- Opowiadanie: NicramPotrzebnylogin - Jestem Harmaa

Jestem Harmaa

Na pomysł wpadłem podczas pobytu w górach. Kiedyś rozwinę projekt ale póki co wrzucam to. Proszę o wyrozumiałość i obiektywną krytykę

Oceny

Jestem Harmaa

Słońce wyglądające pomiędzy rozległymi obłokami śnieżnobiałych chmur praży niemiłosiernie. Kolejna fala gorąca zalewa mnie w momencie sprawdzania ekwipunku. Ubranie przylepia się do skóry. Przecieram twarz rękawem i zakładam hełm.

Krzywy nosal hełmu delikatnie zasłania mi pole widzenia nachodząc na prawe oko. – Akceptowalna wada patrząc na rabat jaki dostałem. – Podnoszę wzrok na słońce po czym przenoszę go na wejście do tunelu.

 

XXXXXXX

 

Na rubieżach jednego z sześciu największych miast – państw na tym kontynencie znajduje się wejście do podziemnego przeklętego świata.

Prastare, miejscami zatarte runy pokrywają gigantyczne drzwi. Zaklęcia mają powstrzymać wypływ skażonej manny przesączającej się przez wyrwy znajdujące się w podziemnych labiryntach.

Potężne drzwi i zaklęcia napawają ludzi zgubnym poczuciem bezpieczeństwa. Miejscowi jak i przejezdni często organizują w bliskiej okolicy wrót spotkania oraz pikniki gdyby nigdy nic. Gdyby po drugiej stronie nie czyhało zło i potworności jakie nie zdzierży żaden śmiertelnik. Nie sprostają im i sami Przedwieczni.

Dlatego dawno temu w erze potopu pożogi wepchnęli w głąb ziemi zło, które wytworzyło się podczas wojen stwórców i burzycieli. Z czasem jednak zaplombowane podziemia otworzyły się. S twórcy już dawno oddali ten świat we władanie ich dzieci. Teraz ich twory. Rasy śmiertelne musza trzymać w ryzach potomstwo podziemi.

Ignoranci nie widzą potworności jakie czyhają po drugiej stronie. Nie widzą rozbitych oddziałów, które cudem uchodzą z życiem, zostawiając często zabitych i rannych na łaskę podziemi. Nie opatrywali ciężko rannych. Nie zbierali z ziemi odgryzione kończyny. Nie próbowali tamować wypływu jelit z rozerwanych brzuchów. Nikt nie odwiedza tych, którzy oszaleli albo zostali tak opanowani przez traumy, że są zagrożeniem dla siebie i innych. Nie wspomnę nawet o rodzinach pozbawionych jedynych żywicieli albo o wdowach i sierotach. Tego nie widzą. Szkoda…

Inni za to składają kwiaty dla poległych. Kierują swe modlitwy dla opiekunów aby strzegły żywych i odprowadzały dusze zabitych daleko poza jaźń i przestrzeń. Jak najdalej od tego świata. Jak najdalej od bólu i cierpienia.

Tylko nieliczni tak naprawdę wiedzą co znajduje się w labiryntach. Potwory. Demony. Opętane zjawy i wiele innych niezbadanych i cholernie niebezpiecznych istot rządzi niepodzielnie królestwem otoczonym mrokiem i tajemnicą. Zażarcie bronią swych terytoriów łowieckich, gniazd albo po prostu czyhają na ludzi schodzących z góry.

Dodatkowym niebezpieczeństwem związanymi z podziemi jest fakt, że ten labirynt nie stoi w miejscu. Rozwija się, niektórzy twierdzą, że on żyje.

Głębsze kondygnacje zmieniają swoje położenie. Rozbudowywaną się jak i zawalają poszczególne piętra i jaskinie. Kompleks łączy się z bliźniaczymi światami i wyrwami. Dlatego mapowanie podziemi jest potwornie trudne i żmudne. Jedynie górne poziomy pozostają niezmienione.

Tunele i jaskinie nie tylko sięgają coraz głębiej. Na powierzchnie różnymi ścieżkami i sieciami wydostają się całe masy potworów i skażonej manny. Przejścia w wielu przypadkach nie są zapieczętowane ani nawet oznaczone na mapach tak jak największe jaskinie i portali. Wciąż dowiadujemy się o nowych tunelach.

Wiele z nich otwiera się tylko raz na eon, inne pozostają cały czas otwarte. Tutaj sytuacja wygląda podobnie jak z podziemnymi kompleksami. Mało kto odkrył i spisał wszystkie. Wielu próbowało. Część z nich poddawało się i wracali z pustymi rękami. Ci, którzy mieli szczęścia wracali i zbijali majątek na umowach podpisywanych z władcami czy pomniejszymi możnowładcami. Każdy jednak doskonale zdaje sobie sprawę jak niebezpieczne są nawet najmniejsze sztolnie.

Wiele gildii specjalizuje się w w tego typu zleceniach i wysyła armie kartografów i zwiadowców aby zabezpieczyć przejścia.

Podziemia, niedostępne krainy czy ruiny naznaczone są kolejnymi miejscami pogromów ludzi. Pogruchotane zbroje, pogryzione kości i resztki nie strawionych szczątek rosną w stosy i kurhany. Powiększając się z każdym kolejnym rokiem i sezonem. Stały się nieodłącznym krajobrazem i rzeczywistością.

 

 XXX

 

Lichwiarze twierdzą, że złoto skąpane we krwi zwiększa swą wartość po stokroć. Niestety mają racje.

Im więcej zginie ludzi podczas walk. Im więcej bestie wyżre inwentarzu w szlacheckich folwarkach tym gildia uzyska większe zyski od możnowładców lub wyrwie ostatnie miedziaki z gardła prywatnego zleceniodawcy. Nie rzadkim widokiem jest poruszenie w wiosce gdy sołtys zbiera pieniądze dla najemników. Mają wybór. Albo zbiorą odpowiednia sumę i gildia wyśle swoich ludzi aby ubić bestie czy zażegnać inne niebezpieczeństwo albo porzucą swoją ojcowiznę i wyjadą szukać szczęście gdzieś indziej. Z reguły jednak ludzie przywiązani są do swojej ziemi. Zwykle zostają i giną jeżeli bestie po raz kolejny wyruszą na żer. Miejsce zabitych zajmie ktoś inny ale ci nauczeni porażką poprzedników zabezpieczą się i jednak wysupłają pieniądze.

Ci, którzy kładą swe życie na szali wykonując zlecenia wymagają dużych sum pieniędzy czy zysków z odnalezionych skarbów. Co tu dużo mówić, jesteśmy materialistami. Jednak to nie bierze się tylko z chciwości.

Jasne pragniemy pieniędzy i godnego życia. Życia na poziomie. Nie martwiąc się co jutro wsadzimy do gara albo czy zima nie zastanie nas bez solidnego dachu nad głową. Nasz majątek to atut podczas wykonywanie zleceń.

Porządne jedzenie, które dostarczy nam energii kosztuje. Ubranie chroni nas przed zimnem, wilgocią. Chroni przed co lżejszymi urazami mechanicznymi. Pakiety mikstur i lekarstw. Magiczne zaklęcia i doładowania energii podczas intensywnego korzystania z przepływu manny jest konieczne, szczególnie dla wrażliwych na moc. Magów jak i kapłanów.

Za co kupimy nowe wyposażenie i naprawimy stare? Sprzęt kupowany u kwalifikowanym płatnerzy czy zbrojmistrzów z reguły pochłania wszelkie oszczędności. Z innej strony na tym nikt nie może oszczędzać.

Czym zapłacimy za wynajem kwatery. Mało kto może pozwolić sobie na kupno domu czy ziemi. Można tak wymieniać długo.

W końcu musimy opłacać podatki dla władz miast. Gildia pochłania także część dochodów, w tym i ubezpieczenie. Lazarety należące gildii stawiają na nogi rzesze poszukiwaczy jak i zwykłych obywateli.

Musimy walczyć o przetrwanie podczas walki ale też o zżycie pomiędzy kolejnymi zleceniami. To nie bajki bardów. Tu nie ma rycerzy o złotych sercach i szlachcianek, które zdejmą z palca pierścionek aby oddać potrzebującym.

Nawet żółtodzioby, którzy pragną czegoś więcej. Chcą podbić świat. Stać się legendą. Pragną zostać zbawcą świata. Przeżyć przygodę życia. Rozkochać w sobie piękną córkę barona. A najchętniej wszystko na raz. Oni też muszą dokładnie planować wydatki i każdy kolejny krok musi być przemyślany. Szczególnie oni musza uważać.

Człowiek, który nie ma wyrobionej legendy w tym półświatku albo zostanie niewolnikiem albo zginie bo któryś z jego filarów przetrwania zawalił się zbyt wcześnie i nie był na to odpowiednio przygotowany.

 

XXX

 

Na to wszystko. Na radość, sukcesy jak i nie dole zwykłych śmiertelników patrzą Oni. Bogowie. Ciała nieśmiertelne. Pieprzeni władcy i twórcy. Spozierają na nas ze swych gwiazd stanowiących dom dla niezliczonej masy nieśmiertelnych bóstw.

Dla zabawy z dobroci ich niewyczerpanej miłości pozwolą na kilka tłustych lat. A gdy zwykłe robactwo rozgniewa ich żałosnymi w ich mniemaniu darami sprowadzą klęskę, katastrofy naturalne albo rozerwą ziemie pozwalając ucztować potworom hibernującym głęboko w trzewiach podziemi. Radujmy się. Opium dla mas.

W tym wszystkim tkwię ja. Zwykle, niezwykły na pierwszy rzut oka człowiek.

Zostałem naznaczony i wskrzeszony wiele lat temu. Odrodziłem się w ciele kilkuletniego dziecka, który umierał na nieuleczalna chorobę. Tak po prostu. Wychowywałem się i dorastałem w rodzinie podupadłej zaściankowej szlachty.

Przejąłem imię ich jedynego syna. Swoje zatraciłem dawno temu. Nazywam się Harmaa. Harmaa, tak po prostu.

Ci ludzie nie mieli nic prócz honoru i kilku morgów ziemi. Mi odebrano wszystko.

Nie pamiętam mojego poprzedniego życia. Nie pamiętam nic prócz bólu, który wyrwał mnie z jednego ciała i wrzucił w inne. Wymiętolony arkusz papieru, który był naznaczony skazą.

Moja pamięć została wymazana. Nie wiem ile miałem lat, kiedy TO się stało. Nie pamiętam mojej rodziny, najbliższych. Nie wiem czy nawet taką miałem.

Średnio raz na kilka dni koszmar wyrywa mnie ze snu w środku nocy. Zrywam się zlany potem i duszę w sobie krzyk. Wtedy na kilkanaście uderzeń serca strzępki wspomnień z tamtego wydarzenia, układają się w chybotliwą strukturą mojej osobistej, prywatnej katowni.

Krzyki, szarpanina, psychopatyczny śmiech obłęd w przekrwionych oczach. Koszmarny ból rozrywa moja jaźń za każdym razem gdy jestem katowany. Długi bojowy nóż siedem razy wbija się w mój brzuch.

Tak za każdym razem liczę te pieprzone dźgnięcia. Siedem pieprzonych razy ktoś wbija długie ząbkowane ostrze i za każdym razem przekręca je przed zadaniem kolejnego ciosu.

Padam na ziemie. Leże na karmazynowym dywanie stworzonym z własnej krwi. Nienawidzę tego świata, nienawidzę Bogów, którzy zesłali mnie tu.

Nienawidzę ich za to, że naznaczyli mnie tym. Zostawili pustą skorupę do której wlewa się odrażająca, śmierdząca ciecz sącząca się z kolejnych dni. Miesięcy. Lat.

Chichot losu albo inny ponury żart świata płynących w żyłach boskiego planu. Jakiego? Nie wiem. Nie chce wiedzieć.

Przyszywany ojciec od początku wiedział co musze wiedzieć i potrafić aby przerwać.

Szkolił mnie. Pokazał jak wyglądał jego świat i pokazał mi moje perspektywy. Gdy osiągnąłem odpowiedni wiek pożegnałem moja ostoję i ruszyłem na szlak.

– Harmaaaa chodź. Ile każesz na siebie czekać. – Pod ścianą opuszczonej, podupadłej kaplicy siedzi młoda kobieta. Jest piękna. Jej brązowe oczy są jak studnia w której chce tonąć. Jej głos jest słodki i cudowny. Dotyk ciepły. Zapach jej włosów działa jak afrodyzjak. Godzinami mógłbym głaskać jej ogon i pieścić ciało. – No chodź.

– Już idę.

Tak. Tylko ona jest czymś co kocham w tym świecie. Jest jedynym błyskiem światła, za którym podążam. Agra. Jedyna pokrewna dusza. Towarzysz broni. Miłość życia, tylko jej ufam i wierze. Jest dla mnie jak spoiwo łączące kamienie na którym zbudowano dom. Jest jak dla mnie jak najznakomitszy miecz i najwytrzymalsza tarcza. Jest wszystkim i wszystkimi.

Większość jej pobratymców zginęła z rąk najemnych band i łowców niewolników właśnie z powodu odmienności. Widziano w nich rywali, wroga. Podbito ich ziemie i wymordowano praktycznie wszystkie klany i wielkie rody. Przypadkiem spotkaliśmy się na szlaku. Pomogłem zgubić jej prześladowców po tym jak zabiła watażkę na południowych granicach. Dokonała zemsty.

Nie wiem ile prawdy było jej słowach ale nie interesowało mnie to. Słyszałem pogłoski o tym możnowładcy. Wtedy miałem tylko nadzieje, że umierał długo i boleśnie.

Kobieta po dokonaniu zemsty przyrzekła, że spłaci swój dług. W imieniu swoim jak i swojego ludu.

Kiedyś słysząc słowa w stylu " mam dług, klnę się na swój honor " i tym podobne cytaty wyjęte z ksiąg bardów mam nieodparte wrażenie, że zaraz ktoś skończy nabity na kopię albo nadziak zrobi dodatkową dziurę w gardzieli.

Agra jednak dobitnie pokazała jak ważne jest dla niej przysięga. Przez kolejne miesiące wielokrotnie wyciągała mój nędzny tyłek z wielu rajdów i potyczek. Co ja mówię!? Dalej to robi. Z czasem połączyła nas szczególna więź. Nie wyobrażam sobie życia bez niej

Składamy ofiarę pod bezimienną kaplicą i kierujemy się w stronę naszego towarzysza. Gdzieś w oddali nad dachami niewysokich budynków mieszkalnych unoszą się szanty popołudniowej inwokacji miejscowej kapituły.

Kobieta chwyta mnie pod rękę po czym kierujemy się w stronę bramy. Tam w cieniu czeka na nas nasz towarzysz.

Krasnoludy uwielbiają nadawać sobie wybitnie długie i skomplikowane imiona. Podobna rzecz dzieje się z ich miastami i twierdzami. Woj kazał na siebie wołać Kreh, tak i też pozostało.

Wielki, wysoki mężczyzna o aparycji graba okuty jest od stóp do głów pancerzem wykonanym w swoich rodzinnych stronach. W zagłębiu rozlewiska ognistej rzeki Kigtramini.

– Idziemy czy czekamy na twoją popołudniową drzemkę?

Stary najemnik oblizuje własnoręcznie zrobionego papierosa po czym wpycha pomiędzy pożółkłe zęby. Jego niebieskie oczy kontrastują z ogorzałą od słońca twarzy.

Odchodzę na bok i zaczynam składać mantry mające na celu przełamania pieczęci wrót. W głębi duszy zastanawiam się dlaczego to ja dziś mam dowodzić. Zwykle to robił ten stary zrzęda. Ufam jemu doświadczeniu i intuicji. Tylko głupiec ignorował by to co może nam przekazać. Nawet jeżeli okraszał by tą naukę wszelkimi złośliwościami i przytykami.

Dziś jednak gdy tylko spotkaliśmy się w umówionym miejscu nagle rzucił tak od niechcenia, że to ja dziś rządze. On będzie szedł z tyłu, obserwował i uderzał tam gdzie ja wskaże. – No dobrze. Skoro tak…

Z tyłu pod nawisem skalnym dobiega do moich uszu głośne narzekanie krasnoluda. Wytruje mu chichot lisicy.

– …. mówię ci smarkulo, że ohydnica to inny pod gatunek. To nie to samo co wywerny szarogłowe ani nawet te rzadkie skórzaste.

– Janos mówił co innego. Ma racje przeta. To stary no ten odkrywca i filozof. Wielki myśliciel .

Agra potrafi posługiwać się pięknym językiem. Jej wyuczony dawno temu akcent i wysławianie jest godne podziwu. Teraz jednak udaje chłopkę z jakiegoś wypizdowa na krańcu świata. Dodatkowo każdy praktycznie wie, że Krah ma na pieńku ze swoim pobratymcem Janosem, miejscowym specem od fauny i flory. Nie wiemy jednak o co dokładnie poszło i w którym momencie ich drogi najeżyły się potykaczki i rozbitymi tarczami.

Lisica ma dobry powód aby wykorzystać waśń dwóch awanturników. Najprostszy i najstarszy akt. Zemsta.

Krah kilka dni temu nakarmił jej ukochanego pupila starym nabiałem co doprowadziło do przejściowych problemów gastrycznych malca

Udomowiony slime żywi się praktycznie wszystkim. No prawie wszystkim. Źle trawią mleko i tym podobne produkty. Stworek przez nikogo nie niepokojony wypełzł z klatki i poczynał sobie całą noc. Wszędzie leżały źle strawione pożywienie. Część z tego zaschło na nowej tunice lisicy. Ubranie już nie nadawało się do wystawnych festynów. – Ta zniewaga krwi wymaga jak to mówią ślepi i bezzębni.

– Gówno nie odkrywca. Gdy on kończył akademie ja srałem w gniazdo goblinów. Zresztą z niego taki myśliciel jak z twojego chłopa rycerz.

– Zapraszam łaskawie. Teraz to ja mam na was czekać? – Teraz to ja staje się kolejnym trybikiem ich machiny wojennej. Nie doczekanie. Puszczam oblegę mimo uszu i otwieram wrota. Ciężkie skrzydła uchylają się wpuszczając nieco światła do długiej hali będącym przyczółkiem po tej stronie wrót. – Zapraszam

– No fakt tu się zgodzę. – Lisica mierzy mnie wzorkiem po czym uśmiecha się szyderczo. – Za brzydki i za uparty na rycerza. Chodźmy, szkoda czasu na takie byle coooo.

– W końcu. A nasz rycerzyna stawia nam żarcie.

– Stoi.

Niepisany sojusz został nawiązany na mojej krzywdzie. Zdążyłem się, przyzwyczaić. Kręcę z niedowierzaniem głowa i zamykam miniaturowy pochód.

Pobudzam świetliki. Kilkanaście żywych świateł wylatuje z uchylonej sakwy biodrze i krążąc nad naszym głowami oświetlają nam drogę.

Przechodząc przez wewnętrzną linie czuje niepokojący dreszcz, który jednak znika zagłuszona mechanizmem skomplikowanego systemu rygli i blokad.– Teraz jesteśmy zdani tylko na siebie.

– Ruszamy.

Jestem Harmaa. Będą nim gdy skończymy zlecenie. Jestem Harmaa. Po prostu. Jestem Harmaa.

 

XXX

 

Korzystając z chwili względnego spokoju aktualizuje mapę oddechem zaklęcia. Jeżeli coś spieprzę zginiemy.

Nasze kroki automatycznie zaznaczają się na mapie. – Warto było tyle za nią zapłacić. I warto było ją skopiować. – Każdy z członków drużyny został w wyposażony w taką mapę, kolejne zabezpieczenie. Nawet jeżeli podczas kontaktu czy późniejszej walki rozdzielimy się chce mieć pewność, że nikt nie zostanie sam w tym syfie.

Zagłębiamy się w mrok. Pokonujemy kolejne korytarze schodząc coraz głębiej. Poczucie czasu tutaj nie istnieje, już dawno się tego nauczyłem. Jedynie narastające zmęczenie i szybko rosnący słupek stresu uświadamia mi, że maszerujemy dość długo ale nie możemy zrobić przerwy. Dotychczasowy przyjemny chłód zmienia się w przeszywające zimno. Poruszam głową i rękami aby rozruszać spięte mięśnie. Na tyle ile pozwala mi na to kolczuga pod lekka zbroją. Marze o tym aby za jakiś czas zlecić wykonanie nowego, dużo lepszego pancerza jak i dodatkowego wyposażenia ale musze jeszcze odłożyć. Prawdziwy mistrz szanuje swój czas i umiejętności. Nie sprzeda swoje produkty byle komu i za byle co. Renoma jaką daje mi gildia ułatwia mi pewne rzeczy ale uściskiem ręki nie zapłacę za coś co ma uratować mi życie.

Zwalniam przepuszczając zwiadowcę przodem. Czas aby Agra praz kolejny się wykazała. Lisica zerka na mnie radośnie i znika w ciemnościach. Porusza się bezszelestnie. Dostojny i skuteczny łowca rusza na łowy.

Wchodźmy głębiej. Przez chwile tracę koncentracje i niemal wpadam na plecy zwiadowcy, który zastyga i syczy ostrzegawczo. Przyjmujemy pozycje obronne. Wiedząc, że czujny krasnolud zabezpiecza nam plecy skupiam się na lisicy.

– Mądry szperacz Agra melduje, że znalazłem paskudników. Strażnicy, trzy szczury. Wyczuwam ich jeszcze więcej. Odór całej bandy, nie wiem dokładnie ile może ich być. Gniazdo jest spore.

– Dziękuje. Zaczynamy na twój sygnał.

– Jasne, skarbie. – Zwiadowca szczerzy się i ponownie muska mój policzek swym długim puszystym ogonem. Pomimo, że prosiłem ją aby go ukryła pod tuniką czy kurtką ta zadziornie macha nim, widząc jak na mnie to działa. – Gdy wyjdziemy stąd, liczę na pochwały od Ciebie i nagrodę rzecz jasna.

– Yhym. – Mruczę pod nosem nie odrywając wzorku od człekokształtnych szczurów.

Humanoidalne gryzonie z reguły dorównują wielkością przeciętnemu dorosłemu. Te tutaj są nadzwyczaj dobrze odżywione. Całe szczęście ci tutaj uzbrojeni sa jedynie w kije i palki. – Ruszaj.

Musimy działać szybko i dopóki da się, musimy pozostać niezauważeni. Do otwartej walki dojdzie prędzej czy później ale chce mieć wypracowana przewagę, możliwe jak największa.

Zwiadowca wyjmuje długą drewniana dmuchawkę z skórzanej tuby umieszczonej na plecach. Ostrożnie ładuje igłę namaszczona bojowymi zaklęciami i powoli składa się do strzału. Końcówka dmuchawki przez chwilę porusza się w powietrzu. Do moich uszu dociera cichy szept, jest delikatny jak płatek róży. Wychwytuje go na granicy słyszalności.

Prośba do bogów o owocne łowy zakłóca cichy syk igły opuszczająca dmuchawkę. Pocisk w mgnieniu pokonuje odległość dzieląca nas od wroga. Strzałka rozrywa się pomiędzy celami zmieniając się w fioletowa chmurę, która znika w nozdrzach szczurów.

Toksyna potrzebuje kilkudziesięciu uderzeń serca aby rozejść się po organizmie całkowicie go obezwładniając. Porażeni strażnicy osuwają się na ziemie. Trucizna będzie toczyć ich organizmy przez kolejne kilku minut ale my nie damy im tyle czasu. Kilkoma skokami dopadamy do sparaliżowanych przeciwników. Klękam obok jednego z nich.

Pomimo paraliżu szczury reagują na bodźce. Z włochatej łapy przeszywanej drgawkami podnoszę pałkę. Przez krótki moment nasz wzrok spotyka się. W jego wielkich oczach widzę tylko strach i bezradność. Po krótkiej sierści pokrywające policzki zwierzęcia spływają grube jak groch łzy. Wyjmuje nóż i wbijam go w tętnice. Szybkie, mocne pchniecie. Nie jestem sadystą. Nie znęcam się nam moimi pokonanymi przeciwnikami. Szanuje ich. Tego nauczył mnie mój opiekun w tym świecie, przyszywany ojciec. Powtarzał to jak mantrę " odbieraj życie tak jakbyś sam chciał zginąć w walce ". Nauczył mnie jak przetrać i zachować człowieczeństwo w tym szalonym świecie. Zabijam dając szybka śmierć. Tyle

Pozostali giną w podobny sposób. Nie używany naszej głównej broni dopóki nie jesteśmy do tego zmuszeni. Krew i wnętrzności wypływające z ran przeciwnika w błyskawicznym tempie zostają na naszym uzbrojeniu.

Rękojeść traci przyczepność do dłoni gdy jest oblepiona zbyt gruba warstwa posoki. Ostrze pozbawionej magicznych cech broni tępieje gdy przebija pancerze, mierzy się z bronią przeciwnika albo kruszy twarde kości. Dlatego często korzystamy z broni zabitych przeciwników jeżeli tylko możemy. Praktycznie podczas każdej walki zmieniamy swój oręż. Miecze, włócznie, sztylety, buzdygany.

Walczymy wszystkim co możemy kupić, zdobyć, znaleźć. Dostosowujemy sprzęt pod zadanie. Wyposażenie jak i taktykę. Robimy wszystko aby zwyciężyć wroga i wrócić do domu.

– Kolejne paskudniki przed nami. – Lisica, które zostawiła nam dobijanie sparaliżowanych strażników ruszyła do przodu. Bez niej bylibyśmy głusi i ślepi.

Wychylam się lustrując kolejne przejście. W głębi tunelu przy rozgałęzieniu do kilku małych przejść siedzi pięcioro dużych osobników. Grzeją się przy pokruszonym krysztale cieplnym. Obok nich w sporym wyżłobieniu ściany leże cała masa śmieci i materiałów budowlanych porzuconych przez górników.

W powietrzu unosi się swąd mokrej sierści i ekskrementów. Jesteśmy już blisko. Teraz już nie możemy się wycofać. W jednym uderzeniu musimy zabić wszystkich. Nie możemy pozwolić aby rozproszyły się po tunelach i zaalarmowały swoich pobratymców.

Szczurokształtni nie grzeszą inteligencja ale nie są także kretynami. Nie można zlekceważyć także ich instynktu. Nie bez powodu założyli gniazdo tak blisko wyjścia, czuja się pewnie. Splądrowali wioskę i wybili kilka stad trzody. Dlatego zlecenie tak szybko został zaakceptowany przez gildie oraz dali większa niż zwykle nagrodę. Niedługo zbliżają się wybory nowych władz frontowych miast. Zarządcy tych ziem musza się teraz spisać aby kupić serca miejscowych.

– Powtórka z rozrywki i wchodzimy na ostro.

– Słyszę. Słyszę ich więcej. Co robimy?

W momencie gdy kolejny pocisk trafia do dmuchawki z bocznego tunelu wychodzi kolejna grupka przeciwników. Jest ich około dziecięciu. W słabym świetle nie widzę dokładnie ich sylwetek ale odgłosom gołych stóp szurających po mokrych kamieniach towarzyszy szmer dźwiganego przez nich sprzętu. W łapach taszczą całą game improwizowanej broni. Są lepiej uzbrojeni, znacznie lepiej. Maja też na sobie lekkie improwizowane pancerze zbudowane ze skór i wszelakiej maści śmieci. – Cholera. Nie doceniłem ich. To miało być małe zgrupowanie tych śmierdzieli. Maja teraz przewagę liczebną ale nie możemy ich przepuścić. – Grupa wypadowa zrównuje się z swymi towarzyszami, rozlokowanymi wokół kryształu.

– Decyzja należy do Ciebie. – Krasnolud wyrzuca pera i poprawia długie wąsiska mokre od potu i wilgoci.

– Tak jak mówiłem. Wchodzimy na ostro i robimy raban.

Krasnolud chrząknął potwierdzająco. Agra ponownie otwiera starcie. Tak jak poprzednio pocisk rozpryskuje się nad głowami tłumu. Kilku słabszych przeciwników upada na ziemie. Niestety większa część nie ugięła się pod działaniem mgły. Środek wyeliminował najsłabszych zawodników. Pozostali szybko orientują się w sytuacji. Pisk rozrywa pozorną cisze. W momencie gdy kilka pysków obraca się w nasza stronę wybiegamy z naszego ukrycia.

Ciężkozbrojny z rykiem rzuca się do przodu siekając i tłukąc wszystko co znajduje się w zasięgu jego miecza i tarczy.

Rzucam się na najbliższego przeciwnika. Szczur próbuje odskoczyć ale to daremne. Ostrze rozpruwa niechroniony niczym tors. Pada wydając z siebie żałosny pisk. Jego wściekle czerwone oczy gasną gdy ze stęknięciem przekręcam ostrze. Wszędzie wokół trwa walka. Agra wiruje pomiędzy przeciwnikiem, jej szabla tańczy pomiędzy zdezorientowanymi potworami. Zadaje kilka ciosów i odskakuje robiąc miejsce krasnoludowi.

Gdy tylko wyswobadzam ostrze rzucam się na kolejnego przeciwnika. Ten jednak ginie od ciosu krasnoluda nadziany na topór. Wprowadzany cios dekapituje agresora. Bezgłowe zwłoki upadają pod moimi stopami szarpane pośmiertnymi konwulsjami.

Przeciwnik nie potrafi się zorganizować. Gdyby atakowali nas grupą pokonaliby nas szybko ale ich kontrataki są wykonywane przez pojedyncze osobniki. W indywidualnych starciach to my jesteś górą. Szczury giną jeden po drugim zanim na dobra sprawę wniosą jakikolwiek przewagę. Nacieramy depcząc trupy ich towarzyszy. Odnosimy lekkie rany, nic co mogło by spowodować przerwanie operacji.

Odrzucam wyszczerbiony miecz. Wykonał swoje zadanie. Podnoszę krótki toporek tkwiący w rozłupanej czaszce z której wypływają pozostałości mózgu.

Korytarz z którego wyszliśmy wypełnia się w jednej chwili popiskiwaniami i odgłosem kilkunastu gołych stop.

Ostrzegawczy krzyk wybucha w mojej jaźni ale jest za późno. Coś uderza mnie w plecy. Padam na ziemie z trudem łapiąc powietrze. Ból zalewa moje ciało. Słyszę nad sobą szyderczy skrzekot triumfu. – Jeżeli nic nie zrobisz, szczury wpierdolą cię na kolacje. Walcz. Walcz. Walcz. – Para łap łapie mnie za hełm. Szczurze pazury wbijają się w policzki i czoło. Przeciwnik podnosi moje głowę po czym z impetem uderza o kamienie. Cios ogłusza mnie ale hełm bierze na siebie kolejne ciosy.

Szarpie się. Próbuje zrzucić z siebie przeciwnika ale po tym następuje drugie i trzecie uderzenie. – Walcz do kurwy nędzy. Walcz bo tu zdechniesz.

Druga para łap chwyta mnie za nogi. Grudki ziemi dostają mi się do oczu i ust. Wszystko wokół cichnie, obrasta tłustą dźwiękoszczelna warstwa. Mrok powoli zasłania wszystko wokół. Nie wiem gdzie jestem. Nie wiem co się dzieje wokół. Wiem jedno, zaraz zginę.

Zbawianie przychodzi po kolejnym szarpnięciu. Impuls bólu przechodzi przez moje ciało gdy uderzam twarzą o coś twardego. Coś przewraca mnie na plecy. Widzę nad sobą kilka szczurów. Ich pazury rozszarpują mój ekwipunek. Drą skórzane pasy. -Skurwysyny pożrą mnie żywcem. Pożrą mnie. Kurwa. Kurwa. Kurwa -Młody podlotek wyrywa z pasa sakiewkę i wysypuje zawartość torby obok mnie.

Szczury w tym czasie uporały się z moim napierśnikiem. Ich pazury rozszarpują cienkie ubranie. Kolejne ogniska bólu wybuchają na moim ciele. Wszystko wokół nagle rozświetla rój świetlików aktywowanych przez szczura szabrującego mój placek.

Stwory zaciągnęły mnie do jakiegoś pomieszczenia. Pieczara? Wokół walają się stare futra i butwiejące drewno.

Krzyk rozpaczy wybucha w mojej głowie gdy któryś ze strąconych żywych ogników upada na mały flakonik po czym gaśnie na wilgotnej powierzchni podłogi. Ostatni blask umierającego tworu oświetla grudkę zielonego proszku znajdujący się w środku.

– Kurwaa. Teraz albo nigdy skurwysyny!

Wyciągam pokrwawiona dłoń i opuszkami palców łapie szklana obudowę. Potwór, który wgryza się w skórzany naramiennik na krótka chwile traci zainteresowanie swoim łupem widząc kolejne świetliki kręcące nad ich głowami. Jego zęby wciąż wbijają się w pancerz ale oczy śledzą lewitujące w powietrzu twory. Zaciskam oczy i uderzam wierzchnią strona dłoni o ziemie. Fiolka pęka. Proszek znajdujący się w środku reaguje z tlenem. Proszek zmienia się w ładunek błyskowy.

Oślepione i przerażone potwory uciekają w popłochu przeciskając się przez wąskie przejście. Ich plecy znikają w mroku tunelu. Zostaje sam i do czasu gdy efekt wybuchu fiolki nie minie jestem bezbronny.

Przewracam się na brzuch i odczołguje się w kąt pomieszczenia. Z pochwy wyciągam sztylet i trzymając oburącz mierze ostrzem w kierunku wejścia. Siłą woli przywołuje naładowanymi dzięki wybuchowi świetliki. Rozrzucam je nad wejściem, dzięki temu jestem ukryty w mroku.

Przekręcam na bok głowę. Obok mnie leży mała sakwa z medykamentami. Skóra nosi ślady zębów ale wydaje się być cała. Drżąca ręka łapie za torbę i przesuwam ja bliżej. Z wysiłkiem otwieram torbę, palce penetrują torbę ale napotykają tylko rozbite szkło. – Cholera. Kurwa. Kurwa mać. Kurwaaa

Do moich uszu sączy się groźne sapanie potwora. Owłosiony łeb potwora nieśpiesznie wychyla się z mroku tunelu. Ostrożnie penetruje spiżarnie. Ma na sobie czarna schodzona przeszywanice. W łapach dzierży buzdygan. To musi być jeden z ich liderów. Szczur nie obdarza większym zainteresowaniem małe kule energii, które doskonale go rozświetlają ale zaraz znikną. Lider wie, że nie są w stanie mu zagrozić. Łowca szuka innych pułapek, które mogłem zastawić.

Potwór wchodzi do środka, utyka na jedna nogę. Pozostawia za sobą smugi rozmazanego osocza. Jest ranny ale wciąż niebezpieczny a w moim stanie jest śmiertelne niebezpieczny. Jego pysk porusza się marszcząc nos, próbuje mnie zlokalizować za pomocą węchu. Całę szczęście spiżarnia wypełniona jest rozkładającym się mięsem wcześniejszych zdobyczy.

W momencie gdy myśliwy wchodzi w głąb pomieszczenia zaczynam odpływać. Zaciskam poraniona dłonią w pięść aby ból wybijał mnie na powierzchnie odrętwienia. – Nie mogę omdleć. Nie mogę stracić przytomności. Nie mogę nawet na chwile zamknąć oczu. – Sekundy ciągną się niemiłosiernie długo. – Nie chce tu umrzeć, cholera nie zdechnę tu zeżarty przez szczury. Nie po wskrzeszono mnie i zesłano do tego świata. Nie zgadzam się i chuj.

Potwór w końcu mnie zauważa. Szczerzy się i oblizując kły podochodzi do mnie. Niespiesznie łapie oburącz buzdygan i podnosi go nad głowę. Nigdzie mu się nie spieszy, w końcu nie ucieknę. Kątem oka dostrzegam kilkanaście nowych świateł wlatujących do pomieszczenia. Wdają się w taniec z starszymi tworami. – Kawaleria przybyła. – Uśmiecham się pomimo bólu i pod przymkniętych oczu obserwuje mojego adwersarza.

Wojownik wzdryga się. Na jego piersi pojawia się czerwona plama rosnącą z każdym uderzeniem serca. Z pomiędzy grubych włókien materiału wystaje długie ostrze. Jego pysk zastyga w grymasie zdziwienia. Martwe łapy wypuszczają broń która z jazgotem upada za jego plecami. Próbuje złapać wystający przedmiot ale ten cofa się z okropnym mlaśnięciem.

Mój niedoszły zabójca chwile po tym zwala się na ziemie muskając końcówki moich butów.

Nad stygnącym trupem góruje piękna długonoga wojowniczka. Zrzuca krople krwi z ostrza i chowa go do pochwy.

– Było blisko. Za blisko, nie uważasz? – Lisica klęka obok mnie. Jej duże brązowe oczy wpatrują się we mnie z troska ale też z nutą złości.

– Policzę tym skurwielom za to. – Zaciskam zęby macając ranę na plecach.

– Ciii. – Agra zatrzymuje rękę i rozkłada szklane buteleczki z medykamentami oraz kilka bandaży. – Pokaż lisicy co masz w środku maluchu. – Przechylam się na bok umożliwiając dojście do pleców. Jej długie palce zaczynają penetrować obszar rany. – Miałeś szczęście trochę w lewo i oberwałbyś w kręgosłup i tyle miałabym z Ciebie.

– Śmieszne. – Zawartość fiolki jedna po drugiej wlewają się w uszkodzone tkanki. Magiczne medykamenty wżerają się w ranę oczyszczając ja i dostając się do krwiobiegu. Ból narasta gdy tkanki zaczynają się regenerować. – Aaaa szzz wwwaa mac. Nienawidzę tegoo aaaa wwwaa mac. – Fale ból zalewają mnie jedna po drugiej ale po kilkunastu uderzeń serca gdy krew rozprowadza kolejne dawki leków po organizmie czuje ulgę.

– Lepiej? – Lisica wpatruje się we mnie uważnie. Tone w jej oczach, pławie się w cieple i rozkoszy. Na krótką chwile znika ból i cierpienie. W monecie gdy kolejna fala błogości przenika moje ciało w jej oczach pełnych troski nagle pojawiają wesołe ogniki. – Koniec tego dobrego. Wstajemy.

Lisica pomaga mi stanąć na nogi. Mana uleczyła moja ranę, zdjęła z moich barków ciężar zmęczenia i stresu. Czuje się lekko. Doskonale daje sobie sprawę, że efekt minie za parę godzin i czeka mnie długa nieprzespana noc. To jednak mała cena za wyrwanie z objęć śmierci.

– Policzę tym skurwielom za to. – Kładę dłoń na jej głowie i czule głaszcze. Jej długie uszu wystrzeliwują w górę a puszysty ogon podnosi się i energicznie macha na boki wzniecając mała chmurę kurzu. – Dziękuje. Gdyby nie ty…

– No tak. Jasne. Mi nikt kurwa nie podziękuje. Sam. Sam kurwa jeden rozprawiłem się z reszta tych śmierdzieli gdy ona uganiała się po dziurach szukając Ciebie. Po co pomagać staremu. Cholerne szczyle. – Krasnolud sterczący w wejściu do jamy zdejmuje obity hełm i ciska go w martwego szczura Jego wzork mówi wszystko " spartoliłeś młody ". – Wisicie mi okrągła sumkę.

– Przyszedł Pan maruda. – Prostuje się i wsuwam dłoń pod rozpruty pancerz na plecach. Skóra w miejscu zregenerowanej rany jest idealnie gładka. – Stawiam ci saunę i dziewczyny. Nie dąsaj się jak byle długouchy.

– Yhym. – Woj odwraca się i znika w mroku tunelu. Staruch znika i przystępuje do owoców starcia. Z głębi wąskiej odnogi znajdującej się najbardziej na uboczu dochodzi dźwięk cięcia, rozrywania i przeklinania. – Szabrowanie i ogołocenie zabitych wszystkie co co przydatne to niepisane prawo zwycięzcy.

Nie widzę sensu krążyć wokół krasnoluda. Poklepać go po ramieniu? Pogratulować kolejnej dobrej walki? Zgrywać dobrego przyjaciela? Nie Pracujemy razem, owszem. Podczas walki mogę liczyć na jego sile i doświadczenie. Podczas czasu wolnego zawsze znajdzie się dodatkowa butelka. Czy to na mój czy jego koszt ale to tyle. Zresztą dawno temu Kreh definitywnie wyjaśnił co toleruje a co nie. Zbytnie spoufalanie się z innymi to jego pierwsza zasada. Nie dziwie mu się, nie bez powodu dożył takiego wieku. Nawet jak na krasnoluda, który najmuje się jako najemnik ma sporo lat. Poza tym w tym świecie ci którzy szukają wszędzie przyjaciół i przywiązuje się do swoich towarzyszy tworząc z nich wyimaginowana rodzinę narażają siebie albo ich. Giną albo zostają kalekami do końca życia.

Nie każdy poszukiwacz ma czyste intencje, o tym każdy musi pamiętać. Zdrada to powszechna rzecz. Zwykła rzecz, zdradzają śmiertelnicy jak i rasy wyższe. Jesteś naiwny, bywa. W najlepszym wypadku fałszywi towarzysze czy sprzymierzeńcy zostawia cie z niczym. W najgorszym posłużysz jako żywy wabik.

Mówiąc to ktoś może zarzucić mi, że mówię o tym wszystkim a jednak Agrze zawierzam życie ale to jest inna sprawa. Zbyt wiele razem przeżyliśmy. Nie zdradziła by mnie, nie skrzywdziła by mnie. Po prostu to wiem. – Miłość piękny i ekskluzywny akt. Dbaj i pielęgnuj.

 

XXX

 

– Harmaa chodź. Mam coś. – Głos krasnoluda nagle mięknie. To nie jest dobry znak. – Ja pierdole. Robię się na to za stary.

Podchodzę do wojownika. Stary krasnolud klęczy w płytkim zagłębieniu. Wszędzie walają się szczątki obozowiska ale coś przykuwa moją uwagę. Do nozdrzy wdziera się smród rozkładających się zwłok. Przez walkę nie mogłem tego poczuć. Zerkam na lisice. Jej uszy kładą się do tyłu.

Ciało jest zmasakrowane. Na pierwszy rzut oka trudno rozpoznać wiek.

Młoda dziewczyna, za młoda. Dziecko. Kości wystają z porozrywanych tkanek. Ciało jest napęczniałe. Na ciele doskonale są widoczne plamy opadowe i krwiaki. Całe stado padlinożernych owadów wciąż żeruje na truchle. Wszędzie walają się porozciągane fragmenty ciała. Wnętrzności ciągną się w stronę głównej komory. Młode osobniki szczurów ucztowały póki ciało zupełnie nie rozłożyło się. Dzięki warunkach panujących w podziemiach ciało uległo powolnemu rozkładowi. Niemal wszystkie tkanki miękkie zostały pożarte. Oderwana żuchwa z pojedynczymi zębami tkwi pomiędzy drugim a trzecim żebrem.

Zaciskam pięści i klęczę obok zwłok. Ten pieprzony świat, nienawidzę go. Poszukiwacze, którzy zaczynają swoja przygodę i biorą pierwsze zlecenie mają średnio po dwanaście lat. Parają się zabijaniem przerośniętych owadów i płazów. Czasami walczą z goblinami, chociaż te są znacznie groźniejsze i ta robota częściej przypada starszym poszukiwaczom. A przynajmniej powinna. Najbezpieczniejszym w teorii zadaniem jest zbieranie złomu i to co zostawiają po sobie zarówno poszukiwacze jak i potwory. Coraz więcej młodzików ginie jednak tak jak ta dziewczyna. Pobojowiska czasami nie zostają dobrze oczyszczone. Czasami padlinożercy atakują młodzików.

Bez umiejętności, bez doświadczenie bez sprzętu wchodzą do paszczy potworów. Starzy wyjadacze wiedzą za co walczą, są sowicie nagradzani. Albo przynajmniej należycie.

Dzieci dostają ochłapy, pracując na zlecenie gangów i męt żerujących na słabszych. – Bywaj młoda.

Krasnolud i Agra pomagają mi zabezpieczyć zwłoki. Ten świat jest brutalny i skurwiały ale my tacy nie jesteśmy.

 

XXX

 

Ściągam pelerynę i staranie rozkładam ja obok zwłok. Delikatnie przenoszę szczątki na materiał i pieczołowicie zabezpieczam pakunek. Kilka świetlików ląduje na szarym materiale płótna po czym gaśnie wtapiając się w mrok. – Chociaż tyle mogę dla Ciebie zrobić.

Towarzysze czekają na mnie przy wejściu do korytarza z którego runęliśmy do ataku na główne skupisko szczurów. Kilka ostatnich żywych latarni toruje nam drogę w ciemnościach. Zakładamy kilka potykaczy. Nie musimy martwić się o atak potworów. Pozostałe przy życiu szczury boja się konfrontacji. Nie są głupie. Czekaja aż odejdziemy aby zebrać swych martwych towarzyszy. Ich ciała posłużą jako pokarm dla pozostałych. W podziemiach nic nie może się zmarnować.

Maszerujemy w milczeniu. Po godzinie wędrówki. W wyższych partiach poziomu jest cieplej. Odór stęchlizny zastępuję powiew świeżego powietrza. Po kilku kolejnych minutach docieramy do wyjścia. Słońce powoli chyli się ku zachodowi.

W oddali pomiędzy pierwszymi zabudowaniami znikają pojedyncze sylwetki ludzi. Obwoźni handlarze zbierają wokół siebie łowców. Handel wymienny rozkwita po każdym rajdzie. Broń, kosztowności, rzadkie wyposażenie.

Szczelnie owinięte zwłoki lądują na wozie. Z tyłu gdzieś pomiędzy straganami dobiega do mnie krzyk i następujący po nim szloch. Odwracam się z ręka zaciśnięta na broni ale przed sobą widzę tylko starszą, zaniedbana kobietę. Ma około pięćdziesięciu lat. Ubrana jest w stare podniszczone ubrania. Na czarnej sukni nosi mocno znoszony kubrak. Kobieta biegnie do nas potykając się o własne nogi. Próbuje coś mówić ale przez płacz jej głos więźnie w jej gardle.

– To ona?! To moja córeczka? – Staruszka dopada w końcu do wozu i nieudolnie spina się po wielkim kole.

– Hola. Poczeka Pani…

– Pozwól jej. – Krasnolud gromi mnie wzrokiem i pomaga wejść kobiecie na wóz.

– Byliście w tych przeklętych podziemiach, prawda? Znaleźliście moją małą, prawda? Ona tu jest. Śpi prawda? – kobieta odsłania płachtę i nieruchomieje. – O Bogowie to…. – Kobieta unosi napuchnięta sina dłoń i przytula do swego policzka. Z namaszczeniem całuje mały pierścionek pokryty gruba warstwa patyny znajdujący się na połamanym palcu zabitej dziewczyny. Dopiero teraz go zauważam. Mała tandetna odpustowa zabawka mająca cieszyć oko przez pierwsze kilka godzin. Dla reszty świata to złom, nie warty nawet splunięcia ale dla niej to skarb. – Kochanie, przepraszam. Tak bardzo przepraszam. – Kobieta ponownie zalewa się łzami. – Nie mogłam cie ochronić. Wybacz.

Odwracam się i chce odejść na bok. Nie chce tego oglądać. Jestem zmęczony. Kobieta jednak zatrzymuje mnie i wpycha coś do rękawicy po czym wraca do zwłok swojej córki. – Panie, błagam. Wiem, że to żałośnie mało ale to jedyne co mogę zrobić. Błagam. Ona nie może trafić na wysypisko. Ona tyle się wycierpiała…

– Dobrze. Tylko proszę już nie płakać. – Lisica obejmuje kobietę i wbija we mnie wzrok, jej oczy świdrują mnie na wylot. Tym razem nie towarzyszy temu ciepło i troska. Jej zimne spojrzenie mówi mi wszystko. Wypuszczam powietrze z płuc i zakrywam zwłoki warstwa materiału. – Zaraz się tym zajmiemy tylko proszę nie już nie płakać. Ona by tego nie chciała.

– Dziękuje. Dziękuje.

Krasnolud zrzuca swój ekwipunek na dno wozu i w milczeniu odjeżdżamy pozostawiając za plecami wejście do podziemi. Lisica tuli zapłakana kobietę, która po jakimś czasie przestaje płakać i zawodzić. Wciąż ściska martwa dłoń córki.

Po kilkunastu cholernie długich minutach i pokonaniu bramy oddzielającej teren łowiecki od miasta zatrzymujemy się pod starym, rozległym cmentarzem położonym na peryferiach miasta.

Przed świątynna bramą zatrzymuje nas stróż. Mężczyzna każe czekać na kapłana, do którego należy kościół i przyległy do niego cmentarz. Mężczyzna pojawia się po kilku minut, nieśpiesznym krokiem podchodzi do nas obrzucając nas niechętnym spojrzeniem. Jego bogato zdobione szaty odbijają ostatnie promienie zachodzącego słońca. Kapłan kładzie dłonie na obfitym brzuchu i łypie wzrokiem to na lamentująca kobietę to na zwłoki.

Kapłan tarci szybko zainteresowanie staruszką. Jego wzrok zatrzymuje się na lisicy trzymającej się z tyłu. Oblech zaczyna bezwstydnie oblizywać wydęte wargi. – Jeszcze jeden ruch tego skurwionego jęzora a przetracę mu kark. Ulany skurwiel. – Moja dłoń zaciska się na rękojeści broni ale doskonale zdaje sobie sprawę, że parch ma immunitet.

Kościół jest silnie powiązany z gildiami, wiele zleceń pochodzi właśnie od władz kościelnych. Jeżeli grubasowi spadnie chociaż włos z głowy my za to odpowiemy. Wygnają całą drużynę a łowcy mogą postarać się o nagrodę za nasze głowy.

Kaznodzieja na krótką chwilę odwraca się ukazując spocone fałdy na karku. Delikatnie pochyla się ku kaplicy po czym zanosi się głośnym śmiechem. Jego rechot drażni mnie z każdym uderzeniem serca. – Chce już mieć to wszystko za sobą. Robię więcej dla tej nieszczęsnej kobiety niż cały ten pierdolony świat. Mam dość. Mam po prostu dość.

– Miejsce śmieci i bezbożnych kurew jest na wysypisku. Ta padlina nie maja prawa spocząć na uświęconej ziemi. Wypierdalać bo nałożę klątwy.

Matka rzuca się na ziemi po czym chwyta za nogi kapłana. Całuje brudne sandały i błaga aby mogła pochować córkę. Mężczyzna widząc desperacje kobiety śmieje się jeszcze głośniej. Odtrąca silnym kopniakiem zdesperowana kobietę po czym odwraca się i odchodzi. Śmiech księdza jeszcze długo odbija się od nierównych szeregów zaniedbanych nagrobków.

– Nic tu nie zdziałacie. Pracuje tu zbyt długo. – Stróż widząc odejście swego Pana podchodzi do mnie i wskazuje niewysokie wzgórze pokryte gęstą warstwa drzew i krzewów. – Tam ja pochowajcie. Będzie jej tam dobrze. Traficie bez problemu.

– Dziękuje. – Wsuwam mu do ręki pieniądze, które dala mi staruszka. – Proszę raz na jakiś czas tam zajrzeć.

– Zawsze to robię. Spieprzajcie zanim zastanie was noc.

Żegnamy się z mężczyzną i udajemy się we wskazane miejsce. Niestety dróżka jest zbyt stroma. Resztę drogi pokonujemy pieszo. Gdy docieramy na szczyt wzgórza wszędzie panuje mrok. Kilkanaście odrodzonych świetlików krąży nad nami. Miasto w oddali jarzy się setkami lamp. Tysiące okiennic rozświetlają małe lampki. W centrum trwa kolejna impreza. Dochodzą do nas wrzaski i śpiewy z oddali.

Gdyby nie to co musimy zrobić byłoby to idealnie miejsce na romantyczne schadzki. Teraz jednak moje myśli muszę skierować ma zgoła inny tor.

Podchodzimy pod nieregularną ścianę lasu. Granice nienaruszonej przyrody znaczy linia prostych nagrobków i porozrzucanych tablic. Stróż miał racje.

Nieopodal przewróconego drzewa znajdujemy odpowiednie miejsce. Krasnolud wyrzuca reszki świetlików. Te osiadają na pniu i zeschniętych gałęziach. Do magicznych tworów dołączają żywe świetliki, które tańczą wokół nas.

Wykopujemy głęboki dół, który wykładamy grubym dywanem kamieni. Z wielkim namaszczeniem układamy zwłoki i zasypujemy grób. Kolejna warstwa kamieni umacnia pochówek. Lisica kładzie garść polnych kwiatów i szpecąc modli się.

Matka dziewczyny siada przy grobie i kładzie kolejne kwiaty na grób swojej córki.– To. To moja wina. Jej ojciec był poszukiwaczem. Zginął z rąk bandytów podczas bijatyki w zajeździe. Gildia nie chciała mieć z nami nic wspólnego. Wyparła się Terkna. Pokazali nam wygasły kontrakt. Pracowałam z Arletta na rękach. Musiałam jakoś nas utrzymać. Z czasem gdy podrosła pomagała mi zarobić na chleb. Była taka mądra i silna. Musiała szybko dorosnąć aby przetrwać. Szkoda, że jej nie poznaliście. Była taka śliczna i wesoła. Napewno skradła by wasze serca. Napewno. – Kobieta na chwile milknie poprawiając małe rzeczne kamienie. – Gdy nadszedł czas chciałam wydać ja za mąż. Chciałam aby miała normalne życie. Zasługiwała na więcej. – Staruszka uśmiecha się pod nosem. – Ciągle się z nią kłóciłam. Ona chciała iść w ślady ojca. Ja chciałam aby została przy mnie. Jakimś cudem odłożyłabym na jej posag, wydala za kogoś. Miałaby normalna rodzinę….

Cofam się do tyłu. Nie mam siły. Chce wrócić do miasta. Odpocząć. Mam dość cierpienia i bólu. Nie chce tego słuchać. Cierpienia wypełnia mnie do momenty gdy zginąłem. Oczywiście są dobre strony. Mam przy sobie Agre, która pójdzie za mną w ogień. Ale to wszystko wokół przerasta mnie. Jestem tylko człowiekiem do cholery. Zwykłym człowiekiem a nie herosem czy bogiem.

– … ubłagałam ja aby została ze mną jeszcze do zimy. Zmieniłam plany. Wiosną chciałam wyprawić ja daleko stad, do ciotki na zamkowa służbę. Myślałam, że się z tym pogodziła. Ja chciałam dla niej dobrze ale ona przyrzekła, że wyciągnie nas z tej dziury. Bez mojej wiedzy zaczęła polować na czarno. Zbierała złom, walczyła z najgorszym ścierwem w ściekach i na bagnach. Wracała ranna, obita. Krzyczałam na nią a potem przytulałam. Była dla mnie całym światem. Pewnego dnia nie wróciła. Wszyscy o niej zapomnieli. Tak po prostu. Wszyscy odwrócili się, nikt nie chciał mi pomóc. Ona chciał zrobić tyle dla tego świata a świat zapomniał o niej. – Kobieta milknie chowa twarz w dłoniach.

Do mojej jaźni wsuwa się cichy szept. Płynie z głębi lasu. Agra czuje to samo, nasz wzrok łączy się i przenosi na poruszane wiatrem konary drzew. Mana przepływa pomiędzy koronami drzew spływając ku ziemie. Coś muska mnie, odwracam się ale nic nie dostrzegam

Kolejne ukucie niepokoju kieruje mnie w stronę pnia drzewa. Dziwnie znajoma postać opiera się o pień pokryty gruba warstwą fluorescencyjnego mchu.

– Proszę powiedz jej, że to nie jej wina. Ona już tak długo cierpi. Czas to zakończyć. – Duch zmarłej dziewczyny znika po czym pojawia się nad swoja matka. Arletta siada obok niej i głaszczę jej włosy. – Nie mogę odejść póki ona tak cierpi.

– Nie płacz. Ona tu jest. Twoja córka nie może patrzeć jak cierpisz. Prosi abyś nie płakała. – Czuje się jak marionetka, nie chce mieszać się w spirytystykę ale nikt inny tego nie zrobi. Tylko ludzie, którzy zostali wskrzeszeni i w pewien sposób pokonali własną śmierć maja dar widzenia zmarłych, którzy wciąż są uwięzieni i związani z dawnym światem.

Kobieta ociera łzy i macha dłońmi w powietrzu. Jej palce przechodzą przez ducha. Jej wysiłek spełza na niczym. Po kilku nerwowych ruchach, kobieta kładzie dłonie na kolana i zastyga. Przygasza, wydaje się otępiała. Arletta zasmuca się widząc kolejne desperackie czyny swojej ukochanej mamy.

– Nie mogę pozwolić aby dalej cierpiała.– Zjawa z troska patrzy się na swoja matkę.

– Rozumiem.

Pozostali obserwują wszystko z boku. Teraz mogą tylko obserwować i czekać na mój sygnał.

– Jeżeli się zgodzi zabiorę ją ze sobą. Tylko to musi być jej dobrowolna decyzja.

– Proszę Pani. – Siadam obok kobiety, zamykam jej dłonie w swoich i przenoszę wzrok na Arlette, która stoi nad swoja matka. – Jest jedno wyjście. Możecie odejść razem. Tylko to musi być Pani dobrowolna decyzja.

– Co? A tak. Mam już dość. Czas na odpoczynek. – Kobieta budzi się z letargu. Wstaje i podnosi głowę, wpatrując się w pustkę nocy. – Tak. Zgadzam się.

Duch dziewczyny przechodzi przez swoją matkę po czym odwraca się i zatrzymuje się przed nią. Składa dłonie na piersi matki i cicho szepcze.

Staje obok tak aby mieć przed sobą obydwie kobiety. Dziewczyna wtula się w pierś matki. Kobieta wzdryga się. Jej ciało przechodzi fala dreszczy. Trwa jedno, może dwa uderzenia serca. Po tym nagle szerzej otwiera oczy. Jej twarz promienieje. Uśmiecha się i tuli zmarła córkę. Zaciska wokół niej swoje drżące ręce. Popękane usta składają pocałunki na lśniących blond włosach.

Zagryzam wargi, moje serce ściska wyobrażalny ból. Cholera. Jest mi tak cholernie żal tej dwójki. Chciałbym aby ich ścieżka potoczyła się inaczej, nie chce aby zakończyła się tutaj. Na bezimiennym wzgórzu. Z drugiej strony wiem, że one już nie cierpią. Są razem. Przeznaczenie ponownie splotło ich więzi. Są szczęśliwe.

– To już czas. Dziekuje ci Panie. Dziękuje wam wszystkim. Będziemy razem modlić się za was. Naprawdę dzięku…. – Kobieta nagle chwyta się za klatkę piersiową. Ciche agonalne westchniecie wypływa z martwych ust. Dziewczyna kładzie swa matkę na ziemie.

Twarz staruszki nieruchomieje. Jednak nie w grymasie bólu a w grymasie życia. Uśmiecha się, szeroko. Ostatnie już łzy spływają po marmurkowatych policzkach zmarłej staruszki.

Widzę jak lśniący blask odrywa się od martwego ciała i wnosi się ku górze. – Dziękujemy, chłopcze. Nie pojawiłeś się tu na darmo. Jesteście światłem w mroku. Dziękujemy. – Do jasnej poświaty dołącza druga. Dusze kobiet splatają się w ucisku po czym znikają.

Wykopujemy kolejny grób. Matka w końcu dołączyła do ukochanej córki. Mam nadzieje, że gdzieś tam daleko. Poza granicami jaźni w końcu zaznają spokoju. Dopiero teraz czuje w ustach posmak słonych łez spływających po moich policzkach. To było coś niesamowicie pieknego. Piękno wypełniające moje serce bólem ale tez nadzieją.

Agra podochodzi do mnie. Wczepia swoje długie palce w moja rękawice. – Chodźmy stad.

Schodząc w dół zbocza mija stróża. Ten zdejmuje skórzany kapelusz i pochyla głowę. Dziękuje mu jeszcze raz. Zabieramy nasz wóz po czym wracamy na ubita, kamienna drogę prowadzącą do miasta.

Kolejny dzień. Kolejna wyprawa. Kolejne zlecenie. Za plecami pozostawiani uświęconą ziemie, która należy się tylko wybranym oraz dwa nieoznakowane niczym świeże groby o których będziemy pamiętać tylko my.

Po raz kolejny zostawiamy za sobą tunele pełne śmierci. Wrócimy do nich, to oczywiste ale póki co musimy odpocząć. Jutro odbierzemy nagrodę za zlecenie i przyjmiemy kolejne.

Jestem Harmaa. Będą nim gdy skończymy zlecenie. Jestem Harmaa. Będę nim gdy ponownie będziemy iść w mrok. Po prostu. Jestem Harmaa.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Z technicznych trzeba dodać tu i ówdzie przecinki, a poza tym:

gdyby nigdy nic. Gdyby po drugiej stronie nie czyhało zło…

S twórcy

Teraz ich twory. – nie jestem pewna, czy tak może wyglądać zdanie

Przejścia w wielu przypadkach nie są zapieczętowane ani nawet oznaczone na mapach tak jak największe jaskinie i portali. – tu albo literówka, albo też brak części zdania

Ci, którzy mieli szczęścia wracali i zbijali majątek na umowach podpisywanych z władcami czy pomniejszymi możnowładcami. – tu podobnie

Wiele gildii specjalizuje się w w tego typu zleceniach i wysyła armie kartografów i zwiadowców aby zabezpieczyć przejścia. – tutaj także literówka

Trochę trudno mi odczytywać niektóre zdania ze względu na czasy, równocześnie w nich użyte (teraźniejszy i przeszły).

 

Myślę, że powinieneś na spokojnie sam prześledzić cały tekst, wyłapać usterki techniczne i wtedy go poprawić, bo treść wydaje się być interesująca i na pewno zahaczająca o fantastykę. 

Pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka