- Opowiadanie: Monique.M - Azyl na Krańcu świata

Azyl na Krańcu świata

Witam :)

Pisząc opowiadanie na konkurs “Kamień filozoficzny”, nie miałam w planach jego kontynuacji. Ale życie zaskakuje :). Tekst jest zamkniętą całością, lecz jeśli ktoś byłby ciekawy “Straconej szansy”, to poniżej daje link do pewnego rodzaju prologu:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/26314  

 

Bardzo dziękuję betującym (AmonRa, Folan, Oidrin), którzy pomimo krótkiego terminu poświęcili swój czas oraz pokazali własny punkt widzenia na moją opowieść. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Azyl na Krańcu świata

Kruk i sowa leciały wzdłuż brzegu oceanu, pozostawiając za sobą ludzką nienawiść i śmierć. Tonący w pomarańczach i czerwieniach wschód słońca napełniał otuchą, dając nadzieję na lepsze czasy. Tylko wiatr pod piórami, plaża przechodząca w las i wolność przed nimi.

Atak nastąpił znienacka. Jedynie szósty zmysł uratował kruka. Jastrząb drasnął pazurem krucze skrzydło i szybko ponowił atak. Płomykówka włączyła się w walkę. Chaos bijących skrzydeł, fruwających dookoła piór i ptasich wrzasków. Kruk nie miał już siły, draśnięte skrzydło odmówiło posłuszeństwa. Ptak, pikując w dół, stracił przytomność.

 

Vera otworzyła oczy i od razu je zamknęła, oślepiona słońcem. Zakrwawione ramię i obolałe ciało przypomniały o powietrznej potyczce. Jęknęła cicho, próbując przekręcić głowę. Myśli nie potrafiły ułożyć się w logiczną całość. Pod sobą czuła ciepły piasek, w powietrzu dominował zapach oceanu z kojącą wonią żywicy. Mimowolnie położyła dłoń na piersi.

– Gdzie sakiewka?! – Usiadła raptownie, zapominając o bólu i zmęczeniu.

Zaczęła rozglądać się dookoła, by po chwili przeczesywać piasek palcami.

– Płomykówko, pomóż mi. – Rozejrzała się dookoła, próbując zdusić paraliżujący lęk. – Przyjaciółko, gdzie jesteś?

W duchu modliła się, by sowa po prostu znalazła schronienie w leśnej dziupli. Brak krwi na piasku dawał nadzieję, że wszystko z nią w porządku. Ale gdzie sakiewka z kamieniem filozoficznym? Vera spojrzała na ocean.

– Przepadł – wyszeptała, tracąc siły.

Woda falowała bardziej, niż powinna, a umysł odpływał.

 

Ciemno i zimno. Czy umarłam? Nie, przecież otworzyłam oczy. Obraz wyostrzył się i Vera dostrzegła migoczące gwiazdy. Ile to już dni minęło od największego alchemicznego odkrycia i nocnej ucieczki przed mieszkańcami wsi? Zacisnęła powieki, powstrzymując łzy. Tyle lat pracy, a kamień filozoficzny przepadł w jednej chwili. W pamięci wciąż miała kotkę i płomykówkę, które pomogły jej, narażając własne życie. Odzyskałam wolność, lecz straciłam przyjaciółki.

– Obudziłaś się, dzięki bogom – przywitał ją aksamitny głos. – Spokojnie, jestem przyjaciółką.

Przy Verze usiadła młoda kobieta. Zimna bryza sprawiła, że nieznajoma szczelniej otuliła się peleryną.

– Czy jest tu sowa? – spytała Vera, choć jej samej to pytanie zdało się majaczeniem.

– Sowa? – Kobieta rozejrzała się niepewnie. – Chyba nie. Nie słyszałam żadnego pohukiwania.

Vera skinęła, powstrzymując szloch.

– Jak się znalazłaś na Krańcu Świata?

– Ja… nie pamiętam – skłamała.

– Jesteś ranna!

Vera spojrzała na rozorane ramię. Nie odczuwała bólu, tylko wszechogarniające zimno.

– Opatrzę cię, ale nie tutaj. – Nieznajoma przyjrzała się Verze. – Zaprowadzę cię do miejsca, gdzie kobiety żyją w spokoju. Nikt nie może o nim wiedzieć, dlatego musisz zasłonić oczy – mówiąc to, wyjęła spod płaszcza czarną opaskę.

Vera nie od razu sięgnęła po materiał. Tak, była w tragicznej sytuacji – ranna w głuszy, bez jedzenia i wody. Ale czy mogła zaufać nieznajomej? Teraz ona odwdzięczyła się przenikliwym spojrzeniem. Kobieta nie wyglądała groźnie. Równie dobrze mogła mnie zaatakować, gdy byłam nieprzytomna.

– Jestem Damaris.

– Vera. – Sięgnęła po opaskę, wciąż nieprzekonana.

 

Piasek pod stopami szybko zastąpiła ściółka leśna. Vera kilka razy potknęła się o wystający konar, zawsze jednak przytrzymywała ją mocna ręka przewodniczki. Verę irytowało, że jest zdana na kogoś obcego. Starała się rozluźnić i uspokoić żołądek, skupiając się na otoczeniu innymi zmysłami. Szum oceanu i jego zapach szybko odeszły w zapomnienie, zastąpione rześkim powietrzem lasu, a podróż umilał im ptasi koncert, w którym prym wiódł świergot zięb.

Zatrzymały się. Delikatne dłonie zdjęły opaskę, odsłaniając ogromną bramę ze zrośniętych ze sobą dwóch dębów. Ponad koronami drzew górowały ruiny. Ostała się jedynie kamienna wieża i fragmenty murów. Vera mogłaby przysiąc, że nie widziała ich z góry. Po przekroczeniu bramy oniemiała. Ruiny w mgnieniu oka zmieniły się w zamek. Vera spojrzała na Damaris, która kiwnięciem zapraszała dalej. Żwirowa ścieżka wiodła do otwartych wrót, prowadzących na dziedziniec. Dopiero z bliska dostrzegało się lata zaniedbań. Wyłomy w murze, bluszcz obrastający ściany, wybite gdzieniegdzie okna. Z jednego z nich obserwowała ich posępna postać.

Już od progu witał zapach ziół. Wszędzie panował porządek, a oko cieszyły polne kwiaty w wazonach. Damaris zaprowadziła Verę do ogromnej kuchni, która bardziej przypominała izbę wiedźmy. Na stołach piętrzyły się kociołki, na półkach gliniane garnczki i słoiki, a pod powałą zwisały suszone zioła, rozsiewając charakterystyczny polny zapach. Vera nigdy nie była w chacie wiedźmy, ale tak właśnie ją sobie wyobrażała, słuchając opowieści. Na gościa czekał już powitalny wianuszek kobiet. Na twarzach niektórych czas odcisnął swe piętno zmarszczkami i goryczą w oczach, inne zdawały się niewinne i zagubione. Dominowały jednak kobiety dumnie wyprostowane, które niejedno już przeżyły, ale doświadczenia ich nie złamały. Wręcz przeciwnie. Z podniesionymi głowami czekały na następne razy.

– Trzeba to jak najszybciej opatrzeć. – Spośród szmerów rozmów wybił się przyjemny dla ucha głos.

Tłumek rozstąpił się, przepuszczając dziewczynę z wiankiem na głowie. Zakręciła się przy kociołku z parującą wodą, mocząc chustkę i już była przy Verze. Zaschnięta krew powoli schodziła pod delikatnymi ruchami dłoni dziewczyny.

– Lepiej zrobić moczenie z końskiego kopyta – podszepnęła jedna z kobiet, nachylając się nad dziewczyną.

– Za słabe na taką ranę. To trzeba porządnie zmiażdżyć języczki i przyłożyć – ozwała się tęgawa kobiecina z szopą czarnych włosów na głowie. Kwaśna mina idealnie pasowała do jej aparycji.

Kuchnię wypełnił zgiełk. Każda próbowała udowodnić, że na fachu zna się najlepiej. Lecz dziewczyna zdawała się wcale tym nie przejmować. Z przekrojonego bochenka wydłubała trochę miąższu, a z sakiewki przy pasku wyjęła puszeczkę z szarawą zawartością. Przez chwilę gniotła ze sobą obie rzeczy, po czym podstawiła Verze pod usta.

– Napluj.

Vera spełniła osobliwą prośbę. Jeszcze bardziej się zdziwiła, kiedy mieszanina trafiła na ranę.

– Nie martw się, wiem co robię. – Dziewczyna powstrzymywała chichot. – Nauczyła mnie tego babcia. Rana ładnie się zagoi. To lepsze niż…

– Rozżarzone żelazo! – krzyknęła jedna z kobiet.

– Pleciesz! Mocz kota załatwi sprawę. Gdzieś się tu jeden kręcił.

– No właśnie, lepsze niż to. Jestem Jagoda, a ty?

– Vera.

 

Very nie zdziwiło, że jedynie Jagoda odwiedziła ją następnego dnia.

– Przyniosłam napar z liści malin. Damaris wspomniała, że będzie ci smakował.

– Rzeczywiście, bardzo go lubię – odparła zaskoczona Vera.

– Rana nie jest już tak zaogniona – powiedziała zielarka, zakładając świeży opatrunek. – I nie przejmuj się, że nikt cię nie odwiedza. Damaris wyjechała i dlatego nie przyszła, a dla pozostałych jesteś na razie obca. Ale dobrze ze sobą żyjemy. Choć co poniektóre są bardzo czułe na punkcie swoich umiejętności i wiedzy.

– Dziękuję, że choć ty jesteś. – Vera spojrzała w fiołkowe oczy.

Jagoda uśmiechnęła się niepewnie, nie wiedząc co zrobić z dłońmi.

– Zawsze byłam inna. Otwarta, choć pewnie powiedzieliby, że naiwna. To ja rozstawiam te kwiaty w wazonach. Dziewczyny mówią, że niepotrzebnie, ale ja lubię to… Przepraszam, gaduła ze mnie.

– Przyjemnie się ciebie słucha, a teraz i tak nie mam ochoty sama mówić.

Jagoda skinęła ze zrozumieniem.

– Co to w ogóle za miejsce? Damaris wspomniała coś o schronieniu dla kobiet.

– Tak. Dla prześladowanych i oskarżonych o czary. Damaris nieraz znika na całe tygodnie, po czym wraca z jedną lub dwoma takimi nieszczęśnicami. Często z dalekich stron. Ja jestem tu od kilku miesięcy, ale niektóre żyją na zamku parę lat. Jak Morgan, którą podobno oskarżyli tylko dlatego, że miała czarnego kota i brodawkę na brodzie. A może to chodziło o Matyldę? Za to Fiona, ta chuda, ruda od rozżarzonego żelaza, to ledwie uszła z życiem. Wrzucili ją do wody, a tu ona pływa. Bo wiesz, suknia dostała powietrza i unosiła Fionę na powierzchni. No to ludzie w krzyk, że moce nieczyste i pakt z diabłem. Całe szczęście rzeka miała szybki nurt, to jej nie dogonili – zaśmiewała się Jagoda. – Ale lepiej sama ci opowie, bo pogodna z niej kobiecina i wszystko obraca w żart. Za to Brenna jest bardzo poważna, ale uwielbia dla nas gotować. Ponoć kiedyś pracowała w kuchni jakiegoś tam hrabiego.

– A ta o ostrych rysach, z długim nosem? Stała przy wejściu do kuchni… no wiesz… Rozmawiała później z Damaris.

– Ursula. Jej prawa ręka. Jak Damaris nie ma w zamku, to ona wszystkiego dogląda. Ale nigdy z nią nie rozmawiałam, bo trochę mnie przeraża. Tak świdruje swoimi oczami… brr. Ciekawe jak się poznały, bo w ogóle do siebie nie pasują. I czy to ich prawdziwe imiona? Nigdy nic o sobie nie opowiadają. Dziwne to jakieś. – Jagoda zerknęła z ukosa na zamyśloną Verę. – Oj, późno już. Dobranoc.

 

Vera znów obróciła się w łóżku. Boleści brzucha nie odchodziły, trzymając ją na granicy jawy i snu. Mary i tej nocy przypominały o stracie życia, jakie wiodła, w pokrętny sposób zmieniając się w wizje.

– Dosyć tego – szepnęła ze złością, znów słysząc w myślach ptasie piski.

Postanowiła odnaleźć kuchnię, a przy okazji rozejrzeć się po zamku. Przez te kilka dni wolała nie zwracać na siebie uwagi, chłonąc strzępy informacji z otoczenia. Teraz jednak czuła się na tyle pewnie, by ruszyć na niewinną wycieczkę.

Kroki wyciszał czerwony dywan, położony w korytarzach. Pomyślała, że to trochę ekstrawaganckie rozwiązanie, choć dodawało przytulności szarym, zimnym ścianom. Szybko wyszła na krużganek. Nikłe światło świecy i księżyca wystarczyło dla znakomitego kruczego wzroku. Towarzyszące jej długie cienie zachęcały jednak do powrotu do ciepłego łóżka. Vera pomyślała, że burza z grzmotami i piorunami doskonale podkreśliłaby upiorność tego miejsca nocą. Panował jednak spokój, a srebrzysty blask księżyca dodawał otuchy.

– Gdzie te schody na dół. Przecież pokazywały mi drogę do kuchni. Czy mówienie do siebie to zły znak?

Lepiej przypomnij sobie, jakie zioła ukoją boleści, skarciła się w myślach. Choć w żyłach Very płynęła krew czarodziejki, po matce, to jednak większość wiedzy czerpała z zakurzonych ksiąg ojca. Matka zmarła dawno, tuż po tym, gdy pomogła córce odnaleźć zwierzęce wcielenie. Mgliste wspomnienie ciepłego uśmiechu, tyle po niej pozostało. Ojciec za to stąpał twardo po ziemi. Vera uśmiechnęła się na wspomnienie przygarbionego, siwego mężczyzny, wiecznie poprawiającego druciane oprawki okularów. Zawsze poświęcał jej dużo uwagi i od najmłodszych lat wprowadzał w arkana nauki. Dla obojga poszukiwanie kamienia filozoficznego stało się obsesją, trudną do zrozumienia dla Sławomira, jej brata, lubującego się bardziej w rycerskich potyczkach na dworach możnych.

– Co tu robisz?

Vera podskoczyła, jedynie cudem nie upuszczając świeczki.

– Jagoda, nie strasz! – Vera wzięła kilka uspokajających oddechów, starając się nie zważać na dziewczęcy chichot. – Szukam kuchni. Zaparzyłabym sobie rumianku czy mięty.

– Boli cię brzuch? – Na twarzy Jagody malowało się zatroskanie.

– Od kilku dni. Chyba ze zdenerwowania.

Vera ledwie dokończyła, a Jagoda już wzięła ją za rękę i sprowadziła na dół. W ciemności kuchnia wydawała się większa niż za dnia. Jagoda jednak czuła się tu doskonale. Krzątała się, rozpalając krzesiwem ogień w piecu, nastawiając wodę w kociołku i buszując po półkach ze słoiczkami i garnczkami. W końcu wróciła do stołu, przy którym zostawiła chorą.

– Znalazłam nalewkę z kurzej nogi i miód. Brakuje mi jeszcze wolich oczu do zrobienia odwaru, ale to znajdziemy w ogródku.

Vera słysząc upiorne nazwy pomyślała, że nic dziwnego, że ludzie uważali zielarki za wcielenie sił nieczystych. Posłusznie jednak poszła za dziewczyną do ogrodu skąpanego błękitnym blaskiem. Z początku można było odnieść wrażenie, że ogród jest zaniedbany. Nic jednak bardziej mylnego. Każda roślina miała tu swoje miejsce. Nawet chwasty, przez wielu uważane za zło, w rękach zielarki stawały się dobroczynnym lekarstwem.

– Wszystko wspaniale tutaj rośnie. Jakby ktoś je pobłogosławił. Tu są pazurki, czyli nagietek. A tam kocie nerki, inaczej koniczyna. O, znalazłam. – Jagoda wyjęła nożyk i z namaszczeniem odcięła żółte kwiatki. Vera rozpoznała w nich mniszka lekarskiego, z którego dawniej mama parzyła napar na bolący żołądek. – Rośliny czują, dlatego aby dobrze nam posłużyły, trzeba traktować je z szacunkiem.

Dla Very było to dość dziwne podejście, postanowiła jednak nie komentować poczynań wybawicielki. Po chwili znów siadła na stołku, przyglądając się z zaciekawieniem, jak Jagoda szatkuje świeżo zebranego mniszka i wrzuca do gotującej się wody. Nieprzyjemny, trawiasty zapach odstraszał.

– Nie należy łączyć zbyt wielu ziół, ale w takich przypadkach dodaję miód. Trochę osłodzi smak i zwiąże wszystkie składniki.

– Jesteś wiedźmą? – spytała Vera, odbierając parujący kubek.

Przez twarz Jagody przebiegł ledwo zauważalny grymas, szybko jednak znów przywołała dobrotliwy uśmiech.

– Nie. Jedynie dobrze znam zioła, z babki prababki. Zawsze byłyśmy poważane. Ludzie przychodzili do nas po poradę i pomoc. Nie wiele dawali w zamian, ot tyle co mieli, a i my nie żądałyśmy dużo. Kilka jajek, kawałeczek mięsa lub kości na zupę. – Głos urwał się, a jej oczy jakby zaglądały w inne miejsce i czas. – Przez tę zarazę wszystko się zmieniło. Mieszkańcy zaczęli krzywo na nas patrzeć, nieufnie. Coraz więcej ludzi umierało, a my nie potrafiłyśmy pomóc. Szeptali, że to my nasłałyśmy chorobę. Pewnego dnia przyszli pod chatę. Bez pochodni, ale tak samo przerażający. Ten gniew, nienawiść w oczach…

Brzdęk upadającego słoika wybudził kobiety z wizji. Jagoda otrząsnęła się ze wspomnień i rzeczowo dokończyła.

– Matka kazała mi uciekać do lasu i nie wracać. Nie wiem co się z nią stało.

Vera aż za dobrze wiedziała, o czym mówi zielarka. Wciąż pamiętała tamten dławiący strach, kiedy uciekała z ruin pracowni alchemicznej ojca przed podobnym tłumem.

 

Po kolejnych dniach spędzonych sam na sam ze smutkami, nie licząc krótkich odwiedzin Jagody, Vera postanowiła zejść do pozostałych mieszkanek zamczyska. Wspomnienia o płomykówce, wieloletniej towarzyszce w alchemicznych poszukiwaniach, coraz bardziej ciążyły. Rozmyślania o przyszłości również na niewiele się zdały. Nie miała już zaufanych przyjaciół, ani dokąd odejść. Wyglądało na to, że pobyt tu musiał się przedłużyć. Nie żałowała. Czuła jak to miejsce dodawało mocy.

Tak więc głód jedynie przyspieszył decyzję.

Do kuchni trafiła akurat na gotowanie. Z nadzieją rozejrzała się za Jagodą, ale jak na złość, nigdzie jej nie było. Rozpoznała za to Brenne.

– No, księżniczka w końcu zaszczyciła nas swoją obecnością! – Skrzeczący głos nie dawał żadnej wątpliwości co do charakteru właścicielki. Tęga kobiecina wstała od stołu, przy którym równiutko kroiła włoszczyznę.

– Daj spokój, Morgan – burknęła Brenna. – Każda przechodzi trudne chwile na swój sposób. Ty zrzędzisz, a ona potrzebowała wyciszenia. Chodź, moja droga. Napijesz się melisy?

– Raczej pokrzywy, bo blada jak duch. – Ze spiżarni wróciła trzecia z kucharek.

Verze zrobiło się głupio. Starucha miała rację, że gotowały tu również dla niej, a ona nawet nie dała znaku życia. A mimo to przyjmowały ją teraz ciepło.

– Przepraszam i dziękuję zarazem – odważyła się w końcu powiedzieć. Zachrypnięty głos nie pomagał.

– Nie przejmuj się jej gderaniem. Jest tu jedną z najstarszych. – Tara ściszyła głos. – Ponoć zawadzała wnukom, to rozpowiedziały, że jest czarownicą. Dobrze, że las znała jak nikt, to się ukryła. Ale dziatkom nie wyszło to na dobre, bo zawyrokowano, że i one muszą maczać palce w czarnej magii. Tak więc dom ponoć ma nowych właścicieli. Eh, taki to już los sami sobie gotujemy.

– Właśnie, gotujemy! Gulasz się przypala!

Zapach spalenizny leniwie rozchodził się po kuchni. Przy sporych rozmiarów kotle nagle zrobiło się tłoczno. Trzy głowy pochylały się nad bulgoczącą strawą. Jedna mieszała, druga doprawiała tymiankiem i szałwią, trzecia gderała, z kim przyszło jej pracować.

– Czy widział ktoś kocimiętkę? – Do kuchni wparowała nie najmłodsza mieszkanka, za to energią i entuzjazmem dorównywała niejednej młódce, a ogniste włosy jedynie to potwierdzały. Vera rozpoznała w niej Fionę. – Jagódka miała mi ją zostawić tutaj.

– Rano gdzieś widziałam to zielsko. A po co ci ono?

– Chce dać kotu i podrzucić go Ursuli. Niech się dziewczyna trochę rozerwie, a nie ślęczy nad tymi starymi księgami i mapami nieba. – Fiona przysiadła na ławeczce, obok Very. – Czy wy słyszałyście kiedyś, żeby się śmiała?

– To chyba nie leży w jej naturze. Spróbujecie gulaszu? Czegoś mu brakuje.

Vera zgłosiła się pierwsza, czując jak żołądek wywraca jej się na drugą stronę. Przez chwilę zatraciła się w mięsno-grzybowym smaku, nim zawyrokowała.

– Dałabym pieprzu.

– Pieprzu?

– Oho, nie u nas takie rarytasy, pani.

– Nawet nie wiem, jak smakuje – szepnęła śmieszka do Brenny.

– A ty to w takim razie skąd przywędrowała? Po sukni już widać, że nie zwykła żebraczka.

Przyznać się, czy wykpić amnezją? Nigdy jednak nie potrafiła przekonująco kłamać, a te lisice od razu by to wyczuły i zraziły się do niej.

– Byłam córką królewskiego alchemika.

Wszystkie cztery wytrzeszczyły na nią oczy. Musiała zrobić niezamierzone wrażenie, bo wyczuła rosnący dystans.

– I wylądowałaś tutaj?!

Choć jedna nie straciła rezonu, pomyślała z rozbawieniem Vera.

– Ojciec zmarł kilka lat temu, zostawiając bratu i mnie małą posiadłość na uboczu. Niedawno zaraza odebrała mi i Sławomira. Kontynuowałam alchemiczne badania ojca, ale to najwyraźniej nie podobało się miejscowym i musiałam uciekać.

Tym razem ciszę przerwały ciche westchnienia nad własnym losem, póki nie dołączyło do nich miauczenie.

– Tu jesteś – szepnęła z radością Fiona, sięgając kawałeczek mięsa ze stołu na przynętę.

Vera roześmiała się na ten widok, czując w sercu upragnioną lekkość.

 

Zachodzące w pomarańczach i złocie słońce zajmowało połowę nieba nad oceanem, by płynnie przejść w niebieskości i granaty nocy. Spokojne wody jedynie pogłębiały ten na pierwszy rzut oka konflikt.

– Pełne żaru Słońce. Chyba utożsamiam się z nim – przerwała ciszę Damaris.

Vera spojrzała na srebrzysty księżyc, przywodzący na myśl spokój i tajemnicę. Tak, on był jej bliższy.

Kiedy Damaris zaproponowała zejście na najniższy zamkowy taras, Vera zastanawiała się jaki jest prawdziwy powód spotkania.

– Jak się u nas czujesz?

– Coraz lepiej. – Vera wyjrzała poza krawędź tarasu, niemal wiszącego nad oceanem. – Pomagam w kuchni, co dobrze mi robi.

– Wspaniale… – powiedziała Damaris, będąc jednak myślami daleko.

Vera mocniej otuliła się swetrem, pożyczonym od Idy. Nadal pachniał zbieraną nad ranem werbeną.

– To miejsce znalazłyśmy z Ursulą przypadkiem – podjęła po chwili Damaris, spoglądając na zamek. – Stało się naszą kryjówką przed pościgiem, póki nie wymyślimy planu, a zagrożenie oddali się. – Damaris zerknęła na Verę, jakby czytając jej w myślach. – Zostałyśmy jednak. I przypadkiem pomogłyśmy innej uciekinierce. Nie ma jej już z nami. Leży pochowana w gaiku, w dole zbocza, gdzie już kilka nagrobków przybyło. Dobrze nam się żyło tu w trójkę. I znalazłam swoje powołanie – pomyślałam: czemu to nie może być azyl właśnie dla takich jak my, które nie pasują do tego świata. To miejsce jest dla nas idealne, emanując niesamowitą mocą. Po każdej podróży moja energia życiowa odbudowuje się, a Ursuli rośnie. Zafascynowane, próbowałyśmy poznać je jak najlepiej. Lecz wszędzie zastawałyśmy jedynie ślady upływu czasu. Wyjeżdżałam coraz częściej i dalej, by ratować kolejne kobiety. Przy okazji szukałam wszelkich wzmianek czy choćby plotek na temat zamku, bez powodzenia. Aż Ursula, za wyłomem w ścianie, odnalazła najwyższe piętro wieży, będące pracownią alchemiczną. A wśród stosów starych ksiąg, dzienniki ówczesnych uczonych. Okazało się, że to nie jest zwykłe miejsce, a kraniec świata. A na granicy dnia i nocy, światła i ciemności może otworzyć się brama do Innych Światów. Tylko podczas koniunkcji sześciu planet, która ma nastąpić za sto dwa lata. Niestety nie dożyjemy tego.

– Pewnych rzeczy lepiej nie otwierać.

– Tak myślisz? – spytała ostro Damaris, wpatrując się pociemniałymi oczami w Verę. – Czy może być gorzej niż teraz?

Vera spojrzała w górę, próbując dostrzec choćby szczelinę w niebie.

– Może – szepnęła, odchodząc.

 

Vera w zamyśleniu bawiła się wiadomością z prośbą o spotkanie, siedząc w gabinecie Damaris. Ta jednak nie wyglądała na skorą do rozmów. Tak jak Ursula, łypiąca nieprzyjaźnie na Verę. Napięta atmosfera przypominała ciszę przed burzą. Właściwie zaczęło się to od spotkania przy bramie światów, uświadomiła sobie Vera.

Wystarczyło jedno spojrzenie miodowych oczu, by jastrzębio-nosa wyszła. Vera zastanawiała się, czy przenikliwy chłód ma związek z zimnymi murami, czy z Ursulą. Na rozluźnienie upiła łyk naparu z liści malin. Swoją drogą, Damaris znała ją zadziwiająco dobrze.

– Ptaszki doniosły mi, że nie jesteś z nami szczera.

Vera zamarła na moment, by po chwili znów zacząć oddychać. Starała się nie dać po sobie poznać, że krew szybciej płynie jej w żyłach, choć zdradzał to lekki rumieniec.

– Odkryłaś tajemnicę tworzenia kamienia filozoficznego – kontynuowała Damaris, oszczędzając Verze pokrętnych tłumaczeń. – Nie rozumiem, czemu nie chcesz pomóc swoim siostrom?

– Nie czuję więzi z przypadkowymi kobietami, a na pewno nie rodzinnych. – Vera pożałowała ostrych słów, widząc ból w oczach Damaris. – I nie wiem, jakby moje odkrycie mogło wam pomóc.

Samozwańcza przywódczyni świata kobiet pochyliła się ku Verze.

– Dajemy im nie tylko schronienie przed głupotą i złem tego świata. Wiesz, ile z tych obcych dla ciebie niewiast cudem udało nam się uratować z szubienic, rzek czy stosów? A ile z nich pomimo tego zmarło od oparzeń? Albo postradało zmysły przez przyduszenie? Kamień filozoficzny mógłby je ocalić.

Przeszywające spojrzenie miodowych oczu przyciągało swą głębią i siłą.

Cóż mi szkodzi zrobić coś dobrego, skoro i tak nie mam dokąd odejść, pomyślała Vera, nim kiwnęła głową.

Damaris wstała i objęła Verę. Pełen czułości gest zaskoczył ją, ale i napełnił spokojem.

 

Vera weszła spiralnymi schodami wieży wprost do w pełni wyposażonej pracowni alchemicznej. Piece hulały już rozpalone, a potrzebne ingrediencje stały równo na stole. Świetliki w górze doskonale doświetlały komnatę, jednocześnie dając ujście dymowi i chemicznym oparom. Regały uginały się od szklanych zlewek i fiolek, kamiennych moździerzy oraz glinianych garnczków. Mury nasiąknęły odorem dawnych eksperymentów, z siarką na czele. Vera zauważyła osmaloną ścianę z ludzkim konturem w środku. Widać, nie wszystkie były udane, pomyślała. Jak w tak krótkim czasie udało się to przygotować Damaris? A jeśli czekała na kogoś takiego jak ja? Vera w zamyśleniu musnęła palcami pusty notatnik na stole. Nie miała przy sobie zapisków, całą wiedzę skrywał jej umysł. Ku radości, do pomocy zgłosiła się Jagoda. Vera lubiła towarzystwo zielarki, a i ufała na tyle, by powierzyć największy sekret. Tak oto na wiele dni pochłonął ją cud tworzenia.

 

Mieszkanki zamku, zwłaszcza te młode, już od kilku dni nie mówiły o niczym innym jak o sobótce. Większość przygotowań i opowieści ominęło Verę, zamkniętą niczym księżniczka w wieży. Jedynie Jagoda i Marysia odwiedzały ją, zarażając podekscytowaniem. Zaś w najkrótszą noc w roku dziewczyny wpadły zmachane do wieży, po czym pociągnęły Verę za sobą. Ta jednak nie opierała się zbytnio, ciekawa z czego to całe poruszenie. Czas zatarł wspomnienie jej sobótkowej nocy, kiedy to matka niemal siłą zaciągnęła rodzinę nad pobliską rzekę. Ojciec całym sobą demonstrował obojętność na plebejskie hulanki, a ona, jak to dziecko, bawiła się z innymi przy ognisku.

Dziewczyny po drodze odwiedziły jeszcze przyzamkowy ogród. Nie tracąc czasu, zrywały zioła i kwiaty, po czym zręcznie ze sobą splatały.

– Ruta to symbol dziewictwa i czystości – wyjaśniła Jagoda, zrywając długie łodygi z żółtym kwieciem. – Bylica za to chroni przed złem. No i jest wspaniała na włosy.

Marysia zaprezentowała gruby blond warkocz.

– Uwielbiam jaskry. – Jagoda zerwała jeden i zaczęła odrywać płatki. – Kocha, nie kocha…

Vera wybrała kwiaty, które miały dla niej symboliczne znaczenie. Naparstnicę purpurową, którą od zawsze kojarzyła z alchemią, ostróżkę – wspomnienie matki i błękitną niezapominajkę, aby zawsze pamiętać.

– To nie ma sensu – skwitowała Vera swoje rozlatujące się dzieło. Nawet liście jeżyny nie pomogły.

– Pleciesz… – zaczęła Marysia, po czym z Jagodą wybuchnęły śmiechem z niezamierzonego żartu.

– Ty nie masz w sercu żadnego kandydata?

Na myśl przyszedł jej sympatyczny syn pomniejszego szlachcica, o oczach koloru dojrzałych jeżyn. Szybko jednak przepędziła dziecięce wspomnienie.

– I tak żaden wianek nie dotrze do waszych zalotników.

– No to wywróży nam staropanieństwo.

Dziewczyny nie dały się zbić z pantałyku i po chwili już pędziły na pobliską plażę, gdzie wielkie ognisko paliło się w najlepsze, a tlące się jeszcze koło wozu leżało nieopodal. Większość kobiet tańczyła szaleńczo wokół ogniska, zatracając się w melodii piszczałek. Co odważniejsze podwijały sukienki i przeskakiwały nad płomieniami, igrając z losem. Verze nie uszło uwadze, że kilka sióstr przyglądało się zabawie z dala od płomieni. Po drugiej stronie ognia Damaris pomachała Verze, na co ta odpowiedziała uśmiechem.

– Z drogi!

Vera odskoczyła zaskoczona, ustępując miejsca Morgan i Tarze, tachającym wielki sagan z wodą.

– To najlepsza noc na warzenie eliksirów – wyjaśniła Berenika, niosąc za nimi tacę wypełnioną ingrediencjami.

– Piwo byście uwarzyły! – zaśmiała się któraś.

Berenika zamiast tego wrzuciła w ogień ochronny bukiet z magicznych ziół. Wiatr szybko rozniósł odurzający zapach szałwii, łopianu i dziurawca.

Jagoda pociągnęła Verę w stronę oceanu.

– Odpływ, idealnie.

Dziewczyny odpaliły od ogniska świece do wianków i ostrożnie położyły je na wodzie. Rozświetlone blaskiem wianki tanecznym ruchem oddalały się od brzegu, w poszukiwaniu przeznaczenia. Zaraz za nimi do wody wbiegły dziewczęta.

 

– Nadal nie chcesz powiedzieć siostrom co je leczy? – Vera poprawiła się na niewygodnym krześle, spoglądając na Damaris, siedzącą za swoim biurkiem. – Mają prawo wiedzieć, skoro są naszymi myszami doświadczalnymi.

– Masz rację w tej kwestii. Lecz sama wiesz, jak kamień filozoficzny wpływa na ludzi. Nie myślą racjonalnie, opętani pragnieniem posiadania.

– Czyli nie ufasz im.

Śmiech zaskoczył Verę. Twarz Damaris wykrzywił grymas rozbawienia zabarwiony złośliwością.

– Nie oszukujmy się. Nazywamy się siostrami i póki nasze cele są zbieżne, pomagamy sobie. Ale dawno nauczyłam się, że nie można liczyć na nikogo poza sobą.

Vera odchyliła się na oparcie, przyglądając się Damaris. I nie poznawała jej.

– Czy są problemy z wytwarzaniem specyfiku?

Zmiana tematu wyrwała Verę z zamyślenia.

– Nie jest to proces ani krótki, ani łatwy. Muszę czekać na określone fazy księżyca. Ponadto mamy mało składników, a więc i eliksiru nie wychodzi wiele. Muszę racjonować dawki. – Z czego Vera tak naprawdę się cieszyła. Wolała mieć wszystko pod swoimi skrzydłami.

– Faktycznie, mam trudności z pozyskiwaniem odczynników, tak aby nie wzbudzać podejrzeń. Nie posiadam nikogo zaufanego na zewnątrz.

– To może warto to zmienić, a nie zamykać się zupełnie na świat. Samowystarczalność…

– Dziś jest nasza szansa! – Do komnaty wdarł się nieznajomy, nijaki głos.

W otwartych drzwiach stała Ursula. Zmarszczone gniewnie brwi były jej nieodłącznym atrybutem. Vera zdała sobie sprawę, że chyba nigdy nie słyszała jej głosu.

– My chyba już skończyłyśmy. – Vera wstała i ruszyła do wyjścia odprowadzana chmurnym spojrzeniem Ursuli. Kiedy jednak znalazła się na korytarzu z premedytacją nie domknęła drzwi.

– Nie chciałam robić nadziei, ale odkąd znalazłam wzmiankę u Hieronima o komecie, sprawdzałam niebo. Możliwe, że tej nocy wrota się uchylą. Nie zdołamy tam wejść, ale może…

– Uda się stamtąd coś uszczknąć.

– Tej nocy puszka pandory zmieni swe znaczenie. Cieszę się, że kamień filozoficzny tej alchemiczki nie będzie już potrzebny.

– Ależ będzie. Chcę dożyć do pełnego otwarcia wrót.

– Wiesz, że nie podoba mi się to. Długotrwały wpływ tego eliksiru nie jest znany.

– Jeśli coś będzie nie tak, odstawię go.

– Za dobrze cię znam. Żałuję, że wróciłaś wtedy po nią i sprowadziłaś tu.

– A ty miałaś nie skrzywdzić Very. Od początku jej nie trawiłaś.

Serce Very zabiło mocniej.

– Nie rozumiem czemu darzysz ją przyjaźnią. – Irytacja Ursuli rosła.

– Spędziłyśmy ze sobą kilka lat, zżyłyśmy się.

– Ciekawe czy powiedziałaby to samo, gdybyś wyznała prawdę.

– Idź lepiej po talizmany. Spotkamy się na najniższym tarasie.

Głosy ucichły. Vera szybko schowała się za szerokim załomem ściany i czekała, aż wyjdą. Chwile jednak przedłużały się, odmierzane nerwowym stukaniem palców o ścianę. Jednocześnie Vera próbowała zrozumieć podsłuchaną rozmowę. To za długo trwa, Vera wyszła z ukrycia. Delikatnie uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Pokój był pusty.

 

Vera zatrzymała się przy krawędzi najwyższego tarasu, dostrzegając w dole Damaris. Na niebie Słońce i Księżyc współistniały, złączone jasnym warkoczem komety, tworząc doskonałą okazję do uchylenia wrót Innego Świata.

– Nie rób tego! – krzyknęła Vera, nie mając lepszego pomysłu.

Kobieta w dole odwróciła się.

– Nigdy nie pragnęłaś wytępić zła?! Ukarać ich?! – przekrzykiwała wzmagający się wiatr.

– Moją zemstą jest brak pomocy! – odparła Vera, blednąc na pewną myśl. – A może ta cała zaraza to twoja sprawka?!

– Żałuję, lecz nie. Nie mam jeszcze takiej mocy. Lecz jeśli uda mi się otworzyć wrota Innego Świata, wtedy możesz być pewna, że wypuszczę coś o wiele gorszego.

– Istnieją dobrzy ludzie, jak mój brat. Nie pozwolę ich skrzywdzić!

– Hipokrytko! Zaniechanie pomocy jest tak samo śmiercionośne.

Vera poczuła, jakby dostała w twarz. Damaris miała rację. Jej wściekłość dorównywała furii Damaris. Kształtowała ją i próbowała kierować życiem. I choć uczucia te były jak najbardziej usprawiedliwione, prowadziły tylko do zguby.

– Damaris, przecież na początku obrałaś dobrą ścieżkę. Zamiast krzywdzić, pomagałaś. Ale jeśli wypuścisz stamtąd śmierć i rozpacz, to również dotknie nasze siostry.

Vera poczuła, że musi znaleźć się blisko Damaris. Wtedy zdoła ją przekonać. Na oczach przyjaciółki zmieniła się w kruka.

W ostatniej chwili dostrzegła nadlatującego jastrzębia. Jego szpony chybiły, ale wystarczyło, by ją zdekoncentrować. Przez chwilę dwa ptaki krążyły w powietrzu, nim drapieżnik ponowił atak. Nie przewidział jednak sowich pazurów. Płomykówka stanęła jastrzębiowi na drodze. Jej ogromne, miodowe oczy przez sekundę spotkały się z kruczymi.

Damaris?

Sowa utrzymywała dystans, nie chcąc atakować, lecz jastrząb nie wahał się, mając w oczach żądzę mordu. Sowie piski i krzyki jastrzębia mieszały się ze wzburzonym oceanem. Wyrwane pióra wpadały do wody, znacząc miejsce potyczki. Vera chciała pomóc przyjaciółce, lecz bijące powietrze skrzydła nie pozwalały się zbliżyć. Jastrząb atakował w furii, lecz płomykówka była zwinniejsza. Krew plamiła pióra coraz obficiej. Żadna nie chciała ustąpić. Wreszcie sczepione ze sobą zaczęły opadać, aż ocean pochłonął obie.

Vera krążyła nad wodą, w nadziei, że Damaris wypłynie. W końcu musiała pogodzić się, że rany odniesione w walce były zbyt dotkliwe. Wyczerpana doleciała nad klif. Z ulgą poczuła pod stopami ziemię. Słońce już dawno skryło się za horyzontem. Szum fal powoli wyciszał skołatane nerwy. Damaris była płomykówką? Przez lata oszukiwała mnie dla kamienia filozoficznego? Czy w jej gabinecie znajdę swój zaginiony woreczek? Ale przecież teraz obroniła mnie przed Ursulą. Vera wstała raptownie, nie mogąc wytrzymać tych wszystkich pytań bez odpowiedzi. Spojrzała na zamek. Z niektórych okien nadal sączył się ciepły blask świec.

Niczym latarnie, wskazujące właściwą ścieżkę, pomyślała Vera. Dostrzegła biegnące ku niej postacie. Nie rozumiem cię Damaris i nie potrafię zaakceptować twoich ostatnich wyborów. Lecz podziwiam z jakim oddaniem zajęłaś się potrzebującymi kobietami. Będę kontynuować twoją drogę. Nie zostawię sióstr.

Koniec

Komentarze

Też nie wszystko rozumiem. Mam wrażenie, że wiele spraw pozostało otwartych…chociaż na szczęście nie wrota;)

Historia ciekawa, chociaż te siostrzane motywy troszkę zaczęły mi się dłużyć.

Pomysł z ptakami bardzo fajny.

 

 

Fajnie, że wpadłaś Ambush :).

A które wątki, nie zostały zamknięte? Może uda mi się je jeszcze doprecyzować.

 

Też nie wszystko rozumiem.

Czy był jeszcze jeden komentarz przed Twoim, czy też widzisz komentarze z bety? Pytam z ciekawości :).

 

Miałam na myśli, że nie wszystko rozumiem. Duże zagęszczenie postaci powoduje, że trzeba się skupiać, a i to nie zawsze pomaga;)

Będę kontynuować twoją drogę. Nie zostawię sióstr.”

Poza tym może jednak płomykówką był ktoś całkiem inny…Wszystko przed nami;)

Jeśli oczywiście autorka zechce.

 

smiley

Byłam ciekawa Twojej ilustracji :) Fajna :).

A to akurat jedna z grafik, które mam / znam :)

Mam kilka folderów z podobnymi grafikami (grube setki), które wstawia Sara :) To jednak pierwsza, która się powtarza :)

Moniko, z komentarzem wrócę :)

:)

Moniko, typowe fantasy, które prowadzi donikąd, i mnożysz słowa ponad potęgę. Narrację prowadzisz bardziej powieściowo niż jak w opowiadaniu, tj. nic się nie dzieje. Przez większą część tekstu zajmujemy się leczeniem bohaterki. Dłużyło mi się. Ciągle dowiadywałam się o rzeczach, które nie miały znaczenia dla tej historii. Główna bohaterka jest bezwolna, właściwie albo się nią ktoś opiekuje, albo nią kieruje, a ona wspomina swoje dzieciństwo i naukę, przypatruje się dziewczynom, rozpamiętuje rozorane ramię.

Sekwencja z sobótką – niezrozumiała w kontekście opka, miała być chyba takim przerywnikiem. Przy okazji, zawiesiłam przy sobótce logikę, bo gdzież te dziewczyny kawalerów znajdowały, w dodatku ponoć osadę stworzono dla dziewcząt doświadczonych przez los, skrzywdzonych?

 

Druga część ma w odróżnieniu od pierwszej – sielskiej, miała być chyba mroczniejsze i jest. Jest lepsza. Więcej w niej dialogów i treści związanych z głównym wątkiem, ale bohaterka, niestety dalej, bezwolna i robi to, co jej każą. Przejście do części drugiej  wydawało mi się niejasne z uwagi na nagły przeskok. 

Trochę mi się czytanie dłużyło, a gdy skończyłam dalej nie wiedziałam dużo więcej niż na początku. 

Interpunkcyjnie się nie wgłębiałam. W porównaniu do Oceanu snów i Ostróżki, mam wrażenie, że to słabszy tekst, chyba przez takie zdania jak:

,Vera w zamyśleniu musnęła palcami pusty notatnik na stole.

,Pełen czułości gest zaskoczył ją, ale i napełnił spokojem.

,Przeszywające spojrzenie miodowych oczu przyciągało swą głębią i siłą

Jest ich bardzo dużo, w podobny sposób przewymiarowane są opisy. Jednak, Moniko, ja nie znam się na fantasy, może właśnie taką uwielbiają jej amatorzy. ;-)

 

Drobiazg:

,– Nie jest to proces ani krótki, ani łatwy. Muszę czekać na określone fazy księżyca. Ponadto mamy mało składników, a więc i eliksiru nie wychodzi wiele. Muszę racjonować dawki. – Z czego Vera tak naprawdę się cieszyła. Wolała mieć wszystko pod swoimi skrzydłami.

Tu chyba jest coś nie tak: wypowiedź należy do Very (?), a dwa końcowe zdania to atrybucja dialogowa czy narracja?

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Podobało mi się, ładnie napisane (znajdą się rzeczy do naprawienia, ale zostawię to bardziej doświadczonym) i ciekawy świat. Bardzo doceniam wiedzę zielarską ;)

Ale myślę, że mankamentem jest tu późno rozwijająca się akcja. Dopiero od sceny zaczynającej się Zachodzące w pomarańczach i złocie słońce… dowiadujemy się, co będzie problemem opowieści (tak na oko to jakaś połowa tekstu?). Do tego fragmentu bohaterka zwiedza, odkrywa świat, poznaje inne postacie – fajnie, ale dla mnie jako odbiorcy brakuje wcześnie (np. tuż po przyjściu do schronienia) postawionego pytania, które by napędzało opowieść i zachęcało do przeczytania do końca, np. Czy Vera pomoże kobietom? Czy Vera powstrzyma Damaris? itd.

Ale tak ogólnie to jest okej. Pamiętam szorta, już wtedy podobał mi się klimat, cieszę się, że powstała kontynuacja. W przyszłości chętnie poczytam więcej :)

Dziękuję za komentarze :).

Nie patrzyłam na to opowiadanie od tej strony Asylum. Dobrze wiedzieć.

Nie miałam wrażenia, że tak długo przeciągam część z nic nie dzianiem się, ale może rzeczywiście tak jest. I tak już teraz nie zmienię. Ale z drugiej strony, czy opowieść musi cały czas pędzić ;).

już teraz nie zmienię. Ale z drugiej strony, czy opowieść musi cały czas pędzić ;).

Pewnie, że teraz już nic nie zmienisz. Dla mnie nie musi opowieść pędzić, lecz musi być i być o czymś, osnutym na bohaterach i zdarzeniach. Tych ostatnich czasami nawet nie potrzeba za wiele, bo są narzędziem.

Monique, ja i w czytaniu, tak jak w życiu posługuję się strukturami, gdy ich nie ma bądź nie widzę nawet zalążka stają się bezużyteczne. Dla mnie słowa mają coś wnosić: nowego, dziwnego, ciekawego, porządkującego, niepokojącego, rozrywkowego – też.  Gdy słowa stają w opowiadaniu się przerywnikiem, najczęściej rzucam czytanie opowiadania lub powieści, bo Autor nabija znaczenia. 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dla mnie początek miał znaczenie. Chciałam przybliżyć to miejsce, “ten świat” (bo dla mnie to był głównie ten tajemniczy świat). Nie chciałam by zamek i jego mieszkańcy byli tylko rekwizytami, ale by pokazać, że żyją. Piszę też o czymś – o miejscu, gdzie osoby szykanowane mogły znaleźć bezpieczne miejsce, a przy okazji są tajemnice, które powoli się odkrywają. Nie potrafię pisać opisów np. przyrody na pół strony (przysłowiowe lać wody), ale czasem lubię wtrącić zdanie czy dwa dla np. klimatu, ale po porostu dlatego, że mi się spodobały. Ja tak lubię, ktoś inny nie :).

Tak, Monique, gdy – tutaj na forum – mam okazję rozmawiać z Autorami, dowiaduję się o ich zamierzeniach, które czasem do mnie trafiają lub nie. To mega ciekawe patrzeć, jak działa i co działa na mnie, nawet na tak wyselekcjonowanej próbie. :-)

Wracając do Twojego opka. Zamiar, ze wszech miar był szlachetny, żeby przybliżyć społeczność, tylko ciut się rozciągnął – moim zdaniem. Ten fragment z szykanowanymi osobami był mocny w słowie, lecz nie w jej zapisie, bo streściłaś i dodałaś tę Sobótkę. A może, po prostu chodzi o konstrukcję opka. Dajmy na to: zaczynamy od sielanki sobótkowej przerwanej przez spadnięcie z nieba poranionej kobiety.

 

W opowiadaniu, ponieważ to krótka forma, wydaje mis ię ważny pomysł i jego konstrukcja. Chyba ten trzeba za każdym razem odnaleźć, lecz w gruncie rzeczy najważniejszy jest bohater lub jego opozycjonista, bo niewiele znaków do dyspozycji ma Autor, zwłaszcza w konkursie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Możliwe, że po ogłoszeniu wyników coś tam pozmieniam. Może nie za wiele, bo lubię to opowiadanie takie jakie jest, ale nie będzie mnie już pętał limit znaków i coś dopiszę lub odejmę. Na pewno nie chciałam stworzyć bezwolnej bohaterki. Jeśli ta opinia będzie się powtarzać, to spróbuję jakoś to zmienić.

Kiedyś zaczytywałam się w całych sagach fantasy (nadal najbardziej lubię te klasyczne), natomiast nie przepadałam za opowiadaniami. Odkąd nie mam czasu na całonocne czytanie, odwróciło mi się i będąc tu na forum czytuję i piszę opowiadania. Może to ta tęsknota za trylogiami się we mnie odzywa :).

O, to, to, nie twórz bezwolnych bohaterek! Opinia pewnie nie będzie się powtarzać. ;-) Fajnie, że czytujesz i piszesz opki. I ja najbardziej lubię klasykę, choć odskakuję w boki, choć nie jet to fantastyka.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Całkiem przyjemny tekst, który bardzo płynnie się czyta, ale mam wrażenie, że wbrew zapowiedzi, czuć, że jest częścią większej całości. Wydaje mi się, że akcja rozkręciła się nieco za późno, bo przez początek opowiadania trochę się nudziłam. Za to kiedy w końcu ruszyła z kopyta, podobała mi się.

Co do bohaterów, pomysł na Verę bardzo przyjemny. Lubię kobiety-naukowców (nawet w fantastyczno-średniowiecznym znaczeniu). Szkoda, że nie miała ona większego wpływu na historię, bo większość czasu leczyła rany. Damaris też polubiłam – taki przelewający się sceptyzm wobec świata jest całkiem ciekawy. Jagoda za to, choć gra tu chyba całkiem ważną rolę, wydawała mi się strasznie bezbarwna i stereotypowa. Ot, gadatliwa dziewczyna, która coś tam wie o ziołach. Dałoby się to wykorzystać znacznie lepiej.

Powodzenia w konkursie!

Zostaw ten żyrandol.

Witam i dziękuję za komentarz :)

Widzę, że pewne sugestie się powtarzają. Jak już wcześniej wspomniałam, zależy mi na tym tekście, dlatego po konkursie spróbuję go trochę “podrasować”. smiley

A Jagoda miała być taką zwykłą dziewczyną, bo takie przecież też istnieją (choć miałam początkowo pomysł rzucenia na nią podejrzeń na niecne zamiary, ale limit mi to ukrócił) :).

Widzę, że pewne sugestie się powtarzają. Jak już wcześniej wspomniałam, zależy mi na tym tekście, dlatego po konkursie spróbuję go trochę “podrasować”. smiley

O proszę, to powodzenia. :D

 

A Jagoda miała być taką zwykłą dziewczyną, bo takie przecież też istnieją (choć miałam początkowo pomysł rzucenia na nią podejrzeń na niecne zamiary, ale limit mi to ukrócił) :).

No tak, masz rację, że takie też się zdarzają. Choć rzadko grają w tekstach większe role mam wrażenie. Ale to nic złego – jeśli miałaś na nią taką koncepcję, to w porządku.

Zostaw ten żyrandol.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witam smiley

Cześć, Monique,

to byłoby naprawdę fajne opowiadanie, gdyby tak bardzo nie przypominało mi fragmentu z powieści. Albo może raczej tak: to mogłaby być naprawdę fajna powieść. To nawet nie chodzi o to, że jest mało akcji, że jest dużo obyczajówki, bo w zasadzie to lubię, uwielbiam wręcz podglądać, jak ludzie mogliby żyć w jakimś fantastycznym miejscu. Dlatego też te fragmenty czytało mi się dobrze. Szkoda tylko, że nie mają większego znaczenia. Przedstawiasz nam cudowne miejsce, gdzie kobiety mogą znaleźć azyl, ale znowu – to materiał na powieść. Bo jaka tutaj w zasadzie jest fabuła? Ucięta.

Tak czy siak, czytało się nieźle i dobrze spędziłam czas. Na moją opinię wpływa upodobanie do światów, w których prześladowani mogą znaleźć azyl, oraz zamiłowanie do takich twardych babek ;) Uwielbiam też światy utopie.

 

 

– Matka kazała mi uciekać do lasu i nie wracać. Nie wiem[+,] co się z nią stało.

 

– Nie rozumiem[+,] czemu darzysz ją przyjaźnią.

 

Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć i dziękuję za komentarz :). Cieszę się, że znalazłaś w opowiadaniu również coś dla siebie :).

No kurczę, ja nie widziałam że nie ma tej fabuły. Dla mnie jest (tajemnice), choć faktycznie teraz widzę, że kilka wątków nie maja z nią nic wspólnego. Lecz dałam je właśnie żeby wejść w tą społeczność. Ale autor zawsze inaczej patrzy na swoje “dziecko”:).

Hej, Monique, ja po becie, więc nic odkrywczego i nowego zapewne nie napiszę :P Pewnie jako jedna z niewielu osób odniosłem wrażenie, że Twoja opowieść jest bardzo ciepła – spodobał mi się pomysł na miejsce, w którym kobiety opiekują się sobą wzajemnie, liżą rany, próbują ułożyć życie na nowo. Oczywiście późniejsze wypadki do ciepłych z całą pewnością nie należą i nasuwają myśl, że zło rodzi zło i grozi powstaniem niezbyt fortunnej pętli. 

A że bohaterka jest bezwolna – wolę tak, niż kolejną heroskę na smoku w złotej zbroi :P Życie czasami nie pozostawia nam wielu opcji i trzeba poddać się wydarzeniom, i tak właśnie jest u Ciebie w opowiadaniu (chociaż też nie do końca, bo przecież bohaterka podejmuje pewne decyzje i dokonuje wyborów). 

Podoba mi się Twój styl, piszesz przyjemnie i lektura nie boli.

Spieszę z klikiem do biblioteki ;)

Bardzo dziękuję AmonRa za tak miły komentarz i klika smiley.

 

i nasuwają myśl, że zło rodzi zło i grozi powstaniem niezbyt fortunnej pętli. 

Idealnie ująłeś to co próbowałam przekazać :). 

Podobało mi się. Myślę, że tym razem to nie Vera jest bohaterką, choć patrzymy z jej perspektywy. Bardziej jest to opowieść o Damaris, o tym, jak z poczucia krzywdy i bezradności może narodzić się coś złego. Jak ktoś z ofiary przemienia się w kata. Smuttne to było. Ratujesz na końcu poświęceniem Damaris, przez to nie ma takiego poczucia zdrady, przemiana nie jest całkowita, bo coś z człowieka jeszcze w niej zostało.

Popatrzę, czy potrzebujesz jeszcze klika :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję za komentarz i klika Irko:). Cieszę się, że tak właśnie odczytałaś historię Damaris :).

Od razu uprzedzę, że nie czytałem niestety komentarzy (wybaczcie współkomentujący, niestety brak czasu dopadł mnie – po raz nie wiadomo który!) – ale może to i dobrze, bo mogę dać bardziej świeży odczyt.

Nim przystąpiłem do lektury tego utworu – przeczytałem śliczną Straconą szansę – skoro poprzedza opisane tu wydarzenia – choć myślę, że oba opowiadania to samodzielne byty i nie musi się ich czytać łącznie (choć warto).

Niestety – również – z braku czasu – czytałem na raty i przez to musiałem czasem wracać do już przeczytanego – nie wiem, czy to cecha samego tekstu, czy mojego zmęczenia / niewyspania / szarpanego odbioru.

 

By już nie przedłużać – wprost powiem, że mi się podobało. Całość czyta się przyjemnie. Zasługuje na bibliotekę i jeśli Ci jeszcze brakuje klików – ode mnie go mieć będziesz. Żeby nie było tak cukierkowo – są pewne rzeczy do poprawy (z mojego punktu widzenia), ale o tym za chwilę.

Zacznę od wyliczenia tego co mnie zachwyciło:

  1. Tematyka
  2. Wiedza o zielarstwie
  3. Narracja prowadzona niejako z tylnego siedzenia
  4. Ciekawy świat
  5. Tajemnica
  6. Symbolika
  7. Obrazowość
  8. Szczególiki

A teraz po kolei:

Ad. 1 Tematyka

Często zapominamy, że o prawa uciśnionych wciąż trzeba walczyć, a stosy wciąż płoną. Pisząc o płonących stosach nie mam na myśli tylko naszego podwórka, gdzie buta i arogancja rządzących przekroczyła już wszystkie granice – ale stosy zupełnie niemetaforyczne, bo są miejsca, gdzie ludzi – zwykle tych słabszych – kobiety i dzieci – nadal dosłownie – pali się na stosach.

Stosy z oskarżonymi o czary płoną w Arabii Saudyjskiej, Bangladeszu, Beninie, Brazylii, Burkina Faso, Ekwadorze, Indiach, Indonezji, Kambodży, Kongo, Malezji, Papui-Nowej Gwinei, Tanzanii, Tajlandii, Wietnamie, Zambii…

W samej tylko Tanzanii traci w ten sposób życie około tysiąc ludzi rocznie. Tam istnieją też specjalne obozy, dla kobiet oskarżonych o czary – poniekąd podobne do Twojego Azylu, ale prowadzone przez państwo – to miejsce chroni, ale jednocześnie nie sposób z niego wrócić do normalności – staje się to po trosze obozem koncentracyjnym dla czarownic.

W Tanzanii jest najwięcej na świecie albinosów – i oczywiście oni również są często mordowani ze względu na „szkodzenie innym czarami”. To ogólnoświatowa tendencja – że morduje się tych słabszych, nie mogących się bronić, odmiennych. A czasem tylko niewygodnych – jak wspomniałaś w opowiadaniu o kobiecie, którą własne wnuki oskarżyły o czary – i dziś takie coś dzieje się często – by pozbyć się dodatkowej „gęby do żywienia” – własna rodzina oskarża kogoś o czary – i po sprawie.

W Arabii Saudyjskiej istnienie policja religijna, która ma specjalne komórki do tropienia wiedźm i czarowników… Mógłbym tak jeszcze długo, podając przykłady – ale pewnie wtedy mój komentarz byłby dłuższy od tekstu.

Duży więc plus za tematykę, i choć sam jestem męską szowinistyczną świnią – bardzo to do mnie dotarło – nie tylko przez to, co dzieje się w naszym pięknym kraju, ale ogólnie – ze względu na ogrom zła wyrządzany kobietom (głównie) na całym świecie.

 

Ad. 2 Wiedza o zielarstwie

Co tu dużo mówić – oczarowałaś mnie. Zioła, które wymieniłaś, rzeczywiście używa się w ziołolecznictwie w sposób, jaki opisałaś – Twoje opowiadanie może służyć jako instruktarz i nikt sobie krzywdy tym nie zrobi (no chyba, że zechce zastosować pomysły niezielarskie, jak te z wypalaniem ran – są one owszem sensowne, ale nie polecam ;-) )

 

Ad. 3 Narracja prowadzona niejako z tylnego siedzenia

 

„Grzechem” fantastyki, często wytykanym jej przez głównonurtowców, jest jej przygodowość, którą sprowadzają do miałkości. Wszyscy wielcy ojcowie założyciele gatunku – od Howarda do Tolkiena – pisali opowieści z przygodą w centrum. Jakby fantaści nie zauważyli, że od Cervantesa minęło już lat kilkaset, że po drodze mieliśmy już i Prousta i Joice’a i Kawkę, a teraz mamy wiek XXI. To dlatego pewnie tak wielu fantastów z tego getta się wyrywa i się do fantastyki nie przyznaje (choć to zupełnie głupie). Na szczęście – część idzie odmienną drogą i widzę, że ten konkurs dostarczył okazji do eksperymentów. Więc – choć lubię „przygodówki” – to cieszę się, że to nie „przygodówka” – i podoba mi się, że podobnie jak ja w swoim „Tańcu” czyniąc narratorką głupiutką Nono – tak tu, czyniąc główną bohaterką – przyjezdną, niezwiązaną z tą społecznością, nieco bezwolną, podlegającą inercji. Rzygam już literaturą pełną odważnych, aktywnych, wspaniale radzących sobie z życiem kobiet i przystojnych, sprawczych i dominujących mężczyzn. I herosi czasem bywają zagubieni, nawet kino to odkryło – tworząc nową wersję Thora z boilerem zamiast sześciopaka, wcinającego pizzę i tonącego w ogłupiających rozrywkach. Podoba mi się więc, że i Twoja bohaterka nie jest „silną, niezależną kobietą” co diabła wodzi za rogi. Owszem – jest niezależna na tyle, że nie chce się angażować w nie swoją sprawę. Ale w opowiadaniu dzieje się to, co najbardziej w opowiadaniach cenię – przemiana bohatera. Bo oto ta „nie jej sprawa” i „nie jej społeczność” – jej „niesiostry” – stają się siostrami. Zaczyna jej zależeć. Podejmuje wyzwanie, przejmuje sztafetę.

Przypomina mi to któreś z opowiadań Kresa, ale nie pamiętam już które, bo czytałem je w zeszłym tysiącleciu.

 

Ad. 4 Ciekawy świat

Świat ten pokazujesz z oddali, niejako wycinkami, w tle, gdzieś z daleka. Z pozoru jest banalny – jakieś królestwa, jakieś wiedźmy, czarownice, alchemicy. Jednak zaintrygowały mnie jego niektóre aspekty – sam ten kraniec świata – miejsce szczególne, obdarzone mocą, gdzie inne światy się stykają, półludzka-półzwierzęca natura chyba każdego bytu (jak sądzę po tym odkrywaniu swojej zwierzęcej strony – kruka, sowy, jastrzębia… czy zawsze to są ptaki, czy może być na przykład niedźwiedź albo hipopotam? Czy ten kot z poprzedniej części też był człowiekiem?) – zastanawiało mnie też, dokąd z końca świata mogą dotrzeć wianki, skoro społeczność jest całkowicie izolowana – a może nie jest, może izolacja jest rodzajem złudzenia? Tak czy siak – są tropy, które by sprawiały, że chciałbym się w tym świecie zagłębić. Oczywiście bez przesady – osobiście nieskromnie powiem, że moje światy są chyba ciekawsze, choć też ukazane tak ledwo-ledwo przez dziurkę od klucza – ale może to jest błąd wiedzy – bo wiem jakie moje uniwersa są olbrzymie, a o Twoim, o jego wielkości tylko domniemywam z tego co pokazałaś w opowiadaniu. Słowem – światem się nie zachłysnąłem, ale chętnie bym go poznał lepiej.

 

Ad. 5 Tajemnica

O części tajemnic wspomniałem już w poprzedniej adnotacji. Ale dodam więcej – przez połowę tekstu nie zdradzasz w ogóle o jaką tajemnicę chodzi… gdy w końcu zdradzisz – do końca jej nie wyjaśniasz. Budujesz grozę, ale do końca jednak nie wiadomo, co się stanie, gdy wrota światów się uchylą i dlaczego to takie groźne. Fajne.

 

Ad. 6 Symbolika

Zaczynając od rzeczy najprostszych – Sowa – mądrość, Jastrząb – drapieżność, Kruk – śmierć, wojna, zaraza (ciągle próbuję rozsupłać, jak się właściwie wiąże z główną bohaterką, ale to, że niejako „nie pasuje” – pobudza do myślenia) – aż po wianki (symbol niewinności) i ognie (symbol oczyszczenia). Tablica szmaragdowa z poprzedniej części – też otwiera symboliczne wrota. Całość zmienia się w gęstą zupę, nasączoną sensami – również niebezpośrednimi. Odniosłem jednak czasem wrażenie (nie wiem czy słuszne) – pewnej chaotyczności, pewnego niedociągnięcia pewnych spraw / obrazów do końca, pozostawienia ich w połowie, ćwierci, na początku – ale może to tylko mój urywany odbiór.

 

Ad. 7 Obrazowość

To zachodzące słońce, kąpiące się w oceanie – po prostu się widzi. Podobnie inne sceny – malujesz bardzo plastycznie – bardzo duże plusy za to.

 

Ad. 8 Szczególiki

Widać, że dbasz o szczegóły.

„Wrzucili ją do wody, a tu ona pływa. Bo wiesz, suknia dostała powietrza i unosiła Fionę na powierzchni.”

Rzeczywiście tak się często działo. Opisy innych praktyk itp. – też zgodne z realiami.

 

 

Na beczkę miodu – łyżka dziegciu: technicznie to opowiadanie jest niestety słabe – ale to pewnie Ci już wytknięto. Warstwa językowa wymaga poprawy, kuleją dialogi. Jest też troszkę (a nawet całkiem dużo) nielogiczności, na przykład jakim cudem Damaris może przewodzić społeczności na końcu świata, poszukiwać kobiet do azylu i jednocześnie pomagać głównej bohaterce? Musiałaby być chyba bardzo zapracowaną sową? (może jest :) ). Nie będę się nad tym rozwodził, bo pewnikiem już ktoś powytykał, a ja nie chcę psuć ogólnego dobrego wrażenia jakie z opowiadania miałem i chciałem przekazać. Na pewno niedociągnięcia te nie są aż tak duże i aż tak nie do poprawienia – by opowiadanie nie zasłużyło na bibliotekę.

Zaraz więc napiszę w wątku bibliotecznym, że chętnie bym ten tekst ustawił na portalowej półce :)

 

entropia nigdy nie maleje

Ślicznie dziękuję za tak obszerny komentarz, zwłaszcza że czas Cię goni smiley. I za klika, który się przyda.

Niezmiernie się cieszę, że dostrzegłeś w opowiadaniu tyle dobrego:). I że dużo komentujących wyczuło o co mi chodzi w opowiadaniu. Cały czas boli mnie ludzka głupota pomieszana często z okrucieństwem i nienawiścią. Nie o wszystkim wiedziałam co napisałeś, choć akurat o albinosach słyszałam.

 

Kiedy pisałam Straconą szansę nie myślałam o kontynuacji. Ale temat tego konkursu sprawił inaczej i wtedy przyszedł mi cały koncept z sowią zdradą :). Fakt, pewnie nie wszystko jest dopracowane, ponieważ i mało czasu i autor też nie wszystko dostrzeże, ale i tak jestem zadowolona z efektu końcowego. Damaris mogła mówić w zamku, że jedzie szukać nowych pokrzywdzonych, a tak na prawdę czatować przy Verze. Poza tym to Ursula zajmowała się zamkiem w czasie jej nieobecności. Co do zwierzęcych przeobrażeń, akurat tak wyszło, że to ptaki, ale mogłyby to być również inne zwierzęta. Kot jest kotem (a przynajmniej na razie devil). 

Nie znam się na ziołach, ale właśnie chciałam żeby jednym z wymiarów Innego świata, było środowisko tych kobiet, inne od naszego. A skoro to często były zielarki, to nie mogło zabraknąć tego wątku i musiałam się do niego przygotować. Bardzo mnie zdziwiło ( koniecznie chciałam tu to opisać), że zwykłe rośliny często właśnie były nazywane dziwnymi nazwami. Znalazłam nawet fajną stronę, gdzie jest to wszystko wyjaśnione. Ale często sprawdzam informacje w różnych źródłach.

 

Cieszę się, że nie wszystkim potrzeba dużo akcji. Jednak widzę, że pewne wątki można troszkę rozwinąć (i już to próbuję zrobić w wersji na komputerze). Zobaczymy czy co z tego wyjdzie.

To ciekaw jestem jak będzie wyglądała wersja poprawiona – choć pewnie powrócę do niej dopiero za jakiś czas (bo jak zauważyłaś słusznie – czas mnie goni i przez najbliższy miesiąc cienko z nim będzie jeszcze bardziej niż zazwyczaj).

Planujesz jeszcze coś napisać w tym świecie?

 

entropia nigdy nie maleje

W nowej wersji tak dużo nie zmienię. Podopisuję parę rzeczy, kilka rozmów, korzystając z tego że nie będzie mnie wiązał limit. Tak, mam pomysł na kontynuację, ale czy bedę miała czas? Może jakiś kolejny konkurs mnie zmotywuje:).

hej :)

ogólnie opowiadanie w porządku, choć jest sporo rzeczy, do których bym się przyczepiła. Ale zacznę od tych dobrych:

– alchemia, kobieta naukowiec, 

– motyw kobiet-sióstr w ogóle, wzajemne pomoc, czarownice,

– przemiany w ptaki

– wrota do innego wymiaru

– obrazowe opisy ziół, naparów itp.

 

Co na minusów:

– dużo niedopowiedzeń (płomykówka – jest na początku, potem na końcu pojawia się, ale są fragmenty, że sowa była pomocą dla Very ale nie rozumiem, jak bohaterka mogła nie znać prawdziwej postaci płomykówki; co stało się z ojcem; skąd taka nienawiści Ursuli);

– niektóre dialogi moim zdaniem wyszły dość nienaturalnie, tak jak np. tutaj:

Zawsze byłam inna. Otwarta, choć pewnie powiedzieliby, że naiwna. To ja rozstawiam te kwiaty w wazonach. Dziewczyny mówią, że niepotrzebnie, ale ja lubię to… Przepraszam, gaduła ze mnie.

Pewnie się czepiam, ale raczej mało kto mówi o sobie “jestem otwarta”. 

– samo zakończenie było dość chaotyczne i dla mnie po prostu nieprzekonujące – nie wiem dlaczego Damaris się poświęciła, dlaczego Ursula, tak bardzo nienawidziła Very, że aż zabiła swoją przyjaciółkę; tutaj chyba widać limit, bo brakło mi na to wystarczającego usprawiedliwienia w tekście.

 

Pomysł bardzo ciekawy, ale niektóre wątki za mało zostały rozwinięte aby usprawiedliwić koniec. Chętnie przeczytam bardziej rozbudowaną wersję :)

 

Dzięki za odwiedziny i kilka uwag, które na pewno mi się przydadzą w nowszej wersji smiley.

 

ale nie rozumiem, jak bohaterka mogła nie znać prawdziwej postaci płomykówki

Ponieważ Damaris nigdy się nie ujawniła przy Verze. Owszem towarzyszyła jej często w pracowni alchemiczne, ale to nie tak że nie opuszczała jej na krok :). 

 

Monique, OK rozumiem, ale przyznam że jest to mocno niedopowiedziane i stąd miałam wątpliwości.

Fajny pomysł z bezpiecznym miejscem, do którego niełatwo trafić. Przydałoby się takie w wielu krajach…

Mam wrażenie, że pod koniec zaczęłaś się albo spieszyć, albo liczyć ze znakami. W rezultacie początek rozwija się leniwie, a finisz leci na łeb, na szyję. Chyba parzeniu ziółek na bolący brzuch poświęcasz więcej miejsca niż walce dobra ze złem. Po szczegółowym początku byłam zaskoczona, kiedy się dowiedziałam, że minęły lata. No, proporcje, IMO, zaburzone.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz :). Fakt, pod koniec liczyłam się ze znakami, ale nie chciałabym też sztucznie wydłużać zakończenia. I wcale nie minęły lata. Damaris odnosi się do lat spędzonych z Verą sprzed opowiadania.

Hm, dom samotnej matki alchemiczki w wydaniu fantasy.

Już sam pomysł na opowiadanie mi się spodobał, a historia jest dobrze zakorzeniona – kobiety zajmujące się alchemią, dla zwykłych ludzi niezrozumiałą, czym ściągają na siebie gniew i odrzucenie. Postaci są niejednoznaczne, głębokie, a ich działania nie biorą się znikąd. Fajne nawiązania do Nocy Kupały pod koniec. Dało się odczuć emocje, marzenia i beztroskę młodych kobiet.

Co do wad tekstu – mam wrażenie, że można byłoby go nieco skondensować. Lubię te opisy, lecz nie mam poczucia, że tekst całościowo jest wysycony. Nie mniej, lektura bardzo mi się podobała.

Powodzenia w konkursie! :)

Witam i dziękuję za podzielenie się swoimi przemyśleniami smiley.

Przypadła mi do gustu cała otoczka – bezpieczny azyl, kobiety uratowane przed sądami o czary, siostrzeństwo, alchemia, opisy ziół. Jednak w pewnym momencie, gdy sielskość pobytu w azylu trwała i trwała, odniosłam wrażenie, że nie są to sceny dobre na opowiadanie, a raczej jako fragment powieści. W dłuższej formie takie spokojne przerywniki dobrze by się spisały, tutaj natomiast odnosiłam wrażenie, że czytam i czytam, koniec coraz bliżej, a niewiele się dzieje. To wrażenie nasilała spora gromadka postaci. Momentami trzeba było nie lada skupienia, aby się nie pogubić, a i tak nie zawsze mi się to udało (przy “jastrzębionosej” zgłupiałam). Dialogi momentami brzmiały sztucznie, tu i tam można by podciągnąć tekst techniczne.

Ogólnie jednak była to miła, sympatyczna lektura. Szkoda, że końcówka wypadła tak skrótowo, ale fajnie było poczytać coś w miarę optymistycznego :)

– I nie wiem, jakby moje odkrycie mogło wam pomóc.

Raczej: I nie wiem, jak moje odkrycie mogłoby wam pomóc.

Fajnie, że wpadłaś:) Już trochę podrasowałam tekst na kompie, ale widzę że jednak coś jest z dialogami. Gdzie np. jest sztucznie? To może uda mi się poprawić :).

Chyba najbardziej to odczuwałam w ostatniej rozmowie Very i Damaris. Takie troszkę teatralne, mało ludzkie – mało rzeczy mówionych wprost, prostym językiem, bo w końcu w emocjach nie dobiera się zbyt uważnie słów. To takie moje osobiste odczucie, oczywiście ;)

Hmmm… przyjrzę się temu.

Nowa Fantastyka