- Opowiadanie: SaraWinter - Nie płacz, bekso!

Nie płacz, bekso!

Chyba bi­zar­ro. ;) Ponoć hor­ror. :D

 

Be­to­wa­li: Asy­lum, oidrin, jap­kie­wicz, ANDO, Śli­mak Za­gła­dy.

Oraz Bailout ¯\_(ツ)_/¯ 

(人 •͈ᴗ•͈)

 

Dzię­ku­ję! 

 

Hasło kon­kur­so­we: od­śnie­żar­ka mia­sta łez

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nie płacz, bekso!

Las gęst­niał, jakby za­pa­dał się do środ­ka. Dzi­siej­sze spa­ghet­ti bo­lo­gne­se krę­ci­ło mi się w brzu­chu. GPS prze­stał dzia­łać, te­le­fon zgu­bił za­sięg.

– Honey, przy­znaj, że za­błą­dzi­li­śmy! – Lola pisz­cza­ła na sie­dze­niu pa­sa­że­ra, gry­ząc pię­ści.

– Ucisz się, ko­bie­to! – Na­praw­dę sta­ra­łem się być dla niej miły. – Twoje jęki nie po­mo­gą mi sku­pić się na dro­dze.

To miał być zwy­kły, kil­ku­dnio­wy wypad. Lola upar­ła się, żebym w końcu po­znał jej ro­dzi­ców. Po co mnie tam cią­gnę­ła, skoro sama nie pa­ła­ła do nich mi­ło­ścią? Nie wiem. Zgo­dzi­łem się, bo cho­ciaż czę­sto mnie iry­to­wa­ła, to go­to­wa­ła świet­nie, nigdy nie na­rze­ka­ła na ból głowy i była wier­na jak pies. Mógł­bym ją pro­wa­dzać na smy­czy. Poza tym chcia­łem spo­ko­ju i tyle. Ale teraz, w ciem­nym lesie, mój sto­ic­ki spo­kój ulot­nił się jak eter z otwar­te­go na­czy­nia. Lola sie­dzia­ła wbita w fotel. Z jej drob­nej piąst­ki cie­kła krew.

 

Pro­wa­dzi­łem rzę­żą­cą furę przez ciem­no­ści. Już przed wy­jaz­dem przy­glą­da­łem się mapie. Pa­mięć wzro­ko­wa pod­po­wia­da­ła, że zaraz po­win­ni­śmy wje­chać do tu­ne­lu, a tam mu­sia­ły być ja­kieś świa­tła. Może wtedy ta mała prze­sta­nie trząść szor­ta­mi i w końcu się za­mknie – po­my­śla­łem.

Tunel, za­iste, po­ja­wił się. Lampy przy­twier­dzo­ne do żel­be­to­wych ścian tliły się ostrym, czer­wo­nym świa­tłem, które ledwo oświe­tla­ło nam drogę. Ra­czej pa­trzy­ło na nas gniew­nie, jak Dzierz­ba w Gro­bow­cach Czasu. Wska­zów­ka pręd­ko­ścio­mie­rza unio­sła się gwał­tow­nie. Po chwi­li hy­pe­rioń­skie ru­bi­ny zni­kły, a w ich miej­sce po­ja­wi­ły się smugi świa­teł, by­naj­mniej nie z po­wo­du pręd­ko­ści, z jaką je­cha­li­śmy. Mia­łem wra­że­nie, że to świa­tło nas goni, smugi roz­cią­ga­ją się i pró­bu­ją mgli­sty­mi mac­ka­mi zła­pać sta­re­go rzę­cha, wyjąć nas ze środ­ka i po­słać z po­wro­tem do jądra ciem­no­ści.

Je­cha­li­śmy sa­mot­nie. Ni­ko­go nie mi­ja­li­śmy, nikt nas nie wy­prze­dzał, mimo że w week­en­dy droga ta była gęsto uczęsz­cza­na przez no­wo­bo­gac­kich tu­ry­stów ze sto­li­cy. Nigdy nie bałem się tu­ne­li i mroku, ale ta leśna ciem­ność za nami i łuny wokół przy­pra­wia­ły mnie o gęsią skór­kę.

– Dupa! Dupa! Dupa! – Ude­rza­łem otwar­tą dło­nią w kie­row­ni­cę.

Pip! Pip! Lolka aż pod­sko­czy­ła na dźwięk klak­so­nu. Po chwi­li zwy­mio­to­wa­ła na sa­mo­cho­do­wy dy­wa­nik.

Smród spa­ghet­ti bo­lo­gne­se i kwasu żo­łąd­ko­we­go roz­prze­strze­nił się po sa­mo­cho­dzie.

– Otwórz okno, bo zgni­ję – po­wie­dzia­łem.

Lola jedną ręką krę­cąc korb­ką, drugą za­sła­nia­jąc usta, opuszczała szybę. W tym mo­men­cie do sa­mo­cho­du wle­cia­ło coś gor­sze­go niż smród nie­stra­wio­ne­go do resz­ty mie­lo­ne­go mięsa – mróz.

Nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, gdyby nie fakt, że trwa­ło lato. Onie­mia­łem, do­strze­gł­szy po­ra­sta­ją­cą szro­nem przed­nią szybę, która za­czę­ła przy­po­mi­nać wiel­ką szal­kę Pe­trie­go, na któ­rej roz­mna­ża­ły się kol­cza­ste grzy­by. Wi­docz­ność ma­la­ła. Schy­li­łem się, by wi­dzieć as­falt.

– Za­mknij to okno, kre­tyn­ko! – roz­ka­za­łem Loli.

Włą­czy­łem na­wiew, jed­nak po­wie­trze re­su­bli­mo­wa­ło zanim zdą­ży­ło do­trzeć do szyby. Lo­do­wa­te cząst­ki spa­da­ły mi na ręce i jak suchy lód w styku ze skórą spra­wia­ły ból do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cy po­pa­rze­nie.

– Jezu, co się dzie­je? – Sta­ra­łem się utrzy­mać dło­nie na kie­row­ni­cy. – Ała! Weź to ze mnie! Lola, wy­łącz na­wiew!

Nie zwra­ca­łem już uwagi na jęki i pła­cze dziew­czy­ny, cho­ciaż ton jej głosu spra­wiał, że nie mo­głem się sku­pić. Ważne, że ro­bi­ła, co ka­za­łem. Sta­ra­łem się opa­no­wać sy­tu­ację i wy­do­stać nas z tu­ne­lu. W gór­nym lu­ster­ku zo­ba­czy­łem zbli­ża­ją­ce się świa­tła. Ich macki oplo­tły tylne koła. Wdu­si­łem pedał gazu.

– Aaaa! – Lolka krzy­cza­ła przez łzy.

– Aaaa! Za­mknij mordę! – Uci­sza­łem ją, z nogą na pe­da­le. Z mo­je­go gar­dła rów­nież wy­do­by­wał się krzyk.

Wy­cie­racz­ki uru­cho­mi­ły się same, lecz nie miały szans z mroź­ny­mi grzy­ba­mi na szy­bie. Z po­wo­du świe­tli­stych macek mój stary rzęch roz­cią­gał się jak ser na dzi­siej­szym obie­dzie.

– Dupa! Dupa! DUPA! – dar­łem się.

Pip! Pip! Znów ten głupi klak­son.

Rzęch rzę­ził prze­raź­li­wie. Lola pła­ka­ła, krzy­cza­ła i znowu zwy­mio­to­wa­ła, tym razem na deskę roz­dziel­czą, w któ­rej kwas wy­pa­lił ślady.

– Jezu, ko­bie­to, coś ty jesz­cze jadła? – zdą­ży­łem za­py­tać z nie­sma­kiem, zanim auto roz­pa­dło się na pół, a jego przed­nia część ude­rzy­ła w coś i za­trzy­ma­ła się tuż u wy­lo­tu tu­ne­lu. Ode­tchną­łem z ulgą.

Otwo­rzy­łem drzwi kop­nia­kiem, po czym wy­sko­czy­łem na drogę. Mój go­rą­cy wy­dech kłębuszkował na zim­nym po­wie­trzu. Ob­ró­ci­łem się w stro­nę tu­ne­lu.

– Jezu! – po­wie­dzia­łem, uj­rzaw­szy kopię gar­gul­ca z No­tre-Da­me w wer­sji maks. – Wy­rzy­ga­ło nas!

 

Maska rzę­cha zwi­nę­ła się w har­mo­nij­kę w wy­ni­ku gwał­tow­ne­go zde­rze­nia z tyłem po­kry­te­go rdzą fiata. Macki tu­ne­lo­wych świa­teł, wcze­śniej żądne mordu, teraz były zbyt nie­śmia­łe, by wyjść z ukry­cia. Do­słow­nie za­gra­łem im na nosie.

Lola stur­la­ła się z sie­dze­nia i przy­czoł­ga­ła do mnie. Śmier­dzia­ła kwa­sem i sosem bo­loń­skim. Z jej ust ka­pa­ła ślina.

– Tu gdzieś po­win­na być rzeka – po­wie­dzia­łem, my­śląc o tym, by jak naj­szyb­ciej Lolkę wy­ką­pać.

– Co się stało? Gdzie my je­ste­śmy? – spy­ta­ła, prze­cie­ra­jąc opuch­nię­te od łez i prze­krwio­ne od kwa­śnych opa­rów oczy.

– Kurde, Lolka, nie wiem. Chodź!

Po­sta­wi­łem dziew­czy­nę na nogi, chwy­ci­łem jej lepką dłoń i po­cią­gną­łem za sobą.

Szli­śmy wzdłuż wra­ków  prze­po­ło­wio­nych aut. Przez jakiś ki­lo­metr drogę oświe­tla­ły nam mru­ga­ją­ce re­flek­to­ry oraz jasne gwiaz­dy, które wy­glą­da­ły jak za­wie­szo­ne na ni­skim skle­pie­niu cho­in­ko­we lamp­ki led. Te­le­fon nadal nie miał za­się­gu.

– Gdzie my je­ste­śmy? – szep­ta­łem do sie­bie z każ­dym kro­kiem, sta­ra­jąc przy­po­mnieć sobie ob­ra­zy z Mapy Gie, lecz nie roz­po­zna­wa­łem ni­cze­go.

Re­kla­my na ekra­nach aku­stycz­nych przed­sta­wia­ły sceny z mar­nie pod­ro­bio­nych ob­ra­zów Bo­scha, a kil­ka­dzie­siąt me­trów dalej wi­sia­ły już tylko ide­al­nie białe lub ide­al­nie czar­ne płót­na.

– Honey, może wra­caj­my, co? – Lola cią­gnę­ła mnie za rękaw. – Honey, ja się boję! – Usia­dła na po­bo­czu, pła­cząc jak dziec­ko, któ­re­mu za­bra­no za­baw­kę.

Zo­sta­wi­łem ją tam.

Do­bie­gła do mnie kilka minut póź­niej, kiedy sta­łem wpa­trzo­ny w szarą ta­bli­cę z na­pi­sem Witaj w Mie­ście Łez!

 

***

 

Szli­śmy dalej, w głąb mia­sta. Mój ze­ga­rek po­ka­zy­wał noc. Lola smar­ka­ła w rękaw cien­kie­go swe­tra. Z jej ust wy­do­by­wa­ły się kłęby kwa­śne­go dymu. Smro­dek cią­gnął się za nią jak odór bez­dom­ne­go w po­znań­skim tram­wa­ju. Za­ci­sną­łem nos pal­ca­mi, ale moje noz­drza prze­sią­kły fe­to­rem Loli. Rzeka – po­my­śla­łem, roz­glą­da­jąc się na boki. – Tu gdzieś musi być rzeka. Jak tylko ją znaj­dę, to Lolkę uto­pię!

Rzeki ni­g­dzie nie było. Ekran aku­stycz­ny prze­kształ­cił się w ży­wo­płot, lamp­ki led przy­cze­pio­ne do skle­pie­nia zni­kły, a w ich miej­scu po­ja­wi­ły się cięż­kie chmu­ry prze­świe­tla­ne przez roz­sz­cze­pio­ne w wil­got­nym po­wie­trzu  świa­tło księ­ży­ca.

– Honey, dla­cze­go ty je­steś czar­no-bia­ły? – Lolka za­py­ta­ła nagle.

– Co? Chyba kwas ci wy­żarł mózg – skwi­to­wa­łem, nawet na nią nie spoj­rzaw­szy.

Szli­śmy dalej. Zdą­ży­łem już nawet za­po­mnieć o po­szu­ki­wa­niach rzeki, któ­rej nie­ru­cho­ma po­wierzch­nia wy­ło­ni­ła się zza ni­skich krze­wów. Woda była biała, a pia­sek szary, tak samo jak ni­skie bloki po dru­giej stro­nie.

Prze­cież w nocy wszyst­ko jest takie – po­my­śla­łem, bijąc się otwar­tą dło­nią w czoło.

– Lolka, chodź. Mu­si­my cię gdzieś wy­ką­pać. Strasz­nie śmier­dzisz, wiesz?

Boże, jak tę dziew­czy­nę łatwo było zra­nić do ży­we­go.

Jej płacz niósł się mię­dzy do­ma­mi z pa­pie­ru. Mia­sto było puste. Błą­ka­li­śmy się, szu­ka­jąc ja­kie­goś ho­te­lu, po­ste­run­ku po­li­cji, szpi­ta­la, cze­go­kol­wiek, gdzie ktoś po­wie­dział­by nam, co to za miej­sce i jak się stąd wy­do­stać. Cze­goś, gdzie Lola mo­gła­by się umyć. Ale wokół stały tylko wy­so­kie miesz­kal­ne pudła po pa­ra­pe­ty za­sy­pa­ne drob­nym… pia­skiem? Trud­no było okre­ślić bez­barw­ne dro­bin­ki. A i mróz, który do­ku­czał nam w tu­ne­lu, nie drę­czył nas już wię­cej.

– Ha­lo­oo! Ha­lo­oo! – Lolka wo­ła­ła w stro­nę wy­cię­tych okien.

W jed­nym z kar­to­no­wych blo­ków do­strze­głem kogoś za szybą. Biała, roz­wał­ko­wa­na jak cia­sto na pie­ro­gi twarz, z któ­rej wy­ra­sta­ły oczy przy­po­mi­na­ją­ce żuki. Ktoś na nas pa­trzył zza fo­lio­wej za­sło­ny. Kiedy Lolka po­ma­cha­ła w kie­run­ku po­sta­ci, ta na­tych­miast scho­wa­ła się.

– Chyba nas tu nie lubią. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Wy­ją­łem te­le­fon z kie­sze­ni i usi­ło­wa­łem zła­pać za­sięg. Bez­sku­tecz­nie. Do­pie­ro po chwi­li uzmy­sło­wi­łem sobie, że ekran mo­je­go smart­fo­na jest czar­no-bia­ły. Ga­le­ria zdjęć też taka była. Od­wró­ci­łem się za sie­bie, by le­piej przyj­rzeć się mojej dziew­czy­nie.

– O w dupę, Lolka. Ty też je­steś czar­no-bia­ła!

Spoj­rza­ła na mnie zdzi­wio­na.

– No prze­cież mó­wi­łam, głu­po­lu.

 

***

 

Błą­dzi­li­śmy po mie­ście jesz­cze kilka go­dzin. Nie­ustan­nie pró­bo­wa­łem na­wią­zać kon­takt ze świa­tem. Nad ranem ba­te­ria w te­le­fo­nie padła. Lolka cho­dzi­ła za mną, cza­sem nawet na czwo­ra­kach jak bez­pań­ski pies. Gdyby tak w domu lu­bi­ła padać na ko­la­na – roz­ma­rzy­łem się.

Tego, że na­stał dzień, mu­sia­łem się do­my­ślić. Niebo przy­bra­ło od­cie­nie przy­pró­szo­nej sadzą bieli, a lu­dzie z domów z kar­to­nu wy­szli na ulice.

Z na­dzie­ją pod­bie­głem do pierw­sze­go na­po­tka­ne­go prze­chod­nia.

– Prze­pra­szam! – Po­kle­pa­łem nie­zna­jo­me­go w ramię. – Czy może nam pan pomóc?

Za­ło­ży­łem, że był męż­czy­zną. Twarz nie­zna­jo­me­go wy­glą­da­ła po­dob­nie do tej, którą w nocy wi­dzie­li­śmy w oknie. Tylko tę gębę miał obrzy­dli­wie okrą­głą, a żuki były za­kle­jo­ne opuch­nię­ty­mi po­wie­ka­mi. Jakby facet prze­pła­kał całą noc.

– Tak? – za­py­tał prze­cią­gle, strze­pu­jąc przy tym biały pro­szek z po­licz­ków.

Od­su­ną­łem się od niego.

– Czy może nam pan po­wie­dzieć, co to za mia­sto? Mie­li­śmy wy­pa­dek, a mój te­le­fon nie dzia­ła. Szu­ka­my ho­te­lu, po­li­cji, szpi­ta­la. Cze­go­kol­wiek.

Zmę­czo­ne żuki na twa­rzy ob­ce­go wle­pi­ły się we mnie.

– Ale coooo? – za­śpie­wał chy­ba-męż­czy­zna.

Wes­tchną­łem.

Ani jeden prze­cho­dzień nie po­tra­fił lub nie chciał nam pomóc. Na do­miar złego Lolka była głod­na. Sie­dzia­ła na kra­węż­ni­ku i ko­ły­sa­ła się jak osie­ro­co­ne dziec­ko.

– Dobra, Lolka, chodź. – Po­da­łem jej rękę. – Pój­dzie­my za tymi ludź­mi. Może znaj­dzie­my jakiś mar­ket.

Po­szli­śmy za sta­dem. Mały tłum opuch­nię­tych gąb za­pro­wa­dził nas do osie­dlo­we­go spo­żyw­cza­ka.

– Honey, a wczo­raj go tu nie było – za­uwa­ży­ła Lola. Oczy jej się świe­ci­ły na widok wy­sta­wy peł­nej wy­ro­bów cu­kier­ni­czych.

– Nie wiem, Lolka, tu wszyst­ko wy­glą­da tak samo – po­wie­dzia­łem i prze­pu­ści­łem ją w drzwiach.

Dziew­czy­na rzu­ci­ła się na półki. Do­rwa­ła pierw­sze­go z brze­gu pącz­ka i za­czę­ła go lizać.

– Ho­ney­y­yy! – za­pisz­cza­ła, ze skrzy­wio­ną miną, od­su­wa­jąc pącz­ka od ust. – Ho­ney­y­yy to jest słone! – Splu­nę­ła na pod­ło­gę.

Pła­ka­ła pod wy­staw­ką z cia­sta­mi, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę in­nych klien­tów, któ­rzy  szep­ta­li mię­dzy sobą: Nowa? Bie­dul­ka. Fuj, jak śmier­dzi. Na Boga, niech ona tak gło­śno nie pła­cze!

Ro­zej­rza­łem się po skle­pie i aż prze­tar­łem za­spa­ne oczy. Nie­mal na wszyst­kich pół­kach stały wia­der­ka z solą i woda. Ostroż­nie wzią­łem jeden z wy­ro­bów i spró­bo­wa­łem.

– Masa solna – stwier­dzi­łem z nie­sma­kiem. – Lolka, nie becz, idzie­my!

– Ale ja je­stem głod­na­aaa! – dziew­czy­na darła się na cały sklep.

Oczy wszyst­kich zwró­ci­ły się w naszą stro­nę.

– Ucisz ją! – krzyk­nę­ła jakaś chy­ba-ba­ba.

Coś mó­wi­li, ale już nie zwra­ca­łem uwagi na słowa. Po chwi­li wrza­ski umil­kły, a z od­da­li do­bie­gła mu­zy­ka.

Nim Axl Rose za­śpie­wał re­fren, gę­bia­rze rzu­ci­li na zie­mię nie­do­koń­czo­ne za­ku­py (słone pa­lusz­ki, wia­der­ka soli, li­za­ki solne) i w pa­ni­ce wy­bie­gli ze skle­pu.

Wy­szli­śmy na ze­wnątrz. Mia­sto w kilka chwil opu­sto­sza­ło. Wszy­scy scho­wa­li się w swo­ich kar­to­nach. Tylko w ma­łych oknach widać było blade, opuch­nię­te twa­rze, a wiatr niósł dro­bin­ki i słowa pio­sen­ki.

Przed skle­pem Lolka po­cią­gnę­ła mnie za rękaw.

– Honey, patrz! Coś je­dzie!

– Pług śnież­ny! – krzyk­ną­łem ura­do­wa­ny. W końcu jakaś ozna­ka no­wo­cze­sno­ści.

Cie­szy­łem się tak bar­dzo, że chcia­łem Lolkę przy­tu­lić, jed­nak gdy na nią spoj­rza­łem i zo­ba­czy­łem opuch­nię­tą od pła­czu twarz, małe oczka i przy­pró­szo­ne chyba śnie­giem włosy…

– Zaraz! Lolka! To nie śnieg! – olśni­ło mnie. – Te hałdy to jest sól!

Lolka wle­pia­ła we mnie zdzi­wio­ne oczy, które coraz bar­dziej upo­dab­nia­ły się do żuków. Uto­pię ją w rzece albo wrzu­cę pod sa­mo­chód – po­my­śla­łem. – Muszę się Lolki po­zbyć, zanim sta­nie się opuch­nię­tą gębą.

Od­śnie­żar­ka prze­je­cha­ła obok nas. Na dachu miała za­mo­co­wa­ne gło­śni­ki, re­flek­to­ry mru­ga­ły, a sze­ro­ka trąba z przo­du wcią­ga­ła solne zaspy. Myśl, chło­pie, myśl! – Biłem się pię­ścią w czoło.

Lolka stała wpa­trzo­na w od­śnie­żar­kę Mia­sta Łez.

– Chodź­my za nią! – po­wie­dzia­ła nagle. – Na pewno wy­sy­pu­je te łzy do rzeki!

Spoj­rza­łem na Lolkę, szcze­rze zdu­mio­ny jej po­my­słem.

– Moż­li­we, mała, idzie­my!

Nie mia­łem po­ję­cia, jak wy­do­stać się z mia­sta, ale przy­naj­mniej smro­du mo­głem się po­zbyć.

 

Bie­gli­śmy za po­jaz­dem w rytm pio­sen­ki. Po dro­dze za­czął padać deszcz. Domy z pa­pie­ru roz­pły­wa­ły się jak ze­ga­ry na ob­ra­zach Sa­lva­do­ra Dalí. W dole oka­za­ło się, że rzeka nie była rzeką, a dłu­gim je­zio­rem, roz­cią­gnię­tym wzdłuż mia­sta.

Lolka miała rację. Od­śnie­żar­ka wy­plu­wa­ła sól przez rzy­ga­cze umiesz­czo­ne nad ko­ła­mi do, jak in­for­mo­wał napis na ta­blicz­ce, Mar­twe­go Je­zio­ra.

Kiedy ma­chi­na skoń­czy­ła pracę, z ka­bi­ny po­ma­chał do nas okrą­gło­gę­by kie­row­ca. W prze­ci­wień­stwie do in­nych miesz­kań­ców, kolor jego oczu można było od­róż­nić. Świe­ci­ły ru­bi­no­wym świa­tłem. Nie­mal po­pu­ści­łem w spodnie, a Lolka z uśmie­chem po­ma­cha­ła kie­row­cy.

Sil­nik od­śnie­żar­ki za­war­czał kilka razy. Kie­row­ca włą­czył tę samą pio­sen­kę, wy­szcze­rzył białe zęby i od­je­chał zbie­rać sól.

 

***

 

Lola sie­dzia­ła na gła­zie sol­nym. Chyba chcia­ła obmyć stopy, ale gdy woda wdar­ła się w drob­ne rany, dziew­czy­na pi­snę­ła i szyb­ko wło­ży­ła buty. Krę­ci­ła się póź­niej przy brze­gu, a ja ukła­da­łem w po­wie­trzu nie­wi­dzial­ną kost­kę Ru­bi­ka. Kiedy każda ścian­ka miała już od­po­wied­ni kolor, oświe­ci­ło mnie. Wsta­łem gwał­tow­nie i wy­ce­lo­wa­łem pal­cem w Lolę.

– To przez cie­bie!

Ob­ró­ci­ła się po­wo­li. Za­uwa­ży­łem, że jej skóra w kilka go­dzin stra­ci­ła ela­stycz­ność. Ręce i nogi Loli przy­po­mi­na­ły wy­su­szo­ne ło­dy­gi po­lnych ziół.

– Co ty mó­wisz, Honey? – za­py­ta­ła, a ja już wi­dzia­łem w jej oczach łzy.

– To przez cie­bie, bo cią­gle be­czysz! – Pod­sze­dłem bli­żej, żeby do­brze mnie sły­sza­ła.

– Ale Ho­ne­eeey­yy… – Roz­pła­ka­ła się na dobre. – Ale ja cię ko­cha­aaam! – Ledwo ro­zu­mia­łem jej beł­kot.

Lola po­cią­ga­ła nosem, prze­pra­sza­ła, chcia­ła przy­tu­lić.

Ode­pchną­łem ją.

– Nadal śmier­dzisz, wiesz? – po­wie­dzia­łem szorst­ko. – Chyba pora na so­lid­ną ką­piel.

Prze­rzu­ci­łem ją przez ramię jak worek z mąką.

– Nieee! – Drob­ny­mi pię­ścia­mi biła mnie w plecy.

 

***

 

Lolka nie umia­ła pły­wać nawet w Mar­twym Je­zio­rze. Za­chły­snę­ła się wodą, sól wdar­ła się w rany, pa­ni­ka po­zba­wi­ła ją tchu.

 Wątłe ciało uno­si­ło się na po­wierzch­ni, a ja pa­trzy­łem na nie wiel­ki­mi jak żuki ocza­mi.

– Dupa! Dupa! Dupa! – Wa­li­łem pię­ścią w sól. Prze­cież nawet lu­bi­łem tę małą dziw­kę.

 

 Don't you cry…

 

Za­mar­łem, kiedy znów usły­sza­łem tę pio­sen­kę.

Od­śnie­żar­ka Mia­sta Łez była coraz bli­żej. Czu­łem na ple­cach nie­przy­jem­ne dresz­cze, bie­gną­ce jak stado ro­ba­ków. Sta­ra­łem się po­wstrzy­mać łzy, ale widok mar­twej Lolki wy­ci­skał je z moich czar­nych oczu. 

Don’t you cry – śpie­wał Axl, a ja ki­wa­łem się jak osie­ro­co­ne dziec­ko. Pró­bo­wa­łem za­mknąć oczy, by nie wi­dzieć Loli, ale po pro­stu nie mo­głem za­ci­snąć po­wiek. Ciało dziew­czy­ny ko­ły­sa­ło się jak łódź, któ­rej żagle sma­ga­ne były wia­trem.

 

Don’t you cry to­ni­ght

 There's a he­aven above you, baby…

 

Zbli­ża­ła się. Mu­zy­ka roz­brzmie­wa­ła coraz gło­śniej. Nie byłem w sta­nie się ru­szyć, za­sło­nić oczu, za­tkać uszu. Pęcz­nie­ją­ce w oczo­do­łach ro­ba­le pod­trzy­my­wa­ły po­wie­ki.

 

And don't you cry!

 

Była tuż za mną. Na brze­gu. Nie­mal czu­łem na skó­rze cie­pło ru­bi­nów.

– Nie płacz! – udało mi się ode­zwać, choć gęsty glut za­le­pił mi gar­dło. – Nie płacz, bekso, nie płacz!

Koniec

Komentarze

Raczej patrzyło na nas gniewnie, jak Dzierzba w Grobowcach Czasu.

Za to jestem bliski wyznania Ci miłości :D

 

Nikogo nie mijaliśmy, nikt nas nie wyprzedzał, mimo że w weekendy droga ta była gęsto uczęszczana przez nowobogackich turystów ze stolicy.

Usunąłbym przekreślone.

 

Lola jedną ręką kręcąc korbką, drugą zasłaniając usta, zwijała szybę.

Szyby nie da się zwinąć, tylko opuścić.

 

Mój gorący wydech kłębuszkował na zimnym powietrzu.

Ciekawe słowo. Kłębuszkował :/

 

Reklamy na ekranach akustycznych przedstawiały sceny z marnie podrobionych obrazów Boscha, a kilkadziesiąt metrów dalej wisiały już tylko idealnie białe lub idealnie czarne płótna.

Po co to powtórzenie?

 

Mój zegarek pokazywał noc.

Dziwnie to brzmi. Zegarek pokazywał noc :/

 

Biała, rozwałkowana jak ciasto na pierogi twarz, z której wyrastały oczy przypominające żuki.

Oczy przypominające żuki? Nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Znaczy, że były czarne i połyskliwe?

 

No, muszę powiedzieć, że stworzyłaś tutaj całkiem gęsty klimat. Wciągnąłem się i do samego końca (prawie) dałaś radę utrzymać moje zainteresowanie. Ale mam spore wątpliwości co do tego, czy to jest bizarro, bo to bardziej na horror podpada. Gdzieś po drodze miałem skojarzenia z “Silent hill” a także “Według łotra” Snerga-Wiśniewskiego oraz “Listami z hadesu” Jeffreya Thomasa.

Bardzo podobała mi się przedstawiona przez Ciebie wizja. Największą robotę robi tutaj klimat oraz tajemnica, gdzie trafili bohaterowie. Umarli? Czy to czyściec? Albo jakieś miejsce poza, gdzie trafić można przez przypadek, kiedy wybierze się w podróż w złym czasie? Mam swoją interpretację, ale nie będę jej tutaj wykładał. To IMHO najlepsze i najbardziej klimatyczne opowiadanie jakie dotychczas pojawiło się w konkursie, życzę więc powodzenia.

 

Jeszcze tylko odniosę się do tego “prawie”, które pojawiło się wcześniej. Pod sam koniec delikatnie siadł klimat, ale to przez moje preferencje muzyczne. Po prostu uważam, że Guns’n’Roses to słaba kapela, która grała smuty pod publiczkę. A użyta przez Ciebie piosenka powoduje, że uszy mi prawie krwawią, kiedy ją słyszę. Widzisz więc, że ten siadający klimat to bardzo subiektywne odczucie, bazujące na mojej niechęci do gunsesrosowego pitolenia ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

 

Known some call is air am

Interesująca wizja, mocno psychodeliczna, mimo braku kolorów.

Jak to Finkla, chętnie powitałabym więcej wyjaśnień. Na przykład, dlaczego ludzie w Mieście Łez nic konkretnego im nie chcieli powiedzieć? Dlaczego uciekali przed pługiem?

Nie zapałałam sympatią do bohatera, ale pewnie wcale nie miałam.

Babska logika rządzi!

Cześć, Outta, mój pierwszy czytelniku.

(poza betaczytaczami, oczywiście). 

 

Za to jestem bliski wyznania Ci miłości :D

 

xD

 

Szyby nie da się zwinąć, tylko opuścić.

Poprawiłam.

 

Ciekawe słowo. Kłębuszkował :/

 

Przynajmniej jedna z bet miała zastrzeżenia co do tego słowa, ale ja się uparłam. ;) Winę biorę na siebie. Ale skoro Tobie też się to słowo nie spodobało, to poprawiłam na normalne.

 

Po co to powtórzenie?

Żeby wzmocnić i pokazać jak bardzo białe i jak bardzo czarne są te płótna. 

 

Dziwnie to brzmi. Zegarek pokazywał noc :/

Trochu dziwnie, przyznam. Ale zostawię póki co. Nie chciałam si e bawić w godziny. A może on miał taki zegarek, który pokazywał pory dnia zamiast godzin? Jeśli tak, może warto by było to zaznaczyć? <myśli>

 

Oczy przypominające żuki? Nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Znaczy, że były czarne i połyskliwe?

No tak, dokładnie. Czyli jednak jesteś w stanie to sobie wyobrazić. :)

 

Ale mam spore wątpliwości co do tego, czy to jest bizarro, bo to bardziej na horror podpada.

 

Również miałam wątpliwości. W ogóle ciekawe, że to podpada pod horror, bo nie miałam zamiaru straszyć. Chciałam po prostu napisać tekst bizarro. Ten horror to trochę niechcący. :>

 

Bardzo podobała mi się przedstawiona przez Ciebie wizja. Największą robotę robi tutaj klimat oraz tajemnica, gdzie trafili bohaterowie.

 

Cieszę się ogromnie. Na tym zależało mi najbardziej.

 

Jeszcze tylko odniosę się do tego “prawie”, które pojawiło się wcześniej. Pod sam koniec delikatnie siadł klimat, ale to przez moje preferencje muzyczne. Po prostu uważam, że Guns’n’Roses to słaba kapela, która grała smuty pod publiczkę. A użyta przez Ciebie piosenka powoduje, że uszy mi prawie krwawią, kiedy ją słyszę. Widzisz więc, że ten siadający klimat to bardzo subiektywne odczucie, bazujące na mojej niechęci do gunsesrosowego pitolenia ;)

 

xD 

Jest kilka piosenek Guns’ów, które lubię, ale reszta, moim zdaniem, jest faktycznie słaba. Ta piosenka po prostu pasowała mi do opowiadania. Po pierwsze słowa, po drugie:

Wyobraziłam sobie odśnieżarkę, której kierowca słucha Guns’n’Roses i wydało mi się to takie absurdalne. :D

 

Dziękuję za opinię, Outta.

 

Pozdrawiam! 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Ej, kłębuszkowanie jest fajne. Oddawaj!

Babska logika rządzi!

O, jest i Finkla! :)

Cieszę się, że wpadłaś. Dziękuję za komentarz i klika. 

Szerzej odpowiem później, bo gniję w pracy i niespodziewanie pojawił się szef. :O

EDYTA: no dobrze, oddałam, chociaż nie wiem na jak długo :D

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Bezczelność! Jak tak można przyłazić do pracownika, który dopiero co opublikował tekst i powinien się niemowlaczkiem opiekować…

Babska logika rządzi!

Nie znam zbytnio Gunsnroses’ów, ale wolę nie sprawdzać tej piosenki, bo po słowach Outta Sewer, boję się, że mi też zepsuje klimat całości :) A klimat faktycznie horrorzasty, weirdowy. Całkiem dobre opowiadanie, długo siedziało w becie, już się bałem że z niej nie wyjdzie. Tylko te rzygi na początku trochę niepotrzebne moim zdaniem. Smród rozszedł się na resztę tekstu ;)

Ja nie piszę, Saro, że kłebuszkowanie jest do usunięcia, tylko, że to dziwne słowo. Takie puchate i milusie :) Zostaw jak jest, bo słowo ciekawe.

 

Known some call is air am

Bezczelność! Jak tak można przyłazić do pracownika, który dopiero co opublikował tekst i powinien się niemowlaczkiem opiekować…

 

Otóż to!

 

Finklo, wiem, że chcesz wiedzieć więcej, lecz nie wiem, ile więcej. ;)

Może jednak Outta pokusi się o publiczną interpretację? ;)

 

Ale, na dwa pytanie odpowiem krótko i mam nadzieję, konkretnie.

 

Na przykład, dlaczego ludzie w Mieście Łez nic konkretnego im nie chcieli powiedzieć? Dlaczego uciekali przed pługiem?

 

Bo byli głupolami.

Bo kierowca był psychiczny i słuchał Guns’n’Roses. xD

 

 

Trochę poważniej:

Mieszkańcy Miasta Łez faktycznie byli głupi, otępieni. Nie rozumieli pytań o drogę itp. Wyobraź sobie stado takich ludzi pozbawionych rozumku. W dodatku te paskudne, opuchnięte gęby.

Przed pługiem uciekali, bo był dla nich straszny. Bali się rzeczy, których nie rozumieli. A ta odśnieżarka była inna niż wszystko, co ich otaczało (kartony, folia i sól). 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Cześć Sara!

bardzo fajny ponoć horror:-)

moim zdaniem wybrałaś jedno z trudniejszych haseł konkursowych:-) 

podoba mi się klimat, zwłaszcza początek i zamarzająca szyba. Postać Loli– beksy, histeryczki, do tego miasto łez, sól i nieustający płacz Loli tworzy bardzo dziwny, niepokojący klimat. O dziwo, rzygi mi tutaj bardzo pasowały i ciągnący się smród, którego należy się pozbyć.

Zakończenie świetne. Guns n’Roses to nie moje klimaty, ale wydaje mi się, że pasują do Twojego opowiadania jak i do odśnieżarki.

Polecam do biblioteki, bo to bardzo dobry tekst. Groza i absurd to naprawdę fajne połączenie:-)

pozdrawiam i powodzenia w konkursie:-)

 

p.s. a tak poza komentarzem pozwolę sobie na prywatę:-) Saro, twój nick kojarzy mi się z piosenką Gwen Stefani Early Winter:-) którą bardzo lubię;-) taka ciekawostka:-)

Finklo, wiem, że chcesz wiedzieć więcej, lecz nie wiem, ile więcej. ;)

Gadaj wszystko! Adresy, kontakty, telefony… ;-)

OK, pożegnali się z rozumkami. Ale w sklepie komentowali niegłupio. Gdyby pół tego powiedzieli od razu do bohaterów…

Babska logika rządzi!

Cześć, Olciatko! :)

Cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało.

 

moim zdaniem wybrałaś jedno z trudniejszych haseł konkursowych:-) 

 

Było trzecie w kolejce. ;) pierwsze uciekło mi dosłownie o kilka minut, a nad drugim i trzecim sporo myślałam. Tzn. nie wiedziałam, na które się zdecydować.

 

p.s. a tak poza komentarzem pozwolę sobie na prywatę:-) Saro, twój nick kojarzy mi się z piosenką Gwen Stefani Early Winter:-) którą bardzo lubię;-) taka ciekawostka:-)

 

Nie znałam tej piosenki, ale już znam. ;)

 

Ja “Sarę” bardziej kojarzę z tą piosenką: Death Cab For Cutie – What Sarah Said

 

Dzięki za komentarz i polecajkę. 

Pozdrawiam. :)

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Ale w sklepie komentowali niegłupio.

 

W kupie raźniej i wszyscy mądrzy. xD

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

A to akurat kłóci mi się z obserwacjami. Że zacytuję Szymborską, cytującą kogoś innego: “Ludzie – jak pisał Awerczenko – głupieją hurtem, a mądrzeją detalicznie”. ;-)

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

A to akurat kłóci mi się z obserwacjami. Że zacytuję Szymborską, cytującą kogoś innego: “Ludzie – jak pisał Awerczenko – głupieją hurtem, a mądrzeją detalicznie”. ;-)

 

Jest to prawda. ;) 

W sklepie jeden coś powie, a reszta powtarza podobne jak stado baranów. Może jednak powinnam zrobić tam małą przebudówkę. 

Dzięki, Finklo, za spostrzeżenia! :)

 

Anet

fajnie, że Ci się podobało. :)

 

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Ładny ten tekst. Fajny pomysł z solą. Plastyczne opisy rzygania – dosłownie czułem ten kwaśny smród, rozchodzący się jak pod koniec imprezy w akademiku. Kłębuszkowanie też bardzo mi się podobało :)

 

@Outta Sewer

Jeszcze tylko odniosę się do tego “prawie”, które pojawiło się wcześniej. Pod sam koniec delikatnie siadł klimat, ale to przez moje preferencje muzyczne. Po prostu uważam, że Guns’n’Roses to słaba kapela, która grała smuty pod publiczkę. A użyta przez Ciebie piosenka powoduje, że uszy mi prawie krwawią, kiedy ją słyszę. Widzisz więc, że ten siadający klimat to bardzo subiektywne odczucie, bazujące na mojej niechęci do gunsesrosowego pitolenia ;)

xD Sporo racji, chociaż dla mnie kierowca odśnieżarki słuchający Gązenrezys był dość psychodeliczny ;)

Podobało mi się. Nastrojowe – tam, gdzie miało być niesamowite, jest niesamowite, tam, gdzie miała wyjść obrzydliwość, prawie się czuje smród wymiotów – a zarazem idące nie tyle w groteskę, jak często w bizarro, co w ponurą niesamowitość, jak z obsesyjnego, męczącego snu. I Dzierzba XD

Cześć, morteciusie! :)

Dziękuję za czytanie i komentarz. 

 

Plastyczne opisy rzygania – dosłownie czułem ten kwaśny smród, rozchodzący się jak pod koniec imprezy w akademiku.

 

Mam nadzieję, że nie zepsułam Ci obiadu? ;)

 

Kłębuszkowanie też bardzo mi się podobało :)

 

Kłębuszkowanie było kwestią sporną, ale cieszę się, że Tobie również się podoba. 

 

Cześć, ninedin!

Miło, że zajrzałaś. 

 

…idące nie tyle w groteskę, jak często w bizarro, co w ponurą niesamowitość, jak z obsesyjnego, męczącego snu.

 

To była moja pierwsza próba bizarro i nie jestem przekonana, czy to opowiadanie spełnia założenia gatunku, tę decyzję zostawiam jury. Starałam się, ale wyszło, jak jest. :)

Dziękuję za komentarz i za kliczek. 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Mam nadzieję, że nie zepsułam Ci obiadu? ;)

W sumie nie wiem, czy w ogóle jest coś, co obrzydziłoby mnie na tyle, żeby popsuć mi jedzenie. Na pewno nie są to nawet najbardziej plastyczne opisy wymiotów. Ale zachęcam do próbowania dalej w kolejnych tekstach ;)

Cześć, SaraWinter :) Całkiem przyjemne opowiadanie – bardzo nastrojowe, klimatyczne i niepokojące. Lola swoim ciągłym płaczem i niezaradnością irytowała mnie niemiłosiernie xd Przeczytałem z dużym zainteresowaniem.

W mojej skromnej opinii trochę za mało tu absurdu i specyfiki bizarro, ale żadnym ekspertem nie jestem i jurorzy konkursu będą to oceniać. 

Pozdrawiam, dzięki za fajną lekturę na dobranoc :)

Cześć, AmonRa :)

 

Lola swoim ciągłym płaczem i niezaradnością irytowała mnie niemiłosiernie xd

 

Mnie też. xD

W ogóle mogłabym w końcu spróbować napisać opowiadanie z bohaterem, którego da się lubić. :D

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz.

Pozdrawiam. :)

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Cześć, Saro!

Widzę, że potraktowałaś hasło bardzo dosłownie, ale sama nie wiem, jak inaczej można by to zrobić. Oj, trudne się trafiło, trudne. Ładne, ale bardzo abstrakcyjne. Sam tekst też taki jest – bardzo, bardzo abstrakcyjny dla mnie, bo nie rozumiem, o co w zasadzie chodzi. Tak miało być i byłaś w tworzeniu świata konsekwentna, ale mi zabrakło jakiegoś wyjaśnienia. Nie do końca jest to zarzut, bo mimo to spodobało mi się i czytałam z ciekawością.

Główny bohater to wstręciuch okropny, ale Lola też jakaś taka dziwna… Jakby była chora. Budują klimat, są charakterystyczni, ale nie było mi ich żal :P

Ninedin napisała o odczuciu podobnym do długiego, męczącego snu i jest to bardzo adekwatne do bizarro czy weird. Faktycznie miałam ochotę się obudzić, żeby świat przez ciebie przedstawiony się skończył i znów było normalnie. W sensie to dobrze. Tak miało być ;)

 

Powodzenia w konkursie!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć!

Bardzo spodobało mi się światotwórstwo i słony klimat. Horror pełna gębą. Elementów obrzydliwych też nie zabrakło, zwłaszcza to wyrzyganie przez gargulca przypadło mi do gustu. Miasto łez, na końcu tunelu, którego światła są jak macki i rozrywają samochody. Jest bizarro! Świetny pomysł, tylko mam wrażenie nie w pełni wykorzystany.

O ile realizacja i wizja bardzo mi się podoba, to mam problem z przesłaniem. Nie wiem, o czym jest to opowiadanie? Widzę tu zderzenie bohaterów z nieznanym, niezrozumiałym zjawiskiem które ich przytłoczyło, ale nie widzę puenty, czy czegoś takiego. Widzę też osobliwą, łącząca ich relację. Lola (punkt za imię btw.) jest straszną trawa na wietrze zdarzeń, lgnąca do bohatera za wszelką cenę, który traktuje ją niezbyt dobrze. Czy miasto łez jest krzykiem rozpaczy nad własnym losem? (Wszak jechali do jej rodziny?) Czy też jest czymś zwyczajnie posępnym, i nie niesie w sobie aktualnie nic głębszego, poza pokazaniem losów ludzi, którzy tam trafili?

Tyle. Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Lano! :)

 

Główny bohater to wstręciuch okropny, ale Lola też jakaś taka dziwna… Jakby była chora. Budują klimat, są charakterystyczni, ale nie było mi ich żal :P

 

Też ich nie polubiłam. xD

 

Hej, Krar! :)

 

Horror pełna gębą.

 

A jednak. (piszę horrory przez przypadek).

 

O ile realizacja i wizja bardzo mi się podoba, to mam problem z przesłaniem. Nie wiem, o czym jest to opowiadanie? Widzę tu zderzenie bohaterów z nieznanym, niezrozumiałym zjawiskiem które ich przytłoczyło, ale nie widzę puenty, czy czegoś takiego. Widzę też osobliwą, łącząca ich relację. Lola (punkt za imię btw.) jest straszną trawa na wietrze zdarzeń, lgnąca do bohatera za wszelką cenę, który traktuje ją niezbyt dobrze. Czy miasto łez jest krzykiem rozpaczy nad własnym losem? (Wszak jechali do jej rodziny?) Czy też jest czymś zwyczajnie posępnym, i nie niesie w sobie aktualnie nic głębszego, poza pokazaniem losów ludzi, którzy tam trafili?

 

 

Tu też odpowiedź do Lany, żeby nie pisać dwa razy tego samego.

 

Widzę, że doszukujecie się głębszego przekazu. Otóż… tego tu nie ma. :D

Jest historia pary, która w magiczny sposób znalazła się w Mieście Łez. COŚ jednak ich tam przyciągnęło. Tym kimś była wiecznie płacząca Lola. Czy ten tunel jest jedynym miejscem na świecie, przez który można się tam dostać? Wątpię. Ale tego nie chciałam pisać, bo infodump wybijający z rytmu, a i historia mogłaby się rozprzestrzenić po globie. 

Jeśli ma tu być jakieś przesłanie, to można go szukać w postaci bohatera. (Swoją drogą, bo chyba nikt nie zauważył, on wcale nie ma na imię Honey ;))

Moim zdaniem bohater jest w pewnym sensie postacią tragiczną. Lola go wkurzała, źle ją traktował, chciał ją utopić, ale kiedy tego dokonał, sam, o przewrotny losie, zapłakał. 

 

Ach, no i jest jeszcze Lola – jako przestroga dla wszystkich dziewcząt, które dla ukochanego są w stanie zrobić niemal wszystko (przecież on ją na tym poboczu zostawił, a ona nic). Nie mogła się doprosić, żeby z nią pojechał do rodziców, łaziła za nim jak pies, a on i tak ją utopił.

 

Mam nadzieję, że to nieco rozwiało wątpliwości.

 

Pozdrawiam. :)

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Saro, miałaś fajny pomysł na tracenie kolorów, Miasto Łez – i na te oczy, które były wypełnione żukami. Zastanawia mnie też, dlaczego wybrałaś akurat te robale, a nie inne?

Gdzieś na początku tekstu natomiast wstawiłaś nawiązania do różnych książek – to na plus, pozwala czytelnikowi się ucieszyć, że coś rozpoznał/zna to/czytał. Wydaje mi się, iż czasami to przytrzymuje niektórych, przykuwa do tekstu. Albo czasem bawi takie nawiązanie.

Co się tyczy postaci, to krótkimi wtrąceniami narratora szybko oddajesz wygląd ich relacji. Powtarzająca się myśl chłopaka/fraza, że musi Lolę umyć i na końcu topi – zdaje mi się, że można to podciągnąć pod to, że zaczynał tracić zmysły. Albo stracił do dziewczyny cierpliwość.¯\_(ツ)_/¯

Pod koniec piosenka Gunsów – jako końcowy akcent opowiadania dobrze się sprawdza. Natomiast podczas lektury miałam wrażenie, że wszystko dzieje się szybko, nieco za szybko. Składam to jednak na karb limitu.

Ogólnie utkałaś fajny klimat, i stworzyłaś ciekawy świat, Saro. ;)

Cześć, Draconis. :)

Dzięki, że zajrzałaś i skomentowałaś.

 

Dlaczego żuki? W sumie nie wiem. Czasem po prostu zamykam oczy i coś sobie wyobrażam. Tak było z twarzami mieszkańców Miasta Łez. I zobaczyłam te żuki. Czarne, duże, połyskliwe. Możliwe, że trochę się ich boję. Kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodziców przy lesie, latem różne robaczki wkradały się przez okno. A żuki leśne z hukiem uderzały o drewnianą podłogę. Ten dźwięk był tak głośny, że potrafił mnie nawet wystraszyć i obudzić. Ten żuczek idealnie pasował do mojego wyobrażenia mieszkańców. 

 

Gdzieś na początku tekstu natomiast wstawiłaś nawiązania do różnych książek – to na plus, pozwala czytelnikowi się ucieszyć, że coś rozpoznał/zna to/czytał. Wydaje mi się, iż czasami to przytrzymuje niektórych, przykuwa do tekstu. Albo czasem bawi takie nawiązanie.

 

Dzierzba to niesamowity stwór. Na samą myśl o nim przechodzą mnie ciarki. :D

 

Co się tyczy postaci, to krótkimi wtrąceniami narratora szybko oddajesz wygląd ich relacji. Powtarzająca się myśl chłopaka/fraza, że musi Lolę umyć i na końcu topi – zdaje mi się, że można to podciągnąć pod to, że zaczynał tracić zmysły. Albo stracił do dziewczyny cierpliwość.¯\_(ツ)_/¯

 

Ta ich relacja jest złożona i na pewno nie czarno-biała. ;)

 

Ogólnie utkałaś fajny klimat, i stworzyłaś ciekawy świat, Saro. ;)

 

Bardzo mnie to cieszy. O to mi przede wszystkim chodziło. :)

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Oto komentarz, który gładzi grzechy świata tego opowiadania. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na jego odczyt…

Tekst należy do takiego rzadkiego gatunku “diabli wiedzą co to”. Ani to do końca weird, ani bizarro, ani horror, ani tekst oparty na światotwórstwie. Dostajemy raczej coś w rodzaju takiego patologicznego małżeństwa tych gatunków i… wypada to dość ciekawie.

Jest to z pewnością opowiadanie, właśnie poprzez ten mariaż gatunków, bardzo osobliwe, a zarazem o tyle atrakcyjne, że w takiej formie rzadko spotykane. Jest w nim jakiś fajny element świeżości, nieprzewidywalności. Właściwie całość przypomina trochę obcowanie ze snem. Sny są zwykle nieco nierzeczywiste, dziwaczne, a zarazem odbierane nieco inaczej niż jawa.

Słowem, sam pomysł na tekst i prezentacja tego tekstu jest, tak uważam, jego dużą zaletą. Podobnie jak wspomniany już element “świeżości gatunkowej”.

To dziwne miasteczko opisane jest w taki bardzo przystępny sposób. Z jednej strony odpowiednio dziwaczne i osobliwe, z drugiej strony nie ma w tym takiej maniery, by wymuszać w czytelniku konkretne emocje czy odczucia (z drobnymi wyjątkami, ale o tym jeszcze wspomnę). Raczej pozwalasz, by to sam obraz miasteczka działał na czytelnika (pewnie na każdego nieco inaczej), bez brnięcia w wymuszanie strachu, podkreślanie grozy miejsca czy innych tego typu zabiegów.

Paskudztwa… bardzo dobrze wyczuwalne. Nie napiszę, że mi się to podobało, bo wiadomo, że nie. Natomiast to wynika z tego, że ja generalnie nie lubię portalowego bizarro i nigdy lubił nie będę.

Tak jednak, jak piszę, że mi to nie podchodzi, tak absolutnie nie uważam tego za wadę tekstu. Przeciwnie, te paskudztwa są obrazowe, czuje się w trakcie lektury to wszystko aż nazbyt dokładnie, więc i wyszło Ci to przekonująco. Skoro to element gatunku (przynajmniej na portalu), należy uznać te opisy za zaletę tekstu. Budzą zamierzone odczucia i, jak pisałem, to wszystko doskonale czuć.

O bohaterach napiszę krótko: trudno napisać, że są nijacy. Nakreśliłaś tu charakterystyczną, uczciwie porąbaną relację, więc w przypadku tego tekstu też należy do uznać za plus (chociaż jeszcze w komentarzu do tej pary wrócę).

No, było o zaletach, to może teraz byśmy trochę pomarudzili. W końcu co to za komentarz bez czepów? ;-)

Wielu rzeczy nie wyjaśniasz. I od razu zaznaczę jedną rzecz. Ja rozumiem, że pewne elementy mogą być niedopowiedziane. Rozumiem, że nie każdy, jak ja, lubi mieć wyłożone wszystko. Chociaż czasem się zastanawiam, co by taki orędownik niedopowiedzeń powiedział, gdybym mu pod tekst wrzucił niedopowiedziany komentarz, w którym musiałby sobie interpretować poszczególne uwagi i zastanawiać się, jaki to właściwie był odbiór jego opowiadania.

No, ale do rzeczy. Jak pisałem, rozumiem, że tekst może być niedopowiedziany. Więcej. W przypadku tego tekstu niedopowiedzenia są nie tylko właściwe, ale wręcz potrzebne. Takiego opowiadania-sennej mary nie można do końca wyjaśnić. Choćby dlatego, żeby jego osobliwość mogła należycie wybrzmieć. Poza tym w takim przypadku może on być bardziej nieprzewidywalny.

Natomiast jest też pewna różnica między “niedopowiedziane”, a “nic nie powiedziane”. A w przypadku tego tekstu pojawia się jednak ta druga opcja.

Pisałem, że relacja bohaterów jest mocno nakreślona i uczciwie porąbana, ale jednocześnie, jeśli zastanowić się, co jest podłożem takiej, a nie innej relacji, to tekst w żaden sposób nie dostarcza odpowiedzi. Nie można stwierdzić, że ich porąbana relacja wynika głównie z sytuacji, w jakiej się znaleźli, bo charakterystyka bohaterów (choćby to, jak bohater odnosi się do Lolki) temu zaprzecza. To jest głębsze i kompletnie niewyjaśnione. Nie ma nawet sugestii, z której strony tego wyjaśnienia szukać.

Jasne, ja jestem w stanie znaleźć sobie naprawdę różne podłoża takiej relacji. Jestem w stanie wymyślić sobie nawet i kilka możliwych wytłumaczeń. Ale ja jestem czytelnikiem. Moją rolą jest czytać opowieść, nie wymyślać ją wraz z autorem czy autorką. Gdyby ta relacja była niedopowiedziane, gdyby istniały jakieś sugestie, w jakim kierunku szukać odpowiedzi, wtedy uznałbym, że do takiego osobliwego miksu gatunkowego to wystarcza i pasuje. Natomiast brak owych sugestii oznacza, że opowiadanie wymaga od czytelnika już nie domysłów, ale konkretnej pracy (niemalże twórczej), a to już za dużo.

Podobnie rzecz ma się z samym obrazem miasteczka. Jest fajnie osobliwy, pokręcony, ale jednocześnie nie ma tam ani krzty wyjaśnień, co trochę odbiera opowieści uroku. Chociaż akurat urok przy bizarro to średnio fortunne określenie.

Znów, nie twierdzę, że działanie tego miasteczka powinno zostać wyjaśnione. Nie, ono powinno być oparte na niedopowiedzeniach. Ale jednocześnie powinien być zakreślony choć fundament takiego, a nie innego funkcjonowania miasteczka. A tutaj, to trochę czułem się tak, jakby ktoś wepchnął mnie na siłę do pociągu czy samochodu i krzyknął “pojechali!”. Na początku gapisz się przez okno, obserwując różne, dość ciekawe i osobliwe widoki, ale w pewnym momencie musi się pojawić pytanie: cholera, dokąd ja jadę? Albo przynajmniej: po co jadę?

Tutaj tych sugestii było paskudnie mało, co nieco ograniczało frajdę z lektury. Bo to trochę tak jak ze snem na jawie. W snach wszystko jest osobliwe, często nierealne, a jednak przeżywamy to mocno, często mocniej niż na jawie. I nie oczekujemy żadnych wyjaśnień. Przede wszystkim dlatego, że śpimy. ;-)

Ale kiedy przemykasz przez taki sen na jawie, chcesz dostać chociaż jakiś zarys kierunku. Tutaj mi go zabrakło.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dzień dobry, Panie CM-ie. ;)

Powitała w swoich skromnych progach. 

 

Oto komentarz, który gładzi grzechy świata tego opowiadania. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na jego odczyt…

 

Czuję się pobłogosławiona. 

 

Dostajemy raczej coś w rodzaju takiego patologicznego małżeństwa tych gatunków i… wypada to dość ciekawie.

 

Bardzo misię to patologiczne małżeństwo. xD

 

No, było o zaletach, to może teraz byśmy trochę pomarudzili. W końcu co to za komentarz bez czepów? ;-)

Cóż, nie byłoby to w Twoim stylu i podejrzewałabym, żeś komuś ten komentarz do napisania zlecił. :p

 

Pisałem, że relacja bohaterów jest mocno nakreślona i uczciwie porąbana, ale jednocześnie, jeśli zastanowić się, co jest podłożem takiej, a nie innej relacji, to tekst w żaden sposób nie dostarcza odpowiedzi. Nie można stwierdzić, że ich porąbana relacja wynika głównie z sytuacji, w jakiej się znaleźli, bo charakterystyka bohaterów (choćby to, jak bohater odnosi się do Lolki) temu zaprzecza. To jest głębsze i kompletnie niewyjaśnione. Nie ma nawet sugestii, z której strony tego wyjaśnienia szukać.

 

Owszem, to jest głębsze i leży w ich psychice. On jest panem w tym związku, ale jednak Lolę lubi, może nawet darzy jakimś większym uczuciem. Zostało wyjaśnione, że Lola dobrze gotuje itp. Sądziłam, że to czytelnikowi wystarczy. On jest z nią, bo mu tak wygodnie. No i chyba ją jednak trochę lubi i w jakiś tam sposób się o nią troszczy. Kiedy Lola jest głodna, lezie za tymi dziwakami w poszukiwaniu sklepu. Tak, ta relacja jest zdecydowanie porąbana i ma podłoże w psychice ich obojga. Lola natomiast, z tego co widać, jest mocno do niego przywiązana. On ją zostawia samą na poboczu, a ona bez słowa pretensji do niego później dołącza. Sądziłam, że tych kilka zdań wplecionych w historię jest w stanie uświadomić czytelnikowi, że ta ich relacja jest tak głęboko poryta, że jej się wręcz pojąć nie da. Nie da jej się nawet logicznie wytłumaczyć. Bo każda normalna, zdrowa psychicznie dziewczyna uciekłaby z takiego związku. Każdy normalny, zdrowy psychicznie facet nie traktowałby tak swojej partnerki. Jednak coś sprawia, że są razem. I to wcale niekrótko. Są po prostu nienormalni. xD Sądziłam, że to dość oczywiste. Ale żeby to wyjaśnić, musiałabym napisać całą ich historię, a nie o to w tym tekście chodziło. Ten tekst miał przedstawić relację i świat. 

Co jeszcze na swoją obronę spróbuję dodać: Unikam w w tekstach infodumpów. Staram się pokazywać, a nie wyjaśniać jak na wykładach. No, może nie całkiem dobrze mi to wychodzi.

 

Podobnie rzecz ma się z samym obrazem miasteczka. Jest fajnie osobliwy, pokręcony, ale jednocześnie nie ma tam ani krzty wyjaśnień, co trochę odbiera opowieści uroku. Chociaż akurat urok przy bizarro to średnio fortunne określenie.

 

Jest podpowiedź w tekście: 

 

Wstałem gwałtownie i wycelowałem palcem w Lolę.

– To przez ciebie!

– To przez ciebie, bo ciągle beczysz! – Podszedłem bliżej, żeby dobrze mnie słyszała.

 

Już gdzieś wyżej wyjaśniałam, że to miejsce ich do siebie przyciągnęło. Głównie Lolę. Bo była beksą. A on jechał z nią, to mu się oberwało rykoszetem. No i na koniec sam też beczy.

 

Co do miasteczka i odśnieżarki, to tu się przyznaję, że niedopowiedzenia, a raczej niemówienie niczego (zwłaszcza o odśnieżarce i kierowcy) były celowe. Dlatego właściwie nie wiadomo o nich nic. Moim zdaniem ta niewiedza potęguje strach.

 

Kiedyś napiszę opko z dedykacją dla CM-a, gdzie wszystko będzie jasne jak słońce. :D

 

Dzięki za lekturę, komentarz i bilet do biblioteki. :)

 

 

 

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Witaj.

Przeczytałam to arcyciekawe opowiadanie, żądna sporych wrażeń i nie zawiodłam się. :)

Świetny tekst, świetne bizarro, gratuluję. 

U mnie nieodłącznie od samego początku przewijała się przez myśl jedna rzecz – jak bardzo on jej nie cierpi i jak bardzo nią poniewiera. Smutna, przykra, bolesna, choć tak typowa dla wielu par… 

Doskonale oddałaś klimat opowieści; dialogi są wzorcowe! 

Pozdrawiam.

Pecunia non olet

Cześć, bruce!

 Bardzo dziękuję za miłe słowa. :)

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Witaj!

Fajne, trochę takie Silent Hill, jak napisał Outta, ale z Twoim stylem. Mi się podobało i wcale nie potrzebuję więcej wyjaśnień co do fabuły. Czasem cała magia tajemnicy opiera się na jej nieodkrytej tajemniczości (jeśli rozumiesz, o co mi chodzi xD).

Stworzyłaś fajny klimat, takiego onirycznego miasteczka, które równie dobrze może być interpretowane na różne sposoby. Dobre bizarro, ciekawy horror. Hasło konkursowe było dla mnie trudne, ale Ty dobrze sobie poradziłaś ;) Podobało mi się.

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć, Danielu!

 

Czasem cała magia tajemnicy opiera się na jej nieodkrytej tajemniczości (jeśli rozumiesz, o co mi chodzi xD).

 

Chyba rozumiem. ;)

 

Dobre bizarro, ciekawy horror. Hasło konkursowe było dla mnie trudne, ale Ty dobrze sobie poradziłaś ;) Podobało mi się.

 

Trudne? Możliwe, ja tam lubię wyzwania. :D

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz. Cieszę się, że Ci się podobało.

Pozdrawiam. :)

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Cześć Zimowa Saro ;)

Chyba pierwszy raz mam przyjemność komentować Twój tekst.

 

Na początek kilka rzeczy, które rzuciły mi się w oczy.

Potraktuj je jako “pół-pytania”. Sam dopiero się uczę – liczę więc, że odpowiedzi pomogą i mnie :)

 

 

– Honey, przyznaj, że zabłądziliśmy! – Lola piszczała na siedzeniu pasażera, gryząc pięści.

Czy skoro “piszczała” (odgłos “paszczowy”), to czy zapis nie powinien wyglądać tak?

 

– Honey, przyznaj, że zabłądziliśmy! – piszczała Lila na siedzeniu pasażera, gryząc pięści.

 

 

– Halooo! Halooo! – Lolka wołała w stronę wyciętych okien.

jw.

 

– Ale coooo? – Zaśpiewał chyba-mężczyzna.

jw.

 

 

– Honey, a wczoraj go tu nie było – zauważyła Lola.

A tu odgłosu paszczowego akurat brak.

 

 

 

Prowadziłem rzężącą furę przez ciemności. Już przed wyjazdem przyglądałem się mapie. Pamięć wzrokowa podpowiadała, że zaraz powinniśmy wjechać do tunelu, a tam musiały być jakieś światła. Może wtedy ta mała przestanie trząść szortami i w końcu się zamknie – pomyślałem.

Skoro tu zapis myśli, to czy nie powinno to wyglądać w ten sposób?

 

Prowadziłem rzężącą furę przez ciemności. Już przed wyjazdem przyglądałem się mapie. Pamięć wzrokowa podpowiadała, że zaraz powinniśmy wjechać do tunelu, a tam musiały być jakieś światła.

“Może wtedy ta mała przestanie trząść szortami i w końcu się zamknie” – pomyślałem.

 

 

Raczej patrzyło na nas gniewnie, jak Dzierzba w Grobowcach Czasu.

Plusik za Hyperiona :)

 

Don’t you cry tonight

Plusik za utwór :)

To jedyny kawałek, jaki ja – gitarzysta – na koncertach grałem na perkusji. Bo perkusista go śpiewał ;)

 

Klimat dość ciężki, gratulacje za stworzenie bohatera Wielkiego Dupka. Nieźle Ci to wyszło :)

 

Za bizarro nie przepadam, ale podczas czytania nie miałem “dość” ;)

Cześć, silvanie! 

Miło mi, że zajrzałeś. :)

 

– Honey, przyznaj, że zabłądziliśmy! – Lola piszczała na siedzeniu pasażera, gryząc pięści.

Czy skoro “piszczała” (odgłos “paszczowy”), to czy zapis nie powinien wyglądać tak?

 

– Honey, przyznaj, że zabłądziliśmy! – piszczała Lila na siedzeniu pasażera, gryząc pięści.

 

Oba zapisy są poprawne. Różnią się szykiem. U mnie podmiot jest na pierwszym miejscu.

 

– Ale coooo? – Zaśpiewał chyba-mężczyzna.

 a tu faktycznie, przeoczyłam. Poprawione, dzięki!

 

Skoro tu zapis myśli, to czy nie powinno to wyglądać w ten sposób?

 

Twoja propozycja jest poprawna, mój zapis również. Ważne jest, że kiedy raz już użyjesz konkretnego zapisu myśli, to w całym tekście dobrze jest być konsekwentnym i kolejne myśli zapisywać w ten sam sposób. 

 

 

Plusik za utwór :)

To jedyny kawałek, jaki ja – gitarzysta – na koncertach grałem na perkusji. Bo perkusista go śpiewał ;)

 

O, to witam kolegę po fachu. ;) Choć u mnie to było już daaaawno…

 

Klimat dość ciężki, gratulacje za stworzenie bohatera Wielkiego Dupka. Nieźle Ci to wyszło :)

Za bizarro nie przepadam, ale podczas czytania nie miałem “dość” ;)

 

Dziękuję za odwiedziny i komentarz!

Fajnie, że Ci się podobało. 

Pozdrawiam! :)

 

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

O, słodki kociak i macho rodem z amerykańskich lat pięćdziesiątych. Jakoś tak mi się ta para skojarzyła ;)

Fajny pomysł, mocno odjechany. Akcja konsekwentnie prowadzona, aczkolwiek dziwności tu nie brakuje. Podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

O, słodki kociak i macho rodem z amerykańskich lat pięćdziesiątych. Jakoś tak mi się ta para skojarzyła ;)

 

To nawet fajne skojarzenie. :D

 

Dzięki, Irko, za odwiedziny i komentarz! :)

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Nowa Fantastyka