- Opowiadanie: Adek_W - Spotkanie w chmurach

Spotkanie w chmurach

Tekst po­wstał dawno temu na bazie oso­bi­stych do­świad­czeń. Nieco go od­świe­ży­łem i dziś pre­zen­tu­ję Wam. Miłej lek­tu­ry.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy V, Użytkownicy IV, Irka_Luz

Oceny

Spotkanie w chmurach

Sta­lo­wo­sza­re niebo zrzu­ca­ło na świat stru­gi sie­ką­ce­go desz­czu, który za­le­wał oczy i wci­skał się w pod ubra­nie. Wpa­da­ją­cy do do­li­ny wiatr szar­pał prze­ciw­desz­czo­wym płasz­czem, świsz­czał w uszach i chło­stał mroź­ny­mi ude­rze­nia­mi. Roz­mo­kła, lepka zie­mia mla­ska­ła przy każ­dym kroku, roz­jeż­dża­jąc się pod na­ci­skiem wy­so­kich butów na gru­bej po­de­szwie. Po­wie­trze prze­sy­co­ne było za­pa­chem świer­ków.

Mi­chał za­trzy­mał się przed pro­wa­dzą­cy­mi do schro­ni­ska stop­nia­mi i spoj­rzał w górę. Prze­łęcz pod Kopą Kon­drac­ką to­nę­ła w kłę­bach nisko za­wie­szo­nych chmur. Zbo­cze wznie­sie­nia od po­ło­wy wy­so­ko­ści po­kry­wa­ły płaty śnie­gu, za­le­ga­ją­ce­go tu jesz­cze od zimy, choć był po­czą­tek maja. Przy do­brych wa­run­kach po­go­do­wych te nie­speł­na dwa ty­sią­ce me­trów nie ro­bi­ły spe­cjal­ne­go wra­że­nia nawet na nie­dziel­nych tu­ry­stach i zu­peł­nych świe­ża­kach gór­skich. Jed­nak dziś, kiedy nawet na Hali Kon­dra­to­wej dało się od­czuć gniew­ne po­dmu­chy hal­ne­go, po­dej­ście mogło sta­no­wić wy­zwa­nie.

Oczy­wi­ście nie dla Mi­cha­ła. Może nie była to po­go­da na wę­drów­kę gra­nią Czer­wo­nych Wier­chów lub wyj­ście w kie­run­ku Ka­spro­we­go, ale zej­ście w Do­li­nę Kon­dra­to­wą czy le­żą­cą po sło­wac­kiej stro­nie Do­li­nę Cichą nie po­win­no na­strę­czyć pro­ble­mów komuś tak oby­te­mu z gó­ra­mi, jak on.

Po­ko­nał scho­dy i wszedł do naj­mniej­sze­go schro­ni­ska Tatr, rzu­ca­jąc od progu “dzień dobry”. Od­po­wie­dział mu nie­skład­ny chór kil­ku­na­stu gło­sów. We­wnątrz było dusz­no, więc od razu zdjął kurt­kę, aby nie ma­ga­zy­no­wać cie­pła. Ku­si­ło go grza­ne wino, któ­re­go aro­mat mie­szał się z wonią szar­lot­ki, ale z do­świad­cze­nia wie­dział, że al­ko­hol roz­grze­wa sztucz­nie i na krót­ko, w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku szyb­ciej do­pro­wa­dza­jąc do wy­chło­dze­nia. Za­do­wo­lił się więc her­ba­tą z cy­try­ną. Trzy­ma­jąc kubek pa­ru­ją­ce­go na­po­ju usiadł przy dłu­giej ławie. Na jej prze­ciw­le­głym końcu ogrze­wa­ła się para mło­dych, kom­plet­nie prze­mo­czo­nych ko­biet.

– Prze­pra­szam – za­gad­nął. – Z góry?

– Tak – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem blon­dyn­ka o za­ró­żo­wio­nych od zimna po­licz­kach. – Ale bez suk­ce­sów. Pró­bo­wa­ły­śmy przejść Wy­żnią Kon­drac­ką do Strą­ży­skiej, ale halny blo­ku­je drogę. Te kil­ka­set me­trów na wy­so­ko­ści to zbyt duże ry­zy­ko.

– Ra­czej od­ra­dzam tam­ten kie­ru­nek – do­rzu­ci­ła sie­dzą­ca na­prze­ciw ko­le­żan­ki bru­net­ka, ści­ska­jąc w obu dło­niach kubek ter­micz­ny. – I w ogóle wyj­ście w górę.

– Chcę tylko przejść do Ci­chej lub Kon­dra­to­wej. Po­trze­bu­je krót­kie­go okna po­go­do­we­go lub choć­by kilku minut spo­koj­niej­sze­go wia­tru. Ale dzię­ku­ję za ostrze­że­nie.

Ko­bie­ty ży­czy­ły mu po­wo­dze­nia, choć miał wra­że­nie, że wy­czu­wa w ich gło­sach dez­apro­ba­tę. Po­si­lił się ba­to­nem, dopił her­ba­tę i wy­szedł na ze­wnątrz.

Wiatr ze­lżał, a deszcz prze­szedł w upo­rczy­wą mżaw­kę. Chmu­ry opa­dły jesz­cze niżej, za­kry­wa­jąc nie tylko prze­łęcz, ale i znacz­ną część ścież­ki pro­wa­dzą­cej na szczyt. Do­my­ślał się, że im wyżej, tym pa­skud­niej­sze będą wa­run­ki. Tylko bar­dziej go to na­krę­ca­ło. Prze­cież po to cho­dził po gó­rach, żeby rzu­cać wy­zwa­nie sobie i im. Spa­ce­ro­wać mógł po lesie czy parku. Tutaj za­mie­rzał do­świad­czać, prze­ży­wać. I zwy­cię­żać. Nad wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi i nad mil­czą­cą po­tę­gą wier­chów.

Wszedł na szlak. Po­cząt­ko­wo mu­siał uwa­żać tylko na błoto i śli­skie skały. Praw­dzi­we kło­po­ty za­czę­ły się, gdy do­tarł do stward­nia­łych pła­tów śnie­gu, które przy­sła­nia­ły ścież­kę, zmu­sza­ły do tra­wer­so­wa­nia zbo­cza pod róż­ny­mi ką­ta­mi i me­an­dro­wa­nia po­mię­dzy bia­ły­mi pla­ma­mi w po­szu­ki­wa­niu sta­bil­niej­sze­go grun­tu. Tak jak prze­wi­dy­wał, wie­trzy­sko ze­rwał się na nowo. Wszyst­ko spo­wi­ła biel, ogra­ni­cza­jąc wi­docz­ność do kil­ku­na­stu me­trów w każ­dym kie­run­ku. Ulewa roz­sza­la­ła się z po­dwój­ną mocą, te­stu­jąc wo­dosz­czel­ność jego ubrania.

Za­darł głowę i do­strzegł in­nych wę­drow­ców. Po­ru­sza­li się mo­zol­nie, co jakiś czas przy­sta­jąc i oglą­da­jąc jeden na dru­gie­go. Zdzi­wi­ło go, że nie wy­pa­trzył ich wcze­śniej. Do­szedł do wnio­sku, że mu­sie­li minąć schro­ni­sko i iść nie­prze­rwa­nie w stro­nę prze­łę­czy. Szyb­ko zrów­nał się z nimi. Dwoje do­ro­słych, być może ro­dzi­ców, i dwóch na­sto­let­nich chłop­ców, któ­rzy pró­bo­wa­li na­dą­żyć za opie­ku­na­mi. Ubra­ni byli dosyć oso­bli­wie, w sta­ro­mod­ne wia­trów­ki i wy­so­kie buty trek­kin­go­we, któ­rych już ra­czej nie spo­ty­ka­ło się w skle­pach. Krzyk­nął na po­wi­ta­nie, ale albo wiatr za­głu­szył jego słowa, albo zo­stał zi­gno­ro­wa­ny. Nie­spe­szo­ny ru­szył dalej, wy­mi­ja­jąc ko­lej­nych człon­ków wy­pra­wy, któ­rzy nawet nie pró­bo­wa­li na­wią­zać z nim kon­tak­tu wzro­ko­we­go.

Wy­prze­dził ro­dzin­ną wy­ciecz­kę. Każdy krok sta­wiał ostroż­nie. Wiatr tar­gał nim, zimno do­głęb­nie wgry­za­ło się w ciało. Po­wta­rzał sobie, że to ostat­nie metry, że szczyt jest tuż-tuż, a tam zła­pie od­dech i szyb­ko przej­dzie na drugą stro­nę. Ob­my­ślał, jak opo­wie o tym bratu i zna­jo­mym. Czuł pod­eks­cy­to­wa­nie, zu­peł­nie jakby szedł nie po jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych szla­ków tu­ry­stycz­nych w kraju, ale eks­po­no­wa­ną gra­nią Ger­la­cha. Prze­łęcz, ukształ­to­wa­ną na wzór sze­ro­kie­go, gi­gan­tycz­ne­go sio­dła, osią­gnął po kil­ku­na­stu mi­nu­tach. Od­niósł przy tym wra­że­nie, jakby do­tarł do przed­sion­ka lo­do­we­go pie­kła.

Halny spy­chał go w kie­run­ku zbo­cza, za­pie­rał dech w pier­si, nie po­zwa­lał wy­pro­sto­wać się i ro­zej­rzeć. Deszcz prze­stał być desz­czem. Przy­po­mi­nał le­cą­ce z nieba dro­bin­ki szkła, bo­le­śnie ką­sa­ją­ce od­kry­te po­licz­ki i czoło. W ciągu kilku chwil cien­ki ma­te­riał płasz­cza roz­darł się na bez­u­ży­tecz­ne strzę­py. Było znacz­nie go­rzej, niż przy­pusz­czał. Kuc­nął u pod­nó­ża jed­ne­go z gła­zów, by zła­pać od­dech.

Po ja­kimś cza­sie zza kra­wę­dzi wy­ło­nił się pierw­szy z wę­drow­ców. Oj­ciec, jak przy­pusz­czał Mi­chał. Za nim szedł do­rów­nu­ją­cy mu wzro­stem chło­pak, a nieco dalej matka, ase­ku­ru­ją­ca młod­sze­go z braci. Wy­glą­da­li na zmę­czo­nych i zzięb­nię­tych, czemu nie można było się dzi­wić, ale z sza­le­ją­cą za­wie­ru­chą ra­dzi­li sobie cał­kiem nie­źle. Mó­wiąc szcze­rze, ra­dzi­li sobie le­piej niż on. Ow­szem, sta­wia­li stopy ocię­ża­le i z wy­sił­kiem, ale nie mu­sie­li drep­tać przy­gar­bie­ni, na każ­dym kroku wal­cząc z po­ry­wi­sty­mi fa­la­mi wia­tru.

Matka po­gła­ska­ła pro­wa­dzo­ne­go przed sobą syna, wska­za­ła mu ojca i ru­szy­ła na­przód, za­chę­ca­ją­co kle­piąc chłop­ca po ra­mie­niu. Gdy tylko go wy­mi­nę­ła, ze­rwał się ko­lej­ny po­dmuch. Ro­dzi­na sku­li­ła się. W obron­nym, choć ir­ra­cjo­nal­nym ge­ście wy­sta­wi­li przed sie­bie dło­nie. Poza naj­młod­szym, który bez­rad­nie za­ma­chał rę­ka­mi, po­sta­wił dwa kroki w tył i znik­nął z pola wi­dze­nia.

– Spadł! Dzie­ciak spadł! – krzy­czał Mi­chał, ale halny wpy­chał mu słowa z po­wro­tem do ust. Ko­bie­ta mu­sia­ła zo­rien­to­wać się, że coś jest nie tak. Zer­k­nę­ła za sie­bie i na­tych­miast ru­szy­ła ku zbo­czu. Nagle po­śli­zgnę­ła się, upa­dła, prze­tur­la­ła i po­le­cia­ła w ślad za synem.

Mi­chał wstał, spró­bo­wał pod­biec. Zdrę­twia­łe nogi za­pro­te­sto­wa­ły tępym bólem. Mru­żąc po­wie­ki nie wi­dział, gdzie sta­wia stopy. Po­tknął się, świat gwał­tow­nie za­wi­ro­wał mu przed ocza­mi.

Mu­siał stra­cić na chwi­lę przy­tom­ność, bo gdy od­zy­skał świa­do­mość, po ro­dzi­nie nie było śladu. Od­czu­wał prze­ni­kli­we zimno. Nie mógł opa­no­wać drże­nia dłoni, nad­cho­dzą­cych w krót­kich ata­kach drga­wek oraz hi­per­wen­ty­la­cji. Zro­zu­miał, że po­wo­li do­pa­da go hi­po­ter­mia. Ręce, które nieco za­mor­ty­zo­wa­ły upa­dek, zdar­te miał do krwi. Bok bo­le­śnie dawał o sobie znać przy każ­dym głęb­szym od­de­chu. Na gło­wie wy­czuł ro­sną­cy si­niak, ale, całe szczę­ście, nie było krwo­to­ku.

Wstał, ro­zej­rzał się, ale wy­glą­da­ło na to, że jest sam. Ru­szył w stro­nę zej­ścia, mając na­dzie­ję, że tam od­naj­dzie tu­ry­stów. Wtedy do­strzegł pnącą się ku górze po­stać. Męż­czy­zna szedł wy­pro­sto­wa­ny, wspie­ra­jąc cię­żar ciała na dłu­giej lasce. Ra­mio­na okrył fu­trza­nym płasz­czem, twarz za­sło­nił chu­s­tą, a głowę przy­krył ka­pe­lu­szem z czar­ne­go filcu. Nie prze­szka­dza­ło mu pa­nu­ją­ce do­oko­ła sza­leń­stwo.

– Halo! Dzień dobry! – krzy­czał Mi­chał do przy­by­sza. – Czy wi­dział pan może tam, w dole, ro­dzi­nę?! Czte­ry osoby, ro­dzi­ce i dwóch chło­pa­ków! Wy­da­wa­ło mi się, że…

Urwał, gdy zo­ba­czył jak nad­cho­dzą­cy przy­kła­da palec do za­sło­nię­tych ust. Po chwi­li za­sło­na opa­dła, uka­zu­jąc star­cze, po­marsz­czo­ne, ale twar­de ob­li­cze.

– Nie żyją – od­po­wie­dział cicho, ale Mi­chał usły­szał go wy­raź­nie. Wy­da­wa­ło się, że oto­czył ich wy­ci­sza­ją­cy kokon.

– Nie ży… Mu­si­my za­dzwo­nić po TOPR! Po­wia­do­mić służ­by! Może jesz­cze uda się…

– Nie. Nie żyją od dwu­dzie­stu lat. Wcho­dzą na prze­łęcz i spa­da­ją z niej w po­kut­ni­czej tu­łacz­ce.

Po­pa­trzył na nie­zna­jo­me­go, jak na wa­ria­ta.

– Co pan bre­dzi? Mu­si­my tam iść i zo­ba­czyć…

Silna ręka męż­czy­zny osa­dzi­ła go w miej­scu. Chciał się wy­rwać, szarp­nąć, ale coś w po­sta­wie ob­ce­go pod­po­wie­dzia­ło mu, żeby nie robić gwał­tow­nych ru­chów.

– Nie mo­żesz nic dla nich zro­bić. Będą wę­dro­wać po tych zie­miach, aż przyj­dzie czas wy­zwo­le­nia. Mo­żesz za to zro­bić coś dla sie­bie.

– Ale co?

– Zejdź bez­piecz­nie na dół. I prze­myśl swoje in­ten­cje.

– Słu­cham?

Przy­bysz spoj­rzał mu głę­bo­ko w oczy.

– Góry są dla wszyst­kich i każdy jest tu mile wi­dzia­ny. Jeśli masz w sercu sza­cu­nek do na­tu­ry i dru­gie­go czło­wie­ka. Rzu­casz górom wy­zwa­nie? Oni też to zro­bi­li. I oni. – Nie­zna­jo­my wska­zał za plecy Mi­cha­ła, gdzie ze strzę­pów chmur wy­ło­ni­ło się dwóch męż­czyzn, roz­ma­wia­ją­cych mię­dzy sobą. – A także tamci i ci scho­dzą­cy ze szczy­tu. – Do­oko­ła po­ja­wia­ły się ko­lej­ne blade po­sta­cie. Stro­je nie­któ­rych wska­zy­wa­ły na wcze­sne lata ubie­głe­go wieku, in­nych opa­tu­la­ły jed­nie fu­trza­ne ka­po­ty. – Jeśli rzu­casz górom wy­zwa­nie, mu­sisz wziąć pod uwagę, że je przyj­mą. A tobie po­zo­sta­nie ak­cep­ta­cja wszyst­kich zwią­za­nych z tym kon­se­kwen­cji. Jeśli chcesz praw­dzi­wie do­świad­czać gór, naj­pierw oddaj im na­leż­ny sza­cu­nek.

Po­czuł, że kręci mu się w gło­wie, a zimno coraz moc­niej i głę­biej prze­ni­ka jego ciało. Sły­szał star­ca, ale nie poj­mo­wał, co ten do niego mówi.

– Za chwi­lę się wy­chło­dzisz – męż­czy­zna po­pro­wa­dził go do kra­wę­dzi i wska­zał ścież­kę. – Idź. Zejdź ostroż­nie. I wróć tu. Kiedy prze­my­ślisz pewne rze­czy.

– Ale…

– Idź.

Pchnął go le­ciut­ko. Sko­ło­wa­ny Mi­chał nie pro­te­sto­wał dłu­żej.

Nie pa­mię­tał drogi w dół. Do­tarł do schro­ni­ska, gdzie jego brud­ny strój i po­krwa­wio­ne ręce na­tych­miast zwró­ci­ły uwagę ra­tow­ni­ka dy­żur­ne­go. Usa­dzo­no go na ławce i za­py­ta­no, co się stało.

– Nie je­stem pe­wien – od­po­wie­dział po chwi­li zgod­nie z praw­dą.

Koniec

Komentarze

Hej,

 

ciekawa historia. Podoba mi się wymowa utworu – szacunek dla gór, ważna rzecz. Kilka strzelb Czechowa pozwoliło mi wcześniej zakwalifikować rodzinę jako zjawy, ale nie zmniejszyło to przyjemności z lektury.

Fajny szorcik :) Zgłaszam do biblio.

 

Jeszcze kilka dodatkowych uwag:

 

Tytuł przypomina mi Pierwszy krok w chmurach.

 

rzucając na progu “dzień dobry”.

“od progu”.

 

Wewnątrz było duszo,

“Duszno”.

 

Próbowałyśmy przejść przez Wyżnią Kondracką do Strążyskiej

“Wyżnią” albo “przez Wyżnię”.

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Cześć, BK!

 

Dzięki za dobre słowo, klika do biblioteki i łapankę. Od razu naniosłem poprawki :)

 

Tytuł przypomina mi Pierwszy krok w chmurach.

 

Nie czytałem, ale opis mnie zaciekawił. Poszukam gdzieś na Allegro, bo z dostępnością w księgarniach i u wydawcy może być problem. Niemniej, dzięki również za podrzucenie lektury. :)

 

Pozdrawiam!

Witaj.

Bolesna, bardzo smutna i przejmująca opowieść. Widać, że kochasz góry i sporo o nich wiesz, za co podziwiam dodatkowo, ponieważ ja za żadne skarby świata nie porwałabym się na taką wędrówkę, jak Michał. 

Historia jest przedstawiona poetycko, pięknym językiem, z dużym szacunkiem dla czytelnika. 

Ogromnie żal tych, którzy tam zginęli. :( Czteroosobowa rodzina to symbol. [*]

 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Cześć, Adku!

Stworzyłeś ładny, choć krótki troszkę, obrazek z nutką grozy. W sumie szkoda, że urwałeś tam, gdzie urwałeś, bo tam mogłaby się zacząć prawdziwa jazda bez trzymanki i rozterki bohatera. Aczkolwiek fajnie wyszła ta opowiastka w tonie młody chojrak i góry, mimo braku mocniejszej puenty. Niemniej w szortach takie rzeczy są zdecydowanie do obrony.

A ta czwórka zmarłych to symbol czy niekoniecznie? 

Polecam, gdzie trzeba, i pozdrawiam

Czytało się naprawdę nieźle, ale mocno irytowało mnie nieodpowiedzialne zachowanie Michała, podejmującego wędrówkę w tak niesprzyjających okolicznościach przyrody. Mam jednak nadzieję, że doznane wizje skutecznie wyleczyły go z bezsensownej brawury.

 

te­stu­jąc wo­dosz­czel­ność jego ubrań. ―> …te­stu­jąc wo­dosz­czel­ność jego ubrania.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, która mamy na sobie to ubranie.

 

Będą wę­dro­wać po tych zie­miach, aż przyj­dzie czas ich wy­zwo­le­nia. ―> Czyjego wyzwolenia – wędrujących, czy tych ziem?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bruce,

 

Dziękuję za wizytę i komentarz. :)

 

ponieważ ja za żadne skarby świata nie porwałabym się na taką wędrówkę, jak Michał. 

Bardzo słusznie. :)

 

Oidrin,

 

Miło mi Cię tu czytać. :) 

 

W sumie szkoda, że urwałeś tam, gdzie urwałeś, bo tam mogłaby się zacząć prawdziwa jazda bez trzymanki i rozterki bohatera.

Myślałem nad rozbudowaniem tekstu, ale doszedłem do wniosku, że krótsza forma będzie bezpieczniejszym rozwiązaniem dla tej historii. A bardzo nie chciałem jej zepsuć.

 

A ta czwórka zmarłych to symbol czy niekoniecznie? 

Symbol, ale akurat nie ten, o którym piszesz. Raczej taki z rodzaju osobistych, które twórca wplata w tekst wyłącznie dla samego siebie. :)

Za klik do biblioteki dziękuję i kłaniam się nisko. :)

 

Reg,

 

Cieszy mnie, że czytało się naprawdę nieźle. :) Fakt, że Michał irytował również jest dla mnie dobrą wiadomością, bo taki właśnie miał być. Wkurzający i zarozumiały.

 

Będą wędrować po tych ziemiach, aż przyjdzie czas ich wyzwolenia. ―> Czyjego wyzwolenia – wędrujących, czy tych ziem?

 Być może kiedyś te ziemie zaznają wyzwolenia od depczących je ludzi, kto wie? :D 

Już poprawione. :) Dziękuję za nieocenione uwagi. :)

 

Pozdrawiam!

 

 

Cieszę się, Adku, że lektura dostarczyła mi wrażeń zgodnych z Twoją intencją. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładnie napisane, opisami działasz na różne zmysły odbiorcy (aż poczułem to zimno brrr), widać też, że dobrze dobrze znasz się na górach. Myślę, że rezygnacja z rozbudowania tekstu to dobra decyzja. W obecnej formie wybrzmiewa przesłanie, przedłużanie o rozterki bohatera mogłoby je nieco rozmyć. Bohater jest w ogóle odpowiednio narysowany, wiemy o nim dokładnie to, czego potrzebujemy do zrozumienia przesłania, ni mniej, ni więcej. Nawet i doświadczonym czasem brakuje pokory.

Tutaj chyba literówka?

Tak jak przewidywał, wietrzysko zerwał się na nowo.

Pozdrawiam!

Pomimo morału, narobiłeś mi ochoty na wypad w góry ;) Rejon Czerwonych Wierchów jest piękny, szkoda, że liczba turystów zazwyczaj uniemożliwia samotną kontemplację. 

Szort nakreślony w sposób bardzo obrazowy.

 

Pozdrawiam!

Cześć!

 

Żal mi duchów. Kara za nierozwagę jest dla mnie zbyt okrutna, tym bardziej że oni nie dostali drugiej szansy, a muszą doświadczać śmierci bliskich i własnej na nowo, aż przyjdzie nieokreślony czas. Rozumiem, że starzec jest Duchem Gór, może by tak uwolnił jedną duszyczkę od mordęgi, w zamian za uratowanie lekkomyślnego wędrowca.

Dobrze się czytało. Przemówił do mnie Twój styl, co nie zdarza się często.

 

Pozdrawiam, Pop Lab.

Ciekawy tekst z ważnym morałem, choć historia nie wydała mi się szczególnie oryginalna ;)

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Bądź pozdrowion, Adku. 

Bardzo przyjemne opisy, tekst pod tym względem naprawdę się udał! Deszcz tnący jak kawałki szkła i inne takie robią robotę. Michał, typowy chojrak, drażni i jawi się jako bardzo lekkomyślny człowiek. Przez chwilę miałem też wrażenie, że dołączył do grona pokutniczych wędrowców, ale ostatnie dwa zdania wyprowadziły mnie z tego przeczucia :P Podoba mi się przesłanie utworu – respekt do matki natury, potęgi żywiołu i gór.

Kliknąłbym Ci bibliotekę, ale brakuje jeszcze kilku dni ;/

 

Stalowoszare niebo zrzucało na świat strugi siekącego deszczu, który zalewał oczy i wciskał się w pod ubranie.

 

Przy dobrych warunkach pogodowych te niespełna dwa tysiące metrów nie robiły specjalnego wrażenia nawet na niedzielnych turystach i zupełnych świeżakach górskich. Jednak dziś, kiedy nawet na Hali Kondratowej dało się odczuć gniewne podmuchy halnego, podejście mogło stanowić wyzwanie.

Proste, ale ładne. Sama z gór pochodzę i brawura Michała mocno mnie zirytowała. Przez takich idiotów chłopaki z GOPR-u ryzykują potem życiem. Miał głupek szczęście, że dostał szansę. A właśnie, kto mu dał tę szansę? I czy wszystkim tak daje? Czy to raczej bo, mimo że był bucem, ruszył jednak na ratunek innym? A przynajmniej próbował.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka