- Opowiadanie: chalbarczyk - Żołnierz na sprężynę

Żołnierz na sprężynę

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Żołnierz na sprężynę

– Ach prędzej, Lucy, prędzej!

Filipowi pot spływał po karku i zalewał oczy. W pośpiechu znosił na stół bilardowy książki w skórzanych oprawach, kryształowe popielniczki, kandelabry, fajansowe salaterki i co tylko mógł znaleźć w przeciągu tych kilku chwil, które im jeszcze zostały.

Lucy postawiła swój domek dla lalek, który mało co się nie rozpadł. Cała się trzęsła ze strachu.

– Filipie…

Filip popatrzył na dziewczynkę z bólem. Zagryzł wargi prawie do krwi.

– Uda się, na pewno – powiedział zduszonym głosem.

Rozpoczął wznoszenie Pałacu Sprawiedliwości. Ściany zrobił z książek, posadzkę ułożył z kostek domina, dachem stał się szklany klosz do przykrywania ciast. Lucy ustawiała figury szachowe na mosiężnych świecznikach i próbowała położyć pasaż z drewnianych klocków pomiędzy domkiem dla lalek i pałacem. W innych okolicznościach sprawiałoby im przyjemność budowanie miasta. Mogłaby przynieść swój chiński serwis do herbaty i z filiżanek zrobić ogrodowe latarnie, a z lusterka srebrną sadzawkę. Dla porcelanowej lalki zbudowałaby piękną salę balową z fontanną i girlandami kwiatów. Mogliby spędzać razem długie godziny, dobudowując kolejne arterie, pałace i widokowe tarasy, a Filip przestałby wreszcie uważać ją za małe dziecko…

Nagle na zewnątrz rozległ się ogłuszający rumor. Domyślili się, że to wypadły frontowe drzwi i nic już ich nie uratuje. Filip zesztywniał z przerażenia. Zbliża się! Zaraz tu będzie! Jeszcze tylko wieża strażnicza i żołnierze. Właśnie, żołnierzyki! Rzucił się do pudełka i wysypał z niego ołowiane figurki. Czy zdąży je ustawić? Na korytarzu coraz głośniejsze wycie i zgrzytanie. Teraz! Filip przyciągnął Lucy do siebie, a drugą ręką zebrał łzę, która zawisła na rzęsach dziewczynki. Łza spadła na Pałac Sprawiedliwości i wszystko zniknęło.

 

Stali bez ruchu długą chwilę, bojąc się otworzyć oczy. Nic się jednak nie działo. Ucichł hałas, a ich twarze owionął ciepły wiatr.

– Jesteśmy tu bezpieczni – rzekł Filip, biorąc Lucy za rękę. – Chodźmy.

Znajdowali się w parku na rozległym trawniku. Było tu sporo spacerujących: młodych kobiet z koronkowymi parasolkami, dzieci oraz ich opiekunek, starszych mężczyzn z binoklami na nosie – ale nikt nie zwracał na Filipa i Lucy uwagi. Ruszyli promenadą, w kierunku otwierającego się przed nimi miasta. Złote kopuły błyszczały w słońcu i odcinały się od białych filarów, dalej w głębi, wznosiły się niebotyczne, smukłe wieże z nieskończoną liczbą schodów, a przeszklone fabryki kładły błękitny cień na skwery i ogrody.

Gdy weszli do Pałacu Sprawiedliwości, otoczyła ich feeria barw i świateł.

– Och, jakie to piękne – szepnęła Lucy.

Przezroczyste kolumny, wysoko nad nimi rozkładające się w kryształowe parasole, odbijały świetlne refleksy, które później krążyły po ogromnej sali, a szklany dach pozwalał obserwować przesuwające się obłoki.

Na podwyższeniu, przy stole, na którym piętrzyły się stosy dokumentów, siedział Robert zatopiony w pracy. Na widok Lucy i Filipa roześmiał się serdecznie.

– Ach, jesteście! Cóż za miła niespodzianka!

Zbiegł po marmurowych schodach i uściskał ich gorąco. Robert był tylko trochę starszy od Filipa, ale tutaj wiek nie miał takiego znaczenia. Odkąd go ostatnio widzieli, Roberta mianowano burmistrzem, który to urząd sprawował bardzo sumiennie.

– Robercie, pomóż nam! – Filip zawołał z przejęciem. – Potrzebujemy regimentu twoich żołnierzy. Blaszany potwór siejący zniszczenie w naszym świecie, przyniesie wszystkim zagładę!

Robert się zasępił, a na jego twarzy odmalowała się niechęć.

– Chętnie bym wam pomógł, ale doprawdy nie mam jak. Nie mogę miasta pozbawić obrony. – Rozłożył ręce na znak bezradności.

– Bob, nie przyszedłbym do ciebie z prośbą o pomoc, gdybym nie był pewien naszej przyjaźni! Myślałem, że nasze wspólne zmagania z północnymi plemionami zobowiązują nas do czegoś! – Filipowi głos się załamał.

– Filipie, doceniam, co onegdaj zrobiłeś dla mnie i mych towarzyszy i abym nie wydał się bezduszny, darowuję ci jednego sierżanta.

Skinął na swego adiutanta, a ten przyprowadził jakąś postać.

– To twój Halma – rzekł krótko Bob.

Halma był mechanicznym żołnierzem, nakręcanym na plecach specjalnym kluczem, który trzymał pod wojskową czapką. Filip przyglądał mu się nieufnie. Blachę miał tu i ówdzie podrdzewiałą, skromny ekwipunek, składający się z szabli i plecaka oraz nie najmądrzejszy wyraz twarzy. Do czego może się im przydać?

– Robercie, ale przecież…

– Nie mogę poświęcić wam więcej czasu, wybaczcie. Zróbcie dobry użytek z Halmy – powiedział na odchodnym i zniknął za drzwiami Pałacu Sprawiedliwości.

 

Wszyscy troje siedli w miejskim parku na ławce. Filip był zrozpaczony.

– Paniczu Filipie, wiem, że panicz liczył na coś innego, ale ja ze swej strony obiecuję solennie, że zrobię wszystko, aby był panicz zadowolony.

– Nie mów do mnie paniczu… Ech, po co w ogóle…

Lucy chlipała.

– I co teraz zrobimy? Buuu… Czy będziemy mogli kiedykolwiek wrócić do domu?

– Nie płacz, Lucy. Przyrzekam, że…

Filip nie dokończył, ponieważ rozległ się potężny ryk, a zaraz potem zawyły syreny miejskie. Zaniepokojeni zerwali się z ławki i pobiegli w stronę placu Wysokich Wież.

– Och, nie! Jak on tu trafił?!

Niszczyciel, który jeszcze niedawno grasował w ich świecie, teraz był tutaj, dokonując dzieła zniszczenia. Posuwał się na gąsienicach powoli do przodu, podnosił ramię, wybierał cel i wypuszczał wiązkę białego światła. Żołnierze, którzy z bagnetami próbowali go atakować, stawali w ogniu i po chwili zostawał po nich jedynie rozpłaszczony kawałek szarego ołowiu. Wszędzie panował chaos, a strat było coraz więcej.

– Co teraz będzie? Czy przyjdzie nam tu zginąć? – mówił Filip zdławionym głosem. – Czy przyszedł czas, abym wyruszył na wojnę? Przynajmniej w ten sposób…

– Paniczu Filipie, proszę sobie darować te deklaracje, tu potrzeba męskiego działania. Panicz powinien z panienką Lucy schować się i zza krzaków obserwować, jak się rozprawiam z potworem.

Halma bardzo pewny siebie ruszył na spotkanie z blaszanym niszczycielem.

– Ależ z niego głupek! Halmo, nie! – krzyknął za nim Filip, ale Halma nie słuchał. Odważnym krokiem zbliżał się ku niszczycielowi. Samojeżdżące srebrne monstrum posiadało dwa ramiona, które niczym armaty wypluwały z siebie co jakiś czas słupy białego i błękitnego ognia. Kanciasta głowa, mieniąca się od świecących guzików, obracała się to w prawo, to w lewo.

Nagle Halma spowolnił swoje ruchy, zazgrzytał i stanął w pół kroku.

– Co się stało? Dlaczego nie ucieka?!

– Zapomniał się nakręcić!

Niszczyciel jechał w stronę Halmy, aby zaraz go zgnieść swoimi gąsienicami. Myśleli, że już będzie po nim, bo stojący bez życia Halma nie miał najmniejszych szans w spotkaniu z potworem. Ku ich zdziwieniu jednak niszczyciel wydał z siebie wysoki pisk i ominął Halmę, nie interesując się nim zupełnie. Gdy odjechał, podbiegli do swojego żołnierza i wyjąwszy mu klucz spod czapki, nakręcili go z trudem.

 

Obrońcy okazali się bezradni wobec niszczącej siły dwóch armat. Na placu Wysokich Wież pozostały resztki armii, po które zaraz przybiegły sanitariuszki z koszykami. Kobiety zaczęły zbierać ołowiane bryły, a następnie ładowały je na konny wóz. Akcją kierował dowódca straży pożarnej, który, służbowo podkręcając wąsa, zbliżył się do Filipa.

– Coście za jedni? – Przyjrzał im się podejrzliwie. – Ach, to wy – mruknął bez sympatii – wy jesteście odpowiedzialni za sprowadzenie „Mordercy”. Nie wiem, jaki plan wam przyświecał, ale powinniście odpowiedzieć za to głową!

Strażak nie chciał słuchać żadnych wyjaśnień, więc powlekli się bez celu przygnębieni.

– Co teraz zrobimy?

– Panienko, proszę nie rozpaczać. Pokonamy potwora.

– Ale jak? Halmo, jesteś tylko nakręcanym żołnierzem.

– O, o! Cóż z tego? Wystarczy, że wyjmę szablę i rach-ciach – będzie po nim!

– Przestań się przechwalać i wymyśl coś!

– Phi!

Halma obrażony wydął usta.

Nagle na plac wśród ostrego dźwięku sygnałówki i blaszanego rumoru, w kłębach dymu wjechał pojazd, przypominający parowóz. Na parowozie stali żołnierze, trzymający w górze na bagnetach wielką, metalową siatkę. Inżynierowie w białych uniformach i z notatkami w ręku szli po bokach. Na przodzie, na koniu bojowym i w generalskim mundurze jechał Robert. Lokomotywa buchając parą, ruszała w ślad za „Mordercą”.

– Ha! No proszę! To jest siła oręża! Zaraz będzie po nim! – wykrzyknął Halma, ochoczo maszerując za wojskiem.

Pancerny pojazd wjechał w szeroką aleję i zagwizdał. Niszczyciel zatrzymał się, obrócił kwadratową głowę, przerzucił armaty i wycelował w parowóz. Ciśnienie zawyło w tłokach. Parowóz przyspieszył z sapaniem. Gdy znalazł się tuż przy niszczycielu, żołnierze zarzucili siatkę, która miała skrępować ruchy „Mordercy”. Nic się jednak takiego nie stało. Cęgami, które wysunęły się z dwu ramion, wyciął dziury na głowę i ręce, a siatka z brzęczeniem przylgnęła do aluminiowej powłoki, tworząc wyśmienitą kolczugę. Niszczyciel dłużej się nie zastanawiał i posłał dwa pociski, które zmiotły żołnierzy z lokomotywy.

 

***

Budynki miejskie po kolei płonęły, a potem waliły się z jękiem. Ponieważ były zrobione z drewnianych klocków, natychmiast zapalały się od ognia. Pękały szyby, a czarny, gęsty dym oblizywał fasady i wnętrza. Swąd spalenizny wgryzał się wszystkim w płuca tak, że z trudem mogli oddychać. Mieszkańcy miasta uciekali przed pożogą na przedmieścia, a zasoby wojskowe kurczyły się coraz bardziej i coraz rzadziej przybywały niewielkie oddziały żołnierzy, aby walczyć z „Mordercą”. Strzelali z karabinów, lecz nawet kule nie mogły się przebić przez pancerz.

– Nie wiem, ile im zajmie wyprodukowanie ze stopionego ołowiu nowego regimentu, ale zanim nowi przyjadą z fabryki, może już nie być miasta. – Halma sceptycznie pokręcił głową.

– Musimy coś zrobić albo wszyscy tu zginiemy!

Po drugiej stronie ulicy, grzechocząc gąsienicami, niszczyciel metodycznie podpalał kolejne budynki oraz uciekających, którzy nie zdążyli się ukryć. Tym razem ciągnął za sobą furgon ze złomem.

– Po co mu to?

Kręcił głową to w jedną, to w drugą w poszukiwaniu ofiar, więc schowali się szybko za rogiem. Po chwili zaległa cisza. Czekali w napięciu, ale nic się nie działo. Wyjrzeli ostrożnie. Monstrum brało w szczypce kawałki blach, metalowe kółka od wózków, beczki, wyrwane sztachety i druty i przyciąwszy, zaczęło je ze sobą spawać. Ramiona potwora pracowały bez zmęczenia, aż nie zostały już żadne wolne części.

Po jakimś czasie na placu stało tuzin małych, beczkowych, samobieżnych niszczycieli.

– No, no – mlasnął Halma trochę z podziwem – zbudował tu sobie całą armię!

Słońce, obojętne na zagładę miasta, stało w zenicie i kłuło w oczy. Filip zasłonił się od światła.

– Mam! Ach Lucy, będziemy mogli wrócić do domu! Halmo, przyprowadź tylu żołnierzy, ile zdołasz znaleźć, a my, Lucy, musimy odszukać srebrną cukiernicę.

 

***

 

– Teraz!

Halma, Filip i kilku żołnierzy dźwignęli pokrywkę cukiernicy w tym momencie, w którym „Morderca” wypuścił wiązkę światła. Odbiła się od lustrzanej powierzchni, wróciła i uderzyła w bok pancerza.

– O nie!

Niszczyciel wprawdzie spowolnił swoje ruchy, ale nie przestał posuwać się w ich kierunku. Równocześnie armia małych niszczycieli ruszyła na Filipa i obrońców.

Filip pomyślał, że wszystko stracone. Nie mają już żadnej broni. Ujął ręce Lucy w swoje dłonie i powiedział, że przeprasza.

– Nie, nie chcę wiedzieć, za co przepraszasz! – Dziewczynka próbowała nie płakać.

– Za to, że nazywałem cię dzieckiem. I za to, że obiecałem, że wrócimy do domu.

Spojrzeli w stronę nadjeżdżających maszyn. Szykowały się do ostatecznego ataku.

W tym momencie Halma, mechaniczny żołnierz, rzucił się na „Mordercę” z szablą. Kilka razy ciął go w desperacji po częściach kadłuba, co oczywiście nie uczyniło potworowi żadnej szkody.

– Halmo, uciekaj! – krzyczała Lucy.

Halma przerzucił szablę w drugą rękę i pchnął ją z siłą w szparę między tułowiem a kwadratową głową. Potwór podniósł ramię, aby dosięgnąć szabli, ale w tym momencie zaiskrzyło i buchnął płomień. Ręka Halmy rozżarzyła się do czerwoności. Po kolczudze „Mordercy” przebiegły błękitne wyładowania prądu i wszystko się zatrzymało i zgasło. Wtedy małe niszczyciele oklapły i stały się na powrót kawałkami sczepionych metalowych beczek, rur i kółek.

 

Siedzieli na trawie w ogrodach Pałacu Sprawiedliwości. W powietrzu ciągle było czuć swąd prochu i dymu, ale pożarów już nie było widać. Miasto powoli zanurzało się w niespokojną nocną ciszę, a ponad nimi rozpościerał się firmament, który błyszczał dalekimi gwiazdami.

– Odkąd tylko trafiliśmy tutaj po raz pierwszy, było dla mnie zagadką, jak to się dzieje, że miasto samo rozrasta się i napełnia różnymi postaciami, zwierzętami czy przedmiotami – powiedział Filip, wpatrując się w nieznane konstelacje. – Może inżynierowie wymyślają maszyny, a te maszyny produkują rejentów, mufki, ćwieki, indyjskie słonie albo samowary?

– A może to magia?

– Ech – powiedział Filip z dezaprobatą – dziecko z ciebie.

Lucy się naburmuszyła, a Filip widząc to, roześmiał się serdecznie.

– Nie złość się, to z przyzwyczajenia.

Otworzyli pudełko klocków, które dostali od Roberta i rozpoczęli budowanie domu. Ich domu przy Green Street w Londynie.

 

***

 

Filip i Lucy sprzątali pokój bilardowy. Gdy zamietli szkło, gdy uporali się z wyłamanymi drzwiami i powynosili potrzaskane krzesła, stanęli przed swoim miastem. Pałac Sprawiedliwości wznosił się dumnie nad innymi budynkami, do których zbudowania użyli kryształowych kieliszków, klocków, szachownic, srebrnych cukiernic i miśnieńskich salaterek. Ołowiani żołnierze patrolowali ulice, a cech astronomów pracował w obserwatorium, które powstało z mosiężnej lunety.

– Czy moglibyśmy je tak zostawić?

Filip pokręcił głową.

– Nie. Musimy je rozebrać, aby przypadkiem coś albo ktoś nie przedostał się tam i nie narobił szkód.

Wkładał żołnierzyki do pudełka i powoli demontował ich miasto.

– Filipie?

– Tak, Lucy.

– Czy Halma będzie tam szczęśliwy?

– Jeśli tylko będzie pamiętał, aby się nakręcić.

Chwilę milczała.

– A czy my będziemy mogli kiedyś tam wrócić?

Filip odwrócił się do niej.

– Moja droga Lucy, myślę, że nie tylko w naszym mieście, ale wszędzie czekają nas wyjątkowe przygody, dokądkolwiek się nie udamy.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Jestem tą opowieścią zauroczona. 

Mam nadzieję, że nastąpi dalszy ciąg przygód dwójki głównych bohaterów.

Bardzo odpowiada mi taki język i takie przekazanie treści, po pewnym czasie swego rodzaju przesytu, brak wulgaryzmów, sprośności, seksu oraz innych tego typu rzeczy witam z niemałą ulgą. :)

Gratuluję plastyczności w opisach i niesamowitej wyobraźni.

Widzę podczas lektury Twego opowiadania, wspaniały film, jaki powstać może na jego podstawie. 

Z technicznych dostrzegłam powtórzone “za to”. 

Pozdrawiam. 

 

Pecunia non olet

Cześć!

 

Lektura opowiadania była bardzo lekka, domyślam się, że jest ono skierowane raczej do młodszego czytelnika. Zabrakło mi trochę jakiegoś dopowiedzenia do przedstawionego świata, kto z kim walczy i dlaczego. Motyw cukiernicy natychmiast skojarzył mi się – nie wiem, czy słusznie – z „Serią niefortunnych zdarzeń” :)

Kilka drobnych uwag, które rzuciły mi się w oczy:

Filipowi pot spływał po karku i zalewał oczy. W pośpiechu znosił

Niby domyślamy się, kto „znosił”, ale zdanie jest tak skonstruowane, jakby chodziło o pot. Dodałabym więc np. „Chłopiec w pośpiechu znosił…” (o ile to faktycznie był chłopiec, bo chyba nie zostało powiedziane, ile Filip ma lat).

 

Lucy postawiła swój domek dla lalek, który mało co się nie rozpadł.

„o mało co”

 

z nieskończoną ilością schodów

Schody są policzalne, więc „nieskończoną liczbą schodów”.

 

Nie mogę miasta pozbawić obrony.

Dziwna składnia, raczej: „Nie mogę pozbawić miasta obrony”.

 

– Bob, Nie przyszedłbym

„Bob, nie przyszedłbym”

 

powinniście odpowiedzieć za to za to głową!

Dwa razy „za to”.

 

Pozdrawiam!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

bruce – jest mi bardzo miło, że opowiadanie się spodobało! Pozdrawiam!

 

nati-13-98 – dziękuję za zwrócenie uwagi na błędy.

…czy słusznie – z „Serią niefortunnych zdarzeń”

nie znam

Dziwna składnia, raczej: „Nie mogę pozbawić miasta obrony”.

zależy od słowa, które chcemy zaakcentować

 

Pozdrawiam!

Och, chciałbym napisać coś mądrego (to mi jeszcze długo nie grozi), ale chyba wystarczy powiedzieć, że jest to urocze opowiadanie. 

Może trochę za dużo się dzieje, ciągle akcja i akcja, ja to lubię jednak czasami odsapnąć po drodze, jakiejś małej retardacji by się chciało. Ale to w końcu opowiadanie, jest krótkie, nie ma co narzekać:-*

No a do tego zabawa jest w końcu dynamiczna i często szalona.

 

Ukłony

[...] chleb [...] ~ Honoriusz Balzac

TYRANOTYTAN

ciągle akcja i akcja

 

laugh

Dzięki za odwiedziny!

No, ja też chciałem coś mądrego napisać, ale słowo “urocze” chyba najbardziej pasuje do tego opowiadania :) Wrzućmy dziadka do orzechów razem z postaciami z Toy Story do Narnii, to nie może się nie udać ;) To oczywiście żart i moje osobiste skojarzenia.

Podobało mi się, jednak mam niejasne odczucie, że gdzieś tak do połowy opowiadanie napisane zostało lżejszym stylem. Czytałem wczoraj w nocy i wszystko ładnie mi płynęło, aż tu nagle zaczęły się zgrzyty, mniej więcej od tego momentu:

 

Ponieważ były zrobione z drewnianych klocków, natychmiast zapalały się od ognia.

To zdanie jest w ogóle do wywalenia, bo tak naprawdę to niepotrzebna łopata, którą przypominasz mi, jako czytelnikowi, że ten świat jest zbudowany z rzeczy, jakie dwójka dzieciaków może znaleźć w domu. Zupełnie niepotrzebnie.

Potem było dość standardowe rozwiązanie akcji, Halma wykorzystuje szansę jedną na tysiąc i uśmierca potwora. Nie mówię, że to złe rozwiązanie, jednak do jednej rzeczy się tutaj mocno przykleję. Zawsze mnie frustrowało w grach, książkach i filmach, kiedy na końcu okazywało się, że wystarczyło pokonać jakiegoś jednego bossa i cała armia jego minionów szła się paść. Po co więc było wcześniej to poświęcenie, po co tyle walk i trudności, kiedy jeden precyzyjny strzał mógł od początku wszystko zakończyć? I tutaj te mininiszczyciele są takimi minionami, którymi ja, czytelnik, się przejąłem, bo stanowiły kolejne zagrożenie, z którym będa musieli zmierzyć się bohaterowie. A uśmiercenie meganiszczyciela zabija jednocześnie jego totumfackich i stąd wrażenie, że te małe kopie maszyny są od początku zbędnym elementem. Oczywiście to stuprocentowo subiektywna opinia, nie czuj się więc w obowiązku, żeby na ten zarzut odpowiadać. Ja tylko zwracam uwagę na to, że mnie to nie leży i rozwiązania tego typu zawsze mi się jakoś gryzą z logiką :)

Reasumując: urocze opowiadanie, z fajnym motywem przenoszenia się do zabawkowego świata z klocków, złowrogim antagonistą, bohaterskim nołłanem, który okazuje się zdolny do rzeczy wielkich i zgrzytającymi mi logicznie pod kątem uzasadnienia ich obecności żołnierzykami pod komendą złola :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Ciepłe opowiadanie, mimo niebezpieczeństwa.

Nie jestem do końca pewna, czy bohaterowie są dziećmi, czy zabawkami, ale chyba muszę z tym żyć.

Jeśli żołnierzyk sam się nakręca, to mamy perpetuum mobile, ale to chyba nie ten rodzaj tekstu, gdzie należałoby się tego czepiać.

Babska logika rządzi!

Outta Sewer – rozumiem, że należałoby wybrać inną taktykę wojenną. Może tak. Ale można też zachować dystans do opisywanych wydarzeń i wojennej rozgrywki, skoro kolczuga zrobiona z siatki chroni robota przed atakami.

Dzięki za odwiedziny!

 

Finkla – żołnierzyk się nakręca zaczepiając kluczem np. o róg budynku, jeśli oczywiście nie zapomni.

Pozdrawiam!

Nie chodzi mi o to, że do kluczyka na plecach trudno sięgnąć, tylko o to, że nakręcając coś kluczykiem zawsze zużywa się więcej energii niż zostaje zmagazynowane w sprężynie.

Babska logika rządzi!

Bardzo pomysłowe opowiadanie, podziwiam wyobraźnię i dobry smak. Pomysł o budowaniu światów z klocków w takie właśnie sposób – pierwsza klasa. A później to budowanie Londynu, dzięki któremu znika podział na prawdziwy i wyimaginowany świat – genialne! 

Podobają mi się też wykreowani bohaterowie, a najbardziej Halma. 

Niestety, jak ja mój gust, prowadzisz narrację zbyt pospiesznie. Niszczyciel pojawia się, niby trochę niszczy, ale zaraz ginie pod ciosami Halmy. Podobnie mało mi pokazanego świata, mało mi opowieści o tym, co niszczyciel robił w Londynie. Spokojnie mogłeś jeszcze wykorzystać te kilka tysięcy znaków. 

 

Nie chodzi mi o to, że do kluczyka na plecach trudno sięgnąć, tylko o to, że nakręcając coś kluczykiem zawsze zużywa się więcej energii niż zostaje zmagazynowane w sprężynie.

Finklo, przecież to magia i fantastyka. :P

Toż od razu pisałam, że nie ma co się czepiać. Tak tylko sygnalizuję, że czytałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Geki

prowadzisz narrację zbyt pospiesznie

Zrezygnowałam z tłumaczenia, skąd niszczyciel się wziął w Londynie (co tam robił? to samo – podpalał wszystko laserem), zrezygnowałam też z bardziej szczegółowych interakcji miedzy bohaterami i opisywaniem ich przyjaźni – dla spójności tekstu. Uznałam, że jeśli głównym motywem jest miasto z klocków, to opowiadanie nie może być o wszystkim.

Pozdrawiam!

 

 

 

Hej,

 

ciekawa i klimatyczna historia. Zabawkowy świat, jakby Toy Story wymieszane z Dziadkiem do orzechów. Ogólnie oceniam pozytywnie :)

Trochę końcówka deus ex machina, brakowało mi też nieco informacji o świecie przedstawionym – np. skąd wziął się mechaniczny niszczyciel?

 

Jeszcze kilka drobiazgów:

ale nikt nie zwracał na Filipa i Lucy uwagi.

Takie rozbicie związku “zwracać uwagę” jakoś mi nie leży.Propozycja (w zależności do tego co chcesz podkreślić): “ale na Filipa i Lucy nikt nie zwracał uwagi” albo “ale nikt nie zwracał uwagi na Filipa i Lucy”.

 

ale wszędzie czekają nas wyjątkowe przygody, gdziekolwiek się nie udamy.

Podobna uwaga jak wyżej + “dokądkolwiek” do zamiany za “gdziekolwiek“.

Propozycja: “ale wszędzie dokądkolwiek się udamy, czekają nas wyjątkowe przygody”, albo “ale czekają nas wyjątkowe przygody, wszędzie dokądkolwiek się nie udamy”.

 

Pozdrawiam!

 

Martwe liście i brudna ziemia

BasementKey

Jeszcze pozastanawiam się nad stylem :) Dzięki za uwagi i odwiedziny, pozdrawiam!

Ładne, bajkowe, podobało mi się. Też mam skojarzenia z Dziadkiem do orzechów. Toy story nie widziałam, więc nie mam ;) Nie jestem tylko pewna, czy chciałabym być szczęśliwym rodzicem Lucy i Filipa ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka

Dzięki! Cieszę się, że się spodobało!

Hej, opowiadanie stoi bardzo ciekawym światotwórstwem i pomysłem na wykorzystanie haseł konkursowych. Pewna dwuznaczność w tym, czy to świat wyobraźni czy może zabawek to kolejny walor tego tekstu. Myślę, że gdybyś chciała, to jest to dobra historia do “Baśniowego Kameleona” – sprawdź wątek w hydeparku.

Językowo nie mam większych zastrzeżen, ale zatrzymało mnie trochę to powtórzenie tego samego źródłosłowu:

Niszczyciel, który jeszcze niedawno grasował w ich świecie, teraz był tutaj, dokonując dzieła zniszczenia.

Niejmniej tekst warty biblioteki, więc kliknę sobie.

 

Pozdrawiam

 

 

 

oidrin

Przyjemnie mi, że się spodobało. Pozdrawiam!

Byłaby to całkiem fajna bajka dla dzieci, gdyby nie jej militarny charakter, mnóstwo trupów i pożarów.

Przyznam jednak, że czytało się nieźle. 

 

Fi­li­po­wi pot spły­wał po karku i za­le­wał oczy. ―> Jak pot spływający po karku, może zalewać oczy???

 

za­zgrzy­tał i sta­nął wpół kroku. ―> …za­zgrzy­tał i sta­nął w pół kroku.

 

Rafał za­sło­nił się od świa­tła. ―> Kim jest Rafał?

 

 …ponad nimi roz­po­ście­rał się fir­ma­ment nieba… ―> Masło maślane – firmament to niebo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Błędy poprawiłam, dziękuję. Zawsze wprawia mnie w zdumienie Twoje sokole oko. Po prostu mysz się nie przeciśnie :)

Byłaby to całkiem fajna bajka dla dzieci, gdyby nie jej militarny charakter, mnóstwo trupów i pożarów.

Myślę, że może dalej pozostać i opowieścią dla dzieci, bo klasycznie, przedstawienie zła tego świata jest koniecznym warunkiem każdej baśni. Zauważ, że baśnie Andersena lub braci Grimm są bardzo krwawe i brutalne, tu trup, tu wydziobane oczy.

Pozdrawiam!

 

Chalbarczyk, znam baśnie klasyków, ale cóż, nie przepadam za nimi. A pogląd, że zło jest konieczne, by dobro mogło należycie zalśnić, też do mnie, niestety, nie przemawia. Nie uważam, aby konieczne było przeżycie wojny, by po jej zakończeniu móc cieszyć się pokojem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Nie zawsze zło jest po to potrzebne, aby wybrzmiał triumf dobra, bo wiele baśni źle się kończy. Czasem ważniejsze od skonstruowanego zwycięstwa dobra jest pokazanie prawdy o świecie. A ta nie zawsze jest pokrzepiająca. Próbowałam też trochę tej prawdy pokazać, inna sprawa, jak mi to wyszło…

Wyszło Ci nieźle, Chajbarczyk. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Dzięki! :)

Sympatyczne opowiadanie. Bardzo spodobała mi się scena otwierająca tekst – pospieszna budowa Pałacu Sprawiedliwości. Zaintrygowałaś.

Za to wprowadzenie na scenę Niszczyciela wydaje mi się zbyt pospieszne. W ogóle fragment tekstu, w którym ten się pojawia, a Halma rusza do boju, wydaje się skompresowany. Aż się prosi, żeby napisać coś więcej o samym mordercy albo przemycić jakiś szczegół dotyczący głównych bohaterów. Odrobinę rozciągnąć akcję.

Za to końcówka bardzo fajna i rozczulająca – stworzenie z klocków ,,prawdziwego” świata jako sposób na powrót do domu. Ładne.

Ogólnie rzecz biorąc, jest to udany, sprawnie napisany tekst. Zgłaszam do biblioteki.

Pozdrawiam!

Ładne, baśniowe i pomysłowe, zupełnie inne, niż pozostałe teksty w konkursie. Przy czym mam wrażenie, że to nie jest “baśń dla dzieci”, tylko ogranie baśniowej stylistyki dla opowiedzenia zupełnie innej, ponurej i krwawej historii – dokładnie tak, jak przewiduje założenie konkursu, łączące nietypowe motywy.

adam

Faktycznie, wcześniej też pojawiły się uwagi, że fabuła jest trochę zbyt pospieszna i, po namyśle, muszę się z tym zgodzić. Jakoś czułam ten laserowy oddech mordercy na karku i zabrakło nieco wolniejszego tempa w opowiadaniu. Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam!

 

 

ninedin

Cieszę się, że w Twojej interpretacji opowiadanie straciło infantylność. Dziękuję za komentarz, pozdrawiam!

 

Bardzo ładna baśń, mam dużą słabość do Dziadka do orzechów, a poza tym mam na biurku całą wielką armię ołowianych żołnierzyków, więc mnie ujęłaś postacią dzielnego Halmy. Ale także tym wyzierającym zza bajki pazurem innego świata, innej rzeczywistości, jakiegoś koszmaru, od którego uciekają bohaterowie?

Jak na razie jeden z moich faworytów w konkursie.

 

Było tu sporo spacerujących, młodych kobiet z koronkowymi parasolkami, dzieci oraz ich opiekunek, starszych mężczyzn z binoklami na nosie, ale nikt nie zwracał na Filipa i Lucy uwagi.

 

Pierwszy przecinek zamieniłabym na dwukropek lub pauzę, bo potem wyliczasz tych różnych spacerowiczów.

 

Wielka armia jeszcze w wersji parapetowej pozdrawia:

 

http://altronapoleone.home.blog

drakaina

IM-PO-NU-JĄ-CE. Cóż za Armia! laugh

Dzięki za odwiedziny i komentarz. Niezmiernie mi miło, że się spodobało.

Pozdrawiam!

Cześć, chalbarczyk,

bardzo ładne opowiadanie. Nie spodziewałam się takiego podejścia do “świata z klocków”, ale takie rozwiązanie podoba mi się bardziej niż to dosłowne (w sensie kolorowe klocki dla dzieci). Mam chyba słabość do ołowianych żołnierzyków i klimatów “Dziadka do orzechów”. Główni bohaterowie do polubienia, świat łatwy do wyobrażenia.

Jedyne, co mi się nie podobało, to forma typu: wzięcie książki do ręki i otworzenie w połowie. Nie lubię jak autor zmusza mnie do nagłego wkroczenia do jego świata, a ja stoję skonfundowana. Generalnie ja jestem z tych niezbyt lotnych, więc tym bardziej mi to dokucza. Na szczęście opowiadanie jest wystarczająco lekko napisane, abym jakoś przeskoczyła ten wysoki próg wejścia.

 

Wystarczy, że wyjmę szablę i rach ciach – będzie po nim!

A nie “rach-ciach”?

 

 

Powodzenia w konkursie! ;)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanaVallen

Moje klocki to będą zawsze klocki drewniane, bo takie miałam w dzieciństwie i budowanie światów z klocków musi właśnie tak wyglądać :) Swoją drogą, naprawdę byłam ciekawa, jak inni uczestnicy z tym hasłem skonstruują swój klockowy świat.

Nie lubię jak autor zmusza mnie do nagłego wkroczenia do jego świata

No tak, szybkość akcji trochę urwała wprowadzenie i luźne fragmenty.

Rach-ciach poprawiłam. Dzięki!

Hej :)

Naprawdę dobre opowiadanie. Przede wszystkim spodobał mi się klimat, taki z jednej strony dziecięcy, z drugiej – niepokojący. Bardzo ładnie oddajesz emocje postaci, zwłaszcza rzuciło mi się to w oczy na początku. Dokładnie widać ten strach i pośpiech, kiedy budują Pałac Sprawiedliwości. Może rzeczywiście później akcja trochę za szybko pędzi i trochę za łatwo pokonują tego mordercę, ale można to usprawiedliwić tym, że wszystko jest zabawą, wyobraźnią, która właśnie jest taka szalona i szybka.

Spodobało też mi się zakończenie, jest takie niepokojące, w końcu te  zniszczenia są zbyt duże na efekt zabawy dwójki dzieci. W połączeniu z niepokojącym początkiem daje naprawdę ciekawy efekt.

Pozdrawiam :)

Oluta

Miło mi, że opowiadanie się spodobało. Myślę, że, rzeczywiście, pośpieszna akcja może być wadą konstrukcyjną.

Pozdrawiam!

Witam, chalbarczyk.

 

Opko przeczytałem już jakiś czas temu (pewnie z tydzień) i jestem sobie w stanie przypomnieć ze szczegółami. Niszczyciela grasującego na ołowianych żołnierzyków :D oraz Halma, którego nie można zapomnieć nakręcić, bo to może grozić zagładą :)

 

Klika nie potrzebujesz, ale jakbym mógł na pewno byś go miał ode mnie miał .

 

Pozdrawiam.

Pendrive

Dzięki! :)))

Cześć!

 

Cudna wizja zabawy dwójki dzieci, które beztrosko spędzają czas. Pośpiech i niepewność podczas budowania miasta, kreatywne wykorzystanie wszelakiej maści przedmiotów jak budowli. Domek dla lalek, pałac sprawiedliwości… Niezłe. A potem ucieczka przed elektronicznym mordercą w wir zabawy. Ceber Godżilla niszczy miasto a bohaterowie starają się powstrzymać potwora.

Jakbym widział swoje stadko… chociaż tu wizja jest nieco ufantastyczniona, bo bohaterowie się nie pokłócili, nie doszło do rękoczynów ani odwoływania się do “wyższej instancji” ;-) Zbijam się, bardzo przyjemna wizja.

Napisane bardzo ładnie, miejscami wszystko dzieje się szybko, ale to 16k znaków, więc to aż tak nie razi. Jeżeli do czegoś miałbym się przyczepić, to zgrzytnęła mi nieco końcówka. Bo tam wszystko się dzieje już trochę zbyt szybko imho.

Oraz trochę razi to zdanie (zboczenie zawodowe, przepraszam z góry):

Ciśnienie zawyło w tłokach.

Od kiedy ciśnienie wyje? Zmiana ciśnienia, przepływ pary może powodować dźwięk, albo tarcie. Ale musi być jakiś ruch, zmiana. Samo ciśnienie dźwięków nie wydaje.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

krar

Od kiedy ciśnienie wyje?

Literacko wyje, tak myślę. Przecież nie można napisać, że para wodna w tłokach wydała wyjący dźwięk z powodu ciśnienia, gdy morderca właśnie przeładowuje armaty i zaraz wszystkich pośle do krainy wiecznych łowów :)

Cieszę się, że przypadło do gustu, pomimo pewnych skrótów.

Pozdrawiam!

Cześć!

Podobało mi się. Chociaż jednocześnie miałam wrażenie, że to wycięty z całości dalszy fragment książki dla dzieci – ten, gdzie dochodzi do wielkiej, ostatecznej bitwy.

Przedstawiona jednak wizja budowanego przez dzieci miasta ożywającego do życia bardzo mi się podobała.

 

Pozdrawiam!

Ajzan

Miło mi, że przypadło do gustu, mimo pewnego urwania i skrótów.

Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka