- Opowiadanie: LanaVallen - Pewnego dnia, być może, oby

Pewnego dnia, być może, oby

When your ro­oster crows at the break of dawn

Look out your win­dow and I'll be gone

You're the re­ason I'm a tra­ve­ling on

But don't think twice, it's all right

- Bob Dylan, Don’t Think Twice, It’s All Right (z myślą o wer­sji Me­la­nie Safki)

 

Po­zo­sta­wiam wam do roz­strzy­gnię­cia ta­jem­ni­cę tego świa­ta, w któ­rym in­ter­pre­ta­cji jest wiele. Ostrze­gam więc przed moż­li­wy­mi spo­ile­ra­mi w ko­men­ta­rzach.

 

 

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję do użyt­kow­ni­ków za­cnej bety: mor­te­cius, Adek_W i oidrin

 

 

+(ko­rzy­stam z do­dat­ko­we­go dy­żur­ne­go li­mi­tu)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pewnego dnia, być może, oby

On, ??? r.

 

Długo trwa­ło, nim po­ją­łem, że mi­nę­ło pra­wie pięć­set lat. Więk­szość tego prze­spa­łem, nie wie­dząc, że tkwi­łem w kap­su­le sam po­śród pust­ko­wi, a jej ko­mo­rę zmio­tło… Gdzieś. Kie­dyś.

Dla­te­go wła­śnie gnam przed sie­bie głod­ny, spra­gnio­ny i zmę­czo­ny. Sza­le­je burza, ale muszę wie­dzieć co­kol­wiek. On po­wie­dział mi, że Wiel­kich Świą­ty­nia znów prze­mó­wi­ła. Nie py­taj­cie, co to zna­czy. Ja wiem je­dy­nie, że jeśli w świe­cie, w któ­rym pra­wie wszyst­ko jest mar­twe, nagle coś ożywa, po­win­na na­pły­nąć rów­nież na­dzie­ja… albo strach.

Wy­bie­ram to pierw­sze. W końcu ona za­wsze po­wta­rza­ła, że je­stem skoń­czo­nym kre­ty­nem.

 

 

Ona, 3100 r.

 

Wiele lat temu mama po­wie­dzia­ła mi, że kiedy dwoje ludzi się szuka, jedno z nich musi się za­trzy­mać i po­cze­kać na to dru­gie. Dla­cze­go zda­rza nam się pa­mię­tać takie rze­czy?

Skoń­czy­łam wła­śnie na­gry­wać holo, więc wpa­tru­ję się w biel za oknem, aby opa­no­wać emo­cje. Przy­po­mi­nam sobie po­now­nie o mamie. Nie po­win­no mieć zna­cze­nia, czy umar­ła ze sta­ro­ści, czy w wy­pad­ku. Jed­nak nie mogę prze­stać o tym my­śleć, choć mi­nę­ło ponad ty­siąc lat. Dla mnie – mru­gnię­cie oka, ale ogrom tego czasu wciąż przy­pra­wia o dresz­cze.

Otwie­ram przy­mknię­te wcze­śniej oczy i uno­szę brodę. Uśmie­cham się szcze­rze, tak szcze­rze i bez­wied­nie, że na­le­ża­ło­by to do oso­bli­wo­ści jesz­cze ty­siąc lat temu. Ale teraz jest okej. Trzy­mam to prze­klę­te holo z na­dzie­ją za­kra­wa­ją­cą na głu­po­tę, lecz nie mogę po­wstrzy­mać tego głu­pie­go uśmie­chu. Wiem, że gdy on je obej­rzy, bę­dzie wię­cej niż okej. Bę­dzie na­praw­dę do­brze.

 

 

On, ??? r.

 

Nigdy nie uwa­ża­łem się za do­bre­go ga­wę­dzia­rza, ale ra­czej nie znaj­dzie się nikt lep­szy. Od czasu prze­bu­dze­nia spo­tka­łem równo dwa­dzie­ścia dwie osoby. Przez trzy lata. Wy­peł­złem wtedy z kap­su­ły, rzy­ga­jąc i wijąc się w pia­chu. Gar­dło i oczy mia­łem tak suche, że nie mo­głem mówić ani wi­dzieć, a uszy nie chcia­ły się ode­tkać. Od­cię­ty od zmy­słów, tkwi­łem w bańce, ska­za­ny na życz­li­wość ob­ce­go.

– Wody… – wy­char­cza­łem w końcu, co po­skut­ko­wa­ło ko­lej­nym bólem.

Piłem łap­czy­wie bez świa­do­mo­ści, że ten sa­ma­ry­ta­nin dzie­lił się naj­więk­szym skar­bem. Po do­zna­niu praw­dzi­wej sa­mot­no­ści wiem już, że był gotów zro­bić wszyst­ko, abym prze­żył. 

Sku­pia­łem się na ostat­nim zmy­śle. Czu­łem więc każdą nie­rów­ność, gdy nie­zna­jo­my cią­gnął mnie po ziemi, za­smar­ka­ne­go i ob­śli­nio­ne­go, z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi. Póź­niej zimny ka­mień, aż w końcu przy­jem­ny koc. Zo­sta­łem okry­ty skórą, ale nie mo­głem po­wstrzy­mać drga­wek. Obcy opie­ko­wał się mną przez długi czas, gdy ma­ja­czy­łem w go­rącz­ce, na­stęp­nie zno­sił hu­mo­ry, gdy wresz­cie mo­głem mówić.

– Ko­bie­ta… Była ze mną ko­bie­ta. – Jak zwy­kle nie usły­sza­łem od­po­wie­dzi, co nie było winą ledwo spraw­ne­go słu­chu. Wku­rza­ła mnie wiecz­na cisza ze stro­ny go­spo­da­rza i ten błą­dzą­cy wzrok. – Gdzie ona jest?! – wy­krzyk­ną­łem, chyba przy oka­zji go oplu­wa­jąc.

– Żad­nej. Ko­bie­ty.

Chcia­łem krzyk­nąć, ale za­ła­mał mi się głos. Chark­ną­łem więc, splu­ną­łem i po­dźwi­gną­łem na nogi. Od razu upa­dłem. Obcy sta­nął obok jak cień. Nie wy­cią­gnął ręki, po pro­stu pa­trzył. Trwa­ło to jakiś czas, po czym od­szedł.

Ja­ski­nia, w któ­rej ży­li­śmy, zda­wa­ła się z po­cząt­ku ogrom­na. Teraz do­brze wiem, że wy­star­czy­ło do­kład­nie trzy­na­ście kro­ków, aby przejść od wej­ścia do końca. Dla­te­go też Jack wolno sta­wiał jedną stopę wprost za drugą, być może po to, aby oszu­kać ciało, że po­ko­nu­je więk­szą od­le­głość. Cho­dził po­chy­lo­ny, choć strop był wy­star­cza­ją­co wy­so­ko, a wzrok sku­pio­ny miał na pod­ło­dze. Wy­glą­dał ka­ry­ka­tu­ral­nie.

– Hej… – Pra­wie udało mi się za­wo­łać. – Jak się na­zy­wasz?

Cze­ka­łem aż usią­dzie na łóżku. Jego umiej­sco­wio­ne było w głębi, więc chwi­lę to trwa­ło. Jeśli na­uczy­łem się cze­goś w nowym życiu, to cier­pli­wo­ści. Jed­nak od­po­wiedź nie na­de­szła.

– Dobra, okej, Jack. 

Wy­glą­dał jak Jack. 

Męż­czy­zna ziew­nął. Po­ło­żył się i uda­wał, że śpi.

– Który jest rok? Jak wy­glą­da­ło miej­sce, gdzie zna­la­złeś moją kap­su­łę? Po­ka­żesz mi? – Za­da­wa­łem py­ta­nia z coraz więk­szym od­stę­pem czasu i coraz gło­śniej, ale nic to nie dało. – Wiesz co? – Pod­nio­słem się. – Uda­waj dalej, a ja w tym cza­sie po pro­stu spraw­dzę to sam.

– Nie. Wy­cho­dzi – mruk­nął. Miał głos jakby od­zwy­cza­jo­ny od mó­wie­nia.

– Bo co?… Aha, no wła­śnie. Tak my­śla­łem.

Mu­sia­łem cho­dzić sku­lo­ny, drep­cząc po­ma­łu. Mię­śnie bo­la­ły jak pod­czas wie­lo­go­dzin­ne­go biegu, ale gdy­bym miał leżeć bodaj mi­nu­tę dłu­żej…

Nigdy nie lu­bi­łem lasów. Źle mi się ko­ja­rzą, bo za dzie­cia­ka zgu­bi­łem się na wy­ciecz­ce. Przez czte­ry dni szu­ka­łem ro­dzi­ców. My­śla­łem, że wiem, co to sa­mot­ność, ale wkrót­ce mia­łem zre­wi­do­wać ten po­gląd. 

Zie­le­ni było po pro­stu za dużo i chyba do­sta­łem ataku pa­ni­ki od sa­me­go za­pa­chu, bo na­stęp­ne, co za­pa­mię­ta­łem, to oczy Jacka. Resz­tę twa­rzy za­sło­nię­tą miał chu­s­tą. W dłoni trzy­mał kij, któ­rym się pod­pie­rał. Na­praw­dę trud­no było zro­zu­mieć, że nie był wiele star­szy ode mnie.

Za­chły­sną­łem się, kasz­ląc. Pył osa­dził się w prze­ły­ku i żadna ilość śliny nie mogła go zmyć. Poza tym ob­le­pił od­sło­nię­te ręce i wcale nie dało się tego syfu strze­pać.

Jack po­kle­pał mnie po ple­cach, po czym rzu­cił na nogi ka­wa­łek ma­te­ria­łu. Nie cze­ka­jąc, ru­szył na­przód. Oka­za­ło się, że nie­źle za­błą­dzi­łem, bo przy­naj­mniej kwa­drans mar­szu póź­niej nadal nie wró­ci­li­śmy do ja­ski­ni.

– Dzię­ku­ję – wy­mam­ro­ta­łem. – Za wszyst­ko.

Wie­dzia­łem, że nie ocze­ki­wał po­dzię­ko­wań. Mimo to spoj­rzał na mnie jakoś po­ru­szo­ny, przy­po­mi­na­jąc tym dziec­ko. Od tam­tej pory wcale nie mówił wię­cej, ale prze­stał mnie igno­ro­wać. Wy­star­czy­ło.

 

 

Cho­ciaż od­zy­ska­łem zmy­sły, na nie­wie­le się to zdało. Nie wie­dzia­łem, nie wiem, który jest rok, a więc ile czasu prze­spa­łem, i czy nadal byłem na Ziemi. Teraz roz­po­zna­ję wy­star­cza­ją­co dużo ruin i ga­tun­ków flory oraz fauny, aby to po­twier­dzić, ale nic to nie zmie­nia – i tak nie ma tutaj ludzi.

Są za to zwie­rzę­ta. Całe masy. Ale może tylko tak mi się wy­da­je? Lasy cią­gną się ki­lo­me­tra­mi. Nie­bo­sięż­ne, nie­odróż­nial­ne, nie­ru­cho­me. Groź­ne. Na­tu­ra po­skro­mi­ła czło­wie­ka, czuję się jak w klat­ce. Gdy spoj­rzę w górę, ko­ro­ny drzew roz­ca­pie­rza­ją się na tle nieba, gdy pa­trzę pro­sto, ich gęsto roz­miesz­czo­ne pnie przy­sła­nia­ją wi­docz­ność. Tlen. Po­trze­bu­ję tlenu w lesie. To śmiesz­ne. Czy mogę się za­śmiać? Wyję ze śmie­chu.

Opie­ram się o kraty celi. Ile czasu mi­nę­ło? Nawet dia­bli nie wie­dzą. Ścią­gam gogle i chu­s­tę, zgi­nam się wpół. Dłu­gie włosy wpa­da­ją do oczu, a broda swę­dzi. Nie po­zna­ła­by mnie. Zwy­kle cho­dzi­łem gład­ko ogo­lo­ny, z modną fry­zu­rą. Ale to było dawno. Do­słow­nie wieki temu.

– I tak całe życie w tym lesie? – za­py­ta­łem raz Jacka.

– Noo… – Po­pa­trzył na mnie jak na naj­więk­sze­go idio­tę.

– Nie nudzi ci się? Ja mam już dosyć.

Znowu ten wzrok. Wy­krzy­wiał przy tym usta i kle­pał dłoń­mi na udach, jakby chciał wybić rytm pio­sen­ki.

– Prze­trwa­nie. Nie za­ba­wa. To… – Mocno się spiął, pró­bu­jąc zna­leźć od­po­wied­nie słowo.

– …ko­niecz­ność? – za­su­ge­ro­wa­łem. Czy­ta­łem kie­dyś taki slo­gan.

Jack cmok­nął, po czym po­pu­kał mnie w tors.

– Nie-e. Wybór.

Tak, wielu ludzi się pod­da­je. Jest nawet taki zwy­czaj, aby ścią­gnąć kurt­kę, po czym usiąść w mroź­ną noc pod naj­mniej znie­na­wi­dzo­nym drze­wem i za­snąć. Naj­lep­szy spo­sób. Myśli się o tym non stop. Roz­ma­wia. Wy­obra­ża. I w końcu…

Wspo­mnia­łem, że wi­dzia­łem dotąd dwu­dzie­stu dwóch ludzi. Uwzględ­ni­łem też za­sty­głe trupy opar­te o pnie. Czemu li­czyć umar­łych? Ga­da­łem z nimi, każ­de­mu nada­łem imię. Nie od­po­wie­dzie­li nawet wzro­kiem, ale prze­cież żywi za­cho­wy­wa­li się po­dob­nie.

I ja wkrót­ce brną­łem przez śnieg do ulu­bio­ne­go drze­wa. Los śmiał mi się pro­sto w twarz, każąc miesz­kać w naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nym oto­cze­niu. 

Oj­ciec za­cy­to­wał kie­dyś Toł­sto­ja: „Nie ma ta­kich wa­run­ków, do któ­rych by czło­wiek nie przy­wykł, zwłasz­cza gdy widzi, że całe jego oto­cze­nie tak samo żyje”.* Po­wie­dział to, zo­sta­wia­jąc mnie w lesie na obo­zie let­nim, bo w wieku na­sto­let­nim wciąż nie mo­głem po­zbyć się lęku. Mie­siąc ta­kiej te­ra­pii za­gwa­ran­to­wał póź­niej dzie­sięć lat u te­ra­peu­ty. A pra­wie trzy lata pu­łap­ki bez wyj­ścia…

Przy życiu trzy­mał mnie je­dy­nie Jack. Gdy wy­ki­to­wał, dła­wiąc się krwią, prze­kro­czy­łem gra­ni­cę wy­trzy­ma­ło­ści. Byłem wy­star­cza­ją­co silny, na­le­ża­ło od­pu­ścić.

– Ona… – wy­char­czał Jack przed śmier­cią.

Wiem, kogo miał na myśli. Może kie­dyś o niej opo­wiem. Wy­star­czy rzec, że Jack bła­gał spoj­rze­niem, aby nie zo­ba­czy­ła go w tym sta­nie. Nie je­stem ka­to­li­kiem, on nawet nie znał tego słowa. Ale wy­cio­sa­łem pięk­ny krzyż. Nie znam in­ne­go znaku sza­cun­ku dla zmar­łe­go.

Sa­mo­bój­stwo po­win­no być za­pla­no­wa­ne, wy­ko­na­ne z na­le­ży­tym po­rząd­kiem. Po­win­no być we­wnętrz­ną pew­no­ścią, po­nie­waż po­trze­ba do tego nie lada od­wa­gi. Szczę­ście w nie­szczę­ściu spra­wi­ło, że nie ostał się nikt mo­gą­cy na­zwać to ego­izmem. 

Tam­te­go wła­śnie dnia spo­tka­łem numer szó­sty. Jego na­zwa­łem Ric­kiem. Ale był ga­da­tli­wy! Długo sie­dzie­li­śmy przy ogniu.

– Inny je­steś, chłop­cze. Ży­wia­sty. – Miał głos sta­re­go pi­ja­ka, ale by­stry wzrok, choć bez ustan­ku mru­gał.

Nie po­wie­dzia­łem mu, że za kilka go­dzin stał­bym się cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem ży­we­go. Sam czu­łem się jak trup, ale fak­tycz­nie inni lu­dzie wy­glą­da­li staro i w pe­wien spo­sób bar­dzo mar­two.

– Je­stem z prze­szło­ści. Nie­daw­no się obu­dzi­łem.

– A. Ha.

Ależ trza­ska­ło z tego ogni­ska. Ota­cza­ły nas je­dy­nie sosny. Nie­for­tun­nie zna­leźć się wśród nich w zimie, bo ich drew­no daje mało cie­pła. Z tego po­wo­du mu­sie­li­śmy nie­ustan­nie pil­no­wać ognia. Poza tym sosna jest smo­li­sta. Pa­mię­tam, jak w dzie­ciń­stwie oj­ciec na­rze­kał, że za­ty­ka­ła komin.

W tam­tym cza­sie, już po śmier­ci Jacka, od­kry­łem, że pró­bu­jąc wyjść z lasu, cią­gle jakby wcho­dzi­łem do in­ne­go. Wcze­śniej nie od­da­la­łem się zbyt­nio od ja­ski­ni, ale po odej­ściu Jacka nie chcia­łem w niej dłu­żej sie­dzieć, bo trud­niej znieść sa­mot­ność w czte­rech ścia­nach. Od­wa­ży­łem się wy­ko­rzy­stać sy­tu­ację, że oto zna­la­złem kogoś roz­mow­ne­go.

– Co się stało z Zie­mią? I z ludź­mi?

– Hm. A co się miało stać?

– No chyba nie to… Cza­sem za­sta­na­wiam się, czy po pro­stu wciąż śpię – wy­zna­łem.

Rick na­chy­lił się, a po­nie­waż sie­dział na­prze­ciw­ko, jego twarz zna­la­zła się nie­bez­piecz­nie bli­sko ognia. Pło­mie­nie wy­do­by­wa­ły wszyst­kie zmarszcz­ki i bruz­dy. Czy jed­nak rze­czy­wi­ście był stary?

– Chłop­cze. Tak już jest. Po co mieć zmar­twie­nie, skoro zro­bić nic nie zro­bisz. Ma­tu­la ma­tu­li tatki mo­je­go tatki pod zie­mią se żyła. No i ba­ja­ła o ta­kich róż­nych mi­łych i nie­mi­łych. Tatko zro­zu­miał o tyle – po­ka­zał małą od­le­głość pal­ca­mi – ale ja myślę se tak. Do­brzy – trach! Źli – bum! Ale słabi, sła­biut­cy tacy, co o sobie jeno, co boją się bać nawet, to ci żyją i ci zie­mię mają. Spra­wu­ją sobie i bomby spa­da­ją z ich stra­chu. I jak?

Za­sę­pi­łem się. Ma­tu­la ma­tu­li tatki jego tatki to aż pięć po­ko­leń. Nie da­wa­ło to peł­ne­go upły­wu lat, ale z całą pew­no­ścią nie tyle miała trwać nasza hi­ber­na­cja.

– Nie wiem. Chyba nijak.

Rick po­pu­kał się w czoło i pod­no­sząc jedną brew, spoj­rzał na mnie uważ­nie.

– Tak wła­śnie.

Nad ranem, kiedy to na twa­rze na­ło­ży­li­śmy gogle i chu­s­ty, bo w po­wie­trzu mimo śnie­gu uno­sił się pył, Rick mruk­nął jakby do sie­bie:

– Wsta­ła Wiel­kich Świą­ty­nia? Nie śpią­ca? Trza trzy­mać się z dala. Ale stało co, nie wiem. Cie­kaw. Stra­chu pełen.

I tak oto od ja­kie­goś czasu po­dró­żu­ję do tej Świą­ty­ni, choć gwa­ran­cji, że stary młody dzi­wak fak­tycz­nie coś wi­dział, nie mam żad­nej. Ale lep­szy taki cel niż żaden. A na­dzie­ja, cho­ciaż naj­mniej­sza, po­tra­fi ode­pchnąć czło­wie­ka znad grobu. 

Prze­trwa­nie to nie za­ba­wa, jak pró­bo­wał po­wie­dzieć kie­dyś po­czci­wy Jack. To nie ko­niecz­ność. Prze­trwa­nie to ciąg wy­bo­rów. Mu­sisz wy­brać, czy chcesz się pod­dać, czy pod­jąć trud prze­ży­cia. Pew­nie upodob­ni mnie to do tych mło­dzi­ków w sta­rej skó­rze, ale nie chcę po­now­nie za­snąć z myślą, że mogę się nie obu­dzić. Zbyt wiele lat tak już upły­nę­ło.

 

 

Ona, 2053 r.

 

Nigdy nie czu­łam ta­kiej więzi z nikim innym. To on uchro­nił mnie przed kulą, a póź­niej ra­to­wał jesz­cze wiele razy. Nie po­tra­fię wy­ja­śnić tego uczu­cia. Są rze­czy, któ­rych nie spo­sób pojąć.

Wkrót­ce potem po­pro­wa­dził nas do schro­nu, gdzie spo­tka­łam mamę. Nie byłam pewna, czy uda się jej do­trzeć, ale wy­glą­da­ła na całą i zdro­wą.

– Gdzie twoi ro­dzi­ce? I sio­stra? – pytam go. 

Ma spo­koj­ną sze­ro­ką twarz o gład­kich i re­gu­lar­nych ry­sach. Ubó­stwiam tę twarz. Wy­da­je się sta­bil­na ni­czym drze­wo. Gdy uko­cha­ny pa­trzy na roz­mów­cę, prze­chy­la całą głowę lekko na bok w wy­ra­zie za­cie­ka­wie­nia, ale jest w tym coś za­gad­ko­we­go. W tym mo­men­cie ta silna twarz drga pra­wie nie­zau­wa­żal­nie.

– W Van­co­uver.

– Rze­czy­wi­ście… To tam…

…za­ata­ko­wa­li pierw­sze­go dnia. Nad ranem na­stęp­ne­go widać było już tylko dym, który przy­sło­nił rzędy wie­żow­ców. Wielu ludzi po pro­stu umar­ło po­grze­ba­nych żyw­cem.

– Tak. – Mruga szyb­ko i uśmie­cha się krzy­wo. – Chodź, znaj­dzie­my jakiś bez­piecz­ny kąt.

To chyba zły dobór słów. Schron w swej de­fi­ni­cji po­wi­nien być bez­piecz­ny, ale… jakby prze­wi­du­je? Bomby na­ru­sza­ją struk­tu­rę za­le­d­wie go­dzi­nę póź­niej.

– Mamo! – na wpół krzy­czę, na wpół char­czę. Zgi­nam się, aby po­rząd­nie wy­ka­słać, i nie mogę po­wie­dzieć nic wię­cej. Boję się. Boże, tak bar­dzo się boję.

Szumi mi w uszach, ale teraz naj­waż­niej­sza jest ta okrop­na ciem­ność. Stoję w miej­scu, bojąc się wy­ko­nać nie­wła­ści­wy krok. Chyba naj­bez­piecz­niej bę­dzie uklęk­nąć… Nikt nie uczył mnie zasad prze­trwa­nia w wa­lą­cym się schro­nie. Pew­nie po­wi­nien, ale teraz już za późno.

Wtem roz­bły­ska obok świa­tło, wy­ła­nia­jąc z ciem­no­ści uko­cha­ną twarz.

– Hej, je­steś cała?

Mru­gam, jakoś nie mogąc przy­sto­so­wać oczu do na­głej ja­sno­ści. 

– Chyba… A ty?

– Wszyst­kie kości całe – mówi z za­wa­diac­kim uśmie­chem, pew­nie sta­ra­jąc się tym nas uspo­ko­ić. – Ale coś rąb­nę­ło mnie w głowę.

– Teraz czy kie­dyś?

– A więc nie stra­ci­łaś hu­mo­ru. To do­brze. Bar­dzo do­brze… – do­da­je pół­szep­tem, roz­glą­da­jąc się wokół. Jak za­wsze stara się być silny, ale nim od­wra­ca wzrok, do­strze­gam tam za­lą­żek stra­chu. Czuję ulgę, na­praw­dę. Strach za­wsze go mo­bi­li­zu­je. Ze skoń­czo­ne­go kre­ty­na za­mie­nia w lekko wku­rza­ją­ce­go głup­ka. – Chodź­my zna­leźć… Kur­czę.

Od resz­ty schro­nu od­dzie­la nas ścia­na gruzu, któ­rej w żaden spo­sób nie da się po­ko­nać. Przez go­dzi­nę pró­bu­je­my zna­leźć przej­ście, ale w końcu od­pusz­cza­my. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li do­cie­ra do nas, że wyjście jest również po dru­giej stro­nie.

 

 

On, 2556 r.?

 

Nu­me­ry dwu­dzie­sty trze­ci i czwar­ty spo­ty­kam zaraz po tym hi­ste­rycz­nym śmie­chu. Wy­ra­sta­ją przede mną nagle, zwa­bie­ni za­pew­ne dziw­nym ha­ła­sem. Nie mam nawet czasu na­ło­żyć po­now­nie chu­s­ty i gogli, ale włosy za­sła­nia­ją pół twa­rzy.

– Wiel­kich Świą­ty­nia? – pytam, wy­cią­ga­jąc palec na wprost. Nie ma co prze­dłu­żać, prze­cież i tak nie bę­dzie z tego roz­mo­wy.

Numer dwu­dzie­sty trze­ci kręci głową i wska­zu­je bar­dziej na pół­noc­ny za­chód. Nie ma imie­nia, bo mu­siał­bym wpierw zo­ba­czyć twarz, aby ja­kieś do­pa­so­wać. Nie­ste­ty nosi maskę. Wy­da­je się jed­nak ko­bie­tą, choć razem z to­wa­rzy­szem noszą luźne spodnie i sze­ro­kie kurt­ki.

Nie wiem więc, po czym do­kład­nie po­zna­ję, ale cza­sem po pro­stu się wie, nie? Zresz­tą nie­waż­ne. Za­sła­niam twarz i idę. Obcy wleką się z tyłu, co nawet mnie nie dziwi.

Mó­wi­łem, że je­stem kiep­skim ga­wę­dzia­rzem, ale nie ma czego wy­ja­śniać. Idą za mną, bo na­tu­ra ludz­ka każe szu­kać to­wa­rzy­stwa, lecz wkrót­ce odej­dą, bo nie po­tra­fią two­rzyć więzi i nie ro­zu­mie­ją bli­sko­ści.

Mówi się, że nie­moż­li­wym jest dzia­łać w po­je­dyn­kę, ale prze­trwa­ją tylko naj­sil­niej­si. W nowym świe­cie nie ma osad ni miast. Zdaje się, jakby nikt nie chciał prze­jąć ini­cja­ty­wy. Trud­no mar­twić się o in­nych, gdy nie­ustan­nie mu­sisz my­śleć o sobie. Tak przy­naj­mniej po­wie­dział Jack w dziw­nych, urwa­nych zda­niach. 

Jack za­ak­cep­to­wał mnie, bo do­skwie­ra­ła mu zbyt do­tkli­wa sa­mot­ność, ale prę­dzej czy póź­niej za­pew­ne od­szedł­by i nigdy nie wró­cił. Do­pa­so­wa­nie się do no­we­go świa­ta za­ję­ło mi trzy lata, a nadal czuję się nie na miej­scu.

To jest po­krę­co­ne, oni są po­krę­ce­ni, a świat stał się po­rą­ba­ny. Mam dość tego po­czu­cia cią­głe­go tkwie­nia we śnie. Może w rze­czy­wi­sto­ści żyję gdzieś in­dziej, może wciąż je­stem z nią w tym cu­dow­nym schro­nie, a tutaj zo­stał tylko od­pa­dek, po­zo­sta­łość, marna część bez ka­wał­ka duszy.

Je­stem uwię­zio­ny w sztucz­nym i pu­stym świe­cie, a co gor­sza – nikt inny tego nie widzi, choć wszyst­ko wy­glą­da tak samo. Dalej, Wiel­kich Świą­ty­nia wzywa. Dojdę tam, a póź­niej bę­dzie, co ma być.

Z ob­cy­mi spo­ty­kam się do­pie­ro po zmro­ku, gdy bez słowa do­sia­da­ją się do ognia. Dwu­dzie­sty czwar­ty przy­no­si na­rę­cze drew­na, trze­cia zaś pod­su­wa mi pod nos sa­mo­gon. Jest na­chal­na, lecz w rów­nym stop­niu wy­co­fa­na. Gdy­bym po­ru­szył się zbyt gwał­tow­nie, od­sko­czy­ła­by i wy­cią­gnę­ła nóż. W końcu trzy­ma bu­tel­kę tak długo, aż ją za­bio­rę, ale za­miast się przy­bli­żyć, mocno wy­cią­ga rękę.

Wle­wam w sie­bie al­ko­hol, nie­wie­le po­świę­ca­jąc myśli temu, że pew­nie truję się wła­śnie oło­wiem czy mie­dzią. Nie­waż­ne. Byle łup­nę­ło. W mię­dzy­cza­sie męż­czy­zna ścią­ga maskę i widzę ko­lej­ną po­zna­czo­ną bruz­da­mi twarz o bar­dzo mło­dych oczach. Rude włosy przy­cię­te przy skó­rze, krzy­wy nos, ale jakaś do­bro­tli­wość w spoj­rze­niu. Bob.

Jego to­wa­rzysz­ka nie kwapi się do tego sa­me­go i dalej sie­dzi w masce. Od­wra­ca tylko głowę w jego kie­run­ku, póź­niej spo­glą­da na mnie, chyba za­trzy­mu­je wzrok na dłu­żej, po czym kła­dzie się tyłem do ognia. Po­mi­mo to po­sta­na­wiam na­zwać ją Eriką. Moja matka też mnie igno­ro­wa­ła.

– Da­le­ko ta Świą­ty­nia? – za­chcie­wa mi się spy­tać.

Bob otwie­ra sze­ro­ko oczy, ale nie od­ry­wa ich od ognia. Kasz­le i chrzą­ka. Ten kon­cert trwa jakiś czas. Erika wsta­je, wali go w głowę i po­now­nie się kła­dzie.

– No… Nie – od­po­wia­da w końcu Bob za­chryp­nię­tym gło­sem. Kasz­lał, bo za­chrypł czy za­chrypł od tego chrzą­ka­nia?

– Czyli ile?

Znowu wy­ba­łu­sza oczy, ale tym razem naj­pierw spo­glą­da na ko­bie­tę, po czym ma­su­je głowę. Chrzą­ka. Kasz­le.

– Dwa – fuka Erika.

Dwa…?

 

 

Chyba czas opo­wie­dzieć o ko­bie­cie Jacka, skoro już mi się przy­po­mnia­ło. No więc wy­ło­ni­ła się zza drze­wa ni­czym zjawa, szczu­pła i gibka. Wy­glą­da­ła oso­bli­wie, przy­naj­mniej na tam­ten mo­ment. Numer dwa po­zna­łem więc jak wszyst­kich in­nych – nagle, z re­zer­wą, ale i z cie­ka­wo­ścią.

Numer dwa jest naj­waż­niej­szy, no nie? Naj­wię­cej można się na­uczyć, będąc o krok od zwy­cię­stwa, i ro­biąc coś po raz drugi, bo już wia­do­mo, co i jak. Dla­te­go wła­śnie Ann naj­bar­dziej za­pa­dła mi w pa­mięć, cho­ciaż nie wy­róż­nia­ła się wy­glą­dem. Miała dłu­gie ciem­no­blond włosy, roz­wi­chrzo­ne i brud­ne, brą­zo­we oczy, które wy­pa­trzy­łem jeden je­dy­ny raz przez przy­pa­dek, wiecz­nie wy­krzy­wio­ny jeden kącik ust. Twa­rzy w całej oka­za­ło­ści nie po­ka­za­ła mi nigdy.

Po­zna­nie Ann stało się klu­czo­we w zro­zu­mie­niu nowej rze­czy­wi­sto­ści. Przy­cho­dzi­ła do Jacka za­wsze kilka dni po pełni i bez wy­po­wie­dze­nia jed­ne­go słowa upra­wia­li seks w ja­ski­ni. Bły­ska­wicz­nie za­bie­ra­li się do dzie­ła, więc za pierw­szym razem nawet nie zdą­ży­łem do­sta­tecz­nie się od­da­lić.

W ich sek­sie było coś bar­dzo zdy­stan­so­wa­ne­go, wręcz me­cha­nicz­ne­go, więc nie­raz za­sta­na­wia­łem się, czy Jack czuł co­kol­wiek do Ann albo ona do niego. Nawet jeśli, w rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi­ło o dzie­ci.

Ann nigdy nie po­ja­wi­ła się z brzu­chem, a wi­dzia­łem ją jesz­cze po śmier­ci Jacka, gdy po raz ostat­ni od­wró­ci­łem się, aby po­pa­trzeć na ja­ski­nię. Stała obok kopca ziemi, ale pa­trzy­ła na mnie. Po­czu­łem je­dy­nie cień wy­rzu­tów su­mie­nia. 

Nie­płod­ność mogła za­mie­nić czło­wie­ka w wę­drow­ne­go mor­der­cę, szu­ka­ją­ce­go celu uza­sad­nia­ją­ce­go jego ist­nie­nie. Cze­go­kol­wiek co przy­nio­sło­by mu na­miast­kę „ho­no­ru”. Być może, gdyby żyło wię­cej ludzi. Tych, co po­zo­sta­li, po­zba­wio­no nawet tego. Włó­czy­li się więc bez planu na życie. Cie­ka­we czy Ann za­snę­ła wkrót­ce potem pod drze­wem?

To numer dwa spra­wił, że utra­ci­łem wszel­ką na­dzie­ję. Dziw­ne? Gdyby przyj­rzeć się temu uważ­niej, sta­ło­by się cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łe.

 

 

Dzię­ku­ję Słoń­cu, że po­ru­sza się po nie­bie, bo był­bym cał­kiem osza­lał. Drze­wa po­now­nie zdają się za­my­kać mnie w klat­ce. Spa­lił­bym las – pod­ło­żył ogień i pa­trzył, jak do­go­ry­wa. Zwa­rio­wa­łem. Zwa­rio­wa­łem?

– Da­le­ko jesz­cze? – char­czę.

Nie po­tra­fię sobie wy­obra­zić, że nagle wy­ro­śnie przed nami ja­ki­kol­wiek bu­dy­nek. Bob kasz­le. 

– Dwa – war­czy Erika.

– Prze­cież już dzień idzie­my!

– Wolno nogi da­jesz.

– Bzdu­ra. Nigdy nie da­wa­łem żwa­wiej – sapię. 

Bra­ku­je mi tchu, bo nowi to­wa­rzy­sze na­da­ją szyb­kie tempo. Gogle pa­ru­ją, a bluza prze­sią­ka potem. Nie mogę jej zdjąć przez wszech­obec­ny pył, bo zaraz był­bym cały ob­le­pio­ny, a to świń­stwo trud­no scho­dzi. Pod wpły­wem wody zmie­nia się w błot­ni­stą maź.

– Nie dni – do­po­wia­da po pew­nym cza­sie Erika.

Każdy ma swój spo­sób li­cze­nia go­dzin, więc nic, kom­plet­nie nic mi to nie mówi. Mogę je­dy­nie za­ło­żyć, że doj­dzie­my przed zmro­kiem, ale nie jest to pewne.

Od opo­wie­ści wy­ma­ga się akcji, a jeśli nie można tego za­pew­nić, to cie­ka­wych dia­lo­gów? W takim razie je­stem kiep­skim ga­wę­dzia­rzem, dla­te­go że moja opo­wieść jest nudna. Życie prze­waż­nie jest nudne. 

Nie ata­ku­ją nas wilki, a do­ku­cza mi je­dy­nie roz­wi­ja­ją­cy się obłęd i chro­nicz­ne pra­gnie­nie. Co­dzien­ne spra­wy. To­wa­rzy­sze nie od­zy­wa­ją się, więc rów­nie do­brze mo­głem iść sam. Przy­zna­ję jed­nak, że bim­ber mają przed­ni, a Bob to świet­ny łow­czy. Gdyby cho­ciaż oto­cze­nie było jak­kol­wiek in­te­re­su­ją­ce. 

Od za­wsze po­tra­fi­łem wy­bu­dzić się z kosz­ma­ru, ale nie z tego. Czy to dowód na praw­dzi­wość świa­ta, czy za­le­d­wie wy­ją­tek po­twier­dza­ją­cy re­gu­łę? Kie­dyś czę­sto śniło mi się, że bie­ga­łem w miej­scu i tak wła­śnie czuję się w tej chwi­li. Las nigdy się nie koń­czy. 

– Oczy­wi­ście, że się koń­czy! – po­wie­dział­by ktoś z daw­ne­go świa­ta. – Po pro­stu jest ogrom­ny, po­nie­waż się roz­rósł. 

Ale po pię­ciu­set la­tach kto wie jak bar­dzo?

Po­wąt­pie­wam w mapy. Za­py­tam więc o coś in­ne­go:

– Dla­cze­go aku­rat Wiel­kich Świą­ty­nia?

Zero od­po­wie­dzi. Nikt przy­naj­mniej nie powie, że nie pró­bo­wa­łem.

– Takie wiel­kie to… – mru­czy w końcu Erika. – Mu­sie­li być wiel­cy.

Wtem, ni stąd, ni zowąd, las nagle się koń­czy, a przed nami roz­cią­ga się pust­ko­wie ze ster­czą­cym po­środ­ku wie­żow­cem.

 

 

Ona, 2053 r.

 

Zro­bi­ło mi się strasz­nie zimno, nie mogę opa­no­wać szczę­ka­nia zę­ba­mi i drże­nia nóg. W końcu ad­re­na­li­na prze­sta­ła dzia­łać. Wtu­lam się w jego ra­mio­na, ale na nie­wie­le się to zdaje.

– Zo­stań tu chwi­lę, do­brze? Tylko chwi­lę. Spraw­dzę, czy nadal dzia­ła­ją – szep­cze w moje włosy po dłuż­szej chwi­li.

– Ty-ty-ty skoń-czo­ny kre-e-e-ty­nie – dukam po­mię­dzy szczę­ka­niem. – Idę z-z-z to-bą.

W świe­tle la­tar­ki widzę, że jest praw­dzi­wie za­tro­ska­ny. Jeden kącik ust wę­dru­je mu wtedy bar­dziej w bok, brwi się zbli­ża­ją. Ma spo­koj­ny cie­pły głos.

– Okej.

Po­ma­ga mi się pod­nieść. Pró­bu­ję po­rząd­nie ode­tchnąć, po czym za­czy­nam biec w miej­scu i ska­kać. Strze­pu­ję rę­ka­mi. To rów­nież nie cał­kiem po­ma­ga, ale jakoś mo­bi­li­zu­je.

Po­dą­ża­my tu­ne­lem do wnę­trza schro­nu. Świa­tło la­tar­ki na­da­je oto­cze­niu upior­ny na­strój. Wy­cią­gam więc rękę, aby chwy­cić uko­cha­ne­go, ale wy­wa­lam się jak długa.

– O Jezu… Ciało. Po­tknę­łam się o ciało! – dyszę.

Wi­dzia­łam już mar­twych ludzi na tej woj­nie, ale przy­zwy­cza­je­nie do okrop­no­ści wcale nie umniej­sza ich zna­cze­nia.

Snop świa­tła roz­świe­tla zwło­ki z roz­bi­tą głową. Na szczę­ście on szyb­ko kie­ru­je la­tar­kę na sufit.

– Nie patrz. Nie… – Gło­śno od­dy­cha. – Chodź, ko­cha­nie. Byle dalej, byle dalej…

Dresz­cze wra­ca­ją, więc za­my­kam oczy i ucze­piam się jego ko­szu­li. Czuję, że i on drży, ale pro­wa­dzi mnie ni­czym dziec­ko. Nawet nie chcę wie­dzieć, ile jesz­cze ciał kryje się w ciem­no­ści.

Robi się coraz zim­niej, więc oboje ledwo sta­wia­my krok za kro­kiem. Wi­dzi­my obok różne po­ko­je, ale wy­jąt­ko­wo ani sto­łów­ka, ani pokój re­kre­acyj­ny nie wzbu­dza­ją na­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Zer­ka­my je­dy­nie do środ­ka, czy nie ma in­nych ludzi.

Do­pie­ro po mniej wię­cej kwa­dran­sie do­cho­dzi­my do po­miesz­cze­nia hi­ber­na­cji.

On ma kartę i zna kody ak­ty­wa­cji, bo pra­co­wał przy kap­su­łach. Nie­ste­ty nie­zbyt długo, ale ufam mu. Bez niego już dawno bym pła­ka­ła.

Gdy bie­gli­śmy do schro­nu, po­wie­dział, że to nie­unik­nio­ne. Nie ist­nia­ła naj­mniej­sza szan­sa na prze­ży­cie bez hi­ber­na­cji. Wróg był zbyt nie­ustę­pli­wy.

– To ko­niec – rzekł wtedy.

Tech­no­lo­gia do­pa­dła ludz­kość. To ona do­pro­wa­dzi­ła świat do cał­ko­wi­tej za­gła­dy w prze­cią­gu za­le­d­wie kil­ku­mie­sięcz­nej wojny. Z dru­giej stro­ny, to wła­śnie ona miała tę ludz­kość ura­to­wać. Oby.

– Zaraz się znowu zo­ba­czy­my. Do­słow­nie! – śmie­je się sztucz­nie, pod­czas za­my­ka­nia drzwi kap­su­ły. Wo­la­ła­bym, aby prze­stał uda­wać.

– Je­steś kre­ty­nem, wiesz? – wy­du­szam. 

Tak bar­dzo się boję. Chcia­ła­bym być gdzie­kol­wiek in­dziej. Nie mogę prze­stać my­śleć o tym, że wo­la­ła­bym po pro­stu spę­dzić z nim ostat­nie chwi­le bez hi­ber­na­cji, która nie daje gwa­ran­cji na po­now­ne prze­bu­dze­nie.

– Wiem. Ko­cham…

Za­snę­li­śmy, drę­cze­ni dziw­ny­mi kosz­ma­ra­mi.

 

 

On, 2556 r.?

 

Wy­glą­da jak uła­ma­ny ząb po­two­ra, jak bez­wstyd­ny przy­kład upły­wu czasu, jak… Nie dam tak rady. To jest po pro­stu prze­klę­ty wie­żo­wiec, wy­glą­da­ją­cy jak wie­żo­wiec, za­wa­lo­ny w po­ło­wie, z wy­bi­ty­mi szy­ba­mi. Brzy­dac­two, ale Boże mi­ło­sier­ny, prze­szło trzy lata nie wi­dzia­łem nic tak cu­dow­ne­go. Jak to jest, że prze­trwa­ło aku­rat to?

Taa… Płyną ko­lej­ne se­kun­dy, a ja do­pie­ro teraz do­strze­gam, że w jed­nym oknie jarzy się jakaś łuna. Moi to­wa­rzy­sze za­sty­ga­ją ni­czym zwie­rzę­ta. Cie­ka­wi nie­zna­ne­go, ale z na­leż­ną re­zer­wą. Gdy idę dalej, oni nie po­dą­ża­ją. Za­pew­ne je­stem je­dy­nym czło­wie­kiem na Ziemi, który od­wa­ży się tam wkro­czyć i nie jest to pokaz od­wa­gi.

To ja uru­cho­mi­łem kap­su­ły, to ja je­stem za wszyst­ko od­po­wie­dzial­ny i jeśli to fak­tycz­nie ona – muszę to spraw­dzić. Jeśli to co­kol­wiek in­ne­go, niech tak bę­dzie. Poza tym każdy cel jest dobry, szcze­gól­nie jeśli mo­bi­li­zu­je cię do życia.

Będąc w lesie, czu­łem nie­ustan­ny ból głowy. Po tak na­głej zmia­nie oto­cze­nia jest jesz­cze go­rzej. Pul­su­je mi za ocza­mi, ledwo widzę, a serce jakoś kur­czy się i roz­prę­ża. Pył sza­le­je przez nie­po­wstrzy­ma­ne po­dmu­chy wia­tru. Wę­drów­ka trwa więc długo, około go­dzi­ny we­dług ra­chu­by Jacka. Zmierz­cha, gdy w końcu do­cie­ram do drzwi. Boże, czemu ci dur­nie ze mną nie po­szli? Chciał­bym… Nie­waż­ne.

– Halo? – To pierw­sze na co wpa­dam. Na­praw­dę nie wiem, co robić. Idę więc dalej.

Nikt nie od­po­wia­da, ale sły­szę cy­klicz­ne pi­ka­nie, coś jak dźwięk ocze­ki­wa­nia na po­łą­cze­nie. Szkło chrzę­ści, wiatr huczy, a ja mam tylko brud­ny nóż do obro­ny. Jack gar­dził sta­ry­mi tech­no­lo­giami, a ja sam nigdy nie zna­la­złem pi­sto­le­tu. Czy po takim cza­sie nadal by dzia­łał? Gdyby nawet jakiś leżał u moich stóp, wy­bra­ła­bym za­ufa­ną broń za każ­dym razem.

Dziw­nie jest się zna­leźć w takim miej­scu. Po raz pierw­szy fak­tycz­nie czuję, że to świat osza­lał, a nie ja. 

Wciąż roz­glą­dam się za nią, wołam co jakiś czas, ale bu­dy­nek zdaje się opu­sto­sza­ły. Wiem jed­nak, że jeśli prze­ży­ła, to nie ma in­ne­go miej­sca, do któ­re­go by przy­szła. Zo­sta­nę więc tak długo, jak bę­dzie trze­ba.

Dźwięk pro­wa­dzi na górę. W końcu mrok ko­ry­ta­rza roz­ja­śnia nie­bie­ska po­świa­ta. Idę jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. Co to, do dia­ska, jest? Ja­kieś… urzą­dze­nie? Wy­glą­da jak mały ta­blet, tyle że świe­ci jak kap­su­ła. Mocno i błę­kit­nie. Ścią­gam gogle, aby zo­ba­czyć to na wła­sne oczy.

Nie zmie­ni­łem się do końca w ja­ski­niow­ca. Wciąż po­tra­fię do­brze trzy­mać to urzą­dze­nie w dło­niach, a jeśli się waham, to tylko ze stra­chu, czy na­praw­dę po­wi­nie­nem to uru­cha­miać.

Do­sko­na­le pa­mię­tam ikon­kę od­twa­rza­nia. Pusz­czam więc „play”.

 

 

Ona, 3100 r.

 

– Go­to­wa? – pyta Luna, nie­śmia­ło za­glą­da­jąc do po­miesz­cze­nia.

Świa­tło jest prze­pięk­ne o tej porze dnia, złote re­flek­sy tań­czą na śnież­no­bia­łych ścia­nach.

– To trud­ne py­ta­nie – od­po­wia­dam, spusz­cza­jąc głowę, choć nie mogę po­wstrzy­mać uśmie­chu. – Le­piej nie po­tra­fi­łam ubrać tego w słowa, ale z pew­no­ścią dało się to prze­ka­zać ina­czej.

– Ann… – Luna ma zbo­la­ły głos, a spoj­rze­nie pełne współ­czu­cia. – Ale… Cie­szysz się, praw­da? Wiesz, że to holo, to naj­lep­sze, na co nas stać. Nie mo­że­my… Choć teo­re­tycz­nie mo­gli­by­śmy… Boję się jed­nak, co mo­gło­by na­stą­pić…

– Spo­koj­nie! – Śmie­ję się, po czym głasz­czę przy­ja­ciół­kę po ra­mie­niu. – Ni­cze­go wię­cej nie żądam. Je­stem wam taka wdzięcz­na. Nigdy się nie od­pła­cę.

– Żar­tu­jesz? Je­steś naj­lep­szym, co nas spo­tka­ło! Żywą hi­sto­rią!

Luna de­li­kat­nie za­bie­ra holo, prze­bie­ga pal­cem po jego chłod­nej po­wierzch­ni i za­sę­pia się, przy­wra­ca­jąc w pa­mię­ci pewne wspo­mnie­nia.

– Chodź – mówi po dłuż­szej chwi­li. – Radni zna­leź­li ide­al­ne miej­sce.

– A rok? Do­wie­dzie­li się już, który to był? – pytam z na­dzie­ją.

– We­dług na­szych naj­lep­szych tech­ni­ków kap­su­ła mu­sia­ła otwo­rzyć się po­mię­dzy dwa ty­sią­ce pięć­set pięć­dzie­sią­tym a dwa ty­sią­ce pięć­set pięć­dzie­sią­tym ósmym. Zde­cy­do­wa­li się na dwa ty­sią­ce pięć­set pięć­dzie­sią­ty siód­my jako naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ny, ale…

– Wiem. Mimo to po­win­ni­śmy spró­bo­wać.

Złote re­flek­sy od­bi­ją się od smu­kłych wie­żow­ców, a wkrót­ce miesz­kań­cy bia­łe­go mia­sta za­czną przy­go­to­wy­wać się do snu. To był dobry dzień jak wszyst­kie po­zo­sta­łe.

 

 

On, 2557 r.

 

Stoi przede mną pięk­niej­sza niż za­pa­mię­ta­łem. Może dla­te­go, że ostat­nio była roz­czo­chra­na, po­kry­ta pyłem i okrop­nie prze­ra­żo­na. Wtedy gdy za­my­ka­łem drzwi kap­su­ły. Teraz z jej twa­rzy bije jakiś blask, a od bieli ubio­ru bolą mnie oczy. Czyli jed­nak. W końcu ją zna­la­złem.

 

 

…:po­czą­tek trans­mi­sji:…

 

 

Hej.

Na­zy­wam się Ann. Wła­ści­wie to Anet­te, ale nikt tak do mnie nie mówi.

Jest to w pe­wien spo­sób po­że­gna­nie. Nie moje. Ra­czej wasze. Ja jesz­cze nie żyję, a wy już je­ste­ście mar­twi. Na­gry­wam to w przy­szło­ści i dzię­ki znacz­ne­mu roz­wo­jo­wi tech­no­lo­gii – zro­zu­mia­łam w tym wszyst­kim je­dy­nie słowa kwan­to­wy i splą­ta­ny – je­stem w sta­nie prze­słać jedną wia­do­mość w prze­szłość.

Nie bę­dzie to nic zna­czą­ce­go. Wła­ści­wie można to na­zwać ka­pry­sem, ale Radni wo­le­li­by nie ry­zy­ko­wać z hi­sto­rią. Twier­dzą, że wojna mu­sia­ła znisz­czyć świat, aby od­ro­dził się na nowo. Ja myślę, że to kwan­to­wo splą­ta­ne coś zwy­czaj­nie nie dzia­ła aż tak da­le­ko w prze­szłość. 

Do rze­czy, Ann. Po­cho­dzę z dwa ty­sią­ce pięć­dzie­sią­te­go trze­cie­go i jeśli nie­wie­le wam to mówi, wy­tłu­ma­czę: uro­dzi­łam się wiele lat przed wami, wtedy kiedy Zie­mia wy­glą­da­ła zu­peł­nie ina­czej. Wcale nie le­piej. Ostat­ni widok, który na­su­wa mi się w pa­mię­ci, to ogień i ko­niec wszyst­kie­go. Wojna zmu­si­ła mnie i mo­je­go to­wa­rzy­sza do hi­ber­na­cji. Za­snę­li­śmy, nie wie­dząc, co przy­nie­sie po­bud­ka. Jeśli jakaś na­stą­pi.

Mia­łam szczę­ście, ale i ogrom­ne­go pecha. Obu­dzi­li mnie al­bo­wiem pięk­ni lu­dzie o gład­ko za­cze­sa­nych wło­sach. Po­wie­dzie­li, że po­cho­dzą z ko­smo­su, ale po­wró­ci­li na Zie­mię po wielu stu­le­ciach, aby ludz­kość po­now­nie mogła na­zwać ją domem. Praw­dzi­wym domem. Je­ste­ście żywym przy­kła­dem na to, że lu­dzie są prze­bie­gli i prze­trwa­ją wszyst­ko. Nie­któ­rzy z daw­ne­go świa­ta za­hi­ber­no­wa­li się w schro­nach, inni na stat­kach ko­smicz­nych.

Nowi to­wa­rzy­sze wy­do­by­li moją kap­su­łę z gru­bej bryły lodu, po czym za­pro­wa­dzi­li do pięk­ne­go mia­sta. Jak więc wi­dzi­cie, mam się do­brze.

Pech spra­wił, że nie zna­leź­li mo­je­go uko­cha­ne­go. W za­sa­dzie, czego nie po­tra­fię zro­zu­mieć, nie zna­leź­li ni­ko­go in­ne­go. Żad­nych ży­wych ani śpią­cych. Zna­leź­li za to szcząt­ki jego otwar­tej kap­su­ły, która zdą­ży­ła wto­pić się w oto­cze­nie. 

Oni, to zna­czy nowe spo­łe­czeń­stwo, jest bar­dzo roz­wi­nię­te. Zdo­ła­li od­two­rzyć moż­li­wy prze­bieg wy­pad­ków. Ko­lej­na bomba mu­sia­ła na­ru­szyć struk­tu­rę schro­nu, roz­dzie­la­jąc nas do­słow­nie na wieki. Wpa­dłam do wody, a kap­su­ła opa­dła na dno.

Jeśli fak­tycz­nie wy­do­stał się ze swo­jej, jeśli wciąż żyje… Co przez tak długą hi­ber­na­cję i brak me­dycz­nej po­mo­cy po­win­no być nie­moż­li­we… Na pewno mnie szuka, ale pew­ne­go dnia, być może, o mnie za­po­mni. Oby.

W tym po­że­gna­niu pro­szę was o jedno. Bła­gam… Jeśli na­praw­dę ktoś to obej­rzy… Jeśli fak­tycz­nie ktoś tam jest… On musi wie­dzieć. Musi wie­dzieć, że nigdy się nie spo­tka­my, ale ja wciąż żyję i jest do­brze. Jest na­praw­dę do­brze.

 

Na­zy­wa się Jack.

Znajdź­cie Jacka.

 

 

…:ko­niec trans­mi­sji:…

 

 

 

* Lew Toł­stoj – Anna Ka­re­ni­na (tłum. Ka­zi­mie­ra Ił­ła­ko­wi­czów­na)

Koniec

Komentarze

Jak dla mnie trochę za mroczne i zbyt apokaliptyczne.

Jednak czyta się dobrze.

 

Znalazłam trochę błędów:

 

“z podkurczonymi nogami jak niemowlę”

 

lepiej byłoby jak niemowlę, z podkurczonymi nogami – bo w kontekście brzmi to jakby zazwyczaj ciągnięto niemowlęta w pyle;)

 

“Charknąłem więc, splunąłem i podźwignąłem na nogi.”

 

dałabym podźwignąłem się

 

 

“Naprawdę trudno było zrozumieć, że nie był wiele starszy ode mnie.”

 

zamiast zrozumieć, lepsze byłoby domyślić się

 

“Poza tym oblepił osłonięte ręce i wcale nie dało się tego syfu strzepać.”

 

To zdanie jest dla mnie nie zrozumiałe. 

 

“Ja jeszcze nie żyję, a wy już jesteście martwi.”

 

Tego też nie rozumiem.

Hej Lana,

 

Na początku był chaos… a na końcu było zaskoczenie. Przyznam, że kiedy czytałem za pierwszym razem, pogubiłem się. Dopiero potem zauważyłem, jak skonstruowane jest opowiadanie i która narracja jest czyja. Trochę też nie jestem pewny, czy dobrze zrozumiałem, że głównym bohaterem był Jack, który wyobraził sobie, że został uratowany przez samego siebie (?). Czy po prostu nadał imię swoje i swojej ukochanej dwóm pierwszym osobom które spotkał? Chyba to drugie. 

Tekst przypomina mi fabułą “Cylinder van Troffa”, ale tutaj przedstawiasz inną wersję postapokaliptycznego świata. Wszechobecny las – ciekawe, szczególnie w połączeniu z fobią głównego bohatera. Zabrakło mi jednak pełniejszego opisu, jak ten las dokładnie wyglądał, aby móc go sobie wyobrazić. Skupiasz się za to na ludziach, na sposobie ich mówienia – dodaje to pewnej głębi światu przedstawionemu.

Klimat chyba zbyt ponury jak na wymogi konkursu, ale mi pasował :) Niby jest optymistyczny akcent na koniec, ale Jacka żal i tak. 

 

Pozdrawiam!

Ambush,

zbyt mroczne? O kurczę, mnie się wydaje, że za mało, ale pewnie piszesz w oparciu o konkurs. To w takim razie tak, ale przynajmniej według regulaminu nie zostanę zdyskwalifikowana, tylko jurkom może się nie spodobać ;) A zdania “zbyt apokaliptyczne” nie ma w moim słowniku! ;) Doceniam tak szybki odzew, jesteś niezła. Dzięki!

 

 

Helmut,

jak napisałam, interpretacji jest wiele. Obie są poprawne. Zależy mi, żeby czytelnik sam wybrał swoją. Na początku był jeszcze większy chaos, ale dzięki becie jest trochę mniejszy. 

 

Zabrakło mi jednak pełniejszego opisu, jak ten las dokładnie wyglądał, aby móc go sobie wyobrazić. Skupiasz się za to na ludziach, na sposobie ich mówienia – dodaje to pewnej głębi światu przedstawionemu.

Biorę to na klatę, bo w opisach przyrody i miejsc jestem kiepska. Nic mi się nie klei. Wolę skupiać się na opisach ludzi i ich przeżyciach, gestach itd. Ale powinnam była to zrównoważyć.

 

Cieszę się, że klimat ci podpasował i dzięki za wizytę. Również pozdrawiam ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

A według mnie wcale nie było mrocznie, kwestia gustu najwidoczniej ;) Też brakowało mi trochę opisów otoczenia. Można skupić się na postaciach, ich odczuciach i poczynaniach, a ich otoczenie pozostawić wyobraźni czytelnika, ale jednak warto temu czytelnikowi dać parę wskazówek w jakim kierunku ma swoją wyobraźnie kierować. Przyznam, że trochę przewróciłem oczami przy tej wiadomości w przeszłość do ukochanego (niby nie wolno mieszać w przeszłości, a ot tak pozwolono jej namieszać w przeszłości, ”oh, love story”), ale przymknąłem na to oko, gdy końcówka otworzyła możliwości interpretacyjne – ciekawy zabieg, doceniam.

A samą kwestię zbyt łatwej zgody Rady na wysłanie tej wiadomości w przeszłość można łatwo rozwiązać: a co jeśli Ann zrobiłaby to bez ich zgody? Rada ze wszystkich sił oponuje, a ona i tak ukradkiem nagrywa wiadomość i wysyła ją w przeszłość, w imię miłości ryzykując kwantowe splątania i inne nieprzyjemności. Ba, wtedy jeszcze mogłoby się okazać, że tak naprawdę to dzięki jej wiadomości cywilizacja się odrodziła (chyba, że już tak jest w obecnej wersji, a ja miałem splątanie kwantowe w głowie i tego nie dostrzegłem ;p).

Ogólnie podobało mi się :)

Zamiast zakolejkować opowiadanie, kliknęłam przeczytane, więc poczułam się w obowiązku przeczytać je, niejako poza kolejką.

No cóż, Lano, podjęty przez Ciebie temat nie należy do moich ulubionych, bo zawsze gubię się w sytuacjach, kiedy nie umiem sobie uporządkować zdarzeń, gdy nie wiem, co i kiedy się dzieje. I tak jest tutaj. Zrozumiałam tylko, że byli On i Ona, i aby przetrwać, zahibernowali się. Razem. Ale wybudzenie każdego z nich dzieliły już wieki i każdemu z nich pozostała tylko pamięć o łączącym ich uczuciu.

Mimo że pewnie nie wszystko pojęłam, czytało się całkiem nieźle, a byłoby jeszcze lepiej, gdybym nie potykała się na usterkach.

Powodzenia w konkursie! ;)

 

Długo za­ję­ło mi po­ję­cie, że mi­nę­ło pra­wie pięć­set lat. ―> Długo trwało, nim pojąłem, że mi­nę­ło pra­wie pięć­set lat.

 

więc chwi­lę to za­ję­ło. ―> …więc chwi­lę to trwało.

 

My­śla­łem, że wiem, co to sa­mot­ność, ale wkrót­ce mia­łem zre­flek­to­wać ten po­gląd. ―> Można zreflektować się, ale nie można zreflektować poglądów.

Pewnie miało być: …ale wkrót­ce mia­łem zrewidować ten po­gląd

 

W dłoni trzy­mał kij, na któ­rym się pod­pie­rał. ―> W dłoni trzy­mał kij, któ­rym się pod­pie­rał. Lub: W dłoni trzy­mał kij, na któ­rym się o­pie­rał.

 

Za­chły­sną­łem się kasz­lem. ―> Raczej: Za­chły­sną­łem się, kasz­ląc.

 

Poza tym ob­le­pił osło­nię­te ręce i wcale nie dało się tego syfu strze­pać. ―> Czy tu aby nie miało być: Poza tym ob­le­pił odsło­nię­te ręce i wcale nie dało się tego syfu strze­pać.

 

–… ko­niecz­ność? – za­su­ge­ro­wa­łem. ―> Brak spacji po półpauzie, zbędna spacja po wielokropku.

 

Przy cią­głym życiu trzy­mał mnie je­dy­nie Jack. ―> Każde życie, dopóki się nie skończy, jest ciągłe.

Proponuję: Przy życiu ciągle trzy­mał mnie je­dy­nie Jack.

 

Wcze­śniej nie od­da­la­łem się zbyt da­le­ko od ja­ski­ni… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuje: Wcze­śniej nie od­da­la­łem się zbytnio od ja­ski­ni

 

Nad ranem, kiedy to na­ło­ży­li­śmy gogle i chu­s­ty na twarz… ―> Nad ranem, kiedy to na twarze na­ło­ży­li­śmy gogle i chu­s­ty

Chyba że gogle i chusty nałożyli na jedną twarz.

 

Nie byłam pewna, czy uda jej do­trzeć… ―> Dlaczego chciała docierać uda matki?

A może miało być: Nie byłam pewna, czy uda się jej do­trzeć

 

Ko­cham tę twarz. Wy­da­je się sta­bil­na ni­czym drze­wo, a gdy pa­trzy na roz­mów­cę, prze­chy­la całą głowę lekko na bok w wy­ra­zie za­cie­ka­wie­nia… ―> Czy na pewno twarz patrzyła na rozmówcę i przechylała całą głowę?

 

Stoję w miej­scu, bojąc się wy­ko­nać zwod­ni­czy krok. ―> Raczej: Stoję w miej­scu, bojąc się wy­ko­nać niewłaściwy krok.

 

Numer dwu­dzie­sty trze­ci i czwar­ty spo­ty­kam… ―> Dwudziesty trzeci i czwarty to dwa numery, więc: Numery dwu­dzie­sty trze­ci i czwar­ty spo­ty­kam

 

Obcy włó­czą się z tyłu… ―> Raczej: Obcy wleką się z tyłu

 

Miała dłu­gie ciem­no­blond włosy, roz­wi­chrzo­ne i nie­rów­no ścię­te… ―> Skoro miała długie włosy, to jak mogła mieć je ścięte?

 

a to świń­stwo cięż­ko scho­dzi. ―> …a to świń­stwo trudno scho­dzi.

 

Wtem, ni stąd, ni zowąd, jak obu­chem w łeb, las się koń­czy… ―> Dostać jak obuchem w łeb znaczy tyle, co zostać zaskoczonym jakąś złą wiadomością; nagle dostać jakąś niepomyślną, szokującą informację; znaleźć się w stanie oszołomienia po otrzymaniu niespodziewanej wiadomości, a tu chyba nie o to chodzi.

Proponuję: Wtem, ni stąd, ni zowąd, las nagle się koń­czy

 

Strze­pu­ję rę­ka­mi. ―> Strze­pu­ję rę­ce.

 

i jeśli nie­wie­le wam to mówi, na­pro­stu­ję: ―> …i jeśli nie­wie­le wam to mówi, wytłumaczę/ spróbuje wytłumaczyć:

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Lano ;)

Faktycznie, trochę trudno uporządkować sobie wydarzenia, ale wydaje mi się, że mniej więcej pojąłem, co się stało. Wcale nie uważam, żeby klimat był zbyt mroczny. Owszem, jest apokaliptycznie i tajemniczo, Twój ogromny las napawa lękiem. Klimat bardzo na plus i dzięki niemu czytałem opowiadanie z zainteresowaniem. Podoba mi się pomysł umieszczenia bohatera cierpiącego na fobię w tej właśnie wielkiej puszczy :P Motyw z rozdzielonymi kapsułami i wybudzeniem w zupełnie innych czasach też naprawdę fajny.

Zgaduję, że Nowoziemcy pozwolili Ann na taką brawurową i niewiele znaczącą dla społeczeństwa wiadomość w przeszłość z powodu jej znaczenia – przecież była jedną z nielicznych ocalałych z wojny osób, jak sama, Lano, napisałaś, żywą historią. Mimo wszystko budzi lekki sprzeciw fakt, że przecież taką technologię można byłoby wykorzystać na setki różnych, bardzo pożytecznych sposobów, a tu taka prywata :P 

Czytało się naprawdę nieźle. Nie łapankowałem, coś tam przeszkadzało, ale naprawdę bez dramatu ;p

 

Wiele lat temu mama powiedziała mi, że kiedy dwoje ludzi się szuka, jedno z nich musi się zatrzymać i poczekać na to drugie.

Ładnie Ci wyszło to zdanie ;)

 

Trochę mi się ten Jack kojarzy z Jackiem z Titanica, którego też po wielu latach odnaleziono głęboko na dnie w filmie xD

 

Ponieważ czytało się przyjemnie i uważam, że tekst jest warty uwagi, a ja właśnie obchodzę trzecią miesięcznicę na portalu, idę do Biblioteki polecić opowiadanie po raz pierwszy :P

 

Pozdro,

Amon

Panie Domingo,

dzięki, wiem nad czym popracować w przyszłości. Wolałabym już nie dokonywać poważnych zmian, skoro to konkurs. Szczególnie twój drugi akapit bardzo mi się spodobał (czemu na to nie wpadłam!), ale chciałam dodać tutaj trochę optymizmu, że ten nowy świat jest cudownie fantastyczny. Los Ann miał być dobry. Na pewno nie ty jeden przewrócisz jeszcze oczami, ale zniosę to dzielnie ;) Jestem świadoma tego “oh, love story”.

 

wtedy jeszcze mogłoby się okazać, że tak naprawdę to dzięki jej wiadomości cywilizacja się odrodziła (chyba, że już tak jest w obecnej wersji, a ja miałem splątanie kwantowe w głowie i tego nie dostrzegłem ;p).

Pierwszy raz w życiu napisałam bardziej “zagmatwany”? tekst, więc mój mózg nie wpadł na aż taką intrygę. Za bardzo skupiłam się na samej końcówce. Ale to fajna myśl.

 

Fajnie, że mimo przewracania oczami się spodobało! :)

 

 

reg,

no właśnie zdziwiłaś mnie. Żeby tak bez chociaż jednego słówka? Cieszę się z tej pomyłki, bo twoja wizyta jest zawsze przeze mnie oczekiwana, bo przyszli czytelnicy nie natkną się na tak skandaliczne błędy. Przepraszam, że cię nimi przywitałam. Oczywiście już poprawione.

Rozumiem, kwestia gustu, ale dobrze zrozumiałaś. Przynajmniej podstawy ;) Fajnie, że mimo tego dobrze się czytało. Dzięki!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Lano, miło być oczekiwaną, miło też wiedzieć, że łapanka okazała się przydatna, a niedoskonałości już usunięłaś. Pozostaje mi ponownie życzyć Ci powodzenia w konkursie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Amonie,

wstawiłeś komentarz w międzyczasie jak ja pisałam swój, ale wtedy nie mogłam już ci odpisać. Komentarze należy pisać, gdy wokół spokój ;)

Fajnie, że się zjawiłeś i że nawet się podobało. Chyba jeszcze się nie zdarzyło, żeby mój tekst był pierwszy w czyjejś bibliotekowej działalności. Zaszczyt!

 

trochę trudno uporządkować sobie wydarzenia

Hm, chyba wszyscy tak sądzą, a przecież obie części idą chronologicznie. Perspektywy dzieją się w innych czasach, ale tak ładnie pozaznaczałam… Nie chciałbyś widzieć, co się działo przed betą. Niestety nie miałam już pomysłu, jak zrobić to inaczej. Poza tym od początku taki miałam zamysł w głowie. Dla autora, niestety, w fabule nigdy nie ma chaosu :(

 

Ale cieszę się, że czytałeś z zainteresowaniem! Co do Nowoziemców (wspaniałe :D) to inspirowałam się Atlasem Chmur, w szczególności filmem. Myślę tu o ostatnim wątku, gdzie ludzie wiedli plemienne życie, ale przylatywali do nich inni ludzie, wysoce bardziej rozwinięci. Oni też nie chcieli znacząco wpływać na tych plemieńców. W tych krótkich urywkach ci bardziej rozwinięci wydają się ludem idealnym.

 

 

Trochę mi się ten Jack kojarzy z Jackiem z Titanica, którego też po wielu latach odnaleziono głęboko na dnie w filmie xD

No nie! Na swoją obronę dodam, że nigdy nie widziałam tego filmu w całości. Co za skucha xD

 

Jeszcze raz dzięki!

 

 

reg,

 

;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Jest coś wyjątkowego w Twoim języku, Lano – przyznam szczerze, że nie do końca trafia on w mój gust, ale bardzo doceniam sposób, w jaki opisujesz świat, zjawiska, uczucia… Wprawdzie to dopiero drugi tekst Twojego autorstwa, który przeczytałam, ale to wystarczy, żeby móc rozpoznać Cię po stylu :)

Opowieść o nieszczęśliwej miłości to również niekoniecznie moje klimaty, ale znów – historia opowiedziana jest pięknie, wrażliwsze osoby na pewno głębiej poruszy. Rzeczywiście można się nieco pogubić po drodze, ale ostatni fragment na tyle wprost przedstawia istotne fakty, że dałam radę się odnaleźć. 

Jack gardził starymi technologii, a ja sam nigdy nie znalazłem pistoletu.

Jack gardził starymi technologiami, a ja sam nigdy nie znalazłem pistoletu.

 

A co tam, kliknę do biblioteki, bo tekst jak najbardziej na to zasługuje :)

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Cześć LanaVallen!

To jest dobry tekst, a jednocześnie wyciągnąłbym z niego więcej, gdyby może narracja była inna. Bo była trudna i wymagająca wiele gimnastyki, by ją sobie poukładać.

Co do mroczności tekstu, to faktycznie tak jest, aczkolwiek ostatnie sceny, już z XXXI wieku, wpuszczają nieco optymizmu. Ładnie zobrazowane opowiadanie, co do opisów, to łatwo przyszło mi wejście i wczucie się w świat.

Podoba mi się też upadek języka w wypowiedziach postaci. Jest bardzo klimatyczny i w sumie fajnie rozszerzyło to moją perspektywę literacką.

Coś, z czym bym dyskutował:

W nowym świecie nie ma osad ni miast. Zdaje się, jakby nikt nie chciał przejąć inicjatywy. Trudno martwić się o innych, gdy nieustannie musisz myśleć o sobie.

Wydaje mi się, że ludzkość, nawet przetrzebiona, dalej dążyłaby do stworzenia grup. W grupie jest łatwiej, bo można zrobić podział ról, w grupie łatwiej się bronić, w grupie istnieje możliwość prokreacji. Poza tym człowiek jest zwierzęciem stadnym „z instynktu” więc nie wiem, czy sytuacja o której piszesz zawsze miałaby miejsce i byłaby przez wszystkich realizowana w sposób świadomy.

Podobało mi się, więc zgłaszam do biblioteki. ;)

Pozdrawiam!

Podobnie jak Helmutowi opowiadanie skojarzyło mi się z “Cylindrem van Troffa”, ale w odróżnieniu od wielu przedpiśców nie miałem problemu z “ogarnięciem” chronologii, ani tego o co chodzi w tekście. Czytałem na raty, widzę, że “łapanki” jakie sobie wypisałem w czasie czytania inni już zgłosili i nawet zdążyłaś je poprawić. Mimo tych potknięć, tekstu nie czytało się źle. Ciekaw byłem, czy końcówka mnie jakoś zaskoczy – nie zaskoczyła – jasno wynikała z tego co było wcześniej i to chyba w sumie dobrze (choć odrobinę rozczarowująco), bo zawsze to lepiej niż jakieś deus ex machina.

Podobnie jak u Amona,

 

budzi lekki sprzeciw fakt, że przecież taką technologię można byłoby wykorzystać na setki różnych, bardzo pożytecznych sposobów, a tu taka prywata

 

ale ponieważ spodziewałem się tej (czy innej) formy kontaktu, to wydaje mi się, że fabularnie to po prostu musiało nastąpić i nie ma co narzekać.

Całkiem przyzwoity kawałek prozy. Zastanawia mnie, co, jako autorka, chciałaś tym tekstem przekazać. Parę domysłów mam, ale pewnie błędnych (hasłowo: technologia jako zarazem zagrożenie jak i klucz do przetrwania, niemożność porozumienia, trwałość miłości mimo przeciwieństw itp.).

W ramach samousprawiedliwienia: Tekst czytałem długo, zmuszając się i na raty bardziej przez swój stan psychiczny niż przez jakąś cechę tekstu samego w sobie – z całą pewnością odłożyłbym ten lekturę na kiedy indziej, na bardziej sprzyjające okoliczności, gdyby nie to, że sobie narzuciłem konieczność przeczytania wszystkich utworów w tym konkursie. I na tym wewnętrznym przymusie mój odbiór cierpi – ale tak jak wspomniałem, to moja wina i mojego nastawienia, a nie treści / tekstu / wykonania. Z tego powodu pewnie, moja opinia nie jest tak pozytywna i entuzjastyczna, jakby mogła być, gdybym czytał w innych “okolicznościach przyrody”.

Podoba mi się tempo narracji, język postaci, dialogi (tak, te skąpe dialogusie – są naprawdę świetne – sam robię dialogi strasznie przegadane) – fajnie to poprowadziłaś.

Ogólnie dobrze Ci wyszło.

 

Powodzenia w konkursie!

 

entropia nigdy nie maleje

nati,

zro­bi­łaś mi dzień :) Miło wie­dzieć, że jest w mojej pi­sa­ni­nie co­kol­wiek cha­rak­te­ry­stycz­ne­go. Faj­nie, że prze­czy­ta­łaś nawet po­mi­mo od­mien­ne­go gustu. Głupi babol już po­pra­wio­ny. Dzię­ki za wi­zy­tę i klika! Rów­nież po­zdra­wiam.

 

 

Sa­gitt,

dzię­ki za ko­men­tarz. Faj­nie, że się spodo­ba­ło, ale rów­no­cze­śnie szko­da, że nie aż tak, jak mogło. Z two­je­go ko­men­ta­rza mogę wy­czy­tać, że coś tam umiem, ale muszę jesz­cze po­pra­co­wać. Wiem, że po­rwa­łam się z mo­ty­ką na słoń­ce, dla­te­go sko­rzy­sta­łam z be­to­wa­nia. Bar­dzo mi to po­mo­gło, ale pew­nie mogło bar­dziej, gdyby au­tor­ka nie była upar­ta ;)

 

Wy­da­je mi się, że ludz­kość, nawet prze­trze­bio­na, dalej dą­ży­ła­by do stwo­rze­nia grup (…)

Niby tak, ale w grun­cie rze­czy nikt nie wie, co zda­rzy­ło­by się z ludz­ko­ścią, gdyby nagle zo­sta­ło nas aż tak mało. Można opie­rać się na psy­cho­lo­gii czło­wie­ka, lecz jak dla mnie to po­win­no po­zo­stać w sfe­rze “po­win­no”, “ra­czej”, “za­pew­ne”, czyli jest to nie­wia­do­ma. Czło­wiek w tym tek­ście to czło­wiek zła­ma­ny, ży­ją­cy tylko po to, aby żyć. Bez celu. Poza tym mocno cof­nię­ty w roz­wo­ju.

To wszyst­ko i tak nie ma zna­cze­nia, gdy zde­cy­do­wać się na jedną z in­ter­pre­ta­cji, która opie­ra się na tym, że Jack tak na­praw­dę nie spo­tkał żad­ne­go in­ne­go czło­wie­ka, bo osza­lał. Zwróć uwagę na trans­mi­sję Ann – nie zna­leź­li nawet śladu in­nych ludzi. 

 

Dzię­ki raz jesz­cze i rów­nież po­zdra­wiam!

 

 

Jimie,

widzę, że już druga osoba wspo­mi­na tę po­wieść. Czas więc ją nad­ro­bić ;) Świet­nie że nie mia­łeś pro­ble­mu z chro­no­lo­gią, ale być może to za­słu­ga tego czy­ta­nia na raty?

 

Cał­kiem przy­zwo­ity ka­wa­łek prozy.

Nie spo­dzie­wa­łam się aż tak ła­ska­wych słów od cie­bie. Czyli bez uci­na­nia głowy? ;) Dzię­ki. A jak cho­dzi o prze­kaz, do­brze ro­zu­mu­jesz (szcze­gól­nie tech­no­lo­gia jako cud i klą­twa). Ra­czej o ni­czym wię­cej nie my­śla­łam, bo choć sta­ram się coś prze­ka­zy­wać, nie morał jest dla mnie naj­waż­niej­szy, a hi­sto­ria sama w sobie. 

 

Tekst czy­ta­łem długo, zmu­sza­jąc się i na raty

No wiesz co! Tak się nie godzi ;) Cał­ko­wi­cie ro­zu­miem powód, ale do końca kon­kur­su jesz­cze da­le­ko. Przy­zna­ję, że ja też cza­sem się zmu­szam, ale to przez moją awer­sję do czy­ta­nia cze­go­kol­wiek na mo­ni­to­rze. Do­brze jed­nak, że to twoje zmu­sza­nie się nie było spo­wo­do­wa­ne prze­ze mnie.

 

Co do dia­lo­gów: pi­sa­nie ich to dla mnie za­wsze naj­lep­sza część pracy. Zwra­cam na nie uwagę i na­praw­dę nie­kie­dy mniej zna­czy le­piej. Uwiel­biam mru­ków i ludzi, któ­rzy po­tra­fią oddać sens isto­ty w kilku sło­wach i tutaj w końcu mo­głam “za­sza­leć”.

 

Serio cie­szę się, że się spodo­ba­ło. Uff… Tobie też życzę po­wo­dze­nia, jeśli osta­tecz­nie uda ci się coś za­mie­ścić ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Z twojego komentarza mogę wyczytać, że coś tam umiem, ale muszę jeszcze popracować. Wiem, że porwałam się z motyką na słońce, dlatego skorzystałam z betowania. Bardzo mi to pomogło, ale pewnie mogło bardziej, gdyby autorka nie była uparta ;)

Znaczy, nie miałem na myśli „pracuj dalej” i nie miało to tego przekazać (choć sama z siebie na pewno będziesz pracować dalej). Raczej, że zaproponowane przez Ciebie rozwiązanie na konstrukcję opowiadania po prostu mi trochę namieszało jego odbiór. Na określenie „pracuj dalej” pod tym konkretnym tekstem raczej bym się nie „odważył” bo sam wielkiego doświadczenia nie mam. Ogólnie, wnioski co z tym zrobić zostawiam Tobie, każdy tekst i komentarz w sumie to cenne doświadczenie, więc fajnie, jakbyś go miała stąd jak najwięcej.

Niby tak, ale w gruncie rzeczy nikt nie wie, co zdarzyłoby się z ludzkością, gdyby nagle zostało nas aż tak mało. Można opierać się na psychologii człowieka, lecz jak dla mnie to powinno pozostać w sferze “powinno”, “raczej”, “zapewne”, czyli jest to niewiadoma. Człowiek w tym tekście to człowiek złamany, żyjący tylko po to, aby żyć. Bez celu. Poza tym mocno cofnięty w rozwoju.

Tak, dlatego to było na zasadzie luźnej dyskusji. :) Znając historię ludzkości podszedłbym do tego w ten sposób, ale ten aspekt nie odbił się na odbiorze tekstu. Tak chciałaś, tak jest, szanuję. ;) 

To wszystko i tak nie ma znaczenia, gdy zdecydować się na jedną z interpretacji, która opiera się na tym, że Jack tak naprawdę nie spotkał żadnego innego człowieka, bo oszalał. Zwróć uwagę na transmisję Ann – nie znaleźli nawet śladu innych ludzi. 

Hm, w sumie nie interpretowałem tego w ten sposób, a to ciekawa perspektywa. 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

To, że 

Tekst czytałem długo, zmuszając się i na raty

tak jak chyba nie dość jasno podkreśliłem wcześniej – nie miał nic wspólnego z jego jakością, tylko z moim stanem psychicznym, który ostatnio jest po prostu zły. Przepraszam, jeśli odebrałaś to jako przytyk jakościowy – to raczej przytyk do mojej głowy powinien być.

 

Co do dialogów: pisanie ich to dla mnie zawsze najlepsza część pracy. Zwracam na nie uwagę i naprawdę niekiedy mniej znaczy lepiej. Uwielbiam mruków i ludzi, którzy potrafią oddać sens istoty w kilku słowach i tutaj w końcu mogłam “zaszaleć”.

Czasem – bardzo rzadko – coś takiego mi się udaje. Kiedyś napisałem opowiadanie, w którym padły tylko dwa słowa dialogu. Ogólnie to bardzo lubię, ale… moje postacie to zwykle gaduły… Geki najbardziej krytykował “Taniec…” za właśnie przegadane dialogi, ale postanowiłem ich nie skracać.

Jeśli lubisz takie mrukliwe sytuacje – to polecę dwa filmy – pewnie widziałaś – jeden jest klasyką kina światowego – Walka o ogień – drugi, klasyką kina polskiego – Głos.

 

entropia nigdy nie maleje

Mam mieszane uczucia, ale bardziej na tak.

Bardzo spodobał mi się twist i ogólny pomysł na dwójkę kochanków rozdzielonych w czasie. Jest to motyw, który już się powtarzał, ale nie psuło odbioru. Las również przedstawiłaś umiejętnie – gęsty, groźny i wielki.

Końcówka trochę zepsuła odbiór. Wizyta kosmitów i taki infodump w nagraniu nie za bardzo wyszły. Powinienem też trochę ponarzekać na zachowanie Jacka, ale niech będzie – nie sądzę, aby był w pełni zdrowy na umyśle.

Klikam

CM,

witam ;)

 

 

Jimie,

nie jestem zła. Jak napisałam: rozumiem. U mnie też nie jest teraz najlepiej. A dialogi muszą być. Te “dwa słowa dialogu” to dla mnie za mało! Chodzi tylko o to, żeby nie wszyscy byli gadułami. A moją ulubioną sytuacją jest, gdy dialogi są po prostu w punkt. Polecane filmy znam, ale dzięki :)

 

 

Zanais,

Szkoda, że nie wszystko wyszło, ale dobrze, że choć parę rzeczy jednak tak. I dobrze myślisz, Jackowi trochę odwaliło. Przez nagłą zmianę życia, samotność, a może i przez zbyt długą hibernację. Dzięki za wizytę i klika ;) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

A moją ulubioną sytuacją jest, gdy dialogi są po prostu w punkt.

 

Ale utrafić w ten punkt jest niezwykle trudno ;-)

No ale jak się już utrafi… Tu naprawdę Ci się to udało!

entropia nigdy nie maleje

Saro,

witaj :) Piękny obrazek. Byłam ciekawa, który wybierzesz.

 

 

Jimie,

dzięki. Miód na moje uszy ^^

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Lano,

 

Znasz moją opinię z bety, ale powtórzę, że przypadł mi do gustu ten niepokojący klimat, tempo oraz sposób prowadzenia narracji. Widzę też, że część moich uwag odnośnie technicznych aspektów była (całe szczęście!) nieuzasadniona. Wychodzi na to, że Mort miał rację – nie ma co szukać problemów tam, gdzie ich nie ma, a pewne założenia są wpisane w konwencję tekstu SF. :)

Gratuluję biblioteki! :)

 

Pozdrawiam. :)

Podoba mi się forma tekstu i historia w sumie również, choć nie jestem wielką fanką romansów, a tu chyba z tym właśnie mamy do czynienia. Postać Jacka – tego z 2053 roku – przypadła mi do gustu. To silny facet, który jednak nie jest stereotypowym samcem alfa. :p Zastanawia się, czy wariuje, walczy o przetrwanie i o zdrowe zmysły. Wstawki z przeszłości oraz przyszłości tylko podkręcają opowieść i sprawiają, że kibicuje się i Jej, i Jemu. Przyjemna lektura z dobrym klimatem. :D

Zostaw ten żyrandol.

Adku,

witam cię ponownie :) Dobrze, że opowiadanie nadal ci się podoba. Twoje uwagi nie były do końca nieuzasadnione – jakbym dodała więcej tych technicznych szczegółów, pewnie byłoby lepiej, ale tak chyba też jest okej. Szczególnie że taki był zamysł ;) Dzięki i również pozdrawiam!

 

 

Verus,

sądzę, że ten romans jest wystarczająco nienarzucający się, aby się podobał (albo dało się go wytrzymać). Ja sama też nie przepadam za romansami, dlatego starałam się, żeby nie był ckliwy i żeby był w zasadzie tłem. Podoba mi się twoja opinia o Jacku – właśnie tak o nim myślałam!

Cieszę się, że się podobało :D 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Podoba mi się twoja opinia o Jacku – właśnie tak o nim myślałam!

Yey! Piątka. :D

Zostaw ten żyrandol.

Tekst odleżał tydzień w mojej pamięci i z tej perspektywy widzę, że wszystkie zmiany są na plus. Na pewno jest to dość specyficzne opowiadanie, nie dla każdego. Na pewno łupnie osoby, które mają podobną wrażliwość ;) Podoba mi się bardzo to inne, świeże podejście do postapo!

Smutne. Na koniec jakoś tak zakuło mnie w sercu. Ale lubię, kiedy opowiadanie tak się kończy, bo to oznacza, że na dłużej zostanie w pamięci. Podoba mi się możliwość stopniowego wiązania ze sobą poszczególnych wątków, odkrywania większego wzoru. Tak samo motyw spotkania, w którym to jedna osoba musi zaczekać na drugą. W tym momencie pierwszy raz poczułam, że chcę czytać dalej i w kontekście całości ta myśl napawa mnie jeszcze większym smutkiem (to dobrze!). Pomysł z imionami świetny i daje do myślenia. Stawiałabym raczej na to, że Jack (świadomie lub nie) nadał te imiona numerowi pierwszemu i drugiemu, co z kolei rzuca interesujące światło na jego stan psychiczny.

Ładne, jak nie lubię historii miłosnych, tak ta mi się spodobała. Czyli ona jeszcze śpi gdzieś na dnie morza, a kiedy ją wydobędą, on już będzie dawno martwy. Przynajmniej może się pocieszyć, że ona przeżyje. Mam wrażenie, że ludzie z kosmosu, którzy ją uratowali nie byli kosmitami, ale ludźmi właśnie. Tymi, którzy uciekli z Ziemi na jakimś statku kosmicznym. Fajnie wiedzieć, że los naszej planety czegoś ich przynajmniej nauczył.

Bym klikła, ale już nie potrzebujesz :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Historia o dwóch połówkach pomarańczy rozdzielonych czasem. Stosunkowo znany motyw, lecz sprawńie napisane, więc czytało się dobrze i szybko. Chronologia nie namieszała, wręcz uatrakcyjniła tekst. Zakończenie było dla mnie przewidywalne, ale finał nie mógł być inny, więc zawodu nie poczułam. 

Części napisane przez niego wydawały mi się ciekawsze, może nawet określiłabym je jako lepsze (zapis, opisywane sprawy, pobyt na „nowej Ziemii” po otwarciu kapsuly, miłość). Jej części zdawały się ciut naiwne i musiałam zawiesić niewiarę w związku z wiadomością przesłaną „kwantowo, splątaniem”, chyba nie określałabym sposobu oraz tymi nowymi ludźmi.

Najbardziej mocnym fragmentem była dla mnie relacja On-Jack, choć pomyślałam sobie, że jest sam i zaludnia świat osobami z wyobraźni stąd nadawanie imion. ;-)

 

,Przypominam sobie ponownie o mamie.

Chyba bez „o”, mamę?

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

mort,

ja chyba nie potrafię pisać inaczej. Mój mózg błądzi własnymi ścieżkami, także cieszę się, jak te wypociny znajdują swoich odbiorców ;)

 

Podoba mi się bardzo to inne, świeże podejście do postapo!

A to chyba najlepsze, co mogłam przeczytać. To staranie się podchodzenia inaczej do postapo bierze się oczywiście z mojej miłości do tego gatunku.

 

Dzięki za (ponowną) wizytę :)

 

 

adanbareth,

cieszę się bardzo, że tak do ciebie trafiło. To jedyne moje opowiadanie, przez które nie mogłam w nocy spać, bo rozmyślałam nad fabułą. Smutek tutaj był wskazany :) Widzę, że mamy podobną wrażliwość, o której wspominał mortecius. Niesamowite! Dzięki za odwiedziny.

 

 

Irko,

Czyli ona jeszcze śpi gdzieś na dnie morza, a kiedy ją wydobędą, on już będzie dawno martwy.

Właśnie. Liczy się więc tutaj wyobrażenie sobie całej sytuacji, aby poczuć ten tragizm. Celowo nie dodałam reakcji Jacka, uznałam, że nie ma nic więcej do dodania. Z łatwością można sobie wyobrazić, jak się poczuł (albo przynajmniej taki był zamiar).

 

Mam wrażenie, że ludzie z kosmosu, którzy ją uratowali nie byli kosmitami, ale ludźmi właśnie. Tymi, którzy uciekli z Ziemi na jakimś statku kosmicznym. Fajnie wiedzieć, że los naszej planety czegoś ich przynajmniej nauczył.

Tak, tak właśnie. Nic dodać, nic ująć. Dlatego właśnie opowiadanie jest w zasadzie szczęśliwe. 

 

Dzięki za wizytę i (nadprogramowego) klika ;)

 

 

Asylum,

fajnie, że się podobało albo też przynajmniej sprawnie czytało :)

 

Chronologia nie namieszała, wręcz uatrakcyjniła tekst.

Jej :D

 

I tak zgadzam się, że części o Jacku są ciekawsze i nawet lepiej napisane, bo to od niego się zaczęło i przez to, że był tak charakterystyczny (czy też jego świat), łatwiej było mi płynąć z prądem. Ann jest naiwna i zwyczajna dla większego kontrastu.

 

Dzięki za odwiedziny i również życzę powodzenia!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

"Nie atakują nas wilki"

Tego opowiadania tez nie zaatakują, za dobrze się czytało.

 

No i to jest bardzo ciekawie roztoczona wizja, postapo skupiające się na percepcji kogoś zagubionego gdzieś w czasie. Mi się podoba, zresztą już reklamowałem na KrzykPudle.

Jest tu wiele elementów budujących klimat, jest napisane sprawnie, tak, ze statyczny początek nie odrzuca, nawet z punktu widzenia czytelnika, który jak ja ostatnio od wielu tekstów się odbił.

Budujesz to wszystko w taki sposób, że można sobie wyobrazić połacie przestrzeni białego-szarego śniegu pokrywającego nieskończony zniszczony las.

Trochę za wcześnie zdradzasz natomiast datę, w której osadzona świadka zniszczeń. Zdecydowanie na dobre by wyszło opowiadaniu maksymalne opóźnienie wprowadzenia tej liczby, tak, aby dopiero pod koniec czytelnik dowiedział się, czy te kompletne zniszczenia to przed obudzeniem Ann, czy może po czasie utopii doszło do ponownego, jeszcze większego upadku. Zamysł fabuły i tak wskazałby to na końcu (choć gdyby i tu udało się uzyskać niepewność… ale pozostańmy przy aktualnej wersji), ale po drodze rosłaby niepewność. A niepewność doskonale komponowałaby się z tym czasem, w którym nawet komunikacja miedzyludzka mocno się zdegradowała.

Ogólnie lektura bardzo satysfakcjonująca. Co prawda na pewno niepiórowa, ale i tak lepsza od części tekstów zgłaszanych w wątkach nominacyjnych przez ostatnie miesiące. Ogólnie tekst wpada w moje gusta czytelnicze, ale tutaj po prostu dużo klimatem robisz. Nawet różnicę w nastroju głównych bohaterów w ostatniej scenie nieźle odmalowałaś.

 

"Nie jestem katolikiem, on nawet nie znał tego słowa. Ale wyciosałem piękny krzyż. Nie znam innego znaku szacunku dla zmarłego."

Ciekawy fragment, bo jeśli odłożyć na bok nasze polskie piekiełko okołoreligijne, to to jest niezłe spostrzeżenie na gruncie czysto antropologicznym.

 

"dociera do nas, że również wyjście jest po drugiej stronie"

-> że wyjście jest również

 

"Niestety niezbyt długo, aby być wszystkiego pewien"

-> do przeredagowania

 

Kochankowie rozdzieleni otchłanią czasu? OK, w tej wersji romans robi się nawet w miarę strawny.

Podobała mi się stylizacją języka, którym posługiwali się rozmówcy Jacka.

Trochę mało prawdopodobne, że dziewczyna tak trafiła z przesyłką.

Babska logika rządzi!

wilku,

uczyniłeś mi wielką przyjemność. Dzięki za miłe słowa. Jednocześnie ponownie naszła mnie myśl, jak mało autor dostrzega we własnym tekście, bo za każdym razem wydaje mi się, że klimatu nie ma za grosz. Dobrze więc wiedzieć, że wyszło, bo też zwracam na niego uwagę u innych.

 

Trochę za wcześnie zdradzasz natomiast datę, w której osadzona świadka zniszczeń (…)

Hm, masz rację. Ale miałam tutaj mnóstwo głosów, że jest chaos, więc starałam się jak najbardziej to uporządkować. Po raz pierwszy pisałam trochę bardziej skomplikowany tekst, stąd moja niepewność w odsłanianiu/zakrywaniu informacji.

 

Oj tak, jest niepiórkowy, po czasie widzę to jeszcze bardziej. Ale napiszę tak: właśnie wkroczyłam na kolejny stopień, więc i tak traktuję to jako sukces. Za sukces uznaję też to, że ci się spodobało ;)

 

Dzięki za wizytę!

 

 

 

 

Finklo,

jako że sama nie przepadam za romansami, z początku chciałam zrobić z głównych bohaterów obcych sobie ludzi, połączonych wspólnymi, traumatycznymi wydarzeniami, ale potrzebna była mi naprawdę głęboka więź, która napędzałaby Jacka w podróży. Ale dobrze, że jest strawne ;) 

 

Trochę mało prawdopodobne, że dziewczyna tak trafiła z przesyłką.

Racja. Jednak w popkulturze często coś się “akurat” składa bohaterom. Jakaś tam szansa na to trafienie była ;)

 

Dzięki za komentarz!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Uwielbiam takie ograniczenie perspektywy, narracja strumieniem myśli jest bardziej chaotyczna, ale przecież taki sam jest schemat patrzenia na świat. Skaczmy z jednej rzeczy, do innej, aby później pogrążyć się w kontemplacji. Kapsuły, hibernacja – motyw niby ograny, ale pierwszy raz widzę go w takim wydaniu. To się wydaje realistyczne w pewnym sensie. Ta gonitwa za myślą i w ogóle za jakimkolwiek sensem, który powinniśmy pamiętać, ale w zasadzie go nie rozumiemy.

To smutna historia, z trochę trudnym wprowadzeniem, nie jestem pewny, czy dobrze pojąłem początek. Być może będę musiał wrócić, ale wrócę chętnie. Lubię opowieści, w których ekspozycja nie gra pierwszej roli, najważniejsze są czyste przeżycia bohaterów. Podoba mi się, że niektóre fragmenty są prawie odarte z jednostkowego charakteru, bo przeżycia są tak ciężkie i surowe, że jedyne decyzje to poddać się, lub przeć naprzód… dla i tak niepewnego celu.

Ładnie stworzyłaś ten świat. Jest surowy, klimatyczny, rzeczywistość jest na swój sposób gęsta i czuć, że bohaterowi ciężko stawiać kolejne kroki.

To opowiadanie jest inne od reszty, które czytałem w konkursie, ale na pewno nie gorsze. Jest cięższe, ale zostaje w głowie, zakotwicza się gdzieś w kącie umysłu. Świetna robota. Gdybym miał czas przeczytał bym po raz kolejny, mam wrażenie, że to tekst z gatunku tych, które dają nam coś nowego za każdym kolejnym podejściem.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Lana, chaos chaosowi nierówny. Po prostu niektórzy czytelnicy nie lubią fabuły achronologicznej. Ale tu masz po prostu główne wątki naprzemiennie plus trzeci pobocznie. Daleko tu do tego, co się dzieje na przykład w filmie “12 małp” ;-)

 

MaSkrol,

a ja uwielbiam takie komentarze :) Jest mi ogromnie miło, że tak oceniłeś moje opowiadanie. Jak gdybyś pisał je ze mną… Strumień myśli na pewno jest dobry do niewiarygodnego narratora. Czyni go jeszcze bardziej niewiarygodnym. Za każdym razem cieszę się, gdy ktoś pisze, że w ogranym motywie znalazł coś nowego. Może i wszystko zostało już opowiedziane, ale perspektyw jest nieskończona ilość.

 

To opowiadanie jest inne od reszty, które czytałem w konkursie, ale na pewno nie gorsze.

Dla mnie “inne” często od razu oznacza dobre. Pierwszy pomysł miałam inny, zdecydowanie bardziej optymistyczny, dający nadzieję. O utopijnym świecie. Ale nagle przyszedł ten i choć wyszło trochę ponuro, musiałam. 

 

Jest cięższe, ale zostaje w głowie, zakotwicza się gdzieś w kącie umysłu. Świetna robota. Gdybym miał czas przeczytał bym po raz kolejny, mam wrażenie, że to tekst z gatunku tych, które dają nam coś nowego za każdym kolejnym podejściem.

Jak już wspomniałam w innym komentarzu, po raz pierwszy nie mogłam spać przez ten tekst. Więc już swoje wycierpiałam. Może dlatego tak wyszło?

 

Naprawdę nie potrafię oddać słowami jak bardzo się cieszę z twojego komentarza. Jest wspaniały. Dziękuję.

 

 

 

wilku,

muszę w końcu obejrzeć ten film. Ale małpy mnie nie pociągają (…jakkolwiek to zabrzmiało). Ja póki co mam za małego “skilla”, żeby udźwignąć fabułę achronologiczną, dlatego dobrze, że jednak w miarę wyszło ;) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

hej!

Dołączę do tej grupy, dla której nie było za mroczno, a w sam raz. Ubóstwiam post-apo i Twoje opowiadanie bardzo mi się podobało. Fakt faktem, sposób snucia opowieści jest trochę chaotyczny i momentami ciężko się połapać, ale też nie jest tak, że nie da się tego ogarnąć.

Bardzo nurtuje mnie zakończenie – czy nadał imiona dwójce pierwszych poznanych ludzi, czy rzeczywiście Jack oszalał? Ahh, zostawić czytelnika w takiej niepewności ;p Masz też bardzo przyjemny styl pisania – lekki, który się pochłaniała, nie toporny i mimo kilku bardziej “chropowatych” momentów bardzo na plus.

Jak poprzednicy przyczepię się jednak do tej wiadomości – tu faktycznie ciężko zrozumieć, dlaczego pozwolili jej to wysłać. Jakoś też rzuciło mi się w oczy:

Obudzili mnie albowiem piękni ludzie o gładko zaczesanych włosach.

Tu mam wątpliwości czy w takiej wiadomości na pewno mówiłabym o włosach? 

 

Powodzenia!

Shanti,

ogromnie się cieszę, że się spodobało. I ja też ubóstwiam postapo ;) Interpretacji zakończenia jest wiele, oba są więc poprawne. A pozostawienie czytelnika w niepewności oznacza często, że trochę dłużej będzie o opowiadaniu myślał ;)

Komplementy o stylu przyjmuję z wielką przyjemnością, dziękuję! Za to i za komentarz. Również pozdrawiam.

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Nowa Fantastyka