- Opowiadanie: Irka_Luz - Tylko

Tylko

Gorące podziękowania dla CMa za betę. Bez jego opinii pewnie nie wrzuciłabym opka.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Betowali:

CM

Oceny

Tylko

Dzień?

– Niech pani tylko sprzątnie jeszcze raz tę toaletę.

Sprzątaczka patrzy na mnie, jakbym zrobiła jej coś złego, ale posłusznie zawraca wózek. Czuję bijącą od niej niechęć. Na miłość boską, przecież to tylko jeden cholerny kibel! Nie moja wina, że Astrid znowu podcierała tyłek ręką, którą później czyściła o kafelki. Też mam już fajrant, a muszę jeszcze zająć się Astrid. Wpycham ją do łazienki i każę zdjąć ufajdane gównem ciuchy. Kobieta nie chce, opiera się, wtula w ścianę. Wzywam pomoc. Razem z Hansem udaje nam się ją rozebrać i ustawić pod prysznicem, ale lśniącą biel kafelków znaczą brunatne smugi kału.

Wyprowadzamy Astrid z łazienki akurat w tym samym momencie, gdy sprzątaczka toczy swój wózek w stronę windy. Nie wiem, co jej zajęło tyle czasu, ale dobrze, że jeszcze jest.

– Frau Ludwig, jeszcze tylko łazienka – mówię. – Bardzo proszę – dodaję, widząc jej spojrzenie i zmrużone ze złości oczy.

Waha się, ale w końcu wzrusza ramionami i robi swoje.

 

Dzień?

Muszę wreszcie sprawdzić, jaką mamy dziś datę. Znacznik na kalendarzu tkwi w połowie lutego, ale to przecież niemożliwe. Dopiero co były święta. Torebka z komórką stoi na parapecie, ale nie mam sił wstać, żeby po nią sięgnąć.

W drzwiach dyżurki staje Dolly.

– Chcę wyjść – oznajmia.

Wzdycham. Tłumaczę, że nie może, bo poprzednio nie wróciła na czas.

– Takie są konsekwencje. – Staram się mówić spokojnie, ale czuję, że w moim głosie wibruje irytacja.

– Chcę wyjść! – Dolly jakby mnie nie słyszała. Powtarzam to samo jeszcze raz. – Wyjść! Wyjść! Wyjść! – wrzeszczy mi prosto w twarz.

Widzę kropelki śliny wylatujące z jej ust, bo maseczkę ma oczywiście na brodzie. Z trudem opanowuję odruch wytarcia się.

Pacjentka już nad sobą nie panuje, kopie wściekle fikusa, stojącego w rogu. Doniczka jest niby duża i stabilna, ale ogarnięta furią Dolly ma ogromną siłę. Roślina pada i perełki keramzytu rozpryskują się po podłodze. Przybiegają Karin i Hans, razem zamykamy wyjącą kobietę w pokoju deeskalacyjnym. Przez małe okienko w drzwiach widzę, jak wali w wyłożone materacami ściany.

Kiedy wracamy, sprzątaczka szaleje z mopem. Zerkam na zegar, widzę, że już dawno powinna skończyć pracę. Dobrze, że ją wymienili, przynajmniej wszystko jest zrobione i to bez pyskowania. Tylko trochę głupio mi gadać z androidem.

 

Dzień?

Muszę w końcu sprawdzić datę, choć w sumie… Jakie to ma znaczenie? Na pewno jest środa, bo kąpałyśmy Hildę. Na dziś to już koniec. Wkładam kurtkę, zbierając się do wyjścia. Do dyżurki wpada Karin.

– Marta, pomóż nam jeszcze tylko z Hildą, bo same nie damy rady – prosi.

Ręce walczące z zamkiem błyskawicznym kurtki opadają mi bezradnie.

– Chciałabym choć raz wyjść o czasie – mówię.

„Jestem zmęczona, tak cholernie zmęczona” – myślę, ale nie potrafię tego powiedzieć głośno.

Karin stoi bez słowa, zgarbiona, z opuszczonymi ramionami. Nawet nie próbuje mnie przekonywać. Zrezygnowana zdejmuję kurtkę.

Naga Hilda siedzi na podłodze w kałuży moczu. Łup, łup, łup. Uderza potylicą o ścianę, a na kark spływa jej strużka krwi. Próbujemy postawić do pionu dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi, które wcale nie chce wstać. Sapiemy z wysiłku, Hilda wrzeszczy.

– Bierzemy ją do łazienki? – pyta Karin, gdy pacjentka w końcu stoi chwiejnie na nogach, podtrzymywana przeze mnie i Eike.

– Nie! – jęczę, bo wiem, że to zabierze nam co najmniej godzinę.

Karin kiwa głową, widzę ulgę na jej twarzy. Biegnie po wilgotne ręczniki. Zaciskam zęby, bo ramiona palą mnie żywym ogniem, a przeciążony kręgosłup zdaje się trzeszczeć.

„Co tak długo?” – myślę gniewnie.

Wreszcie wraca i ociera pomarszczone, śmierdzące moczem i potem ciało Hildy. Jeszcze tylko pielucha i wleczemy ją do łóżka. Zakładamy opatrunek na rozbitą głowę, a na koniec unieruchamiamy ręce i nogi pasami.

 

Wchodzę do mieszkania. Znowu wróciłam dużo później, niż powinnam. Nastawiam ekspres i opadam na sofę. Przede mną, na stoliku, stoi bateria brudnych szklanek po kawie, talerzy z zaschniętymi resztkami jedzenia i misek z okruchami chrupek na dnie.

„Muszę to dzisiaj sprzątnąć – myślę. – Ale najpierw kawa”.

Włączam telewizor, skaczę po kanałach, szukając czegoś, co nie wymaga myślenia. Zatrzymuję się na jakimś reality show. Z kuchni dobiega zachęcające syczenie i gulgotanie maszyny, a po mieszkaniu rozchodzi się aromat kawy. Wreszcie!

Na ekranie naga Hilda tańczy na stole, przy którym pięć osób je zupę. Co?! Potrząsam głową i syczę z bólu, bo mięśnie szyi zmieniły mi się w kamień. Ciemność w pokoju rozprasza blask telewizora, w którym leci Das perfecte Dinner, a uczestnicy jedzą zupę, przygotowaną przez dzisiejszego gospodarza. Zdezorientowana zapalam lampę i zerkam na zegar. Jest prawie północ. Scheiße! Cały dzień poszedł się paść.

Zastanawiam się, co dalej. Jeśli teraz wezmę prysznic, rozbudzę się i zarwę noc. Idę do łazienki, po drodze zdejmując ubranie. Wyciągam z szafki paczkę wilgotnych chusteczek i przecieram strategiczne miejsca ciała. Włosy pod pachami mają już dobre dwa centymetry. Zastygam zdziwiona z uniesioną ręką.

– Ja pierdolę, kobieto, aleś się zapuściła – mówię do odbicia w lustrze, a ono odpowiada mi znużonym spojrzeniem.

Zęby czyszczę już z zamkniętymi oczami, kiwając się ze zmęczenia nad umywalką. Wlokę się do łóżka. Nawet nie zasypiam, po prostu tracę świadomość.

 

Dzień?

Wymienili Karin. Nie mogę w to uwierzyć! Patrzę na androida, który zastąpił drobną, cichą koleżankę i mam ochotę krzyczeć. Coś się musiało wczoraj stać, ale nikt nie wie, co. Eike milczy, nie chce z nami rozmawiać.

Czuję się, jakby ktoś załadował mi na plecy worek kamieni, ich ciężar przygniata mnie do ziemi. Nie mogę się wyprostować ani odetchnąć swobodnie. Wewnątrz wszystkie organy miażdży mi lęk. Zupełnie nowy, inny niż ten covidowy. Właściwie to już zapomniałam, że mamy pandemię, choć wirus jest przecież na wyciągnięcie ręki, w sąsiednim budynku. Idzie coś gorszego i jest blisko, coraz bliżej. Pazury strachu orzą mi żołądek, biegnę do toalety i wymiotuję. Samą żółcią. Kiedy ostatnio jadłam?

 

Dzień?

Yvonne snuje się za mną od rana.

– Wo ist Mutti? – pyta.

Odpowiadam, że w pracy. Potem pyta o babcię, brata, ojca.

– Wszyscy w domu – tłumaczę.

– Alle?

– Tak, wszyscy.

– Alle, alle, alle, alle?

– Alle, alle – odpowiadam machinalnie i rozpętuję burzę.

Za chwilę niemal wszystkie pacjentki powtarzają śpiewnie:

– Alle, alle, alle, alle. Alle, alle.

I tak w kółko, w różnych tonacjach, raz głośniej, raz ciszej. Piekielny chór nie pozwala się skupić, coraz mocniej działa na nerwy.

Tylko Nadia nie przyłączyła się do zabawy i, spod zmarszczonych brwi, wodzi spojrzeniem po zaśmiewających się kobietach.

– Tak! – wrzeszczy nagle. – Wszyscy jesteśmy martwi! Alle, alle, alle, alle! To krematorium. Krematorium, krematorium! – krzyczy, wskazując drzwi do kolejnych pokoi.

– Frau…

Chcę ją uspokoić, lecz jest za późno. Nadia robi płynny półobrót, łapie za oparcie stojącego pod ścianą krzesła i rzuca nim w moją stronę. Powinnam dać nura w głąb dyżurki, ale nogi mam jak z ołowiu i nie mogę się ruszyć.

„Przynajmniej wreszcie odpocznę” – myślę, śledząc lot krzesła. Jednak ono wali we framugę drzwi i z hukiem pada u moich stóp.

Przy Nadii jest już Hans, prowadzi ją do pokoju.

Pojawia się zwabiona hałasem szefowa. Rozgląda się, kiedy widzi, że sytuacja jest opanowana, przywołuje mnie kiwnięciem ręki.

– Frau Janik, weźmie pani dyżur w weekend? – Pytanie brzmi raczej jak stwierdzenie.

– Ale… – Gorączkowo zastanawiam się, kiedy ostatnio miałam wolne. Przecież musiałam mieć.

– Jeszcze tylko ten weekend. Obiecuję. Przecież pani wie, że nie mamy ludzi. Dziękuję – mówi i znika w gabinecie, zostawiając mnie oszołomioną na korytarzu.

Czy ja się zgodziłam? Powiedziałam tak? A może kiwnęłam głową?

 

Dzień?

Pracuję już z samymi androidami. Wymienili wszystkich! Brakuje mi ich, choć czasem mnie wkurzali. Brakuje mi rozmów o dupie Maryni, wspólnych na wpół legalnych śniadań, uśmiechu Karin, wygłupów Hansa, przesadnej rzeczowości Eike. Brakuje mi nawet sprzątaczki; kiedy miała dobry humor, potrafiła wszystkich rozbawić.

Androidy wykonują mechanicznie swoją pracę, nie zwracając uwagi ani na mnie, ani na siebie nawzajem. I tego samego wymagają ode mnie. Ale ja jestem człowiekiem!

– Frau Janik! – Z gabinetu wychyla się szefowa. Ona również nie jest androidem, ale człowiekiem też chyba nie. – Pozwoli pani, to zajmie tylko…

Czuję się, jakby ktoś walnął mnie w głowę. Robi mi się słabo, od świata oddziela mnie gruba, pancerna szyba. Odwracam się, chcę uciec, ale moje ruchy są wolne. Zbyt wolne. Dostrzegam jeszcze dwóch mężczyzn, przyglądających mi się zza drzwi wejściowych na oddział. Mam wrażenie, że coś jest nie tak. Jakaś iskierka próbuje się przedostać do zamroczonego mózgu, ale rozpryskuje się na szkle. Gasnę.

 

***

 

Dwaj mężczyźni przyglądają się kobiecie za szklanymi drzwiami. Widać, jak się zmienia. Najpierw staje się bezwładna, jakby ktoś ją wyłączył. Stoi ze zwieszonymi ramionami, zauważają pusty wzrok, nim głowa opada jej na pierś, chwieje się, i obserwatorzy mają wrażenie, że zaraz upadnie. Nagle ożywa, prostuje się, kręci głową, jakby czegoś szukała. Przesuwa po nich obojętnym wzrokiem i rusza, mechanicznie, niczym robot.

– Profesorze, jest pan genialny. Jak pan to robi? – pyta podekscytowany mężczyzna w golfie i sportowej marynarce.

Jego towarzysz puszy się, wyraźnie zadowolony z komplementu. Poprawia muszkę, zdobiącą białą koszulę.

– Oczywiście niebagatelny wpływ na zachowanie obiektów mają warunki zewnętrzne. Pandemia znacząco nam pomogła. Oprócz tego potrzebny jest odpowiedni nacisk, z wykorzystaniem poczucia odpowiedzialności obiektów i ich poczucia misji. O ile, rzecz jasna, takową mają. Szczypta strachu też robi swoje. Mózg się szybko przyzwyczaja. Nawet do zmęczenia. Obiekt przestaje myśleć i zaczyna tylko reagować na bodźce. W grupie dodatkowo dochodzi do sytuacji, gdy obiekty wywierają presję na siebie nawzajem. Na tym etapie można nieco zwiększyć nacisk z zewnątrz, ale niezbyt mocno. Zawsze tylko jakieś… tylko – peroruje z uśmiechem profesor, co rusz muskając kozią bródkę.

– Piękne – podsumowuje mężczyzna w golfie, wciąż z fascynacją obserwując przemienioną pracownicę.

– Proszę tylko pamiętać, że to wciąż żywe organizmy. Muszą jeść, pić i od czasu do czasu się przespać. Proszę o nie dbać, a posłużą panu długo. O ile oczywiście nie zabije ich covid.

Koniec

Komentarze

No cóż, to może zacznę od plusów. :)

Pierwszym jest na pewno to, że przeczytałem do końca, a że ostatnio u mnie z aktywnością portalową nie jest za różowo, więc to na pewno pewien sukces. :) Jak rozumiem, opowiadanie ma na celu ukazanie w metaforyczny sposób ciężkiej pracy pielęgniarek w dobie pandemii? Chyba po to wspomniany był covid i zamiana tych ludzi w ciężko pracujące androidy. Ok, jest to jakiś pomysł, choć jak na opowiadanie na 10k znaków, liczyłem na coś więcej. Bo jeśli był tu inny pomysł, to ja go nie dostrzegłem (popraw mnie, jeśli się mylę). Bo mam nadzieję, że o obozy koncentracyjne tu się nie rozchodzi. xD

Literacko mnie nie powaliło, ale to chyba dobrze, bo opowiadanie szpitalniane nie musi powalać w ten sposób, choć taki np. “Oskar i Pani Róża” daje radę. Trochę nie rozumiem też pojawiającego się pytania – “dzień?”, moim zdaniem nic to nie wnosi. Od razu też powiem, że nie skupiałem się na literówkach i ewentualnych błędach, bo i nie chciałem zakłócać sobie lektury, a i jestem pewien, że na tym lepiej znają się inni, w tym betujący CM. Większych zgrzytów po prostu nie zauważyłem.

Ogólnie na pewno czytanie nie było przykre, ale też nie zostanie w mojej pamięci na dłużej. 

 

Hej,

 

Bardzo ciekawy tekst, który jakoś wpasowuje mi się w dzisiejszy Dzień Walki z Depresją. Nie wiem, na ile było to zamierzone, ale bohaterka w swojej świadomości wydaje mi się być bardzo blisko tego stanu, za którym jest już ciemność, totalna obojętność, brak chęci do życia i swego rodzaju życie na autopilocie. Ostatecznie autopilot dopada ją dosłownie. W przeciwieństwie do kolegi powyżej, opowiadanie bardzo do mnie trafia i to na różnych płaszczyznach. Nie tylko napisane poprawnie, ale i wiarygodnie, przez co porusza pewne struny w moim sercu.

Jedyne, co rzuciło mi się w oczy:

 

 

Widzę kropelki śliny wylatujące z jej ust, bo maseczkę ma oczywiście na brodzie. Z trudem opanowuję odruch wytarcia się.

Zdaje się, że powinno być “wydarcia się”. :) No chyba, że bohaterka chciała się wytrzeć. :D 

 

Dałbym klik do biblioteki, ale jeszcze nie mogę, więc (tylko i aż) gratuluję dobrej pracy.

 

Pozdrawiam!

Ja również nie rozumiałam, dlaczego “Dzień?”, ale po którymś dniu chyba już wiem. Czy chodzi o to, że bohaterka tak ciężko pracuje, że już nawet nie wie, jaki jest dzień?

Kilka trafnych zdań przykuło moja uwagę.

Moim zdaniem to bardzo udane opowiadanie.

 

 

Karin kiwa głowa, widzę ulgę na jej twarzy. – ogonek się zgubił.

 

Scheiße! Cały dzień poszedł się paść. – Aż się tutaj prosi bardziej dobitne określenie :P Tym bardziej, że później bohaterka przeklina, więc nie ma z tym problemu :)

 

Hej, Irko :)

Największym plusem jest z pewnością wiarygodne i dobrze oddane samopoczucie bohaterki. Czuć jej bezradność, słabość, smutek. Dzięki temu każdy fragment niesie ze sobą odpowiednie emocje. Wstawkę ze słowem: dzień, którą Corrinn uznał za zbędną, w pełni rozumiem. Jest fajnym detalem, który tylko wzmaga uczucie zagubienia.

W krótkim tekście poruszyłaś wiele ważnych spraw. Od przykrej rzeczywistości pracy w zawodzie lekarza, przez depresję, na kontrolowaniu ludzi kończąc. Zastanawiam się tylko, czy trzeba było wpychać tutaj ten cały covid. Trochę mi się gryzie jego zestawienie z androidami, choć rozumiem, co chciałaś przekazać. 

Reasumując. Tekst nie jest jakoś bardzo odkrywczy, ale są w nim emocje oraz ważne kwestie, o których warto pisać. Tak więc tym razem to ja dodaję od siebie jednego kopa do biblio i pozdrawiam ;)

A tak sobie jeszcze myślę nad jedną sprawą, więc dopytam z telefonu. Androidy są w tym tekście rzeczywiste, czy to taka alegoria? W sensie ludzie testowani w odpowiednich warunkach w końcu stają się jak ,,roboty".

Witaj Irko,

 

W tak krótkim tekście udało Ci się impresywnie (mam nadzieję, że poprawnie używam tego słowa ;) ) przedstawić opiekę nad pacjentami, szczególnie tak trudnymi jak pacjenci chorzy psychicznie. Odebrałem to jako “Pracuję, bo ktoś musi to zrobić. Ktoś musi zadbać o tych ludzi. To po prostu trzeba zrobić”. Ukazałaś pracę jako wyczerpującą psychicznie do tego stopnia, że człowiek nie ma już nawet sił złościć się na dokładających roboty pacjentów, po prostu pracuje… jak robot, golem, android. Mam nadzieję, że to nie jest gruba nadinterpretacja ;)

Nie zrozumiałem tylko do końca w którym momencie mężczyźni wymienili bohaterkę na androida. Po czym przeczytałem drugi raz i zrozumiałem ;) Udane.

 

Pozdrawiam!

Szalenie przygnębiający tekst :( Szkoda i pacjentów, i bohaterki, trudno było czytać, jak dziewczyna powoli gaśnie i staje się cieniem. Spodobało mi się opatrzenie poszczególnych fragmentów tekstu “Dzień?”, co pokazuje, że każdy dzień z życia bohaterki w gruncie rzeczy jest taki sam, nie ma sensu ich liczyć i nie ma też nadziei na lepsze jutro. 

Czy tekst jest w jakiś sposób oparty na osobistych doświadczeniach? Napisałaś go w bardzo przekonujący sposób.

Warsztatowo jest super, czyta się płynnie, bez żadnych grud i zawiech. 

Dobra robota, aczkolwiek zrobiło mi się smutno na wieczór :P

Cześć Irka.

Mam osobiste pogląd na tematy pielęgniarek. Moja matka para się tym 43 lata. 43 lata ciężkiej tyrki w jednym i tym samym szpitalu za psie pieniądze. Obecnie jej oddział przekształcony na covidowy.

Nawet strajkować nie może (bo to szpital wojskowy).

I wiecie co?

Na 40-lecie pracy w tym szpitalu matka dostała…

Ku^wa, dyplom…..

Ręce mi opadają.

 

Dlatego odchodzę od jakichkolwiek możliwych uwag (a ciężko się do czegoś przyczepić) i osobistej opinii, jako takiej.

Po prostu WIELKI PLUS dla Ciebie za poruszenie ważnego tematu.

O!

Hej, Corrinnie, szkoda, że niespecjalnie przypadło do gustu, ale tak bywa.

Bo mam nadzieję, że o obozy koncentracyjne tu się nie rozchodzi. xD

Matko i córko, a skąd Ci coś takiego przyszło do głowy?!

 

 

Adku,

Bardzo ciekawy tekst, który jakoś wpasowuje mi się w dzisiejszy Dzień Walki z Depresją.

Czytałam dyskusję na SB i myślę, że moje opko jakoś się w nią wpisuje, a szczególnie, w to, co sam pisałeś.

 

W przeciwieństwie do kolegi powyżej, opowiadanie bardzo do mnie trafia i to na różnych płaszczyznach. Nie tylko napisane poprawnie, ale i wiarygodnie, przez co porusza pewne struny w moim sercu.

Dziękuję :)

 

Zdaje się, że powinno być “wydarcia się”. :) No chyba, że bohaterka chciała się wytrzeć. :D

No, chciała otrzeć twarz, ale wydrzeć się pewnie też ;)

 

Dałbym klik do biblioteki, ale jeszcze nie mogę, więc (tylko i aż) gratuluję dobrej pracy.

Chęć przy braku możliwości, liczy się jak sam klik :)

 

 

Hej, Saro

Czy chodzi o to, że bohaterka tak ciężko pracuje, że już nawet nie wie, jaki jest dzień?

Otóż to :)

Moim zdaniem to bardzo udane opowiadanie.

Dziękuję za miłe słowa i klika :)

 

 

Reauluc, ogonek dodany :) Co do przekleństwa, było, ale jakoś mi nie pasowało. Sama nie wiem, czemu ;)

Twój komentarz to miód na moje serduszko. Od początku do końca. Dziękuję :D

 

A tak sobie jeszcze myślę nad jedną sprawą, więc dopytam z telefonu. Androidy są w tym tekście rzeczywiste, czy to taka alegoria?

<poprawia okulary, patrzy Ci głęboko w oczy i z dobrodusznym uśmiechem…>

A co ty sądzisz na ten temat?

A tak poważnie, nie chcę narzucać nikomu interpretacji, ale kiedy człowiek jest pod zbyt dużą presją, różne rzeczy mogą się zdarzyć.

Dzięki za kopa :)

 

Helmucie,

Ukazałaś pracę jako wyczerpującą psychicznie do tego stopnia, że człowiek nie ma już nawet sił złościć się na dokładających roboty pacjentów, po prostu pracuje… jak robot, golem, android. Mam nadzieję, że to nie jest gruba nadinterpretacja ;)

Nie jest :)

Nie zrozumiałem tylko do końca w którym momencie mężczyźni wymienili bohaterkę na androida. Po czym przeczytałem drugi raz i zrozumiałem ;) Udane.

Dziękuję :)

 

 

Amonie,

Szalenie przygnębiający tekst :(

Wiem, miałam nie dołować, sama tego nie lubię, ale jakoś tak wyszło.

Spodobało mi się opatrzenie poszczególnych fragmentów tekstu “Dzień?”, co pokazuje, że każdy dzień z życia bohaterki w gruncie rzeczy jest taki sam, nie ma sensu ich liczyć i nie ma też nadziei na lepsze jutro.

Kurczę, sama bym tego lepiej nie ujęła :)

Czy tekst jest w jakiś sposób oparty na osobistych doświadczeniach? Napisałaś go w bardzo przekonujący sposób.

Dziękuję, powiedzmy, że mam pojęcie, o czym piszę ;)

 

Silvanie, dziękuję. Twój komentarz już ostatecznie mnie przekonał, że warto było wrzucić ten tekst na portal, bo przyznam, że trochę się wahałam :)

Pozdrowienia dla mamy :)

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

A co ty sądzisz na ten temat?

Po namyśle sądzę, że jednak żadnych androidów (jako tako) nie było. Że pracownicy, z którymi obcowała bohaterka, wyeksploatowni do granic, stawali się dla niej obcy. Stawali się robotami, co w końcu spotkało i samą główną bohaterkę. To jest moja interpretacja i chyba nie muszę wiedzieć, czy słuszna, bo chyba o to chodzi w tego typu tekstach. Aby każdy miał po przeczytaniu własną wizję, a nie zerojedynkową, narzuconą przez autora :)

Przeczytałam wczoraj w nocy, dzisiaj przychodzę z komentarzem. W przeciwieństwie do przedpiśców, odniosłam wrażenie, że akcja nie dzieje się w szpitalu, ale w domu opieki. Bardzo plastycznie przedstawiłaś, Irko, zachowanie pacjentów i klimat takiego miejsca. Jak w Twoich poprzednich opowiadaniach, tekst mocno dotyka rzeczywistości i wzbudza emocje.

Podobał mi się pomysł z androidami, nie do końca wyłożony wprost, pozostawiający miejsce do własnej interpretacji. Warsztatowo solidnie napisany tekst. Zgłaszam do wątku bibliotecznego.

 

Edit.

Zgłoszenie do piórka za: silny ładunek emocjonalny, prawdziwość tekstu, warsztat, pomysł, sposób prowadzenia opowieści.

Byle tylko pandemia nie potrwała tak długo, że na porządku dziennym będzie zamienianie pracowników na androidy. ;)

Krótko mówiąc – podobało mi się, dotykasz tutaj ważnego tematu, jakim jest ogromny trud wkładany przez służbę zdrowia w ich pracę. Kolejne wątki odsłaniają się w miarę upływu lektury, co sprawia, że czytelnik – a przynajmniej taki jak ja – czyta opowiadanie z rosnącym zainteresowaniem. Ostatecznie zmęczenie, przepracowanie powoduje niszczącą mechanizację.

Pozdrawiam!

Przejmujące opowiadanie, bardzo dobre technicznie i realistycznie, i fantastycznie!

Też zgłaszam do biblio. Nad nominacją musze trochę podumać, przypomnieć sobie poprzednio nominowane i dać sobie te dwa dni czasu. To był naprawdę dobry pomysł! :-)

Na razie poraziła mnie prawda, nagość z treści, a z warsztatu technikalia i konstrukcja.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie moja wina, że Astrid znowu podcierała tyłek ręką, którą później czyściła o kafelki. Też mam już fajrant, a muszę jeszcze zająć się Astrid. Wpycham ją do łazienki i każę zdjąć ufajdane gównem ciuchy. Kobieta nie chce, opiera się, wtula w ścianę. 

Motywy fekalne coś ostatnio popularne. :P

 

Widzę kropelki śliny wylatujące z jej ust, bo maseczkę ma oczywiście na brodzie. Z trudem opanowuję odruch wytarcia się.

A czemu się powstrzymywała? 

 

Próbujemy postawić do pionu dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi, które wcale nie chce wstać

Dlatego w szpitalach psychiatrycznych często są mężczyźni sanitariusze. 

 

He, Irka, czytasz mi w myślach! Nie dalej jak wczoraj pomyślałem o tym, że ciekawe jak covid odbije się w opowiadaniach, kiedy wejdzie w nie nowa normalność, ta z dystansem społecznym, z maskami – i proszę. Był kilka miesięcy temu czas, że pojawiło się kilka tekstów reprezentujących nurt covidowy, ale na jakiś czas zniknęły. Ty wracasz z tym motywem. :) 

Zastanawiałem się nawet, czy nie fajny byłby konkurs na opowiadania umiejscowione w podobnej obecnym czasom rzeczywistości, ale może na to za wcześnie. 

Co więcej? Czy przypadkiem nie narzekałaś na nadmiar smutnych tekstów? :P

 

Co do samego opowiadania – podobało mi się. Z początku nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw, nawet te androidy mi się skojarzyły z maszynami, a tu proszę. Nawet podczas twistu myślałem, że może oni od początku byli androidami, tylko z wgraną osobowością, ale ty poszłaś krok dalej, pokazałaś, że z człowieka można zrobić niewolnika (to też wpisuje się w głosy o plandemi – nie wiem, czy zamierzenie uderzasz w takie tony, ale przecież to fantastyka, więc nie widzę w tym nic złego). 

Dla mnie ta puenta ma jeszcze jeden wymiar. Otóż przypomina mi o wizji, która mnie dręczy co i raz, mianowicie, że człowiek z całą jego sferą "duchową" to nic więcej niż biologiczna maszyna, której program daje takie skutki uboczne. 

Dobry tekst i nawet kilka znaczeń w nim zawarte. :) 

Odniosłem wrażenie, że te androidy, to nie maszyny, tylko zandroidyzowani ludzie. Bohaterka przestaje je dostrzegać jako osoby. W końcu sama zostaje żywym robotem.

Mocne.

Bardzo ciekawe opowiadanie, osadzone w naszych realiach i dotykające problemów z którymi obecnie się borykamy. Nie wiem na ile chciałaś tutaj wykorzystać motyw rzekomych wszczepek podawanych w szczepionkach, których boją się foliarze i innej maści akolici pana Zięby, a na ile motyw wypalenia, jakiego doświadczają ludzie nie mający zbyt wiele czasu na cokolwiek innego poza snem i pracą.

Uważam, że połączyłaś te dwa motywy i to mi się podoba. Wykorzystałaś debilną teorię spiskową, w taki sposób, żeby opowiedzieć o niby tym, co oni sobie myślą (jasne, myślą, hehe), że jest prawdą, a tak naprawdę pokazać znój i ciężką pracę osób, które muszą pracować w trudnych warunkach. To dom opieki, prawda? Bo chyba nie szpital. Cóż, powiedzieć muszę, że nie wyobrażam sobie pracy bardziej niewdzięcznej niż przy opiece nad osobami starszymi, które straciły kontakt z rzeczywistością. Dla mnie koszmar. Fajne jest też to, że nie ma tutaj stereotypu, serwowanego przez popkulturę, według którego biedni rezydenci takich miejsc są ciemiężeni przez sanitariuszy/opiekunów socjopatów. Takiego stereotypu nie ustrzegł się nawet Mitchell w swoim “Atlasie chmur”, bo jest to motyw chwytliwy, a jednocześnie do bólu ograny.

Ty pokazujesz tutaj drugą stronę medalu, ludzi pracujących z trudnymi pacjentami i wykazujących się cierpliwością, której ja u siebie nie znalazłbym. Tylko do czego to prowadzi? Do wypalenia, chronicznego zmęczenia i braku czasu dla siebie, bo tyle kosztuje poczucie obowiązku i oddanie się misji, jakiej się podjęło. Smutne to i podejrzewam, że również prawdziwe.

Podsumowując – mi się bardzo.

 

PS> Przeczytałem przed publikacją tego komentarza, komentarze innych i uderzyło mnie sugerowanie, że ten podział na dni, ale nie wiadomo które, ktoś uważa za nic nie wnoszące. Toż to właśnie jest kwintesencja przepracowania, kiedy dni zlewają się ze sobą i nie wiesz jaka jest data. Z własnego doświadczenia wiem, że to cholernie deprymujące, kiedy myślisz, że jest wtorek a okazuje się, że mamy czwartek. Gwoli wyjaśnienia: pracuję w systemie trzyzmianowym, kiedy mam nocki zdarza mi się od niedzieli do następnej soboty przesypiać mniej niż piętnaście godzin – z powodu obowiązków związanych z dziećmi i dodatkowych zajęć oraz pomagania teściom, rodzicom, dziadkom. I czasem sam nie wiem jaki mamy dzień, czy jest wtorek czy już czwartek. Podczas takich tygodni często lecę na autopilocie, jadę gdzieś samochodem, ale nie rejestruję samej podróży; zmywam naczynia, wynoszę śmieci a po godzinie “przypominam” sobie, że miałem wynieść śmieci i pozmywać i okazuje się, że już to zrobiłem wcześniej. Jak robot. Kiedyś to lepiej znosiłem, ale teraz już chyba lata dają znać o sobie.

 

Pozdrawiam serdecznie i idę polecić do biblioteki

 

Q

Known some call is air am

Realucu, bardzo mi się podoba Twoja interpretacja :)

 

ANDO,

odniosłam wrażenie, że akcja nie dzieje się w szpitalu, ale w domu opieki.

Myślę, że może być i tak, i tak, w obu miejscach nie jest lekko.

tekst mocno dotyka rzeczywistości i wzbudza emocje.

Dziękuję :) I za kliczka też :)

 

Crucis,

Byle tylko pandemia nie potrwała tak długo, że na porządku dziennym będzie zamienianie pracowników na androidy. ;)

Mam jednak cichą nadzieję, że skończy się wcześniej ;)

Dzięki za miłe słowa :)

 

 

Asylum,

Na razie poraziła mnie prawda, nagość z treści, a z warsztatu technikalia i konstrukcja.

Dziękuję <rumieni się> ;)

 

Gekki,

Motywy fekalne coś ostatnio popularne. :P

Bo życiowe ;)

A czemu się powstrzymywała?

Z zaleceń WHO: Nie dotykaj twarzy!

 

Nie dalej jak wczoraj pomyślałem o tym, że ciekawe jak covid odbije się w opowiadaniach, kiedy wejdzie w nie nowa normalność, ta z dystansem społecznym, z maskami – i proszę.

Pewnie się zaczną pojawiać, bo ludzie mają dość i jakoś to muszą przetrawić ;) Ale myślę, że na konkurs trochę za wcześnie. Mnie się raczej marzy antologia covidowa, kiedy już się to wszystko skończy. I to nie z opek konkursowych, ale tych, które pojawiały się na bieżąco, bo one chyba lepiej oddają, co nam w duszy gra.

 

Czy przypadkiem nie narzekałaś na nadmiar smutnych tekstów? :P

Tak, wiem, przepraszam. To wypadek przy pracy, który mam nadzieję się nie powtórzy ;)

 

Cieszę się, że Ci się spodobało i znalazłeś tam, coś do pomyślenia. Co do drugiego wymiaru puenty, pewnie tak jest, ale mamy całkiem dobrą broń, żeby się przed zbiologizowaniem bronić: zdajemy sobie z tego sprawę i dzięki temu, możemy się opierać.

Dziękuję też za kliczka :)

 

Nikolzollernie, trafiłeś w punkt. Dziękuję za wizytę.

Mocne.

Krótko, a autorce serce rośnie ;)

 

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej, Outta, klikając w okienko gotowe pomyślałam nawet, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze czegoś nie dopisał, ale już było za późno. Mam kiepski refleks ;)

Nie wiem na ile chciałaś tutaj wykorzystać motyw rzekomych wszczepek podawanych w szczepionkach,

A szczerze mówiąc o tym to nawet nie słyszałam :o

Szybkie pytanko do wujcia Gugla i…surprise

 

Fajne jest też to, że nie ma tutaj stereotypu, serwowanego przez popkulturę, według którego biedni rezydenci takich miejsc są ciemiężeni przez sanitariuszy/opiekunów socjopatów.

Ja tam nie lubię stereotypów, bo z reguły okazują się nieprawdziwe ;) Pewnie i takie miejsca istnieją, ale mam nadzieję, że są w mniejszości.

Toż to właśnie jest kwintesencja przepracowania, kiedy dni zlewają się ze sobą i nie wiesz jaka jest data. Z własnego doświadczenia wiem, że to cholernie deprymujące, kiedy myślisz, że jest wtorek a okazuje się, że mamy czwartek.

Otóż to. Też tak czasem mam. I o ile jeszcze jestem się w stanie zorientować w dniach tygodnia, to z datą już bywają problemy. W ogóle cały ostatni rok jakoś mi się zlewa ;)

 

Pozdrawiam serdecznie i idę polecić do biblioteki

Dziękuję :)

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Irko!

Niezwykłe opowiadanie pasujące do obecnych czasów. Służba zdrowia faktycznie znajduje się na granicach wyczerpania, nie tylko walcząc na intensywnych terapiach, ale i opiekując się pacjentami w szpitalach psychiatrycznych. Bardzo mi się podoba, jak umiejętnie stworzyłaś postać pielęgniarki, która dla dobra innych gotowa jest poświęcić swoje życie, które w końcu zaczęło przypominać te robotów, mechaniczne i pozbawione emocji, radości. Nawet przyzwyczaja się do niewygody i zmęczenia.

Zgadzam się z Outta Sewer’em, te dni od razu sugerują przepracowanie, kiedy człowiek przestaje liczyć czas, a każdy dzień wydaje się niemal taką samą udręką.

Cytując Nikolzollerna: Mocne

Pozdrawiam i gratuluję, z radością zgłoszę ostatniego klika ;) Niestety Outta mnie ubiegł, ale zostawię takiego mentalnego, byś wiedziała ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć Irko,

 

bardzo interesujący tekst, trafił do mnie :)

 

Identyfikuję się z poruszonymi tematami – te uciekające dni (jak to za tydzień marzec?), te fałszywe kompromisy (jeszcze tylko… kiedyś to odbiorę) i wreszcie ta androidowa rzeczywistość – bo na pracy zdalnej wszyscy zostaliśmy poniekąd zredukowani do biologicznych maszyn, wykonujących jedynie zadania ściśle związane z pracą – bez wspólnej kawki, żartów, czy choćby rozmów o pogodzie.

 

Jedyne, co mnie głęboko zastanawia w tym tekście i z czym mam duży problem, to dlaczego jeszcze go nie ma w bibliotece? Idę zgłosić ;)

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Hej, Danielu, dziękuję :) Kliczek mentalny jest mi równie miły, jak ten realny :)

 

Witaj, Basement, Twój komentarz bardzo mnie ucieszył, bo choć pisałam o konkretnej grupie zawodowej, to chyba każdy może znaleźć w mojej bohaterce odrobinę siebie.

Jedyne, co mnie głęboko zastanawia w tym tekście i z czym mam duży problem, to dlaczego jeszcze go nie ma w bibliotece? Idę zgłosić ;)

Dzięki :) Ech, ta Loża, strasznie się leni ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki :) Ech, ta Loża, strasznie się leni ;)

No, leżą w tych łożach, czy jak to tam było laugh

Martwe liście i brudna ziemia

Hej, Outta, klikając w okienko gotowe pomyślałam nawet, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze czegoś nie dopisał, ale już było za późno. Mam kiepski refleks ;)

Been there, done dat ;)

 

A szczerze mówiąc o tym to nawet nie słyszałam :o

Szybkie pytanko do wujcia Gugla i…

Serio? Czyżbym tylko ja miał wśród znajomych foliarzy i fanów teorii spiskowych? Chyba czas zmienić towarzystwo w realu :D

 

 

Known some call is air am

Serio? Czyżbym tylko ja miał wśród znajomych foliarzy i fanów teorii spiskowych? Chyba czas zmienić towarzystwo w realu :D

Outta, ja znam ludzi, którzy nadal nie wierzą, że jest w ogóle jakiś covid… 

 

 

Takich elementów to nie znam, Geki, ale słuchanie miałkich wywodów demonizujących Gatesa, boli pewnie równie mocno, jak słuchanie kretynów niewierzących w istnienie wirusa.

Known some call is air am

Serio? Czyżbym tylko ja miał wśród znajomych foliarzy i fanów teorii spiskowych? Chyba czas zmienić towarzystwo w realu :D

Nie, nie tylko Ty. :D Mój brat, kiedyś młody i zapalony korwinista, miał teorię spiskową na niemal każdy możliwy temat. Na szczęście wyrósł z tego, kiedy okazało się, że Niewidzialna Ręka Wolnego Rynku nie działa tak, jak sobie wyobrażał. I zdążył się ogarnąć, nim rodzina go wydziedziczyła. :P

Interesujący tekst. Można go interpretować wąsko – w kontekście pielęgniarek – ale można i szerzej. Ta cholerna pandemia dokopała różnym grupom społecznym. I na różne sposoby; jedni zaorani nadmiarem roboty, inni padają, bo pracować nie mogą.

Ciekawe, w co w Twoim świecie zamienia się na przykład gastronomia…

Babska logika rządzi!

Outta, nie tylko Ty. Też mam takiego znajomego, tylko jakoś wszczepki jeszcze do niego nie dotarły ;)

 

Finkla, jasne, że można interpretować szeroko.

Ciekawe, w co w Twoim świecie zamienia się na przykład gastronomia…

W zombii. Ona ma jakiś cel, coś do zrobienie, dlatego android. Będzie zasuwać, póki jej się obwody nie przepalą. Gastronomia próbuje się szarpać, ale w gruncie rzeczy niewiele może, kiedy ją to dopadnie będzie się snuć bez celu, nie pamiętając, co właściwie robiła i wiedząc tylko, że coś ważnego straciła.

 

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko.

Niesamowite opowiadanie, właściwie na jeden oddech. Bardzo przekonująco i wiarygodnie napisane. Bardzo mnie zasmuciłaś. Nie dlatego że to smutny tekst sam w sobie, ale właśnie dlatego że rozumiem, że taka praca wiąże się z nieludzkim wysiłkiem. Nie potrafiłabym pracować jako pielęgniarka, szczególnie na oddziale psychiatrycznym. Nie potrafiłabym nie mieć żadnego życia poza pracą (albo raczej nie mieć siły na nic innego). Zwariowałabym. Dosłownie. Mój mózg bardzo źle znosi chroniczne zmęczenie. I smutno mi właśnie, bo wiem, że ktoś musi to robić.

Pracowałam jednak w miejscu, w którym nigdy nie wychodziło się o czasie – zawsze należało zostać minimum godzinę, a o samo wyjście trzeba było w zasadzie prosić, spodziewając się tego zdziwionego/złego spojrzenia szefa.

Nie rozumiem tylko po co potrzebne było ci zdanie kogokolwiek o publikację – opko jest cudowne! Znaczy domyślam się, dlatego się wahałaś, ale dziękuję, że się zdecydowałaś ;)

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Matka mojego dobrego kolegi – również pielęgniarka – pracowała przez jakiś czas w hospicjum…

Po pół roku się poddała :/

 

Również jestem wdzięczny za tę publikację.

Lano, Silvanie, rany, dziękuję Wam bardzo za miłe słowa. Dla takich komentarzy warto pisać :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Zgłaszam w nominacyjnym wątku za styl i podwójność ukrytą w tym ciut więcej niż szorcie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

:D

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj.

Poruszył mnie mocny realizm, bardzo silna możliwość utożsamiania się z główną bohaterką oraz moje osobiste przejścia, które zaliczałam równo trzy miesiące temu, próbując ratować umierającą. 

Świetna sprawa, gratuluję talentu, brawa! 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witaj, Bruce, dziękuję za miłe słowa :) Cieszę się, że takst Cię poruszył, odnalazłaś w nim coś dla siebie. I trzymaj się ciepło :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję, Irka_Luz, ten tekst jest godny wielu wspaniałych nagród! 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Wow :)

<czerwieni się>

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Walnęłaś mnie, Irko, prosto w łeb.

I pomyślałam sobie, że bohaterka i pracujący z nią personel tyrają jak te konie pociągowe i też już robią bokami, i są tak skonani, że nawet nie wiedzą, jaki nastał dzień tygodnia.

I jeszcze pandemia w tle…

Dołączam do tych, na których szort zrobił wielkie wrażenie.

 

ale lśnią­cą biel ka­fe­lek zna­czą bru­nat­ne smugi kału. ―> Kafel/ kafelek jest rodzaju męskiego, więc: …ale lśnią­cą biel ka­fe­lków zna­czą bru­nat­ne smugi kału.

 

Kwia­tek pada i pe­reł­ki ke­ram­zy­tu… ―> Fikus to roślina, nie kwiat, więc: Roślina pada i pe­reł­ki ke­ram­zy­tu

 

Idę do ła­zien­ki, po dro­dze zdej­mu­jąc ubra­nia. ―> Idę do ła­zien­ki, po dro­dze zdej­mu­jąc ubra­nie.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Och, Reg, dziękuję :) Walić w głowę nie zamierzałam, ale cieszę się, że tekst Cię poruszył.

Babolki oczywiście poprawione :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wiem, Irko, że nie zamierzałaś, ale nic nie poradzę, że tak to poczułam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za podjęty temat. I to mimo tego, że zawsze nudzę, że publicystyka to nie sztuka. Tutaj, przekornie, chciałbym wierzyć, że to tylko doraźna publicystyka, a nie uchwycona w konkrecie prawda uniwersalna. Doświadczenie mówi, że może być inaczej.

Literacko jest bibliotecznie, ale nie piórkowo – to trochę kwestia prostoty historii, a trochę wykonania. Spróbuj unikać utrwalonych frazeologizmów, daj czytelnikowi coś własnego, nowego. Podobał mi się np. motyw z włosami pod pachą jako wyznacznikiem upływu czasu – to mocne i oryginalne. Z drugiej strony masz tę strużkę krwi (jak ja nie znoszę strużek krwi) spływającą po karku – wyświechtane i karkołomne, no bo jak ją widać, gdy pacjentka jest oparta plecami o ścianę?

Dziękuję Coboldzie, bo mimo piórkowego NIE Twoj komentarz jest pozytywny. W ogóle cieszy mnie pozytywny odbiór tego opka, a nominacja jest wisienką na torcie, bo kompletnie się jej nie spodziewałam.

W przyszłości obiecuję unikać strużek krwi i podobnych wynalazków ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

“Krematorium, krematorium – krzyczy, wskazując drzwi do kolejnych pokoi.” – Skoro krzyczy, to brakuje wykrzyknika. 

 

“Na tym etapie można nieco zwiększyć nacisk z zewnątrz, ale niezbyt mocno. Zawsze tylko jakieś… tylko – peroruje z uśmiechem profesor, co rusz muskając kozią bródkę.

– Piękne – podsumowuje mężczyzna w golfie, wciąż z fascynacją obserwując przemienioną pracownicę.

– Proszę tylko pamiętać…”

 

Jedno jest pewnie – dobrze pisze, Irko. Ładnie składasz zdania, dobierasz słowa, wrzucasz wyważone ozdobniki i smaczki. A potem ładnie się to czyta. Tak że od strony “wizualnej” jest to bardzo dobre opowiadanie. Podoba mi się też, jak pięknie użyłaś różnych środków do pokazania zmęczenia, rozpaczy, niemocy, wreszcie obojętności bohaterki. Wszystko to dobrze narasta… aż właściwie kończy się – wybacz – niczym. Niby jest coś w tym pomyśle zamiany ludzi w androidy, ale… Za mało, by być dobrą pointą. Blado to zakończenie wypada. Tym bardziej, że właściwie nie wiadomo, co się stało. Brali jakieś leki? Wszczepili im czipy w szczepionkach? (;P) W każdym razie pięknie piszesz. Ale tu zabrakło mi celu, dla którego napisałaś ten tekst. Poza pokazaniem trudnych warunków i przemęczenia służby zdrowia, a to, mimo wszystko, trochę mało.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

"bateria brudnych szklanek po kawie"

O, brzmi słowiańsko. Chociaż opowiadanie jako całość momentami przywodzi na myśl jakiejś takiej kombinacji współczesności z lekkim akcentem NRD. Nie wiem dlaczego, ale coś jakoś.

 

Ogólnie mam wrażenie, że to najlepsze z tych Twoich opowiadań, które czytałem. I nawet jest w tym odrobinę stylu oldschoolowego SF. Coś na końcu nie styknęło, ale to dość subiektywne, w dodatku pewnie dałoby się to jeszcze doszlifować. Za to jeśli dobrze odczytuję, że postępowała tu dehumanizacja pozostałych osób (stopniowe postrzeganie ich jako androidy), to już w ogóle idzie to daleko. Zwłaszcza w połączeniu z tym, że osoby poddawane warunkowaniu wychodziły – a tymczasem na końcu powstaje wątpliwość, czy to warunkowani pracownicy, czy warunkowani pensjonariusze (choć raczej pierwsza opcja).

Forma dziennika z pogubionymi datami też nieźle się tu sprawdza.

Temat też dobry.

Ale przyznam, że choć biblioteka zdecydowanie, to piórko jednak nie (acz w tę stronę).

 

Cześć Irko.

Tego opowiadania się nie czyta… w nie się wpada :D. Nie wiem, jak Ci się to udało osiągnąć. Spokojna, prawie niewidoczna narracja. Dialogi bez zbędnych ozdobników – wszystko niby normalne, a jakoś wciąga do reszty :]. 

Od pewnego momentu zacząłem się domyślać, jaki będzie finał, ale czytanie nadal sprawiło mi przyjemność, a rozwiązanie samej zagadki – satysfakcję. 

 

Gratuluję :]. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Joseheim, wykrzyknik dodany, powtórzenia były celowe, więc zostają.

Pozy tym, szczerze mówiąc, nie wiem, co Ci odpowiedzieć. Mogłabym oczywiście próbować tłumaczyć, przekonywać, że coś tam jednak chciałam powiedzieć. Ale takie autorskie wyjaśnienia są trochę jak musztarda po obiedzie, która ani sama w sobie specjalnie dobra nie jest, ani smaku obiadu już nie poprawi. Skoro tekst Cię nie przekonał, mogę się tylko zastanawiać, co schrzaniłam i mieć nadzieję, że uda mi się jeszcze napisać tekst, w którym dostrzeżesz coś więcej, niż tylko pięknie napisane zdania.

 

Hej, Wilku,

O, brzmi słowiańsko. Chociaż opowiadanie jako całość momentami przywodzi na myśl jakiejś takiej kombinacji współczesności z lekkim akcentem NRD. Nie wiem dlaczego, ale coś jakoś.

O, wyszło coś nieplanowanego :)

 

Podoba mi się kierunek, w którym zdąża Twoja interpretacja. Choć tu chyba potrzebne będzie malutkie wyjaśnienie

Zwłaszcza w połączeniu z tym, że osoby poddawane warunkowaniu wychodziły

Domyślam się, że chodzi o fragment, w którym pacjentka krzyczy, że chce wyjść. Pacjenci szpitali psychitrycznych mogą, za zgodą lekarza, wychodzić samodzielnie poza oddział. Ba nawet powinni, bo to ułatwia obserwowanie ich postępów. Mają określoną porę, w której muszą wrócić, czyli muszą się trzymać reguł. Jeśli nie potrafią, pozwolenie na samodzielne wyjścią są zawieszone. Akurat w tym miejscu nie ma drugiego dna ;)

No, i tym sposobem zdradziłam, gdzie toczy się akcja.

 

Ogólnie mam wrażenie, że to najlepsze z tych Twoich opowiadań, które czytałem.

Wow :D

Ale przyznam, że choć biblioteka zdecydowanie, to piórko jednak nie (acz w tę stronę).

Skłamałabym twierdząc, że nie ucieszyłoby mnie Piórko. Ucieszyło, jak jasna cholera. Ale, spokojnie, mogę jeszcze poczekać ;)

 

Hej, Morderco, dziękuję za piękny komentarz. Dla takich warto pisać :)

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Godziny wiadomo, ale te zwykle dwugodzinne okienka to za mało, by je dopasować do fabuły (powrót do domu, jeśli jest blisko, ok, ale już nie spanie w domu – a chodziło mi własnie o to). Inna rzecz, że bliższy byłem interpretacji domu opieki.

Ba nawet powinni, bo to ułatwia obserwowanie ich postępów

Powinni, choć w praktyce w niektórych ośrodkach czasem różnie z tym bywa.

 

Ja dodam tylko, że też miałam takie około-wojenne skojarzenia, jeśli chodzi o czas akcji, i dopiero jak padła wzmianka o Covidzie, zorientowałam się, że się grubo myliłam ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

ale już nie spanie w domu – a chodziło mi własnie o to

Czyli 24 na dobę?! Toż by padli.

 

też miałam takie około-wojenne skojarzenia

Po pierwszym komentarzu Corrinna mnie zmroziło, bo on wspomniał coś o obozach koncentracyjnych. Ty też masz wojenne skojarzenia. Skąd one?

 

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Po pierwszym komentarzu Corrinna mnie zmroziło, bo on wspomniał coś o obozach koncentracyjnych. Ty też masz wojenne skojarzenia. Skąd one?

 

Moje wzięły się z tej atmosfery rozpaczy, beznadziei, niemieckich wstawek słownych i wspomnianych krematoriów (choć oczywiście były one wspomniane w innym celu). Wiem teraz, że to nie ma pokrycia z Twoim zamysłem, niemniej przeszło mi to przez myśl (przez chwilę).

Rozumiem, mieszkam w Niemczech, więc często też piszę w Niemczech. Wygląda na to, że muszę się mocniej pilnować.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko. Nie wiem, co tu napisać po lekturze, żeby nie wyjść na łajzę bez serca… Może tak: mam chyba przesyt tematów covidowych. I ogólnie problem z tekstami, które mocno stawiają na wywołanie określonej reakcji emocjonalnej. Miałam podobnie przy tekście Gekiego “Kiedy po nas przyszli”. Po prostu kiedy czuję, że autor chce, by było mi smutno, bym się przejęła, bym przeżywała, jakoś tak cynicznie nie odczuwam niczego. Doceniam, naprawdę doceniam temat i jego wagę, pomysł z powolną przemianą w androidy też jest bardzo wymowny, a warsztat bez zarzutu. Jednak, niestety, nie chwyciło mnie.

Silvo, oj, tam, od razu na łajzę bez serca? ;) Prawdę powiedziawszy też mam przesyt dołujących tekstów, ale czasem nawet optymistów najdzie ochota na napisanie czegoś mniej optymistycznego.

A czemu przyszedł Ci na myśl akurat ten tekst Gekikary?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

A czemu przyszedł Ci na myśl akurat ten tekst Gekikary?

Przez ogólny zarys sytuacji: niewinny bohater cierpi z powodu, hm, powiedzmy, że niedoskonałości świata. No i czytelnik od początku jest niejako zobligowany do przejmowania się, no bo jak nie przejąć się przepracowanymi pracownikami służby zdrowia/dzieckiem. (To znaczy, przynajmniej ja czułam się zobligowana.) Nie wiem, czy jestem w stanie to satysfakcjonująco wytłumaczyć. Reportaże na temat pracy ratowników medycznych mnie poruszały, ale chyba przy opowiadaniach mam z tym problem.

A, rozumiem. Pytałam, bo oba teksty coś tam mają wspólnego, choć nie do końca o to mi chodziło ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

cześć Irka;-) 

pomimo tego, że tekst covidowy, to muszę przyznać, że czytałam z przyjemnością.

Opowiadanie robi wrażenie, zwłaszcza ostatnia część, która stanowi ciekawe podsumowanie.

Podoba mi się pomysł z androidami zastępującymi ludzi. Bardzo sprawnie prowadzisz narrację– ogromny plus! Świetnie oddajesz zmęczenie bohaterki, jej zagubienie, które zestawiasz z dosadnymi opisami, bardzo fajnie to wyszło.

A poza tym podoba mi się tytuł:-)

pozdrawiam serdecznie

Dziękuję, Olciatko :)

A poza tym podoba mi się tytuł:-)

A tu dziękuję podwójnie, bo z tytułami zawsze mam problrm ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, jakiś rok remu Kam wrzuciła na portal Ostatnią, a ja po lekturze tego opowiadania miałem wrażenie, że to jest o niebo lepsze, niż wszystko, co Kam wcześniej napisała.

Minął dokładnie rok, a ja mam deja vu. Tym razem z Tobą w roli głównej.

 

I tak. Twój szort jest taki paskudnie chropowaty, mierzi, miejscami balansuje na granicy dobrego smaku, gdzie indziej usta wykrzywiają się w sceptycznym grymasie, ale ostatecznie okazuje się, że każdy z tych elementów pojawił się tu celowo, niebezpodstawnie, każdy zagrał swoją nutę i razem stworzyły spójną całość.

Spodobała mi się ta Twoja odwaga. Spodobał mi się cały szort.

 

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to do zakończenia. I nie chodzi nawet o samą ostatnią scenę ani jej wymowę, bo to wszystko jest dobre. Do poprawy jest jeden drobiazg. Samo przejście z punktu widzenia głównej bohaterki, do punktu widzenia profesora i jego towarzysza. Jest zbyt ostre. Nieintuicyjne. (Kim są ci goście? Skąd się wzięli?) Trudno się w pierwszej chwili zorientować, że ta kobieta za szybą to nasza główna bohaterka (choć teraz jak na to patrze, to w sumie wszystko wydaje się jasne, jednak w trakcie pierwszej lektury wcale tak nie było). Prawdopodobnie mocny twist powoduje uczucie dezorientacji. W moim przypadku musiałem dopiero doczytać zakończenie do końca, potem wrócić do poprzedniej sceny i przeczytać jeszcze raz, by ogarnąć, co się właściwie stało.

Gdyby to przejście było bardziej płynne. Gdybyś dała czytelnikowi dwa trzy zdania na stopniową zmianę punktu widzenia, byłoby w mojej ocenie idealnie.

 

Mimo tej drobnej usterki całość oceniam bardzo na plus.

 

Moja ocena 5.3/6

TAK

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Hej, Chrościsko, kurczę, Twój komentarz sprawił mi tyle radości, że parę godzin kombinowałam, co Ci odpisać, żeby nie było to tylko powielaniem poprzednich odpowiedzi. I, gdy już w końcu wymyśliłam, napisałam i chciłam wkleić, portal poszedł się paść, a z nim moja odpowiedź. Na wszelki wypadek drugi raz już nie próbuję, i tylko: dziękuję Ci bardzo :)

 

Do poprawy jest jeden drobiazg. Samo przejście z punktu widzenia głównej bohaterki, do punktu widzenia profesora i jego towarzysza. Jest zbyt ostre.

To są takie rzeczy, które trudno autorowi wyłapać. Pomyślę, co z tym zrobić.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Czytałam już jakiś czas temu, więc nie będzie konkretów. Główna bohaterka strasznie mnie wkurzała swoją biernością i jednocześnie te jej relacje i zgrzyt pomiędzy tym, co odczuwała, a tym co robiła wydały mi się być bardzo smutne i przygnębiające. Realistyczne. Końcówka dla mnie ciut za oderwana, ale ciekawa.

Podobało mi się. Czytałam z przyjemnością.

Dream big.

Dzięki Dog :) Skoro bohaterka zapadła w pamięć, to jest dobrze :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ojej! Takie pozytywne “ojej”. Myślałem, że nie pisze się naturalistycznych opowiadań. Myślałem, że nikt już tak nie pisze. A tu proszę…

Bardzo, bardzo, bardzo prawdziwe i ujmujące, ale przede wszystkim (wbrew pozorom), pozostawia bardzo dużo miejsca na własną interpretację. 

Dziękuję, Solarpoxie :) Cieszę się, że się spodobało i przyznaję, że trochę miejsca na interpretacje czytelnikom pozostawiłam :)

 

Myślałem, że nie pisze się naturalistycznych opowiadań.

Oj tam, u nas znajdziesz wszystko ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Nowa Fantastyka