- Opowiadanie: Helmut - Litopedion

Litopedion

Historia mocno alternatywna. Jeżeli kogoś uraziłem, z góry przepraszam.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Litopedion

Abram moczył strudzone całodziennym znojem stopy w nurcie strumienia. Słońce zachodziło właśnie za poszarpanymi szczytami gór i zdał sobie sprawę, że robi się chłodno, a trzymanie nóg w zimnej wodzie to nie najlepszy pomysł. Kiedy ma się prawie sto lat, trzeba uważać na takie rzeczy, bo każda choroba to prosta droga do zjednoczenia się z Panem.

Abram na razie wolał się nie jednoczyć.

Sztywnym krokiem ruszył do domu na wieczerzę. Zanim jednak sam się posilił, wziął kilka poślednich kawałków koźlego mięsa, bacząc, żeby nie ruszyć najsmaczniejszych, pokrytych tłuszczem kąsków. Zabrał także cząstkę ciemnego chleba i puchar pomieszanego z wodą wina. Zaniósł wszystko przed dom, na zbudowany pod drzewem oliwnym ołtarz.

Niebo było już całkiem ciemne, osnute grubą warstwą chmur, zza której nie przebijało nawet światło księżyca. „Będziesz miał potomstwo liczne jak gwiazdy na niebie”, przypomniał sobie Abram i zaśmiał się dychawicznym śmiechem starca, przypominającym wycie wiatru w zrujnowanej świątyni. „Prędzej kamień ożyje i zatańczy”, pomyślał.

– Panie, jedyny władco, ufam tobie. Tyś poprowadził me stada na bogate pastwiska, tyś mnie napoił i nakarmił, tobie wszystko zawdzięczam! – zawołał ochrypłym głosem, zginając kolana przed ołtarzem. – Panie, wierzę, że co powiesz, to się stanie, ale żona moja, Saraj, widziała już zbyt wiele wschodów. Jej łono jest wyczerpane i jałowe. Jakże ma porodzić mi potomka?

Abram zadumał się w milczeniu.

– Może ześlesz nową oblubienicę swemu słudze? – zapytał z nadzieją w głosie.

I wtedy Pan odpowiedział, lecz głosem, którego nie mogłaby usłyszeć pasąca się nieopodal koza czy siedzący na gałęzi ptak. Było to bardziej wrażenie, które Abram odebrał duszą, miast uszami.

– Z żony twej, Saraj, pocznie się chłopiec. Dasz mu na imię Izahakh, to znaczy: kopiący głęboko. A teraz idź, albowiem dopełnia się wola moja.

Abram wstał i poszedł do domu na tyle szybko, na ile pozwalały mu obolałe od klęczenia kolana. Stanąwszy w progu, przeraził się. Saraj leżała na podłodze, w kącie izby. Obejmowała rękoma podbrzusze i wyła z bólu. Na pobladłe lico wystąpiły poty, a źrenice miała szerokie z przerażenia. Od samego widoku pod Abramem ugięły się nogi.

– Co ci jest? – zapytał.

W tym momencie Saraj zemdlała. Leżała w malignie kolejne trzy dni, nie wyrzekłszy ani słowa. Abram poił ją i doglądał jak mógł. Na próżno – trzeciego dnia zmarła.

Kolejne trzy dni Abram płakał nad zimnym ciałem, lecz jego łzy nie przywróciły kobiecie życia.

– Panie, czym sobie zasłużyłem na twą niełaskę? Obiecałeś mi syna, a zabrałeś żonę! – zawołał z goryczą, zwracając oczy ku niebu.

– Abramie, Abramie, gdzież twoja wiara? – usłyszał głos Pana. – Weź nóż i rozetnij łono żony.

Rozpruwanie brzucha ukochanej kobiety było ostatnim, czego Abram w tym momencie pragnął, ale nie miał odwagi protestować. Chwycił ostrze. Zanosząc się szlochem, ciął martwe ciało od mostka, przez pępek, aż po srom. Rozchylił skórę i oczy jego ujrzały dziecko: szare i twarde, w dotyku przypominało skałę, było jednak ciepłe, tak, jak ciepłe jest ledwo urodzone jagnię.

Abram własną szatą otarł nieruchome dziecko z krwi, a wtedy ono rozwarło powieki i popatrzyło oczami czarnymi niby węgle.

– Oto twój syn, Izahakh – powiedział Pan.

A Abram raz jeszcze zapłakał.

 

 

Izahakh rósł szybciej niż normalne dzieci; a może to staremu Abramowi czas upływał prędzej niż innym ludziom? Chłopiec jadł, co dostał, lecz nigdy nie był nasycony; biegał, bawił się, dokazywał, lecz nie znał zmęczenia. Za dnia ukrywany przed obcymi w domostwie, w nocy harcował po polach, szukając jedzenia. Nie sypiał zaś wcale. Nade wszystko umiłował wszakże taniec – kamiennymi rękoma wystukiwał rytm, do którego podskakiwał ociężale i wycinał niezdarne hołubce, co jakiś czas upadając z łoskotem.

„Miałem mieć syna, a mam potwora”, myślał Abram. „Nawet tancerz z niego żaden”.

I drżał, rozważając, co powiedzą ludzie, gdy ujrzą chłopca. Ba, gdyby ten znalazł stada innych pasterzy, pożarłby je zapewne, gdyż trawił go wieczny głód. Kto wie, może i na ludzi rzuciłby się z zębami?

Tymczasem Izahakh rósł nieprzerwanie, w czym podobny był do cedrów Libanu. W wieku ośmiu lat przerósł swego ojca, mając lat dwanaście mógłby już uchodzić za olbrzyma. Chłopca szpeciła nie tylko szara jak popiół, szorstka niczym pumeks skóra, także jego twarz wyglądała na wyciosaną w skale i to bynajmniej nie dłutem artysty. Siłą przewyższał zwykłego człowieka – jedną ręką mógł unieść osła, co czasem czynił dla zabawy, nie bacząc na porykiwania przerażonego zwierzęcia.

Pewnego razu Izahakh wyrwał młode drzewo oliwne, równie łatwo, jak pracujący na roli wyrywa kąkol i to przeraziło Abrama. Spytał on Pana:

– Panie, co robić? Syn mój jest na razie posłuszny, jednak boję się, że podniesie na mnie rękę i wtedy zginę niechybnie. Panie, obdarzyłeś go siłą, ale poskąpiłeś rozumu, a przecież każdy mocarz pozbawiony roztropności to narzędzie w ręku diabła.

– Abramie! Weź syna swego do kraju Moria i wejdź z nim na najwyższą górę, jaką znajdziesz. Tam zbuduj ołtarz, na którym złożysz go w ofierze ku mej chwale. Pamiętaj, że wszystko, co uczynisz w moim imieniu, będzie ci policzone.

– Rzekłeś, Panie.

 Wziął więc Abram swojego syna do kraju Moria. Nie potrzebował jucznych osłów, gdyż Izahakh cały bagaż zarzucił bez wysiłku na plecy. Droga przez lasy i doliny trwała trzy dni, a dnia trzeciego stanęli u podnóża góry, której wierzchołek wznosił się wyżej niż inne, godząc w niebo skalną iglicą. Wspinaczka na szczyt była mozolna. Olbrzymi chłopiec torował ojcu drogę wśród splątanych zarośli, za nic mając cierniste gałęzie.

– Ojcze, dokąd zmierzamy? – pytał.

– Zobaczysz.

Weszli na szczyt, a Abram nakazał sporządzić ołtarz, większy niż wszystkie do tej pory i nazbierać drew na całopalenie.

– Ojcze, nie mamy ze sobą zwierząt, cóż złożymy w ofierze? – dziwił się Izahakh.

– Posłuchaj mnie teraz uważnie synu – zaczął Abram. –  Mówiłem ci o Panu naszym, którego nie widać, ale który ma moc większą, niźli wszyscy królowie tej ziemi. Co on rzeknie, to się stanie. Za jego sprawą przyszedłeś na świat i ku jego chwale musisz teraz umrzeć.

– Umrzeć? – Kamienne oblicze Izahakha pokryło się zmarszczkami.

– Tak.

– Kiedy ja nie chcę.

Abram nie wiedział co odpowiedzieć. Nie sądził, że skoro Pan powierzył mu misję, to może natrafić na takie przeszkody. Ostatecznie trudno zmusić wielkiego jak dąb i silnego jak wół chłopca do pokornego podłożenia gardła pod rytualny nóż.

– Izahakhu, bądź posłuszny, a trafisz do rajskiego ogrodu Eden. Sprzeciwisz się, a czeka cię Gehenna i wieczne męki. Pamiętaj: każdy człowiek umrze i każdego dosięgnie sprawiedliwość Pana.

Olbrzym zamyślił się, trąc ręką o brodę, przy dźwięku szorowania kamienia o kamień. Lubił swoje życie, chociaż czasem mu się nudziło i nie jadł tyle, ile chciał. Z drugiej strony, to wszystko przez ojca, to on zabraniał Izahakhowi napadać na stada innych pasterzy, a przecież nikt by go nie powstrzymał.

Coś był jednak winien swemu rodzicielowi.

– Ojcze, a czy ty chciałbyś dostąpić łaski Pana? – zapytał.

– Oczywiście, synu.

W jednej chwili Izahakh potężnymi dłońmi porwał Abrama i przywiązał do sporządzonego wcześniej ołtarza, za nic mając klątwy i krzyki staruszka.

– Jeszcze dziś będziesz świętował w Edenie – uspokajał go, podkładając ogień pod stos.

W ten sposób, płonąc żywcem na najwyższej górze w kraju Moria, zginął z rąk jedynego syna Abram.

Lecz czyn Izahakha rozgniewał Pana i przeklął go Pan: światło słońca zaczęło palić kamienną skórę olbrzyma, tak, jak ogień palił ciało Abrama. Skrył się więc Izahakh w głębokich jaskiniach, we wnętrzu góry, tam, gdzie świat ma swoje korzenie. Napotkał stworzenia mroczne i bezimienne, z którymi miał potomstwo liczne jak gwiazdy na niebie albo jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza, a były to szkaradne karły o oczach czarnych niby bezksiężycowa noc i skórze szarej niczym jałowa ziemia.

Izahakh nigdy już nie ujrzał światła dnia, z czasem zdziczał i zapomniał mowy ludzi, aż wreszcie został zgładzony przez Dziewięciu Piechurów z Zachodu. Ale to było wiele epok później, w zupełnie innym świecie…

Koniec

Komentarze

Witaj.

Myślę, że pod wieloma względami Twoja wersja wydawać by się mogła bardziej logiczną. 

Co do samego zdarzenia biblijnego i wystawienia na próbę Abrama, chyba każdy rodzic, mimo wszystko, czuje się dziwnie, czytając/słysząc o tym. 

Ciekawostka  z komentarza wstrząsająca. Natura zna przypadki, o jakich nie śniło się filozofom. :)

 

Całkiem niezwiązana z tekstem, lecz z podaną przez Ciebie ciekawostką rzecz, jaką przypomniał mi ten artykuł, to inny, jemu podobny, też zdarzenie autentyczne, kiedy to z kolei pewien mężczyzna, cierpiący na silne bóle brzucha, został operowany i okazało się, że nosił w sobie przez ponad 30 lat lat brata -bliźniaka, przekazanego mu przez ciało matki, gdy jeszcze była w ciąży. Brat ten był dziwacznym tworem, bez wielu części ciała ludzkiego; niestety, potem stał się pasożytem dla żyjącego mężczyzny, zaś on – jego żywicielem.

 

Pozdrawiam.

Pecunia non olet

Helmucie, całkiem przyjemnie czytało się tę opowiastkę. Piszesz płynnie i lekko. Czytając jakoś tak miałem przed oczami Mitologię nordycką Gaimana, którą czytałem w sumie dawno temu. Nie wiem jednak, czy w podobny do Gaimana sposób opisywałeś wydarzenia, czy chodzi raczej o sam fakt tekstu opisującego mit/legendę/scenkę biblijną. Ciekawa wariacja znanej przypowieści, choć może nie aż tak mocno alternatywna, jak Ci się może wydawać :P Podsumowując: fajerwerków brak, ale jako przyjemna opowiastka do poduchy sprawdza się bardzo dobrze. Pozdrawiam!

Witaj bruce,

 

Są też rzeczy, które nie śnił się nawet fizjologom ;)

Tak naprawdę nie wiemy, co mamy w środku, dopóki nie zachorujemy (odpukać) i nas nie przebadają. Wtedy okazuje się, że ktoś ma cztery nerki, dwie śledziony, albo nawet takiego bliźniaka-pasożyta :0

 

Witaj Realuc,

 

Z Gaimana czytałem tylko “Amerykańskich bogów”, ale tam jest silniejszy wpływ “współczesnego” stylu pisania. Tutaj próbowałem nawiązywać do stylu biblijnego, co było o tyle trudne, że w Piśmie Świętym aż roi się od zaimków. Tym bardziej cieszę się, iż oceniasz moje pisanie jako płynne i lekkie :)

 

Pozdrawiam!

 

O, tak, Helmut, jest w tym wiele racji. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Przyjemna w czytaniu przypowieść, Helmucie. Fabularnie co prawda bardzo prosto, ale przypowieści w zasadzie takie są. W takich momentach dobrze być ateistką, gdyż albowiem bo mogłam podejść do tego obiektywnie i przyswoić należyte emocje dopiero po przeczytaniu. Samego stylu nie oceniam ani dobrze, ani źle, bo świetnie odwzorowałeś ten biblijny, lecz on sam w sobie… nie powala. Wręcz może nużyć. Z wiadomych względów. W końcu jest dosyć stary.

Tak czy siak podobało mi się i zostaje mi powtórzyć słowa Realuca: “przyjemna opowiastka do poduchy”. A akurat tak się składa, że zaraz idę się położyć, więc tym bardziej ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

W takim razie dziękuję i życzę kolorowych snów ;)

 

Urażona się nie poczułam, ale lekko rozczarowana już tak. Bo mogłeś pomysł lepiej wykorzystać. Dostaałam opowieść równie enigmatyczną jak Biblia, przerwaną w najciekawszym momencie i zostawioną bez podsumowania.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj Irka,

 

Urażona się nie poczułam, ale lekko rozczarowana już tak.

To chyba nawet gorzej :/

Myślałem, że przewrotne zakończenie, w którym Abram rzeczywiście ma potomstwo liczne jak gwiazdy na niebie, lecz w postaci goblinów, będzie trafione, ale cóż, jak się strzela na oślep, to czasem się chybia ;)

 

Pozdrawiam!

 

A mnie się podobało i zakończenie uważam za satysfakcjonujące :D Akurat trafiłem tutaj podczas Narodowego Czytania Pisma Świętego w telewizji publicznej. 

Przeróbce poddałeś oczywiście biblijną historię o Abrahamie, przy czym Pan w Twojej opowieści jest kapryśny, dosyć złośliwy i snuje przewrotne plany, szydząc z oddanego mu Abrama. Podobnie, jak Stary Testament wypełniony jest po brzegi okrucieństwem, mało zrozumiałym z perspektywy współczesnego odbiorcy, tak i tutaj Bóg podejmuje działania dosyć kontrowersyjne, zakończone narodzinami goblinów w Morii ;) 

Podoba mi się też próba odpowiedniej stylizacji języka.

Tekst ciut egzotyczny i odjechany, ale z lektury jestem całkiem zadowolony. Powtarzając za użytkownikiem NoWhereManniezły koncert fajerwerków. 

Urażony oczywiście nie jestem :P

 

Abram moczył zmęczone całodziennym trudem stopy w nurcie strumienia.

moczył zmęczone – nie brzmi to najlepiej, jeśli przeczytać zdanie na głos. Może lepiej zabrzmi moczył strudzone stopy w nurcie strumienia?

 

Kiedy ma się ponad prawie sto lat, trzeba uważać na takie rzeczy, bo każda choroba to prosta droga do zjednoczenia się z Panem.

Nie brzmi to zbyt dobrze. Może po prostu prawie sto lat, albo ponad sto lat? Nie wiem, w jakim dokładnie wieku jest bohater z Twojego opowiadania ;P

 

Niebo było już całkiem ciemne, przykryte grubą warstwą chmur, zza której nie przebijało nawet światło księżyca.

Zgodnie z SJP (przykryć – Słownik SJP), przykrywać to ochraniać coś od czynników zewnętrznych od góry. Ponieważ Abram patrzy z dołu, to może lepsze by było słowo osnute?

 

„Będziesz miał potomstwo liczne jak gwiazdy na niebie”, przypomniał sobie Abram i zaśmiał się dychawicznym śmiechem starca, przypominającym wycie wiatru w zrujnowanej świątyni.

To celowe powtórzenie? ;P

 

– Abramie, Abramie, gdzież twoja wiara? – Usłyszał głos Pana.

 

Syn mój jest na razie posłuszny, jednak boje się, że podniesie na mnie rękę i wtedy zginę niechybnie

Boję się.

 

Ostatecznie trudno zmusić wielkiego jak dąb i silnego jak wołu chłopca do pokornego podłożenia gardła pod rytualny nóż.

Po prostu silnego jak wół. 

 

Helmucie, lubię przeróbki i wariacje znanych tematów, także wątków biblijnych  i Twój Litopedion wypadł w tej kategorii całkiem nieźle. Byłabym mocno zdziwiona, gdyby ktoś poczuł się urażony takim ujęciem sprawy. ;D

 

Kiedy ma się ponad pra­wie sto lat… ―> Nie można mieć ponad prawie sto lat – albo ma się prawie sto lat, albo ponad sto lat.

 

Chwy­cił za ostrze. ―> Chwy­cił ostrze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki AmonRa, bardzo się cieszę, że szort przypadł Ci do gustu. Doskonale przejrzałeś przewrotność działań “mojego” Pana ;) Trafne uwagi, zaraz wprowadzę poprawki.

 

Witaj regulatorzy, dzięki za odwiedziny. Ten wątek biblijny już był tu pewnie przerabiany milion razy, ale mam nadzieję, że w taki sposób jeszcze nie :)

 

Pozdrawiam!

 

Helmucie, czy milion razy – nie wiem, nie liczyłam, ale Twoje dziełko, na tle rzeczonego „miliona”, prezentuje się całkiem, całkiem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tym bardziej się cieszę ;)

 

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Biblijna w historia w wersji creepy/fantasy? Interesujące podejście, interesujące.

A to fakt, że w tej książce roi się od strasznych opowieści. Co musiały czuć córki Lota, kiedy ojciec namawiał tłum facetów do zgwałcenia dziewczyn? Kurczę, jeśli to był ten jedyny sprawiedliwy…

Babska logika rządzi!

No cóż, opowiadanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Historie biblijne, zwłaszcza te starotestamentowe, są dostatecznie upiorne i makabryczne w oryginale, nie widzę więc sensu takich przeróbek. Może jest tu jakieś drugie dno, jakieś głębsze przesłanie, które mi umknęło, nie wiem.

 

Izahakh nigdy już nie ujrzał światła dnia, z czasem zdziczał i zapomniał mowy ludzi, aż wreszcie został zgładzony przez Dziewięciu Piechurów z Zachodu. Ale to było wiele epok później, w zupełnie innym świecie…

Nie rozumiem tego zakończenia. Początkowo myślałem, że to jakieś nawiązanie do Tolkiena, ale twój Izahakh ani na Balroga, ani na Golluma mi nie wygląda (ten ostatni zginął zresztą z własnej ręki), a z kolei Wielki Goblin z Gór Mglistych nijak się ma do Dziewięciu Piechurów. Może chodzi o skalnego trolla z Morii? Ale on został zabity przez Drużynę Pierścienia tylko w filmie Jacksona, w książce, jeśli dobrze pamiętam, został dźgnięty w stopę przez któregoś z hobbitów i uciekł.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Witaj Finklo,

O ile dobrze pamiętam, córki Lota upił go i też zgwałciły, żeby mieć z nim dzieci. Brzmi jak dość patologiczna rodzinka, ale kto wie, jak to drzewiej bywało.

 

Witaj Bolly,

To prawda, historie starotestamentowe same w sobie są niesamowite – tym wdzięczniejszym są materiałem do przerabiania i tym lepszą stanowią inspirację ;)

Co do zakończenia, prawdopodobnie chodzi właśnie o trolla – w filmie go zabili, a w książce dostał rzeczywiście w stopę (aczkolwiek mógł mu się wdać tężec i kaplica). W książce jednak występuje jeszcze potężny wódz goblinów, atakujący Froda włócznią. Co prawda miał on wzrost zaledwie człowieka, ale pamiętajmy, że napisany przeze mnie szort to rodzaj legendy – nie wszystko musi się zgadzać w 100%. Miło jednak, że tak rzetelnie przeanalizowałeś mojego szorcika ;)

 

Pozdrawiam!

 

 

Co do zakończenia, prawdopodobnie chodzi właśnie o trolla

Prawdopodobnie? Kto jak kto, ale sam autor powinien wiedzieć, o co mu chodziło.

 

pamiętajmy, że napisany przeze mnie szort to rodzaj legendy – nie wszystko musi się zgadzać w 100%.

To po co w ogóle nawiązywać do LotRa? Tym bardziej, że wyskakujesz z tym nawiązaniem na końcu ni z gruchy, ni z pietruchy. Równie dobrze mógłbyś napisać, że Izahakh przyłączył się do bandy Robin Hooda, zamieszkał w Nibylandii z wróżkami albo został lordem Sithów.

Przed oczami miał miskę pełną dymiących borowików, a w sercu nienawiść do całego świata.

Tak, upiły i zgwałciły, ale to już innym razem. I ja bym to zwaliła na traumę z Sodomy. Tak czy siak – patologia pełną gębą.

Babska logika rządzi!

Prawdopodobnie? Kto jak kto, ale sam autor powinien wiedzieć, o co mu chodziło.

Ja tam jestem zwolennikiem śmierci autora, “prawdopodobnie” – bo taka była moja intencja, ale jak kto woli, może interpretować inaczej.

 

 

Nowa Fantastyka