- Opowiadanie: TYRANOTYTAN 3000 - Przemyślne plany

Przemyślne plany

Według statystyk policyjnych Nowa Huta jest najbezpieczniejszą dzielnicą Krakowa. Autor kategorycznie sprzeciwia się stereotypowi niebezpiecznej Huty, który sam powiela w tekście :-*

 

Bardzo dziękuję arcywspaniałym betującym: AmonowiRa, ManeTekelFares i Olucie. 

 

Hasło konkursowe: Jaskiniowcy vs. dinozaury – Marsjanie atakują.

Jedna jego część potraktowana kreatywnie/opluta i znieważona.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Przemyślne plany

UFO W POLSCE?! Nowe SZOKUJĄCE doniesienia z Małopolski!

 

Krzysztof Gołas (48 l.), zamieszkały w podkrakowskich Racławicach, twierdzi, że w niedzielę widział nad tamtejszym kopcem Kościuszki dziwny obiekt. Czy…

 

Resztę gazety zakrywały inne leżące na ladzie pisma. Przecież nie mógł po nią sięgnąć. Miał jeszcze resztki godności. Ale to UFO kusiło… Cholerna dziecinada.

– To wszystko? – zapytała ekspedientka.

Jerzy podrapał się po siwej głowie. Bułki, masło, szynka…

– Tak – odparł po chwili i sięgnął po portfel.

Oczy mu nadal uciekały w stronę rozłożonych na ladzie gazet. Co za głupota!

– A gazety pan nie chce? – zapytała ekspedientka, przyglądając się Jerzemu z uśmiechem. – Jest z programem.

– A no… program się przyda.

Pewnie, że się przyda. Zwłaszcza, że Jurek nie miał telewizora! Zapłacił i ruszył w stronę wyjścia.

Kupił brukowca. Plugawego brukowca! Bo jest w nim artykuł o kosmitach! Ha! Kosmitach! Oj, niedługo skończy jak te dziady w tramwajach, z siatką z Lewiatana, Faktem w ręce i wypraną maseczką jednorazową na brodzie…

 – O, przepraszam! – W drzwiach wpadł na opatuloną w brudną kurtkę postać.

Poczuł stęchły smród alkoholu i mimo woli wzdrygnął się, wychodząc na chodnik przy Placu Centralnym.

Był styczeń. Deszczowy i szary. Plac Centralny, nadal ozdobiony świątecznymi dekoracjami, wyglądał ponuro, ale na swój sposób dumnie.

„Nowa Huta nigdy nie jest brudna – pomyślał Jerzy. – Zawsze zachowuje godność i przejrzystość. Tak jak ja.”

Poprawił jedwabny szalik.

Jerzy był bardzo dumny z tego, że mimo ponad siedemdziesięciu lat wciąż jest w świetnej formie zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Lekarze często mu mówili, że chcieliby się tak trzymać w jego wieku i tak ubierać.

– Elegancja – mawiał Jerzy sentencjonalnie – to podstawa dobrego samopoczucia.

W Hucie mieszkał od urodzenia. Bardzo lubił swoje schludne mieszkanko na Osiedlu Centrum A z widokiem zarówno na Plac Centralny, jak i na osiedlowe podwórko.

Był piosenkarzem. Nie byle jakim piosenkarzem! W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym ósmym roku wystąpił nawet w Opolu. Wprawdzie od tego czasu wielkich sukcesów nie odnosił, ale w Hucie każdy pamiętał jego jedyny przebój pod tytułem „Miłość to nic więcej, jak tylko właśnie ty”.

Spojrzał raz jeszcze z pogardą za siebie na witryny sklepowe lewiatana, za którymi majaczyła postać menela, który śmiał go potrącić.

I wtedy coś sobie uświadomił.

Znał tego menela.

– Józek – szepnął pod nosem.

Nie widział go od dawna. W latach osiemdziesiątych, kiedy Józek był młodym chłopakiem, znali się dobrze. I to jak dobrze. Nad zalewem, w cieniu umajonych drzew… słodka rozkoszy…

Potem jakoś się rozeszli, zamiast tego wkroczył kapitalizm, który stwierdził rozsądnie, że w Hucie pracuje zbyt wielu ludzi.

Więc pozwalniali niepotrzebnych. W tym Józka. Znana historia. Potem sobie chłopak nie poradził…

Jerzy stał tak jeszcze przez chwilę, patrząc w szybę i myśląc o Józku.

 

***

 

Artykuł o kosmitach okazał się co najmniej rozczarowujący. Kończył się właściwie w tym miejscu, w którym Jerzy przerwał lekturę w sklepie. Resztę strony zajmowała bardzo nieudolna grafika, przedstawiająca zielonego obcego z uniesionym palcem.

Jerzy obiecał sobie, że już nigdy więcej nie kupi gazety tego pokroju, po czym poszedł spać.

Ale nie mógł zasnąć. Myślał o Józku.

Przejechał ostatni dzienny tramwaj, stukając i dudniąc donośnie. A Jerzy myślał, wpatrując się w sufit.

Nagle ciszę nocną rozdarł krzyk:

– Kurwaa!

Jerzy przeklął tych troglodytów osiedlowych, te społecznie nieużyteczne podludzkie istoty bez mózgów, bez wrażliwości, wstrętne wrzody na ciele narodu i podszedł do okna, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Pomiędzy blokami, przez oświetlone latarniami trawniki, szli tabunem młodzi i gniewni. Szeroko rozstawiali nogi, machali rękami jak małpy.

– Tfu! – Jerzy splunął do doniczki z paprotką.

– Cracovia K! Cracovia S! Cracovia starą kurwą jest!

Poezja…

– Chłopaki! Tu jest żul! – krzyknął któryś, wskazując na pobliską ławkę.

Na ławce leżała sterta ubrań, ukrywając śpiącego człowieka.

Troglodyci podeszli tam i zaczęli szturchać leżącego.

Jurek nie widział dobrze. Nie miał okularów, a scenę dodatkowo zasłaniało mu drzewo, więc dostrzegał jedynie jakieś niewyraźnie kształty i ruchy.

Kształty i ruchy wskazywały na to, że postać leżąca na ławce wstaje i próbuje bronić się przed niespodziewanym napadem. Parę szybkich ciosów i bezdomny upadł na chodnik.

Dresiarze stali nad nim jeszcze przez chwilę, po czym odeszli śpiewając swą pieśń.

Jerzego coś tknęło i poszedł po okulary. Ta kurtka wydała mu się znajoma…

Wrócił i wbił oczy w leżące na chodniku ciało.

– To chyba Józek – mruknął i coś ścisnęło mu serce.

Ale czy na pewno Józek? Może kto inny… w końcu było w Hucie paru takich, co sypiali po ławkach… Ale ta kurtka…

Postanowił wyjść i sprawdzić. Ot, jeśli nie Józek, to i tak zrobi dobry uczynek, wzywając pomoc. Przed wyjściem spojrzał jeszcze raz przez okno i zobaczył, że przy leżącym stoi jakaś wysoka, smukła postać w płaszczu.

Bardzo dobrze. Nie będzie sam. A co jak co, ale człowiek w płaszczu to musi być człowiek przyzwoity.

Szybko podszedł do leżącego. Po postaci w płaszczu nie pozostał ślad. Dziwne. Ale nie miał czasu się nad tym głowić. Rozpoznał Józka.

Józek był martwy.

 

***

 

Na pogrzebie, który Jerzy sam zorganizował, nie było nikogo poza nim, księdzem i zapitymi grabarzami.

Wrócił do domu zmęczony, rozbity i wściekły. Policja dała do zrozumienia, że ma inne rzeczy na głowie niż zajmowanie się zgonem menela. Oczywiście nikt tego Jurkowi nie powiedział wprost. Ale on swoje wiedział. Niewdzięczny świat!

Usiadł w salonie i wyciągnął z kredensu butelkę koniaku. Wypijał drugi kieliszek, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi.

Gderając, poszedł otworzyć.

– Czołem, jak się trzymasz? – Do przedpokoju wtoczył się Marek.

Był grubym, sprężystym, zapalony myśliwym, a za komuny dyrektorem jakiegoś pomniejszego urzędu.

– Jakoś – odparł Jerzy sucho.

Nie miał wielkiej ochoty rozmawiać z Markiem. Jego ekspresywność go przygniatała.

– Słyszałem o Józku. Fatalna historia.

– To prawda – odparł Jerzy.

– Byliście blisko, co nie?

– Kiedyś tak.

– Słuchajże. – Marek wyciągnął z kieszeni płaszcza butelkę wódki. – Wypijmy kieliszek. Za pamięć.

Jerzemu głupio było odmawiać, więc zaprosił Marka do salonu.

– To był dobry chłop – mówił myśliwy. – Bardzo dobry. Pamiętam go, jak pracował, zawsze taki zadbany, wesoły… co to się z tymi ludźmi dzieje czasami…

Usiedli przy stole. Słońce za przysłoniętym koronkowymi firankami oknem powoli zachodziło. Przez Plac Centralny przetoczył się tramwaj.

– Widzę, że już zacząłeś – powiedział Marek, wskazując na butelkę koniaku.

– Tak, na to wygląda.

– Ech… nie ma na taką sprawę nic lepszego niż flaszka. Kiedy Hanka umarła trzy dni piłem, za każdą dekadę małżeństwa, proszę ja ciebie, przyszedł szwagier i pił ze mną. Dobry chłop… Wiesz, że mu się zmarło w zeszłym roku?

– Nie, nie wiedziałem.

– A no widzisz. Coraz nas mniej… Staszek też umarł. Przed świętami. Kurewski Covid.

– Staszek? Który Staszek?

– Staszek Noga. Do ogólniaka ze mną chodził. Taki mały.

– A, ten. – Jerzy nie wiedział, o jakiego Staszka chodzi, ale nie miał ochoty drążyć tematu.

Zapadło milczenie,

– Paskudna sprawa. Słyszałem, jak umarł – odezwał się po chwili Marek.

– Kto, Staszek?

– Nie Staszek, Józek!

– Aha.

– To są jednak chuje.

Jerzy nic nie odpowiedział na to bezceremonialne stwierdzenie, bo z przedpokoju dobiegło pukanie do drzwi.

– Mówiłem chłopakom, żeby wpadli cię pocieszyć – zawołał Marek za Jurkiem, który wyszedł z salonu. – To pewnie oni.

Rzeczywiście. Do mieszkania wtoczyło się trzech kolejnych staruszków. Wszyscy z grobowymi minami i flaszkami w dłoniach. Jerzy zaprosił ich do salonu, w duchu przeklinając Marka i dobre wychowanie, niepozwalające wyrzucić gości.

Wchodzili po kolei. Najpierw Adam, inżynier elektryk, w wielkich okularach i z poczciwym wąsem, jak zawsze trochę zagubiony w towarzystwie. Potem Franek, aktor z Teatru Ludowego, któremu marzyła się nieśmiało wielka kariera, ale ugrzązł w Hucie i uznał, że w zasadzie to mu wystarczy. Na końcu Rysiu, nestor towarzystwa, budowniczy Huty, podpierający się laską i mlaszczący bezzębnymi ustami. Usiedli.

I znowu wyrazy współczucia, pochwała kojących właściwości alkoholu, a wreszcie sprawdzenie ich na sobie. Wspomnienia, narzekania, frustracje.

– I mówisz, że policja, co? Nic?! – wykrzyknął Marek po czwartym kieliszku.

– No nie wiem… pewnie nic… tak wyglądali, jakby nic – mruknął Jurek.

– Jasne, że nic nie zrobią. Leniwe świnie. A zresztą czy wam by się chciało robić za takie grosze? – zapytał Franek, który słynął z politycznego zacięcia.

– Ale przecież wiadomo, kto to zrobił, prawda? Jurek widział! – zawołał Adam.

– Jurek nie widział twarzy – mruknął Franek, nachylając się do Adama. – Jest paragraf, że jak nie widzisz twarzy, to nie możesz oskarżać.

– Jest taki paragraf? – zdziwił się Jurek.

– Jest, jest.

– Gówno jest, co ty pierdolisz? Nie ma – włączył się Rysiu, któremu po alkoholu słownik poszerzał się o słowa niecenzuralne.

– Jak nie ma, jak czytałem kiedyś… a może to co innego było, ale podobne w sensie… – Franek sięgnął po kieliszek, żeby ukryć zmieszanie.

– Zaraz dziesiąta – mruknął Jerzy, patrząc za okno, na zegar świetlny, stojący na bloku po drugiej stronie Placu Centralnego. Był to zegar mało estetyczny, ale przez każdego w Hucie otaczany przedziwnym kultem.

– Zaraz znowu wyjdą – warknął Marek. – Znowu wyjdą, a zabili Józka.

– Czasami mam ochotę ich tak… – Jurek zacisnął pięści. – Żeby tak raz na zawsze skończyli.

Z ust towarzyszy wydobył się pomruk aprobaty.

– Co za podludzie – mruknął Rysiu.

– Panowie! – krzyknął Marek tak głośno, że Adam spadł z krzesła. – Ktoś ich musi nauczyć manier! Nie? Słuchajcie, a może my to zrobimy?!

– Co, że jak? – zapytał Adam.

– No, ja mam strzelbę u siebie. Wezmę. Pójdziemy i, proszę ja was, tak ich nastraszymy, aż się zesrają w te swoje dresy.

Z ust Marka wydobył się świszczący śmiech. Twarz mu poczerwieniała. Wodził po zebranych podnieconym wzrokiem.

– No? Co wy na to?

Jurek pomyślał o Józku. Alkohol mroczył umysł.

– Idziemy.

 

***

 

Kroczyli przez ciemne osiedle, zataczając się co jakiś czas, ale prąc dzielnie naprzód. Marek niósł strzelbę. W umyśle połączył obraz dresów z obrazem zwierzyny. To było polowanie.

W końcu ich dostrzegli. Przy śmietniku. Trzech siedziało na dachu, dwóch dekonstruowało stojącą obok kanapę, a jeden obsikiwał róg wiaty. W rękach trzymali butelki piwa i papierosy.

– Wy! – ryknął Marek i przyspieszył kroku.

– Może to nie jest dobry pomysł? – zapytał niepewnie Adam.

Ale było już za późno na rozważanie słuszności posunięcia. Dresiarze spostrzegli staruszków i podeszli w ich stronę, trochę zaskoczeni, a trochę ubawieni.

– Czego? – spytał ten, który wcześniej obsikiwał śmietnik.

– Gówna psiego – warknął Marek, dzielnie podchodząc do chłopaka i machając mu przed nosem lufą.

– Marek, dajże spokój.

– Stul dziób Adam! Widzisz to? – Marek zacisnął strzelbę w dłoni i wbił oczy w dresa. – Wiesz, jak to strzela?

– O chuj ci chodzi?!

– O Józka nam chodzi, śmiecie – odezwał się Jerzy.

– Uuu – zaśmiali się dresiarze – śmiecie! He! He!

– Słuchajcie kurwy, dziady pierdolone, wypierdalać stąd – warknął największy z chłopaków.

– Rafix, kurwa, nie spinaj się, bo dziadki nam zejdą na zawał – powiedział dres, który obsikał śmietnik.

– Ja ci dam dziadki! Ja wam pokażę, co ja mogę!

– Marek…

– Stul dziób Adam! Ja ich nauczę!

Adam próbował powstrzymać Marka, który zrobił się całkiem czerwony na twarzy i celował w głowę chłopaka, który obsikał śmietnik.

Padł strzał.

Chłopak zwalił się na ziemię. Jego głowa była wszędzie dookoła, tylko nie na szyi.

Wszyscy zamarli.

Po chwili obie grupy uciekły w popłochu.

 

***

 

– Na to jest paragraf! – wydyszał Franek, kiedy dobiegli do mieszkania Jurka.

– Co ty, kurwa, nie powiesz!? – krzyknął Rysiu. – Wiele widziałem, ale żeby coś takiego…

Opadł na kanapę w salonie, trzymając się za pierś.

– Ale musiałem! To była samoobrona! Przecież czasami można?! – darł się Marek. – Można, prawda?! Sam powiedz, Franek.

Franek nic nie powiedział.

– Boże… Boże… – szepnął Marek, patrząc na zakrwawioną strzelbę.

Adam milczał. Był blady i cały drżał. Krew chłopaka spływała mu po wąsach. Usiadł na krześle i wpatrzył się tępo w okno.

Jerzy ze zdziwieniem stwierdził, że umysł ma zaskakująco jasny. Przynajmniej tak mu się wydawało.

– Jesteśmy cali we krwi. Musimy się przebrać – stwierdził. – Elegancja to podstawa dobrego samopoczucia.

Tak zrobili. Jerzy pożyczył im ubrania, bo żaden nie czuł się na siłach, by wracać do domu.

Usiedli w salonie. Butelki po wódce wciąż stały na stole. Zegar świetlny na Placu Centralnym pokazywał godzinę dwudziestą drugą czterdzieści trzy.

– Miałem jego ucho w spodniach – szepnął Marek. – Ucho…

– Chyba czuję gaz – powiedział bezbarwnym głosem Adam.

– Ja nie.

Zapadło milczenie.

– Dziadyy! – ryk dobiegł od strony Placu Centralnego.

Jerzy podszedł do okna. Na chodniku i trawnikach stali dresiarze. Wielu dresiarzy. Jeden trzymał w ręce koktajl Mołotowa, inni pałki i maczety.

– Przyszli po nas – powiedział Jerzy.

Cała reszta zbliżyła się do niego.

– Dużo – stwierdził krótko Franek.

Chłopak, który trzymał koktajl Mołotowa, podpalił szmatę i cisnął butelkę w okno, w którym stali. Nie trafił.

Butelka rozbiła szybę piętro niżej i blokiem wstrząsnęła potężna eksplozja.

Tynk odpadł ze ścian i sufitu, kredens się przewrócił, a szyby w oknach rozbiły na drobne kawałeczki.

 

***

 

Tak się złożyło, że piętro niżej niejaka Barbara Jarosławska, emerytowana pracowniczka Domu Handlowego Wanda postanowiła zakończyć życie w sposób mało bezpieczny dla otoczenia. Odkręciła gaz, położyła się na łóżku i była już martwa, kiedy przez okno jej salonu wleciała butelka.

Chwała socrealistycznej myśli architektonicznej, że budynek nie runął.

 

***

 

O dwudziestej drugiej czterdzieści trzy przez Plac Centralny przetaczał się właśnie ostatni autobus linii sto siedemdziesiąt cztery. Tak się złożyło, że jego kierowca był właścicielem mieszkania obok pani Jarosławskiej. Tak się złożyło, że miał podły dzień, a na dodatek dość wybuchowy charakter. Widząc, co się dzieje, wjechał autobusem w tłum dresów, zabijając dwóch na miejscu. Następnie schwycił pałkę teleskopową oraz gaz pieprzowy i rycząc wściekle, wyskoczył z pojazdu.

 

***

 

Jurek wygrzebał się spod gruzu i tynku, dysząc ciężko. Obok w podłodze ziała wielka dziura. Zobaczył, że i towarzysze powoli gramolą się na nogi.

– Panowie – powiedział. – Wyrżnijmy ich.

Przytwierdził nóż do kija od miotły i wybiegł w noc.

 

***

 

– To było wspaniale pomyślane, Qxyz! Mistrzowska robota – powiedziała królowa Myrvyt, patrząc na ekran i odgarniając futro z trzeciego oka. – Czyli mówisz, że do jutra ten chaos rozleje się na całą Ziemię, ludzie się pomordują i będzie ułatwiona inwazja, tak?

– Tak powinno być – mruknął mały, zielony kosmita z wyłupiastymi oczyma, przeglądając jakieś wykresy.

Byli na statku kosmicznym, który unosił się nad Placem Centralnym, niedostrzeżony przez pogrążonych w walce ludzi.

– Genialne! Genialne! A mówili, że nie da się manipulować rasami na taką skalę. Jesteśmy, można powiedzieć, pionierami, prawda Qxyz? Wystarczyło zabić jednego, jedynego człowieka w odpowiednim miejscu i czasie…

– Ludzkość jest dość prosta.

– Ha! Z pewnością! Świetnie, rewelacyjnie i jak zeszłam tam na dół w tym płaszczu, muszę przyznać, leżał wspaniale, żeby zabić tego żula, dobra byłam, co nie?

– Aha – mruknął Qxyz.

– Możemy już schodzić? Jak sądzisz?

– Chyba tak… Tutaj tak… Tylko musimy pozostać w Nowej Hucie, żebyście się przypadkiem nie wybrali na Czyżyny przed dwudziestą trzecią pięćdziesiąt dwa, bo cały plan weźmie w łeb.

– Ach! Inwazja! Panowie i Panie! – Królowa zwróciła się do stojących w obszernym wnętrzu spodka białych, włochatych i wielkich kosmitów. – Na ten dzień czekaliśmy od tysiącleci! Nareszcie nowa planeta zdatna do zamieszkania znajdzie się pod naszym panowaniem. Qxyz, mogę wylądować? Chcę to zrobić osobiście.

Kosmita przepuścił ją do panelu sterującego.

– Tylko ostrożnie – mruknął.

Królowa nie była dobrą pilotką. Schodząc do lądowania, strąciła zegar świetlny i złamała parę drzew.

W końcu dotknęli ziemi. Śluza się otworzyła, kosmici wyszli na Plac.

 

***

 

Kiedy UFO lądowało, Jerzy i jego towarzysze pochłonięci byli walką z dresiarzami. Rysiu zginął, Adam stracił palce. Mieszkańcy okolicznych bloków powychodzili na Plac Centralny, dzierżąc w dłoniach zabytkowe szable, noże, młotki, a nawet krzesła i lampy. Walczyli.

Pomiędzy nimi biegały owce. Skąd się wzięły? Nikt nie wiedział.

A wtedy upadł zegar świetlny. Jak na komendę wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Ktoś krzyknął:

– Zegar!

I nikt już nie walczył. Patrzyli tylko na zniżające się UFO. Kiedy wyszli z niego kosmici, tłum rzucił się w tamtą stronę.

Obcy nie wiedzieli, co się dzieje. Otoczyła ich chmara wściekłych, dzikich ludzi.

 

***

 

Słońce wschodziło, a Jerzy stał na stercie zwłok kosmitów. Jedwabny szalik miał splamiony krwią. Było mu coraz dziwniej.

Koniec

Komentarze

Wesoło macie w tym Krakowie :P

 

Wizja kosmitów destabilizujących Ziemię poprzez wywołanie konfliktu między dresami i emerytami bardzo przypadła mi do gustu. Także sam opis tego epickiego starcia, wraz z ostateczną klęską wrażych przybyszów z gwiazd, kilka razy przywołały uśmiech na mą twarz. Ostatnie zdanie bardzo udane.

Ogólnie lubię opowieści z takim wędrowyczowskim sznytem i stworzenie tego klimatu nieźle Ci się udało.

Z kwestii technicznych, zauważyłem jedną literówkę i kilka zgubionych przecinków, ale opowiadanie czytałem na telefonie w podróży, przez co nie wynotowałem tych potknięć, za co przepraszam.

Jestem zauroczona sposobem realizacji hasła jaskiniowcy vs. dinozaury, serio! A parę razy podczas lektury mało nie wybuchnęłam śmiechem. Ogólnie pamiętam Twój poprzedni tekst i wiedziałam, że mogę spodziewać się lekkiej i przyjemnej lektury. Jeszcze do końca nie jestem pewna, czy taki styl, co i rusz przeplatany enterami, mi pasuje, w każdym razie – szybko się to czyta.

W momencie, gdy zaczynała się naparzanka, czułam, że ktoś musiał maczać w tym palce. Kosmici fajni. Biali i puchaci, hm… nawiązanie do wcześniejszego tekstu? ;)

Trochę drobiazgów po drodze rzuciło mi się w oczy, niestety musisz wybaczyć mi, że nie robiłam szczegółowej łapanki. Jakoś ostatnio nie jestem na siłach, ale jedno podrzucę do przemyślenia:

Szeroko rozstawiali nogi, machali małpimi rękami.

O ile dresy nie były obiektami doświadczalnymi doktora Moreau, z małpimi rękoma w miejsce ludzkich, to chyba chodziło raczej o: “…machali rękami jak małpy”, czy “…machali po małpiemu rękami”.

Aha, no i to:

Oj, niedługo skończy jak te dziady w tramwajach, z siatką z Lewiatana, Faktem w ręce i wypraną maseczką jednorazową na brodzie…

Wypraną? Jakoś poważnie wątpię, aby takie “dziady” prały maseczki…

Dodam kliczka do Biblioteki.

Światowiderze!

 

Raduje mnie, że się spodobało.

Ogólnie lubię opowieści z takim wędrowyczowskim sznytem

Nie znałem (ja się w ogóle nie znam na fantastyce…) wygooglowałem, mam ochotę poznać.

 

Silvo!

 

Ogólnie pamiętam Twój poprzedni tekst i wiedziałam, że mogę spodziewać się lekkiej i przyjemnej lektury.

Och, jestem sławny…

 

Biali i puchaci, hm… nawiązanie do wcześniejszego tekstu? ;)

Nie no tamci są pokojowi. Ale no… chyba mam słabość do białej puchatości (jejku, jakie urocze słowo).

Małpy poprawione.

Cieszę się bardzo, że do gustu przypadło! I dziękuję za kliczka! 

 

Ukłony

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Ależ to piękne.

Raz, że hasło konkursowe interpretowane hen poza pudełkiem, co uwielbiam. Dwa, że absolutnie bezpretensjonalny, nienachalny humor. Trzy, że leciutkie pióro.

Bardzo dobrze poprowadzona narracja, bez zgrzytów, bohaterowie ładnie zarysowani, dialogi naturalne i nawet wulgaryzmy nie rażą pomimo sporej dawki. Czego chcieć więcej?

Nagle ciszę nocną rozdarł krzyk:

– Kurwaa!

♥ Poczułem się, jakbym znów mieszkał w Krakowie

– Słuchajże.

♥♥♥ Tu jeszcze bardziej się poczułem, jakbym znów mieszkał w Krakowie

A co jak co, ale człowiek w płaszczu to musi być człowiek przyzwoity.

[ekshibicjoniści zapalczywie kiwający głowami]

witryny sklepowe Lewiatana

Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale “lewiatan” chyba małą literą, w myśl zasady, że nazwy marek dużą, ale ich pojedyncze produkty (tu: sklepy) małą.

 

Donoszę do biblioteki i oświadczam, że będę obserwował twoją twórczość.

Hail Discordia

japkiewiczu!

 

No wiesz co… teraz będę się bał opublikować kolejne opowiadanie, żeby nie zawieść oczekiwań…

 

A tak serio, to bardzo mi milutko. Bóg zapłać za polecajkę. 

 

Ukłony

 

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Ech, nie lubię pisać komentarzy pod tekstami, które czytałem już w trakcie bety, bo nie stwierdzę nic, czego autor by już nie wiedział :) Powtórzę tylko, że dobra robota, TYRANOTYTANIE 3000. Lektura lekka, łatwa i przyjemna, kilka momentów mocno mnie rozbawiło, a interpretacja hasła konkursowego powala. Podoba mi się, że mimo niewielkiej długości tekstu prawie każdemu z bohaterów zdołałeś nadać jakiś charakterystyczny rys. 

Chciałbym dodać, że dresiarze robiący burdel pod oknami późną nocą to nie tylko krajobraz Nowej Huty! 

Pozdrawiam serdecznie,

Amon

Witaj.

Cóż… Elegancja to podstawa dobrego samopoczucia. :)

 

Opowiadanie jest tak niesamowite, że uznaję je za klasyczny przykład horroru komediowego sf. :)

Świetny tekst! 

Brawa za poczucie humoru. :)

 

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

Opowiadanie spodobało mi się, przyjemna lektura. Trafna równowaga między częściami obyczajowymi a fantastycznymi, chociaż dialogi między mężczyznami nie zawsze przekonujące np.

Panowie! – krzyknął Marek tak głośno, że Adam spadł z krzesła. – Ktoś ich musi nauczyć manier! Nie? Słuchajcie, a może my to zrobimy?!

Zabili ich kumpla, a on mówi o nauczeniu manier??? Eufemizm na wielką skalę.

Czytelnik spodziewa się raczej jakiejś tyrady o zemście, a nie o straszeniu…

Kosmici super.

Pozdrawiam!

Amonie! Też nie stwierdzę nic, czego Ty byś nie wiedział. Po prostu jeszcze raz podziękuję:))

 

Bruce! Bardzo się cieszę, że się podobało.

[…] uznaję je za klasyczny przykład horroru komediowego sf. :)

Mmm, no to prawie jestem klasykiem literatury, jak piszę klasyczne przykłady;))od dzisiaj tak się postrzegam.

chalbarczyk! Raduje mnie Twoja opinia. 

Zabili ich kumpla, a on mówi o nauczeniu manier??? Eufemizm na wielką skalę.

Masz rację. Coś mi niejasno świta, że miałem jakiś zamysł używając sformułowania “nauczyć manier”, ale jaki, tego już teraz nie wiem…

 

Ukłony

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Dziękuję i życzę powodzenia.

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bardzo dobry, ociekający czarnym i absurdalnym humorem, tekst! Starcie emerytów z dresami jako preludium do zaprojektowanej przez obcych apokalipsy – no, na to bym nie wpadł. Naprawdę szalone, sprawnie napisane opowiadanie, które szczerze mnie rozbawiło.

Polecam do biblioteki, pozdrawiam! 

Według statystyk policyjnych Nowa Huta jest najbezpieczniejszą dzielnicą Krakowa. Autor kategorycznie sprzeciwia się stereotypowi niebezpiecznej Huty, który sam powiela w tekście :-*

Azory, Kurdwanów – tam jest żywioł. Mówi się, że Huta już dawno temu… hmm… ,,zdziadziała”.

Swoją drogą, na przekór krzywdzącym opiniom, to ładna dzielnica jest. Plac centralny ma swój urok.

Hej :)

Moją opinię znasz już z bety, to tylko powtórzę, że mi się podobało :D Jest humor, jest genialny pomysł na interpretację hasła i dużo absurdu. Spodobali mi się też bohaterowie. Wszyscy różnią się od siebie, chociaż pojawiają się tylko przez krótki czas, to ich cechy charakterystyczne są świetnie zarysowane. 

Biegnę polecić do biblioteki :)

Adamie! Fajno, że się spodobało. Dziękuję za polecajkę.

Azory, Kurdwanów – tam jest żywioł. Mówi się, że Huta już dawno temu… hmm… ,,zdziadziała”.

Swoją drogą, na przekór krzywdzącym opiniom, to ładna dzielnica jest. Plac centralny ma swój urok.

A wiadomo, że zdziadziała, ale ilekroć ktoś w moim otoczeniu mówi, że mieszka w Hucie, to od razu śmiechy, chichy, że jak biedak może po zmierzchu wychodzić bez maczety. To taka legenda właściwie, bo na ten Kurdwanów czy Azory, to czasami się człowiek zapuszcza i znajomych tam ma, to wie z opowieści bezpośrednich świadków, jakie tam hece się wyprawiają. A Huta… Huta to inny świat… nieznany, egzotyczny, niebezpieczny swoim oddaleniem. Jak dalekie morza. Tam nie napadnie Cię drugi człowiek, tam Cię napadanie bestia… oto jej groza.

Ale ładna, to fakt. Zawsze mówiłem, że Kombinat wygląda jak pałac…

 

Oluto! Dziękuję raz jeszcze i teraz to jeszcze i za kliczka:))

 

Ukłony

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Ja mieszkałem na Prokocimiu i tam trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Nieraz musiałem zygzakować między blokami, żeby omijać dziesięciosebixowe bandy patrolujące teren.

Hail Discordia

No, powiem, że tekst kupił mnie pomysłem i realizacją już od pierwszych linijek. Po pierwsze bardzo lubię niedosłowną realizację haseł, która tutaj miała miejsce. Po drugie jest moment na zadumę i trochę smutku, jest też abstrakcyjny humor w dialogach. Czego tu nie lubić?

Stawiasz też na język dosadny, krótkie zdania i dynamiczną akcję, co gra i buczy. Kraków znam tyle o ile, ale widać, że potrafisz opisywać atmosferę i miejsca tak, że przemawia to do wyobraźni. Nie pozostaje zatem nic innego jak dać polecajkę.

Pozdrawiam

 

Jest tutaj świetny pomysł i humor, też uwielbiam niedosłowne interpretacje haseł.

Narracja jest prowadzona w porządku, postacie są dobrze narysowane, całość można przeczytać szybko i płynnie, bez jakiś większych potknięć.

Czytało się ogólnie przyjemnie, ale mimo wszystko czegoś mi zabrakło do pełnej satysfakcji. Jednak nie potrafię wyjaśnić czego, może to tylko moje subiektywne odczucie i gust.

Niemniej jest to ciekawe i oryginalne opowiadanie.

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

japkiewiczu o tak Prokocim to szemrane miejsce. Choć mnie obraz zaburza fakt, że rodzina moja stamtąd pochodzi i traktuje Prokocim lat 50, 60 (?) za sielankowy kraj lat dziecinnych.

 

oidrin! Och, toż to oznacza moją pierwszą bibliotekę. Sukces oszałamiający. Bardzo dziękuję!

 

Danielu!

Hm… mnie też XD… przynajmniej, kiedy to pisałem. Teraz mnie tak okadzili pozytywnymi komentarzami, że jestem z siebie zadowolony, ale no… czegoś brakowało.

 

Ukłony 

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Gratulacja z powodu pierwszej biblioteki, Tyranotytanie :D

A dziękuję wielki Amonie, bez Twojej pomocy byłoby dużo trudniej tu dotrzeć :-*

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Przezabawne :)

 

Podoba mi się realizacja hasła jaskiniowcy vs. dinozaury, marsjanie atakują już trochę mniej, ale i tak kliknąłbym Ci bibliotekę gdybyś jeszcze w niej nie był. Tekst zbudowany prosto, nie znalazłem w nim ani jednego zbędnego słowa, narracja poprowadzona od początku do końca, bez infodumpów i przestoi, dobra robota :) Chyba Światowider już napisał Ci, że sznyt wędrowyczowski w tym jest, tyle, że Wędrowycz skończył się na czwartym tomie, a to co Ty nam tutaj dałeś jest lepsze niż to, co Pilipiuk od piątego tomu czytelnikom serwuje. Naprawdę jestem zachwycony Twoją opowieścią.

Ta końcówka z marsjanami czy innymi kosmitami pojawia się tak nagle, trochę psując wrażenie wcześniejszej konwencji, jednak popsucie tutaj zadziałało na plus, bo zaskoczenie i konkluzja robią niesamowita robotę.

Dobry tekst, dobrze napisany, z ciekawym pomysłem, nie mam na co narzekać :)

 

PS. Sprawdź sobie komiks Bilala “Falangi czarnego porządku” – brak tam humoru, ale za to jest starcie dwóch grup staruszków, bardzo przejmujące i zbudowane na świetnym pomyśle. Powinno Ci się spodobać.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Och, jak miło Outto, bardzo się cieszę, że się spodobało. Komiks obczaję. Komiksy to jedna z tych dziedzin, na których się całkowicie nie znam (wyjątkiem Tytus Romek i A’Tomek…), ale które z chęcią bym zgłębił. Zatem teraz mam od czego zacząć.

 

Ukłony

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

W Hucie mieszkał od urodzenia. Bardzo lubił swoje schludne mieszkanko na Osiedlu Centrum A z widokiem zarówno na Plac Centralny, jak i na osiedlowe podwórko

Powtórzenia. W ogóle w pierwszym fragmencie jest ich sporo. 

 

Szeroko rozstawiali nogi, machali jak małpy rękami.

A czym oni tak machali, jak małpy rękami? 

Szyk ma znaczenie. ;) 

 

– Jasne, że nic nie zrobią. Leniwe świnie. A zresztą czy wam by się chciało robić za takie grosze? – zapytał Franek, który słynął z politycznego zacięcia

Myślisz, że po takim piciu, formowali by takie wypowiedzi? 

 

Padł strzał.

Chłopak zwalił się na ziemię. Jego głowa była wszędzie dookoła, tylko nie na szyi.

Wszyscy zamarli. 

Po chwili obie grupy uciekły w popłochu.

To nie jest dobry sposób. 

Takie pisanie. 

Kazdego zdania. 

Od nowego akapitu. 

Wcale to nie buduje dynamizmu, tylko rytm psuje. 

I to strasznie. 

W ogóle narracja pozostawia sporo do życzenia. 

 

 

Co do samej fabuły, to twist mnie zupełnie nie przekonał. Bardzo naciągany, naiwny – mówię tu o wprowadzeniu kosmitów z super-technologią, którzy z jakiegoś powodu najpierw wyczekują i imają się karkołomnych rozwiązań typu ingerencja w historię przez zabicie jednego człowieka (skądinad nie rozumiem jak ta fala wściekłości miałaby się przetoczyć przez cały świat), z drugiej ot tak lądują sobie w centrum zamieszek i jeszcze zahaczają o zegar (słabo nawigują jak na międzygwiezdnych podróżników). 

Ten motyw z zegarem był dość zabawny. Doceniam humor niektórych tekstów (ten o elegancji) ale poza tym, to niestety, jak dla mnie tekst poniżej poprzeczki. 

Gekikaro!

 

No! Nareszcie się komuś nie spodobało! Oczywiście szkoda, ale z drugiej strony bardzo fajnie.

Postaram się popracować nad narracją przy następnych opowiadaniach. I może odejdę od białych wierszy…

 

Bardzo naciągany, naiwny – mówię tu o wprowadzeniu kosmitów z super-technologią, którzy z jakiegoś powodu najpierw wyczekują i imają się karkołomnych rozwiązań typu ingerencja w historię przez zabicie jednego człowieka (skądinad nie rozumiem jak ta fala wściekłości miałaby się przetoczyć przez cały świat), z drugiej ot tak lądują sobie w centrum zamieszek i jeszcze zahaczają o zegar (słabo nawigują jak na międzygwiezdnych podróżników).

To miał być w sumie żart z motywu kosmitów kontrolujących Ziemię. Stąd absurdalne przygotowania do inwazji i porażka poniesiona w sposób tak farsowy. Nie wyszedł, znalazł się najwyraźniej w przestrzeni niepewnej pomiędzy żartem a słabizną.

Albo jest żartem-słabizną, to chyba najbardziej prawdopodobne. 

 

Ukłony

 

 

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

To miał być w sumie żart z motywu kosmitów kontrolujących Ziemię. Stąd absurdalne przygotowania do inwazji i porażka poniesiona w sposób tak farsowy.

Jest takie opowiadanie Harry’ego Turledove’a “Droga niewybrana” – podsyłam link do tekstu online: KLIK!

 

Myślę, że i Ty, Tyranotytanie, ale też Geki, powinniście się zapoznać z tym opowiadaniem w kontekście rozważań kosmitów z supertechnologią, którzy próbują przejąć Ziemię, ale coś idzie nie tak. Opowiadanie, które linkuję jest moim zdaniem świetne i pokazuje pewną koncepcję, która kiedyś była dla mnie niesamowicie odkrywcza i w sumie nadal jest, bo nie spotkałem się w sf z czymś takim już nigdy później.

W Polsce to opowiadanie zostało wydane w książce “Arcydzieła. Najlepsze opowiadania science fiction stulecia”. Polecam zarówno opowiadanie jak i antologię.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Cześć!

 

Świetny pomysł na realizację hasła konkursowego. Tak z dystansem. Konflikt pokoleń w blokerskich realiach. A wszystko to w mieście idealnym, i ten zegar, i te owce. (Zakładam, że betowanie przez Olutę nie maiło z tym nic wspólnego:-) ). I jeszcze ten zegar… jest klimat! W końcówce trochę mnie zdziwili kosmici, bo jak już się połapałem, to spodziewałem się kosmitów takich jak z teledysku piosenki Kazika “Mars Napada”.

Co nie zmienia faktu, że koncepcja bardzo mi się spodobała. Przypadło mi do gustu również zakończenie, na swój sposób optymistyczne. Bo spodziewałem się dramatu. A tu od wejścia owiec tylko lepiej.

Wykonanie niezłe. Nic mi nie zgrzytało, płynnie prowadziłeś czytelnika prze perypetie jaskiniowców. Miałem jedynie problemy z tym zdaniem:

– Ha! Z pewnością! Świetnie, rewelacyjnie i jak zeszłam tam na dół w tym płaszczu, muszę przyznać, leżał wspaniale, żeby zabić tego żula, dobra byłam, co nie?

Ale może to tylko ma za zadanie oddać tok rozumowania kosmitki.

 

Pozdrawiam i Powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Intrpretacja jaskiniowców i dinozaurów – rewelacyjna. Tak dobra, że Marsjanie wypadają blado ;) Dobrze się czytała, dziadki mi się spodobały, szczególnie elegancik. Zwrot akcji i natarcie na Marsjan też niezłe i, wiesz, myślę, że to rzeczywiście mogłoby tak wyglądać. Rozbawiłeś mnie, to i zadowolona z lektury jestem :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Outto! Zwlekałem tyle z odpowiedzią, bo miałem nadzieję móc Ci odpisać coś w stylu “och, rzeczywiście, świetne”, albo “nie, co to ma być, jakaś kupa”, ale mam urwanie parasola i jeszcze nie przeczytałem. Muszę zatem powiedzieć, że z pewnością przeczytam, a to niestety mniej interesująca odpowiedź…

 

Krarze! 

Zakładam, że betowanie przez Olutę nie maiło z tym nic wspólnego:-)

A wiesz, że Oluta, to się nawet troszkę czepiała tych owiec? Nie do pomyślenia…

 

Cieszę się bardzo, ze się podobało i również Tobie życzę powodzenia w konkursie!

 

Irko!

Och, rozbawienie Ciebie sprawia mi wielką radość! 

 

Ukłony wszystkim

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

Spoko, luz, to tylko polecajka a nie lektura obowiązkowa :)

Known some call is air am

Okej, w tekście zdecydowanie najbardziej podoba mi się ogranie hasła “jaskiniowcy vs. dinozaury”, choć połączenie z kosmitami też zacne i w sumie całkiem całkiem nadrabia za to, że osiedlowa obyczajówka zdążyła mnie na pewnym etapie dość solidnie znużyć. Nie znam zanadto osiedli i ich subkultury (z konfliktów krakowskich jeszcze najbardziej kojarzę Widok vs. Azory, chyba zresztą już przez rozbudowę i napływowość rozmyty?), nie lubię nadmiaru wulgaryzmów, choć sprytnie część z nich nawet tłumaczysz w tekście, a i potraktowanie hasła je uprawomocnia.

Plus za ironię w traktowaniu haseł zdecydowany.

Napisane nieźle, ale nie łapankowałam.

 

Tak jak ja.”

→ Tak jak ja”.

Te kropki za cudzysłowami są dla mnie skrajnie nieintuicyjne, tak skądinąd. W innych miejscach masz chyba dobrze.

http://altronapoleone.home.blog

Nowa Fantastyka