- Opowiadanie: BarbarianCataphract - Dystopia - Opowieść o Badaczce (II - Renegat)

Dystopia - Opowieść o Badaczce (II - Renegat)

Ciąg dalszy Dystopii, kontynuacja Idylli.

 

Rozdziały od pierwszego do czwartego są już gotowe, dlatego będę je wrzucał w krótkich odstępach czasowych. Od piątego pojawiać się będą regularnie, w odstępach dwutygodniowych (planowo).

 

Oceny

Dystopia - Opowieść o Badaczce (II - Renegat)

 

Jasmin przeczesała ręką swoje kasztanowe włosy, które opadły swobodnie na jej ramiona. Kropelki potu spływały po jej czole, spadając co jakiś czas do ceramicznej umywalki. Ciężkie oddechy rozbrzmiewały w ciasnej łazience. Jedyne, co oświetlało ciemne pomieszczenie to światło słoneczne z zewnątrz. Prąd już długo nie krążył w okolicznych instalacjach elektrycznych.

Podniosła oczy i spotkała się ze swoim wzrokiem w zakurzonym lustrze. Intensywny ból pulsował z rany w jej prawym przedramieniu, z której ciurkiem ciekła krew. Spojrzała na wbity w to miejsce odłamek szkła, po czym na swoje brudne ręce. Nie mogła sobie pozwolić na nadmierne krwawienie, dlatego zostawiła ciało obce tam, gdzie niepotrzebnie wcześniej wylądowało.

Z każdym ruchem ręki czuła, jak ostry kawałek przemieszcza się i powoduje coraz większe spustoszenie w jej tkankach. Trudno jej było ocenić, czy trafił w tętnicę. Wiedziała za to na pewno, że bolało to jak diabli. Dotknęła delikatnie odłamka i syknęła przez ból, który sama sobie zadała.

– No i po co ci to było? – powiedziała do siebie z wyrzutem.

– Nie ruszaj tego, chodź tutaj, proszę. – łagodny głos młodej kobiety doszedł do niej zza ściany.

Próbowała zebrać myśli, które chaotycznie szamotały się w jej głowie. "Grunt to opanować emocje" pomyślała sobie. Adrenalina i kortyzol wciąż buzowały w jej krwiobiegu, powodując, że cała się trzęsła. Jedna ryzykowna decyzja, przez którą jej życie wisiało teraz na włosku.

 

GODZINĘ WCZEŚNIEJ

 

Zaciągnęła hamulec ręczny, który wydał z siebie charakterystyczny zgrzyt i spojrzała przez przednią szybę. Przed maską widniały blokady drogowe, ostrzegające o kwarantannie, które blokowały dojazd do miasteczka. Czerwony orzeł przysłonięty na środku tarczą ozdabiał betonowe barykady, sugerując "okupację" miejscowości przez żołnierzy. Posterunek wojskowy już dawno został opuszczony. Przenieśli się w jakieś inne miejsce, które nie było jej jeszcze znane.

Objechanie przeszkody nie było dla niej problemem, więc wrzuciła pierwszy bieg i po chwili znalazła się po drugiej stronie kłopotu. Ujrzała drogę, która prowadziła między rzadko rozłożone budynki. Już jakiś miesiąc minął od czasu, kiedy ostatni raz odwiedziła jakąkolwiek ludzką osadę. Podjechała jeszcze kawałek i zatrzymała się zaraz przed granicą zabudowań, żeby nie robić zbyt dużego hałasu, gdy już znajdzie się w środku miasteczka.

Wyszła z pojazdu, chwyciła leżącą na siedzeniu pasażera kurtkę i narzuciła ją na ramiona. Popołudnie tego dnia było całkiem wietrzne, a do tego temperatury w tej okolicy nigdy nie przekraczały zbyt dużych wartości. Zamknęła samochód na klucz i ruszyła przed siebie.

Plecak zwisał z jej ramion, prawie całkowicie pusty. Jasmin potrzebowała trochę zapasów, szczególnie medycznych, a z jej rekonesansu wynikało, że mały szpital w górskim miasteczku powinien mieć to, czego szukała. Przynajmniej taką miała nadzieję, bo znaczna część jego wyposażenia została prawdopodobnie zabrana przy ewakuacji, lub splądrowana.

Spojrzała na zegarek. Wskazówki pokazywały godzinę szesnastą dwadzieścia pięć. Mutanci powinni jeszcze spać, więc jeśli będzie wystarczająco szybka, to wyrobi się przed czasem łowów. Zresztą – i tak raczej nie polują oni na zurbanizowanych terenach, ale lepiej być ostrożniejszym, niż potem żałować.

Spokojnym krokiem przechodziła ulicą, oglądając stojące przy drodze domki. W większości skromnie zbudowane, jednopiętrowe. Z pewnością, każdy taki budynek wystarczał jednej rodzinie. Małe ogródki, ozdabiające niegdyś wejście, zarosły dzikimi roślinami sugerując, że Matka Natura zaczęła zabierać z powrotem to, co zostało jej odebrane. Ku zdziwieniu Jasmin, wiele pordzewiałych samochodów wciąż stało na podjazdach, niszczejąc powoli przez warunki atmosferyczne. Niektóre z nich miały powybijane okna, inne poprzebijane opony. "I tak pewnie większość jest już niesprawna, aczkolwiek może warto byłoby sprawdzić później." – pomyślała.

Ominęła leżący na ziemi kubeł na śmieci i znalazła się przed skrzyżowaniem. Światła już dawno przestały pełnić swoją funkcję, wisząc bezcelowo nad asfaltem. Ukazał się przed nią metalowy znak z napisem "Blue Sky Hospital" oraz strzałką wskazującą w prawo. Obróciła się na nodze i skierowała w tę stronę.

Pochmurne niebo nie pozwalało zbyt dużej ilości promieni słonecznych na dotarcie między budynki. Jasmin czuła się trochę przytłoczona nieprzyjemną pogodą, ale i tak była zdeterminowana, żeby zrobić to, co zaplanowała. Nic nie świadczyło o obecności jakiejkolwiek żywej duszy w okolicy. Wiatr potrząsał klonami, pobudzając je do tańca, a ich liście opadały co jakiś czas, tworząc dywan okrywający chodnik. Co jakiś czas dało się słyszeć żałosne skrzeczenie jakiegoś metalowego słupa. Podrapała się po nosie i spojrzała w kierunku, z którego dobiegały piski nienaoliwionego, ocierającego się o siebie żelaza. Ujrzała szamoczącą się na wietrze flagę; podarty kawałek materiału rzucał się na boki, wzniecany przez ruchy powietrza do beznadziejnego pokazu, kilka metrów nad ziemią. Relikt starego świata, który coraz bardziej tracił swoje znaczenie, z dnia na dzień.

Odwróciła wzrok i poszła dalej. Gdzieniegdzie walały się pojedyncze śmieci, porzucone lata wstecz przez byłych mieszkańców miejscowości. Tutaj jakiś przegniły karton, tam rozbita butelka, a kawałek dalej zardzewiała puszka toczyła się chodnikiem w kierunku Jasmin.

"Chwila, skąd się tutaj wzięła tocząca puszka?" – pomyślała zaskoczona.

Zdziwiona spojrzała w kierunku obiektu, który już prawie doturlał się do jej stóp, a następnie w stronę miejsca, z którego prawdopodobnie się wydostał. Kilkadziesiąt kroków dalej stała całkiem duża, biała chata, wyróżniająca się wielkością spośród reszty. Wydawało jej się, że brama garażowa była otwarta na oścież. Chwyciła za wiszący na pasku nóż i skierowała się tam, stawiając ostrożnie kroki na popękanym asfalcie. Pożółkłe liście z nielicznych przedstawicieli rodzaju Acer przykrywały delikatnie powierzchnię drogi, chrupiąc lekko co jakiś czas po nadepnięciu. Wygrzebała oręż z kabury zwinnym ruchem. Nie wiedziała do końca czego się spodziewać, więc starała się obmyślić wszystkie możliwe sytuacje.

– Inny człowiek? Nie, raczej nie. Mutant? Też wątpię. Dzikie zwierzę? Możliwe. – zaroiło się w jej głowie wiele chaotycznych myśli, które spróbowała z trudem posegregować.

To nie była pierwsza taka sytuacja w jej życiu, ale i tak serce łomotało w jej piersiach ze znacznie zwiększoną intensywnością. Nie był to tylko strach, ba, to głównie ekscytacja rozpierała ją od środka w tamtym momencie. Oparła się ręką o płot oddzielający ją od działki i przykucnęła, idąc po cichu, już prawie na kolanach. Coraz bardziej zbliżała się do otwartej bramy. W momencie, gdy już miała zajrzeć do środka usłyszała coś.

Kopyta.

Jasmin zatrzymała się na chwilę, a jej oczy prawie wyleciały z oczodołów.

– Jeśli zaraz spojrzę do tego garażu i spotkam pieprzonego Koziorożca, to nie wiem, czy będę się śmiać, czy płakać. Chooociaż… już by mnie raczej wyczuł. Baran albo Tur? One unikają budynków, więc wątpię, żeby jakiś sobie zachciał przesiadywać w garażu.

Kolejne myśli uderzyły w jej umysł z dużym impetem. Wstrzymała oddech i nasłuchiwała, wyczekując kolejnych wskazówek, które mogłyby ją jakoś nakierować. Stuknięcia kopyt o betonową podłogę co jakiś czas wydobywały się zza ściany. Każda sekunda mijała w wielkim napięciu, a narwana natura Jasmin w końcu przejęła pałeczkę. Wstała, przytuliła się do ściany i wystawiła głowę, żeby zobaczyć, co było w środku.

Wgapiała się właśnie w kasztanowy zad konia.

 

***

 

– Skąd? Czemu? Jak? Kto? – kolejne pytania, a brak odpowiedzi.

Czworonóg obrócił się i ciemne ślepia spojrzały ze spokojem na kobietę. Nie przestraszył się nowego gościa, pomachał tylko głową, parsknął i wrócił do obserwowania zdziwionej widokiem badaczki. Ona zaś ocknęła się i stwierdziła, że musi się dowiedzieć skąd ten koń się tutaj w ogóle wziął. Miał na sobie siodło i bagaż, więc z pewnością nie był dzikim zwierzęciem. Jasmin obrzuciła półtonowe stworzenie wzrokiem, po czym zaczęła powoli się do niego zbliżać. Kilka kroków później zbliżyła się do niego na taką odległość, że mogłaby go z łatwością dosiąść. Położyła swoją rękę na jego szyi i zaczęła delikatnie głaskać gładką sierść kasztanka. Koń wydawał się być spokojny, w każdym razie jego serce biło w normalnym dla takiego zwierzęcia tempie.

– Skąd się tu wziąłeś, hm? – zapytała go, nie oczekując słownej odpowiedzi.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Mały garaż, który pomieściłby maksymalnie jedno auto. W rogu stała pralka, obok niej stół warsztatowy, a nad nim wisiały wyszukane narzędzia. Przy ścianie stała półka z przeróżnymi częściami samochodowymi – jakaś opona, kołpak i inne przedmioty, których nie była w stanie nazwać. Gdy tak pieściła piękne i mądre stworzenie zaczęła sobie przypominać, jak to kiedyś wybrała się na wycieczkę konną z rodzicami, podczas której zwierzę ją zrzuciło ze swojego grzbietu i spadła prosto do błotnej kałuży.

Uśmiechnęła się pod nosem i parsknęła lekko, kręcąc przy tym kilka razy głową. W pewnym momencie poczuła, że puls zwierzęcia zaczął gwałtownie wzrastać. Spojrzała na jego głowę i zauważyła, że z niepokojem zaczął wymachiwać nią na boki. Zaczął także parskać z większą częstotliwością, dając sygnał, że coś jest nie tak.

– Heeej, hej… spokojnie. – powiedziała uspokajającym głosem Jasmin. – Wszystko gra, nie bój się.

Jednak stworzenie z sekundy na sekundę stawało się coraz bardziej roztrzęsione. Zaczęło przebierać nogami w miejscu, a kolejne słowa otuchy wymawiane przez kobietę zdawały się odbijać od niego, jak od ściany.

Nagle koń zarżał głośno i zerwał się do biegu. Wystrzelił przez otwartą bramę na zewnątrz. Jasmin ruszyła za nim, mając nadzieję na to, że uda jej się go dogonić. Kasztanek pobiegł drogą w kierunku, z którego przyszła. Zatrzymała się, żeby sprawdzić otoczenie.

Jasmin nasłuchiwała i rozglądała się jednocześnie. Coś musiało go wystraszyć, ale nie wiedziała co. W oddali dźwięk klekotania kopyt o asfalt zaczynał powoli zanikać; wiatr uderzał o ściany pustych domostw, wzniecając w powietrze liście i jakieś lekkie śmieci. Stanie tak samemu jak palec na środku drogi nie było z pewnością najbezpieczniejszą czynnością, ale musiała się dowiedzieć, co mogło spowodować taką reakcję u spłoszonego zwierzęcia.

Nic.

Cicho.

Nic nie rzucało się w oczy. Jasmin podrapała się po głowie, westchnęła i wzruszyła ramionami. W tej kolejności. Pomimo tego, że niczego nie znalazła, to niepokój wciąż nie opuścił jej serca. Coś cały czas było nie tak, więc musiała pozostać czujna. Podniosła nadgarstek do twarzy. Dłuższa wskazówka zbliżała się nieubłaganie do piątki na tarczy zegara.

– Potem zajmiesz się koniem, teraz czas na szpital. – powiedziała do siebie po cichu, kiwnęła głową z determinacją i zmierzyła w kierunku celu.

Obróciła się jeszcze ostatni raz, ale nic konkretnego nie przykuło jej uwagi. Nie zdążyła zrobić nawet pięciu kroków, kiedy przeraźliwy krzyk uderzył o błony bębenkowe w jej uszach. Zatrzymała się natychmiastowo, wstrzymała oddech i analizowała sytuację. Kobiecy głos, nie więcej niż dwie przecznice stąd. Wyciągnęła uprzednio schowany oręż zza paska, zacisnęła na nim prawą dłoń i wystartowała z pomocą.

Biegła. Biegła nieustannie, oglądając się co jakiś czas na boki, w stronę, z której dochodziły krzyki. Poza tamtym jednym, który zwrócił jej uwagę nic więcej nie usłyszała, jednak starała się znaleźć źródło. Bez żadnej przerwy, sprintem pokonała jakieś sto metrów, nie chciała stracić ani sekundy.

Znalazła się teraz na ulicy, która, jak podejrzewała, była miejscem, skąd doszedł do niej hałas. Na pierwszy rzut oka nic nie wydawało się być inaczej, niż wszędzie indziej. Opuszczone samochody, wszechobecne śmieci, powywracane kosze na śmieci, pozarastane ogródki i brak żywej duszy. Zaciekawiona kobieta zaczęła iść powoli wzdłuż asfaltu, oglądając uważnie każdy szczegół. Stary, obdarty flaming ogrodowy stał ostatkami sił na swojej cienkiej nóżce, niepokonany przez warunki atmosferyczne przez tyle lat. Obok niego leżał przewrócony konik na biegunach, zniszczony i zaniedbany. Patrzył beznadziejnie na idącą obok badaczkę, jakby błagając o pomoc.

Albo dobicie.

Kawałek dalej rozklekotana kosiarka zdobiła trawnik przynależący do skromnej posesji. Przebite opony osiadły razem z całym pojazdem, przygotowując maszynę do wiecznego snu.

Rzuciła okiem na asfalt i zobaczyła coś, co zaparło jej dech w piersiach.

Krew.

Po ulicy ciągnęła się struga krwi, przerywana co jakiś czas odciskami butów. Krwawe ślady ciągnęły się, prowadząc do jednego ze stojących przy drodze domów. Zaczęła podążać karmazynową ścieżką, uważnie przypatrując się podłożu. Drzwi były otwarte na oścież. Podeszła bliżej i zauważyła czerwone odciski rąk, rozmazane na całej szerokości drewna. Przy drzwiach leżała przesiąknięta krwią koszulka, zwinięta w kulkę. Serce Jasmin przyspieszyło znacznie, sygnalizując, że adrenalina trafiła do jej krwiobiegu. Poprawiła okulary na nosie i szeroko otwartymi oczami spojrzała w głąb domu. W tym samym momencie usłyszała szlochanie. Płacz i słowa, skierowane do jakiejś osoby – że będzie dobrze, że ma się trzymać. Teksty te mówiono często do osób w trudnej sytuacji, albo życiowej, albo zdrowotnej. Znaczy się, rannej. Pomiędzy słowa otuchy wbijały się czyjeś ciche jęki.

Jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na rękojeści noża, żeby poczuć się pewniej. Zaczęła kierować się powoli i ostrożnie w kierunku głosów zza ściany. Coś z pewnością było nie tak, ale musiała dowiedzieć się co czyha na nią na końcu czerwonego szlaku. Deski budujące podłogę korytarza skrzypiały niechętnie pod naporem jej ciała. Z każdym krokiem piski drewna coraz bardziej tłumione były przez szlochanie. Widziała, jak ślady zakręcały do jednego z pomieszczeń, do którego drzwi były otwarte.

Przed jej oczami ukazał się brutalny widok. Na kafelkowej podłodze były dwie osoby: zrezygnowana dziewczyna klęczała, a na jej udach spoczywało zakrwawione ciało chłopaka, w wieku podobnym do jej.

Miał kompletnie zniszczone okolice brzucha. Z jego ust powoli sączył się ciemnoczerwony płyn, który wycierała wciąż blondwłosa. Łzy ściekały po jej czerwonej twarzy, a bezgłośne słowa wciąż formowane były przez jej usta. Kałuża krwi z każdą sekundą była coraz większa, podpełzając ślimaczym tempem pod kozaki Jasmin. Stała w przejściu, z rozdziawioną buzią, kompletnie nie wiedząc, co począć.

Klęcząca na podłodze kobieta podniosła swoje spuchnięte od płaczu szkliste oczy i spojrzała na te, należące do obcej jej brunetki. Jasmin poczuła, jak coś wyciąga ją z letargu i ocknęła się w tym samym momencie. Doskoczyła jednym susem do pary i zaczęła oglądać ciało chłopaka, żeby lepiej ocenić obrażenia. Instynktownie przystawiła palce do jego tętnicy szyjnej, ale pulsu żadnego nie wyczuła. Złapała się jedną ręką, już zakrwawioną, za głowę, brudząc sobie włosy; drugą położyła na ramieniu dziewczyny.

– Jesteś ranna? Boli cię coś? – zadawała szybko pytania, desperacko oczekując odpowiedzi od drugiej osoby.

Dziewczę wbijało tępo wzrok w Jasmin, nie mówiąc żadnego słowa.

Była w szoku.

Nie była w stanie nic wydukać, zresztą nic dziwnego. Przy takiej ilości posoki znajdującej się wokół nich, nikt nie byłby w stanie zachować zimnej krwi.

Badaczka wiedziała jedno w tym momencie – nie byli bezpieczni w tej łazience. Złapała klęczącą dziewczynę za nadgarstek i siłą zmusiła ją do wstania na nogi. Sama w tym czasie poślizgnęła się w kałuży krwi i łupnęła plecami o płytki. Jęknęła bezgłośnie i leżąc na ziemi wygięła się w łuk, łapiąc się za plecy. Cała już była umorusana w ciepłej, gęstej cieczy. Ze stęknięciem postawiła się do pionu.

Nieznajoma za to została w pozycji stojącej i bez świadomości wpatrywała się w przeciwległą ścianę. Jasmin chwyciła ją pod ramię i zaczęła wyciągać z pomieszczenia, na korytarz. Po raz kolejny niemalże straciła równowagę, ale tym razem jej pośladki nie spotkały się z kafelkami. Blondynka zaczęła coś mamrotać pod nosem, wyciągając ramię w kierunku wybebeszonego ciała, leżącego bezwładnie w kałuży. Jego puste oczy wpatrywały się w sufit, niegdyś jeszcze wypełnione płomykiem życia. Teraz jednak nic w nich nie zostało.

– Chodź, nie możemy tu zostać, idziemy stąd! – zaalarmowała Jasmin, ciągnąc zszokowaną dziewczynę do wyjścia.

Po chwili jej opór puścił i obie znalazły się na korytarzu. Szybkim tempem szły do drzwi frontowych, gdy nagle Jasmin poczuła szarpnięcie rękawa. Spojrzała zdziwiona na swoją towarzyszkę niedoli i ujrzała takie przerażenie, jakiego dawno nie widziała na twarzy żadnego człowieka. W tym momencie odwróciła głowę w stronę, w którą patrzyła tamta i sama zamarła na moment.

Stojące w półprzysiadzie monstrum zajmowało przejście do wyjścia. Jego białe ślepia z czarnymi źrenicami, bijące żywym ogniem wpatrywały się teraz w dwie, zakrwawione kobiety. Jego łuskowata skóra sama była ubrudzona posoką, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu swoją, niż czyjąś.

Wole kreatury, znajdujące się na miejscu podbródka było wypełnione, zwisając pod szyją i dyndając na boki. Rozwarło paszczę, ukazując rzędy ostrych jak brzytwa zębów i wystawiło wręcz nienaturalnie wydłużony język. Jasmin wiedziała co to oznacza.

Szykowało się do ataku.

Przeciągły ryk wydobył się z gardła stworzenia i w mgnieniu oka Jasmin popchnęła dziewczynę w bok, powodując, że ta wpadła do kuchni, pod stół. Strumień żółtawej cieczy strzelił w stronę badaczki, a ta, nie widząc innej opcji skoczyła w przeciwny bok, niż ten, w który popchnęła poprzednio nową kompankę, z nadzieją, że odwróci to od niej uwagę mutanta, wpadając przedramieniem na duże, frontowe okno.

Głośny trzask.

Kawałki szkła upadające na beton i panele.

Mętlik w głowie nie pozwalał jej rozeznać się w sytuacji. Leżała teraz na trawie, twarzą zwrócona w kierunku nieba. Zaczynało się przejaśniać, chmury powoli przerzedzały się, a Słońce zaczęło wyglądać na padół ziemski. Gdy jej zmysły zdecydowały powrócić do stanu równowagi i na swoje miejsce to poczuła nagły ucisk na nogach. Spojrzała się na swoje stopy i ujrzała monstrum, stojące teraz nad nią. Zbliżyło się do jej twarzy i ryknęło, opluwając Jasmin lepką śliną. Podniosło się na tylne łapy i wzniosło przednie kończyny, szykując się do ostatecznego uderzenia. Prawa ręka wciąż zaciśnięta była na kościanej rękojeści, co zostało "przeoczone" przez mutanta i ze znaczną szybkością powędrowała w stronę szyi łuskatego stwora moment przed tym, jak jego szponiasta łapa trafiła twarz bohaterki.

Przeciągły ryk, wypełniony bólem wydobył się z paszczy stworzenia, które teraz złapało się za lewą część karku, z którego wystawała klinga z poroża. Zachwiało się na nogach, przednią prawą łapą podpierając się, żeby nie upaść na bok.

Jasmin wykorzystała moment i wyczołgała się do tyłu, próbując uciec przed rozwścieczonym monstrum. Tamten zataczał się na bok, wyjąc przeraźliwie przez ból, jaki został mu zadany. Jasmin w tym momencie była bez żadnej broni, której mogłaby użyć, więc złapała stojący przed posesją pal ze skrzynką na listy i wyrwała go z ziemi, trzymając oburącz jak coś na kształt młota. Bardzo dziwna prowizoryczna broń, ale nic innego nie przychodziło jej w tym momencie do głowy.

Przybrała pozycję do walki, układając nogi w odpowiedniej odległości, żeby trzymać równowagę, przetarła czoło rękawem.

– No dawaj, sukinsynu! – podżegała mutanta, odciągając go od domu. Robiła wszystko, żeby odwrócić uwagę od leżącej w kuchni dziewczyny.

– Dupa, najwyżej zginę. – dopowiedziała po cichu Jasmin, z deka przerażona konfrontacją z Wodnikiem, ale zdeterminowana.

Wola stwora zabulgotały, ponownie otworzył swoją nienaturalnie wielką paszczę, wystawił jęzor, roztwór kwasu wylewał się z jego ust, trafiając kroplami na trawę.

Uderzenie w skroń.

Stworzenie znowu zachwiało się na nogach, tracąc chwilowo orientację w sytuacji.

Kolejne uderzenie. A za nim następne. I następne. Teflonowa patelnia uderzała mutanta po głowie bez wytchnienia, wydając głuche brzdęknięcia za każdym ciosem. Jasmin patrzyła się na rozwścieczoną, zakrwawioną dziewczynę, która z wyrazem potężnej wściekłości na twarzy miotała kreaturę po jej paskudnym łbie.

Głośny trzask kości wybudził ją z chwilowej hipnozy, a krew z łuskatej głowy rozprysła się po trawie. Badaczka chwyciła lepiej skrzynkę na listy, zamachnęła się ponad sobą. Skoczyła jednym, zwinnym susem do Wodnika i zdzieliła go metalowym obiektem w czaszkę, dewastując ją jeszcze bardziej. Teraz obie kobiety niszczyły łeb stworzenia, rozpryskując go na coraz mniejsze kawałeczki w furii.

Jasmin odrzuciła powyginany pręt na trawę i odeszła chwiejnym krokiem do tyłu. Blondwłosa wciąż uderzała patelnią w to, co kiedyś było centrum układu nerwowego, trafiając bardziej w ziemię, niż ciało. Łzy spływały po jej policzkach, a grymas furii i smutku wykrzywiał jej zabrudzoną twarz.

– H-hej, to coś już nie wstanie… – wydukała Jasmin, po czym zakręciło jej się w głowie i osunęła się na ziemię.

 

***

I.K. Homo stigmatis (genus Aquarius)

I.K. Człowiek napiętnowany (rasa Wodnik)

Alternatywne nazwy: Żaba, Paskudne Gówno, Plujak

Rasa znacznie różniąca się od reszty. Bardziej szersze, niż wyższe, wodniki w przysiadzie osiągają około 1,40 m wysokości. Raczej nie stają na wyprostowanych nogach, trzymając pośladki blisko podłoża. Poruszają się poprzez wyskoki, podobnie do żaby, skąd między innymi biorą swój przydomek.

Ich ciała pokryte są bardzo grubym, zrogowaciałym naskórkiem, który może tworzyć płytki keratynowe, przypominające ułożeniem łuski gadów z rodziny Varanus. Osobniki, które nie zostały poczęte drogą naturalną, a są efektem mutacji mogą posiadać liczne pęcherze wypełnione fluorescencyjnym, ropnym płynem o nieznanej jeszcze funkcji, oraz bliznami. Obie z tych cech z czasem ulegają zanikowi dzięki samonaprawie ciała organizmu. Osobniki młode należące do tej rasy zazwyczaj pozostają pod opieką swojej matki, jeśli to jej rasa została odziedziczona, ale tylko przez bardzo krótki okres. Wodniki wyjątkowo wcześnie osiągają samodzielność, dzięki czemu szybko oddzielają się od rodzica i zaczynają żyć "na własną rękę"; jeśli jednak matka jest inaczej zbudowana, to potomstwo może zostać przekazane Wszechmatce plemienia.

Budowa anatomiczna ich nóg ulega zmianom, przypominając ostatecznie kończynę tylną gatunku Hyla arborea. Liczba palców ulega redukcji do trzech (I, II et III) w wyniku zrośnięcia pierwszego z drugim oraz czwartego z piątym. Kończyna miedniczna, w przeciwieństwie do piersiowej nie jest zakończona pazurami.

Tułów przypomina bardzo odpowiednik u Homo sapiens, aczkolwiek w okolicy brzusznej jest bardzo nabrzmiały; wypełniony cieczą – rozcieńczonym znacznie kwasem chlorowodorowym. Połączony jest przewodami ze specjalnym wolem pod żuchwą, który służy jako zbiornik oraz miejsce zatężania roztworu.

Ramiona także przypominają budową Hyla arborea, w celu zwiększenia skuteczności sposobu poruszania się, aczkolwiek zakończone są ostrymi pazurami, zdolnymi do rozerwania wielu materiałów.

Głowa jest bardzo ciekawym zjawiskiem, głównie przez obecność wymienionego już wcześniej wola. Potężny wór skórno-mięśniowy wyścielony jest od środka podobnie, jak żołądek, chroniąc w ten sposób ciało kreatury przed poparzeniem. Rozcieńczony roztwór kwasu chlorowodorowego trafia do zbiornika, po czym zostaje zatężony. Wole te są silnie umięśnione, pozwalając Wodnikom wystrzeliwać ciecz na całkiem sporą odległość, sięgającą nawet 15 metrów.

Inną charakterystyczną cechą głowy jest język, mogący wydłużać się do znacznych rozmiarów, osiągając nawet 4 metry długości. Jest to zasługa znacznej elastyczności i giętkości, oraz pojemności jamy ustnej tego stworzenia. Sama jama ustna jest bardzo pojemna, a otwór gębowy może rozszerzać się do wielkości piłki siatkowej.

W mutującym organizmie stare uzębienie zastępowane jest przez nowy wzór zębowy. Żeby dopasować się do diety polegającej głównie na mięsie, nowe zęby przypominają bardziej szczękę zwierzęcia drapieżnego. Tak jak to jest u wszystkich znanych nam odmian Homo stigmatis, tęczówki bezwzględnie u każdego osobnika są białe.

Atakują wyrzucając/wypluwając stężony kwas, który potrafi znacznie uszkodzić powłoki ciała ofiary. Długi język wykorzystywany może być do ogłuszania przeciwnika, a szpony na rękach zazwyczaj służą do dobicia.

Przedstawiciele rasy Aquarius z reguły przyjmują funkcję obrońców gniazda. Zajmują się głównie defensywą terytoriów opanowanych przez "plemię" Homo stigmatis. Świadczy o tym też niepraktyczność sposobu ataku, który bezpowrotnie uszkadza ciało ofiary, czyniąc je niezdolne do spożycia.

Mutacje w kierunku tej odmiany obserwuje się głównie u osób zamkniętych w sobie, ekscentrycznych, ale także bardzo defensywnych (mogłabym to ubrać lepiej w słowa kiedy indziej), które wyjątkowo bardzo ceniły sobie bezpieczeństwo swoje i bliskich.

Side note: Ugh, obleśne stwory. Nie znoszę ich, mam ochotę rzygać, jak je widzę.

***

Adrenalina i inne elementy układu współczulnego zaczęły powoli puszczać. Poczuła nagle ostry ból, którego wcześniej w ferworze walki nie czuła, promieniujący z jej prawego przedramienia. Podniosła nadgarstek do twarzy i zobaczyła kawał szkła, ubrudzony jej własnym osoczem i krwinkami, wystający po obu stronach jej kończyny. Siedziała tak, wpatrzona w ranę (ewidentnie otwartą), nie wiedząc co ze sobą zrobić. Uderzenia patelni powoli zaczęły ustawać, a w powietrzu rozlegały się głównie odgłosy szlochania młodej kobiety.

Jasmin obróciła się na bok i zwymiotowała. Za dużo emocji, za dużo bólu, za dużo wszystkiego. Zmęczenie zaczęło ogarniać jej ciało, a pokryte roślinnością podwórko wydawało się być wyjątkowo wygodne. Już miała położyć się na bok, gdy nagle poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu.

– H-halo…h-hej, wszystko w porządku? – roztrzęsiony głos dziewczyny dotarł do niej, wytrącając ją z letargu. – Dasz radę iść?

Badaczka próbowała złapać umykające jej myśli, ale wizja odpłynięcia w krainę zapomnienia wciąż była kusząca. Nagle poczuła dłoń na drugim ramieniu, po czym została wstrząśnięta gwałtownie przez uratowaną dziewczynę.

– Halo, hej, obudź się! – słowa desperacji formowały się w jej ustach, próbując wyciągnąć Jasmin z otchłani.

Siedząca na trawie kobieta w pewnym momencie potrząsnęła głową na boki, poprawiła okulary na nosie jednym ruchem lewej ręki i jeszcze raz spojrzała na swoje ranne przedramię.

– Ahhhhh! Cholera jasna, no, teraz jestem w dupie! – wysyczała przez zęby, ból rozsadzał jej rękę, musiały coś zrobić, jak najszybciej, by możliwe zakażenie nie zniszczyło jej organizmu od środka.

Niezależnie od tego, czy szkło uszkodziło tętnicę czy żyłę, zakotwiczony w ranie kawałek tamował krwawienie, dlatego pozostawiła go na swoim miejscu.

Podniosła się na nogi uważając, żeby nie umorusać się zawartością swojego żołądka, która jeszcze przed chwilą kulturalnie znajdowała się tam, gdzie miała. Wsparła się ręką i wystrzeliła na proste nogi, wywołując u siebie zawroty głowy. Niedobory żelaza po raz kolejny dawały się we znaki.

Po odzyskaniu pełni świadomości spojrzała się na swoją nową towarzyszkę. Potrzebowały planu. Na pewno musiały jakoś pozbyć się odłamka z tkanek Jasmin, a tego sama by nie zrobiła, nie doprowadzając przy okazji do wykrwawienia.

– Szpital – powiedziała z determinacją. – musimy dostać się do szpitala.

Dziewczyna pokiwała twierdząco i już miała wyruszać za Jasmin, ale zatrzymała się w pół kroku i obróciła w stronę domu.

– Ale…ale – słowa grzęzły jej w gardle.

– On… no wiesz, niestety… ahhhh. – Jasmin gubiła się we własnych słowach, nie będąc w stanie powiedzieć, co miała na myśli. – Mu już nie pomożemy.

Łzy po raz kolejny napłynęły do jej oczu i zaczęły spływać, przecierając ścieżkę przez brud i krew, która zaschnięta ozdabiała twarz dziewczyny. Wiedziała o statusie swojego kompana, jednak te słowa były jak gwóźdź do trumny. Podeszła do trupa, wyciągnęła oręż po czym złapała dziewczynę lewą ręką i zaczęła iść w stronę miejsca, do którego zmierzała pierwotnie. Jej gruczoły pod oczami same zaczynały pracować w tym momencie; żal ściskał jej gardło, powodując nieprzyjemne uczucie. Przypomniało jej to o tym, co ją śledziło ostatnie miesiące. Śmierć za śmiercią. Pożoga, koniec, apokalipsa.

Otarła oczy rękawem najmniej ubrudzonym ziemią i posoką. To nie był czas na żałobę, w każdym razie jeszcze nie. Musiały działać, albo wszystko się źle skończy. Wyruszyły razem w stronę placówki, zostawiając makabryczny widok za swoimi plecami. W brzuchu Jasmin wciąż nie wszystko było poukładane, jak powinno, więc tępe mdłości ściskały jej lędźwie. Ból paraliżował jej prawie przedramię, czyniąc je niezdolnym do wykonywania jakichkolwiek czynności. Determinacja trzymała ją na nogach, kierując ją w stronę wybawienia.

Po kilku przecznicach wyrosła przed nimi fasada miejscowego szpitala. Parking otoczony był przez betonowe barykady, oznaczone znanym Jasmin symbolem. W czasie ewakuacji ludzie w panice wzięli, co mogli, więc jeśli zostało cokolwiek, co mogłaby wykorzystać, to trzeba by to nazwać szczęściem. Przed budynkiem leżało kilkanaście worków z ciałami, kiedyś jeszcze ułożonymi w rzędzie. Teraz były zniszczone, porozrywane przez drapieżniki i dodatkowo jeszcze zniszczone przez warunki atmosferyczne. W niektórych przypadkach nie przypominały już kształtem ludzkiego ciała, a bardziej bezkształtną masę, czy coś takiego. Kilka noszy było porozrzucanych w bezładzie po parkingu.

Podeszły szybkim krokiem do drzwi frontowych, badaczka pociągnęła za uchwyt, ale wejście pozostawało zamknięte.

– A, no tak, pchać. – zaśmiała się niezręcznie pod nosem i pchnęła szklane wrota.

Nie chciała po raz kolejny babrać się w rozbitym szkle, więc fakt, że drzwi nie były zamknięte na klucz, był jak zbawienie. W holu standardowo znajdowało się sporo krzeseł, dla czekających pacjentów, bądź członków ich rodzin. Żaden szkielet ani zwłoki w innym stadium rozkładu nie zajmowały miejsc, więc jedyne co mogło straszyć potencjalnych rabusiów, to sam fakt bycia opustoszałym szpitalem.

Dwie pary butów przekroczyły próg i zaczęły kręcić się po poczekalni, szukając wskazówek o tym, gdzie mogłyby znaleźć gabinet. Do tego przydałoby się odszukać jakiś magazyn, coś, co skrywać by mogło substancje do odkażania ran, bandaże, sprzęt medyczny – nagle ogrom myśli zaczęło kłębić się w głowie Jasmin, że przystanęła na chwilę, żeby ułożyć je na odpowiednich półkach w swoim umyśle.

Spoglądała co jakiś czas na swoją ranę, sycząc przez zęby z bólu, gdy odłamek poruszył się chociaż odrobinkę, drażniąc pobliskie nerwy. Odpady walały się po zabrudzonej podłodze, odbijając się co jakiś czas od kozaków Jasmin i lądując kilkanaście centymetrów dalej. Kątem oka zauważyła szczura, który czmychnął gdzieś przed siebie, powodując, że aż podskoczyła, ale otrząsnęła się i wróciła do poszukiwań.

Za dużo emocji jak na jeden dzień. Nie spodziewała się, że ten dzień przerodzi się w takie, przeplatane chaosem "coś". W planach był szybki wypad do miasta, znalezienie tego, czego potrzebowała i równie szybki odwrót mniej zurbanizowaną okolicę.

– Naprawdę przeoczyłam gdzieś gniazdo plemienne? – pomyślała z wyrzutem, marszcząc przy tym czoło.

Po chwili jej oczom ukazały się otwarte na oścież drzwi, prowadzące do gabinetu zabiegowego. Zawołała towarzyszkę niedoli i po kilku sekundach pojawiła się obok Jasmin. Na środku białego jak papier pomieszczenia stał fotel operacyjny, zakryty białą narzutą. Pod ścianą po prawej stała niebieska kozetka, a na niej otwarta apteczka pierwszej pomocy i powyciągane z niej przedmioty. Bandaż, gaza, pinceta, buteleczka z wodą destylowaną i inne przybory, porozrzucane bez ładu po posłaniu. Część rzeczy leżała nawet na podłodze, a zakrwawiony bandaż leżał rzucony pod łóżko. Pomimo tego, że ktoś stosunkowo niedawno tam był i używał medycznych utensyliów, to nie było nigdzie śladów krwi, null.

Przy przeciwległej ścianie stało biurko, a na nim jakaś dokumentacja, która nie została zabrana podczas pospiesznego opuszczania szpitala. Obrotowe krzesło, które stało obok definitywnie było w ostatnim czasie przez kogoś używane, więc kolejna rzeczy sugerowała, że jakiś odwiedzający przewinął się przez tę placówkę.

Na metalowym stoliku, który towarzyszył zmaltretowanemu fotelowi widniało kilka narzędzi chirurgicznych, jakby czekających na przybłędy, szukające pomocy. Wszystko wyłożone jak na tacy (właściwie, to dosłownie – na tacy), co zastanowiło Jasmin.

– Coś nie pasuje, nie wiem, za łatwo. Jakieś zbyt oczywiste to się wydaje, hmmm… – powiedziała, częściowo do siebie, częściowo do dziewczyny, trzymając podbródek na zaciśniętej pięści. – Dobra, słuchaj mnie teraz uważnie. – rzekła w tym momencie bezpośrednio do niej.

Dziewczyna spojrzała na nią. Jasmin oczekiwała po raz kolejny nieobecnego wzroku, zagubionego gdzieś w wymiarze żałoby i chaosu, a było wręcz przeciwnie. Z twarzy dziewczęcia biła gotowość do działania, co zaskoczyło badaczkę.

– Pomożesz mi teraz, ok? – powiedziała stanowczo, po czym poczuła nagły ucisk z zażenowania w żołądku swoim zachowaniem, spojrzała na chwilę na swoje buty, po czym wróciła wzrokiem na stojącą przed nią dziewczynę. – Znaczy się, mogłabyś mi pomóc, proszę?

– Usiądź. – odpowiedziała z dziwnym spokojem i stanowczością w głowie, wskazując na mebel.

Zdziwiona pewnością siebie tej drugiej osoby, jak w transie poszła w kierunku krzesła, odłożyła plecak na bok i usadowiła się na miejscu. Spróbowała położyć przedramię w taki sposób, żeby nie spowodować sobie jeszcze większego bólu, ale i tak w momencie dotknięcia podparcia przez mięśnie rozsadzający ból rozszedł się od rany, wyciskając łzy spod powiek.

Dziewczyna podeszła do fotela, trzymając nożyczki medyczne w prawej ręce i już

przymierzyła się do rozcięcia rękawa kurtki, gdy nagle została powstrzymana gwałtownie przez siedzącą osobę.

– Wiesz w ogóle, jak to się robi? – spytała poszkodowana z lekką paniką w głosie, patrząc na stalowe nożyce, które prawie dotknęły jej rękawa. – Mogę ci wytłum…

– Tak. – przerwała jej tamta, machnęła ręką i przystąpiła do rozcinania materiału.

Zwątpienie zasiało swoje ziarno w sercu Jasmin, ale nie pozostało jej nic jak zawierzyć swoje zdrowie absolutnie obcej osobie, którą dopiero co uratowała z opałów, a która jeszcze przed chwilą była sparaliżowana strachem i szokiem kukiełką.

Po chwili kawałek rękawa, między raną, a dłonią został rozcięty, co umożliwiło Jasmin ściągnięcie odzienia i ułatwienie zabiegu. Blondwłosa odłożyła po nożyczki i zaczęła krzątać się po gabinecie, zdecydowanie szukając czegoś. Przejrzała leżącą na kozetce apteczkę, szuflady, szafki, ale najwidoczniej nie mogła znaleźć tego, czego chciała. Wciąż jednak na jej twarzy gościł stoicki spokój. Spokój, który powodował jakiś dziwny stres u Jasmin. Czuła, że coś było nie tak, ale nie mogła wymyślić co.

"Czy ja ją znam? Nie, na pewno nie. Może ona mnie zna? Ale skąd, bez sensu." – myśli zaczęły latać po jej głowie z prędkością światła.

Szpital z racji bycia opuszczonym od kilku paru lat nie był już aktywnie ogrzewany, więc jesienne temperatury zaczynały dawać się we znaki, siedzącej już teraz tylko w krótkim rękawie badaczki. Pomimo tego i tak oblała się zimnym potem, który kroplami spływał po jej twarzy.

– Zaczekaj tu, zaraz wrócę. – rzuciła tylko jej towarzyszka i już prawie była na korytarzu szpitalnym.

– Czemu, czegoś brakuje?

– Nie mam czym zdezynfekować rany. – odpowiedziała i wyszła szybkim krokiem.

Jasmin wstała z fotela i udała się do połączonej z pomieszczeniem toalety. Mała łazienka, z lustrem, umywalką i ubikacją wydawała się być dobrym miejscem na przeczekanie kilku minut, aż tamta wróci z pożądanym przedmiotem. "Może trochę wody zostało w rurach?" pomyślała sobie, ale ku jej niezadowoleniu – nic nie wypłynęło.

***

Jasmin odeszła od ceramicznej umywalki, obróciła się i wróciła z powrotem do gabinetu. Jak tylko przekroczyła próg pomieszczenia to poczuła nagłe zagęszczenie atmosfery. Spojrzała się w prawą stronę i ujrzała lufę pistoletu, która groźnie zaglądała w głąb jej duszy.

Zatrzymała się w pół kroku i zaczęła powoli podnosić ręce ponad głowę.

– O co chodzi? – zapytała skonfundowana, nie mając pojęcia, co się dzieje. – Chcesz mnie okraść?

Chociaż i tak w głębi serca wiedziała, że to nie to. To było coś głębszego, czego do końca nie mogła skojarzyć. Dziewczyna trzymała broń poprawnie, oburącz, dobry chwyt. W tych rejonach dzieci zazwyczaj miały duży kontakt z bronią palną, więc nic dziwnego, że była z nią obyta. Zapewne ojciec nauczył ją, jak obsługiwać pistolet.

– Nawet nie myśl o sięganiu po ten nóż – powiedziała ostrzegawczo blondwłosa, jednak można było wyczuć delikatne drżenie w jej głosie. – T-Trzymaj te ręce wysoko.

– O co chodzi? – Jasmin zadała to samo pytanie po raz kolejny, spoglądając to na pistolet, to na jej twarz.

– Po co tu jesteś?

– Co?

– Będziesz udawać debilkę, czy powiesz mi wprost? – rzekła ze zdenerwowaniem w głosie, a po oczach badaczka widziała, że tamta powoli traci cierpliwość.

Po chwili obserwacji zauważyła, że oczy uzbrojonej zmieniały ciągle swoje położenie. Raz patrzyły na nią, a raz na bok, tak, jakby spoglądała na jej ramię. Atmosfera tężała z sekundy na sekundę, przytłaczając obie kobiety coraz bardziej. Słońce, wpadające przez okno za uzbrojoną oświetlało pomieszczenie, odbijając się od metalowej obudowy broni.

I wtedy ją olśniło. Symbol, który wypalony miała na ramieniu. Blizna w kształcie orła trzymającego węża w swoich szponach. Całkiem wyrafinowany kształt jak na to, że nakładanie go polegało na przyłożeniu rozpalonego pręta do skóry. Metoda dość brutalna, ale skuteczna.

"Ale jakim cudem ona go rozpoznaje?" – pomyślała Jasmin. Ludzie, żyjący poza Osadami raczej nie wiedzą, co on oznacza. – "Co się dzieje?".

– Chodzi ci o… – nie zdążyła dokończyć, gdy tamta weszła jej w słowo.

– N-Na pewno wiesz o co mi chodzi. – dokończyła zagadkowo, pozostawiając Jasmin w ciągłym zakłopotaniu. – Nie wracam t-tam. N-Nie ma takiej opcji.

"Ale jak to "nie wracam tam"? Czy ona… nie… czy ona uciekła z Osady?" – nagła myśl uderzyła ją, powodując to nieprzyjemne uczucie ścisku żołądka w momencie realizacji.

– Nie jestem z nimi.

– Pieprzysz.

– Mogę to jakoś udowodnić?

– Nie.

"Cudownie. Uratowałam jej życie, a teraz dostanę kulkę w twarz, pięknie." – frustracja wymieszana z żalem zaczęła zalewać Jasmin od środka, przyciskając ją w kąt jej własnego mózgu.

– A może jednak? Myślisz, że jakbym była z nimi, to pozwoliłabym ci dotykać ostrych przedmiotów w mojej obecności? – spojrzała na skalpel i kiwnęła głową w jego stronę.

– P-Potrzebujesz pomocy, a ja a-akurat byłabym w stanie cię z-załatać.

Nie mijało się to z prawdą, chociaż miała wątpliwości co do jej zdolności medycznych. W końcu wyciągnięcie ciała obcego, zdezynfekowanie rany i zaszycie jej nie należało do najprostszych. Do tego, byłaby to totalnie obca osoba, roztrzęsiona po tym, co się działo, ale Jasmin była gotowa zaryzykować. Jeśli mowa jest o ufności, to Jasmin miała jej aż za dużo.

– A skąd ta pewność? – zapytała czując, że jest na dobrej drodze do dowiedzenia się czegoś więcej o stojącej jej naprzeciw, przecząc sobie trochę, bo sama była gotowa powierzyć jej swoje życie.

– Naprawdę będziemy grać w jakieś p-podchody? – z każdym słowem uchodziło z niej coraz więcej cierpliwości.

Jasmin musiała wymyślić jakiś argument, który jednoznacznie wskaże na to, że nie jest zdradliwym wężem, używającym podstępu, żeby upolować swoją ofiarę.

– Zgaduję, że jesteś jednym z Niższych, prawda? – badaczka zaczęła mówić, co jej ślina na język przynosiła. – Myślisz, że jeśli bym była wysłannikiem, to uratowałabym ci życie? Bez sensu, zostawiłabym cię na pastwę Wodnika.

Młoda kobieta, trzymająca pistolet patrzyła teraz z zakłopotaniem na twarz Jasmin, która w tym momencie ułożyła się w grymas czegoś w kształcie zniesmaczenia. Tamta piorunowała ją wzrokiem, próbując wpłynąć na nią w jakiś sposób.

– J-Jestem wam przydat… – jąkająco odpowiedziała, jednak jej wypowiedź została natychmiast przerwana.

– Gówno prawda!… Znaczy się… – Jasmin przeraziła się na moment swoim wybuchem. – Nie mam pojęcia, kim jesteś, naprawdę. No cholera jasna! Wiem, jak oni działają, przyznaję się, byłam z nimi powiązana przez jakiś czas, nie zaprzeczę bliźnie. Gdybym była ich wysłannikiem, to już byś nie żyła. Oni nie wybaczają tym, którzy się im sprzeciwiają, pewnie sama o tym wiesz najlepiej.

Monolog badaczki zaczął docierać do dziewczęcia, sądząc po jej rozluźniających się mięśniach. Zaczęła delikatnie obniżać pistolet, wciąż jednak celując w stronę zdesperowanej brunetki. Nagle skurcz w miejscu, gdzie szkło przebiło się przez przedramię Jasmin – piekielny ból rozszedł się po jej mięśniach, a mroczki zaczęły latać jej przed oczami. Zatoczyła się, straciła równowagę i upadła do tyłu, uderzając głową o ścianę. Ciemność ogarnęła jej umysł, a przytomność uleciała z niej, wraz z ostatnim świadomym oddechem.

***

Obudziła się okryta pierzaną kołdrą, z miękką poduszką pod potylicą. Poczuła, że na głowie i przedramieniu ma zawinięte bandaże. Głowa pulsowała jej promieniującym bólem, który rozwiewał jakiekolwiek myśli, które próbowała zebrać. Cały czas była zdezorientowana i nie wiedziała, dlaczego ze szpitalnej podłogi "przeteleportowała się" do miejsca, które wyglądało jak zwykła, domowa sypialnia. Podniosła okulary ze stolika stojącego obok i nałożyła je jednym ruchem na nos.

Szaro-błękitne ściany oświetlone były przez resztki światła, rzucanego przez chowające się za horyzontem złote słońce. Firany powiewały delikatnie na wietrze, który wpraszał się do pomieszczenia przez uchylone okno. Nie wiało już tak intensywnie, jak podczas eksplorowania przez nią miasteczka.

Rozglądała się leniwie po pokoju, szukając wskazówek, które mogłyby jakoś pomóc jej zrozumieć, co się z nią stało. Przy suficie widoczne były zacieki, a brud odkładał się w kącie, nadając ścianom zaniedbany wygląd. Kilka lat bez rezydentów zdecydowanie zrobiło swoje.

Staroświecka komoda stała obok łóżka, strasząc trochę swoim wyglądem, tak, jakby ktoś wyciągnął ją z domu Draculi i przytaszczył tutaj. Po przeciwnej stronie pokoju stała szafa, bardziej pasująca do współczesnego wystroju domu, ale ten element tylko udziwniał klimat pomieszczenia, tworząc znaczy kontrast.

Poza byciem trochę zapuszczoną, sypialnia wydawała się być stosunkowo uporządkowana. Na podłodze nie leżały żadne śmieci, czy ubrania, które mogłyby być pozostawione w ferworze ucieczki. Na ścianie wisiał obraz, przedstawiający górski krajobraz oraz rzekę, płynącą między strzelistymi świerkami. Chmury delikatnie przysłaniały błękitne niebo, na którym widniało okrągłe słońce.

W pomieszczeniu było wyjątkowo gorąco, jak na tę porę roku i dnia.

– "Pewnie dlatego okno jest otwarte." – pomyślała sobie, nie mogąc wymyślić, kto mógł je uchylić. – "Ogrzewanie działa? Nie, bez sensu, skoro światła są wyłączone, to innego zasilania pewnie też nie ma… chyba, że?".

Leżała tak jeszcze chwilę, podziwiając przedziwną sypialnię. Próbowała zebrać zagmatwane myśli, które skakały jej z neuronu na neuron, stale wymykając się spod jej rozumienia. To już enty raz w ostatnim czasie, kiedy zdziwienie kołatało w jej mózgownicy, powodując znaczne zakłopotanie.

Skrzypienie starych zawiasów rozległo się przeciągliwym piskiem po pokoju, a drzwi prowadzące do sypialni rozwarły się. Jasmin spojrzała w ich stronę i ujrzała drobną sylwetkę blondynki, która stała z filiżanką w ręce. Ciecz, która się w nich znajdowała uwalniała delikatną strużkę pary wodnej, która nad lewitowała leniwie nad naczyniem.

– Oh, w końcu się obudziłaś. – powiedziała kobieta łagodnym głosem, wypełnionym nutką zaskoczenia, ale dało się także usłyszeć ulgę.

– Ile spałam?

– Jakiś dzień z kawałkiem. – odpowiedziała, ziewając zaraz po tym.

Jasmin zamurowało lekko, bo nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że to wciąż był ten sam dzień, w którym odleciała w objęcia Morfeusza, po uderzeniu potylicą o ścianę.

– Proszę, miałam to wypić sama, ale skoro już się obudziłaś… – dziewczyna podeszła do szafki nocnej, stojącej obok łóżka, na którym leżała pokiereszowana badaczka i położyła na nim ceramiczne naczynie, z czymś, co wydawało się być herbatą.

Przystawiła sobie krzesło, które stało w rogu pokoju i usiadła na nim.

– Dziękuję… To może skoro już nie próbujesz mnie zabić… – powiedziała Jasmin, wywołując zakłopotany uśmiech u swojej wybawczyni. – Jak masz na imię?

– Skoro już wiem, że nie próbujesz mnie zabić… – odpowiedziała dziewczyna, rozśmieszając delikatnie badaczkę. – Anna. A ty?

– Jasmin.

Anna machnęła ręką w geście przywitania, krzywiąc lekko usta w grymasie wstydu.

– Sama mnie połatałaś? – spytała, zaskoczona tym, że duży kawał materiału, zbudowanego z tlenku krzemu nie znajdował się już w jej przedramieniu.

– Przed tym wszystkim studiowałam medycynę. – zaczęła opowiadać nagle Anna, odpowiadając pośrednio na jej pytanie. – Byłam na trzecim roku, kiedy pandemia osiągała swój szczyt zakażeń. Mimo, że byliśmy dopiero w trakcie 6 semestru, to i tak brali nas do pomocy chorym i tym, którzy ucierpieli w zamieszkach. – opowiadała tak, patrząc się zamglonym wzrokiem w ścianę. – Można powiedzieć, że miałam przyspieszony kurs pomagania ludziom, którzy znajdowali się na skraju życia i śmierci.

– Dlatego powiedziałaś mi wtedy, że jesteś dla nich ważna?

– Przydzielili mnie do Niższych, bo "nie byłam godna bycia traktowanym lepiej", cokolwiek to znaczy. – zmrużyła oczy i odetchnęła głęboko, próbując opanować emocje. – Jednak z racji tego, że ogarniałam te główne aspekty "lekarzowania", to nie miałam tak przesrane, jak inni Niżsi. W sensie, moja rodzina i ja nie byliśmy dosłownie zezwierzęceni jak reszta.

Łza popłynęła po jej policzku i spadła na pierzynę, którą przykryta była Jasmin.

– Gdy mama i tata okazali się należeć do spiskowców, to zostali zarażeni. Pewnie wiesz, w jaki sposób, nie była to ta podstawowa forma choroby. – głos jej złamał się i schowała twarz w dłoniach. Delikatne szlochanie docierało do uszu Jasmin, która w tym momencie poczuła potężny ucisk żalu w klatce piersiowej.

– Jeśli nie chcesz opowiadać… nie musisz…

Położyła jej niezabandażowaną rękę na ramieniu i pogłaskała ją subtelnie po nim. Anna złapała ją za ramię, odwzajemniając uścisk i pochyliła się do tyłu, opierając się całymi plecami na oparciu. Odetchnęła i wróciła do monologu.

– Zostawili mnie przy takiej randze, jaką miałam, a mojego brata strącili do tych… rynsztoków. Nie wiem nawet co to było, nie chcę wiedzieć. Pewnego dnia wybuchły zamieszki i tego dnia postanowiłam wykorzystać sytuację. Udało mi się go znaleźć w zapłakanym stanie; udało nam się jakimś cudem wydostać z Osady.

– To gdzieś w okolicy jest Osada?! – zapytała Jasmin, wyraźnie zaskoczona faktem, że przez cały czas kręciła się niedaleko jednej z nich. Oblała się zimnym potem a oczy jej wyskoczyły z orbit.

– Nie aż tak niedaleko, znaczy się, ze sto kilometrów na zachód jakoś będzie.

Tamta odetchnęła z ulgą, wtulając się głębiej w łóżkowy materac.

– Ale czekaj, przeszliście sami aż sto kilometrów?

Przejście pieszo takiej odległości robiło nie lada wrażenie, a tym bardziej, gdy trzeba pokonać góry.

– Po części tak, ale natknęliśmy się po jakimś czasie na stadninę koni. Zostawili ich w spokoju, pod warunkiem, że tamci będą regularnie dostarczać im zwierzynę. Udało nam się jakoś tam zakraść i "pożyczyliśmy" sobie jednego z ogierów.

"To wyjaśnia tego kasztanka w garażu." – pomyślała Jasmin, zadowolona, że rozwikłała zagadkę.

– A pistolet? Skąd go wzięłaś?

– Ah, jak szłyśmy do szpitala, to zauważyłam, że leżał pod jedną z barykad na parkingu. Ktoś go musiał tam zostawić, na szczęście był załadowany. – uśmiechnęła się delikatnie Anna i westchnęła.

Teraz, gdy siedziała przed nią bez wierzchniego okrycia, a tylko w krótkim rękawie, to Jasmin zauważyła bliznę w kształcie wężą na jej ramieniu. Symbol powiązany bezpośrednio z jej własnym własnym stygmatem. Przypomniała sobie w tym momencie czasy, gdy sama była mieszkańcem jednej z Osad, ale w kompletnie innym miejscu.

– Ty też uciekłaś z Osady? – zapytała po krótkiej chwili Anna. – Jesteśmy takie same, prawda? Uciekamy przed własną przeszłością, popychane chęcią porzucenia tego świata ze sobą.

Serce Jasmin zaczęło bić mocniej, czując, jak została w pewnym sensie obnażona emocjonalnie. Nie lubiła, gdy ktoś potrafił ją rozgryźć. Wciąż, jej tożsamość raczej pozostawała ukryta, ale im więcej ktoś o niej wiedział, tym niepewniej się czuła.

– Tak, w sumie tak.

Anna wstała z krzesła, podniosła je i odstawiła z powrotem na swoje miejsce. Odwróciła się w kierunku łóżka Jasmin i tylko rzekła.

– Napij się i odpocznij, przyniosę ci jakieś jedzenie.

Złapała za klamkę drzwi i wyszła z pokoju. Zostawiła badaczkę samą i w stanie pewnego otumanienia. Brunetka wypiła kilka łyków trunku, po czym ułożyła się wygodniej na poduszce. Przymknęła oczy pomimo tego, że głód powodował, że kiszki jej grały marsza. Jednakże zmęczenie było silniejsze.

***

Gdy obudziła się, to na zewnątrz był już poranek. Słońce wspięło się już całkiem wysoko ponad horyzont, oświetlając okolicę swoim blaskiem. Śpiew ptaków wpadał się do sypialni przez uchylone okno, umilając jej czas. Było jej niemiłosiernie wygodnie, ale poczuła, że musiała coś ze sobą zrobić. Odkryła się i tym razem spokojnie podniosła się z łóżka, nie wywołując u siebie zawrotów głowy. Ściągnęła bandaż z włosów po czym dotknęła miejsca, w które się uderzyła, ale o dziwo nie wyczuła żadnej rany, ani zgrubienia.

To samo zrobiła z opatrunkiem na przedramieniu i jej oczom ukazała się bardzo niewyraźna blizna po obu stronach kończyny. Po szwach – ani śladu.

– Tak szybko by się zagoiło? Poza tym, gdzie są szwy… ale dziwnie. – powiedziała do siebie.

Wstała z łóżka i zdała sobie sprawę, że nie miała na sobie spodni. Zmierzyła do szafy, otworzyła ją i ujrzała jej strój z tamtego dnia, wyprany i wiszący na wieszaku. Ubrała się, chociaż nie przyszło jej to z dużą łatwością, bo jej zastane mięśnie nie ułatwiały sprawy.

Rozciągnęła się i spojrzała na leżący pod ścianą plecak. To był jej plecak, a obok niego leżał kościany nóż, ulubiony oręż Jasmin.

– Miło z jej strony.

Założyła go na plecy i już miała wychodzić z pokoju, jak zobaczyła leżące na komodzie konserwy, widelec i kartkę. W tym samym momencie żołądek dał o sobie znać po raz kolejny i Jasmin rzuciła się na zapuszkowane jedzenie, pochłaniając je w mgnieniu oka. Po napełnieniu układu pokarmowego tak wyczekiwanym pożywieniem podniosła złożoną w pół kartkę i otwarła ją.

"Chcąc dołączyć do gwiazd, kieruję się Betelgezą"

I nic więcej. Tylko tyle było napisane na świstku papieru. Jasmin złożyła kartkę i schowała ją do kieszeni. Kolejne zagadki. Z każdą odpowiedzią pojawiają się dwa kolejne pytania. Tak, jakby trafiła do jakiegoś niekończącego się cyklu, który próbuje ją wykończyć psychicznie.

– Chcesz dołączyć do gwiazd, cokolwiek to znaczy… A Betelgeza? To była taka gwiazda, co nie? – zapytała samą siebie, próbując przypomnieć sobie w głowie mapę nocnego nieba. – Ciekawe… ciekawe…

Pogłaskała się po podbródku w zastanowieniu, ale nic sensownego nie przychodziło jej na myśl. Postanowiła zostawić tę zagwozdkę na inny czas i póki co odłożyła ten temat na bok.

Wyszła z domu na podwórze, gdzie na podjeździe stało auto, którym przyjechała. Tym samochodem właśnie Anna przywiozła Jasmin w to miejsce, dzięki czemu mogły odjechać od miasteczka na trochę dalszą odległość, bowiem małą działeczkę otaczał las, a krótka dróżka wyłożona brukiem prowadziła z powrotem na drogę, prawdopodobnie łączącą główną ulicę z jakimś osiedlem, na którym się znajdowała.

Wróciła się jeszcze do budynku, żeby poszukać jakichś przydatnych przedmiotów. Znalazła trochę jedzenia i picia, które z pewnością mogłyby jej pomóc przetrwa w kolejnych dniach, a założyła, że Anna raczej już tam nie wróci. Zostawiła jednak trochę konserw, tak na wszelki wypadek. Wróciła na zewnątrz i skierowała się do jej ukochanego SUVa.

 

***

 

Dojechała pod samą fasadę szpitala, zatrzymując się przy barykadach oznaczonych orłem i tarczą. Wiedziała, że wracając na teren tej miejscowości ryzykowała spotkania z kolejnym mutantem, ale musiała skończyć to, po co tu przyjechała. Weszła zdecydowanym krokiem przez główne drzwi i skierowała się bezpośrednio w stronę gabinetu, gdzie wcześniej została skonfrontowana przez Annę. Podeszła żwawym krokiem do biurka, gdzie leżały pozostawione dokumenty. Zaczęła szybko je przeglądać, przerzucając na boki, wyciągając inne z szuflad i wyrzucając resztę na podłogę. Pod którąś ze stert znalazła klucz, podpisany "Archiwum".

– Bingo! – wyszeptała podekscytowana i wybiegła z gabinetu, żeby znaleźć zamek dla tego klucza.

Po kilku minutach błądzenia po białych korytarzach udało jej się odnaleźć drzwi, okraszone czarnym napisem, odpowiadającym temu z wisiorka przy kluczu. Otworzyła je i wparowała do środka, napędzana jakąś dziwną energią.

Przeszukała kilkanaście szuflad, by w końcu w jej rękach znalazł się TEN folder. Właśnie on, zapomniany przez nich, nie został zabrany w czasie ewakuacji. Informacje, które otrzymała odnośnie tego pliku okazały się być prawdziwe.

Na stronie tytułowej widniało znane jej aż za dobrze logo, a pod nim napis.

 

VERTEC

 

Tyle emocji w niej zawrzało, tyle wspomnień, które wymieszały się z satysfakcją wykonanego zadania. Spakowała go do plecaka i zmierzyła ku wyjściu, szybkim krokiem wynosząc się z placówki.

Odetchnęła głęboko, napełniając płuca świeżym powietrzem i spojrzała w niebo.

– Zanosi się na burzę. – rzekła i kontynuowała swoją podróż.

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Z technicznych:

Już jakiś miesiąc minął od czasu, kiedy ostatni raz odwiedziła jakąś ludzką osadę. – powtórzenie

Jasmin obrzuciła półtonowe stworzenie wzrokiem po czym zaczęła powoli się do niego zbliżać. Po kilku miękkich krokach zbliżyła się do niego na taką odległość, że mogłaby go z łatwością dosiąść. Położyła swoją rękę na jego szyi i zaczęła delikatnie głaskać gładką sierść kasztanka. – też

Znalazła się teraz na ulicy, która, jak podejrzewała, była miejscem, z którego doszedł do niej hałas – też

i spojrzała te, należące do obcej jej brunetki – brak części zdania

Słońce zaczęło wyglądać na padół ziemski. Gdy jej zmysły zaczęły powracać do – powtórzenie

 

Na razie tyle przeczytałam, jestem przy monstrum i jego ślinie. :)

 

Opis bardzo realistyczny, przedstawiasz kolejne przygody badaczki dość szczegółowo, zatem czytelnik może wyobrażać sobie scenę po scenie, zaciekawiony ciągiem dalszym. 

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dziękuję!

Zaraz pierwsza część poprawek technicznych znajdzie się w tekście.

 

Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Witaj ponownie. :)

Z technicznych:

Zbliżyło się do jej twarzy i ryknęło, opluwając ją lepką śliną Jasmin. – tu chyba brak części zdania albo za dużo wyrazów

Robiła wszystko tylko, żeby odwrócić uwagę od leżącej w kuchni dziewczyny. – tu podobnie

Poruszają się poprzez wyskoki, podobnie do żaby, skąd bierze swój przydomek między innymi. – podobnie tu

jest bardzo nabrzmiały; wypełniony jest cieczą, która jest rozcieńczonym znacznie kwasem chlorowodorowym. Połączony jest przewodami – powtórzenie

 

Na razie tyle technicznych. :)

Trzeba pod tym kątem sprawdzić sobie do końca całe opowiadanie, bo najłatwiej samemu to prześledzić i od razu poprawić. :)

 

 

Opisy walki, ran, cierpienia, zabijania, śmierci, wyglądu postaci – tak realne i dokładne, że można na ich podstawie nakręcić całkiem interesujący horror. :)

 

Pozdrawiam. :)

 

 

Pecunia non olet

Dziękuję jeszcze raz za wskazówki! :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Cała przyjemność po mojej stronie.

Dziękuję i wzajemnie – miłego wieczoru, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka