- Opowiadanie: adanbareth - O międzyświatowym handlarzu w binoklach i jego mrukliwym uczniu

O międzyświatowym handlarzu w binoklach i jego mrukliwym uczniu

Nie je­stem pewna, czy udało mi się za­koń­czyć w spo­sób, który su­ge­ro­wał­by jakąś ca­łość, ale pi­sa­łam z myślą o po­wro­cie do tych bo­ha­te­rów i ich pe­ry­pe­tii, więc i tak za­mie­rza­łam po­sta­wić na otwar­te za­koń­cze­nie.

Mia­łam kilka wer­sji planu Mi­strza w czę­ści o la­tar­niach, bez wąt­pie­nia nieco wąt­pli­we­go mo­ral­nie i prze­kom­bi­no­wa­ne­go, ale się nie zmie­ścił po­mi­mo prze­kro­cze­nia li­mi­tu zna­ków, więc po­zo­sta­wiam Czy­tel­ni­ko­wi do­my­śle­nie się go razem z Miłką.  

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, CM, Użytkownicy II

Oceny

O międzyświatowym handlarzu w binoklach i jego mrukliwym uczniu

Spo­tka­nie u końca świa­ta

 

Niebo było roz­pa­lo­ne czer­wie­nią, płat­ki po­pio­łu wi­ru­jąc, opa­da­ły na zie­mię. Wśród ruin nie­gdyś wspa­nia­łe­go za­pew­ne bu­dyn­ku ku­li­ła się drob­na syl­wet­ka. Chło­piec miał dłu­gie, jasne włosy, przy­pró­szo­ne sadzą. Opie­rał się o to, co zo­sta­ło z ka­mien­nej ścia­ny, głowę spu­ścił na ko­la­na. Żył.

– Je­steś sam?

Chło­piec pod­niósł głowę. Na jego twa­rzy wid­nia­ło skraj­ne wy­czer­pa­nie. Ski­nął twier­dzą­co. Nie miał nawet siły zdzi­wić się na widok in­ne­go czło­wie­ka.

– Tak my­śla­łem. I za­pew­ne nie je­steś w sta­nie mi po­wie­dzieć, co stało się z in­ny­mi – wła­ści­ciel głosu wes­tchnął. Chło­piec przy­mru­żył zmę­czo­ne oczy, by le­piej mu się przyj­rzeć. Męż­czy­zna, z krę­co­ny­mi, czar­ny­mi wło­sa­mi do ra­mion. Na nosie śmiesz­ne oku­la­ry, poza tym ubra­ny w ka­mi­zel­kę i białą pe­le­ry­nę, teraz za­bru­dzo­ną po­pio­łem. Pierw­sze zmarszcz­ki na twa­rzy su­ge­ro­wa­ły, że jest już za­pew­ne po pięć­dzie­siąt­ce.

– Nie pa­mię­tam – od­po­wie­dział za­chryp­nię­tym gło­sem chło­piec. – Nic, poza chwi­lą, kiedy się tu obu­dzi­łem. – W jego oczach widać było cień stra­chu. – Nie wiem nawet, kim je­stem.

– Cóż mogę po­wie­dzieć, zda­rza się – męż­czy­zna za­śmiał się lekko, po czym ro­zej­rzał z nie­sma­kiem po ru­inach do­oko­ła.

– A ty kim je­steś? – za­py­tał chło­piec, pro­stu­jąc się i przy­wo­łu­jąc wszyst­kie po­zo­sta­łe mu siły. Wła­ści­wie po raz pierw­szy spo­tkał czło­wie­ka, odkąd się prze­bu­dził. Nie wie­dział, ile dni błą­kał się po wy­pa­lo­nych ru­inach, ale wokół nie było żywej duszy.

– Han­dla­rzem. Han­dlu­ję in­for­ma­cja­mi. Wie­rze­nia­mi. Po­stę­pem. Cy­wi­li­za­cją – od­parł nie­zna­jo­my. Kuc­nął i wziął do ręki jeden z wa­la­ją­cych się po ziemi odłam­ków. – Ale wy­glą­da na to, że tu już nic nie zdzia­łam. 

Wstał i otrze­pał ele­ganc­kie spodnie, po czym za­wa­hał się i spoj­rzał z na­my­słem na sie­dzą­ce po­śród ruin dziec­ko.

– Cho­ciaż… może to znak, żebym wziął sobie wresz­cie ucznia.

Chło­piec w pierw­szej chwi­li nie zro­zu­miał, o co cho­dzi nie­zna­jo­me­mu. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie za­pro­te­sto­wał słabo.

– Nie chcę, nie, nie mogę opu­ścić tego miej­sca. Muszę sobie wszyst­ko przy­po­mnieć.

– Tutaj mo­żesz naj­wy­żej umrzeć z głodu. – Męż­czy­zna uniósł scep­tycz­nie brew. – Zresz­tą, ten świat już i tak się roz­pa­da.

Po­now­nie uklęk­nął, tym razem przed chłop­cem. Wziął do ręki skalny odła­mek i uśmiech­nął się, mru­żąc oczy.

– Słu­chaj, chłop­cze. Dam ci pierw­szą lek­cję.

***

Odła­mek śmi­gał po po­kry­tej po­pio­łem pod­ło­dze, two­rząc koło za kołem, koło za kołem. Wresz­cie męż­czy­zna za­trzy­mał rękę i przyj­rzał się z sa­tys­fak­cją ry­sun­ko­wi. Sche­mat przed­sta­wiał przy­le­ga­ją­ce do sie­bie okrę­gi, około kil­ku­na­stu i szcze­rze mó­wiąc, nie było to szcze­gól­nie am­bit­ne dzie­ło. Chło­piec zmarszczył sceptycznie brwi, za­sta­na­wia­jąc się, do czego zmie­rza dziw­ny nie­zna­jo­my.

– Wi­dzia­łeś kie­dyś bańkę, chłop­cze?

W od­po­wie­dzi ten po­krę­cił prze­czą­co głową. Męż­czy­zna po­dra­pał się z na­my­słem po brodzie.

– Po­cze­kaj tu – rzu­cił i od­szedł po­śpiesz­nym kro­kiem.

Wró­cił po chwi­li z nie­du­żym pa­ty­kiem o roz­dwo­jo­nym końcu. W sku­pie­niu przy­wią­zał do niego sznu­rek, a na­stęp­nie z torby wyjął ma­nier­kę z wodą i nie­wiel­ką sa­szet­kę.

– Jakie to szczę­ście, że aku­rat mia­łem tro­chę przy sobie – mru­czał, wle­wa­jąc nieco wody w nie­wiel­kie za­głę­bie­nie w ka­mien­nej pod­ło­dze. Gdy skoń­czył, wyjął z sa­szet­ki małą, białą ku­lecz­kę i wrzu­cił do po­wsta­łe­go w ten spo­sób je­zior­ka. Miał już cho­wać ma­nier­kę, gdy jego wzrok padł na po­kry­te­go sadzą chłop­ca.

– A, tak, nie po­my­śla­łem. Tobie też, by się przy­da­ło, co?

Pod­czas gdy chło­piec pił łap­czy­wie, męż­czy­zna za­mo­czył w ka­łu­ży kijek z przy­wią­za­nym sznu­recz­kiem.

– Nie je­stem pe­wien, czy co­kol­wiek z tego wyj­dzie, ale spró­buj­my – po­wie­dział wresz­cie, za­bie­ra­jąc roz­cza­ro­wa­ne­mu chłop­cu ma­nier­kę sprzed nosa, zanim ten zdą­żył dopić do końca. Po­ki­wał kar­cą­co pal­cem. – Tro­chę umia­ru w ko­rzy­sta­niu z mi­ło­sier­dzia bliź­nich. A teraz patrz.

Męż­czy­zna mach­nął kij­kiem w po­wie­trzu. Chło­piec do­strzegł jesz­cze, jak błysz­czy prze­źro­czy­sta błona po­mię­dzy jego obu koń­ca­mi, a potem wstrzy­mał od­dech. Jeden błysk za­mie­nił się w kil­ka­na­ście błysz­czą­cych kul, które po­fru­nę­ły w po­wie­trze. Jak za­cza­ro­wa­ny wstał, za­po­mi­na­jąc o całym zmę­cze­niu i wy­cią­gnął nie­świa­do­mie dłoń w ich kie­run­ku.

– To są wła­śnie bańki – wy­szcze­rzył zęby nie­zna­jo­my.

***

– No, a teraz wra­caj­my do wy­kła­du. – Męż­czy­zna, po­cze­kał aż chło­piec nieco ochło­nie z wra­że­nia i po­stu­kał kij­kiem w swój sche­mat. – Wy­obraź sobie setki, ty­sią­ce ta­kich ba­niek uło­żo­nych obok sie­bie, jak na ry­sun­ku.

Chło­piec po­słusz­nie za­mknął oczy i wy­obra­ził sobie ty­sią­ce błysz­czą­cych, przy­kle­jo­nych wręcz do sie­bie kul. Uśmiech­nął się do tej wizji.

– A we­wnątrz tych ba­niek – kon­ty­nu­ował męż­czy­zna – miesz­ka­ją ty­sią­ce, mi­lio­ny ludzi.

Czar prysł. Chło­piec otwo­rzył oczy i za­ga­pił na nie­zna­jo­me­go.

– Co?

– Ten świat, wszyst­ko, co do­oko­ła nas. – Męż­czy­zna roz­ło­żył ra­mio­na. – Jest we wnę­trzu ta­kiej bańki. My je­ste­śmy teraz we wnę­trzu bańki. A obok niej jest ko­lej­na. I jesz­cze ko­lej­na. I jesz­cze ty­sią­ce ta­kich. We­wnątrz nich lu­dzie żyją sobie ni­cze­go nie­świa­do­mi, two­rzą ro­dzi­ny, pań­stwa, całe cy­wi­li­za­cje, które potem upa­da­ją. Tak jak ta – dodał. Znów spoj­rzał na chłop­ca i wy­buch­nął śmie­chem, wi­dząc jego sze­ro­ko otwar­te w prze­ra­że­niu usta. – Nie­ste­ty, wy­star­czy tylko spoj­rzeć. Wszyst­ko poza tobą już nie żyje na tym świe­cie. A i ty pew­nie nie­dłu­go umrzesz. Ale… mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość.

Na­chy­lił się i z uśmie­chem spoj­rzał chłop­cu pro­sto w oczy.

– Ja po­tra­fię się prze­miesz­czać po­mię­dzy tymi bań­ka­mi. Nor­mal­nie lu­dzie nie mogą tego robić. Kiedy pró­bu­ją na­ru­szyć błonę, bańka pęka i giną całe świa­ty. O tak – za­de­mon­stro­wał, pusz­cza­jąc w po­wie­trze ko­lej­ną falę ba­niek i prze­bi­ja­jąc jedną za drugą. Chło­piec za­drżał, ale nie od­wró­cił wzro­ku.

– Prze­miesz­czam się po­mię­dzy świa­ta­mi i han­dlu­ję – kon­ty­nu­ował męż­czy­zna. – Tutaj też przy­by­łem w in­te­re­sach, no ale, co tu dużo gadać, spóź­ni­łem się. Gdy­bym cho­ciaż mógł za­brać ze sobą ucznia, żeby ta wy­pra­wa nie po­szła na marne…

Za­wie­sił zna­czą­co głos. Chło­piec spoj­rzał w błysz­czą­ce, spryt­ne oczy i za­my­ślił się. Nie­zna­jo­my miał rację. Był już tak głod­ny i zmę­czo­ny, że nie mógł mieć na­dziei na sa­mo­dziel­ne prze­ży­cie.

– Nawet je­że­li zo­sta­nę twoim uczniem, je­steś pe­wien, że mnie uda się przejść? – za­py­tał nie­spo­koj­nie.

Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi i od­ru­cho­wo po­pra­wił pal­cem oku­la­ry. 

– Nie do­wie­my się, póki nie spró­bu­jesz – od­parł. – Zresz­tą, czy mo­że­my jesz­cze tu za­szko­dzić?

Chło­piec ro­zej­rzał się po po­kry­tych po­pio­łem ru­inach i zre­zy­gno­wa­ny po­krę­cił głową. Fak­tycz­nie, co mu szko­dzi? Naj­wy­żej bę­dzie od­po­wie­dzial­ny za prze­bi­cie jed­nej, pu­stej bańki. Nie­zna­jo­my już i tak zdą­żył prze­bić kilka na jego oczach.

– W takim razie za­bierz mnie – po­wie­dział.

– Z przy­jem­no­ścią – uśmiech­nął się sze­ro­ko męż­czy­zna w oku­la­rach – teraz już Mistrz.

 

Po­dróż druga

 

Pa­lą­ce słoń­ce gó­ro­wa­ło nad tar­go­wi­skiem, wy­ci­ska­jąc pot za­rów­no z po­krzy­ku­ją­cych han­dla­rzy, jak i klien­tów, krzą­ta­ją­cych się do­oko­ła w po­szu­ki­wa­niu jak naj­lep­szych ofert. Pył wzno­sił się spod dzie­sią­tek stóp, wi­ro­wał w po­wie­trzu i za­pew­ne okrut­nie wci­skał do oczu. Miłka scep­tycz­nie spoj­rzał na roz­po­ście­ra­ją­cy się przed nimi teren pełen wie­lo­barw­nych sto­isk, a potem py­ta­ją­co na Mi­strza.

– Mu­si­my w to wcho­dzić? – Jego głos był rów­nie po­zba­wio­ny en­tu­zja­zmu, co ża­ło­śli­we piski ły­se­go zwie­rza­ka o dłu­ga­śnej szyi i po­dłuż­nym ciele, któ­re­go przy naj­bliż­szym kra­mie usi­ło­wał bez po­wo­dze­nia sprze­dać wy­so­ki męż­czy­zna. Miłka nie ro­zu­miał ani słowa, ale han­dlarz chyba nie prze­ma­wiał w szcze­gól­nie prze­ko­nu­ją­cy spo­sób.

Mistrz od­po­wie­dział spoj­rze­niem. Z po­wo­du upału zre­zy­gno­wał z płasz­cza i ka­mi­zel­ki, w któ­rych Miłka wi­dział go, gdy po raz pierw­szy się spo­tka­li. Krę­co­ne włosy spiął i scho­wał pod pro­wi­zo­rycz­nym tur­ba­nem, który mu­siał być rów­nie cięż­ki i nie­wy­god­ny, jak ten ucznia, gdyż męż­czy­zna z wi­docz­ną za­zdro­ścią spo­glą­dał na na­kry­cia głowy miej­sco­wych. Przy­po­mi­na­ły pła­skie ka­pe­lu­sze z wo­al­ka­mi, które osła­nia­ły od pro­mie­ni sło­necz­nych, ale za­miast trzy­mać się na linii czoła, za­kła­da­no je na upię­te wy­so­ko na gło­wie fry­zu­ry, dzię­ki czemu nie do­ty­ka­ły bez­po­śred­nio skóry. Z pew­no­ścią po­ma­ga­ły ra­dzić sobie jakoś ze struż­ka­mi potu, które spły­wa­ły spod cięż­kich tur­ba­nów Miłki i Mi­strza, ale z dru­giej stro­ny taka ilość wło­sów upchnię­ta pod ka­pe­lu­szem nie mogła po­ma­gać w walce z upa­łem. Chło­piec do­świad­czał tego na wła­snej skó­rze, gdyż nie po­zwo­lił ściąć swo­ich dłu­gich wło­sów, które zwi­sa­ły mu teraz w dwóch, gru­bych war­ko­czach.

– Je­że­li chce­my być ubra­ni od­po­wied­nio do po­go­dy, to tak. – Mistrz zdjął oku­la­ry i prze­tarł szkła, po czym znowu za­ło­żył. Nie­ste­ty, zaraz zje­cha­ły one po mo­krej od potu skó­rze i za­wi­sły na samym czub­ku nosa. Męż­czy­zna tup­nął wście­kle i zła­pał w locie nie­opatrz­nie zrzu­co­ne tym po­ru­sze­niem oku­la­ry. – A ja bar­dzo chcę być ubra­ny do po­go­dy. Ale spo­koj­nie, nie za­mie­rzam za­bie­rać cię w ten tłum pod­czas pierw­sze­go za­da­nia, tylko na­ro­bił­byś nie­po­trzeb­ne­go za­mie­sza­nia. Sam pójdę.

– W takim razie mo­głeś w ogóle zo­sta­wić mnie w ja­kimś chłod­niej­szym miej­scu – mruk­nął Miłka. Mistrz spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Je­steś moim uczniem od kilku dni, ura­to­wa­łem cię od śmier­ci gło­do­wej, a nie usły­sza­łem od cie­bie nic poza na­rze­ka­nia­mi. My­śla­łem, że je­że­li ura­tu­ję ostat­nie żywe dziec­ko na umie­ra­ją­cej pla­ne­cie, do­sta­nę cno­tli­we­go, peł­ne­go od­da­nia ucznia, a nie zrzę­dę.

Miłka wzru­szył ra­mio­na­mi z czymś w ro­dza­ju za­kło­po­ta­nia.

– Nic na to nie po­ra­dzę, skoro sam da­jesz sobie wcho­dzić na głowę.

W od­po­wie­dzi męż­czy­zna spoj­rzał w niebo z gło­śnym wes­tchnię­ciem i po­krę­cił głową, za­po­bie­gli­wie przy­trzy­mu­jąc przy tym oku­la­ry.

– Mam na­dzie­ję, że to kwe­stia szoku, kry­zy­su toż­sa­mo­ści czy może ja­kie­goś mło­dzień­cze­go buntu i z cza­sem przej­dzie. – Spoj­rzał ucznio­wi w oczy i po­gro­ził mu pal­cem. – Znajdź tu sobie w oko­li­cy jakiś cień i grzecz­nie na mnie cze­kaj. Żad­ne­go kon­tak­tu z ludź­mi. Jakby ktoś cię za­ga­dał, uda­waj, że nie sły­szysz. Nic nie mów, ni­cze­go nie do­ty­kaj, nie ru­szaj się, no chyba że bę­dziesz mu­siał ucie­kać. I nie pod­pie­raj cu­dzych ścian, to nie­grzecz­ne. Wrócę, kiedy zdo­bę­dę to, czego nam trze­ba, czyli… no, wtedy, kiedy wrócę.

Uczeń przy­tak­nął po­słusz­nie i od­pro­wa­dził od­cho­dzą­ce­go Mi­strza wzro­kiem. Męż­czy­zna od­wró­cił się jesz­cze na od­chod­nym i za­wa­hał, z nie­wy­raź­ną miną, jakby że­gnał ucznia po raz pierw­szy i ostat­ni.

– I pa­mię­taj, nie wy­ku­pię cię, jeśli dasz się zła­pać han­dla­rzom nie­wol­ni­ków – za­wo­łał jesz­cze. Chło­piec, jak mu wcze­śniej po­le­co­no, po­słusz­nie udał, że nie sły­szy i ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu cie­nia. Gdyby nie to, że słoń­ce było do­kład­nie w ze­ni­cie, z pew­no­ścią łatwo by­ło­by mu schro­nić się przed upa­łem w po­bli­żu któ­re­goś z bu­dyn­ków. Wy­ra­sta­ły one ze ska­li­stej ziemi na po­do­bień­stwo ka­mien­nych ro­ślin, po­zba­wio­ne cze­go­kol­wiek, co można by­ło­by uznać za fun­da­ment. Mistrz mówił, że miej­sco­wi nie bu­do­wa­li domów, tylko osie­dla­li się w ta­kich wła­śnie for­ma­cjach skal­nych, które rzeź­bi­li na po­do­bień­stwo wie­lo­pię­tro­wych domów. W dzień chro­ni­li się na par­te­rze, chłod­ne piw­ni­ce zmie­nia­li w spi­żar­nie. Spali na­to­miast na pię­trze. Jesz­cze wyż­sze po­zio­my słu­ży­ły im za skła­dy to­wa­rów od­por­nych na zmia­ny tem­pe­ra­tur. Więk­szość ludzi trud­ni­ła się han­dlem i rze­mieśl­nic­twem, więc taki sys­tem miał sens. 

Miłka zmru­żył oczy i spoj­rzał zło­wro­go na słoń­ce. Miało inny kolor niż był przy­zwy­cza­jo­ny, prze­raź­li­wie jasny, ale za­bar­wio­ny nieco różem. Przede wszyst­kim jed­nak było ogrom­ne. Po­gro­ził mu pię­ścią i osta­tecz­nie przy­cza­ił się za dużym dzba­nem, który na­le­żał chyba do han­dla­rza z tam­tym łysym pta­kiem. Jego kram stał zaraz przy wej­ściu na tar­go­wi­sko, więc Miłka uznał, że po­wi­nien być względ­nie bez­piecz­nym schro­nie­niem. W do­dat­ku chło­piec był drob­ny, a miej­sco­wi wyżsi nawet od jego tycz­ko­wa­te­go Mi­strza, więc ist­nia­ło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że zwy­czaj­nie nie zwró­cą na niego uwagi.

Chło­piec dla za­bi­cia czasu ukrad­kiem przy­glą­dał się kwi­lą­ce­mu pta­szy­sku. Wła­ści­ciel kramu chwi­lo­wo zre­zy­gno­wał z prób po­zby­cia się ży­we­go to­wa­ru i teraz usi­ło­wał wci­snąć prze­chod­niom sznur fi­ku­śnych, zło­tych pier­ście­ni, rów­nie nie­wia­do­me­go prze­zna­cze­nia, co ptak.  Mistrz przed przy­by­ciem do tego świa­ta opo­wie­dział co nieco le­czą­ce­mu wy­czer­pa­nie i dłu­gie dni gło­dów­ki ucznio­wi o tu­tej­szych wa­run­kach. Wy­so­kie tem­pe­ra­tu­ry i skąpa ro­ślin­ność zmu­sza­ły ludzi do życia pod zie­mią, ale z nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi – ma­ły­mi spo­łecz­no­ścia­mi, któ­rym udało się osie­dlić w ta­kich wła­śnie for­ma­cjach skal­nych. 

Tu­tej­sze zwie­rzę­ta pro­wa­dzi­ły po­dob­ny tryb życia. Ostry dziób i pa­zu­ry za­pew­ne słu­ży­ły pta­ko­wi do grze­ba­nia tu­ne­li, a po­dłuż­ne, wą­skie ciało do prze­ci­ska­nia się nimi. Długa szyja – być może do zdo­by­wa­nia po­ży­wie­nia? Ale do ja­kich celów można było za­ku­pić coś ta­kie­go? Ko­lek­cjo­ner­skich? Miłka nie miał po­ję­cia. Był pe­wien, że nigdy w życiu nie wi­dział ta­kie­go stwo­rze­nia na swo­jej pla­ne­cie, które to prze­ko­na­nie wy­da­wa­ło się dziw­ne jemu sa­me­mu. Nie pa­mię­tał, co na niej było, więc jak mógł wie­dzieć, czego nie było?

Za­to­pio­ny w my­ślach chło­piec od­ru­cho­wo otarł pot z twa­rzy i nagle zdał sobie spra­wę z tego, że coś za­sło­ni­ło mu słoń­ce. Pod­niósł wzrok i wzdry­gnął się. Gó­ru­ją­cy nad nim han­dlarz sta­no­wił cał­kiem kon­kret­ne źró­dło cie­nia, tylko w tym wy­pad­ku aku­rat nie­po­żą­da­ne. Miłka już szy­ko­wał się do uciecz­ki, gdy uj­rzał, jak męż­czy­zna od­wra­ca się i krzy­czy coś do swo­je­go po­moc­ni­ka obok. Na po­piół, który po­krył jego ro­dzin­ną pla­ne­tę, przez te wo­al­ki nie dało się w ogóle do­strzec twa­rzy! Chło­piec ode­tchnął w duchu z ulgą i w tym samym mo­men­cie kątem oka do­strzegł mkną­cą w jego stro­nę długą, chudą rękę. Za­marł. I… ni­cze­go nie po­czuł.

Spoj­rzał na rękę han­dla­rza, która z cał­ko­wi­tą pew­no­ścią do­się­gnę­ła swo­je­go celu – jego ra­mie­nia. Do­się­gnę­ła i prze­dziw­nym spo­so­bem się w nim za­głę­bi­ła. Miłka zszo­ko­wa­ny prze­niósł wzrok na męż­czy­znę, na któ­re­go twa­rzy ma­lo­wa­ło się do­kład­nie takie samo prze­ra­że­nie, i wrza­snął. Za­wtó­ro­wał mu wy­so­ki pisk wciąż nie mo­gą­ce­go zna­leźć na­byw­cy ptaka.

***

– Bez­na­dziej­nie głupi uczeń.

Miłka spoj­rzał spode łba na Mi­strza.

– Po­wta­rza­nie tego jest aż tak za­baw­ne? Bo ro­bisz to już piąty raz z rzędu i za­czy­nam się mar­twić, czy po­trze­bo­wa­łeś ucznia, tylko po to, żeby się jakoś ro­ze­rwać, ob­ra­ża­jąc go.

Mistrz ku jego iry­ta­cji tylko bez­tro­sko się ro­ze­śmiał.

– Ty za to je­steś pod­łym oszu­stem – burk­nął chło­piec. – Kiedy tłu­ma­czy­łeś mi, na czym po­le­ga to całe prze­cho­dze­nie ze świa­ta do świa­ta, nic nie wspo­mi­na­łeś, że zmie­nię się w coś o kon­sy­sten­cji wod­ni­stej ga­la­ret­ki.

– Za­da­niem na­uczy­cie­la jest prze­ka­zy­wać wie­dzę stop­nio­wo. – Mistrz wzru­szył ra­mio­na­mi i spoj­rzał z ukosa na Miłkę. – Zresz­tą, czy gdy­bym ci po­wie­dział, że po pierw­szym przej­ściu ma­te­ria two­je­go ciała się roz­rze­dzi, zo­stał­byś tam na ko­la­cję z po­pio­łu?

Uczeń prze­mil­czał to py­ta­nie. Za­miast tego spoj­rzał wy­zy­wa­ją­co na Mi­strza.

– Jak w takim razie za­mie­rzasz dobić targu, skoro wszyst­ko prze­la­tu­je ci przez ręce?

– Po to wła­śnie po­sze­dłem. – Męż­czy­zna wyjął z torby parę bia­łych rę­ka­wic, naj­pew­niej ze skóry, choć Miłka nie miał po­ję­cia, ja­kie­go zwie­rzę­cia. Chło­piec przy­po­mniał sobie nie­ja­sno, że przez tych parę dni re­kon­wa­le­scen­cji Mistrz kazał mu nosić po­dob­ne, ale nie wy­ja­śnił dla­cze­go. – Nie je­ste­śmy jesz­cze pewni, w jaki spo­sób dzia­ła­ją, ale rę­ka­wi­ce po­wsta­łe ze skóry nie­któ­rych ga­tun­ków gry­zo­ni po­ma­ga­ją nam nor­mal­nie do­ty­kać przed­mio­tów i ludzi wy­ko­na­nych z miej­sco­wej ma­te­rii. Poza tym, wra­ca­jąc do two­je­go py­ta­nia – Mistrz po­gro­ził mu pal­cem – wzy­wam twoją spo­strze­gaw­czość do więk­sze­go wy­sił­ku. Jak pod­nio­słem wtedy tam­ten odła­mek w twoim świe­cie, skoro mia­łem gołe ręce? Jakim cudem koc trzy­mał się na tobie przez ostat­nie dni? Nasze ciała na szczę­ście sta­wia­ją opór lek­kim, de­li­kat­nym przed­mio­tom, a cięż­kie, ma­syw­ne rze­czy sta­wia­ją opór nam, ina­czej han­dla­rzom trudno by­ło­by funk­cjo­no­wać w bań­kach. 

Miłka po­ki­wał głową w za­my­śle­niu. Złość na Mi­strza ustą­pi­ła miej­sca cie­ka­wo­ści. Choć wciąż jesz­cze wspo­mnie­nie chwi­li, w któ­rej ramię męż­czy­zny prze­szło przez niego jak przez mgłę przy­pra­wia­ło go o nie­przy­jem­ny skurcz w żo­łąd­ku. Teraz wie­dział już, że nie tylko w tym świe­cie, ale i w każ­dym innym mu­siał uni­kać ludz­kie­go do­ty­ku jak ognia. 

– No do­brze, skoro pierw­szą lek­cję mamy za sobą, to czas że­by­śmy wró­ci­li na targ i na­by­li przed­miot, po który w ogóle przy­by­li­śmy do tej prze­klę­tej szklar­ni.

Uczeń miał ocho­tę jesz­cze przez jakiś czas się dąsać, ale cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła.

– Czego szu­ka­my? – za­py­tał. Mi­strza wy­raź­nie ucie­szy­ło jego za­in­te­re­so­wa­nie, gdyż od­po­wie­dział mu głosem pełnym en­tu­zja­zmu.

– Zioła po­wo­du­ją­ce­go utra­tę po­ten­cji.

Miłka w jed­nej chwi­li po­ża­ło­wał, że za­py­tał, ale było już za późno.

– Wi­dzisz, w świe­cie od­da­lo­nym o ja­kieś trzy jed­nost­ki po­zio­me i dwie pio­no­we ist­nie­je małe pań­stew­ko, któ­re­go król naj­chęt­niej za­własz­czył­by sobie wszyst­kie ko­bie­ty świa­ta. Nie­ste­ty, tym razem żeby zdo­być wy­bran­kę, mu­siał­by za­drzeć z naj­po­tęż­niej­szą jed­nost­ką po­li­tycz­ną na kon­ty­nen­cie. Ale król, jak już wspo­mnia­łem, nie kie­ru­je się roz­sąd­kiem, tylko zgoła inną czę­ścią ciała. Jego mi­ni­stro­wie pra­gnę­li­by wy­świad­czyć wład­cy przy­słu­gę i raz na dobre wy­le­czyć go z nie­mo­ral­nych pra­gnień, tym bar­dziej, że po­tom­stwa ma już wy­star­cza­ją­co dużo. No ale z po­wo­dów re­li­gij­nych i kul­tu­ro­wych, tam­tej­sza nauka nie jest roz­wi­nię­ta w po­trzeb­nym im kie­run­ku.

– I tu wła­śnie wkra­czam ja – kon­ty­nu­ował Mistrz. – Ja, po­sia­da­ją­cy wie­dzę na temat oby­cza­jów i kul­tur w róż­nych świa­tach. Jak my­ślisz, czy na tej za­po­mnia­nej przez boga pu­sty­ni, gdzie więk­szość ludzi tło­czy się pod zie­mią, bę­dzie prak­ty­ko­wa­na wie­lo­dziet­ność?

Miłka zła­pał się na tym, że nie­świa­do­mie kręci prze­czą­co głową. Uległ cie­ka­wo­ści.

– Otóż to! Wręcz prze­ciw­nie. Prze­wa­ża­ją­ca liczba męż­czyzn w ogóle nie za­kła­da tu ro­dzin, ale wstę­pu­je do naj­prze­róż­niej­szych za­ko­nów. A tam, ce­li­bat nie ogra­ni­cza się do do­brej woli kan­dy­da­ta. I dla­te­go je­stem tu w sta­nie do­stać bar­dzo tanio nie­szko­dli­wą dla or­ga­ni­zmu, ale wy­wo­łu­ją­cą po­żą­da­ny efekt mie­szan­kę ziół. Sprze­dam ją potem za od­po­wied­nią cenę, za­po­bie­gnę woj­nie i będę miał, co jeść.

Mistrz skoń­czył z peł­nym sa­tys­fak­cji uśmie­chem i po­pa­trzył na ucznia w po­szu­ki­wa­niu apro­ba­ty. Od­po­wie­dzia­ło mu puste spoj­rze­nie.

– Obrzy­dli­we. Wolę gło­do­wać, niż jeść za te pie­nią­dze.

Mistrz wzru­szył w od­po­wie­dzi ra­mio­na­mi, naj­wy­raź­niej nieco roz­cza­ro­wa­ny.

– Jak wo­lisz. Ja uwa­żam, że cel jest szczyt­ny, choć środ­ki może nieco dra­stycz­ne.

Chło­piec po­krę­cił głową i mruk­nął raz jesz­cze:

– Obrzy­dli­we.

 

Po­dróż czwar­ta

 

– Patrz pod nogi. Jak spad­niesz, nic cię już nie ura­tu­je.

Miłka po­słusz­nie spoj­rzał. Przy­jem­nie było pod sto­pa­mi po­czuć zie­lo­ną trawę po po­kry­tym po­pio­łem ka­mie­niu jego świa­ta, py­li­stej ziemi pu­sty­ni i mia­sto­wym bruku.

– Nie o to mi cho­dzi­ło, głupi uczniu.

– Wiem, wiem. – Chło­piec prze­wró­cił ocza­mi, ale uśmie­chał się lekko pod nosem. Na­li­czył już trzy obe­lgi od rana, a zbli­ża­ło się do­pie­ro po­łu­dnie. Mistrz mógł pobić dzi­siaj dzien­ny re­kord. 

Uczeń już wcze­śniej prze­ko­nał się, że ostroż­ność jest na wagę złota w miej­scu, które teraz od­wie­dza­li. Kiedy prze­szli przez bańkę, Mistrz zajął się skła­da­niem drew­nia­nej kon­struk­cji z li­ste­wek, które za­ku­pił w po­przed­nim świe­cie.

– Wy­star­czy raz zna­leźć się poza bańką, by struk­tu­ra przed­mio­tu się od­mie­ni­ła – wy­ja­śnił wtedy. – Dla­te­go to­wa­ry no­si­my ze sobą w spe­cjal­nych próż­nio-tor­bach. Li­ste­wek jed­nak, jak pew­nie za­uwa­ży­łeś, nawet nie da się wło­żyć do torby, dzię­ki czemu są teraz przy­sto­so­wa­ne do nas. Mo­że­my więc spo­koj­nie po­wie­rzyć im naszą wagę.

Miłka mruk­nął na znak, że zro­zu­miał i zo­sta­wił męż­czy­znę ra­do­śnie od­da­ją­ce­go się maj­ster­ko­wa­niu, a sam wy­brał się na zwie­dza­nie no­we­go miej­sca. Mistrz wy­ja­śnił mu przed przy­by­ciem, że świat, do któ­re­go się udają, skła­da się z nie­wiel­kich wysp do­słow­nie za­wie­szo­nych w prze­stwo­rzach. Ani on, ani po­dob­ni mu mię­dzy­świa­to­wi han­dla­rze nie wie­dzie­li, w jaki spo­sób są one w sta­nie uno­sić się w po­wie­trzu, ale nie­któ­rzy po­dej­rze­wa­li, że może to mieć coś wspól­ne­go z oce­anem, roz­po­ście­ra­ją­cym się da­le­ko w dole. Jed­nak o jego na­tu­rze wie­dzia­no nie­wie­le wię­cej. Mistrz po­wie­dział, że we­dług niego, nie mieli nawet do czy­nie­nia z wodą, ale tu­tej­sze spo­łecz­no­ści ludz­kie były na tyle pry­mi­tyw­ne, że nie na­uczy­ły się jesz­cze nawet prze­miesz­czać po­mię­dzy wy­spa­mi, a co do­pie­ro dać mu ja­kie­kol­wiek po­twier­dze­nie jego teo­rii.

– Obec­nie na wielu wy­spach ocean wy­ko­rzy­stu­je się po pro­stu jako na­rzę­dzie ry­tu­al­nej eg­ze­ku­cji – po­wie­dział mu Mistrz z wy­jąt­ko­wo po­waż­nym wy­ra­zem twa­rzy. – Byłem raz świad­kiem, jak zrzu­ci­li kil­ko­ro nie­wol­ni­ków za ja­kieś wy­jąt­ko­wo cięż­kie prze­wi­nie­nia. Pa­skud­na spra­wa. Wy­glą­da na to, że nie­któ­rzy rów­nież czczą tę prze­strzeń w dole ni­czym bó­stwo, czym­kol­wiek by ona nie była. Dla­te­go na ta­kich ry­tu­al­nych eg­ze­ku­cjach za­wsze zbie­ra się mnó­stwo ludzi.

Han­dla­rze bar­dzo czę­sto od­wie­dza­li ten świat, usi­łu­jąc roz­wi­kłać za­gad­kę oce­anu. Kto­kol­wiek po­znał­by od­po­wiedź, miał­by w rę­kach nie­wy­obra­żal­nie cenną ta­jem­ni­cę. Miłka zdą­żył się już prze­ko­nać, że pod­sta­wą w tym za­wo­dzie była zna­jo­mość po­szcze­gól­nych świa­tów, ich na­tu­ry, kul­tu­ry, a przede wszyst­kim ta­jem­nic. Te zwłasz­cza by­wa­ły na wagę złota.

Wy­słu­chaw­szy tyle o za­gad­ko­wym oce­anie, chło­piec czuł oczy­wi­ście pa­lą­cą cie­ka­wość, która pcha­ła go do kra­wę­dzi wyspy. Mistrz nie za­go­nił go do po­mo­cy ani nie za­bro­nił mu iść, za­pew­ne za­do­wo­lo­ny, że Miłka wy­ka­zu­je wresz­cie jakiś en­tu­zjazm po nie­szczę­snym zaj­ściu z zio­ła­mi, za które do­sta­li cał­kiem sporo złota w po­przed­nim świe­cie. Uczeń na razie nie ogło­sił straj­ku gło­do­we­go, ale za to wy­spe­cja­li­zo­wał się w pa­trze­niu od czasu do czasu na Mi­strza wzro­kiem peł­nym obrzy­dze­nia. Ten z kolei zu­peł­nie nie ro­zu­miał wzbu­rze­nia Miłki, więc wzru­szał wtedy tylko ra­mio­na­mi. Biz­nes to biz­nes.

Chło­piec po­dą­żył za małym stru­mie­niem. We­dług Mi­strza, wyspa, na którą przy­by­li, była sto­sun­ko­wo nie­wiel­ka, w do­dat­ku nie­za­miesz­ka­na. Do­tar­cie do kra­wę­dzi nie po­win­no mu więc zająć dużo czasu.

Na­wia­sem mó­wiąc, dla­te­go też Mistrz z takim za­an­ga­żo­wa­niem skła­dał lot­nię. Mu­sie­li jakoś prze­do­stać się na ko­lej­ną wyspę. Co­kol­wiek za­mie­rzał zro­bić, męż­czy­zna chciał mieć przy tym ludzi.

Wresz­cie Miłka wy­szedł z nie­wiel­kie­go lasku peł­ne­go prze­dziw­nych drzew o nie­bie­skiej korze i sta­nął jak wryty. A to dla­te­go, że wraz z lasem koń­czył się rów­nież ląd. Chło­piec po­czuł chłod­ny po­wiew na twa­rzy.  Stru­myk kilka me­trów przed nim nagle opadał. Miłka spo­dzie­wał się szumu, jak w przy­pad­ku więk­szych wo­do­spa­dów, ale nic ta­kie­go nie usły­szał. Prze­niósł wzrok na ko­lej­ną wyspę w od­da­li i zro­zu­miał dla­cze­go. Stru­mie­nie wody, z tej od­le­gło­ści przy­po­mi­na­ją­ce nici, wy­pły­wa­ły zza kra­wę­dzi i opa­da­ły, ale nawet wy­chy­liw­szy się nieco, Miłka nie był w sta­nie do­strzec miej­sca, w któ­rym spo­ty­ka­ją się z oce­anem. Przy ta­kiej wy­so­ko­ści, nic dziw­ne­go, że nie sły­szał ude­rze­nia wo­do­spa­du o taflę wody.

Fa­scy­nu­ją­ce. Miłka usiadł na skra­ju wyspy, nogi zwiesił nad prze­dziw­nym oceanem i za­pa­trzył się na wyspę w od­da­li. Jak mogła uno­sić się w po­wie­trzu? Cóż to była za ta­jem­ni­ca, któ­rej nawet jego Mistrz i jemu po­dob­ni han­dla­rze, po­dró­żu­ją­cy po­mię­dzy dzie­siąt­ka­mi róż­nych świa­tów, nie po­tra­fi­li roz­gryźć?

Po ja­kimś cza­sie usły­szał kroki za ple­ca­mi i wstał, od­wra­ca­jąc się do nad­cho­dzą­ce­go Mi­strza. Męż­czy­zna niósł na ple­cach pro­wi­zo­rycz­ną lot­nię, uwa­ża­jąc, by nie za­cze­pić nią o ko­ro­ny drzew. Wtedy wła­śnie prze­strzegł ucznia przed upad­kiem. Po­mi­mo lek­kie­go tonu, był nieco blady i Miłka po­my­ślał, że musi mieć lęk wy­so­ko­ści.

– Po­le­ci­my razem – wy­ja­śnił Mistrz, na­po­ty­ka­jąc jego py­ta­ją­cy wzrok. – Nawet je­że­li ja­kimś cudem umiesz tym kie­ro­wać, to nie chcę do­wia­dy­wać się o tym w ten spo­sób.

Ski­nął na chłop­ca, który do­łą­czył do niego, ła­piąc drą­żek lotni. Nie miał lęku wy­so­ko­ści, ale i tak scep­tycz­nie pod­cho­dził do po­my­słu prze­lo­tu na czymś, co stwo­rzył Mistrz.

– Nie martw się, prądy po­wietrz­ne poza wyspą po­win­ny nas utrzy­mać – po­cie­szył go twór­ca lotni, choć wy­glą­da­ło na to, że ra­czej on sam po­trze­bu­je uspo­ko­je­nia. – Star­tu­je­my. Mam tylko na­dzie­ję, że nikt z dru­giej stro­ny nas nie zo­ba­czy. Nie chciał­bym, żeby uzna­li mnie za ja­kieś bó­stwo.

Miłka spoj­rzał z ukosa na Mi­strza z roz­czo­chra­nymi, krę­co­nymi wło­sach, w dzi­wacz­nych bi­no­klach i nie­prak­tycz­nej ka­mi­zel­ce. Wy­obra­ził sobie, jak jego biały płaszcz te­atral­nie ło­po­cze za nimi w locie.

Hi­po­kry­ta.

***

Czar­na, po­ły­sku­ją­ca w słoń­cu bryła wiel­ko­ści dłoni, z ja­kie­goś po­wo­du przy­cią­ga­ła wzrok Miłki, nie­mal go hip­no­ty­zu­jąc. Z każ­dym po­ru­sze­niem ręki Mi­strza jakby lekko zmie­nia­ła od­cień, raz była ni­czym nie­prze­nik­nio­na, bez­k­się­ży­co­wa noc, raz niby roz­świe­tlo­ne gwiaz­da­mi niebo.

– Nie idzie­my do mia­sta? – za­py­tał, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od bryły, którą jesz­cze do nie­daw­na kryła próż­nio-tor­ba Mi­strza.

– Nie ma ta­kiej po­trze­by – od­parł mężczyzna, wciąż jesz­cze nieco blady po prze­lo­cie. Trzy­mał się jed­nak względ­nie pro­sto.

– My­śla­łem, że po­trze­bu­jesz ludzi do swo­je­go eks­pe­ry­men­tu?

– W po­bli­żu, ale nie­ko­niecz­nie tutaj – wy­ja­śnił Mistrz. – Je­że­li mam rację, efek­ty tego, co zro­bię, bę­dzie widać z każ­de­go miej­sca na wy­spie, a nawet i na kilku in­nych.

– O? I co za­mie­rzasz zro­bić? – Miłka na chwi­lę ode­rwał wzrok od czar­nej bryły i prze­niósł wzrok na Mi­strza. Dowód na to, że był wy­jąt­ko­wo za­cie­ka­wio­ny.

Mistrz pod­rzu­cił brył­kę w ręku i uśmiech­nął się szel­mow­sko. Miłka prze­wró­cił ocza­mi. Znowu te­atral­ne gesty.

– Po pro­stu wrzu­cę to do oce­anu i po­cze­kam na efek­ty.

– Och. – Miłka wy­raź­nie po­smut­niał. – Szko­da. Wy­glą­da na cenne.

– Żebyś wie­dział. Kosz­to­wa­ło for­tu­nę! – Mistrz za­klął z pasją. – Ale je­że­li mam rację, warto. – Po­stu­kał pal­cem w bryłę. – Jest zro­bio­na z sub­stan­cji, która wy­jąt­ko­wo sil­nie re­agu­je z każ­dym ro­dza­jem kwasu. Używa się jej w świe­cie, w któ­rym kwa­śne desz­cze czę­sto za­nie­czysz­cza­ją zbior­ni­ki wodne. Wy­star­czy kilka zia­re­nek, żeby za­czę­ło dymić jak cho­le­ra. Przy ta­kiej ilo­ści spo­dzie­wam się nie­złe­go przed­sta­wie­nia.

Miłka wy­trzesz­czył oczy.

– Czyli po­dej­rze­wasz, że w oce­anie może znaj­do­wać się nie woda, ale kwas?

– Mniej wię­cej. A przy­naj­mniej warto wy­klu­czyć taką moż­li­wość.

Mistrz już bez dal­szych wstę­pów pod­szedł do prze­pa­ści i za­ma­szy­stym ge­stem wy­rzu­cił bryłę poza kra­wędź. Miłka od­pro­wa­dził ją peł­nym żalu wzro­kiem. Po­do­bał mu się ten błysz­czą­cy, czar­ny kolor. 

Cze­ka­li tak mi­nu­tę, dwie, pięć, cały czas w mil­cze­niu. Wresz­cie Mistrz od­wró­cił się od kra­wę­dzi z nie­prze­nik­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Może cią­gle jesz­cze spada – mruk­nął Miłka, nie­szcze­gól­nie prze­ko­nu­ją­cym gło­sem. Mistrz po­krę­cił głową i ku zdzi­wie­niu chłop­ca wes­tchnął z ulgą.

– Do­brze wie­dzieć, że nie spy­cha­ją ludzi do oce­anu peł­ne­go kwasu – po­wie­dział cicho. Prze­niósł wzrok na Miłkę i uśmiech­nął się krzy­wo. – Wy­rzu­ci­łem wła­śnie dużo pie­nię­dzy w błoto, ale jakoś mi lżej na duszy. Zbie­raj się, nic tu po nas.

Miłka po­słusz­nie ski­nął głową, ale nagle przy­po­mniał sobie o czymś.

– Chcia­łeś, żeby tu­tej­si zo­ba­czy­li wy­buch, praw­da? Ale po co?

– Ach, to. – Mistrz po­gła­dził się po bro­dzie i z de­li­kat­nym uśmie­chem spoj­rzał w niebo. – Byłem cie­kaw, czy przy po­mo­cy odro­bi­ny efek­tów spe­cjal­nych, uda mi się tro­chę za­mie­szać w ich bar­ba­rzyń­skich wie­rze­niach.

Strasz­ny czło­wiek, po­my­ślał po raz któ­ryś Miłka, pa­trząc na Mi­strza spod przy­mru­żo­nych po­wiek.

Fa­scy­nu­ją­ce.

 

Po­dróż siód­ma

 

Jak mogło ist­nieć miej­sce, w któ­rym nigdy nie świe­ci­ło słoń­ce? Jesz­cze kilka ty­go­dni temu Miłka nie po­tra­fił­by sobie wy­obra­zić cze­goś ta­kie­go, a tu pro­szę, sie­dział na ema­nu­ją­cym przy­jem­ne cie­pło, czar­nym ni­czym smoła ka­mie­niu i pa­trzył na roz­cią­ga­ją­ce się w dole, roz­świe­tlo­ne bla­skiem ty­się­cy lamp mia­sto. Niebo nad nim było rów­nie ciem­ne, co zie­mia, gdzie­nie­gdzie tylko mru­ga­ły nie­wiel­kie gwiaz­dy. Wzdłuż drogi, co kil­ka­set me­trów wiel­kie la­tar­nie wal­czy­ły z ciem­no­ścią, która kie­dyś pa­no­wa­ła nad tą pla­ne­tą.

Ema­nu­ją­ca na­tu­ral­nym cie­płem ska­li­sta zie­mia i roz­wi­nię­ta tech­no­lo­gia wy­twa­rza­nia świa­tła. Tylko dzię­ki nim ludz­kość była w sta­nie prze­trwać w tym świe­cie bez słoń­ca.

To wła­śnie po ta­jem­ni­cę tu­tej­szych la­tar­ni przy­był razem z Mi­strzem. A kon­kret­niej, po to, by męż­czy­zna mógł wresz­cie ze­brać owoce swo­jej wie­lo­let­niej pracy.

– Za wy­twa­rza­nie la­tar­ni od­po­wia­da spe­cjal­ny zakon. Nie­ste­ty, jest eks­tre­mal­nie eks­klu­zyw­ny, co ozna­cza, że wstą­pić do niego mogą je­dy­nie przed­sta­wi­cie­le ro­dzi­ny rzą­dzą­cej. Poza nimi, nikt nie ma po­ję­cia, jak wy­pro­du­ko­wać źró­dło świa­tła o tak ogrom­nej mocy, nie­ga­sną­ce przez ty­sią­ce lat. Dzię­ki temu, zakon jest w sta­nie kon­tro­lo­wać wła­ści­wie całą ludz­kość w tym świe­cie, a przy­naj­mniej tak długo, jak nikt nie wy­drze im ta­jem­ni­cy wy­twa­rza­nia la­tar­ni. Mo­żesz więc wy­obra­zić sobie, jak skru­pu­lat­nie jej strze­gą.

Miłka rze­czy­wi­ście był w sta­nie i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał, aż Mistrz wy­tłu­ma­czy mu, na czym po­le­gał jego wie­lo­let­ni plan, który miał wła­śnie osią­gnąć punkt kul­mi­na­cyj­ny. Nie­ste­ty, cze­ka­ło go roz­cza­ro­wa­nie.

– Sam pójdę do mia­sta – orzekł Mistrz, po­mi­mo pro­te­stów chłop­ca. – Ty po­cze­kasz tu na mnie i w mię­dzy­cza­sie za­sta­no­wisz się, jak sam pró­bo­wał­byś zdo­być ta­jem­ni­ce wy­twa­rza­nia la­tar­ni.

Mistrz nie dał się prze­ko­nać i ka­tegorycznie za­bro­nił ucznio­wi po­dą­ża­nia za sobą, toteż Miłka w końcu zre­zy­gno­wał i po­słusz­nie zo­stał. Być może męż­czy­zna chciał po pro­stu wy­sta­wić cie­ka­wość chłop­ca na próbę, a może fak­tycz­nie cho­dzi­ło mu o to, by spro­wo­ko­wać go do sa­mo­dziel­ne­go my­śle­nia. Albo zwy­czaj­nie wstyd było mu przed uczniem, do czego mu­siał po­su­nąć się, by zdo­być rów­nie strze­żo­ną ta­jem­ni­cę. Miłka mniej wię­cej do­my­ślał się, ja­kich metod użył Mistrz i dla­te­go nie był nawet pe­wien, czy chciał do­wie­dzieć się o tym z jego ust, po­mi­mo całej swo­jej cie­ka­wo­ści.

Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go po­słusz­nie zo­stał i cze­kał na po­wrót men­to­ra. Był jed­nak jesz­cze jeden powód. Chło­piec po­stu­kał ołów­kiem w brodę. Miał teraz swoją wła­sną próż­nio-tor­bę, a także taką zwy­czaj­ną, w któ­rej nosił rze­czy oso­bi­ste, w tym no­tat­nik i coś do pi­sa­nia. Od dłuż­sze­go czasu kieł­ko­wał w jego gło­wie pe­wien po­mysł, więc kart­ki ze­szy­tu po­kry­te były cha­otycz­ny­mi no­tat­ka­mi. Wresz­cie miał chwi­lę, by osta­tecz­nie do­pra­co­wać swój plan. Nie mógł po­zbyć się z głowy wspo­mnie­nia wyspy za­wie­szo­nej nad prze­stwo­rem bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go Oce­anu. Pewne dro­bia­zgi, które utkwi­ły mu w pa­mię­ci – lekki wiatr, który uno­sił ich lot­nię, ledwo wi­docz­ne mgieł­ka, utrud­nia­ją­ca mu doj­rze­nie po­wierzch­ni wody w dole, po­wo­li ufor­mo­wa­ły się w gło­wie Miłki w za­ska­ku­ją­co lo­gicz­ną ca­łość. Teraz tylko po­zo­sta­ło udo­wod­nić jakoś, że miał rację.

Po­iry­to­wa­ny wstał i od­szedł nieco dalej od la­tar­ni. Mocne świa­tło przy­cią­ga­ło róż­ne­go ro­dza­ju owady, nie­któ­re wiel­ko­ści jego dłoni, o sze­ro­kich, ciem­nych skrzy­dłach, przy­wo­dzą­cych na myśl ak­sa­mit. Chło­piec nie lubił wszel­kie­go ro­dza­ju ro­ba­ków, dla­te­go wzdry­gał się na myśl, że coś tak ogrom­ne­go mo­gło­by ode­rwać się od lampy i przy­le­cieć w po­bli­że jego głowy. Kiedy tak szu­kał do­bre­go miej­sca na kon­ty­nu­ację swo­ich roz­my­ślań, usły­szał kroki. Pod­niósł głowę i zo­ba­czył zbli­ża­ją­cą się w jego stro­nę ciem­ną syl­wet­kę. Mistrz wszedł w krąg świa­tła i Miłka zo­ba­czył głę­bo­kie za­do­wo­le­nie na jego twa­rzy, które za­wsze zwia­sto­wa­ło duży za­strzyk złota w naj­bliż­szym cza­sie.

Czyli mu się udało, po­my­ślał. Nie był co prawda do końca pe­wien, czy sam cie­szył się z tego, że owia­ne ta­jem­ni­cą za­my­sły Mi­strza spo­tka­ło po­myśl­ne za­koń­cze­nie. Jed­nak na myśl, że mogli teraz opu­ścić ten świat i udać się do na­stęp­ne­go, po­czuł dresz­czyk emo­cji.

Za­sta­na­wia­jąc się, jak prze­ko­nać men­to­ra do po­wro­tu do świa­ta dry­fu­ją­cych w po­wie­trzy wysp, chło­piec wstał i z nie­zwy­kłym dla sie­bie en­tu­zja­zmem, nie­mal­że tak, jak przy­sta­ło na pil­ne­go ucznia, wy­biegł Mi­strzo­wi na spo­tka­nie.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

Ze spraw technicznych dostrzegłam trochę rzeczy (np. brak końcówek niektórych wyrazów), ale ja skupiłabym się, jeśli pozwolisz, na treści, bo i mnie samej daleko do bezbłędnego pisania. 

W nielicznych fragmentach widziałam przypominające mi się sceny z filmu “Siódmy syn”. Wędrówka między rozmaitymi światami Mistrza i jego Ucznia to kapitalny pomysł na ciekawą opowieść fantasy. 

Podobały mi się założenia takiej wędrówki, opisy światów, wrażenia obu wędrowców, pomysły Mistrza. Przeniosłam się dzięki Tobie do magicznego świata baśni, a to lubię najbardziej. ;)

Z chęcią przeczytałabym o innych ich podróżach. :)

Osobne brawa za brak krwawych czy tragicznych zakończeń, że zachowałaś przy życiu obu bohaterów. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Fantasy, magia i inne światy to moje tematy więc przyszedłem tu będąc dobrej myśli.

Najpierw kilka uwag:

Wziął do ręki odłamek i zmrużył oczy w uśmiechu.

Brzmi to jakby zmrużenie oczu oznaczało uśmiech. Zmieniłbym to jakoś.

 

Nie wiem, jaką rolę pełnią te gwiazdki, ale pierwsze dwie można bez problemu scalić w jeden tekst. Miałoby to więcej sensu.

 

I nie podpieraj cudzych ścian, to niegrzeczne.

To znaczy, że w jakiś sposób miałby umacniać ich konstrukcję? W sensie : “Nie opieraj się o cudze ściany, to niegrzeczne”, prawda?

 

W dzień chronili się na parterze i w chłodnych piwnicach, a spali na piętrze. Jeszcze wyższe poziomy służyły im za składy. Większość ludzi trudniła się handlem i rzemieślnictwem, więc taki system miał sens.

Szczerze, to nie wiem czy ma sens taszczenie ciężkich ładunków po kilku piętrach. W dodatku do części budowli najbardziej podatnych na zmiany temperatur.

 

Miłka zmrużył oczy i spojrzał złowrogo na słońce. Miało inny kolor niż był przyzwyczajony, przeraźliwie jasny, ale zabarwiony nieco różem – i było ogromne.

Pierwsza część drugiego zdania wskazuje, że podmiotem jest tu słońce, nie kolor. Moja sugestia:

“Miało inny kolor niż był przyzwyczajony – przeraźliwie jasne, ale zabarwione nieco różem. I było ogromne. 

Albo przecinek i z małej litery. W tym nie jestem w tym dobry.

 

Podsumowując, czyta się dość lekko i przyjemnie. Żadnych innych uwag technicznych nie mam. 

Zawsze lubiłem koncepcję podróży między światami. Stawia to pytanie “jak będzie wyglądać następny i kolejny świat?”. Podróż to idealny inicjator przygody, której trochę mi u ciebie zabrakło. Ale wiem, że limit znaków to nielichy ciężarek, dlatego przeczytałbym dłuższą opowieść, gdzie poszczególne światy i interakcje bohaterów z nimi, będą pokazane bardziej szczegółowo i kolorowo.

O, Saro, jaka cudna grafika! heart

Pecunia non olet

Bruce Dziękuję za lekturę i cieszę się, że miałaś pozytywne wrażenia! Przeglądnę tekst jeszcze raz, bo pewne rzeczy faktycznie umykają w trakcie pisania. I bardzo chętnie napisałabym o innych podróżach :>

Konrad1399 Dziękuję za lekturę i szczególnie za techniczne komentarze! Faktycznie, składowanie nietrwałych przedmiotów na piętrach jest mało mądrym pomysłem, więc podejrzewam, że na to mieli spiżarnie w piwnicach (co dodałam w tekście). Problem taszczenia rzeczy po schodach pozostaje, no ale nie ma systemów bez żadnych wad ;)

Wydaje mi się, że podpieranie ścian może funkcjonować jako kolokwializm, ale to jeszcze muszę sprawdzić.

I gdyby nie limit, też chciałabym zaoferować bohaterom trochę więcej przygód, ale wtedy musiałbym prawdopodobnie ograniczyć się do jednego, ewentualnie dwóch światów.

SaraWinter Bardzo dziękuję za lekturę! Zgadzam się, że grafika cudna :>

To wspaniale, Adanbareth, życzę Ci zatem powodzenia w dalszym pisaniu. :)

Pecunia non olet

Fajna ta koncepcja wielu światów, rządzących się swoimi prawami, ale myślę, że nie wykorzystałaś potencjału opowieściowego. Dostaliśmy przedstawienie postaci bohaterów i kilka przykładów prowadzenia przez nich interesu, ale nie czuję w tym jakiejś konkretnej historii. Jak napisałaś, planujesz kontynuować opisywanie losów Mistrza i Miłka, to może warto by w przyszłych tekstach skupić się na jednym zagadnieniu (np. Mistrz i Miłko rozwiązują zagadkę latających wysp)? Myślę, że ilość światów, w jakich działoby się jedno opowiadanie, nie byłaby wyznacznikiem jakości. Niech się dzieje nawet w jednym, a szczegółowiej opisanym.

Jakąkolwiek strukturę dla przyszłych tekstów wybierzesz, to z przyjemnością je przeczytam, bo już tym mnie zaciekawiłaś :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

PanDomingo Dziękuję za lekturę i komentarz! Jeżeli napiszę kontynuację, z pewnością skupię się tylko na jednym świecie. Tym razem chciałam pokazać różne światy, jak wygląda zawód podróżowania między nimi i Miłkę powoli przyzwyczajającego się do takiego życia. Przez to faktycznie mogła ucierpieć trochę warstwa fabularna. Dlatego następnym razem skupię się raczej na tym aspekcie.

CM Dziękuję za wizytę :)

Przeczytałam o kilku pobytach w różnych światach, jednakowoż nie zauważyłam, aby z tych wojaży coś wyniknęło. Owszem, coś pewnie tak, ale wie o tym wyłącznie Mistrz, czytelnikowi tej wiedzy poskąpiono.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia wiele do życzenia.

 

– Cho­ciaż…może to znak… ―> Brak spacji po wielokropku.

 

Odła­mek śmi­gał po po­kry­tej po­pio­łem pod­ło­dze… ―> Odłamek czego?

 

Chło­piec prze­krzy­wił scep­tycz­nie głowę, za­sta­na­wia­jąc się, do czego zmie­rza dziw­ny nie­zna­jo­my.

– Wi­dzia­łeś kie­dyś bańkę, chłop­cze?

W od­po­wie­dzi ten po­krę­cił prze­czą­co głową. Męż­czy­zna po­dra­pał się z na­my­słem po gło­wie. ―> Powtórzenia. Na czym polega sceptyczność przekrzywienia głowy?

 

prze­źro­czy­sta błona po­mię­dzy jego oba koń­ca­mi… ―> …prze­źro­czy­sta błona po­mię­dzy jego obu koń­ca­mi

 

Ale…mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość. ―> Brak spacji po wielokropku.

 

je­steś pe­wien, że mi uda się przejść? ―> …je­steś pe­wien, że mnie uda się przejść? Lub: …je­steś pe­wien, że uda mi się przejść?

 

– Zresz­tą, czy mo­że­my coś jesz­cze tu za­szko­dzić? ―> Można zaszkodzić komuś/ czemuś, ale nie wiem, jak można coś zaszkodzić?

 

rów­nie cięż­ki i nie­wy­god­ny, co ten ucznia… ―> …rów­nie cięż­ki i nie­wy­god­ny, jak ten ucznia

 

czyli…no, wtedy, kiedy wrócę. ―> Brak spacji po wielokropku.

 

– I pa­mię­taj, nie wy­ku­pię cię, jak dasz się zła­pać han­dla­rzom nie­wol­ni­ków – za­wo­łał jesz­cze. Chło­piec, jak mu wcze­śniej po­le­co­no, po­słusz­nie udał, że nie sły­szy i ro­zej­rzał w po­szu­ki­wa­niu cie­nia. ―> Narracji nie zapisujemy z didaskaliami. Winno być:

– I pa­mię­taj, nie wy­ku­pię cię, jeśli dasz się zła­pać han­dla­rzom nie­wol­ni­ków – za­wo­łał jesz­cze.

Chło­piec, jak mu wcze­śniej po­le­co­no, po­słusz­nie udał że nie sły­szy i ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu cie­nia.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Ostry dziob i pa­zu­ry… ―> Literówka.

 

I…ni­cze­go nie po­czuł. ―> Brak spacji po wielokropku.

 

po­ma­ga­ją nam nor­mal­nie do­ty­kać przed­mio­tów i ludzi wy­ko­na­nych z miej­sco­wej ma­te­rii. ―> Czy dobrze rozumiem, że ludzie tam mieszkający byli wykonani z miejscowej materii?

 

sta­wia­ją opór lek­kim, de­li­kat­nym przed­mio­tom, a cięż­ki, ma­syw­ne rze­czy… ―> Literówka.

 

ina­czej han­dla­rzom cięż­ko by­ło­by funk­cjo­no­wać w bań­kach. ―> …ina­czej han­dla­rzom trudno by­ło­by funk­cjo­no­wać w bań­kach.

od­po­wie­dział mu z twa­rzą pełną en­tu­zja­zmu. ―> Raczej: …od­po­wie­dział mu głosem pełnym en­tu­zja­zmu.

 

kon­ty­nu­ował Mistrz. - Ja, po­sia­da­ją­cy wie­dzę… ―> Przed wypowiedzią powinna być półpauza, nie dywiz.

 

Prze­wa­ża­ją­ca ilość męż­czyzn… ―> Prze­wa­ża­ją­ca liczba męż­czyzn

 

za nie­wiel­kim stru­mie­niem. We­dług Mi­strza, wyspa, na którą przy­by­li, była sto­sun­ko­wo nie­wiel­ka… ―> Powtórzenie.

 

nie po­win­no mu więc dużo zająć. ―> …nie po­win­no mu więc zająć dużo czasu. Lub: …nie po­win­no więc trwać zbyt długo.

 

Stru­myk kilka me­trów przed nim opa­dał nagle w dół. ―> Masło maślane – czy coś może opadać w górę?

 

wy­pły­wa­ły zza kra­wę­dzi i opa­da­ły w dół… ―> Jak wyżej.

 

Miłka usiadł na skra­ju wyspy, nogi wy­wie­sił ponad prze­dziw­ny ocean… ―> Miłka usiadł na skra­ju wyspy, nogi zwiesił nad prze­dziw­nym oceanem

 

sam po­trze­bu­je upo­ko­je­nia. ―> Literówka.

 

Miłka spoj­rzał z ukosa na Mi­strza w roz­czo­chra­nych, krę­co­nych wło­sach, dzi­wacz­nych bi­no­klach… ―> Czy dobrze rozumiem, że Mistrz przywdział jakiś osobliwy strój z rozczochranych i kręconych włosów?

A może miało być: Miłka spoj­rzał z ukosa na Mi­strza z roz­czo­chra­nymi krę­co­nymi wło­sami, w dzi­wacz­nych bi­no­klach

Własne włosy można mieć, ale nie można w nich być.

 

od­parł wciąż jesz­cze nieco blady po prze­lo­cie męż­czy­zna. ―> …od­parł mężczyzna, wciąż jesz­cze nieco blady po prze­lo­cie.

 

To wła­śnie po ta­jem­ni­ce tu­tej­szych la­tar­ni… ―> Literówka, czy może latarnie miały wiele tajemnic?

 

przy­by­li razem z Mi­strzem. ―> …przy­by­ł razem z Mi­strzem.

 

Nie­ste­ty, jest eks­tre­mal­nie eks­klu­zyw­ny… ―> Na czym polega ekstremalność ekskluzywności?

 

Mistrz nie dał się prze­ko­nać i ka­ry­god­nie za­bro­nił ucznio­wi… ―> Na czym polegała karygodność zabronienia?

A może miało być: Mistrz nie dał się prze­ko­nać i kategorycznie za­bro­nił ucznio­wi

 

nie­któ­re wiel­ko­ści jego dłoni, o sze­ro­ki, ciem­nych skrzy­dłach… ―> Literówka.

 

Czyli mu się udało, po­my­ślał, nie do końca pe­wien… ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nawet dobrze mi się czytało, mimo niepoprawionych baboli, ale dotarłam do końca i poczułam rozczarowanie. Skończyłaś w najciekawszym momencie, pozostawiłaś praktycznie wszystkie wątki pootwierane. Tu nie chodzi o ilość światów, raczej o cel wędrówki, o jakieś zamknięcie. Gdyby chłopcu na koniec udało się rozgryźć tajemnicę oceanu, byłaby już jakaś całość, coś zakończonego, ale w tym momencie mogę tylko powiedzieć: szkoda.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Na plus: ciekawe, różnorodne światy, poznajemy też coraz lepiej Mistrza i Ucznia.

Regulatorzy zrobiła Ci łapankę, to co sam zauważyłem się w tym zawiera, więc nie będę się powtarzał.

Na minus: nie widzę tu historii a jedynie jej zawiązanie, niektóre aspekty przechodzenia pomiędzy światami wydały mi się nielogiczne lub słabo uzasadnione – ale to ja, potrzebuję w światach, nawet fantastycznych – logiki – by zawiesić niewiarę.

 

entropia nigdy nie maleje

Hej, Adanbareth

Podobał mi się Twój warsztat. Ładnie opisujesz nowe światy i ciekawie przedstawiasz kolejne etapy wędrówki ucznia i mistrza. Pod tym kątem byłem zadowolony z lektury.

Nie zagrała za to konstrukcja fabuły, bo, krótko mówiąc, jej tu nie ma. To wstęp do… czegoś? Chłopiec poznaje handlarza, zostaje jego pomocnikiem – w porządku. Skaczą między światami i skaczą, i skaczą… koniec. Brak tu motywu przewodniego, celu wędrówki, jakiś większych tarapatów, które przykuwają do tekstu i powodują, że losy bohatera zaczynają ciekawić.

Podsumowując, nie żałuję lektury, ale zostawiła mnie ze sporym niedosytem.

Pozdrawiam

Kiedyś napiszę coś z fantasy...

Świetny pomysł z handlarzami międzywymiarowymi smiley. Niby prosty, ale daje dużo możliwości. Postać Mistrza podpasowała mi, chłopca trochę mniej, ale to drobiazg. Wykreowałaś ciekawe światy, zaczęłaś fajne tajemnice – o przeszłości chłopca i co jest pod latającymi wyspami (też czuję niedosyt, więc mam nadzieję, że wkrótce przeczytam ciąg dalszy). Bardzo chętnie przeczytałabym również rozszerzoną wersję ostatniej sprawy (może udałoby się już po konkursie). Mam nadzieję, że komentarz wystarczy do klika :).

 

Powodzenia w konkursie :).

regulatorzy Dziękuję za łapankę! Poprawiłam od strony technicznej, ale fabularnie już raczej nie powiążę tych kilku podróży razem inaczej niż postaciami Miłki i Mistrza. Szczerze mówiąc, szybko porzuciłam myśl o jakimś większym wątku, który spajałby całość, bo prawdopodobnie przekroczyłabym limit nieodwracalnie – albo w ogóle przerwała w trakcie! Chciałam raczej pokazać, jak Miłka powoli odnajduje w sobie zaciekawienie swoim przyszłym (miejmy nadzieję) zawodem – z myślą być może o ciągu dalszym. Tak więc ostatecznie faktycznie wyszedł z tego raczej wstęp. 

Irka_Luz Dziękuję za lekturę! Pierwotnie miałam nadzieję przedstawić rozwiązanie tajemnicy oceanu i nawet perypetie Mistrza przy zdobywaniu planów latarni, ale już gdzieś na początku się zorientowałam, że nie zdążę i dlatego postawiłam na mocno otwartą formę (ze wszystkimi minusami takiego rozwiązania). Mam nadzieję, że uda mi się pozamykać otwarte wątki w swoim czasie. 

Jim Dziękuję za wizytę! Zdecydowanie ciągle pracuję nad logicznym uzasadnieniem tych wieloświatowych podróży i zapewne siedziałabym nad tym dłużej, ale nie chciałam też, żeby ostatecznie w tym i tak trochę kulejącym fabularnie opowiadaniu znalazło się za dużo teoretycznych wyjaśnień. Dlatego czekam i zobaczę, jak uda mi się rozwinąć te kwestie w przyszłości. 

Zanais Dziękuję za lekturę! Cieszę się, że nie budzi żalu z powodu straconego czasu :) I tak, zdecydowanie wyszedł z tego wstęp. Szczególnie żałuję tego, że nie udało mi się bardziej zafrapować czytelnika postaciami głównych bohaterów i ich losami, ale możliwe też, że zawiodły moje umiejętności i po prostu nie potrafiłam zrobić tego w krótszym tekście. 

Monique M. Dziękuję za wizytę! Właśnie te możliwości dla wyobraźni skusiły mnie do wyboru takiej formy! Osobiście darzę Mistrza dużą sympatią, więc cieszę się, że nie tylko ja :) Nad Miłką ciągle muszę jeszcze popracować, zaczyna rozwijać się w trochę ciężkim do przewidzenia kierunku, ale jest to dosyć fascynujące. Rozszerzona wersja ostatniej sprawy to bardzo ciekawy pomysł. Myślałam, żeby wspomnieć o tym więcej przy opisie kolejnej podróży, która zdecydowanie będzie się z nią łączyć, ale znowu, wciśnięcie zbyt wielu retrospekcji w jedno opowiadanie będzie problematyczne. Może lepiej faktycznie stworzyć osobny tekst. 

 

Cześć adanbareth :)

 

Przeczytałem i cóż mam rzec?

Mogło być bardzo fajnie, a rzeczywiście zabrakło czegoś konkretnego.

Poza ciekawymi opisami miejsc, nie uświadczyłem niczego konkretnego – i tego zabrakło mi najbardziej.

Wrzuciłaś zajawkę na rozkminienie tego oceanu – ale tylko tyle, a już być może to dałoby to coś, czego brakło.

Co jeszcze mi się nie podobało?

Miłka. Był denerwujący, pyskaty, niewdzięczny – i nie daje nic w zamian. W sensie faktycznie wyłącznie potrafi marudzić, w żaden inny sposób tego nie rekompensuje. Ktoś mu daje fach do ręki, a on to odtrąca, choć innych pomysłów na życie (choćby gorszych) nie ma. Ciężko jakkolwiek poczuć do niego sympatię. Dopiero pod koniec wychodzi z niego cień przenikliwości / inteligencji / jakiś plan, cokolwiek, ale to tyci mało.

Faktem jest, że nauczyciel też nie był zbyt uprzejmy, ale co tam :P

 

Kilka niuansów jeszcze mnie zastanowiło:

 

 

– Widzisz, w świecie oddalonym o jakieś trzy jednostki poziome i dwie pionowe istnieje małe państewko, którego król najchętniej zawłaszczyłby sobie wszystkie kobiety świata.

Chyba wiem, o jakie królestwo chodzi :P

 

– Otóż to! Wręcz przeciwnie. Przeważająca liczba mężczyzn w ogóle nie zakłada tu rodzin, ale wstępuje do najprzeróżniejszych zakonów. A tam, celibat nie ogranicza się do dobrej woli kandydata. I dlatego jestem tu w stanie dostać bardzo tanio nieszkodliwą dla organizmu, ale wywołującą pożądany efekt mieszankę ziół. Sprzedam ją potem za odpowiednią cenę, zapobiegnę wojnie i będę miał, co jeść.

Z jednej strony fajny pomysł, z drugiej opisujesz skrajnie nieprzyjazne warunki życia (gorąco, itd.), a jednocześnie ludzie żyją w celibacie. Brzmi, jak świat, który nie miałby szans przetrwać – wymarcie.

 

Minimalnie frapuje mnie także to “rozmiękczenie” ludziów podczas podróży :P

Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić działający ludzki organizm, który nabiera takich właściwości ;)

 

 

Niemniej jednak samo opowiadanie spodobało mi się na tyle, że chętnie sięgnę po dalsze części. Zobaczę, czy Miłka zaskoczy mnie czymś pozytywnym (albo negatywnym, ale konkretnym), jakie jeszcze światy odwiedzą, itd.

 

Technicznie nie było źle, wprowadzone poprawki pozwoliły na czytanie bez większych zgrzytów.

Co zapamiętałem?

Dwukrotne rymy oraz nieco powtórzeń (czytałem na telefonie i nie wszystko sobie zaznaczyłem).

 

Odłamek śmigał po pokrytej popiołem podłodze, tworząc koło za kołem, koło za kołem.

Zapisałbym:

Odłamek śmigał po pokrytej popiołem podłodze, tworząc koło za kołem, i kolejne, i następne.

 

W dodatku chłopiec był drobny, a miejscowi wyżsi nawet od jego tyczkowatego Mistrza, więc istniało duże prawdopodobieństwo, że zwyczajnie nie zwrócą na niego uwagi.

Jak dla mnie to wyróżnianie się i właśnie powód, aby zwrócić na kogoś uwagę.

 

Spojrzał na rękę handlarza, która z całkowitą pewnością dosięgnęła swojego celu – jego ramienia.

Myślę, że zbędne.

 

 

No i drugie “***” nie mają zbytnio uzasadnienia.

 

 

 

Czekam na więcej :)

Adanbareth, rozumiem Twoje podejście do sprawy, ale to nijak nie poprawi niedomagań tej historii. Mam natomiast nadzieję, że niebawem, kiedy nabierzesz większego doświadczenia, Twoje opowiadania będą ciekawsze, spójniejsze i lepiej napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj

 

Przy pierwszym podejściu tekst mi się nie spodobał, więc go sobie darowałam, ale nie zmieściłam się w 28K, więc wróciłam;)

I przy kolejnym podejściu spodobał mi się bardziej.

Relacja Miłki z Handlarzem jest ciekawa, bo niejednoznaczna.

Podoba mi się Twój sposób opisywania wielu światów, a ponieważ ostatnio dużo czytam o wielu światach dodam, że w pewien sposób się wyróżnia. Opisujesz plastycznie, w każdej podróży jest coś co może ująć.

Niemniej jednak zgadzam się z przedrecenzentami, że opowiadanie powinno być wstępem, lub kanwą szerszej opowieści, bo same podróże nie dają czytelnikowi odpowiednio dużo “mięcha” .

Kurcze, mam mieszane uczucia, co do tej historii. O wykonaniu już się ludzie przede mną wypowiadali i generalnie zgadzam się, że mogłoby być lepsze, ale bardzo podobają mi się postaci, które mają swoje charaktery, a przy tym naprawdę ciekawą relację. Widzimy tu też kilka światów, większość ciekawych i jesteśmy świadkami podróży. I przyznam, że przypadła mi do gustu ta wycieczka.

Problem polega na tym, że moim zdaniem jest to fragment. Gdyby miało być zamkniętym opowiadaniem, nazwałabym je raczej zlepkiem scenek. Otwierasz bardzo dużo wątków (pochodzenie ucznia, tajemniczy Ocean, lampy) i żadnego nie zamykasz. Pomysł mi się podoba i chętnie czytałabym go dalej, ale to nie jest zamknięta całość i nie powinno w tym kontekście funkcjonować. Niemniej, jeśli zdecydujesz się kontynuować na portalu, pewnie zajrzę. ;)

Zostaw ten żyrandol.

Światy, handlarz, jego uczeń wydawały mi się zajmujące, miały dużą szansę, aby utrzymać moją uwagę. Zachęcały do zagłębienia się w historię, poznania zwiedzanych światów, ich odmienności. 

Ciekawe były też problemy światów, gadżety, ale przeszkadzały, męczyły mnie jednak dwie rzeczy. 

Każda z wypraw rozpoczynała się, uchylałaś rąbka tajemnicy, pokazując kawałek świata, trochę odmienności mieszkańców, przedstawiałaś powód przybycia i koniec. Zaczynałaś, wprowadzałaś czytelnika, po czym kończyłaś rozdział. Przyznam się, że było to frustrujące doświadczenie, ponieważ ledwie czegoś się dowiedziałam, osadziłaś mnie w sytuacji, poczułam przedsmak przygody, pojawiała się kropka i zaczynał następny rozdział. Znowu, z dobrą wolą, przedzierałam się przez zawiązanie akcji i bach, kropka. Najbardziej dopracowany z tego punktu widzenia wydaje mi się sam początek, czyli spotkanie ucznia z mistrzem.

Druga rzecz, która utrudniała mi czytanie jest związana z wielosłowiem. Poziom redundancji (nadmiar zbędnych, niepotrzebnych, powtarzających się słów i treści) bardzo mnie przytłaczał. Przy czym odnosiłam wrażenie, że im głębiej w tekst, tym zauważam tego więcej. 

 

Brawa za wyobraźnię. :-)  Może być też tak, że trudniej mi przeczytać opowiadanie fantasy, ponieważ nie jestem targetem i musi być naprawdę dopracowane, aby zasmakowało.

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć ;) ponieważ opowiadanie przeczytałem z telefonu, nie będę miał żadnych uwag technicznych, za to skupię się na treści. Do mocnych stron opowiadania należy zaliczyć relację Mistrza z Uczniem, która jest ciekawa i zachęca do śledzenia wydarzeń. Obaj bohaterowie są jacyś, mają własne charaktery i cechy osobowościowe. Podoba mi się pomysł na miedzyswiatowego handlarza. Niestety, przyjemność z lektury znacząco umniejszyły wady opowiadania. Brakuje mi tu sedna i mam wrażenie niewykorzystanego potencjału ;( moja wyobraźnia została rozpalona, gdy Mistrz wyznał, że handluje m. in. zdobyczami cywilizacji, ale potem czułem się, jakby na gorejący płomień fantazji ktoś wylewał wiadra wody ;p opowiadanie stanowiłoby ładny wstęp do jakiejś fantastycznej, przemyślanej przygody z jakimś zaskakującym twistem. Mimo jednak tego niedosytu, nie czytało mi się źle. Mam nadzieję, że zaprezentowany tutaj pomysł w przyszłości zostanie rozwinięty ;)

Cześć adanbareth ;)

Tekst fajny, a jednocześnie, moim zdaniem, zmiana kilku rzeczy mogłaby jeszcze polepszyć jego odbiór:

– mniej opisów świata. Nie wiem, ile razy pisałaś o słońcu w tym opowiadaniu, lecz na pewno jest tego sporo. Dużo opisów ubioru nie dodawało wartkości akcji i trzeba było przez nie nieco brnąć.

– bardziej spójne postacie – Mistrz raz ochrzania młodego a raz jest miły i czasem nie rozumiałem co od czego zależy. Tak samo Miłka – raz przejmuje się słowami mistrza, a raz je trochę olewa.

Co do postaci jeszcze – mam poczucie, że Miłka bardziej pełni rolę statysty dla opowiedzenia historii Mistrza.

Z pozytywów, bo to ważne, podoba mi się Twoja wizja wieloświatów, które są inne i które bazują na innych prawach. Światy są barwne i fajnie byłoby poznać jeszcze więcej owych baniek. ;)

Pozdrawiam!

Cześć, adanbareth,

zaczęłam czytać twoje opowiadanie i po chwili zorientowałam się, że już je czytałam. Przepraszam więc za brak komentarza, ale nie zawsze potrafię ubrać swoje emocje/opinie w słowa, ale powróciłam. To opowiadanie jest bardzo zakręcone i kreatywne, świetnie wpisuje się w konkurs. Najbardziej oprócz pomysłu podoba mi się “międzyświatowy” handlarz. Szkoda, że wykonanie pozbawia ten pomysł charakterystyczności, czyli tego, abym zapamiętała ten tekst dłużej. Każda wyprawa kończy się zbyt szybko. Czasem mniej znaczy lepiej – uważam, że wypraw powinno być mniej, dzięki czemu mogłabyś je bardziej rozbudować.

Mimo to podobało mi się.

 

 

– No, a teraz wracajmy do wykładu. – Mężczyzna,[-,] poczekał[+,] aż chłopiec nieco ochłonie z wrażenia i postukał kijkiem w swój schemat.

 

Niestety, tym razem[+,] żeby zdobyć wybrankę, musiałby zadrzeć z najpotężniejszą jednostką polityczną na kontynencie.

Wydaje mi się, że tego pierwszego nie powinno być, ale nie jestem pewna.

 

 

Powodzenia! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Uf, wreszcie chwila, żeby nadrobić komentarze. 

silvan Dzięki za lekturę! Zgadzam się w zupełności, że Miłka może być odbierany jako denerwująca postać. Ale nie wiem, czy to coś ze mną jest nie tak, czy może dlatego, że sama stworzyłam tego bohatera, patrzę trochę z przymrużeniem oka na jego narzekanie. Muszę jednak przyznać, że takie uwagi zachęcają mnie do głębszego przemyślenia, w jakim kierunku chcę Miłkę teraz popchnąć. 

Ambush Cieszę się, że za drugim podejściem tekst bardziej przypadł Ci do gustu :) Postaram się następnym razem dać Czytelnikowi nieco bardziej konkretną i pełną historię.

Versus Dziękuję za wizytę! Tak, myślę, że zlepek scen jest doskonałym określeniem. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że uda mi się je zlepić nieco bardziej umiejętnie, żeby całość nie wywoływała aż takiego niedosytu, no ale się nie udało. Nauczka na następny raz, żeby dać Miłce i Mistrzowi należycie rozpoczętą i zakończoną historię. 

Asylum Dzięki za lekturę i komentarz! Tak, początki chyba wychodzą mi lepiej niż to, co po nich następuje, bo wtedy jeszcze nie czuję goniącego mnie limitu znaków :’) Z nadmiarem niepotrzebnych słów ciągle walczę! I przyznaję, że przydałoby się pozbyć się tego irytującego nawyku używania trzech słów, kiedy wystarczyłoby jedno. 

AmonRa Dziękuję za lekturę i z miejsca przepraszam za wiadra wody! Postaram się jeszcze gdzieś wykorzystać ten potencjał :’)

Sagitt Dzięki za lekturę i komentarz! Co do Mistrza, to wydaje mi się, że on mniej więcej tak chciałby być postrzegany. W każdym razie, dla mnie jest człowiekiem, który pragnie wydawać się zdecydowanie bardziej ekscentrycznym niż jest w rzeczywistości, co nie zmienia faktu, że ma swoje humory. 

LanaVallen Dziękuję za komentarz, tym bardziej, że wiem, z jakim trudem czasami przychodzi ich pisanie ;) Kurczę, serio muszę coś zrobić następnym razem, by całość była spójna i tym samym nieco bardziej zapadała w pamięć. 

Drogą losowania jako pierwsze zostały wybrane do omówienia technikalia.

Jeśli więc chodzi o technikalia, to drastycznych wpadek nie ma, ale trochę potknięć się jednak znalazło.

Przede wszystkim zwracają uwagę pewne problemy z interpunkcją. Zdarzają się brakujące i przestrzelone przecinki, zwłaszcza te wciśnięte między podmiot, a orzeczenie nie robią najlepszego wrażenia.

Zwraca też uwagę dosyć duża liczba przysłówków – intruzów, które wielokrotnie zmuszają czytelnika, by przy danym opisie wierzyć autorce na słowo honoru. Nieraz też owe przysłówki dopowiadają rzeczy oczywiste.

Samej obecności przysłówków nie można oczywiście rozpatrywać w kategorii błędu, więc i w taki sposób tego nie oceniam. Muszę natomiast zwrócić uwagę, że czasem pełnią one w opowiadaniu rolę „hamulcowych” oraz opisów „na skróty”. Jak to rozumieć? Ano tak, że wielokrotnie przysłówki dostarczają ograniczonej ilości informacji. Nieraz są nieprecyzyjne. Wyjaśnię to na prostym przykładzie:

– wariant z przysłówkiem: koszula była brudna.

– wariant bez przysłówka: na kołnierzu koszuli dostrzegł jasnobrązową palmę po kawie.

Zwróć uwagę, że unikając przysłówka dostarczasz bardziej obrazowy i precyzyjny opis – czytelnik dokładnie wie, co powinien zobaczyć. W przykładzie z przysłówkiem może się jedynie domyślać – brudna koszula potrafi dostarczyć wielu różnych wyobrażeń.

Ten przykład jest w mojej opinii o tyle potrzebny, że niejako obrazuje to, z czym czytelnik mierzy się u Ciebie w niektórych fragmentach tekstu. Przysłówki same w sobie nie są złe, ale ich duże nagromadzenie powoduje, że tworzysz pewien dystans między czytelnikiem, a opowiadaniem. Jak wspomniałem, zamiast pokazywać mu pewne obrazu poprzez opis, każesz mu wierzyć Tobie na słowo, oświadczając, że:

– przekrzywił sceptycznie głowę

– zawiesił znacząco głos

– mężczyzna tupnął wściekle.

I tak dalej. W przypadku opowiadania opartego na światotwórstwie warto zaprosić czytelnika możliwie blisko zdarzeń.

No to przejdźmy do świata w opowiadaniu. Właściwie światów.

Wprowadzenie niezwykle obiecujące. Ta zabawa handlarza (czy raczej jakaś forma prezentacji, pokazu), tak (zdawać by się mogło) niewinna. Te bańki jako wprowadzenie do nauki. To wszystko szalenie intryguje, składa nam niejako obietnicę barwnej podróży. Z mistrzem jako przewodnikiem, który zabierze nas w te wszystkie cudowne miejsca. Który opowie nam o nich. Być może zdradzi sekrety, być może wyjawi reguły i mechanizmy działania. Do tego chłopak jako drugi bohater, którego oczami będziemy oglądać owe światy. Poprzez którego będziemy je poznawać. Dobór bohaterów to, przy okazji, świetny w swojej prostocie zabieg, ale o tym szerzej napiszę później.

Więc światy. Ładne. Naprawdę ładne i ciekawe zarazem. Na każdy masz jakiś pomysł, o każdym potrafisz coś powiedzieć. Każdy ma w końcu coś do pokazania. Światy ogólnie są więc raczej mocną stroną opowiadania. Jednocześnie, kiedy przemierzałem te światy, miałem trochę takie poczucie, jakbym podróżował pociągiem-widmo. Każdy etap podróży oferował jakieś malownicze obrazy, lecz w pewnym momencie pojawiło się takie dość oczywiste pytanie: dokąd ja właściwie jadę? Odpowiedź brzmiała: nie wiem.

Oczywiście, nie należy tego, co napisałem powyżej, brać dosłownie. Chodzi mi raczej o to, że ta fabuła jest dosyć skąpa. Pretekstowa. Że w tej ciągłej podróży przez światy brakuje jednak jakiejś szerszej historii. Czegoś, co niejako scali do reszty bohaterów i światy.

Mam wrażenie, że znacznie korzystniejsza dla opowiadania mogła jednak być jedna tylko podróż. Że te przygody mistrza i ucznia mają pewien potencjał, by stworzyć całą serię opowiadań, ale jednak z zastrzeżeniem, że na każdy tekst powinien przypadać jeden świat. Bogactwo, jeśli chodzi o prezentację światów w tym opowiadaniu, z pewnością warte jest nie tylko odnotowania, ale też pochwalenia, co więc i jeszcze raz czynię. Cena jednak, jaką płacisz za owo bogactwo (co za paradoks, nie? Cena za bogactwo) jest spora.

Pierwszą fakturę (i to dosyć sporą) za „światowe rozpasanie” wystawia Ci fabuła, która jednak jest dosyć licha. Choć może lepiej napisać „na alibi”. Lepiej, bo ona właśnie daje Ci takie alibi. Jest jakaś historia, jest jakiś powód do zwiedzania tych tajemniczych światów. Fabuła odhaczona. Jakiejś głębszej historii to jednak w tym wszystkim nie ma. Takiej, która po pewnym czasie pozwala wrócić w myślach do opowiadania i przypomnieć sobie, niechby i pobieżnie, o co tam właściwie w tym tekście szło.

Tyle o pierwszej fakturze. Drugą wystawiają same światy. Siłą rzeczy, jeśli pokazujesz ich wiele, to po każdym możesz w pośpiechu oprowadzić, o każdym coś tam opowiesz, ale to wszystko są jak gdyby takie krótkie wycieczki. Żaden świat nie dostaje tu do końca sceny „dla siebie”. Nie ma wystarczającej przestrzeni do tego, żeby porwać czytelnika, zadziwić, zaciekawić, zafascynować. A to z kolei oznacza, że potencjał każdego z nich wykorzystujesz jedynie częściowo.

Bohaterowie.

Generalnie miałem poczucie, że można ich jeszcze trochę podrasować. Mocniej podkreślić pewne cechy, może zaakcentować jeszcze bardziej niektóre przywary. Może nawet ciut tych bohaterów przerysować, żeby mocniej zapadli w pamięć?

Tak czy inaczej, w ogólnym rozrachunku oni dobrze pasują do pomysłu na opowiadanie i przede wszystkim tego, co chcesz w tym opowiadaniu pokazać. Mamy tutaj taki fajny zabieg z wprowadzeniem mistrza, który będzie dane światy wyjaśniał. No i przede wszystkim ucznia. Ucznia, którego oczami czytelnik będzie obserwował świat i poprzez którego ów czytelnik tych poszczególnych światów będzie się uczyć. Miłka wie z grubsza niewiele więcej o danych lokalizacjach niż czytający, stąd bardzo łatwo patrzy się na to wszystko jego oczami.

Zabieg, o którym piszę, nie jest ani nowy, ani szczególnie kreatywny, ale… sprawdza się, więc jak najbardziej oceniam go pozytywnie.

No i zakończenie. Zakończenie bardzo otwarte, tak na granicy tolerancji napisałbym wręcz… Ono się kręci niebezpiecznie blisko tego punktu, który przesądza, czy możemy dany tekst ocenić jako zamknięty, czy jednak jest na tyle otwarty, że sprawia jedynie wrażenie atrapy zakończenia i przede wszystkim bardziej fragmentu niż opowiadania. Ostatecznie jednak w mojej ocenie Twój tekst tego krytycznego punktu nie przekracza i, sięgnąwszy po odrobinę dobrej woli, uznaję go za zamknięty.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM napisał już niemal wszystko i to samo, co chciałam napisać i ja, dlatego też ode mnie będzie krócej.

Podobało mi się światotwórstwo i ten właśnie element jest wg mnie najsilniejszym punktem opowiadania i to opowiadanie ciągnie. Malujesz obrazy, przedstawiasz interesujące, fantastyczne światy, ale… My je jedynie muskamy. Wprowadzasz nas do jakiejś krainy, by już za chwilę nas z niej wyprowadzić. Jednocześnie dałaś za dużo i za mało. Tak jak już wspomniał CM, światy te mają potencjał, ale przydałaby im się rozbudowa, bo w tej obecnej formie jest ich za mało. 

To był dobry pomysł na wpisanie się w konkursowe hasło, jednak wydaje mi się, że nieodpowiednie wyważenie elementów do pokazania sprawiło, że opowiadanie nie jest w pełni satysfakcjonujące. 

O poniekąd otwartym zakończeniu mowa też już była, ja się z CM-em w tej kwestii również zgadzam. 

Powodzenia w dalszym pisaniu! Wyobraźni Ci nie brakuje. :)

Tajemnicy i światy na pewno są, może nawet w nadmiarze.

Czułam się trochę jak na szybkim pokazie slajdów; “ja i mistrz w świecie lewitujących wysp”, “ja i mistrze w świecie ziółek na impotencję”… Wiem, że dla podróżników to było ważne przeżycie, które ich odmieniło, ale do mnie docierają tylko migawki.

Ale kreacja światów fajna, z rozmachem. Tylko nie na ten limit znaków.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka