- Opowiadanie: mortecius - Przemoczony, stary karton po elektrycznym czajniku marki Macintosh

Przemoczony, stary karton po elektrycznym czajniku marki Macintosh

Z powodu braku czasu broniłem się mocno przed wzięciem udziału w konkursie. Specjalnie nie czytałem wymogów ani opowiadań. Niestety, wczoraj nieopatrznie przeczytałem tekst Finkli i wpadłem.

Szort jest niebetowany.

Moje hasło to Gra w klasy z królem opon w fabryce ram okiennych.

 

Tekst zawiera: wulgaryzmy, płyny ustrojowe, fekalia, tzw. inne czynności seksualne, zamierzone powtórzenia oraz hiperinflację i franki szwajcarskie.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Przemoczony, stary karton po elektrycznym czajniku marki Macintosh

Przez całe swoje życie robiłem wszystko, co mogłem, żeby nie odnieść sukcesu. Każdego dnia marzyłem tylko o jednym: żeby spokojnie wrócić do mojego przemoczonego, starego kartonu po elektrycznym czajniku marki Macintosh, umiejscowionego pod najmniejszym wiaduktem świata w typowym powiatowym mieście zasiedlonym przez gobliny, kurwy i polskich urzędników. Chciałem spokojnie rozsiąść się na centymetrowej szerokości pasku folii, który chronił mnie przed dotkliwym, czterdziestoośmiostopniowym chłodem nagrzanego betonu, wyciągnąć trochę żwiru, który zbierało osiem poprzednich pokoleń mojej rodziny, żebym miał jakiś majątek, po czym chrupać go z przyjemnym chrzęstem moją bezzębną szczęką.

Niestety. Mój spokój był regularnie zakłócany przez tych zasranych, polskich urzędników, którzy z typową dla siebie solidnością przychodzili do mnie co cztery setne sekundy z zasiłkiem w wysokości czterech tryliardów franków szwajcarskich i nawet nie wymagali pokwitowania. Ponieważ nie mogłem spokojnie siedzieć w kartonie z gotówką tego typu, musiałem ciągle wydawać. W tym mieście nikt nie przyjmuje franków szwajcarskich; wszyscy chcą tylko niepewnych walut, takich jak dolar Zimbabwe, dinary jugosłowiańskie czy polskie przedwojenne marki. Największą popularnością cieszą się unikalne i kompletnie bezużyteczne marki Republiki Weimarskiej. One muszą być trzymane w bankach, otoczone strażnikami i poddane ścisłej ochronie. Pamiętam też zamieszanie, jakie zapanowało, kiedy jakiś elf zbłądził do miasta z banknotem o nominale sto trylionów pengő. Zamieszki trwały mniej więcej trzysta tysięcy lat, chociaż zrobiliśmy chwilę przerwy na globalne ocieplenie.

O czym to ja… a tak. Te pierdolone franki szwajcarskie, których nikt nie chce. Muszę dymać po mieście i szukać kantoru, który zgodzi się je przyjąć. W kantorach pracują tylko gobliny, co jest kolejną wielką tragedią. Każdy z nich próbuje mnie oszukać, dokonując wymiany po korzystnym, uczciwym kursie, przez co mam jeszcze więcej pieniędzy i więcej czasu spędzam na wydawaniu. Niestety, w mieście nie ma żadnych sklepów. Są tylko kantory z goblinami, polskie urzędy z polskimi urzędnikami, strzeżony przez strażników bank z markami Republiki Weimarskiej i kurwy. Jedyna opcja, żeby coś wydać, to iść na kurwy. Co gorsza, są to kurwy najgorszego sortu: czyste, zdrowe i miłe. Poza tym nie chcą przyjmować napiwków i lubią obsługiwać klientów. Zgadzają się na wszystko, tylko nie na napiwki. Pamiętam, jak kiedyś wsadziłem jednej cztery kantory w pizdę, a ona tylko stała i się uśmiechała, pytając, czy jeszcze coś może zrobić. Krzyki goblinów powodowały ból mojej głowy, więc poprosiłem, żeby ścisnęła je trochę mięśniami Kegla. Po chwili skończyło im się powietrze, więc się podusiły i przestały drzeć. Przednia zabawa.

Dni mijają mi więc na ucieczkach przed polskimi urzędnikami z zasiłkiem we frankach szwajcarskich, wymianie franków szwajcarskich na dolary Zimbabwe (lub, jeśli mi się poszczęści, jugosłowiańskie dinary) i na wydawaniu dolarów Zimbabwe (lub, jeśli mi się poszczęściło, jugosłowiańskich dinarów) na kurwy. To tak męczące, że kiedy w końcu mogę usiąść na moim mokrym kartonie i zjeść trochę żwiru, to jestem wykończony. Tak bardzo, że nie mam nawet siły myśleć o tym, jaka to męka.

Dzisiaj było o wiele gorzej, niż zwykle. Z samego rana dopadło mnie kilkunastu urzędników, więc zasiłek zajmował powierzchnię mostu nad Sundem, czy też – nazwijmy rzecz po imieniu – wantowego mostu drogowo-kolejowego o długości siedmiu tysięcy ośmiuset czterdziestu pięciu metrów, przebiegającego nad cieśniną Sund, łączącego duńską Kopenhagę ze szwedzkim Malmö. Oczywiście mogło być gorzej. Gdyby ktoś mnie przydybał z tym zasiłkiem, na pewno zostałbym nowym właścicielem wspomnianego mostu. Na to nie mogłem sobie pozwolić.

Rajd po kantorach zajął mi dłużej, niż zwykle. Nikt nie chciał moich drogocennych pieniędzy, a kiedy już wykłóciłem się z goblinami, że muszą mi wymienić te jebane franki, to złośliwie nie naliczyły sobie prowizji. Kiedy już wykończony tymi wojażami szedłem na kurwy, to te powiedziały, że obowiązuje promocja. Ze złości kazałem jednej zjeść całą moją kasę, ale niestety po czterech kilogramach dolarów umarła, więc to nie rozwiązało mojego problemu. Było nie było, musiałem zakasać rękawy, wyciągnąć penisa i zwalić na nią obficie, żeby policja nie posądziła mnie o to, że umarła przez przypadek. Mógłbym za to zyskać kolejny zasiłek, a tego bym nie chciał. Dlatego na wszelki wypadek wyrwałem martwej kurwie dwa zęby, uciąłem mały palec u lewej stopy i zrobiłem makijaż za pomocą jej krwi miesięcznej.

Miałem dość. Wściekła masturbacja nadwyrężyła moje siły, a radosna profanacja zwłok zmęczyła psychicznie. Byłem wrakiem człowieka. To musiało się skończyć.

Następnego dnia wstałem skoro świt. Zerwałem się do spokojnego spaceru, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Na wszelki wypadek trzymałem się za nos i tłukłem kijem o każdy napotkany budynek. To powodowało, że na zupełnie pustej, wyludnionej ulicy wszyscy trzymali się z dala.

W końcu trafiłem na miejsce. To było tu. Fabryka ram okiennych. Moje dziedzictwo. Mój ojciec. Nie wspominałem wcześniej, ale mój ojciec był kobietą, a do tego fabryką ram okiennych. W wyjątkowo bezbolesnej, krwawej i ociekającej PCV oraz gumą akcji porodowej przyszedłem tu na świat. Serdecznie i dozgonnie się z ojcem nienawidziliśmy od tego czasu. Myślę, że zawiniła komunikacja. Mogłem do niego mówić całymi dniami, ale on tylko produkował nowe ramy, wciąż i wciąż. Może nie powinien go za to winić. W końcu był fabryką.

Po drodze zaszedłem po moją matkę. Ona z kolei była królem opon. Jak mówi stare przysłowie, u hydraulika w domu czapka gore, bo nigdy nie zapomina zamknąć własnych drzwi. Z powodu tej życiowej mądrości matka, król opon, nigdy sama nie używała gumek podczas nieprzypadkowego seksu. Czym w ogóle jest przypadkowy seks? Idziesz sobie ulicą, chcesz się wyszczać, więc wyciągasz penisa, a tu nagle nabija się na niego jakaś kobieta, dziecko albo zwierzę? I co wtedy, przepraszasz, czy kończysz sprawę, skoro już zacząłeś? Wariactwo.

W każdym razie, matka szła tuż za mną. Wyglądała jak typowy król opon. Miała na głowie kaszkiet, na twarzy trzydniowy zarost, a w ustach paskudną pojarę. Paliła jednego peta od mezozoiku i czterech minut dwudziestu ośmiu sekund. Ćmił się niemiłosiernie białym dymem, ogłaszając wybór nowego papieża. Roztaczał też wokół siebie paskudną, ostrą woń kwiatów, miodu i soli do kąpieli ze standardowego dyskontu spożywczego o zapachu mięty pieprzowej, którą po koreańsku opisuje się jako 페퍼민트. Miętę, nie sól.

– Zawsze byłeś cnotką, fabryko – mówi moja matka, król opon, do fabryki ram okiennych.

Odpowiada jej cisza.

– Pa to, synek. Ruchasz się z taką raz, macie razem dziecko, a ona nawet nie odpowiada na zaczepki. To jest właśnie miłość. Rozumiesz? Nie wstawianie razem szkła w miękką gumę, nie wzbudzanie rozruchów społecznych, żeby wzrosło zapotrzebowanie na opony do spalenia. Tylko to. Właśnie to. Niemiła, zobowiązująca rozmowa, podczas której jedna ze stron milczy.

Król opon wzdycha.

– Gdybyś tylko sam mógł trafić tak dobrze, jak ja… a nie, tylko zasiłek, kantory i kurwy.

– Mamo, weź się!

– I co ty z tego masz? Co? Nawet nie możesz porządnie namoczyć tego swojego kartonu! A tak! Widziałam go ostatnio, kiedy gdzieś balowałeś. Nadal stoi, tylko trochę przemoknięty i wygnieciony. Zero odpowiedzialności! Kiedyś mieliśmy ideały…

– Mamo – przerywam jej – chodź, zagramy w klasy.

Wyciągam książkę Cortazara, ale moja mama nie rozumie konceptu powieści eksperymentalnych. Poza tym nie umie czytać. Poddaję się i zaczynamy zabawę.

Z braku kredy używamy ram okiennych jako klas. Idzie nam całkiem nieźle, przynajmniej dopóki mój ojciec nie włącza się do zabawy i nie zawala się z hukiem, zabijając nas na miejscu. Śmiejemy się wszyscy serdecznie, ciesząc się z tego rodzinnego czasu. Mój trud skończony – jako trup nie będę dostawać zasiłku. Przez głowę przechodzi mi myśl, że mogłem też zostać upośledzonym dzieckiem bez mózgu, którego matkę ktoś zmusza do porodu, bo każde życie jest cenne. Wtedy to urzędnicy uciekaliby przede mną, a nie ja przed urzędnikami. Ale już za późno. Znalazłem inne rozwiązanie. Razem szukamy w gruzach kaszkietu mojej mamy, króla opon, a także moich jelit i prawej dłoni. Znajdują się w końcu, sczepione razem. Ponieważ to już prawie koniec historii, a nie udało się jeszcze nigdzie wcisnąć fekaliów, to obowiązkowo są umazane gównem. W końcu to jelita, więc jest to nie tylko słuszne, ale też usprawiedliwione. Radośnie się żegnamy, a ja wracam pod wiadukt.

Do żwiru. Do mojego kartonu.

Koniec

Komentarze

Moc bizarro jest w tobie silna. :) Najbardziej popier***ony tekst jaki się w tym konkursie pojawił. Szort powstał na szybko i być może za szybko, stąd lekki bigos się zrobił na koniec, no i w niektórych momentach absurd jest chyba zbyt… absurdalny i przegięty.

Płyny ustrojowe i hiperinflacja to świetne połączenie, a jak jeszcze dodać do tego franki szwajcarskie…:)

Pomysł robi robotę, bardzo ciekawy. Lekki chaos tu i tam można podciągnąć pod konwencję gatunkową, bo nie jest bardzo zauważalny. Dobra robota :)

Aleś dał czadu, zgadzam się z fantomasem, to najbardziej … tekst konkursowy, jaki czytałam :) Aż się trudno wypowiedzieć. Początek wchodził nieźle, zakończenie też, ale przy więzach rodzinnych popłynęłam. Zrobiło się trochę zbyt absurdalnie.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Są fragmenty, które mi się spodobały, ale są też takie, które mnie przerosły.

Nie jestem do końca pewna, co mam o tym opowiadaniu myśleć. 

Witaj, Mortecius!

No to jest bizarro przez wielkie B. Chyba najdziwniejszy i najbardziej pojechany tekst w konkursie. Przede wszystkim absurdalny, ale i zabawny, uśmiechałem się przez niemal cały tekst. Widać, że pisałeś to na szybko, ale ta gwałtowność pomysłów sprawiła, że wyszło z tego prawdziwe dziwactwo. Zgadzam się jednak z Irką, te więzy rodzinny trochę mi zgrzytnęły. Jednak nie zniszczył zabawy ;)

Choć hasło miałeś trudne, moim zdaniem wyszło bardzo dobrze!

Pozdrawiam, ode mnie będzie klik.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Co ja tu będę się rozpisywać, morteciusie. Toż to była wyborna lektura! Ilość literackich i fabularnych nagłych zwrotów i salt nie tylko nie przyprawiła o ból głowy, ale zapewniła rozrywkę jak na zwariowanej kolejce górskiej. Prawie za każdym zdaniem zaskakiwałeś mnie na nowo, czuję, że mam gruntownie odświeżony umysł i bardzo mi się to odczucie podoba. ;) Było absurdalnie ponad skalę, a przy tym uniknąłeś zupełnego chaosu bez ładu i składu. Nic, tylko pogratulować sposobu rozwinięcia konkursowego hasła.

Usatysfakcjonowana tym czytelniczym doznaniem, czym prędzej udaję się do klikarni.

I jam to zainspirowała?! Nie może to być! Ale się cieszę.

Chyba wszystko zrobiłeś na odwyrtkę. Dziki absurd, dużo pieprzenia, obowiązkowe fekalia zaliczone. Dystopia, w której nie wiadomo, co zrobić z frankami szwajcarskimi, zaiste wygląda straszliwie. A tu jeszcze wredne gobliny i urzędnicy przebrani za wisienkę na torcie.

Babska logika rządzi!

Zdecydowanie fajne, morteciusie (-uszu)! XD

Skojarzeń i odwyrtki –  skolko ugodno. Podepnę się pod Silvę, opko lasuje mózg w sensie pozytywnym. ;-)

Gdyby na poważnie, trza byłoby trochę obciosać.

 

Edytka: Zapomniałam napisać, że skarżę do biblio.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dobre, chyba najlepsze co czytałem do tej pory w konkursie (imponuje też prędkość powstania). Eh, miałem nie zdążyć przed deadlinem, ale może jednak przysiądę.

Nie mam zbyt dużego doświadczenia z bizarro, więc prawdopodobnie rozumiesz, jak dziwny jest dla mnie ten szort. Ale uważam, że absurd w twoim tekście jest jego najsilniejszą stroną. Naprawdę, nie spodziewałem się, że kilkukrotnie parsknę śmiechem w trakcie czytania. Podobała mi się też narracja brzmiąca jak internetowa pasta.

Niestety pozostałe elementy nie są tak dobre.

Po pierwsze i najważniejsze: tutaj nie ma fabuły! To jest opis codziennego życia głównego bohatera z wepchniętym na siłę na koniec hasłem konkursu (”gra w klasy z królem opon w fabryce ram okiennych”). Brak tutaj linii wydarzeń, czegokolwiek świadczącego, że mamy do czynienia z przygotowaną fabułą zmierzającą do satysfakcjonującego finału.

Warsztat trudno mi ocenić przez specyficzność Twojego tekstu. Natknąłem się, co prawda na trochę powtórzeń, ale mogą one być zamierzone (Tekst zawiera: wulgaryzmy, płyny ustrojowe, fekalia, tzw. inne czynności seksualne, zamierzone powtórzenia oraz hiperinflację i franki szwajcarskie.). Mam jednak wrażenie, że część z tych powtórzeń można było uniknąć, nie wpływając na zabawność tekstu.

Pozdrawiam

'Cause nothin' lasts forever even cold november rain

Na start przepraszam, że odpowiadam dopiero teraz – po prostu po rzuceniu tekstu nie miałem możliwości sprawdzania forum.

Bardzo dziękuję wszystkim czytającym – tym, którym się podobało, tym, którym się nie podobało i tym, którzy nie wiedzą, co o tym myśleć. Nie spodziewałem się takiego odzewu i bardzo mi miło, że aż tyle osób tak szybko zechciało pochylić się nad moim tekstem :)

 

@fanthomas

Moc bizarro jest w tobie silna. :) Najbardziej popier***ony tekst jaki się w tym konkursie pojawił. Szort powstał na szybko i być może za szybko, stąd lekki bigos się zrobił na koniec, no i w niektórych momentach absurd jest chyba zbyt… absurdalny i przegięty.

Dzięki! Trochę żałuję, że to mój tekst najbardziej powyginany – liczyłem na to, że w przyszłym tygodniu podczas czytania cudzych zapadnę się w otchłań szaleństwa. Szort pisałem szybko i wrzuciłem na szybko, bo jeszcze wczoraj żyłem w przeświadczeniu, że do komputera dzisiaj i jutro siądę tylko na zlecenia z kończącymi się deadline’ami. Co do absurdu to ja z kolei czułem, że miejscami jest go nieco za mało, ale nie chciałem go udziwniać na siłę :)

 

@maXrok

Płyny ustrojowe i hiperinflacja to świetne połączenie, a jak jeszcze dodać do tego franki szwajcarskie…:)

Jestem wyjątkowo zadowolony z tego połączenia. Cieszę się, że przypadło do gustu ;)

Pomysł robi robotę, bardzo ciekawy. Lekki chaos tu i tam można podciągnąć pod konwencję gatunkową, bo nie jest bardzo zauważalny. Dobra robota :)

Dzięki!

 

@Irka_Luz

Aleś dał czadu, zgadzam się z fantomasem, to najbardziej … tekst konkursowy, jaki czytałam :) Aż się trudno wypowiedzieć.

Dzięki!

Początek wchodził nieźle, zakończenie też, ale przy więzach rodzinnych popłynęłam. Zrobiło się trochę zbyt absurdalnie.

Najwyraźniej nie poznałaś jeszcze mojej własnej rodziny ;)

 

@SaraWinter

Są fragmenty, które mi się spodobały, ale są też takie, które mnie przerosły.

Nie jestem do końca pewna, co mam o tym opowiadaniu myśleć. 

Mimo wszystko dziękuję! Widziałem, że też wrzuciłaś swój tekst – chętnie przeczytam w przyszłym tygodniu ;)

 

Dobra, dalej

@DanielKurowski1, Anet, Silva i Asylum – bardzo się cieszę, że tekst przypadł do gustu ;)

 

@Finkla:

I jam to zainspirowała?! Nie może to być! Ale się cieszę.

Zgadza się – przeczytałem Twój szort i poczułem zew krwi ;)

Chyba wszystko zrobiłeś na odwyrtkę.

W sensie: na pałę, przypadkowo?

Dziki absurd, dużo pieprzenia, obowiązkowe fekalia zaliczone. Dystopia, w której nie wiadomo, co zrobić z frankami szwajcarskimi, zaiste wygląda straszliwie. A tu jeszcze wredne gobliny i urzędnicy przebrani za wisienkę na torcie.

Uznam to za komplement ;)

 

@leniwy2:

Dobre, chyba najlepsze co czytałem do tej pory w konkursie (imponuje też prędkość powstania). Eh, miałem nie zdążyć przed deadlinem, ale może jednak przysiądę.

Dzięki! Mam nadzieję, że zdążysz i zawstydzisz mnie ilością groteski w swoim tekście ;)

 

@Simeone:

Nie mam zbyt dużego doświadczenia z bizarro, więc prawdopodobnie rozumiesz, jak dziwny jest dla mnie ten szort. Ale uważam, że absurd w twoim tekście jest jego najsilniejszą stroną. Naprawdę, nie spodziewałem się, że kilkukrotnie parsknę śmiechem w trakcie czytania. Podobała mi się też narracja brzmiąca jak internetowa pasta.

Dzięki!

Niestety pozostałe elementy nie są tak dobre.

Po pierwsze i najważniejsze: tutaj nie ma fabuły! To jest opis codziennego życia głównego bohatera z wepchniętym na siłę na koniec hasłem konkursu (”gra w klasy z królem opon w fabryce ram okiennych”).

Przykro mi, że odniosłeś takie wrażenie. Szczerze powiedziawszy, wyszedłem od tego pomysłu i specjalnie nawiązałem do niego na sam koniec :)

Brak tutaj linii wydarzeń, czegokolwiek świadczącego, że mamy do czynienia z przygotowaną fabułą zmierzającą do satysfakcjonującego finału.

Nie oszukujmy się, że siedziałem dwa tygodnie nad planem i konspektem wydarzeń, ale zanim przystąpiłem do pisania miałem mniej-więcej przemyślane poszczególne elementy. Typu: dobra, piszę o facecie, którego ojcem jest kobieta będąca fabryką ram okiennych, a matką król opon. W trakcie gry w klasy giną, przez co problemy bohatera/narratora z zasiłkiem się kończą. I tak dalej.

Warsztat trudno mi ocenić przez specyficzność Twojego tekstu. Natknąłem się, co prawda na trochę powtórzeń, ale mogą one być zamierzone (Tekst zawiera: wulgaryzmy, płyny ustrojowe, fekalia, tzw. inne czynności seksualne, zamierzone powtórzenia oraz hiperinflację i franki szwajcarskie.). Mam jednak wrażenie, że część z tych powtórzeń można było uniknąć, nie wpływając na zabawność tekstu.

Jestem przekonany, że część powtórzeń nie jest świadomym zabiegiem i można je poprawić. Rzecz jasna nie przyznam się teraz, które ;) Część wsadzałem jednak specjalnie, co na wszelki wypadek zaznaczyłem we wstępie.

W ogóle myślałem też o zrobieniu z tego szorta takiego strzału typu wspominana “Gra w klasy” Cortazara, ale na to zdecydowanie potrzebowałbym więcej czasu.

Pozdrawiam

Ja również!

W sensie: na pałę, przypadkowo?

W sensie odwrotnie niż ja. ;-)

Babska logika rządzi!

Chyba trochę uciekł mi geniusz tego tworu. Nie wiem, jakie są wymagania konkursu, ale tekst wydaje mi się całkiem bez sensu. Zgaduję, że to był cel tylko… po co?

cześć mortecius,

a mi nie uciekł geniusz tego utworu:-)

tekst jest świetny, jeden z najbardziej bizarrowych jakie czytałam:-) absurdalny absurd wręcz się z niego wylewa, do tego humor, wulgarności, seks, no i fekalia na sam koniec, no bo bez tego czułabym niedosyt;-) 

Tekst jest przepełniony absurdem, mimo to czyta się bardzo płynnie. Nie wiem, który fragment podoba mi się najbardziej, chyba ten:

Miałem dość. Wściekła masturbacja nadwyrężyła moje siły, a radosna profanacja zwłok zmęczyła psychicznie. Byłem wrakiem człowieka.

Fakt, popłynąłeś w końcówce, ojciec, matka, Cortazar, jelita no i bohater całej opowieści, czyli karton:-) ale przecież o to chodzi:-)

pozdrawiam, polecam do biblioteki

powodzenia w konkursie:-) 

napisz coś jeszcze kiedyś, chętnie przeczytam:-)

Rzeczywiście to jest najbardziej pojechany i przeorany absurdem tekst jaki się pojawił w tym konkursie. Podobało mi się, chociaż ta końcówka odwołująca się do ustawy antyaborcyjnej wydała mi się trochę na siłę wciśnięta.

Kilka razy szczerze się zaśmiałem, co nie jest łatwe do osiągnięcia o czwartej nad ranem, kiedy jestem w pracy ;)

Dobry szort – nic więcej mądrego nie jestem w stanie dodać :D

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

@Finkla:

W sensie odwrotnie niż ja. ;-)

A, wszystko jasne. Ładne słowo, zapamiętam ;)

 

@Abaddon:

Chyba trochę uciekł mi geniusz tego tworu. Nie wiem, jakie są wymagania konkursu, ale tekst wydaje mi się całkiem bez sensu. Zgaduję, że to był cel tylko… po co?

W porządku, rozumiem, nie siadło. Aczkolwiek wydaje mi się, że sprawdzenie wymagań konkursu to w porywach kilka minut ;)

 

@Olciatka:

Piękne dzięki! Na pewno popełnię coś jeszcze bizarro, a jeśli chodzi o inne teksty – jeden wisi od piątku w poczekalni. Co prawda to kompletnie inny klimat, ale zapraszam do czytania ;)

 

@Outa Sewer:

Dziękuję, że wpadłeś! Ten tekst o trzeciej nad ranem chyba nabrał dodatkowego, psychodelicznego koloru. Przynajmniej mam taką nadzieję ;) Końcówka o ustawie wyszła mi w sumie dość płynnie, chciałem lekko zaznaczyć obecność absurdu w naszej codzienności. Cieszę się, że się podobało!

Bardzo fajny absurd ci wychodzi w tym tekście, niby osiągany prostymi środkami “świata na opak”, ale efektownie i zaskakująco. Generalnie czytając, nie miałam bladego pojęcia, czego mogę się spodziewać w następnej linijce, a w tej konwencji to wielka zaleta.

Mortecjusz, aleś teraz zadał szyku! :D Każde zdanie Twojego opowiadania jest nasycone absurdem i humorem do tego stopnia, że lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. Jest chyba wszystko, z czego w tym kraju nie można w żadną stronę i pod żadnym pozorem żartować: franki szwajcarskie, urzędnicy, aborcja, zasiłki… 

Jestem oczarowany tekstem. Mam nadzieję, że zajmie wysokie miejsce w konkursie, a jurorzy obsypią Cię markami z Republiki Weimerskiej!

Joł!

@ninedin

Bardzo fajny absurd ci wychodzi w tym tekście, niby osiągany prostymi środkami “świata na opak”, ale efektownie i zaskakująco. Generalnie czytając, nie miałam bladego pojęcia, czego mogę się spodziewać w następnej linijce, a w tej konwencji to wielka zaleta.

Pięknie dziękuję! Właśnie taki efekt chciałem uzyskać :)

 

@AmonRa

Mortecjusz, aleś teraz zadał szyku! :D Każde zdanie Twojego opowiadania jest nasycone absurdem i humorem do tego stopnia, że lektura sprawiła mi ogromną przyjemność. Jest chyba wszystko, z czego w tym kraju nie można w żadną stronę i pod żadnym pozorem żartować: franki szwajcarskie, urzędnicy, aborcja, zasiłki… 

Jestem oczarowany tekstem. Mam nadzieję, że zajmie wysokie miejsce w konkursie, a jurorzy obsypią Cię markami z Republiki Weimerskiej!

Joł!

Dzięki ziom! Aczkolwiek nie zgodzę się z tym, że jest wszystko. Nie ma np. cebuli, Cedynii, papieża i bigosu :P

Co do marek, to oby nie! Obawiałbym się o życie codziennie, a w niedzielę to nawet dwa razy.

Witaj.

Teraz doskonale rozumiem, czemu miałam całkiem inne (czyli – błędne) pojęcie bizarro. :) Tak, to jest bez wątpienia taki właśnie, klasyczny tekst, czytam go oszołomiona i jednocześnie mile zaskoczona.

Masz bardzo dobry kontakt z czytelnikiem, dbasz o szczegóły i dopowiedzenia tam, gdzie można by się pogubić i gdzie są one absolutnie konieczne. 

Gratuluję nieograniczonej wyobraźni oraz wybitnego humoru. 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Bardzo dobry tekst, mortecius, ale dla mnie zbyt absurdalny. Gdyby był dłuższy, wymiękłabym. Mimo to gratulacje, bo to kawał dobrej bizarrowej roboty, a hasło miałeś trudne.

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

@LanaVallen i @bruce, dziękuję za odwiedziny i komentarze ;)

@bruce:

Gratuluję nieograniczonej wyobraźni oraz wybitnego humoru. 

Obawiam się, że żadna z tych pochwał nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości :P

 

@LanaVallen:

hasło miałeś trudne.

Wydaje mi się, że były o wiele trudniejsze, po przeczytaniu listy to od razu “kliknęło” mi w głowie ;)

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio zetknąłem się z tekstem, którego autor zdołałby tak radykalnie wywrócić na nice wszelkie aspekty porządku społecznego i praw natury. Oczywiście, odbyło się to kosztem reszty zawartości fabularnej i merytorycznej, ale wciąż warto się zastanowić nad tym, co wspólnego z nami pozostało bohaterom i czy zawiera się w tym jakaś ogólnoludzka prawda. Nie twierdzę, że mam tutaj gotową odpowiedź, ale byłby to pewien kierunek rozważań interpretacyjnych. Poza tym każdemu chyba czasem przychodzi na myśl, że prościej i ogółem lepiej byłoby zostać upośledzonym dzieckiem bez mózgu, przed którym uciekają urzędnicy. A także:

Na wszelki wypadek trzymałem się za nos i tłukłem kijem o każdy napotkany budynek. To powodowało, że na zupełnie pustej, wyludnionej ulicy wszyscy trzymali się z dala.

Muszę kiedyś wypróbować tę metodę.

Przy okazji, gratuluję wysokiego miejsca w konkursie!

Bardzo dobre, zwłaszcza spodobała mi się „gra w klasy”. Ona dla mnie zrobiła to opko. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

mortecius

Obawiam się, że żadna z tych pochwał nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości :P

Skromność cechuje tylko Największych. :)

Pecunia non olet

@Ślimak Zagłady:

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio zetknąłem się z tekstem, którego autor zdołałby tak radykalnie wywrócić na nice wszelkie aspekty porządku społecznego i praw natury. Oczywiście, odbyło się to kosztem reszty zawartości fabularnej i merytorycznej, ale wciąż warto się zastanowić nad tym, co wspólnego z nami pozostało bohaterom i czy zawiera się w tym jakaś ogólnoludzka prawda. Nie twierdzę, że mam tutaj gotową odpowiedź, ale byłby to pewien kierunek rozważań interpretacyjnych. Poza tym każdemu chyba czasem przychodzi na myśl, że prościej i ogółem lepiej byłoby zostać upośledzonym dzieckiem bez mózgu, przed którym uciekają urzędnicy. A także:

Dzięki piękne, cieszę się, że zechciałeś aż tak głęboko w to wchodzić ;)

Na wszelki wypadek trzymałem się za nos i tłukłem kijem o każdy napotkany budynek. To powodowało, że na zupełnie pustej, wyludnionej ulicy wszyscy trzymali się z dala.

Muszę kiedyś wypróbować tę metodę.

Najlepiej działa w większych ośrodkach miejskich.

Przy okazji, gratuluję wysokiego miejsca w konkursie!

Ponownie dziękuję!

 

@Asylum:

Bardzo dobre, zwłaszcza spodobała mi się „gra w klasy”. Ona dla mnie zrobiła to opko. :-)

Fajnie, że siadło ;)

 

@bruce, mam wrażenie że po tym komentarzu już się nie wywinę, więc nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie podziękować (i niechętnie zdementować ową “skromność” :P).

Cześć!

Ho ho ho, ale jazda! Krótko, zwariowanie, absurdalnie, a i o wiele tematów udało się zahaczyć. Ciekawy podział społeczeństwa ;-) Mocno wykręcona, odwrócona wizja.

Miejscami jak dla mnie wiatr wyobraźni wieje zbyt mocno, ale dzięki temu tekst jest krótki. Byłem bardzo ciekawy, co pod tym hasłem znajdę. Poszedłeś w kanonadę absurdu, i wyszło nieźle.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

mortecius

 

@bruce, mam wrażenie że po tym komentarzu już się nie wywinę, więc nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie podziękować (i niechętnie zdementować ową “skromność” :P).

 

:D

Pecunia non olet

Dzięki, @krar85! Również pozdrawiam! :)

Zdecydowałeś się na ryzykowny krok, praktycznie rezygnując z dialogów i skupiając się na narracji. Ale pomysł się obronił. Mnóstwo absurdu, balansowania na krawędzi. Lekka historia, którą szybko się czytało. Jestem ciekawa, jakie opowiadania napiszesz na inne konkursy.

Absurd w stężeniu maksymalnym, brak jasnej fabuły i widocznego na pierwszy rzut oka sensu, na sam koniec element opowieści w opowieści – czyli w 200% to o co chodzi w bizarro (chyba, bo nie jestem fachowcem). Pewne obsceniczne elementy trochę mi nie pasują i burzą nastrój, który jednak odbieram pokrętnie jako dość lekki laugh Przeczytałem jednak z przyjemnością.

@ANDO@rprz, dzięki za czytanie!

@ANDO:

Jestem ciekawa, jakie opowiadania napiszesz na inne konkursy.

Ja sam jestem ciekawy ;) Miejmy nadzieję, że nie rozczaruję.

 

@rprz:

Pewne obsceniczne elementy trochę mi nie pasują i burzą nastrój

Wydaje mi się, że przy tym poziomie obsceny (w sensie, przy takim przegięciu) pewne elementy tracą swój obsceniczny charakter z uwagi na absurd. Mam wrażenie, że czujesz podobnie, skoro nastrój sam opisujesz jako dość lekki ;)

No, jak na bizarrowy rzut na taśmę bardzo to zacne :)

http://altronapoleone.home.blog

Dzięki,@drakaina! Za jakiś czas pewnie napiszę coś innego bizarro, mam nadzieję, że bez konkursowej otoczki i rzutów na taśmę również dam radę zrobić coś przyswajalnego ;)

Nowa Fantastyka