- Opowiadanie: ninedin - Windą do nieba

Windą do nieba

Hasło kon­kur­so­we:

Użyj różdż­ki, cza­ro­dzie­ju, w od­le­głej ga­lak­ty­ce
 

Po­sta­no­wi­łam wy­ko­rzy­stać w pełni moż­li­wo­ści kon­kur­su i – zgod­nie z tym, co Ge­ki­ka­ra za­pro­po­no­wał w opi­sie – za­sza­leć z kon­wen­cja­mi li­te­ra­tu­ry po­pu­lar­nej, nie tylko fan­ta­sty­ki.  In­ny­mi słowy, znaj­dzie­cie tu wię­cej skład­ni­ków, niż tylko cza­ro­dzie­jów i od­le­głą ga­lak­ty­kę.

Znaj­dzie­cie też moją pierw­szą próbę na­pi­sa­nia cze­goś w kon­wen­cji bar­dzo lek­kiej, soft SF. SF ko­cham na­mięt­nie jako czy­tel­nicz­ka, ale nie nie pró­bo­wa­łam jej dotąd two­rzyć, czu­jąc się mocno nie­kom­pe­tent­na. Bar­dzo je­stem cie­ka­wa, jak się spodo­ba ta pierw­sza, mocno nie­do­sko­na­ła, bo, przy­znam ze wsty­dem, pi­sa­na na ostat­nią chwi­lę próba.
 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Windą do nieba

DZIEŃ -21

To ja naj­pierw sły­szę kroki na scho­dach. Na­tych­miast je iden­ty­fi­ku­ję, sy­gna­li­zu­ję toż­sa­mość go­ścia sze­fo­wi. Gre­tek­tyw kręci głową z nie­do­wie­rza­niem. Prze­cze­su­je pal­ca­mi blond włosy, nogi w spor­to­wych bu­tach wy­kła­da na biur­ko.

– Pro­szę wejść – mówi znu­dzo­nym tonem, kiedy na szy­bie w drzwiach po­ja­wia się cień ko­bie­cej po­sta­ci.

– Mam zle­ce­nie – mówi Mar­le­ne, za­my­ka­jąc drzwi. – Pew­nie pan nie od­mó­wi?

Ob­rzu­ca spoj­rze­niem wnę­trze: wy­dep­ta­ną mcho­dło­gę, śmie­cio­jad­kę smut­no schną­cą w koszu, od­bar­wio­ne ścia­ny, które od dawna ma­ga­zy­nu­ją za mało ener­gii, i do­da­je:

– Zwłasz­cza, że kasy chyba bra­ku­je nawet na drob­ne na­pra­wy. Pry­wat­ny gre­tek­tyw tak kiep­sko za­ra­bia?

– Miło wi­dzieć, że pani cze­goś ode mnie chce – mówi szef. – Może nawet, strach po­my­śleć, bę­dzie pani mu­sia­ła po­pro­sić?

Mar­le­ne wzru­sza ra­mio­na­mi, zdej­mu­je kosz­tow­ny płaszcz i nie­dba­le prze­rzu­ca go przez opar­cie fo­te­la dla gości.

– Nie muszę o nic pro­sić – oświad­cza, roz­sia­da­jąc się. – Po pierw­sze, ra­czej nie może pan od­mó­wić. Po dru­gie, i waż­niej­sze, mo­że­my za­pła­cić. Pew­nie co naj­mniej tyle, ile za­ra­bia pan w pół roku. Star­czy i na na­pra­wy, i na pod­nie­sie­nie stan­dar­du tego… po­miesz­cze­nia, a może i zo­sta­nie na ka­wa­łek wa­ka­cji?

– Aku­rat wa­ka­cje są wy­klu­czo­ne, nie­ste­ty – mru­czy szef. – Widzi pani, marzy mi się wy­jazd do SpA­CE­spa, a to, jak wiemy, nie­moż­li­we.

Mar­le­ne za­gry­za wargi.

– No ra­czej, po tym, jak nad­użył pan za­ufa­nia na­szej ro­dzi­ny! – syczy. – Wie pan do­sko­na­le, że po­win­ni­śmy byli pójść do sądu. Uwie­dze­nie osoby nie­peł­no­let­niej, próba po­rwa­nia… to nie są ba­ga­tel­ne za­rzu­ty. Zwłasz­cza, gdyby wy­szło na jaw, że to nie był pierw­szy raz.…

– Ale wo­le­li­ście mnie pu­ścić wolno i móc szan­ta­żo­wać – szef nie wy­glą­da na zde­ner­wo­wa­ne­go, ra­czej roz­ba­wio­ne­go. – Plus, oboje wiemy, co w tym przy­pad­ku ozna­cza „nie­peł­no­let­niej”, praw­da? I o ja­kiej pró­bie po­rwa­nia mó­wi­my?

– Nie­zgod­nej z pra­wem – ucina Mar­le­ne. – I tylko to się liczy. A te słowa o szan­ta­żu są… nie na miej­scu. Za­mie­rzam pana po pro­stu wy­na­jąć, w imie­niu ro­dzi­ny Ace. I na­praw­dę do­brze za­pła­cić.

 – Jak ro­zu­miem, za coś, czego nie może pani zro­bić le­gal­nie? – szef uśmie­cha się w spo­sób, któ­re­go na­uczył się ode mnie.

Mar­le­ne wy­glą­da na odro­bi­nę zbitą z tropu, cie­ka­we, uśmie­chem czy sło­wa­mi?

– Widzi pan – mówi tro­chę ner­wo­wo – tu cho­dzi o Windę do nieba. Mamy pe­wien… jak by to na­zwać, drob­ny pro­blem.

– Fla­go­wy pro­jekt nie wy­pa­lił? – szef zdej­mu­je nogi ze stołu, siada wy­god­nie, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z ide­al­nie wy­mo­de­lo­wa­nej twa­rzy Mar­le­ne.

– Prze­cież nie żyje pan w re­zer­wa­cie na­tu­ry. Musi pan wie­dzieć, że wy­pa­lił. I jak – te­atral­nie wes­tchnę­ła. – Lu­dzie są go­to­wi na wszyst­ko, byle wy­grać. I wła­śnie tu po­ja­wia się mały… pro­blem.

Szef bez słowa po­chy­la się w jej stro­nę, za­in­try­go­wa­ny.

– Mamy kło­pot z gra­my­wa­czem – wy­ja­śnia ko­bie­ta. – Pędzi przez po­zio­my jak hu­ra­gan, nawet się nie kryje, i…

– No niech pani nie mówi, że za chwi­lę zdo­bę­dzie waszą cenną dział­kę! – szef za­czy­na się gło­śno śmiać.

Mar­le­ne krzy­wi się, jakby zja­dła coś wy­jąt­ko­wo gorz­kie­go.

– Ow­szem – cedzi przez zęby. – To nie jest cał­kiem wy­klu­czo­ne. A ro­dzi­nie Ace bar­dzo za­le­ży, żeby głów­na na­gro­da wpa­dła w ręce tej z gra­ją­cych osób, która bę­dzie naj­lep­sza. Naj­lep­sza w ra­mach wy­zna­czo­nych przez za­sa­dy gry, oczy­wi­ście.

– A chwi­lo­wo pro­wa­dzi naj­lep­szy gro­szust – pod­su­mo­wu­je szef. – I co w związ­ku z tym?

Mar­le­ne wyj­mu­je z to­reb­ki nie­wiel­kie urzą­dze­nie, sta­wia je na biur­ku.

– Mam na­dzie­ję, że się pan nie ob­ra­zi, ale będę się czuła bez­piecz­niej, ekra­nu­jąc tę roz­mo­wę. Nie ufam panu na tyle, by być pewna, że mnie pan nie re­je­stru­je.

Szef kiwa głową.

– Po­trzeb­ny nam ktoś, kto za­trzy­ma gra­my­wa­cza – mówi jedna z naj­bo­gat­szych ko­biet kon­ty­nen­tu. – Gra­my­wacz używa imie­nia Monty Chri­stie i, po­wiedz­my sobie, pół­le­gal­nie na­gi­na fi­zy­kę świa­ta gry na swoją ko­rzyść. Trze­ba go usu­nąć, po­ko­nu­jąc i za­bi­ja­jąc w grze. Po­nie­waż Monty ma nie­uczci­wą prze­wa­gę, pan rów­nież ją do­sta­nie. Od firmy. Choć, oczy­wi­ście, je­stem do­sko­na­le świa­do­ma – za­wie­sza głos – że zna­jąc pana… pre­fe­ren­cje, ma pan rów­nież i wła­sne spo­so­by.

– Czemu go po pro­stu nie ska­su­je­cie, skoro łamie za­sa­dy? – pyta szef.

– Bo nie mo­że­my – pry­cha Mar­le­ne. – Myśli pan, że na to nie wpa­dli­śmy? Ze wzglę­du na cha­rak­ter czę­ści świa­tów nie mo­gli­śmy cał­ko­wi­cie wy­kre­ślić magii z gry. Nie­mniej, za­ło­że­niem było gro­ma­dze­nie przez gra­czy, w trak­cie roz­gryw­ki, nie tylko punk­tów, ale także wie­dzy i umie­jęt­no­ści nie­zbęd­nych do prze­trwa­nia i roz­wi­ja­nia cy­wi­li­za­cji na Mar­sie. Na­szym Mar­sie. Tym, na któ­rym dział­kę, ufun­do­wa­ną przez ro­dzi­nę Ace, do­sta­nie zwy­cięz­ca. Ta envi­gra po­wsta­ła we współ­pra­cy z rzą­dem, współ­fi­nan­so­wa­na jest ze środ­ków pu­blicz­nych. Mamy na gło­wie De­par­ta­ment Edu­ka­cji i Ko­mi­sję Ter­ra­for­mer­ską i na­praw­dę nie jest nam po­trzeb­ny cza­ro­dziej, osten­ta­cyj­nie ma­cha­ją­cy różdż­ką…

– Do­brze, do­brze – szef macha ręką. – Ro­zu­miem: mam na lewo wejść do świa­ta, do­pa­ko­wa­ny przez was poza grą, i nie­le­gal­nie wy­eli­mi­no­wać nie­sza­blo­no­wo gra­ją­ce­go uczest­ni­ka. Pro­szę mi podać szcze­gó­ły. W tym staw­kę do­bo­wą.

 Po­grą­ża­ją się w dłu­giej dys­ku­sji, którą re­je­stru­ję me­cha­nicz­nie. Mar­le­ne jest po­dej­rza­nie skłon­na do ustępstw, co wcale mi się nie po­do­ba. Kiedy w końcu do­bi­ja­ją targu i, z po­wro­tem za­ło­żyw­szy płaszcz i ka­pe­lusz, nasza klient­ka kie­ru­je się ku drzwiom, szef rzuca jesz­cze nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym tonem:

– A jak tam Angel?

– Zna­ko­mi­cie – Mar­le­ne łże bez zmru­że­nia oka. – Do­sko­na­le sobie radzi w Luna City. Miło wspo­mi­na ten… epi­zo­dzik pracy u pana, ale ab­so­lut­nie nie ża­łu­je po­wro­tu do ro­dzin­ne­go biz­ne­su.

– To zna­ko­mi­cie – szef uśmie­cha się sze­ro­ko, fał­szy­wie. – Pro­szę prze­ka­zać ser­decz­nie po­zdro­wie­nia ode mnie.

– Nie omiesz­kam – Mar­le­ne kiwa głową i wy­cho­dzi.

– Co ty na to? – pyta szef, kiedy nawet ja nie sły­szę już kro­ków Mar­le­ne na scho­dach.

Przez myśl prze­bie­ga mi ty­siąc słów na raz. Chi­cho­czę w duchu i pro­du­ku­ję na biur­ku ho­lo­gram: dziś je­stem zie­lo­nym trol­lem o od­sta­ją­cych uszach i tu­bal­nym gło­sie.

– Na­resz­cie – mówi troll. – Nie do końca tak to pla­no­wa­li­śmy, ale skoro sami do nas przy­szli, pro­szą się o strol­lo­wa­nie.

Szef wy­cią­ga rękę i ści­ska zie­lo­ną łapę.

– Też tak sądzę – kiwa głową. – Nie je­stem na sto pro­cent pewny, czy to nie pu­łap­ka, ale mając cie­bie, myślę, że mo­że­my za­ry­zy­ko­wać.

– Weź za­licz­kę – przy­po­mi­nam. – Mo­że­my po­trze­bo­wać szyb­kiej ewa­ku­acji.

 

DZIEŃ -14

Szef wy­wo­łu­je mnie, kiedy je­stem w trak­cie ne­go­cja­cji z nie­prze­cięt­nie upar­tym ro­dzin­nym straż­ni­kiem. Z wes­tchnie­niem – kiedy ja się wy­zbę­dę tych ludz­kich me­ta­for! – za­wie­szam roz­mo­wę i od­po­wia­dam na we­zwa­nie:

– Co tam?

– Gdyby nie kody Ace’ów, był­bym już sze­ścio­krot­nym tru­pem! – woła we­so­ło. – Zer­k­nij na mnie, co?

Prze­miesz­czam świa­do­mość i ak­tu­ali­zu­ję obraz. Przede mną roz­cią­ga się widok pola aste­ro­idów: chaos zbli­ża­ją­cych się i od­da­la­ją­cych ska­li­stych po­wierzch­ni, nagły błysk zębów po­two­ra, który nie­ocze­ki­wa­nie wy­chy­la gi­gan­tycz­ny łeb z ja­ski­ni jed­nej z skal­nych brył, omal nie po­ły­ka­jąc nie­wiel­kie­go stat­ku. Za ste­ra­mi sie­dzi szef, a obok niego kuli się bardzo ze­stre­so­wa­ny facet o apa­ry­cji gwiaz­do­ra ze sta­rych fil­mów o gli­nach. Pa­trzę ocza­mi szefa na gro­żą­ce w każ­dej chwi­li zgnie­ce­niem po­jaz­du skały i czuję, jak się sze­ro­ko uśmie­cha.

– Sorry, dok­tor­ku – mówi pilot – muszę na mo­ment przejść w priv, ro­dzi­na dzwo­ni z awan­tu­rą.

– Bez kodów też byś dał radę? – pytam mo­je­go prze­ło­żo­ne­go zgryź­li­wie.

– Z tym tutaj? Tak, co ja się w życiu na­la­ta­łem na sy­mu­la­to­rach! – od­po­wia­da we­so­ło. – Ale w strze­la­ni­nie z tam­ty­mi agen­ta­mi w czar­nych oku­la­rach, w któ­rej zdo­by­łem sta­tek, już nie­ko­niecz­nie. Co od­strze­li­łem jed­ne­go, na jego miej­scu wy­ra­sta­ło dwóch in­nych. Ale na­bi­łem dość do­świad­cze­nia, żeby zna­leźć hasło do han­ga­ru.

– I po to mnie od­wo­ła­łeś od ro­bo­ty? Żeby się po­chwa­lić? – pytam kwa­śno.

– Nie – po­waż­nie­je i mówi dalej:

– Słu­chaj, prze­cho­dzę przez wszyst­kie świa­ty po kolei, bo tu się nie bar­dzo da oszu­kać i kupić po­zio­my: w to fak­tycz­nie po­szło mnó­stwo do­brej ro­bo­ty. In­ny­mi słowy, muszę prze­peł­znąć przez wszyst­ko po kolei, tyle że je­stem, hmmm, nie­znisz­czal­ny. I tak trze­ba uwa­żać, bo już zlo­ka­li­zo­wa­łem parę pro­ble­mów, na które mój kod nie dzia­ła. Po­dej­rze­wam, że gdyby mnie na przy­kład wy­rzu­ci­ło w inny kwa­drant prze­strze­ni, i tak mu­siał­bym wra­cać tu przez co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt pięć lat czasu gry, czyli… No, nie­waż­ne, w każ­dym razie za długo. Do tego czasu Monty Chri­stie miał­by aż za dużo czasu, żeby skoń­czyć grę i nasze zle­ce­nie po­szło­by się bujać, nie mó­wiąc o resz­cie pla­nów. W każ­dym razie, do­wiedz się, o co cho­dzi z tą magią, OK? Bo, jak mówię, prze­gry­złem się już przez pra­wie po­ło­wę świa­tów gry i kom­plet­nie nie widzę po­wo­du, dla któ­re­go aku­rat ona mia­ła­by być nie­moż­li­wa do wy­eli­mi­no­wa­nia z puli cech po­sta­ci.

– A kiedy niby mam to zro­bić? – jęczę. – Usi­łu­ję wy­ko­rzy­stać stare do­stę­py i do­brać się ko­cha­nej ro­dzi­nie do tyłka, a ra­czej do sys­te­mu, żeby bocz­ny­mi dro­ga­mi do­trzeć Ariel, a samo to jest już do­sta­tecz­nie cza­so­chłon­ne. Nie mam czasu…

– Wy­ko­rzy­staj swoją po­dziel­ną uwagę – prze­ry­wa mi. – Serio, z tym jest coś nie tak. W tej grze są dzi­kie tłumy, pół ludz­ko­ści wal­czy o dział­kę na Mar­sie i jej po­ten­cjal­ne za­so­by niobu i wol­fra­mu. Nie wie­rzę, że pro­jek­tan­ci Ace’ów, sie­dzą­cy w tym biz­ne­sie od za­wsze, nie wpa­dli na to, że, choć szan­se są małe, może zna­leźć się gracz, który od­grze­bie z setek moż­li­wych cech tę, jak oni to ujęli, „po­dat­ność na magię”, pierw­sze­go dnia po otwar­ciu gry za­ka­mu­flu­je się w jed­nym z pe­ry­fe­ryj­nych świat­ków i bę­dzie przez rok gro­ma­dził punk­ty, tłu­kąc szkie­le­ty 24/7, by wy­chy­nąć jako pierw­szej klasy cza­rnoksiężnik

– Po­dej­rze­wasz, że to tajna broń Ace’ów? – pytam.

Szef kiwa głową.

– Je­stem pra­wie pe­wien. Prze­cięt­ny gracz nie znaj­dzie tej „po­dat­no­ści na magię” łatwo, ale jak wiesz, gdzie szu­kać… Myślę, że ktoś im wy­ciął numer i zro­bił to, co oni sami za­mie­rza­li wy­ko­rzy­stać w sy­tu­acji, gdyby spra­wy szły nie po ich myśli.

– Ale jak nie po… – za­czy­nam i ury­wam, kiedy tra­fia w nas salwa z broni nie­wi­docz­ne­go do tej pory prze­ciw­ni­ka. Sta­tek szefa za­czy­na ko­zioł­ko­wać.

– Może ob­sta­wi­li swo­je­go zwy­cięz­cę? – rzuca szef; macha ręką w kie­run­ku sie­dzą­ce­go obok awa­ta­ra. – Ten tutaj, któ­re­mu trzy świa­ty temu ura­to­wa­łem życie, to su­ge­ru­je. Mądry gość, w realu le­karz, rzad­ka spe­cjal­ność; tro­chę­śmy się za­przy­jaź­ni­li. Ale wra­ca­jąc do te­ma­tu: ten Monty może też mieć coś po­dob­ne­go, jak ja, i być przez to nie­znisz­czal­ny. W każ­dym razie, po­szu­kaj tego w ich sys­te­mach, jak już i tak w nich mysz­ku­jesz.

Spo­glą­dam na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Serio za­le­ży ci na tym bar­dziej niż na Ariel? Prze­cież to przez nią w ogóle wpa­ko­wa­łeś się w całą tę spra­wę?

– Sprawdź to, pro­szę – szef nie daje się spro­wo­ko­wać. – Mam pewne po­dej­rze­nia. A teraz zmy­kaj, muszę ze­strze­lić typa, który mi sie­dzi na ogo­nie. Dok­to­rze, do dzie­ła!

 

DZIEŃ -7

Dla ludz­kich oczu kon­struk­cja ro­dzin­ne­go ar­chi­wum Ace’ów przy­po­mi­na na­wie­dzo­ny hotel z daw­nych fil­mów: pię­tro za pię­trem, skrzy­pią­ce windy, ko­ry­ta­rze pod mżą­cy­mi świe­tlów­ka­mi, drzwi do po­ko­jów peł­nych upio­rów z prze­szło­ści. Za­baw­ne, bo kiedy jesz­cze nie ode­bra­no mi moż­li­wo­ści za­glą­da­nia w to miej­sce le­gal­nie, wy­da­wa­ło się kosz­mar­nie nudne. Uciecz­ka z ro­dzin­nej firmy ja­wi­ła się wtedy zba­wie­niem, a za­ofe­ro­wa­na przez na­rwa­ne­go gre­tek­ty­wa praca – rajem na ziemi.

No, co do tego ostat­nie­go moja opi­nia ra­czej się nie zmie­ni­ła. Raj, taki tro­chę ziem­ski i nie­do­sko­na­ły.

Scho­dy po­wo­li pro­wa­dzą mnie ku szó­ste­mu pię­tru. Wi­zu­ali­zu­ję sobie tę prze­strzeń jako scho­dy, po­rę­cze i pod­ło­gę ze spę­ka­nych, próch­nie­ją­cych desek: za dużo zo­sta­ło we mnie z czło­wie­ka, by wi­dzieć świat do­oko­ła w for­mie se­kwen­cji zna­ków i cyfr.

Tego, co jest w po­ko­ju 217, nie po­tra­fię zo­ba­czyć w ogóle. Wir, ja­skra­wy i wszech­ko­lo­ro­wy, w ruchu tak szyb­kim, że wy­da­je się pa­smem świa­tła i barw. Tu aku­rat ludz­kie oczy by po­mo­gły: zo­ba­czy­ły­by je­dy­nie sprzę­żo­ne ze sobą urzą­dze­nia, utrzy­mu­ją­ce kie­ru­ją­cą domem i ar­chi­wum SI.

Nie mam ludz­kich oczu od pię­ciu lat, a SI tak wy­glą­da­ją­cą widzę pierw­szy raz w życiu. Te kie­ru­ją­ce do­ma­mi, biu­ra­mi, nawet od­po­wie­dzial­ne za duże sztucz­ne sys­te­my, jak envi­gry, za­wsze wy­da­wa­ły mi się sta­bil­ne, upo­rząd­ko­wa­ne w swo­ich nie­zro­zu­mia­le szyb­kich ru­chach, jak atomy w dia­men­cie. To coś… jest dzi­kie. I żywe. I, na moje tak zwane oko, zde­cy­do­wa­nie sil­niej­sze niż po­win­na być SI prze­zna­czo­na do kie­ro­wa­nia za­so­ba­mi ar­chi­wal­ny­mi, nawet jeśli są to za­so­by bar­dzo bo­ga­tej i cią­gle kom­bi­nu­ją­cej z pra­wem ro­dzi­ny.

Świa­tło bi­ją­ce od wiru prze­świe­tla mnie nagle na wskroś. SI pa­trzy na mnie i nagle wiem, że jest nie tylko dzika.

Jest dra­pież­na.

Sięga po mnie. Pró­bu­ję się wy­rwać, na próż­no. Jako to, czym je­stem – ani SI, ani czło­wiek, marny zapis ludz­kiej świa­do­mo­ści wy­ko­na­ny na mo­ment przed śmier­cią ciała – nie mam szans w walce z taką isto­tą.

Po­chła­nia­nie przez inną świa­do­mość tak na­praw­dę nie przy­no­si cier­pie­nia. Ból tylko sobie wy­obra­żam – za bar­dzo pa­mię­tam ciało, żeby kon­cep­tu­ali­zo­wać śmierć ina­czej, niż w bólu – ale tutaj…

Po­wta­rza­nie, że cier­pie­nia nie ma, nie po­ma­ga. Roz­pa­dam się, roz­ta­piam: co in­ne­go mogę czuć?

Ból usta­je. SI do­ty­ka mnie teraz ina­czej: z cie­ka­wo­ścią, z… wdzięcz­no­ścią? Jej świa­do­mość – jest świa­do­ma, jak czło­wiek, jak ja – do­ty­ka mojej. Przed ocza­mi (idź, ludz­ka me­ta­fo­ro!) widzę swoje śmier­ćro­dzi­ny.

Zna­leź­li mnie i za­bra­li mnie z po­wro­tem do domu. Pró­bu­ję ucie­kać. Raz. Drugi. Za trze­cim coś idzie nie tak. Może tra­fi­li ze znie­czu­la­cza za mocno, a może ode­zwa­ła się aler­gia, zmora mo­je­go dzie­ciń­stwa. W każ­dym razie moje ciało się skrę­ca i wije, puch­nąc, a umysł za­czy­na się za­my­kać.

To nie są dobre wspo­mnie­nia, ale po­zwa­la­ją mi wresz­cie zro­zu­mieć, czym jest isto­ta, która chcia­ła mnie zjeść, a teraz po­cie­sza.

– Ariel? – pytam nie­pew­nie. Za­le­wa mnie fala wspo­mnień, po­plą­ta­nych, nie­pew­nych, cha­otycz­nych. Dzika, jak naj­bar­dziej. Dzika, sza­lo­na i bar­dzo, bar­dzo za­gu­bio­na.

– Spo­koj­nie – mówię i przy­glą­dam się wi­ro­wi mi­lio­na po­je­dyn­czych ni­te­czek świa­do­mo­ści, splą­ta­nych jak dłu­gie do ko­stek, nie­cze­sa­ne od lat włosy. – Zaraz to na­pra­wi­my.

 

DZIEŃ PIERW­SZY I OSTAT­NI

Po ty­go­dniu pracy je­stem pra­wie pod ko­niec roz­plą­ty­wa­nia wło­sów Ariel, kiedy czuję, że ktoś mnie woła. Szef? To musi być on, prze­cież nikt inny o mnie nie wie.

– Hej? – głos jest nie­pew­ny, obcy. – Halo? James kazał cię we­zwać, jakby co…

James, myślę pół­przy­tom­nie. A tak. Szef. Fak­tycz­nie, on ma imię. Zaraz…

– Co się stało? – pytam ostro.

– My… ja się na­zy­wam Jones, po­łą­czy­li­śmy siły…

Ach, dok­tor z pola aste­ro­idów.

– Mie­li­śmy spo­tka­nie z cza­ro­dzie­jem. Rzu­cił nas por­ta­lem na jakąś pu­sty­nię. Ja­me­sa tro­chę po­kie­re­szo­wa­ło. Kazał mi się do cie­bie ode­zwać…

– Cześć – głos szefa jest słaby. – Słu­chaj. Oba­wiam się, że mamy pro­blem. Wrzu­ci­ło mnie w ru­cho­me pia­ski…

– Dasz radę się po­zbie­rać?

– Nie za bar­dzo – mru­czy szef. – Już dwa razy tu umar­łem. Lo­go­wa­ło mnie z po­wro­tem w to samo miej­sce. Pró­bo­wa­łem kon­tak­tu z… mo­co­daw­ca­mi, nie dzia­ła. Albo to jest jakiś ko­smicz­ny pech, albo…

– Ten por­tal jesz­cze się trzy­ma? – pytam.

– Tak – od­po­wia­da dok­tor.

– Okej – mówię zde­cy­do­wa­nie. – Ścią­gnij­cie mnie. Sze­fie, ja się prze­łą­czam.

Zanim zdą­żył za­pro­te­sto­wać, było już po wszyst­kim.

W realu do­dat­ko­wy czep, który mój szef nosi obok tych naj­czę­ściej uży­wa­nych, wiąże mnie z nim ści­śle. Po­tra­fię, ow­szem, po­ru­szać się w prze­strze­ni ba­zo­wych SI domu i biura, w od­po­wied­nich wa­run­kach mogę na chwi­lę zma­te­ria­li­zo­wać awa­tar, a kiedy trze­ba, użyć na­szej sieci biu­ro­wej do po­łą­cze­nia się z SI mojej byłej ro­dzi­ny, ale w realu to tyle. Bez ciała, jako oso­bo­wość za­pi­sa­na awa­ryj­nie w nie do końca le­gal­ny spo­sób, nie mogę za wiele.

W prze­strze­ni gry jest ina­czej. Nie mam su­per­mo­cy, oczy­wi­ście. Ale tutaj, w wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści, mogę się ode­rwać i dzia­łać sa­mo­dziel­nie. Hmm, dalej nie mam ani ułam­ka gro­we­go do­świad­cze­nia szefa. Nie­mniej, nie tonę w ru­cho­mych pia­skach, a to za­wsze jakaś za­le­ta.

Moja po­stać – tym razem ogrom­na har­pia o czar­nych skrzy­dłach – ma­te­ria­li­zu­je się nad po­wierzch­nią. Kilka mach­nięć skrzy­deł prze­no­si mnie z da­le­ka od ru­cho­mych pia­sków, w po­bli­że le­d­wie już mi­go­czą­ce­go por­ta­lu. Nie chcę my­śleć. Wpa­dam w za­my­ka­ją­ce się przej­ście mię­dzy świa­ta­mi gry.

Lą­du­ję w mie­ście wśród chmur, na błysz­czą­cej me­ta­licz­nej po­wierzch­ni. Por­tal się za­my­ka. Od­cho­dzą­cy po­wo­li w kie­run­ku uno­szą­cej się w po­wie­trzu mio­tły dzie­ciak w za dłu­giej sza­cie w gwiaz­dy od­wra­ca się, sły­sząc moje kroki.

Kiedy tylko go widzę, wiem, czym jest.

– Monty Chri­stie – mówię. – Cie­bie nie ma, praw­da? A może ra­czej: cześć, Ariel?

Mały cza­ro­dziej macha różdż­ką i nad mia­stem w od­le­głej ga­lak­ty­ce roz­bły­ska ma­gicz­na łuna.

– Nie­źle to wy­my­śli­łaś – mówię. – Skoro nie mo­głaś mieć nic in­ne­go, po­żar­łaś do­mo­we SI, wzmoc­ni­łaś się, a potem, jako głów­na SI Ace’ów, prze­ję­łaś kon­tro­lę nad ich źró­dłem do­cho­du: grą. Po­wiedz mi tylko, po co ci była dział­ka na Mar­sie? I ta magia?

Gdyby nie nasze spo­tka­nie ty­dzień temu i moje po­wol­ne, upo­rczy­we przy­wra­ca­nie jej do ładu, ta część Ariel, która od­dzie­li­ła się od głów­nej SI i we­szła do gry, roz­szar­pa­ła­by mnie na strzę­py. Ale ta odro­bi­na upo­rząd­ko­wa­nia wy­star­czy­ła: Monty, jak Ariel, pa­mię­tał.

Cza­ro­dziej po­wo­li pod­cho­dzi i do­ty­ka różdż­ką mojej ręki. Pa­mię­ta­my oboje: moje prze­ko­na­nie, że do­mo­wa SI jest żywa i ma prawo do uczuć – prze­ko­na­nie po­zwa­la­ją­ce jej wgrać się w moją świa­do­mość, w wolne miej­sce na cze­pie, na który ro­dzi­na nie po­zwo­li­ła mi za­re­je­stro­wać choć­by jed­nej gry. Mój przy­szły szef, który, jak 1% ludzi w na­szych cza­sach, ro­man­tycz­nie za­ko­chi­wał się tylko w nie­ist­nie­ją­cych struk­tu­rach SI. Uciecz­ka. Ariel. James. Ja.

Naj­lep­szy ty­dzień mo­je­go życia. A potem, cóż, zna­leź­li mnie i wy­ko­rzy­sta­li sta­tus Ariel jako za­re­je­stro­wa­nej nie­let­niej człon­ki­ni ro­dzi­ny, żeby wszyst­ko ze­psuć. 

– Już do­brze – mówi cza­ro­dziej. – Zaraz to wszyst­ko na­pra­wi­my. Ścią­gnę tu mo­je­go Jima. Mam plan. Mia­łam go od dawna.

 

Kiedy po­roz­ma­wia­li­śmy – ja, Monty i szef – i Monty z hu­kiem znik­nął, przy­szła pora na te­le­fon do ro­dzi­ny.

– Uniesz­ko­dli­wi­łem Monty’ego – mówi szef. – Sprawdź­cie. Już go nie ma w grze. Ale… tro­chę mnie to kosz­to­wa­ło. A co kosz­tu­je mnie, bę­dzie kosz­to­wać i was. Pod­pa­dłem w grze komuś, kto mnie może zna­leźć w realu i so­lid­nie skrzyw­dzić. Chcę do­dat­ko­wo bilet pierw­szej klasy do któ­rej­kol­wiek ko­lo­nii, naj­le­piej do Uto­pii.

–  Bilet na Marsa? – pyta z nie­do­wie­rza­niem Mar­le­ne. – Pan? Na­praw­dę?

– Nie żar­tu­ję – w gło­sie szefa jest od­po­wied­nia dawka zło­ści i groź­by. – Chcę swoją pry­wat­ną windę do nieba, nawet bez dział­ki i rzad­kich me­ta­li. Pa­mię­taj­cie, ile o was wiem.

– Mamy tu drob­ny kry­zys, ot, śmierć w ro­dzi­nie, nic po­waż­ne­go, ale zaj­mu­je czas. Za go­dzi­nę damy panu od­po­wiedź co do tych do­dat­ko­wych wa­run­ków – mówi zimno Mar­le­ne. – Niech pan za­no­tu­je dane do kon­tak­tu.

 

Ace’owie lubią za­ła­twiać spra­wy sta­ro­świec­ki­mi me­to­da­mi, za­miast więc wy­zna­czyć spo­tka­nie w envi­grze, ka­za­li za­dzwo­nić do sie­bie ko­mu­ni­ka­to­rem sprzed ćwierć wieku.

Szef kiwa głową. Wy­wo­łu­ję po­da­ny numer i po chwi­li na ekra­nie zja­wia się awa­tar dziad­ka: po­stać czci­god­ne­go star­ca, głowy rodu. Ro­de­rick Ace uśmie­cha się do­bro­tli­wie.

Włą­czam ka­me­rę i widzę, jak ten uśmiech znika z jego twa­rzy.

– Cześć, dziad­ku – mówię i pró­bu­ję uśmiech­nąć się tam­tym uśmie­chem, który na pewno pa­mię­ta. Wy­cho­dzi mi śred­nio, ale cóż, ciało po pię­ciu la­tach krio i re­im­plan­ta­cji oso­bo­wo­ści po­trze­bu­je nieco czasu na od­zy­ska­nie wszyst­kich funk­cji.

Szef, sto­ją­cy za moim wóz­kiem, macha do dziad­ka en­tu­zja­stycz­nie.

– Dzień dobry, panie Ace! – za­ga­ja uprzej­mie. – Jak się panu po­do­ba moja nie­spo­dzian­ka? Na pewno się pan cie­szy, że wasze pie­nią­dze po­szły na tak szczyt­ny cel! Jak to mówią, kto ra­tu­je jedno życie…

– Angel – mówi dzia­dek. Nie od­ry­wa ode mnie wzro­ku.

– Tak, to ja – po­twier­dzam. Widzę zszo­ko­wa­ne miny sto­ją­ce­go za dziad­kiem wuja Ran­dal­la, do­strze­gam gry­mas zło­ści i roz­po­zna­nia na twa­rzy Mar­le­ne. – Po na­pra­wach i drob­nym upgra­dzie.

– Daruj sobie spraw­dza­nie w kli­ni­ce – mówię, wi­dząc, jak Mar­le­ne sku­pia wzrok na trzy­ma­nym w dłoni urzą­dze­niu. – Prze­cież się nie przy­zna­ją, że mieli wła­ma­nie i że ktoś im ukradł po­jem­nik z krio­cia­łem. Już was po­in­for­mo­wa­li o mojej śmier­ci, praw­da? Za­ło­ży­li, i słusz­nie, że laik nie po­ra­dzi sobie ze sku­tecz­nym od­mro­że­niem osoby po­zo­sta­ją­cej w krio­śnie tak długo.

– Ale w envi­grach spo­ty­ka się róż­nych ludzi – mówi szef. – I za­wie­ra praw­dzi­we przy­jaź­nie, jak w życiu.

– Oraz wy­mie­nia różne usłu­gi – do­da­ję z uśmie­chem. – A jak się ma do dys­po­zy­cji mocną SI, trans­fer świa­do­mo­ści z cy­ber­no­śni­ka do pa­mię­ci też jest cał­kiem, hmmm, wy­ko­nal­ny.

Świa­tła w sa­lo­nie Ace’ów za­czy­na­ją nagle mi­go­tać zim­nym, nie­bie­skim bla­skiem.

– Ską­d­inąd, gdyby przy­szło wam do głowy nas ści­gać – do­da­je szef – to radzę pa­mię­tać, że głów­na SI ste­ru­ją­ca waszą po­sia­dło­ścią i, czego zu­peł­nie nie pla­no­wa­li­ście, zin­te­gro­wa­na ze wszyst­ki­mi wa­szy­mi grami, jest moją dziew­czy­ną. Zdol­na z niej be­stia i na­praw­dę szyb­ko się uczy, nie mó­wiąc o tym, że ostat­nio na­bra­ła, jak by to ująć, sa­mo­dziel­no­ści? Praw­da, Ariel?

Nad gło­wa­mi ze­bra­nych Ace’ów ma­te­ria­li­zu­je się po­stać cza­ro­dziej­ki w gwieź­dzi­stych sza­tach. W jed­nej dłoni ści­ska różdż­kę; drugą prze­sy­ła nam ca­łu­sa.

– Na nas już pora – mówi szef, lekko ski­nąw­szy do mnie głową. Koń­czę kon­takt se­kun­dę przed tym, jak i tak by się urwał.

– Zmy­ka­my jak szczu­ry – mru­czę. – I to nawet nie na Marsa.

– Szczu­ry – mówi szef – są praw­dzi­wy­mi spe­cja­li­sta­mi od prze­trwa­nia. Wiem, że Ariel jakby co nas ostrze­że, ale na jakiś czas le­piej znik­nąć Ace’om z oczu. Nie masz dość nie-ży­cia, Angel?

Kiwam głową.

– W re­zer­wa­cie ama­zoń­skim nikt nie po­trze­bu­je gre­tek­ty­wów – mru­czę.

– W re­zer­wa­cie ama­zoń­skim nikt nie bę­dzie szu­kać gre­tek­ty­wów – po­pra­wia mnie szef. – Znaj­dzie­my sobie coś no­we­go do ro­bo­ty. Po­dej­rze­wam, że ze mną ra­czej nie można się nu­dzić.

Pa­trzę na niego przez chwi­lę bez słowa, po czym wy­bu­cham pierw­szym od lat praw­dzi­wym śmie­chem.

Koniec

Komentarze

Znaleźli mnie i zabrali mnie z powrotem do domu. Próbuję uciekać. – wydaje mi się, że to drugie można spokojnie wywalić.

 

Hej, ninedin!

Nie lubię komentować jako pierwszy, ale mówi się trudno. 

Wiesz, mam dokładnie tak jak Ty. Lubię takie testy czytać, ale nie czuję się w najmniejszym stopniu kompetentny do ich pisania. I nawet zapewne nie porwałbym się na taki, jak ten. Więc gratulacje za odwagę :)

Uczucia mam mieszane, z czego zaznaczę, dominują jednak te pozytywne. I od nich może zacznę.

Coś, co mniej więcej do połowy tekstu mnie lekko wkurzało, a później uznałem za plus. Umiejętne i stopniowe odkrywanie kart. Jako przykład podam chociaż pierwszoosobowego narratora. Drażniło mnie, że nie wiem kim on jest. Mogłem przypuszczać, a Ty dawałaś poszlaki, aż w końcu się wyjaśniło. I ta droga, w której się tego dowiadywałem, była ciekawa i fajna. 

Podobała mi się również cała otoczka. Gra, w której wygraną jest działka na Marsie, połączenie interakcji ludzkich z funkcjonującymi gdzieś tam w przestrzeni świadomościami itd. 

No i na takie połączenie tych haseł chyba bym nie wpadł :)

Co mnie gdzieś tak osobiście ukłuło? 

To, że nie wszystko było dla mnie jasne. Miałem wrażenie, że gdy Angel natrafia w końcu za portalem na Ariel, to dostaje cudownego olśnienia i tak trochę z czapy stwierdza, że to jest ona. W sensie, że czytelnik wcześniej nie miał też więcej przesłanek, bo w zasadzie też mało o tej całej Ariel wiemy. To znaczy, coś tam wiemy, ale zachowujesz informacje w tajemnicy do końca niemalże. I generalnie nawet po wyjaśnieniach, nadal nie jestem przekonany, czy pojąłem te wszystkie zależności między szefem, świadomościami, rodziną itd. Ale to może nie być zupełnie Twoja wina, tylko moje ograniczenia poznawcze działające przy tego typu tekstach :)

Powodzenia w konkursie (kłania się i idzie do klikarni)

 

Bardzo mi się podoba idea człowieka przemieniającego się w SI – choć nie ukrywam, chętnie bym tego motywu poczytała więcej. Opowiadanie jednak chyba trochę ucierpiało na limicie – ma się wrażenie, że w pewnym momencie nie tyle traci oddech, ile dostaje zadyszki ;)

Mam nadzieję, że rozwiniesz ten świat bardziej, to taka bezpieczna, jak mi się wydaje, sf bliskiego zasięgu, bardziej zorientowana na psychologię i relacje człowiek-maszyna, niż bardziej zaawansowaną gadżeciarnię.

Oczywiście kupiłaś mnie Monty Christie’em, ale zupełnie szczerze przyznam, że tej postaci – przed twistem, którego nie będę spojlerować – przydałoby się więcej prezentacji i więcej epickiego rozmachu, bo pseudonim bardzo rozbudza wyobraźnię.

Jak dla mnie w relacji narratorki (nie wiem dlaczego, mam wrażenie, że to postać płci żeńskiej, bo w sumie nie ma wiele sugestii w tym kierunku, a imię też znane z kultury dwupłciowo) i “dużej” SI jest potencjał na solidne opowiadanie podchodzące pod mikropowieść, podobnie jak w wątku “stawania się” SI.

Klikam biblio, bo to porządnie napisane, choć niedosyt fabularno-bohaterski pozostaje. Jakieś drobiazgi w rodzaju zbędnego przecinka przed “niż” pewnie Ci ludzkość wyłapie, ja na komórce nie bardzo miałam możliwość robić notatki.

http://altronapoleone.home.blog

@Realuc: wyłapałeś idealnie to, co jest jak dla mnie głównym problemem. Tak, ta przed-finałowa scena z wyjaśnieniem jest słaba, deus ex machinowa i bez napięcia. No jest. A czemu jest? A dlatego, że pisałam całość w jeden dzień i już nie było czasu zrobić porządnie. Taka jest smutna prawda.

Ostatnio każdy tekst to dla mnie nie pisanie, a walka – z tym, żeby się zmusić i jednak napisać, i czasem przez to oznacza to “napisać na ostatnią chwilę”, i to jest ten casus. Jak się konkurs skończy, chciałabym nad tym tekstem popracować, już bez limitu czasu i znaków. Dziękuję za miłe słowa – zawsze je przyjemnie słyszeć :)

Rozumiem :) Trochę szkoda, bo zarówno w Twoim tekście, jak i Finkli, czuję ten sam pośpiech. W obu przypadkach ważne momenty/kwestie zostały spisane na szybko. A szkoda, bo teraz oba teksty są dobre, a gdyby były dopieszczone, to z pewnością przed dobre postawiłbym przynajmniej słowo,,bardzo" ;)

Takich mariaży sf/fantasy/cyber punk jest pewnie sporo, ale Twoje opowiadanie wyróżnia się, moim zdaniem, dzięki zgrabnie przeprowadzonej narracji pierwszoosobowej. Poprzez odniesienia do “ludzkich przyzwyczajeń” bohatera miałem wrażenie przyjęcia jego perspektywy. Akcja dość skomplikowana jak na tak krótki tekst, można dostać zawrotu głowy :)

Nie jestem językoznawcą, ale czy zamiast “Komisja Terraformerska” nie brzmiałaby lepiej “Komisja Terraformacyjna”?

 

Pozdrawiam!

 

U mnie nie dość, że na szybko, to jeszcze na źle zaplanowanych resztkach limitu, co też nie pomaga, niestety – tym scenom by się przydało ze 2-3k znaków dodatkowo, IMHO.

@Helmut: Dziękuję za miłe słowa!

“Nie jestem językoznawcą, ale czy zamiast “Komisja Terraformerska” nie brzmiałaby lepiej “Komisja Terraformacyjna”?“

Pewnie by brzmiało – dzięki za podpowiedź (a ja akurat jestem filolożką, choć nie polonistką, z zawodu XD)

Cześć, ninedin.

 

Dla mnie petarda połknąłem jednym tchem. Czytając przypominał mi się film “Player One” szukali tam easter egg, ale działka na marsie jest o wiele lepsza :D Wątek z Monty Christie’em totalnie mnie zaskoczył, daje do myślenia, że AI na bazie ludzkiej świadomości mogą być bardzo groźne. 

Witaj.

Opowiadanie tak niesamowicie nasączone fantastyką i rozbudowanymi wątkami niezwykłości światów, że jestem naprawdę pełna podziwu. Brawa! 

Fragment: za dużo zostało we mnie z człowieka, by widzieć świat dookoła w formie sekwencji znaków i cyfr ogromnie przypadł mi do gustu. 

Skoro nazywasz tę próbę “mocno niedoskonałą”, chowam głowę w piach ze wstydu, myśląc o moich żenujących tekstach. blush

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć, Ninedin!

 

Fajny pomysł na opowiedzenie historii od końca do początku i ciekawy sposób na splecenie ze sobą konkursowych haseł. Niestety, chyba nie do końca przekonała mnie konwencja sf, co jest bardziej kwestią gustu czytelniczego niż konkretnych braków. Dobiła mnie troszkę ilość szczegółów technicznych związanych z SI, ale tekst miał też parę ciekawych smaczków. Podsumowując, czytało się płynnie, ale czegoś zabrakło.

Pozdrawiam

@Pendrive: masz rację, powieść “Ready Player One” (bardziej ją niż wersję filmową) miałam gdzieś z tyłu głowy, wymyślając envigrę, choć chciałam, żeby była mniej wszechogarniająca niż tam – ale tego w ogóle nie nie widać, bo limit. Dzięki za miłe słowa!

 

@Bruce: dziękuję. Szalenie mi miło, ale ten tekst naprawdę wymaga poprawek – skoro widzę to ja, a nie tylko czytelnicy (autorowi jest trudniej zauważyć, że fabularnie coś jest nie tak, bo ma w głowie cały kontekst i dla niego pewne rzeczy są oczywiste…)

 

#odirin: dziękuję za wizytę! Nie każdy musi lubić wszystkie konwencje – ja SF KOCHAM jako czytelniczka, jako autorka podchodzę do niej z lękiem i poczuciem, że nie wiem, czy w ogóle umiem – więc całkowicie rozumiem twoje podejście. I oczywiście masz rację, że czegoś zabrakło – mnie jako autorce w sumie najbardziej czasu na dopracowanie tekstu, który byłby dzięki temu fajniejszy dla czytających…

No, faktycznie zwariowany tekst. Poleciałaś swobodnie.

Widać, że limit cisnął, przydałoby się więcej wyjaśnień, IMO. Pośpiech też trochę widać.

Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to tego, że stary i cholernie bogaty klan zastosował taką kiepską strategię. Niepotrzebnie zantagonizowali nawet własnych członków. Jak można było pozwolić, żeby ktoś taki przejął domową SI? W ten sposób są otwarci na przestrzał na każdy atak.

Jeśli wskrzeszenie/wybudzenie bohaterki jest takie łatwe, to dlaczego rodzina tego nie zrobiła wcześniej?

Babska logika rządzi!

Muszę przyznać, że nieco gubiłam się w tym opowiadaniu, pewnie przy drugiej lekturze nieco bardziej bym się odnalazła. Ciekawe połączenie haseł, sama koncepcja gry całkiem intrygująca ;) Zabrakło mi też jakiegoś mocniejszego akcentu na koniec.

Podobała mi się narracja w czasie teraźniejszym, konsekwentnie prowadzona. Bardzo na plus odbieram też „growe” słowa (gretektyw, gramywacz, groszust itd.), robią klimat ;)

Zauważyłam, że po wielu dialogach zapisujesz narrację (nie didaskalia) małą literą i bez kropki po wypowiedzi. Wyłapałam kilka przykładów:

 Ale woleliście mnie puścić wolno i móc szantażować – szef nie wygląda na zdenerwowanego, raczej rozbawionego.

– Jak rozumiem, za coś, czego nie może pani zrobić legalnie? – szef uśmiecha się w sposób, którego nauczył się ode mnie.

– Flagowy projekt nie wypalił? – szef zdejmuje nogi ze stołu, siada wygodnie, nie spuszczając wzroku z idealnie wymodelowanej twarzy Marlene.

– Dobrze, dobrze – szef macha ręką.

– Nie omieszkam – Marlene kiwa głową i wychodzi.

– Też tak sądzę – kiwa głową.

– Sprawdź to, proszę – szef nie daje się sprowokować.

– Hej? – głos jest niepewny, obcy.

– Nie żartuję – w głosie szefa jest odpowiednia dawka złości i groźby.

 

Poza tym zauważyłam jeszcze brak kropki w jednym zdaniu ;)

(…) tłukąc szkielety 24/7, by wychynąć jako pierwszej klasy czarnoksiężnik

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Już dawno nie czytałem dobrego opowiadania w narracji pierwszoosobowej. Zwykle sięgają po nią początkujący, by ułatwić sobie podbijanie dynamiki ze skutkiem różnym. U Ciebie zamysł był pewnie inny – tu zgaduję, że chodził o tzw. imersję w tekst? Jeśli tak, to udało się pierwszorzędnie :]. 

Fabularnie natomiast bardzo mi się podobało to, że nie odkrywasz kart od razu i nie ma ani jednego infodumpu. Mimo to, akcja jest cały czas zrozumiała i w żadnym momencie nie miałem wrażenia takiego ślizgania się po szkle i braku punktu oparcia dla wyobraźni. Wszystko, co można wyłapać mimochodem z dialogów i bardzo oszczędnej narracji wystarcza, żeby sobie zbudować ten obraz w głowie. 

Zazdroszczę, bo sam tak nie potrafię :D. 

 

pozdrawiam 

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

@Nati 13 – 89: dziękuję za poprawki, oczywiście są słuszne i naniosę je zaraz po konkursie. Co do gubienia się w narracji – mea culpa. Jak pisałam już w poprzednich komentarzach – brakło mi przy tym tekście czasu na jego doszlifowanie i dokończenie, brakło też trochę znaków. Mam w planach, po zakończeniu konkursu, solidne tego tekstu przepracowanie.

 

@MordercaBezSerca: wow, dziękuję za tak wysoką (choć w mojej własnej opinii nie całkiem dla mnie zasłużoną) ocenę. Ogromnie się cieszę, że się podobało.

asteroidów

Asteroidy to rodzaj żeński, więc nie powinno być: asteroid? 

 

Znaleźli mnie i zabrali mnie z powrotem do domu

Powtórzenie. 

 

Kurcze, chyba będę musiał przeczytać to opowiadanie jeszcze raz! 

Czego tu nie było: wirtualne światy, kolonie marsjańskie, sztuczne inteligencje, transfery świadomości, wskrzeszenia… I jakoś tak się złożyło, że wszystko do siebie pasuje. Właśnie takie teksty miałem nadzieję czytać w tym konkursie. 

Swiatotworstwo dość klasyczne, używasz elementów znanych w gatunku, ale po raz pierwszy obserwuję je w takim nagromadzeniu i jakimś cudem nie powoduje to uczucia przesytu. 

Nawet przeciwnie, czuję pewien niedosyt, choć rozumiem rygor limitu, który był ograniczeniem. Czuję go, bo nie dane było nam zobaczyć bitwy na magię, pewne wydarzenia toczyły się w takim tempie, że można było się zgubić i przez to początkowo informacja o Angelu wydała mi się dezorientująca (do tej pory nie wiem, co się stało, że nawiązał relacje z gretektywem), ale jakoś to wszystko połączyłem w całość. 

Tekst jest barwny i świat ma spory potencjał, wart więcej niż jednego opowiadania. 

 

@Gekikara Bardzo dziękuję za tak wysoką ocenę – tym bardziej, że ja sama czuję niedosyt. Cóż, jestem sama sobie winna: zabrałam się dzień przed konkursem i brakło mi czasu nie tyle na poprawki, co na sensowne przemyślenie, gdzie skrócić, żeby tę magiczną bitwę (miałam ją w głowie) jakoś zmieścić. Mam plan, żeby tekst rozbudować i/lub coś jeszcze w tym uniwersum napisać, a po takich miłych słowach będę mieć dodatkowy bodziec, by to zrobić!

Poprawki wprowadzę zaraz po konkursie, dziękuję!

Ja też klikam bibliotekę :) Tekst inny niż te do których Twojego autorstwa przywykłam, ale czy gorszy? Z pewnością nie :) Podoba mi się szaleństwo i brak jakichkolwiek ograniczeń, które czuć niemalże w każdym zdaniu Twojego opowiadania. Zgadzam się z pozostałymi, że stworzony przez Ciebie świat zasługuje na rozwinięcie. Pozdrawiam serdecznie.

@katia72

Dziękuję! Cieszę się, że ci się podobało i jestem wdzięczna za zachętę do dalszej pracy nad tym światem.

Na wstępie przyznam, że pogubiłem się mniej więcej na DZIEŃ -7, ale na szczęście przed końcem znowu się odnalazłem.

 

Przeczytałem opowiadanie dwukrotnie, bo choć wszystkie potrzebne informacje odnośnie ważnych postaci znajdują się w tekście, musiałem mieć obraz całości żeby wiedzieć, czego właściwie szukam. Być może faktycznie limit w tym przypadku okazał się nieco krzywdzący bo opowieść czytało mi się bardzo dobrze i gdyby nie wymagania konkursowe, nie pogniewałbym się na dodatkowe wyjaśnienia. 

 

Rozmaite wariacje i mieszające się konwencje to moim zdaniem najmocniejszy punkt opowiadania. Osadzenie wszystkiego w grze komputerowej sprawia, że nawet najbardziej absurdalne połączenia nie będą nie na miejscu. Taka konstrukcja świata wprowadza też duże pole do dalszych zabaw z konwencją, a jednocześnie stanowi fajny powiew świeżości. 

 

Dodatkowy plusik za wymyślone terminy – szczególnie przypadła mi do gustu envigra, chociaż taki groszust też ładnie brzmi

Cześć ninedin :)

 

Twój tekst pojawił się jako ostatni w konkursie i kiedy czytałem po kolei, to nie mogłem się doczekać, kiedy dojadę do Twojego. Bardzo ciekaw byłem, co zrobisz z tymi hasłami, które wybrałaś.

Początek masz mocno chandlerowski, co mnie nieco zdziwiło, gdzieś zwizualizował mi się samorzutnie “Łowca androidów”, jakie echa simmonsowego “Hyperiona” zabrzmiały nawet.

Przygody gretektywa w świecie gry są fajnie pulpowe, ten potwór z asteroidy, jak z SW, co było skojarzeniem jeszcze bardziej naturalnym z powodu Harrisona Forda (zarówno Hana Solo, jak i Deckarda z BladeRunnera). No i doktor Jones (serio, H. Ford tutaj rządzi :)), który okazuje się być taką, swego rodzaju strzelbą Czechowa, która wypaliła gdzieś w tle, nikt nie widział, ale skutki wystrzału są nad wyraz dobrze widoczne. Świetne.

Końcówka jest niestety najsłabsza, gdzieś ktoś o deus ex machina wspominał. Choć, to nie do końca też tak, bo sam motyw jest dobry, a Tobie jedynie brakło miejsca w limicie, żeby móc go mocno uwarunkować i pozwolić mu zakorzenić się głębiej w fabule.

Trochę też się pogubiłem w pewnym momencie z postaciami. Ale to może być wina późnej pory, choć to trzymanie czytelnika do samego końca bez bardziej konkretnej wiedzy, kim są Ariel, Monty i Angel, też jakąś rolę na pewno odegrało ;)

Reasumując: moim zdaniem to bardzo dobre, zajmujące opowiadanie. Me gusta :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dobre, smakowite opowiadanie! Naprawdę miło było przeczytać.

Obmyśliłaś ciekawą, inspirującą fabułę, chociaż nie wszędzie jest klarowna, wydaje się zgrzytać w szczegółach. Nie wiadomo na przykład, jakim sposobem Angel (wyobrażałem sobie, że to mężczyzna, ale po lekturze komentarzy przyznaję, że było to chyba pochopne) trafia w kopii awaryjnej do szefa, skoro ginie czy popada w śpiączkę wskutek nieudanej próby ucieczki z rodzinnego domolochu. Podobnie: jest jasne, że Ariel hakuje grę jako Monty, aby zmusić Ace’ów do wezwania na pomoc gretektywa i dzięki temu odzyskać z nim kontakt. Jest więc zdolna do przemyślnych, abstrakcyjnych działań, a jednak opisujesz ją jako “dziką, szaloną i bardzo, bardzo zagubioną”, to moim zdaniem nie pasuje.

Stawiasz nieco ciekawych pytań o rozwój technologii i jego skutki. Osobiście wprawdzie przypuszczam, że prędzej doczekamy się farmakologicznego zahamowania starzenia niż wirtualnego zapisu człowieka. Co do “silnej AI”, jak Ariel, nie jest zupełnie pewne, czy prawa natury w ogóle pozwalają na stworzenie czegoś podobnego (pytanie o mechanizm powstawania świadomości), ale to kwestia marginalna. Przypuszczam raczej, że paradoksalnie miałaby niewiele zastosowań – większość sytuacji przedłoży wyspecjalizowaną słabą AI, ślepe narzędzie, nad świadomy byt obwarowany przepisami i problemami moralnymi, który potrafi zrobić wiele rzeczy, ale zapewne nie aż tak dobrze. A kiedy już niektórzy ludzie czuliby zainteresowanie takimi postaciami, to chyba nie na zasadzie romantyzmu i równorzędnego partnerstwa; wybacz pesymizm, ale przypuszczam, że częściej braliby je sobie za niewolnice i niewolników. Tak czy inaczej, z przyjemnością zapoznałem się z Twoją wizją świata.

Jeszcze króciutka łapanka; zdaję sobie sprawę z Twojego przygotowania filologicznego, ale mimo wszystko wychwyciłem parę drobiazgów.

żeby bocznymi drogami dotrzeć Ariel

Dotrzeć do Ariel.

siedzący w tym biznesie od zawsze, nie wpadli na to, że, choć szanse są małe, może znaleźć się gracz

Napiszemy że choć: dwóch wskaźników zespolenia nie rozdziela się przecinkiem.

by wychynąć jako pierwszej klasy czarnoksiężnik

Machnął różdżką i chyba przez to zniknęła kropka na końcu zdania.

za bardzo pamiętam ciało, żeby konceptualizować śmierć inaczej, niż w bólu

Przed niż raczej nie powinno być przecinka, skoro tutaj nie rozdziela zdań mających odrębne orzeczenia.

widzę swoje śmierćrodziny

Czy powinienem wiedzieć, czym są śmierćrodziny, czy to celowe zastosowanie słowa dającego raczej odczucia niż znaczenie, czy wreszcie zwyczajna pomyłka?

 

Mam nadzieję, że uwagi się choć trochę przydadzą, ale zaznaczam jeszcze raz – naprawdę mi się podobała ta lektura. Czy planujesz może kiedyś kontynuować cykl o mniejszościach ontologicznych?

Pozdrawiam,

Ślimak

Nowa Fantastyka