- Opowiadanie: Światowider - Na przekór przodkom, na przekór bogom

Na przekór przodkom, na przekór bogom

Hasło: Malutki świat liliputów - Imperium Lechickie

Opowiadanie jest poniekąd kontynuacją “Obietnicy zieleni”, niemniej przez te trzy lata sporo szczegółów uniwersum uległo w mej koncepcji zmianie, wskutek czego oba teksty nie są w pełni kompatybilne.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Na przekór przodkom, na przekór bogom

Władca uderzył pięścią w stół.

– Dosyć! – huknął. – Szkoda czasu na te dywagacje. Dawno zgodziliśmy się, że nie ma sensu snuć dalszych planów wojennych. Przeklęte przybłędy dobitnie pokazały nam, że nie możemy im sprostać w otwartym polu. Trzeba znaleźć inny sposób.

– Oko Bazyliszka było naszą ostatnią nadzieją – rzucił ktoś.

Przez twarz króla przemknęły drgawki. Po raz pierwszy od dotarcia złych wieści ktoś odważył się wymienić na głos nazwę zaginionego artefaktu.

– Tak – przemówił monarcha. – Mój jedyny syn poświęcił w tej wyprawie życie. Już ta jedna ofiara zobowiązuje nas, by nie pozwolić jej pójść na marne.

Powiódł wzrokiem po doradcach. Żaden nie zabrał głosu.

– Co tak nabraliście wody w usta? Radźcie!

Złocisz, który od początku narady nie wypowiedział ani słowa, także w tej chwili nie odzywał się, obserwując twarze dokoła. Wiedział, że rozwiązanie, które zamierzał rzucić na stół, stanowi środek ostateczny. Gdy jednak nikt nie przerywał głuchej ciszy, oświadczył cicho:

– Istnieje sposób.

Król spojrzał na niego z nadzieją.

– Jest jeszcze jedna pradawna siła, która mogłaby przynieść nam ratunek – ciągnął Złocisz. – Myślę o ruinach na skraju…

– Nie! – przerwał krzyk Najwyższego Piastuna Ognia. Starzec potrząsnął siwą brodą. – Nie pozwolę, by takie propozycje padały w mojej obecności. Nie wierzę, by nawet przez myśl mogło ci przejść, kapitanie, złamanie woli przodków!

Złocisz nie odpowiedział. Kłótnia ze starcem byłaby bezowocna. Kapitan osiągnął swój cel, króla wyraźnie zaintrygowała jego propozycja.

Zebranie nie potrwało długo. Po kilku bezskutecznych próbach wyciśnięcia z doradców nowego projektu ratunku, monarcha zrezygnował. Wszyscy opuścili salę. Pozostali w niej tylko władca i Złocisz.

– Czy jesteś pewien? – zapytał król. – Nawet ja nie wiem, co czai się pod ruinami.

– To coś niebezpiecznego, co możemy obrócić przeciw wrogom.

– Czy mogę żądać od ciebie takiej ofiary? – Władca spojrzał surowo na rozmówcę. – Złocisz! Przypomniałem sobie, przecież ty się żenisz!

– Nic to – odparł kapitan, wytrzymując wzrok monarchy. – Wasza wysokość nie wahał się narazić własnego syna, ja mogę więc odsunąć jeszcze trochę w czasie swoje szczęście. Zresztą, z mojej żeniaczki nic nie będzie, jeśli te przybłędy nas wykończą.

Król pokiwał głową.

– Widzę, że podjąłeś już decyzję, nie będę dalej wystawiał na próbę twojej cierpliwości. Ale pamiętaj, że jesteś zdany na siebie. Ja nie mogę przyznać, że pozwoliłem ci na złamanie woli przodków. Jeśli wstąpisz na tę drogę, pozostaną ci jedynie dwa wyjścia. Albo osiągniesz sukces i w nagrodę za uratowanie Miasta klątwa zostanie z ciebie zdjęta, albo poniesiesz klęskę i pozostaniesz przeklęty na zawsze.

– Mam tego pełną świadomość.

– Dobrze. – Władca położył dłoń na jego ramieniu. – Idź zatem. Niech ognie twych przodków cię strzegą.

Złocisz padł na kolana i ucałował królewski pierścień.

Chwilę później opuszczał pałac, schodząc po słynnych stopniach sporządzonych przed wiekami ze złotych florenów. Jednak na kapitanie królewskiej gwardii do specjalnych poruczeń ten cud architektury dawno przestał robić wrażenie.

Wpierw Złocisz skierował się do zbrojowni. Zawczasu przygotował potrzebny sprzęt. Nie wiedział wprawdzie, z czym przyjdzie mu się zmierzyć, podejrzewał jednak, że spotka się z siłą, której należy przeciwstawić raczej zwinność, niż moc pancerza. Dlatego też nałożył jedynie utwardzany kaftan z kreciej skóry, do którego dobrał miecz przekuty ze scyzoryka Dużych Ludzi.

Pozostało mu najtrudniejsze zadanie przed opuszczeniem Miasta. Pośpiesznym krokiem przemierzył ciasne uliczki centrum, wspinając się ku bogatym przedmieściom położonym pod samą powierzchnią ziemi. Dotarł do wijącej się po ziemnym nasypie alejki, która wiodła wprost do drzwi samotnej willi. Rezydencja, choć znacznie mniejsza od królewskiego pałacu, wskazywała gustownym kształtem, że zamieszkują ją ludzie zamożni. Status gospodarzy podkreślała szczególnie srebrna moneta, wbudowana jako jedna ze ścian, zgodnie ze zwyczajem bogatych obywateli Miasta.

Złocisz podniósł rękę do kołatki, w ostatniej chwili cofnął ją jednak. Zamyślony ruszył odnogą alejki, wiodącą dokoła domu. Znalazł się na skraju położonego za willą ogrodu, pełnego przystrzyżonych w fantazyjne kształty mchów. Liczył, że przechadzka wśród pełnej dobrych wspomnień zieleni pozwoli mu ukoić nerwy. Spotkał go jednak zawód. Ujrzał dwoje bawiących się dzieci, doglądanych przez osobę, z którą spotkania tak się obawiał. Obrócona do niego bokiem stała młoda kobieta o gęstych, srebrnych jak księżycowa poświata włosach. Choć zbliżał się termin ślubu, wciąż jeszcze nosiła żałobę po poległym rok temu bracie. Nawet jednak w ponurym, czarnym stroju jej blada twarz jaśniała nadzwyczajną urodą.

Złocisz przystanął przy wejściu do ogrodu. W tej chwili dziewczyna odwróciła ku niemu głowę. Na widok gościa uśmiechnęła się, znak radości zaraz jednak zastąpił wyraz smutku. Domyśliła się widocznie przyczyn jego wizyty. Kapitan, wiedząc, że nie ma już odwrotu, podszedł do kobiety.

– Odchodzę na dłużej. Przyszedłem cię zobaczyć – przemówił.

– Tak dotrzymujesz słowa?

– Srebrna, zrozum…

– Przecież obiecałeś! – W jej oczach błysnął gniew. – Mówiłeś wtedy, że to na pewno ostatni raz. Ile jeszcze zamierzasz odkładać ślub? Aż ja się zestarzeję, a ty zginiesz gdzieś, jak mój brat?

– Uspokój się. Jeszcze jedno wyrzeczenie dla Miasta, a…

– Co mi tam Miasto! – przerwała. – Zawsze tylko myślisz o służbie. Taki z ciebie pełen honoru żołnierz, a tu proszę, łamiesz obietnicę daną własnej narzeczonej.

– A co mam zrobić, gdy muszę wybierać między słowem danym tobie i Miastu?

– Oczywiście dotrzymasz Miastu. Dlaczego, Złocisz? Czy już nie ofiarowałeś mu wystarczająco wiele? Nikt nie ma prawa żądać od ciebie więcej.

– Ma, ma… Dopóki Miasto jest w niebezpieczeństwie, nie mogę myśleć o sobie. – Chwycił delikatnie jej dłoń. – Posłuchaj. Przecież służąc Miastu, służę też tobie, służę nam. Miasto, my, dzieci, które, ufam, dadzą nam przodkowie, wszystko to jedno i to samo. Bo jeśli Miasto padnie, to i nasze szczęście przepadnie razem z nim. Dlatego właśnie służbę muszę przedłożyć nad wszystko.

Ścisnęła jego dłoń. W jej oczach pojawiły się łzy.

– Przepraszam – wyszeptała. – Masz rację, przepraszam, ale… Boję się… Straciłam brata, nie chcę stracić ciebie.

– Nawet jeśli, czy możesz mi życzyć lepszego losu, niż zjednoczenia się z przodkami po chwalebnej śmierci?

– Tak, dożycia ze mną starości.

Uśmiechnął się, gładząc ją po włosach. Stali tak w milczeniu, patrząc sobie w oczy. Wreszcie Złocisz cofnął się o krok.

– Czas na mnie. Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy, a tymczasem uważaj na siebie. I proszę, nie wychodź na razie na powierzchnię, te twoje spacery mogą źle się skończyć.

– I to mówi ktoś, kto co chwila wyłazi na „misje” – odparła z rozbudzoną na nowo irytacją, po czym odwróciła się do niego plecami.

Złocisz westchnął, ruszając alejką w drogę powrotną.

Wyszedł na powierzchnię sekretnym przejściem, tak by uniknąć niepotrzebnych spotkań. Trwała odwilż. Kapitan na zmianę zapadał się to w lepkie zaspy śniegu, to w mokrą ściółkę. Musiał iść ostrożnie, wszędzie mogli się czaić wrodzy zwiadowcy. Posuwał się naprzód, przeskakując między zalegającymi w całym lesie śmieciami, traktując je jako osłony.

Na szczęście jego cel nie znajdował się daleko. Wkrótce Złocisz dotarł na skraj lasu. Od ruin dzielił go jeszcze jeden, najgorszy odcinek – asfaltowa szosa. Choć, jak na standardy Dużych Ludzi, nie była szeroka, Złociszowi jej przebiegnięcie musiało zająć co najmniej kilka minut, wystawiając go zupełnie na widok wrogich oczu. W tym miejscu droga ostro zakręcała, przez co kapitan nie miał pewności, czy w połowie przeprawy nie wpadnie na niego nagle samochód.

Rzucił się pędem przed siebie. Już, już dosięgał drugiego brzegu, gdy z boku dobiegł przeraźliwy ryk. Złocisz poczuł na sobie światło reflektorów. Zdusił odruchową chęć obrócenia się w stronę samochodu. Zamiast tego, przyciskając do głowy zapewniającą mu niewidzialność wobec Dużych Ludzi czapkę, dał długiego susa naprzód. To go uratowało. W chwili, w której wpadł w zarośla przydrożnego rowu, tuż obok niego przemknął rozpędzony pojazd.

Wygramoliwszy się z rowu, ujrzał zrujnowane gospodarstwo. Bez trudu przecisnął się przez oko zardzewiałej siatki. W ten sposób przekroczył nieodwołalnie granicę zakazu przodków, zaciągając na siebie klątwę.

Z początku trafił na niewielki (jak dla Dużego Człowieka), ceglany domek. Minął go, kierując się dalej. Gospodarstwo miało kształt prostokąta. Dłuższe boki tworzyły dwa zrujnowane budynki, służące dawniej za magazyny i miejsca hodowli. Łączyły je z jednej strony wspomniany dom, z drugiej biały, mocno nadgryziony zębem czasu mur.

Złocisz znał dobrze historię tego miejsca. Twórca gospodarstwa sprzedał je lata temu pewnej kobiecie z wielkiego miasta na północy, po czym wyjechał. Od tego czasu popadało stopniowo w ruinę. Gospodarz dochował się wprawdzie trzech córek, wszystkie jednak opuściły wieś, nie miał więc komu przekazać schedy. Z kolei nowa właścicielka naiwnie zakładała, że sprzedający będzie dalej opiekował się gospodarstwem jako jej pracownik. Gdy ten plan nie wypalił, zupełnie nie wiedziała, co począć z niefortunnym zakupem.

Piastuni ognia dostrzegali w tych wydarzeniach drugie dno. Były dla nich dowodem na istnienie ciążącej nad tym miejscem od wieków klątwy, która odpędzała wszystkich nieproszonych gości.

Podwórko gospodarstwa wypełniało morze puszek i niedopałków papierosów. Przedarcie się przez ten gąszcz nie należało do zadań łatwych. Kapitan podjął się tego trudu, poszukując wejścia do stanowiących jego cel podziemi. Na ścianie wewnątrz jednego ze zrujnowanych budynków dostrzegł nabazgrany sprejem wielki, czerwony pentagram. Odgarnięcie sterty puszek pod znakiem zajęło trochę czasu jednak wysiłek Złocisza został nagrodzony. Pod ścianą odkrył klapę w podłodze. Szczęśliwie nie była zamknięta, ale samo jej podniesienie stanowiło dla kapitana ciężki orzech do zgryzienia.

Wrócił do szosy. Przez jakiś czas buszował w porosłym krzewami rowie, aż znalazł odpowiedni kij. Przytaszczył go z powrotem. Wspomagając się mieczem, zdołał wcisnąć patyk w szparę między klapą i podłogą, po czym użyć go jako dźwigni. W ten sposób podniósł klapę na tyle, by wsunąć pod nią przygotowany wcześniej kamień, a następnie wślizgnąć się do środka.

Przejście wiodło do pionowego szybu z przymocowaną do ściany drabiną. Złocisz przylgnął do bocznego drąga i ostrożnie zsunął się po nim. Gdy poczuł pod nogami twardy grunt, rozejrzał się dokoła.

Podziemia stanowiły dla niego naturalne otoczenie, bez trudu więc przenikał wzrokiem ciemności. Skonstatował, że znajduje się w piwnicy pełnej gratów. Czuł, że to jeszcze nie siedziba szukanej potęgi, że musi zejść głębiej. Po dłuższym czasie natrafił na znajdującą się na wysokości jego głowy nadkruszoną cegłę. Wystarczyło nieco pogrzebać przy niej mieczem, by wypadła, odsłaniając ciasny szyb. Złocisz wdrapał się do niego. Podróż korytarzem trwała długo. W końcu kapitan dotarł do wylotu. Ostrożnie przeczołgał się przez niego i stanął na równych nogach.

Wokół rozpościerała się wielka sala, wzniesiona z ciosanych kamieni. Mimo rozmiarów, panował w niej zaduch. Nozdrza Złocisza uderzył potworny smród. Nie zdziwiło go to, szybko stwierdził bowiem, że pomieszczenie wypełniają martwe ciała Dużych Ludzi. Gdy jednak podszedł, by przyjrzeć się kilku z nich dokładniej, odkrył coś zaskakującego. Odziani w starożytne pancerze umarli nie nosili na sobie ani śladu rozkładu.

Skupiony na oględzinach ciał Złocisz poczuł czyjąś obecność. Podniósł wzrok. Napotkał dwa świetliste punkciki, pełgające krwistą czerwienią. Ich blask na chwilę oślepił kapitana. Przyzwyczaiwszy oczy do światła, Złocisz przyjrzał się obserwującej go istocie. Zadrżał. Na kamiennym podeście spoczywał potwór, w którym z trudem można było rozeznać ludzkie kształty. Jako pierwsza w oczy rzucała się podłużna, jakby pozbawiona czaszki głowa, ziejąca dziurą zamiast nosa i szczerzącą zębiska paszczą. Za łbem ciągnęło się podobne do worka, zwiotczałe cielsko. Wyrastały z niego dwie długie, wijące się łapy, zakończone ohydnymi szponami. Złocisza oblał zimny pot. Oto przed nim prezentował się prawdziwy bezkost!

Potwór zaczął pełznąć powoli ku Złociszowi. Kapitan położył dłoń na rękojeści miecza.

– Kim jesteś? – zawołał.

Bezkost zatrzymał się. Jego łapy drżały, jakby nie mógł podjąć decyzji – rzucić się na intruza, czy też powstrzymać krwiożercze instynkty.

– Kim jestem? – zagulgotał. – Odpowiem chętnie, ale to gościowi pierwszemu wypada się przedstawić.

– Jestem Złocisz, kapitan królewskiej gwardii. Przybywam z leżącego nieopodal miasta łełeków. Potrzebujemy pomocy.

– Pomocy? – zapytał bezkost. Drżenie łap ustało.

– Rok temu na pokładzie autobusu z miasta Dużych Ludzi przybyły tu miejskie krasnale. Gdy tylko odkryły nasze istnienie, podjęły się wypędzenia nas z naszych domostw. Napastują bez przerwy Miasto. Bronimy się, ale nasze siły są na wyczerpaniu. Wiedząc z legend przodków o przebywaniu w tych ruinach pradawnej potęgi, przyszedłem tu, aby błagać o ocalenie dla mego ludu.

– Mówisz, że opowiadają o mnie legendy, a dopiero teraz ktoś zechciał mnie spotkać? – W głosie potwora zabrzmiała nuta pretensji.

– Wybacz, panie, ale bardzo obawialiśmy się twojej mocy. Dopiero rozpacz położenia kazała porzucić dawne przesądy.

– Słowem, zwrócenie się do takiej poczwary, jak ja, jest miarą waszej desperacji. – Zarechotał. – Dobrze jednak trafiłeś. Pytałeś, kim jestem? Odpowiem lepiej, kim byłem.

Umilkł na chwilę.

– Zwano mnie Kraczem Wspaniałym, wodzem Lechitów, panem Sarmatów i Scytów, pogromcą smoków i ulubieńcem bogów. Nikt nie mógł sprostać zastępom mych wojów. Pogromiłem Cezara i Krassusa, rozbiłem w puch Augusta. Przede mną tarzał się w prochu cesarz Han. A kiedy nic już nie zostało na ziemi, czego bym nie osiągnął, postanowiłem strącić bogów z ich wyniosłych tronów. Myślałem nawet, że mi się udało. Przerażone bóstwa zgodziły się obdarzyć mnie wiecznym życiem… Zostałem wystrychnięty na dudka! Tak, zyskałem nieśmiertelność, wraz z tą ohydną postacią, uwięziony, by cierpieć wieczny głód.

Podpełzł bliżej. Złocisz cofnął się o krok.

– Nie bój się – uspokoił go bezkost. – Bogowie chcieli, bym każdą osobę, która zstąpi do tych lochów, wyssał, zamiast poprosić ją o wsparcie. Ale ja przewyższam wolą śmiertelników! Nie ugnę się przed głodem, choćby trwał tysiąc lat.

– Jestem na twe rozkazy, panie. – Złocisz skłonił się. – Co mam robić?

Bezkost wskazał punkt ponad plecami Złocisza. Kapitan obrócił głowę, stając przezornie bokiem do potwora. Nad wejściem do szybu widniał wetknięty w kamień rubin. Jego krwisty kolor podkreślały odbite w nim ślepia bezkosta.

– Moc tego kamienia wzbrania mi opuścić podziemia. Wyciągnij go, a uwolnisz mnie.

Złocisz ocenił przestrzeń dzielącą go od kryształu. Krawędzie kamieni, z których wzniesiono ścianę, tworzyły półki, niemalże schody. Dostanie się po nich do artefaktu nie zdawało się trudnym przedsięwzięciem. Tak łatwe dojście do rubinu miało zresztą sens. Uwięziony potwór cierpiał dodatkową mękę, widząc klucz do wolności na wyciągnięcie ręki, a jednak nieosiągalny.

Uwagi Złocisza nie uszło, że bezkost nawet nie zająknął się o pomocy w walce z krasnalami. Kapitan postanowił jednak do czasu znosić władczy ton poczwary.

Po krótkiej wspinaczce dotarł do kryształu. Odetchnął kilka razy, zbierając siły. Kamień pociągał nadzwyczajnym pięknem. Dotknął go. Dłonie kapitana przeszedł dreszcz, tak że cofnął ręce. Przełamał jednak ten odruch i szybkim ruchem wyszarpnął kryształ.

Rozbłysk czerwieni niemal zrzucił Złocisza z półki. Choć resztą sił kapitan utrzymał się na nogach, blask oślepił go. Czuł tylko przepływ mocy, dobywającej się z rubinu. Gdy odzyskał wzrok, ujrzał, jak z trzymanego kurczowo kamienia wypływa strumień światła, otaczający bezkosta szkarłatną aurą.

Potwór zaczął zmieniać postać. Obłe ciało nabierało kształtu, rosnąc do rozmiarów Dużego Człowieka. Wiotką głowę wypełniła koścista forma. Zębiska skurczyły się, a w końcu zniknęły pod zaciśniętymi ustami. W miejsce dziury pojawił się wyniosły, orli nos. Paskudny pysk przekształcał się w przystojną twarz o władczych rysach. Z każdą chwilą niedawne monstrum coraz bardziej przypominało potężnego władcę Lechitów.

– Nareszcie! – zawołał, wyciągając przed sobą bladą, gładką dłoń. – Nadszedł czas zemsty! – Uniósł ku górze zaciśniętą pięść.

Złocisz zdążył tymczasem złączyć się z mocą rubinu. Nie był biegły w arkanach magii, lecz podstawowe umiejętności, dostępne każdemu łełekowi, starczyły, aby odwrócić bieg świetlistego strumienia. Czerwony blask zaczął powracać do rubinu. Szkarłatna aura wokół Kracza zanikła.

– Nie, nie! – krzyczał władca, podczas gdy jego ciało wiotczało i kurczyło się. Wkrótce ku Złociszowi pełznął znów ohydny bezkost. – Oszukałeś mnie, zdrajco!

Podłużne łapy wyciągnęły się w kierunku kapitana.

– Myślisz, że coś ci to da? Wyssę z ciebie ostatnią kroplę krwi, głupcze!

– Czyżby? – Złocisz zbliżył kryształ do otworu, w którym rubin tkwił wcześniej. – Jeszcze kroczek i ten grobowiec pozostanie twoim grobowcem. Na zawsze!

Bezkost zatrzymał się.

– Dobrze – mruknął Złocisz. – Widzę, że zaczynasz nareszcie rozumieć swoją pozycję. Może więc, zamiast rzucać się bez sensu, przyjąłbyś lepiej moją propozycję. Pomyśl tylko! Wystarczy przegonić gdzie pieprz rośnie bandę krasnali, a zyskasz wszystko, czego pragniesz: wolność, piękno, potęgę.

– Nie mogę stąd wyjść bez mocy rubinu – wycharczał bezkost.

– Doprawdy? Przecież kryształ nie tkwi już w ścianie, bariera została zdjęta. Do wyjścia nie potrzebna ci przecież zmiana kształtu. Przeciwnie, twoje obecna postać będzie dużo bardziej odpowiednia.

Spojrzawszy nienawistnie na Złocisza, bezkost rzucił się z furią naprzód. Skierował się ku szybowi wyjściowemu. Pozbawione kości ciało bez trudu wślizgnęło się w wąski korytarz, jak ciasto przeciekające przez oko sitka.

Złocisz odetchnął. Musiał przyznać, że nie spodziewał się tak pomyślnego przebiegu wydarzeń. Nie miał przecież żadnej pewności, czy umieszczenie kamienia z powrotem na miejscu przywróci działanie bariery. A jednak, blef okazał się skuteczny. Pozostawało tylko siedzieć i czekać na powrót potwora.

Ten jednak nie następował. Umysł kapitana przeszyła nagła jak błyskawica myśl. Przecież Kracz wspominał o tysiącletnim głodzie! Gdy wyczuje życie na powierzchni, z pewnością nie będzie się dłużej powstrzymywał. A przecież to nie osada krasnali znajdowała się najbliżej ruin.

Złocisz zerwał się z krzykiem. Wrzucił rubin do szybu i sam się do niego wgramolił. Pchając kryształ przed sobą, zaczął odzyskiwać zimną krew. Król z pewnością zdążył przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności na wypadek przebudzenia złej siły. Bezkostowi nie będzie łatwo dostać się do miasta. Zresztą, może postąpił rozumnie i ruszył prosto do krasnali, a w takim wypadku nie było czym się niepokoić.

Nieco kłopotu sprawiło Złociszowi wspięcie się po drabinie. Wreszcie znalazł sposób. Zahaczając rubin o szczebel, podciągał się rękoma do góry, pokonując tak kolejne stopnie. Gdy znajdował się już w połowie, dobiegł go rozdzierający powietrze krzyk grozy. Wstrząsnął nim dreszcz, tak że niemal puścił rubin. To był głos Srebrnej!

Gdy tylko wygramolił się na powierzchnię, puścił się biegiem ku Miastu. Przeciął szosę, nie zważając na przejeżdżający samochód. Biegł, nie próbując w żaden sposób ukrywać się przed krasnalami. Dotarł wreszcie do polany, na której ujrzał kilku łełeków, jego żołnierzy, zebranych wokół leżącej nieruchomo postaci.

– Nie! – krzyknął, wypuszczając z rąk rubin.

Wpadł w gromadę, rozpychając ją na boki. Przed nim leżała Srebrna. Jej ciało wyglądało, jakby ktoś przejechał po nim żelazkiem. Na bladej twarzy zastygł wyraz przerażenia. W klatce piersiowej otwierały się dwie kłute rany.

Złocisz ukląkł przy dziewczynie, gładząc srebrne włosy.

– Nie, nie – szeptał.

Zwrócił się ku zebranym.

– Jak to się stało? Dlaczego była na powierzchni sama?

Nikt nie odpowiedział. Złocisz uchwycił jedynie kilka współczujących spojrzeń, po czym wszyscy odwrócili wzrok, odsuwając się od niego. Kapitan przypomniał sobie o ciążącej na nim klątwie. Pokiwał głową, wstał i oddalił się.

Szedł, aż znalazł wśród zarośli zakątek niemal całkowicie osłonięty od słońca. Dobył miecza. Przodkowie gorzko z niego zadrwili. W jednej chwili stracił wszystko: nadzieję, dobre imię, przyszłość. Srebrna nie żyła, a Miasto czekała nieuchronna zagłada. Złocisz postanowił odpłacić za tę drwinę. Wbił rękojeść w ziemię, zwracając ostrze ku piersi. Był ostatni z rodu. On zginie, ale przodkowie razem z nim. Nikt już nie będzie palił im ogni na domowym ołtarzu.

Rzucał się już w objęcia śmierci, gdy na jego ramię spadła czyjaś dłoń. Obrócił się, by ujrzeć sędziwe oblicze Najwyższego Piastuna Ognia.

– Czy naprawdę tak po prostu pan ucieknie, kapitanie?

Złocisz zmieszał się. Pytanie zupełnie go zaskoczyło.

– Dlaczego ekscelencja ze mną… – zaczął mamrotać. – Przecież jestem…

– Gdybyś był, czy rozmawiałbym z tobą? – zapytał starzec, do reszty zbijając Złocisza z tropu. – Popełniłeś wielką głupotę, ale wciąż jesteś potrzebny.

– Po co? Poniosłem klęskę, Miasto zginie!

– Miasto będzie żyć, póki w sercach jego obrońców żyje nadzieja. Jeśli ona umrze nawet największe cuda przodków nie zdołają nas ocalić. – Wyciągnął ku Złociszowi dłoń. – Złamałeś wolę przodków. To, co cię spotkało, nie jest ich winą, ale konsekwencją twej niewierności. Ciężką jednak karę poniosłeś za występek. Wierzę, że dzięki temu zrozumiałeś swój błąd. Dlatego, daną mi przez przodków mocą, zdejmuję z ciebie klątwę. Przed tobą przekleństwo i śmierć lub odkupienie i nadzieja. Wybieraj!

Złocisz wybrał. Uścisnął mocno dłoń starca.

Koniec

Komentarze

 

– Przepraszam – wyszeptała. – Masz rację, przepraszam, ale… Boję się… Straciłam brata, nie chcę stracić ciebie.

Bardzo szybko przekonał tę kobietę. I to racjonalnymi argumentami. 

Widać, że fantastyka. 

 

Zresztą, może postąpił rozumnie i ruszył prosto do krasnali, a w takim wypadku nie było czym się niepokoić.

A bezkost w ogóle wiedział, gdzie tych krasnali szukać? 

 

Złocisz wybrał. Uścisnął mocno dłoń starca.

Szybko się nasz bohater otrzasnął po utracie ukochanej. 

 

Nie powiem, połączenie zaskakujące i nawet mi się ten bezkost spodobał, chociaż tak jak się pojawił, tak zniknął. Przypadkiem Srebrną stratował, ktora swoją drogą nie miała wiele rozumu, skoro ją Złocisz ostrzegał, by nie wychodziła. Co dalej bezkost zrobił – nie wiemy. 

Wydaje mi się, że zbyt wiele miejsca poświęciłeś na dialog ze Srebrną, względem późniejszych fragmentów. Oczywiście, okazała się być ważna w opowiadaniu, ale scena wyszła dość długa i przy tym trochę kliszowata (stereotyp bohaterskiego wojownika i bezradnej niewiasty). Ogólnie wstęp względem dalszej części mocno rozbudowany.

Jak na starożytne państwo to bardzo płytko pod ziemią leżał ten lechicki grobowiec. 

Poza tym, tekst całkiem interesujący i sprawnie napisany. I bardzo szanuję wykorzystanie limitu. :) 

Witaj, Gekikaro! 

 

Bardzo szybko przekonał tę kobietę. I to racjonalnymi argumentami. 

Niestety, jak się okazało, tylko chwilowo ;)

Szybko się nasz bohater otrzasnął po utracie ukochanej.

To niestety muszę wziąć na klatę. Przyznaję, że mało wiarygodne, ale limit. Wydaje mi się, że i tak upchnąłem w ten tekst za dużo. Zastanawiałem się, czy nie dać Złociszowi się jednak zabić na koniec, by oszczędzić znaków, ale finał w stylu “Przebił się. Koniec” jakoś mi nie grał ;)

Ogólnie wstęp względem dalszej części mocno rozbudowany.

To wina złowrogich twórców regulaminu! Chciałem nad tekstem popracować dłużej, ale jak osiągnąłem krytyczną liczbę znaków, wolałem już nic nie psuć xD

Co do szybkiego przemknięcia bezkosta, no to niestety, wiele więcej z tego limitu nie dało się wycisnąć (sam wiesz przez kogo ;P).

Jak na starożytne państwo to bardzo płytko pod ziemią leżał ten lechicki grobowiec. 

Jak już zbudowali magiczną barierę, to kopać im się za bardzo nie chciało.

 

Bardzo dziękuję za komentarz, bo już to 25 wyświetleń i zero opinii zaczynało mnie niepokoić ;)

#limitytozlo

 

Ja się lepiej czuję w tekstach po 50 tys. znaków, ale ile można takich pisać (a tym bardziej czytać)? :P

W zasadzie podobne zarzuty są pod moim opowiadaniem, więc takie przyganiał kocioł garnkowi. 

#limitytozlo

the dark knight batman GIF

Jej ciało wyglądało, jakby ktoś przejechał po nim żelazkiem.

To porównanie jakoś mi nie pasuje do tego tekstu. Jeśli miało być humorystyczne, mam poczucie, że zupełnie nie zgrało się z, jakby nie było, tragiczną sytuacją. 

Ciekawe zestawienie haseł, choć „liliputowość” jest tylko zasygnalizowana. Powtarzając za Gekikarą – szkoda, że bezkost na końcu się wytracił na rzecz Srebrnej, której w sumie nie było mi szczególnie żal ;)

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

To porównanie jakoś mi nie pasuje do tego tekstu. Jeśli miało być humorystyczne, mam poczucie, że zupełnie nie zgrało się z, jakby nie było, tragiczną sytuacją. 

To nie jest porównanie humorystyczne. Tak wyglądają kury wyssane przez łasicę (tak, bezkosty istnieją naprawdę), z łełekiem byłoby więc, podejrzewam, podobnie.

Ciekawe zestawienie haseł, choć „liliputowość” jest tylko zasygnalizowana.

Zacząłem się zastanawiać czy ta “liliputowość” ma istotne znaczenie dla fabuły, bo przyznam, że przy pisaniu wydawało mi się to oczywiste. I po namyśle podtrzymuję tę opinię, gdyż raczej trudno wyobrazić sobie Dużych Ludzi mieszkających w podziemnym mieście w lesie ;)

Powtarzając za Gekikarą – szkoda, że bezkost na końcu się wytracił na rzecz Srebrnej, której w sumie nie było mi szczególnie żal ;)

Myślę, że takie uroki krótkiej formy (znów ten przeklęty limit!), iż trudno zżyć czytelnika z bohaterem, w dodatku epizodycznym, by mocno przejął się jego śmiercią. W każdym razie ja, jak widać, do tego poziomu kunsztu pisarskiego jeszcze nie dotarłem.

Dziękuję za wizytę :)

Witaj.

Opowiadanie bardzo interesujące, sporo świetnych opisów i charakterystyki bohaterów, jest dramaturgia, a także – wyraźnie podkreślony problem kary oraz walki i oddania życia za wszystkich.

 

Nie wiem, czy to celowe, lecz w niektórych miejscach MIASTO piszesz wielką, w innych – małą literą.

 

Pozdrawiam. 

 

Pecunia non olet

Bruce, bardzo dziękuję za tak miłą opinię :)

Nie wiem, czy to celowe, lecz w niektórych miejscach MIASTO piszesz wielką, w innych – małą literą.

Owszem, bo czasem jest to nazwa własna Miasta łełeków, a czasem określenie rodzajowe miasta Dużych Ludzi.

Może być, chociaż, IMO, końcówce przydałoby się więcej znaków i wyjaśnień. Tak, wiem, limit. Ale w końcu nie dowiadujemy się, co zrobił bezkost po wyssaniu Srebrnej.

Swoją szosą, mam wrażenie, że laska wylazła na powierzchnię tylko po to, żeby spełnić wymagania fabuły. Wewnętrznego powodu nie widzę.

Słabo kojarzę słowiańskie demony, więc połączenie z Lechitami wydaje mi się naciągane. Ale po konsultacji z wujkiem – jest w porządku.

Babska logika rządzi!

@Światowider

Rozumiem, tak sądziłam, że to celowe i przemyślane. :)

Raz jeszcze dziękuję za wrażenia.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Witaj, Finklo!

Ale w końcu nie dowiadujemy się, co zrobił bezkost po wyssaniu Srebrnej.

Po prawdzie, nawet gdyby limit był wyższy, raczej bym tego nie zdradził, bo kwestię bezkosta chciałbym rozwinąć w innym tekście. To opowiadanie wyobrażałem sobie jako przede wszystkim mówiące o Złociszu i konsekwencjach odstąpienia od woli przodków.

Swoją szosą, mam wrażenie, że laska wylazła na powierzchnię tylko po to, żeby spełnić wymagania fabuły. Wewnętrznego powodu nie widzę.

To trochę prawda, choć w tym przypadku zasłonię się złym limitem ;)

Słabo kojarzę słowiańskie demony, więc połączenie z Lechitami wydaje mi się naciągane. Ale po konsultacji z wujkiem – jest w porządku.

Nie wydaje mi się, żeby bezkosty występowały gdzieś poza Słowiańszczyzną. Zresztą, nawet gdyby był to zwykły upiór, nie wiem jaki mógłby być na terenie Polski inny pradawny władca niż lechicki (pewnie scytyjski, ale to bardziej w górach).

No, ale w ten sposób to trochę historia zaczyna wyglądać na fragment…

Nie mówię, że bezkosty występują gdzieś indziej, tylko że o nich nie słyszałam.

Zależy, jak zdefiniujemy “pradawnego”. ;-) Dla mnie Batory czy Wazowie rządzili dawno, a raczej nie byli Słowianami. ;-)

Czekaj, czekaj… Wysysanie? Krew? Ani chybi wampir. ;-)

Babska logika rządzi!

No, ale w ten sposób to trochę historia zaczyna wyglądać na fragment…

Wydaje mi się, że jeśli dwa opowiadania mają element łączący, nie czyni z nich to jeszcze fragmentów jednego tekstu. A w wypadku tego opowiadania, jak pisałem, punktem centralnym jest ten moment w życiu Złocisza, a z tej perspektywy dalszy los bezkosta nie jest istotny, główne zło już uczynił. Oczywiście, to wrażenie pewnie psuje fakt, że w drugiej części opowiadania akcja przyspiesza, ale niestety w granicach tego limitu ciężko było całość zrównoważyć.

Zależy, jak zdefiniujemy “pradawnego”. ;-) Dla mnie Batory czy Wazowie rządzili dawno, a raczej nie byli Słowianami. ;-)

Nadal zdarzają się procesy sądowe, do których podstawą są przywileje wydawane przez tych królów, nie nazwałbym więc ich pradawnymi ;) Co więcej, ich miejsca spoczynku są znane. No i z niesłowiańskością Wazów to nie jest taka prosta sprawa, bo Zygmunt był po matce Jagiellonem i za Jagiellona go uznawano w Rzeczypospolitej.

Zamknięta historia ze wspólnym bohaterem i innymi rzeczami – OK.

Jedna historia, której głównym celem jest wyjaśnienie jakiejś cechy bohatera drugiej – nie bardzo.

Pytanie, w którym punkcie tego spektrum plasuje się Twoja.

Z królami to żarcik, ale dyskusję da się ciągnąć – dzieci nadal lubią rozwiązywać spory na podstawie kodeksu Hammurabiego (on urwał łepek mojemu misiowi, to ja podrę jego książkę). A Jagiełło był Słowianinem, ale czy Lechitą? ;-)

Babska logika rządzi!

By być ścisłym, Jagiełło nie był Słowianinem, tylko Bałtem. Z drugiej strony ks. Dęmbołęcki w swym “Wywodzie jedynowłasnego państwa świata” dowodził uczenie, iż Adam i Ewa mówili po polsku, a Jagiełło pochodził od nich w prostej linii, ostatecznie więc trudno stwierdzić, jak to z tym Jagiełłą było ;D

To Bałtowie nie byli Słowianami? Wychodzi głębia mojej niewiedzy… Na szczęście nie ja jedna taka zamotana. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej :)

 

Przeczytałem w nocy, ale nie miałem później czasu na komentarz, dlatego teraz słów kilka napiszę.

 

Podoba mi się początek, jest taki klasycznie fantastyczny i nic nie zapowiada, że bohaterowie to mali ludzie. Ten fakt odkrywamy kawałek później, po naradzie. Tekst napisałeś w fajnym fantastyczno awanturniczym stylu i udało Ci się mnie wciągnąć, choć od jakiegoś czasu z fantasy mi nie po drodze.

Co mi przeszkadzało? W sumie trzy rzeczy. Pierwsza z nich to bezkost, który pojawił się, pogadał, wylazł ze swojego więzienia, polazł mordować i tyle go widzieli. To nie wybrzmiewa prawie wcale, aż prosi się o kontynuację.

Druga to zachowanie Srebrnej, która polazła na powierzchnię i zginęła, choć Złocisz prosił ją o to, żeby nie wychodziła. Nielogiczne jest to jej zachowanie – piszesz podczas rozmowy Złocisza ze Srebrną, że lubi na spacery kobita wychodzić, a to, moim zdaniem, jest próba usprawiedliwienia jej obecności na powierzchni. I to byłaby próba nawet niezła, gdyby nie fakt, że trwa wojna, Złocisz lezie po powierzchni, bojąc się zostać zauważonym, a Srebrna sobie regularnie na spacery w trakcie trwania morderczego konfliktu wyłazi. Nie kupuję tego.

W sumie na końcu Złocisz szybko się coś otrząsa po śmierci ukochanej. I to pod wpływem patetycznej mowy starca. Gdyby to był wstęp do czegoś dłuższego, tekstu w którym wyjaśniłbyś dokładniej motywacje i konstrukcję psychiczną bohatera, gdybyś pokazał jakieś zależności i wzorce, które funkcjonują w społeczeństwie małych ludzi, a które mogłyby to jego zachowanie usprawiedliwiać, to mniej by mnie to raziło. A tutaj jest stop, urwana fabuła pozostawiająca mnie nieprzekonanego.

I teraz zarzut ostatni: skala. Spójrz na te fragmenty:

 

Dlatego też nałożył jedynie utwardzany kaftan z kreciej skóry, do którego dobrał miecz przekuty ze scyzoryka Dużych Ludzi.

OK. Czyli mamy skalę. Wynika z niej, że Złocisz ma jakieś 15-20 cm wzrostu. Spoko. Ale pojawia się problem:

 

Od ruin dzielił go jeszcze jeden, najgorszy odcinek – asfaltowa szosa. Choć, jak na standardy Dużych Ludzi, nie była szeroka, Złociszowi jej przebiegnięcie musiało zająć co najmniej kilka minut, wystawiając go zupełnie na widok wrogich oczu.

Piętnastocentymetrowy człowieczek pokonałby zwykłą szosę w kilka sekund. Nawet czteropasmówkę ogarnąłby poniżej minuty. A tutaj piszesz o co najmniej kilku minutach, co nie zgadza się ze skalą. Dalej:

 

Bez trudu przecisnął się przez oko zardzewiałej siatki.

I znów mam problem ze skalą. Piętnastocentymetrowy ludek dałby pewnie radę przez oka standardowej siatki przeleźć (rozmiar oczka 40x40), nie musiałby się przeciskać. Dalej w tekście też pojawiły się zdania, które zaburzały mi skalę małych ludzi.

Więc ostatnim zarzutem jest skala, na szczęście jej ujednolicenie będzie wymagać jedynie delikatnej kosmetyki.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

Known some call is air am

Outta, może nie ten rozmiar scyzoryka? ;-)

A tu jeszcze ostrza mogą być różne.

Babska logika rządzi!

No dobra, to co z odgarnianiem puszek? Dla 20cm ludka praca mozolna, ale możliwa, dla maleństwa przebywającego szosę w kilka minut to jakbym ja próbował przesunąć cysternę. Pustą bo pustą, ale nadal cysternę. Nie mówiąc już o naruszeniu cegły.

Known some call is air am

Outta, dziękuję bardzo za rozbudowany komentarz. Twoje zarzuty pokrywają się ze wcześniejszymi, więc nie będę odpowiedzi bardzo rozwijał. Po Twoim komentarzu zaczynam się przekonywać do zdania Finkli, że opowiadanie jest niekompletne fabularnie. Co do niewiarygodnych zachowań bohaterów, wydaje mi się, że byłyby one wytłumaczalne, gdyby wydłużyć tekst i mocniej zarysować ich sylwetki. Niestety, by sprostać limitowi, musiałem wyciąć chociażby wyciąć większość przemyśleń Złocisza. Tempo akcji pewnie na tym zyskało, ale właśnie wiarygodność psychiczna bohatera niekoniecznie.

Przy czym jestem oczywiście świadom, że te tłumaczenia nie są satysfakcjonujące z perspektywy Czytelnika, pozostaje mi pamiętać o tych uwagach w przyszłości.

Co do skali, przyznam, że przez długi czas nie mogłem się zdecydować, jakie rozmiary nadać łełekom. Dodatkowo jeszcze, przynajmniej dla mnie, pisanie o skrzatach okazało się wcale nie takie łatwe, bo wyobraźnia automatycznie przypisywała bohaterowi proporcje właściwe zwykłemu człowiekowi (np. przy autoredakcji złapałem się na tym, że w pierwotnej wersji tekstu Złocisz wyrwał kryształ jedną dłonią). Stąd, jak widać, nie udało mi się tej sprawy całkowicie ujednolicić. Zakładam, że łełeki są trochę większe niż 20 cm (zwróć uwagę, że miecz jest ze scyzoryka przekuty, może być więc odeń dłuższy). Jedynym poważnym problemem jest z tego co widzę szosa. Postaram się to poprawić, choć nie wiem, czy uda mi się to przed zakończeniem konkursu, ze względu na chwiejną równowagę Mocy, jaką utrzymuje obecna liczba znaków ;)

 

Outta, a uwzględniasz, że malutkie stworzenia są relatywnie silniejsze?

Światowiderze, oczywiście, że spacer można uzasadnić. Wystarczy, żeby poszła szukać jakiegoś dzieciaka, który obraził się na kumpli, krzyknął “Zobaczycie, że wyjdę na powierzchnię”, schował się pod łóżkiem, żeby popłakać, i tam zasnął. Tylko na tę miniopowiastkę trzeba znaków…

Babska logika rządzi!

No dobra, masz rację Finklo, niemniej jednak przy tej skali dalej problemem jest cegła. Zresztą sam Światowider napisał, że łełeki mają powyżej 20 cm, więc ewidentnym skalowym babolem została chyba tylko szosa :)

Przy czym jestem oczywiście świadom, że te tłumaczenia nie są satysfakcjonujące z perspektywy Czytelnika, pozostaje mi pamiętać o tych uwagach w przyszłości.

Z punktu widzenia czytelnika mającego kontakt z autorem są satysfakcjonujące :) Gorzej, jak tego kontaktu nie ma, ale wiesz jak jest, trzeba tak pisać, żeby nie trzeba było wyjaśniać, z czym sam mam też problemy ;)

 

pisanie o skrzatach okazało się wcale nie takie łatwe, bo wyobraźnia automatycznie przypisywała bohaterowi proporcje właściwe zwykłemu człowiekowi

Zdaję sobie sprawę, że dostosowanie skali może być problematyczne. Nawet w piórkowym opowiadaniu CMa mi nie zagrała jedna rzecz odnośnie skali, a mianowicie smok.

 

Jedynym poważnym problemem jest z tego co widzę szosa.

Yep. Gdyby tylko te kilka minut na przejście szosy zmienić, to reszta już powinna być w porządku.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Hm, co ja tu widzę? Kawał solidnego światotwórstwa widzę. Połączyłeś hasła z pomysłem, a bezkost scementował klimat. Tekst ma jednak poważny problem z proporcjami pomiędzy początkiem, akcją właściwą, a zakończeniem. Gdybym miała coś doradzić, to skrócenie romantycznego pożegnania i więcej szczegółów pod koniec wyrównałoby wszystko, bo nie są to poważne braki.

Nie chcę się powtarzać po przedpiścach, ale w sumie najbardziej dokuczał mi fakt, że bezkost nie powrócił w finale. Liczę na to, że kontynuacja tego tekstu pojawi się na portalu, bo wzbudziłeś moją ciekawość. W ogólnym rozrachunku widzę jednak więcej plusów niż minusów. Nie tworzysz wrażenia, że to zamknięta całość, ale nie jest to też mocno niesamodzielna przygrywka do dłuższego utworu. Dlatego polecam, gdzie trzeba.

Pozdrawiam

Dziękuję, oidrin, za wizytę!

Liczę na to, że kontynuacja tego tekstu pojawi się na portalu, bo wzbudziłeś moją ciekawość.

Wielce mnie to cieszy, choć najpierw, niestety, musi ta kontynuacja w ogóle powstać :/

Chyba nie będę oryginalny, jeśli napiszę, że limit nie wyszedł opowiadaniu na dobre – sprawia wrażenie ,,zerwanego” w trzech czwartych. A szkoda, bo to przyjemna lektura i zajmująca historia, którą, bardziej niż pociętą (tak, aby zmieścić finał), widziałbym rozrośniętą. Choćby o parę tysięcy znaków.

Ciekawy pomysł na miks. Wojna liliputów z krasnalami, w którą wplątuje się słowiański demon. Postać bezkosta ciekawa, aż chciałoby się zobaczyć, co jeszcze nawywijał ten spuszczony z łańcucha stwór. Liczę na kontynuację!

Tymczasem zgłaszam do biblioteki i pozdrawiam!

Jeszcze kroczek i ten grobowiec pozostanie twoim grobowcem. Na zawsze!

Aluzja odnotowana :p

Dzięki za komentarz, Adamie!

Zauważam ostatnio, sądząc po reakcjach czytelników, że czarne charaktery wychodzą mi znacznie bardziej intrygujące od głównych bohaterów. Czas chyba stworzyć głównego bohatera-czarnego charaktera ;D

Fajny tekst. Trochę pewnie cierpiałeś przy pisaniu na to, co ja (limitoza) i owszem, zgadzam się z przedpiściami, że chętnie bym poczytała na przykład o bezkoście, więcej. Ale tekst w obecnej postaci też się sprawdza, lektura była przyjemna i wciągająca, fabuła pomysłowa, a połączenie nietypowych motywów mniej absurdalne niż w innych konkursowych tekstach, co też jest ciekawe. Doklikuję.

Ninedin, dziękuję za posłanie do biblioteki, bo już zaczynałem tracić nadzieję :D

Jeśli się zbiorę w sobie i to napiszę, to jest szansa, że bezkost efektownie powróci w tekście na “Tajemnice światów”.

Bardzo wciągające, konkretne i solidnie poprowadzone opowiadanie. Czytało się z prawdziwą przyjemnością. Nie będę jednak oryginalny twierdząc, że zakończenie wydaje się być urwane w najważniejszym momencie. Według mnie trudno byłoby cokolwiek odkroić. Nie miałem okazji wcześniej zapoznać się z “Obietnicą zieleni”, ale szybko nadrobiłem zaległości :)

Właściwie jedynym zgrzytem jaki wychwyciłem były dyskusyjne rozmiary łełeków i ich budowli. Raz mamy stopnie pałacowych schodów ze złotych florenów, zaraz potem srebrną monetę będącą ścianą budynku. 

Dziękuję, Fladrifie, za lekturę i opinię :)

Co do budowli – opis schodów musiałem niestety mocno skrócić ze względu na limit, wspominam jednak, że był to “cud architektury”. Wyobrażam je sobie jako wielkie, majestatyczne schody na przedpolu pałacu, spokojnie mogące dorównywać rozmiarami ścianie willi.

Sława!

Widzę Lechitów, więc jestem.

Chociaż wcześniej gdzieś mi umknęło to opowiadanie. :P

Pomysł ciekawy, ale niestety nie będę oryginalna… Mnie też brakowało czegoś więcej o bezkoście. :( A już się ucieszyłam, jak się na chwilę przemienił w swoją dawną postać, pięknego króla Lechickiego… A potem znów ta poczwara. :( No i też bym skróciła ten wątek ze Srebrną. Tak czy siak opowiadanie fajne! :D

Odmeldowuję się!

Chwała Wielkiej Lechii!

Ja nie wiem, czemu epizodyczne czarne charaktery w moich opowiadaniach uznawane są przez czytelników za najciekawsze xD Ciekawe, czy jakbym zrobił złą postać głównym bohaterem, to stanie się ciekawa, bo będzie zła, czy nudna, bo będzie główna…

Tak czy inaczej, dziękuję za wizytę!

CWL!

Ciekawe, czy jakbym zrobił złą postać głównym bohaterem, to stanie się ciekawa, bo będzie zła, czy nudna, bo będzie główna…

Jest taki konkurs :D

Known some call is air am

Schody i ściana z monet. Ja to sobie wyobraziłam tak, że schody są z monet częściowo leżących na sobie (taki ukośny stosik), a ściana z monety na sztorc. W końcu u nas też stopnie mogą być mniej więcej tak wysokie, jak ściana gruba. A u szczytu schodów półokrągły ganek.

Babska logika rządzi!

Faktycznie, oba rozwiązania mają sens, ja początkowo wyobraziłem sobie je jako zgięte monety układające się w schodki, stąd ta moja dysproporcja

Outta, ale w konkursie zła postać niekoniecznie musi być główną ;)

Fladrifie, ale jednak tekst mówi wyraźnie, schody, a nie schodki ;D

Ech, mam bardzo ambiwalentne uczucia wobec tego tekstu. Początek podobał mi się bardzo, potem niestety trochę siadło, potem pomysł z bezkostem znów się spodobał, ale otwarte zakończenie troszkę popsuło wrażenie – nie żebym nie lubiła otwartych zakończeń, ale tu mi czegoś jednak zabrakło na domknięcie tej konkretnej historii. Może zresztą nie w samym zakończeniu, ale po drodze – bo w zasadzie na koniec zostałam z bardzo podstawowymi pytaniami, np. skąd Złocisz tak łatwo wiedział, że to (i co to) bezkost? Może po prostu zabrakło trochę więcej o świecie małych ludków. A z kolei bezkost jako Turbolechita jest tylko ozdobnikiem, podczas gdy świat podziemny sprawia też wrażenie lechickiego… Doceniam więc pomysł, ale pozostałam z większym niedosytem niż satysfakcją.

Ubawiło mnie oczywiście, że oboje zaczynamy opowiadania od uderzenia pięścią w stół ;)

Historyjka całkiem całkiem, ładnie mimo że dość standardowo rozegrany wątek z klątwą, niezłe postacie, ogólnie świat obiecujący i można by w nim więcej, ale trzeba by go wtedy lepiej opisać.

Aha, zerknęłam na komentarze: nie skracałabym wątku ze Srebrną. Wręcz przeciwnie.

 

Ale nie tylko fabularno-światotwórczy niedosyt jest powodem ambiwalencji w odbiorze tego tekstu. Przyzwyczaiłam się do tego, że przez Twoje teksty płynę gładko i rozkoszuję się lekturą, ten więc sprawił na mnie wrażenie niedopracowanego technicznie. Poniżej to, na czym się zatrzymywałam.

 

Przez twarz króla przemknęły drgawki.

Nie wydaje mi się, żeby przemykające przez twarz drgawki były poprawną frazeologią.

 

Po raz pierwszy od dotarcia złych wieści ktoś odważył się wymienić na głos nazwę zaginionego artefaktu.

Tu jest z kolei dość przyciężkawe “dotarcie złych wieści”, no i “wymówić na głos”, a nie wymienić.

 

Jest jeszcze jedna pradawna siła

Jeszcze jedna? Wcześniej nie ma mowy o innych.

 

– Nie! – przerwał krzyk Najwyższego Piastuna Ognia.

Didaskalium się posypawszy. Kto przerwał krzyk, chce się zapytać ;)

 

Zebranie nie potrwało długo.

Nie pasuje mi to “zebranie”.

 

– To coś niebezpiecznego, co możemy obrócić przeciw wrogom.

Obracać coś przeciwko komuś dotyczy raczej bardziej abstrakcyjnych spraw, a nie przedmiotów.

 

– Czy mogę żądać od ciebie takiej ofiary?

Bardzo niedaleko jest o ofierze syna, więc tu może lepiej poświęcenia?

 

Wasza wysokość

Do królów “wasza królewska mość”

Widzę, że podjąłeś już decyzję, nie będę dalej wystawiał na próbę twojej cierpliwości. Ale pamiętaj, że jesteś zdany na siebie. Ja nie mogę przyznać, że pozwoliłem ci

– Dobrze. – Władca położył dłoń na jego ramieniu.

Tu to “jego” niby wiadomo, do kogo się odnosi, ale jednak lepszy byłby konkret, bo trochę podmioty i dopełnienia się mieszają.

 

florenów

Czyli świat z Florencją ;) Nie bardzo wiem, skąd aż tyle konkretnie florenów w ewidentnie lechickich podziemiach. To się trochę domaga więcej światotwórstwa.

 

miecz przekuty ze scyzoryka Dużych Ludzi

Niedawno w mojej “Oberży” zarzucono mi użycie “scyzoryka” (choć słowo występuje u Mickiewicza) – tu wprawdzie oczywiście się tłumaczy tym, że ten staroświecki świat podziemny funkcjonuje równolegle z nowoczesnym ludzkim, ale na tym etapie tego nie wiemy i to słowo wśród tych wszystkich feudalnych stosunków brzmi dziwnie.

 

zamieszkują ją

po poległym

Osobiście nie demonizuję ani nie prześladuję aliteracji itepe, ale tu mnie uderzyły

 

Dopóki miasto jest w niebezpieczeństwie,

Wszędzie poza tym Miasto.

 

Nawet jeśli, czy możesz mi życzyć lepszego losu[-,] niż zjednoczeniae się z przodkami po chwalebnej śmierci?

“Nawet jeśli” to okropny anglizyzm, od biedy mogłoby być “nawet jeśli jest tak jak mówisz”. Co do wyrzuconego “się” – na moje wyczucie mogłoby zostać, gdyby chodziło o dosłowne zlanie się z jakąś masą przodków, a nie po prostu dołączenie do nich

 

Złocisz westchnął, ruszając alejką w drogę powrotną.

Raczej “i ruszył”

 

Już, już dosięgał drugiego brzegu

Dosięgał – dla mnie wywołuje obraz leżącego na asfalcie bohatera, usiłującego dosięgnąć brzegu ;) No i ten brzeg szosy – też nie jestem przekonana.

 

W chwili, w której wpadł w zarośla przydrożnego rowu, tuż obok niego przemknął rozpędzony pojazd.

Wygramoliwszy się z rowu,

 

Podwórko gospodarstwa wypełniało morze puszek i niedopałków papierosów. Przedarcie się przez ten gąszcz

Gąszcz nie bardzo mi pasuje do puszek

 

wielki[-,] czerwony pentagram.

Dookreślasz.

 

Odgarnięcie sterty puszek pod znakiem zajęło trochę czasu[+,] jednak wysiłek Złocisza został nagrodzony.

 

Pod ścianą odkrył klapę w podłodze. Szczęśliwie nie była zamknięta, ale samo jej podniesienie stanowiło dla kapitana ciężki orzech do zgryzienia.

Wrócił do szosy. Przez jakiś czas buszował w porosłym krzewami rowie, aż znalazł odpowiedni kij. Przytaszczył go z powrotem. Wspomagając się mieczem, zdołał wcisnąć patyk w szparę między klapą i podłogą, po czym użyć go jako dźwigni. W ten sposób podniósł klapę na tyle

Ten ciężki orzech w tym kontekście też mi średnio pasuje.

 

Skonstatował, że znajduje się w piwnicy pełnej gratów. Czuł, że to jeszcze nie siedziba szukanej potęgi, że musi zejść głębiej.

Dwa ostatnie są ok z powtórzeniem, ale pierwsze trzeba by czymś zastąpić.

 

Nozdrza Złocisza uderzył potworny smród.

A nie: W nozdrza?

 

dwa świetliste punkciki, pełgające krwistą czerwienią

To “pełganie” niby nie jest słownikowo całkiem niepoprawne (”pełgać «o ogniu, płomieniu itp.: palić się słabo, nierówno»“), ale coś mi w tym nie pasuje, bo to chyba czasownik odnoszący się wyłącznie do ognia czy płomieni oraz chyba nie da się pełgać czymś

 

Oto przed nim prezentował się prawdziwy bezkost!

Prezentował się?

 

rzucić się na intruza[-,] czy też powstrzymać krwiożercze instynkty.

 

Gdy tylko odkryły nasze istnienie, podjęły się wypędzenia nas z naszych domostw. Napastują bez przerwy Miasto. Bronimy się, ale nasze siły są na wyczerpaniu.

 

zwrócenie się do takiej poczwary[-,] jak ja[-,] jest miarą waszej desperacji.

 

Kamień pociągał nadzwyczajnym pięknem. Dotknął go. Dłonie kapitana przeszedł dreszcz, tak że cofnął ręce.

Tu coś się sypie w kwestii podmiotów.

 

Przełamał jednak ten odruch i szybkim ruchem wyszarpnął kryształ.

Przełamał odruch? A nie pokonał?

 

Choć resztą sił kapitan utrzymał się na nogach, blask oślepił go. Czuł tylko przepływ mocy, dobywającej się z rubinu.

Tu troszeczkę wychodzi na to, że blask czuł przepływ mocy. Na logikę oczywiście nie, ale ten blask jako podmiot jest jednak bezpośrednio przed następnym zdaniem.

 

wyniosły[-,] orli nos.

Wyniosły nos?

 

jak ciasto przeciekające przez oko sitka

Hmm. Jedno oko sitka? Całe ciasto?

 

A jednak[-,] blef okazał się skuteczny.

 

Wrzucił rubin do szybu i sam się do niego wgramolił. (…) Nieco kłopotu sprawiło Złociszowi wspięcie się po drabinie.

Cytuję tylko kawałek, ale w tym fragmencie, na większej przestrzeni tekstu, odpadłam od geometrii i topografii ;)

http://altronapoleone.home.blog

Witaj, drakaino!

Ech, mam bardzo ambiwalentne uczucia wobec tego tekstu.

To tak jak ja :D

A z kolei bezkost jako Turbolechita jest tylko ozdobnikiem, podczas gdy świat podziemny sprawia też wrażenie lechickiego…

Raczej nie tyle lechickiego, co po prostu słowiańskiego. Sformułowanie “świat podziemny” też trochę na wyrost w stosunku do jednej osady skrzatów ;)

ogólnie świat obiecujący i można by w nim więcej, ale trzeba by go wtedy lepiej opisać.

Tylko jak to upchnąć w takim limicie? :/

 

Co do technikaliów, cóż, dla mnie nauczka, żeby nie próbować się zmieścić w tak felernych limitach, tylko na spokojnie zredagować tekst. Poniżej kilka uwag do uwag, które zdały mi się dyskusyjne:

Nie wydaje mi się, żeby przemykające przez twarz drgawki były poprawną frazeologią.

Skoro dreszcze mogą przemknąć, to czemu nie drgawki?

Jeszcze jedna? Wcześniej nie ma mowy o innych.

Jest mowa o Oku Bazyliszka.

Obracać coś przeciwko komuś dotyczy raczej bardziej abstrakcyjnych spraw, a nie przedmiotów.

No, toć przecież to jest jakaś abstrakcyjna, bliżej jeszcze niezidentyfikowana siła.

Do królów “wasza królewska mość”

Nie wydaje mi się, żeby taka tytulatura była absolutnie uniwersalna (w Polsce funkcjonowało chociażby “mości królu”, “miłościwy panie”, w Lichtensteinie i Luksemburgu obowiązuje “Wasza Królewska/Książęca Wysokość”). Tym bardziej w świecie łełeków “wasza wysokość” może mieć tu zastosowanie ;)

Czyli świat z Florencją ;) Nie bardzo wiem, skąd aż tyle konkretnie florenów w ewidentnie lechickich podziemiach. To się trochę domaga więcej światotwórstwa.

Za Wikipedią:

Floren – złota moneta o masie ok. 3,5 grama, bita przez Florencję od 1252 roku. Jej stabilna wartość pozwoliła stać się główną złotą monetą w Europie. Od XIV w. była często naśladowana, przez m.in. Włochy, Czechy, Węgry, Francję oraz Niderlandy[1]. Jej weneckim odpowiednikiem był początkowo cekin, potem dukat.

Floren szybko stał się standardem i przez stulecia był naśladowany w wielu krajach europejskich (podobnie jak grosz i srebrny talar). Własne jego naśladownictwa bili m.in. władcy Serbii czy książęta śląscy. […] W Polsce florenem nazywano będące w obiegu monety złote. Z czasem określenie to zostało wyparte przez nazwę dukat (także czerwony złoty lub czerwoniec)

 

Bardzo dziękuję za lekturę i tak szczegółowy komentarz! 

Skoro dreszcze mogą przemknąć, to czemu nie drgawki?

A mogą? Dreszcze znaczy? Mam wrażenie, że dreszcz to coś, co przebiega po plecach, a nie przemyka ;)

 

Jest mowa o Oku Bazyliszka.

No właśnie. Tylko o oku. A “jeszcze jeden” sugeruje dłuższą wyliczankę.

 

No, toć przecież to jest jakaś abstrakcyjna, bliżej jeszcze niezidentyfikowana siła.

niezidentyfikowany =/= abstrakcyjny

 

Nie wydaje mi się, żeby taka tytulatura była absolutnie uniwersalna (w Polsce funkcjonowało chociażby “mości królu”, “miłościwy panie”, w Lichtensteinie i Luksemburgu obowiązuje “Wasza Królewska/Książęca Wysokość”). Tym bardziej w świecie łełeków “wasza wysokość” może mieć tu zastosowanie ;)

Mości król i miłościwy pan – jak najbardziej, bo one właśnie się odnoszą do króla. W Liechtensteinie i Luksemburgu rządzą książęta, dlatego wysokość, wszystko się zgadza. Wysokościami są zarówno rządzący książęta, jak i książęta z rodzin królewskich. To właśnie jest sformalizowane, między innymi po to, żeby unikać nieporozumień i żeby było oczywiste, jak wygląda precedencja i inne dyplomatyczne układy. Z dyplomatycznego punktu widzenia nazwanie króla “wysokością” jest uchybieniem. Myślę, że w czymś w rodzaju depeszy emskiej wystarczyłoby za prowokację.

 

Za Wikipedią:

Ależ ja wiem, że nazwa floren stała się powszechna dla typu złotej monety (z numizmatyki średniowieczno-nowożytnej miałam, odpukać, 4.5), niemniej w przeciwieństwie do różnych guldenów, dukatów, talarów czy krajcarów, powstanie tej nazwy wymaga istnienia Florencji, podczas gdy tych pozostałych – jedynie cech samych monet. Więc trochę zażartowałam z odwiecznego problemu, czy w fantasylandzie można usiąść po turecku, mieć bordową sukienkę, wypić węgrzyna, mieć szablę z damasceńskiej stali i zapłacić za nią i wino bajońskie sumy ;) U Ciebie to się ostatecznie okazał niezupełnie fantasyland, ale po prostu tak mi się skojarzyło, że te floreny to problem z tej samej półki co bordo czy adamaszek.

http://altronapoleone.home.blog

A mogą? Dreszcze znaczy? Mam wrażenie, że dreszcz to coś, co przebiega po plecach, a nie przemyka ;)

Przemknięcie to zasadniczo synonim przebiegnięcia. Zresztą, proszę bardzo, “Szatan z siódmej klasy”:

Potrzymają czas jakiś, aby im nie przeszkadzano w poszukiwaniach. Jeżeli znajdą, wypuszczą nas… Jeżeli jednak nie znajdą? – Zimny dreszcz przemknął po nim.

Więc trochę zażartowałam z odwiecznego problemu, czy w fantasylandzie można usiąść po turecku, mieć bordową sukienkę, wypić węgrzyna, mieć szablę z damasceńskiej stali i zapłacić za nią i wino bajońskie sumy ;)

Ale to nie jest żaden fantasyland, tylko las pod moim domem! Wprawdzie nie znalazłem tam nigdy żadnych florenów, ale zakładam, że gdyby żyły tam skrzaty opierające swoją kulturę na gromadzeniu monet Dużych Ludzi, to i floreny (może nawet oryginalne, w końcu kupcy z Florencji na pewno też czasem tu trafiali) mogłyby mieć, oczywiście jako największy skarb, godny królewskiego pałacu.

Dyć napisałam, że się okazał niefantasylandem ;) Pytanie, skoro już upierasz się na dyskusję o tym, czy skrzaty będą znały nazwę floren ;) Ale popatrz na tę dyskusję z przymrużeniem oka, pliz, a nie tak sierioznie… Co do przemknięcia dreszczu Makuszyński mnie nie przekonuje, bo frazeologizmy czasem wychodzą z użycia, no i kwestii drgawek i tak to nie rozwiązuje.

http://altronapoleone.home.blog

Jak mam nie traktować sierioznie takich insynuacji obrażających inteligencję moich skrzatów ;P

Łełeki w dawniejszych czasach nie tylko chomikowały pieniądze, ale też obdarowywały nimi dobrych ludzi (tak przynajmniej prawi “Bestiariusz słowiański”), więc na pewno dowiadywały się od nich, jak je nazywać. W moim uniwersum ten kontakt został zerwany, niemniej pamięć o nazewnictwie poszczególnych monet, jako, jak wspomniałem, kluczowych dla kultury (zauważ, że od nich pochodzą też imiona), na pewno przetrwała. Poza tym myślę, że nawet w czasach dzisiejszych dysponujące czapkami niewidkami skrzaty mają dużą wiedzę o świecie Dużych Ludzi ;)

Okej, skądinąd sugerowałabym w takim razie przybliżenie czytelnikowi, czym są konkretnie łełeki, bo ja ich np. nie znałam, choć imiona od pieniędzy zauważyłam.

http://altronapoleone.home.blog

Jest to rodzaj skrzatów, myślę, że dla tak krótkiego tekstu tyle informacji wystarczy.

Może wystarczy. Niemniej informacja o ich zamiłowaniu do monet by na pewno nie zaszkodziła ;) Przyznam, że się na tej nazwie lekko zawiesiłam, potem uznałam, że to “jakieś skrzaty czy beboki”, być może Twój własny wymysł, i nie drążyłam, ale fajnie byłoby właśnie mieć taką króciuteńką informację, wplecioną w naturalny sposób w narrację, dającą pewność, że to konkretny rodzaj skrzatów, a nie wymysł autorski.

Każdy czasem musi ponarzekać na teksty ulubionych autorów :P

http://altronapoleone.home.blog

Cześć, Światowider,

wybór haseł od początku mnie nie zachęcił, szczególnie “Imperium Lechickie”, ale stworzyłeś przystępne opowiadanie ;) Znalazłam w nim przyjemność, byłam ciekawa, co dalej. Podobał mi się ten myk z niezdradzaniem od razu rozmiarów bohaterów. Końcówka niestety dużo słabsza od reszty, bo chyba zeżarł cię limit.

Nie podobały mi się dwie sprawy: pierwsza, że ukochana Złocisza tak beztrosko wyszła na powierzchnie, ale okej, pod wpływem emocji robimy głupie rzeczy, choć, imho, chyba po prostu chciałeś wstrząsnąć czytelnikiem.

…Co nie do końca wychodzi, bo Złocisz zbyt szybko dochodzi do siebie po jej śmierci. Tutaj już tych emocji nie ma.

Ale całość na plus ;) 

 

 

Szczęśliwie nie była zamknięta, ale samo jej podniesienie stanowiło dla kapitana ciężki orzech do zgryzienia.

Wywołało to u mnie zgrzyt, więc sprawdziłam i faktycznie “ciężki” w tym związku jest “niepoprawny i klasyfikowany jako błąd frazeologiczny”.

 

– Jestem na twe rozkazy, panie. – Złocisz skłonił się.

Lepiej nie stawiać “się” na końcu.

 

 

Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Witaj, Lano!

Cieszę się, że mimo mankamentów opowiadanie nadrobiło złe wrażenie spowodowane hasłami (choć przyznam, że nie wiem, jak można nie lubić liliputów?!). Co do niezdradzania rozmiarów bohaterów, dziękuję za docenienie, choć z drugiej strony, wobec znajomości przez czytelnika haseł jest to w dużej mierze zabieg pro forma.

…Co nie do końca wychodzi, bo Złocisz zbyt szybko dochodzi do siebie po jej śmierci. Tutaj już tych emocji nie ma.

No, niestety, gdyby się zabił, to byłoby to zakończenie akurat pod limit, ale jakoś nie miałem serca, żeby mu to zrobić ;)

Wywołało to u mnie zgrzyt, więc sprawdziłam i faktycznie “ciężki” w tym związku jest “niepoprawny i klasyfikowany jako błąd frazeologiczny”.

A o tym nie wiedziałem, dziękuję za zwrócenie uwagi.

 

Również życzę powodzenia! :)

Cześć!

 

Istny epos o liliputach. Bardzo przyjemne opowiadanie, klasyczne niby, ale malutcy i Lechici doskonale pasują. Hasła konkursowe wykorzystane, limit też. W końcówce wszystko toczy się szybko, co trochę kontrastuje z powoli rozwijającym się początkiem, ale również dodaje dynamizmu.

Nie do końca zrozumiałem motyw ze śmiercią Srebrnej, ale to całkiem pasuje do bliżej nieokreślonej klątwy, którą zaciąga na siebie Złocisz. Trochę sztucznie wyszła tez pierwsza rozmowa z dziewczyną, w której Srebrna z marszu przyjmuje argumentację bohatera. Ale to przecież liliputy, a nie ludzie, więc czemu nie, taki smaczek ;-)

Wykonanie porządne, nic mi nie zgrzytnęło. Czytając byłem szczerze ciekaw, jak się to zakończy.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki za lekturę, Krarze!

Co do skutków klątwy, Złocisz łamiąc wolę przodków traci to, co próbuje ocalić, ergo – cel nie uświęca środków.

Historia małego kapitana mnie nie porwała. Może również dlatego, że jego postać kreślisz bardzo ogólnikowo. Tak naprawdę, to wygłasza on zazwyczaj jakieś mowy, ale niewiele wiemy, co się dzieje w jego wnętrzu. A to jest ważne w kontekście problemu przekraczania przez niego świętych norm czy tradycji.

Co do konstrukcji tekstu, to początek do momentu właściwej akcji jest nieproporcjonalnie rozbudowany, zwłaszcza, że nie zamyka tych scen żadna końcowa klamra, nie doczekały się wątki z władcą i kobietą rozwiązania. O co chodzi z krasnalami dowiadujemy się dużo później, a przecież właśnie to jest główną motywacją dla bohatera, aby położyć na szali swoje życie i szczęście.

 

‘bezkost’ – fajne :)

 

Pozdrawiam!

Dziękuję, Chalbarczyk, za lekturę!

Oczywiście, szkoda, że nie porwało, ale całkowicie rozumiem krytykę i przyjmuję do wiadomości. Cieszę się, że chociaż “bezkost” przypadł do gustu, choć akurat, stety czy niestety, słowo to nie jest moim wymysłem.

Hej :) 

Przeczytało się płynnie, całkiem nawet przyjemnie, chociaż logika w kilku miejscach szwankuje. Poza tym, liliputy i lechici właściwie sa taką ozdobą, co nie odgrywa dużej roli w tekście – równie dobrze mogliby być duzi, a zamiast lechitow klasyczny czarodziej. Ale nawet jako stylizacja – muszę przyznać, fajnie to wypada, nadaje opowiadaniu takiego bardziej współczesnego charakteru.

Podsumowujac, czytało się spoko, ale nie zachwyciło.

Pozdrawiam i powodzenia :)

Witaj, Oluto!

O ile zgodzę się, że zamiast lechickiego władcy bezkostem mógłby spokojnie być np. pan Twardowski, o tyle średnio sobie wyobrażam Złocisza jako Dużego Człowieka. Choćby dlatego, że raczej trudno byłoby obmyślić we współczesnym świecie małą społeczność Dużych Ludzi, której istnienie byłoby zagrożone i wymagało magicznego ratunku. Pewnie można by stworzyć taką fabułę w oparciu o jakieś indiańskie, albo buszmeńskie plemię, ale to byłaby zupełnie inna historia ;)

Dziękuję za lekturę!

Nowa Fantastyka