- Opowiadanie: krar85 - Zakonnik w kostnicy

Zakonnik w kostnicy

Jakie hasło, taki tytuł: za­kon­nik w kost­ni­cy. Brzmi groź­nie, i pew­nie każdy już wie, dokąd to zmie­rza. Mam obawę, że tro­chę prze­gią­łem oraz ro­zu­miem, że może to po­wo­do­wać pe­wien nie­smak lub obu­rze­nie, ale to w końcu bi­zar­ro, więc po­zwo­li­łem wy­obraź­ni pro­wa­dzić się.

W tek­ście jest pewne sub­tel­ne na­wią­za­nie do opo­wia­da­nia, które fan­tho­mas kie­dyś opu­bli­ko­wał na tym forum, ale potem je usu­nął. Nie po­da­ję ty­tu­łu, by nie spo­ile­ro­wać zbyt­nio. Może ktoś jesz­cze pa­mię­ta.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zakonnik w kostnicy

Ten wieczór w kostnicy szpitala przy ulicy Miłej nie należał do miłych.

– To nie jest dobry czas na odwiedziny – tłumaczyła zblazowana kobieta w białym fartuchu, starając się nie odrywać wzroku od pasjansa. W powietrzu dało się wyczuć delikatny zapach środków dezynfekujących. Gdzieś w tle stary telewizor wygrywał rozbiegówkę popularnej telenoweli.

– Szanowna pani, kuria przysłała mnie, bym namaścił doczesne szczątki księdza biskupa. Nie przychodzę w odwiedziny. – Tęgi mężczyzna o okrągłej, rumianej twarzy nie ustępował. Habit dodawał mu splendoru.

– Rozumiem ojcze, ale to nie…

– Wielebny ojcze się mówi, piguło jedna, no! – wtrąciła kobieta z przypominającymi różaniec koralami na szyi. Jej oczy zdradzały jakieś niezdrowe podniecenie.

– Grażynka to jakiś unikat, mówię ci, reptiliańska robota! – dało się słyszeć cienki, piskliwy głos.

Zakonnik zmarszczył brwi spoglądając w stronę stalowych drzwi chłodni, zza których ów głos zdawał się dochodzić.

– Andżej, ścisz ten telewizor, bo gości mamy! – zawołała pielęgniarka.

– Jo Graża – odparł z kantorka baryton. Popularna melodia przycichła.

 – Kultury trochę, no. My tu w świętej sprawie przyszli – nie ustępowała dewotka nerwowo przekładając korale.

– Nasz klient, nasz pan – westchnęła zmieszana pielęgniarka. – Proszę za mną.

Podeszła do wielkich, stalowych drzwi i uderzyła w nie dwa razy, aż zadudniło.

– Czasem przymarzają – rzekła, jakby tłumacząc swoje zachowanie.

Następnie odblokowała masywną zasuwę. Niebieskawe światło zapaliło się automatycznie, kiedy drzwi się otworzyły, oświetlając spore, w zasadzie puste pomieszczenie. Sufit, ściany, gumoleum, wszystko miało tu przygnębiający, szary kolor.

– Szuflada G. –Grażyna wskazała, opierając się o ścianę.

– Pani Bożenko, proszę. – Kobieta podbiegła i z pietyzmem wysunęła worek kryjący doczesne szczątki księdza biskupa.

Mężczyzna w habicie posmutniał, widząc szarą, zapadniętą twarz. Bożena jęknęła, zakrywając usta. Nie ulegało wątpliwości, że znali zmarłego.

– Długo to potrwa? – zapytała pielęgniarka. – Bo mam robotę.

– Sacrum nie lubi pośpiechu, dziecko – westchnął zakonnik. –  Proszę mnie teraz zostawić samego ze zmarłym. Aha, jeszcze olej, pani Bożeno.

– To nie jest dobry… – zaczęła Grażyna.

– Na rany boskie! – ryknęła Bożena, podając mężczyźnie pokaźną reklamówkę, zawierającą coś na kształt słoika. – Po polskiemu nie rozumie? Poradzimy sobie, nie słyszała, no, sacrum wymaga…

– Ja sobie poradzę – rzekł stanowczo zakonnik. – Pani Bożeno, proszę wyjść, zamknąć za sobą drzwi i dopilnować, by nikt mi nie przeszkadzał. Nikt! Rozumie pani, to sprawa wagi kardynalskiej! Jako pokutę za złamanie drugiego przykazania proszę odmówić różaniec.

– Tak, ojcze.

– Cały.

– Tak, ojcze!

– Trzy razy.

– Tak, ojcze!

– Z szydłem – zakończył lekko marszcząc brwi.

– Tak, ojcze! – Uśmiechnęła się subtelnie.

– Wielebny ojcze – dodała cicho pielęgniarka.

Choć Grażyna miała pewne zastrzeżenia, to szybko okazało się, że dyskusje z Bożeną są bezcelowe. Dewotka niemal wypchnęła ją z chłodni, powołując się na umowę między szpitalem a kurią. Zamknąwszy drzwi, zastawiła je krzesłem, na którym usiadła. Zapadła jakby w trans, wzięła w dłoń spore szydło i patrząc w dal, szepcząc coś pod nosem, co chwilę wbijała je energicznie w udo.

Kiedy hałasy na zewnątrz ustały, ojciec Dioklecjan mógł wreszcie wziąć się do dzieła. Najpierw dokładnie sprawdził, czy w pomieszczeniu nie ma kamer. Następnie ostrożnie zajrzał do każdej z szuflad. Piskliwy głos dochodził zapewne z telewizora, ale przezorność nie zaszkodzi.

Upewniwszy się, że jest jedynym żywym w pomieszczeniu, odetchnął głęboko i uśmiechnął się tryumfalnie.

– Czas wyrównać rachunki, Kaziu – szepnął cicho, pochylając się nad denatem.

Zaczął od rozpakowania reklamówki. Wyjął kolejno spory słoik, dwie grube, gumowe rękawice, radio na baterię oraz coś, co rękawicę trochę przypominało, tylko że jednopalczastą. Następnie przeszedł do przygotowania zwłok.

– Byłeś dla mnie jak starszy brat, byłeś wzorem, którego zabrakło mi w domu, a dojechałeś mnie wtedy kolego, ten jeden jedyny raz – sapnął, przekładając ciało na brzuch. Praca w rękawicach nie okazała się łatwa. Zapach także nie pomagał. – Piliśmy do rana, wszak nie codziennie broni się doktorat. Za kilka dni miałeś jechać do Rzymu. Kiedy reszta poszła na miasto, a ja sponiewierany zasnąłem. Nie dawałem rady dotrzymać wam tempa pijusy! – Rozłożenie zimnych, zesztywniałych nóg było trudniejsze, niż myślał. Ale dał radę. – Jeszcze kilka godzin wcześniej śmialiśmy się z tego, co ci głupi ludzie gadają. – Ze zgięciem kolan poszło już łatwiej. – A potem, rano obudziłem się z potwornym bólem dupy.

Krople potu spływały mu po czole, dyszał, ale wszystko było gotowe.

– Teraz jeszcze tylko miuzik i lubrykancik – mówił cicho do siebie, mocując się ze słoikiem. Gdy nakrętka puściła, po pomieszczeniu szybko rozszedł się przyjemny, orzechowy zapach.

Włączył radio, po czym rozpiął spodnie. Nabrał pokaźną porcję wazeliny i już miał nią wysmarować tylną dolną część pleców zmarłego, kiedy nagle coś w niej drgnęło. Cofnął dłoń, zaskoczony, i wtedy z pomarszczonego, brązowego słoneczka wychynął szary, szczurzy łepek.

 – Siema z rana, Andżej! – zawołał nieoczekiwany przybysz.

– O kurwa! – wrzasnął Dioklecjan odskakując.

 

***

 

Krzyk na chwilę wyrwał Bożenę z transu. Rozejrzała się czujnie, ale widząc, że pielęgniarka najwyraźniej nic nie słyszała, dewotka szybko wróciła do szydełkowania.

 

***

 

– Nie żadna kurwa, tylko starszy górnik Marcin. Zbawca okrężnic i młot na hemoroidy – odrzekł szczur. – Jakaś zmiana planów kierowniku? Graża mówiła, że ten zostaje do jutra… A kim ty właściwie jesteś!?

Z każdym słowem wypowiadanym przez kosmate zwierzę serce mężczyzny biło coraz szybciej, a nogi drżały coraz bardziej.

– Ja pierdolę! – krzyknął Dioklecjan, czyniąc znak krzyża. Zapomniał, na swoje nieszczęście, że ręce ma wysmarowane lepką, pachnącą orzechami substancją. – Zgiń, przepadnij siło nieczysta!

– Przepraszam psze księdza, lubię mocne wejścia. Nie wiedziałem, że mamy nowego kapelana. – Szczur wyszedł na zewnątrz, uśmiechając się. – Po minie widzę, że nikt ojca nie wtajemniczył w nasz biznes. Wyciągamy implanty wszczepione przez kosmitów, i opylamy je w necie. Powie mi ksiądz, dlaczego kopalnia jest do góry nogami? – Futrzak zaczął się rozglądać. Spostrzegł słoik, potem rękawice, w końcu, zobaczywszy rozłożone nogi, przesunął wzrok na Dioklecjana. Jego blada z przerażenia, spocona i umazana nie do końca świętym olejem twarz ostatecznie zdradziła zwierzęciu niecne zamiary.

– Nekrofil! – pisnął szczur, i zaczął w kółko biegać po zwłokach. – Graża! Alarm!

 

***

 

Pielęgniarka poderwała się z krzesła. Jej gniewne spojrzenie natrafiło na przerażone oczy Bożeny. Z kantorka wyskoczył postawny młody mężczyzna.

– Nie wolno, sprawa wagi kardynalskiej…

– Odsuń się! – warknął Andrzej odpychając kobietę razem z krzesłem.

Grażyna złapała zasuwę, ale zamiast otworzyć ją, błyskawicznie cofnęła rękę.

– Parzy! – Przytuliła do ciała zranioną dłoń. – Niedobrze… Kierowniku, leć po cyklotron!

 

***

 

Wrzawa za drzwiami otrzeźwiła Dioklecjana. Wytarł szybko rękę w habit i zaczął podciągać spodnie. Szczur biegał jak opętany, piszcząc przeraźliwie, kogo to należy wezwać. Kiedy mężczyzna zaciągał pasek, sprzączka, jak na złość, pękła. Duchowny zaklął, zastanawiając się, co powie, kiedy Bożena skapituluje i do środka wpadnie zaniepokojony personel. Postanowił improwizować oraz szybko rozprawić się ze szczurem.

W dwóch krokach dopadł wysuniętej szuflady, podniósł z ziemi jednopalczastą rękawicę (która nie był po prawdzie rękawicą), i niczym packą na muchy, starał się utłuc gryzonia. Nawałnica razów spadła na doczesne szczątki arcybiskupa Kazimierza, ale biegający po nich zwierzak zwinnie unikał zguby. W końcu czmychnął tam, skąd wyszedł, tuż przed tym, gdy potężny cios spadł na sine pośladki.

– Auuuuu! To bolało – przemówił niski, męski głos dochodzący jakby ze wszystkich kierunków.

Dioklecjan zamarł, znał ten głos, po tylu latach nadal kojarzył się mu z bólem dupy.

– Nie! – wymamrotał sparaliżowany.

Zwłoki drgnęły.

– Co ty sobie wyobrażasz!? – Teraz głos dochodził już z okolic głowy Kazika.

– Ty nie żyjesz!?

– Czartom w piekle tak się spodobała twoja mała inicjatywa – denat powoli zaczął wstawać – że postanowili odesłać mnie na chwilę. – Biskup spojrzał na przyjaciela, szeroko się uśmiechając. Aż nagle pierdnął straszliwie.

– Do gwiazd! – pisnął szczur, wylatując w obłoku cuchnącego gazu. W tle zabrzmiał motyw z filmu „Flash Gordon”. Kosmiczne ambicje gryzonia szybko natrafiły jednak na ścianę. Dosłownie.

– Połowa zastępów piekielnych jest tu z nami, przyjacielu, w tym pomieszczeniu – kontynuował denat, a jego siarczysty bąk toczył już bój z orzechową wonią. – Ciągną losy, kto kogo dziś dojedzie. Reszta potępieńców pilnuje drzwi, by nikt nam nie przeszkadzał. Nie licz na odsiecz.

– Litości! – Mężczyzna padł na kolana.

– Dam ci ja litość. – Oczy Kazika rozjarzyły się nieludzkim blaskiem. – Spodnie już rozpiąłeś, bardzo dobrze. A teraz odwróć się, przyjacielu. Będzie jak kiedyś. Zaraz znowu poczujesz mój paschał.

 

***

 

Bożena otrząsnęła się z szoku. Musiała uderzyć się w głowę, gdyż miała wrażenie, że słyszy głos zmarłego. Personelu nigdzie nie było widać. Niepewnie postawiła więc krzesło, chcąc ponownie zablokować drzwi. Wtedy wkroczyli.

Grażyna i Andrzej, cali na biało, w bojowych kombinezonach przeciwchemicznych przypominających nieco skafandry kosmiczne. Ona ze strzelbą powtarzalną, on z czymś, co wyglądało na gadżet z filmu „Pogromcy duchów”.

– Odsuń się! – krzyknął mężczyzna. – Marcin, kryj się!

Bożena odskoczyła. Niestety trochę za wolno.

– Ognia!

Andrzej nacisnął spust. Czas zwolnił. Czasoprzestrzeń odkształciła się. Masa uwięzionych w pętli cząstek wysokoenergetycznych przekroczyła wartość krytyczną. Zielona błyskawica pomknęła w stronę drzwi, rozbijając po drodze głowę Bożeny na drobne kawałki. Zapachniało przypalonym mięsem. Zasuwa momentalnie odparowała, zewsząd dało się słyszeć potępieńcze wycie. Wrota otwarły się z hukiem.

Pierwsza wpadła do sali Grażyna. Wskoczyła szczupakiem, a następnie wykonała przewrót w przód i półpiruet, by ustawić się plecami do ściany.

– Zmartwychwstaniec pierwszej klasy – pisnął spływający po ścianie szczur. – Ma implant w głowie, walcie w korpus.

Andrzej wbiegł tuż za nią. Dysza cyklotronu już zaczynała się jarzyć upiorną zielenią.

– Jak śmiecie!? – Nagi denat ruszył pokracznie w ich stronę.

Graża wybiła mu ołowiem dziurę w brzuchu. Kolejny strzał pozbawił go ręki. Zachwiał się, ale wciąż kroczył, póki zielona błyskawica nie rozbiła go na kawałki. Światła zgasły na chwilę, nastała upiorna cisza. Kałuża pod klęczącym Dioklecjanem rosła z każdą sekundą, jego żuchwa zaczynała dygotać.

– Ale Meksyk! – zawołał szczur, odzyskawszy rezon. Pędził już w stronę rozerwanego eksplozją ciała. – Dobra, głowa cała.

– Jeden problem mniej. Nic ci nie jest, futrzaku? – zapytała kobieta, opuszczając strzelbę. Andrzej trwał w pozycji strzeleckiej, jakby szukając kolejnego celu.

– Jestem cały, kierowniczko, a gdyby nie ta ściana, to byłbym pierwszym mówiącym szczurem w kosmosie. Ale nasz gość chyba ma jakiś atak.

Mężczyzna w habicie nie był już w stanie pohamować drżenia rąk. Jego oczy podążały za biegającym wśród szczątków zwierzęciem.

– Czysto – rzucił w końcu szczur. – Nie czuję siarki. Głowa cała, ale resztę będzie trzeba dosztukować.

– Nie! – krzyknął Dioklecjan. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

– Weźmiemy tę babę – stwierdził Andrzej, wskazując bezgłowe zwłoki Bożeny. – Postura się zgadza. Przedłuży się tylko trochę nogi, utnie cyce, i w ciuchach będzie jak znalazł.

– Nie! – krzyknął ponownie zakonnik. – To się nie dzieje naprawdę!

– Zamknij się zboczeńcu! – fuknęła pielęgniarka. – I idź się umyć i przebrać, bo wyglądasz groteskowo w tych rękawicach.

– I nie zapomnij pomachać do lampy – dodał Andrzej, spoglądając na telefon. – Dawno nie mieliśmy tylu wejść. Oj, będzie premia w tym miesiącu!

– Nie! – Zakonnik poderwał się i wybiegł pingwinim chodem. Potykając się o ciało Bożeny, ostatecznie zgubił spodnie. Teraz mógł przyspieszyć.

Pędził tak przez szpital, bredząc coś o gadających szczurach, nieumarłych i reptilianach, zostawiając za sobą orzechową woń. Opuściwszy budynek, stratował klomb, przeskoczył parkan i gnałby tak pewnie dalej, gdyby nie wóz strażacki, który uciszył go i zatrzymał na dobre.

 

***

 

Przed północą potrzaskane ciało ojca Dioklecjana wróciło do kostnicy. Pomimo rzekomych starań nikomu nie udało się zdjąć z niego gumowych rękawic. Orzechowego zapachu złamanego nutą siarki nie imała się żadna chemia.

– A oto i nasza gwiazda. Co z nim zrobimy? Bo w otwartej trumnie to ja go nie widzę – zapytał siedzący na ramieniu kobiety Marcin.

– Głowa cała, resztę się dosztukuje – odparła Grażyna zakładając fartuch.

– Gdzie Andżej?

– Poszedł szukać odciętych cycków.

– Ukradli!? – dopytywał szczur.

– Uciekły. Goniły ponoć kogoś na psychiatrycznym. Sprawdź proszę, czy on nie ma implantów.

– Jeżeli będzie miał reptiliański, jak jego kumpel, to zarobimy w tym miesiącu!

Koniec

Komentarze

Dzięki wielkie za betę i za wszystkie łapanki, oraz sugestie. Tekst jest dzięki temu dużo lepszy. Teraz czas na publikację. Zobaczymy, jaki będzie odbiór ;-)

 

@Olciatka

Dzięki za drugie czytanie. Tylna dolna zostaje, brzmi trochę dziwnie, wiem, ale to nawiązanie (jak pisałem już Outtcie, nie pamiętam – niestety – do czego). Ale może ktoś z czytelników będzie wiedział, to mnie oświeci.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No ja nie będę się rozpisywał, bo opinię z bety już znasz i cieszę się, że zdecydowałeś się opublikować ten tekst, pomimo mocnej obrazoburczości. Wrzuciłes tutaj kilka drażliwych tematów i pewnie niektórzy będą jojczyć, że nie poszedłeś głębiej. Ale to Dioklecjan chciał pójść głębiej, a ja ten Twój tekst uznaję za zabawny, bez wydumanych ambicji pretendowania do bycia czymś więcej, niż udaną krotochwilą ;)

Dobry tekst, zabawny, wciągający. Dobra robota.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Bardzo dobry tekst, czarny humor aż się z niego wylewa. A do tego ten cyckoduch na koniec :)

Krarze, grubo poleciałeś! 

Ten tekst to festiwal absurdu, ale jednocześnie wszystko do siebie pasuje, tak to zgrabnie zszyles. Stanąłem w miejstu, kiedy nie wiadomo za bardzo co napisać, bo przyczepić się nie ma do czego. :P

Tekst jest zabawny (nawet te niewybredne żarty z księży tu pasują), przerysowany w pozytywnym tego słowa znaczeniu, a ponad to broni się jako opowiadanie fantasy. 

Dobra robota! 

Geki, ale to nie Zanais tylko krar pisał. xD

Geki, ale to nie Zanais tylko krar pisał. xD

Za dużo opek otwartych na raz w przeglądarce. XD

Ić spać, Geki, bo Ci się ludzie już mieszają. Chyba, że to jakiś nowy zwyczaj portalowy, bo dziś czytałem komentarz silvana pod opowiadaniem Lany, w którym rzeczony zwracał się do autorki per Irko ;)

Known some call is air am

Ić spać, Geki, bo Ci się ludzie już mieszają. Chyba, że to jakiś nowy zwyczaj portalowy, bo dziś czytałem komentarz silvana pod opowiadaniem Lany, w którym rzeczony zwracał się do autorki per Irko ;)

Ale żeby tak od razu wypraszać? :(

Geki-nara jak to mówią. 

Ić spać, Geki, bo Ci się ludzie już mieszają. Chyba, że to jakiś nowy zwyczaj portalowy, bo dziś czytałem komentarz silvana pod opowiadaniem Lany, w którym rzeczony zwracał się do autorki per Irko ;)

 

XDDDD

 

Każdemu zdarzyć się może. :)

Oj, już się tak nie obrażaj, bo jeszcze uwierzę, że szczerze i będę się musiał w komentarzach kajać ;)

Known some call is air am

Oj, już się tak nie obrażaj, bo jeszcze uwierzę, że szczerze i będę się musiał w komentarzach kajać ;)

Na każdego, ale nie na ciebie, boś bral udział we większości bet moich tekstów i nawet rękę do piórka przyłożył, mój ty Serwerze Niedostępny. :) 

Chillin, Geki :) Dobra, nie róbmy już tu krarowi offtopu :)

Dzisiaj znów siedzę w nocy w pracy i mam zamiar kończyć opowiadanie na siódemki. Ciekaw jestem Twojego odbioru. I przy okazji, skoro już o siódemkach offtopuję – krar, pobetujesz mi tekst, kiedy go wrzucę? Plissss :)

Known some call is air am

Nie offtopując, przeczytałam. :)

I jestem z lektury bardzo zadowolona. Był moment, kiedy myślałam, że zrobi się niesmacznie. Ale zrobiło się zjawiskowo absurdalnie i zabawnie. Miałeś fajny pomysł i pięknie przelałeś go na… jak to się teraz mówi? Komputer? :D

Nie mam się do czego przyczepić. “Zakonnik w kostnicy” to moje ulubione opowiadanie tego konkursu. (Mam przed sobą jeszcze kilka, ale przebić będzie trudno).

Poruszasz taką tematykę, że faktycznie możesz oczekiwać różnych komentarzy. Ale jak się czytelnik odetnie i po prostu weźmie tekst na jaja, to nikt nie powinien mieć z tym większego problemu.

Udało Ci się mnie rozbawić i nieraz zaskoczyć. Świetna jest ta scena, kiedy wchodzą do kostnicy w strojach chemików. (Takich jak miał Walter White z BB, podobnie to sobie wyobraziłam). 

Warsztatowo igła. 

 

Spieszę do biblio.

Powodzenia w konkursie!

Jest bizarrowo, jest fajny fabularny i światotwórczy pomysł. Środek troszkę mi się dłużył, bo powtarzasz trochę grepsy, ale ogólnie czyta się spoko, a absurdalność całej fabułki, poskładanie jej z pozornie nieprzystających elementów, jest bardzo smakowita.

Niestety natomiast nie mogę się zgodzić z przedpiśczynią, że “warsztatowo igła”. Warsztatowo pozostawia dużo do życzenia i niestety bez poprawek nie kliknę biblioteki.

 

Ten wieczór[-,] w kostnicy szpitala przy ulicy Miłej[-,] do miłych bynajmniej nie należał.

Zdanie zyskałoby na innym szyku (i byłoby oczywiste, że przecinki są niepotrzebne).

 

Habit dodawał mu splendoru.

Bizarro bizarrem, ale splendor to co innego niż godność, powaga itp., a mam wrażenie, że o to tu chodzi. Habit żywcem nie należy do atrybutów splendoru. Oczywiście akurat w tym gatunku można by wykorzystać używanie słów poza ich polem semantycznym, na opak, ale to musiałoby być świadome (i pokazane w sposób mówiący to jasno czytelnikowi) i stylistycznie konsekwentne.

 

 – Kultury trochę, no. My tu w świętej sprawie przyszli[-.] – Nnie ustępowała dewotka nerwowo przekładając korale.

Przeklęty zapis tego typu didaskaliów. Tu musisz uznać to za “paszczowe”, zwłaszcza że odwracasz szyk.

 

Szuflada G. – Wskazała Grażyna, opierając się o ścianę.

– Pani Bożenko, proszę. – Mężczyzna wskazał na szufladę.

Pomijając powtórzenie, w pierwszym zdaniu didaskalium jest niepoprawne, bo ma szyk “paszczowego”, a tym razem takie nie jest.

 

Kobieta podbiegła i z pietyzmem wysunęła worek kryjący doczesne szczątki księdza biskupa.

Tu znów kwestia pietyzmu. Vide uwaga nr 1 w tej łapance. To by akurat nawet pasowało, ale musiałbyś usiać tekst takimi zabiegami, żeby dziwaczne użycia słów spełniały funkcję stylistyczną.

 

Bożena jęknęła[+,] zakrywając usta.

 

Miałeś potem jechać do Rzymu. Kiedy reszta poszła na miasto, a ja sponiewierany zasnąłem. Nie dawałem rady dotrzymać wam tempa pijusy!

Miał jechać do Rzymu, kiedy mówiący zasnął? Non sequitur. Znowu: gdyby stylizacja na brak logiki była konsekwentna, miałoby sens. (Zastanawiam się, czy aluzja do Mickiewicza celowa, podobnie jak imię Dioklecjan, czy też ja mam zboczenie zawodowe).

 

Rozłożenie zimnych, zesztywniałych nóg było trudniejsze, niż myślał.

Tak tylko na marginesie: rigor mortis trwa przez określony czas, nie każdy nieboszczyk jest sztywny.

 

Gdy nakrętka puściła[+,] po pomieszczeniu szybko rozszedł się przyjemny, orzechowy zapach.

 

Siema z rana[+,] Andżej!

 

Z każdym słowem wypowiadanym przez kosmate zwierzę serce mężczyzny biło coraz szybciej[+,] a nogi drżały coraz bardziej.

 

Przepraszam prze księdza

Ort. → psze

 

Szczur wyszedł na zewnątrz[+,] uśmiechając się.

 

Powie mi ksiądz[+,] dlaczego kopalnia jest do góry nogami?

 

w końcu[+,] zobaczywszy rozłożone nogi, przesunął wzrok na Dioklecjana.

 

Postanowił improwizować[-,] oraz szybko rozprawić się ze szczurem.

 

Nawałnica razów spadła na doczesne szczątki arcybiskupa Kazimierza, ale zwierzak zwinnie unikał zguby.

Wychodzi na to, że biskup i szczur to jedno.

 

– Nie! – wymamrotał[+,] sparaliżowany. Zwłoki drgnęły.

Zdanie o zwłokach powinno być w nowym akapicie. Podobnie jest parę razy. Po angielsku dopuszczalne jest, żeby narracja dotycząca osób innych niż mówiąca była kontynuowana w tym samym akapicie, po polsku nie bardzo. Pozostałych nie wypisywałam, możesz sobie znaleźć. Czasem styl uzasadnia taki zapis, ale to głównie dotyczy zabiegów takich jak strumień świadomości.

 

– Czartom w piekle tak się spodobała twoja mała inicjatywa[-.] – Ddenat powoli zaczął wstawać[-.] – Żże postanowili odesłać mnie na chwilę.

 

Biskup spojrzał na przyjaciela[+,] szeroko się uśmiechając.

 

W tle zabrzmiał motyw z filmu „Flash Gordon”. Jego kosmiczne ambicje szybko natrafiły

Ambicje motywu z filmu?

 

Nic ci nie jest[+,] futrzaku? – zapytała kobieta[+,] opuszczając strzelbę.

 

Jestem cały[+,] kierowniczko,

 

– Nie! – krzyknął ponownie. – To się nie dzieje naprawdę!

Kto krzyknął? Po drodze mówili inni, zmieniały się podmioty.

 

– Zamknij się[+,] zboczeńcu! – fuknęła pielęgniarka[+.] – I idź się umyć[-,] i przebrać, bo wyglądasz groteskowo w tych rękawicach.

 

dodał Andrzej[+,] spoglądając na telefon

 

Potykając się o ciało Bożeny[+,] ostatecznie zgubił spodnie.

I raczej: potknąwszy

 

przeskoczył parkan[-,] i gnałby tak pewnie dalej,

 

Pomimo rzekomych starań[-,] nikomu nie udało się zdjąć z niego gumowych rękawic.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć!

 

Ale was dużo… będę odpowiadał po kawałku.

 

Outta Sewer, dzięki za miłe słowa. Zgadza się, pewnych spraw nie chciałem tu zgłębiać, również w tym celu Marcin wyskoczył z nory ;-) Jak skończysz tekst na Szalone to daj znać, pomogę jak potrafię. 

 

fanthomas, miło słyszeć, że autorowi “Cyckoducha” tekst się spodobało. Twoje opowiadanie było jednym z impulsów, które doprowadziły do powstania tego opowiadania.

 

Gekikara, tak się właśnie zastanawiam, czy nie za grubo. Zmarli to zawsze trudny temat, wzbudzający emocje, zwłaszcza jeśli chodzi o czarny humor. Z jednej strony majestat śmierci, z drugiej jej powszechność w otaczającym świecie, z kolejnej jeszcze potrzeba oswojenia nieuniknionego.

Sam mam jeszcze dodatkowy problem z tematyką, bo jestem wierzący, i początkowo dziwnie mi się pisało dając upust emocjom zbudowanym postawą sporej części kleru. Ale pomysł urodził się, dojrzewał i domagał się napisania.

I się urodziło.

Dzięki za dobre słowo i za klika.

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Sam mam jeszcze dodatkowy problem z tematyką, bo jestem wierzący, i początkowo dziwnie mi się pisało dając upust emocjom zbudowanym postawą sporej części kleru.

Żeby Cię uchronić przed źle widzianym przez administrację wklejaniem kilku komentarzy jeden pod drugim, ale też całkiem szczerze powiem: szacun. (Nagle okazuje się, że w tej makabresce jest poważne drugie dno i zupełnie jej to nie szkodzi).

http://altronapoleone.home.blog

SaraWinter

Taki był zamysł, na chwilę przed tym, jak zrobi się niesmacznie, zmienić trochę punkt widzenia i wywietrzyć, odskoczyć w stronę żartu, absurdu i s-f. Cieszy mnie bardzo, że tekst się spodobał, i dostarczył funu. Głównie po to go napisałem, choć samo pisanie też dało kupę frajdy. A Żona zaglądał, by się upewnić, czy ja faktycznie do worda tak się śmieję.

Scena w kombinezonach inspirowana głównie pogromcami duchów, chociaż oni głowy mieli zawsz na wierzchu z tego co pamiętam (jak to we filmach).

Cieszy mnie niezmiernie, że wykonanie przypadło do gustu. Tu wielki ukłon w stronę moich betujących, którzy wyłapali niemało moich potknięć, zgubionych literek itp. Praca nad uważnością idzie, ale powoli.

(chociaż widzę już, że twoje stwierdzenie dla drakainy było chyba wyzwaniem ;-) i będę miał co robić)

Pozdrawiam i dzięki za klika!

 

Hej drakaina!

Widzę, że przybyłaś sprowadzić mnie na ziemię, po serii pochwał z poprzednich komentarzy. Bardzo dobrze, zwłaszcza, że jak widzę jest jeszcze co poprawiać. Już widzę, że spora część tego to przecinki…

Cieszę się, że pomysł przypadł do gustu, nad wykonaniem popracuję. Do wieczora przeczytam uważnie twoje sugestie i poprawię błędy. Dzięki za poświęcony czas! Póki co uciekam do pracy, ale jeszcze dziś się odezwę.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Mnie się też znakomicie czytało. Jest w tym tekście trochę pogrywania stereotypami, trochę obrzydliwości, trochę takiego absurdalnego gonienia się przez postacie jak z humoreski typu Benny Hill i autentycznie bizarro-feel, wprowadzony przez szczura i kwestię reptiliańskich implantów. A potem jeszcze seks, piekło i szatani. Na duży plus, po poprawkach formalnych wspomnianych przez Drakainę przybiegnę kliknąć biblio.

cześć krar:-)

wybrałeś bardzo fajne hasło konkursowe, więc mogłeś zaszaleć:-) moim zdaniem wcale nie przegiąłeś i cieszę się, że poszedłeś w tę stronę z realizacją pomysłu, choć mnie nie zaskoczyłeś. Spodziewałam się tematu nekrofilii.

Mimo to jestem zadowolona z lektury. Jest absurdalnie i zabawnie. Postać Bożeny bardzo fajna:-) Podoba mi się motyw dosztukowywania. 

Pamiętam, co pisałeś na becie o Dioklecjanie, ale jest mi jednak trochę szkoda, że nie udało mu się zemścić:-(

Polecam do biblioteki, pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie:-)

Hej, krar, świetne opko :)

Masz tu sporo elementów na pierwszy rzut oka do siebie nieprzystających, a jednak potrafiłeś je świetnie zgrać. Szczur i implanty ufoków są rewelacyjne. Wizyta gości z piekła dodaje smaczku.

Mi się :)

Nie będę czekała na poprawki, bo potem mogę zapomnieć, a skoro obiecałeś poprawki, to klikam od razu :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wesoły tekst, ale i odważny. Jako bizarro mi się podobało – tak, jest wystarczająco dużo absurdzików. Ale jako coś poważniejszego też do mnie trafiło. Sama sugestia, że grzeszny biskup wyląduje pod opieką diabłów jest interesująca.

Szybka, zwariowana komedia, nad którą można się zastanowić.

Babska logika rządzi!

Jedziemy dalej!

 

drakaina, trochę później niż obiecywałem, ale przeglądnąłem i poprawiłem. Zgłębiam zapis dialogów, ale nadal stanowi on dla mnie wyzwanie. Podobnie przecinki, które (jak pewnie widać) miejscami wstawiam „na czuja”, a można to robić lepiej. Jest nad czym pracować. Jeszcze raz dzięki za poświęcenie czasu. Z rzeczy, które zostawiłem:

Habit dodawał mu splendoru.

Zostaje, to jest nawiązanie do hasła „sutanna dodaje splendoru”, które kiedyś słyszałem jako argument za tym, że księża powinni zawsze ją nosić. Nie zastanawiałem się, czy użycie słowa splendor jest tu poprawne, ale raczej chciałem wpleść całą tą frazę (tylko że z habitem). Jedna z kilku subtelnych sugestii, że bohater jest zwolennikiem nurtów tradycyjnych.

Kobieta podbiegła i z pietyzmem wysunęła worek kryjący doczesne szczątki księdza biskupa.

Również zostaje. Tekst nie jest usiany tego typu słowami, ale kilka ich jest – pietyzm, splendor, paschał, czcigodny. Zgadzam się, że wykorzystanie jest trochę nie z tej bajki, ale taka mam tego wizję. Jest to też element kreowania Bożeny. Chcę dobitnie pokazać, że jest to osoba darząca bezgranicznym zachwytem stan kapłański.

Zastanawiam się, czy aluzja do Mickiewicza celowa, podobnie jak imię Dioklecjan, czy też ja mam zboczenie zawodowe

Może wyjdę na dyletanta, ale jeżeli jakieś jest, to nieświadome. Cały pomysł i imiona z głowy. Dla ambitnych księży Rzym to chyba najlepszy adres, najlepsze wyróżnienie.

rigor mortis trwa przez określony czas, nie każdy nieboszczyk jest sztywny.

Możliwe, nie znam się na tym. Chodziło mi o pokazanie, że nasz bohater musiał się trochę napocić, by osiągnąć zamierzony efekt.

Zamknij się zboczeńcu!

To jest okrzyk, potok słów, więc bez przecinka imho.

Potykając się o ciało Bożeny[+,] ostatecznie zgubił spodnie.

I raczej: potknąwszy

Tutaj nie jestem pewien. Te czynności są powiązane, ale dzieją się w zamyśle jednocześnie, i nie są zależne jedna od drugiej. I tak zgubiłby spodnie, a tak zgubił je jednocześnie potykając się o zwłoki.

 

ninedin

Miło słyszeć, że się podobało. Bohaterowie są mocno stereotypowi, ale też pasują do zagadnienia. Chciałem pokazać relacje duchownego i energicznej, mocno nastawionej na religijność kobiety. Tu jeszcze wszystko miało być normalnie. Nawet szufladę ze zwłokami mu otwiera.

Inwazja zaczyna się natomiast za zamkniętymi drzwiami. Najpierw zakonnik chce “tylko” wyrównać rachunki, a potem to już festiwal. Gadające szczury, kosmici, zmartwychwstaniec – bałem się, czy to nie za dużo na raz.

Poprawki od drakainy w większości naniosłem, detale powyżej.

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Olciatka

Spodziewałam się tematu nekrofilii.

Ten tekst zaczął się od pomysłu ze szczurem, choć początkowo miał on wychodzić z ust i powiedzieć kazanie w czasie pogrzebu. A wokoło miały biegać baranki i latać motylki. Miałem jeszcze później pomysł, by opisać coś totalnie innego, ale ostatecznie zdecydowałem, że zakonnik będzie „tym złym”. Więc poszedłem w nekrofilię. Początkowo to miało być krótkie, ale urosło, i z szorta zrobiło się opowiadanie. Miałem też różne koncepcje, kiedy Marcin ma wyjść z nory, po namyśle zdecydowałem że najlepiej, jak zrobi to tuż przed tym, jak zrobi się niesmacznie.

Postać Bożeny bardzo fajna:-)

Potraktowałem ja minimalistycznie, ale wnosi swoje. Miałem jeszcze pomysły, ale tekst by się rozrósł. Ale jeszcze kiedyś wykorzystam, w kolejnym tekście o jeleniu ????

Podoba mi się motyw dosztukowywania.

Mi też, choć bywał on (niestety) prawdziwy w pewnym sensie. Czasem się ponoć zdarza, że rodzina postanawia przyoszczędzić na trumnie, zwłaszcza, jeżeli zmarły był wysoki, a trumny na 170 cm są w promocji.

Pamiętam, co pisałeś na becie o Dioklecjanie, ale jest mi jednak trochę szkoda, że nie udało mu się zemścić:-(

Mi trochę też, choć wolał zemstę od wybaczenia, i konsekwentnie dążył do jej realizacji. Nie chciałem opisywać samego stosunku, bo dziwnie bym się z tym czuł. To już by nie było spójne z początkowa wizją. A i Marcin nie miałby wtedy tak mocnego wejścia (w zasadzie wyjścia ???? )

Dzieki za dobre słowa i za polecenie!

 

Irka_Luz

Dzięki za przeczytanie i za klika! Motywuje, gdy czytelnicy są zadowoleni. Wybór zagadnień dosyć osobliwy, ale udało się z tego zbudować coś spójnego, oraz jest dziwnie. Poprawki wprowadziłem (post powyżej).

 

Finkla

Szybka, zwariowana komedia, nad którą można się zastanowić.

To miało być głownie coś śmiesznego, niesmacznego i totalnie absurdalnego (szczur wychodzący z… ), ale miło słyszeć, że coś głębszego da radę w tym znaleźć. Mam szczerą nadzieję, że ludzie z dokonaniami pokroju hipotetycznego biskupa Kazia, nie trafiają automatycznie do krainy mlekiem i miodem płynącej tylko z racji nadanych na ziemi zaszczytów.

Dzięki za dobre słowo i za klika!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

A ja jestem ciekawa, czy ludzie tego pokroju w ogóle wierzą w piekło i raj.

Babska logika rządzi!

A ja jestem ciekawa, czy ludzie tego pokroju w ogóle wierzą w piekło i raj.

Też się kiedyś nad tym zastanawiałem i coś jest na rzeczy.

Niemniej, kiedyś bardzo blisko spotkałem się z takim podejściem: wystarczy się wyspowiadać.

I człowiek ów, autentycznie w to wierzy, żyje w przekonaniu, że nawet jak zrobił coś złego, to właściwie nic się nie dzieje… złego.

Z mojego doświadczenia ludzie potrafią wierzyć w bardzo różne rzeczy.

Im człowiek dłużej chodzi po ziemi, im jest bystrzejszy, im więcej wie, tym potrafi zbudować bardziej pokrętne i bezczelne usprawiedliwienie swojego postępowania, pozostające (w jego mniemaniu) w zgodzie z systemem wartości/wierzeń. Zwłaszcza, jeżeli zdarzyło mu się doświadczyć bezkarności.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Super opowiadanie, krar! Szkoda, że wcześniej nie przeczytałem, ale czasu mało ;/

 

– Ja pierdolę! – krzyknął Dioklecjan, czyniąc znak krzyża.

Tak chyba miało sporo osób, kiedy dodarło do fragmentu z rozpinanym rozporkiem xD. Humor moim zdaniem na plus, często się śmiałem. Na plus również cała ta kontrowersja w opowiadania – bizarro chyba lubi takie tematy, a Ty moim zdaniem spisałeś się bardzo dobrze.

Dokładnie tak wyobrażałem sobie realizację tego hasła, może jest coś ze mną nie tak xD

W każdym razie, bardzo dobrze Ci to wyszło.

Pozdrawiam :D

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Spowiedź. Z pewnością nie jestem ekspertem, ale nie potrzeba jeszcze pokuty, zadośćuczynienia, postanowienia poprawy i takich tam?

Zgadzam się z Krarem. Coraz łatwiej znaleźć usprawiedliwienie a bezkarność (tudzież władza) korumpuje straszliwie.

Babska logika rządzi!

Spowiedź. Z pewnością nie jestem ekspertem, ale nie potrzeba jeszcze pokuty, zadośćuczynienia, postanowienia poprawy i takich tam?

5 x zdrowaś, 7 x ojcze, plus jakaś koronka i do nieba.

DanielKurowski1

Dzięki za słowa uznania. Motywują do dalszej walki o czas na pisanie. Początkowo nie chciałem tego pisać, walczyłem, ale pomysł telepał się po głowie. Szczur chciał wyjść! Dałem się więc prowadzić mrocznej stronie wyobraźni. Tekst napisałem w ostatniej chwili, pierwszy raz tak szybko (dwa wieczory), potem beta doszlifowała go tocząc bój z moja nieuwagą i jest. I jestem z niego zadowolony, inaczej bym się zastanawiał, nie mogąc czasem zasnąć.

Dokładnie tak wyobrażałem sobie realizację tego hasła, może jest coś ze mną nie tak xD

Pisząc to miałem podobne rozkminy, zastanawiałem się po co tworzyć takie rzeczy, co mi to da, czy kiedyś będę się tego wstydził… Ale wyszedłem z założenia, że i mi pozwoli to trochę oczyścić z frustracji postawą części kleru, i może kogoś skłoni do refleksji (chociaż ta myśl przyszła na samym końcu, dopiero po publikacji – a może tak sobie tylko tłumaczę ;-) ). A i czasem lubię się pośmiać z takich rzeczy, a nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Jest pomysł, uzewnętrznijmy więc, i zobaczmy, co ludzie powiedzą.

 

Finkla, MTF

Z pewnością nie jestem ekspertem, ale nie potrzeba jeszcze pokuty, zadośćuczynienia, postanowienia poprawy i takich tam?

Z tego co ja się orientuję, to trzeba, choć też nie jestem ekspertem. Ktoś mi też kiedyś powiedział, że w tej dziedzinie nie ma ekspertów, a jeżeli masz prawidłowo działające sumienie, i jesteś w stanie rozmawiać o swoich “grzechach” z drugim człowiekiem, to reszta jest co najwyżej równa tobie. W tej materii niema piramidy wśród ludzi ;-)

Spowiedź to tylko jeden z elementów. Otrzymanie rozgrzeszenia przy spowiedzi jest jednym z elementów, odpuszczenie grzechów wymaga konkretnych warunków. Kapłan prawie zawsze mówi, że odpuszcza, ale to samo w sobie nic nie gwarantuje. Taka przynajmniej jest teoria… Ludzie są tylko ludźmi, są ułomni, a bywają bardzo źli.

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Kapłan prawie zawsze mówi, że odpuszcza, ale to samo w sobie nic nie gwarantuje.

Ale, jak to? Znaczy, że Kevin Smith kłamał w “Dogmie” z tym, że co namiestnicy na Ziemi powiedzą, tako w Niebiosach za prawo uznanym zostaje? :O Szok i niedowierzanie ;)

Known some call is air am

Witaj.

Opowiadanie przyjęłam z dużą dozą humoru. 

Jest tak niezwykłe, że trudno mi dać niższą ocenę (prócz maksa), ponieważ ujęło mnie zaskoczenie, pojawiające się w dosłownie każdym akapicie, humor, obrazowość i plastyczność opisów, wreszcie … machanie do lampy. :))

Brawa za świetny tekst, będący kapitalnym przykładem wzorcowego bizarro.

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Szok i niedowierzanie ;)

Cichy Bob znalazłby pewnie inne słowa, by to określić.

 

bruce

Dzięki z przeczytanie. Cieszę się, że tekst dostarcza radości, chociaż rodzaj humoru jest dosyć specyficzny a i tematyka przewidywalna. Ale to w końcu bizarro, można zaszaleć.

 

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Fajny strzał, parsknąłem kilka razy.

– Przepraszam psze księdza, lubię mocne wejścia. Nie wiedziałem, że mamy nowego kapelana. – Szczur wyszedł na zewnątrz, uśmiechając się.

Piękne!

Długo zastanawiałam się, co napisać. Momentami bardzo zabawne opowiadanie, chwilami obrzydliwe i na granicy dobrego smaku. Podobał mi się szczur, różaniec z szydłem, pomysł na wmieszanie się diabłów w opowieść. Trochę myliły się Grażyna i Bożena (podobne imiona). W tekście masz sporo stereotypów, ale to bizarro. Gdybym miała się koniecznie do czegoś przyczepić, zabrakło głębszego przesłania.

mortecius

Miło słyszeć, że rozbawiłem. Taki był główny cel ćwiczenia ;-)

 

ANDO

Dobrze słyszeć, że wywołało nieco uśmiechu. Miałem wrażenie, że granice dobrego smaku niestety przekroczyłem, ale widzę, że nieznacznie. Szczur jest zdecydowanie jednym z silniejszych elementów tej opowiastki. Bożena i Grażyna faktycznie się mylą, ale to w pewnym sensie zamierzone: lubię nadawać imiona pokolenia moich rodziców bohaterom surrealistycznych historii.

Gdybym miała się koniecznie do czegoś przyczepić, zabrakło głębszego przesłania.

Tu się nie zgodzę (choć początkowo też tak myślałem):

Dioklecjan mierzył głęboko, a szczur chciał dosłownie sięgnąć gwiazd ;-) A tak bardziej poważnie to jest tu kilka punktów zaczepienia: biskup w piekle, interwencja mocy piekielnych kiedy kapłan zamiast wybaczyć woli babilońskie “oko za oko”, namacalna, choć chwilowa i nietrwała moc złego pozwalająca na ingerowanie w ludzkie losy…

 

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Przeczytane. Na początku zastanawiałem się, gdzie tu bizarro, ale w momencie, gdy miało zrobić się bardzo niesmacznie, nagle wybuchł absurd ;p Z lektury jestem zadowolony, śmieszki z klechów zawsze wywołują u mnie niezdrową satysfakcję, jednak muszę zaznaczyć, że dla kogoś, kto nasłuchał się opowieści z seminariów (z pierwszej ręki!), złożone relacje Kazimierza z Dioklecjanem nie okazują się tak szokujące i zaskakujące ;D Samo życie.

Ja głębszego przesłania od tekstu w takim gatunku nie oczekuję. Zastanawiam się, oprócz tego, co napisałeś – czy imiona bohaterom nadałeś przypadkowe? Zastanawia mnie Dioklecjan…

Pzdr,

Amon

Cześć AmonRa!

Początek zalatuje trochę streotypowym “skrzywionym niemieckim pornusem” albo obyczajówką na trudny temat, ale to tylko preludium do wjazdu Marcina. Aby jego wejście (choć w zasadzie to wyjście ;-) ) było odpowiednio mocne.

Jak bywa w seminariach nie wiem, koledzy, którzy w to poszli albo mocno rozluźnili kontakty albo o takich rzeczach nie mówią. Księży i zakonników spotkałem różnych, w większości pozytywnych, ale w wielu z tych ludzi było coś takiego, że ani samochodu bym od nich nie kupił, ani dziecka pod ich opieka nie zostawił.

Imiona bohaterów z głowy, przypadkowe (no chyba, że podświadomość coś mi podpowiedziała)

Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No, faktycznie pojechałeś :) Tekst czytało się bardzo dobrze, napisany gładziutko. Mam wrażenie, że dobrze go wyważyłeś - kiedy staje się jasne, jaki interes sprowadza zakonnika do kostnicy, robi się naprawdę niesmacznie, ale chwilę potem zalewasz czytelnika taką ilością absurdu, że to wszystko jakoś się rozmywa – akcja pędzi na złamanie karku, a przy okazji robi się coraz dziwniej, co po takim wstępie wydawało się wręcz niemożliwe.

Pozdrawiam!

Cześć!

Pomysł powstał spontanicznie i domagał się realizacji. Trochę niesmaczny, ale stanowiło to dobrą bazę do wyjścia szczura ;-) Cieszę się, że całkiem się to spodobało.

Pozdrawiam i dzięki za przeczytanie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nowa Fantastyka