- Opowiadanie: Folan - Nieśmiertelni

Nieśmiertelni

Przedmowa, przedmowa... a komu to potrzebne? Ja tu na deszczu, wilki jakieś...

A tak serio – opko miało być na konkurs “Tajemnice Światów”, ale za cholerę nie umiałem zmieścić się w limicie. Tekst z 40k znaków urósł do 58k, potem odchudziłem wersji tu prezentowanej. Dziękuję betowiczom: MANETEKELFARES, MONIQUE.M, OIDRIN za merytoryczne uwagi, wasza pomoc była nieoceniona. 

 

Opowiadanie to krótkie perypetie dwóch bohaterów. Każdy ma swoje problemy i cele, i każdy próbuje sobie poradzić w świecie, na którym ciąży klątwa nieśmiertelności.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy V, Użytkownicy III, Użytkownicy II

Oceny

Nieśmiertelni

Był, jak zwykle, w drodze. Kolejne bezdroże podobne do innych – suche, pokryte piaskiem i skrzące się w promieniach słońca. Jack sięgnął po radio i jeszcze raz wsłuchał się w szum morza statika.

 

– Szszszszsz… Trzask… Szszszsz…

 

Nic z tego. Stare walkie-talkie brzmiało monotonnie od wielu dni. Jack obawiał się, że ruszył w złą stronę i oddalał od źródła sygnału. 

Zatrzymał się na stacji benzynowej, która wyglądała, jakby wdała się w z góry przegraną bójkę i padła martwa wiele lat temu. Drzwi wiszące na pojedynczym zawiasie pomachały mu żałośnie, szarpnięte przez nagły powiew wiatru, nim jednak skorzystał z tego nieśmiałego zaproszenia, Jack obszedł budynek dookoła z rewolwerem w ręku. Od wielu tygodni nie miał powodu, by go użyć, ale ostrożności nigdy za wiele. 

Zardzewiały truck krył się pod stalową wiatą, smutno spoglądając na Jacka rozbitymi lampami. Tuż obok rzucała się w oczy studnia z ręczną pompą, ale mimo kilkukrotnego pchnięcia stalowego ramienia nie zaoferowała nawet kropli drogocennej wody.

Szklane odłamki zatrzeszczały pod butami Jacka, gdy ostrożnym krokiem wszedł do chłodnego wnętrza stacji. Oczy podróżnika powoli przyzwyczajały się do pozornej ciemności panującej w środku. 

Nieliczne stoliki pokryte były drobinami szkła. Wybrakowane panele na suficie odsłaniały aluminiowy szkielet i luźne nitki starych kabli. Jack zachodził w głowę, jakim cudem ta konstrukcja przetrwała rządy Kongregacji, która z fanatycznym zapałem próbowała wymazać zamierzchłą cywilizację z kart historii.

Zrzucił ciężki plecak z ramion i ostrożnie zajrzał w każdy kąt pomieszczenia. Na razie zignorował zasuszony szkielet leżący za ladą, rzucił kapelusz na stolik i wytężył słuch. Monotonne zawodzenie wiatru nie kryło niczego podejrzanego, więc Jack nieco się rozluźnił. 

– To miasto jest za małe dla nas dwóch – powiedział, wyciągając szkielet zza kontuaru, gdzie po chwili sam się wygodnie rozsiadł. 

– Mam cholerną nadzieję – rzucił w kierunku szkieletu – że umarłeś, zanim wypowiedział to cholerne życzenie.

Radio położył na jednej z półek pod ladą. Morze statika wciąż było spokojne, więc Jack sprawdził swoje położenie na mapie. Namiotowe miasto Labau powinno znajdować się dwadzieścia mil na wschód. Biorąc pod uwagę poprawkę Lokiego-Verdana, w najgorszym razie będzie to trzydzieści, może trzydzieści pięć. 

 

– szszszszsz… trzask, trzask… Szszszsz…

 

Kątem oka dostrzegł kilka larw pod ladą. Zebrał je delikatnie, zamknął oczy i wrzucił do ust, połykając szybko. Wyłączył radio i oparł się wygodniej o plecak. Musiał odpocząć, tylko chwilkę.

 

W tym świecie sny zawsze coś znaczyły, Jack. Nawet jeżeli wydają się wspomnieniem zdarzeń utrwalonych na linii czasu.

– Ach. To znowu ty, narratorko. 

Spójrz w dal. Oto Dwaal tak skoncentrowany, że jawi się niczym słup białej energii. Może spełnić każde życzenie. Zobacz, kto tam stoi, przy kolumnie światła, i znów wypowiada swoje życzenie? Wielkie Życzenie. Robi to spokojnie, widzisz? Nie ma w oczach szaleństwa, nie ma zła, nie ma niczego. 

– Powiedziałem, żebyś dała mi spokój.

Ale to nie ja. To ty, Jack, wciąż do tego wracasz. Mógłbyś śnić o lepszych czasach. Zamiast tego karmisz się obrazem zdrady. Bo tak się czujesz, prawda? Zdradzony.

– Nie muszę tego słuchać.

Nieśmiertelność. Dlaczego wybrał akurat nieśmiertelność? Abyśmy wszyscy stali się jak Cheoni? Modliłam się do nich. Pamiętam katedry, w których wynosiliśmy te istoty na piedestał uwielbienia. Sprowadzaliśmy je do Ogrodu, by kroczyły między nami w swych kamiennych ciałach. Ale On zmienił wszystko.

– Przeklął nas.

I zginął. A potem wstał. A potem zginął.

– Dostał to, na co zasłużył. 

Zrobiłeś z niego bezmyślną skorupę idącą przed siebie. Wysłałeś na pielgrzymkę. Dołączył do Arijki…

– Ani słowa więcej…

Do Meivy… Do Petera…

– Przestań!

Mówiłam ci… On zginie, Jack. Skończy jak Alabama. Z twojej winy. Koszmar powraca, jak życie w martwe ciało, nie bez powodu. Za tą groteską nieśmiertelności kryje się coś więcej. Musisz tylko rozwiązać zagadkę.

– A może po prostu daj mi odpowiedź? Musisz ją znać. 

Jestem jedynie głosem w twojej głowie, Jack. Spójrz w lustro i zadaj pytanie jeszcze raz. Ale… przecież robiłeś to już wiele razy. Otrzymałeś odpowiedź? 

– Jesteś okrutna.

Jestem niczym więcej, jak cząstką człowieczeństwa, która wtedy nie umarła. Jestem tą częścią, która sprawia, że nie jesteś w drodze.

– Ale ja jestem w drodze! Przez ciebie! 

Rozumiem twoją frustrację. Wydaje ci się, że nie masz wolnej woli, że wciąż podążasz za nieznanym głosem jak pielgrzymi, którzy zmierzają do nieznanego celu. Co sprawia, że wasze trasy zawsze się pokrywają?

– Zamknij się.

Pamiętaj… Znajdź mnie, Jack. Znajdź mnie na wschodzie.

 

Jack otworzył oczy. Zastała go noc, co wywołało w nim poczucie strachu. Nie był pewny czy był to kilkugodzinny sen, czy wielomiesięczna śmierć. Rozważania odłożył na później, bo dotarło do niego, że nie jest sam.

Monotonne, leniwie szuranie dobiegające z zewnątrz kojarzyło się mu tylko z pochodem nieśmiertelnych. Gdy podniósł głowę nad ladę dostrzegł dokładnie to, czego się spodziewał. W blasku księżyca, środkiem drogi, szła milcząca pielgrzymka wychudzonych ciał. W ich cienistych twarzach błyszczał błękit oczu, skaza nieśmiertelnych. Szli bezmyślnie przed siebie, niektórzy nadzy, niektórzy w resztkach odzienia, które przetrwały tę niekończącą się tułaczkę. Pielgrzymi nie potrzebowali już bagażu, wiktu, czy przystanków. Nie potrzebowali, bo byli prawdziwie nieśmiertelni.

Dokąd dokładnie zmierzali nie wiedział nikt, ale Jacka niepokoił fakt, że na swojej drodze spotyka ich coraz częściej. Przyglądał się obojętnie setkom osób idących autostradą, gdy jedna zatrzymała się i spojrzała na Jacka błękitnymi oczami. Im dłużej jej się przyglądał, tym bardziej Jack był pewien, że ją zna. Wyciągnął przed siebie dłoń, wycelował dwoma palcami i strzelił, naciskając wyimaginowany spust. 

– Bang… – szepnął cicho. 

Postać jeszcze chwilę taksowała spojrzeniem podróżnika, po czym odwróciła się i ruszyła dalej, ginąc zupełnie w nurcie ludzkich ciał. Jack odruchowo zerknął w odłamki lustrzanego szkła, w których dostrzegł ten sam jarzeniowy błękit źrenic. 

 

W dalszą drogę udał się bardzo wczesnym rankiem. Gwiaździsta noc ustępowała bladej łunie nadchodzącej jutrzenki z każdym krokiem oddalającym Jacka od niedawnego azylu.

Ocean falującego, rozgrzanego powietrza rozciągał się przed nim po sam horyzont. Nogi powoli zamieniały się w watę a plecak zaczął nieprzyjemnie ciążyć. Omiótł wzrokiem pustynny krajobraz w poszukiwaniu jakiegokolwiek znaku cywilizacji i choć na początku wydawało mu się, że niczego nie dostrzega, to już drugi rzut oka ujawnił na horyzoncie ciemną plamkę.

Jack przetarł oczy, potrząsnął głową, ale ciemna plamka nie znikała. Cokolwiek by to nie było, postanowił ruszyć w jej kierunku, jakby od tego zależało jego życie. Czarna kropka powoli nabierała kanciastych kształtów i już pół godziny później Jack wyraźnie dostrzegał zarys budynków. 

Bordowa stodoła stała w towarzystwie piętrowego domu. Jedynym, co dzieliło podróżnika od potencjalnego azylu, było rozległe pole kukurydzy. Zieleń dawno opuściła to miejsce, ustępując martwej żółci, a suche liście cięły odkrytą skórę jak tępe żyletki. Zanurzony w morzu wysokich łodyg zupełnie stracił z oczu dom i stodołę, ale ani przez chwilę nie żałował wyboru drogi na skróty. 

Jack założył, że dom jest opuszczony. W końcu nastały czasy, gdzie każda samotnia to potencjalny cel maruderów. Ludzie woleli żyć w większych, bardziej bezpiecznych skupiskach. Nie był nawet w połowie drogi gdy zrozumiał, że się mylił. 

Nie sprawił tego żaden dźwięk czy zapach powietrza. Jack poczuł Dwaal, wciąż pełny, wciąż pierwotny, a wraz z nim pragnienie. Dalekie było ono jednak od zwyczajnego. Było niepokojąco wypaczone, jakby mogło wypełnić żołądek.

– Ani kroku dalej. – Usłyszał nagle twardy, ale spokojny głos. 

Rozgrzane powietrze drażniło oczy Jacka równie mocno, co spływający z czoła pot. Mimo to przez plątaninę łodyg dostrzegł postać stojącą w przedsionku piętrowego domu. Charakterystyczna postawa nie pozostawiała wątpliwości, że jest uzbrojony.

– Nie szukam kłopotów – odpowiedział Jack. – Tylko trochę cienia przed dalszą podróżą.

– To nie hotel. Ruszaj dalej. 

– Zaraz padnę – sapnął Jack bez ogródek. – Jak się podniosę, mogę już nie być taki rozmowny. 

Stosowanie gróźb, gdy jest się na muszce, nie było najlepszym pomysłem, ale Jack miał nadzieję, że przestraszy nieco rozmówcę szansą na przemianę w pielgrzyma. Ci bywali nieobliczalni, gdy wyczuli odrobinę Dwaalu, który wciąż tlił się w duszy pozbawionej skazy.

Przedłużające się milczenie wskazywało na to, że nieznajomy rozważał wszelkie za i przeciw. Jack postanowił kuć żelazo, póki gorące.

– Nazywam się Jack – przedstawił się. – Jack Arizona. 

Cisza.

– Sprawiedliwy – dodał, jakby nazwisko na to nie wskazywało. Miał nadzieję, że nieznajomy kojarzy bractwo, do którego należy. 

Do uszu Jacka doszło wyraźne szczęknięcie karabinu. Wydawało się, że człowiek w przedsionku dalej będzie milczał, w końcu jednak odezwał się rozkazującym tonem. 

– Wyjdź.

Jack ostrożnie, z podniesionymi rękoma, wyszedł spomiędzy łodyg i rozejrzał się ukradkiem po farmie. Wóz przykryty plandeką krył się w głębi stodoły, a przy pustej zagrodzie stała buda dla niemałego psa, którego jednak nigdzie nie było widać.

– Zdejmij kapelusz.

Jack ostrożnie wykonał polecenie i przyjrzał się mężczyźnie stojącemu w cieniu chaty. Był to typowy mieszkaniec prefektury Dekugarten. Hebanowa skóra, czarna broda z siwymi odrostami i kraciasta koszula z podwiniętymi rękawami przedstawiała obraz farmera z dziada pradziada. Karabinek typu powtarzalnego wycelowany był w pierś Jacka, a znad szczerbinki spoglądało na niego zwykłe, pozbawione skazy oko.

– Jesteś nieśmiertelny… – stwierdził sucho farmer.

– A ty co? Wypisałeś się z klubu?

– Chodzi mi o to, że już kiedyś umarłeś.

Jack skinął niechętnie głową. To, ile razy zdarzyło mu się paść, wolał zachować dla siebie, dlatego szybko zmienił temat.

– Możemy porozmawiać w cieniu? Straszne tu gorąco.

Mężczyzna opuścił lekko broń.

– Gadatliwy jesteś… – rzekł mniej groźnym tonem.

– I dobrze wychowany, panie…

Broń niemal zupełnie opadła, a napięcie widoczne w postawie farmera gdzieś uleciało.

– Henry Todd Respol – przedstawił się brodacz. 

Sprawiedliwy wzdrygnął się, jakby w ten gorący dzień dopadł go nagły powiew mroźnego wiatru, i odruchowo chwycił radio zwisające z troków plecaka. “Niejednemu psu Burek na imię”, mawia stare przysłowie, ale Jack miał wrażenie, że to nie jest zwykły zbieg okoliczności. Nie w tym świecie, nie w tych czasach.

 

***

 

– Muszę przyznać, że najadłem się przez ciebie nieco strachu – westchnął Henry z nieskrywaną ulgą, zamykając za Jackiem drzwi. – Rzadko można spotkać człowieka ze skazą, który sprawia wrażenie… 

– Normalnego? – Jack szybko podsunął słowo. 

– Chyba lepiej bym tego nie ujął. Masz szczęście, że się odezwałeś. – Henry potrząsnął karabinem. – Zazwyczaj kręcą się tu pielgrzymi, którzy odrywają się od korowodu w poszukiwaniu… 

– Wiem. Też to czuję – przerwał gospodarzowi Jack. 

Trochę ryzykował zdradzając mu swoje pragnienie. Henry wykazał się jednak gościnnością, więc Sprawiedliwy czuł obowiązek grania w otwarte karty, choćby ze zwykłej przyzwoitości.

– Aha… – Henry cały się spiął i nerwowo poprawił karabin wiszący na ramieniu. – Jakie to uczucie?

– Powiedzmy, że chyba wiem, co czuje były palacz. Przynajmniej na razie.

– Ale nie zamierzasz…

– Jestem raczej typem alkoholika – wtrącił Jack, siląc się na uśmiech. 

Henry pokiwał głową. Trudno powiedzieć, czy odpowiedź go satysfakcjonowała, ale wyraźnie się rozluźnił.

– Taki głód to ja rozumiem, kolego. Ale nie wolno tak na pusty żołądek…

Henry podsunął gościowi porcję kleiku kukurydzianego, który przypominał bardziej paszę dla zwierząt niż normalny posiłek. Mimo to Jack jadł ze smakiem, choć w pewnym momencie po prostu odstawił talerz, nie dokańczając jedzenia.

– Nie smakuje? – spytał gospodarz, który rozsiadł się wygodnie na siedzisku po przeciwnej stronie stołu, tuż obok opartego o ścianę karabinu.

Pytanie to miało podwójne dno, z czego Jack doskonale zdawał sobie sprawę. Nieśmiertelność miała dwa oblicza. Pierwsza, ta bardziej przerażająca (szczególnie za pierwszym razem) sprawiała, że śmierć była jak sen, z którego można się obudzić. Druga należała do pielgrzyma, który był prawdziwie nieśmiertelny. Żadna rana, żadna choroba i żaden głód nie mógł go uśmiercić. Granica między tymi stanami była płynna. Człowiek ze skazą, z pozoru wciąż pozostający sobą, mógł w każdej chwili ocknąć się w zupełnie innym miejscu i czasie – był to znak, że kolejna śmierć może być początkiem pielgrzymki. Henry wiedział jednak, że istniały bardziej subtelne objawy. Należały do nich brak apetytu, rozkojarzenie i nieobecne spojrzenie, których próbował dopatrzeć się w swoim gościu.

– To najlepsze, co zdarzyło mi się zjeść od wielu tygodni – odparł Jack. – Chciałbym jednak zachować nieco na drogę. Jeżeli można.

Farmer wzruszył ramionami.

– Jak chcesz – rzekł pozornie obojętnie. – A dokąd w ogóle zmierzasz?

Jack, nauczony przykrymi doświadczeniami, wolał nie zdradzać zbyt wiele. 

– Przed siebie – odparł jedynie.

– Wolałbym, żebyś był bardziej rozmowny – naciskał Todd i niby przypadkowo rzucił okiem na karabin.

– Mam nadzieję znaleźć coś na końcu drogi.

 

Mnie.

 

Jack pomachał ręką, jakby odganiał niewidzialną, ale nachalną muchę. 

– Można wiedzieć co takiego? – Todd nie ustępował.

Jack uśmiechnął się, upił kilka łyków wody i spojrzał za okno zastanawiając się, czy powiedzieć mu o radiu, sygnale i narratorce. Poruszanie tych tematów było dla Jacka równie bezpieczne co wyciągnięcie zawleczki z granatu.

– To bardzo złożona i osobista sprawa. Przeczekam ten skwar i ruszam dalej.

– Nie ma się co spieszyć. Do zachodu jeszcze daleko, a ty wyglądasz na zmęczonego. 

– Prawdziwy z ciebie samarytanin. 

– Nie martw się, moja gościnność ma swoją cenę.

– Loreny zostawiłem w innych spodniach. 

– Pieniądz znacznie stracił na wartości, przynajmniej od momentu, w którym ktoś uczynił nas nieśmiertelnymi.

Jack nie mógł nie zwrócić uwagi na dobór słów, których użył Henry. Generalnie mało kto miał pojęcie o źródle klątwy i większość ludzi mówiła po prostu, że “stali się” nieśmiertelni nawet nie podejrzewając, że za tym “ktoś” stał.

– Jak na farmera z pogranicza wiesz całkiem sporo.

– Ale wciąż za mało. Nie przejmuj się jednak, cena nie jest wielka. Po prostu odpowiedz mi na kilka pytań. Jaki jest szlak? Co się dzieje w świecie? 

Jack wzruszył ramionami i milczał przez chwilę. Zastanawiał się, jak wiele może mu powiedzieć. To nie tak, że gospodarz nie uwierzyłby w jego historie. Problemem była umęczona dusza Sprawiedliwego, który wolał nie rozdrapywać przeszłości, a niemal każda historia ze szlaku wiązała się z bólem, którego wolał unikać.

Z tego powodu czasem zazdrościł pielgrzymom. Żadnych emocji, żadnych pragnień, żadnych zmartwień. Sama li tylko tępa egzystencja. Wszyscy bali się tego jak ognia, Jack natomiast postrzegał ten stan jako kuszącą alternatywę dla drogi, którą kroczy.

– Szlag… – wyrwało mu się łamiącym głosem. Przetarł dłonią twarz chcąc ukryć moment słabości i spojrzał na Todd’a. – Mówiłeś, że masz wódkę? Proponuję więc taki układ. Ty zadajesz pytanie a ja piję i odpowiadam. Możesz pytać dopóki nie padnę. Gdy wstanę, ruszam na szlak, więc dobieraj pytania mądrze.

Henry zmierzył Jacka wzrokiem i podrapał się po brodzie, próbując odczytać coś ze zmęczonego oblicza podróżnika. Podszedł do oszklonej gabloty, z której wyciągnął zakurzony gąsiorek w kolorze bursztynu. Potrząsnął nim delikatnie i z zadowoleniem pokiwał głową. 

– Ciekawy układ – odparł w końcu, otwierając butelkę samogonu. – Na kacu chcesz wyruszyć dalej? Samobójstwo. Ale jakie to ma znaczenie, prawda?

Z salonu przenieśli się do gabinetu, który od razu zwrócił uwagę Jacka tym, że zupełnie nie pasował do farmera. Na półkach stało wiele pamiątek o wyszukanych kształtach i egzotycznym pochodzeniu. Wiele z nich pełniło rolę typowo ozdobną – mosiężny globus pokryty patyną czy filigranowy koliber z rozłożonymi skrzydłami przyciągały wzrok znawcy antyków, jednak bardziej interesujące wydały się praktyczne elementy wystroju.

Szerokie biurko i skórzany, obrotowy fotel świadczyły o wysokim statusie osoby, która tu zazwyczaj przesiadywała i Jack był pewien, że Todd na pewno nią nie był. Na usta cisnęło mu się kilka pytań, ale wolał nie nadużywać gościnności. W końcu i tak rusza dalej, zostawi za sobą Henry’ego i te przeklęte pytania. 

Zasiedli w głębokich fotelach naprzeciwko zimnego kominka. Todd przysunął mały stoliczek na szachy, ściągnął pionki i postawił na niej prawdziwego króla – samogon marki Respol. Gospodarz rozlał pierwszą, skromną porcję, która gryzła nozdrza zapachem przejrzałych śliwek i zmywacza technicznego. Wskazywało to, że trunek nadawał się bardziej do zmywania starej farby niż na ludzki żołądek, ale Jack i tak uważał, że była to najlepiej pachnąca rzecz na świecie. Farmer zaczął swoją serię pytań.

– Widziałeś technomantę?

– Jednego na pewno. – Półuśmiech wykrzywił nieco usta Jacka.

– To się nie liczy – zaśmiał się Todd. – Zresztą… Żaden ze mnie technomanta.

– Masz samochód, który chowasz w stodole. Ślady kół były wyraźne, więc jest na chodzie, co mnie nie dziwi, bo Dwaalu już praktycznie nigdzie nie ma. Masz broń palną, a nazwisko nie jest Sprawiedliwego… Kongregacja nie miałaby wątpliwości.

– Spostrzegawczy jesteś. Ale chyba się ze mną zgodzisz, że nie ma już znaczenia, kto kim jest. No więc widziałeś kogoś na szlaku?

Jack delektował się przez chwilę luksusem, jakim było wygodne, zapadające się pod człowiekiem obicie fotela. Chwycił za szklankę i wlał w siebie niemal całą zawartość. Przecenił jednak swoje możliwości, bo ogień natychmiast strawił wszystko na swojej drodze. Sprawiedliwy zaczął kaszleć jak gruźlik, natychmiast nabierając respektu do mocy samogonu.

– Widziałem wielu, którzy mogliby uchodzić za technomantów – podjął Jack, gdy wrzenie w gardle nieco ustąpiło. – Przynajmniej wedle standardów Kongregacji. Widziałem nawet grupy z godłem Dzieci Synedrionu, ale równie dobrze mogli to być maruderzy, którzy ściągnęli mundury z martwych ciał.

– A “jeszcze zwykli” ludzie? Wiesz… – Todd przyłożył palec do oka – Tacy jak ja? – zapytał, nie zapominając o “zapłacie”. 

– Tacy jak ty żyją, udając, że da się tak żyć. Że nie są nieśmiertelni. Że nie ruszą na pielgrzymkę. Ludzie wykazują się kreatywnością we wmawianiu sobie, że złe czasy miną. 

Sceptycyzm wykrzywił twarz Todda, jakby poczuł zbłąkany zapach gnoju. 

– Przesadzasz Jack. Mam swoje problemy, ale jakoś sobie radzę.

Jack parsknął, jakby usłyszał stary, ale wciąż śmieszny żart.

– “Jakoś sobie radzę” – zacytował sarkastycznie i pokręcił z niedowierzaniem głową. – W Zorii mają rytuał “długiego spaceru” – podjął po chwili. – Gdy jesteś bliski pierwszej śmierci, wywożą cię daleko za las i tam, już pieszo, ruszasz przed siebie. Nieważne, czy idziesz, czy się czołgasz… Cholera, możesz nawet leżeć tam, gdzie cię zostawili. W końcu umierasz. A potem wstajesz, ruszasz dalej i, jeżeli wciąż jesteś sobą, starasz się żyć na wygnaniu. Nie możesz zawrócić, bo gdy ludzie z wioski dostrzegą, że masz skazę, stają naprzeciw z widłami, młotami i siekierami. Nie wrócisz już do swojej rodziny, nie ze skazą. Nieważne, że wołasz wszystkich po imieniu, że widzisz w tłumie swoją rodzinę. Jeżeli naprawdę nie straciłeś rozumu, odwrócisz się i ruszysz z powrotem na “długi spacer”. 

– Co to ma do rzeczy? – zapytał gospodarz z lekkim niepokojem. 

– Wyobrażasz sobie, Todd, stać tam z widłami wycelowanymi w stronę swojego brata, siostry, ojca? Stać tam, patrząc prosto w niebieskie oczy kogoś bliskiego, kogo musisz albo wygonić, albo ponownie zabić i wywieźć gdzieś daleko? Oni nazywają to dokładnie tak jak ty… mówią: “radzimy sobie”. Stoją naprzeciw swoich nieśmiertelnych bliskich, zupełnie ignorując fakt, że czeka ich to samo. Powiedz Todd, jak w normalnym świecie można sobie z tym “jakoś radzić”? 

Todd nie odpowiedział. Zamiast tego spojrzał gdzieś przed siebie nieobecnym wzrokiem. Jack chciał trochę wstrząsnąć gospodarzem, ale efekt przerósł jego najśmielsze oczekiwania. Cisza niepokojąco się przeciągała, dlatego Jack klepnął brodacza w kolano, wyrywając go z transu. Henry nalał sobie szczodrze i z mocno zaciśniętymi oczami wypił kilka łyków.

– Co z Cheonami? – sapnął po chwili nieco złamanym głosem.

Jack nie lubił tego określenia i zawsze zastanawiał się, co stało na przeszkodzie, by nazywać ich bogami. Być może to uprzedzenia bractwa przemawiały przez Jacka, ale dla niego był to kolejny niezrozumiały zabieg Kongregacji: by jedne słowa zastępować innymi. Sprawiedliwi zawsze nazywali rzeczy po imieniu, choć Jack pamiętał czasy, gdy z szacunku do władzy starali się stosować do nowomowy.

– Nie wiem – rzekł i zamilkł.

– Musi być coś więcej. Musisz wiedzieć cokolwiek, Jack.

Arizona westchnął. 

– Naprawdę nie wiem, przyjacielu.

 

Powiedz mu. 

 

Jack już miał warknąć, żeby narratorka się nie wtrącała, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Mruknął jedynie coś pod nosem i kontynuował już normalnym tonem:

– Widywałem w drodze cheońskie posągi, ale każdy z nich stał martwy. Tydzień temu, pierwszy raz od dawna, w kamiennych oczach dostrzegłem ten cholerny błękit. Stał na drodze, nieruchomy, pozbawiony złotych zdobień czy marmurowych szat. Wodził za mną wzrokiem, ale to była jedyna oznaka tego, że był tam, w środku. Jak na “ożywiony kamień” był całkiem… No… Posągowaty. 

– I? – spytał nerwowo Todd, a w jego oczach rozpalił się podejrzany żar. 

– I nic. Nie wiem, dokąd zmierzał i jaki był jego cel – odpowiedział Jack. – Kamienna skorupa nie była skłonna do udzielania odpowiedzi na moje pytania.

Żar zgasł. Henry ponownie nalał sobie do pełna, ale upił ledwo łyczek i zapadł się w fotelu zupełnie zawiedziony. To sprawiło, że pytania rodzące się w głowie Sprawiedliwego zaczęły coraz śmielej żądać odpowiedzi. Na razie jednak odsunął je na bok.

– Wiesz kim był? – spytał w końcu farmer, zupełnie obojętnie.

Jack pokazał pustą szklankę, która natychmiast została napełniona. Samogon nie nacieszył się wolnością zbyt długo.

– Pochodził z Panteonu Preston, więc był to albo Cheon Życzliwości albo Cheon…

– …Nadziei – wtrącił Henry. 

– A więc najprawdopodobniej nadzieja umarła tam, na szlaku, kilka dni temu, w pół kroku do nieznanego celu.

Mężczyźni zamilkli, każdy z innego powodu. Jack po prostu czekał na dalsze pytania, natomiast głęboka bruzda na czole Henry’ego sugerowała, że głęboko się nad czymś zastanawiał. Choć wyraz jego twarzy był nieco skażony przygnębieniem, to Jack niemal słyszał, jak jakieś trybiki intensywnie pracują pod hebanową łysiną farmera.

– A jak tam Kongregacja? – zapytał w końcu Todd, choć jego spojrzenie było nieobecne.

– Nie ma już żadnej Kongregacji. Ich władza opierała się na magii, awatarach i Cheonach, a teraz łatwiej otworzyć parasol w dupie niż znaleźć źródło Dwaalu.

– A wy?

– Nieszczególnie nas to dotknęło – westchnął Jack – ale wynika to z prostego faktu, że dostaliśmy w dupę od Kongregacji na długo przed Wielkim Życzeniem. Wielu myśli, że cieszy nas ich upadek, ale to nieprawda. Co by złego o niej nie mówić, to jednak trzymała względny porządek w Nowym Świecie.

– Sprawiedliwy mówiący dobrze o Kongregacji? Co za czasy.

– Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Ich rządy były całkiem sprawną, ale wciąż dyktaturą, pełną cenzury i nadmiernej kontroli. No i to oni otworzyli tę przeklętą puszkę Pandory.

Jack uciął i czekał na oczywiste pytanie. Spodziewał się, że Henry będzie zainteresowany, skąd Sprawiedliwy wie, że to Kongregacja stoi za Wielkim Życzeniem, ale ku jego zdziwieniu nie pociągnął tematu. Może gospodarz uwierzył Sprawiedliwemu na słowo, może nie zwrócił w ogóle uwagi na jego oskarżenie, niemniej ilość pytań w głowie Jacka zaczęła przyprawiać go o ból głowy.

 

Powiedz mu o Alabamie, Jack… Pamiętasz?

– Och? Czyżbym zapił się na śmierć?

To tylko sen, Jack, sen z ukrytym znaczeniem. Pamiętasz? Krew na rękach, krew na plastiku, krew ciepłą i lepką, bo wciąż płynącą z wnętrza twojego przyjaciela? 

– Mam cię dość, narratorko. Sprowadź na mnie choć raz miły sen, błagam.

Mówiłam ci… To ty sprowadzasz te wspomnienia. Zagnieżdżone w czasie, niezmienne. Jesteś w nich protagonistą, Jack. Tylko protagonista nosi pancerz fabularny. Nie możesz ostatecznie umrzeć, Jack, nie możesz nawet popaść w apatię, nie możesz iść na pielgrzymkę jak inni. 

– Przez ciebie. 

Alabama leży pod obeliskiem, jego twarz jest nawet podobnego koloru. Krew na białym marmurze wygląda jak czarna plama oleju…

– Przestań…

Patrzy na ciebie brązowymi oczami, zaciska trzęsącą się dłoń na twojej.

– Przestań, błagam…

“Już nie wrócę”, mówi, “nie jako ja. Idź za sygnałem, Jack. Idź za sygnałem”. W jego umierającym obliczu odbijają się lepsze czasy. Te sprzed życzenia. Te lepsze. 

– Nie pamiętam… 

Ale ja pamiętam.

– Opowiedz mi, błagam…

Dobrze, Jack… Opowiem…

 

Była już noc. Jack otworzył powoli oczy i wstał ostrożnie, spoglądając na gospodarza. Henry siedział w fotelu pogrążony w głębokim śnie. Sprawiedliwy nie mówił tego gospodarzowi, ale wielokrotna śmierć znacznie uodporniła go na efekty działania alkoholu, choć wzmagała inny, przerażający głód.

 

Nie pozwolę ci, Jack. Wciąż masz to, co oni stracili.

 

Różne pytania zaczęły nurtować Sprawiedliwego, gdy tylko przekroczył próg tego domu. Początkowo zamierzał je zignorować i nie wściubiać nosa w nieswoje sprawy, jednak natura Sprawiedliwego wzięła górę.

Mimo iż Jack był pewien, że Todd jest zalany w trupa, nie podejmował zbędnego ryzyka i zważał na każdy stawiany krok. W tę bezchmurną noc księżyc zaglądał bladym światłem przez mętne szyby okien, co ułatwiało swobodne przemieszczanie się po domu. Wydawało się, że wszelkie koszmary będą schowane w piwnicy, ale Todd trzymał tam tylko kupę żelastwa, stare meble i pokryty pajęczynami stół warsztatowy. Jack potrafił sobie wyobrazić jak Todd siedział tu niegdyś godzinami, ale teraz było to zakurzone, trójwymiarowe zdjęcie przeszłości.

Na piętrze znajdowały się trzy pomieszczenia i drzwi prowadzące na strych. Wszystko, poza sypialnią, było zamknięte na klucz. Jack nie wnikał w powody, dla których Todd je pozamykał, po prostu cichy szczęk wszelkich zablokowanych drzwi wzbudzał jego zainteresowanie.

Na sypialnię ledwie rzucił okiem, gdyż nie spodziewał się po gospodarzu ukrywania czegokolwiek w jedynym otwartym pokoju, zabrał się więc za rozpracowywanie prostego zamka dwuskrzydłowych drzwi prowadzących do pokoju obok. Dłonie zamarły mu jednak w połowie pracy. Wrócił do otwartej sypialni i jeszcze raz zlustrował pomieszczenie. 

Podwójne łóżko, zatopione w bladoniebieskim świetle księżyca, wyglądało zachęcająco wygodnie, ale również na dawno nieużywane. Drewniana szafa z lustrem (niewątpliwie wykonana ręką młodszego Todda) stała naprzeciw łóżka, a z małego zameczka wprawionego w drzwi szafy wystawał niewielki kluczyk. Na nocnych stolikach, przytulonych do obu stron łóżka, stały lampy oliwne osłonięte białym abażurem. Absolutnie wszystko było pokryte cienką warstwą kurzu. Wnioski z tej obserwacji nasuwały się same.

Jack wrócił do podwójnych drzwi, których zamek bez trudu rozpracował. Za nimi kryła się całkiem bogata biblioteka. Na półkach i w gablotach znajdowały się książki z dziedziny nauk goecyjnych i teorii Dwaalu. Na stole leżało kilka innych, o podobnej tematyce, a tuż obok papiery z rysunkami lemegetonów i notatki wciąż pachnące świeżym atramentem.

– Zmieniłeś hobby, Todd… – mruknął Jack przyglądając się zapiskom.

Henry był zielony w dziedzinie goecji, co odzwierciedlały jego bazgroły. Jack zaczął naukę bardzo późno, ale miał szansę stosować ją w praktyce jeszcze przed Wielkim Życzeniem, stąd też bez problemu dostrzegał masę błędów zawartych w szkicach. Nie było to dziwne, bo Henry połasił się na naukę w czasach, w których praktykowanie jest w zasadzie niemożliwe, a bez tego trudno osiągnąć przyzwoity poziom.

Jack cofnął się na korytarz, zignorował drugi, zamknięty pokój i od razu przeszedł do tych prowadzących na strych. Te także nie stanowiły żadnej przeszkody dla jego wytrychów. Otworzył je cicho i kocim krokiem powoli wspinał się po drewnianych schodach, zatapiając się w totalnej ciemności i zapachu stęchlizny.

Oczy nie mogły przyzwyczaić się do mroku panującego na poddaszu, więc Jack poruszał się zupełnie na oślep, próbując nawigować szerokimi ruchami rąk. Spodziewał się potykać o szpargały, stare skrzynie i wplątywać w niezliczone ilości pajęczyn, ale nic z tego. Strych był kompletnie pusty, a przynajmniej zdawał się taki być. Jack utonął w zupełnej otchłani i niepokojącej ciszy. 

Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach nie brnąłby dalej, ale Jack po prostu nie potrafił się zatrzymać. Wtedy w martwą ciszę wkradł się oddech. Nie należał do Jacka, nie był to również oddech zwierzęcia. Był to miarowy, monotonny oddech pełen stagnacji.

W ciemności zalewającej strych pojawiła się znikąd para niebieskich oczu tak wielkich i tak bliskich, jakby Jack patrzył w lustro. Skaza nieśmiertelnych żarzyła się tak mocno, że dało się zobaczyć zarysy naciągniętej na policzkach szarej skóry. Jack cofnął się gwałtownie, ale powstrzymał odruch ucieczki. Pielgrzym ruszył leniwie do przodu, by natychmiast zostać zatrzymanym przez łańcuch, który wydał z siebie charakterystyczny dźwięk. Sprawiedliwy wiedział, w czyje oczy spogląda. 

– Nadużywasz mojej gościnności, Jack – zaspany głos Todda dobiegł od strony wejścia. 

Jack odwrócił się powoli, czując na plecach punkt, w który za chwilę może trafić kula z karabinu. Sylwetka Todda była wyraźnie zarysowana na tle framugi przez światło księżyca wspinające się z piętra niżej. Henry, ku lekkiemu zaskoczeniu Jacka, zamiast karabinu trzymał butelkę, której nie zdołali opróżnić tego wieczoru.

– Wścibski jesteś – w głosie Todda nie było złości, nie było żalu, nie było niczego. Po prostu mówił żeby mówić. 

– Takie zboczenie zawodowe.

Jack chciał, by w jego tonie rozbrzmiała pewność siebie, ale pomiędzy słowa wkradło się nerwowe chrząknięcie. 

– Miałeś ruszyć gdy tylko wstaniesz. Skoro tu wciąż jesteś, to czas – Todd potrząsnął butelką, w której wciąż chlupotał alkohol – na drugą rundę.

Jack skinął głową, choć w tej ciemności Henry nie mógł tego zobaczyć. Gdy zbliżył się do niego, nie zobaczył w pijackim spojrzeniu ani krztyny złości. Tylko smutek. 

Gdy schodzili w milczeniu, Jack przypomniał sobie o drugim, zamkniętym pokoju i odruchowo spojrzał ponownie w ciemność strychu. Gdy dostrzegł drugą, niżej położoną parę oczu, odwrócił się i spojrzał na gospodarza. Todd schodził sztywno po schodach i ani razu się nie obejrzał. 

 

W kominku zawitał czerwony płomień, który rósł w siłę z każdym dołożonym drwem.

– Pewnie wydaje ci się, że już wszystko wiesz, że wszystko rozumiesz – warknął gospodarz. – Gówno wiesz.

W kominku trzaskał ogień, budząc do życia zaspane cienie na twarzach dwóch mężczyzn. Henry napełnił szklankę Jacka, swoją pozostawiając pustą, i odstawił butelkę. Todd wyglądał na przygnębionego i Jack domyślał się, że z wielką chęcią dalej lałby w siebie samogon, jeżeli uciszyłoby to depresyjne myśli. Todd wykazał się jednak ogromną siłą woli, by odpuścić. Ciekawy człowiek, pomyślał Jack, choć wciąż ułomny.

– A co tu rozumieć? – Sprawiedliwy spojrzał Toddowi prosto w oczy. – One umarły… i to wielokrotnie. Teraz to apatyczne skorupy garnące się do pielgrzymki. I nie chcę nawet zadawać oczywistego pytania…

– Dlaczego ja wciąż mam się świetnie? – zapytał Todd z przekąsem. – Dlaczego ja nie umarłem, ani razu? Odpowiedź jest prosta: nie było mnie tu, gdy to się stało.

– A w łańcuchy zakuły się same? – Jack parsknął, napił się i taksował Todda swoim błękitnym spojrzeniem. Im dłużej jednak patrzył, tym bardziej docierało do niego, że strzelił w dziesiątkę. Todd zacisnął szczękę tak mocno, że Jack niemal słyszał zgrzytające zęby. Nie dławił jednak gniewu, tylko emocje. 

– Choleron… – mruknął zrozumiawszy, że trochę się wygłupił.

Todd wstał i w milczeniu podszedł do mahoniowego biurka. Otworzył z ociąganiem jedną z szuflad i wyją mocno wymiętą kopertę, którą po chwili wahania wręczył Jackowi. 

– Moja żona była Kongregatem, Jack. Co za mezalians. Ten gabinet należał do niej, tu pracowała. – Todd na chwilę się uśmiechnął i zerknął na biurko. – Tu poczęliśmy dziecko. 

Jack wyjął papier noszący ślady wielokrotnego składania. Zerknął na Todda, który wlepił wzrok w trzaskający ogień. Jack rozłożył list.

 

“Przepraszam, że umarłyśmy. Złe mięso nas zabiło. Gdy padła świnia odkryłam, że w błocie leży trup. Już go nie ma, bo wstał i ruszył dalej, ale zostawił chorobę. Musiałam wybić resztę trzody. Została nam tylko kukurydza i weki, ale choroba przechodzi między cyklami i je przyspiesza. Próbowałam hexów, ale za mało Dwaalu ze zwierząt.

Przepraszam, kochany, za słowa słabe, ale umysł tężeje z każdym cyklem. Nie wiem, ile czasu mi zostało. Nie chcę ruszać na pielgrzymkę, chcę mieć nadzieję. Nasz widok będzie bolesny, ale wierzę w ciebie, kochany. Coś się wydarzy, że wrócimy, że Valor się odbuduje. Chcę znów mieć cię w ramionach i wiedzieć, że to ty, kochany. Przepraszam, że bez imienia, ale nie widzę go przez mgłę. 

Chcę cię znowu poznać. Wierzę w ciebie. Ja i twoja mała. Dobranoc”.

 

Sprawiedliwi od zawsze mieli trudne zadanie. Szerzenie ładu i porządku tam, gdzie żadna władza nie sięga, wymagało od nich pogodzenia dwóch sprzecznych natur. Z jednej strony musieli chować emocje głęboko w kieszeń, bo przeszkadzały w obiektywnym spojrzeniu na świat. Z drugiej musieli wykazać się sporą dozą empatii, by dostrzegać krzywdę i niesprawiedliwość, którą próbowali przecież zwalczać. Dlatego Jack był poruszony historią przedstawioną w liście. Emocje budzące się w trakcie lektury spotęgował fakt, że w myślach czytał list głosem narratorki.

Sprawiedliwy sięgnął po szklankę i szybko wypił zawartość. Mógł wtedy sobie wmówić, że szczypiąca wilgoć zbierająca się w oczach pochodzi od palącego gardło ognia. Oczy Henry’ego również zaszły mgłą, ale była to mgła wspomnień.

– Siren dowiedziała się o Życzeniu, gdy wezwał ją Deuk Ascorba. Ja zostałem z małą, ona ruszyła natychmiast do siedziby zakonu. Gdy wróciła, wyglądała na przerażoną. “To koniec Kongregacji, Henry”, powiedziała. Nigdy nie zdradziła mi, co dokładnie się wydarzyło, ale wspominała, że ktoś zdradził Kongregację, i że to – Henry pokręcił palcem w powietrzu – jego sprawka. Podobno w stolicy wybuchł totalny chaos. Gdy wszechobecny Dwaal zaczął nagle znikać, Siren postanowiła odciąć się od zakonu i Kongregacji. Gdy spytałem dlaczego, złapała mnie za dłoń i powiedziała: “Dwaal został tylko w nas, w ludziach bez skazy, Henry” i spojrzała na nasze dziecko. Nie nazywała tego nieśmiertelnością. Używała bardziej… egzotycznych słów, zapewne pochodzących z zakonnej nomenklatury. Przyznam, że nic z tego nie rozumiałem. 

– Nic dziwnego. Była z zakonu Foritariuszy.

Henry kiwnął głową z uznaniem.

– Skąd wiesz?

– Deuk to tytuł naukowy w ich zakonie. Znałem jednego. Powiedz mi lepiej, czemu je opuściłeś.

– Role się zwyczajnie odwróciły, Jack. Wcześniej to ja zajmowałem się gospodarstwem, a Siren nas utrzymywała i chroniła. Była cholernie dobrą, zadziorną goetką. – Henry uśmiechnął się na chwilę do wspomnień, ale radość ta szybko zgasła. – A potem wydarzył się ten kataklizm. Bez Dwaalu Siren była bezsilna. 

Brwi Henry’ego znacznie opadły, a czoło wykrzywiła głęboka bruzda.

– Z jedzeniem nie było problemu, ale samymi widłami swojej rodziny bym nie obronił. Wiedziałem, gdzie zdobyć broń. Problemem było dotarcie do osoby, która ją miała i zajęło to trochę czasu… Za dużo czasu.  

Sprawiedliwy ponownie zatopił się w treści listu. Trzeba być szalenie inteligentnym, by zostać foritariuszem i Jack nie wątpił, że kilka ksiąg w tym domu było autorstwa Siren. Wystarczyło kilka śmierci, by pozbawić ją znacznej części zdolności intelektualnych, przez co list wyglądał jak napisany przez dziecko. 

– Współczujesz mi – zauważył farmer, odczytując emocje malujące się na twarzy Sprawiedliwego. – Mimo śmierci. Który to cykl? Pierwszy? Drugi?

Jack milczał bardzo długo, rozmyślając nad udzieleniem odpowiedzi. Nie wiedział, jak Henry zareaguje na tę informację, ale czuł, że jest mu winny odrobinę szczerości. 

– Zgubiłem rachubę przy dwudziestym. 

Henry’ego zwyczajnie zatkało. Nie spotkał do tej pory nikogo, kto przetrwałby tyle śmierci i nie został pielgrzymem. Przez chwilę podejrzewał nawet, że Jack go okłamuje, ale im dłużej się w niego wpatrywał, tym bardziej był przekonany, że mówił prawdę. 

Ze wszystkich wersji nieśmiertelności, jakie Henry znał z książek i opowiadań, dostali tę najgorszą. Pozwalała ona bez końca doświadczać śmierci w różnych jej postaciach. Jeżeli jego gość przetrwał aż dwadzieścia, to wolał nie pytać o przyczyny – miał tylko nadzieję, że były szybkie i bezbolesne. 

– Święte zastępy… – szepnął Todd. – Jakim cudem wciąż…

– Nie wiem. – Jack podniósł dłoń ucinając dyskusję. – Naprawdę nie wiem. Już dawno powinienem pielgrzymować, a jednak…

 

To dzięki mnie.

 

Jack pokręcił głową, odganiając cudze myśli.

– Nie chcę o tym rozmawiać. Najważniejsze, że jestem w drodze.

– Dokąd? 

Tym razem to Jack wstał i podszedł do plecaka, z którego wyciągnął walkie-talkie.

– Szukam źródła sygnału – powiedział, stawiając pokaźne urządzenie na biurku. Ciche kliknięcie obudziło radio, które zalało pomieszczenie falami morza statika. Trzaski drewna mieszały się z szumem radia, potęgując wrażenie wszechobecnego eteru.

 

– szszszszszsz… trzask… szszszsz…

 

– I niby ja jestem technomantą? – rzekł sarkastycznie Todd, ale jego mina wyrażała fascynację. Oczy wręcz szkliły się na widok starej, ale wciąż sprawnej technologii.

Wiekowe Walkie-talkie, odrapane z zielonej farby, nosiło wiele głębokich blizn. Obudowa była w opłakanym stanie i chyba tylko bandaż wzmocniony żywicą trzymał ją w kupie, ponieważ tylna część była pęknięta i pozbawiona sporego fragmentu. Z boku urządzenia ktoś dokonał chałupniczych przeróbek, bo wycięto w niej miejsce na kilka pokręteł i klawiaturę, której przyciski były zupełnie wytarte i wklęsłe od wieloletniego użytkowania. Z tyłu, przy pomocy taśmy klejącej, przymocowano zespół baterii sprzężonych z niewielkim mechanizmem korbowym, którego rączka leżała w plecaku Jacka. Czarny guzik służący do nadawania był w połowie wyłamany a zaślepka w dolnym cylindrze, za którym krył się mikrofon, zaginęła lata temu, zastąpiona przez fragment bandaża.

 

– szszszsz

 

– To jest ten sygnał? Ten szum? – zapytał Todd, badawczo spoglądając na urządzenie.

– Nie, to fale morza statika. Ktoś odezwał się na alarmowej częstotliwości, której używają Sprawiedliwi. Po raz pierwszy złapałem sygnał kilka tygodni temu, na posterunku Sprawiedliwych w Delcie rzeki Gwiezdnej, gdzieś na granicy prefektury Hirugarten. Drugi raz całkiem niedawno, bo właśnie w Preston…

 

Uważaj, Jack…

 

Sprawiedliwy zaciął się tak gwałtownie, że Henry zaczął podejrzliwie na niego łypać.

– I?

Za każdym razem, gdy Jack zdradzał komuś swój cel, przewrotny los wiązał kolejny supeł na linie, która wyciągała go z kłopotów, jednocześnie wieszając na niej kogoś innego. Było tak wiele razy. Arijka, Peter, Allion, Alabama, Meiva… Wszyscy nie żyli – przynajmniej nie w dotychczasowym sensie.

– W obu przypadkach – westchnął Jack – kobiecy głos kazał mi iść na wschód.

– Kobiecy głos? Chcesz mi powiedzieć, że idziesz na ślepo, bo usłyszałeś jakiś głos w radiu?

 

Hahaha!

 

– Wywołał mnie po imieniu.

– Mogłeś mieć halucynacje.

 

Hahaha!

 

Obaj wlepili spojrzenie w radio, jakby było magicznym urządzeniem z innego świata. 

 

– Trzask… szszszsz… 

 

Jack spojrzał za okno, gdzie dostrzegł blade promienie jutrzenki.

– Niedługo ruszam – powiedział głucho. 

– To głupota – stwierdził stanowczo Todd. – Po co tam idziesz? Dwadzieścia śmierci? Dla drogi na wschód? Co tam znajdziesz? Wybrzeże co najwyżej… – Jack usłyszał złość rodzącą się w głosie gospodarza. Raz po raz zaciskane pięści tylko potwierdzały jego spostrzeżenie. Todd bił się wyraźnie z myślami. – Na co masz nadzieję? Że co? Że niby co tam znajdziesz?

– Nie wiem, Todd. Może znajdę tam kolejną śmierć, a może zbawię świat, a może… zawrócę. Nie wiem. Ale póki mogę, idę tam, bo nie mam wyjścia. Siedzieć w miejscu i wyczekiwać kolejnych śmierci nie zamierzam. 

Jack zamilkł, Todd wbił wzrok w podłogę a ogień niemal zgasł, dusząc się pod zwęglonym, żarzącym się gdzieniegdzie drewnem. 

 

***

 

Jack sprawdzał dokładnie zawartość plecaka. Miał wodę i wikt, który powinien starczyć na kilka dni i to było najważniejsze. Przez skórę czuł jednak, że tak łatwo nie opuści tego przystanku.

Gdy Henry pojawił się w kuchni, nie powiedział ani słowa. Wyciągnął słoik powideł, przerzucił część do szklanki i zalał zimną wodą. Najwyraźniej męczył go kac, czemu trudno się dziwić. Napięcie rosło w przedłużającym się milczeniu, gdy w końcu przerwał je Henry.

– Za moim domem jest polna droga. Prowadzi do głównej arterii, która leci niemal idealnie na wschód – powiedział, intensywnie mieszając napój. – Nim jednak ruszysz dalej, miałbym małą prośbę. 

– Hm… – mruknął Jack, spodziewając się kłopotów.

Henry pochłonął kompot z kawałkami owoców w kilka sekund.

– Chodź – westchnął z ulgą. – Pokażę ci.

 

Poranek przywitał mężczyzn lekkim chłodem. Słońce jeszcze chowało się za horyzontem, pobielając powoli granatowe niebo. Jack szedł za gospodarzem podziwiając pustą zagrodę i cichy kurnik. Trudno powiedzieć, czy to chłód, czy to martwa cisza panująca w gospodarstwie powodowała u niego gęsią skórkę.

Stodoła z bliska nie wyglądała solidnie. Czerwona farba odchodziła płatami, sucha jak popiół, a pod nią skrywały się deski, które wyglądały, jakby miały pęknąć pod ciężarem masywnego dachu. Henry naprawdę zaniedbał swoje obowiązki, pomyślał Jack. Wrota stały szeroko otwarte, ukazując przykryty brezentem samochód. 

– Chciałbym, abyś został nieco dłużej. – Henry złapał pokrowiec i szarpnął zamaszyście, odsłaniając wyładowaną po brzegi pakę samochodu. – Muszę pojechać w jedno miejsce, a nie mogę zostawić mojej rodziny samej…

Jack zatrzymał się i westchnął. Stał tak chwilę zastanawiając się, co powiedzieć – a raczej, czy w ogóle się odzywać. Mógłby zostać. Odpocząłby przed podróżą, naprawił buty i zaszył dziury w płaszczu. Mógłby, ale nawet przy wyłączony radiu czuł przez skórę sygnał. 

 

Znajdź mnie na wschodzie, Jack… 

 

– Chcesz jechać do tego Cheona, do Preston – odezwał się w końcu Jack. 

Henry nic nie odpowiedział, co wystarczyło Jackowi za potwierdzenie. 

– Chcesz wyssać z niego resztę boskiego Dwaalu, żeby poćwiczyć parę hexów.

Henry wciąż milczał, ale w jego oczach widać było napięcie. Wciąż uparcie szykował wóz do wyjazdu, zupełnie ignorując zimny ton Jacka.

– Proszę cię tylko, byś został tu dzień, może dwa… – powiedział w końcu ponuro, otwierając drzwi od strony kierowcy.

– Nie zrobię tego, Todd. – Jack pokręcił głową.

Henry zamknął drzwi. Wóz był na tyle stary, by wręcz wymagać nieco większej siły, by je zatrzasnąć, ale tym razem gospodarz zrobił to na tyle mocno, by całym autem zachybotało.

– Dlaczego? – Henry mówił spokojnie, ale w tym spokoju czaiła się nadchodząca burza. – Proszę cię o tak niewiele, a ty…

Jack podniósł rękę, Henry zamilkł.

– Wiem, że chcesz odczynić klątwę nieśmiertelności. – Jack mówił powoli, starając się ważyć słowa. – Kiepski ze mnie goeta, ale potrafię rozpoznać jeszcze gorszego. Widziałem twoje notatki, Todd…

W oczach farmera pojawił się dziki pobłysk. Jack nie miał wątpliwości, że jedno złe słowo i Henry wpadnie w szał.

– Muszę próbować – powiedział farmer, wciąż siląc się na spokój. 

– Wiesz, czym zajmował się zakon Foritariuszy od samego początku istnienia? Studiowali goecję. Jeżeli ktokolwiek miałby szansę stawić czoła temu wyzwaniu, to twoja żona. Ale nie ty, Todd. 

Henry zaczął iść w kierunku Jacka zaciskając raz po raz pięści. Sprawiedliwy dobrze znał ten krzywy wyraz twarzy. Widział go setki razy. 

– To co? Mam po prostu zrezygnować? – warczał wściekły farmer. – To chcesz powiedzieć? 

– Cel jest szlachetny. Po prostu uważam, że droga do niego jest błędna.

Henry zatrzymał się przed Jackiem i wbił boleśnie palec wskazujący w jego pierś. Jack dzielnie przyjął cios i ani myślał się cofnąć.

– Moja droga? Moja!? – krzyknął wściekły. – A co z twoją? Idziesz przed siebie wodzony za nos głosem chuj wie skąd i co? Jakieś sukcesy poza dwudziestoma zgonami? 

 

Powiedz mu.

 

Jack wziął głęboki oddech, spojrzał gdzieś w dal i westchnął przeciągle. 

– Arijka była moją przyjaciółką z dzieciństwa, jeszcze zanim dołączyłem do Sprawiedliwych. Potem była wojna, po której Sprawiedliwi stracili dobre imię. Byłem zaszczuty, Todd. Ale gdy spotkałem ją po latach, jako jedna z niewielu osób sprawiła, że znowu poczułem się… 

Słowo ugrzęzło w gardle Sprawiedliwego. Henry przez dłuższą chwilę wpatrywał się w niego, ale po chwili opuścił dłoń, a gniew gdzieś uleciał. Zrozumiał.

– Jest na pielgrzymce – stwierdził ponuro. 

Jack skinął głową. 

– Gdy za dzieciaka trafiłem pod opiekę Sprawiedliwych, poznałem Meivę. Dorastaliśmy razem w Forcie, zaprzyjaźniliśmy się… Wysoka jak Cheon, chuda dziewczyna, której los poskąpił urody, ale dla mnie nie miało to znaczenia. Zadurzyłem się. Dorastaliśmy, przeżywaliśmy lepsze i gorsze chwile, ja przyjąłem nazwisko Arizona, ona Texas. 

Jack wyciągnął przed siebie dłoń, wyprostował dwa palce imitując lufę i naciągnął kciukiem wyimaginowany kurek.

– Mieliśmy takie głupie pozdrowienie. Nazywaliśmy to “pistolecikami”… – Jack nacisnął niewidzialny spust. – Bang…

Henry po raz pierwszy zobaczył, że Jack uśmiechnął się szczerze. Łatwo było to poznać, bo śmiały się również jego oczy. Nie trwało to jednak długo, radość wyparowała niemal tak szybko, jak się pojawiła. Jack opuścił bezwładnie rękę, jakby stracił w niej czucie.

– Jest ich więcej, Todd – dodał zaciskając szczękę.

– Przykro mi… – mruknął Henry, który wyglądał, jakby zeszło z niego całe powietrze. 

– Pragnę tego, co ty – powiedział Jack patrząc na Henry’ego. – Sprawić, że znowu będą sobą. Sygnał daje mi na to nadzieję, a droga szansę. Nie mogę spełnić twojej prośby, bo wiem, że to strata czasu. Pusty gest, który przedłuży twoją agonię i sprawi, że umrzesz, i to wielokrotnie, w beznadziei i rozpaczy.

Henry zesztywniał nagle i już na jego obliczu ponownie zagościła złość, gdy Jack znowu się odezwał:

– Wiem to z doświadczenia – szepnął, po czym odwrócił się, poprawił plecak i ruszył w swoją stronę. 

Henry go nie zatrzymał.

 

Jack szedł szeroką drogą otoczoną połaciami kukurydzy, osłaniając oczy rondem kapelusza przed porannym słońcem. Choć stopy nie do końca zdążyły się zagoić, Sprawiedliwy cieszył się, że ponownie jest w drodze. W duchu życzył farmerowi powodzenia w dążeniu do celu, choć wiedział, że limit spełnionych życzeń w tym świecie został dawno przekroczony.

Pośród delikatnego wiatru głaszczącego pola usłyszał znajomy dźwięk. Metaliczny zgrzyt połączony z nieregularnym pomrukiem maszyny dobiegał zza jego pleców. Jack wsunął się na metr w głąb pola i wyciągnął rewolwer, obserwując narastający tuman kurzu zbliżający się od chałupy Todda. Gdy wreszcie zobaczył pojazd, Jack schował rewolwer do kabury i ponownie wyszedł na drogę. Czerwony pickup już dawno stracił powłoki lakiernicze w wielu miejscach, a sam kolor był ledwie bladym odcieniem dawnej świetności. Silnik klekotał nierówno a zawieszenie zgrzytało jak sprężyny starego łóżka, ale Jack i tak był pod wrażeniem, że wóz jest na chodzie.

Pickup zatrzymał się obok, sprowadzając na Jacka duszący kurz wymieszany ze śmierdzącymi spalinami. Silnik zgasł, Todd wysiadł z samochodu i obszedł leniwie wóz od strony maski, zawieszając swobodnie karabin na ramieniu. Zatrzymał się przed Jackiem, oparł o nadkole i milczał przez chwilę, gdy kurz powoli opadał.

– Trochę mi tam nagadałeś – powiedział w końcu i parsknął. – To dla mnie jednocześnie żenujące i zabawne. 

Jack milczał.

– Dlaczego zwracasz się do mnie per “Todd”? – Farmer zmienił temat. – To moje drugie imię, wszyscy inni mówią mi Henry.

Sprawiedliwy rozejrzał się dookoła, jakby bał się, że ktoś będzie podsłuchiwał. Odpiął uprząż plecaka i ostrożnie postawił go na ziemi. 

– Był taki Sprawiedliwy… Todd Alabama. Niejednokrotnie przyszło mi z nim pracować na szlaku, jeszcze przed Wielkim Życzeniem. Ostatni raz spotkałem go w Stolicy. Było z nim cholernie źle.

Jack sięgnął po radio przytroczone do plecaka, odpiął je i zważył w ręce. 

– To jego radio. Dał mi je tuż przed pierwszą śmiercią. Powiedział, że już nie wróci, przynajmniej nie jako on. I miał rację. Gdy ponownie wstał, ruszył na pielgrzymkę. Kazał mi dbać o to radio jak o skarb droższy od własnego życia. Kilka swoich zgonów zawdzięczam spełnianiu tej prośby.

– Skąd wiedział, że nie wróci? 

Jack bardzo długo milczał, wpatrując się tępo w walkie-talkie. Gwałtowny powiew załopotał jego płaszczem i zgiął łodygi kukurydzy, przyciskając je nieco bliżej ziemi. Ziarenka piasku pogryzły metalową karoserię wozu i poleciały dalej.

– Ktoś mu to powiedział – rzekł w końcu. Miał wrażenie, że urządzenie przybrało znacznie na wadze. – Przez radio.

Todd spojrzał w bok, mrużąc oczy. Gapił się w suchą kukurydzę, jakby skrywała tajemnicę Dwaalu. Co rusz otwierał usta, by zaraz je zamknąć i dalej analizować kosmiczne wzory tworzone z łodyg szarpanych przez powiewy wiatru.

– Łudziłem się, ale… Masz rację. Tak im nie pomogę. Tam natomiast… – Wskazał skinieniem wschód. – Sam powiedziałeś, że chcemy tego samego. Może tam znajdę coś… Cokolwiek…

– Albo umrzesz. Wielokrotnie. I dołączysz do pielgrzymki.

Todd wzruszył ramionami.

– Prędzej czy później dołączę – przyznał niechętnie farmer. – Ale nie będę po prostu na to czekał. 

– A co z nimi? – Jack wskazał kciukiem za plecy. – Zostawisz je tam? 

Todd popatrzył w kierunku swojego domu. Gdyby nie pole kukurydzy, dostrzegłby w oddali jego zarys – dach, który sam kładł w młodości z ojcem, fasadę pomalowaną na niebiesko mimo kłótni z Siren, a może nawet zobaczyłby stracha na wróble, którego wypchał i wystroił z córką. Łzy wezbrały momentalnie w oczach Todda a jego grube palce prawie wgniotły czerwoną maskę.

– Puściłem je, Jack – wykrztusił. – Puściłem na pielgrzymkę.

Jack wpatrywał się w rosłego farmera ledwie powstrzymującego emocje. W końcu złapał plecak i wrzucił na pakę wozu.

– Jedźmy już – powiedział głucho, otwierając drzwi pasażera. 

Todd bez słowa usiadł za kierownicą. Silnik odpalił z trudem, wypełniając kabinę zapachem przepalonego oleju. Cały wóz trząsł się od nierównej pracy silnika i wybojów na drodze. Jack zdjął kapelusz, włączył walkie-talkie i położył je na desce. 

 

– Szszszsz…

 

Jack długo uczył się, by nie oglądać się za siebie. Todd natomiast siedział sztywno za kierownicą, ewidentnie walcząc z przemożną chęcią spojrzenia w lusterko wsteczne.

Jack był pod wrażeniem odwagi tego człowieka. Miał cel w życiu: odzyskać żonę i dziecko. Miał ogromną siłę woli, by szukać rozwiązania w księgach wypełnionych obcą dla niego wiedzą, ale do tej pory nie miał odwagi, by dać znaczący, ale bardzo ryzykowny krok naprzód. W końcu opuścił dom, gdzie pozornie czuł się dobrze, ale Jack wiedział, że czekała go tam tylko apatia – jeszcze za pierwotnego życia. 

 

Klik!

 

– On zginie, Jack. Skończy jak Alabama. Z twojej winy.

 

Jack spojrzał na Todda, który cały czas patrzył przed siebie, zupełnie nieświadomy dobiegającego z radia głosu. 

 

– Pamiętaj… Znajdź mnie, Jack. Znajdź mnie na wschodzie.

 

Klik!

 

– Coś się stało? – Todd podłapał nieobecne spojrzenie Jacka.

Jack przeniósł wzrok na radio. Z głośniczka dobiegał monotonny szumktóry ginął w jazgocie panującym w aucie.

– Nic, Todd. Nic takiego.

Dojechali do spękanej od słońca drogi. Panował tam zupełny bezruch i cisza przerywana jedynie prychającym silnikiem diesla. Pickup skręcił w prawo i nabierał prędkości. 

Jack był, jak zwykle, w drodze – jednak pierwszy raz od dawna nie był sam. 

 

Prawdę powiedziawszy – nigdy nie był.

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Larwy zadziałały na mnie akurat podczas spożywania posiłku. ;)

Kapitalny pomysł z narratorką. Opowieść dobrze rozwija akcję, sporo fantastyki i zagadkowych, niedopowiedzianych spraw z przeszłości, nazwy rozmaitych istot również świetnie stworzone. 

Ogólnie – pomysł i cała opowieść przemówiły do mnie zdecydowanie. :)

 

Z technicznych wyłapałam na początku, skupiając się już potem głównie na treści: 

…że wciąż podążasz za nieznanym głosem jak pielgrzymi, którzy podążają bezmyślnie przed siebie. powtórzenie

Była to długa chwila, podczas której maszerująca kolumna nie zatrzymała się ani na chwilę. – też

Jedyne, co dzieliło podróżnika od potencjalnego azylu było rozległe pole kukurydzy. – tu chyba powinno być “jedynym”, a przed było przecinek

Henremu – nie wiem, czy tak odmieniasz to imię, czy tam jeszcze ma być y i apostrof

puszkę pandory. – nie jestem pewna, czy nie wielką literą, bo to imię

 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Dzięki za opinię.

Poprawki wprowadzone (zdanie o “długiej chwili” w ogóle wywaliłem).

Sprawdziłem na PWN, faktycznie trzeba apostrof. Poprawiłem co znalazłem za pomocą szukajki, jak coś jeszcze będzie dajcie znać.

Witaj.

I ja uczę się poprawności pisania. :)

Pozdrawiam i raz jeszcze gratuluję pomysłowości. :)

Pecunia non olet

Hej, Folanie,

Troszkę mi się zeszło, ale wpadam z komentarzem po becie.

Przede wszystkim, chyba możesz wrzucić konkursowego taga, zajrzyj do reguł gry. Po prostu nie będzie szansy na podium, ale szansa na komentarze powinna wzrosnąć.

Co do samego tekstu, zdecydowanie punktujesz światotwórstwem oraz jak o mnie chodzi nawiązaniem do klimatów westernowych w nieco odświeżonej odsłonie. Prezentujesz tu starcie dwóch różnych postaw w walce z kryzysem wartości i niechcianymi zmianami. I fajnie, że konkluzja jest taka, że nie trzeba się we wszystkim zgadzać, żeby iść ramię w ramię. Językowo też jest porządnie. Mam nadzieję na więcej historii z Twojego świata w niedalekiej przyszłości.

Klikam i pozdrawiam.

Przede wszystkim, chyba możesz wrzucić konkursowego taga, zajrzyj do reguł gry. Po prostu nie będzie szansy na podium, ale szansa na komentarze powinna wzrosnąć.

Niby tak, ale uważam, że byłoby to słabe z mojej strony. Wrzucić tag po to, by zwabić tu więcej czytelników (i nachapać się potencjalnych komentarzy) i tym samym stracić ich cenny czas (bo lektura długa, a czas czytelnika (a co dopiero jurora) poniekąd stracony. A co z ludźmi, którzy przekroczyli w swoich opkach limit znaków i będą zmuszeni przeczytać moje, które jest z góry odrzucone, ale ma tag? Ludzie nie mają za dużo czasu w swoim prywatnym życiu + dla mnie lepiej, jak ktoś sam zajrzy i z własnej woli to przeczyta.

 

Dzięki Ci za betowanie, bo bez Ciebie (a w zasadzie – Was) puściłbym tekst zdecydowanie słabszy. Musze też przyznać, że wiele się nauczyłem redagując tekst uwzględniając wszelkie uwagi. Edytowałem go (i wciąż czasem edytuję) chyba z 100 razy, a każda edycja wprowadza coraz to mniejsze, ale istotne zmiany – czasem zdarza mi się wyrzucić jeden wyraz, czasem zmieniam kolejność zdań. Coraz lepiej widzę, jak diametralnie inny może być odbiór tekstu, gdy dokonuje się niby nieistotnych korekt. 

 

Muszę też powiedzieć, że sam sobie się dziwię, że udało mi się wyciąć ponad 7k znaków – byłem przekonany, że to niemożliwe – a jednak.

Cześć, Folanie. Popełniłeś interesujący tekst.

Chociaż akcji jest w nim jak na lekarstwo, a większą część opowiadania zajmuje konwersacja dwóch bohaterów, nie mogę powiedzieć, żebym się nudził. Zwróciłem uwagę na dialogi, których budowa wychodzi Ci realistycznie i interesująco. To właśnie z rozmowy Jacka i Todda dowiadujemy się coś-niecoś o świecie, który zbudowałeś. Worldbuilding wychodzi ci bardzo dobrze, ale pozostałem z pewnym uczuciem niedosytu: chciałbym dowiedzieć się więcej o Wielkim Życzeniu, o Kongregacji, na czym dokładnie polega bycie Sprawiedliwym, no i w końcu – tak jak bohatera zastajemy w drodze, tak i rozstajemy się z bohaterem będącym w drodze. Wszystko to sprawia wrażenie, jakbym przeczytał zaledwie wstęp do rozbudowanej opowieści. 

Uwagę zwróciłem na dramatyczne wybory, których musieli dokonać obaj bohaterowie. Utrata bliskich, którzy wyruszają na pielgrzymkę jako bezwolne, nieśmiertelne widma stawia ich w tragicznym położeniu. Chociaż emocjom bohaterów nie poświęcasz dużo miejsca, pojedyncze gesty takie jak walka z chęcią zerknięcia we wsteczne lusterko są bardzo wymowne i sprawiają, że przeżywałem wydarzenia razem z postaciami. 

Myślę, że tekst dałoby się przyciąć do 40 tysięcy znaków, ale wymagałoby to porzucenia powolnej, niespiesznej narracji i w jakimś sensie zrezygnowania z budowania klimatu – a tekst uważam za bardzo klimatyczny, ponury, tajemniczy i generalnie dobrze wpisujący się w hasło konkursu, na który pierwotnie pisałeś opowiadanie. Uważam mimo wszystko, że powinieneś ustawić tutaj tag Tajemnic Światów, bo CM i Sara stwierdzili, że nie mają nic przeciwko oznaczaniu opowiadań przekraczających limit. Może nawet miałbyś szansę załapać się na ich komentarze. A inni uczestnicy konkursu nie będą zmuszeni do czytania Twojego tekstu, bo nie będzie on brany pod uwagę przy wyliczaniu tych limitów ;) Jakkolwiek doceniam troskę o innych konkursowiczów, uważam, że nie powinieneś mieć oporów. 

Warsztatowo jest nieźle. Są pojedyncze wpadki i usterki, ale nie starałem się ich wyłapywać, za co przepraszam – wolałem dać się ponieść historii. Nie ma ich jednak na tyle dużo, żeby poważniej przeszkadzały w odbiorze tekstu. Tu i ówdzie brakuje przecinków (drobnostka), czasami trafiają się powtórzenia (ze trzy razy przyuważyłem powtórkę być), są też nieliczne zbędne zaimki. 

Tekst jest ciekawy i po namyśle zamierzam polecić go do Biblioteki.

Worldbuilding wychodzi ci bardzo dobrze, ale pozostałem z pewnym uczuciem niedosytu: chciałbym dowiedzieć się więcej o Wielkim Życzeniu, o Kongregacji, na czym dokładnie polega bycie Sprawiedliwym, no i w końcu – tak jak bohatera zastajemy w drodze, tak i rozstajemy się z bohaterem będącym w drodze. Wszystko to sprawia wrażenie, jakbym przeczytał zaledwie wstęp do rozbudowanej opowieści. 

Bo ja jestem zboczony generalnie i nie potrafię pisać krótko :P. I tak, to opowiadanie dzieje się w świecie, który przewija się chyba przez wszystkie moje opowiadania (ale od razu mówię, że niekoniecznie warto a nie zerkać, bo są zdecydowanie słabsze od tego i chyba je wywalę z portalu).

Dzięki za komentarz, pomyślę jeszcze nad tym tagiem.

Folanie, pokazałeś interesujący świat, ale cały czas miałam wrażenie, że poskąpiłeś pełniejszej wiedzy o nim. Jack i Henry rozmawiają o sprawach zajmujących i dla nich oczywistych, ale szkoda, że nie do końca dzielą się tą wiedzą z czytelnikiem.

Jack jest w drodze, a jego pobyt u Henry’ego trwa zaledwie dobę, po czym w dalszą podróż ruszają już obaj mężczyźni, jednak niewiele dowiedziałam się o wędrówce w opisanych czasach. Poza wzmianką o pielgrzymujących i celu, do którego dąży Jack, mało tu podróży.

Mimo wszystko to wciągająca lektura i Nieśmiertelnych czytało się dobrze, a byłoby jeszcze lepiej, gdybym nie potykała się o usterki.

Mam nadzieję, Folanie, że dokonasz poprawek, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę.

 

Stare wal­kie–tal­kie brzmia­ło mo­no­ton­nie… ―> Stare wal­kie-tal­kie brzmia­ło mo­no­ton­nie

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

zi­gno­ro­wał zmur­sza­ły szkie­let le­żą­cy za ladą… ―> Szkielet nie mógł zmurszeć, murszeje drewno.

Za SJP PWN: murszeć 1. «o drewnie: ulegać rozkładowi»2. «o ideach, poglądach itp.: stawać się nieaktualnym, anachronicznym»

 

– Mam cho­ler­ną na­dzie­ję – rzu­cił w kie­run­ku szkie­le­tu – że umar­łeś, zanim wy­po­wie­dział to cho­ler­ne ży­cze­nie. ―> Kto i jakie życzenie wypowiedział?

 

Bio­rąc pod uwagę po­praw­kę Lo­kie­go–Ver­da­na… ―> Bio­rąc pod uwagę po­praw­kę Lo­kie­go-Ver­da­na

 

wy­no­si­li­śmy te isto­ty na pie­de­stał uwiel­bie­nia. Spro­wa­dza­li­śmy je do Ogro­du, by kro­czy­li mię­dzy nami―> Piszesz o istotach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Spro­wa­dza­li­śmy je do Ogro­du, by kro­czy­ły mię­dzy nami

 

tak­so­wa­ła spoj­rze­niem po­dróż­ni­ka, po czym od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła dalej, ginąc zu­peł­nie w nur­cie ludz­kich ciał. Jack od­ru­cho­wo spoj­rzał w… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Gwiaź­dzi­sta noc ustę­po­wa­ła bla­de­mu bla­sko­wi ju­trzen­ki… ―> Sprzeczność. Blask jest mocny i jaskrawy z definicji.

 

od­ru­cho­wo chwy­cił za radio zwi­sa­ją­ce… ―> …od­ru­cho­wo chwy­cił radio zwi­sa­ją­ce

 

- Za­zwy­czaj kręcą się tu piel­grzy­mi, któ­rzy od­ry­wa­ją się od ko­ro­wo­du w po­szu­ki­wa­niu… ―> Dialog rozpoczyna półpauza, nie dywiz.

Nie wszystkie dialogi w dalszej części opowiadania zostały zapisane prawidłowo. Tu znajdziesz stosowny poradnik: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Gra­ni­ca mię­dzy tymi sta­na­mi była płyn­na. Czło­wiek ze skazą, z po­zo­ru wciąż będąc sobą, mógł w każ­dej chwi­li ock­nąć się w zu­peł­nie innym miej­scu i cza­sie był to znak, że ko­lej­na śmierć może być po­cząt­kiem… ―> Lekka byłoza.

 

Jack nie mógł nie zwró­cić uwagi na dobór słów, ja­kich użył Henry. ―> Jack nie mógł nie zwró­cić uwagi na dobór słów, których użył Henry.

 

jak wiele może po­wie­dzieć Henry’emu. ―> Co to jest?

 

Ślady kół były wy­raź­ne, więc jest na cho­dzie, co mnie nie dziwi, bo Dwa­alu już prak­tycz­nie ni­g­dzie nie ma. ―> Co to jest Dwaal i jaki jest jego związek z pojazdem?

 

Chwy­cił za szklan­kę i wlał w sie­bie… ―> Chwy­cił szklan­kę i wlał w sie­bie

 

Henry polał sobie szczo­drze… ―> Henry nalał sobie szczo­drze

 

był pe­wien, że Todd jest zu­peł­nie za­la­ny w trupa… ―>> Wystarczy: …był pe­wien, że Todd jest za­la­ny w trupa

 

księ­życ za­glą­dał swoim bla­dym świa­tłem… ―> Zbędny zaimek.

 

Henry po­ła­sił się na naukę w cza­sach, gdzie prak­ty­ko­wa­nie jest w za­sa­dzie nie­moż­li­we… ―> Henry po­ła­sił się na naukę w cza­sach, w których/ kiedy prak­ty­ko­wa­nie jest w za­sa­dzie nie­moż­li­we

Czasy nie są miejscem.

 

Todd scho­dził sztyw­no po scho­dach i ani razu nie obej­rzał się za sie­bie. ―> Masło maślane – czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: Todd scho­dził sztyw­no po scho­dach i ani razu się nie obej­rzał/ nie spojrzał za siebie.

 

Henry na­peł­nił szklan­kę Jacka i od­sta­wił bu­tel­kę, nie uzu­peł­nia­jąc pust­ki w swo­jej. ―> Jak można uzupełnić pustkę?

Chyba miało być: Henry na­peł­nił szklan­kę Jacka i od­sta­wił bu­tel­kę, nie uzu­peł­nia­jąc swo­jej. Lub: Henry na­peł­nił szklan­kę Jacka i od­sta­wił bu­tel­kę, nie napełniając swo­jej, pustej.

 

Otwo­rzył z ocią­ga­niem jedną z szu­flad i wy­cią­gnął mocno wy­mię­tą ko­per­tę… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Otwo­rzył z ocią­ga­niem jedną z szu­flad i wyjął mocno wy­mię­tą ko­per­tę

 

Ja i twoja mała. Do­bra­noc.” ―> Ja i twoja mała. Do­bra­noc”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Sze­rze­nie ładu i po­rząd­ku tam, gdzie żadna wła­dza nie sięga, wy­ma­ga­ła od nich… ―> Sze­rze­nie ładu i po­rząd­ku tam, gdzie żadna wła­dza nie sięga, wy­ma­ga­ło od nich

 

Spra­wie­dli­wy po­now­nie za­to­pił się w treść listu. ―> Spra­wie­dli­wy po­now­nie za­to­pił się w treści listu

 

jak Henry za­re­agu­je na in­for­ma­cję… ―> …jak Henry za­re­agu­je na in­for­ma­cję

 

do­sta­li naj­gor­szą. ―> …do­sta­li naj­gor­szą.

 

miał tylko na­dzie­je, że były… ―> Literówka.

 

Jack wstał i pod­szedł do swo­je­go ple­ca­ka, z któ­re­go wy­cią­gnął wal­kie–tal­kie. ―> …to Jack wstał i pod­szedł do ple­ca­ka, z któ­re­go wy­cią­gnął wal­kie-tal­kie.

 

Wie­ko­we Wal­kie–tal­kie, odra­pa­ne z zie­lo­nej farby… ―> Wie­ko­we wal­kie-tal­kie, odra­pa­ne z zie­lo­nej farby

 

Obu­do­wa była w opła­ka­nym sta­nie i chyba tylko ban­daż wzmoc­nio­ny ży­wi­cą trzy­mał ją w kupie, po­nie­waż tylna część obu­do­wy była pęk­nię­ta i po­zba­wio­na spo­re­go frag­men­tu. Z boku obu­do­wy ktoś… ―> Powtórzenia.

 

W duchu ży­czył Henry’emu po­wo­dze­nia… ―> ?

 

wpa­tru­jąc się tępo w wal­kie–tal­kie. ―> …wpa­tru­jąc się tępo w wal­kie-tal­kie.

 

włą­czył wal­kie–tal­kie i po­ło­żył je… ―> …włą­czył wal­kie-tal­kie i po­ło­żył je

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Folanie, pokazałeś interesujący świat, ale cały czas miałam wrażenie, że poskąpiłeś pełniejszej wiedzy o nim.

Świat, który stworzyłem, jest dość rozbudowany i ciężko przedstawić go w całości, nie robiąc z tego małej powieści. Ekspozycji w tekście było więcej, ale raz, że wiele fragmentów brzmiało jak wikipedia, to jeszcze zależało mi, by jednak zostawić wiele niedopowiedzień.

Jack i Henry rozmawiają o sprawach zajmujących i dla nich oczywistych, ale szkoda, że nie do końca dzielą się tą wiedzą z czytelnikiem.

Ryzykowałem, że dialog brzmiałby trochę jak monologi objaśniające świat skierowane do czytelnika, a przez to wyglądałyby nienaturalnie.

Jack jest drodze, a jego pobyt u Henry’ego trwa zaledwie dobę, po czym w dalszą podróż ruszają już obaj mężczyźni, jednak niewiele dowiedziałam się o wędrówce w opisanych czasach.

Bo to temat na inne opowiadanie. Gdybym wstawił tu jeszcze wędrówkę, to pewnie opko urosłoby o kolejne 60k znaków.

jak wiele może powiedzieć Henry’emu. ―> Co to jest?

W duchu życzył Henry’emu powodzenia… ―> ?

Chodzi o odmianę imienia Henry? Czytałem, że tak się odmienia to imię. Profilaktycznie zamieniłem to imię na inne słowo.

Ślady kół były wyraźne, więc jest na chodzie, co mnie nie dziwi, bo Dwaalu już praktycznie nigdzie nie ma. ―> Co to jest Dwaal i jaki jest jego związek z pojazdem?

Dwaal to taka mana. Umożliwia rzucanie zaklęć, ale szkodzi technologii. Był o tym akapit, ale wywaliłem, bo istota Dwaalu nie jest istotna w tym opowiadaniu. 

Mam nadzieję, Folanie, że dokonasz poprawek, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę.

Dokonałem – z małymi wyjątkami:

– Mam cholerną nadzieję – rzucił w kierunku szkieletu – że umarłeś, zanim wypowiedział to cholerne życzenie. ―> Kto i jakie życzenie wypowiedział?

Wielkie Życzenie – To krótkie zdanie to mała zapowiedź tematu, który przewija się w opowiadaniu – w śnie Jacka, oraz w rozmowach z Henrym. A kto je wypowiedział? To na razie nie jest istotne w opowiadaniu – istotne są konsekwencje. Zdradziłem jedynie, że Jack zna tą osobę (i to bardzo dobrze) i na razie starczy.

 

Jeszcze skanuję dialogi pod kątem zapisu.

jak wiele może po­wie­dzieć Henry’emu. ―> Co to jest?

W duchu ży­czył Henry’emu po­wo­dze­nia… ―> ?

Cho­dzi o od­mia­nę imie­nia Henry?

Nie, Folanie. Kiedy czytałam opowiadanie, imiona znaczyły czarne paski, zapewne pozostałość po poprawkach, dlatego zwróciłam na nie uwagę.

 

Bardzo dziękuję za wyjaśnienia, przydały się. I choć nadal nie do końca znam opisany świat, opowiadanie stało się znacznie czytelniejsze.

Teraz idę do klikarni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To już kolejne opko na portalu, które narobiło mi smaka, ale nie zaspokoiło apetytu. Spodobał mi się stworzony przez Ciebie świat, ale pozostałam z wrażeniem, że za mało go przede mną odsłoniłeś. A na dodatek skończyłeś w najciekawszym momencie. Chciałbym się dowiedzieć, kim jest tajemnicza narratorka i dokąd prowadzi bohatera.

Domyślam się, że to część większego uniwersum. Czekam na następne jego odsłony z nadzieją, że zaspokoją mój apetyt ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka