- Opowiadanie: Realuc - Szeptuch i wiadro pełne bimbru

Szeptuch i wiadro pełne bimbru

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Szeptuch i wiadro pełne bimbru

Siedzę w poukładanej do zrzygania łepetynie księciunia z narcystycznymi ciągotkami. I już teraz wiem, że długo będę to odchorowywał. Ale praca to praca. Zdążyłem się przyzwyczaić, że nie ma na tym świecie istoty, która nie miałaby zrytego czerepu. Czasem są to mniejsze, a czasem większe skrzywienia, ale nikt nie chciałby wiedzieć, co niekiedy myśli taki dzikołak, leśniowij, baglin czy chmurniak. Ja to wiem, dlatego tak dużo bimbru żłopię. Muszę o tym wszystkim w jakiś sposób zapomnieć.

Czas wziąć się za robotę. Idę, to znaczy księżulek idzie, ale to ja, jako sternik jego myśli, kieruję ciężkimi nogami. Oglądam kamienne miasto, w którym jestem po raz pierwszy w życiu. A jeszcze do wczoraj myślałem, że wykonując swoją pracę zwiedziłem już wszystkie zakątki świata, poznając przy tym wszystkich jego mieszkańców. Skalniacy należą jednak do niemal legendarnej grupy etnicznej, która zaszyła się w nieprzebytych Górach Świetlistych. Dobrze, że w swej naturalnej postaci posiadam skrzydła, bo inaczej byłoby krucho z dostaniem się tutaj. Generalnie, nie ma czego podziwiać. Chałupy z kamienia, sklepy z kamienia, wieże z kamienia, no i sam zamek również z tegoż samego budulca.

Zatrzymuję się przed wielkimi wrotami. W królewskiej komnacie czeka już moja hipotetyczna małżonka oraz dwóch kandydatów do jej ręki. Tak, ja jestem tym trzecim. Ze szlachetnego rodu skalniaków północnych. I, niestety, jestem przystojniakiem. Przynajmniej w rozumieniu skalniakowych dziewoi, ma się rozumieć, bo dla mnie każda ich gęba wygląda jak płaski kamień, któremu ktoś dorobił dłutem kilka otworów. Dlaczego niestety? Bo moje zadanie polega na tym, aby księżniczka wybrała sobie innego kandydata, a tak się składa, że zadurzyła się we mnie. To znaczy w pięknisiu, którym teraz steruję. A że nikomu nie jest na rękę połączenie tych akurat rodów, to i zleceniodawca szybko się znalazł. No i hojną sumkę zaoferował. U skalniaków, o zgrozo, to babki mają decydujące zdanie, więc innego wyjścia widocznie nie znaleźli. 

Dobra, nim rozpocznie się akcja, sprawdźmy, czy wszystko przygotowałem.

Pachy wysmarowane łojem szczurokreta? Są.

Godzinne żucie odchodów pieseła? Zaliczone.

Wytarzanie kamiennego cielska w błotnistej zagrodzie chrumoli? Również.

No, to chyba wszystko. Księżniczka ma ponoć bzika na punkcie czystości i dbania o siebie, więc transformacja narcyza we flejtucha i śmierdziela powinna wystarczyć, aby zmieniła zdanie. W ostateczności zawsze mam ze sobą niezastąpioną broń. Język!

Pcham stalowe wrota, uchylają się ze zgrzytem. Pewny siebie idę w stronę tronu, przy którym czekają już konkurenci i luba. Ławy po bokach są zajęte do ostatniego miejsca. Kamienne twarze skupiają się teraz tylko na mnie. Czas rozpocząć przedstawienie!

– Przepraszam za spóźnienie, ale wiecie, jak jest. Lubię o siebie zadbać i takie tam.

Ruszam się energicznie i z rozmachem, aby zapaszki szybko dały o sobie znać. Staję obok dwóch typów, różniących się od siebie chyba tylko warstwą startej, kamiennej pięty. Ojczulek księżniczki, czyli król, siedzi na kamiennym tronie i mierzy mnie wzrokiem, który niczego nie sugeruje. Obejmuję dłoń wybranki i mówię, szeroko otwierając gębę:

– Jak tam, kamyczku? Wybrałaś już dawno temu, więc zakończmy te formalności.

Zbliżam usta do jej ust, ale gwałtownie się cofa. To nie mogło się nie udać.

– Coś ty ze sobą zrobił!? Wyglądasz i śmierdzisz jak żebrak…

Teraz doskonale wiem, skąd wzięło się powiedzenie: kamienna twarz. Gdyby nie słowa, nie dostrzegłbym u niej żadnych emocji. 

– A widzisz, piękna. To moje prawdziwe oblicze. Tamtego księcia udawałem, żeby cię sprawdzić. – Improwizuję, bo lubię.

– Sprawdzić? Co masz na myśli?

Odeszła ode mnie już dobre kilka kroków. Zaraz wpadnie na strażnika, nadzieje się na halabardę i tyle z tego będzie. Trzeba nieco uspokoić sytuację.

– Czy pokochasz mnie takim, jakim jestem naprawdę. A jestem właśnie taki. – Pokazuję dumnie na swoją ubłoconą, kamienną pierś.

– Skandal! Ten nikczemnik nie jest godzien prosić tę niewiastę o rękę! – wtrąca się nagle jeden z kandydatów.

– Racja! Bezcześci królewską komnatę smrodem, brudem i lekceważącym tonem! – dodaje drugi, ten z mocniej wytartymi piętami.

– Córo, czyż nie widzisz, kto przed tobą stoi? Toż to łachudra i biedak jakiś, a nie książę z dobrego rodu. Powiedz tylko słowo, a każę go stąd wyprowadzić.

No, już prawie się udało. Tylko dlaczego ona tak długo zwleka?

– Ale… te wszystkie noce… Jeśli naprawdę tak mocno mnie kochasz, jak żeś wtedy mawiał, może jestem w stanie przeboleć…

Zaraz, zaraz, co ona plecie!? Trzeba szybko coś z tym zrobić, tego się nie spodziewałem!

– Nie tak znowu mocno. Pijany byłem to i bełkotałem to i owo.

– Pijany? Przecież trunki nie działają na nas w żaden sposób – mówi księżniczka, a ja walę głupim łbem o wewnętrzną ścianę czaszki księcia. Jak mogłem zapomnieć, że skalniacy to wieczni abstynenci! Czas zmienić taktykę. Jedziemy na grubo.

– To taka metafora była. W rzeczywistości chodzi o to, że nie byłem z tobą szczery. Chciałem tym samym powiedzieć, że… Wolę facetów, do jasnego groma!

Nastaje cisza. Król dźwiga ciężki zad i czeka, aż córka wyda rozkaz. I tak się w istocie dzieje:

– Zabierzcie mi go z oczu! I nie, nie dlatego, że wolisz mężczyzn. – Teraz chyba przeszywa mnie tymi pustymi, wyżłobionymi w kamieniu oczodołami. Czuję nawet lekki dreszcz. – Zbyt wiele tych kłamstw. Nie zniosę tego dłużej, złamałeś mi serce!

Och, brzmi poważnie. Czyżbym sprawił komuś przykrość? Częsty efekt uboczny mojego zawodu. Za dwa dni przestanie gryźć mnie sumienie, w czym pomoże brzdęk wypełnionej sakiewki i domowy bimberek.

– Ależ kamyczuszku. Kamyczuszeńku kamyczkowaty najdroższy ty mój…

Chcę brzmieć poważnie na sam koniec. W końcu był to jeden z zapisów umowy. Wszystko ma wyglądać wiarygodnie.

– Dosyć tej farsy! Straże, wyprowadzić go! – drze się król. Nareszcie.

Opuszczam królewską komnatę ciągnięty przez dwóch halabardników. Płacz księżniczki słyszę nawet za zamkniętymi mi przed nosem wrotami. No cóż, chciałem załatwić wszystko łagodnie, a wyszło, jak zawsze. Daleko mi do subtelności i wyrachowania, i chyba najwyższy czas się z tym pogodzić.

Nagle salę opuszcza skalniak w czarnym płaszczu. Zrzuca z głowy kaptur i po chwili orientuję się, że to mój zleceniodawca. Jego to chociaż wyróżnia blizna, a raczej rysa, na kamiennym policzku.

– Chodź za mną – mówi sucho.

Nie brzmi na zadowolonego, a przecież zadanie wykonałem. Cóż, taka ich natura. Wchodzimy po spiralnych schodach na pustą wieżę obserwacyjną. Piękny widok. Jeśli ktoś lubi góry.

– Spartoliłeś! – Skalniak wymachuje łapskami.

– Że niby czemu? Doszło do ceremonii i księżniczka odrzuciła mnie z własnej woli, wedle umowy. – Tak było, prawda?

– Wedle umowy miałeś być wiarygodny! Gdyby zależało mi tylko na pozbyciu się tego oto księcia, to bym go ubił w ciemnej alejce albo otruć kazał! Jak się wieści rozniosą, że się tak jegomość skompromitował, to się skalniacy północni domyślą, żeśmy coś majstrowali. A potem się wkurzą i może nawet wojna będzie. Przez ciebie! Na połowę mieszka nie zasługujesz!

A w jaki niby wiarygodniejszy sposób miałem pozbyć się zakochanej we mnie po kamienne uszy damy? I to podczas jednego spotkania? Gdybym zlecenie dostał wcześniej to i możliwości byłoby więcej. No cóż, trzeba jakoś udobruchać ponuraka.

– Spokojna twoja twarda łepetyna. Mam jeszcze dodatkowe atuty, o których niekonieczne możesz wiedzieć.

Jestem niemal pewien, że drgnęła mu powieka. Czyli wychodzę na wygraną pozycję.

– Co masz na myśli?

– Oprócz tego, że wymażę księciuniowi pamięć z tego dnia, co było zawarte w umowie, mogę również wkleić w to miejsce inne wspomnienia. Przykładowo takie, że w drodze do zamku potknął się i wpadł do zagrody chrumoli, a księżniczka w świetle zamkowych świec nie wyglądała już tak zjawiskowo, jak w ciemnej komnacie. No i okazała się zainteresowana tylko wierzchnią warstwą kandydatów, nie zaś ich wnętrzem. Wystraczająco wiarygodny scenariusz?

Skalniak długo mieli te informacje, po czym pyta:

– I, jak rozumiem, książę niczego nie będzie podejrzewał?

– Będzie święcie przekonany, że to jego wspomnienia. Nikt się nie kapnie, słowo specjalisty! Ale to nie są tanie rzeczy. Należałoby się drugie tyle.

Zleceniodawca wali pięścią w mur. I tak wiem, że ustąpi, gdyż targować się to uczyła mnie babka. A ona potrafiła wymienić jednego kuraka na willę z prywatną służbą.

– Oszalałeś!? Sam zawaliłeś, a teraz żądasz dodatkowej zapłaty za naprawienie szkód!?

Już się nie wysilaj. Nie masz innego wyjścia.

– Nie śmiałbym niczego od waćpana żądać. Jeno propozycję składam. Mogę wziąć połowę sumy i odlecieć, ale wtedy grozi wam wojna, albo wziąć tej sumy podwojoną wartość, tym samym zapewniając wam spokój. No to jak będzie?

Długo czekać nie muszę. Skalniak ze złością ciska mi pod nogi dwa mieszki wypełnione monetami i zostawia mnie na szczycie wieży. No i gra gitara. Zadanie wykonane, a i wyszedłem na nim całkiem nieźle. Czas wracać do swojego drzewa, zapalić, wypić, odzipnąć. Ustawiam w głowie księcia to, co obiecałem, i opuszczam w końcu jego łeb. Nim dochodzi do siebie, lecę już nad górskimi szczytami energicznie poruszając skrzydełkami, dźwigając dwa wypełnione mamoną wory.

 

 

*

 

Nareszcie w domu.

Kawał świata musiałem przelecieć z tej skalnej krainy. Teraz jednak siedzę na gałązce, dyndam nóżkami i pykam kółeczka z sosnowej fajeczki. Uwielbiam swoją wszechstronną miejscówkę. Drzewo nie jest wysokie, za to pokaźnie rozłożyste. W dolnej dziupli znajduje się pomieszczenie, które nazwałem meliną. To tam oddaję się rozpustom wszelakim. Tam piję, zajadam leśne specjały od dziaduszków lub zabawiam się z nimfeletkami. Mniej więcej w połowie drzewa znajduje się dziupla numer dwa, która z kolei jest moim gabinetem. Tam podpisuję umowy i udaję poważnego gościa, którym przecież jestem, nie? W dziupli numer trzy, tej blisko korony, urządziłem sobie przytulne gniazdko. Wygodne wyro, królicze pampuszki, świece zapachowe i takie tam.

W oddali dostrzegam wróżkę, która przecina pomarańczowe niebo. Pełno ich tutaj, a ja za każdym razem, gdy tylko je widzę, śmieję się z ewolucji i wszystkiego tego, co spowodowało, że jestem jaki jestem. Bo przecież wiele się od tej latającej dzieweczki nie różnię. Przynajmniej jeśli chodzi o rozmiar, figlarne skrzydełka oraz buciki z wydłużonym szpicem, z których wystają długie, zielone skarpetki w groszki. Reszta to już jednak moje widzimisię. Na głowie zawsze noszę ulubiony, słomiany kapelusz, a w tylnej kieszeni spodenek, zamiast magicznej różdżki, wielofunkcyjny scyzoryk. Czasami nie jest łatwo przebić się do czyjejś głowy przez mur z woskowiny albo przez inne przeszkody. Najważniejszą różnicą jest jednak to, że ja, w przeciwieństwie do nich, mam coś między nogami. I nie, nie jestem męską wróżką! Podręcznikowo nazywa się mnie szeptuchem, choć ja wolę mówić o sobie władca umysłów. Brzmi może mniej swojsko, ale za to jak dostojnie!

Dzyń, dzyń.

Kogo tu przywiało, na wszystkie biesaki!? Przecież zawiesiłem tabliczkę z informacją, że na urlopie jestem! Wychylam łebek i patrzę w dół. U podnóża drzewa stoi włochaty stwór. Ma długie kły i śmierdzącą sierść, która drażni mój mały nosek nawet z takiej odległości. Innymi słowy, dzikołak jak malowany. Tylko ten dziwny tatuaż na wygolonym ramieniu z czymś mi się kojarzy…

– Te, szeptuch, gdzie żeś jest? Wciskam to dziwne coś, jak każe strzałka, i nic. Piniondze oferuję. Dużo piniondzów.

Znam ten akcent. Trybiki łączą go z wytatuowanym niedźwiorożcem i wszystko staje się jasne. To dzikołak ze wschodu. Z Rusałkowa. Ech, nie przepadam za ich gburowatością i ogólnym prymitywizmem. Najchętniej udałbym, że mnie nie ma, bo zapewne czytać to on nie potrafi, to by się nie kapnął. Ale zawodowa ciekawość mi na to nie pozwala.

– Chwila, momencik! Przecież się nie rozdwoję! – odkrzykuję i wciągam dym do płuc. Nie lubię marnować dobrego towaru.

Nieproszony klient uparcie naparza w dzwonek, jakby miało to cokolwiek przyspieszyć. No co za dziki, bezmózgi i nieokrzesany typ. Choć akurat jeśli chodzi o to urządzenie, to ma prawo nie wiedzieć, z czym ma do czynienia. Przywiozłem je z krainy zwanej potocznie maszynolandem, która odgrodziła się od reszty świata setki lat temu i rozwija się we własnym trybie. Mają tam niezłe bajery, a jako że byłem w tamtych stronach już kilka razy, zaopatrzyłem się w to i owo. No i nieco przesiąknąłem ich rozwojem, przez co używam na co dzień słów, których nikt tutaj nie rozumie. Ale, mimo wszystko, nie przeprowadziłbym się tam na stałe. Wolę swojskość, naturę i swobodę, nawet, jeśli rezygnuję tym samym z wielu codziennych udogodnień.

– Niech was krew zaleje i piorun kulisty trzaśnie, ni mom całego dnia! W polu trza robić!

No dobra, ostatni dymek i zlatuję na dół.

– Bry. Wolne mam, tak gwoli ścisłości, ale znajcie me dobre serce. Zapraszam na pięterko.

Do dziupli numer dwa wywozi nas winda własnej roboty. Kiedyś było odwrotnie. To znaczy dziupla numer dwa była tam, gdzie teraz jest dziupla numer jeden. W praktyce jednak melanże na wysokości okazały się marnym pomysłem. Wchodzimy do gabinetu. Dzikołak usadawia się w czerwonym fotelu, który dzięki specjalnemu zaklęciu (kiedyś odwiedziła mnie taka jedna seksowna czarowróżka), dostosowuje się do rozmiaru użytkownika. Zgrzytam zębami, bo wszystko umorusa! Ale cóż, klient nasz pan. Tylko w jaki sposób ten prosty chłop uzbierał mamonę na tak drogą i ekskluzywną usługę? Na sprzedaży kartofli można się aż tak dorobić? Siadam za biurkiem.

– Do rzeczy. Moje pięć minut jest cenniejsze, niż twoje całe życie – mówię mało grzecznie, ale szczerze.

Dzikołak wywala na blat pokaźny wór. Towarzyszący temu brzdęk dobrze robi moim zmysłom.

– Pińcet dam. Cały dorobek pradziada, dziada i mój.

No dobra, za tyle to mogę i przesunąć urlop.

– Kto jest obiektem działań i jakich skutków oczekujesz?

Mina dzikołaka mówi tylko tyle, że ten niewiele zrozumiał z mojego pytania, ale chyba przynajmniej się domyślił.

– Hrabia Silvanis z Pięciojeziora. Jemu trza we łbie pokiełbasić.

Hm, raz tam byłem. Ładne rejony. Woda, piasek, palmy i ciemnoskóre nimfeletki. W zasadzie można połączyć pracę z wypoczynkiem…

– A cóż wspólnego macie z kimś na tak odległym od waszego zakątku świata? – pytam, gładząc się po długiej, rudej brodzie. W zasadzie mnie to nie obchodzi, ale ciekawski jestem z natury.

– Wspólnego? Nic. Ale mom pewne informacje, jakoby ten zamożny wielce baglin miał wziąć udział w takim jednym, jak to się gada, turnieju. Na miejscu sami bogacze, co to szastają piniondzami na prawo i lewo, a nawet na prosto i do tyłu. Zakłady stawiać będą i wyzwania sobie stawiać. Hrabia ma wygrać i zgarnąć majątek. Tyle.

Tak sobie nagle myślę, bez związku ze sprawą, że przydałoby się powiększyć tę dziuplę. Dzikołak musi się mocno garbić, aby nie walić łbem o sufit, choć dla mnie pomieszczenie jest ogromne.

– Zazwyczaj mam komuś zaszkodzić, nie odwrotnie, więc gdzie haczyk?

Swoją drogą ciekawe, że wszelkie istoty rozumne pragną najczęściej niepowodzenia innych, które to przyniesie im jakieś korzyści, a przecież można innymi sposobami zdobyć to drugie pomijając to pierwsze. Chyba można, bo nigdy się nad tym nie rozwodziłem.

– Wygraną hrabiego przejmę ja. Ty zaś zrobisz tak, aby myślał, że piniondze w jeziorze utopił, albo coś podobnego. 

Zaiste, błyskotliwy plan. Choć ja miałem w głowie tysiąc lepszych. Gdyby tylko szeptuch mógł wykorzystywać swoje zdolności poza zawieranymi umowami, już dawno byłbym ustawiony do końca życia. 

– A skąd pewność, że zwyczajnie sam jej nie przywłaszczę? – Sprawdzę jeszcze jego skrytą pod włochatym łbem bystrość.

– Bo nie pozwala ci na to, ta… no… etry… etmy…

– Etyka zawodowa – kończę, bo jeszcze mózg mu eksploduje. Fakt faktem, skurkowaniec ma rację. Przygotował się i zna moje możliwości, ale też ograniczenia. Jestem jaki jestem, ale bycie szeptuchem zobowiązuje do przestrzegania zawartych umów. Babka mawiała, że jak się takową złamie, to w jednej chwili zostaje się kupką szeptuchowego gówna. A ja zwyczajnie wolę nie sprawdzać, czy miała rację, bo to mądra kobieta była.

– No to panie, jak będzie? – Dzikołak wyraźnie się spieszy. Po cóż dbać mu o te kartofle, skoro zamierza zrealizować tak niecny, knuty przez trzy pokolenia plan?

– No dobra. Ale dwieście pięćdziesiąt zostawiasz od razu.

– Stoi.

Podsuwam mu odpowiednie pisemko, ale jako, że pisać oczywiście nie potrafi, za obopólną zgodą stawiam podpis za niego. Dzikołak opuszcza dziuplę, a ja zgarniam monety do żelaznego sejfu. Właściwie to już nie pamiętam, na co teraz zbieram, ale zawsze znajdzie się coś wartego uwagi. Potykam się o myszolika. Małe, marudne stworzonko, które lubi dręczyć mnie swoim gadulstwem. Ale przynosi mi leśne dragi, na których świetnie się zna, więc w zamian pozwalam mu się tu pałętać i czasem nawet nocować.

– Nie masz żadnych skrupułów? – piszczy upierdliwie.

– W czym widzisz problem?

Szukam w szafie luźniejszych ciuszków, gdyż w Pięciojeziorze lubi mocno grzać.

– W niczym. Sam jestem złym myszolikiem. Zastanawiam się tylko, jak to jest z tobą. I myślę sobie, że to przez samotność masz taką znieczulicę. Tyle świata zwiedziłeś, w tylu głowach siedziałeś, a w zasadzie jesteś sam. A gdyby tak coś zmienić? Nie wolałbyś wykorzystać swego daru, aby czynić dobro? Nie mówię o bezinteresowności, ale tak ogólnie? Nie gryzą cię żadne wyrzuty sumienia? Nie myślisz nigdy nad tym, że twoja praca krzywdzi innych? Nie masz moralnych oporów, aby…

– Ej, mały, przestań pitolić. Robię swoje i basta. To tradycja, a z tradycją nie staje się w szranki. Jak się nie podoba to wynocha do innego drzewa.

Nigdy nie dotykały mnie uczucia innych, ale tak to już bywa, jak jest się szeptuchem. Są profesje, w których znieczulica i brak empatii są wymogiem koniecznym. I zwyczajnie nie mam zamiaru tego roztrząsać. Samotność, też mi coś. Co ten gryzoń może wiedzieć o samotności…

– E tam, zaraz nie podoba. Leć już do tych ciepłych krain, a ja przejmuję chatę.

I tak też mam zamiar uczynić. Tylko znajdę jeszcze takie jedno cudeńko z maszynolandu, zwane okularami przeciwsłonecznymi.

 

 

*

 

 

Siedzę w starej i zapajęczonej łepetynie hrabiego Silvanisa. Zamożny staruszek cierpi już na zaniki pamięci i inne problemy istot w podeszłym wieku, ale dziś znowu może poczuć się jak młody Bóg. Dzięki mnie, rzecz jasna. Bagliny to jedne z najdłużej żyjących stworzeń, a przy okazji też jedne z najinteligentniejszych. Małe, garbate, ze spiczastymi uszami i długimi, krzywymi nosami, a mimo to skarbce mają wypchane po brzegi. Ale ja to akurat od zawsze twierdziłem, że brzydota idzie w parze z kasą. Powód jest dość prozaiczny. Nie trzeba się uganiać za babami, bo i nie ma się w tym względzie większych szans, więc można skupić się na interesach. A jak już mieszek ma się pełny, to i dla wielu pań brzydota staje się zupełnie niewidzialna.

Siedzimy przy okrągłym stole. To znaczy ja, czyli hrabia Silvanis, i siedmiu innych arystokratów. Mają na sobie kolorowe, atłasowe szaty, złote pierścienie z wielkimi rubinami na paluchach i srebrne talizmany z wygrawerowaną ósemką zawieszone na chudych szyjach. I wyglądają na niezłych cwaniaczków. Jest jeszcze rzępolący w kącie minstrel, na którego wołają Mortecianis, oraz donosząca wino i przekąski służąca, o jakże śmiesznym przezwisku, Japkiewka. 

– No to co, panowie, zaczynamy? – odzywa się siedzący naprzeciwko mnie baglin z siwą kępką włosów na czubku głowy.

– Zaczynamy – odpowiadam jako pierwszy, bo nie mogę doczekać się ich min, gdy to ja wszystko zgarnę.

Tasowanie kart, rozkładanie, rozdzielanie kości. Dzikołak gadał o jakimś turnieju, a na miejscu szybko się okazało, że to zwykły hazard. Tak zwana Loża Ośmiu, w skład której wchodzi, a jakżeby inaczej, ósemka najbogatszych baglinów z Pięciojeziora, raz na cztery lata urządza sobie takie tajne spotkanko, na którym jedni roztrwaniają swoje majątki, a inni je pomnażają. Ja dzisiaj mam być oczywiście tym drugim.

Przysuwam na skraj stołu swoje kości, biorę do pomarszczonej dłoni karty. Rozsuwam, lustrując to, co zesłał mi los. Już niegdyś w to grałem, tak więc zasady nie są mi obce. A szczęściu dopomogę na swoje sposoby. Dobra, co my tutaj mamy… Potwór drzewny, ptak wodny, głaz Ihun, dwa księżyce, kościana muszla i zakrzywiony sztylet. Całkiem nieźle. Po krótkim namyśle wystawiam na blat głaz Ihun, który obroni mnie przed ewentualnym atakiem w następnej rundzie. Reszta również wykłada swoje karty i na komendę siwego baglina, wszyscy rzucamy kośćmi. Wypadło mi dziewięć oczek. Szału nie ma, ale dwóch konkurentów ma mniejsze wyniki, co ratuje moją kartę. Póki co spróbuję pograć uczciwie.

Kolejne wyłożenie, kolejny rzut. Mój ptak zdobywa dla mnie dwie dodatkowe karty.

Następna runda. Kości mnie lubią. Potwór drzewny płonie co prawda w ogniu wiwernosmoka, ale zdąża połamać gnaty wojownikowi słońca.

Mija runda za rundą, a ja całkiem nieźle sobie radzę. 

Krótka przerwa. Jesteśmy na tarasie pełnym egzotycznych kwiatów i zapachów. Za marmurową balustradą widnieje spokojne, błękitne jezioro. Upijam łyk cierpkiego wina, które jest uważane tutaj za napój dla wybranych, a to zwyczajne paskudztwo. Najlepsze trunki serwują w Chmurnym Mieście, stolicy chmurniaków, w której zawsze się zatrzymuję, gdy tylko nadarza się ku temu okazja. A tak poza tym to jestem zwolennikiem domowych wyrobów. Zresztą mam zamiar wykorzystać swoją niewiarygodnie mocną, odporną na procenty szeptuchową głowę w finale.

– Ostatnie dwie rundy, panowie. A potem rozstrzygamy dzisiejsze starcie – oznajmia baglin w purpurowej szacie.

No to jedziemy z tematem.

Przedostatnią rundę chyba zawalę, bo przeklęty baglin siedzący po mojej lewej przejrzał moje zagranie i posyła muszlę do czarnego portalu. Dodatkowo wypadły mi tylko cztery oczka, przez co muszę poświęcić zakrzywiony sztylet, którego nie zdążyłem użyć.

Ostatnia runda. Och, z tego chyba coś będzie! Rozwalam kartę przeciwnika z demokotami, a na kościach widnieje tuzin oczek. Czyżbym…

– Do finału przechodzi hrabia Silvanis oraz hrabia Tuvin! Powodzenia, panowie.

Ha, doszedłem do finału całkowicie uczciwą grą! Tak się wkręciłem, że nawet nie myślałem o oszukiwaniu. Teraz jednak trzeba zagrać w końcu po swojemu. Na stole czekają pięknie zdobione sakiewki, w których znajdują się monety przegranych graczy. Wśród nich są też akty własności zamków wraz z ziemią, winnic, a nawet niewolników. Generalnie, uzbierała się niezła pula. Hrabia Tuvin to ten z siwą kępką na łepetynie. Od początku jego wąskie oczka wydawały mi się niezwykle przebiegłe.

Czas rozpocząć plan i wygrać finał z przytupem!

Mamy ciągnąć tylko jedną kartę i rzucić tylko jedną kostką. Nie mają teraz znaczenia umiejętności, doświadczenie, nic. Tylko szczęście się liczy. No to mu pomóżmy! Baglin w purpurowej szacie tasuje finałowe karty, stawia na środku stołu.

– Hej, panowie, widzieliście to!? – mówię nagle, zrywam się z krzesła i podchodzę do balustrady. Reszta robi to samo. W tym też momencie wylatuję z głowy Silvanisa. Mam jakieś dziesięć sekund, zanim ten odzyska świadomość. Szybko wygrzebuję z talii kartę, na której mi zależy, kładę ją na samej górze i wracam migiem do wnętrza hrabiego.

– Niczego nie widzę – stwierdza Tuvin.

No, teraz już z górki.

– Ach, przepraszam. Wzrok już nie ten, musiało mi się coś przewidzieć – mówię spokojnie i wracam do stołu.

– Dobrze, rzućcie kośćmi. Gracz z większym wynikiem ciągnie jako pierwszy – przypomina reguły wyjątkowo garbaty baglin.

– Nie trzeba. Oddam pierwszeństwo hrabiemu Silvanisowi.

Travis uśmiecha się pod krzywym nosem, a ja uśmiecham się pod czaszką Silvanisa. Dziadyga zachował się dokładnie tak, jak przewidziałem. Przez całą grę ciągnął jako ostatni, myśląc, że przynosi mu to fart. Zawsze tak gra, czego dowiedziałem się robiąc rozeznanie przed misją. No to masz baglinie placek!

– Jak tam chcecie – odpowiadam, udając beznamiętność.

Biorę kartę, obracam, kładę na stół.

Szczerzący zęby skrzatnik. Dokładnie tak, jak być miało.

– Och, no proszę! Decydujesz się wykorzystać tę niezwykle rzadką kartę przechwałki, hrabio Silvanisie, czy rezygnujesz z niej i ciągniesz drugi raz? – pyta prowadzący finał baglin.

Postanawiając ją wykorzystać, muszę wymyślić sobie z pozoru niewykonalne zadanie, które przeciwnik może, ale nie musi zaakceptować. Jeśli je wykonam, to wiadomo, wygrana moja. Zaraz będzie ubaw!

– Korzystam – oznajmiam i splatam dłonie pod spiczastą brodą, udając zamyślenie.

Travis mruży skośne oczka i czeka na moją propozycję. Jakieś pozory trzeba stworzyć, ale nie będę już przedłużał, bo przecież wszystko miałem zaplanowane.

– Moja przechwałka brzmi następująco. Wypiję wypełnione po brzeg bimbrem, tamto oto dębowe wiadro.

Wskazuję na stojące obok wielkiej donicy naczynie. Wszyscy wyłupiają oczy, choć Travis nie wydaje się zdumiony.

– Jakim bimbrem? – dopytuje przeciwnik.

Wyciągam spod szaty cztery zakorkowane butelki. Baglin otwiera jedną z nich, moczy palucha, oblizuje. Otrzepało go, aż miło.

– Zgadzam się – stwierdza bez namysłu.

No i gra gitara. Przelewam wszystko do wiadra, w istocie zapełniając go niemal do pełna. Jest to moja sprawdzona ilość krytyczna. Czyli ilość, po której wypiciu jestem jeszcze w stanie kierować umysłem obiektu zlecenia, a własne skrzydełka wciąż mnie słuchają.

No to chlup.

Piję łapczywie, nie przerywając, jakbym pił wodę. Tak gwoli ścisłości, wszystko wypijam ja. Jako szeptuch, znaczy się. Wątroba hrabiego by przecież tego nie wytrzymała, ale nie ma zmartwienia, gdyż nie poczuje nawet jednego procenta. Ostatnie hausty i odstawiam wiadro na stół.

– Puściutkie – mówię dumnie. Kołacze mi się mocno, ale wszystko pod kontrolą.

– Niesamowite – zadziwia się jeden z baglinów.

– Pewnikiem zaraz grzmotnie o podłogę i skona! – stwierdza drugi.

Travis łamie ostentacyjnie palce i mówi z zagadkowym uśmieszkiem na twarzy:

– To nie koniec. Chcę wykorzystać prawo do podwojenia stawki.

Co on bredzi!?

– Panie Travis, oferuje pan, że wypije dwa wiadra bimbru? – pyta któryś z członków loży.

– Dokładnie tak. O ile hrabia Silvanis zapewni mi odpowiednią ilość tegoż samego trunku, aby nikt nie zarzucił niesprawiedliwości.

Niech to! Nie znałem tego prawa! Może dlatego, że nikt nigdy z niego nie korzysta. Ale co mi tam! Żadna żywa istota nie jest w stanie wypić więcej, niż szeptuch. Wpadnie pod stół w połowie pierwszego wiadra i tyle. Wyciągam spod szaty (nie wiem, na co im tyle kieszeni, ale przydały się) osiem butelek i rozkładam w rządku na blacie. Miały być na jutrzejsze plażowanie, ale trudno.

– Przezorny zawsze ubezpieczony. Proszę bardzo. – Głupiec zaraz skonfrontuje swoją dumę z rzeczywistością.

Travis nie czeka. Przelewa bimber do wiadra i zaczyna pić. Niech go wijce zeżrą! Żłopie zupełnie nie jak baglin! Opróżnił właśnie pierwsze wiadro, oblizuje wargi, uśmiecha się głupkowato. Nie robi przerwy. Powtórnie napełnia naczynie i przechyla. Toż to jakieś czary-mary chędożone!

– Puściutkie – mówi radośnie, odstawiając opróżnione po raz drugi wiadro na stół.

Nie myślę nawet, czy istnieje też prawo do potrojenia stawki, bo przecież znam swoje możliwości. Hrabia Travis łapczywie zagarnia całą pulę w swoją stronę, a ja gapię się na jego siwą kępkę, chcąc znaleźć wśród pojedynczych, pokrzywionych włosków odpowiedź na pytanie:

Co tu się przed chwilą odbaglinowało!?

 

 

*

 

 

Siedzę na gałązce, dyndam nóżkami i pykam kółeczka z sosnowej fajeczki.

Nie mogę się napatrzeć na nowe trofeum, które zdobi wejście do dziupli numer dwa. Co prawda nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek ukatrupię kumpla po fachu, ale sam się prosił. Ze mną się nie pogrywa! Mam nadzieję, że te skrzydełka i malutka czaszka skutecznie odstraszą przyszłych kombinatorów.

Nie wiem, czy doszedłbym do prawdy, gdybym w pewnym momencie przez przypadek nie dostrzegł jak szeptuch opuszcza łepetynę Travisa. Nie udało mi się go złapać od razu, bo nieco chwiejnie w tamtym czasie latałem, ale znalazłem go kilka dni później. Nie było to problemem, gdyż szeptuchów na świecie jak na lekarstwo. Konkurent miał pod swoją strefą wpływów cały wschód, a przyjmował nigdzie indziej, jak w Rusałkowie. Dzikołaka, który mnie odwiedził, również tam spotkałem, ale ten niczego rzecz jasna nie pamiętał. Był wszak tylko obiektem wykorzystanym przez przebiegłego oszusta.

Tajemnica wypicia dwóch wiader bimbru szybko przestała być tajemnicą. Nie od dziś wiadomo, że ci z Rusałkowa to najmocniejsze łby mają, a szeptuch z tejże krainy to już kompilacja niebywała. Tak czy siak, zaskoczyłem skurwysynka. Zanim odrąbałem małą główkę, wyznał, że wkręcił mnie, aby się zemścić. Ponoć kiedyś tam podkradłem mu zleceniodawcę, który należał do jego strefy wpływów. Poczuł się urażony, więc postanowił zagrać z grubej rury i uknuł plan, w którym zawalam zlecenie. A niewykonanie umowy dla szeptucha jest czymś, co dla chcącego zaimponować dziewoi brak wzwodu w kluczowym momencie. Ujma do potęgi nieskończonej!

No i co? Przez chwilę, przy tamtym stole na pięknym tarasie, myślałem, że moja wieloletnia kariera runęła. Że nie podniosę się z tego upadku. Że popadnę w depresję i zapiję się na śmierć. Niespodzianka, losie!

– Byłem pewien, że prędzej czy później, kogoś takiego jak ty dopadnie w końcu karma. A tu proszę, pozbawiona skrupułów męska wróżka łapie w rączki kolejne szczęśliwe zakończenie. – Myszolik zaczepia mnie z sąsiedniej gałęzi.

– E, uważaj na słowa, durny gryzoniu, bo jeszcze dziś skończysz nad paleniskiem! I idź lepiej czym prędzej do boru szukać szkarłatnika niebieskiego. Dziś świętuję, a od jutra zaczynam w końcu urlop. I tym razem wylatuję na długo, choć jeszcze nie wiem, dokąd.

Tak, to jest teraz moje jedyne zmartwienie. Gdzie się udać na zasłużony wypoczynek. Choć chyba nie ma co sobie tym głowy zawracać. W końcu, jak mawiała babka:

Wszędzie dobrze, gdzie dzban pełen.

Dyndam nóżkami, pykam kółeczka z sosnowej fajeczki i jest pięknie. Dlaczego miałoby być inaczej?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

No i gra gitara! laugh

Zdanie: 

nie ma na tym świecie istoty, która nie miałaby zrytego czerepu

powinno stanowić motto na każdy dzień dla każdego typowego człowieka. laugh

Wtedy wszystko jest łatwiejsze. wink

Przeczytałam jednym tchem! 

Znam już Twój styl na tyle, aby z góry spodziewać się prawdziwej uczty literackiej! Brawa! Humor, język, zwroty, porównania, argumentacje, metafory, dialogi – genialne! Doskonały tekst, gratulacje za naprawdę niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju styl!

Z technicznych dostrzegłam:

nie znaleźli.z

 

Pozdrawiam. ;)

 

Pecunia non olet

bruce, cześć :)

Dzięki za pierwszy komentarz no i wielce cieszy mnie, że tak Ci się podobało :) A z tym mottem to masz rację. Pisząc ten fragment odnosiłem się raczej ukradkiem do rzeczywistości, bo przecież każdy z nas ma jakieś skrzywienia, czyż nie? devil

Pozdrawiam! 

Od razu tak to właśnie odczytałam. :)

Pozdrawiam moim ulubionym z “Trójkąta Bermudzkiego”:

Zdrów! laugh

Pecunia non olet

Cześć!

 

Lekkie i przyjemne. :) Wchłonąłem na raz i nieźle się bawiłem. Przyznaje, że fabuła mnie nie powaliła, ale język, światotwórstwo i bezczelność głównego bohatera nadrabiają niedosyt związany z historią. I dla jasności – nie ma w niej nic złego, jest logiczna, trzyma się kupy. Po prostu nie w moim typie. :D Trochę też gryzł mnie ten fragment:

 

Niech to! Nie znałem tego prawa! Może dlatego, że nikt nigdy z niego nie korzysta.

Taki cwaniak, a zasiadł do gry bez pełnej znajomości zasad. :D Jak to mówią – nieznajomość prawa szkodzi. :D

 

Ogólne wrażenia jak najbardziej na plus. :)

 

Powodzenia w konkursie i pozdrawiam!

Cześć!

 

Świetna kreacja świata, a główny bohater to ewidentnie wredna menda ;). Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością i jednym tchem, ale mam lekki niedosyt, bo na zakończenie spodziewałam się bardziej doniosłego wyczyny po władcy umysłów.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Ok, jestem i pędzę do odpisywania!

 

Adku, 

Dzięki za komentarz. Super, że tekst dobrze się wchłonął i przy okazji ubawił :) Fabuła, jak to fabuła. Komuś pasuje bardziej, komuś mniej. Nie siliłem się na przeskoki akcji i inne fajerwerki, gdyż skupiłem się na elementach, które zresztą fajnie wypisałeś. 

Taki cwaniak, a zasiadł do gry bez pełnej znajomości zasad. :D Jak to mówią – nieznajomość prawa szkodzi. :D

Zasady znał, jeno ten jeden aspekcik mu umknął, gdyż był niemalże archaiczną zasadą, używaną raz na sto lat :P No i nikt nie jest idealnym cwaniakiem w 100%, gdzieś błąd w końcu popełnić musiał, choć i tak się odegrał.

Ogólne wrażenia jak najbardziej na plus. :)

Miło słyszeć ;) Dzięki i pozdrawiam również!

 

Silvo,

I przybyła w ulewie ze swym kotem, milczeniem swym w obłęd autora wprowadzając… 

No to mnie masz już z głowy ;)

 

Alicello,

Super, że czytanie okazało się przyjemnością. Co do zakończenia, nie chciałem właśnie wprowadzać patetyczności, jeno uczynić je takim zwykłym i swojskim. Ot, odegrał się, fajeczka i urlopik. Taki był zamysł. Myślę, że w tym konkursie pojawi się wiele doniosłych wyczynów innych charakterów, więc nic straconego ;)

Dzięki za komentarz!

No wujek samo zło z tego mikrusa.

Czytało się świetnie. Dodatkowo, po raz pierwszy czytając Twoje opowiadanie, nie rozważałam pocięcia się, więc i to na plus;)

Tylko księżulek mi nie pasuje, bo mi się kojarzy z księdzem. Nie lepiej książątko?

Ambush, hej! Ha, niezmiernie cieszę się z faktu, że w końcu mój tekst nie nawoływał do samookaleczeń :D Ej, rzeczywiście z tym księdzem! Tak w ogóle to tam miał być: KSIĘCIUNIO. Panowie w czarnych szatach to wszędzie się wetkną… Zmienię to jak lapka dorwę. Dzięki!

Realuc umie w humor :D

 

Przeczytałem wczoraj wieczorem, ale nie miałem siły już pisac komentarza.

Podoba mi się postać szeptucha, jest bardzo taka, nie wiem, wredna, cyniczna, cwaniacka? No, socjopata z nie niego :) Do tego fajne i ciekawe światotwórstwo, które gdzieś się czai w kontekście, wypływając tu i ówdzie na wierzch. Jeden tylko fragment mnie zmęczył, a mianowicie ten, w którym szeptuch opisuje swoje domostwo, biuro i przyległości – taki troszkę infodumpowy się zdał, ale nie jest to coś, co nazwałbym wadą, a raczej łagodnym potykaczem ;)

Największym zgrzytem, jaki mi się nawinął pod oczy, jest motyw z zemstą tego drugiego szeptucha. Niby wytłumaczyłeś to w logiczny sposób, dlaczego on podpuszczał bohatera, ale coś mi nie gra do końca z tą porażką. Skoro bohater nie wygrał rękami lorda, ale nie dlatego, że nie wypełnił powierzonego mu zadania, tylko z powodu machinacji drugiego szeptucha, to żadnej ujmy nie ma. Skoro szeptuch numer dwa wszedł w nieświadomego niczego dzikołaka, zlecił zadanie, a następnie za sprawą własnych knowań uniemożliwił wykonanie zlecenia, to o porażce bohatera wiedziałby jedynie szeptuch numer dwa. A taka porażka, to w zasadzie nie porażka i nie żadna ujma – przecież odebrał zlecenie nie od dzikołaka, tylko od tego drugiego. Kurde, nie wiem jak to wytłumaczyć, ale coś mi tutaj cały czas zgrzyta, siedzi gdzieś z tyłu głowy i nie chce wyleźć.

Ale ogólne wrażenie bardzo pozytywne.

 

PS. Zwierzątko przynoszące dragi jest jeszcze lepsze od bohatera. Chcę takie :D

PS2. Ten wink w kierunku morta i japkiewicza fajny.

PS3. Masz w tekście kilka momentów, które może nie sprawiły, żebym zarżał ze śmiechu, ale banan na twarzy wykwitł i nie chciał zejśc przez dłuższą chwilę.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć, Outta.

A i ja mam banan na twarzy, czytając taki komentarz ;)

Realuc umie w humor :D

Raduje mnie to wielce, gdyż w końcu chciałem spróbować się w czymś weselszym :P

A z tym zgrzytem to już Ci tłumaczę, bo wiele opisałeś, a w zasadzie w moim mniemaniu problemu nie ma :D Już tłumaczę. Piszesz:

Skoro bohater nie wygrał rękami lorda, ale nie dlatego, że nie wypełnił powierzonego mu zadania, tylko z powodu machinacji drugiego szeptucha, to żadnej ujmy nie ma.

A w tekście piszę:

…Poczuł się urażony, więc postanowił zagrać z grubej rury i uknuł plan, w którym zawalam zlecenie.

oraz

No i co? Przez chwilę, przy tamtym stole na pięknym tarasie, myślałem, że moja wieloletnia kariera runęła. Że nie podniosę się z tego upadku. Że popadnę w depresję i zapiję się na śmierć. Niespodzianka, losie!

Drugi szeptuch nie miał przecież w planie zostać odkrytym to raz, a dwa, szeptuch numer jeden stwierdza, że tę ujmę poczuł tylko w tym jednym, krótkim momencie, gdy jeszcze myślał, że poprostu zawalił zlecenie. Potem już chodziło tylko o zemstę. Mam nadzieję, że udało mi się rozwiać wątpliwości ;)

PS2. Ten wink w kierunku morta i japkiewicza fajny.

A i do Silvy przecież jest :P

 

Dzięki Outta za poświęcony czas, pozdrawiam!

 

Drugi szeptuch nie miał przecież w planie zostać odkrytym to raz, a dwa, szeptuch numer jeden stwierdza, że tę ujmę poczuł tylko w tym jednym, krótkim momencie, gdy jeszcze myślał, że poprostu zawalił zlecenie. Potem już chodziło tylko o zemstę. Mam nadzieję, że udało mi się rozwiać wątpliwości ;)

A, rzeczywiście, masz rację. To pogrubione przez Ciebie rozwiązuje sprawę i usuwa wątpliwości co do porażki (a raczej jej braku) szeptucha numer jeden.

Known some call is air am

No i gra gitara laugh

Przyjemne i humorystyczne opowiadanie :). Główny bohater jest tak sympatycznie (w moim mniemaniu przynajmniej) opisany, że przez długi czas zastanawiałem się, kto tu jest tym złym. W ogóle jest to chyba jak dotąd jedyny konkursowy tekst, który, spełniając kryteria, kończy się…dobrze? Nie wiem jak to określić. 

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Minstrelu Morteciusie, miło, żeś tak szybko zajrzał :)

 

Oliada, 

Przyjemne i humorystyczne opowiadanie :)

Takież było jego przeznaczenie, więc cieszę się, że się spełniło ;)

 

Główny bohater jest tak sympatycznie (w moim mniemaniu przynajmniej) opisany, że przez długi czas zastanawiałem się, kto tu jest tym złym.

Hm, a to ciekawe :D Miał być raczej, że pozwolę sobie zacytować innych komentujących:

Podoba mi się postać szeptucha, jest bardzo taka, nie wiem, wredna, cyniczna, cwaniacka…

Świetna kreacja świata, a główny bohater to ewidentnie wredna menda…

 bezczelność głównego bohatera nadrabiają…

Jak widać, każdy inaczej postrzega sympatyczność :D Ale w zasadzie, przecież można być chyba równocześnie sympatycznym i wrednym, prawda? :P

 

W ogóle jest to chyba jak dotąd jedyny konkursowy tekst, który, spełniając kryteria, kończy się…dobrze?

Jeśli dobrze zrozumiałem założenia konkursu, to właśnie te kryteria mówiły o tym, aby właśnie los złego charakteru dobrze się zakończył.

 

Dzięki za komentarz!

 

Hail Discordia

Witaj, ostatni z Trójcy!

Jak widać, każdy inaczej postrzega sympatyczność :D Ale w zasadzie, przecież można być chyba równocześnie sympatycznym i wrednym, prawda? :P

Jasne, i właśnie taki wydał mi się Szepciuch. 

Jeśli dobrze zrozumiałem założenia konkursu, to właśnie te kryteria mówiły o tym, aby właśnie los złego charakteru dobrze się zakończył.

Miałem na myśli dobrze jako pozytywnie dla czytelnika. Zwycięstwo antagonisty cieszy (mnie przynajmniej).

Nie ma to jak odpowiedź po trzech dniach :D

Pozdrawiam

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

Ubawiłem się świetnie. Nie jestem zbyt domyślnym czytelnikiem, więc twist z dwoma szeptuchami na końcu mnie pozytywnie zaskoczył, chociaż dajesz wskazówki w tekście. Główny bohater jest tak świetnie opisany, że trudno nie darzyć go antypatią. Wszystkie jego wypowiedzi i wtrącenia wręcz ociekają jadem, mały #!&#! jest wredny, cyniczny i zarozumiały, a mimo wszystko jako czytelnik nie życzyłem mu źle. Lektura była prawdziwą przyjemnością.

 

 

Oliada,

lepiej późno niż wcale, więc konsekwencji za tę opieszałość wyciągać nie będę :P

 

Fladrif,

Niezwykle się raduję z Twych słów :) Chyba największym wyzwaniem w tym tekście było stworzenie bohatera, który właśnie mimo swej wredności i innych cech z pozoru negatywnych, będzie dał się w jakiś sposób lubić. I wielce mnie cieszy, że czytając kolejny komentarz mogę stwierdzić, iż w pewnym stopniu się to udało.

 

Pozdrawiam!

Miło z Twojej strony :D

Książki powinny wywoływać emocje – ale nigdy znudzenie

wink

Fajnie się czytała, uśmiechnęło mi się. Nie wiem tylko, czy Cię nie zdyskwalifikują, bo przez ten humor bohater nie wydaje się straaasznie zły ;) On jest raczej cwany, cyniczny, ale jako bardzo złego go nie odebrałam.

Podobał mi się świat, gatunki, które wymyśliłeś. Zakończenia się nie domyśliłam, więc byłam przyjemnie zaskoczona. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do niego wwrócisz :)

Klik oczywiście :)

 

PS. Po tytule myślałam, że spotkam męskiego odpowiednika szeptuchy :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irko :)

 

Nie wiem tylko, czy Cię nie zdyskwalifikują, bo przez ten humor bohater nie wydaje się straaasznie zły ;)

Bo nie chciałem, aby był zły tak na zewnątrz. Czyli nie ma mordowania i innych takich, jest za to sprawa sumienia, która przewija się w tekście kilka razy. Czyli bezrefleksyjnie wykonuje swoją pracę, nie zważając przy tym na szkody czynione innym. Brak empatii i podejście po trupach do celu dla mnie wpisuje się w pojęcia zła, może nie jakiegoś wielkiego, ale jednak ;)

 

Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do niego wwrócisz :)

Szczerze powiedziawszy, polubiliśmy się, więc kto wie :)

 

PS. Po tytule myślałam, że spotkam męskiego odpowiednika szeptuchy :)

Naturalne skojarzenie. Ja z kolei skojarzyłem sobie słowo szeptucha/szeptuch z kimś, kto szepta nam w czerepie. W zasadzie i szeptucha, o której myślałaś, mąci ludziom w głowach, więc wychodzi na to samo :P

Dzięki za komentarz i klik!

 

 

 

 

Cześć, Realuc,

no i masz babo placek! Nie napiszę co prawda, że mi się nie podobało, ale teraz wiem, że lepiej wychodzą ci teksty emocjonalne niż frywolne. Przypomniałam sobie teraz “Dwa wcielenia…” i zdecydowanie taki klimat bardziej do ciebie pasuje (do twojego stylu). Bo Szeptuch jest świetny (o tym zaraz), lecz nie wpadłabym na to, że to twoja robota. Nie w kontekście, że potrafiłeś napisać coś zupełnie inaczej, ale nie było tutaj tej wciągającej charakterystyczności. Aleee… Cieszę się, że “wyszedłeś ze strefy komfortu” (brr…)

 

Szeptuch jest fajny! Mam nadzieję, że więcej będzie takich niepoważnych tekstów konkursowych, bo łatwiej dzięki temu poczuć cokolwiek pozytywnego do złola. Polubiłam oczywiście bohatera, choć w ogóle nie myślałam o nim jako “tym złym”. Nie jest to wada ani niezgodne z konkursem, bo Szeptuch ewidentnie jest zły, ale po prostu nie oburzył mnie ani nie skalał mojej moralności. Sam pomysł na świat jest świetny, te “męskie wróżki” i wchodzenie do głowy.

Jak chodzi o styl to, jak już napisałam, wolę “tamtego” Realuca, choć tutaj, w porównaniu do poprzednich tekstów, nadrabiasz dialogami. Nie chodzi mi, że Szeptuch jest gorzej napisany, po prostu, imho, ładniej wychodzą ci emocjonalne zdania.

 

 

 

Zgrzytam zębami[+,] bo wszystko umorusa!

 

– A cóż wspólnego macie z kimś na tak odległym od waszego zakątku świata? – pytam[+,] gładząc się po długiej, rudej brodzie.

 

Dzikołak opuszcza dziuplę[+,] a ja zgarniam monety do żelaznego sejfu. 

 

Toż to jakieś czary mary chędożone!

Upewniłam się i tak, powinien być tam łącznik, a więc “czary-mary”. 

 

 

Powodzenia!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Lano, cieszę się, że tutaj dotarłaś, mimo niemałej z pewnością listy tekstów do przeczytania :)

Nie jest to może zupełnie pierwszy taki mój tekst, ale rację masz, że bardziej komfortowo czuję się w innego rodzaju historiach. Być może właśnie to wyczuwasz w zdaniach. Mimo wszystko, czas spędzony na pisaniu tego opowiadania uznaję za wielce udany, a i jestem z tego tekstu nawet zadowolony, co rzadko się zdarza. 

Generalnie nie jestem pewien, czy mam coś, co nazwałaś strefą komfortu. Oczywiście, pewniej czuję w pewnego typu opowieściach i stylach pisania, ale równocześnie lubię eksperymentować i przekraczać niezbadane granice. 

Cieszę się zatem, że się podobało, mimo iż nie znalazłaś tutaj tej wciągającej charakterystyczności :)

Pozdrawiam i dzięki!

 

Cześć

– Zabierzcie mi go z oczu! I nie, nie dlatego, że wolisz mężczyzn.

Uuu… było blisko ;]. Znowu by się rozdarło, że fantastyka taka niepostępowa :P. 

 

Gdyby zależało mi tylko na pozbyciu się tego oto księcia, to bym go ubił w ciemnej alejce albo otruć kazał! Jak się wieści rozniosą, że się tak jegomość skompromitował, to się skalniacy północni domyślą, żeśmy coś majstrowali. A potem się wkurzą i może nawet wojna będzie.

Lekko się zsiękozowawszy :D.

 

Już się nie wysilaj. Nie masz innego wyjścia.

Zapis myśli, w której narrator zwraca się do kogoś innego niż czytelnik – może warto zapisać inaczej niż normalną narrację? Się potknąłem :]. 

 

W oddali dostrzegam wróżkę, która przecina pomarańczowe niebo.

Dopiero po chwili się jorgnąłem, że ona je przecina lotem :]. W pierwszej chwili myślałem, że nożyczkami, albo nożem. Ale to dlatego, że za dużo bizzarro ostatnio :] 

 

 

Potwór drzewny płonie co prawda w ogniu wiwernosmoka, ale zdąża połamać gnaty wojownikowi słońca.

Nie do końca jestem pewien, czy w takiej formie jest prawidłowe. 

 

A tera, co mię się podoba: wszystko :D

 

Kawał dobrej roboty z kreacją postaci, świetne opisy, ciekawa fabuła, bardzo fajna narracja, i to pierwszoosobowa, a to rzadkość. Dobre, panie, dobre :D. Zakończenie troszkę przewidywalne, ale raczej na zasadzie satysfakcji w stylu: ha! Ja wiedziałem, że tak będzie!

Gratulacje!

 

pozdro

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Morderco, powiadają, żeś serca pozbawiony, a Twój komentarz wielką radość mi sprawił :)

Cieszę się, że tyle Ci się podobało. Nad sugestiami poprawek przysiądę niebawem.

Co do narracji, to powiem Ci, że kiedyś byłem przeciwnikiem pierwszoosobowej, ale z czasem mi się odmieniło. Teraz w zasadzie to właśnie w niej najlepiej się czuje pisząc.

ha! Ja wiedziałem, że tak będzie!

Przed oczami ukazał mi się pewien hodowca kurczaków w żółtym golfie. Prawidłowe skojarzenie? :P

Dzięki za komentarz,

pozdro

R

ha! Ja wiedziałem, że tak będzie!

Przed oczami ukazał mi się pewien hodowca kurczaków w żółtym golfie. Prawidłowe skojarzenie? :P

Tak kazała mi ciocia! <tum-dum dum> :P

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

buhahah

Master of masters : J.R.R.Tolkien

Iluvatharze, odbieram to za pozytywny rodzaj śmiechu ^^

Sympatyczny tekst.

Nie chcę Cię martwić, ale bohater to bardziej łotrzyk i cwaniaczek niż prawdziwy złol. To w końcu nie on wymyśla zlecenia. Polubiłam gościa.

Humor i mrugnięcia do jurków na plus.

Ja też się potknęłam na księżulku.

– Oprócz tego, że wymarzę księżulkowi pamięć

Ojjjj. Wstydź się. Wymarzona pamięć? Na pewno to miałeś na myśli?

Babska logika rządzi!

Hej, Finklo.

 

Nie chcę Cię martwić, ale bohater to bardziej łotrzyk i cwaniaczek niż prawdziwy złol. To w końcu nie on wymyśla zlecenia. Polubiłam gościa.

Zło ma tysiąc twarzy :) Może być większe, może być mniejsze, a z pewnością nie jest jednoznacznie określone. No i owszem, nie on zlecenia wymyślał, ale bezrefleksyjnie je wykonywał, nie zważając na losy istot, do łbów których się wdzierał. 

Ojjjj. Wstydź się. Wymarzona pamięć? Na pewno to miałeś na myśli?

Nie :( Idę pod ścianę wstydu…

Dzięki Finklo za komentarz. Szkoda, że sympatyczność i polubienie bohatera nie wystarczyły do kliczka, ale jakoś to przeboleję, wszak jestem człekiem przyjmującym takie sytuacje na klatę… (dobywa topór mając przy tym dziwnie makabryczne myśli).

Pozdrówka

Gdyby nie ten ortograf, to bym klikała.

Babska logika rządzi!

Jaki ortograf? Ja niczego nie widzę :)

No i na tym polega problem, żeś nic nie widział. ;-p

Babska logika rządzi!

Okulary zsunęły mi się z nosa przy tym zdaniu ^^

Szeptuch musi mieć przemocne skrzydła, by udźwignąć dwa wory mamony ;) Albo nie wiem… być istotą magiczną… oh, wait!

Szeptuch nie jest zły z natury, a raczej z kierowania się własną, wygodną moralnością. Polubiłem go i zastanawiam się, czy to dobrze lubić małego, cynicznego skuuu…bańca. Wszak jednego takiego mam już serdecznie dosyć.

Czytałem z przyjemnością, przy okazji wciągnąłem trochę dymu z sosnowej fajeczki.

 

Krokusie, Nie wiem, czy to dobrze lubić kogoś takiego, ale miałem kiedyś kota, który momentami Szeptucha przerastał w skurkowaństwu, a go mimo wszystko gdzieś tam skrycie lubiłem :P

Dzięki za komentarz. I uważaj na ten dym, bo to z mocnego towaru ;)

Pozdrawiam

 

Gdyby koty wyglądały jak żaby, zdawalibyśmy sobie sprawę, jakie to paskudne, okrutne, małe dranie. Styl. To pamiętają ludzie. Terry Pratchett

 

Wychodzi na to, że Szeptuch po prostu ma styl. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Ooo, Alicello, rozwiązałaś sprawę :D

Realuc  Oczywiście, że pozytywny (śmiech). Bardzo się ubawiłem przy tych wiadrach z bimbrem i mieszaniu NPC’om w głowach. 

Master of masters : J.R.R.Tolkien

No to cieszę się i postaram się do Upadku zajrzeć ;)

Hej, hej

Zgadzam się, że zła to ja u tego sympatycznego gościa nie widzę. (Nie)zwykły najemnik, z określoną etyką zawodową, na dodatek dbający o reputację. Bardziej antybohater, ale co tam, niech jury myśli ;)

Opowieść dobra i ładnie napisana. Aż płynie się przez tekst. Humor cyniczny, ale takie lubię, więc mnie ubawiło. Trochę raził fakt, że pierwsze zadanie szeptucha niezbyt łączy się z drugim, więc praktycznie wychodzą dwa miniopowiadania w jednym, ale to niewielki problem.

Podobało mi się.

Ponieważ, jak czytałem, nie było już “Wymarzonej pamięci” to doklikuję ;)

Hej, hej

 

Trochę raził fakt, że pierwsze zadanie szeptucha niezbyt łączy się z drugim, więc praktycznie wychodzą dwa miniopowiadania w jednym, ale to niewielki problem.

Pierwsze zadanie szeptucha miało na celu niejako pokazać o co kaman z perspektywy wykonywania zlecenia, czyli rzucenia czytelnika od razu w akcję. W zasadzie nie przemknęło mi przez myśl, aby połączyć w jakiś sposób oba zadania, gdyż miałem taki a nie inny zamysł. Ale dobrze prawisz, bo takie połączenie z pewnością by nie zaszkodziło, a może nawet uatrakcyjniło całość.

Ponieważ, jak czytałem nie było już “Wymarzonej pamięci” to doklikuję ;)

Uff, dziękuję Ci, miłościwy Zanaisie, gdyż dzięki Tobie w końcu mogę odstąpić od ściany wstydu… ;)

Gratuluję wstąpienia opowiadania w zbiory przepastnej biblioteki !

:)

Master of masters : J.R.R.Tolkien

I Tobie, Iluvatharze, życzę tego samego :)

Nowa Fantastyka