- Opowiadanie: Kulosław - Miłość jest ślepa, a pieniądze nie śmierdzą

Miłość jest ślepa, a pieniądze nie śmierdzą

Cześć wszystkim. Zrobiłem sobie ostatnio maraton filmów Tarantino i postanowiłem napisać opowiadanie bardziej dialogowe. 

Jak zawsze, czekam na opinie i konstruktywną krytykę 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy II, Irka_Luz

Oceny

Miłość jest ślepa, a pieniądze nie śmierdzą

Trochę się stresujesz.

Ubrałeś się w swoją najlepszą tunikę, tę ciemnozieloną, którą dostałeś od matki gdy otworzyli zakład w stolicy. Czarne, długie włosy, zazwyczaj porozrzucane na wszystkie strony świata, teraz są schludne i uczesane, za co należy ci się pochwała. Wyczyściłeś buty, tyle że trochę niepotrzebnie, bo ulica Piekarska wyłożona była błotem i końskim łajnem zamiast brukiem, no ale liczą się chęci. Nawet się umyłeś! A przecież to dopiero środek miesiąca.

Trudniej było wybrać ci miejsce. Ludzie lubią szeptać między sobą, na temat tego jak wygląda życie po zmroku w Varnenburgu, gdzie najlepiej się zatrzymać na piwo, w którym zaułku można zaznać odrobiny przyjemności, oraz jakie miejsca omijać szerokim łukiem, w obawie przed szajkami nożowników i innymi przyjemniaczkami. Mając wszystkie plotki i opinie na uwadze wybrałeś najmniej awanturnicze miejsce, z czym moim zdaniem trafiłeś. Tutaj nikt nie poderżnie ci gardła, za domniemane długi. „Szybkie manto i dobranoc – pocieszasz się, przewidując niepotrzebnie kłopoty.” Oberża, którą wybrałeś jest na rogu skrzyżowania ulicy Kruczej i Malarskiej, więc bywalcami są tutaj raczej artyści bez perspektyw oraz gryzipiórki ze sztywnymi palcami i kiepskim wzrokiem. Przez ten fakt gorzała leje się w najlepsze, ale całe szczęście lokal nie zmienił się przez to w spelunę. Posadzka wyłożona ciemnym kamieniem wygląda na czyszczoną, od czasu do czasu oczywiście. Stoliki i krzesła lub ławki są grubo ciosane i solidne, więc nie mają tendencji do latania po oberży, gdyby rozkręciła się afera. Brązowe zasłony w oknach nie są nadjedzone przez mole w dużym stopniu, a żyrandole z czarnego żelaza nie dźwigają tony kurzu. W gruncie rzeczy podoba ci się tutaj. Wybrałeś stolik w rogu, jak zawsze w takich miejscach. Jesteś zdania, że lubisz obserwować co dzieje się dookoła, a stąd dodatkowo masz drzwi wejściowe naprzeciwko siebie. Ja wiem, że wybrałeś to miejsce przez nieśmiałość. Głowa do góry, to piwo, które już kończysz wkrótce rozwiąże ci język.

Do zachodu słońca jeszcze trochę zostało, męcząc kufel spoglądasz w kierunku kominka, w którym płomień tańczy wesoło na świeżo dorzuconym drewnie. Z nudów mierzysz wzrokiem nieliczną jeszcze klientelę. Na środku sali kilku mężczyzn ubolewa nad stale rosnącą ceną farb i pędzli, za nimi trzy kobiety dyskutują na temat zbliżającego się wesela. Na lewo od nich kolejny mężczyzna, w twoim wieku jak mniemasz, rozmawia z chudą blondynką. Widzisz, jak ona bawi się włosami, niemalże chłonąc każde jego słowo i zastanawiasz się, co musi jej mówić, że z taką uwagą go słucha. Nie przyznasz się do tego, ale doskonale wiem, że chciałbyś tak jak on, tylko słowa jakoś nie chcą układać się w interesujące zdania. W myślach kobiety zawsze lgną do ciebie, złaknione grama uwagi, a później najmniejszego dotyku. Ale gdy fantazja mierzy się z rzeczywistością, wzrok masz rozbiegany, dłonie spocone, a język ukrywa się gdzieś w jamie ustnej, niezdolny do podjęcia wysiłku.

Bicie serca. Słyszysz nagle bicie własnego serca, powoli rozdzierane przez coraz głośniejszy pisk. Ubolewanie malarzy schodzi na drugi plan.

Oddech. Łapiesz się na tym, jak trudno nabrać powietrza w płuca. Wzmaga się panika, na myśl że mogłeś zapomnieć jak się oddycha.

Kufel. Skupiasz się na w połowie pustym kuflu i wlewasz zawartość do gardła. Z pianą nad górną wargą machasz naczyniem do kelnerki, żeby przyniosła ci więcej. „Uspokój się – powtarzasz w myślach jak mantrę.” Liczysz do pięciu… Już lepiej. Prostujesz dłoń i obserwujesz jak bardzo drży. Mniej więcej tak, jakbyś wyciągnął rękę z lodowatej wody, ale dostrzegasz że to stopniowo mija. Oddech już też w normie. „Będzie dobrze – powtarzasz sobie w myślach. – Przecież sama chciała ze mną wyjść! A co jeśli koleżanki ją nakłoniły? Głupie, tępe dziwki. Nie, nie, nie. Na pewno taka nie jest. Muszę być spokojny. Tak! Spokojny. Pogadam z nią, zamówię dla nas wino. Przecież nie musimy od razu brać ślubu. Będzie dobrze.”

Postanawiasz nie myśleć o czym z nią rozmawiać, bo boisz się że w końcu oszalejesz. Mądra decyzja, bo smród spod twoich pach psuje efekty kąpieli. Zamiast tego martwisz się czy słusznie wybrałeś zaproszenie do oberży. Nie miałeś zbytnio możliwości przedyskutowania tego z kimś bliskim. Rodzicom w ogóle nie mówiłeś, że wychodzisz. Postawiliby cię do pionu pasem albo trzciną; woleliby żebyś ugniatał ciasto na chleb, a nie uganiał się za spódnicami. Twój starszy brat z kolei wciąż ma w sercu młyny z rodzinnej wsi, łąki i puste stodoły. Problem w tym, że nie umówiłeś się z bezzębną wieśniaczką, dla której przygoda życia to butelka wina na stogu siana, tylko z damą ze stolicy. Moim zdaniem przesadzasz, ale zgadzam się, że przepaść jest ogromna. W każdym razie, wybrałeś oberżę, a ona się zgodziła. Temat zamknięty, czas napisać kolejny rozdział tej historii.

Szeroka w biodrach czarnoskóra kobieta, w ubrudzonym fartuchu stawia przed tobą kufel piwa.

– Coś jeszcze, kochanieńki?

Ma ciepły głos. Zrobiło ci się miło przez określenie, którego użyła, ale wtedy uświadamiasz sobie, że pewnie zwraca się w ten sposób do każdego.

– Butelkę czerwonego wina. Zapłacę później – odpowiadasz.

– Zaraz przyniosę.

Zabiera kufel ze stolika i idzie po resztę zamówienia do lady. Przez chwilę gapisz się na jej wielką pupę, ale szybko odwracasz wzrok zawstydzony. Bierzesz kufel i ciągniesz potężny łyk. Gdy po chwili wraca, kładzie na stoliku butelkę i dwa kubki. Patrzysz w jej brązowe oczy i widzisz jak puszcza do ciebie oczko i mówi:

– Powodzenia, mały.

Poszła kilka stolików dalej, obsłużyć trzy kobiety. Tym razem nie odwracasz wzroku, ten widok z jakiegoś powodu ukoił cię równie skutecznie jak jej słowa. To krótkie „powodzenia” wydawało się naprawdę szczere.

Światło wpadające przez okno zdążyło przejść w ciepłą, pomarańczową barwę, gdy kelnerka zaczęła zapalać świeczki w żyrandolu. Skończyłeś piwo, ale kolejnego nie zamówiłeś, w obawie przed zbytnim upojeniem. Uzupełniając swój kubek czerwonym jak krew płynem, usłyszałeś otwierające się drzwi. Serce chwilowo zamiera, a usta wyginają się w mimowolny uśmiech na jej widok.

Jest naprawdę piękna. Ubrała się w luźną, skromną, czarną sukienkę, która podkreśla jej urodę, a przed głodnymi spojrzeniami ukryła smukłe ciało. Przeczesała ręką długie, proste włosy w kolorze kasztanowym, które niedbale opadły na ramiona. Zaczęła rozglądać się po sali, ale jeszcze cię nie zauważyła. Przyglądasz się jej szczupłej, nieskazitelnej twarzy i wpatrujesz w duże brązowe oczy, takie przed którymi nie ukryje się żaden sekret. Przysiągłbyś, że każdy w tym momencie zaniemówił na sali, ale musiałbym cię utemperować. Tylko ty, odbierasz to w ten sposób. W końcu odnajduje cię wzrokiem. Uśmiecha się szeroko na twój widok i kieruje krok do stolika.

Przestałeś czuć strach, stres i odrętwienie, pozostało tylko podniecenie, na myśl o wspólnie spędzonym z nią czasie. „Dziś tylko godzina, od jutra całe życie – chodzi ci po głowie.” Rugasz się za takie podejście, bo nie chcesz się nastawiać. Robisz sobie postanowienie, że ta godzina, będzie w przyszłości twoim ulubionym wspomnieniem. Aż do teraz, nie wierzyłeś romantykom, opowiadającym o mitycznej miłości od pierwszego wejrzenia. Gdy widziałeś ją w piekarni po raz pierwszy poczułeś coś; bliżej nieokreślone uczucie, nieuchwytne wobec jakiegokolwiek określenia, łatwo mylone z pożądaniem, choć wyróżniające się drobnymi detalami. Poeci znaleźli sposób na proste ujęcie tego zjawiska.

Gdy dzieli was krok dzieje się coś dziwnego. Przysiągłbyś, że znikąd materializuje się mężczyzna. Jej absolutne przeciwieństwo: wysoki, łysy i barczysty, ale z małym brzuszkiem. Ma toporne rysy twarzy i podkrążone oczy, z których poza zmęczeniem wylewa się doświadczenie, wymieszane z pogardą, okraszone inteligencją. Wymija twoją lubą od boku, usiadł na jej miejscu i jak gdyby nigdy nic, zaczyna mówić:

– Zdążyłem na szczęście. Witaj, Rob. O! – Oko błysnęło mu na widok butelki i pustego kubka. – Jak miło z twojej strony.

Porywa butelkę ze stołu i uzupełnia od serca wolny kubek. Zanim ty wziąłeś pierwszy łyk powąchałeś trunek i delikatnie zwilżyłeś język próbując rozszyfrować bukiet. Jego twarz po pierwszym łyku cała się wykrzywia.

– Mocne ścierwo. Chciałeś ją tym otumanić i zaciągnąć w jakiś cichy zaułek?

Ciśnienie ci wraca, czujesz jak robisz się czerwony na twarzy. Cały spokój szlag trafił w sekundę! Masz gulę w gardle i nie potrafisz wydusić z siebie słowa. Patrzysz na Oliannę, trochę wymownie, trochę przepraszająco. Ona wydaje się oszołomiona tymi słowami. Na chwilę zamyka oczy, jakby próbując przegonić zły sen, po czym zbliża się ostrożnie do siedzącego naprzeciw ciebie mężczyzny.

– Przepraszam jaśnie pana – powiedziała, akcentując mocno pierwszą sylabę w każdym słowie. Drażniąca cecha, ale tobie się to o dziwo podoba. – Byłam z tym o to panem umówiona na dziś i… Przepraszam najszczerzej, ale zajął pan przeznaczone dla mnie miejsce, do tego zdaje się rzuca pan oszczerstwa nie tylko w stronę mojego przyjaciela, ale również mnie.

Mężczyzna siedzący teraz naprzeciw ciebie odwraca się w jej stronę od niechcenia, po czym mierzy ją wzrokiem od stóp do czubka głowy. Potrafisz niemalże wyczuć, jak atmosfera gęstnieje w sekundę.

– Pani „Ą-Ę” już podziękujemy. Zabieraj się stąd.

Spogląda na ciebie poufale, ponosi gęste brwi i delikatnie kręci głową. Zaniemówiłeś. Słyszałeś, jak mężczyźni potrafią być okrutni względem kobiet, z jakim brakiem szacunku potrafią się odnosić, jak bardzo przedmiotowo potrafią traktować przeciwną płeć. Ale to było jak splunięcie w twarz, zmieszanie z błotem. Olianna szeroko otworzyła usta, oburzona tymi słowami. Cała spięta, próbuje zdobyć się na odpowiedź.

– To… – wybełkotała. – oburzające, że…

– Wciąż tu stoisz. – Przerwał Oliannie zanim skończyła. Gwiżdże pogardliwie i kieruje ją spojrzeniem w kierunku drzwi. – Już.

Zaczęła mrugać oczami, nie wierząc własnym uszom. Patrzy ci jeszcze raz w oczy szukając w nich wsparcia, ale zamiast oczekiwanej pomocy widzi tylko strach i niedowierzanie, co wystarcza, by sążnistym krokiem opuścić lokal. Zrywasz się z miejsca, gotów ją zatrzymać i błagać, by została z tobą. Jeśli nie tutaj, to gdziekolwiek w tym mieście, na tym świecie. Mężczyzna łapie cię pewnie za rękę i samą siłą uścisku usadawia z powrotem na krześle. Na chwilę zapominasz o swojej wybrance. Całą uwagę skupiasz na nim, co musiało go zadowolić, bo odpręża się i uśmiecha.

– Nie dziękuj. Miałbyś z nią góra pięć lat szczęścia, a później już tylko gorzej.

Jego słowa, choć powiedziane z ogromnym przekonaniem o swojej prawdziwości, jakby cię ominęły. Czujesz tak duże uderzenia gorąca, jakby za chwilę miała ci polecieć para z uszu. Wciąż sparaliżowany, walcząc siłą woli z każdym zesztywniałym mięśniem, sięgasz za pas i wyciągasz krótki sztylet, idealna broń na większość drobnych rzezimieszków w Varnenburgu. Zbierasz w sobie całą energię, żeby nie pozwolić łzom zwilżyć policzków.

– Nie wiem kim jesteś, ani czego ode mnie oczekujesz, ale masz zostawić mnie w spokoju. Wychodzę.

Mężczyzna spogląda na ciebie zdumiony, jakby twoja chojracka postawa zaskoczyła go.

– Odłóż tę wykałaczkę, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz – mówi uspokajająco.

To dzieje się wbrew twojej woli. Oczy zachodzą ci łzami, upuszczasz sztylet na ziemię, który z cichym brzękiem odbija się od kamiennej podłogi. Czujesz niewidzialną pięść zaciskającą się na gardle. Zawsze miałeś problem z rozmawianiem z obcymi, przez co brano cię czasem za idiotę. Ale on jest inny. Nigdy wcześniej nie widziałeś tak szarych, zimnych oczu. Nigdy wcześniej nikt tak bardzo nie przerażał cię samym spojrzeniem. Pierwszy raz marzysz, by i on uznał cię za nieszkodliwego idiotę i zostawił w spokoju. Niestety wygląda na to, że plan jest inny.

– Uspokój się, bo muszę zamienić z tobą parę słów.

– Próbuję. – Z trudem wyrzucasz z siebie.

– Nazywam się Rivin. Trzymaj. – Sięga do kieszonki ukrytej w płaszczu, z której wyciąga coś, co przypomina monetę. – Przyłóż to do czoła.

Przez chwilę wahasz się, ale posłusznie spełniasz jego prośbę. Sztywnymi palcami bierzesz monetę, niemalże upuszczając ją na ziemię, po czym przykładasz do czoła.

Nagle się odprężasz. Łzy wysychają, a oddech się wyrównuje. Coś, co trzymało twoje gardło i nie pozwalało słowom wyjść na światło dzienne, odchodzi w zapomnienie. Rozglądasz się po sali, przypominając sobie, gdzie w ogóle się znajdujesz i co się stało. Czujesz, że powinieneś się rozgniewać, ale nie potrafisz. Nic nie czujesz.

– Co to jest? – pytasz, czując instynktownie, że nie powinieneś odkładać przedmiotu od czoła.

– Uczucioprzeganiacz. Pomaga odzyskać równowagę, tylko nie trzymaj za długo, bo zostaniesz impotentem. To taki wynalazek Towarzystwa. Efekt utrzyma się przez jakiś czas, więc możesz odłożyć.

Kolejny raz bez sprzeciwu wykonujesz polecenie. „Niesamowite – myślisz sobie.” Masz wrażenie jakbyś nigdy wcześniej nie rozumował tak jasno. Zastanawiasz się, jak mogłeś wcześniej żyć inaczej, jak mogłeś tyle myśleć nad czymś, z czego i tak wychodził nerwowy bełkot. Zdanie – zdanie, pytanie – odpowiedź, nie potrafisz uwierzyć jakie to proste.

– Towarzystwa?

– Towarzystwa Historyków. – Bierze kubek do ręki i wychyla zawartość. Patrzysz na swój, ale z jakiegoś powodu czujesz obrzydzenie. Zastanawiasz się, do czego ci to w ogóle jest potrzebne. – W każdym razie, jestem egzekutorem i mam w Varnenburgu do wykonania pewną misję.

– I mam ci w niej pomóc? – Przez myśli przelatuje ci obraz samego siebie, ratującego miasto przed bandą łupieżców, albo wyzwalającego szlachetną panią z parszywych łap bandytów. Uśmiech na twarzy Rivina gasi twój entuzjazm.

– W pewnym sensie. Otóż, działam na zlecenie Grenna vin Tuska. Słyszałeś może o nim?

– Brzmi jak szlachetnie urodzony i bardzo bogaty.

– Bardzo? – Prycha na twoje słowa – Raczej obrzydliwie. Ale to właśnie nasza klientela. Dzięki specyfice czerwonego kryształu, z którym przed chwilą miałeś przyjemność obcować, mamy pewne możliwości pozwalające nam… powiedzmy dokonywać ogólnikowej analizy wydarzeń jeszcze nie dokonanych, z wytyczeniem potencjalnych perspektyw dla ich korekty w zależności od potrzeb naszych klientów. Nadążasz?

Nie wiesz czy to efekt magicznego przedmiotu czy wyzwolona z okowów lęku i braku pewności siebie wyobraźnia, ale otwierasz szeroko oczy i nachylasz się nad stolikiem, złakniony odpowiedzi. Złapał cię, jak ten facet obok blondynkę, co?

– Zmieniacie przyszłość? – pytasz podekscytowany.

– Zmienić to możesz sobie wystrój kwiaciarenki, w której dorabiasz. Nie można zmienić przyszłości, bo nic się jeszcze nie wydarzyło. Można bieg wydarzeń w pewnym stopniu ukierunkować.

– Czyli zmieniacie przyszłość?

Chyba powiedziałeś to trochę zbyt głośno, bo kelnerka krążąca po sali obróciła głowę w waszą stronę. Uspokajasz się w mgnieniu oka. Zero wstydu czy strachu. Niesamowite.

– Niech ci będzie – odpowiada Rivin. – Ale przejdźmy do rzeczy. Wspomniany przeze mnie jegomość został wyłapany w kilku sesjach wróżebnych, co dało jasny sygnał, że sytuacja może okazać się dla nas, to jest Towarzystwa, świetną okazją. W ciągu najbliższych pięciu lat jego sytuacja materialna i społeczna mogą odwrócić się o sto osiemdziesiąt stopni, co bezpośrednio doprowadzi do upadku wielkiego rodu. Kilka osób pewnie by się ucieszyło, ale to nie one płacą. Właśnie w tym możesz mi pomóc.

– Powiedz tylko, w jaki sposób? – pytasz, coraz bardziej zaangażowany. Rivin upija nieco zawartości z kubka i nachyla się nad stolikiem, czekając aż zrobisz to samo.

– Nie rób nic – odpowiada.

Po tych słowach wlewa pozostałość z kubka do gardła, wygodnie rozsadza się na krześle i uśmiecha szeroko do ciebie. Nie tego się spodziewałeś, oczekiwałeś że czeka cię spektakularna przygoda pełna niebezpieczeństw, tak jak w powtarzanych legendach o mitycznych bohaterach, czy nawet lokalnych poszukiwaczach przygód, którzy wyciskali z życia ile się da. Ale żeby nie robić nic? Nie brzmi jak motyw przewodni kolejnej legendy.

– Nie rozumiem.

– Ta miła pani, która przed chwilą wyszła, to prawdziwa jędza…

– Nie mów tak o niej! – Przerywasz mu, może zbyt agresywnie, nie do końca panujesz nad pewnością siebie, ale on zachowuje zimną krew. Chłód jego oczu każe ci wyczekiwać dalszej części historii.

– Pod tym względem wróżby były pewne. Wasza historia byłaby pełna upadków i jeszcze raz upadków. Zawsze jej mało, co w końcu doprowadziłoby do tego, że zachlałbyś się na śmierć w jakimś rynsztoku, albo spełnił jej oczekiwania co do poziomu życia i dorobił majątku o jakim marzą królowie. Ale w pogodni za bogactwem ona stwierdziłaby, że jej nie kochasz, uciekła od ciebie z majątkiem i, tutaj zaskoczenie, zachlałbyś się w jakimś rynsztoku. Nadążasz?

– Szczerze? Nie. – Masz mętlik w głowie. Pewność siebie w jego głosie sugeruje, że nie kłamie, zresztą jaki miałby powód? Niepokoi cię wiele niewiadomych, w tym do czego właściwie zmierza ta rozmowa. – I przyszedłeś mnie przed nią uratować?

– Czyli nie słuchałeś – odpowiedział, widocznie rozczarowany. – Sądziłem, że połączysz kropki. Osiągnięcie przez ciebie bogactwa, oznacza upadek rodu vin Tusk. Wróżby sugerują, że staniesz się sprytnym inwestorem, co nie spodoba się właśnie szanownemu panu Grennowi, rozumiesz, konflikt interesów. Odbędzie się mały zamach, aczkolwiek nieudany, a sprawą zajmie się sprawiedliwy Varnenburga. Rozstrzygnie sprawę na twoją korzyść, a vin Tuskowie czując osuwający się grunt pod nogami doprowadzą do małej wojny. Kolejny raz, wiktoria przypadnie tobie. Przybyłem do tego miasta, żeby uratować cię przed szansą na zgarnięcie majątku.

– Ale jak ja niby osiągnę bogactwo? Pracuję w piekarni. To musi być pomyłka.

– W piekarni? A nie kwiaciarni?

– Dam sobie głowę uciąć, że raczej wiem gdzie pracuję.

– Hmm. – Rivin mruży oczy, wyraźnie zamyślony. Czujesz, jak błogostan powoli mija, dłonie ponownie zaczynają się pocić, a kubek zdaje się szeptać miłe i zachęcające słówka. Upijasz mały łyk. – Musiałem coś przekręcić. Mam ci dawać wskazówki na to, jak wypełnić przyszłość, od której próbuję cię odwieść?

– Na tym świecie jak nie urodzisz się bogatym, to nie możesz się nim stać. Tak po prostu jest.

– Może we wsiach i mniejszych miasteczkach. Słyszałeś kiedyś o kupowaniu zysku?

– Nie, o co w tym chodzi?

– Radzę nie przeginać. Wiesz jak skończył ostatni facet, który wziął mnie za idiotę? – pyta, patrząc na ciebie jakbyś powiedział, że dwa i dwa to pięć.

– Jak?

– Nie nazwał mnie już nigdy idiotą. Odciąłem mu język.

Śmieje się gromko, puentując wypowiedź, po czym bierze kubek i i osusza zawartość. Uśmiecha się szeroko na wspomnienie, ale wyraz twarzy wydaje się maską, zasłoną, za którą skryty jest mur zbudowany ze wstydu, odrazy i niepokoju wobec świadomej znieczulicy na dokonane czyny. Moralność, jak dzikie zwierzę wyrwane z uwięzi, leży martwe, a widok naprawa przerażeniem. Ty niestety tej fasady nie potrafisz przejrzeć, zajęty czymś innym. Czujesz jak błogi stan przechodzi, ustępując miejsca dobrze znanym emocjom. Z początku delikatnie, po prostu pulsowanie przy skroniach, ale obawa która chodzi ci po głowie zaczyna się coraz bardziej materializować. Jedna rzecz nie daje spokoju, ale boisz się odezwać w obawie przed urzeczywistnieniem tego przeczucia. Spoglądasz na Rivina, którego postawa pozornie przeczy tej myśli, ale mózg podsuwa ci własną wersję wydarzeń i nie zezwala na dopuszczenie alternatywy. Próbujesz wyjść z tego podstępem.

– To może być pomyłka…

– Nam się nie zdarzają pomyłki.

– Ale przecież sam mówiłeś, że przyszłość nie jest pewna!

– Oczywiście, za to możliwości jak najbardziej.

Strach i łzy w oczach, to właśnie ty, mały i strachliwy, czekający na nieuniknione, samemu nie potrafiąc przeciwdziałać. Ale to uczucie! Ten stan pewności siebie, choć minął, pozostawił namiastkę wspomnienia o sobie, te kilka minut zrobiło z ciebie większego mężczyznę, niż siedemnaście lat na tym padole łez. I choć boisz się jak nigdy, lub jak zawsze, wewnętrznie godzisz się na to co cię czeka.

– I co dalej? – pytasz, opanowawszy wcześniej głos.

– Cóż. – Rivin wypija zawartość kubka i odstawia go na blat z głośnym stuknięciem. Mierzy cię zimnymi oczami. – Najprościej byłoby, gdybym cię zabił. Ale mam dzisiaj koszmarną niestrawność, mdli mnie na widok jedzenie, a co dopiero gdybym ci poderżnął gardło!

– Co?

Nie rozumiesz tego co się dzieje, w momencie całe życie przeleciało ci przed oczami, nie było tego zbyt wiele, ale rozkochałeś się w tych scenach i poczułeś, jak ciężko byłoby ci odejść z tego świata, choć uważasz, że jesteś gotów. Nie takiego zwrotu akcji oczekiwałeś. Żadnego zwrotu w zasadzie nie oczekiwałeś. Mężczyzna w tym momencie zasłania usta dłonią i powstrzymując głośne beknięcie.

– Ta praca jest dość rutynowa. Jedź tam, zabij tamtego, rozumiesz? Muszę sobie urozmaicać tą robotę. – Wstaje i zakłada na ramiona płaszcz, z którego wyciąga kilka przedmiotów ponownie przypominające monety.

– To jakiś kolejny wasz wynalazek? – pytasz, nie mogąc powstrzymać szarżującej ciekawości. Jedna z cech, jakie nabywa się w chwilach kryzysu.

– Nie do końca. Ten wynalazek, służy do wymiany za różne produkty. Nazywa się to potocznie pieniądzem. – Spogląda przy tym na ciebie jak na idiotę, czyli wszystko wróciło do normy. Znów nie potrafisz rozmawiać z ludźmi, ale masz zamiar to zmienić.

– Powodzenia Rob, i poszukaj sobie lepszej partii. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli się ponownie widzieć.

Rivin obraca się na pięcie, gotów do wyjścia z oberży, ale dociera do twoich uszu co powiedział. Zatrzymujesz go słowami, nie używając siły, a to rzadki talent.

– Ale ja nazywam się Brok – mówisz.

Stanął jak wryty i przygląda ci się szeroko otwartymi oczami. Wygląda jakby dostał z liścia w twarz, jakby ktoś wytknął mu kłamstwo, w które usilnie wierzył. Żałujesz, że nie masz uczucioprzeganiacza, żeby móc rozszyfrować ten wyraz twarzy. Zamiast zadawać ci kolejne pytania, łapie za ramię przechodzącą kelnerkę. Trochę zaskoczona jego zachowaniem, zachowuje spokój. To pewnie nie pierwsza taka sytuacja.

– Jak się nazywa ta oberża?

– „Za brązowymi zasłonami” kochanieńki.

– A nie „Pod jurnym rumakiem”?

– To zanim zmienił się właściciel. – Wyjaśniła cierpliwie kelnerka, wiąż w żelaznym uścisku egzekutora. – Pan Tugor przeniósł interes na ulicę Beczkarzy, szukał większego miejsca.

Trochę siłą, wyzwala się z jego uściska i ucieka dyskretnie, wyczuwając zbliżającą się aferę. Uświadamiasz sobie, co właściwie się wydarzyło i zastanawiasz się, czy nie sięgnąć po leżący na ziemi sztylet, w obawie przed zbliżającym się wybuchem gniewu. Na szczęście, nie było to konieczne.

– Kurwa mać! – zaklął szpetnie Rivin, po czym z niespodziewaną gracją, wymijając ludzi i stoliki, opuszcza lokal.

Siedzisz tak, przez kilka chwil, nie wykonując żadnego ruchu. Zastanawiasz się, czy to wszystko nie było snem i czy właściwie się wydarzyło. Nawet jeśli nie, to życie nabrało dla ciebie nowych barw. Zerkasz na kelnerkę, która właśnie zbiera zamówienie kilka stolików dalej, jakby zachowanie egzekutora puściła w niepamięć. Zrywasz się z krzesła i podbiegasz do baru, skąd zgarniasz kilka kwiatków i wybiegasz na zewnątrz, zanim ktokolwiek cię zaczepi. Nikt tego nawet nie zauważył. Potykając się o własne nogi biegniesz zabłoconymi i ciemnymi ulicami Varnenburga, wyznać miłość kobiecie, którą możliwe, że już straciłeś.

Przyszłość jednak nigdy nie jest zapisana.

Koniec

Komentarze

 Cześć, Kulosławie.

Pierwszy raz spotykam się z taką formą narracji i muszę przyznać, że nie bardzo ona do mnie przemawia. Czułem się, jakby ktoś mi coś wmawiał, próbował gmerać przy myślach, przez co nie mogłem skupić się dostatecznie na tekście, a niejako musiałem się bronić. W mojej opinii takie podejście nadaje również pewnej stateczności wydarzeniom, przez co tekst, choć krótki, dłuży się. Niemniej jednak opowiadanie jest sprawnie napisane, humoru w nim nie brak, a i przesłanie się znajdzie.

Serdecznie pozdrawiam.

Dzięki Atreju za komentarz :) Twoje odczucia może wynikają z tego, że trochę eksperymentuje z taką narracją, a tutaj chciałem nadać jej bardzo bezpośrednią formę, ale właśnie na między innymi takie

opinie liczę, jeśli w przyszłości ma coś z tego wyjść.

 

Również pozdrawiam 

Zawsze coś da się poprawić

Cześć!

Trochę to trwało, ale wreszcie jestem. To już kolejne Twoje opowiadanie, które czytam, i muszę przyznać, że to zdecydowanie mi się podoba, choć mam też pewne zastrzeżenia. Nie jestem fanem narracji w drugiej osobie, ale tutaj to pasuje. Czy czuć w tym ducha Quentina, nie wiem.

W przyjemny sposób pokazujesz bohatera. Scena z oczekiwaniem na dziewczynę intrygująca, aż przez chwile poczułem uzasadnione oburzenie, kiedy pojawił się historyk. Dobrze to pokazałeś, zarówno wydarzenia jak i warstwę emocjonalną.

Jaj na tak długi tekst, zabrakło mi trochę wydarzeń, oraz zabrakło fantastyki. Odnoszę też wrażenie, że odbiór tekstu jest trudny, jeżeli nie zaglądało się do wcześniejszych opowiadań. Razem z nimi zaczyna to powoli tworzyć wspólną całość. Fantastyki też tu niewiele, to raczej taka trochę przypowieść łotrowska, gdzie fantastyka stanowi jedynie dodatek.

Zakończenie trochę niespodziewane, ale z pomysłem, i z morałem.

 

Z kwestii edycyjnych wyłapałem tyle:

W myślach kobiety zawsze lgną do ciebie, złaknione grama uwagi, a później najmniejszego dotyku, ale gdy fantazja mierzy się z rzeczywistością, wzrok masz rozbiegany, dłonie spocone, a mózg zapomina tak szybko nowe zdania, że język nie nadąża za ich wypowiadaniem.

Strasznie długie zdanie, w końcówce coś zgrzyta.

Oddech. Łapiesz się na tym, jak trudno nabrać tlenu w płuca.

Może lepiej powietrza, skąd tam wiedzą, co to tlen.

Będzie dobrze. – powtarzasz sobie w myślach.

Albo kropka i wielka litera, albo bez i mała (chyba)

Szeroka, czarnoskóra kobieta, w ubrudzonym fartuchu

Szeroka!? Bizarro ????

Gdy widziałeś ją w piekarni po raz pierwszy poczułeś coś; bliżej nieokreślone uczucie, nieuchwytne wobec jakiegokolwiek określenia, łatwo mylone z pożądaniem, choć wyróżniające się drobnymi detalami.

Powtórzenie

–Próbuję. – Z trudem wyrzucasz z siebie. -> – Próbuję. – Z trudem wyrzucasz z siebie.

 

Tyle. Pozdrawiam i polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dzięki, za pamięć i odnalezienie tego opowiadania, Krarze (dobrze odmieniam?).

Cieszę się, że spodobał ci się tekst, to buduje, zwłaszcza przy projektach “długoterminowych” :) Podsunąłeś mi też pewien pomysł, jak rozwiązać problem z zagubieniem podczas czytania, przy następnym opowiadaniu pojawi się pewien wspomagacz, zobaczymy czy coś pomoże. 

Również pozdrawiam!

 

 

Zawsze coś da się poprawić

Też nie przepadam za narracją drugoosobową. Kiedy w karczmie pojawił się łysy, myślałam, że to Twój bohater, tyle że z przyszłości z przyszłości i chyba przez tę narrację ;) Tymczasem wyszła lekka komedia pomyłek ;)

Opowieść ciekawa, choć trochę przegadana, zgadzam się z krarem, jak na tę objętość trochę mało się dzieje. Fajnie pokazałeś bohatera, jego nieśmiałość, zdenerwowanie przed pierwszą randką. Fajnie też podziałało spotkanie z łysym, podobało mi się, jak się otrząsnął, jakie wnioski wyciągnął ze spotkania.

Trochę wątpliwości budzi świat przedstawiony. W jakim czasie jesteśmy? Z jednej strony tunika, końskie łajno i błoto na ulicy, oberża, rodem z dawnych czasów, a z drugiej kobiety, które do tej oberży przychodzą. Same. Randka jak z czasów współczesnych.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć Irka. Szczerze to kompletnie nie pomyślałem z tymi kobietami, by bardziej realnie je przedstawić, zajmę się tym jeszcze jak znajdę chwilę ;) 

Jeśli dobrze cie zrozumiałem, to masz rację z bohaterem, to właśnie „Łysy” jest  główną postacią, ale na razie chce ją przedstawiać jako element dodatkowy, drugi plan, bawić się jego wizerunkiem. 

Popracuje jeszcze tutaj i liczę na twoje opinie w przyszłości :) 

Zawsze coś da się poprawić

Aaa, rozumiem, że to cykl. A są już wcześniejsze opowieści?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wieści z Varnenburga 2, tam się pojawił łysy, akurat tam jako główny bohater, ale trochę zmieniłem do tego podejście, stąd brak kontynuacji pod względem nazewniczym. Teraz ten cykl chce prowadzić w dużo luźniejszy sposób, raczej łączyć to elementem w postaci Łysego, niż konsekwentną fabuła.

Całkiem Ok wyszło tamto moim zdaniem, ale chciałem stworzyć trochę takiego akcyjniaka, niż głębokie i zapadające w pamięć opowiadanie ;) 

Zawsze coś da się poprawić

Witaj.

Ubawiłam się. :)

Świetna historia, przyciągający (nie tylko ze względu na moją stopkę) tytuł, pomysłowa fabuła. :)

Gratuluję Ci poczucia humoru. Niektóre fragmenty – mega śmieszne! :)

Zerknij na przecinki (oraz ogólnie interpunkcję), ponieważ czasem ich miejsce kłóci się z sensem zdań. 

Czytałam z wielkim zainteresowaniem, ciekawa ciągle, i ciągle, jak to się zakończy. :) 

Tekst skojarzyłam z dawno temu poznanym skeczem radiowym, w którym Fronczewski grał dentystę (w czasach PRL-u piosenka Rodowiczki “Dentysta-sadysta” miała naprawdę wiele wspólnego z rzeczywistością :) ), wezwanego prywatnie do mieszkania pacjenta celem wyrwania mu zęba. Dialogi typu: “Nie ruszaj dziąsłami, laleczko!” były po prostu rewelacyjne! :) ) Zakończenie identyczne, jak u Ciebie – okazało się, że stomatolog pomylił adres i – suma sumarum – dokonał ekstrakcji u kogoś innego, na dodatek – zdrowego zęba. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dzięki, że wpadłaś przeczytać :) A jeśli się choć trochę uśmiałaś, to cel został osiągnięty, bo właśnie coś lekkiego i raczej absurdalnego chciałem napisać.

 Niestety, interpunkcja to wciąż moja pięta achillesowa, często przeczytam jedno zdanie pięćdziesiąt razy i brzmi okej, a kiedy ktoś wskaże mi błąd to łapie się za głowę nad własną głupotą. Tutaj może może niekoniecznie, bo chce skupić się na nowych rzeczach, ale przy kolejnych zmobilizuje się jeszcze bardziej na tym punkcie ;)

Pozdrawiam! 

 

Zawsze coś da się poprawić

Kulosławie, ja nadal się uczę i wcale nie mogę powiedzieć, że już umiem pisać poprawnie. :)

Pozdrawiam ciepło. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka