- Opowiadanie: Creeig - Pogrzeb Wojownika

Pogrzeb Wojownika

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pogrzeb Wojownika

1.

"30 MARCA, 2020, Poniedziałek, godzina: pierwsza po południu,

 Nadszedł dzień o którym rozmyślam od kiedy tylko sięgam pamięcią. Do dzisiejszego dnia nie sądziłem, że kiedyś w ogóle nadejdzie… prawdę mówiąc nadal w to nie wierzę."

 

Szymek zamknął dziennik starannie oprawiony skórą, który był nieznacznie przetarty na jednym rogu. Następnie wrzucił go do najmniejszej kieszeni starego wojskowego plecaka. Był w jednolitym, brązowym kolorze i poza srebrnymi niegdyś zamkami, ozdabiała go jedynie naszywka na przedniej kieszeni. Była to mordka wściekłego kreta.

Spakował również paczkę napoczętych zapałek, nóż myśliwski, który był jego wiernym druhem w czasie harcerskich obozowisk i kolejna paczkę, tym razem świeżych strun gitarowych. Potrzebował ich do mini – gitary, którą wykonał własnoręcznie z mahoniu. Jak na takie maleństwo zaskakiwała nie tylko akustyką, ale też funkcjonalnością, bo ta niepozorna sztuka miała siedem strun. Szymek był z niej niezwykle dumny. Ostatnie wolne miejsce w dużej kieszeni zajęły klapki Kroksy, na których spokojnie mógłby okrążyć świat.

Z nostalgią na twarzy wziął do ręki niepozorny przedmiot, który miał znaleźć się w plecaku w specjalnie przeznaczonej kieszeni. Był to stary, nadłamany patyk.

Najzwyczajniejszy patyk, za którym kryła się nadzwyczajna historia początkami sięgająca wczesnych lat młodości Szymka…

2.

Słoneczny dzień, po niebie nie wędruje ani jedna zabłąkana chmurka. Najwyraźniej ich puchate kolonie musiały zgubić się daleko na północy, gdzie w tamtym czasie panowała dyplomatyczna burza pomiędzy kłębiastymi a pierzastymi.

Słońce dawało się we znaki od wczesnych godzin i to właśnie ono przyczyniło się do gwałtownej pobudki dwunastoletniego chłopca. Cień przegrał walkę ze światłem o terytorium na twarzy Szymka, pozostawiając ją bez opieki. Pierwszą rzeczą którą zobaczył chłopak, były liście wierzby płaczącej, wesoło podrygujące w rytmie jaki nadawał im wiatr. Nie pierwszy raz jedyne drzewo było strażnikiem snów na jego polanie.

"Mojej polanie", powtarzał sobie w myślach, ścierając z czoła krople potu. "Czemu to wredne słońce, ma czelność przebywać na mojej polanie?". I to niedługo po tym, jak obiecał sobie, że nic i nikt, a w szczególności ta stara wiedźma, nie zepsuje mu bardziej tego dnia. To właśnie ta czarownica uprzedzała go, aby przed wyjściem z domu wziął czapkę bo mają być mocne upały. Przecież ona nie może mieć racji, dlatego pewnie namówiła słońce do wrednego świecenia mu w twarz. A to tylko po to, żeby zrobić mu na złość.

Otrzepał brązowe spodnie z resztek trawy i zarzucił plecak na ramiona. Wstał aby spojrzeć na swoją polanę, niczym pies pasterski pilnujący stada owiec przed dziką zwierzyną. Po obadaniu terenu swoim jedynym sprawnym okiem, ruszył na obchód aby sumiennie dopełnić obowiązku stróża niezdobytej krainy. A przy okazji po drodze nazbierać cennych kamieni do swojego obozu pod Najwyższym Drzewem.

Wychodząc z cienia, odruchowo zasłonił się dłonią przed światłem. Mimowolnie powrócił do wspomnienia o czarownicy, zajadle przypominającej mu o czapce. Potrząsnął głową jakby chciał wyrzucić z niej te, nadesłane przez wiedźmę myśli i ruszył przed siebie, ponownie wcielając się w psiego strażnika. Gdzieś przy czwartym zebranym kamyku, poczuł jak słońce nabiera siły. Determinacja i chęci chłopca powoli rozpływały się w powietrzu a nogi z każdym krokiem zaczęły tracić chęci do dalszej wędrówki.

 – To pewnie kolejna brudna sztuczka tej jędzy – rzucił pod nosem, a złość pomogła mu zmobilizować ciało do dalszej wędrówki.

Granica polany zaznaczała się niewielkim drucianym płotem wokół całego terenu. Na pierwszy rzut oka był to jedynie żeliwny kawałek drutu. Dla Szymka jednak, płot miał właściwości co najmniej magiczne. Każdy nieproszony śmiałek, który odważył się chociażby dotknąć płotu najmniejszym palcem, wciągany był w całości pod ziemię za sprawą magicznych korzeni Najwyższego. Użyźniał tym samym glebę z której moc pobierały wszystkie rośliny na polanie. Chłopak nigdy nie widział kogoś na tyle głupiego kto próbowałby przedrzeć się przez płot. Za to kilka razy miał wrażenie, jak drzewo rośnie na jego oczach. Wychodzi więc na to, że paru takich idiotów się znalazło.

Właśnie dlatego to co ujrzał, było tak wielkim zaskoczeniem. W magicznym płocie, była wyrwa wielkości jednego metra. Coś lub ktoś dostało się do środka aby zakłócić równowagę i dręczyć Pana Polany, aż ten nie odda mu swojego królestwa. Stał tak parę dobrych chwil, aż krople potu spłynęły mu do oka, a złośliwe szczypanie nie przepędziło mgły w jego głowie.

– Niech to licho pochłonie! – Wrzasnął wściekle okrzykiem, który niegdyś usłyszał od swej babci, gdy ta poparzyła się dotkliwie, przekładając opał w kominku. – Gdzie jesteś!? Wyłaź i walcz! – Czuł jak krew pulsuje mu w skroni, jego dłoń zaciskała się coraz mocniej wokół kamienia znalezionego parę metrów dalej.

Nieustannie napływający pot zasłaniał mu widok, którego w tym momencie tak desperacko potrzebował. Tkwił w bezruchu czekając na najmniejszy szelest. Jego zmysły wyostrzyły się do granic możliwości.

– Wyłaź! – Nikt nie odpowiadał.

Zrobił ostrożny krok w tył. Usłyszał stłumiony chrupki dźwięk, podobny do pękających pęcherzyków powietrza z pomiędzy palców. Równie ostrożnie podniósł odstawioną do tyłu nogę. Zobaczył pod nią małą czarną plamę. Odskoczył do tyłu w obawie o życie. W pierwszej chwili przez myśl przeleciały mu brudne wiedźmie sztuczki. Plama tkwiła nieruchomo w ziemi, przyjrzał się jej teraz dokładnie. Czarna futrzasta plama na małej kupce rozkopanej ziemi. Po bokach wystawały dwie małe łapki, a z zastygłego pyska ulatywało powoli życie. Był to jedynie niewinny krecik, który stał się ofiarą wojny, pomiędzy Szymkiem a Wiedźmą.

Jakoby do złej czarownicy pasuje odbieranie życia, tak do mężnego obrońcy ten tytuł nie przypada lekko.

 Młody Pan Polany patrzył szklanym spojrzeniem na owoc swoich nieostrożnych działań. Poprzysiągł sobie, że jego strach już nigdy nie przyczyni się do nieumyślnej krzywdy.

W cieniu Najwyższego Drzewa, powstał niewielki obszar, otoczony żalem, troską i ochronnymi zaklęciami, rzuconymi za sprawą mocy drewnianego strażnika. Dla Szymka, Wierzba płacząca wydała się do tego wielce odpowiednim miejscem.

W roli nagrobka doskonale sprawdziła się kupka kamieni znalezionych w trakcie obchodu. Jej wierzchołek ozdabiał krzyż stworzony z magicznych gałęzi. Przewiązany był po środku sznurówką z tenisówek, kupionych na bazarze parę miesięcy wcześniej. Przez czarownicę.

– Już zawsze będziesz obok mnie, Kreci Wojowniku. – Wypowiedziawszy te słowa trzykrotnie, Szymek ukląkł przed nagrobkiem. Ręce splątane miał w znak Pragnienia (Był to magiczny symbol wykonywany dłońmi. Kciuki były skierowane do góry, w czasie gdy reszta palców splątanych ze sobą, skierowana była do przodu.).

Wstał, otrzepał kolana, wzrok wzniósł w stronę wyrwy w płocie, a na twarzy wypisaną miał determinację. W ręku nadal ściskał kamień, który dotkliwie poranił jego dłoń przy zagrodzie. Czuł, że to właśnie ta naznaczona krwią, zabójcza broń, dopadnie właściwą ofiarę. Pod pasek z plecaka włożył pozostałości gałęzi z nagrobka. Zapewne w roli talizmanu. Po czym wyruszył na łowy niosąc w sercu wspomnienie o Krecim Wojowniku.

Wystarczyło iść za śladami w ziemi, tym razem uważnie patrząc pod nogi. Szymek za wszelką cenę chciał wytropić intruza i pokazać, jak niebezpieczny potrafi być ugodzony w dumę Pan Polany. Na niebie słońce skłaniało się już ku zachodowi. Temperatura nie była już tak dotkliwa jak przed paroma godzinami, jednak nadal dawała o sobie znać. Ślady w ziemi stawały się coraz mniej wyraźne. Zupełnie jakby ten ktoś lub coś wiedziało, że jest tropione przez żądnego krwi młodzieńca i starało się zmylić zmysły łowcy. Na próżno. Skupione lewe oko dostrzegało najmniejsze nierówności w odległości kilku metrów, a nogi same parły przed siebie jakby wodzone mocą Drzewa.

Był już zmrok, polana zdawała się wydłużać bez końca. W normalnych okolicznościach, dla kogoś kto spędza na niej każdą wolną chwilę, ten dystans wydawał się być zaledwie przechadzką po swojskim ogródku. Dzisiaj jednak, przez przytłaczającą ciemność i poczucie zagrożenia, teren przypominał bardziej bezgraniczne pustkowia. Skrywane przez mrok ślady były już prawie niewidoczne, a w zasięgu wzroku nie było widać żywej duszy. Tylko ciemna trawa szeleszcząca na złowieszczym wietrze. Jednak w powietrzu było czuć coś dziwnego… coś nie pasującego do jego polany.

Młody Łowca stanął nieruchomo. W żelaznym uścisku dzierżył krwawy kamień, a lewym okiem spoglądał przed siebie. Nie dalej jak trzydzieści metrów przed nim ujrzał cień, powolnie wynurzający się z pobliskich krzaków. W oczach chłopca był to niewątpliwie cień krwiożerczej bestii, potężnie stąpającej na czterech… pięciu łapach. Zwykły dwunastoletni letni chłopak, już dawno dałby nogę pozostawiając po sobie jedynie but i garstkę kurzu. Jednak nie potężny Pan Polany, napędzany chęcią obrony dumy i własnej ziemi. Zamiast uciekać, nieruchomo patrzył na bestię. Nie stawał przecież do walki osamotniony. Duch Kreciego Wojownika przez cały ten czas dzielnie kroczył ramię w ramię z młodym łowcą, aby stoczyć wraz z nim tą pierwszą z wielu bitew.

Czas zwolnił, w cieniu bestii błyskały czarne ślepia zwrócone na smakowity kąsek w postaci małego chłopca. Powietrze aż drżało od napięcia między nimi. Szymek szukał w oczach bestii resztek czarnej duszy. Pośród przenikliwej ciszy słyszał ciężkie sapanie potwora i ospałe ruchy łap zmierzające ku niemu. Nie czuł jednak ani odrobiny strachu, był tylko on, bestia i jego teren.

W następnych paru chwilach miało się wyjaśnić, kto rzeczywiście był łowcą a kto zwierzyną, a co ważniejsze, kto rzeczywiście zasługuje na tytuł Pana Polany.

Czas stanął w miejscu, napięcie rosło a chwila trwała wieczność.

Niczym za sprawą zegara wybijającego południe, zarówno chłopiec jak i bestia ruszyli na siebie. Ospałe łapy bestii z każdym ruchem stawały się coraz szybsze, Szymek również nabierał prędkości. Chłopak uniósł prawą dłoń dzierżącą krwawy kamień, Potwór rozwarł paszczęki błyskając na niego białymi kłami. Byli coraz bliżej siebie, oddaleni zaledwie o parę metrów. Z tej odległości ujrzał w ślepiach potwora coś co zapamięta aż do dnia ocalenia. Jakieś nieznane uczucie dyskomfortu, sprawiające, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad swoimi czynami. Nie był to jednak odpowiedni moment na przemyślenia.

Dwa metry. To w tej odległości zrobił zamach rzucając krwawym kamieniem prosto w nos Bestii. Głośny skowyt potwora zdezorientował obrońcę polany. Białe kły w ułamku sekundy znalazły się niebezpiecznie blisko jego twarzy i gdyby nie lewe przedramię tkwiące głęboko w jego paszczy, byłby to już koniec pojedynku. Czuł jak zęby potwora ocierają o kości jego przedramienia, jednak adrenalina tłumiła ból na tyle, aby prawą ręką zdołał sięgnąć zabrany wcześniej patyk. Spojrzał bestii głęboko w oczy i przez ułamek sekundy zdawało mu się, że ujrzał w nich namiastkę strachu. Kolejnym szybkim ruchem, wbił spiczastą broń w lewe oko bestii. Szczęki poluzowały się i ostatecznie puściły swoją ofiarę, a sam cień rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie żałosne skomlenie na tle nocnej polany. Młody łowca ledwo trzymał się na nogach o własnych siłach. Uniósł prawą dłoń wysoko ponad ziemię, ściskając w niej zakrwawiony patyk, (który potem dostał zaszczytne miano "Okogromcy") i wydał z siebie najbardziej doniosły, zwycięski okrzyk na jaki było go stać.

W jego wspomnieniach na stałe zagościł obraz Kreciego Wojownika, podtrzymującego na nogach.

3.

Szymek patrzył dłuższą chwilę na Okogromcę, po czym spakował go do kieszeni u boku wojskowego plecaka. Widniały na niej litery "OG" wyszyte czarną nicią. Pochwycił prawą dłonią swoja wierną gitarę. Stanął w progu z determinacją, tak jak wtedy gdy wyruszał na łowy w obrębie polany i przerzucając plecak przez ramię, zamknął za sobą drzwi.

……………………………………………………………………………………………………………………….

 

Szedł pustymi ulicami swojego rodzinnego miasteczka. Liczyło 10 tysięcy mieszkańców, jednak w zasięgu wzroku były jedynie puste ławki wilgotne od porannego deszczu. Niegdyś widywał na nich grupkę dzieciaków strzegących swojego miejsca spotkań aż do późnych godzin wieczornych. Dzisiaj jednak, nikt już nie przegoni ich pogardliwymi okrzykami. Miasto zamilkło.

Jedyne co wypełniało wszechogarniającą ciszę, był dźwięk jego własnych kroków. Zauważając w nich rytm, co drugi zaczął akcentować pstryknięciem palców na zmianę z poklepywaniem się w biodro. Całą kompozycję wzbogaciło swawolne pogwizdywanie na wzór cyrkowych melodii. Szedł tak przez opustoszały rynek dając koncert dla nieobecnej widowni. Czuł jak serce ogarnia spokój z wyraźną nutką radości. Wiedział bardzo dobrze dlaczego widok, który normalne osoby przyprawiłby o poczucie osamotnienia, na niego działa kojąco. Był wolny i nie liczyło się nic więcej.

Tkwiąc w tej upojnej chwili nie zauważył, że parę metrów dalej w przyciemnionej uliczce coś bacznie obserwowało każdy jego ruch. Dźwięk przewróconego kosza na śmieci, skutecznie zwrócił uwagę chłopaka. Zdołał jedynie spostrzec czarny ogon umykający gdzieś w mroku alejki. Przyśpieszył kroku, nie kierował się jednak strachem. Zdarzenie sprzed paru chwil pozwoliło mu przyrównać swoją wolność do tej nieokiełznanej, zwierzęcej, przekładając się na potężną dawkę entuzjazmu. Chciał jak najszybciej znaleźć się poza granicami miasta. Chciał urzeczywistnić swoje uczucia.

-Jakieś 10 minut – Usłyszał w głowie.

– Jakieś 10 minut! – Powtórzył na głos.

Tyle dzieliło go od upragnionego celu. Szybki marsz przerodził się w bieg. Po drodze mijał kolejne znaki z nazwami ulic. "Szydełkowa", "Przebieżna", "M.Konopnickiej". – Przyśpieszył – "Pragnacego", "Okiełznawcza" – Przyśpiesza – "Wolna".

Ul.Wolna jest ostatnią ulicą w DePartowie. Otwiera obustronnie wyjazd na autostradę D3 wyznaczając granice miasta. Zatrzymał się tuż przed znakiem. Jeden krok dzielił go od pozbycia się krępujących łańcuchów. Jeden krok po którym nie było już odwrotu.

– Nie patrz za siebie – głos w głowie ponownie dał o sobie znać. – Unieś nogę i przesuń ją powolutku do przodu.

Zrobił to bez wahania, łamiąc tym samym nieprzekraczalną wcześniej granicę. Z uśmiechem spojrzał przez ramię i zamarł. Nad miastem ujrzał kilkadziesiąt różnobarwnych balonów przywiązanych do czegoś niewyraźnego. Wędrowały po niebie w towarzystwie chmur, jakby miały stać się jedną z nich. Przypomniał sobie cyrkową melodyjkę, którą umilał sobie marsz na rynku. Wystukując na biodrze wcześniejszą kompozycję, jak gdyby nigdy nic ruszył środkiem autostrady D3. Kilka kilometrów dalej otwierał się przed nim bezkresny las. Nazywał się "Puszcza Wierzbowska", jednakże w zamierzchłych czasach opiewany był jako "Wiedźmia Puszcza".

 

………………………………………………………………………………………………

 

Płomień odbijał się w jego szklanym spojrzeniu.

- Ma w sobie coś pięknego. Nawet otoczony kamieniami wydaje się być wolny w swoim dzikim tańcu. – powiedział na głos pośród ciemnej puszczy ogrzewając się przy blasku ogniska. – Prędzej zgaśnie niż pozwoli się stłumić. – dodał nieco ciszej po chwili.

 Było już długo po zachodzie słońca, gdy zdecydował się rozbić niewielki obóz w głębi Wiedźmiej Puszczy. Chciał zapoznać się z naturą, która towarzyszyć mu będzie jeszcze przez parę następnych dni wędrówki. Rozłożył śpiwór, plecak ułożył na miejsce poduszki i siedząc na wcześniej przyniesionym pieńku, starannie rozpalił ognisko. Nauczył się tego jeszcze za czasów harcerstwa, gdy razem ze starszymi druhami sypiali pod gołym niebem w miejscowym lasku, opowiadając sobie do ognia mrożące krew w żyłach historie. Jedna z nich rzekomo miała miejsce w tym lesie.

 Była o chłopcu, który za sprawą wiedźmy został przywiedziony do lasu. Owa czarownica miała wcielić się w postać psa aby niczego niepodejrzewający chłopak w niewinnych pląsach przybiegł za sierściuchem do puszczy. Na miejscu został przemieniony w drzewo a z jego magicznych soków wiedźma czerpać będzie młodość po wsze czasy.

 Zawsze traktował te historyjki z dystansem. Poza tym ogień dodawał mu otuchy. Po prostu patrzył jak tańczy i może gdzieś w głębi siebie próbował go zrozumieć. Może nawet odrobinę się do niego upodobnić.

Wsłuchując się w dźwięki lasu instynktownie sięgnął po swoją siedmiostrunową gitarę, złapał chwyt e – moll i wydał z siebie czysty, wręcz chóralny tenor.

Był sobie wędrowiec, który szedł za sprawą serca.

Stanął na szczycie, żeby poczuć się jak twórca.

Był sobie raj, który stworzyć musiał sam.

Był sobie świat, który miał dla niego plan.

Nastała cisza. Nawet okoliczne zwierzęta umilkły na dłuższy moment. Jedynie nieposkromiony ogień zdawał się wypełniać dźwiękiem pozornie pustą przestrzeń lasu. Chłopak odłożył powoli gitarę i utonął w bezkresnej chwili, pomału odpływając w mrok.

 

 

 Cały las stał w płomieniach. Drzewa upadały na ziemię z impetem. Zwierzęta desperacko miotały się w każdym możliwym kierunku. Stał pośrodku chaosu z dziwnie łagodnym wyrazem twarzy.

Płonąca sarna spokojnie przeszła obok niego. Zatrzymała się metr dalej odwracając łeb w jego kierunku, jakby chciała wskazać mu drogę. Ruszył za nią na wpół przytomny. Po prawej stronie minęli stado wilków bacznie przyglądających im się z pobliskiego pagórka. Największy z nich miał białe umaszczenie i czarną plamę pod lewym okiem. Gdy spotkali się spojrzeniem, plama zaczęła zanikać, pozostawiając przywódcę stada w jednolitej białej barwie. Usłyszał warknięcie z przeciwnego kierunku. Stało tam coś co posturą przypominało czarnego wilka, jednak widać było raptem wielkie białe kły i przebłyski ognia w oku zwierzęcia.

Sarna niewzruszona prowadziła dalej w głąb lasu. Ogień wokół nich stopniowo zanikał zwalniając miejsca wszechogarniającemu mrokowi. Jedynym źródłem światła stała się płonąca przewodniczka coraz bardziej tonąca w ciemności. W końcu i ona zgasła, pozostawiając go samego pośrodku nicości. Stał tak dłuższą chwilę coraz bardziej rozmyślając o powrocie.

 – Nie patrz za siebie. – Usłyszał łagodnym głosem. – Jeszcze tylko kawałek.

Postawił niepewny krok, potem drugi, kiedy miał stawiać kolejny usłyszał w oddali zwycięski okrzyk małego Szymka, gdy ten rozprawił się z bestią. Poczuł jak coś niewielkiego usilnie powstrzymuje jego stopę przed kolejnym krokiem.

– Już niedaleko, nie poddawaj się. – tym razem głos był podirytowany.

Próbował ruszyć nogę z miejsca.

– No już! Ruszaj się! - 

Wściekły wrzask zmroził mu krew w żyłach. Nieopodal coś niewyraźnego zapłonęło i zaczęło się zbliżać.

– Powiedziałem, rusz tą jebaną stopę! -

Ogień pochłoną go w całości.

 

Wstał około drugiej nad ranem cały przepocony.

– To. . tylko sen..? – uspokoił się i spojrzał na dogasający żar w miejscu ogniska.

Z plecaka wyjął butelkę wody z której najpierw wziął kilka łapczywych łyków po czym oblał nią głowę aby oprzytomnieć i przy okazji sprawdzić czy przypadkiem nadal nie śpi. Podniósł się z miejsca, chąc ponownie rozpalić ogień. Kiedy wziął do ręki parę suchych gałązek, usłyszał coś w pobliskim krzaku. Natychmiast wyostrzył zmysły, nie tracąc przy tym opanowania. Gdy był druhem, często sypiał na łonie natury i co raz jakaś ciekawska sarna podchodziła, żeby sprawdzić co to za dziwaczne stworzenia zakłócają porządek natury. Ułożył starannie chrust, który natychmiast zajął żar, całość przykrył trzema kawałkami drewna. Pobliskie krzaki ponownie wydały dźwięk, tym razem jednak towarzyszyło im warknięcie, bardzo znajome warknięcie. Szybkim ruchem wyjął z przytroczonej do paska pochwy nóż myśliwski. Drugą ręką sięgnął po kij z ponownie odpalonego ogniska i zastygł w bezruchu. Płomień oświetlał coraz większy obszar, aż w końcu doszedł do krzaków. Zobaczył w nich białe kły i pobłyskujące w blasku ognia prawe oko. To była Bestia. Ta sama, którą przepędził niegdyś ze swojej polany. Ta sama, którą pozbawił lewego oka i tak samo jak kiedyś patrzyli na siebie w bezruchu. W pierwszej chwili pomyślał, że wróciła aby dokonać zemsty i tym razem tylko jedno z nich wyjdzie z tego cało. Był jednak teraz dojrzalszy i bardziej opanowany. Dostrzegł w oczach bestii to co zobaczył za młodu, gdy jej zęby tkwiły w jego przedramieniu. Teraz był w stanie nie tylko widzieć ale i zrozumieć. Powolnym ruchem sięgnął do plecaka. Usłyszał ponowne warknięcie. Zatrzymał na chwile dłoń, by zaraz kontynuować próbę dosięgnięcia dużej kieszeni. Gdy mu się udało, Bestia czekała w pełnej gotowości. Wyjął z plecaka duży kawałek wędzonej kiełbasy i wyciągnął na dłoni przed siebie. Stali tak dobre parę minut. Czworonóg podniósł przednią łapę z zawahaniem, jednak ostatecznie schował się bardziej w cieniu powarkując groźnie na chłopaka. Szymek spokojnym ruchem rzucił kawałek mięsa w stronę zarośli i odsunął się parę kroków do tyłu. Bestia po chwili wyszła z cienia warcząc i szczerząc białe kły. W oczach odbijał się ogień nadający demonicznego wyglądu. Pochwyciła zdobycz i natychmiast rozpłynęła się w mroku.

Patrząc za nią w ciemność, wyjął z plecaka kolejny kawałek wędzonki i zatopił w nim własne zęby.

– Kiedyś wydawałaś się większa. – rzucił z lekką satysfakcją w głosie.

Resztę nocy spędził w półśnie podkładając do ognia opału co kwadrans i czując na sobie od czasu do czasu przenikliwe spojrzenie z ciemności.

Nad ranem przemył twarz wodą z butelki, spakował śpiwór do plecaka i ruszył w stronę gór Kir'mor, które obrał sobie za cel podróży.

Gdy odchodził, zostawił po sobie jedynie popiół z ogniska i kawałek mięsa na liściu.

Koniec

Komentarze

Witaj!

 

Na początek kilka spraw technicznych, mam nadzieję, że Cię to nie zniechęci ;)

 

Do dzisiejszego dnia, nie sądziłem, że kiedyś wogóle nadejdzie..[.]

W ogóle piszemy osobno, a tutaj jeszcze brakuje jednej kropki.

 

Szymek zamknął swój starannie oprawiony skórą dziennik. Był delikatnie przetarty na jednym rogu od prawej strony. Po czym wylądował w najmniejszej kieszeni jego starego wojskowego plecaka.

 

To zdanie jakoś mi nie pasuje, a właściwie jego rozpoczęcie. Po czym, sugeruje, jakby bohater zamknął dziennik, po czym wrzucił do kieszenie plecaka. Jednak przerwałeś to tym opisem jego wyglądu. Poza tym, jakoby to ten Szymek wylądował w tym plecaku.

‘Swój’ i ‘jego’ też należy unikać, sam się tego tutaj nauczyłem.

Proponuję taki zapis:

 

Szymek zamknął dziennik starannie oprawiony skórą, który był delikatnie przetarty na jednym roku (czy ‘od prawej stron’ jest ważne dla fabuły?). Następnie wrzucił go do najmniejszej kieszeni starego wojskowego plecaka.

 

Rozsuwała się ona tylko do połowy

Tutaj trochę mnie zmyliłeś, bo z kieszenie, która jest podmiotem, przeskoczyłeś na plecak, który zajął pierwsze miejsce. Potem zaś wspominasz ‘rozsuwała się ona’, a czytelnik cały czas myśli o plecaku, dopiero po zgrzycie wraca wspomnieniem do kieszeni.

 

Spakował również paczkę napoczętych zapałek, swój nóż myśliwski, który był jego wiernym druhem w czasie harcerskich obozowisk i kolejna paczkę, tym razem świeżych strun gitarowych.

Znowu raczej nie potrzebne zaimki, choć to ‘jego’ jakoś jeszcze pasuje, ale tu wypowiedzą się lepsi ode mnie.

 

Potrzebował ich do do swojej mini – gitary, wykonanej przez niego własnoręcznie z mahoniu.

Widzisz, znowu to samo. Nie znamy nikogo innego, więc od razu zakładamy, że wszystko jest bohatera. Jeśli ma mini-gitarę, to wiemy, że jest jego. Drugie można zmienić na:

 

…mini-gitary, którą wykonał własnoręcznie z mahoniu.

 

Jak na takie maleństwo zaskakiwała nie tylko akustyką ale też funkcjonalnością, bo ta niepozorna sztuka miała 7 strun.

W książkach chyba powinno pisać się siedem, a nie 7.

 

Najzwyczajniejszy patyk, za którym kryła się nadzwyczajna historia początkami sięgająca wczesnych lat młodości Szymka..[.]

Znowu uciekła ci jedna kropka na końcu.

Skoro kryła się zanim nadzwyczajna historia, to chyba nie jest taki najzwyczajniejszy? ;)

 

Najwyraźniej ich puchate kolonie musiały zgubić się gdzieś na północy, gdzie w tamtym czasie panowała dyplomatyczna burza pomiędzy kłębiastymi a pierzastymi.

Gdzieś i gdzie brzmią podobnie i są trochę zbyt blisko siebie.

 

Słońce dawało się we znaki od wczesnych godzin, i to właśnie ono przyczyniło się do gwałtownej pobudki dwunastoletniego Chłopca.

Dlaczego chłopca z dużej?

 

Cień przegrał walkę o terytorium ze swiatłem

Uciekł Ci ogonek nad ‘ś’

 

Cień przegrał walkę o terytorium ze swiatłem, pozostawiając twarz Szymka bez opieki. Pierwszą rzeczą którą zobaczył, były liście wierzby płaczącej, wesoło podrygujące w rytmie jaki nadawał im wiatr. Nie pierwszy raz jedyne drzewo było strażnikiem snów na jego polanie.

Pozostawił go bez jakiej opieki? Za tym, w drugim zdaniu brzmi to jakby cień był podmiotem i to on zobaczył liście wierzby. Poza tym, chyba powinno być ‘płaczącej wierzby’.

 

"Czemu to wredne słońce, ma czelność przebywać na Mojej polanie".

Mojej chyba nie powinno być z dużej, jednak jeśli chcesz dać nacisk na słowo ‘mojej’, możesz zapisać je kursywą.

 

A przy okazji po drodzę nazbierać cennych kamieni do swojego obozu pod Najwyższym drzewem.

Po drodze bez ‘ę’

Najwyższe drzewo również nie powinno być z dużej, chyba że jest to nazwa własna, wtedy oba z dużej: Najwyższym Drzewem.

 

Gdzieś przy czwartym zebranym kamyku, poczuł jak słońce nabiera siły. Jego determinacja i chęci powoli rozpływają się w powietrzu a nogi z każdym krokiem tracą chęci do dalszej wędrówki.

Determinacja słońca? Znowu niejasny podmiot.

 

Urzyźnianiał tym samym glebę z której moc pobierały wszystkie rośliny na polanie.

Użyźniał*

 

Jakoby do Złej czarownicy pasuje odbieranie życia, tak do mężnego obrońcy ten tytuł nie przypada lekko.

Znowu tutaj jak z drzewem. Albo złej czarownicy, albo Złej Czarownicy.

 

Drewnianego strażnika.

Tak samo tutaj.

 

Jednak w powietrzu było czuć coś dziwnego..[.] coś nie pasującego do jego polany.

Znów brak kropki.

Zwykły 12 letni chłopak,

Raczej zapisuj: dwunastoletni

Szymek szukał w oczach bestii resztek czarnej duszy, słyszał jej cięzkie sapanie i ospałe ruchy łap w jego kierunku.

Tutaj brakuje ‘ż’

Sapanie bestii, czy duszy? Raczej bestii, jednak tutaj podmiot znowu się zamotał.

 

Teraz moja ogólna opinia:

Jest to przyjemne opowiadanie, trochę nostalgiczne, opisujące dziecięce przygody chłopca – z czym można się utożsamić, bo wielu z nas zawsze wymyślało jakieś zabawy czy przygody.

Widać, że to Twoja pierwsza publikacja, są tutaj charakterystyczne potknięcia, ale mam nadzieję, że uznasz słowa innych osób z portalu (a wiedz, że mogą być brutalne i dosadne) i nie zniechęcisz się do pisania, bo przeczytałem mimo wszystko z przyjemnością (choć po drodze starałem wypisać się Ci wszystko to, co uznałem za potknięcie, byś na przyszłość wiedział).

Moim zdaniem próbuj swoich sił dalej, pomyśl o becie (dowiesz się z poradnika, który Ci tutaj wkleiłem) i czekaj na opinie innych użytkowników ;)

Pozdrawiam!

 

Tutaj jest jeszcze link do poradnika portalowego, który pozwoli nowym użytkownikom zapoznać się z portalem i poznać tutejsze zasady itp.

 Portal dla żółtodziobów

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć, Creeig!

Na początek kilka spraw technicznych, które wyłapałam, a o których nie wspomniał Daniel. :)

Potrzebował ich do do swojej mini…

Wykreślamy jedno “do”. ;)

 

Po obadaniu terenu…

Obadaniu? Jakoś dziwnie to brzmi. Proponuję po prostu “zbadaniu”.

 

Każdy nieproszony śmiałek, który odwarzył odważył się…

Mały błąd. Zdarza się. ;)

 

Myślę, że musisz popracować nad interpunkcją. Czasami brakowało tych przecinków. ;) Ale nie zniechęcaj się, ja wciąż pracuję nad moją interpunkcją. :D

Co do fabuły. Nie porwało mnie, niestety. Przeczytałam, ale nie była to jakaś wielka przyjemność. Ale nic to! Czasami tak jest, że fabuła nie trafia do kogoś, niezależnie od tego, jak tekst jest napisany. ;) Mimo to wiem, że z czasem będziesz coraz lepszy! ;)

Pozdrawiam!

Cześć, Danielu!

Na początek kilka spraw technicznych, mam nadzieję, że Cię to nie zniechęci ;)

Dziękuję ci za solidny feedback (i poświęcony czas) :D Dałeś mi tym solidnego kopa motywacyjnego i od razu zabieram się do przekuwania tego żelaza!

 

Moim zdaniem próbuj swoich sił dalej, pomyśl o becie (dowiesz się z poradnika, który Ci tutaj wkleiłem) i czekaj na opinie innych użytkowników ;)

Pozdrawiam!

Z chęcią posłucham rady i odrobię zaległą pracę domową ;)

 

Pozdrawiam!

Cześć, Utrapienica!

Na początek kilka spraw technicznych, które wyłapałam, a o których nie wspomniał Daniel. :)

Dziękuję za czujne oko. Biorę się do roboty :D

Co do fabuły. Nie porwało mnie, niestety. Przeczytałam, ale nie była to jakaś wielka przyjemność. Ale nic to! Czasami tak jest, że fabuła nie trafia do kogoś, niezależnie od tego, jak tekst jest napisany. ;) Mimo to wiem, że z czasem będziesz coraz lepszy! ;)

Dziękuję za ciepłą dawkę motywacji i mam nadzieję, że kolejne moje twory sprawią ci odrobinę więcej radości :D

 

Pozdrawiam! 

Witaj.

Opowiadanie pełne opisów nieprzewidywalnych, nasączonych fantazją, sporą dawką wspomnień oraz emocji głównego bohatera. 

Wiele fragmentów dla mnie prosi się o rozwinięcie arcyciekawych nawiązań do przeszłości, bo Twoja wyobraźnia jest naprawdę imponująca. :)

 

Ja także nadal jeszcze ćwiczę interpunkcję, zatem rozumiem doskonale trudności przy jej stosowaniu. :)

Odwieczny problem ze zbliżonymi przy brzmieniu słowami takimi, jak np. rząd– rządzący, żądza – żądający/żądny, to jedna z bolączek trudnej polskiej ortografii, jakiej i ja nadal się uczę. :)

 

Gratuluję pomysłowości i pozdrawiam serdecznie. 

Pecunia non olet

Witaj, Bruce!

 

Dziękuję ci wielce za tak krzepiące słowa. Nie zostaje mi nic innego, jak tylko rozwijać swoją wyobraźnie dalej, w nadziei na podobne efekty w przyszłości (nie ukrywam, że nagroda w postaci takiego komentarza rozpala we mnie ogień do działania). 

Pozdrawiam serdecznie!

Świetnie, trzymam kciuki i pozdrawiam. ;)

Pecunia non olet

Cześć.

Widzę, że sporo zostało już powiedziane.

Ale i dla mnie coś zostało :)

 

Do dzisiejszego dnia, nie sądziłem, że kiedyś w ogóle nadejdzie…

Pierwszy przecinek zbędny.

 

Szymek zamknął dziennik starannie oprawiony skórą, który był nieznacznie przetarty na jednym rogu.

Napisałbym:

Szymek zamknął starannie oprawiony skórą dziennik, nieznacznie przetarty na jednym z rogów.

 

Spakował również paczkę napoczętych zapałek, nóż myśliwski, który był jego wiernym druhem w czasie harcerskich obozowisk

Plus za nóż :) Uwielbiam noże, zajmowałem się trochę temu survivalem i noże pozostały w kręgu moich zainteresowań :) Mój fav, to Ka-Bar Bull Dozier, szczerze polecam, jestem z niego bardzo zadowolony. Lepszy w mym odczuciu, niż znany i popularny SRK Cold Steel :)

 

 

 kolejna paczkę, tym razem świeżych strun gitarowych. Potrzebował ich do mini – gitary, którą wykonał własnoręcznie z mahoniu.

 

Kurde. Kolejny plus za gitarę :D Jeszcze dodaj, że struny niklowane, które najlepiej brzmią w gitarze elektrycznej :D

 

Jak na takie maleństwo zaskakiwała nie tylko akustyką ale też funkcjonalnością, bo ta niepozorna sztuka miała siedem strun.

Brakuje przecinka.

A gitara zupełnie jak Ibanez K7 :)

 

Słońce dawało się we znaki od wczesnych godzin, i to właśnie ono przyczyniło się do gwałtownej pobudki dwunastoletniego chłopca.

Zbędny przecinek.

Więcej o interpunkcji nie piszę, a jest tego co nieco.

 

Pierwszą rzeczą którą zobaczył chłopak, były liście wierzby płaczącej, wesoło podrygujące w rytmie jaki nadawał im wiatr.

Pierwszymi rzeczami?

 

"Czemu to wredne słońce, ma czelność przebywać na mojej polanie".

To zdanie wypadałoby zakończyć pytajnikiem.

 

W dniu kiedy obiecał sobie, że nic i nikt, a w szczególności ta stara wiedźma, nie zepsuje mu bardziej tego dnia.

Nie rozumiem tego zdania. No i powtórzenie.

 

Wstał aby spojrzeć na swoją polane, niczym pies pasterski pilnujący stada owiec przed dziką zwierzyną.

Polanę.

 

Każdy nieproszony śmiałek, który odważył się chociażby dotknąć płotu najmniejszym palcem, wciągany był w całości pod ziemie za sprawą magicznych korzeni Najwyższego.

Ziemię.

 

– Niech to licho pochłonie! – Wrzasnął wściekle okrzykiem, który niegdyś usłyszał od swej babci, gdy ta poparzyła się dotkliwie, przekładając opał w kominku.

Zły zapis dialogu.

 

– Niech to licho pochłonie! – Wrzasnął wściekle okrzykiem, który niegdyś usłyszał od swej babci, gdy ta poparzyła się dotkliwie, przekładając opał w kominku. – Gdzie jesteś!? Wyłaź i walcz! – Czuł jak krew pulsuje mu w skroni, jego dłoń zaciskała się coraz mocniej wokół kamienia znalezionego parę metrów dalej. Nieustannie napływający pot zasłaniał mu widok, którego w tym momencie tak desperacko potrzebował. Tkwił w bezruchu czekając na najmniejszy szelest. Jego zmysły wyostrzyły się do granic możliwości.

– Wyłaź! – Nikt nie odpowiadał. Zrobił ostrożny krok w tył. Usłyszał stłumiony chrupki dźwięk, podobny do pękających pęcherzyków powietrza z pomiędzy palców. Równie ostrożnie podniósł odstawioną do tyłu nogę.

Albo zapisujesz to jako ciągłość dialogową, albo – co będzie lepsze – rób więcej akapitów.

Czyli od “Nieustannie” nowy akapit.

Od “Zrobił” nowy akapit.

Zwróć też uwagę na czasowniki, które tworzą jakby plan.

 

Zupełnie jakby ten ktoś lub coś wiedziało, że jest tropione przez rządnego krwi młodzieńca i starało się zmylić zmysły łowcy.

Uuu. Żądny :)

Ale spoko, ja walnąłem się w Gammie między stróżką a strużką ;)

 

W żelaznym uścisku dzierżył krwawy kamień, a lewe oko zwrócone miał przed siebie.

Hm, lewe oko miał zwrócone przed siebie… A można nie mieć oka zwróconego przed siebie?

 

Nie dalej jak trzydzieści metrów przed nim stał cień, powolnie wynurzający się z pobliskich krzaków.

To cień stał, czy się wynurzał?

 

W oczach chłopca był to niewątpliwie cień krwiożerczej bestii, potężnie stąpającej na czterech.. pięciu łapach.

Brak jednej kropki.

 

Zwykły dwunastoletni letni chłopak, już dawno dał by nogę pozostawiając po sobie jedynie but i garstkę kurzu.

Dałby.

 

Jednak nie potężny Pan Polany, napędzany chęcią obrony dumy i własnej ziemi.

Niepotężny.

No i brakuje orzeczenia.

 

Głośny skowyt potwora zdezorientował obrońce polany.

Obrońcę.

 

Czuł jak zęby potwora ocierają o kości jego przedramienia, jednak adrenalina tłumiła ból na tyle, aby prawą ręką zdołał sięgnąć zebrany wcześniej patyk.

Raczej “zabrany”.

 

Tekst kojarzy mi się z walką z pokrzywami :)

Nie poddawaj się i wyciągaj z portalu, co najlepsze. A tu się można nauczyć niesamowitych rzeczy. Wystarczy czytać opowiadania i komentarze innych.

Powodzenia :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Opowiadanie jakby wyrwane z większej całości. Według mnie za mało się dzieje. W opowiadaniu powinna cały czas być szybka akcja, a czytając Twoje miałem wrażenie, że czytam fragment książki, gdzie przydługie opisy są wskazane. Niemniej podobało mi się. Jeżeli to Twoje pierwsze to gratuluję. Pozdrawiam.

Cześć, Silvan

 

Dziękuję za kolejną porcję żelaza do przekuwania, już zamieniam się w kowala :D

Witaj, JH.

 

Dziękuję za przeczytanie :) 

Co do zawiłych opisów cenna uwaga. Przyznaję się też, że moim początkowym zamiarem było właśnie powolne stawianie fundamentów pod książkę, może właśnie dlatego instynktownie szedłem w tę stronę. 

Opowiadanie raczej mnie zmęczyło, brakuje w nim akcji, jest za to dużo opisów i ekspozycji, jednak i tak nie wyjaśnia mi to prawie w ogóle zasad rządzących światem. Nie wiem na czym polega konflikt z wiedźmą, dlaczego bohater tak bardzo przeżywał śmierć kreta i co to jest “Najwyższe Drzewo”. Dowiedziałem się za to, co Szymek spakował do plecaka, z czego wykonany jest płot oraz, że patyk, którym główny bohater zabił wilka zyskał miano “Okogromcy”.

Jest tu jakiś pomysł, nie piszesz źle, ale nie mogę również powiedzieć, że czułem się zadowolony po przeczytaniu Twojego opowiadania.

Parę uwag:

Jak na takie maleństwo zaskakiwała nie tylko akustyką ale też funkcjonalnością, bo ta niepozorna sztuka miała siedem strun.

Sztuka? A nie, po prostu, instrument?

Potrząsnął głową jakby chciał wyrzucić z niej te, nadesłane przez wiedźmę myśli

Spróbuj wyrzucić “te”. Tekst będzie się wtedy o wiele płynniej i przyjemniej czytało.

nie przepędziło mgły w jego głowie.

Mgły?

Ręce splątane miał w znak Pragnienia (Był to magiczny symbol wykonywany dłońmi. Kciuki były skierowane do góry, w czasie gdy reszta palców splątanych ze sobą, skierowana była do przodu.).

Fajny ten opis. Ale co ten znak właściwie robi? To dzięki niemu kret był podczas walki z Panem Pola?

rozpłyną

Literówka.

go go

Literówka, ale wyjątkowo zabawnie brzmi ;)

Granica jego polany

Wiem, że to JEGO polana, nie musisz tego cały czas zaznaczyć. Wywal zaimek.

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Witaj, Simeone.

 

Dziękuję ci za poświęcony czas :)

 

Co do zasad rządzących światem, celowo zostawiłem tutaj trochę miejsca do interpretacji własnej. Chciałem również stworzyć “iluzję” dla czytelnika w postaci przenikającego się świata realnego z wyobraźnią małego chłopca. 

Konflikt z Wiedźmą to najzwyczajniejszy konflikt z matką, który przeżywa większość niedorostków i nie chciałbym tutaj ingerować bardziej w wyobrażenia.

Reakcja na śmierć kreta dla chłopca w tym wieku, wydaję mi się jak najbardziej naturalna, szczególnie dla chłopca, który postrzega się jako obrońcę. 

Potrząsnął głową jakby chciał wyrzucić z niej te, nadesłane przez wiedźmę myśli

Spróbuj wyrzucić “te”. Tekst będzie się wtedy o wiele płynniej i przyjemniej czytało.

Zapis jest tutaj celowy, aby sprowadzić delikatnie narrację do emocjonalności chłopca :)

 

Resztę uwag dokładnie przemyślę :)

 

Pozdrawiam

Za dużo opisów, za mało się dzieje. Nie powaliło, bardziej zmęczyło.

Czy dobrze zrozumiałem, że Szymek dążył do konfrontacji z psem i wydłubał mu oko tylko dlatego, że pies-bestia zagryzł mu jeża..? Wiem, spłyciłem, ale tak bym to streścił…

Adler, raczej kreta, z jeżem mógłby mieć problem.

 

No, też mnie zmęczyło, tym bardziej, że gramatycznie nie jest dobrze.

I właściwie nie wiem, co się stało. Mały psychopata wydłubał psu oko, co zmieniło go w dużego psychopatę, który teraz rusza na łowy na ludzi? Domyślam się, że wiedźma to jego rodzicielka i tak się zastanawiam, czy dzieciak miał powody, aby ją tak nazwać, bo w opku nie ma o tym ani słowa.

Fantastyki mi brakuje.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka – słuszna uwaga. Myślałem o krecie, bo cały czas przewija się w opowiadaniu, a napisałem – jeż. Bywa. Dziękuję :-)

Podsumowałaś to dokładnie w tym kierunku, w którym pobiegły moje myśli po przeczytaniu. Nie chciałem tego tak rozwijać, żeby nie było, że nadinterpretuję ;-)

Dobry zwyczaj to zacząć od pozytywów, tym razem jednak to odwrócę i zostawię pozytywy (przyznam od razu – niezbyt liczne) – na koniec, by osłodzić gorzką pigułkę, jaką pewnie jest mój komentarz.

Może myślę zbyt przyziemnie i niemetaforycznie, ale mam podobne wrażenia jak Adler i Irka.

Ale może rzeczywiście to za daleko idące wnioski. Mi się też ta walka skojarzyła bardzo konkretnie – być może niesłusznie. Z drugiej strony, może chłopak wcale nie jest psychopatą, może przeciwnik, nawet jeśli był psem, to zdziczałym i groźnym, może zabicie go było jedynym sposobem by samemu przetrwać? To rozwianie się w dym może sugerować, że przeciwnik był iluzoryczny? Może tam nikogo nie było? Może chłopak walczył sam z sobą? (czy dobrze zrozumiałem, że on jest jednooki? takie odniosłem wrażenie z opisów – i ma tylko LEWE oko, wbija kij w LEWE oko psa/potwora/przeciwnika – czy to ma jakieś znaczenie, że to jest oko lewe a nie prawe? czy on w istocie walczy sam z sobą?)

Kim jest wiedźma? Matka? Babcia? Kto tak dba o tego chłopca?

Nadmiar niejasności – niestety całkiem zabija mi jakąkolwiek potencjalną przyjemność z czytania. Zastanawiam się, czy w swoim opowiadaniu tego samego błędu nie popełnię… ale poniekąd Cię rozumiem, pisałeś, że to jakby “podbudowa” pod książkę – sam mam taką manierę, że pisząc jakiekolwiek opowiadanie tworzę od razu do niego olbrzymi świat… i potem trudno to zmieścić / upchnąć w tekście.

 

Nie czuję się zbyt mocny w technikaliach, co więcej, nie uważam ich za najważniejsze, ale jednak liczba zgrzytów mocno utrudniała lekturę. Muszę przyznać, że do opowiadania zabierałem się kilkukrotnie i w końcu je “zmęczyłem” do końca, w sumie chyba tylko dlatego, by móc napisać merytoryczny komentarz – czyli ze skrajnego egoizmu – by zarazem podnieść sobie limit znaków.

 

Myślę, że o wiele milej to napisała Utrapienica (sorki, ja nie potrafię być miły):

Co do fabuły. Nie porwało mnie, niestety. Przeczytałam, ale nie była to jakaś wielka przyjemność. Ale nic to! Czasami tak jest, że fabuła nie trafia do kogoś, niezależnie od tego, jak tekst jest napisany. ;) Mimo to wiem, że z czasem będziesz coraz lepszy! ;)

 

Obiecałem na koniec, na osłodę – cuksy – pozytywy – to one:

– lubię teksty eksplorujące dzikość i okrucieństwo naszego przeszłego dzieciństwa. Dlatego tak uwielbiam – by rzucić dwa zupełnie różne przykłady – Władcę Much czy Testament Overmana. Dziadek psychoanalizy, Zygmunt Freud stwierdził “Dzieci nie są zwyczajnie złośliwe, one są złe” – i choć Freud w prawie wszystkim się mylił, to co do tego stwierdzenia, skłonny jestem uważać, że miał rację. A może inaczej – dzieci są nie tyle złe, co niemoralne. Twój tekst eksploruje takie chłopięctwo “niewykastrowane” – trochę odmienne od tego, które się próbuje od pokoleń chłopcom wcisnąć. Żartuję czasem, że pierwsze pytanie “gdzie ci mężczyźni” – pojawiło się w czasie, gdy porzuciliśmy łowiectwo/zbieractwo dla trybu osiadłego. Od tego czasu każde kolejne pokolenie mężczyzn jest już w chłopięctwie poddawane “udomowianiu”, z dzikich bestii, stają się oni potulnymi, kulturalnymi członkami społeczeństw – i każde kolejne pokolenie dziewczyn sarka na to, że faceci zbabieli, nie widząc tego, że to zbabienie jest cywilizacyjnym kosztem.

Twój tekst ładnie pokazuje ten sprzeciw przeciwko ucywilizowaniu. Odmałpieniu Tytusa. Myślę, że pod tym względem – warto go było napisać.

Drugi pozytyw – mogę nie lubić tego bohatera (jeszcze nie wiem czy go lubię czy nie, czy jest psychopatą, czy tylko nieszczęśliwym dzieckiem itp.) – ale podoba mi się jego kreacja – nie jest moim zdaniem płaska i naiwna – a pisząc o dwunastolatkach często mamy tendencję do dwojakiego typu uproszczeń – albo czynienia z nich malutkich, nieświadomych dzieci, albo obdarzania psychiką dorosłego – Ty w moim odczuciu tu tego nie zrobiłeś, owszem można by to napisać / rozegrać lepiej – ale ta postać nie wydaje mi się nierealna.

 

Pozdrawiam!

 

entropia nigdy nie maleje

Cześć :)

 

niestety zgadzam się w większości z przedmówcami – zabrakło mi tutaj przede wszystkim akcji i samej fantastyki. Mnie również tekst nieco zmęczył – dużo opisów, w dodatku szczegółowych i mało akcji.

Myślę też, że ogólnie możemy być dość słabą grupą docelową dla tego typu opowiadań – jednak mocno nostalgicznych, mniej nastawionych na wartką akcję. Mogłoby się sprawdzić jako wstęp, ale tu też byłabym ostrożna – wspomniałeś o wielu wątkach, czarownicy itp. i można się nieco pogubić. 

Szkoda też, że nie rozwinąłeś wątku Czarownicy. 

Ale nie zrażaj się! Osobiście aż tak wielu błędów nie dostrzegałam – ale z tym u mnie też na bakier i pracuję nad tym. Sama jestem tu od niedawna, ale wiele uwag i komentarzy daje naprawdę dużo wiedzy, więc warto publikować, nawet jak informacja zwrotna będzie negatywna. 

Hej

Przyznam, że poczułem się, jakbym czytał jakiś fragment, a nie samodzielne opowiadanie. To bardziej scena wyjęta z całości i, niestety, trudno mi coś więcej o tym tekście powiedzieć. Niektóre rzeczy opisujesz za bardzo, inne za mało, przez co akapity się niepotrzebnie wydłużają, a wydarzenia biegną zbyt wolno.

Paru spraw chętnie bym się dowiedział, więc zaciekawiłeś mnie wystarczająco, abym chętnie poczytał jakiś ciąg dalszy, ale jak na samodzielny tekst to jestem nieco rozczarowany.

Widzę u Ciebie wiele podobnie brzmiących opisów z wykorzystaniem “który” oraz lekką “byłozę” (29 byłów).

Pozdrawiam

No cóż, ja mam zupełnie odmienne wrażenie po lekturze.

Mnie opowiedziana przygoda z dziecięcej wyobraźni się spodobała. Widzę tu bogactwo wyobraźni. Nie rozumiem również niektórych (krzywdzących w mojej ocenie) komentarzy, nazywających chłopca psychopatą (choć może i takie było zamierzenie autora, tego nie wiemy). I nie chodzi mi tutaj o kwestie gustu, która jest subiektywna, a o przebieg historii. Tak jak ja zrozumiałam z opowiadania to po pierwsze chłopiec zabił kreta przypadkiem (po prostu na niego nadepnął cofając się) i bardzo tego żałował co zostało dosadnie opisane. Po drugie nie chciał zabić zwierzęcia, tylko rzucił w niego kamieniem (w swojej wyobraźni potężnym), a kiedy zwierzę (być może wyimaginowane) wbiło zęby głęboko w ramię chłopca, ten szukając ratunku pochwycił patyk i wbił w oko zwierzęciu. Dlatego też ten patyk miał dla niego symboliczną moc.

Moja opinia jest dwojaka.

Z jednej strony – ten tekst jako gotowe opowiadanie jest w obecnej postaci po prostu dość słaby, co jest zupełnie do przewidzenia przy pierwszej próbie, większość z nas tak miała. Jest źle skonstruowane (streszczasz wydarzenia, zamiast je pokazać), nieciekawe i chaotyczne narracyjnie (ogromna przewaga opisów nad akcją), niedobre językowo, zwłaszcza jak chodzi o zapis, ale także o stylistykę, powtórzenia i generalnie stronę redakcyjną.

Ale nie przejmuj się tym aż tak bardzo, bo te wszystkie wady to są rzeczy, których uczymy się, pisząc, i które jest stosunkowo łatwo poprawić, rozwijając się pisarsko. A ten tekst pokazuje, że warto poprawiać, bo masz w nim fajne pomysły, niebanalnie wpisujesz fantastyczność w dziecięcy świat, kreujesz obiecującego bohatera. Masz, innymi słowy, pisarską wyobraźnię i własną wizję tego, o czym chcesz mówić. Będę śledzić twoje dalsze teksty, bo myślę, że będzie warto. 

Widzę, że już się poprzedni komentujący podejmowali robienia łapanek, ale też dorzucę trzy grosze. Zaznaczam jednak, że nie są to wszystkie błędy, które znalazłam, a jedynie przykłady, aby pokazać Ci, gdzie leżą problemy.

 

 Nadszedł dzień(+,) o którym rozmyślam(+,) od kiedy tylko sięgam pamięcią. Do dzisiejszego dnia nie sądziłem, że kiedyś w ogóle nadejdzie… prawdę mówiąc nadal w to nie wierzę.

Interpunkcja leży już niestety od pierwszego zdania. Dodatkowo masz tu dużo powtórzeń.

 

tym razem świeżych strun gitarowych. Potrzebował ich do mini – gitary, którą wykonał własnoręcznie z mahoniu.

Znowu powtórzenia.

 

To właśnie ta czarownica uprzedzała go, aby przed wyjściem z domu wziął czapkę(+,) bo mają być mocne upały.

 

Po obadaniu terenu swoim jedynym sprawnym okiem, ruszył na obchód(+,) aby sumiennie dopełnić obowiązku stróża niezdobytej krainy.

 

Potrząsnął głową jakby chciał wyrzucić z niej te(-,) nadesłane przez wiedźmę myśli i ruszył przed siebie, ponownie wcielając się w psiego strażnika.

Ten zaimek jest niepotrzebny.

 

Determinacja i chęci chłopca powoli rozpływały się w powietrzu(+,) a nogi z każdym krokiem zaczęły tracić chęci do dalszej wędrówki.

Powtórzenie, przecinek, a nogi raczej nie tracą chęci.

 

Jakoby do złej czarownicy pasuje odbieranie życia, tak do mężnego obrońcy ten tytuł nie przypada lekko.

“Nie przypada” niezbyt tu pasuje.

Ręce splątane miał w znak Pragnienia (Był to magiczny symbol wykonywany dłońmi. Kciuki były skierowane do góry, w czasie gdy reszta palców splątanych ze sobą, skierowana była do przodu.).

Aj. Musisz trochę poczytać o stosowaniu nawiasów, na przykład na stronie PWN.

 

Dobra, teraz trochę ogólnych wrażeń. Nie przypadł mi do gustu ten tekst. Jest topornie napisany w bardzo “sprawozdawczym” stylu. Był tam, zrobił to, następnie poszedł… Nie o to chodzi w opowiadaniach. Brak emocji i stosowania zasady “pokaż, nie mów”, czyli używania opisów zamiast prostego podawania na tacy na przykład emocji bohatera. Z konstrukcją tekstu też jest problem – zaczynasz od zapisu w dzienniku, że Szymek czekał na ten właśnie dzień od dawna, po czym nie zdradzasz ani słowem, co to właściwie za dzień i tekst zupełnie go nie dotyczy. Czemu więc służy ten zabieg?

Nieco lepiej wyszedł Ci bohater. Jestem skłonna uwierzyć, że tak właśnie wyglądałby tok myślenia dwunastoletniego chłopca – wiedźma-matka czy może babcia, która przeszkadza mu w zabawie, strzeżenie polany i tak dalej. Nie mogę za to jakoś przetrawić dziecka krzywdzącego psa i to jeszcze w dość brutalny sposób. Ja wiem, że to się zdarza, ale postać Szymka mi na taką nie wygląda, więc trochę się wzdrygnęłam, jak przeczytałam, że rzucił w zwierzę kamieniem, wbił mu patyk w oko, a potem jeszcze się z tego cieszył. Trochę to okrutne.

Musisz popracować nad wieloma rzeczami – spójnością fabuły, warsztatem i przede wszystkim poprawnością, ale nie zrażaj się. I pamiętaj, że możesz bez problemu nanieść poprawki w tym tekście, aby kolejnym czytelnikom było łatwiej (o ile nie stoi to w sprzeczności z zasadami konkursu). Może też następnym razem skorzystaj z opcji betowania opowiadania, aby wyeliminować część błędów przed publikacją.

Zostaw ten żyrandol.

Niestety, nie zaliczam się do zadowolonych czytelników :( Mimo niewielkiej objętości, tekst mnie mocno zmęczył. Sądzę, że problemem może być duża liczba opisów, śladowa fabuła i bardzo suchy styl relacjonowania wydarzeń, o czym pisali już wcześniej przedpiścy. Na zbyt wiele pytań nie poznałem odpowiedzi – o co chodzi, jaka wiedźma, na ten przykład?

Ufam, że Twoje kolejne teksty okażą się znacznie ciekawsze ;) Pozdrawiam!

Jest pewien rodzaj wrażliwości w Twoim opowiadaniu, który lubię: las; chłopiec-władca polany, chroniący drzewo; współczucie dla kreta. Z drugiej strony trudno mi się czytało z uwagi na bardzo szczegółowe opisy, z których większość niewiele wnosiła do fabuły, np. pakowanie plecaka. Przedmioty może i warte były wyliczenia, ale już bardzo dokładne ich charakterystyka, moim zdaniem, niekoniecznie. Podobnie ze słońcem, trochę przeciągasz i powtarzasz te same rzeczy/porównania, podczas gdy jako czytelnik chciałabym wreszcie pójść dalej.

Zdziwiło mnie, że dwunastoletni chłopak zrobił sobie gitarę z mahoniu? To nie jest takie proste, jak wystrugać fujarkę.

Spróbuj też jeszcze popracować interpunkcją. Poniżej wypisałam kilka przykładów. Pozostało ich więcej. 

,Nadszedł dzień(+,) o którym rozmyślam od kiedy tylko sięgam pamięcią.

,aby przed wyjściem z domu wziął czapkę(+,) bo mają być mocne upały.

,ruszył na obchód(+,) aby sumiennie dopełnić obowiązku stróża niezdobytej krainy.

,z pomiędzy

spomiędzy

 

Pozdrawiam!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Czeeeść,

Ja się poczepiam w swoim rodzaju czapialstwa:

Szymek zamknął dziennik starannie oprawiony skórą, który był nieznacznie przetarty na jednym rogu. Następnie wrzucił go do najmniejszej kieszeni starego wojskowego plecaka. Był w jednolitym, brązowym kolorze i poza srebrnymi niegdyś zamkami, ozdabiała go jedynie naszywka na przedniej kieszeni. Była to mordka wściekłego kreta.

Trochę zalatuje “byłozą” – dużo tego być, a to słowo zupełnie bierne, najlepiej go unikać, kiedy tylko się da. Poza tym pogrubione zdania to sam opis, bardzo szczegółowy, aż zbyt szczegółowy, to chyba ponad 50% akapitu. Taki styl będzie czytelnika po prostu nużył, niektóre elementy tak naprawdę są niepotrzebne. Opisy to, oczywiście, ważna część opowiadania, ale one powinny coś wnosić poza ozdobą. Niech zdradzają nastrój bohatera, jego pochodzenie, małe części charakteru. Jeżeli jest naszywka, niech oznacza przynależność do jakiejś grupy, jeżeli ma brązowy kolor – niech on będzie wyblakły, wtedy nie będziesz musiał wspominać, że plecak jest stary. Tego wymaga ekonomia językowa, opisy nie mogą być puste. Nawet jeśli ktoś nie zgadza się zupełnie ze Strzelbą Czechowa, musi znaleźć jakiś środek, dzięki temu opowiadania będą znaczenie lepsze. Na stronie fantazmatów był fajny artykuł na temat ekonomii języka, nie wiem, czy wciąż tam wisi.

Generalnie w dalszych akapitach jest to samo, ale nie będę już zaznaczał wszystkiego.

Niestety topornie napisane, widać tu jakiś pomysł, który nawet mógłby być dobry, ale wszystko zostało utopione w opisach. Pozdrówko i powodzenia w dalszym pisaniu! ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Trudno mi się czytało Twój tekst. Przez kilka czynników w sumie. 

Pierwsze, często robiłeś długie opisy. Zbyt długie. Czasem warto skupić się tylko szczegółach, a nie na wszystkim.

Druga kwestia – mało się dzieje. Świat jest bogaty, lecz nie trzyma w napięciu, ani nie ma jakiegoś wielkiego przesłania, które mogłoby to napięcie zastępować. Więcej mi ciężko powiedzieć.

Mam nadzieję, że będzie to cenna lekcja, która przyczyni się tylko i wyłącznie do ulepszenia Twojego warsztatu. Powodzenia!

Następnie wrzucił go do najmniejszej kieszeni starego wojskowego plecaka. Był w jednolitym, brązowym kolorze

Chłopak, notatnik, czy plecak? 

 

Ręce splątane miał w znak Pragnienia (Był to magiczny symbol wykonywany dłońmi. Kciuki były skierowane do góry, w czasie gdy reszta palców splątanych ze sobą, skierowana była do przodu.).

Albo coś opisuj, albo nie opisuj. Nie rób tak, że najpierw tylko o tym wspominasz, a w nawiasie dajesz encyklopedyczną notatkę). 

 

Nie rozumiem, czemu służy cytat przed wstępem. Nie widzę też zasadności wstępu i zakończenia. Niczemu nie służą. 

Podoba mi się pomysł na historię marzyciela, który swoją wyobraźnią nadaje fantastycznego tonu temu, co go otacza i spotyka, choć w samych wydarzeniach fantastyki brak. Niektórzy będą marudzić, ale to jest fajne. 

Niestety, styl mnie nie przekonał. Narracja jest dość toporna, taka, jakbyś pisał rozprawkę. Zdecydowanie to wymaga pracy, by móc cieszyć się tym pomysłem. Bo on jest takk, że tylko piękny, może trochę gawędziarski styl, może wykrzesać z niego potencjał. 

No dobrze, a gdzie tu jest fantastyka? Bo ja widzę opis chłopca, którzy przypadkiem rozdeptał kreta, a potem okaleczył psa, wyobrażając sobie, że przeżywa wspaniałe i magiczne przygody.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka