- Opowiadanie: Pop Lab - O naturze

O naturze

Opo­wia­da­nie po­mo­gli do­pra­co­wać: in­vi­ska, mor­te­cius i Mor­der­ca­Bez­Ser­ca.

Dzię­ku­ję Wam.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

O naturze

Po­mi­mo opusz­czo­nych rolet w po­ko­ju było jasno. Je­dy­ny lo­ka­tor pa­trzył na za­pa­ję­czo­ny sufit, wdy­cha­jąc po­ran­ny smród – pre­lu­dium do co­dzien­nej sym­fo­nii za­pa­chów. Pró­bu­jąc wstać, za­padł się w głąb łóżka. Wy­do­stał ciało spo­mię­dzy prze­gni­łych li­stew. Spoj­rzał na wy­chu­dłe człon­ki i uśmiech­nął się pod nosem.

Jesz­cze nie­daw­no Ma­riusz zgar­niał na kupy wszech­obec­ne od­pa­dy. W ra­mach za­pła­ty otrzy­my­wał coraz mniej­szą rację żyw­no­ści. Gdy ewa­ku­owa­no mia­sto, stra­cił pracę. Zo­stał razem z tymi, któ­rzy nie do­pcha­li się do wy­peł­nio­nych po drzwi ta­bo­rów. Ostat­nie dni spę­dził w miesz­ka­niu. Na prze­mian spał, tłu­ma­czył i zno­sił fale głodu. Kil­ku­dnio­wy trud wydał mu się teraz tak bez­sen­sow­ny, że aż śmiesz­ny.

Ma­riusz zro­bił kilka kro­ków po za­śmie­co­nej pod­ło­dze. Sta­nął nad za­wa­lo­nym słow­ni­ka­mi bla­tem biur­ka, otwo­rzył szu­fla­dę i od nie­chce­nia prze­su­wał wy­peł­nio­ne drob­nym pi­smem kart­ki. Spod ster­ty wy­ło­ni­ła się cien­ka ksią­żecz­ka. Przy­glą­dał się okład­ce, gdy nagle ude­rzy­ło go doj­mu­ją­ce uczu­cie pust­ki. Jakby w brzu­chu po­wsta­ła czar­na dziu­ra po­chła­nia­ją­ca świa­do­mość i wnętrz­no­ści. Od­ru­cho­wo przy­kuc­nął i sku­lił się, dzię­ki czemu za­cho­wał przy­tom­ność.

Po­mię­dzy bo­sy­mi sto­pa­mi za­uwa­żył wy­mię­ty pa­pier.

O na­tu­rzewy­szep­tał, po czym ro­ze­śmiał się, głę­bo­ko i kom­pul­syw­nie.

Upadł i za­czął kasz­leć. Leżąc, ucie­kał do pu­stej myśli, bez prze­strze­ni i czasu. Ze­rwał się, minął ob­kle­jo­ne taśmą drzwi ła­zien­ki i po szar­pa­ni­nie z zam­ka­mi opu­ścił miesz­ka­nie.

Serce raz po raz gu­bi­ło do­pie­ro zła­pa­ny rytm, ale Ma­riusz nie zwra­cał na to uwagi. Ist­niał tylko głód i po­ko­na­ny sto­pień – je­de­na­sty, dwu­na­sty, pierw­szy, drugi… Szcze­bel dra­bin­ki – trze­ci, czwar­ty, piąty… Krok do nie­by­tu – szó­sty, siód­my, ósmy…

Za­trzy­mał się i ogar­nął wzro­kiem gni­ją­ce mia­sto. W bloku na­prze­ciw otwo­rzy­ło się okno. Sta­rusz­ka, którą spo­ty­kał na przy­stan­ku, wy­chy­li­ła za ramę czar­ne wia­dro. Wy­głod­nia­łe szczu­ry rzu­ci­ły się w kie­run­ku brą­zo­wej mazi.

– Trzy­na­ście – od­li­czył.

Ani drgnął. Zro­zu­miał, że nie sko­czy, nigdy nie sko­czy, prę­dzej zdech­nie z głodu. Roz­pła­kał się i padł na plecy. Przy­jem­na woń na­grza­nej papy mie­sza­ła się z wie­lo­skład­ni­ko­wym smro­dem.

Nie­do­szły sa­mo­bój­ca wró­cił na klat­kę scho­do­wą i za­pu­kał do je­dy­nych drzwi, za któ­ry­mi spo­dzie­wał się czło­wie­ka.

– Jakub! – krzyk­nął, waląc w gruby pla­stik. – Je­steś tam? To ważne!

Po dłuż­szej chwi­li usły­szał ochry­pły głos:

– Je­stem.

– Ucie­kam stąd… Mam wodę, kilka bu­te­lek, przy­nio­sę ci pod drzwi.

Od­szedł, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Gdy prze­kro­czył próg, przy­po­mniał sobie, jak w dzie­ciń­stwie po­tknął się o buty i wy­rżnął głową w fu­try­nę. Zo­sta­ła mu po tym bli­zna, którą de­li­kat­nie wy­ma­cał.

Przy po­mo­cy desz­czów­ki wy­ko­nał pod­sta­wo­wą to­a­le­tę. Ogo­lił się, do­tkli­wie po­draż­nia­jąc skórę, zmie­nił ze­sztyw­nia­łe ubra­nie i wy­cią­gnął z szafy tu­ry­stycz­ny ple­cak. Spa­ko­wał to, co było nie­zbęd­ne i to, czego nie mógł zo­sta­wić. Z sze­ściu bu­te­lek wody za­brał trzy, resz­tę za­niósł pię­tro wyżej.

Kiedy kładł je pod drzwia­mi, usły­szał przy­tłu­mio­ny głos:

– Zgi­niesz tam.

– Pew­nie tak.

Szczęk­nę­ły zamki, coś cięż­kie­go stuk­nę­ło o pla­stik, drzwi za­skrzy­pia­ły i wy­chy­li­ła się zza nich po­kry­ta pla­ma­mi, łysa głowa.

– Muszą wró­cić. Zro­bić co­kol­wiek. Prze­cież tak nas nie zo­sta­wią… My tu umie­ra­my!

 

Ho­ry­zont po­chła­niał upa­dłe mia­sto. Nie­wy­dol­ne serce pra­co­wa­ło coraz szyb­ciej. Ma­riusz naj­chęt­niej po­ło­żył­by się w cie­niu naj­bliż­sze­go drze­wa, jed­nak za­ci­snął zęby i szedł dalej, obie­cu­jąc sobie, że od­pocz­nie po ko­lej­nej setce kro­ków

Gdy re­ge­ne­ro­wał siły po krót­kim mar­szu, wspo­mniał dzi­siej­szy ranek. Nie pa­mię­tał, kiedy ostat­ni raz kogoś objął, a od­ru­cho­wo przy­tu­lił dy­go­czą­ce­go są­sia­da, cho­ciaż nie łą­czy­ły ich za­ży­łe sto­sun­ki. Spra­wi­ło to Ma­riu­szo­wi nie­opi­sa­ną przy­jem­ność.

Uzmy­sło­wił sobie, że od ja­kie­goś czasu nie czuje głodu. Twarz pie­kła nie­mi­ło­sier­nie, bał się jej do­tknąć.

Chyba spu­chły – my­ślał, z nie­po­ko­jem ma­ca­jąc stopy.

Noc pla­no­wał spę­dzić nie­da­le­ko stawu. Bywał tu z ojcem. Zo­sta­wia­li sa­mo­chód w cie­niu, przy dro­dze i szli na prze­łaj. Nikt nie łowił od tej stro­ny, prze­szka­dza­ły szu­wa­ry i trud­ny teren, ale oni trzy­ma­li w za­ro­ślach wspól­ny se­kret. Wy­pły­wa­li przed świ­tem, ukrad­kiem, bu­dząc zdu­mie­nie wśród nie­licz­nych węd­ka­rzy.

Krót­kie, ulew­ne desz­cze nie za­spo­ko­iły po­trzeb wy­schnię­tej gleby. Oko­li­ca le­d­wie przy­po­mi­na­ła dziką kra­inę z dzie­ciń­stwa, a wał, który dzie­się­cio­let­ni Ma­niek po­ko­ny­wał kil­ko­ma su­sa­mi, oka­zał się prze­szko­dą nie do przej­ścia. Wrzu­cił ple­cak i spró­bo­wał na czwo­ra­ka. Wczoł­gał się na szczyt. Gdy dusz­no­ści mi­nę­ły, chciał wstać, ale nie po­tra­fił.

Po­czuł za­pach spa­le­ni­zny.

Lu­dzie – po­my­ślał i mo­men­tal­nie usiadł.

Za­ci­snął zęby i wstał.

Skra­dał się, mając za prze­wod­ni­ka ra­czej węch niż wzrok. Wi­ro­wa­ło mu w gło­wie, a szybki puls tętnił w skroniach. Nie mu­siał długo szu­kać. Ogrom­ny biały na­miot stał kil­ka­dzie­siąt me­trów dalej. Na po­szy­ciu wid­niał napis „DEUT­SHE ROTES KREUZ”, oka­la­ją­cy czer­wo­ny krzyż.

Obok na­mio­tu znaj­do­wał się panel sło­necz­ny – cenny przed­miot. Jesz­cze nie­daw­no dzia­ła­ły w mie­ście punk­ty ła­do­wa­nia, a ci, któ­rzy byli w sta­nie wy­two­rzyć ener­gię elek­trycz­ną, mogli zgro­ma­dzić małą for­tu­nę.

Ma­riusz nie wi­dział źró­dła dymu, po­sta­no­wił więc po­dejść bli­żej. Kiedy zbie­rał się do zej­ścia, po­now­nie za­wi­ro­wa­ło mu w gło­wie…

 

Jęk­nął i prze­wró­cił się z boku na plecy.

– Spo­koj­nie, bo wy­rwiesz we­nflon. Za­kła­da­nie tro­chę mi za­ję­ło. – Usły­szał.

– Skąd… – Zła­pał się za głowę i syk­nął z bólu.

– Ostroż­nie, upa­dłeś na ka­mień.

– Kim je­steś?

Usiadł i zmru­żył oczy. Przy wej­ściu stał krępy męż­czy­zna. Gęsta, czar­na broda za­sła­nia­ła więk­szość jego twa­rzy, ale spoj­rze­nie zdra­dza­ło zna­jo­my błysk.

– Czło­wie­kiem, który chce dożyć jutra… Krzy­wiec­ki, Da­niel Krzy­wiec­ki.

– Dok­tor Da­niel Krzy­wiec­ki – po­wie­dział od­ru­cho­wo Ma­riusz. – Fizyk, praw­da?

– Nie­by­wa­łe…

– Dok­tor Ma­riusz Rak, ka­te­dra hi­sto­rii fi­lo­zo­fii. – Wy­cią­gnął rękę do roz­mów­cy. – Pan tu sam?

– Zga­dza się. I pro­szę mówić mi po imie­niu… Nie! Nie wsta­waj! Mu­sisz od­po­cząć, nie wy­glą­dasz naj­le­piej.

Ma­riusz do­tknął opa­rzo­nej twa­rzy.

– Co pa… Co tutaj ro­bisz?

– Sta­ram się prze­żyć. Wła­śnie go­towałem zupę, gdy…

– Zupę… – Ma­riusz wzdry­gnął się mi­mo­wol­nie.

– Już do­brze, zaraz coś zjesz. – Da­niel po­ło­żył dłoń na jego barku. – Czu­jesz łak­nie­nie?

Ma­riusz za­prze­czył głową. Za­mknął po­wie­ki, wy­ci­ska­jąc zbie­ra­ją­ce się w ką­ci­kach łzy. Otrzeź­wiał mo­men­tal­nie.

– Gdzie mój ple­cak?! – krzyknął z przerażeniem.

– Spo­koj­nie, zna­la­złem go. Mam na­dzie­ję, że nie bę­dziesz miał mi za złe. Ro­zu­miesz, oko­licz­no­ści są nie­ty­po­we. – Da­niel pod­szedł do pry­czy i wy­cią­gnął spod koca czer­wo­ną tecz­kę. – Zaj­rza­łem, kiedy byłeś nie­przy­tom­ny. Przy­znam, że nie­wie­le ro­zu­miem – pod­su­mo­wał, od­da­jąc ją wła­ści­cie­lo­wi.

– A mia­łem na­dzie­ję, że prze­tłu­ma­czy­łem dość jasno. – Ma­riusz zdo­był się na uśmiech.

– Od grec­kie­go phy­sis wy­wo­dzi się nazwa mojej pro­fe­sji. Tylko, że ja ro­zu­miem na­tu­rę ina­czej. Może w tym leży pro­blem.

– Moja praca i tak ni­ko­go nie in­te­re­so­wa­ła, cie­szy­łem się, że mam etat, ale kto mógł prze­wi­dzieć taką ka­ta­stro­fę…

– Jaką ka­ta­stro­fę?! – wy­buch­nął Da­niel. – My­śla­łeś, że Azja bę­dzie wiecz­nie na nas robić? Ile to okra­da­li­śmy, kogo się da!? Z pięć­set lat! I co, są­dzi­łeś, że nam mi­ło­sier­nie wy­ba­czą?

– Ja… ja nic nie są­dzi­łem.

Da­niel zro­bił kilka ner­wo­wych kro­ków, po czym usiadł na ka­ri­ma­cie, do­ty­ka­jąc bar­kiem Ma­riu­sza i po­wie­dział spo­koj­nym tonem:

– Prze­pra­szam.

Dłuż­szą chwi­lę mil­cze­li i gdy Ma­riusz wresz­cie się zde­cy­do­wał prze­rwać krę­pu­ją­cą ciszę, usły­szał:

– Wi­dzia­łeś ka­te­drę w Ra­ty­zbo­nie?

– Słu­cham? Eee… nie, nie wi­dzia­łem – od­parł za­sko­czo­ny.

– Na­prze­ciw jest re­stau­ra­cja. Można za­mó­wić bu­tel­kę wina i po­dzi­wiać widok. Wiesz, czym się zaj­mo­wa­łem? – Spoj­rzał na Ma­riu­sza. – Szu­ka­łem pier­ście­ni Pen­ro­se’a, śla­dów po po­przed­nim cyklu. Czar­ne dziu­ry pa­ru­ją i… No, mniej­sza z tym. Opu­bli­ko­wa­łem ar­ty­kuł, spodo­bał się. W Ra­ty­zbo­nie ce­lu­je­my w przy­szłość, jak mi po­wie­dzia­no, a przy­szło­ścią miała być moja praca. Kiedy za­czę­ły się prze­rwy w do­sta­wie prądu, wie­dzia­łem czym to pach­nie. Ka­za­łem ucie­kać żonie. Za­bra­ła córkę i wy­je­cha­ły do Nie­miec. Ja mu­sia­łem wy­do­stać ro­dzi­ców. Za­ła­twi­łem im pasz­por­ty, zgodę na prze­jazd, cze­ka­łem tylko na po­rę­cze­nie za­trud­nie­nia. Ale Chiń­czy­cy mnie ubie­gli. Ze­strze­le­nie sa­te­li­tów, blo­ka­da i… tyfus, kto by przed dwoma mie­sią­ca­mi uwie­rzył? A prze­cież to oczy­wi­ste. – Da­niel wstał i prze­tarł oczy. – Za­po­mnia­łem o zupie – rzu­cił, wy­cho­dząc z na­mio­tu.

Ma­riu­sza ukuło ostat­nie słowo, jed­nak zdo­łał się opa­no­wać. Ka­pią­ca z wolna ciecz za­si­la­ła jego ciało po­przez wkłu­cie na zgię­ciu lewej ręki. Na pra­wej za­uwa­żył pla­ster i ślad za­schnię­tej krwi. Szyb­ko przej­rzał za­war­tość tecz­ki. Wziął głę­bo­ki wdech.

Pach­nie – po­my­ślał.

Prze­ciw­le­głą ścia­nę zaj­mo­wa­ły ciem­no­zie­lo­ne skrzy­nie. Uło­żo­ne w trzech rzę­dach, jedna na drugiej, two­rzy­ły pla­sti­ko­wy blok. Tuż za nim, w rogu na­mio­tu, stała lo­dów­ka. Ma­riusz wsłu­chał się w ciche, mia­ro­we brzę­cze­nie. Już dawno stwo­rzył puste miej­sce, w któ­rym chciał spę­dzić wiecz­ność. Ale tym razem wy­peł­nił je nie­zno­śny szept:

Prze­trwa­cie, może razem prze­trwa­cie.

– Mu­sisz coś zjeść. – Głos to­wa­rzy­sza wy­rwał go z roz­my­ślań. – Masz szczę­ście. Trzy ki­lo­me­try stąd zna­la­złem przy­do­mo­wy ogró­dek. Uro­sły same ma­leń­stwa, ale wy­star­czy­ło na zupę.

– Dzię­ku­ję ci, dzię­ku­ję za wszyst­ko.

Da­niel od­po­wie­dział uśmie­chem, od­sła­nia­jąc równe, białe zęby.

– Po­cze­ka­my, aż zej­dzie kro­plów­ka – rzu­cił, sia­da­jąc obok Ma­riu­sza. – Czemu zo­sta­łeś? – za­py­tał po chwi­li mil­cze­nia.

– Za­bra­kło miejsc, zresz­tą i tak nie mam dokąd uciec.

– Przy­sze­dłeś tu umrzeć, praw­da?

– Praw­da – wy­du­sił Ma­riusz.

– Dla­cze­go wzią­łeś wła­śnie to?

Zo­rien­to­wał się, że obej­mu­je tecz­kę.

– To… to moja ostat­nia praca – zmie­szał się. – Po­emat prze­trwał tylko we frag­men­tach, bo chyba za­uwa­ży­łeś – gwał­tow­nie zwró­cił się do roz­mów­cy – że to po­ezja, więc prze­kład nie był pro­sty. Par­me­ni­dej­ski Byt ma trans­cen­den­tal­ną na­tu­rę, a samo „to eon” ści­śle wiąże się z po­ję­ciem praw­dy…

– Wiecz­nie Bę­dą­ca Praw­da.

– Wła­śnie… – Ma­riusz lekko się uśmiech­nął. – Za­pa­mię­ta­łeś.

– Wiesz, że Pen­ro­se na­zwał cykle czasu eona­mi? Nie­skoń­cze­nie wiele wiecz­nych eonów. Sko­ja­rzy­ło mi się, dla­te­go za­pa­mię­ta­łem.

– Par­me­ni­des opi­sał praw­dę, jako eks­ta­tycz­nie pięk­ne i prze­kra­cza­ją­ce rze­czy­wi­stość my­ślo­we doz…

– Do­pie­ro tutaj za­czą­łem sza­no­wać je­dze­nie – prze­rwał roz­mów­cy Da­niel. – Nigdy nie za­sta­na­wia­łem się, skąd po­cho­dzi to, co jem, jak było zro­bio­ne i na ile mi wy­star­czy. Nie wie­rzę w nic, co prze­kra­cza rze­czy­wi­stość, ale modlę się przed po­sił­kiem. Nie do Boga, do czar­nej dziu­ry. Mo­żesz się śmiać, ale to nie jest takie głu­pie. – Spoj­rzał Ma­riu­szo­wi w oczy.

Ten opu­ścił wzrok. Mil­czał sku­pio­ny na nie­po­ko­ją­co szyb­kim ryt­mie serca. Da­niel wstał i wpa­tru­jąc się w za­ku­rzo­ne tramp­ki, krą­żył ner­wo­wo mię­dzy wyj­ściem a lo­dów­ką.

– Ki­lo­metr dalej stoi mój dom – ode­zwał się nagle. – O tam. – Wy­sta­wił rękę z na­mio­tu. Wie­czor­ne słoń­ce ude­rzy­ło Ma­riu­sza w oczy. – Cho­dzi­li­śmy z bra­tem nad staw. Pew­ne­go razu zna­leź­li­śmy łódkę, nie­da­le­ko stąd, w za­ro­ślach, przy­wią­za­ną do drze­wa. Kiedy od­da­li­li­śmy się od brze­gu, brat wsko­czył do wody. Wy­pły­nął, gdy już za­czą­łem pa­ni­ko­wać. W gar­ści trzy­mał dowód, że do­tknął dna. Bałem się, ale mu­sia­łem sko­czyć. Le­d­wie wró­ci­łem na po­wierzch­nie, z pu­sty­mi rę­ka­mi. Młody chwa­lił się wszyst­kim chło­pa­kom, a ja nie mo­głem tego znieść. Prze­sta­łem cho­dzić nad staw, w ogóle prze­sta­łem wy­cho­dzić. Zna­la­złem na półce stary atlas nieba… Wiesz, że kilka lat temu brat przy­znał się, że mnie oszu­kał. Jesz­cze na brze­gu wło­żył w kie­szeń garść ziemi…

– Co się stało z łódką? – nie wy­trzy­mał Ma­riusz.

– Co?… A, po­szła na dno, przy pró­bie wej­ścia na po­kład. Jakie to ma zna­cze­nie?

– To była nasza łódka.

– Jak nasza? – Da­niel za­trzy­mał się i spoj­rzał ba­daw­czo na roz­mów­ce.

– Moja i ojca. Ło­wi­li­śmy z niej ryby, aż… znik­nę­ła.

– Twoja łódka zmie­ni­ła moje życie?

– Chyba tak.

Ma­riusz sku­lił się, jesz­cze moc­niej ści­ska­jąc ko­ści­ste nogi. Naj­chęt­niej wy­biegł­by z na­mio­tu, zro­bił co­kol­wiek, byle uśmie­rzyć na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój. Da­niel wzno­wił bez­ce­lo­wy marsz.

– Po­cho­wa­łem ro­dzi­ców za domem – za­czął po kilku kro­kach. – Było już po ewa­ku­acji. Mu­sia­łem więc je­chać w ciem­no, li­cząc, że wy­pusz­czą mnie ze stre­fy.

– Dokąd? – wtrą­cił ner­wo­wo Ma­riusz.

– Do brata, ale nie mia­łem ben­zy­ny. Za­bra­łem pi­sto­let, złoto, ostat­nie jeny i na opa­rach to­czy­łem się w kie­run­ku mia­sta. Na dwor­cu zna­la­złem pa­se­ra. W dro­dze na me­li­nę opo­wie­dzia­łem mu swoją hi­sto­rię, a on mi na to, że mam szczę­ście, bo wczo­raj zgło­si­ło się do niego dwóch Niem­ców z Czer­wo­ne­go Krzy­ża. Zo­sta­li po­mi­mo na­ka­zu po­wro­tu. No więc, po­trze­bo­wa­li wachy, ale nie mieli wa­lu­ty. Noc spę­dzi­łem w aucie, z bro­nią w dłoni wsłu­chi­wa­łem się w piski szczu­rów. Nie zmru­ży­łem oka. Na­stęp­ne­go dnia po­zna­łem Leona i Elia­sa. Plan był pro­sty. Fun­du­ję pa­li­wo do cię­ża­rów­ki i je­dzie­my w na­dziei, że nikt mnie nie znaj­dzie. Mam kilku zna­jo­mych, a poza tym moja ro­dzi­na jest na te­re­nie Nie­miec, więc to mogło wy­pa­lić… Ty się cały trzę­siesz! Gdzieś mam koce ter­micz­ne.

– To z ne… ner­wów – wy­du­kał Ma­riusz. – Za dużo prze­żyć.

Da­niel otwo­rzył jedną ze skrzy­nek.

– Ta… – wes­tchnął, roz­kła­da­jąc z sze­le­stem folię. – Wszy­scy mamy za dużo prze­żyć. A ja ci do­kła­dam swo­ich.

Opa­tu­lił to­wa­rzy­sza. Usiadł na­prze­ciw, opie­ra­jąc wy­dat­ne bi­cep­sy o ko­la­na.

– Pro­szę, mów. Nie znio­sę ciszy.

– Usta­li­li­śmy cenę – wzno­wił po chwi­li Da­niel – pra­wie wszyst­ko, co mia­łem plus za­war­tość cię­ża­rów­ki. Paser po­trze­bo­wał czasu na za­ła­twie­nie ta­kiej ilo­ści pa­li­wa. Trzy dni, po­wie­dział po na­my­śle, bądź­cie u mnie o tej samej porze. Za­pro­po­no­wa­łem szmu­gle­rom, żeby za­trzy­ma­li się u mnie. Chcia­łem ich le­piej po­znać, ale od­mó­wi­li. Ku­pi­łem ka­ni­ster ben­zy­ny, jak się oka­za­ło ostat­ni na skła­dzie, tro­chę je­dze­nia i wodę. Zo­sta­wi­łem kol­czy­ki i łań­cu­szek, ale wy­tar­go­wa­łem za­wiesz­kę. Sło­nia z bia­łe­go złota, matka go lu­bi­ła… Wci­skał mi, ten paser – zre­flek­to­wał się Da­niel – „mię­sko”, po ni­skiej cenie.

– Więc to praw­da – rzu­cił Ma­riusz, jesz­cze moc­niej ści­ska­jąc zzięb­nię­te palce.

– Wró­ci­łem do domu. – Da­niel zi­gno­ro­wał roz­mów­cę. – Prze­spa­łem dwa­na­ście go­dzin, a spał­bym dalej, gdyby nie smród. W mie­ście śmier­dzi przez cały czas. Można się przy­zwy­cza­ić. – Ma­riu­sza nie­mal ob­ra­zi­ły te słowa, ale nie był w sta­nie za­re­ago­wać. – Szu­ka­łem ja­kie­go­kol­wiek za­ję­cia. Wy­rwa­łem kart­ki w ka­len­da­rzu i usta­wi­łem okien­ko. Ga­pi­łem się na datę, nie ro­zu­mie­jąc, co widzę. Nie pa­mię­tam, jak do­tar­łem do miej­sca, w któ­rym zna­leź­li­śmy waszą łódkę. Staw ra­czej przy­po­mi­na bagno. Zresz­tą sam wiesz… – Spoj­rzał w górę. – Kro­plów­ka już ze­szła.

Ma­riu­sza odu­rzył za­pach al­ko­ho­lu, nawet nie za­uwa­żył, kiedy igła opu­ści­ła jego ciało. Usły­szał kilka słów, nie do końca zro­zu­mia­łych. Dy­go­cząc pod sre­brzy­stą płach­tą, od­pro­wa­dzał po­stać wzro­kiem.

Wie­dział, że to­wa­rzysz wróci z po­sił­kiem. Czuł, że ni­cze­go nie prze­łknie. Zęby dzwo­ni­ły, szczęk mie­szał się z brzę­cze­niem lo­dów­ki. Da­niel wró­cił z dwie­ma mi­ska­mi zupy. Po­sta­wił je na ziemi i usiadł obok. Do Ma­riu­sza do­cie­ra­ły słowa, ale nie po­tra­fił zło­żyć wy­po­wiedź w ca­łość.

Paser oszu­kał… śle­dził ich… pi­sto­let… strze­li­łem… mięso… Mięso, ludz­kie mięso – zro­zu­miał Ma­riusz.

– Jesz ludzi?! – wrzasnął.

– A co mam jeść?! W mie­ście nie ma ben­zy­ny! Nie ma je­dze­nia! Nie od dziś uży­wa­my ludz­kich ciał, by dalej żyć…

Ma­riu­sza dotkliwie zakłuło w piersiach. Złapał się za serce. Wi­dział ob­ra­zy, mi­gaw­ki ostat­nich dni. Pa­trzył z od­da­li, jak sie­dzi przy biur­ku. Prze­szka­dza­ły: okrop­ne dźwię­ki, odór, ból, świąd i głód. Tak, to wła­śnie głód na­su­wał myśl – zbyt strasz­ną, by się jej oddać.

Ze­rwał folię. Pa­nicz­nym wzro­kiem szu­kał bez­cen­nej tecz­ki. Chwi­lę trwa­ło zanim się zo­rien­to­wał, że leży mię­dzy no­ga­mi. Da­niel pró­bo­wał uspo­ko­ić Ma­riu­sza, ale ten ode­pchnął go, chwy­cił tecz­kę, wstał i runął bez­wład­nie na twarz.

O na­tu­rze – po­my­ślał, tra­cąc przy­tom­ność.

Koniec

Komentarze

Obawiam się, że poza tym, iż rzecz dzieje się w niezbyt odległej przyszłości, nie udało mi się zbyt wiele pojąć z Twojego opowiadania. Fantastyka też chyba nie zdołała tu zaistnieć w pełnej krasie.

 

a wy­so­ki puls ude­rzał w skro­nie. ―> Czy puls może być wysoki?

Proponuję: …szybki puls tętniłskro­niach.

 

–Skąd… ―> Brak spacji po półpauzie.

 

– Gdzie mój ple­cak?! – otrzeź­wiał mo­men­tal­nie. ―> – Gdzie mój ple­cak?! – Otrzeź­wiał mo­men­tal­nie.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

usiadł na ka­ri­ma­cie, do­ty­ka­jąc bar­kiem o bark Ma­riu­sza… ―> Dotykamy czegoś, nie o coś, więc: …usiadł na ka­ri­ma­cie, do­ty­ka­jąc bar­kiem barku Ma­riu­sza

 

Uło­żo­ne w trzech rzę­dach, jedna na drugą… ―> Uło­żo­ne w trzech rzę­dach, jedna na drugiej

 

– Po­emat prze­trwał tylko w frag­men­tach… ―> – Po­emat prze­trwał tylko we frag­men­tach

 

Nie od dziś uży­wa­my ludz­kich ciał, by dalej żyć.. ―> Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

 

Ma­riu­sza za­ku­ło w klat­ce. ―> Co i dlaczego zakuło Mariusza w klatce?

A może miało być: Ma­riu­sza za­kłu­ło w klat­ce.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

Rozumiem, że ważne w tym opowiadaniu było ukazanie tego, do czego może doprowadzić głód? Jeśli tak, to myślę, że ogólny obraz jest dość przerażający. Na co dzień nie zastanawiamy się, co by było, gdyby… Tak więc, jak czytałam o odczuciach bohatera z powodu głodu, to czytałam z przerażeniem. Czy tytuł jest przewrotny? :P Dobrze rozumiem, że chciałeś pokazać występowanie (lub możliwość wystąpienia w przyszłości) kanibalizmu wśród ludzi? Że to “o naturze” leży w naturze człowieka? :P Przyznam, że podobnie jak Reg, nie jestem w stanie wyciągnąć z tego opowiadania zbyt wiele. Pomysł ciekawy, ale chyba czegoś mi tutaj zabrakło. :)

Pozdrawiam!

@regulatorzy

 

Dziękuję za wskazanie błędów. Zostawiłem jedynie “otrzeźwiał” małą literą. Myślę, że podczas momentalnego otrzeźwienia wydaje się dość charakterystyczny ton głosu, a zależało mi na podkreśleniu tonu głosu bohatera.

Dla mnie to opowiadanie nie może istnieć bez fantastyki. Jest ona zarazem tłem opowieści, jak i głównym motorem napędzającym postacie. Niby mógłbym rozbić samolot w Andach i… A nie, to już było. )) Zresztą wiem, że nie jestem zbyt oryginalny w warstwie fabularnej. Choć może zbyt słabo zarysowałem katastrofę? Nie chciałem się na tym skupiać, rzuciłem jedynie kilka tropów.

 

 

Cześć, Utrapienico.

 

Tak, to jest motyw przewodni. Zależało mi na pokazaniu człowieka w początkach choroby głodowej. Słowo natura ma kilka znaczeń. Pierwsze to świat materialny – wszystko co nas otacza. Daniel jest przedstawicielem natury w tym znaczeniu. Jest fizykiem i postępuje zgodnie ze swoją fizyczną naturą. Chce przetrwać za wszelką cenę. Z kolei Mariusz jest symbolem natury w pojęciu filozoficznym. W obliczu głodu tłumaczy poemat Parmenidesa pt. “O naturze”. Dlaczego? Wcale nie chce przetrwać, chce zapomnieć o świecie, uciec, ale nie może. Jednak do końca próbuje. I to Mariusz, nie Daniel, myśli na końcu o naturze, w domyśle o naturze człowieka, czyli o tym, kim w istocie jest człowiek. Bo jaka jest nasza natura? Ano, w moim przekonaniu, dwojaka.

Co do kanibalizmu. Jedzenie jest niezbędne, żeby przeżyć. A co jeśli zabraknie innego pożywienia poza ludźmi? Przykładów w historii jest wiele. W tle chciałem pokazać, że to nie takie nierealne. Wyobraź sobie, że w jednym z dużych miast brakuje prądu i podstawowych towarów. Przecież jako kraj nie jesteśmy wystarczalni energetycznie, a nie potrafimy sobie wyprodukować nawet maseczek (czy raczej nie chcemy, trudno powiedzieć). Ludzie uciekają z miasta, oczywiście nie wszyscy. Przestają działać wodociągi, oczyszczalnie, zakłady gospodarki komunalnej, kanalizacja. Wyłażą szczury, których w dużych miastach jest więcej niż mieszkańców. No i mamy coś przypominającego przedstawiony świat.

 

Pozdrawiam, Pop Lab.

Zostawiłem jedynie otrzeźwiał małą literą. Myślę, że podczas momentalnego otrzeźwienia wydaje się dość charakterystyczny ton głosu, a zależało mi na podkreśleniu tonu głosu bohatera.

Popie, rozumiem Twoje intencje, ale mówienietrzeźwienie to dwie różne sprawy. Otrzeźwiał momentalnie to, moim zdaniem, narracja, nie didaskalia

Proponuję: – Gdzie mój ple­cak?! – zapytał/ krzyknął/ wrzasnął, trzeźwiejąc mo­men­tal­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyznam, że jestem w rozterce. Z jednej strony przyznaję Ci rację, ale z drugiej w podesłanym przez Ciebie poradniku, z którego korzystam, są wymienione takie czasowniki, jak: spostrzegł, zamyślił się. Muszę się nad tym zastanowić.

Jestem przekonana, że znajdziesz satysfakcjonujące Cię wyjście. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja również w dużej mierze miałam problem z odnalezieniem się w opowiadaniu – dopiero wątek kanibalizmu sprowadził całość na konkretny tor, jednak większość tekstu dosyć się dłużyła i za bardzo nic z niej nie wynika. 

Co do didaskaliów i narracji – myślę, że „spostrzegł” użyte jest tu w znaczeniu „zwrócił na coś uwagę (słownie)”, z kolei „zamyślił się” można zapisać przy myślach bohatera, które „powiedział” w głowie ;) Nie wiem, czy dobrze myślę, może regulatorzy lepiej Ci to wyjaśni (bo sama jestem ciekawa).

Pozdrawiam! 

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Pop Lab, jasne. Rozumiem Twoją wizję i przesłanie. :) Tak, miasta są niebezpieczne pod tym względem. Lepiej żeby taki świat pozostał na papierze. ;)

Tak, nati-13-98, ale mówienie i postrzeganie to dwie różne sprawy. Użyłem tego przykładu w tym kontekście, a nie próbując zaprzeczyć zasadności użycia tych czasowników. Choć “zamyślił się” to zły przykład, lepsze byłoby, np. “zmartwił się”. Myślę, że “otrzeźwiał” przeszłoby na podobnej zasadzie, jeśli miałoby zaczepienie w dialogu. W moim opowiadaniu jest trochę od niego oderwane.

Pozdrawiam. 

Pop Lab, rozumiem i w sumie sama nie jestem pewna, co z tym (s)postrzeganiem, raczej nie użyłabym tego słowa po wypowiedzi bohatera. Chyba wiem, o co Ci chodzi z „trzeźwieniem”, ale jest to jednak pewien skrót myślowy ;)

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Chyba mógłbym napisać “otrzeźwiał” w didaskaliach dialogowych, gdyby postać wypowiadającą tę kwestię otrzeźwiła informacja wynikająca z dialogu. Miałoby to wtedy jakieś uzasadnienie. Jutro się zastanowię, jak to rozwiązać.

Napisane bardzo ciekawie, podoba mi się Twój styl. Cały czas jednak budujesz akcję wokół czegoś, co nie za bardzo znajduje swoje rozwiązanie. Tek wątek z kanibalizmem jest jasny i zrozumiały, ale po tym opowiadaniu oczekiwałam… czegoś więcej, bo mam wrażenie, że mogłoby tu być o czymś więcej, niż tylko kanibalizmie. Niemniej ten wątek jest dobry, żeby nie było ;)

Tytuł zinterpretowałam tak, że kanibalizm występuje w naturze i że zdarza się też w historii ludzi, którzy sami należą w końcu do natury. Nie wiem, czy tak jest dobrze, czy to tylko mój pomysł :P 

Dziękuję. Wiem, że mam stylowe braki, ale wkładam duży wysiłek, aby z każdym opowiadaniem były coraz mniejsze.

Starałem się powiedzieć coś o człowieku. Nie bez powodu historia opowiedziana jest z perspektywy Mariusza, który z jakichś powodów z tą naturą walczy. Oczywiście nie odpowiadam jednoznacznie na pytanie – jaka jest natura ludzka? Ja tylko napisałem nie do końca zrozumianą historię, niemniej jednak cieszy mnie, że podęłaś trud interpretacji.

Sympatyczny awatar. ))

Pozdrawiam.

W sumie moją opinię z bety znasz, ale chciałem po prostu publicznie zaznaczyć, że mi się tekst bardzo podoba. Jak widać po reakcjach, nie jest to dla każdego (i nie ma w tym nic złego, mi też często nie siada coś, co powoduje zachwyt), ale dla mnie już sam klimat jest bardzo dobrze wykreowany.

Hmm, klimacik jest, ale przyznam, że trochę się pogubiłam. Po pierwsze świat; z jednej strony wygląda na to, że coś się stało nagle i niespodziewanie i kto mógł zwiał, jednak z drugiej piszesz o stawie, który przypomina bagno, czyli wysycha, czyli mamy do czynienia z katastrofą ekologiczną, a to się nie zdarza z dnia na dzień. W ogóle nie rozumiem, co się stało, dokąd ewakuowali ludzi, czemu ci, którzy zzostali nie mogą się wydostać. Rozumiem, że świat był dla Ciebie tylko tłem do przedstawienia problemu, ale IMO fantastyka to nie traktat moralny, każdy jej element jest ważny, także świat przedstawiony.

Mam też wątpliwości co do samej historii. Raz, że poszedłeś trochę na łatwiznę: moralny filozof i niezbyt moralny fizyk. Dwa, że żaden z nich nawet nie próbuje szukać innego wyjścia. Są jeszcze rośliny, są zwierzęta. Trzy ja tu nie widzę żadnego dylematu moralnego. Jeden tak od razu staje się kanibalem, drugi po prostu zdycha z głodu. Fizyk nie rozważa za i przeciw, dla niego to jest naturalne, a przecież dla żadnego człowieka by nie było. Kanibalizm to tabu, które tkwi głęboko w człowieku. Z drugiej strony folozofowi nawet to nie przemknęło przez myśl. A głód wyczynia z ludźmi straszne rzeczy.

I jeszcze jedna sprawa, brakuje mi tu jakiegoś kontekstu społecznego. To IMO nie do końca jest tak, że każdy decyduje we własnym sumieniu. Są jeszcze inni ludzie i w kupie łatwiej zdecydować się na taki krok.

Reasumując: nie siadło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

@mortecius

 

Dziękuję. Budowanie klimatu, czyli wiarygodne przedstawienie odczuć bohatera, kosztowało mnie dużo pracy.

 

@Irka_Luz

 

Zacznę od świata. Ostatnie lata nie obfitowały w deszcze i były miejsca, gdzie wysychały stawy. Przykłady łatwo znaleźć w Internecie. Nie opisuję katastrofy ekologicznej. Choć delikatnie wskazuję, w jakim kierunku zmienia się klimat.

Katastrofa jest tłem. Wiemy, że była ewakuacja i nie udało się ewakuować wszystkich. Coś do tej katastrofy doprowadziło. Mam wizję, co to były, tylko musiałbym robić długie, nudne, głównie polityczne i ekonomiczne ekspozycje, a ja chciałem się skupić na głodującym i chorym człowieku.

Daję szczątkowe informacje. Chiny, zestrzelenie satelitów (czyich?), blokada (jaka i kogo?). Myślisz, że ile wytrzymają Polskie miasta odcięte od towarów zza granicy, energii elektrycznej, ropy? No i jak miasta zaczną padać, to gdzie uciekną ludzie, jeśli zamkną granice? Czy państwo polskie przetrwa, czy może upadnie i rządzić będą lokalni watażkowie? Oczywiście tego nie ma w tekście, jest tylko kilka wrzutek, być może zbyt enigmatycznych. W tym aspekcie moje opowiadanie słabo się broni.

Proszę, Irko, wskaż mi w tekście chociaż jedno miejsce, gdzie ja oceniam moralnie. Nie wspominając o rzekomym traktacie. Nie przedstawiłem filozofa jako moralnego, a chorego i słabego. W ostatniej scenie dokonuję podsumowania wewnętrznych przeżyć, a nie oceny moralnej. Bo być może filozof to słaby idiota, który zasłużyć na śmierć. Ja tego nie wiem. A Daniel może przetrwa, ocali życie, a jaką wartość ma życie? Może najwyższą? Daniel raczej nikogo nie zabijał, żeby zjadać. Bronił się tylko, a ludzkie mięso zastał już gotowe do spożycia. I co za różnica, gdybym zrobił silnego i zdrowego, chcącego przeżyć za wszelką cenę filozofa czy kolejarza? Tylko jeszcze bardziej bym namieszał, a tak mam pewien symbol. Mariusz znalazł proste wyjście. Nie myśleć o problemie. Są ludzie, którzy będą kombinować, żebrać, przeszukiwać puste mieszkania, kraść, są też tacy, co prawda mniej liczni, którzy problem wyprą. Tylko, że to nie mogło trwać długo. Trwało kilka dni, po których Mariusz znalazł najprostsze wyjście. Chciał się zabić, czy myślisz, że nie byłoby takich ludzi, którzy by nie próbowali? Mariusz robi wszystko, żeby nie myśleć o ostatecznych posunięciach. Bo mógłby wywabić sąsiada z mieszkania, walnąć go pałką w łeb i zabrać, co tam ma. Ale on go jednak przytula i idzie na prawie pewną śmierć. Dlaczego? Bo z jakichś powodów – nie wiem do końca jakich – nie dopuszcza myśli, że mógłby zabić i zjeść, a jest to jedna z najbardziej prymitywnych myśli człowieka. A czy Daniel nie próbuje? To po co ja poświęcam tyle miejsca na jego opowieść?

Jeszcze jedna kwestia. Wyobraź sobie, że w poniedziałek zaczyna brakować towarów w sklepach. Po miesiącu nie ma ich wcale. Żywność można kupić od innych ludzi albo dostać lichą rację. Myślisz, że ile przetrwałyby przydomowe ogródki, przydrożne jabłonki, itd. A co do zwierząt. W pierwszej kolejności pewnie poszłyby pieski, kotki, bo takiego zająca czy gołębia nie jest prosto złapać (może gołębia trochę łatwiej, chyba najłatwiej w mieście xD). Są szczury, ale od szczurzego mięsa można zachorować. Myślisz, że jaki obszar zostałby przetrzebiony w miesiąc czy dwa głodu? A skoro nie ma benzyny, to łatwo będzie dostać się bez pożywienia gdziekolwiek? Oczywiście tego w tekście nie ma, bo chciałem przede wszystkim opisać przeżycia głodującego człowieka i przy okazji, powiedzieć coś o człowieku. Dlatego potrzebowałem dwóch skrajnych przykładów: Daniela i Mariusza. Filozof w ostatniej scenie przypomina sobie myśl – “zbyt straszną, by się jej oddać”. A po co fizyk opowiada Mariuszowi to wszystko? Mógłby nic nie mówić albo zostawić chłopa na śmierć. Po co mu on? To tylko obciążenie. EDIT. Jeszcze słówko o kanibalizmie. Powiedz mi Irko, czym się różni przyjęcie organu od zmarłego człowieka w obliczu śmierci od zjedzenia ludzkiego mięsa w obliczu śmierci? Czy ludzkość nie poszła już na kanibalizm, tylko go inaczej nazwała? Świadomie nie dodawałem rozterek kanibala, pewnie tam jakieś by miał i możliwe, że wzruszające.

Nie Irko, nie ma zbiorowych sumień. Są ludzie bez sumienia i są ludzie z sumieniem – skutecznym w różnym stopniu. I, oczywiście, łatwiej podjąć pewne kroki, gdy jest się w grupie – zafundować sobie zbiorowe rozgrzeszenie – ale nie o tym jest moje opowiadanie.

Pozdrawiam, Pop Lab.

 

P.S. Gdybym chciał zaspokoić wszystkie Twoje oczekiwania, Irko, musiałbym napisać powieść. ))

Proszę, Irko, wskaż mi w tekście chociaż jedno miejsce, gdzie ja oceniam moralnie.

Ale ja wcale nie twierdzę, że oceniasz. Wręcz przeciwnie, jak najbardziej zgadzam się z tym, że nie ma tu moralnej oceny, dokonanej przez autora. Jednak sposób, w jaki prezentujesz tą dwójkę skłania czytelnika (a przynajmniej mnie) do osądu.

Są ludzie bez sumienia i są ludzie z sumieniem – skutecznym w różnym stopniu.

Ech, chciałabym, żeby to było takie proste.

 

Gdybym chciał zaspokoić wszystkie Twoje oczekiwania, Irko, musiałbym napisać powieść. ))

Oj tam, zaraz powieść. Ze 40k by Ci wystarczyło ;)

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ale ja wcale nie twierdzę, że oceniasz. Wręcz przeciwnie, jak najbardziej zgadzam się z tym, że nie ma tu moralnej oceny, dokonanej przez autora. Jednak sposób, w jaki prezentujesz tą dwójkę skłania czytelnika (a przynajmniej mnie) do osądu.

A to nieporozumienie, przepraszam.

Ech, chciałabym, żeby to było takie proste.

Akurat w tym aspekcie zgadzam się z Pismem Świętym.

Oj tam, zaraz powieść. Ze 40k by Ci wystarczyło ;)

40k? Tylko bym bardziej namieszał. ))

Nowa Fantastyka