisałem zmiany.

Zdarza się ^^

 Chyba że założymy, że dopracowanie formuły będzie wymagało droższych składników.

E, tam. Chwyt :)

 Chodziło mi o to, że sierżant był tym typem człowieka, który jest najsłabszym ogniwem każdego planu

Nope, still won't work.

 ostrzegałem w przedmowie przed ciężkim humorem

Oj, tam. Fajne są.

 Tuttle był tak zły, że wraz z Hedwigą zabił również humor opowiadania.

Ano, zabił. Trochę z sufitu, bo wcześniej było

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Nie przepadam za historiami traktującymi o zombie i byłam przekonana, że opisano je już na wszelkie możliwe sposoby, ale znów się okazuje, że byłam w błędzie, albowiem Marchwi będą służyć przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, ciesząc się porządnym wykonaniem i bardzo zacnym humorem. ;D

 

po­za­mia­tał pod­ło­gi w izbie. ―> Albo: …po­za­mia­tał pod­ło­gę w izbie. Albo: …po­za­mia­tał pod­ło­gi w izbach.

 

“Całe mia­sto jest spa­czo­ne”, po­my­śla­ła Świę­ta He­dwi­ga “Trze­ba je oczy­ścić w ogniu”. ―>

Całe mia­sto jest spa­czo­ne, po­my­śla­ła Świę­ta He­dwi­ga. Trze­ba je oczy­ścić w ogniu.

„Całe mia­sto jest spa­czo­ne”, po­my­śla­ła Świę­ta He­dwi­ga. „Trze­ba je oczy­ścić w ogniu”.

Przy zapisywaniu myśli stosujemy albo cudzysłów, albo kursywę, ale nie jednocześnie.

 

i zdjął z twa­rzy złotą maskę, którą od kilku mie­się­cy za­sła­nia­ła bladą, chorą twarz. ―> Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …i zdjął złotą maskę, którą od kilku mie­się­cy za­sła­nia­ła bladą, chorą twarz.

 

Gdy prze­mó­wił, jego głos odbił się echem po pu­stych ścia­nach. ―> Raczej: Gdy prze­mó­wił, jego głos odbił się echem od pu­stych ścia­n.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hail Discordia

regulatorzy dzięki za uwagi, już zabieram się za poprawianie. Cieszę się, że tekst ci się podobał bo przyznam że to mój debiut jeśli chodzi o klasyczne fantasy :)

 

japkiewicz dzięki za wizytę :)

W takim razie ten debiut okazał się bardzo udany. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, hej

Widać lekkie pióro. Czyta się naprawdę gładko, ładnie tę „marchew” przyrządziłeś i podałeś. Początek podobał mi się najbardziej, później trochę tempo i zaskoczenie opadło, ale żaden kawałek nie nużył. Problem miałem z zakończeniem – fajny twist, ale nie zauważyłem, z czego wynikał.

Do tego Hedwiga po wyjściu z miasta była już zombie? Jeśli tak, to dlaczego mówiła? Jeśli nie, to jak ją przekonał? Przyznaję, że mogło mi coś umknąć w fabule, tylko dlatego pytam.

Humor spokojny, ale dobry, rogal na drzewie trochę odbiega konwencją od reszty tekstu, ale fajny żarcik ;)

Bardzo podobały mi się postacie – charakterystyczne i pełnokrwiste, każda ma pięć minut i każda spełnia idealnie swoje zadanie.

Pozdrawiam

Pan Fons myślał jednak perspektywicznie i nieszablonowo, dlatego wybudował zakład tak, żeby stykał się z murami, które dopiero powstaną. W efekcie dom wyglądał, jakby przecięto go na pół.

xD

 

Już od pierwszych akapitów zorientowałem się, że mam do czynienia z opowieścią a la Pratchett, co bardzo mnie ucieszyło. Ale jeszcze bardziej się ucieszyłem, gdy zobaczyłem, że zrywasz z pewnym elementem, który mnie w Świecie Dysku irytował. U sir Terry’ego od pewnego momentu wszystko staje się bardzo ankh-morporko-centryczne (cóż za piękny przymiotnik), a u Ciebie lądujemy w biednym, splądrowanym mieście na jakimś wygwizdowie i mimo to dalej jest ciekawie :)

Całość bardzo mi się podobała, nie będę się więc rozdrabniał na opisywanie konkretnych elementów. Świetne postacie, dobry pomysł na zombiaki (choć identyczne zastosowanie miały one w kampanii do Warhammera “Źle się dzieje w Kislevie”), dobry humor.

Moim zdaniem zakończenie jest dobrze rozegrane. To właściwie podwójny twist, nie tylko fabularny, ale też poprzez nagłą zmianę nastroju opowieści. Jedyną wątpliwością jest to, na co już zwrócił uwagę Zanais, że Hedwiga, skoro została przemieniona, nie powinna chyba móc mówić.

Chętnie przeczytałbym kontynuację tej historii. Ciekaw jestem co będzie, gdy Wolne Miasto ze swym burmistrzem na czele będzie się musiało zmierzyć z nowym nieumarłym imperium :D

Zanais początkowo miałem inny pomysł na zakończenie, Tuttle faktycznie miał przekonać Hedwigę, że użycie nieumarłych przyniesie same korzyści. Problem w tym, że takie rozwiązanie byłoby mało złe. Pewnie dlatego obecne zakończenie tak mocno odcina się od reszty tekstu. 

 

Co do mówiącej zombie-Hedwigi to odpowiem (z szelmowskim uśmiechem na twarzy) że nigdzie nie wspominałem, że zombie są nieme. Hedwiga mówiła to, co nakazał jej nekromanta, a w pierwotnej wersji tekstu wszystkie jej kwestie wypowiada właśnie Tuttle. Zastanawiałem się nad dodaniem sceny spotkania Hedwigi i profesora, ale limit mnie trochę pogonił, jak zauważyli czytelnicy. Z drugiej strony bałem się, że twist fabularny będzie za bardzo przewidywalny. 

 

PS. Gdybym serio gdzieś w tekście wspomniał, że zombie są nieme (nie dam sobie głowy uciąć, a nie mogę teraz przeczytać go na szybko kolejny raz) to popełniłem strasznego babola.

 

Światowider czyli nie jestem w tym poczuciu ankh-morpork-centryzmu osamotniony :D Z jednej strony chciałoby się czytać więcej o Vetinarim czy poczciwcach ze straży, z drugiej inne krainy kuszą. Jeśli chodzi o kontynuację historii to przyznam, że moje ego zostało mile połechtane. Właściwie to zastanawiałem się nad rozwinięciem i mam już nawet kilka pomysłów. Być może w najbliższym czasie uda mi się coś napisać

 

Co do Warhammera to nie miałem okazji grać, chociaż zawsze mnie korciło. Ze wspomnianą przez ciebie kampanią muszę się zapoznać w najbliższym czasie. 

Światowider czyli nie jestem w tym poczuciu ankh-morpork-centryzmu osamotniony :D Z jednej strony chciałoby się czytać więcej o Vetinarim czy poczciwcach ze straży, z drugiej inne krainy kuszą.

Dla mnie to nawet nie jest kwestia tego, że inne krainy kuszą, tylko przeciwnie, zaczynają kusić coraz mniej, a to irytujące. Bo o ile w pierwszych tomach Rincewind lata po całym świecie i właściwie w Ankh-Morpork jest go najmniej, o tyle im dalej w las, tym bardziej miałem wrażenie, że poza Ankh-Morpork właściwie nic się nie dzieje (przynajmniej z perspektywy cyklu o Straży oraz cyklu von Lipwiga). Bo nawet jakieś wydarzenia zewnętrzne były prowokowane przez Ankhmorporczyków (np. wyjazdy Vimesa).

Właściwie to zastanawiałem się nad rozwinięciem i mam już nawet kilka pomysłów. Być może w najbliższym czasie uda mi się coś napisać

W takim razie niecierpliwie czekam ;)

Co do Warhammera to nie miałem okazji grać, chociaż zawsze mnie korciło. Ze wspomnianą przez ciebie kampanią muszę się zapoznać w najbliższym czasie. 

Jest pdf na docerze, więc możesz zajrzeć. Pracowite zombie pojawiają się gdzieś pod koniec.

Perfidnie zabawne. :)

Hej, Fladrif!

 

Ależ to świetne opowiadanie. Niezłej jakości humor jest oczywiście motorem napędowym. Do gustu przypadła mi szczególnie jedna z początkowych scen, gdzie radna naciska na stosowanie „odpowiedniego” nazewnictwa – jakże to aktualne. :-) 

 

Fabuła nie jest przesadnie skomplikowana, ale to raczej zaleta przy tego rodzaju tekstach. Zbytnie zawiłości zabiłyby lekkość. 

 

Bardzo mi się zatem podobało i liczę, że będziesz w konkursowej czołówce. :-) 

 

Pozdrawiam!

 

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Nowa Fantastyka