- Opowiadanie: BarbarianCataphract - Dystopia - Opowieść o Badaczce (IV - Synergia)

Dystopia - Opowieść o Badaczce (IV - Synergia)

Badaczka kontynuuje swoje wojaże poprzez Góry Skaliste, szukając odpowiedzi na nurtujące ją pytania, przy okazji narażając się na wiele niebezpieczeństw.

Oceny

Dystopia - Opowieść o Badaczce (IV - Synergia)

Po raz kolejny drzewa otaczały Jasmin, przykrywając niebo ciemnozieloną narzutą z igieł. Biały puch, leżący na ścieżce chrupał delikatnie z każdym krokiem, pod naporem ciężkiego buta. Badaczka miała szczęście, że ostatnie zamiecie nie były zbyt ciężkie. Mogła całkiem swobodnie poruszać się ścieżkami, nie zapadając się przy okazji po pas w śniegu. Chłodne powietrze gryzło policzki kobiety, zmuszając ją do schowania twarzy głębiej w szalik.

Piękno lasu było nie do opisania. Spowity kompletną ciszą, bór oferował trochę odpoczynku od problemów codziennego życia. Co jakiś czas delikatny podmuch wiatru ocierał się o skórę, jednak świerki oferowały świetną ochronę przed żywiołem. Największą obawą, zasiedlającą umysł Jasmin był strach przed nagłą śnieżycą. Poza tym czuła się całkiem pewna siebie i gotowa podjąć się czekającego ją wyzwania.

Opuściła swoje schronienie około godzinę wcześniej, zmierzając w stronę zapomnianego obozu. Z przeczuciem, że da radę przedostać się przez gąszcz, sama, w pogodę, która znacznie odbiegała od idealnej do górskich wycieczek wyruszyła w podróż. Z zapasem jedzenia, wody, palnikiem gazowym, nożem i wieloma innymi przedmiotami, które mogłyby jej pomóc przetrwać trudniejsze warunki była gotowa stawić czoła próbie.

Tym razem ubrana była w zimowy strój, który udało jej się znaleźć podczas pobytu w Blue Sky. Gruba kurtka miała na celu izolować jej ciało od zewnętrznego świata, minimalizując utratę ciepła. Podobne zadanie miały wielkie, śnieżne spodnie. Rękawiczki towarzyszące całemu kompletowi także były stosunkowo pokaźnych rozmiarów, co częściowo upośledzało zdolności manualne badaczki.

"Czego to się nie robi dla swojego zdrowia?" – Pomyślała, patrząc na wielkie rękawice, okalające jej ręce.

Rok nie przekroczył jeszcze astronomicznej granicy zimy, jednak w tej części Ziemi pora ta zwykła rozpoczynać się wcześniej. W wyższych partiach gór śnieżna kołderka mogła pojawiać się już nawet we wrześniu. Na szczęście Jasmin wiedziała, że wchodzenie na wysokość powyżej kilometra nad poziomem morza prawdopodobnie skończyłoby się co najmniej hipotermią i kto wie czym jeszcze.

Wilki. Poza zmutowanymi humanoidami niebezpieczeństwem były też dzikie zwierzęta, zamieszkujące te rejony. W końcu to człowiek jest intruzem na ich obszarze, a zastraszone, bądź głodne potrafią jednym ruchem pozbawić go życia. Zwłaszcza, gdy przebywa się samemu w górach, bez możliwości wezwania pomocy, gdyby zaszła taka potrzeba.

Plecak pełen przeróżnych przedmiotów zaczynał ciążyć Jasmin, powodując lekki dyskomfort. Badaczka spróbowała zignorować delikatny ból i przeklinając grawitację kontynuowała swoją podróż. Zostały jeszcze około dwie godziny drogi, co czyniło przebyty dystans jedną trzecią całej trasy. Póki co nie natknęła się na żadną dziwną niespodziankę.

Nogi zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa, błagając o chwilę przerwy, więc postanowiła przysiąść na chwilę pod jednym z pni, kilkanaście metrów od leśnej ścieżynki. Podeszła do jednego z wyższych drzew, po czym rozgarnęła spod niego śnieg. Położyła bagaż na odkrytym kawalątku ściółki, rozpięła zamek i wyciągnęła przygotowaną wcześniej przekąskę.

Kilka dni wcześniej udało jej się wyłowić kilka mniejszych ryb z jeziora. Wodne kręgowce okazały się być świetnym źródłem pożywienia w górach, gdy nie miało się dobrej broni dystansowej. Bez kuszy, łuku czy broni palnej polowanie na dziką zwierzynę lądową nie miało większego sensu. Do tego, Jasmin nie przejawiała chęci do zdobycia żadnej z tych rzeczy. Usiadła na ułożonym wcześniej plecaku i oparła się plecami o korę drzewa.

Przymrożony delikatnie kawałek pieczonego pstrąga wyglądał smakowicie. Zaczęła oglądać go, obracać w palcach, jakby szukała perfekcyjnego miejsca, w które mogłaby wbić zęby. Już miała wziąć gryz smakołyka, gdy nagle jakiś obiekt wleciał w rybie mięso z wielką szybkością i wyrwał jedzenie z jej rąk. Oszołomiona niespodziewanym zajściem zaczęła rozglądać się na boki. Gdy obróciła się w stronę, w którą poleciało jej drugie śniadanie zobaczyła, jak mgiełka śniegu opada z góry na ziemię. Podniosła oczy ku górze i zobaczyła ptaka. Zwierzę to trzymało sztukę mięsa w dziobie i patrzyło z zaciekawieniem na badaczkę.

Pustułka amerykańska. Najmniejszy spośród sokołów, zamieszkujących Amerykę Północną i Południową. Zimą zazwyczaj zlatują się do Ameryki Środkowej, chociaż często zostają cały rok w jednym miejscu. Jego czarne, wyostrzone ślepia analizowały postać Jasmin, która właśnie zafundowała mu darmowy obiad.

"Piękniś z ciebie, co?" – Pomyślała Jasmin, podnosząc pod szalikiem kąciki ust w delikatnym uśmiechu.

Dziwne było to, że drapieżnik rzucił się na kawałek martwego już pożywienia. Sokoły nie należą do padlinożerców, u których podobne zachowanie byłoby zdecydowanie popularniejsze.

– Trudno ci jest, hm? Ciężka zima? – Pytanie wyszło z ust Jasmin, jednak autorka słów nie oczekiwała na nie żadnej odpowiedzi.

Zwierzę połknęło porwany kawałek rybiego mięśnia i zerwało się do lotu, zrzucając jeszcze więcej śniegu z gałęzi, na której przed chwilą siedziało.

Obecność pustułki świadczyła o tym, że kobieta zbliżała się do krawędzi lasu. Zaskoczyło ją to, bo według mapy powinna wciąż być w jego środku. Żadna górska łąka nie rzuciła jej się po drodze w oczy, więc zaczęła podejrzewać, że może zboczyła z trasy.

"Nie, no nie, bez sensu, nie miałam kiedy tego zrobić. Muszę dobrze iść."

Jasmin westchnęła na myśl o utraconym posiłku, po czym wstała i zebrała swoje rzeczy. Upewniwszy się, że nic nie zostawiła na miejscu niezgrabnego obozowiska wyruszyła w dalszą podróż.

Obraz ptaka zaprzątał jej głowę, nie dając kobiecie spokoju.

"Oczywiście, pora roku się zgadza, ale jaki dziki drapieżnik rzucałby się na kawałek pieczonego mięsa?" – Szukała wytłumaczenia specyficznego zjawiska.

Słońce ozdabiało błękitne niebo swoją złotą tarczą, wisząc nisko na sklepieniu. Nadchodząca zima wiązała się z krótszym dniem i gwiazdą, znajdującą się coraz niżej w ciągu dnia. Dni stawały się coraz chłodniejsze, a góry coraz mniej gościnne. Lepszym pomysłem byłoby poczekanie aż do wiosny, a pakowanie się w środek górskiego lasu w tym okresie nie należało do najrozsądniejszych posunięć.

Jednak Jasmin nie byłaby w stanie bezczynnie przeczekać następnych miesięcy. Udało jej się rozszyfrować część informacji, które zebrała w ciągu ostatnich tygodni, co nakierowało ją na kolejne wskazówki. Istniało ryzyko, że z każdym pokonanym rozwidleniem natrafi na dziesięć kolejnych. Taki los osoby, która z powołania zajmuje się badaniami.

Nie zawsze człowiek jest w stanie pokonać swoją naturę. Jedni będą zajmowali się przewodzeniem grupą, inni ratowaniem tych w potrzebie, ktoś będzie majsterkował i przeprowadzał ludzi przez tarapaty… a jeszcze inni będą poszukiwać. Jak można zauważyć, opatulona w gruby strój badaczka należała do tych ostatnich.

Doceniała swoje powołanie. Z każdą rozwikłaną zagadką, czy z każdym kolejnym odkryciem czuła coraz bardziej, że żyje. Wypełniała ją satysfakcja i napełniała życiową energią, której źródło znajdowała w nauce. W zwierzętach. Wiele lat wstecz postawiła sobie jasne cele, których nie miała w planach porzucać. Przynajmniej nie, póki żyła.

Jej determinacja przynosiła także wiele problemów. Trudno jest się ukrywać, gdy jednocześnie wtyka się swój nos w każde możliwe miejsce. Zwłaszcza w przypadku nadmiernej wrażliwości takiego "miejsca". Taka już była natura Jasmin. Zasymilowała i pogodziła się z nią. Zaczęła wykorzystywać to jako swoją broń i mocną stronę.

Mijając drzewo za drzewem obserwowała uważnie otoczenie, nie chcąc trafić na żadną przykrą niespodziankę. Świeże tropy drapieżnych ssaków nie zwiastowałyby niczego dobrego, więc uważnie szukała wzrokiem specyficznych znaków w śniegu.

I niekoniecznie chodziło tylko o wilki.

Canis lupus to bardzo ciekawy gatunek. Prawdopodobnie przodek psa domowego, zasiedla lasy północnej półkuli. Dominuje często nad innymi zwierzętami, trzymając pieczę nad swoim terenem z pomocą watahy. Rzadko kiedy osobniki podróżują samotnie, zazwyczaj są to stare zwierzęta, porzucone przez własną grupę.

Pojedynczy zwierz nie stanowi dużego zagrożenia, ba, raczej nie będzie szukał niepotrzebnej konfrontacji. Trzeba się jednak liczyć z tym, że na każdym kroku może czyhać głodne stworzenie.

Albo takie, broniące terytorium.

Spotkanie z Aquariusem sprzed dwóch miesięcy przypomniało Jasmin o groźbie, wiszącej nad ludzkością. Przez tysiące lat ludzie uważali całą planetę Ziemię za swoją, a tu nagle pojawił się rywal, będący w stanie wykurzyć człowieka z permanentnie zajętego przez niego miejsca. Wszyscy uważali już, że na tym etapie rozwoju, jaki osiągnęli w XXI wieku nic nie będzie w stanie stawić im czoła.

Ale ta pewność zmieszana była z brakiem pokory, co stało się ich zgubą.

Tak naprawdę, to większość problemów ludzi wyniknęła z ich własnych działań.

 

***

 

Wiedząc, że nie miała innego wyboru, jak tylko iść dalej przed siebie, spróbowała pokonać zmęczenie fizyczne siłą swojej woli. Coś było nie do końca w porządku, biorąc pod uwagę, że męczyła się wyjątkowo szybko. Jej apetyt także uległ zmianie, co zastanawiało mocno badaczkę. Nigdy w życiu nie pomyślałaby, że mogłaby zjeść na raz tyle jedzenia. W warunkach post-cywilizacyjnych zdobywanie pokarmu okazało się być znacznie trudniejsze, niż wcześniej. Zresztą, nie było w tym nic dziwnego, człowiek poprzez rozwój społeczeństwa dążył przecież do ułatwienia sobie życia.

Co jakiś czas natrafiała wzrokiem na odbite w głębokim śniegu odciski. Ciekawość, ale także instynkt samozachowawczy zmuszał Jasmin to sprawdzania kształtu śladów. Zazwyczaj były to kopyta jeleni, czy innych parzystokopytnych, mieszkających w tych partiach świata.

W przypadku bardziej "palczastych" tropów dobrze jest też patrzeć na schemat, z jakim dane zwierzę się porusza. Sam kształt łapy może być bardzo podobny między różnymi gatunkami, jednak sposób ich chodzenia może zdradzić ich tożsamość. Na przykład lis – taki psowaty będzie miał stopę zbliżoną kształtem do wilczej, trochę mniejszą, ale jest jeszcze jedna cecha, pozwalająca odróżnić je od siebie. Lis stawia kroki w prostej linii, podczas gdy Canis lupus ma większy rozstaw łap.

Dzięki temu badaczka mogła z większej odległości oceniać ślady i sprawdzać, czy ma się bać, czy może jednak nie. Nie spodziewała się, że taka wiedza przyda jej się do przetrwania; życie potrafi naprawdę mocno zaskakiwać. Sama kształciła się o zwierzętach, ale to jej ojciec zasiał w niej prawdziwą miłość do natury i wszelkich stworzeń. Niektórzy mogliby się kłócić odnośnie moralności jej rodziciela, ale to mu mogła właśnie zawdzięczać to, że dzisiaj się znajdowała tam, gdzie się znajdowała.

Albo mu to wypomnieć. Zależy jak na to spojrzeć.

Zbliżyła się do wyjścia na polankę, przez którą płynęła woda. Mała, górska rzeczka wydawała się stać w miejscu, zamarznięta. Niskie temperatury zmieniły stan skupienia cieczy, co ułatwiło Jasmin przejście na drugą stronę. W przypadku płynącego strumienia mógłby pojawić się problem, bo istniało ryzyko, że wpadłaby do wody, co byłoby bardzo problematyczne w tej porze roku.

Oparła się o jedno z drzew, wychodzących na otwartą przestrzeń i ostrożnie wystawiła głowę, żeby rozejrzeć się po otoczeniu. Z prawej strony, kilka metrów od niej znajdował się mały wodospadzik, który także zamarł w zimowym śnie. Prędkość przepływu widocznie była zbyt mała, żeby oprzeć się lodowej hibernacji. Za małym urwiskiem przeciągała się polana w górę stoku, prowadząc aż do szczytu.

Dopiero teraz zauważyła, czym tak naprawdę była ta polanka. Ujrzała betonowy słup, od którego odchodziły grube, stalowe kable. Metalowe sznury ciągnęły się od dołu, do wierzchołka. Za tą wieżyczką zobaczyła kolejną i kolejną. Obróciła głowę w drugą stronę i przed jej oczami ukazał się podobny widok.

Stała właśnie pod kolejką wagonikową.

Same wagoniki zostały prawdopodobnie pochowane, ze względów bezpieczeństwa. Do tego, pandemia nie sprzyjała turystyce, więc trzymanie ich na linach nie miało żadnego ekonomicznego sensu. Opuszczony trakt przypomniał jej o młodości, w której zwykła jeździć z rodzicami na narty. Co roku wybierali się w góry, żeby szusować na stokach i zapomnieć o problemach codziennego życia.

– Ciekawe czy dałabym radę zjechać po nieprzygotowanym stoku, pewnie nie. – Zaśmiała się cicho pod nosem, wspominając dawne czasy.

Coś jednak nie pasowało. Była zbyt daleko od ludzkich osad. Nie kojarzyła także, żeby na mapie zaznaczone były ani stoki narciarskie, ani wyciągi. Ten region był raczej niezamieszkany i zdziczały. Obecność kolejki linowej zamąciła Jasmin w głowie, próbując wymyślić powód istnienia tej struktury.

Po sprawdzeniu okolicy stwierdziła, że nie grozi jej nic ze strony dzikich zwierząt, więc sprawnie przeszła do naprzeciwległej linii drzew. Kontynuowała teraz dalszą wędrówkę.

 

***

 

Zboczyła z głównej ścieżki, na której zmieściłoby się auto terenowe, do wąskiego odgałęzienia, prowadzącego między świerkami. Dróżka wymagała od niej schylania się, unikania gałęzi i innych wytworów natury, co nie było zbyt łatwe, gdy ubiorem przypominało się kulkę nieszczęścia. Gąszcz zaczął ją trochę spowalniać, ale nie na tyle, żeby znacznie opóźnić jej przybycie na miejsce. Póki co jej podróż przebiegała bez większych komplikacji, poza utraconym drugim śniadaniem, ale na szczęście miała więcej jedzenia ze sobą, w plecaku.

Szelest gałęzi i igieł doszedł do jej błon bębenkowych, zmuszając ją do zatrzymania się w pół kroku. Jej słuch stawał się coraz to bardziej wyczulony na podejrzane dźwięki. Życie samemu na odludziu powoduje wzmocnienie zmysłów i instynktów, przystosowując organizm do bycia w ciągłym niebezpieczeństwie.

Nasłuchiwała.

Wraz z ustaniem chrupania jej własnych kroków, w lesie nastała cisza, przebijana co chwilę podmuchami wiatru. Coś na pewno zaburzyło względny spokój, była tego prawie pewna. Czekała tak w bezruchu, czując, jak kolana zaczynały powoli odmawiać posłuszeństwa. Jednak nie chciała się poddawać.

Szelest.

Delikatne chrupnięcie.

Więcej chrupnięć.

Jedna z głównych obaw tego dnia mogła się właśnie ziścić. Podniosła rękę, żeby odgarnąć gałęzie. Powoli i ostrożnie pociągnęła za iglasty odrost, przeciągając go na bok. Poprawiła swoje ukochane okulary i zaczęła rozglądać się. Zwróciła oczy w stronę, z której dochodziły do niej podejrzane dźwięki. Tak jak myślała – coś poruszało się kilkanaście metrów dalej.

A nawet kilka obiektów.

Pokryte śniegiem korpusy szły powoli przed siebie. Z początku Jasmin myślała, że napotkała watahę wilków, która szukała pożywienia, bądź schronienia. Pokryte białym puchem grzbiety brnęły przez śnieg, definitywnie czegoś szukając. Pomimo złudnego wyglądu psowatych drapieżników, coś w kształcie ciała tych stworzeń odbiegało od normy. Schowane były za linią krzaków.

Garb.

Wilk nie miałby takiego garba. Głowy stworzenia te niosły bardzo nisko, przez co trudno było cokolwiek zobaczyć, a co dopiero rozróżnić szczegóły. Jej wzrok z pewnością nie ulegał poprawie z każdym rokiem, więc musiałaby podejść bliżej, żeby zdobyć lepsze rozeznanie w sytuacji. Czuła się niepewnie, głównie przez to, że nie wiedziała, z czym ma do czynienia.

Poza garbem od wilków odróżniała je też wielkość. Nie była to bardzo duża różnica, jednak na tyle zauważalna, że można było stwierdzić, że obserwowane stworzenie nie jest tym, za co je na początku wzięła. Co jakiś czas niezidentyfikowane kreatury fukały nosowo, prawdopodobnie odstraszając potencjalnych przeciwników.

Jasmin postanowiła pójść kawałek dalej leśną ścieżynką, ponieważ prowadziła ona równolegle do trasy dziwnych zwierząt. Starając się stąpać jak najciszej, zaczęła iść synchronicznie ze stworzeniami. Próbowała kłaść kolejne kroki w momentach, gdy któreś z dziwactw prostowało nogę w śniegu. Chciała tym sposobem uniknąć wykrycia, poprzez zamaskowanie swoich ruchów.

Bardzo dziwił ją fakt, że mogła słyszeć chrupnięcia puchu tak wyraźnie, jak to teraz było. Nie sądziła, że zwierzęta, ukryte za kilkanaście metrów za krzakami będą wydawać dźwięki na tyle głośne, żeby mogła je zarejestrować.

"A może to mój słuch się poprawił? Nie wiem." – Pomyślała, ale od razu odrzuciła te myśli na bok, żeby nie popełnić żadnej głupoty.

Nie miała pojęcia, czy kreatury, za którymi podążała bardziej by się spłoszyły, czy ją zaatakowały. Ryzykować w każdym razie nie chciała, więc postanowiła zachowywać pewien dystans i środki ostrożności. Póki co szły w tę samą stronę, w którą ona planowała pójść, więc sytuacja nie wymagała od niej zboczenia z obranej uprzednio drogi.

Gęsto postawione drzewa utrudniały Jasmin utrzymywanie stałej prędkości. Gałęzie bardzo przeszkadzały w poruszaniu się, co badaczka zaczynała odczuwać po raz kolejny. Jej mięśnie były dziwnie zmęczone, co nie powinno mieć teoretycznie miejsca, gdyż życie w górskiej dziczy wymagało od niej dużego wysiłku fizycznego. Nietypowe nadwyrężenie mięśni stresowało kobietę, bo nie chciała utknąć w środku lasu, gdzieś na odludziu, w Górach Skalistych.

Sama.

Jednak zaszła już za daleko, żeby cofać się do kryjówki. Determinacja wypełniała wszystkie komórki jej ciała, co motywowało ją do działania. Gdyby teraz postanowiła zawrócić, to nie wiadomo, kiedy mogłaby po raz kolejny wyruszyć. Zimy w górach bywają nieprzewidywalne, ba, wyżynna pogoda w ciągu całego roku jest nieprzewidywalna, dlatego chciała wykorzystać moment spokoju.

Wszystko, co ostatnio robiła kłóciło się ze zdrowym rozsądkiem. Nadstawiała karku dla czegoś, co nawet mogłoby się nie sprawdzić. Bolało ją to w duszy, bo zawsze starała się podchodzić do życia pragmatycznie.

Chociaż nastawienie wobec świata uległo drastycznej zmianie już kilka lat temu – gdy znalazła się w środku spisku, który obejmował swoimi skutkami całą ludzkość. Nigdy za to nie była sceptyczna, jej duszę napędzało odkrywanie. Była urodzonym badaczem, naukowcem, którego celem było zapisanie się w historii nauk przyrodniczych.

Minęła kolejny pień i postanowiła znowu zbliżyć się do granicy drzew, żeby sprawdzić pozycję stworzeń. Powoli i ostrożnie odgarnęła świerkowe igły na bok i wystawiła między nie czerwony, zmarznięty nos. Zimowe powietrze dawało się we znaki, gryząc policzki i inne, wystawione na zimno części ciała.

Szukała wzrokiem swojego celu. Jej niebieskie tęczówki badały krzaki i pobliską florę, w celu zidentyfikowania stworzeń.

Jednak nie mogła nic znaleźć.

Nie mogąc ujrzeć dziwnych kształtów postanowiła wyjść na bardziej otwarty teren, narażając siebie na atak. Zaczęła przeciskać się między gałęziami. Śnieg spadał na nią z góry, częściowo wpadając jej za kołnierz. Poczuła nagły pocałunek zimna na plecach, co wygięło ją w pałąk. Nie mogąc utrzymać równowagi potknęła się i wpadła twarzą w puch. Więcej śniegu zleciało z drzew, zasypując ją lekko od góry.

Zdenerwowana podniosła się na rękach, na twarzy miała topiącą się wodę. Na szczęście dolna połowa jej twarzy zakryta była szalikiem, więc głównie jej czoło "ucierpiało". Zaklęła pod nosem, ale od razu się opamiętała, bo nie chciała wystraszyć niczego.

Ani niczego nie przywołać.

Klęczała na kolanach, oparta na dłoniach i nasłuchiwała. Żadne dźwięki do niej nie dochodziły, nie miała pewności, czy spłoszyła śledzone stworzenia, czy już wcześniej zboczyły ze swojej trasy. Zawiedziona straconą okazją i swoją niezdarnością wstała na równe nogi, powoli, żeby nie wywołać zawrotów głowy. Otrzepała się, wytarła twarz w szalik i wróciła na ścieżkę.

 

***

 

Zmuszona była iść teraz w górę stoku, obciążając swoje mięśnie jeszcze bardziej. Ryzyko było jej znane, więc wbrew wszystkiemu zawzięła się i ruszyła dalej. Kąt nachylenia zbocza nie odznaczał się znaczną stromizną, ale był zdecydowanie odczuwalny. Pogoda póki co współpracowała z chęciami Jasmin i badaczka chciała, żeby tak pozostało. Chłód sam w sobie można było pokonać, więc dopóki żywioł nie próbował zasypać jej żywcem, to wystarczało.

Próbowała wciąż rozwikłać zagadkę tajemniczej kolejki linowej, która ni zowąd znalazła się w środku lasu, a nie była zaznaczona w żadnym, ludzkim źródle. W jej głowie pojawiła się teoria, że mogło to być powiązane z celem dzisiejszej podróży, którą Jasmin właśnie odbywała.

"Wojskowa infrastruktura? Możliwe."

Czyli kolejka ta musiała też mieć dolną stację. Próbowała połączyć fakty ze sobą, które indykowałyby, że zbliżała się do swojego celu – jednak według jej obliczeń powinna mieć jeszcze sporo do przejścia. Zresztą, szukanie militarnych zabudowań z środku niczego mogło równać się z wieloma niespodziankami.

Do tego dochodzi obecność "tych dziwnych stworzeń". Jasmin czuła, że coś z nimi było nie tak. Nie przypominały jej żadnej fauny, naturalnie występującej na tych terenach, więc podejrzewała tylko jedno.

Napiętnowani byli blisko.

A jeśli napiętnowani kręcili się po okolicy, to ostatnią rzeczą, jakiej by Jasmin chciała było utknięcie w środku odludzia. Myśl o możliwości bycia śledzonym przez kreatury, przekraczające ludzkie wyobrażenia zmotywowała ją do szybszego marszu w górę zbocza.

 

***

 

Jej oczom ukazała się brama, zrobiona z metalowej siatki. Od jej boków odchodziło ogrodzenie, zwieńczone u góry drutem kolczastym, groźnie spoglądającym na niechcianych gości. Po lewej stronie stalowa krata ciągnęła się kilkanaście metrów i kończyła na skalnym wzniesieniu, które funkcjonowało jako naturalna ściana. Była wystarczająco wysoka, żeby przeszkodzić pokonywanie jej ludziom z zewnątrz.

Prawa część za to ciągnęła się długo przez las, towarzysząc wyjeżdżonej przez przeróżne pojazdy drodze. Jasmin domyślała się, że trasa ta prowadziła właśnie do tej kolejki linowej, którą zaprzątała sobie ciągle głowę.

– Czyli skrót dla wojska, zrozumiałe. – Powiedziała pod nosem, a słowa te zgubiły się gdzieś w grubym szaliku.

Zrobiła kilka kroków w stronę bramy ale szybko się opamiętała. Skoczyła w bok, za drzewo i zaczęła oceniać sytuację. Nie chciała całkiem przypadkiem dostać kulki w głowę, więc chciała najpierw sprawdzić, czy nikt nie pilnuje wejścia na odgrodzone terytorium. Nie widziała zbyt wiele gołym okiem, ktoś mógł się ukrywać nieopodal. W tym momencie uczucie złości i zawodu wypełniło jej ciało. Mogła wziąć lornetkę, ale tego nie zrobiła. Z pozoru niewielki błąd mógłby okazać się okropny w skutkach, ale nic już nie mogła zrobić.

To już drugi raz jak zapomniała wziąć ze sobą ów przyrząd optyczny. Sfrustrowana przysiadła na chwilę i spróbowała obmyślić plan. Szarżowanie przez frontową bramę mogło skończyć się fatalnie, a nie wiedziała, czy istniało jakiekolwiek inne wejście. Jakiś "backdoor", miejsce, które nie byłoby pilnowane nawet, gdyby ktoś się znajdował w okolicy.

A tego nie wiedziała.

Wątpiła w obecność kogokolwiek, ale ryzykować życiem nie chciała.

Wtem w jej głowie pojawił się pomysł.

"A może tak pójść wzdłuż ogrodzenia, aż dojdę do miejsca przebiegu kolejki?" – Nie wiedziała do końcu czemu pomyślała, że osłabiony punkt mógłby się właśnie tam znajdować, ale nie szkodziło spróbować, póki pogoda sprzyjała, a ona miała jeszcze jakieś siły w nogach. Ruszyła więc w prawo, trzymając sensowną odległość od ogrodzenia. Dzięki temu była schowana za drzewami, ale też za wzgórzem, więc ryzyko bycia wykrytym przez potencjalny personel było bardzo obniżone.

Nie zdążyła zrobić nawet pięciu kroków, gdy nagły pisk w jej uszach popchnął ją na własne kolana. Złapała się za skronie, nie mogąc opanować przeraźliwego dźwięku, który przeszywał jej głowę na wylot. Czuła, jak jej błony bębenkowe stają się kilka, jak nie kilkadziesiąt razy wrażliwsze. Dziwna sensacja rozeszła się po całym mózgu, oszałamiając Jasmin na kilka sekund.

Po chwili cierpienia dziwny zgrzyt ucichł, ale coś wciąż było nie do końca na miejscu.

Szum.

Jasmin słyszała teraz głośny szum, jakby ktoś przystawił jej małżę do ucha. Wraz z szumem pojawił się trzepot skrzydeł ptaków, szuranie zwierząt w norach, upadający na ziemię śnieg i wiele innych odgłosów natury. Badaczka zamknęła instynktownie oczy, skupiając się na obrazie, utworzonym przez dochodzące do niej dźwięki. To, co widziała oczami wyobraźni było niewyraźne, ale z czasem zaczęły formować się kształty, bazujące na tym, co słyszała.

Tkwiła tak, istotnie zahipnotyzowana. Zapomniała chwilowo o postawionym sobie celu i eksplorowała świat, nowo otwarty przed nią. Spróbowała zbadać teren za ogrodzeniem. Szukała jakichkolwiek poszlak, które mogłyby nakierować ją na obecność innych ludzi.

Bądź innych humanoidów.

To, co się przed nią rozpościerało nie było zbyt ostre, mieszały się ze sobą, ale nic konkretnego nie sugerowało, że na terenie obozowiska znajdował się człowiek. Próbowała skupić się jeszcze mocniej, wytężając zmysł do granic.

Po chwili jednak świadomość powróciła do niej z impetem, powalając ją na ziemię i oszałamiając. Jej ciało zareagowało, jakby broniło się przed czymś i doszło do skurczu mięśni, który zwalił kobietę z nóg. Skonfundowana otwarła oczy i zaczęła panicznie rozglądać się na boki. Leżała na boku, twarzą skierowana w stronę spadku zbocza górskiego. Po chwili zagubienia odwróciła się szybko na drugą stronę, jakby oczekiwała ataku z tamtej strony.

Jednak ugościła ją pustka. Nikogo tam nie było, tak jak wcześniej.

"Co… się właśnie wydarzyło?" – Pomyślała zdziwiona, przeżywając takie coś pierwszy raz w swoim życiu.

Podniosła się do pozycji siedzącej i złapała się za głowę, próbując uporządkować natłok nowych myśli. Ten dzień już był wystarczająco dziwny, a nie osiągnęła jeszcze swojego celu. Była już bardzo blisko, ale od niego dzieliło Jasmin jeszcze wiele pracy. Po około minucie gdybania nad stanem własnego zdrowia psychicznego postanowiła ruszyć się z miejsca.

Nie będąc do końca pewną, czy to co słyszała nie było halucynacją podeszła do frontowej bramy. Ku jej zdziwieniu nie zauważyła żadnej kłódki. Pociągnęła za klamkę i próbując pokonać opór grubej warstwy śniegu, otworzyła przejście. Teraz widziała, że w najbliższym otoczeniu nie widniały żadne ślady – ani ludzkie, ani samochodów. Dawno tu nikogo nie było, a przynajmniej w tym konkretnym miejscu.

Wciąż jednak ktoś mógł gnieździć się w rdzeniu obozowiska.

Od głównej części dzieliło ją kilkaset metrów drogi (a przynajmniej tak przypuszczała, bazując na tym, co widziała), która w pewnym miejscu skręcała i chowała się za wysoką formacją skalną. Przedziwna dolina oferowała wspaniałą naturalną osłonę, czy to przed wiatrem, czy to przed atakami.

Niekoniecznie mutantów.

To, co teraz ujrzała wywołało u niej mieszane emocje. Coś, co niegdyś było wieżą strażniczą, leżało teraz, połamane i przykryte śniegiem. Szczątki porozrzucane były w pobliżu fundamentu. Obok niej widniał szlaban, który także uszkodzony walał się żałośnie gdzieś w białym puchu. Budka strażnicza miała powybijane okna, oraz dziury.

Tak, dziury.

Jasmin podeszła bliżej, żeby zbadać uszkodzenia w ściankach. Przyglądając się nad wyraz regularnym wyłomom zaczęła dochodzić do wniosku, że mogły to być kule po pociskach z broni palnej.

"Oho, to nieźle." – Podsumowała swoje śledztwo i weszła do budki, żeby poszukać jakichś przydatnych przedmiotów. Odsunęła zardzewiałe drzwiczki i widok odebrał jej oddech z piersi.

Na krześle siedział szkielet.

Przedziurawiona głowa wyturlała się ze środka pod buty Jasmin, gdy ta otworzyła jej wyjście na zewnątrz. Bezgłowe, czarne, rozkładające się ciało wiecznego strażnika leżało oparty na siedzisku, odstraszając zagubionych wędrowców. Nie był to pierwszy raz, jak ujrzała coś takiego, jednak widok martwego człowieka, w jakimkolwiek stanie potrafił przerazić badaczkę.

Spróbowała pokonać wyrzuty sumienia i podeszła do zwłok, starając się nie myśleć o tym, że kiedyś w tym miejscu ktoś zginął. Do tego nie chciała, żeby nękał ją fakt, że próbuje przetrzebić rzeczy nieboszczyka. Szukanie czegokolwiek w takich zimowych rękawicach nie należało do specjalnie prostych zajęć. Po krótkiej chwili zauważyła leżący na podłodze przedmiot. Rzecz ta znajdowała się bezpośrednio pod zwisającą ręką nieszczęśnika.

Pistolet.

Jasmin nie należała do fanów broni prochowej. Tak naprawdę, to Jasmin nie należała do fanów żadnej broni, ale czasy wymagały od niej umiejętności obrony samej siebie i walki. Wahając się podniosła kształt i zaczęła go oglądać. Wydawał się być stosunkowo sprawny, przynajmniej z zewnątrz. Spróbowała niezgrabnie wcisnąć przycisk zwalniający magazynek i ku jej zdziwieniu metalowa skrzynka wypadła z pistoletu i wpadła prosto do jej dłoni.

Naliczyła dwa pociski. Dwie kule, które mogłyby zadecydować między życiem, a śmiercią. Niechętnie schowała oręż do kurtki i wyszła z przeklętej budki. Wróciła na coś, co podejrzewała, że jest główną drogą i jeszcze raz rzuciła okiem na ruiny wieżyczki. Smętne kawałki drewna i metalu, które wyzionęły ducha i nieboszczyk w budce dały jej pomysł, że wojskowa osada, którą planowała odwiedzić została zaatakowana wielką siłą. Z poziomu zaawansowania rozkładu doszła do wniosku, że mógł minąć około rok od śmierci.

Brak ubrań, poza paskiem, który zachował się na miednicy. Czarne ciało, przylegające ściśle do szkieletu, ponieważ narządy wewnętrzne i większość mięśni przerodziły się w bezkształtną masę. Te elementy pozwoliły jej ocenić mniej więcej czas od zgonu. Przeróżne myśli o śmierci człowieka zaczęły nawiedzać umysł Jasmin, ale ta zmiotła je tak szybko, jak się tylko pojawiły.

Nie miała czasu i sił na zamartwianie się czymś takim.

Zaczęła iść wzdłuż doliny, nie wiedząc do końca czego się spodziewać za zakrętem. Zatrzymała się, po przejściu kilkuset metrów. Nie miała jeszcze widoku na rdzeń obozu, od tego dzieliło ją zaledwie kilka kroków.

Zwątpiła w to, czy na pewno chce iść dalej.

Ale wtedy cała podróż byłaby na marne.

Po momencie wahania pokonała kolejne metry męczącego śniegu i tak oto stanęła przed obliczem czegoś, co niegdyś było bezpieczną strefą dla ludzi. Zgliszcza posklejanych ze złomu i drewna murów i pseudo-budynków wyglądały żałośnie spod przykrywającej je narzuty. Nie wiedziała do końca, czego spodziewała się przybywając tutaj. Z jednej strony liczyła na porzucone ruiny, z drugiej nie sądziła, że spotka to miejsce w tak okropnym stanie. Będąc przytłoczoną smutnym widokiem przeszła przez coś, co zwykło być skleconą z dostępnych materiałów bramą. Na jednej jej części, która jeszcze jakoś się trzymała zawiasów widniał symbol, który znała już bardzo dobrze.

Czerwony orzeł z tarczą.

Tak jak myślała, postawiła właśnie nogę na terenie kiedyś należącym do Trójcy, a jak kto woli – SaP-COM. Coś, co zaczęło swoją działalność jako prywatna firma oferująca najemników rozrosło się do potęgi, która pozwalała im na kontrolowanie dużych obszarów Ameryki Północnej i zapewne terenów zamorskich.

"Nieszczęście jednego człowieka może być zyskiem drugiego, co nie?" – Powiedziała do siebie w myślach Jasmin, spoglądając na wielkie, ale już wyblakłe i częściowo przysłonięte sadzą logo.

Zaraz za wejściem znajdował się foliowy tunel, taki, jaki znajduje się w miejscach, objętych kwarantanną. Nie chcieli powodować rozrostu pandemii, więc nawet w takim miejscu próbowali podejmować wszelkie starania, żeby chronić ludzi przed chorobą. Tunel ten był w wielu miejscach zniszczony, podarty, a jego zawartość porozrzucana była po ziemi. Promienie słoneczne prześwitywały przez rozległą dziurę w stropie, oświetlając twarz badaczki.

Poszła dalej. Po kilkunastu metrach doszła do poszarpanej zasłony, która wisiała swobodnie ze sklepienia i zasłaniała wyjście. Jasmin odgarnęła delikatnie kawałek materiału i ujrzała coś, co po raz kolejny spowodowało, że zabrakło jej dechu w piersiach.

Spod śniegu wystawał co najmniej z tuzin ciał. W niektórych przypadkach były to tylko czarne, zaschnięte, a teraz jeszcze dodatkowo zamarznięte ramiona, wystające do góry, w geście desperackiej prośby o pomoc. Rozpacz wręcz biła z tego miejsca, można ją było wyczuć w powietrzu. Badaczka nie miała pojęcia, co spowodowało tyle śmierci i zniszczenia, więc postanowiła wejść w głąb strefy

Miejsce to i tak w ogóle nie przypominało typowej Osady. W ich przypadku SaP-COM stawiał je raczej w strategicznych miejscach, w miastach, gdzie znajdowało się wiele ważnych osób i dużo potrzebnej infrastruktury. Ta górska dolina była bardzo daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, więc umiejscowienie bezpiecznej strefy tutaj wydawało się być bez sensu.

Wokół otwartej przestrzeni znajdowały struktury, które wyglądały jak baraki mieszkalne. Podłużne, metalowe kontenery miały drzwi i drobniutkie okna, od zewnątrz przykryte stalowymi kratami. Sama ich integralność nie uległa wielkim uszkodzeniom, z racji materiału, z jakiego były stworzone.

Naprzeciwko Jasmin stał trochę większy kontener, niż reszta. Miał dodatkowe ściany, zrobione z drewna i różnych, znalezionych metalowych płyt, które w dużej mierze leżały smętnie na ziemi. Drewniane struktury stały osmalone, pożarte przez ogień. Badaczka pomyślała, że mogła to być siedziba osób wcześniej zarządzających tym miejscem. Tak wywnioskowała po jej kształcie, ale też po kolejnym symbole orła, który widniał na szerokiej, bez okiennej ścianie.

Nie wiedząc od czego zacząć ruszyła do jednego z baraków, tak naprawdę to bardziej z ciekawości, niż zdrowego rozsądku. Spodziewała się, że nie znajdzie tam przydatnych informacji, ale co jej szkodziło zajrzeć. Idąc w stronę metalowych drzwi poczuła, że nadepnęła na coś dziwnego. Nie chciała zbytnio analizować, czy pod jej butem znajdował się kamień, czy żebra nieboszczyka, więc prędko ominęła przeszkodę. Przeszedł ją dreszcz obrzydzenia, który wzbudził całe jej ciało. Wolała nie myśleć, ile niespodzianek czyhało na nią pod śniegiem. Plus bycia tutaj podczas zimy to fakt, że jej zdrowie psychiczne nie ucierpiałoby aż tak.

Zardzewiałe i przymarznięte zawiasy zaskrzypiały żałośnie, uchylając się pod naporem ciała Jasmin. Kobieta wpadła do kontenera i spotkała się z niespodzianką. Piętrowe łóżka wydawały się być stosunkowo wygodne, każde miało przy sobie skrzynkę na osobiste rzeczy mieszkańców. Przy ścianie stały także stalowe szafki na kłódkę oraz dziwne, stare komody. Gdzieś widniały biurko z porozrzucanymi papierami, gdzieś leżała lampka biurowa, ze zbitą żarówką.

Jasmin zaskoczona była jakością wyposażenia wnętrz. Spodziewała się raczej starych śpiworów i brudu, śmierci i innych, negatywnie nacechowanych rzeczy.

"Jeśli tak tutaj gościli ludzi, którzy przetrwali, to może nie wszyscy byli tacy źli." – Pomyślała w przypływie stosunkowo pozytywnych emocji.

Podeszła do jednej z szafek i pociągnęła za uchwyt. Ku jej zdziwieniu, drzwiczki otworzyły się bez żadnego problemu, ukazując zawartość pojemnika. W środku, na wieszaku wisiał mundur, a na ramieniu znajdowało się często powtarzające się w okolicy logo. Oznaczało to tylko jedno.

"To są baraki dla żołnierzy, no tak, gdzie dla zwykłych ludzi." – Zawiedziona trzasnęła metalem, trochę mocniej, niż chciała.

Głośny trzask rozległ się po otoczeniu, pesząc Jasmin. Nie myślała, że cokolwiek, lub ktokolwiek ją usłyszy, ale i tak poczuła niepokój w głębi duszy. Walki z mutantami nie należały do ulubionych czynności badaczki, a podczas tej pory roku wizja zmagania się z silniejszymi od niej stworzeniami w śniegu była dla niej co najmniej nieatrakcyjna.

W tym samym momencie wróciło do niej dziwne uczucie, które opętało jej zmysły zaraz przed wejściem przez zewnętrzną bramę. Przeszywający mózg pisk zaczął rozchodzić się po jej umyśle, który po kilku sekundach ustał i zostawił Jasmin z krystalicznie czystym słuchem. Po raz kolejny poczuła, jakby jej słuch sięgał dalej, niż słuch normalnego człowieka. Ból, który przed chwilą przebił jej głowę zmusił ją do przysiądnięcia na jednym z łóżek. Siedziała teraz ze zlepionymi powiekami. Czuła, jakby była w stanie widzieć dźwięki. Z rękami na skroniach wytężała płaty skroniowe.

Chrupanie w śniegu.

Tak jak wcześniej.

Kroki.

Słyszała kroki.

Ale tym razem zdecydowanie pochodziły one od człowieka.

W ułamku sekundy wybudziła się z dziwnego, zmysłowego transu i wróciła do pełnej przytomności. Jej ręka powędrowała od razu do kurtki, żeby chwycić znaleziony wcześniej pistolet. Złapanie czegokolwiek w grubych rękawicach należało do nie lada wyczynu, więc przy pierwszej próbie broń wypadła jej z rąk i z metalicznym brzdęknięciem upadła na podłogę. Odbiła się kilka razy i prześlizgnęła się pod jedną z komód. Jasmin szybkim susem skoczyła do mebla i położyła się na ziemi, próbując wygrzebać pistolet ze szczeliny.

Ściągnęła rękawicę i poczuła, jak zimno pęta jej palce. Starając się przemóc sensację dosięgnęła zmarzniętego metalu uchwytu i przyciągnęła go do siebie. Kłujący ból przebił skórę jej dłoni, ale ważniejsza teraz była ocena sytuacji.

I ewentualna obrona swojego życia.

Wstała z podłoża i schylając się podeszła powoli do jednego z okien. Nie miała do końca pewności, czy ktoś usłyszał jej niezdarne ruchy, bo miała trudność z oceną odległości do rejestrowanych odgłosów. Wspięła się z powrotem na dolną część piętrowego łóżka i wystawiając tylko oczy rzuciła spojrzenie na dziedziniec.

Wydawał się pusty.

Leżała tak jeszcze przez kilka minut, spoglądając na plac pokryty śniegiem, ale nic nie rzuciło jej się w oczy. Nie czuła jednak pewności, że jest sama, więc ścisnęła broń mocniej w ręce i skierowała się do wyjścia. Drzwi otworzyły się z jękiem, gdy Jasmin pociągnęła za klamkę. Wyjrzała w prawo i lewo, sprawdzając, czy nic nie czyhało na nią pod ścianą kontenera. Wystawiła nogę i powoli zaczęła iść w stronę struktury, która mogła być główną siedzibą tutejszych sił obronnych. Trzymała wciąż pistolet w odsłoniętej ręce, ale wolała go nie używać.

Coś za nią trzasnęło.

Kolejny, dziwny dźwięk rozległ się po najbliższym otoczeniu, mrożąc krew w żyłach badaczki.

Nie wykonując żadnych spontanicznych ruchów kobieta obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni.

Przed nią, kilkanaście metrów dalej stały trzy Barany.

 

***

 

I.K. Homo stigmatis (genus Aries)

I.K. Człowiek napiętnowany (rasa Baran)

Alternatywne nazwy: Mięśniak, Dzwonnik, Garbus

Rasa nastawiona na walkę w zwarciu. Nazwa pochodzi głównie od wyrostków czaszkowych, przypominających rogi samców Ovis aries. Poruszają się na czterech kończynach, potrafią osiągnąć prędkości dochodzące aż do dwudziestu kilometrów na godzinę (20 km/h).

Pokrycie ich ciała jest typowe dla przedstawicieli tego gatunku. Pokryta łuskami skóra funkcjonuje bardzo dobrze jako warstwa, chroniąca przed uszkodzeniami mechanicznymi i chemicznymi. Tak, jak w przypadku innych przedstawicieli, pochodzących z mutacji człowieka mogą posiadać charakterystyczne narośla, które z czasem ulegają zanikowi. Samice, tak jak i samce biorą udział w polowaniach i walkach o terytorium, nie ma podziału płciowego w przypadku obowiązków. Ojciec potomstwa także opiekuje się młodymi, gdy matki nie ma w pobliżu.

Ich nogi, jako narząd napędowy są bardzo silnie umięśnione. Jeśli chodzi o wzmacnianie i odbudowę mięśni, to priorytetyzowana jest właśnie kończyna tylna. Stopy i palce ulegają wydłużeniu, przypominając wyglądem i budową te u drapieżnych ssaków, takich jak afrykańskie koty, czy najzwyklejszego psa.

Tułów wydaje się być skrócony, przez co jamy ciała ulegają skompresowaniu. W części dogrzbietowej tworzy się garb, utworzony z wyrostków kolczystych kręgów piersiowych. Otoczony jest on grubą warstwą tkanki tłuszczowej. Na jego szczycie znajduje się gruczoł zewnątrzwydzielniczy, który przypuszcza się, że pełni funkcje godowe. Poza tym przypomina tułów Homo sapiens.

Kończyna przednia ulega podobnym modyfikacjom, jak kończyna tylna. Po przekształceniom zbliżona jest budową anatomiczną do kończyny ssaków drapieżnych, takich jak zwierząt z rodzaju Pantera. Zakończona, jak u reszty, ostrymi szponami, będącymi w stanie powalić ofiarę jednym ciosem.

Głowa przypomina do złudzenia głowę Homo sapiens. Kość potyliczna przesuwa się bardziej do płaszczyzny doogonowej, umożliwiając stworzeniu funkcjonowanie w pozycji poziomej. Poza tym czaszka wykształca kostno-skórne wypustki (cornua), przypominające (jak to było wspomniane wcześniej) rogi Ovis aries. Z reguły struktury te kończą się ostrym kolcem przed twarzą stworzenia, funkcjonując jako kolce do nabijania ofiary.

Poza tym inne zmiany, jak te w uzębieniu czy w oczach są identyczne do tych u innych przedstawicieli gatunku.

Atakują w pierwszej linii, przewodząc często innym Homo stigmatis. Cechują się duża odwagą (jeśli tak można to nazwać u tak zdziczałych stworzeń) i zdeterminowaniem. Na jedną grupę mutantów, której przewodzi Aries przypada zazwyczaj czterech Napiętnowanych, którzy zazwyczaj nie obejmują funkcji przywódczych. Rzadko zdarza się, że jeden Baran przewodzi kilku innym Baranom, ale istnieje taka możliwość.

Gdy ofiara długo nie ginie, lub się nie poddaje to dopiero wzywają resztę "grupy szturmowej" do ataku. Preferują atakować pierwsze, ale gdy stają się niecierpliwe, to pozwalają sobie pomóc. Bardzo łatwo jest je sprowokować, gdy uwezmą się na konkretną ofiarę, to będą ją gonić, aż nie uda im się jej pokonać.

Mutacje w kierunku Aries obserwuje się u osób, które za życia lubiły obejmować rolę przywódcy. Do tego dochodzi też znaczna upartość oraz indywidualność, która czasami prowadzi do zguby przedstawicieli Baranów. Impulsywność także jest ważnym czynnikiem, która wpływa na docelową rasę mutanta.

Side note: mój tato byłby Baranem.

 

***

 

"Ta, no." – Pomyślała zrezygnowana Jasmin i zamarła w miejscu.

Trzy zgarbione stwory obserwowały uważnie ruchy badaczki. Ta zaś trzymała rękę z pistoletem zaraz przy ciele, nie zdążyła jeszcze wycelować. Próbując wymyślić jakikolwiek plan działania, liczyła bardziej na cud. Chciała sprawdzić ukradkiem, czy nabój jest załadowany w komorze, bo zapomniała to zrobić wcześniej. Położyła lewą dłoń na górnej części broni i spróbowała pociągnąć.

Mechanizm ani drgnął.

Kobieta zaczęła wkładać w to coraz więcej sił, ale kawał metalu nie chciał wcale zmienić swojej pozycji. Coś go blokowało, a Jasmin nie mogła teraz sprawdzić, czym było to spowodowane. Podniosła z powrotem oczy na potwory, które zaczynały spoglądać po sobie nerwowo. Zdziwiona była tym, że spotkała aż trzy Barany w jednej grupie. Z reguły to tylko pojedynczy Aries przypadał na kilku wędrujących Napiętnowanych.

Przeszywające spojrzenia potworów spode łba wywoływały uczucie osaczenia. Badaczka zaczęła powoli i ostrożnie wycofywać się w stronę budynku, który miał być w założeniu główną siedzibą tutejszych władz. Małymi kroczkami zbliżała się do schronienia. Utrzymywała wciąż kontakt wzrokowy z kreaturami, żeby te nie poczuły się sprowokowane do ataku. Wbrew pozorom właśnie takie coś jest najlepszą szansą na uniknięcie bezpośredniej konfrontacji. Przerwanie takiej długotrwałego pojedynku na wzrok mogło się skończyć byciem nabitym na ich własne rogi.

Z każdym pokonanym centymetrem Jasmin zaczynała czuć coraz większą, ale naiwną ulgę. Im bardziej oddalała się od nich, tym większą miała ochotę zacząć biec. Wiedziała jednak, że te stworzenia, znacznie szybsze od człowieka mogłyby ją powalić, zanim dobiegłaby do drzwi. Kolejne, ciche chrupnięcie śniegu rozeszło się po nadepnięciu gruntu przez badaczkę, po nim następne.

I nagły trzask.

Dźwięk znacznie głośniejszy od jej kroków, który dobiegł zza jej pleców.

Instynktownie obróciła głowę, żeby sprawdzić, co to było.

I to był jej błąd.

Jeden z Baranów wystrzelił przed siebie, pozostawiając kompanów w tyle. Jasmin zorientowała się szybko, co się działo i desperacko wycelowała pistolet w kierunku napastnika. Pociągnęła za spust licząc, że coś się stanie.

Głuche kliknięcie i brak wystrzału.

W ostatniej chwili rzuciła się w bok, gdy umięśnione cielsko przeleciało nad ziemią, zaraz obok niej. Próbując odczołgać się na jakąś odległość oglądała ciało potwora. Czekała, aż wstanie i rzuci się na nią z zębami i pazurami. Rzuciła bezużyteczną bronią gdzieś w śnieg i dobyła swojego ulubionego noża zza paska. Nie czuła już chłodu, szczypiącego nieznośnie jej dłoń, adrenalina wygłuszała niepotrzebne uczucia.

Korpus pokrytego łuskami mutanta leżał cały czas w bezruchu. Zdziwiona Jasmin przyjrzała się ciału i ujrzała sterczącą strzałę, wystającą z łba montrum. Przerażona badaczka wstała na równe nogi i zaczęła biec bez zastanowienia w stronę najbliższego schronienia. Kolejne dwa mutanty ruszyły razem, szarżując na skonsternowaną kobietę.

Kolejna strzała przeszyła powietrze. Biegnąca spojrzała się szybko w bok i zobaczyła ubraną w grube futra sylwetkę, trzymającą metalowy korpus łuku. Sylwetka ta puszczała pocisk za pociskiem, próbując powalić atakujące stwory.

– DO ŚRODKA, SZYBKO! – Krzyknęła tajemnicza osoba i, po puszczeniu ostatniej strzały rzuciła się do ucieczki, zaraz za Jasmin.

Najpierw do środka wpadła badaczka, zaraz za nią pojawił się łucznik, który od razu zamknął drzwi z metalowej płyty. Ułamek sekundy później coś ciężkiego łupnęło stal, wyginając ją zauważalnie w kształcie baranich rogów.

– Podaj mi to krzesło, teraz! – Rzucił do Jasmin, która patrzyła się to na swoją rękę, to na wybawiciela. Schowany w gęstym ubiorze mężczyzna przytrzymywał wejście, żeby potwory nie wtłoczyły się do środka.

Badaczka skoczyła do najbliższego krzesła, które po krótkiej chwili już stało pochylone pod klamką.

– Nie zatrzyma to ich na długo, ale póki co musi starczyć. – Powiedział tajemniczy człowiek, już trochę spokojniej. – Musimy przejść na drugą stronę.

Skonfundowana przez natłok bodźców Jasmin spojrzała tylko na łucznika, który podbiegł do niej i złapał ją za przedramię. Nie rozważając za dużo zaczęła iść obok niego, szukając tylnego wyjścia ze struktury. Jeśli chcieli mieć szansę na pozbycie się kreatur, to musieliby spróbować je przechytrzyć.

– Nie wiem, czy oba leżą. – Powiedział nagle. – Chyba drugiego też trafiłem, ale nie wiem na ile skutecznie.

– Kim jesteś? – Zapytała się.

– A czy to teraz ważne?

Ruszyli korytarzem, pełnym zniszczonych mebli. Dziury w suficie wpuszczały światło, a co za tym idzie – śnieg. Brnęli wciąż w białym puchu, szukając przejścia. Po kilkunastu sekundach dopadli do podwójnych drzwi, których klamki obwiązane były łańcuchem, zamkniętym kłódką.

– Masz coś, czym można by to rozwalić? – Zapytał Jasmin łucznik.

– Nożem?

– Nie, dobra.

Ściągnął swój plecak i położył go na ziemi. Głośne huki, dobiegające z drugiego końca korytarza przybierały na sile. Mutanty próbowały się za wszelką cenę dostać do środka budynku.

Mężczyzna wyjął szybkim ruchem masywny termos. Zamachnął się i łupnął w starą, zamarzniętą kłódkę. Łańcuchy zadzwoniły. Nieznajomy po raz kolejny podniósł metalowy pojemnik i poprawił poprzednie uderzenie. Słaby strukturalnie zamek puścił, a stalowy sznur zsunął się, znikając w śniegu.

W tym samym momencie jak dwójka ocalałych wybiegła przez drzwi na tył budynku to wejście, zablokowane uprzednio krzesłem z okropnym trzaskiem wypadły z zawiasów, wpuszczając rozwścieczonego Barana do środka. Drugiego z nim nie było, więc Jasmin razem z nieznajomym założyli, że padł, albo został w tyle.

Aries rzucił się w pościg za nimi.

– Ty biegnij, ja tu zaczekam, przy wejściu. Jazda! – Machnął głową, nakazując badaczce dalszą ucieczkę.

Łucznik zaś wyciągnął zgrabną siekierkę ze swojej kurtki. Podniósł oręż nad głowę i przyczaił się na stwora. Jasmin wciąż biegła, ale obserwowała poczynania dziwnego wojownika. On zaś czekał w bezruchu, aż monstrum pojawi się w przejściu. Gdy biegnąca sylwetka garbatego mutanta prześlizgnęła się przed drzwiami, próbując wyrobić na zakręcie, to mężczyzna poprawił swoją pozycję.

Baran wystawił swój garb na zewnątrz i otrzymał ciężkie uderzenie w swój dziwaczny gruczoł. Kreatura zaryczała przeraźliwie z bólu, jednak futrzany wojownik nie przejął się tym za bardzo. Kolejny cios wylądował w jego boku kolejny tak samo.

Jasmin chwyciła mocniej sztylet i rzuciła się na pomoc. Mężczyzna spojrzał się na badaczkę i tylko zdążył krzyknąć.

– Nie! Wracaj! On ciebie goni!

Dokładnie w tej samej chwili Baran ostatkiem sił ruszył do ostatniej szarży. Rzężąc krwią ze swojej paskudnej paszczy próbował nabrać jak najwięcej powietrza w płuca. Jasmin przybrała pozycję obronną, podnosząc nóż do góry. Konający, jednak zdesperowany stwór przybierał na prędkości. Badaczka nie spodziewała się, że tak ranny mutant może mieć jeszcze tyle sił, więc w ostatniej chwili zwątpiła.

Nagle coś wbiło się w kręgosłup potwora, powalając go już ostatecznie na ziemię. Błyszczący tomahawk zatrzymał stworzenie w ostatniej chwili. Baran leżał teraz, otoczony karmazynowym śniegiem. Pojękiwania rozpaczy wydobywały się z jego płuc, zwiastując nadchodzący koniec. Łucznik podszedł do Jasmin i stwora, po czym przykleknął przy nim.

– Chcesz to zrobić? – Zapytał badaczkę, patrząc to na jej twarz, to na jej sztylet.

Kobieta jednak nie ruszała się i wlepiała tylko zagubiony wzrok w garbatym korpusie, który prawie zmiótł ją z powierzchni Ziemi.

– Eh, no to nie. – Odpowiedział samemu sobie.

Podszedł do niej i chwycił kościany sztylet, który trzymała w swojej ręce. Nie opierała się i oddała mu swój oręż. Mężczyzna po raz kolejny ukucnął przy ledwo zipiącym już potworze.

Wbił ostrze prosto w serce.

Z tym ruchem monstrum wyzionęło ducha.

Wyjął swój tomahawk z kręgosłupa mutanta, otarł go w śniegu z krwi i schował za paskiem. W tym samym momencie z nieba zaczął padać śnieg.

– Oho, niedobrze, pogoda się psuje. – Stwierdził fakt ze skonsternowaniem w głosie.

– Muszę wracać. – Odpowiedziała Jasmin, zbliżyła się do łucznika i zabrała mu swój sztylet. – Nie chcę utknąć w środku gór.

– Dasz radę wrócić w taką pogodę?

– A co się tak interesujesz?

Jasmin spojrzała na niego z podejrzliwym wyrazem twarzy. Mężczyzna zmarszczył czoło.

– Jak już ci uratowałem tyłek, to wypadałoby pomóc ci przeżyć kolejne tygodnie. – Odpowiedział z lekką uszczypliwością w głosie. – Bez sensu, gdybyś teraz zamarzła gdzieś w środku lasu.

– Może mieszkam blisko?

– To bym wiedział.

– Ah tak?

– Tak.

– To co teraz?

– Mogę ci zaoferować schronienie.

Jasmin, zaskoczona wielką życzliwością nieznajomego uległa skonfundowaniu jeszcze bardziej. Nie czuła się pewnie, ufając kompletnie obcemu mężczyźnie. Nie znała go, nie wiedziała, jakie są jego intencje.

– No, słuchaj, jak z tego zrobi się śnieżyca zaraz, to oboje zostaniemy mrożonką. – Rzucił z lekkim zniecierpliwieniem do kobiety.

Miał rację. Badaczka miała jakieś trzy godziny drogi do schronienia, a nie planowała ginąć z zimna.

– Mogłabym przeczekać śnieżycę tutaj… – Nie zdążyła dokończyć, bo zdała sobie sprawę z głupoty tego, co powiedziała.

– Wiesz, ile mogą trwać takie śnieżyce w górach? Chociaż, zresztą, co ja się produkuję… – Odwrócił się na pięcie i zaczął iść w kierunku przeciwnym od Jasmin. – Nie to nie, marznij sobie tutaj i głoduj.

Krok za krokiem oddalał się coraz bardziej od bijącej się z myślami kobiety, która po chwili konsternacji zrobiła krok w kierunku mężczyzny.

Dobra, idę z tobą! – Krzyknęła do łucznika, nie będąc do końca pewną, czy podjęła dobrą decyzję.

On zaś obrócił głowę, zsunął kaptur z twarzy. Spod futra ukazała się twarz surowa, jednak gościnna twarz mężczyzny w średnim wieku. Spojrzał na idącą w jego stronę kobietę i uśmiechnął się ciepło. Rysy jego twarzy sugerowały, że jego przodkowie zamieszkiwali te góry od dawien dawna. Czarne włosy spięte były w kitkę z tyłu głowy. Surowa, jednak niegroźna, ciemna twarz trzymała na sobie świadectwo wielu, trudnych lat. Gdy badaczka stanęła zaraz przed nim, on wystawił dłoń w powitalnym geście.

– Edward, miło poznać. – Powiedział zadowolonym głosem, wskazując Jasmin, że wykonała dobry ruch.

– Jasmin, nawzajem. – Odpowiedziała, wciąż nie do końca pewna sytuacji, w której się znajduje. – Dziękuję.

– Nie ma za co. Nie mogłem zostawić ciebie samej; i tak już pójście w góry w tej porze roku było wystarczająco głupie, więc nie mógłbym uwierzyć, że bezpiecznie wrócisz.

Patrzył badaczce w oczy, utrzymując stanowczy wyraz twarzy. Kobieta za to obruszyła się tym co powiedział, po czym łucznik wybuchnął śmiechem i poklepał ją po ramieniu.

– Dobrze, chodź, im szybciej stąd pójdziemy, tym lepiej.

"Skąd on się tu wziął? Czy ma znak na ramieniu?" I najważniejsze.

"Co się działo z moim słuchem?"

Jasmin, nękana przez te pytania dołączyła do nowego kompana. Musiała znaleźć odpowiedzi.

I od teraz razem zaczęli przemierzać szlaki.

 

Koniec

Komentarze

Barbarianie, mam wrażenie, że już się zorientowałeś, że codzienne wrzucanie tak obszernych fragmentów nie jest dobrym pomysłem. To, że Bruce czyta kolejne części Twojego dzieła, należy uznać za sukces, bo obawiam się, że takim sposobem prezentowania powieści, zbyt wielu czytelników nie zdobędziesz, zwłaszcza że to Twoje tutaj początki.

Wiedz też, że fragmenty nie wchodzą do grafiku dyżurnych, więc ci nie mają obowiązku ich czytać. Fragmenty, choćby były doskonale pomyślane i napisane, nie mogą być nominowane do piórek. Zdecydowanie lepiej zaczynać od niedługiego opowiadania, stanowiącego zamkniętą całość – łatwiej znaleźć czas na lekturę opowiadania, łatwiej je ocenić, łatwiej podzielić się spostrzeżeniami, łatwiej udzieli rad.

Jestem przekonana, że zainteresuje Cię lektura tego wątku: https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842842

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy:

To, że Bruce czyta kolejne części Twojego dzieła, należy uznać za sukces, bo obawiam się, że takim sposobem prezentowania powieści, zbyt wielu czytelników nie zdobędziesz, zwłaszcza że to Twoje tutaj początki.

 

Witaj, Regulatorzy. :) Witam również Ciebie, BarbarianCataphract.

Ja się staram, bo czuję, że to powiązane części i nie chcę przeoczyć istotnych szczegółów, ale – fakt – ciężko jest. Wczoraj już musiałam komentarze podzielić. blush

I ja jako tutejszy żółtodziób, zaczęłam umieszczać początkowo sporo rzeczy prawie jednocześnie i mogę z całą pewnością potwierdzić, że nie przynosi to autorowi zbyt wielu korzyści. :)

Lepiej na spokojnie. :)

 

Pozdrawiam Was. smileyheart

Pecunia non olet

Rozumiem! Akurat w przypadku tych pierwszych czterech “rozdziałów” było tak, że pisałem je i wrzucałem na tego niesławnego “wattpada” (gdzieś trzeba zacząć, a o Nowej Fantastyce jeszcze nie wiedziałem) i z racji, że ktoś mi polecił to medium – zacząłem udostępniać i tutaj. Chciałem w pewnym sensie “wyrzucić” ten pierwszy kwartet części, żeby zrobić sobie miejsce na regularne udostępnianie kolejnych rozdziałów.

 

Ten sposób dzielenia się z ludźmi moimi wypocinami miał też na celu pomóc mi rozwijać swoje umiejętności! W końcu, niektóre osoby, bardziej dociekliwe i cierpliwe będą także chciały zwrócić uwagę na jakieś błędy, zawirowania (a są takie osoby, nawet poza bruce! Jesteście wszyscy dla mnie złoci <3).

 

Ale uwaga jak najbardziej słuszna. Jestem naprawdę wdzięczny bruce’owi, bo jej komentarze naprawdę wiele dla mnie znaczą.

 

Teraz tak – lepiej skupić się na tym i skończyć to tak, jak miałem to w planach i dopiero potem spróbować sił w krótszych opowiadaniach (prawdopodobnie związanych z tym uniwersum, ale bardziej zwięzłych, prezentujących jeden wątek), a następnie ewentualnie udostępnić tutaj “Opowieść”, już jako całość, zbudowana z wszystkich podzespołów? (bądź wysłać do redakcji, pod “nóż”. :)) Przy okazji kolejne “chaptery” nie pojawiałyby się tutaj, zanim nie zostałyby już, tak jak wcześniej zostało to wymienione, skompletowane. Czy może jednak kontynuować tym ciągiem, licząc, że bruce będzie miała czas i chęci na przeczytanie? :D

 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i życzę miłego dnia! <3

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Pozdrawiam i życzę powodzenia, bo pasja i wyobraźnia są tu najważniejsze. :)

Pecunia non olet

Nie dziękuję, ale podziękuję jeszcze raz za czytanie moich tekstów! Liczę, że uda się jakoś zachęcić czytelników do wytworów spod mojej ręki (i ich zadowolić). :)

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Nowa Fantastyka