- Opowiadanie: Realuc - Dwa wcielenia Laseriana Browna

Dwa wcielenia Laseriana Browna

Jest obyczaj, są wulgaryzmy (JUŻ NIE MA!), jest też trochę depresyjnie. Łamię niemal wszystkie wytyczne, jednak...

Opowiadanie to, które pisałem już od dawna, skończyłem akurat w dniu, w którym został ogłoszony konkurs. Na dodatek idealnie wręcz wpasowało się w pierwszy limit znaków. Uznałem, że nie może być to przypadek, dlatego jest pod konkursowym tagiem. Mam nadzieję, że słusznie.

 

W tekście wykorzystałem utwory z antologii „Sześć poetek irlandzkich” autorstwa  Jerzego Jarniewicza:

- Nuali Ni Dhomhnaill, „Wiersz dla Melissy” według przekładu Eiléan Ni Chuilleanáin.

- Nuali Ni Dhomhnaill, „W kwestii języka”  według przekładu Paula Muldoona.

- Nuali Ni Dhomhnaill,  „Alba” według przekładu Michaela Longleya.

 

Grafika na końcu tekstu jest z kolei autorstwa tutejszego wielbiciela horrorów. NearDeath, bardzo dziękuję!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Dwa wcielenia Laseriana Browna

– Jak tutaj jest pięknie!

Stara, drewniana chata stała na zielonym wzgórzu. Drzwi wejściowe wyglądały na takie, które w swoim długim żywocie były zamykane i otwierane niezliczenie wiele razy. Albo najzwyczajniej pożarł je czas, zostawiając tylko mizerną dechę. Gnijącą i dziurawą na dodatek. Nie lepiej było z oknami i popękanymi w nich szybami. Wiatr nie musiał się wysilać, aby wślizgnąć się do wnętrza. Mimo to domek był na swój sposób urokliwy. Przynoszący na myśl swojską beztroskę i obietnicę nowego, cudownego życia. Przynajmniej w oczach Anny.

– Mówisz zupełnie szczerze?

Mężczyzna objął narzeczoną i poczuł, jak fala ulgi przepływa przez całe ciało. Zatopił brodę w jasnych lokach i spojrzał w stronę pasącego się stada owiec. Tuż za nim dojrzał ścieżkę, a podążając nią wzrokiem, dotarł na skraj klifu, na którym wznosiła się biało-czerwona latarnia. Od tego dnia jego drugi dom. Chłód niesiony przez wiatr przyprawiał o gęsią skórkę, ale szybko wypierało ją ciepło nadziei.

– Zupełnie, Laserianie. Zupełnie – odparła Anna i mocniej wtuliła się w pierś narzeczonego.

– Bo wiesz… myślałem, że kobieta, która spędziła połowę życia w stolicy Polski, a drugą połowę w stolicy Irlandii, może doznać lekkiego szoku na widok…

– Oprowadzisz mnie? – przerwała, stając przed progiem.

Laserian odetchnął. Wiedział, że Anna marzyła o wyrwaniu się z miasta, ale co innego żyć wyobrażeniem marzenia, a co innego się z tym wyobrażeniem skonfrontować w rzeczywistości. Z trudem przekręcił klucz w zardzewiałej kłódce, pchnął drzwi. Zgrzytnęło okropnie, ale wejście stanęło otworem. Gdy postawili stopy na pierwszych, skrzypiących dechach, na głowy opadł kurz. Zupełnie tak, jakby dom był tylko konstrukcją z kartonu, w której każdy krok wprawia w ruch całą budowlę. Ale przecież ta przetrwała dziesiątki lat w miejscu, gdzie ciągle hula wiatr. I to nie byle jaki. Anna kurczowo oplotła ręce wokół narzeczonego i wspólnie lustrowali wnętrze chaty. A było ono z całą pewnością nietuzinkowe, bowiem wszystko mieściło się w jednym tylko pomieszczeniu.

Stara, brudnozielona wersalka tuż obok mebli, które widziały chyba drugą wojnę światową. Za popękanymi i brudnymi szybkami widniało pełno porcelanowych filiżanek, dzbanuszków, talerzyków i wszelkiej innej zastawy. Prowizoryczną łazienkę połączoną z kuchnią, a w zasadzie z butlą gazową i kilkoma garnkami, które z kolei pamiętały pewnie i pierwszą wojnę, osłaniała szara kotara, zawieszona na jednej z dwóch belek, przecinających przestrzeń pod sufitem. Na środku jedynego pokoju, na brunatnym, włochatym dywanie, stały sosnowe krzesła i stolik. Na blacie lampa naftowa i pęk kluczy.

– Wiem, że to żadne luksusy, ale… – zaczął Laserian, bo w zasadzie widział swój nowy dom po raz pierwszy, i choć podejrzewał, że nie będzie co liczyć chociażby na prąd, nie spodziewał się aż takich warunków.

– Przyzwyczaimy się. – Anna kipiała entuzjazmem mimo wszystko. – A jeśli nie, to przecież zawsze możemy wrócić.

No właśnie problem w tym, że nie możemy – pomyślał Laserian i podszedł do stolika.

– To zapewne od latarni. – Wziął klucze i wsadził do kieszeni kurtki. – To co, może obejrzymy jeszcze moje nowe miejsce pracy?

Szli wąską, wydeptaną ścieżynką wzdłuż klifu i podziwiali widok. Choć ani dla Laseriana, ani dla Anny nie było to nic nowego, to mimo wszystko coś sprawiało, że wzdychali z zachwytu. Pionowa ściana wznosiła się wysoko nad Morzem Celtyckim, którego fale rozbijały się u jej podnóża. Na horyzoncie dostrzegli kilka statków, a w zasadzie leniwie się przemieszczających punkcików. Skrzek ptaków, świszczący w uszach wiatr, wilgoć, chłód, zapach słonej wody. To wszystko musieli pokochać, bo miało towarzyszyć im już zawsze.

– Co się stało z poprzednim latarnikiem? – Anna przekrzyczała wiatr.

– Zmarł. Ze starości. Osiemdziesiąt sześć lat. I pomyśleć, że pokonywał tę drogę do ostatniego dnia.

– Mówią, że takie warunki dodają ludziom krzepy. Może dożyjemy setki? – zachichotała Anna.

– Tak mówią. – Laserian chciał w to wierzyć. O niczym innym już nie marzył, jak o długo żyjącej, szczęśliwej rodzinie. Przeszłość została w wielkim mieście. Pogrzebana tam raz na zawsze.

Po kwadransie marszu dotarli pod stalowe, łukowate drzwi. Biały mur latarni przecinało kilka czerwonych pasów. Obok wejścia, do budynku tuliła się sterta kamieni. Laserian przebierał w kluczach, wkładał do zamka, kręcił i kręcił, aż w końcu natrafił na właściwy.

– No, jest! Nie wiem do czego tyle tych kluczy.

Choć budynek nie sprawiał z zewnątrz wrażenia wielkiego, to mieli wrażenie, że pną się po spiralnych schodach w nieskończoność.

– W zasadzie zastanawiam się, po co w dzisiejszych czasach ktoś taki, jak latarnik. Nie obraź się. Chodzi mi o to, że teraz wszystko zelektryzowane i zautomatyzowane. Tutaj chyba też, prawda?

Laserian przystanął na chwilę i złapał oddech.

– No, tak. Ale czasami coś trzeba dokręcić, coś przekręcić, często zdarzają się awarie i takie tam. A wiesz, statek na morzu podczas sztormu nie będzie czekał, aż ktoś z daleka przyjedzie tutaj, aby naprawić usterkę. Latarnia musi działać cały czas. A moim zadaniem jest tego dopilnować.

Chwilę później dotarli na górę, gdzie znajdowała się cała maszyneria. Laserian pochwalił się wiedzą, opowiadając Annie o działaniu poszczególnych elementów, po czym wspięli się po drabince, przecisnęli przez wąski otwór i stanęli na okrągłym szczycie. Zacisnęli dłonie na zimnej barierce, spoglądając w dal.

– Wiesz co? – szepnęła Anna, opierając głowę na ramieniu męża.

– Hm?

– Będziemy tutaj szczęśliwi. Wiem to. Nasze dzieci również.

– Ale chcę przynajmniej trójkę, z czego dwóch chłopców! – Laserian przytulił narzeczoną i zapomniał przez chwilę, dlaczego tak naprawdę znalazł się w tym miejscu. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni granatową szkatułkę, odchylił wieczko. W środku, na czerwonym aksamicie, leżały dwie złote obrączki.

– Jesteśmy tutaj sami, ale Bóg, w którego tak mocno wierzysz, z pewnością nas słyszy. Nikogo więcej nie potrzebujemy, dlatego zróbmy to teraz. – Wyciągnął jeden krążek i zaczął wsuwać na palec ukochanej. – Anno, biorę sobie ciebie za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Po chwili Anna nałożyła drugą obrączkę na palec Laseriana i powtórzyła to samo, dodając formułkę związaną z jej wiarą. Uśmiechnęła się szeroko, pocałowała męża i rzekła:

– Zacznijmy od zaraz.

– Co takiego?

– Tworzyć rodzinę. Przecież jesteśmy już po ślubie.

Pociągnęła go za rękę ku klapie w podłodze, zeszli z powrotem do maszynerii. Wsadziła zimną dłoń pod jego koszulę, aż cały zadrżał. Odpowiedział pocałunkiem.

Pierwszą noc w nowym miejscu spędzili w latarni. I nie przeszkadzały im ani skrzeki ptaków, ani gwizd wiatru, ani szum morza, ani też chłód irlandzkiego wybrzeża.

 

 

*

 

 

Laserian odebrał od pana Gerarda cotygodniową porcję żywności i innych niezbędnych do życia środków, po czym ruszył w drogę powrotną. Spotykali się na rozdrożu, między starą chatą a malutką wioską zamieszkałą przez pasterzy. Od lat panowała w tych stronach niepisana umowa, że pasterze pomagali obecnie urzędującemu latarnikowi, w zamian za część jego wynagrodzenia. Tak więc Gerard zapukał do drzwi chaty już drugiego dnia po przybyciu nowych gospodarzy i przedstawił swoją propozycję, a Laserianowi i Annie nie pozostało nic innego, jak się zgodzić.

Wracał przez ciągnące się daleko, zielone łąki, okrążony przez setki owiec. Czuł, jak rozpiera go szczęście. Bywało trudno. Przeszli kilka kryzysów. Ale po tych niespełna dziesięciu miesiącach mógł z całą pewnością stwierdzić, że kara, która go spotkała, okazała się w rzeczywistości skutecznym remedium. Nie otworzył się przed Anną. Nie zamierzał mówić jej prawdy. Jest dobrze, jak jest. Niech myśli, że od zawsze marzył o pracy latarnika, że znalazł to ogłoszenie w internecie, i że tak jak ona, postanowił wynieść się z miasta z własnej woli. W zasadzie ona również nie opowiadała mu o swojej przeszłości. Niewiele o niej wiedział, poza tym, że po studiach opuściła ojczyznę i zamieszkała w Irlandii, pracując w Dublinie jako tłumaczka.

Nie lubił oddalać się od chaty teraz, gdy Anna mogła w każdej chwili zacząć rodzić. Ale nie było innego wyjścia. Zabrakło im paru niezbędnych rzeczy, a Gerard nie uznawał kompromisów. Laserian przyspieszył kroku, gorączkowo rozmyślając nad imieniem, co do którego nie mogli dojść do porozumienia, i ani się obejrzał jak dotarł do chaty. Wszedł do środka z impetem.

– Jestem kocha…

Upuścił siatki na trzeszczące dechy. Po podłodze potoczyły się jabłka i pomarańcze. Kilka owoców zatrzymało się u stóp leżącej na włochatym dywanie, półnagiej Anny. Płakała i z całych sił przyciskała do piersi zawiniątko. Białe prześcieradło zupełnie przesiąkło już krwią. Uniosła wzrok na męża, rozwarła usta, które drżały szaleńczo i wybełkotała:

– Ona nie żyje. Nasza córka przyszła na świat martwa.

Laserian klęknął obok żony i położył dłonie na ukrytym pod prześcieradłem, martwym noworodku.

 

 

*

 

 

Mogiłę wykopali tuż za chatą.

Stali w milczeniu nad kopczykiem, z którego sterczał zbity z desek krzyż. Nagle Anna zaczęła recytować z pamięci wiersz swej ulubionej poetki:

 

Dziewczynko jasnowłosa, tańcząca na wydmach,

masz wstążki w warkoczach, na palcach pierścionki,

choć nie liczysz, maleńka, nawet sześciu wiosen,

tobie daję to wszystko na tym kruchym świecie.

 

Opierzone pisklę, które wyszło z gniazda,

nasiona kosaćca ginące w studzience,

krab, cały zielony, który bokiem sunie?

to, córko, dla ciebie, dar dla twoich oczu.

 

Wół będzie radośnie brykać z groźnym wilkiem,

dziecko znajdzie w wężu kompana do zabaw,

lew się przy jagnięciu przyjaźnie położy

na pastwiskach, które tobie, mała, podaruję.

 

Otworzą się też szeroko bramy do ogrodu,

cherubin nie podniesie płomiennego miecza,

nikt nie będzie nosił listka figowego

w tym świecie bez skazy, który ci przekażę.

 

Moja biała córko, oto słowa matki:

złożę ci w dłoniach słońce, złożę w dłoniach księżyc,

w młynie Pana Boga wsunę się pomiędzy

dwa kamienne żarna, by cię w proch nie zmełły.

 

– Chciałam kiedyś przeczytać jej ten wiersz – rzekła sucho Anna, a jej twarz wydawała się Laserianowi taka obca, gdyż chyba nigdy nie widział na niej cierpienia.

– Kochanie, wiem, że nie jest ci teraz łatwo. Mnie również. Ale mamy całe życie przed sobą. Będzie dobrze.

Próbował jakoś ją poskładać, choć stać go było tylko na banalne slogany. Cóż innego mógł zrobić?

– Dlaczego cię przy mnie nie było? – zapytała z wyrzutem.

– Poszedłem po jedzenie i lekarstwa, przecież wie…

– Wiesz, jak to jest rodzić w samotności martwe dziecko? Jak to jest patrzeć na zdeformowane ciało? Oczy, w których nie ma życia? Nie słyszeć bijącego serca istoty, na którą czekało się jak nigdy na nic? Nikt mi nie pomógł. Nikt nie podał dłoni, nie otarł potu z czoła, nie był ze mną w tej najgorszej w życiu chwili, która miała być przecież najlepszą. Mówiłeś, że damy sobie radę sami. Że bywałeś przy domowych porodach. Ale cię przy mnie nie było.

– Anno kochana, poszedłem tylko po…

– Nienawidzę tego miejsca. Gdyby nie ono, nasza córka by żyła.

Nie starał się już szukać odpowiednich słów. Zwyczajnie wrócił do chaty i zostawił żonę samą. Położył się na wersalce i wyczerpany po stresie ostatnich dwóch dni jak jeszcze nigdy, zasnął. I wtedy też trafił tam, gdzie trafiał czasami podczas snu. Do dziwacznego świata, w którym wszystko było na opak, a jednocześnie takie prawdziwe. Tak jak i istota, w której ciele się znajdował, i której oczami widział wszelkie niezwykłości.

 

 

***

 

 

Wyszedł ze swej groty, wciśniętej między dwie chmury. Chodził po białych obłokach i rozglądał się nerwowo. Nie miał wiele czasu. W końcu musiały przypłynąć jakieś zbłąkane istoty, zwabione ciemnością wodniska. Morze chlupotało i uderzało ognistymi falami o brzegi cumulusów. 

Laserian przystanął na skraju jednej z chmur, czekając na ofiarę. Choć robił to już tyle razy, nadal czuł wstręt przed zabijaniem. Do pewnych rzeczy widocznie nie można przywyknąć – myślał, rozprostowując kolczaste łapska. Wiedział jednak, że nie ma innego wyjścia. Albo oni, albo Aniram, Aktorod i Drawde. Wybór był oczywisty, co nie znaczyło wcale, że prosty do zrealizowania.

W końcu zza ognistych bałwanów wyłonił się statek utkany z żelaznych traw. Na pokładzie kłębiły się mobliny, które bez refleksji podążały w stronę nadziei, jaką niosła ciemność wodniska. No i stało się. Okręt przybił do brzegu chmury. Mobliny opuściły łajbę, a Laserian wyskoczył na nie z ukrycia. Rozcinał pazurami krtanie, wygryzał serca, rozczłonkowywał drobne ciałka. Dokonywał niepotrzebnej rzezi, ale nie był w stanie opanować szału, w jaki wpadał podczas mordowania. Czuł się okropnie, ale zrobił, co zrobić musiał. W końcu, gdy cała załoga padła trupem, po kolei wyssał z każdego osobnika krew i przelał ją do kanistra. Z wypełnionym po brzegi naczyniem wrócił do groty i oznajmił triumfalnie:

– Udało się, kochani!

 

 

***

 

 

– Nad czym tak ślęczysz, kochanie?

Anna usiadła obok męża przy sosnowym stoliczku. Położyła dłonie na wydatnym brzuchu, uśmiechnęła się. Tym razem Laserian załatwił doktora, który co jakiś czas ich odwiedzał. Szósty miesiąc. Ciąża przebiegała, jak należy.

– To jest niezwykle zwariowane i nieprawdopodobne, ale…

Przymknął starą księgę o pożółkłych stronach i śmierdzącej skórze, która pełniła rolę okładki.

– Powiedz mi, proszę. W ostatnim czasie nic innego nie robisz, tylko siedzisz nad tą książką. Skąd ją w ogóle masz?

Westchnął, bo wątpił, że żona mu uwierzy, ale postanowił w końcu o wszystkim powiedzieć.

– Znalazłem ją przy latarni. Zupełnie tak, jakby wyrzuciło ją morze i chciało przekazać w moje ręce. I wszystko się zgadza.

– Co takiego się zgadza?

Wszystko. A właśnie to wszystko sprawiało, że nic z tego nie rozumiał.

– Anno, słuchaj… tylko nie pomyśl sobie, że zwariowałem! Od czasu do czasu, w zasadzie odkąd sięgam pamięcią, miewam wizje. A raczej sny, bo zdarza się to tylko w nocy, ale są niezwykle realne. Takie, których nie sposób odróżnić od rzeczywistości. Czuję w nich zapachy, emocje, rozterki, wszystko. Zupełnie tak, jakbym tam był.

– Tak bywa. Też czasami miewam takie sny – stwierdziła Anna i upiła łyk ziołowej herbaty.

– Nie, to co innego. Teraz to wiem. Po przeczytaniu tej książki.

– A o czym ona jest? – dopytywała.

– O świecie równoległym, ale w innym wymiarze czasu. O tym, że każdy z nas miał w nim swoje drugie wcielenie, które wpłynęło na nas w tej rzeczywistości. Tamten świat już ponoć dawno upadł, ale wciąż odczuwamy jego skutki. O tym jest ta księga, Anno, a ja jestem niemal pewien, że nocami przenoszę się do innego ciała, które kiedyś należało do mnie. Nie wiem, kto ją napisał. Nie ma tytułu, nie ma niczego, prócz filozoficznych rozważań na temat dwóch wcieleń. Próbuję pojąć to wszystko choć trochę ale, jak sama słyszysz, jest to dość skomplikowane…

– Laserianie… – Anna pocałowała go w policzek. – Wiem, że nie było nam łatwo po śmierci Melissy, ale myślałam, że wszystko sobie poukładaliśmy…

– No tak. Myślisz, że zwariowałem. Ale sama nalegałaś, żebym ci powiedział.

– Zostaw tę książkę. Jesteśmy tutaj. W tym świecie, w tym domu, w tym miejscu. Nic innego nie ma znaczenia.

– Nic innego nie ma znaczenia – powtórzył Laserian i zatopił twarz w lokach Anny.

 

 

*

 

 

Był przy niej doktor. Był również Laserian. Mimo to, nie udało się.

Syn urodził się martwy.

Nazajutrz małżonkowie stali nad mogiłą. Dwa kopce, dwa krzyże. Świszczący w uszach wiatr, skrzek ptaków. Anna uklękła i zaczęła recytować:

 

 

Kładę nadzieję na wodzie

na dnie łódeczki

języka, jakbym kładła

niemowlaka

 

w kobiałce splecionej

z kosaćcowych liści,

której spód pokryto

smołą i bitumem,

 

a potem puszczam ją z prądem

przez porastające brzeg

wielkiej rzeki

turzyce i papirusy,

 

żeby ją wody poniosły,

choć nie wiem, gdzie osiądzie,

być może na kolanach

córki faraona.

 

– Czy coś ze mną jest nie tak? – zapytała Anna, gdy tylko skończyła wiersz.

– Ależ skądże! Kochanie, to nie twoja wina! Mamy całe życie przed sobą, będzie dob…

– Przestań! – krzyknęła i kopnęła w drewniany krzyż. Złamał się. – Tak bardzo chciałam mieć z tobą dzieci. Tak bardzo chciałam stworzyć z tobą rodzinę…

Laserian nic nie odpowiedział. Wrócił do chaty i położył się na wersalce. Przymknął powieki. Targała nim przeszłość wymieszana z teraźniejszością. Szarpała, miotała, wstrząsała, aż zasnął, ukołysany do snu ręką drugiej rzeczywistości.

 

 

***

 

 

Zawsze, gdy było już po wszystkim, udawał się na Chmurę Matkę.

Wiedział wtedy, że ma kilka dni spokoju, że nie musi przez ten czas wabić kolejnych istot i babrać się w ich krwi. Siadał na skraju rozległej, białej pierzynki i patrzył na ciągnące się w nieskończoność, ogniste morze. Żałował, że nigdy nie zwiedził świata. Że większość życia spędził w obrębie kilku tylko chmur. Białych, puchatych wzgórz, w których wyżłobił grotę. Ale tak trzeba było. Nie mógł ich zostawić.

Tym razem jego myśli krążyły wokół iście filozoficznych tematów. Zastanawiał się, jaki jest sens jego istnienia. Czy to, co robić musiał, zostało przez kogoś lub coś narzucone, czy jednak tylko i wyłącznie on sam o sobie decydował. Przecież w każdej chwili mógł wstać, oderwać kawałek chmury i popłynąć przez wzburzone, czerwone bałwany ku nowym lądom. Nie był jednak w stanie tego zrobić, choć żadne łańcuchy nie trzymały jego łap. Albo inaczej. Nie chciał tego zrobić.

Jakiś wielki, podłużny kształt śmignął po jego prawej, chlupnęła ognista woda. Zaraz kolejny. Na śmierć zapomniał, że był to dzień opadów. A lunęło nagle i gwałtownie. Ogromne drzewa spadały koronami w dół, z rumorem kończąc lot w morzu, gdzie zaraz trawił je ogień. Gdyby nie one, wszystko w końcu by wygasło, a świat zapadłby się w wieczną pustkę. To dzięki deszczowi drzew firmament mógł wciąż płonąć, a co za tym idzie, unosić chmurny ląd. Co nie zmieniało faktu, że ulewa była zwyczajnie niebezpieczna, tak więc Laserian prędko pobiegł do swej groty. Skulił się przy wejściu i patrzył na nawałnicę. Lubił ten widok.

Dzięki niemu zdawał sobie sprawę, że aby coś mogło istnieć, coś innego musiało zostać zniszczone.

 

 

***

 

 

– Dlaczego to zrobiłaś?

Laserian usiadł po turecku obok Anny. Wracał właśnie z latarni, kiedy zobaczył tryskające ku gwieździstemu niebu iskry. Noc była spokojna i piękna. W ognisku rozpalonym obok chaty znikały właśnie ostatnie strony znalezionej na klifie księgi.

– To wszystko przez nią. Oddaliliśmy się od siebie. Prawie nie rozmawiamy. Stałeś się dla mnie obcy. Jest przeklęta, nie rozumiesz tego? Kto ci ją dał?

Laserian westchnął i spróbował objąć żonę, ale ta gwałtownie się odsunęła. Przez jedną, krótką chwilę miał ochotę ją uderzyć. Ochota ta przyprawiła go o dreszcze, przywołała dawne wspomnienia, które tak bardzo chciał wymazać. Opanował się, bo przecież nie był już tamtym człowiekiem. 

– Już ci mówiłem. Znalazłem ją przy latarni. Próbuję tylko rozwikłać tajemnicę moich wizji. Nie zrozumiesz tego…

– Oszalałeś, ot co. Co tu jest do zrozumienia?

Popatrzył na jej włosy, sklejone i zwichrowane. Na zapadnięte policzki, cienie pod oczami, zmarszczki, których jeszcze niedawno nie było. Dostrzegł nawet kilka siwych loków. Postarzała się i zmarniała przez ostatnie miesiące tak bardzo…

– Ja oszalałem? To ty nie możesz się pogodzić, że się nam nie udaje. Z dziećmi. Obarczasz tym mnie i zwalasz winę na książkę, którą podczas mojej nieobecności spaliłaś. Są inne sposoby. Adopcja chociażby…

– Chcę dać ci dziecko. Nie zrozumiesz tego. Mam wrażenie, że tobie to jest wszystko jedno. Wszystko jedno… – Anna utkwiła spojrzenie w płomieniach. Laserian poczuł, że tęskni za nią, jak jeszcze nigdy. Jakby nie widział jej szmat czasu, choć przecież jest z nim każdego dnia.

– Ja już niczego nie rozumiem, Anno. Niczego.

Nagle kobieta pchnęła Laseriana na trawę i gwałtownie siadła na nim okrakiem. Włożyła dłoń pod spódnicę, chwilę później rozpięła guzik od spodni męża.

– Mówią, że do trzech razy sztuka.

Mocno wbiła paznokcie w jego ramiona, jęknął.

– Tak mówią – odpowiedział, wędrując spojrzeniem w stronę gwiazd.

 

 

*

 

 

Po kilku godzinach kombinowania udało mu się w końcu usunąć awarię. Szybki kurs latarnika, który odbył przed wyjazdem, na szczęście wystarczył. Choć gdyby było tak, jak mówił Annie, że spełniał swoje dziecięce marzenie, pewnie załatwiłby sprawę w pięć minut. Wrócił pod chatę o świcie. Wszedł do środka, marząc jedynie o szklaneczce rozgrzewającego koniaku i śnie.

Bose stopy Anny unosiły się dobry metr nad ziemią.

Gruby sznur zapętlony był o belkę, o którą opierała się drewniana drabina własnej roboty. A konkretniej, roboty Laseriana. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nie zaczął płakać, nie zaczął krzyczeć, nic. Podszedł beznamiętnie do sinego, nagiego ciała żony. Spojrzał na opuchniętą twarz i wybałuszone oczy. Wyciągnął rękę i pogłaskał kobietę po policzku z takim spokojem, jakby to wszystko wcale go nie zdziwiło. A może rzeczywiście oszalał? Może nie odczuwał już emocji? Spojrzał raz jeszcze na drabinkę, przy której leżał martwy noworodek. Chłopiec. Po chwili przeniósł wzrok na sosnowy stoliczek, na którym widniała kartka papieru z ręcznie wypisanym tekstem. Podszedł i przeczytał:

 

 

Dla świtu to wszystko jedno, na co dnieje?

Na sroczą awanturę w liściach wysokich drzew;

Na zieloną kaczkę, tego dandysa z mokradeł, i jej

Stylowe glissando wśród trzcin; na kurkę wodną,

Której biała halka trzepocze ponad stawem;

Na poławiacza ostryg brodzącego pod odpływ.

 

Dla słońca to wszystko jedno, nad czym wschodzi ?

Nad oknami kamienic georgiańskich placów;

Nad nalotem hord pszczelich na ogrody przedmieścia;

Nad parami kochanków, którzy nim zrobią to znowu,

Unisono ziewają; nad rosą jak krople potu albo łzy

Na liliach i różach; nad nagością twoich ramion.

 

Ale dla nas to nie wszystko jedno, że noc dobiega

Końca; że muszą nam wystarczyć dzisiejsze

Zdarzenia, że musimy schylić się, zebrać i posklejać

Te liche skorupy naszego tu życia, żeby nasze dzieci

Piły wodę z potłuczonych dzbanków, a nie z dłoni

Złożonych w miseczkę. To wcale nie wszystko jedno.

 

Położył się na brudnozielonej wersalce, i ściskając kartkę, zasnął.

 

 

 

***

 

 

Laserian przycupnął na brzegu chmury, czekając na nowe ofiary.

Tym razem trafił się jednak samotny wędrowiec. Przynajmniej z pozoru.

Kamienna łódka zatrzymała się, a jej sternik wyskoczył zamaszyście na białą pierzynkę. Był prawie dwa razy wyższy od Laseriana. Prawdopodobnie niziołek. Uszy obwisłe, nos sięgający niemal pępka, olbrzymie stopy bez palców. Wydarł się przeraźliwie:

– Zabiłeś moje dzieci, łotrze! Trójkę moich kochanych dzieci! Skoczyły do morza przez twoje zdradzieckie wodnisko!

Nie słuchał go. Już dawno nauczył się, że nie można ulegać emocjom podczas zabijania. Zamiast tego wystawił na wierzch pazury i podszedł do awanturnika.

– Całe szczęście, że ty się ostałeś! – ryknął i rzucił się do gardła niziołka.

Nim ten skonał, zdążył jeszcze wycharczeć:

– Przeklinam cię! Przeklinam cię w tym, jak i w każdym innym świecie! Nigdy nie doznasz rodzinnego szczęścia!

Niziołki słynęły z mocy, jakie niosło ich słowo, ale Laserian się tym nie przejmował. Przecież gorzej być nie mogło. Chwilę później, z napełnionym do połowy krwią kanistrem, wszedł do groty. Rozgonił jasność pochodnią ciemności i podszedł do leżącej pod ścianą rodziny. Do żony, córki, syna. Przelał krew do specjalnej aparatury, do której byli podpięci, i patrzył jak czerwona ciecz płynie przez przezroczyste rurki wprost do ich żył.

– Dlaczego ten wirus nie dopadł i mnie… – rozważał na głos.

– Zakończ nasze cierpienie… odepnij nas od tego… – prosiła Aniram.

– Nie potrafię, najdroższa. Nie potrafię bez was żyć.

Pocałował małą główkę córeczki i położył się obok bezwładnych ciał. Nie wyobrażał sobie poranka, w którym budzi się zupełnie sam.

 

 

***

 

 

Przecisnął się przez wąski otwór i stanął na szczycie latarni.

Na horyzoncie zbierały się burzowe chmury, radio w maszynowni nadawało jakiś komunikat, ale zupełnie to ignorował. Zacisnął dłonie na zimnej barierce i patrzył na kłębiące się w oddali, czarne bałwany.

– I pomyśleć, że coś, co dla ciebie jest tak odległe, dla mnie było tylko ziemią, po której stąpałem.

Laserian spojrzał z ukosa na swoje drugie wcielenie. Czuł się, jakby patrzył na brata bliźniaka, przynajmniej zatrzymując wzrok na twarzy. Reszta ciała przypominała bowiem maszkarę z horroru. Milczał, słuchając obojętnie.

– Niezależnie od tego, czy drzewa rosną tuż przy nas, czy spadają jako deszcz do ognistego morza, światy są dokładnie takie, jakie być mają. Są idealne. To my szukamy w tych idealnościach dziur, które sami wcześniej żłobimy.

– Bredzisz – stwierdził nagle Laserian, machając ręką. – I dlaczego prześladujesz mnie nawet w tym świecie?

Drugi Laserian skrobnął pazurem o barierkę i westchnął.

– Mnie już nie ma. Ani w tym, ani w żadnym innym świecie. Wszystko, co widziałeś w wizjach, to bardzo odległa przeszłość. Jeśli można w ogóle porównywać czasy różnych rzeczywistości.

– To przez ciebie to wszystko.

Laserian w potwornej skórze prychnął, wywalając jaszczurowaty jęzor na wierzch.

– Że niby co?

– Wszystko! Śmierć moich dzieci, a teraz żony. Widziałem to zdarzenie, kiedy zostałeś przeklęty. Ale dlaczego ja poniosłem tego konsekwencje!?

Zygzakowata błyskawica wbiła się w ciemną taflę morza, a kilka sekund później grzmotnęło porządnie.

– Być może na to zasłużyłeś. Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

– Odejdź w końcu raz na zawsze! Jesteś potworem! – Laserian spróbował pchnąć swoje drugie wcielenie, ale to ani drgnęło.

– No tak, bo mam kły i pazury. I zabiłem dziesiątki żywych istot. A zmienia coś fakt, że robiłem to, aby ocalić bliskich? Moja rodzina zachorowała, a choroba objawiała się ciągłą utratą krwi. Tylko tak mogłem zachować ich przy życiu.

– Nie chcieli tego. Nie chcieli tak żyć. Słyszałem to…

– A co ty możesz o tym wiedzieć!? – Drugi Laserian ryknął tak, że mimo nasilających się grzmotów, musieli usłyszeć go w oddalonej o dwadzieścia kilometrów wiosce pasterskiej. – Ty, który tłukłeś swoją byłą żonę, znęcałeś się nad nią na rozmaite sposoby i powinieneś siedzieć teraz za kratkami. Ty, który od początku okłamywałeś Annę, bo nie potrafiłeś przyznać się sam przed sobą, jakim draniem byłeś. Wiem o tym wszystkim, bo jestem tobą tak samo, jak ty jesteś mną. Wiem o tym, że dzięki znajomościom uniknąłeś odpowiedzialności i trafiłeś tutaj tylko dlatego, bo dostałeś polecenie, aby zniknąć na jakiś czas. A ona biedna się na ciebie napatoczyła. Ty będziesz mi mówił, że jestem potworem?

Na kilka sekund nastała cisza. Obaj zamilkli. Nawet pioruny przestały łomotać, choć czarne niebo okrążyło ich złowieszczo, sprowadzając ulewę i wichurę. Fale trzaskały o klif z taką siłą i zawziętością, jakby chciały skruszyć skałę i zatopić latarnię w odmętach morza. W końcu Laserian spojrzał w ślepia swojego drugiego wcielenie i rzekł spokojnie:

– Zmieniłem się.

– Wiem.

– Kochałem Annę.

– Wiem.

– Nigdy bym jej nie skrzywdził.

– Może.

Ptaki zataczały kręgi nad latarnią, próbując swymi skrzekami odstraszyć błyskawice. Laserian zamknął oczy, po twarzy spływały mu strugi deszczu. Nagle zapytał:

– Wiesz, dlaczego Anna tak kochała poezję?

Stwór pokręcił przecząco łbem.

– Bo znajdowała w niej to, czego nie mogła znaleźć w normalnym życiu.

Deszcz lunął tak mocno, że nie widzieli swoich twarzy, choć stykali się niemal nosami.

– Co teraz będzie? – przekrzyczało burzę drugie wcielenie Laseriana.

– Nic. Nigdy nie rozumiałem poezji.

Chwycili się za dłonie.

Wspięli za barierkę.

Skoczyli.

Wpadli do czarnego morza niczym drzewa, choć zamiast ognia, pochłonęła ich woda.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo emocjonalne opowiadanie. Wielkie brawa za dobór wierszy i dla NearDeath za końcową grafikę.

Trochę mi zgrzytały dialogi, ale mimo to czytało się całkiem dobrze. Końcówka przewidywalna, ale nie sądzę, by w tym przypadku było to wadą – wręcz przeciwnie – wydaje się bardzo jak należy – jak ostatnia cegiełka budowli. Podoba mi się powolne tempo narracji. Nie spieszysz się – i to dobrze – świat – zarówno jeden, jak i drugi – jest dzięki temu pełniejszy. Aż dziw, że udało Ci się zawrzeć aż tyle w tak małej liczbie znaków.

 

mała łapanka:

"niezliczoną ilością zamknięć i otwarć"

 

powinno być

"niezliczoną liczbą zamknięć i otwarć"

zamknięcia i otwarcia są policzalne

 

"mobliny" czy "mogliny"?

raz piszesz tak, raz tak, a może to dwa różne rodzaje istot, o zbliżonej nazwie?

 

że nie można ulegać emocją podczas zabijania.

 

emocjom – liczba mnoga

 

PS.

Czy tylko ja tak mam, że Laserian mi się z jakimś fontem kojarzy?

 

entropia nigdy nie maleje

Z Danem Blizerianem, Jimie, mi się raczej kojarzy ;)

A z komentarzem wrócę w nocy.

Known some call is air am

Jimie, wielkie dzięki za poświęcony czas i tak szybki komentarz! Oraz za czujne oko. Tekst obrabiałem mnóstwo razy, a zawsze coś się zgubi.

Jest to jeden z bardziej emocjonalnych tekstów, które napisałem, tym bardziej cieszę się, ze na wstępie to dostrzegłeś. 

PS.

Czy tylko ja tak mam, że Laserian mi się z jakimś fontem kojarzy?

Bij mnie lub zabij, ale nie wiem, co to font, a i google mi w tym względzie wiele nie pomogło :P

Dzięki Jimie raz jeszcze za szybki koment i przy okazji zdrówka życzę!

P.S.

Outta, odpiszę już pewnie rano, ale czekam z niecierpliwością oraz życzę udanej pracy ;)

Realuc skomentowałem tak szybko z pobudek ściśle egoistycznych – bo sam piszę opowiadanie na ten konkurs (pewnie skończy się jak z eklektycznym – że nie napiszę), już drugi raz od początku i nie wiem jak bym je nie przycinał, to mniej niż 40k ono mieć nie będzie :)

A zacząłem od tego, że opowiadanie jest bardzo emocjonalne, bo po takich mi trudno potem coś więcej powiedzieć. Bałem się, że w sumie cały mój komentarz będzie treści: “bardzo emocjonalne” :)

entropia nigdy nie maleje

 

Źródło obrazka: https://eprnews.com/vladimir-kush-sets-the-record-straight-on-his-painting-departure-of-the-winged-ship-that-has-been-mistaken-as-salvador-dalis-466345/

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

No, Realuc, kawał dobrego, nastrojowego opowiadania nam dałeś.

Bardzo wyraźna wizja, trochę momentami kojarzyła mi się nawet z pewnymi fragmentami “Miast pod skałą” Huberatha. O czym już wspomniał Jim, a pod czym mogę się podpisać, że to wolne tempo narracji świetnie pasuje do malowanego przez Ciebie obrazu.

Piękne sielskie klimaty jak z pocztówki, jednak poprzetykane dramatami, naznaczone jakąś tajemnicą, przeplatające się z onirycznymi wizjami innego świata robią wrażenie. Bardzo mi się podoba jak połączyłeś te motywy w ostatnich scenach, konfrontując Laserianów w strugach deszczu, kurde, like tears in the rain, jeśli wiesz o czym mówię ;) Ten drugi świat, jak juz wspominałem, trochę mi Huberatha przypominał, bo jest równie senny, a jednocześnie czai się w nim jakaś brutalność, u Ciebie podszyta dylematem moralnym. Niby takie proste – czy poświęciłbyś innych w imię swojej rodziny? I okazuje się, że nie takie proste, bo przedstawiłeś nieco głębszy problem – czy poświęcasz innych dla rodziny, czy dla własnego komfortu psychicznego? Jak widać, tutaj Laserian-potwór, poświęcił nawet siebie w innych rzeczywistościach.

W świetle powyższego nie do końca uważam za konieczne wrzucanie tej tajemnicy, tego bicia żony i tak dalej, bo ta przemiana nie wybrzmiewa dość mocno, ponieważ od samego początku nie malujesz nam Laseriana jako gwałtownika, ale bardziej jako człowieka pokornego. A przynajmniej ja go tak odebrałem, dlatego na końcu zdziwiłem się, że on kiedyś był innym człowiekiem, jednak jego dramat, który mi pokazujesz w toku historii, przyćmiewa jakieś dawne przewiny. Mnie po prostu gościa jest żal i gotów jestem odpuścić mu niechlubną przeszłość. Oznacza to również, że udało Ci się zaangażować mnie emocjonalnie i poczuć jakąś więź z bohaterem. Szacun :)

Fragmenty z wierszami też fajnie wybrzmiewają. Ostatnio mnie Geki zbeształ, że potraktowałem w jego opowiadaniu po łebkach poezję, dlatego tutaj się wczytałem. I muszę przyznać, że bardzo dobrze wybrałeś utwory, ponieważ zdają mi się mocno emocjonalnie powiązane z przedstawianymi obrazami. Szacun po raz drugi :)

Jedyny, taki tyci tyci, problem, jaki mam z Twoim tekstem to ostatnia scena. To łapanie się za ręce i skok zdały mi się jakieś takie teatralne. Gest mający coś pokazać za pomocą poetyckiej łopaty – skok złączonych losem istot ku zapomnieniu. A przynajmniej ja to tak widzę i trochę mi to zepsuło koniec.

Ale i tak należy Ci się szacun i po raz trzeci, bo łyknąłem całość na raz, co przed czwartą rano nie zdarza się zbyt często :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dzień dobry, Outta ;) Twój komentarz przeczytałem zaraz po przebudzeniu i wielce pozytywnie mnie nastroił na ten dzień :) Bardzo się cieszę, że tyle aspektów doceniłeś, no i że przed 4 rano przeczytałeś z radością. Co do końcówki. Owszem, jest ciut teatralnie. Ale też chwilę wcześniej rozmawiają o poezji, która to przeplatała się przez cały tekst, więc umyślnie zakończyłem takim akcencikiem. Jeszcze raz dzięki! Pora wygrzebać się z łóżka, Pozdrówka!

Witam autora i resztę komentujących.

Chwilę się zastanawiałem co napisać po przeczytaniu, bo jeśli są tu jeszcze jakieś problemy techniczne to ja ich nie widzę.

Krótkie i dopełnione opowiadanie. Dramat na tle fantastyczno-nadprzyrodzonym. Widzę sens, widzę puentę, mimo że fanem dramatu nie jestem. Podoba mi się pomysł o dwóch wcieleniach z różnych światów, wpływających na siebie. Choć szczerze mówiąc, to jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić formy tego potwornego wcielenia. Wydaje mi się, że czegoś zabrakło do pełnego obrazu ale póki co, to tylko mój problem.

 

Po chwili postanowiłem jeszcze coś dopisać. Myślę że warto by zmienić nieco kolejność niektórych wydarzeń. Mianowicie, by najpierw przyśnił mu się ten sen, potem znalazł książkę i dopiero potem narodziny pierwszego dziecka. 

Dodałbym jeszcze scenę, w której Laserian budzi się z owego snu i dokładny moment, w którym odnajduje książkę. To dlatego, że zaraz po opisaniu pierwszych wydarzeń z drugiego świata od razu przeszedłeś do rozmowy bohaterów. Przez to ma się wrażenie że temat książki wyskoczył znikąd. To znaczy, nie dałeś tu odpowiedniego wprowadzenia czy też przejścia.

Konradzie, dzięki za komentarz. Cieszę się, że dostrzegłeś to i tamto. Postać drugiego Laseriana jest celowo rysowana jako potwór, ale bez przesadnych szczegółów. Mam być dziwny, potworzasty, ale też właśnie niedopowiedziany, tajemniczy. A co do Twoich propozycji zmian. Nie bardzo mogę cokolwiek dopisywać przez konkursowy limit, to raz, a dwa tekst ten naprawdę solidnie przemyślałem i długo pisałem (co oczywiście nie oznacza, że uważam jego konstrukcję za idealną) dlatego takich głębszych ingerencji już nie przewiduję. Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam ;)

Hej, Realuc.

Lektura za mną, więc czas na komentarz.

Pierwsza uwaga ogólna: CM i SaraWinter dostali na początek ładnie depresyjny tekst.

Tak właśnie widzę Twoje opowiadanie. Jest nastrojowo, z początku sielsko i miło, ale wiadomo, że COŚ się musi stać. No i, kiedy się już dzieje, to walisz obuchem między oczy. Na Laseriana rzucasz tragedię za tragedię, ciągniesz go w dół, aż do finału, gdzie robisz to nawet dosłownie. Żadnej nadziei, żadnej pomocy – tylko pogłębiająca się spirala nieszczęść. Jednocześnie piszesz w sposób, który mi się podoba: powoli, budując nastrój, spokojnie. Czuć to wyobcowanie na latarni morskiej, klimat wybrzeża, gdzieś daleko od większej cywilizacji.

Zgrzytały mi drobiazgi. Imię Laserian, jakoś nie pasowało mi do tego tekstu, tak samo dziwny stwór napełniający kanister.

Był prawie dwa razy wyższy od Laseriana. Prawdopodobnie niziołek.

Tutaj się zatrzymałem. Niziołek był dwa razy wyższy od drugiego Laseriana? To dlaczego nazywasz go niziołkiem? Może tylko mnie, ale “niziołka” kojarzę z kimś niskim. Albo czegoś nie zrozumiałem.

 

Dodatkowy plus za ładną poezję. I zmieściłeś ją (wcale niemałą) wraz z zamkniętą pełną fabułą w limicie 28k znaków. Gratulacje :)

Pozdrawiam serdecznie

 

Hej, Zanais.

Wiem, że tekst jest nieco depresyjny, i że kłoci się to trochę z konkursowymi wytycznymi, no ale tłumaczę się w przedmowie. Jeśli to mnie zdyskwalifikuje, przyjmę to na klatę.

Cieszę się, że ogólnie Ci się podobało. Zarówno klimat, jak i sposób pisania.

Co do drobiazgów.

Imię bohatera to już kwestia gustu. Stwór napełniający kanister ma wprowadzać dodatkowy element dziwaczności drugiego świata. A jeśli chodzi o:

Tutaj się zatrzymałem. Niziołek był dwa razy wyższy od drugiego Laseriana? To dlaczego nazywasz go niziołkiem? Może tylko mnie, ale “niziołka” kojarzę z kimś niskim. Albo czegoś nie zrozumiałem.

Dlatego, że druga rzeczywistość od początku jest kreowana, jak sam bohater określa, taką na opak. Ogień zamiast wody, chmury zamiast ziemi, więc i niziołek jest przeciwieństwem tego stereotypowego (niziołek jako olbrzym). Taka mały smaczek tej odwrotności ukryłem również w imionach rodziny drugie Laseriana.

Przeczytajcie sobie je od tyłu :)

Też jestem lekko zaskoczony, że wszystko upchałem w pierwszym limicie :)

Dzięki i pozdrawiam!

 

Bardzo ciekawe opowiadanie. [Uwaga, spoilery!]

Dwa światy w tekście skojarzyły mi się z dwiema stronami duszy bohatera. Doktor Jekyll i Mr Hyde, ale zastanawiam się, która z nich jest tą mroczniejszą naturą. Początkowo wydaje się, że to stwór mordujący innych stanowi złe alter ego bohatera. Później dowiadujemy się, że bestia w ten sposób ratowała swoich bliskich, chociaż woleliby przestać cierpieć i odejść.

Jeśli miałabym pomarudzić, tylko jedna scena pokazuje dawny charakter Laseriana (moment, kiedy chciał uderzyć żonę). Niemożliwe, że ktoś zmienił się radykalnie, z przemocowca stał się łagodnym człowiekiem. Z drugiej strony, najszerzej opisałeś początkowe stadia związku, więc Laserian mógł się bardzo starać, by ukryć złe cechy.

Podobał mi się początek opowieści: sielski klimat, a jednocześnie wprowadzenie nuty niepokoju. Cały czas czekałam, co się wydarzy. Myślałam, że pójdziesz w kierunku “Lśnienia”, ale wybrałeś zupełnie inne rozwiązanie. Szczęście młodej pary zmieniło się w dramat, dobrze podkreślają to wiersze. Nie wiem, czy dobrze odczytałam przesłanie, ale wydaje się, że przeszłe winy bohatera miały wpływ na jego niepowodzenia.

Warsztatowo udany tekst. Znalazłam jeden drobiazg techniczny. Myśli bohatera powinny być zapisane w cudzysłowach albo kursywą:

No właśnie problem w tym, że nie możemy – pomyślał Laserian i podszedł do stolika.

Zgłaszam tekst do wątku bibliotecznego.

Hej, ANDO! (SPOILERY)

Owszem, dwa światy, dwa wcielenia, były w pewnym sensie dwiema stronami duszy bohatera, choć były to również osobne byty. Chciałem z jednej strony stworzyć taką realną stronę tego drugie świata i wcielenia, z drugiej zaś zostawić furtkę na takie właśnie duchowe i głębsze połączenia. A który był gorszy? Generalnie jest tak, jak mówisz. Początkowo wydaje się, że stwór, potem jednak jest on nieco wybielony a z kolei wychodzą brudy pierwszego Laseriana. To wszystko sprawia, że nie ma tego dobrego i tego złego. Każdy ma swoje winy, każdy miał jakieś pobudki i skrzywienia. 

Co do radykalnej zmiany bohatera. Owszem, jest tylko jedna scena, w której ma chęć zachować się jak w dawnych czasach. W pewnym sensie ukrywał swoją mroczną stronę, a wiemy, że mało, albo w ogóle nie mówili sobie o swojej przeszłości (co może sugerować, że Anna również miała coś za uszami lub była po przeżyciach, które wpłynęły na jej późniejsze drastyczne kroki). Ale wielokrotnie w tekście Laserian, a raczej narrator, sugeruje, że on naprawdę chciał się zmienić. Że robi wszystko, aby zacząć nowe życie. Stać się innym człowiekiem. I udaje mu się to, póki jest sielanka i wszystko fajnie. Gdy robi się coraz trudniej, wracają wspomnienia, wraca mroczna strona (chęć uderzenia). W ostatniej wymianie zdań dwóch wcieleń, stwór odpowiada w pewnym momencie na wszystko: wiem, a gdy Laserian mówi, że nie skrzywdziłby nigdy Anny, ten odpowiada: może. To też sugeruje, że rzeczywiście, nie wiadomo jakby się potoczyło dalej, gdyby Anna się nie zabiła. Do czego posunąłby się bohater.

Nie wiem, czy dobrze odczytałam przesłanie, ale wydaje się, że przeszłe winy bohatera miały wpływ na jego niepowodzenia.

Tak, to próbuje powiedzieć mu stwór. Ale co do przesłań to nie będę się rozgadywał, gdyż w tym tekście zostawiam je całkowicie wolne i niczego nie chcę sugerować ani dopowiadać.

Ach, dawno się tak nie rozpisałem przy odpowiedzi :o

Dzięki, ANDO!

Pozdrawiam ;)

Cześć, Realuc!

 

Dużo już zostało powiedziane w komentarzach, więc pewnie się będę powtarzać. Opowiadanie mnie urzekło, choć dramat z wątkiem miłosnym to nie do końca moje klimaty ;) Przejęły mnie losy bohaterów, poezja bardzo ładnie to wszystko uzupełniła. Motyw podwójnej natury ciekawie odświeżony.

 

A było ono z całą pewnością nietuzinkowe, bowiem wszystko mieściło się w jednym tylko pomieszczeniu.

Stara, brudnozielona wersalka tuż obok meblościanki, która widziała chyba drugą wojnę światową.

Zastanawiam się, czy brak czasownika w tym zdaniu jest zamierzony? Wprawdzie klei się to z poprzednim, ale zwróciło moją uwagę.

 

To dzięki deszczu drzew

„deszczowi”?

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w konkursie!

„Bóg jest Panem aniołów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tolkien

Hej, nati. Bardzo się cieszę, że urzekło Cię mimo tego, że to nie Twoje klimaty ;) Z deszczem masz oczywiście rację, a na zdanie spojrzę jak się do końca obudzę :) Pozdrawiam!

Cześć, Realucu! 

Naprawdę ciekawy pomysł z tym wpleceniem poezji w mroczną historię z tajemnicą. Dodatkowo duży plus za opisy krajobrazu, który bardzo łatwo pozwolił mi wsiąknąć w klimat. Podobała mi się też oniryczność wywodów Laseriana, bo to jedno z tych opowiadań, gdzie świat fantastyczny może być równie dobrze wizją faceta popadającego w obłęd. I trochę szkoda, że patowątek z przeszłości bohatera miał mało miejsca w tekście, nadał jednak wszystkiemu trochę więcej drugiego dna. Mogę tylko pokręcić nosem nad teatralnością zakończenia, ale z drugiej strony wpasowało się w klimat i kompozycję tekstu bardzo dobrze. Czas więc do klikarni.smiley

Pozdrawiam

Hejka, oidrin! Cieszę się z Twej wizyty a jeszcze bardziej z faktu, że jesteś po niej zadowolona ;) Co do zakończenia, zgadzam się, jest lekko teatralne. Ale takie właśnie chciałem, aby było. Pasowało mi do całości oraz do ostatniej wymiany zdań o poezji. Dzięki za kliczka i Pozdrówka! ;)

Bardzo ładne opowiadanie, nic dziwnego, że przyćmiło moje :)

Masz dobry warsztat, przez to opisy świata, który stworzyłeś są bardzo naturalne i klimatyczne, a to chyba o to chodzi w tym konkursie. Dla mnie klimat i te opisy grają pierwszy skrzypce.

Ponadto, fantastycznie opisałeś ten miłosny dramat oraz poezję, którą wplotłeś pomiędzy. Dla mnie super.

Większość została powiedziana, więc jedynie teraz idę dać głoś do biblioteki :)

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Witaj.

Ująłeś mnie mocno tym opowiadaniem. Poruszone w nim zostały tak wielkie emocje, dramaty, rozterki i tragedie ludzkie… 

Piękna sprawa, doskonały pomysł, malownicza sceneria, marzenia starte w pył i towarzysząca im poezja… 

Myślę, że wyjątkowo mocno mogą ten tekst przeżywać ludzie, którzy – mimo nadziei oraz głębokiej wiary w cud – nie doczekali się nigdy dziecka. To olbrzymi problem dla wielu par. 

Twoja opowieść jest przesiąknięta na wskroś wrażliwością. Mnóstwo tu brutalnej rzeczywistości, zmagającej się z wielkimi oczekiwaniami, zatajaniem niewygodnych faktów, przemilczaniem błędów, ale i z wiarą w możliwość poprawy, dobrej przemiany. 

Mimo sporych pokładów bólu i cierpień oraz samego zakończenia, dostrzegam w tekście wiele pozytywnych przesłanek – optymistycznych wizji, dających nadzieję. Jakoś potrafię dość łatwo wyobrazić sobie spotkanie bohaterów w innym wymiarze i otrzymanie przez nich jeszcze jednej szansy od losu. :)

 

Co do pewnych spraw, nomen-omen mnie zastanawiających, to w wyrazie zastanawiał zabrakło mi “na” i nieco pogubiłam się początkowo, czy celowo, czy też nie, na samym początku nazywasz ich małżeństwem, czy też narzeczonymi, bo raz on jest mężem, raz narzeczonym. Być może jednak to zabieg celowy, w takim razie przepraszam. :)

 

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Danielu,

Cieszę się, że tak Ci się spodobało. I dziękuję, za chyba ostatniego, kliczka :) A do Twojego opka też przybędę, mam nadzieję szybciej niż ostatnim razem, i nic go nie przyćmi, spokojnie ;D

 

Bruce,

Niezwykle radują mnie Twoje słowa. Nie ma nic wspanialszego dla piszącego, niż wzbudzenie emocji u czytelnika :) 

Myślę, że wyjątkowo mocno mogą ten tekst przeżywać ludzie, którzy – mimo nadziei oraz głębokiej wiary w cud – nie doczekali się nigdy dziecka. To olbrzymi problem dla wielu par. 

Znam jedną parę, która zwlekała długo z dziećmi, bo kariera, bo tamto… a potem okazało się, że jest już za późno. A nawet nie tyle za późno, co problematycznie, przez co ciąża skończyła się w szóstym miesiącu. I nie było happy endu. 

Pozwól, że wyłuszczę Twoje słowa dla jurorów, aby nie było, że to czysto depresyjny tekst :D 

Mimo sporych pokładów bólu i cierpień oraz samego zakończenia, dostrzegam w tekście wiele pozytywnych przesłanek – optymistycznych wizji, dających nadzieję. Jakoś potrafię dość łatwo wyobrazić sobie spotkanie bohaterów w innym wymiarze i otrzymanie przez nich jeszcze jednej szansy od losu. :)

Co do określenia ich małżeństwem, mieli zostać tak nazywani dopiero po scenie na szczycie latarni, więc jeśli wcześniej użyłem tego terminu, to oczywiście błędnie. Zaraz przejrzę pierwszy fragment.

Dziękuję Wam za komentarze.

 

Realuc

To prawda, w żadnym wypadku nie odczytuję go jako depresyjny. Nie bardzo nawet sama wiem, czemu, ale mocno napawa mnie on nadzieją, że na 100% będzie c. d. i happy end. :) Pewnie ta wędrówka w czasoprzestrzeniach jest jednym z powodów. :)

 

Co do wspomnianego przez Ciebie małżeństwa, wierzę, niestety, takie sytuacje to często sprawa zbytniego odciągania w czasie rodzicielstwa. 

 

Jeszcze edytuję.

Czasem podczas lektury tego opowiadania mimowolnie przywracałam w pamięci obrazy z “Wehikułu czasu”, tego mroczniejszego, późniejszego, straszniejszego, boleśniejszego, w moim odczuciu bardziej przypominającego horror niźli jego pierwowzór. Szczególnie działo się tak wówczas, gdy poznawałam fragmenty, związane z walką bohatera o rodzinę i jej przetrwania w jego drugim wcieleniu.

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, czyli tak powstają Muminki! :O :D P.S. nie przyglądałem się wcześniej Twojemu awatarowi ^^

Dość ponury tekst. Lokalizacja wydaje się nieźle oddawać nastrój – niby przyroda i urokliwie, ale zimno i wiatr duje.

Trochę przerost obyczajówki nad fantastyką przez większość tekstu, ale w końcu coś się zaczyna dziać i to przełamuje obyczajówkę.

Ciekawa jestem, kto dał prawo temu drapieżnemu Laserianowi do decydowania o losie wszystkich pozostałych. To nie fair.

które zostały w swoim długim żywocie obarczone niezliczoną liczbą zamknięć i otwarć.

A ja bym tu wolała ilość. Skoro niezliczona. Niezliczona liczba to wręcz oksymoron. A do tego powtórzenie. Takie gruszki zasadniczo są policzalne, ale jeśli kupujesz na tony – to już mamy do czynienia z ilością.

Babska logika rządzi!

Finklo, cześć.

Ciekawa jestem, kto dał prawo temu drapieżnemu Laserianowi do decydowania o losie wszystkich pozostałych. To nie fair.

Też jestem tego ciekawy. Choć istnieje również szansa, że to wszystko sprawka zwykłych przypadków i ludzkich decyzji. 

A ja bym tu wolała ilość.

A wiesz, że ja też? Jimie, łobuzie, mieszasz w głowie i teraz już nie wiem, co czynić… 

Podziękował za kliczek ;)

Taki już ze mnie drań, ze lubię mieszać :)

Myślę, że “niezliczona” to nadal policzalna. Tylko po prostu olbrzymia, niepoliczona ale nie niepoliczalna. A więc liczba. No chyba, że wejdziesz w skalę alefów to już moc ;-)

entropia nigdy nie maleje

Ale jak kupujesz dwie tony jabłek, to zamawiasz w ilościach hurtowych czy w liczbach hurtowych? A tu mówimy pewnie o dziesiątkach albo i setkach tysięcy otwarć.

Babska logika rządzi!

Trudne sprawy… :D

Zasiadłam do tego tekstu w ponurym nastroju. A za to skończyłam go czytać… w równie ponurym nastroju :D Może ja mam jakieś dziwaczne wytyczne odnośnie ponurości opowiadań, ale za “trochę depresyjne” bym tego opowiadania nie uznała. Tu aż się wylewają ponuractwa, tragedia na tragedii, a wszystko okraszone melancholijnymi wierszami. Ale podobała mi się kreacja tego drugiego świata, zwłaszcza deszcz drzew :) Udało Ci się też stworzyć specyficzny klimat samotnej wyspy, na której bohaterowie mieszkali. No i fabuła nie była nudna. Styl też mi się podobał, choć niektóre zdania mi zgrzytnęły, np. o ciemności dobiegającej z wodniska – dobiegać może raczej odgłos, a nie ciemność.

Ty, który od początku okłamywałeś Annę, bo nie potrafiłeś przyznać się sam przed sobą, jakim skurwysynem byłeś.

Tu ostał się jeden gumiś :)

 

Sonato, witaj!

Zasiadłam do tego tekstu w ponurym nastroju. A za to skończyłam go czytać… w równie ponurym nastroju :D

Chociaż tyle, że nastrój został na tym samym poziomie. Bo gdyby się jeszcze dodatkowo pogorszył, nie wybaczyłbym sobie! Ale w tym tekście są pozytywne akcenty, naprawdę! Wystarczy głęboko kopać a można takowe znaleźć ;)

Styl też mi się podobał, choć niektóre zdania mi zgrzytnęły, np. o ciemności dobiegającej z wodniska – dobiegać może raczej odgłos, a nie ciemność.

W świecie, w którym wszystko jest na opak, i ciemność może dobiegać. Bo dlaczego nie? :D

Tu ostał się jeden gumiś :)

Ha ha, wielkie dzięki za czujne oko! Co prawda drań nie brzmi już tak dobrze, ale co zrobić, że jurorzy takie okrutne zasady wymyślają ;P

Dzięki za komentarz, pozdrawiam :)

Cześć, Realuc,

bardzo mi się podobało, choć mam problem z twoim opowiadaniem. Te normalne części, pokazujące zwyczajne (dosyć nieszczęśliwe) życie, są przepiękne – napisane w sposób, w którym i ja chciałabym pisać. Czyli dobre oddanie klimatu przez nienachalne opisy przyrody, zdawkowe, ale trafne ukazywanie emocji, dialogi pasujące do bohaterów. Uwielbiam elementy obyczajowe w fantastyce, więc naprawdę doceniam włożony wysiłek. Czytało się lekko, jakbyś opisywał własne przeżycia. Przypominało mi to wstawki z przeszłości w Latarniku Camilli Lackberg, tyle że u ciebie jednak nie było aż tak nieszczęśliwie.

Problem pojawia się podczas tego drugiego wcielenia bohatera – czułam, jakby były dopisane na siłę, nie potrafiłam się wczuć i chciałam jak najszybciej przejść do następnej części. Sam pomysł zdecydowanie na plus, lecz wykonanie już gorzej (nie sam styl, ale poprowadzenie w tych momentach fabuły).

Dlatego zresztą komentuję dopiero dzisiaj, a przeczytałam wczoraj. Po prostu nie wiedziałam, co sądzić o tym tekście. Z jednej strony bardzo mi się podoba, z drugiej niezbyt, z jednej zatopiłam się i byłam szczerze zmartwiona, z drugiej wynudziłam się. Nie traktuj tego personalnie, po prostu ja nie lubię potworów czyhających w mroku, decydujących o życiu innych.

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanaVallen, hej :)

Cieszę się, że zebrałaś się mimo wszystko do napisania tego komentarza, gdyż wielce każdy doceniam. Dziękuję zatem na wstępie :)

No i cóż, tak to już bywa, że czasami po lekturze stajemy na rozdrożu. Też zdarzyło mi się trafić na teksty, które z jednej strony mnie zachwyciły, z drugiej pewnymi aspektami zawiodły (żeby daleko nie szukać, ostatni tekst Katii Zbutwiałe liście, który wszyscy chwalili pod niebiosa, a dla mnie znalazło się w nim kilka słabych elementów, mimo iż uwielbiam tę autorkę i jej opowiadania). Również długo kleciłem komentarz tak, aby wyrazić ten zachwyt wymieszany z lekkim rozczarowaniem. Więc Cię rozumiem.

A przechodząc już do konkretów. Raczej niczego na siłę nie wciskałem, a sceny z drugim wcieleniem były przemyślane i zaplanowane. Co oczywiście nie oznacza, że każdemu muszą spasować. Zresztą myślę. że sama sobie bardzo dobrze odpowiedziałaś:

Nie traktuj tego personalnie, po prostu ja nie lubię potworów czyhających w mroku, decydujących o życiu innych.

Raz jeszcze dzięki za komentarz i również powodzenia życzę, jeśli w tym konkursie się pojawisz ;)

Dobre otwarcie konkursu, takie w sam raz dla mnie, wystarczająco dziwne, wystarczającą smutne i zawiłe. Sam fakt równoległych światów, mógłby być nudny, ale bardzo oryginalna jest ta zupełna (no prawie zupełna) odwrotność i połączenie dusz. Dziwnie się czuje z tym opowiadaniem, bo mogę powiedzieć, że nie wbiło mnie w fotel, ale gdybym miał dać przykład tekstów, na które częściej chciałbym trafiać, mógłbym je podać jako przykład. Jest wyważone w dialogach, opisie i klimacie, nieco rozmyte, ale nie za bardzo, dobrze się czyta. 

I wydawało się krótkie. Dziwnie krótkie się wydawało, może przez tę poezję, bo też nigdy jej nie rozumiałem. :P

Anna kipiała entuzjazmem mimo wszystko. – A jeśli nie, to przecież zawsze możemy wrócić.

No właśnie problem w tym, że nie możemy – pomyślał Laserian i podszedł do stolika.

– To zapewne od latarni. – Wziął klucze i wsadził do kieszeni kurtki. – To co, może obejrzymy jeszcze moje nowe miejsce pracy?

Szli wąską, wydeptaną ścieżynką wzdłuż klifu i podziwiali widok. Choć ani dla Laseriana, ani dla Anny nie było to nic nowego, to mimo wszystko coś sprawiało,

Chyba trochę za blisko, zazgrzytało mi nieco.

Poza tym nic, naprawdę dobre otwarcie konkursu i motywacja, żeby się postarać. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrolu, hej! Bardzo cieszy mnie Twoja opinia. Sam jestem ciekaw czego zabrakło, aby wbić Cię w fotel ;) Z jednej strony cieszę się, że opko godnie (Twoim zdaniem) rozpoczęło konkurs, z drugiej to staranie się konkurencji już nie brzmi tak dobrze :D A na poważnie to oczywiście życzę jak najlepszej weny, powodzenia w konkursie i z pewnością odwiedzę również Twoje opko. Pozdrówka!

Do wbicia mnie w fotel tym tekstem… chyba jakiegoś potężnego zaskoczenia, tutaj nawet jeśli nie wiedziałem co się dzieje, miałem podejrzenia, które nieco się pokrywały. Nie mówię, że to źle, ale jeśli miałbym powiedzieć tę jedną rzecz, której mi zabrakło, to właśnie zaskoczenia, nie przesadzonego, czegoś, co mogłoby kolejne pytania postawić.

Jednak ja jestem specyficznym czytelnikiem i nie zawsze potrafię dobrze określić czego dokładnie chcę, bo takie zaskoczenie mogłoby zepsuć tą specyficzną, jakby to określić, narrację ze stałą, identyczną dynamiką (która bardzo ci się udała). Więc w sumie nie odpowiedziałem Ci na pytanie :P

Dzięki, niedługo biorę się za pisanie, trzeba nieco się sprężyć, bo przekroczyłem już limit znaków. Mam zamiar też czytać kolejne teksty i mam nadzieję, że trafi się więcej takich w klimacie twojego opka :P

Pozdrówka!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Cześć.

 

Co jedyne rzuciło mi się w oczy?

 

W końcu zza ognistych bałwanów wyłonił się statek utkany z żelaznych traw. Na pokładzie kłębiły się mobliny, które bez refleksji podążały w stronę nadziei, jaką niosła ciemność wodniska. No i stało się. Okręt przybił do brzegu chmury. Mobliny opuściły łajbę, a Laserian wyskoczył na nie z ukrycia. Rozcinał pazurami krtanie, wygryzał serca, rozczłonkowywał drobne ciałka. Dokonywał niepotrzebnej rzezi, ale nie był w stanie opanować szału, w jaki wpadał podczas mordowania. Czuł się okropnie, ale zrobił, co zrobić musiał. W końcu, gdy cała załoga padła trupem, po kolei wyssał z każdego osobnika krew i przelał ją do kanistra.

Taki suchy opis tego, co mogło być straszne lub poruszające, a tu tak, ot: zabijał, rozcinał i rozczłonkowywał. Odnoszę wrażenie, że napisał to zupełnie inny ktoś, kto pisał tę poruszającą część “w naszym świecie”.

Podobnie rzecz ma się dalej – wszystkie fragmenty drugiego świata są… suche i lekko nudne. Dopiero końcówka pokazuje to w ciekawszym świetle.

Niemniej jednak – całe opowiadanie klimatyczne.

Wiesz, byłem w stanie sobie wyobrazić to narastające szaleństwo kobiety, to jej deklamowanie poezji nad grobami.

Chyba miałem ciarki.

Całościowo oceniam wysoko, natomiast językowo nie bardzo potrafię dopatrzyć się czegokolwiek ;)

 

Cześć, silvanie. 

Zapewniam, że tekst pisała jedna i ta sama osoba, ale nie gwarantuję, że ta osoba ma tylko jedną osobowość :D

Generalnie Twój komentarz jest o tyle ciekawy, że czytając go miałem wrażenie, że raczej tekst zupełnie nie przypadł Ci do gustu i tylko końcówka dała radę, a na koniec piszesz:

Całościowo oceniam wysoko

Ale rozumiem, że styl, w jakim pisałem to opowiadanie, mógł Ci nie spasować. Niektórym właśnie ten aspekt się tutaj spodobał – powolne budowanie klimatu i inne zabiegi, które użyłem umyślnie, a dla Ciebie były suche i nudne. Ale to tylko kolejny przykład, że ile czytelników, tyle gustów :)

Dzięki za komentarz.

Opowiadanie całościowo oceniam wysoko :) Te suche fragmenty nie są przecież złe. Raczej chodzi o to, ze apetyt rośnie w miare jedzenia. Po swietnym wstępie zaskoczyl mnie minimalizm dotyczący drugiego swiata. A podobalo mi się na tyle, ze stad wzielo się nieco rozczarowania ;) To w pewnym sensie "kontenplement" ;)

No chyba że tak :D

Ponure to. Choć oba światy mi się podobały. Czasami nie miałabym nic przeciwko, aby zamieszkać w chatce dla latarnika ;) Na mieszkanie w chmurce i chronienie się przed deszczem drzew, spadających do oceanu ognia raczej bym się nie pisała, ale wizja piękna :)

Moralnie (jakoś mi w tym momencie lepsze słowo nie przychodzi do głowy) zaplątałeś okrutnie. Monstrum, zabijające dla krwi, okazuje się kochającym mężem i ojcem, a ten, który zamęczył żonę wygląda początkowo na niewinną ofiarę ofiarę. Z tym że prędzej uwierzę w deszcz drzew, niż w przemianę bohatera. Bez żadnej terapii, pomocy, w sytuacji mocno stresogennej cały czas udawało mu się panować nad sobą. Gdybyż to było takie proste.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, hej :)

Ja również czasami wyniósłbym się w takie miejsce. Choćby na weekend (na chmurkę też, pod warunkiem, że miałbym wystarczająco solidne schronienie przed tymi drzewami :D)

Czy zamieszałem? Raczej chciałem nieco odwrócić role. Ze stereotypowego potwora zrobić istotę, która miała swoje powody do czynienia tego, co czyniła (co nie zmienia faktu, że też była lekko skrzywiona :P) a z gościa wydającego się na spokojnego itp. zrobić kogoś i ciemnej stronie przeszłości. Przeplata się wciąż dobro i zło, intencje szlachetne wymieszane z jakimiś skrzywieniami w psychice. Tak jak w życiu.

A co do panowania nad sobą bez terapii. Całkowita zmiana otoczenia plus mocne postanowienie poprawy (zabrzmiało kościelnie?) sprawiły, że początkowo bohater się zmienił i faktycznie nie poznajemy jego mrocznej strony. Gdy stresu przybywa, mamy scenę, w której jest wzmianka, że myśli o tym, aby Annę uderzyć. Więc odzywają się w nim poprzednie instynkty. No i pod koniec tekstu również stwór przytakuje na wszystko, ale na stwierdzenie, że Laserian nigdy by żony nie uderzył, odpowiada: może. A może nie. Czyli nie wiadomo, kiedy by ta tykająca bomba mogła wybuchnąć, gdyby wcześniej Anna sama ze sobą nie skończyła.

Być może mogłem wpleść więcej takich sytuacji, w których nad sobą nie panuje lub ma jakieś odruchy, ale nie chciałem też zbyt szybko pewnych rzeczy spoilerować. 

Dzięki za komentarz, Irko.

ale nie chciałem też zbyt szybko pewnych rzeczy spoilerować.

Nie wiem, czy to byłyby spoilery. Co prawda z początku wspominasz o tym, że on nie ma wielkiego wyboru w kwestii miejsca zamieszkania, ale do głowy by mi nie przyszedł powód. Zbyt kochający się wydawał, zbyt wielkoduszny, zbyt… wszystko.

Nie wiem, czy to już napisałam, ale podobało mi się. Mimo wątpliwości, co do przemiany wilka w owcę ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

O, i teraz to ja rozumiem :D ;)

Osobliwe to opowiadanie. Pod złudnym obrazem zachwytu nad miejscem, w którym znaleźli się Anna i Laserian, dało się zauważyć, że nie wszystko jest takie, jakie być się zdaje, że czai się tu jakaś tajemnica, jakaś groza… Dość wcześnie nabrałam podejrzeń, że Anna chyba nie wie, co skłoniło Laseriana do objęcia posady latarnika i byłam ciekawa, jaki dramat z tego wyniknie.

Mimo że tę historię czytało się nieźle, muszę wyznać, że jakoś nie mogę przekonać się do opowiadań w których świat realny przenika się z innym, a tu mamy przypadek drugiego życia, niestety. we śnie. Niestety, bo wyjątkowo nie przepadam za takim rozwiązaniem – opisywanie snów w opowiadaniu, zdaje mi się być fantastyka zastępczą.

 

Drzwi wej­ścio­we wy­glą­da­ły na takie, które zo­sta­ły w swoim dłu­gim ży­wo­cie obar­czo­ne nie­zli­czo­ną ilo­ścią za­mknięć i otwarć. –> Nie bardzo widzi mi się obarczanie drzwi, zwłaszcza że przy ich otwieraniu i zamykaniu najbardziej zapracowane są chyba zawiasy.

Może: Drzwi wej­ścio­we wy­glą­da­ły na takie, które w swoim dłu­gim ży­wo­cie były zamykane i otwierane niezliczenie wiele razy.

 

Stara, brud­no­zie­lo­na wer­sal­ka tuż obok me­blo­ścian­ki, która wi­dzia­ła chyba drugą wojnę świa­to­wą. ―> Obawiam się, że meblościanka nie mogła widzieć drugiej wojny światowej

https://pl.wikipedia.org/wiki/Meblo%C5%9Bcianka

 

nad Mo­rzem Cel­tyc­kim, które roz­bi­ja­ło swe fale u jej pod­nó­ża. ―> Zbędny zaimek.

Może: …nad Mo­rzem Cel­tyc­kim, którego fale roz­bi­ja­ły się u jej pod­nó­ża.

 

w za­sa­dzie le­ni­wie się prze­miesz­cza­ją­cych, ma­lut­kich punk­ci­ków. ―> Czy dopowiedzenie jest konieczne? – punkciki są malutkie z definicji.

 

Prze­szłość zo­sta­ła w wiel­kim mie­ście. Za­grze­ba­na tam raz na za­wsze. ―> Czy tu aby nie miało być: Po­grze­ba­na tam raz na za­wsze.

 

Biały mur la­tar­ni prze­ci­na­ło kilka czer­wo­nych pasów. ―> Wcześniej napisałeś: …do­tarł na skraj klifu, na któ­rym wzno­si­ła się biała ni­czym kreda la­tar­nia. ―> Czy latarnia na pewno była biała, czy raczej biało-czerwona?

 

gra­na­to­wą szka­tuł­kę, od­chy­lił wieko. W środ­ku, na czer­wo­nym ma­te­ria­le, le­ża­ły dwie złote ob­rącz­ki. ―> Raczej: …gra­na­to­wą szka­tuł­kę, od­chy­lił wieczko. W środ­ku, na czer­wo­nym aksamicie, le­ża­ły dwie złote ob­rącz­ki.

 

W końcu mu­sia­ły przy­pły­nąć ja­kieś zbłą­ka­ne isto­ty, zwa­bio­ne ciem­no­ścią, która do­bie­ga­ła z wod­ni­ska. ―> Jak ciemność może dobiegać?

A może wystarczy: W końcu mu­sia­ły przy­pły­nąć ja­kieś zbłą­ka­ne isto­ty, zwa­bio­ne ciem­no­ścią wod­ni­ska.

 

Z wy­peł­nio­nym po brze­gi przed­mio­tem… ―> Raczej: Z wy­peł­nio­nym po brze­gi naczyniem/ pojemnikiem

 

Za­sta­wiał się, jaki jest sens jego ist­nie­nia. ―> Pewnie miało być: Za­sta­nawiał się, jaki jest sens jego ist­nie­nia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, reg!

Twoje uwagi jak zwykle na wagę złota, zastosowałem się do wszystkich <3

Cieszę się, że opowiadanie Cię w jakiś sposób zaciekawiło, a co do tego:

Niestety, bo wyjątkowo nie przepadam za takim rozwiązaniem – opisywanie snów w opowiadaniu…

Wiesz, ja również tego nie znoszę :D Jednak tutaj sen był tylko formą przekazu. Czasem, podczas którego Laserian widział realne wydarzenia z drugiego wcielenia. Nie były więc to tylko senne obrazy, o których autor mówi na koniec: Wszystko, co było fantastyką, było tylko snem. Tego nienawidzę bardziej od oliwek ;) Reasumując, myślałem, że ja zagrałem tutaj jednak nieco inaczej, zresztą na końcu niejako postać ze snu jest postacią, w pewnym chociaż sensie, realną. 

Obawiam się, że meblościanka nie mogła widzieć drugiej wojny światowej

 A jeśli meblościanka również miała drugie wcielenie, które istniało podczas wojny, mimo, że jej wtedy jeszcze nie wynaleziono? A tak na poważnie to miałem to za taki relikt, że i w Wojnach Napoleońskich nie zawahałbym się jej użyć :P

Dzięki!

Realucu, bardzo się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

I dziękuję za wyjaśnienia.

Już po lekturze opowiadania pomyślałam sobie, że gdyby drugie życia Laseriana nie toczyło się we śnie, byłoby Ci chyba o wiele trudniej przedstawić jego poczynania i opowiedzieć całą historię.

Ja również nie znoszę oliwek. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja również nie znoszę oliwek. ;)

Od zawsze wiedziałem, że coś nas łączy :D

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niesamowite opowiadanie, Realuc. Trudno wzbudzić we mnie jakieś emocje w opowiadaniach z uwagi na ich niewielką długość, jednak Tobie się udało. Naprawdę, poza tym, że dobrze piszesz, opko idealnie wpasowuje się w mój gust.

Mógłbym napomknąć o wadach, bo zdarzają się zdania wywołujące zgrzyt (zębów) i pewne naiwności fabuły, ale całość robi na mnie bardzo dobre wrażenie i nie mam ochoty psuć sobie tego wrażenia przez dłubanie w niuansach tekstu.

Doskonale napisałeś bohaterów, zaznaczasz ich charaktery drobnymi gestami czy dialogami, przez co warstwa emocjonalna oddziaływała na mnie mocniej.

Pozdrawiam

https://fantastycznyblog.wordpress.com/

Simeone,

Bardzo mi miło czytać taki komentarz. Postawiłem w tym tekście na emocje i jak widać, do kogoś trafiły, więc cieszę się podwójnie :) 

Zgrzyty z pewnością jakieś są, bo to cwane bestie, które potrafią się nieźle ukrywać ;)

Dzięki za komentarz.

Pozdrawiam

Trochę mi głupio komentować, bo patrząc po przedmówcach mam wrażenie, że są w tekście takie walory, których nie wyłapałem. Może to kwestia szybkiego pożarcia tekstu, kiedy pozwolił mi na to czas, a może akurat to opko nie jest dla mnie.

Podobał mi się początek, fajnie zarysowane okoliczności przyrody, opisy generalnie na plus. Pomysł na drugi wymiar był bardzo ciekawy i na pewno udało ci się skutecznie zarysować dziwaczność tego świata, aczkolwiek te fragmenty czytało mi się dość ciężko. Albo były zbyt egzotyczne, albo jednak za mało opisane jak na mój gust. Podobnie jak komuś wyżej zgrzytał mi np. niziołek, choć rozumiem o co chodziło z tym zabiegiem ;) 

Moim zdaniem brakuje trochę foreshadowingu (nie wiem jak to zwięźle ująć po polsku) dotyczącego głównego bohatera. Okej, wiemy że niejako był zmuszony do zajęcia latarni, ale jakiś taki zbyt grzeczny był na te późniejsze rewelacje – nie potrafię kupić tego, że “starał się” i dawna bestia dała o sobie znać zaledwie raz.

Nie miałem też momentu, w którym zastanawiałbym się, kto tu jest prawdziwym potworem. Skoro rodzina gadziej wersji bohatera nie chciała przedłużać swojego cierpienia, to tym bardziej uznaję jego okrucieństwo za złe. Ale ja może zbyt często grałem paladynami w grach RPG ;)

Inna rzecz to to, że nie trafiła do mnie poezja, ale to nie twoja wina, tylko moje wąskie horyzonty. Jakoś tak mam, że poza wierszami Herberta prawie nic mi nie leży (no i na widok rymu przypominają mi się panie polonistki ze szkoły i od razu mi gorzej).

Żeby nie było, że tylko marudzę, to pochwalę cię za spoistość opowiadania. Chodzi mi o to, że jest krótkie, a udało ci się opowiedzieć sporo. Czułem jakbym rzeczywiście przeszedł przez tą historię, narracja budowała efekt rozciągnięcia w czasie.

Piotrze, dziękuję za opinię. W jednej kwestii przyznam Ci rację, bo uświadomiłem sobie to już po rozlanym mleku. Rzeczywiście, niewiele mamy przesłanek o wcześniejszym życiu Laseriana (jest jedna scena mocno nawiązująca) i tutaj się zgadzam. Chciałem aby tajemnica była tajemnicą jak najdłużej, ale przesadziłem. Co do reszty uwag, to są już typowo uzależnione od gustu czytelnika. Pewne aspekty nie były akurat dla Ciebie i w pełni to rozumiem. Dzięki raz jeszcze za obszerny komentarz, myślę, że wyciągnę też z niego pewną naukę. Pozdrawiam!

Bardzo mroczne (ale znośnie), ponure i niezwykle emocjonalne. Wciągnęło.

Nie mniej jednak, parę rzeczy mi “zgrzytało”. Nie czytałem innych komentarzy, żeby się nie sugerować, więc mogę się powtarzać. Nie bardzo rozumiem, kiedy Laserian zdążył, pomiędzy ucieczką przed sądem a krótkim(?) kursem na latarnika, poznać i rozkochać w sobie Annę do tego stopnia, że bezrefleksyjnie zdecydowała się zamieszkać na pustkowiu i spędzić z nim resztę życia. I tu drugi problem, nie wierzę, że mógłby tak szybko i bezkolizyjnie przeobrazić się, ze zwyrodnialca, który znęcał się fizycznie i psychicznie nad swoją partnerką w czułego, delikatnego i kochającego faceta. Niemożliwe. To tak nie działa. Sama forma “ucieczki” też dość dziwna. Rozumiem, że sceneria pasowała do fabuły opowiadania, ale łatwiej jest zaszyć się w szarym tłumie innego, dużego miasta, niż na małym pustkowiu, gdzie wszyscy znają się jak łyse konie, i trudno pozostać bezimiennym, szczególnie jako nowy. Trochę brakuje mi opisu tego drugiego świata. i w tym temacie kolejny zgrzyt. W finałowej scenie, podczas konfrontacji dwóch wcieleń, okazuje się, że “tamten” Lasarian wiedział o “tym” wszystko, łącznie z najmroczniejszymi stanami umysłu, podczas gdy “ten” coś tam kojarzył, poprzez sny, ale właściwie nie do końca wiedział. To rodzi niejasność, jak te światy korelowały. 

Zakończenie przewidywalne. Na koniec dygresja. Samo nazwisko Laserian kojarzy mi się w sposób bezpośredni z Yossarianem “Paragraf 22” ;-))

Pomimo uwag, przeczytałem z zainteresowaniem.

Adler, dzięki za wizytę i wartościowy komentarz.

…poznać i rozkochać w sobie Annę do tego stopnia, że bezrefleksyjnie zdecydowała się zamieszkać na pustkowiu i spędzić z nim resztę życia.

Przeszłość Anny nie jest dobrze znana, ale dowiadujemy się, że równie niechętnie o niej opowiadała co Laserian. Czyli zapewne chciała ją wyprzeć, a co za tym idzie, nie trzeba było jej wiele, aby podjąć tak nagłą decyzję. Być może, jak to się mówi, straciła dla niego głowę. Osobowości ze skłonnościami psychopatycznymi mają to do siebie, że w jakiś sposób szybko i skutecznie potrafią przekonać do siebie drugą osobę. Ale być może to co mówię jest trochę naciągane i masz rację, można było trochę ten aspekt rozszerzyć.

Niemożliwe. To tak nie działa.

O tym akurat wiele już pisałem przy okazji innych komentarzy. Zgadzam się z Tobą i z innymi, którzy zwrócili na to uwagę. Dałem za mało przesłanek i fragmentów, które świadczą o jego przeszłości i mrocznej stronie. Chciałem zachować do końca tajemnicę, przez co przesadziłem w jedną ze stron.

Rozumiem, że sceneria pasowała do fabuły opowiadania, ale łatwiej jest zaszyć się w szarym tłumie innego, dużego miasta, niż na małym pustkowiu…

Z jednej strony tak. Z drugiej, szansa, że ktoś rozpozna cię wśród tłumu na ulicy jest chyba jednak większa, niż na zadupiu, na którym jesteś sam (plus odcięci od świata, samowystarczalni pasterze).

Trochę brakuje mi opisu tego drugiego świata.

Umyślnie opis nie był szeroki, aby drugi świat pozostał w sferze nieco tajemniczej i niedopowiedzianej, zarysowanej, zamiast dokładnie przedstawionej, choć nie ukrywam, że limit znaków również robił swoje :)

To rodzi niejasność, jak te światy korelowały. 

To Laserian z drugiego świata przyszedł w odwiedziny do tego pierwszego, co może oznaczać, że to właśnie on był w pewnym sensie tym postawionym wyżej. Stwór mówi również, że jego świat już dawno upadł. Że Laserian widzi tak naprawdę to, co już było, gdyż te światy nie istniały w tym samym, równoległym czasie. To sprawia, że ta korelacja nie jest ani prosta, ani jednakowa, ani zerojedynkowa :P

Pomimo uwag, przeczytałem z zainteresowaniem.

Bardzo się cieszę. Słodko gorzkie komentarze, takie jak Twój, należą chyba do tych najcenniejszych. Bo pokrzepią i zagrzeją do dalszej walki, ale też wskażą uchybienia i pozwolą w następnej potyczce lepiej manewrować orężem i tarczą.

Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam!

Jestem świeżakiem więc troszkę nieśmiało ale zostawię swoją opinię :)

 

Ogólnie opowiadanie mi się podobało, ale mam kilka uwag. Zacznę od tego co mi się podobało:

– długie budowanie klimatu i emocje – czytając mogłam się wczuć, choć w paru miejscach miałam zgrzyty (o tym niżej);

– koncepcja dwóch światów i to w różnych liniach czasowych,

– “lekki”, tj. przyjemny, wciągający styl

 

Co spodobało mi się mniej:

– przede wszystkich ujawnienie “plot twistu” – dość długo budowałeś wstęp i klimat, oczekiwałam jakiegoś bum i to bum mnie nieco rozczarowało – klątwa rzucona przez niziołka, bo ten zamordował mu dzieci wydała mi się jednak ciut uproszczona, szczególnie, że wspomnianym dzieciom poświęciłeś może kilka zdań wcześniej (może to wynikać też z faktu, że nie zatrzymałeś się na tym wątku zbyt długo, poświęciłeś mu mało tekstu); podobnie z przeszłością ludzkiego Laseriana – jego przeszłość, jakkolwiek wskazująca na to, że ma sporo na sumieniu nie przemówiła do mnie. Biorąc pod uwagę przenikające się światy spodziewałam się tu czegoś bardziej, hm nadnaturalnego? (niemniej mocno subiektywna opinia, nie czytałam innych komentarzy jeszcze i może tylko mój odbiór jest taki)

– śmierć pierwszego dziecka – dialog i wypowiedź Anny, tu miałam bardzo duży zgrzyt; jej wypowiedź zupełnie mi nie pasowała, nie potrafiłam się zidentyfikować, zrozumieć emocji i wydał mi się on niestety dość sztuczny (trochę zbyt uporządkowany? przy takim natężeniu emocji spodziewałabym się bardziej chaotycznych, urwanych i nie składnych zdań).

 

 

Cześć, Shanti :) Cieszę się, że postanowiłaś przeczytać i skomentować mój tekst. Świeżak czy nie, każda opinia jest cenna. Cieszę się, że ogólnie się podobało. Jeśli chodzi o uwagi, to żebym się nie powtarzał któryś raz (tak, niektóre z wytkniętych przez Ciebie aspektów już się pojawiły wcześniej) zachęcam do zerknięcia ciut wyżej. Generalnie rozumiem Twoje zarzuty i akceptuję, że ktoś może mieć taki właśnie odbiór. Miałem taką a nie inną wizję i teraz część aspektów zostawiłbym bez zmian, mimo niektórych głosów, a część rzeczywiście bym zmienił, jak choćby lepsze opisanie i wybrzmienie przeszłości bohatera. W dialogu nad pierwszą mogiłą zastosowałem, jakby to powiedzieć, ,,monolog wyrzutów". Czy mało wiarygodny? Nie wiem, ale pochylę się nad tym. Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam ;)

Hej Shanti :)

Tu ja stanę w obronie Realuca.

 

Zapytam wprost – ale nie oczekuję odpowiedzi. Czy byłaś kiedyś świadkiem – “półuczestnikiem” jakiejś wielkiej tragedii? Nie mam na myśli smutnego końca np. kochanych babć / dziadków, tylko czegoś niespodziewanego, takiego… Niewłaściwego?

 

Z doświadczeń wiem, że człowieka może wypełnić pustka z wściekłością połączona, żalem i rozgoryczeniem. Gniew. Gniew, który pozwala mówić właśnie całkiem składnie zdania proste, krótkie, umiarkowanie agresywne, pretensjonalne.

 

– Wiesz, jak to jest rodzić w samotności martwe dziecko? Jak to jest patrzeć na zdeformowane ciało? Oczy, w których nie ma życia? Nie słyszeć bijącego serca istoty, na którą czekało się jak nigdy na nic? Nikt mi nie pomógł. Nikt nie podał dłoni, nie otarł potu z czoła, nie był ze mną w tej najgorszej w życiu chwili, która miała być przecież najlepszą. Mówiłeś, że damy sobie radę sami. Że bywałeś przy domowych porodach. Ale cię przy mnie nie było.

Do mnie to trafia bardzo i bardzo mnie przekonuje. Brzmi to dokładnie tak, jak powinno.

 

Nie bierz też do siebie tego w żaden sposób :) To moja opinia i masz 100% prawo mieć własną, która ani nie musi być zła, ani gorsza, ani w ogóle :)

Świetnie, że zostawiłaś swoją opinię – i powiem Ci wprost – nie krępuj się.

Sami fajni ludzie na tym portalu.

Raczej obrażalskich / mściwych nie uświadczysz :)

Pozdrawiam :)

Silvan,

dzięki za opinię – absolutnie nie biorę tego do siebie :) fajna dyskusja zawsze mile widziana.

 

Nie byłam nigdy świadkiem/”półuczestnikiem” takiej tragedii (konkretnie utratę dziecka mam na myśli),odpukać, więc faktycznie mogę mieć tu mylne wyobrażenie. Niemniej byłam świadkiem różnych innych tragedii (mniejszego kalibru jak mogę to tak ująć) i mam zupełnie inne obserwacje, bazując też na własnych doświadczeniach wobec śmierci, która dotknęła mnie niespodziewanie (i nie chodzi o babcie, dziadków). Ale po namyśle, stwierdzam, że jak jest wiele reakcji na tramę/szok/żałobę tak Realuc opisał jedną z nich, która najwyraźniej do mnie jako czytelnika nie trafia.

Podsumowując zostanę przy swojej opinii ale rozumiem, że ktoś ma zupełnie inny odbiór tego fragmentu yes

Myślę, że mówimy o jednej z takich sytuacji, podczas której nie można przewidzieć reakcji dotkniętej tragedią osoby. Każdy w tak ekstremalnych warunkach reaguje różnie. I tutaj też pewne doświadczenia w tym temacie mam. Myślę zatem, że oboje macie rację. Ja i silvan mamy akurat podobne wyobrażenie, co nie znaczy, że jest jedynym słusznym. I zgadza się, dobra dyskusja nie jest zła ;)

Daję okejkę. Właśnie o to chodzi. Widzialem osobę, ktora mowiła podobnie (wlasnie takie krotkie zdania), takie zajadliwe, kąśliwe, przykre. Ale składnie, jakby celowo chciala kogoś innego zranic, znalezc winnego. Znajdziemy i osoby, ktore nie powiedzą ani slowa. Znajdziemy łkające. Ale tamta wlasnie osoba najbardziej utkwila mi w pamieci.

Dużo komentarzy, dużo już powiedziane. A ja bym chciała od siebie dodać (może już gdzieś wyżej było wspomniane, ale chyba nie):

“Chcę dać ci dziecko. Nie zrozumiesz tego.”

Anna mówi takie dwa proste zdania, a mnie się z miejsca uruchamia cała seria skojarzeń. Najbardziej chyba z Code Geass, ale też z życiem codziennym. Kiedy ktoś koniecznie chce Ci coś dać, i walczy i wścieka się i poświęca waszą relację… A Ty wcale nie uważasz tego za najwyższy z priorytetów. Znaczy, wiadomo, że kwestia dzieci jest ważna i dla Laseriana i dla Anny. Ale on chciałby być z nią po prostu szczęśliwy, a ona mu mówi – nie, nie możesz, dopiero chcę Cię uszczęśliwić i wolę umrzeć niż Ci tego nie dać.

Troszkę może nadinterpretuję i naginam do swojej wizji, ale dla mnie był to smaczek ;)

Scarlett, Twoja interpretacja jest bardzo trafna. Podobne rozważania miałem w głowie, gdy tworzyłem ten wątek. Różnica priorytetów może działać niezwykle destrukcyjnie na każdy związek. W tym przypadku, jak widać, zakończyła się w najgorszy możliwy sposób.

Dzięki za komentarz ;)

Wiele już napisano, to nie będę się rozpisywał. Podobało mi się budowanie klimatu, podjęcie poważnego tematu (utrata dzieci) i wynikające z tego nieproste relacje między bohaterami. Na plus też wykorzystanie poezji (nie tylko “ot, wstawię sobie wiersz”, ale też miało to znaczenie fabularne). Całość czytało się lekko i czuć, ze był to tekst przemyślany.

Pozdrawiam :)

PanieDomingo, nie pozostaje mi nic innego jak rzec, że cieszę się z takiej opinii i dziękuję za komentarz :)

To może tak.

Fabularnie ilość martwych dzieci w tym opowiadaniu mnie przytłoczyła, i to nie w “dobry” sposób, w sensie poczucia emocjonalnej reakcji. Tu nie poczułam nic poza tym, że po pierwszym przypadku to rozwiązanie zrobiło się – przewidywalne? Pewnie wolałabym, gdyby los bohaterki był mniej – bo ja wiem, powtarzalny? Urodzenie martwego dziecka to jedno, ale na przykład poronienie w nieco wcześniejszym etapie ciąży – to też może być straszna tragedia, a może temu tekstowi w tej jego warstwie przydałoby się, z mojego czytelniczego punktu widzenia, nieco wyciszenia, a zarazem mniej przewidywalności dla czytelnika. 

No ale.

No ale to jest moja jedyna krytyka, bo poza tym tekst, i w warstwie światotwórczej, i w kreacji bohaterów jest bardzo udany, pomysłowy, intrygujący. Znakomity ten dziwaczny świat drugiego Laseriana, który bardzo plastycznie odmalowujesz. Podoba mi się twist z tym, o co właściwie chodziło z koniecznością ucieczki w pracę latarnika – bo jak czytelnik już to wie, to widzi, że podobne elementy charakterystyki pojawiały się w opisie bohatera już wcześniej, podoba mi się niedopowiedzenie postaci Anny i jej motywacji. Generalnie – na plus. 

Cześć, ninedin :) Co do ilości martwych dzieci – wynika to ściśle z ,,klątwy" niziołka oraz ma dość mocne znaczenie fabularne (choćby związek z trzema wierszami). Jest powtarzalność, ale to ona właśnie jest pewnym wyznacznikiem etapów fabuły oraz wyznacza kolejne granice dramatu rodziny. Jasne, że każde dziecko mogłoby umrzeć w inny sposób. W pewnym sensie może i przełamałoby to jakąś tam przewidywalność, z drugiej jednak była ona zamierzona. Taka sama śmierć, taka sama scena po śmierci (recytowanie nad grobem), i pogłębiające się przez to szaleństwo i rozpacz. Bardzo się cieszę, że generalnie wypada na plus :) Pozdrawiam!

Cześć! Bardzo dobre opowiadanie, mocno poruszające. Zgrabnie przeplatasz światy, uzupełniając je wzajemnie. W jakiś sposób to alternatywne miejsce w chmurach i czyny tamtego Laseriana przeraziły mnie nawet bardziej. Próba wyobrażenia sobie, jak utrzymywał przy życiu rodzinę, która prosiła o śmierć. Brr, aż mam ciarki. Nawet jeśli to ponura opowieść, to bardzo dobrze się ją czytało.

Zostaw ten żyrandol.

Cześć, Verus :)

Cieszę się, że Ci się podobało. Ponurość prześladuje moje teksty od dłuższego czasu, dlatego postanowiłem zrobić rewolucję i w najbliższej przyszłości pójść w lżejsze klimaty. Co z tego wyjdzie, się zobaczy :P

Dzięki, pozdrówka!

Rozumiem problem prześladującej ponurości – większość opowiadań, z których byłam zadowolona trzymała się raczej mrocznych klimatów. Udało mi się to przełamać na TŚ, zobaczymy co z tego wyjdzie. :D Powodzenia z Twoim podejściem do “lekkości”. ;)

Zostaw ten żyrandol.

No to również czekam na Twój tekst i z chęcią przekonam się, jak wyszło to u Ciebie ;)

Moim zdaniem duży progres zrobiłeś od momentu, gdy czytałam Ciebie po raz pierwszy. Tam postaci również były wiarygodne, fabuła zajmująca, ale w tym próbujesz kształtować również sam tekst, jego zapis i prowadzenie fabuły. :-)

Piszesz o kobiecie, jej niepohamowanym instynkcie, mężczyźnie uwięzionym w pewnej Matrixie. Czyżby chodziło o brak porozumienia. Za dobór strof – brawo! Nie są przypadkowe.

Najbardziej ciekawiło mnie rozdwojenie bohatera pomiędzy "Doktor Jekyll i pan Hyde": co się stało/ czy był takim od zawsze;  dlaczego się zakochał i jak do tego doszło;  czemu zależało mu małżeństwie? Chętnie bym więcej o tym przeczytała, bo nie za wiele było. Pozostało wiele tajemnic związanych z rozdarciem.

Miałm lekkie wrażenie, ze początek był ciut za długi, a potem wszystko pobiegło szybko.

Smutne i przejmujące opowiadanie. 

Drobiazg:

,że pasterze pomagali obecnie urzędującemu latarnikowi,(-,) w zamian za część jego wynagrodzenia.

Chyba przecinek niepotrzebny?

 

Powodzenia w konkursie!

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć Realucu ;)

To naprawdę dobre opowiadanie. Ma swoje „ale” lecz do tego przejdę za chwilę i to raczej kwestia osobistego odbioru, bo np. warsztatu Ci zazdroszczę.

Bardzo podobały mi się opisy świata, malownicze, wyobraźnia łatwo je chłonęła i przetwarzała. Wiersze po śmierci z każdego z dzieci dodawały niesamowitego klimatu całej opowieści. Historia też bardzo na plus, choć trzymająca w napięciu do pewnego momentu –po śmierci drugiego dziecka zastanawiałem się bardziej co jest z bohaterem nie tak.  Połączenie losów przeszłości z teraźniejszością też były dla mnie czymś nowym i ciekawym.

Co do moich „ale”:

Zastanawiam się, czemu bohater nie był przy drugim, a tym bardziej przy trzecim porodzie. W dialogach był troskliwy, a w sytuacjach tego wymagających wręcz ani trochę. Jasne, obowiązki latarnika, lecz powstał we mnie dysonans po tym co robił.

Co do bohatera, to ostatecznie miał zostać tym, który pokonał ponurą przeszłość i się jej przeciwstawił, ale raz, że nie da zmienić schematów myślenia i postępowania samemu – bo taki schemat znał i względem niego działał więc w jego świadomości ten schemat powinien być „dobry”, albo przynajmniej taki, że zdaje sobie sprawę, ale nie potrafi inaczej. I właśnie to, oraz dysonans między tym co mówił a co robił, spowodowało, że zmiana i walka w ostatniej scenie nie jest dla mnie do końca wiarygodna.

Zalety tekstu przeważają nad „ale”, a czas spędzony Twoim opowiadaniem był bardzo przyjemny i inspirujący, więc ogólna ocena jest bardzo na plus.

Pozdrawiam!

Sagitt, hej!

Bardzo się cieszę z Twojej opinii i z tego, że zalety przeważyły ,,ale” :)

Co do tych ,,ale” właśnie i wiarygodności. Starałem się podczas pisania, aby relacje były wiarygodne. Aby wydarzenia miały ręce i nogi, wynikały z czegoś. Aby zachowania bohaterów nie były z kapelusza. Przy okazji chciałem też stworzyć skomplikowane profile osobowości, w których nie wszystko jest zero jedynkowe. Zło wymieszać z dobrem, dobre intencje ze złymi czynami, zagubienie i przeszłość z teraźniejszością. 

Teraz rzeczywiście po tych wszystkich komentarzach mam wrażenie, że gdzieś tam, w niektórych miejscach, odbiłem może na niewłaściwe tory. Może przesadziłem i zbyt pogmatwałem własną wizję, przez co mogła ucierpieć wiarygodność. 

Dzięki za komentarz! ;)

“– Wiesz co? – szepnęła Anna, opierając głowę na ramieniu męża.” – gdy to mówiła, to małżeństwem jeszcze nie byli, zresztą parę linijek wcześniej i później jest “narzeczona”.

Najbardziej podobała mi się ukazana przemiana Anny – od beztroskiej dziewczyny, pełnej optymizmu i radości, przez zwątpienie, do obłędu. Bardzo mocna scena, gdy rzuca się na Laseriana, by spróbować trzeci raz – choć zarówno ona sama jak i czytelnik wiedzą, że to się nie uda. Ciekawy też jest ten alternatywny ‘piekielny’ świat i ich punkty styczne (choć zabieg z zapisem imion ‘od tyłu’ trochę wydał mi się nienaturalny).

Nie kupiłam natomiast przeszłości Laseriana. Zupełnie nie wynika ta przeszłość z jego charakteru, z tego co robi i jak się zachowuje, enigmatyczne ‘Anny bym nie skrzywdził’ nie załatwia sprawy. Tę pierwszą żonę bił. Dlaczego? Jeśli przeszedł przemianę, to powinieneś ją pokazać. Aczkolwiek myślę, że ten wątek mogłeś wyrzucić bez szkody dla tekstu.

Miejscami też miałam problem z dialogami (nie ze wszystkimi). Np tu:

“– Ona nie żyje. Nasza córka przyszła na świat martwa.” – Anna jest wyczerpana porodem i w szoku, bo noworodek martwy (zdaje się, że jeszcze gdzieś wspomniałeś o deformacji), natomiast zdanie, które wypowiada jest stanowczo zbyt składne i rzeczowe, jak na osobę w takim stanie.

A na przykład tu: “– Kochanie, wiem, że nie jest ci teraz łatwo. Mnie również. Ale mamy całe życie przed sobą. Będzie dobrze.” – odniosłam wrażenie, że jemu zupełnie nie zależy na niej i że nawet nie jest mu przykro z powodu śmierci noworodka. Nie wiem, czy taki był Twój zamiar, ale Laserian w ‘realnym’ świecie jest bardzo odcięty emocjonalnie. Ten z “piekła” odczuwa dużo więcej i bardziej.

Aha, wiersze recytowane przez Annę dodały intrygującego, takiego trochę “creepy” klimatu. Niezły pomysł :)

Klikałabym, ale już dawno w biblio :)

pozdrawiam.

Cześć, Bello ;)

 

Jeśli przeszedł przemianę, to powinieneś ją pokazać. Aczkolwiek myślę, że ten wątek mogłeś wyrzucić bez szkody dla tekstu.

Co do przemiany Laseriana oraz jego przeszłości, muszę poniekąd spuścić głowę i przyznać Ci rację. Już zresztą pisałem o tym w kilku komentarzach wyżej. Nie dając, albo dając szczątkowe tylko sygnały odnoszące się do przeszłości bohaterów, chciałem jak najdłużej utrzymać tajemnicę. Teraz wiem, że powinienem pewne rzeczy lepiej opisać i uwiarygodnić, a Twoje odczucia tylko mnie w tym dodatkowo utwierdziły.

 

Anna jest wyczerpana porodem i w szoku, bo noworodek martwy (zdaje się, że jeszcze gdzieś wspomniałeś o deformacji), natomiast zdanie, które wypowiada jest stanowczo zbyt składne i rzeczowe, jak na osobę w takim stanie.

O tym też była dyskusja wyżej. Generalnie, przytoczone przez Ciebie zdanie miało zwolenników i przeciwników. Dlaczego? Dlatego, że człowiek podczas szoku zachowywać się może na wiele sposobów, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. To nie jest tak, że kobieta ZAWSZE w takiej sytuacji by się jąkała, mówiła nieskładnie itp. Ja właśnie widziałem przed oczami inną możliwość. Kamienną twarz, pewnego rodzaju zamrożenie i suche stwierdzenie, który niby brzmi jak pozbawione emocji, ale to przez pustkę, która ją w tym momencie wypełniała.

 

odniosłam wrażenie, że jemu zupełnie nie zależy na niej i że nawet nie jest mu przykro z powodu śmierci noworodka. Nie wiem, czy taki był Twój zamiar, ale Laserian w ‘realnym’ świecie jest bardzo odcięty emocjonalnie. Ten z “piekła” odczuwa dużo więcej i bardziej.

Owszem, chciałem poniekąd pokazać, że ten niby potworny Laserian czasami jest bardziej ludzki. Jeśli chodzi o dzieci, to zauważ, że to Annie na nich tak bardzo zależało. A to, że Laserian był taki odcięty emocjonalnie od ich śmierci, pokazuje też jego zwichrowany umysł i charakter. Miał być kimś o dwóch twarzach, tak jak i są dwa wcielenia. Kimś, kto bez emocji tłukł byłą żonę, i kimś, kto potrafi kochać. Albo przynajmniej próbował.

 

Dzięki za komentarz,

Pozdrawiam ;)

 

Dlatego, że człowiek podczas szoku zachowywać się może na wiele sposobów, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. To nie jest tak, że kobieta ZAWSZE w takiej sytuacji by się jąkała, mówiła nieskładnie itp. Ja właśnie widziałem przed oczami inną możliwość. Kamienną twarz, pewnego rodzaju zamrożenie i suche stwierdzenie, który niby brzmi jak pozbawione emocji, ale to przez pustkę, która ją w tym momencie wypełniała.

Zgadza się, taka reakcja też jest możliwa. Tylko wtedy trzeba ją ciut inaczej opisać. U Ciebie Anna rzeczone zdanie “wybełkotała”. I to mi zgrzytnęło.

 

pozdrawiam :)

A więc diabełek tkwi jak zawsze w szczegółach, teraz wszystko jasne! :D

Wprowadzenie dość typowe dla tego rodzaju tekstów. Całkiem ładny, obrazowy opis miejsca akcji. Jego charakterystyka dobrze wpisuje się w klimat opowiadania. Do tego solidne zaznaczenie motywu „nowego początku” plus odpowiednie nakreślenie miejsca-samotni, w którym bohaterowie będą zdani głównie na własne siły. Gdzieś tam zaczyna się też pojawiać, na razie niemal tylko przemycony, wątek tajemnicy Laseriana, a zatem jeden z elementów, na których ma być (w domyśle) budowane zainteresowanie czytelnika.

Wprowadzenie określiłbym mianem „poradnikowego”. Gdyby zadać sobie pytanie, co powinno się znaleźć we wprowadzeniu do tego typu opowiadania, prawdopodobnie wskazalibyśmy na wszystko to, co faktycznie pojawiło się w Twoim tekście. To na plus. Z drugiej strony, trudno oprzeć się wrażeniu, że to wprowadzenie jest strasznie typowe, schematyczne. Że brakuje tu jakiejś próby przełamania. Może wprowadzenia jakiegoś elementu zaskoczenia? Czegoś nietypowego, przełamującego w pewien sposób ową schematyczność?

Jednocześnie, część tego wprowadzenia staje się już mimowolnym spoilerem dalszej części wydarzeń. Chodzi tu o te wszystkie wizje i zapowiedzi szczęścia, pełnej kochającej rodziny, które już z góry zdają się zdradzać dalszy bieg wydarzeń. Jasne, są to obietnice dość usilne, może nawet ciut desperackie, co miało, jak sądzę, być zaczątkiem budowy odpowiedniego klimatu. Zarazem, wraz z miejscem akcji, zdają się one aż wołać do czytelnika: Hej! Nadciąga inwazja dramatów i nieszczęść!

Wprowadzenie dobrze więc wpisuje się w schemat tego typu opowiadań, w których mierzymy się z dramatem na odludziu (słowo „odludzie” może ciut przesadzone i naciągane, ale jednak tylko ciut), z drugiej jednak strony, jak wszystko wpisujące się w schemat, sprawia, że dalszy bieg zdarzeń można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć, co z kolei nie sprzyja budowaniu zainteresowania czytelnika.

Bezpośrednio po wprowadzeniu dostajemy dość spory skok i właściwie od razu, na przestrzeni ledwie kilku zdań, pojawia się pierwszy dramat. Moim zdaniem zbyt szybko. Ta wspomniana skokowość wydaje się być w ogóle pewnym problemem Twojego opowiadania, ale o tym jeszcze wspomnę.

Tutaj skupię się na tym, że tak szybkie wprowadzenie śmierci pierwszego dziecka ogranicza w pewien sposób ładunek emocjonalny, który to opowiadanie mogło (i w założeniu miało) zbudować. Tworzenie więzi pomiędzy bohaterem (lub bohaterami), a czytelnikiem to jednak proces ciągły, w którym należy pamiętać o pewnej stopniowości (tak samo, jak należy pamiętać, by przemarzniętej dłoni nie traktować od razu gorącą wodą).Tutaj pojawia się próba szybkiego, mocnego łupnięcia. Pomysł sam w sobie niegłupi, ale też ma średnie szanse powodzenia, jeśli wróg (czytelnik) znajduje się daleko od miejsca wybuchu (nie zdążył się jeszcze w jakikolwiek sposób zżyć z bohaterami).

Opowiadanie jest dramatem i jakby z założenia powinno przejmować i smucić, natomiast w wyniku całej sekwencji tragedii i nieszczęść, jakie dosięgają głównych bohaterów, pojawia się w tym tekście coś w rodzaju stagnacji emocjonalnej. Na tym poziomie, w mojej ocenie, nie wszystko w „Dwóch wcieleniach…” zagrało. Zwyczajnie, kiedy czujesz, że autor czy autorka, poprzez nagromadzenie dramatów, naprawdę mocno chce cię czymś przejąć, to najczęściej efekt jest dokładnie odwrotny.

Tutaj, niestety, zadziałało to, o czym pisałem już na początku. Wprowadzenie jest niejako zwiastunem sekwencji nieszczęść i taki też rodzaj tekstu dostajemy. Patrzymy, jak niemal scena po scenie bohaterowie topią się w kolejnych dramatach i czekamy, kiedy utoną.

W każdym razie, tej warstwie emocjonalnej ewidentnie czegoś zabrakło, by wybrzmieć jak trzeba.

Znacznie ciekawiej wypadają za to w moim odczuciu dwa wcielenia Laseriana i ich prezentacja. Budujesz na tym tajemnicę, która (nawet, jeśli pewne jej rozwiązania przychodzą na myśl dość szybko) potrafi wzbudzić zainteresowanie. Obiecująco wypada zwłaszcza ten świat równoległy, gdzie najmocniej sięgasz po fantastykę, który potrafi nawet momentami przełamać opisywaną wcześniej stagnację emocjonalną. Jest tam taka lekko odrzucająca „iskra bezwzględności” w tym wybijaniu kolejnych ofiar (niejako z przymusu), co potrafi wzbudzić lekki wstręt do tego świata. Świata, który jest nawet ładnie zaprezentowany w swojej osobliwości i wspomnianej wymuszonej bezwzględności. Laserian II Równoległy (a może uczciwiej jednak napisać Laserian I Równoległy?) i jego specyficzny świat wraz z całą jego pokrętną charakterystyką i wyglądem stanowi najciekawszy element całej historii i nawet trochę żal, że ta właśnie część opowiadania nie dostała więcej miejsca.

Nie dostała zaś przede wszystkim dlatego, że dostać nie mogła. Opowiadanie stanowi szalenie ambitną (chyba nawet brawurową) próbę upchnięcia w niespełna 30 000 znaków motywów:

– dramatu rodziny

– ekspozycji dwóch światów

– przybliżenia cech wspólnych oraz odmiennych Laserianów w oparciu o funkcjonowanie i realia poszczególnych światów

– próbę płynnych przejść pomiędzy przygnębieniem, a melancholią z wykorzystaniem poezji

– budowy określonej warstwy emocjonalnej

– stopniowej budowy tajemnicy bohatera oraz współzależności obu światów (a właściwie obu Laserianów) wraz z drogą do jej ujawnienia.

W tym przypadku z góry wiadomo, że tekst będzie walczył z problemem „zbyt krótkiej kołdry” i właściwie pojawia się tylko pytanie, gdzie jej najbardziej zabraknie. To opowiadanie nie jest „ścięte”. Jest skokowe. Przeskakujemy od sceny do sceny, ale w niektórych przypadkach (co już opisałem przy śmierci pierwszego dziecka) ten przeskok jest zbyt duży i wydaje się, że być może właśnie tutaj znajdujemy odpowiedź, dlaczego warstwa emocjonalna nie chciała zagrać. Emocje, nawet w dramacie, muszą trochę falować. Niekoniecznie „od burzy do słońca”. Takie rozchwianie wydaje się nawet zbyt duże. Chodzi raczej o wypełnienie tych wszystkich burz i piorunów okresami, kiedy chmury nie są aż tak ciemne, a deszcz przestaje padać. Słowem, wydaje się, że tak bogaty plan na tę historię nie pozwalał na zaprezentowanie jej w tej długości w taki sposób, by wszystko wybrzmiało jak trzeba.

O poezji w opowiadaniu wspomniałem już dwa słowa, więc teraz uzupełnię. W założeniu był to naprawdę dobry pomysł, który mógł częściowo nawet zapewnić owo falowanie emocji, wprowadzając do dramatu elementy melancholii, a do postaci Anny – krztynę (a właściwie nawet więcej) wrażliwości. Przy okazji mogły owe utwory urozmaicić tekst, zwłaszcza, że czyta się je naprawdę przyjemnie. Problem jest tylko jeden. Długość tekstu. Nie ma miejsca na odpowiednią budowę charakteru Anny, który pozwoliłby właściwie tej poezji wybrzmieć.

Technicznie trafiło się parę zbitek rymowych:

 

Annie o działaniu poszczególnych elementów, po czym wspięli się po drabince, przecisnęli przez wąski otwór i stanęli na okrągłym szczycie. Zacisnęli dłonie na zimnej barierce, spoglądając w dal.

 

Ale po tych niespełna dziesięciu miesiącach mógł z całą pewnością stwierdzić, że kara, która go spotkała, okazała się w rzeczywistości skutecznym remedium.

 

Gdzieś mignęło powtórzenie:

 

Choć budynek nie sprawiał z zewnątrz wrażenia wielkiego, to mieli wrażenie, że pną się po spiralnych schodach w nieskończoność.

 

Tekst bez wątpienia ma swoje momenty. Przede wszystkim świat równoległy, jego opis, charakterystyka, wpływ na losy bohaterów. Jednocześnie nie zagrała w tym wszystkim warstwa emocjonalna – jakby nie udało się właściwie dobrać proporcji i odpowiednio „ułożyć kołdry” – co miało o tyle duże znaczenie, że właśnie ona była jednym z kluczowych elementów opowiadania, dostając bodaj najwięcej miejsca.

Podziękował za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Spodziewałem się długiego komentarza od Ciebie, ale nie aż tak :P

Ja się tak solidnie rozpisywać nie będę, bo w zasadzie po przeanalizowaniu Twych słów nie mam wielkiego pola do dyskusji. Chciałem upchnąć te wszystkie motywy w 30k znakach, gdyż wiedziałem, że mogę mieć problem potem z nadrobieniem konkursowych opowiadań. Gorący okres. Oczywiście i tak starałem się czytać, ale tyle ile mogłem, bez przymusu. W pewnym momencie stwierdziłem, że opowiedziałem to, co chciałem. Że się zmieściłem i wcale nie byłoby potrzeby rozciągania. 

Teraz jednak widzę, że pewne rzeczy poszły za szybko. Zdecydowanie. W szczególności drugi świat i pasma nieszczęść, między którymi jest zbyt mało chwil na oddechy i zmiany emocji. Zgadzam się z Tobą. Następnym razem trzeba będzie lepiej wyważyć wszystkie elementy :)

Ja również dziękuję za zacny konkursik i za tak obszerny komentarz do tekstu, który wiele uzmysłowił na przyszłość.

Pozdrówka ;)

Kiedy zobaczyłam tag „światy równoległe” miałam nadzieję na wciągające ciekawe opowiadanie i popis wyobraźni.

Zacznę od kreacji bohaterów:

Cóż, moim zdaniem są zbyt zwyczajni, nawet Laserian, ze swoim alter ego po drugiej stronie rzeczywistości nie wzbudził we mnie zbyt wielu emocji. Wzmianki o jego mrzocznej przeszłości są zbyt mgliste, a jego obecna, naprawiona osoba jest w mpich oczach mało interesująca. Jego zły odpowiednik ze świata równoległego, szepczący do ucha, trochę bardziej przypomina mi diabła-kusiciela.

Anna wydaje mi się może nie tyle ciekawsza, co prawdziwsza. Jest dobrą, kochającą żoną, cierpiącą później po stracie dziecka. Ale nie poddaje się. Jest silna. Współczułam jej i nawet ją polubiłam. Wywołała więc jakieś emocje.

Fabuła:

Moim zdaniem za dużo znaków poświęciłeś na snucie opowieści o stracie potomków. Byłabym usatysfakcjonowana, gdybyś tę warstwę ograniczył do minimum – subtelnie dawał czytelnikowi znaki, skąd cierpienie tej pary. Tekst w moich oczach zyskałby, gdybyś rozszerzył świat lub styczność bohatera ze światem równoległym. W pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że ta druga osoba Laseriana Browna jest tu wciśnięta trochę na siłę. Równie dobrze sam diabeł mógłby mu szeptać do ucha i namawiać do ostatniego skoku. Poza tym, właśnie, brakowało mi choćby krótkiego wyjaśnienia jak to się dzieje, że te światy się łączą. Ale to można brać na wiarę. Inaczej powstałoby Ci małe sci-fi. Więc tu poniekąd przymykam oko i biorę tę splątana dwa równoległe światy jako coś, co po prostu jest i czego nie można w jakiś sposób wytłumaczyć. Owszem, możliwe, że to przez sny, ale dla mnie to i tak za mało.

 

Klimat:

Depresyjny, smutny, dołujący. Jednak, IMO, z Irlandii i latarni można było wycisnąć jeszcze więcej mroku. Wiem, że nie chcieliśmy tekstów ponurych, ale skoro już postawiłeś na taki, mogłeś to wyeksponować tak, żeby było czuć klimat irlandzkiego wybrzeża. Tak, jakby się tam było. Ja tego nie czułam. Być może to wynika z lekkości Twojego stylu, z braku metafor, malowniczych opisów, lub jakiegoś „tego czegoś”. Płynąc przez tekst nie czułam się jak nad morzem. Czułam się, jakbym weszła do głowy bohatera, a bycie w czyjejś głowie mnie, przynajmniej w ramach tego konkursu, nie satysfakcjonuje. Przynajmniej nie na takim poziomie. Bo poziom świata w głowie bohatera jest, IMO, dość płytki.

Poza tym, nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze strasznie poleciałeś po kliszach. Że w tej opowieści nie ma świeżości, ze to historia jak każda inna dołująca opowieść, tylko z elementem fantastycznym (dość ubogim) wciśniętym poniekąd na siłę.

Światotwórswo,

Czyli element, którym można było w tym konkursie zyskać w moich oczach naprawdę dużo. Nawet jeśli coś byłoby nie do końca super, tym elementem miałeś szansę mnie zauroczyć. Ale i tu się nie udało. Były dwa opisy świata w chmurach, które mi się podobały. Takie wyobrażenie może nie jest zbyt oryginalne, ale opisałeś je obrazowo i żałowałam, że nie pozwoliłeś mi tam postać i dłużej popatrzeć na te obrazy. Szkoda.

Zakończenie, cóż teatr. Zbyt duży teatr. Nie podobało mi się, że tak to się skończyło.

Język i styl:

Piszesz lekko i nie trzeba przebijać się przez tekst. Ale, niestety, gdzieniegdzie zatrzymują różne dziwne szyki zdań i błędy. Czytałam to opowiadanie chyba jako jedna z pierwszych i nie wiem, jak jest teraz, ale pamiętam, że miałeś tam błąd logiczny: najpierw bohater mówił o Annie „narzeczona”, za chwilę już on był jej mężem, zanim jeszcze wzięli ślub. Nie dopilnowałeś tego, a ja niestety wyłapałam, więc lekki niesmak pozostał.

Podsumowując:

Opowiadanie o Laserianie Brownie oceniam jako średnie. Miało potencjał. I oczywiście oceniam je pod kątem konkursowego hasła „Tajemnice Światów”.

Była tajemnica, były światy. Ale tylko były.

Dziękuję za udział w konkursie!

Opowiadanie nie jogurt. (CM)

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

:)

Nowa Fantastyka