- Opowiadanie: GOCHAW - Opiekun samotności

Opiekun samotności

Przede wszyst­kim bar­dzo ser­decz­nie dzię­ku­ję za be­to­wa­nie tek­stu przez bruce i Ba­se­ment­Key-a, w ogrom­nej mie­rze opo­wia­da­nie zy­ska­ło po ich po­praw­kach.

 

 

Mam na­dzie­ję, że opo­wia­da­nie za­trzy­ma cho­ciaż na chwi­lę.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Opiekun samotności

Te­re­sa nie wie­dzia­ła, jakim cudem prze­trwa­ła, ani ile ma lat. Od­zy­ska­ła przy­tom­ność po kilku go­dzi­nach. Ro­zej­rza­ła się prze­stra­szo­na. Znaj­do­wa­ła się w ogrom­nej ja­ski­ni. Pró­bo­wa­ła sobie przy­po­mnieć ja­kieś oko­licz­no­ści, co­kol­wiek. Nie­ste­ty, wy­glą­da­ło na to, że ma cał­ko­wi­tą amne­zję. Rzecz jasna, było to nie­bez­piecz­ne w nowym miej­scu. Pra­gnie­nie na­ra­sta­ło. Obo­la­ła, po cichu ru­szy­ła wzdłuż krę­te­go ko­ry­ta­rza ja­ski­ni, przy oka­zji po­zna­jąc teren. Po kil­ku­na­stu me­trach usły­sza­ła naj­pięk­niej­szy dźwięk – ka­pa­nie. Przy­śpie­szy­ła kroku. Mię­dzy ska­ła­mi są­czy­ła się nie­wiel­ka struż­ka wody. Za­mo­czy­ła dłoń. Po­wą­cha­ła wodę, sma­ku­jąc ją nie­pew­nie. Wie­dzia­ła, że nie może wypić zbyt wiele, bo istnieje prawdopodobieństwo, iż jest za­tru­ta. Mu­sia­ła prze­cze­kać.

Po­czu­ła się bez­bron­na, nie dosyć, że stra­ci­ła pa­mię­ć, to jesz­cze znalazła się w miej­scu, które jest pie­kiel­nie nie­bez­piecz­ne. Sku­li­ła się w kłę­bek i znowu za­snę­ła. Kiedy po kilku go­dzi­nach obu­dzi­ła się, ota­czał ją mro­k. Nawet nie drgnę­ła. Wie­dzia­ła, że teraz musi prze­cze­kać do rana, kiedy znowu kilka wią­zek świa­tła wpad­nie przez szcze­li­ny. Na pra­wej ręce wy­czu­ła jakąś opa­skę, być może to ze­ga­rek? Dresz­cze chło­du co rusz prze­ni­ka­ły jej ciało, a w duszy wyła sa­mot­ność.

Czas od­mie­rzało od­le­głe ka­pa­nie wody. Na po­cząt­ku li­czy­ła jesz­cze dźwię­ki, chwi­la­mi przy­sy­pia­ła. Kost­nia­ła z chło­du. Sta­ra­ła się być naj­ci­szej, jak po­tra­fi­ła. Zło­wro­ga noc cią­gnę­ła się w nie­skoń­czo­ność. Tra­ci­ła na­dzie­ję, że prze­trwa to pie­kło.

Tym­cza­sem w od­da­li sły­chać było ja­kieś dziw­ne od­gło­sy, jakby szme­ry. Jej ciało prze­szy­wa­ły co rusz dresz­cze. Głód i pra­gnie­nie po­tę­go­wa­ły bez­rad­ność. Na­słu­chi­wa­ła uważ­nie, kar­miąc narastającą pa­ni­kę. Nagle o jej ciało otar­ła się jakaś dziw­na isto­ta. Znie­ru­cho­mia­ła. Jej usta za­cię­ły się, a su­chość w ustach stała się nie do znie­sie­nia. Z oczu wy­pły­nę­ły łzy prze­ra­że­nia. Wie­dzia­ła, że nie może wy­ko­nać żad­ne­go ruchu. Przez mo­ment wstrzy­ma­ła od­dech, tylko serce sza­la­ło, pra­wie roz­ry­wa­jąc klat­kę pier­sio­wą. Po kilku se­kun­dach usły­sza­ła stu­kot jakby sko­ru­pia­ka.

Po­szedł sobie w głąb ja­ski­ni. Te­re­sa gu­bi­ła się w do­my­słach -“Co to za stwór? Jest jeden, a może żyje tutaj cała gro­ma­da?”. W ciem­no­ści trud­no ujarz­mić wy­obraź­nię. Jej mo­ra­le to­pi­ło się szyb­ciej od ko­stek lodu w szklan­ce whi­sky. Nie miała na tyle siły, by wy­do­stać się z ja­ski­ni. Tym­cza­sem tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła coraz szyb­ciej. Myśli Te­re­sy za­czę­ły krą­żyć jak drony nad mia­stem. “Co mam zro­bić? Jak prze­trwać?” -mó­wi­ła do sie­bie w my­ślach. Z wy­czer­pa­nia znowu na chwil­kę przy­snę­ła, jak mysz pod mio­tłą.

Zsu­nę­ła się po nie­rów­no­ściach ścia­ny do po­zy­cji sie­dzą­cej. Za­wi­nę­ła się moc­niej swe­trem i na­słu­chi­wa­ła. Po chwi­li usły­sza­ła dziw­ne stu­ka­nie, echo po­tę­go­wa­ło je zło­wiesz­czo. Po­de­rwa­ła się z miej­sca i czym prę­dzej chcia­ła opu­ścić ”jamę stra­chu”. Po­śli­zgnę­ła się nie­for­tun­nie i coś zgrzyt­nę­ło w jej ko­st­ce. Ob­la­ła ją fala cie­pła. Ból był prze­ni­kli­wy. Sporo czasu za­ję­ło jej kuś­ty­ka­nie w stro­nę wiąz­ki świa­tła.

 Ubra­na je­dy­nie w pod­ko­szul­kę, dżin­sy i weł­nia­ny kar­di­gan, nie miała zbyt wielu moż­li­wo­ści na zo­sta­wia­nie fan­tów, by wró­cić. Idąc przed sie­bie o świ­cie, wy­pru­ła dwa dolne rzędy prze­dłu­ża­ne­go swe­tra, rwała je na dwu-cen­ty­me­tro­we pa­secz­ki włócz­ki i wie­sza­ła na  ska­łach, na wy­so­ko­ści wła­snych żeber, by łatwo wy­czuć je dło­nią, w razie ko­niecz­no­ści po­wro­tu.

Sta­ra­ła się być za­po­bie­gaw­cza. Na­ra­sta­ła w niej obawa, że stra­ci je­dy­ne lokum – ja­ski­nię. Prze­czu­cie pod­po­wia­da­ło jej, by ro­zej­rzeć się do­oko­ła. Kiedy prze­świ­ty słoń­ca sta­wa­ły się moc­niej­sze, przyj­rza­ła się opa­sce na ręce. Był to jakby ze­ga­rek. Wy­świe­tla­ła się data dwu­dzie­ste­go ósme­go marca dwa ty­sią­ce trzy­dzie­ste­go trze­cie­go roku. To zna­czy, że praw­do­po­dob­nie tego dnia czas się dla niej za­trzy­mał …

Szła przed sie­bie uważ­nie. Zanim wy­szła z ja­ski­ni upłynęły praw­do­po­dob­nie trzy kwa­dran­se. Idąc, sta­ra­ła się za­pa­mię­tać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Ota­czał ją pas nie­wy­so­kich gór, przed nią było kilka nie­wiel­kich pa­gór­ków i wy­schnię­ta zie­mia, a wiatr uno­sił kurz. Za­czę­ła cięż­ko od­dy­chać. Mu­sia­ła od­na­leźć ja­kieś po­ży­wie­nie i wodę. To był prio­ry­tet. Tem­pe­ra­tu­ra wokół była zno­śna, około dwu­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza. Czym bar­dziej od­da­la­ła się od miej­sca, w któ­rym od­zy­ska­ła świa­do­mość, tym więk­szy od­czu­wa­ła strach. Ota­czał ją sza­robu­ry kra­jo­braz. Gdzie­nie­gdzie wy­sta­wa­ły suche ki­ku­ty ko­rze­ni drzew.

Niebo ob­le­czo­ne si­no-sza­ra­wym od­cie­niem, do­da­wa­ło grozy. W jej polu wi­dze­nia nie było in­ne­go życia. Był to widok ab­so­lut­nie de­struk­cyj­ny. Mimo to, jakaś nie­wi­dzial­na siła pcha­ła ją w nie­zna­ne, szła na­przód.

Co kilka me­trów wbi­ja­ła zna­le­zio­ny ko­rzeń w zie­mię, albo ukła­da­ła go tak, by zo­sta­wić ślady, po któ­rych bę­dzie mogła wró­cić. Nagle ze­rwał się bar­dzo silny wiatr. Tar­gał jej włosy i swe­ter. Na­si­lił się jesz­cze bar­dziej. Ból nogi dawał się we znaki. Pła­cząc, szła przed sie­bie. Wiatr tym­cza­sem sta­wał się jesz­cze sil­niej­szy i bar­dziej po­ry­wi­sty. Za­ty­ka­ło ją. Za­kry­ła usta swe­trem. Ży­wioł nie usta­wał, z każ­dym kro­kiem wzma­gał się i ha­mo­wał jej ruchy, aż w pew­nym mo­men­cie, coś przy­po­mi­na­ją­ce­go trąbę po­wietrz­ną po­łknę­ło ją.

 *

Harry wy­ru­szył na co­dzien­ny ob­chód swo­ich te­re­nów. Był dzi­siaj w złym na­stro­ju, przez dziw­ne wi­dze­nia w nocy. Szcze­rze nie­na­wi­dził wszel­kich zmian. Uwiel­biał ry­tu­ały, ce­le­bro­wał sa­mot­ność. Spa­cer po­zwa­lał mu de­lek­to­wać się spo­ko­jem i ciszą, to był jego pry­wat­ny raj. Od dawna za­tra­cił się cał­ko­wi­cie w swo­jej sa­mot­ni. Bu­do­wał ją krok po kroku. Po­trze­bo­wał izo­la­cji, by czuć się cał­ko­wi­cie nie­za­leż­nym od ludz­kich su­ge­stii. W końcu cią­gle jesz­cze miał na­wy­ki z prze­szło­ści, kiedy był prze­cięt­nym czło­wie­kiem.

W życiu miał szczę­ście do ludzi in­te­re­su­ją­cych się przy­szło­ścią i spo­so­ba­mi, by móc prze­no­sić się w cza­sie. Zgło­sił się do pro­gra­mu prób­nych te­le­por­ta­cji. Oka­za­ło się, że jest do­sko­na­łym ma­te­ria­łem do badań. Kiedy zdo­był od­po­wied­ni po­ziom wie­dzy, zbun­to­wał się i wy­bie­ra­jąc za­cisz­ne miej­sce, nie wró­cił. Tym samym w la­bo­ra­to­rium pa­no­wa­ło prze­świad­cze­nie, że po pro­stu za­gi­nął. On tym­cza­sem po­znał swo­je­go no­we­go Mi­strza Mgły, który z umi­ło­wa­niem prze­ka­zy­wał mu taj­ni­ki przy­wra­ca­nia za­wie­szo­nych w cza­sie do życia. Po­czuł wtedy, że chce w ten spo­sób spę­dzić resz­tę swo­jej duchowej egzystencji. Stał się stró­żem bytu.

Był męż­czy­zną o krępej budowie ciała, lekko po pięć­dzie­siąt­ce, cho­ciaż wiek w tym miej­scu nie miał żad­ne­go zna­cze­nia, ra­czej tylko od­zwier­cie­dlał fi­zycz­ność wy­bra­ną jako awa­tar. Umysł mu­siał utoż­sa­miać się z cia­łem. Siwe włosy spa­da­ły mu na czoło, a by­stre oczy szkli­ły się. Śnia­da kar­na­cja, sze­ro­kie dło­nie, ot taki ro­dzaj wła­snej wizji wy­brał. Szedł znu­dzo­ny, kiedy to nagle dziw­ny kształt przy­kuł jego wzrok. Przy­śpie­szył kroku, tuż przy nie­wiel­kim za­głę­bie­niu, po­dob­nym do rowu, le­ża­ło ko­bie­ce ciało. Pod­szedł i ob­ró­cił je na plecy. Za­uwa­żył wiele otarć i ran na twa­rzy in­tru­za. Wes­tchnął gło­śno i po­wie­dział do sie­bie :

– Masz swoje sny…Cho­le­ra!

Przez chwi­lę na­słu­chi­wał od­de­chu znaj­dy. Był mia­ro­wy, zatem nie było źle. Chciał iść dalej, ale wie­dział, że jeśli ją zo­sta­wi, su­mie­nie nie da mu spo­ko­ju. Zdjął z ple­ców grubą na­rzu­tę i roz­ło­żył na ziemi, potem uło­żył na niej zna­le­zio­ne ciało, zła­pał przy gło­wie po­szko­do­wa­nej, i wście­kły do gra­nic moż­li­wo­ści, za­czął cią­gnąć ją w kie­run­ku swo­je­go schro­nie­nia. Po­dob­na sy­tu­acja nie zda­rzy­ła mu się od dawna. Zro­zu­miał, że będą kło­po­ty. Za­sta­na­wiał jakim cudem “ktoś” zna­lazł się w jego obie­ca­nej sa­mot­ni. Prze­czu­wał, że to nie­zwy­kła isto­ta. A być może chciał tak my­śleć. Do tego wy­glą­da­ła na lekko wy­bra­ko­wa­ną, po­nie­waż od dawna ludz­ki na­skó­rek re­ge­ne­ru­je się sa­mo­ist­nie w prze­cią­gu kwa­dran­sa. A u niej nie za­uwa­żył żad­nych zmian.

Po dwóch go­dzi­nach, z uczu­ciem ogrom­nej ulgi, do­tarł z nie­przy­tom­ną ko­bie­tą do bazy. Wcią­gnął ją do we­wnątrz i długo się przy­glą­dał. Była inna, niż te, które pa­mięć pod­su­wa­ła mu z wcze­śniej­szych lat. Miała mięk­kie, nie­wiel­kie usta, lek­kie zmarszcz­ki w ką­ci­kach oczu, pro­sty nos i długie włosy.

Uło­żył ją na wy­god­nym że­lo­wym fo­te­lu. Od­chy­lił lekko głowę do tyłu, włą­czył fale ma­gne­tycz­ne. W tej chwi­li jej ciało prze­świe­tla­ły pro­mie­nie świa­tła. Jakby ska­ner ludz­kich czą­steczek. Ani drgnę­ła. Zo­rien­to­wał się, że stan jest po­waż­ny. Ni­g­dzie się nie spie­szył, więc mógł po­cze­kać, by zadać jej py­ta­nia. 

Z dosyć oka­za­łej szka­tu­ły wy­cią­gnął ma­lut­ką zie­lo­ną pi­guł­kę. Roz­tarł ją w szkla­nym po­jem­ni­ku, dolał kilka kro­pel wody, wlał ran­nej do ust.

Nie za­re­ago­wa­ła. Za­nie­po­ko­ił się, bo­wiem po­win­na już się ock­nąć.

*

Harry nie­gdyś zwy­kły śmier­tel­nik, za­słu­żył się bar­dzo w sze­re­gach sił nad­przy­ro­dzo­nych. Był rzad­kim osob­ni­kiem, z wy­so­kim po­zio­mem em­pa­tii. Gdy jeszcze był człowiekiem, pra­co­wał w ludz­kim życiu jako wo­lon­ta­riusz w róż­nych in­sty­tu­cjach. Niósł pomoc i na­dzie­ję naj­bar­dziej sa­mot­nym, bo­wiem od naj­młod­szych lat to wła­śnie sa­mot­ność go in­spi­ro­wa­ła. Poznawał ją także z opo­wia­dań ludzi. Po­zwa­la­ło mu to na szer­szy wa­chlarz wie­dzy.

Jako na­sto­la­tek bo­ry­kał się z dłu­go­trwa­łą cho­ro­bą matki. Po­mi­mo wy­sił­ków po­dej­mo­wa­nych wspól­nie z ojcem, nie udało się jej wy­grać walki z ra­kiem. Po pię­ciu la­tach praw­dzi­wej huś­taw­ki na­stro­jów, kiedy matka raz czuła się le­piej, raz go­rzej, za­mknął się w sobie. Nie­dłu­go po po­grze­bie matki, życie do­świad­czy­ło go po­now­nie swoją bez­względ­no­ścią. Oj­ciec prze­szedł bar­dzo po­waż­ny zawał serca. Le­d­wie uszedł z ży­ciem. Wtedy Harry obie­cał sobie, że kie­dyś roz­li­czy się ze śmier­cią.

Jego naj­lep­szy przy­ja­ciel zmarł młodo na SM, co cał­ko­wi­cie zła­ma­ło Harry’ego. Bał się wią­zać z kim­kol­wiek i wi­kłać w ja­kie­kol­wiek re­la­cje. Suk­ce­syw­nie od­su­wał się od ludzi, bu­du­jąc skwa­pli­wie swoją sa­mot­ność.

Za­ko­chał się za późno. W pew­nym szpi­ta­lu, w któ­rym ów­cze­śnie pra­co­wał po­znał in­spi­ru­ją­cą ko­bie­tę. Była drob­na i na pierw­szy rzut oka bez­bron­na. Od­wie­dzał ją coraz czę­ściej, zo­sta­ła opusz­czo­na przez bli­skich. Przy głęb­szym po­zna­niu zy­skała szyb­ko w oczach Har­ry’e­go. Miała łagodny i bez­kon­flik­to­wy cha­rak­ter, nie­ste­ty to­czył ją no­wo­twór. Harry spę­dzał z nią wy­star­cza­ją­co dużo czasu, by od­zwy­cza­ić się od sa­mot­no­ści. By­wa­ły dni prze­ga­da­ne o wszyst­kich spra­wach na świe­cie. Byli wobec sie­bie cał­ko­wi­cie szcze­rzy. Kiedy za­ko­chał się, zo­sta­ły jej trzy mie­sią­ce życia. Ona od­rzu­ci­ła go z przy­czyn oczy­wi­stych, jed­nak w jego my­ślach po­zo­sta­ła nie­śmier­tel­na. Obie­cał sobie, że kie­dyś od­naj­dzie jej duszę.

Po nie­dłu­gim cza­sie tra­fił jako wo­lon­ta­riusz do la­bo­ra­to­rium prób­nych te­le­por­ta­cji.

*

Re­ge­ne­ra­cja Te­re­sy trwa­ła kilka dni. Zna­ko­mi­ta część jej ko­mó­rek zo­sta­ła od­bu­do­wa­na. Or­ga­nizm na od­po­wied­nim po­zio­mie na­wod­nio­ny, elek­tro­li­ty i wi­ta­mi­ny uzu­peł­nio­ne. Po­zo­sta­ły drob­ne bli­zny po roz­le­głych otar­ciach. Harry za­uwa­żył, że  ma dziw­ną opa­skę na lewej ręce. Przyj­rzał się jej uważ­nie. Na­ci­snął tar­czę, uka­za­ła się data, która przywołała złe wspomnienia. A więc to dla­te­go się tu zna­la­zła?!

Jej stan zmie­niał się z go­dzi­ny na go­dzi­nę. Harry klął nie­mi­ło­sier­nie pod nosem, grze­biąc nie­cier­pli­wie w sys­te­mie. Znaj­do­wał wska­zów­ki, co do na­stęp­nych spe­cy­fi­ków, które po­spiesz­nie mie­szał ze sobą, po­da­jąc je Te­re­sie w kro­plów­kach. Był zmę­czo­ny. Zbyt do­tkli­wie przy­po­mi­na­ła mu się hi­sto­ria matki. W końcu szó­ste­go dnia apa­ra­tu­ra za­czę­ła wska­zy­wać mia­ro­we tętno i od­dech. Ode­tchnął z ulgą. 

“Bę­dzie do­brze” – po­my­ślał.

*

Harry pa­trzył na Te­re­sę li­to­ści­wie. Pew­nie udało się jej nie­świa­do­mie prze­do­stać do tu­ne­lu czasu. Dzi­siaj jest osiem­na­sty stycz­nia dwa ty­sią­ce sto dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku, so­bo­ta. Dzień, jak każdy inny, od dawna. Tutaj czas bie­gnie ina­czej. Wiek do przo­du, cza­sa­mi się lekko cofa, to znów prze­ska­ku­je o de­ka­dy. Trud­no na­dą­żyć, ale przy­zwy­cza­ił się do swo­je­go życia na po­gra­ni­czu świa­tów. Miał wszyst­ko, o czym ma­rzył, czyli świę­ty spo­kój, a naj­waż­niej­sze, że do dzi­siaj był z da­le­ka od ludz­kich ist­nień.

Ock­nę­ła się, spoj­rza­ła na twarz Har­ry’e­go. Oczy­wi­ście, nie roz­po­zna­wa­ła go, do tego nie miała po­ję­cia, co przez więk­szą część czasu z nią się dzia­ło. Prze­szył ją nie­wy­obra­żal­ny strach.

– Gdzie je­stem? – za­py­ta­ła cicho.

– W bez­piecz­nym miej­scu, do­pó­ki ja je­stem – od­po­wie­dział oschle.

– Byłam w ja­kiejś ja­ski­ni, to ostat­nie co za­pa­mię­ta­łam, potem szłam przed sie­bie, szu­ka­jąc po­ży­wie­nia, i potem nie wiem… Wiał dziw­ny wiatr… Teraz je­stem tutaj… – za­czę­ła pła­kać.

– Spo­koj­nie, bę­dzie do­brze. Tra­fi­łaś do miej­sca, z któ­re­go można wró­cić tam, skąd przy­by­łaś – pró­bo­wał ją po­cie­szyć.

– Ale ja nic nie pa­mię­tam. Nic. Nie wiem kim je­stem, skąd je­stem… Łkała coraz gło­śniej.

Harry przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy po­wie­dzieć jej praw­dę, czy jed­nak dać jesz­cze tro­chę czasu, by do­szła do sie­bie. Poza tym trud­no by­ło­by mu wy­ja­śnić, że widzi go tylko dla­te­go, iż sobie tego życzy i ko­rzy­sta z awa­ta­ru.

*

Te­re­sa z nie­do­wie­rza­niem błą­dzi­ła wzro­kiem po po­miesz­cze­niu. Wy­glą­da­ło jak wnę­trze ja­kie­goś stat­ku ko­smicz­ne­go, a może było po­dob­ne do ja­kie­goś bar­dzo za­awan­so­wa­ne­go tech­nicz­nie bun­kra? Pa­no­wa­ła w nim ste­ryl­ność. Na pewno były też fil­try po­wie­trza. Od­dy­cha­ło się jej o wiele ła­twiej, niż w ja­ski­ni.

Jej wy­baw­ca miał na sobie w miarę do­pa­so­wa­ny, czar­ny kom­bi­ne­zon. Spraw­dzał coś na oka­za­łym trój­wy­mia­ro­wym mo­ni­to­rze, do­strze­gła ja­kieś dziw­ne splo­ty czą­ste­czek, które do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ły jej ludz­kie DNA. Nagle fotel, na któ­rym sie­dzia­ła, wydał ko­mu­ni­kat, że sesja 12-5-348 zo­sta­ła po­myśl­nie za­koń­czo­na i pa­cjent ma go opu­ścić. Wsta­ła, o dziwo, nic jej nie bo­la­ło. Harry podał jej lu­stro.

 – Po­zna­jesz się? – za­py­tał in­tru­za.

– Nie, nie mam po­ję­cia, kim je­stem. Boję się sie­bie… Może mia­łam powód, by stra­cić toż­sa­mość… – po­wie­dzia­ła szcze­rze. Do­ce­nił to, wie­dział, że nie­ła­two jest w ta­kiej sy­tu­acji.

– Praw­do­po­dob­nie w pa­ni­ce, przed utra­tą naj­bliż­szych, za­ży­łaś ta­blet­kę za­po­mnie­nia. Pro­du­ko­wa­li takie od dwa ty­sią­ce trzy­dzie­ste­go roku. Miały duży popyt, bo co drugi osob­nik cier­piał na de­pre­sję, albo po­wią­za­ne za­bu­rze­nia… – Harry sta­rał się przy­bli­żyć jej re­alia.

– My­ślisz, że po­cho­dzę z tam­tych cza­sów? – Te­re­sa po­czu­ła iskier­kę na­dziei.

– Twój ze­ga­rek, jak i bio­lo­gicz­ny wiek, który zba­da­łem, świad­czą o tym. Za kilka go­dzin będę miał znacz­nie wię­cej ana­liz. Może do­wie­my się nawet tego, czego sobie nie ży­czysz, je­steś na to go­to­wa? – mruk­nął.

– Tak, chcę znać cho­ciaż­by naj­gor­szą praw­dę o sobie… Teraz czuję się jak nie­uży­tecz­ny ka­wa­łek mięsa, pusty, bez­war­to­ścio­wy. Boję się, to jasne… Ale od amne­zji nie ma nic gor­sze­go… – za­pew­ni­ła Har­ry’e­go, po czym za­py­ta­ła:

– Jak masz na imię? Znasz moje?

– Harry, a twoje nie­ba­wem po­zna­my…

Te­re­sa po­now­nie przyj­rza­ła się sobie w lu­strze, które wi­sia­ło w nie­wiel­kiej ła­zien­ce. Zo­ba­czy­ła doj­rza­łą, smut­ną ko­bie­tę. Sta­ra­ła się bar­dzo przy­wo­łać wspo­mnie­nia, ale w dal­szym ciągu trwał bunt jej sza­rych ko­mó­rek. Pa­mięć scho­wa­ła się w naj­bar­dziej pod­stęp­nym miej­scu. Z jed­nej stro­ny, miała szan­sę od­bu­do­wać się wy­łącz­nie z wła­snych wy­obra­żeń o sobie, albo też nadać wszyst­kie cechy, o któ­rych za­wsze pod­świa­do­mie ma­rzy­ła, wskrze­sić się wedle wła­sne­go po­my­słu. Nie chcia­ła tego, to by­ło­by fał­szo­wa­niem praw­dy. I nie mia­ła­by zresz­tą żad­nej gwa­ran­cji, że nadal jest sobą. Co in­ne­go zmie­nić się przez pracę nad sobą, a co in­ne­go przy­własz­czyć po­żą­da­ne cechy i pra­wi­dła życia. Sta­ra­ła się my­śleć jak naj­wię­cej, słu­cha­jąc mu­zy­ki po­waż­nej, prze­glą­da­ła na mo­ni­to­rze (który udo­stęp­nił jej Harry), wszel­kie wia­do­mo­ści, by two­rzy­ły się nowe po­wią­za­nia neu­ro­no­we. W każ­dej wol­nej chwi­li ukrad­kiem spo­glą­da­ła na Harry’ego. Fa­scy­no­wał ją swoją szorst­ką po­wierz­chow­no­ścią.

W tym cza­sie Harry wpi­sy­wał dane do sobie tylko zna­ne­go sys­te­mu, chwi­la­mi prze­kli­nał pod nosem, nie­cier­pli­wił się. Wy­glą­da­ło to na two­rze­nie ja­kiejś mik­stu­ry che­micz­no-ge­ne­tycz­nej. Był bar­dzo sku­pio­ny. Siwe ko­smy­ki spa­da­ły mu na czoło, usta za­ci­na­ły się two­rząc linię pro­stą. Do noz­drzy Te­re­sy do­tarł jego za­pach, był inny niż wszyst­kie. Pach­niał no­wo­ścią, takie było jej pierw­sze spon­ta­nicz­ne sko­ja­rze­nie.

Zdała sobie spra­wę z tego, że Harry w ogóle nie po­trze­bu­je snu, pew­nie jest inną formą bytu. W tym mo­men­cie z końca po­miesz­cze­nia od­wró­cił się w jej stro­nę, zu­peł­nie tak, jakby po­czuł, że jest w niego wpa­trzo­na. Za­wsty­dzi­ła się. Uśmiech­nął się lekko i z po­bła­ża­niem rzekł:

– Mam pierw­sze wy­ni­ki. Chcesz je po­znać? Je­steś go­to­wa? – za­py­tał.

– Ow­szem.

– Uro­dzi­łaś się czter­na­ste­go lu­te­go ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go roku w Kra­ko­wie. Je­steś je­dy­nacz­ką. Twoi ro­dzi­ce to Olim­pia Roz­toc­ka, gra­fo­log, i Gu­staw Brze­ziń­ski, le­karz psy­chia­tra. Ro­dzi­ce zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, kiedy mia­łaś pięć lat. Wy­cho­wy­wa­ła cię bab­cia Ro­za­lia… Mówić dalej?

– A mam inne wyj­ście, by po­znać swoją prze­szłość? – Te­re­sa za­py­ta­ła rozczulona.

– Tak, mogę ci już sporo wia­do­mo­ści wgrać do pa­mię­ci – od­po­wiedział bez na­my­słu – jed­nak le­piej jest chyba przy­swa­jać wła­sną hi­sto­rię czę­ścio­wo, jest czas przede wszyst­kim na prze­my­śle­nia i daw­ko­wa­nie wie­dzy, no i ludz­kie przy­zwy­cza­ja­nie się do sie­bie – oznaj­mił.

– Jak to wgrać do pa­mię­ci? Można robić z czło­wie­kiem takie rze­czy? – za­py­ta­ła z obawą.

– Oczy­wi­ście. Pa­mię­taj, że żyję na gra­ni­cy czasu, mogę bar­dzo wiele albo pra­wie nic. Czas tutaj jest ka­pry­śny, kie­dyś może ci to wy­ja­śnię. Mam wiele na­rzę­dzi, by po­ma­gać lu­dziom, to moja pasja. Ale nie bierz mnie za al­tru­istę, jeśli mam być szcze­ry, a chcę, wła­śnie za­szy­łem się tutaj, by nie mieć nic wspól­ne­go z ludź­mi…

– W takim razie, jedno dru­gie wy­klu­cza… – za­uwa­ży­ła Te­re­sa.

– Nie. Sy­tu­acja z tobą to po­twier­dza. Jeśli już kogoś znaj­dę, to po­ma­gam, na­to­miast nie szu­kam to­wa­rzy­stwa sam. Lu­dzie to skom­pli­ko­wa­ne isto­ty, tak samo dobre jak i złe. Naj­bar­dziej mier­zi mnie ich cią­głe pra­gnie­nie wię­cej, jakby w ogóle nie ist­nia­ło słowo “STOP”, albo stwier­dze­nie, „na­praw­dę nic wię­cej nie po­trze­bu­ję”. Ta ich cho­ler­na za­chłan­ność i rosz­cze­nio­wość, to wiecz­ne prze­ko­na­nie, że wszyst­ko im się na­le­ży, cho­ciaż z sie­bie tylko nie­licz­ne jed­nost­ki dają wię­cej, niż biorą. Ogól­nie to le­ni­we i wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ne isto­ty… – Harry wpadł jakby w trans, widać było jego za­an­ga­żo­wa­nie w opo­wia­da­ne. Zmarsz­czył brwi.

– A tam, cho­le­ra jasna! – za­koń­czył.

– Wróć­my do mojej hi­sto­rii, ok? – po­pro­si­ła Te­re­sa z nutką roz­go­ry­cze­nia – Albo opo­wiedz mi, pro­szę, co dzia­ło się w moim świe­cie, chęt­nie po­słu­cham dal­szej czę­ści… – Uśmiech­nę­ła się. Wie­dzia­ła, że musi na­tych­miast prze­nieść cię­żar roz­mo­wy na inne tory.

 – Do­brze, więc po wy­na­le­zie­niu ta­blet­ki za­po­mnie­nia, świat moim zda­niem stał się jesz­cze gor­szy. Lu­dzie ma­so­wo tchó­rzy­li przed sobą, bo cię­żar strat, a w końcu widok opu­sto­sza­łych te­re­nów bu­dził grozę. Po licz­nych trzę­sie­niach ziemi nie­wie­le za­bu­do­wań po­zo­sta­ło, nawet i tych stra­te­gicz­nych. Co in­ne­go z bo­ga­cza­mi. Ci jak to w życiu bywa mieli zna­ko­mi­cie wy­po­sa­żo­ne bun­kry za­pa­sy wody i żyw­no­ści, bu­do­wa­ne od lat dzie­więć­dzie­sią­tych w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, sys­te­ma­tycz­nie uzu­peł­nia­ne wy­na­laz­kami. Na nie­szczę­ście ludz­ko­ści, nie były to jed­nost­ki wy­bit­ne, a je­dy­nie idio­ci. Kro­cie za­ra­bia­li marni pio­sen­ka­rze, ak­to­rzy, ce­le­bry­ci, pił­ka­rze… Bo­wiem ów­cze­sny świat ko­chał roz­ryw­kę i mi­ni­mum wy­sił­ku in­te­lek­tu­al­ne­go. Rządy przy­zwy­cza­ja­ły do przej­mo­wa­nia cał­ko­wi­tej au­to­no­micz­no­ści jed­nost­ki po­przez wiecz­ne re­gu­la­cje praw­ne, także i sfery mo­ral­no­ści, etyki. Za­własz­cza­li wszyst­ko. Lu­dzie go­dzi­li się, a garst­ka na­ukow­ców, so­lid­nych dzien­ni­ka­rzy, pi­sa­rzy, fi­lo­zo­fów, psy­chia­trów, wy­na­laz­ców, we­ge­to­wa­ła na po­gra­ni­czu spo­łe­czeń­stwa – Harry pod­eks­cy­to­wa­ny i na­bu­zo­wa­ny za­my­ślił się. Te­re­sa pa­trzy­ła mu w przej­rzy­ste jak niebo oczy. “Kim on na­praw­dę jest?” – po­my­śla­ła.

 – Je­steś nie­szczę­śli­wy? – za­py­ta­ła spontanicznie.

– Wręcz prze­ciw­nie, sam je­stem bar­dzo szczę­śli­wy i po­wiem ci coś jesz­cze, nigdy się ze sobą nie nudzę – stwier­dził sucho.

– Opo­wiesz mi coś o sobie? – za­py­ta­ła nie­śmia­ło.

– Nie, wie­dza o mnie nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, ani teraz, ani potem – od­ciął temat.

– Ty wiesz o mnie wiele, zatem po­sta­raj się być spra­wie­dli­wy… – po­pro­si­ła nie­pew­nie.

– Je­stem tutaj, bo na to cięż­ko pra­co­wa­łem, a pracy nie­na­wi­dzę. Jak wi­dzisz wątek za­koń­czo­ny.

*

Harry był nie­spo­koj­ny. Wie­dział, że musi ją ode­słać do miej­sca, z któ­re­go za­błą­dzi­ła w tunel cza­so­wy. Miał już wszyst­kie pro­ce­du­ry przy­go­to­wa­ne na tak zwane „od­cię­cie od sie­bie”. Nie­mniej po­lu­bił ją, była w jakiś spo­sób nie­zwy­kle in­te­re­su­ją­ca. Od więk­szo­ści róż­ni­ła się tym, że po­tra­fi­ła słu­chać i to ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.

 

Kiedy Te­re­sa za­snę­ła po zie­lo­nej her­ba­cie z do­miesz­ką leków, do­da­nych przez Har­ry’ego, miał sporo czasu, by na swój spo­sób się z nią po­że­gnać. Podał jej szcze­gól­ną kro­plów­kę, która po­zwa­la szyb­ko zre­ge­ne­ro­wać uszko­dzo­ne or­ga­ny i utrzy­mać je w do­sko­na­łym sta­nie przez około de­ka­dę. Do­dat­ko­wo zrów­no­wa­żył jej sferę emo­cjo­nal­ną, zo­sta­wiając je­dy­nie lekki ba­lans.

Za­sta­na­wiał się, w czym jesz­cze mógł­by jej pomóc na przy­szłość. Usu­nął także z pod­świa­do­mo­ści wszel­kie kosz­ma­ry, od teraz Te­re­sa bę­dzie śniła re­lak­sa­cyj­nie. Naj­trud­niej­sze zo­sta­wił na ko­niec, mu­siał cał­ko­wi­cie usu­nąć wszel­ką pa­mięć o sobie i kry­jów­ce. Przez chwi­lę za­my­ślił się, po czym z im­pe­tem wci­snął kla­wisz „de­le­te”, po­ja­wił się ko­mu­ni­kat „null” i po wszyst­kim.

*

Te­re­sa otwo­rzy­ła oczy. Pierw­szym co zo­ba­czy­ła, był to biały sufit. Nie miała po­ję­cia gdzie jest. Nagle skom­pli­ko­wa­na apa­ra­tu­ra za­czę­ła wy­da­wać pisz­czą­ce dźwię­ki, pod­bie­gła pie­lę­gniar­ka, potem na­stęp­na, w końcu le­karz… Te­re­sa bała się ru­szyć.

“Co jest?” – po­my­śla­ła przerażona.

 Za­pa­li­li wszyst­kie świa­tła. „Jezus, co się dzie­je?”– po­my­śla­ła.

– Wi­ta­my z po­wro­tem! Brawo, pani Te­re­so! Brawo! – pod­nie­co­ny le­karz wy­krzy­ki­wał na całe gar­dło. Pie­lę­gniar­ki słały do niej sze­ro­kie uśmie­chy.

– O co cho­dzi? – za­py­ta­ła zdu­mio­na Te­re­sa.

– Obu­dzi­ła się pani z trzy­mie­sięcz­nej śpiącz­ki… To takie szczę­ście. Zaraz za­dzwo­ni­my po pani męża. Dziel­nie czu­wał przy pani łóżku – wy­ja­śni­ła młod­sza pie­lę­gniar­ka.

– Chce mi się pić… Mogę pro­sić o szklan­kę wody? – Te­re­sa jak nigdy pra­gnę­ła spo­ko­ju. Była szcze­rze zdu­mio­na za­mie­sza­niem, które spo­wo­do­wa­ło otwo­rze­nie przez nią oczu. To zwy­kła czyn­ność, ale od­zy­ska­nie świa­do­mo­ści, to bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny pro­ces.

– Jak się pani czuje? – za­py­tał le­karz.

-Do­sko­na­le, do­sko­na­le. Wo­la­ła­bym być teraz w domu – wy­zna­ła szczerze.

– A tak, zaraz przy­je­dzie do pani mąż, a my po­roz­ma­wia­my sobie rano, teraz pro­szę od­po­czy­wać… – za­le­cił za­krę­co­ny le­karz.

*

“A więc to tak? Le­ża­łam tutaj trzy mie­sią­ce jak w hi­ber­na­cji, cie­ka­we dla­cze­go?, co się ta­kie­go wy­da­rzy­ło? Pa­mię­tam strasz­ne bóle krę­go­słu­pa i cu­krzy­cę po­le­ko­wą, to może jakaś śpiącz­ka cu­krzy­co­wa? Poza tym czuję się wspa­nia­le, nic mnie nie boli. Mam roz­pie­ra­ją­cą od we­wnątrz siłę, mo­gła­bym wstać i wyjść… Moje dło­nie są de­li­kat­ne i gład­kie. Mam ocho­tę każdy prze­spa­ny dzień nad­ro­bić po­dwój­nie. Jezus, za oknem wio­sna! Moja uko­cha­na wio­sna! Otwórz­cie okna na oścież, chcę od­dy­chać, głę­bo­ko od­dychać!” – mó­wi­ła do sie­bie w my­ślach.

 

Opa­no­wa­ła ją eu­fo­ria, jakie to cu­dow­ne uczu­cie być szczę­śli­wym, ot tak, zwy­czaj­nie. Kątem oka zo­ba­czy­ła błę­kit nieba i au­to­ma­tycz­nie po­ja­wił się ogro­my uśmiech na jej twa­rzy. Od­nio­sła nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie, że ma wszyst­ko.

*

W tej chwi­li do po­ko­ju wszedł Rafał, mąż Te­re­sy. Łzy cie­kły mu po po­licz­kach, był roz­trzę­sio­ny. Kroki sta­wiał nie­pew­ne, jakby oba­wiał się, że to nie dzie­je się na­praw­dę.

– Rafał, ko­cha­nie! – Te­re­sa krzyk­nę­ła na całe gar­dło, wy­cią­ga­jąc do niego sze­ro­ko ra­mio­na.

– Wie­dzia­łem… wie­dzia­łem, że masz za wiele do po­wie­dze­nia, by zo­sta­wić mnie z mil­cze­niem… – przy­tu­lił ją bar­dzo mocno. W tym mo­men­cie po­czu­ła, co ozna­cza kogoś ko­chać. Roz­no­si­ła ją fala po­wią­za­nych ze sobą uczuć, za­pa­chów, wspo­mnień, ma­rzeń, mu­zy­ki, ob­ra­zów, to było nie­sa­mo­wi­te.

*

 Harry prze­glą­dał za­pi­sy Te­re­sy, nie był teraz do końca pewny, czy do­brze zro­bił przy­pi­su­jąc jej tak po­tęż­ną moc,  na razie jest bez­piecz­na, bo nie ma o niej po­ję­cia, ale… Nie­ba­wem bę­dzie mu­siał sko­rzy­stać z jej po­mo­cy, by plan się zi­ścił. Te­re­sa zo­sta­ła wy­bra­na z wielu mi­lio­nów, dla­te­go, że miała duszę nie­ska­żo­ną ludz­ki­mi przy­wa­ra­mi. Co praw­da nie była ide­al­na, ale miała szla­chet­ne po­bud­ki. Sta­ra­ła się po pro­stu być czło­wie­kiem dla dru­gie­go czło­wie­ka.

Harry na­rzu­cił swój dzi­wacz­ny płaszcz, prze­szedł przez śluzę i za­czął prze­mie­rzać swoje opu­sto­szałe zie­mie, w po­szu­ki­wa­niu na­stęp­nych za­plą­ta­nych w siat­ce czasu. Przy­pa­dek Te­re­sy obu­dził w nim wzmo­żo­ną czuj­ność.

Obraz przed Har­rym był da­le­ki od przy­jem­ne­go, pod bu­ta­mi chrzę­ści­ły suche ga­łę­zie, wszę­dzie pył i spę­ka­na tru­dem zie­mia. Niebo za­su­nię­te sza­ro­ścią, jak po­szar­pa­ną płach­tą. Gdzie­nie­gdzie pa­gór­ki i nie­licz­ne ki­ku­ty drzew. Brak pta­ków i zwie­rząt, cza­sa­mi tylko ja­kieś dzi­wacz­ne hy­bry­dy wę­żo-skor­pio­nów, lub jasz­czur­ko-szczu­rów prze­bie­ga­ły bez­dź­więcz­nie. Cisza tutaj była na­masz­cze­niem śmier­ci…

Myśli o Te­re­sie wra­ca­ły do niego jak bu­me­rang, de­ner­wo­wał się tym.

*

Po wni­kli­wych ba­da­niach i ob­ser­wa­cji szpi­tal­nej Te­re­sy, zwo­ła­ne kon­sy­lium nie mogło wyjść z po­dzi­wu nad jej ide­al­nym sta­nem fi­zycz­nym po śpiącz­ce, w któ­rej ciało i mię­śnie za­miast się osła­biać na­bra­ły peł­nej mocy. Wszel­kie wy­ni­ki były książ­ko­we. Zgo­dzi­ła się na co­ty­go­dnio­wą ob­ser­wa­cję na rzecz nauki, by dać szan­sę me­dy­kom na od­na­le­zie­nie „tego cze­goś”, co za­miast de­struk­cyj­nie, za­dzia­ła­ło zbaw­czo na jej or­ga­nizm. Po trzech dniach mogła wró­cić z Ra­fa­łem do domu.

Mimo, że czuła się pew­nie to coś w jej duszy zgrzy­ta­ło nie­po­ko­jem. Tak jakby nie znała się do końca. Po­wsta­ła pewna zło­wiesz­cza luka, z którą nijak nie mogła sobie po­ra­dzić. Rafał sta­rał się bar­dzo osło­dzić każdą chwi­lę razem, dużo jej opo­wia­dał, by­wa­ła nim po pro­stu zmę­czo­na. Ko­cha­ła go, ale teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek ce­ni­ła sobie ciszę i spo­kój. Lu­bi­ła za­szyć się w ga­bi­ne­cie, go­dzi­na­mi oglą­dać al­bu­my z ma­lar­stwem, albo czy­tać na­mięt­nie Aga­thę Chri­stie. Rafał sta­wał się coraz bar­dziej za­nie­po­ko­jo­ny jej chę­cią izo­la­cji od świa­ta.

Było w niej coś dziw­ne­go, coś co każe za­trzy­mać się i na­pa­wa pra­gnie­niem po­zna­nia. Z na­tu­ry była przy­chyl­na lu­dziom i przy każ­dej spo­sob­no­ści (w życiu co­dzien­nym) szcze­rze ży­czy­ła, na przy­kład eks­pe­dient­ce w skle­pie wiele zdro­wia, są­sia­dom na­po­tka­nym w prze­lo­cie, le­ka­rzom i pie­lę­gniar­kom ze szpi­ta­la, w któ­rym by­wa­ła. Po ja­kimś cza­sie kilka osób ozdro­wia­ło. Za­czę­li łą­czyć ten fakt z osobą Te­re­sy. Spi­ra­la po­pu­lar­no­ści po­wo­li za­czę­ła się na­krę­cać, a Te­re­sa sta­wa­ła się coraz mniej bez­piecz­na. Rzecz oczy­wi­sta, była głę­bo­ko prze­ko­na­na, że nie ma z tym nic wspól­ne­go i kiedy to za­ja­dle tłu­ma­czy­ła, nikt jej nie słu­chał. Lu­dzie za­wsze są sko­rzy wie­rzyć w to, w co chcą.

*

Harry wy­brał się do pod­świa­do­mo­ści Te­re­sy, bo czuł, że zbli­ża­ją się ogrom­ne kło­po­ty. Kiedy Te­re­sa słod­ko spała, on wer­to­wał jej mózg jak ukła­dan­kę. Przej­rzał wspo­mnie­nia z ostat­nie­go mie­sią­ca i spra­wa stała się jasna, dar uzdra­wia­nia pier­wot­ną ener­gią przy­jął się, i spraw­nie dzia­ła. Zatem trze­ba ją wy­słać jesz­cze w kilka miejsc, żeby ma­so­wo nisz­czy­ła cho­ro­by. Wpi­sał do jej pa­mięci kilka Kli­nik Dzie­cię­cych, DPS-ów, szpi­ta­li. Wy­star­czy, że wej­dzie i bę­dzie współ­czuć, a taka jest jej na­tu­ra. Poza tym zrobi to, czego Harry nie może. Me­du­za już upo­mi­na się o jego duszę. Wy­gra­ła za­kład.

Harry wie­dział, że kiedy na­praw­dę czło­wie­ko­wi za­czy­na za­le­żeć na dru­gim, stara się być naj­lep­szą wer­sją sie­bie i to jest mo­ty­wu­ją­ce. To czas, kiedy roz­wi­jasz się naj­szyb­ciej, a wraż­li­wość na ze­wnętrz­ne bodź­ce jest naj­czyst­sza. Harry sta­rał się nigdy nie prze­kra­czać gra­ni­cy za­ży­ło­ści z dru­gim czło­wie­kiem, bo wów­czas znik­nę­ła­by jego wol­ność. Nie chciał być za ni­ko­go od­po­wie­dzial­ny. Wła­śnie zdał sobie spra­wę, że ob­da­rzył Te­re­sę wie­lo­ma oj­cow­ski­mi uczu­cia­mi. O to wła­śnie cho­dzi­ło Me­du­zie – by zro­zu­miał jak zło­żo­ne są re­la­cje mię­dzy­ludz­kie. Uczu­cia po­tra­fią kru­szyć mury, ale także sta­wiać naj­wy­myśl­niej­sze wię­zie­nia i pu­łap­ki.

Harry miał nie­wie­le czasu, by pod­jąć de­cy­zję, kto go za­stą­pi na po­gra­ni­czu czasu, gdzie tra­fia­ją wszyst­kie za­gu­bio­ne dusze. Cza­sa­mi na dłu­żej, cza­sa­mi na kilka se­kund. Harry dbał o to, aby od­na­leź­li we wspo­mnie­niach naj­pięk­niej­sze mo­men­ty, by wró­cić z po­wro­tem do rze­czy­wi­sto­ści. Ura­to­wał całe masy  nie­do­szłych sa­mo­bój­ców, z prze­róż­ny­mi po­my­sła­mi, sporo osób po wy­pad­kach sa­mo­cho­do­wych, kiedy ostry flesz ciął życie i śmierć na równe czę­ści. Po­ma­gał to­piel­com “zła­pać brzy­twę”.

Miał sta­lo­we nerwy, za­wsze opa­no­wa­ny, po­tra­fił siłą per­swa­zji, i moc­nym kop­nia­kiem wra­cać za­tra­ceń­ców do ży­wych. Lu­dzie wów­czas mó­wi­li, że cudem unik­nę­li śmier­ci. Tym cudem był Harry. Praw­dą jest to, że Harry czuje się już zmę­czo­ny, jego ener­gia wy­czer­pu­je się, a ru­ty­na po set­kach lat wżar­ła się w niego i umo­ści­ła nie­złe gniazd­ko. Dzia­ła pra­wie me­cha­nicz­nie, cza­sa­mi prze­oczy drob­ny wątek, który oka­zu­je się bez­cen­ny do pod­nie­sie­nia szali.

*

Na ekra­nie, przed któ­rym spę­dzał zna­ko­mi­tą część swo­je­go życia, po­ja­wi­ła się Me­du­za. Har­ry’e­go prze­szył zimny dreszcz. Nie lubił jej, po pierw­sze dla­te­go, że za­wsze dep­ta­ła mu po pię­tach, po dru­gie, nie­raz ni­we­czy­ła jego plany, od­bie­ra­jąc bez­li­to­śnie życie pod­opiecz­ne­mu. Była nie­pro­szo­nym go­ściem, nie­mniej tak po­tęż­nym, z nie­wy­obra­żal­ną mocą, iż na­le­ża­ło się jej bać. Zja­wia­ła się w jego kry­jów­ce dosyć czę­sto, pró­bo­wa­ła na­wią­zać z nim bliż­szy kon­takt, jed­nak Harry sta­rał się, by mię­dzy nimi nigdy nie top­niał spory dy­stans. On sza­no­wał jej moc, a ona jego. 

 

– No i mam cię ro­bacz­ku… Wie­dzia­łam, że prę­dzej, czy póź­niej twoja ludz­ka na­tu­ra zwy­cię­ży, ale przy­znam, nie­zły je­steś… Tyle czasu mu­sia­łam cze­kać… – Me­du­za są­czy­ła słowa jak ja­do­wi­ta żmija. 

– Daj spo­kój, umowa to umowa. Je­stem go­to­wy, tylko co ze sta­cją, mą­dra­lo? – Harry wście­kły burk­nął.

– Masz dwa dni, po­myśl i ob­sadź sta­no­wi­sko na tyle spraw­nie, i od­po­wie­dzial­nie, by dusze wra­ca­ły do ciał, a nie błą­ka­ły się la­ta­mi po zglisz­czach – Me­du­za pa­trzy­ła na niego wład­czo.

– Pomóż mi w tym… – Harry za­drwił z niej.

Me­du­za zmarsz­czy­ła roz­wście­czo­na brwi. Pa­trzy­ła na niego przez chwi­lę, głasz­cząc swoją za­baw­kę, którą trzy­ma­ła w ręce. Była to nie­wiel­ka srebr­na kosa, ude­ko­ro­wa­na dia­men­ta­mi. Harry za­nie­po­ko­ił się bar­dzo.

– Skoro cią­gle w tobie tyle nie­po­trzeb­nej buty, niech to bę­dzie ostat­nia dusza, którą go­ści­łeś na uzdro­wie­niu po­dej­ścia do życia… – Me­du­za uśmiech­nę­ła się wred­nie.

– Nie!

– Tak. Masz dwa dni. Że­gnam! – roz­pły­nę­ła się rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła, po­zo­sta­wia­jąc za sobą po­dmuch śmier­ci.

Harry wściekł się na sie­bie. Po­peł­nił błąd pychy. Za­miast raz ustą­pić, znowu za­ognił sy­tu­ację. Wie­dział, że Me­du­za ma do niego ogrom­ną sła­bość, stąd jego buta. Zo­sta­ły mu dwa dni, by ogar­nąć kilka miejsc, a Te­re­sa musi uzdro­wić jak naj­więk­szą ilość ludzi.

*

Harry roz­war­stwił czas, aby ukryć się z za­mia­ra­mi przed Me­du­zą, a przede wszyst­kim by móc z ap­te­kar­ską pre­cy­zją do­pra­co­wać plan; mię­dzy in­ny­mi dla Te­re­sy. Czas ziem­ski na­glił, za to po­tra­fił nie­źle żon­glo­wać wy­mia­ra­mi, więc jego prze­ło­żo­na, po­cze­ka w ja­kimś wy­myśl­nym za­krzy­wie­niu lu­stra rze­czy­wi­sto­ści.

Wie­dział, że jeśli się wyda jego kre­cia ro­bo­ta, wpro­wa­dzą za­bez­pie­cze­nia śluz i skoń­czy się szko­le­nie Anio­łów Opatrz­no­ści. Tego by sobie nie ży­czył. Prze­szu­kał po­spiesz­nie wszyst­kie tajne pliki, od­na­lazł kilka ty­się­cy na­wró­co­nych osób w ostat­nim ziem­skim roku, po czym na­rzu­ca­jąc jedne dane na dru­gie, se­lek­cjo­no­wał naj­więk­sze prze­wod­nic­two, ponad po­dzia­ła­mi. Osta­tecz­nie miał już grupę trzy­na­stu po­bo­ro­wych. Nadał im taką ro­bo­czą nazwę z po­wo­du nie cał­kiem ja­snej sy­tu­acji, gdyż w rze­czy samej po­stę­po­wał z nimi nie­etycz­nie i nie­mo­ral­nie, bez py­ta­nia o ich zgodę na peł­nie­nie funk­cji ochron­nej i prze­kaź­ni­ko­wej. Dla za­spo­ko­je­nia wła­snych po­bu­dek i am­bi­cji naj­le­piej pre­dys­po­no­wa­ne jed­nost­ki su­mien­nie przy­go­to­wy­wał  na po­wrót do­bre­go.

W tej trzy­na­st­ce była Te­re­sa. Kiedy prze­by­wa­ła w bazie Har­ry’e­go, ten nie­ustan­nie ma­ni­pu­lo­wał w jej świa­do­mo­ści, pod­świa­do­mo­ści, pod­pro­go­wo. Two­rzył wiele mi­liar­dów bodź­ców, alby po­wsta­wa­ły nowe po­łą­cze­nia neu­ro­no­we, wów­czas mózg bę­dzie pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Dzię­ki temu Te­re­sa nie mając po­ję­cia jak wiele wie i ile po­tra­fi prze­trans­fe­ro­wać ener­gii, po­mo­że (jak po­zo­sta­ła dwu­nast­ka) zi­ścić ma­rze­nie Har­ry’e­go przed odej­ściem do Wiecz­nej Mgły.

*

Obu­dzi­ła się w dziw­nym na­stro­ju. Nie wie­dzia­ła do­kład­nie co nią po­wo­du­je. Rafał był w pracy. Po­śpiesz­nie na­pi­sał krót­ki li­ścik:

 

„Rafał, muszę za­ła­twić kilka pil­nych spraw.

Za długo by tłu­ma­czyć. Muszę coś prze­my­śleć.

Wrócę do Cie­bie na pewno.

 

Ko­cham Cię T.

 

P.S. Je­stem bez­piecz­na, nie dzwoń.”

 

Ubra­ła czar­ny golf i czar­ne dżin­sy, zwią­za­ła włosy. Na­rzu­ci­ła czar­ny kar­di­gan, ciem­ne oku­la­ry, wzię­ła to­reb­kę. W mię­dzy­cza­sie pod­je­cha­ła tak­sów­ka. Wsia­dła. Po­pro­si­ła o pod­wie­zie­nie do Szpi­ta­la Uni­wer­sy­tec­kie­go (w Kra­ko­wie), który jest naj­więk­szym obiek­tem w Eu­ro­pie Środ­ko­wej. Mie­ści ty­siąc łóżek, zło­żo­ny jest z ośmiu bu­dyn­ków. Nie za­sta­na­wia­ła się, skąd ma takie do­kład­ne dane w pa­mię­ci. Wie­dzia­ła, że musi wejść na Od­dział Pe­dia­trycz­ny. Nie było to pro­ste, bo pan­de­mia za­ostrzy­ła prze­pi­sy i za­blo­ko­wa­ła spa­ce­ry po Od­dzia­łach.

Pełna de­ter­mi­na­cji wy­sia­dła, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­ła do od­po­wied­nie­go bu­dyn­ku, jakby była sta­łym by­wal­cem. Miała przy sobie kartę ma­gne­tycz­ną otwie­ra­ją­cą drzwi. Szła ryt­micz­nie. Nie zwra­ca­ła na sie­bie uwagi. Prze­śli­zgnę­ła się obok dy­żur­ki, za­spa­na pie­lę­gniar­ka nie za­uwa­ży­ła na mo­ni­to­rach in­tru­za.

Sta­nę­ła pra­wie w cen­trum, ple­ca­mi do­ty­ka­ła no­śnej ścia­ny na ko­ry­ta­rzu. Dla pa­cjen­tów, le­ka­rzy, per­so­ne­lu me­dycz­ne­go, ro­dzi­ców – to co się za chwi­le wy­da­rzy nie bę­dzie ani wi­dzial­ne, je­dy­nie lekko od­czu­wal­ne. W tym mo­men­cie Harry po­dzie­lił czas na na­no­se­kun­dy, przy po­mo­cy po­tęż­nych ak­ce­le­ra­to­rów i roz­sy­pu­je po wszyst­kich po­wierzch­niach nie­zwy­kle skon­cen­tro­wa­ną ener­gię elek­trycz­ną, w pa­smach re­ak­ty­wu­ją­cych uszko­dzo­ne or­ga­ny. Wszel­kie ogni­ska cho­ro­bo­we roz­bi­ją się na mi­liar­do­we czę­ści ato­mów. Ozdro­wień­cy po­czu­ją za­le­d­wie mro­wie­nie i lekko mdły smak w ustach.

Harry na­to­miast zo­ba­czył ­ogrom­ną ko­pu­łę utwo­rzo­ną z nie­wy­obra­żal­nej ilo­ści punk­ci­ków ener­gii ludz­kiej, ko­smicz­nej, ener­gii przy­ro­dy, jedna na drugą na­kła­dała się two­rząc ży­cio­daj­ny „dach”. Te­re­sa była naj­pro­ściej mó­wiąc uzie­mie­niem i prze­kaź­ni­kiem. Ma­so­wy pro­ces uzdra­wia­nia po­trwa około dwóch ziem­skich se­kund.

Te­re­sa, mokra jakby do­słow­nie przed chwi­lą wzię­ła prysz­nic, sta­ra­ła się wyjść in­co­gni­to. Czuła prze­moż­ną sła­bość. Udało się. Tak­sów­karz pod­wiózł ją pod na­stęp­ny szpi­tal.

 *

Harry w ten sam spo­sób ste­ro­wał świa­do­mo­ścią i wolą po­zo­sta­łych Anio­łów. Nie­ba­wem wyjdą na jaw pierw­sze ozdro­wie­nia, lu­dzie za­czną wy­my­ślać teo­rie, snuć do­my­sły i w końcu tro­pić szcze­gó­ły. Wów­czas Anio­ły muszą być już w Oazie.

 

Mimo wszyst­ko Harry nie był dumny z sie­bie, bo jakby nie pa­trzeć przy­własz­czał sobie ogrom­ne ilo­ści ener­gii, którą Me­du­za chęt­nie zu­ży­ła­by na pod­trzy­ma­nie swo­jej wiecz­no­ści. Każdy czło­wiek miał swój in­dy­wi­du­al­ny pro­fil z DNA. Łatwo się do­my­ślić ile po­trze­bo­wa­ła dzien­nie ener­gii, by od­wie­dzać różne miej­sca na świe­cie w tej samej chwi­li. Znu­dzo­na po­tra­fi­ła za­bie­rać życie ty­siąc­om ludzi dzien­nie, dla niej licz­nik dni ludz­kich był zna­ko­mi­tą za­baw­ką. Cza­sa­mi nad kimś się uli­to­wa­ła, ale jej zda­niem była ide­al­nym prze­zna­cze­niem dla każ­de­go.

*

 Har­ry był dumny. Jego grupa spi­sa­ła się na medal, po­moc­ni­cy Anio­łów także. Tak­sów­ka­rze oczy­wi­ście nic nie pa­mię­ta­ją, kto, i dla­cze­go pro­sił o kursy pod szpi­ta­le. Prze­ka­zu­ją­cym ener­gię rów­nież ska­so­wał pa­mięć, zatem nie ma żad­nej moż­li­wo­ści, by co­kol­wiek od nich wy­cią­gnąć, nawet tor­tu­ra­mi. Nie­mniej naj­więk­sze pie­kło wła­śnie się za­czy­na.

Mi­nę­ły trzy dni, w szpi­ta­lach w całej Po­pi­sce, or­dy­na­to­rzy ogła­sza­ją cuda ozdro­wie­nia, lub wspa­nia­łe dzia­ła­nie leków. Pa­cjen­tom do trans­plan­ta­cji, ich wła­sne or­ga­ny za­czę­ły funk­cjo­no­wać ze wspa­nia­łą wy­daj­no­ścią. Pa­cjen­ci mają re­we­la­cyj­ne wy­ni­ki i sa­mo­po­czu­cie. Zbio­ro­wa hi­ste­ria matek, tym razem ze szczę­ścia, ich dzie­ci mogą wra­cać do domów, by wresz­cie za­cząć ko­rzy­stać z życia.

Dzien­ni­ka­rze, re­por­te­rzy, śled­czy osza­le­li. Nie­usta­ją­ce wy­wia­dy i usta­la­nie ja­kich­kol­wiek po­dej­rza­nych fak­tów. Nijak nie da się lo­gicz­ne wy­tłu­ma­czyć tego, co zda­rzy­ło się w kil­ku­dzie­się­ciu szpi­ta­lach w tym samym cza­sie. Ka­to­li­cy uwie­rzy­li, że to Bóg dał znak li­to­ści i mi­ło­sier­dzia dla naj­bar­dziej cier­pią­cych. Ate­iści byli zda­nia, że to zma­so­wa­na ener­gia ko­smicz­na – dobra. Scep­ty­cy, do­szu­ki­wa­li się oszu­stwa, by można było za­re­kla­mo­wać naj­więk­sze szpi­ta­le i na­krę­cać ła­pów­kar­stwo. Te­le­fo­ny do re­je­stra­cji dzwo­nią non stop. Zwięk­szo­no licz­bę ob­słu­gi, gdyż było nie­moż­li­wo­ścią opa­no­wać dziki szał.

Tego naj­bar­dziej oba­wiał się Harry. Jakby nie pa­trzeć lu­dzie muszą choć­by naj­więk­sze szczę­ście na­kra­piać po­dej­rze­nia­mi, wąt­pli­wo­ścia­mi, nie­pi­sa­nym pra­wem do po­zna­nia praw­dy. A praw­da? Praw­dy nie ma. Po pro­stu. To tylko po­most do zro­zu­mie­nia sie­bie. Jak zło i dobro. Nic nie jest jed­no­znacz­ne.

Praw­da może być kłam­stwem, a kłam­stwo praw­dą. Wszyst­ko jest kwe­stią czasu i kre­atyw­no­ści osob­ni­ka. Harry za to wła­śnie naj­mniej cenił ga­tu­nek ludz­ki, cho­ciaż mimo wszyst­ko ko­chał ludzi ta­ki­mi ja­ki­mi są na­praw­dę, z całym pa­kie­tem do­sko­na­ło­ści i ułom­no­ści, ale nie ozna­cza to, że się nie zło­ścił, albo nie bywał mocno roz­cza­ro­wa­ny.

*

Z za­sa­dy prze­pro­wa­dził mi­lio­ny badań nad wy­bo­ra­mi ludz­ki­mi, krzy­żo­wy­mi czyn­ni­ka­mi, uwa­run­ko­wa­niem spo­łecz­nym i jakby nie wy­li­czył, wnio­sek za­wsze miał jeden. Czło­wiek chce wię­cej, wię­cej. Po­li­ty­cy zaś mier­zi­li go nie­wy­mow­nie. Byli bez­po­śred­nim za­gro­że­niem dla de­mo­kra­cji, sa­mo­sta­no­wie­nia, dba­nia o wspól­ne dobro. Lu­dzie ci od­zna­cza­li się bar­dzo ni­skim mo­ra­le, zatem łatwo sobie wy­ba­cza­li wszel­kie be­ze­ceń­stwa. To ich chro­ni­ło od ma­so­wych sa­mo­bójstw.

*

Te­re­sa le­ża­ła od ty­go­dnia cał­ko­wi­cie wy­koń­czo­na fi­zycz­nie. Nie miała po­ję­cia co się z nią dzie­je, do tego sporo stra­ci­ła na wadze. Rafał bar­dzo się nie­po­ko­ił, po­dej­rze­wał ją o jakiś mrocz­ny se­kret. W nocy nę­ka­ły ją kosz­ma­ry (sku­tek ubocz­ny po ak­cjach w szpi­ta­lach). Po­grą­żyła się w apa­tii. Wie­dzia­ła, że nie jest sobą, po­czu­ła się jak „przed­po­kój”, po któ­rym może cho­dzić ktoś obcy.

Mie­sza­ło się jej sporo fak­tów. Naj­gor­sze było jed­nak to, że Rafał z dnia na dzień sta­wał się jej coraz bar­dziej obcy. Od­ci­na­ła się od niego z pre­me­dy­ta­cją, jakby chcia­ła go chro­nić przed sobą.

 

Tym samym at­mos­fe­ra mię­dzy nimi sta­wa­ła się nie do znie­sie­nia.

 

– Mar­twię się o cie­bie, je­steś taka nie­do­stęp­na… Dziw­nie się za­cho­wu­jesz. Boję się, że zro­bi­łaś coś złego. Wiesz, wtedy wró­ci­łaś tak cho­ler­nie blada, i fi­zycz­nie wy­koń­czo­na… Mu­sia­łem cię wnieść do miesz­ka­nia po scho­dach… – Rafał po­sta­no­wił uzy­skać ja­kieś in­for­ma­cje.

– Przy­kro mi, ale nic nie pa­mię­tam… Nic… Nie wiem gdzie byłam i dla­cze­go. Chyba za­czy­nam znowu cier­pieć na amne­zję. Ta śpiącz­ka mnie zmie­ni­ła . Przy­kro mi Rafał, ale wy­da­je mi się, że nie je­stem już tą Te­re­są, w któ­rej się za­ko­cha­łeś – Te­re­sa po­sta­wia­ła wszyst­ko na jedną kartę. Cho­ler­nie bała się sa­mot­no­ści, ale czuła, że Rafał za­słu­gu­je na coś wię­cej, niż tylko na miano opie­ku­na.

– Za­uwa­ży­łem, że je­steś wy­co­fa­na, wy­ci­szo­na, jak nie ty. Mar­twi mnie to, że chyba mi nie ufasz… – smut­no wy­znał.

– Nie wiem co mam po­wie­dzieć. Ufam ci, ale są rze­czy, któ­rych sama w sobie nie ro­zu­miem… Nie po­tra­fię się od­na­leźć… Wy­bacz – po tym ostat­nim sło­wie znowu za­snę­ła.

Rafał okrył ją gru­bym ple­dem i wpa­try­wał się w jej ja­śnie­ją­cą twarz. Jej cera była de­li­kat­na jak per­ga­min. Mimo upły­wu lat za­cho­wa­ła w sobie dziew­czę­cy urok. Umó­wił się ze swoim ko­le­gą, neu­ro­lo­giem i psy­chia­trą, może on po­mo­że mu to zro­zu­mieć, bo in­ter­net zo­sta­wia zbyt wiele zna­ków za­py­ta­nia.  

*

Harry spoj­rzał na cza­so­mierz, po­zo­sta­ło mu jesz­cze trzy­dzie­ści dzie­więć go­dzin i dwa kwa­dran­se, by bez­piecz­nie spro­wa­dzić do sie­bie Anio­łów. Obec­nie musi ich sku­tecz­nie (nie­ste­ty na od­le­głość) zre­ge­ne­ro­wać. Do­zna­li po­tęż­nych wstrzą­sów or­ga­nów we­wnętrz­nych, a ich sa­mo­po­czu­cie da­le­ko od­bie­ga od stanu go­to­wo­ści do na­stęp­ne­go za­da­nia. Naj­gor­szy stan od­no­to­wał u Te­re­sy, cho­ciaż to prze­czu­wał, ona za­wsze brała na sie­bie wię­cej, niż mogła udźwi­gnąć.

Me­du­za nie od­pu­ści mu za­stęp­stwa. Harry po­sta­no­wił stwo­rzyć su­ro­ga­ta Te­re­sy, tak by wy­pro­wa­dzić Me­du­zę w pole. Za­ry­zy­ko­wał wła­snym ist­nie­niem, ale to już nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. Za pięć go­dzin bę­dzie jed­no­znacz­ny wynik… Nie miał na tyle od­wa­gi cy­wil­nej, by ska­zać Te­re­sę, na wiecz­ne dry­fo­wa­nie wśród po­gra­ni­cza ludz­kie­go życia i śmier­ci. Zbyt do­brze znał te roz­ter­ki wy­bo­rów. Stąd jego plan, by utwo­rzyć hy­bry­dę zło­żo­ną z czę­ścią swo­jej wie­dzy i aser­tyw­no­ści wobec Me­du­zy, a ludz­kich pier­wiast­ków, i in­tu­icji Te­re­sy. Su­ro­gat miał chro­nić Te­re­sę przed Me­du­zą.

 

EPI­LOG

 

Harry do­koń­czył ostat­ni ob­chód swo­jej wy­ima­gi­no­wa­nej po­sia­dło­ści, bo w isto­cie była to tylko pusta prze­strzeń. Prze­szedł dwa kla­wi­sze w górę i zna­lazł się w roku dwa tysiące sto dwu­dzie­stym pierw­szym. Po uzdro­wie­niach pół wieku temu, lu­dzie nieco się zmie­ni­li. Zwłasz­cza ci, któ­rzy do­świad­czy­li cudu. Ich lo­gicz­ne my­śle­nie i em­pa­tia wobec wszel­kich form życia, skut­ko­wa­ły za­kła­da­niem fun­da­cji zaj­mu­ją­cych się sze­ro­ko ro­zu­mia­ną ochro­ną śro­do­wi­ska.

Harry był sza­leń­czo zmę­czo­ny ide­ali­zmem, bra­ko­wa­ło mu daw­nej za­cię­to­ści, cze­goś co zmu­sza­łoby go, do cią­głej mo­bi­li­za­cji na rzecz prze­trwa­nia po­pu­la­cji ludz­kiej. Z dru­giej stro­ny jego etyka nie po­zwa­la­ła mu bez zgody dru­gie­go ist­nie­nia – za­stą­pić się. Pra­gnął scho­wać się w Wiel­kiej Mgle i przy­po­mi­nać sobie naj­pięk­niej­sze wi­do­ki świa­ta…

Mi­nę­ły czte­ry go­dzi­ny od uru­cho­mie­nia akcji „SU­RO­GAT T”. Spraw­dził jesz­cze raz po­stę­py dru­kar­ki, która pra­wie koń­czy­ła re­kon­struk­cję skła­du che­micz­ne­go ciała Te­re­sy. Po­zo­sta­ły jesz­cze do wy­koń­cze­nia stopy, w mię­dzy­cza­sie ko­pio­wał się mo­no­chro­ma­tycz­nie mózg, by za­osz­czę­dzić na po­jem­no­ści pa­mię­ci. Czuł się tro­chę ojcem, nigdy przed­tem nie udało mu się  w tak ogrom­nej skali, wy­two­rzyć ludz­kie­go klona. Ale też i stra­cił wiele wie­ków, by na­pra­wiać błędy w nie­skoń­czo­ność. Prze­szu­ki­wał naj­wy­bit­niej­sze mózgi fi­zy­ków ją­dro­wych, bio­lo­gów, me­cha­tro­ni­ków, chi­rur­gów, psy­cho­lo­gów, so­cjo­lo­gów i tak w nie­skoń­czo­ność, cią­gle po­szu­ku­jąc od­po­wie­dzi na pro­ste py­ta­nia.

*

Los Har­ry’e­go nie był łatwy. Cechy jakie w sobie wy­pra­co­wał, kosz­to­wa­ły go utra­tę wielu naj­bliż­szych, przy­ja­ciół, wy­bran­ki życia. Czuł, że bio­rąc na sie­bie ja­kie­kol­wiek zo­bo­wią­za­nia, bę­dzie uwią­za­ny wiecz­nym stra­chem o bli­skich. Stąd już po pierw­szym swoim ludz­kim życiu, nigdy z nikim się nie zwią­zał. Miał pecha, tra­fił na Me­du­zę. Jej in­tu­icja od razu utwier­dzi­ła ją w tym, że Harry zaj­dzie da­le­ko. Jego wola była chwi­la­mi sil­niej­sza od jej wy­ma­gań. Zatem ura­żo­na, bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia z jego stro­ny, ode­sła­ła go na pe­ry­fe­ria czasu, gdzie może zda­rzyć się wszyst­ko w ogrom­nej ni­co­ści, a i ni­cość może za­wład­nąć wszyst­kim. Była po­tęż­na, po­tra­fi­ła nie­wy­obra­żal­nie pod­ju­dzać wolną wolę ludzi, która nie­raz koń­czy­ła się tra­gicz­ny­mi błę­da­mi. Harry był gło­sem roz­sąd­ku. Za­cho­wy­wał har­mo­nię po­mię­dzy gło­dem eg­zy­sten­cji, a jej prze­sy­tem.

*

Piąta go­dzi­na za­owo­co­wa­ła klo­nem (pod igłę) Te­re­sy. Harry był za­do­wo­lo­ny. Na­wią­zał z nią kon­takt wzro­ko­wy i prze­pro­wa­dził krót­ką roz­mo­wę. Ge­nial­na kopia. Tak więc jesz­cze kilka pro­gra­mów do­pra­co­wu­ją­cych uner­wie­nie skóry, od­czu­wa­nie we­wnętrz­nej har­mo­nii i do­świad­cze­nie Har­ry’e­go w sa­mot­nym pro­wa­dze­niu przy­tuł­ku dla wszyst­kich za­gu­bio­nych dusz. O tak! Su­ro­gat T po­ra­dzi sobie do­sko­na­le.

*

Mimo wszel­kich sta­rań Te­re­sie nie udało się od­bu­do­wać związ­ku z Ra­fa­łem. Cią­gle była mię­dzy nimi jakaś nie­wi­dzial­na zadra, która cią­gle się ją­trzy­ła. Rafał wy­pro­wa­dził się po pół roku cał­kiem zre­zy­gno­wa­ny. Te­re­sa tym­cza­sem jakby od­ży­ła. Po­czu­ła w końcu prze­strzeń i spo­kój. Zro­zu­mia­ła też, że jej szczę­ściem nie jest drugi czło­wiek, a wol­ność. W tym do­sko­na­le ro­zu­miał ją Harry. Czu­wał nad nią jak oj­ciec.

Po­sta­wił ją na nogi, po­mógł robić to, co ko­cha­ła. W wieku pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat po­rzu­ci­ła lo­kal­ną ga­ze­tę, w któ­rej pro­wa­dzi­ła dział o po­li­ty­ce, a za­ję­ła się two­rze­niem po­ezji. Po­ezji, która de­li­kat­no­ścią i prze­sła­niem tra­fia­ła do świa­do­mo­ści ludzi. Nie mogła wiele zmie­nić w po­rząd­ku świa­ta, ale naj­waż­niej­sze, że była straż­ni­kiem na­dziei i wiary w do­brych ludzi. Po­tra­fi­ła jak nikt do­ce­nić zwy­czaj­ne życie, z jego za­le­ta­mi i wa­da­mi. Świat stał się cza­ro­dziej­ski, a każda chwi­la i stwo­rze­nie godne opi­sa­nia.

 

Prze­pro­wa­dzi­ła się w góry, które szcze­gól­nie sobie umi­ło­wa­ła. Tam też, po jakim cza­sie, za­przy­jaź­ni­ła się z An­to­nim. Wspól­nie zdo­by­wa­li, w za­chwy­cie nowe szczy­ty gór­skie. Cza­sa­mi tylko śniła o Har­rym nie mając w ogóle po­ję­cia, skąd i dla­cze­go ta twarz jest jej taka bli­ska…

*

– Witam Harry, jak z umową? – na ogrom­nym trój­wy­mia­ro­wym pul­pi­cie po­ja­wi­ła się Me­du­za, spraw­nie żon­glu­jąc swoją kosą. 

– W po­rząd­ku. Jest jak chcia­łaś – ochry­ple rzu­cił – oto ona – wska­zał ręką na klona Te­re­sy.

– Je­stem pod wra­że­niem two­je­go po­słu­szeń­stwa… Hmmm… Ale coś mi pod­po­wia­da, żeby ci nie ufać… – Me­du­za wiła się w mgli­stej po­świa­cie, świ­dru­jąc wzro­kiem Te­re­sę.

Klon Te­re­sy tym­cza­sem od­waż­nie zbli­żył się do pul­pi­tu. „Te­re­sa dwa” spoj­rza­ła pro­sto w oczy Me­du­zy i rze­kła:

– Je­stem go­to­wa do współ­pra­cy, mam na­dzie­ję, że bę­dzie­my wza­jem­nie się sza­no­wa­ły. Liczę na szan­sę u cie­bie, byśmy ugo­do­wo roz­wią­zy­wa­ły kwe­stie po­wro­tu do życia… – płyn­nie za­de­kla­ro­wa­ła.

– Uuuu… Harry, gra­tu­lu­ję… Ma w sobie po­ko­rę, któ­rej tobie za­wsze bra­ko­wa­ło– Me­du­za za­śmia­ła się jak sza­lo­na. Cały czas przy­glą­da­jąc się uważ­nie Te­re­sie “dwa”.

Harry aż za­nie­mó­wił. Nie spo­dzie­wał się, że stwo­rzył tak do­sko­na­łe­go klona Te­re­sy, w któ­rej od­na­lazł sporo cech swo­jej uko­cha­nej ze szpi­ta­la – We­ro­ni­ki. Po­czuł się dumny.

– Na mnie  czas moje dro­gie, liczę na waszą owoc­ną współ­pra­cę – uśmiech­nął się smut­no.

 

Po chwi­li roz­pły­nął się w prze­strze­ni Wiel­kiej Mgły.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj ewidentna literówka: Nagle fotel, na którym siedziała wydał komunikat że sekcja 12-5– 342 została pomyślnie zakończona i pacjent ma go opuścić. Sesja– po sekcji zwłaszcza zakończonej pomyślnie raczej trudno opuścić fotel o własnych siłach :)

 

Za horyzontem,

 

dziękuję za uwagę i trudno się z nią nie zgodzić.:))

 

Poprawiłamsmiley.

 

 

Pozdrawiam serdecznie – Goch.

bruce– niema, przynajmniej ja ich nie widzę.

GOCHAW Przeczytałem ponownie, udało mi się jakiś czas temu załapać na tekst pierwotny wrzucony na portal. Niestety tak jak poprzednio nie pojąłem istoty konfliktu między meduzą a Harrym (i nie pamiętam czy była to meduza)

 Z istotami wszechmogącymi tworzącymi na dodatek pętle czasowe jest duży kłopot. 

Zmierzyli się z nimi udanie bracia Strugaccy opisując paradoks omnipotencji w powieści Poniedziałek zaczyna się w sobotę.

Za horyzontem,

 

dziękuję za komentarz. Meduza to śmierć, która czyha na zagubione dusze. Chodziło mi o moment zawieszenia między życiem a śmiercią, jak np. śpiączka. Harry zdecydowanie to ten dobry.;)))

 

Mam nadzieję, że z czasem wprawię się na tyle w pisaniu, iż będę potrafiła czytelniej opisać bohaterów.

 

 

Pozdrawiam jeszcze raz ciepło – Goch.

bruce,

 

jeszcze raz dziękuję za wszystko, i czas poświęcony na betę.heart

 

Świetnie się z Tobą pracuje.heart

Cześć,

 

 przesyłam cześć sugestii, ale nie dotarłam nawet do połowy opowiadania, więc jeszcze tu wrócę ;) i wtedy napisze też coś o całościowym odbiorze tekstu. Na razie czuję się zaintrygowana.

Poczuła się bezbronna do szpiku kości, nie dosyć, że straciła pamięć, to jeszcze znajduje się w miejscu, które jest piekielnie niebezpieczne.

Nie bardzo przemawia do mnie określenie bezbronna do szpiku kości, do szpiku kości można raczej zmarznąć. Myślę, że “znajdować” powinno być w czasie przeszłym.

Wiedziała, że nie może wypić zbyt wiele, bo być może jest zatruta. Musiała przeczekać.

Za dużo “może”.

Kiedy po kilku godzinach obudziła się, otaczał ją wszędobylski mrok.

Nie jest to błąd, biorąc pod uwagę definicję słowa “wszędobylski”, ale jeśli chciałaś osiągnąć atmosferę strachu to lepiej zdanie brzmiałoby bez niego.

Czas odmierzał się odległym kapaniem wody.

Czas odmierzało odległe kampanie wody.

Nasłuchiwała uważnie, karmiąc ogólne wrażenie paniki.

Rozumiem zamysł stojący za tym zdaniem, ale trzeba by je przeredagować. Nie wiem, czy uda mi się coś zaproponować, bo ja mam bardzo oszczędny styl, ale może tak: Nasłuchiwała uważnie, karmiąc narastającą panikę.

Jej usta zacięły się, a ślina uciekła w głąb. Suchość w ustach stała się nie do zniesienia.

Proponuję połączyć te zdania w jedno i część usunąć. Jej wargi zacisnęły się, a suchość w ustach stała się nie do zniesienia.

Narastała w niej obawa, że straci jedyne lokum, które teraz sobie kojarzy – jaskinię.

Nie jest to zrozumiała konstrukcja.

 

Zanim wyszła z jaskini trwało to prawdopodobnie trzy kwadranse.

Upłynęły prawdopodobnie

 

a wiatr unosił do góry kurz.

Nie można unosić w dół.

 

Generalnie w jej polu widzenia nie było innego życia.

 Nie jest żaden błąd, ale słowo “generalnie” osłabia przekaz tego zdania. Taka sugestia na temat odbioru tekstu.

 

W końcu ciągle jeszcze drążyły go nawyki z przeszłości, kiedy był przeciętnym człowiekiem.

Za duże nagromadzenie słów o niemal tym samym znaczeniu, “drążyły” zdecydowanie tu nie pasuje.

 

On tymczasem poznał swojego nowego Mistrza Mgły, który z umiłowaniem przekazywał mu tajniki przywracania zawieszonych w czasie do życia. Poczuł wtedy, że chce w ten sposób spędzić resztę swojego duchowego życia. Stał się stróżem życia.

Za dużo życia.

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicella,

 

dziękuję serdecznie za uwagi. Już biorę się do korekty…

 

Czekam niecierpliwie na Twoje zdanie.

 

 

Pozdrawiam ciepło – Goch.

Alicella,

 

wszystkie wskazane przez Ciebie poprawki naniosłam.:))

 

Dziękuję, dziękuję, dziękuję.smiley

GOCHAW to akurat jest jasne. Pytanie o przyczynę istnienia posterunku, rodzaj umowy między nią a strażnikiem i źródło jego boskiej mocy? Facet potrafi zapisywać i kasować ludzką pamięć i to hurtem: taksówkarze obsługa szpitali domów dziecka na dodatek poza swoim czasem. To tylko początek pytań. Pytam bo opowiadanie jest interesujące jednak niespójne. Na dodatek pstryknięciem palca obdarza ludzi sztuk12 mocą leczenia masowego.

,

 

dzięki fantasy, wszystko staje się możliwe. Wyobraź sobie, że gdzieś w odległej przestrzeni jest ktoś, będący “przeznaczeniem” i czuwa, dba o dusze (zagubione), by wracały do życia.

 

Jeśli istnieje w nich odpowiednio silne i motywujące do powrotu uczucie, to Harry pomaga.

 

Moja wyobraźnia jest nieograniczona. Lubię ją, bo w obecnych czasach, nic bardziej nie pomaga, od wiary w cuda.

 

To co jest naprawdę, wszyscy odczuwamy…

 

Sztuk 13, bo zapomniałeś o Teresie, Harry jest na pograniczu czasów i może na nie wpływać. Jest jeden. Wybrany przez śmierć, bo pewnie ma świetną intuicję, komu na życiu zależy, komu nie. 

 

I nawet śmierć, ma czasami rozterki, zostawia niektórych przy życiu, czyż nie?

 

 

Pozdrawiam ciepło – Goch.

Gratuluje wyobraźni i przestrzegam przed czynieniem cudów, są niebezpieczne. W efekcie przynoszą więcej szkody niż pożytku :(

 

Za horyzontem,

 

dziękuję Ci za wnikliwość. Cenię ją. Uwierz mi, że gdybym mogła być Harry’m, szpitale od dawna byłyby puste!  

 

Pozdrawiam Cię naprawdę serdecznie – Goch.

 

Czym więcej ozdrowień, tym lepiej!

Jeden taki próbował niecałe dwa tysiąclecia temu. Pamiętasz jak skończył? Ilu ludzi wymordowano w jego imieniu?

bruce,

jeszcze raz dziękuję za wszystko, i czas poświęcony na betę.heart

Świetnie się z Tobą pracuje.

Dziękuję za wyrozumiałość i raz jeszcze za zaproszenie. :)

Pozdrawiam, GOCHAW. heart

 

Pecunia non olet

,

 

wolna wola, to temat rozległy.

 

Ja też, mogę napisać, że działam w imieniu Lema. Czy to jest prawdą?

Każdy myślący człowiek, wie, że nie. Dlaczego? Bo, ma wiedzę.

 

I tak to, historia toczy się kołem.

Czas oderwać się od schematów. Dzisiaj jest teraz, nie wcześniej.

 

Goch.

bruce,heartheartheart

wolna wola, to temat rozległy.

 

Ja też, mogę napisać, że działam w imieniu Lema. Czy to jest prawdą?

Każdy myślący człowiek, wie, że nie. Dlaczego? Bo, ma wiedzę.

 

I tak to, historia toczy się kołem.

Czas oderwać się od schematów. Dzisiaj jest teraz, nie wcześniej.

 

Bardzo mądrze napisane. yes

Myślę, że warto skupić się na komentowanym opowiadaniu. :)

Pecunia non olet

bruceheartheartheart

 

p.s. Lema KOCHAM!

Gocha, ależ nie ma za co. 

 

Druga część uwag. 

Był dzisiaj w złym nastroju, przez dziwne widzenia w nocy. Nie lubił tego, bowiem szczerze nienawidził wszelkich zmian. Uwielbiał rytuały, celebrował samotność.

Tu się trochę pogubiłam. Nie lubił czego? Widzeń w nocy? Jeśli tak, to w jaki sposób one wiążą się ze zmianą. Konstrukcja “Nie lubił tego, bowiem szczerze nienawidził”  jest myląca.

 

Był mężczyzną o silnej kości,

Rozumiem, że chodzi o masywną budowę, ale nigdy nie spotkałam się z takim określeniem. 

Siwe włosy spadały mu na czoło, a bystre oczy szkliły się jak wyrocznia.

Czemu jak wyrocznia?

 

Westchnął głośno i powiedział do siebie – Masz swoje sny…Cholera!

Błędny zapis. Dialog zawsze rozpoczyna się od nowej linii.

Westchnął głośno i powiedział do siebie:

– Masz swoje sny…Cholera!

Zdjął z pleców dziwną narzutę

Dlaczego narzuta była dziwna, jeśli jest to istotne dla kreacji świata, to przydałoby się doprecyzowanie. 

Często pracował w ludzkim życiu jako wolontariusz w różnych instytucjach.

To brzmi, jakby ludzkie życie było miejscem pracy. Może lepiej coś w stylu: Gdy jeszcze był człowiekiem pracował…

Chciał ją poznać także z opowiadań ludzi, i ich odczucia.

Nie klei się to zdanie. 

 

Była drobna i na pierwszy rzut oka cholernie bezbronna.

Wulgaryzmy w narracji prowadzonej w trzeciej osobie nie mają prawa się pojawiać. 

 

Miała męski i bezkonfliktowy charakter, niestety toczył ją nowotwór.

Łagodny

 

Dzisiaj jest osiemnastego stycznia dwa tysiące sto dwudziestego pierwszego roku, sobota.

Osiemnasty

 

– W bezpiecznym miejscu, dopóki ja jestem – oschle odpowiedział.

– W bezpiecznym miejscu, dopóki ja jestem – odpowiedział oschle.

 

– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… – łkała coraz głośniej.

Łkanie nie jest uznawane za czasownik określający mówienie, więc należy to potraktować, jako narrację odnoszącą się do dialogu.

– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… – Łkała coraz głośniej.

co przez większą część czasu z nią się działo.

Większość czasu. 

 

– A mam inne wyjście, by poznać swoją przeszłość? – Teresa rozczulona zapytała.

– A mam inne wyjście, by poznać swoją przeszłość? – zapytała Teresa rozczulona.

 

– Jak to wgrać do pamięci? Można robić z człowiekiem takie rzeczy? – zdziwiona zapytała z obawą.

Za dużo zdziwienie i błąd zapisu. 

– Jak to wgrać do pamięci? Można robić z człowiekiem takie rzeczy? – zapytała z obawą.

 

– Ogólnie to leniwe i wiecznie niezadowolone istoty… – Harry wpadł jakby w trans, widać było jego zaangażowanie w opowiadane. Zmarszczył brwi – a tam, cholera jasna! – zakończył, zrozumiał, że popłynął słowem za daleko.

Błędny zapis dialogu. I ostatnie zdanie trochę niespójne. 

– Ogólnie to leniwe i wiecznie niezadowolone istoty… – Harry wpadł jakby w trans, widać było jego zaangażowanie w opowiadane. Zmarszczył brwi. – A tam, cholera jasna! – zakończył, zrozumiawszy, że popłynął słowem za daleko.

 

– Wróćmy do mojej historii, ok? – Teresa z nutką rozgoryczenia poprosiła – albo opowiedz mi, proszę, co działo się w moim świecie, chętnie posłucham dalszej części… – uśmiechnęła się. 

Błędny zapis dialogu.

– Wróćmy do mojej historii, ok? – poprosiła Teresa z nutką rozgoryczenia. – Albo opowiedz mi, proszę, co działo się w moim świecie, chętnie posłucham dalszej części… – Uśmiechnęła się. 

 

– Zawłaszczali wszystko. Ludzie godzili się, a garstka naukowców, solidnych dziennikarzy, pisarzy, filozofów, psychiatrów, wynalazców, wegetowała na pograniczu społeczeństwa – Harry podekscytowany i nabuzowany zamyślił się

Jeśli po myślniku jest narracja dialogowa, to wypowiedź kończy się kropką.

– Zawłaszczali wszystko. Ludzie godzili się, a garstka naukowców, solidnych dziennikarzy, pisarzy, filozofów, psychiatrów, wynalazców, wegetowała na pograniczu społeczeństwa. – Harry podekscytowany i nabuzowany zamyślił się.

 – Jesteś nieszczęśliwy? – spontanicznie zapytała.

Didaskalia dialogowe zaczynamy od czasownika określającego mówienie. Masz takich błędów sporo, nie będę ich wszystkich punktować. Po prostu przejrzyj opowiadanie pod tym kątem. 

– Jesteś nieszczęśliwy? – zapytała spontanicznie.

 

– Nie, wiedza o mnie nie ma żadnego znaczenia, ani teraz, ani potem… – odciął temat.

Trzykropek moim zdaniem zbędny. Uciął

 

– Jestem tutaj, bo na to ciężko pracowałem, a pracy nienawidzę. Jak widzisz wątek zakończony – chirurgicznie uciął dialog.

Właściwie to nie dawałabym tu didaskaliów. 

 

– Co jest? – przerażona pomyślała.

Błędny zapis myśli.

„Co jest?” – pomyślała przerażona.

 

Pierwsze co zobaczyła, był to biały sufit.

Pierwszym co zobaczyła, był biały sufit. 

 

Mimo, że czuła się z gruntu pewnie, to coś w jej duszy zgrzytało niepokojem.

Zbędny przecinek i to „z gruntu” nie pasuje. 

 Przeszedł dwa klawisze w górę i znalazł się w roku dwutysięcznym sto dwudziestym pierwszym.

Dwa tysiące.

 

Na koniec kilka przemyśleń do całości.

Narracja jest chaotyczna, a duża liczba krótkich scen nie ułatwia odbioru. Jest dużo informacji o przeszłości Harrego, a niewiele wiemy o zasadach funkcjonowania świata. Kim był i jaką rolę odegrał Mistrz Mgły? Umknęła mi też motywacja Meduzy i to czemu potrzebowała Teresy. Dlaczego Teresa miała przedziwne płatki małżowin? 

Zastanów się, czy wszystkie sceny są potrzebne np. ta wzmianka o babce Harrego. Jest to osobna scena, z której dowiadujemy się tylko jednej informacji. 

Dla mnie najciekawszy był motyw przestrzeni między światami. Pomysł na historię jest interesujący, ale wymaga uporządkowania i płynniejszej narracji. 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Alicella,

 

wszystko poprawiłam, dzisiaj jeszcze raz przejrzę cały tekst.

Bardzo serdecznie Ci dziękuję za wskazówki.

 

Co do opowiadania, liczę że tutaj nauczę się dobrze pisać i z czasem moje opowiadania będą lepsze. To moje drugie “długie” opowiadanie w życiu.

 

Mam sporo pomysłów, gorzej z ich poprawnym ubraniem w słowa.smiley

 

 

Pozdrawiam Cię bardzo ciepło – Goch.

Cześć, Gochaw,

początkowo mnie wkręciło, później niestety traciłam zainteresowanie. Jest tutaj bowiem dużo niepotrzebnych dla fabuły fragmentów, wychodzi więc trochę chaotycznie. Napisałaś, że nie masz w tym wprawy. W takim razie lepiej zacznij od krótszych form, bo 45 tys. na “nowicjusza” to dużo. Szczególnie tutaj im dłuższy tekst, tym mniej czytelników, a więc możliwych rad (no chyba że wszyscy będą cię już doskonale kojarzyli ;))

Tutaj bardzo wychodzi ta obszerność początkującego – większość ludzi na początku się rozpisuje, powieści debiutantów często są długie. A to źle, gdy nie ma się pewnego stylu. Także postaraj się krócej, bo pomysł był, warsztatowo też nie najgorzej. Lektura sama nie była nieprzyjemna, ale nie wszystko załapałam, bo moje zainteresowanie ogromnie spadło. Zgadzam się z Alicellą. Następnym razem podczas pisania, ale też po napisaniu, zastanów się, czy wszystko jest faktycznie potrzebne ;)

 

 

 

– Ale ja nic nie pamiętam. Nic. Nie wiem kim jestem, skąd jestem… [+–] Łkała coraz głośniej.

Jak widzisz, zabrakło półpauzy.

 

 

– Wręcz przeciwnie, sam jestem bardzo szczęśliwy i powiem ci coś jeszcze, nigdy się ze sobą nie nudzę – sucho stwierdził.

”stwierdził sucho”

 

 

-Doskonale, doskonale. Wolałabym być teraz w domu – szczerze wyznała.

”wyznała szczerze”

Poza tym brak spacji po półpauzie.

 

 

– Masz dwa dni, pomyśl i obsadź stanowisko na tyle sprawnie, i odpowiedzialnie, by dusze wracały do ciał, a nie błąkały się latami po zgliszczach[+.] – Meduza patrzyła na niego władczo.

 

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanoVallen ,

 

bardzo serdecznie dziękuję Ci za przeczytanie tekstu, jak i zamieszczenie uwag.

Błędy poprawiłam.

Tekst jest dla mnie bardzo waży, przyznam że nie posłuchałam BK, bo miał podobne zdanie. Zależało mi bardzo na zachowaniu treści, bo to dla mnie sentymentalny tekst.

 

Dzisiaj, z perspektywy pracy nad tym tekstem i wkładzie pomocy bruce i BK, zrozumiałam jak ważne dla czytelnika jest utrzymanie zainteresowania swoją opowieścią.

 

Postaram się już nie pisać takich długich “stworów”. Póki co muszę wszystko przetrawiać i przemyśleć. To prawda, jestem nowicjuszem, ale już mniej optymistycznie nastawionym do własnych opowiadań.

 

To dla mnie prawdziwa przyjemność, że zechciałaś mnie odwiedzić.

 

 

 

Pozdrawiam bardzo serdecznie – Goch.

Dzisiaj, z perspektywy pracy nad tym tekstem i wkładzie pomocy bruce i Bk, zrozumiałam jak ważne dla czytelnika jest utrzymanie zainteresowania swoją opowieścią.

Gocha, pamiętaj że jest też perspektywa autora ;) Chciałaś napisać i opublikować tekst i zrobiłaś to, nie zawsze trzeba robić wszystko dla czytelników. Piszemy również, a może przede wszystkim, dla siebie.

Martwe liście i brudna ziemia

BasementKey,

 

dziękuję Ci za dobre słowo.smiley

 

 

Pozdrawiam ciepło – Goch.

 

p.s. zapamiętam, że piszę też dla siebie.:))

Nowa Fantastyka