- Opowiadanie: BarbarianCataphract - Dystopia - Opowieść o Badaczce (III - Insygnium)

Dystopia - Opowieść o Badaczce (III - Insygnium)

Oceny

Dystopia - Opowieść o Badaczce (III - Insygnium)

 

Wielki wąż prześlizgiwał się między drzewami, sunąc do przodu. Pnie uginały się pod naporem potężnego cielska, gdy to chociaż trochę oparło się o korę. Słabsze brzozy łamały się, głośno trzaskając, po czym upadały na ziemię. Głośne, wstrząsające gruntem grzmotnięcia wtórowały ginącym roślinom. Oślizgła skóra gada kopała w ziemi płytki dół, rozrzucając grunt na boki i usypując niskie wały.

Wielki, blady księżyc rzucał słabe światło na okryty nocną narzutą las, przebijając się z trudnością przez gałęzie drzew. Żadne inne dźwięki nie roznosiły się po okolicy, poza regularnym rzężeniem leśnej ściółki, rytej przez potężne monstrum. Wbrew pozorom, las iglasty był stosunkowo spokojny. Wszystkie inne stworzenia pochowały się w swoich norach, gniazdach, by nie zostać dosięgniętym przez zęby gigantycznego drapieżnika. Te, które nie zdążyły skryć się w bezpiecznym miejscu dołączyły do biomasy, tworzącej ciało reptila.

Nic nie uprzedziło o nadejściu nowego pana lasu, który z dnia na dzień objął pozycję na szczycie łańcucha pokarmowego. Żadne stworzenie nie było w stanie się na tę zmianę przygotować. Prawda jest taka, że pewnie nawet gdyby wiedziały, to nie mogłyby temu zapobiec. Niektóre rzeczy dzieją się, bo muszą – tak, jak sobie Matka Natura zażyczyła.

Na grzbiecie monstrum widoczna była sylwetka człowieka. Stał na nim, z ramionami trzymanymi przy ciele. Człowiek ten patrzył gdzieś w dal, na to, co rozpościerało się przed kreaturą.

Drzewa zasłaniały widok, a z każdym metrem las zaczynał gęstnieć, stawiając swoje zielone dzieci coraz bliżej siebie. Wyglądanie czegokolwiek w gąszczu stawało się coraz trudniejsze, frustrując stworzenie. Osoba będąca na nim była śmiesznie mała w porównaniu do kilkudziesięciometrowego gada, wydając się być nie więcej niż pchełką na jego ciele.

Różniła się jednak od zwykłego pasożyta, bowiem zajmowała się pielęgnowaniem torsu zwierzęcia. Czyściła łuski, polerowała je i myła pilnując, żeby wąż był ciągle w jak najlepszym stanie.

Poza nią monstrum było dosiadane przez inne osoby. Prawie każdy metr kwadratowy był zajęty przez jakiegoś człowieka, a wszyscy razem tworzyli jedną, wielką całość. Każdy z nich pełnił podobne funkcje, będąc częścią jednego organizmu. Utrata jednego ze swoich ważnych elementów mogłaby doprowadzić do zachwiania całej homeostazy.

Jedni siedzieli, inni stali, jednak każdy nieustannie wykonywał swoje czynności, które zostały mu nadane przez drapieżnika. Niektórzy twierdzili, że nadejście gada zwiastowało pomoc i nowy porządek, który uratowałby ich wszystkich – inni wręcz przeciwnie. Jednak ci, którzy zawierzeni byli wężowi pozostawali mu wierni, pomimo wszelkich trudności.

Poza jednym człowiekiem. Kobieta ubrana w płaszcz i spodnie koloru khaki, białą bluzkę, brązowe kozaki, z dużymi okularami na nosie, mająca piękne, kasztanowe włosy opadające jej swobodnie na ramiona. Jasmin, a przynajmniej coś, co ją przypominało, rozpostarła swoje ramiona, łapiąc każdą cząstkę tlenu w płuca. Powietrze przesiąknięte było zapachem zatęchłego podziemnego bunkra, z nutką zaschniętej krwi. Było to coś zdecydowanie niepasującego do boru sosnowego.

Każdy z podwładnych reptila miał całkowicie białe oczy – brak źrenic, tęczówek, samo białko oka. Pracowali bez wytchnienia, widząc tylko to, co gad im pokazywał. Jasmin mrugnęła i oto w jej oczach pojawiły się wszystkie struktury, których brakowało u innych. Zaczęła patrzeć tak, jak sama zapragnęła. Z sekundy na sekundę coraz więcej zmysłów uniezależniało się od jej pana.

Jasmin zaczęła słyszeć bicie swojego własnego serca, które wcześniej było wygłuszone przez żądze łuskowego władcy. Nowo odkryta wolność zaczęła ogarniać jej ciało, nakłaniając ją do rozglądania się po okolicy. Teraz zauważyła, że wąż brnie coraz głębiej w ciemny las, który stawał się coraz trudniejszy do przebycia.

Monstrum nie poddawało się i nieustannie ścinało drzewa oraz rozrzucało je na boki, niszcząc gąszcz w furii. Czuło, że jedna z jego składowych oderwała się i zaburzyła równowagę całego organizmu. Jasmin podniosła jedną nogę, a z miejsca, w którym jeszcze przed chwilę leżała jej stopa, trysnęła posoka. Nie była to jednak typowa krew, było to coś bardziej jak szlam, czy ściek. Śluzowata ciecz wypływała na łuski potwora, próbując dostać się na badaczkę, która desperacko wierzgała, chcąc uwolnić drugą kończynę. Lepka mieszanina zaczęła oblewać podeszwę jej buta, przyklejając ją do swojego miejsca.

Po chwili udało jej się wyrwać obie nogi z objęć stwora i zaczęła ześlizgiwać się po jego obślizgłej skórze, mijając po drodze towarzyszy w niedoli, z której tak bardzo chciała się wydostać. Próbowała złapać ich za nogi, jednak jak tylko wyciągnęła dłoń w kierunku kogoś, to ten oddalał się nagle o kilka metrów. Jasmin spadała teraz przez szeroki na około pięć metrów "tunel", stworzony przez niewolników wielkiego węża. Nie mogła się zatrzymać, ani zwolnić, przyspieszała coraz bardziej, kierując się w stronę leśnego runa.

Upadła na ziemię, odbijając się plecami od korzeni, należących do potężnych drzew, które zdawały się uginać nad nią, jakby chciały zobaczyć leżącą na ziemi kobietę. Wyginały się nienaturalnie na różne strony, schylały i prostowały swoje drewniane ciała. Nagle z koron sosen zaczęły spadać szyszki, tworząc swego rodzaju deszcz, tak, jakby rośliny płakały nad losem sparaliżowanej badaczki.

Wąż zatrzymał się. Był w ruchu już bardzo długi czas, więc taka nagła zmiana zaskoczyła wszystkich, nawet jego samego. Obrócił swój dziwnie wydłużony łeb w kierunku Jasmin i wytężył swoje ogromne ślepia, patrząc prosto w jej oczy, jakby próbując zajrzeć w głąb jej duszy. Jednak w tym momencie ich połączenie było zerwane, nie mógł więc sterować jej umysłem. W lesie zapadła cisza.

Przerażenie wypełniało wszystkie komórki kobiety, która straciła jakiekolwiek nadzieje na ratunek. Nie czuła bólu. Teoretycznie miała kontakt ze swoimi kończynami, jednak za nic nie mogła nimi poruszyć. Tkwiła tak na ściółce, leżąc jak deska, a szyszkowe łzy spadały z nieba, upadając wokół jej ciała, jednak nie trafiając bezpośrednio w jej tors.

Monstrum rozwarło paszczę, ryknęło przeciągle i zmieniło kierunek swojego wojażu, szarżując teraz bezpośrednio na badaczkę. Hałas spowodowany pędem potężnego cielska ponownie zaczął rozbrzmiewać po okolicy, wypełniając uszy rozpostartej na ziemi Jasmin. Było coraz bliżej, zaczęło podnosić głowę, szykując się do śmiertelnego ciosu. Musiało ukarać nieposłuszeństwo. Wystawiło język, jad spływał już po jego zębach.

I w tym momencie badaczka zerwała się z krzykiem. Siedziała na łóżku, cała spocona, a za oknem powoli wstawał nowy dzień.

 

***

 

Przetarła czoło rękawem koszuli nocnej i złapała się za głowę. Oczy miała szeroko otwarte, wystraszone. Patrzyła na kołdrę, ale przed sobą wciąż miała potężnego gada, gotowego pożreć ją za jednym zamachem. Sen ten pojawiał się co którąś noc, od kilku tygodni. Z każdym kolejnym koszmarem jego fabuła docierała kawałek dalej, odkrywając swoją okropną tajemnicę nieco bardziej.

Nie chciała wracać już w objęcia Morfeusza, więc delikatnie położyła stopy na drewnianej podłodze, założyła kapcie i podniosła się z łóżka. Złapała okulary leżące obok i założyła je na nos, dociskając palcem do podstawy czoła. Podeszła chwiejnym krokiem do okiennic i otworzyła je, ukazując rozpościerający się przed jej oczami piękny widok.

Złociste promienie wpadały przez okno, zwrócone w stronę błękitnego jeziora. Ptaki śpiewały, grając swoją poranną melodię i wtórując głośnemu ziewaniu badaczki. Białe kamyki tworzyły szorstką plażę, okalającą całkiem spory zbiornik. Co chwilę jakieś skrzydlate zwierzę zasiadało na nich, szukając czegoś, po czym znów wzbijało się w powietrze.

Już miała odejść od drewnianej framugi okiennej, gdy nagle poczuła świąd na prawym ramieniu. Zerknęła na swój bark i zauważyła, że swędzące miejsce było przykryte przez jej bliznę. Stygmat, który piętnował jej ciało i nie pozwalał na całkowite porzucenie własnej przeszłości.

Ślad nie wyglądał inaczej, niż zwykle. Drapieżny kręgowiec ze skrzydłami, trzymający wielkiego węża w objęciu swoich szpon.

"Śmieszne." – Pomyślała Jasmin, chociaż wcale nie było jej do śmiechu, przypominając sobie koszmar, który nawiedzał jej umysł w ostatnich tygodniach.

Mrowiąca skóra zdecydowanie nie pomagała w zbieraniu myśli, nic więc dziwnego, że żadne myśli nie przychodziły jej do głowy. Skierowała się w stronę szafy, w której wisiały należące do niej codzienne ubrania. Tym razem nie zasypała się koszulami po otwarciu drzwiczek, więc znalezienie jednej ze swoich ulubionych, białych bluzek nie było większym problemem. Właśnie w tym ubiorze widziała siebie w swojej nocnej marze. Dziwny dreszcz zakradł się na jej plecy, ale i tak pozostała przy swoim pierwotnym wyborze odzienia i po chwili była przebrana. Nocna koszula wylądowała w komodzie.

"No, to co teraz?" – Próbowała ustalić sobie plan dnia, nie robiąc tego zawczasu.

Przeszła z małej sypialni do głównego pomieszczenia, gdzie znajdowała się kuchnia, salon i jadalnia. Chatka była mała, ale miała wszystko, czego Jasmin potrzebowała. Nie było łazienki, ale i tak brakowałoby bieżącej wody, więc większej różnicy jej to nie robiło. Blisko miała do jeziora, więc i tak nie brakowało jej życiodajnej cieczy.

Drewniany stół, o całkiem surowym wyglądzie stał na środku pokoju, a na nim widniało wiele porozrzucanych papierów. Część z nich walała się po podłodze, która w kilku miejscach była zaniedbana i powyginana od wilgoci. Gdzieś na skraju mebla leżała otwarta teczka z wielkim logo wystającym ze środka.

Spojrzała na symbol i pomachała głową ze zrezygnowaniem.

"Za dużo się tym przejmuję, stąd te sny, na pewno." – Przyszło jej to na myśl, zamknęła teczkę i rzuciła gdzieś w kąt.

Skierowała się do okiennicy, znajdującej się zaraz obok drzwi frontowych i rozchyliła je, wpuszczając poranne słońce do pomieszczenia, tworząc przy okazji lekki przeciąg.

Podeszła mozolnie do lady, na której stał staroświecki czajnik. Był jeszcze częściowo napełniony, więc nie widziała większego sensu w fatygowaniu się do tafli jeziora. Kuchenka gazowa była zbawieniem w tych czasach, gdy prądu prawie wcale nie było, a znalezienie go poza ludzkimi osadami graniczyło z cudem. Miała szczęście, bo butla z gazem, którą zastała, gdy dojechała do tej doliny miała jeszcze sporo propan-butanu, pozwalającego na gotowanie i ocieplanie schronienia.

Oczywiście bardziej wydajnym źródłem ciepła w chłodne noce był kominek, stojący przy ścianie. Trzeba było się liczyć z dymem, który mógłby zdradzić jej pozycję, ale nic nie jest idealne.

"…poza kawusią." – Dokończyła swoją myśl. Z uśmiechem na twarzy uruchomiła kuchenkę i patrzyła na kolorowy płomień wzbogaconych węglowodorów.

Woda zaczynała powoli bulgotać, a czajnik szykował się do swej piskliwej pieśni. Nasypała trochę znalezionej gdzieś wcześniej kawy do filiżanki i zalała ją gorącą wodą. Ciecz chlusnęła o dno ceramicznego naczynia i od razu przybrała brunatne, a po chwili czarne zabarwienie. Aromat kofeinowego trunku rozszedł się po izbie, trafiając przy okazji do nosa Jasmin. Zapach połechtał jej opuszki węchowe i napełnił błogością. Zamieszała, odłożyła łyżkę na bok i wzięła pierwszy łyk. Gorący płyn wlał się do jej jamy ustnej, parząc delikatnie język, ale nie przeszkadzało jej to. Nie miała niestety mleka, ale nie można być wybrednym w czasie Apokalipsy. I tak cudem było znalezienie kawy, więc natknięcie się na nią w tej leśnej chatce było jak zbawienie.

Wzięła kubek ze sobą i usiadła przy ławie, która towarzyszyła wcześniej wymienionemu stołowi. Postawiła go na drewnie i zaczęła przeglądać papiery, które zaprzątały jej głowę przez ostatnie tygodnie. Różne symbole i dziwne nazwy przewijały się w linijkach dokumentów. Jedne z nich były bardzo dobrze znane Jasmin, inne za to wciąż pozostawały owiane tajemnicą. Wciąż nie mogła znaleźć odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, pomimo ilości zebranych materiałów.

Przewijała kartki, czytając tekst z dużą dokładnością, wertując te same strony kilka razy. Miała nadzieję, że znajdzie coś, co wcześniej przeoczyła. Zawsze była szansa, że coś mogło jej umknąć, więc przejrzenie czegoś tylko raz zdecydowanie jej nie zadowalało. Zaczęła masować swoje czoło, próbując wytężyć szare komórki jeszcze bardziej. Pomimo wysiłków, nic nie sensownego nie mogła wywnioskować z dokumentacji, którą zebrała. Jedynie kolejne skrzyżowania, rozwidlenia, ewentualnie następne wskazówki, które prawdopodobnie poprowadziłyby tylko do nowych pytań.

Wzięła kolejny haust kawy, który okazał się być ostatnim. Zaklęła cicho pod nosem i wstała, żeby odłożyć kubek z powrotem na kuchenną ladę. Skrzeczące drewno, z którego zrobiona była podłoga skrzypiało delikatnie, zaznaczając każdy krok Jasmin. Kofeinowy zastrzyk pomógł trochę rozjaśnić jej umysł i przygotować ją do kolejnego, długiego dnia.

Zegarek pokazywał godzinę siódmą pięćdziesiąt, było niedługo po świcie. Rzuciła okiem na otoczenie i zauważyła wiszące zdjęcia na ścianie. Stare portrety, które prawdopodobnie należały do przodków byłych właścicieli domku ozdabiały organiczną ścianę.

"Tak w sumie… czy spanie w ich domu jest w porządku?" – Nasunęła się jej dziwna myśl, jednak w głębi serca wiedziała, że po takim czasie raczej nie robiło to już zbyt dużej różnicy.

Na portrecie widniała twarz starszej kobiety, której rysy sugerowały, że jej przodkowie znajdowali się na tych terenach długo przed białym człowiekiem. Dostojny wyraz twarzy rdzennej mieszkanki Gór Skalistych stał się obiektem podziwu badaczki. Obok niego wisiało bardzo podobne zdjęcie, tylko tym razem mężczyzny. Jasmin podejrzewała, że mogli być kiedyś parą.

W prawym dolnym rogu obu odbitek widniała data – rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy.

"A, to już ich pewnie nie zastanę." – Zaśmiała się do siebie niepewnie, poprawiło lekko skrzywioną ramę, podrapała się po głowie i z zadowoleniem pokiwała głową.

Nie chciała ślęczeć kolejny dzień nad papierami, więc przyszło jej na myśl, że dobrym pomysłem byłoby poszukanie potencjalnego miejsca do przeprowadzania obserwacji. Zbyt zaabsorbowana była męczeniem duchów przeszłości, by dać się ponieść swoim pragnieniom. A jednym z nich było badanie Napiętnowanych.

Trzeba było się ubrać. Dni stawały się coraz chłodniejsze, chociaż nie aż tak, żeby jej ulubiony strój zahibernował do kolejnej wiosny. Słońce wciąż przygrzewało ziemię na tyle, że noszenie ubrań na niższe temperatury nie było konieczne. Jeszcze kilkanaście lat wstecz pogoda w tym okresie byłaby znacznie gorsza, zmuszając mieszkańców wyższych partii gór do zaszycia się w swoich domach, albo zejścia niżej. Zwykle już od września śnieg zalegał na zboczach i w wysokogórskich dolinach, utrudniając codzienne życie.

Jasmin w duszy wciąż pragnęła, żeby skutki rewolucji przemysłowej sprzed dwustu lat zostały pokonane przez siłę Matki Natury. W końcu, wraz z nadejściem zaćmienia nad egzystencją człowieka, przemysł został rzucony w niepamięć. Dzięki temu ekosystemy zyskały szansę na odbudowę. Taką przynajmniej miała nadzieję.

Z drugiej strony chciała, żeby ludzkość wróciła do pełni sił. Postawiła sama siebie przed konfliktem, którego wciąż nie potrafiła rozwiązać we własnym sercu. Przeciwności szarpały jej duszą, próbując przeciągnąć ją na swoją stronę. Jasmin wiedziała, że im bardziej ulegała swoim demonom, to tym gorzej szło jej bycie produktywną, więc odsunęła wszystkie intruzywne myśli na bok i przystąpiła do działania.

Zarzuciła swój kochany płaszcz, który dopiero co wyprała.

"Miło w takich czasach założyć coś świeżego." – przyszło jej na myśl i uśmiechnęła się delikatnie pod nosem.

Podeszła do butów, które stały przy ścianie, czekając niecierpliwie na kolejną wyprawę. Schyliła się po nie, ale nagle odskoczyła, jak porażona prądem. W momencie sięgania po obuwie zauważyła, że jakiś kształt przysłonił na chwilę wpadające przez okno światło. Tak, jakby jakaś sylwetka na chwilę pojawiła się za szybą.

"Czy ja dalej śnię, czy tam serio coś było? Czy ja już zaczynam szaleć? Cholera!" – złapała się za ramię, które na nowo zaczęło swędzieć. Dzięki kawie dziwne uczucie ustąpiło na jakiś czas, lecz teraz na nowo powróciło.

Pozbierała się i założyła szybko buty.

"Ups, jeszcze nóż." – Przypomniała sobie.

Ściągnęła kozaki i szybkim krokiem poszła do sypialni, gdzie na stoliku nocnym zostawiła swój ulubiony oręż. Otworzyła gwałtownie drzwi i rozejrzała się po pokoju, wypatrując, czy żaden intruz się na nią nie zaczaił.

Nic nie rzuciło się jej w oczy, więc skoczyła jednym susem do nocnej szafki, w której, jak pamiętała, zostawiła swoją stal. Szuflada wystrzeliła do przodu, ukazując pustą przestrzeń. Dreszcz przeszedł po kręgosłupie Jasmin, a jej skóra najeżyła się.

"O nie." – badaczka poczuła, jak gula staje jej w gardle, utrudniając oddech.

Pozbierała szybko myśli i wskoczyła na łóżko, po czym prześlizgnęła się po pościeli na jego drugą stronę. Sięgnęła ręką do stolika, który stał po przeciwnej stronie względem miejsca, w którym spała ostatnio. Pociągnęła za podniszczoną rączkę z taką siłą, że półeczka wypadła z zawiasów. Zawartość mebla wraz z jego częścią uderzyła o podłogę i rozsypała się po deskach. Wśród przeróżnych przedmiotów, takich jak pokrowiec na okulary, czy stary, niedziałający już telefon komórkowy leżała kościana rękojeść, patrząca błagalnym wzrokiem na Jasmin.

– Tu jesteś. – Powiedziała do sztyletu i zabrała go z podłoża, układając wygodnie w dłoni.

Lekko chropowata powierzchnia rękojeści wbijała się delikatnie w skórę. Uczucie to kojarzyło się jej z bezpieczeństwem, możliwością obrony. Podniosła się z posłania, jej oczy rzuciły jeszcze ostatnie spojrzenie na pomieszczenie, po czym zmierzyła w kierunku głównego pokoju.

Ten dzień zaczynał się bardzo dziwnie. Najpierw jej sny nawiedziła jakaś specyficzna mara, która pojawiała się w zmęczonym umyśle co pewien czas, potem kawa zniknęła z jej kubka coś za szybko, a jeszcze później zaczęła mieć podejrzenia, że ktoś ją śledzi.

A było dopiero krótko po godzinie ósmej rano.

"W dupę z takim mieszkaniem w dziczy." – Poddenerwowana chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi, po czym wparowała do salonu, gotowa do walki.

Nikogo tam nie było.

Ptaki ćwierkały, słońce wpadało przez okno i oświetlało leniwie unoszące się cząstki kurzu. Typowy widok. Wszystko było w takim stanie, w jakim zostawiła to przed wyruszeniem po swoją ukochaną broń.

"No nic."

Wróciła do zakładania butów, co zostało wcześniej przerwane. Wsunęła nogi do obuwia i zapięła zamki. W momencie, jak chciała się już podnieść z podłogi, to poczuła coś, co wywołało u niej chęć wyrecytowania wiązanki, pełnej słów o wątpliwej wartości.

– Szczury, cholera jasna. – Wysyczała przez zęby, wyciągając ubrudzoną moczem dzikiego gryzonia rękę.

Jej twarz wykrzywił grymas obrzydzenia, który prawie od razu przerodził się w wyraz zdenerwowania.

– Nie, no nie, co jest z tym dniem nie tak? – Wyrzuciła z siebie, łapiąc się za głowę i siadając na deskach.

Siedziała tak chwilę, trzymając zasikane buty w rękach, a odór szczurzych wydzielin zaczął drażnić jej nerwy węchowe.

"No, dobra, muszę je umyć." – Skoczyła na równe nogi, po raz kolejny tracąc chwilowo kontakt ze światem, gdy ciśnienie jej lekko anemicznej krwi zmieniło się gwałtownie.

Założyła drugie buty, mniej przez nią lubiane, ale wciąż wygodne i wytrzymałe. Za pasek wcisnęła nóż, do jednej ręki wzięła brudne buty; w drugą złapała detergent, który udało jej się znaleźć podczas podróży. Wykorzystywała go rzadko, głównie do mycia swojego ulubionego odzienia.

Do jeziora dzieliło ją kilkadziesiąt metrów polany i kamienistej plaży. Ostrożnie otworzyła drzwi frontowe i wystawiła głowę na zewnątrz. Na wszelki wypadek spojrzała jeszcze nad siebie, czy może nikt, ani nic nie czaiło się na dachu chatki. Upewniwszy się, że nic nie chciało na nią wskoczyć zaraz po tym, jak jej nos znalazł się za framugą drzwi, wyszła z budyneczku.

Twarda podeszwa znalazła się na trawiastym podłożu, miękko wciskając się w rośliny. Otoczona drzewami polana i plaża nie cierpiała bardzo przez jesienny wiatr, który nie był w stanie przecisnąć się przez mur z pni i gałęzi. Z każdym krokiem czuła, jak świeże powietrze napełnia jej płuca coraz bardziej. Podziwiała urokliwy, górski poranek. Na niebie brakowało chmur, więc centralna gwiazda Układu Słonecznego nagrzewała padół ziemski, nie napotykając żadnych przeszkód.

Co jakiś czas, szelest drzew przyciągał uwagę Jasmin. Była w tym momencie trochę przewrażliwiona na punkcie bycia śledzoną, więc każdy nietypowy widok, czy dźwięk napawał ją podejrzeniami. Po którymś takim szmerze zatrzymała się w pół kroku, przechyliła głowę w prawo i lewo, rozciągając mięśnie. Wyciągnęła ręce do góry i zatoczyła nimi koło w powietrzu.

– No, gdzie jesteś?! – Krzyknęła w stronę drzew, z których doszły niepokojące dźwięki.

Nic jej nie odpowiedziało. Nic poza śpiewem ptaków nie dochodziło do uszu badaczki, co trochę ją uspokoiło.

"Gdyby śledził mnie jakiś drapieżnik, to zapadłaby grobowa cisza, no tak!" – pokiwała głową, zadowolona ze swojej dedukcji i kontynuowała podróż w stronę zbiornika wodnego.

"Chociaż, czekaj, to wciąż może być człowiek." – Kolejna myśl zabiła poprzednią satysfakcję i wywołała sztorm w jej umyśle.

"Dobra, nie, za bardzo panikuję… zresztą, kto by mnie szukał na takim zadupiu?" – Spróbowała się ogarnąć i po raz kolejny zaczęła kroczyć w kierunku swojego celu.

Chciała tylko umyć te buty. Ostatnie słabo przespane noce zdecydowanie nie pomagały jej w zachowaniu do końca przytomnego umysłu, więc była nieco neurotyczna. Nie spodziewała się, że przechadzka w kierunku tafli jeziora będzie tak emocjonalnym przeżyciem. To nie był jej pierwszy raz, ale zdecydowanie pierwszy tak specyficzny.

Po chwili znalazła się na kamieniach, które bezpośrednio graniczyły z wodą. Była już na ostatniej prostej, która dzieliła ją od upragnionego celu. Kozaki dyndały swobodnie, trzymane w jej lewej ręce.. Prawa ręka ciągle zajęta była przez detergent oraz szczotkę.

Ciecz stała bez ruch, jak to w wypadku jezior bywa. Nie było ono bardzo duże – raptem około czterysta metrów szerokości i dwieście metrów długości. Znajdowało się w małej dolinie, oddzielonej górami od głównych dróg i miast. Drewniana chatka, w której osiadła na jakiś czas, była jedynym śladem po ludzkości w okolicy, a przynajmniej tak wynikało z jej rekonesansu. Jasmin starała się wybierać swoje bazy ostrożnie, żeby nie wzbudzić niepotrzebnych podejrzeń. Pojawienie się w Blue Sky i spotkanie Anny było ryzykowne i wiedziała to bardzo dobrze.

Kucnęła nad lustrem wody i położyła buty, wraz z detergentem na kamieniach. Zaczęła moczyć kozaki, zanurzając je i wynurzając naprzemiennie. Po kilku takich cyklach wsypała niewielką ilość środka czyszczącego do środka. Zaczęła trząść nimi, żeby rozprowadzić proszek, po czym zanurzyła obuwie po raz kolejny, machając nim pod wodą. Starała się jak najdokładniej wypłukać zanieczyszczenia i detergent, żeby nie musieć poprawiać prania później.

W pewnym momencie zdała sobie sprawę z faktu, że dobrze by było też wykorzystać trochę ciepłej wody. Musiałaby wtedy cofnąć się po czajnik, wrócić tu, następnie znowu pójść do domku, aby na końcu znowu pojawić się przy jeziorku. Wstając wyprostowała nogi i położyła rękę na karku, żeby się po nim podrapać, w międzyczasie próbując wymyślić najlepsze rozwiązanie. Odwróciła się na moment w stronę swojego schronienia, żeby ocenić lepiej odległość, jaką musiałaby przebyć.

Gdy nagle coś chlusnęło.

Spojrzała szybko z powrotem na taflę jeziora i zobaczyła okrągłą falę, pozostałą po jakimś obiekcie, który wpadł w tamtym momencie do wody.

Nie miała już pewności, czy w tym momencie ma halucynacje, czy naprawdę coś właśnie płynęło szybko blisko powierzchni.

W jej kierunku.

Nie zdążyła nawet zareagować, gdy po chwili coś chwyciło ją za nogę. Płetwiasta łapa otoczyła jej łydkę i pociągnęła z dużą siłą w swoją stronę. Reszta cielska, pokrytego łuskami znajdowała się w toni wodnej. Jasmin uderzyła plecami o kamienie i zaczęła zanurzać się w jeziorze. Próbowała desperacko złapać się czegoś, ale nie była w stanie oprzeć się sile podwodnego stwora. Mokre kozaki wypadły jej z rąk i zostały na plaży, sama zaś już prawie całkowicie otoczona była wodą.

Oręż wciąż znajdował się na jej biodrze, czekając na swoją kolej. Jasmin zajęta była szamotaniem się i próbami wydostania się z objęć obślizgłej kreatury. Póki co znajdowali się na niedużej głębokości, płynąc całkiem blisko powierzchni. Próbowała wystawić głowę na powietrze. Opór wody utrudniał sprawę, tak samo jak pozycja, w której się znajdowała.

Zrezygnowała ze zwykłej szarpaniny. Musiała działać szybko i skutecznie, albo utonie i stanie się obiadem dla głodnego monstrum. Nie miała czasu na gdybanie. Jej prawa ręka powędrowała w stronę pasa. Dłonią zaczęła szukać rękojeści na oślep, mając nadzieję, że uda jej się ją złapać. Czuła się trochę, jak spadochroniarz, który nie mógł znaleźć sznurka otwierającego plecak.

Poczuła euforię, gdy udało jej się wymacać chropowatą rączkę. Co prawda jeszcze wiele brakowało do pełnego wyswobodzenia, ale udało jej się wykonać krok w tym kierunku. Nie wiedziała do końca, jak dosięgnąć mutanta. Trzymał ją za nogę i płynął tuż obok niej. Szansa, żeby jakkolwiek go zranić nie była zbyt duża, ale musiała próbować.

Zaczęła czuć, jak tlen w jej krwi zaczyna być dominowany przez dwutlenek węgla.

"Kondycja już nie ta, co?" – Pomyślała do siebie, próbując wykręcić ciało w taki sposób, żeby móc dźgnąć Rybę ostrzem sztyletu.

Nie mogła stracić przytomności, nie teraz. Jeśli przed jej oczami zrobiłoby się ciemno, to równie dobrze można by było wykuć jej nagrobek.

 

***

 

I.K. Homo stigmatis (genus Piscis)

I.K. Człowiek napiętnowany (rasa Ryba)

Alternatywne nazwy: Topielec, Skrzelak, Płaz, Pływak

Kolejna bardzo specyficzna odmiana. Nazwa Ryba może być myląca, sugerując, że są to stworzenia bezwględnie wodne. Przedstawiciele Piscis są w stanie oddychać tlenem atmosferycznym, ale są także w stanie wykorzystywać tlen rozpuszczony w wodzie, dzięki obecności skrzeli. Pisces żyją głównie na lądzie, w wodzie zazwyczaj polują, bądź odprawiają rytuały godowe. Sposób wykorzystywania tlenu w dwóch różnych rozpuszczalnikach można porównać do przedstawicieli gatunku Amia calva. Nie zaobserwowano obecności Ryb w wodach słonych.

Ciała mają pokryte naskórkiem, zrogowaciałym w znacznym stopniu, który może tworzyć keratynowe płytki przypominające ułożeniem łuski gadów z rodziny Varanus. Osobniki, które nie zostały poczęte drogą naturalną, a są efektem mutacji mogą posiadać liczne pęcherze wypełnione fluorescencyjnym, ropnym płynem o nieznanej jeszcze funkcji, oraz bliznami. Obie z tych cech z czasem ulegają zanikowi dzięki samonaprawie ciała organizmu.(Dopiska Jasmin: Czy muszę to pisać przy każdej odmianie? Zobaczy się). Kości ulegają w chrzęstnieniu w niektórych miejscach, czyniąc szkielet bardziej giętkim.

Matki są bardzo opiekuńcze i trzymają młode pod swoją opieką bardzo długo, niezależnie od odmiany potomstwa, jednak jedynie potomkowie tej samej rasy są uczeni polowania przez rodziców. Młode innej rasy uczą się, jak przetrwać albo u innych dorosłych, albo same. Niedojrzałe, osierocone Pisces zazwyczaj nie trafiają pod opiekę Wszechmatki, raczej stają się podopiecznymi innych dorosłych osobników.

Kończyna dolna ulega zmianom głównie w obrębie stopy. Następuje przebudowa struktury kostnej i mięśniowej, wskutek czego kości stają się lżejsze. Palce wydłużają się, oddalają się od siebie, a przerwa między nimi uzupełniona zostaje przez membranę pochodzenia skórnego. Pomimo budowy przypominającej płetwę, Ryby są całkiem mobilne w środowisku lądowym, jednak wydajniej poruszają się w toni wodnej.

Tułów posiada cechy charakterystyczne dla budowy anatomicznej tułowia ssaków drapieżnych, aczkolwiek żywiących się czasem pokarmem roślinnym.

Bardzo silna kończyna piersiowa ulega podobnym zmianom, jak kończyna miedniczna. Ręce pozostają chwytne, z przeciwstawnym kciukiem, aczkolwiek przestrzenie między palcami uzupełnione zostają przez błonę, identyczną do tej w kończynie tylnej. Palce zakończone są twardymi, ostrymi keratynowymi szponami, jednak używają je głównie do walki w obronie własnego życia.

Górna część tułowia i szyja posiadają skrzela, pozwalające Pisces wykorzystywanie tlenu, rozpuszczonego w toni wodnej.

Głowa pozostaje zazwyczaj niezmieniona, poza zmianami wspólnymi dla wszystkich przedstawicieli gatunku Homo Stigmatis. Jakiekolwiek owłosienie głowy zostaje odrzucone, pozostawiając sam zrogowaciały naskórek.

W mutującym organizmie stare uzębienie zastępowane jest przez nowy wzór zębowy. Żeby dopasować się do diety polegającej głównie na mięsie, nowe zęby przypominają bardziej szczękę zwierzęcia drapieżnego. Tak jak to jest u wszystkich znanych nam odmian Homo stigmatis, tęczówki bezwzględnie u każdego osobnika są białe. (Znowu się powtarzam, może po prostu muszę napisać, że wszystkie tak mają i tyle?).

Polują głównie poprzez zatapianie swoich ofiar, jeśli są zwierzętami, niemogącymi oddychać w toni wodnej. Wyczekują, aż potencjalna ofiara zbliży się do zbiornika, w celu na przykład napojenia się i wtedy atakują, wciągając ją do wody. Następnie pływają z nią pod wodą, czekając, aż ta się udusi. Później wyciągają zwłoki na brzeg i żywią się nim tam, bądź zanoszą do gniazda.

Przedstawiciele rasy Piscis znani są ze swojej opiekuńczości. Bardzo często zdarza się, że to właśnie oni zastępują Virgo w roli Wszechmatki plemienia. Wykazują bardzo rozwinięte zachowania rodzicielskie, mogą brać pod opiekę cudze dzieci.

Są za to bardzo płochliwe. Gdy Pisces akurat nie polują, bądź nie przeprowadzają godów, to bardzo trudno jest znaleźć je w dziczy. Zazwyczaj unikają spotkań z człowiekiem, ale jeśli zmuszone są do walki, to stają się bardzo wymagającymi przeciwnikami.

Mutacje w tym kierunku obserwuje się głównie u ludzi bardzo opiekuńczych, wstydliwych, poświęcających się dla innych.

Side note: Co jak co, ale ich oddanie dla potomstwa i plemienia jest godne uznania.

 

***

 

Ryba szybko rzuciła okiem na wierzgającą kobietę, która próbowała zadać ranę jej porywaczowi. Kreatura skojarzyła fakty i w mgnieniu oka zmieniła pozycję. Rzuciła się w stronę szyi Jasmin. Ku zdziwieniu badaczki, monstrum nie próbowało jej rozerwać. Zacisnęło swoje szarozielone łapy na jej tętnicach, utrudniając przepływ krwi. Atakowana zaczęła czuć, jak traci kontakt ze światem rzeczywistym, gdy Ryba zaciągała ją głębiej, w stronę dna.

Mroczki skakały przed jej oczami, zwiastując nadciągającą utratę przytomności. Oczy, ozdobione mlecznobiałymi tęczówkami, gapiły się jej prosto w źrenice, jakby próbując wyssać w ten sposób energię życiową ze swojej ofiary.

Gdy życie powoli ją opuszczało, a Ryba zaczynała powoli pozwalać sobie na tryumf, to nagły wyrzut adrenaliny do jej krwi obrócił całą sytuację o sto osiemdziesiąt stopni. Organizm zaczął bronić się ostatkami sił, wykorzystując cały możliwy tlen w krwiobiegu.

Pomimo bycia stosunkowo inteligentnymi stworzeniami, Napiętnowani byli wciąż dzicy i zezwierzęceni. Ich możliwości umysłowe zostały znacznie ograniczone, degradując je do poziomu gadziego móżdżku (z kilkoma wyjątkami). Monstrum myślało, było wręcz pewne, że udało mu się przechytrzyć kobietę.

Jednak realia okazały się być inne.

Badaczka wiedziała, że w tej sytuacji musiała wykorzystać zmniejszone zdolności poznawcze mutanta. Innej opcji nie było – to, albo niechybna śmierć. Zamachnęła się i próbując pokonać opór wody, cisnęła nożem w grzbiet potwora.

Poczuła dziwny przypływ energii, który pozwolił jej skutecznie zagłębić stal w mięśniach Pływaka. Stworzenie ugięło się z bólu, ale nie zmniejszyło ucisku na tętnicach Jasmin. W jego oczach zabłysnął ogień furii. Rozwarł paszczę i z jego gardła wydobył się stłumiony przez wodę wrzask. Kobieta, wraz z przypływem nowej siły znowu wbiła nóż, tym razem w okolicę nerek. Dziwne uczucie promieniowało z jej prawego ramienia, rozchodząc się po nerwach splotu ramiennego. Tak, jakby coś wzmacniało jej ruchy, próbując ją uratować.

Tym razem uścisk śmierci zelżał, a stwór wygiął się w pałąk. Krew wypływała z obu ran potwora, a rozpuszczona w wodzie jeziora barwiła świat na czerwono. Karmazynowa mgiełka robiła się coraz większa, a monstrum zaczynało słabnąć. Jasmin wykorzystała możliwość i resztkami sił zaczęła płynąć w stronę powierzchni.

Monstrum nie dało za wygraną. Złapało ją za kostkę i zaczęło ciągnąć ku sobie. Traciły siły, widać było, że zaraz wykrwawi się na śmierć. Kompletna przegrana jednak nie pasowała Rybie, więc wizja zabrania niedoszłej ofiary ze sobą na dno była dla niej kusząca.

Badaczka próbowała strącić kreaturę, kiedy siły naprawdę zaczynały opuszczać jej mięśnie. Nie chciała zginąć przez utonięcie.

"Niech cię cholera weźmie dupku śmierdzący! Nie zginę w ten sposób, nie ma opcji!" – Pomyślała, próbując strząsnąć płetwo-rękę ze swojej nogi.

Jednak obrażenia, jakie zostały mutantowi zadane były zbyt poważne. Ucisk na piszczel zaczął puszczać, a Ryba odłączyła się od ofiary, teraz sama zmierzając w stronę kamienistego dna.

Coraz trudniej było Jasmin ruszać nogami, żeby wypłynąć w stronę upragnionego powietrza. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, płuca też, a mózg chciał odpłynąć w krainę marzeń sennych. Fizyczny ból spowodowany zbyt dużym stężeniem dwutlenku węgla w krwiobiegu paraliżował jej zdolności poznawcze, więc zaczynała tracić także orientację.

Próbowała skierować się w stronę błękitu nieba. Pływanie w butach zdecydowanie nie należało do najłatwiejszych czynności, co z pewnością utrudniało wydostanie się na powierzchnię. Spróbowała zsunąć je z nóg, żeby się chociaż trochę odciążyć i ułatwić sobie uratowanie własnego życia.

Po chwili buty tonąc, kierowały się w stronę konającego Pływaka. Jasmin już prawie straciła przytomność, gdy zapach świeżego powietrza trafił do jej nosa. Pęcherzyki płucne przytuliły tlen po długiej przerwie, gdy kobieta zaczęła łapczywie łykać jego cząsteczki. Po kilku szybkich i głębokich oddechach udało jej się trochę uspokoić i rozeznać w sytuacji. Znajdowała się teraz około trzydzieści metrów od brzegu, z którego została porwana. Trzydzieści metrów, które musiała teraz sama pokonać, wykończona i skonfundowana.

Szczęśliwa, że udało jej się uratować własne życie zaczęła obmyślać plan powrotu na ląd. Położyła się na plecach i zdecydowała się na wiosłowanie rękami i nogami w kierunku domku. Czuła, że spowalniana była przez płaszcz, który wisiał na jej ramionach, ale na szczęście nie był zbyt ciężki. Poza tym, nie chciała go porzucać. Nie zniosłaby utraty swojej ulubionej części garderoby (która i tak była całkiem obszerna, jak na czasy i warunki).

Z każdym przebytym metrem czuła narastający ból mięśni. Ciągły skurcz, który odczuwała wciąż na szyi także nie ułatwiał wysiłku fizycznego. Jedyne czego pragnęła, to poczuć ląd pod nogami, względną stabilność, która nie groziłaby zatonięciem w chwili nieuwagi.

Konfrontacja z Rybą bardzo zaskoczyła Jasmin, bo nie sądziła, że jedna z nich podeszłaby tak blisko do ludzkiego budynku. Ba, nie spodziewała się nagłego ataku.

"Jakieś gniazdo, może blisko? – pomyślała, przebierając ramionami w wodzie. – "Nie, nie pasuje mi coś. Przecież sprawdzałam, nie ma warunków."

Okoliczne tereny obfite były w dziką zwierzynę, więc tym bardziej zaskakująca była agresja Pływaka. Do obrony plemienia wysłany by raczej został Aquarius, więc te zachowania przeczyły tym zaobserwowanym wcześniej.

"Też jakoś dziwnie łatwo dał się pokonać, może osłabiony? Ale czemu?" – Jasmin próbowała analizować sytuację, zbliżając się już do brzegu.

Kamienie, tworzące wybrzeże dotknęły jej dłoni, symbolizując bezpieczeństwo i ulgę. Doczłapała się na suchy obszar, położyła się i rozłożyła ręce. Ciężkie oddechy wtórowały śpiewowi ptaków, które siedziały wygodnie na gałęziach zielonych gigantów.

Nawet nie zdążyła zauważyć, że dziwne uczucie z ramienia zniknęło. Uciekło gdzieś w międzyczasie, pozostawiając nerwy w spokoju. Przez moment mrowienie przypominało jej symptomy zawału serca, ale strona ciała się nie zgadzała, więc to z pewnością nie było to.

Po kilkunastu sekundach bezwładnego leżenia postanowiła podnieść się i wrócić jak najszybciej do drewnianej chatki. Czuła się tam stosunkowo bezpiecznie, chroniona przed dzikimi zwierzętami i warunkami atmosferycznymi. Przyjęła pozycję siedzącą i rozejrzała się na boki. Kilka metrów od niej leżały mokre wciąż kozaki, które wcześniej myła. Obok nich znajdował się rozsypany detergent.

"No, to tyle z prania jak na razie." – Pomyślała, patrząc na rozrzucone po wybrzeżu granulki.

Doczłapała się na czworaka do wilgotnych butów i wzięła je do ręki, drugą biorąc resztki białego proszku, które zachowały się w kolorowym opakowaniu. Mokre ubrania, które miała na sobie potęgowały chłód, wywoływany przez jesienny wiatr. Co prawda Słońce przygrzewało całkiem przyjemnie, ale górski klimat nie sprzyjał październikowym kąpielom. Szybko doprowadziło to do tego, że Jasmin zaczęła drżeć i szczękać zębami.

Chwiejąc się na boki skierowała się w stronę swojej kryjówki, nie patrząc nawet, czy coś za nią podąża. Szła po prostu przed siebie, nie zważając na nic innego, czy to na drzewa, czy to na niebo. Pragnęła tylko spokoju i odpoczynku. Ciągnęła nogę za nogą, kuśtykając powoli ku chatce.

A to wciąż był dopiero poranek.

Po kilkudziesięciu ciężkich krokach znalazła się nareszcie u drzwi swoich czterech ścian. Ledwo zipiąc rzuciła się na klamkę i nacisnęła ją, po czym wtoczyła się do środka, i jak worek ziemniaków upadła na ziemię. Poczuła, jak niemoc ogarnia całe jej ciało, zamknęła oczy i w takiej pozycji zasnęła.

 

***

 

Obudziła się kilka godzin później. Słońce było wysoko na niebie, a do wieczora jeszcze wciąż było całkiem daleko. Drzwi frontowe były w dalszym ciągu otwarte na oścież. Jasmin spróbowała obrócić się na plecy, żeby zdobyć lepiej rozeznać się w sytuacji. Ledwo pamiętała wydarzenia sprzed południa, jednak moment upadania na podłogę zapisał jej się w głowie. Podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała na swoją nogę, którą wcześniej trzymał mutant.

Spodnie w tym miejscu były podarte.

Odwinęła nogawkę, żeby sprawdzić, czy na jej nodze widniały jakieś obrażenia. Uczucie ulgi rozeszło się po jej ciele, gdy zobaczyła swój piszczel, który był w idealnym stanie. Żadnej rany.

"Chociaż coś." – Szczęśliwa, że obędzie się bez szycia ran wstała z desek.

"Ile przespałam?" – Kolejna myśl przyszła do jej głowy, zmartwiając badaczkę.

Zegarek wskazywał godzinę równo czternastą.

"Nie ma tragedii." – Pocieszała się Jasmin.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że w pomieszczeniu było dziwnie ciepło. Dzień co prawda był stosunkowo przyjemny, ale nie na tyle, żeby tak nagrzało się to pomieszczenie. Tym bardziej, że drzwi przez kilka godzin były otwarte.

Grzejnik gazowy nie był uruchomiony, już długo stał zimny, nieużywany. Badaczka próbowała znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie dla zjawiska, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Przypomniało jej to spotkanie z Anną i moment, kiedy obudziła się w łóżku, zabandażowana. Wtedy też było dziwnie ciepło, aż zbyt ciepło. Nie miała pewności, czy te dwie sytuacje były w jakiś sposób ze sobą powiązane, ale z pewnością był to jakiś trop.

Zamknęła drzwi, odłożyła buty obok grzejnika, żeby się wysuszyły. Nie wiedziała jeszcze, czy będzie go w ogóle używać, ale nie mogła wymyślić lepszego miejsca na odłożenie wyczyszczonego obuwia. Miała tylko nadzieję, że gryzonie nie zrobią jej niespodzianki po raz kolejny.

Ubrania, które miała na sobie zdążyły wyschnąć przez ten czas, więc nie zaprzątała sobie póki co głowy przebieraniem się. Głód ssał w jej żołądku, powodując ból brzucha. Rzuciła się od razu do swoich zapasów i wygrzebała konserwę. Puszkowane jedzenie było dla niej głównym źródłem nutrientów, ale nie narzekała zbytnio. Pełny brzuch, to szczęśliwy brzuch.

Po zjedzeniu zaczęła chodzić w kółko po pokoju. Drapiąc się po brodzie, próbowała posegregować swoje myśli i przeanalizować wydarzenia z poranka. Po kilku minutach krążenia siadła do dokumentów po raz kolejny i zaczęła wertować kartki. Symbole i nazwy znowu zaczęły fruwać w powietrzu, wciąż będąc jeszcze w znacznej mierze tajemniczymi.

W pewnym momencie nasunęła się jej jedna myśl, która ponownie zmroziła jej krew w żyłach – "Co to była za sylwetka, która pojawiła się wtedy w oknie?"

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Najpierw upewnię się, bo nie wiem, czy mnie pamięć nie myli, ale kojarzę, że w poprzednim opowiadaniu Badaczka była brunetką, czy tak?

Malowniczo i plastycznie opisujesz nadal otoczenie.:)

Na wężu ostatecznie siedzi/stoi sporo osób, tak? :)

 

Czuło, że jedna z jego składowych oderwała się i zaburzyła równowagę całego organizmu. – tu mam zagwozdkę, czy to brak części zdania? 

Potem doczytam resztę. :)

 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Dzień dobry!

Tak, jest brunetką! Sam miałem zagwozdkę, czy mógłbym używać sformułowania “kasztanowe włosy/kasztanowy brąz”, ale ostatecznie po wykonaniu własnych badań na temat barw włosów doszedłem do wniosku, że pasuje.

 

Mój awatar prezentuje tytułową Badaczkę, co prawda przez zmniejszenie i skompresowanie pliku trudno dojrzeć szczegóły, ale tak!

 

Ale jeśli faktycznie jest to rażące, to zmienię! W końcu spójność jest bardzo ważna.

 

I na wężu stoi bardzo dużo osób, dalej w tekście surrealizm opisanych scen jest wyjaśniony :)

 

A z tym zdaniem… czy może należałoby dodać, że byłaby to jedna ze składowych “części”? Też właśnie nad tym się zastanawiałem. :D

 

Dziękuję i pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Witaj. :)

O ile dobrze pamiętam zasady zapisywania dialogów, po kropce wielka litera:

"Za dużo się tym przejmuję, stąd te sny, na pewno." – przyszło jej to na myśl, zamknęła teczkę i rzuciła gdzieś w kąt.

Jedynie kolejne skrzyżowania, rozwidlenia, ewentualnie kolejne wskazówki, które prawdopodobnie poprowadziłyby tylko do kolejnych pytań. Wzięła kolejny haust kawy, który okazał się być ostatnim – powtórzenia

Skrzeczące drewno, z której zrobiona była podłoga skrzypiało delikatnie, zaznaczając każdy krok. – brak części zdania albo styl

 

Pecunia non olet

Witaj.

Aha, rozumiem. Myślę, że nie trzeba zmieniać, nie jest to rażące; kasztan ma różne barwy/odcienie. :) Co do awatara, domyśliłam się. :)

Rozumiem, czyli wąż niesie ludzi w większej ilości. :)

Tak, ten wyraz powinien wystarczyć, jeśli to zamierzałeś napisać. :)

Pecunia non olet

O, no to dobrze w takim razie!

Tak właśnie jest, dokładnie. :)

Dobrze, dziękuję! :)

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Już wracam. :)

i zadowoleniem pokiwała głową. – brak Z

"Miło w takich czasach założyć coś świeżego." – przyszło jej na myśl i uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. – tu podobnie, jak wcześniej

"O nie." – badaczka poczuła – i tu

– Tu jesteś. – powiedziała do sztyletu – tu też

Najpierw jej sny nawiedziła jakaś specyficzna mara, która pojawiała się w jej umyśle co jakiś czas, potem kawa zniknęła z jej kubka coś za szybko, a jeszcze później zaczęła mieć podejrzenia, że ktoś ją śledzi. – powtórzenia

– Szczury, cholera jasna. – wysyczała przez zęby, wyciągając ubrudzoną moczem dzikiego gryzonia. – tu też plus jeszcze brak części zdania

 

 

Jeszcze tutaj:

Twarda podeszwa znalazła się na trawiastym podłożu, miękko wciskając się w rośliny. Otoczona drzewami polana i plaża nie cierpiała bardzo przez jesienny wiatr, który nie był w stanie przecisnąć się przez mur z pni i gałęzi. Z każdym krokiem czuła, jak świeże powietrze napełnia jej płuca coraz bardziej. – nie wiadomo ze zdań, czyje płuca

 

 

Myślę, że łatwiej będzie na spokojnie to przeczytać sobie samemu kilka razy, aby podobne błędy wyłapać i od razu poprawić. 

 

 

Tak, a zatem pozostawiając już resztę spraw technicznych, pochylę się znowu nad treścią. :)

Kolejna część cyklu układa mi się w pewną całość. Mamy końcówkę wieku XX, a główna bohaterka w każdej części toczy walkę z potworem/monstrum. Ostatecznie wygrywa, zaś nazwa rodziny, do której należy każdy potwór, jest zapisywana wielką literą i kojarzy się ze znakami Zodiaku. Niebanalny pomysł i fabuła całej zaprezentowanej dotąd opowieści. 

 

Co do tej konkretnej opowieści, nasuwa mi się, że:

bohaterka powinna mieć w domu spory zapas czystej wody (przecież poza domem/chatką czuje się niepewnie, czyha na nią mnóstwo niebezpieczeństw, a oddalone nieco jezioro to główne źródło wody pitnej)

po tej rzezi w wodzie, którą przecież pije, będzie mnóstwo resztek zamordowanej ogromnej Ryby,

czy to rozsądne prać groźnym dla zdrowia detergentem buty w jeziorze, będącym źródłem wodopoju kobiety?

 

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Dziękuję! Faktycznie, zaczynanie z mniejszej litery po kwestii wypowiedzianej przez postać to już moje zapominalstwa, umknęło nawet podczas sprawdzania tekstu przeze mnie. 

Pozdrawiam.

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Taki jest ogólny schemat, dokładnie! Powieść ta ma na celu wprowadzić czytelnika w świat mutantów oraz w problemy, jakie spotkały pozostałą przy życiu ludzkość.

 

Co prawda czas, w którym rozgrywa się fabuła jest nieco inny, bowiem Opowieść dzieje się bardzo niedalekiej przyszłości (gdzie upadek Cywilizacji przypadł na rok 2022.), ale faktycznie trudno w tym momencie ocenić lata wydarzeń, gdyż Badaczka głównie porusza się po bardziej zdziczałych terenach. Mało jest opisów technologii, ale wraz z postępującą fabułą powinno to zostać bardziej rozjaśnione. :)

 

I tak, to prawda! Jasmin jest bardzo inteligentną osobą, ale ma tendencje do podejmowania niektórych decyzji zbyt pochopnie. Zdarza jej się też przeceniać swoje możliwości, dlatego miała zbyt dużą pewność, że zbiornik wodny będzie cały czas w obecnym wydaniu.

 

A z detergentem to racja, trochę moje niedopatrzenie. Lepiej byłoby wziąć miskę i ją napełnić ją wodą!

 

Pozdrawiam i dziękuję za analizę. :)

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Rozumiem. To dwieście lat w zestawieniu z rokiem rozpoczęcia mojej podstawówki (1977) mnie zmyliło. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka