- Opowiadanie: Nyctosaurus - Poznańczyk

Poznańczyk

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Irka_Luz

Oceny

Poznańczyk

Wracamy. Tysiąc lat tułaliśmy się po galaktyce.

Setki razy zapadaliśmy w kriogeniczną śpiączkę bez snów.

Setki razy rodziliśmy się ponownie w bólu uruchamianych ponownie serc, pompujących niemrawo syntetyczne osocze.

Za każdym razem fiasko.

Wybudziliśmy się po raz ostatni przed powrotem, by sprawdzić wszystkie podzespoły statku. Chcemy mieć pewność, że po tym wszystkim, wrócimy na Ziemię bez szwanku.

Czekajcie na nas z kwiatami, chlebem i solą.

Albo chociaż kieliszkiem polskiej wódki.

 

Łukasz Formiczak,

Geofizyk, Dowódca „Poznańczyka”,

jednostki poszukiwawczej misji EVQ

 

Poznańczyk, załogowa jednostka poszukiwawcza misji Extraterrestrial Vitam Quaeritis, dryfował w przestrzeni międzygwiezdnej na zaplanowanym przed wiekami kursie.

Obiektywnie od startu minęło dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć lat. Subiektywnie (odliczając czas spędzony w hibernacji) dokładnie osiemdziesiąt cztery. Na szczęście, lub nieszczęście, substancje krążące w naszych żyłach sprawiają, że nie starzejemy się jak przeciętni mieszkańcy Ziemi. Przynajmniej biorąc pod uwagę standardy końca dwudziestego pierwszego wieku. Wiele musiało się zmienić od naszego wylotu.

– Która planeta najbardziej wam się podobała? – zapytała Jessica Reece.

Jako biolog miała nadzieję spotkać na swojej drodze miriady nowych gatunków roślin i zwierząt. Jak my wszyscy. Dodatkowo, jako Amerykanka, odczuwała chyba największą presję.

Odwiedziliśmy 73 planety. Wszystkie okazały się jałowe, choć ich index ESI wynosił minimum 0,85. Nierzadko podobieństwa do Ziemi były uderzające. Wiele z poznanych przez nas światów przypominało naszą rodzimą planetę we wszystkim. Poza obecnością życia.

Zachowaliśmy kontakt z pięcioma innymi jednostkami poszukiwawczymi, które posłano w ten sam kwadrant Drogi Mlecznej. Wynik: ani jednej pieprzonej bakterii.

­– Helium była zabawna – odpowiedziałem, choć wcale nie było mi do śmiechu. Zmarnowałem życie w pogoni za mrzonką.

– Naprawdę, Łukasz? Przecież nie dało się tam oddychać dłużej niż kilka minut – zauważyła Victoriia Panojotowa, lingwistka. Zadaniem Białorusinki miało być porozumienie się z inteligentnymi formami życia.  

Miała rację, atmosfera planety zawierała dość helu, by dźwięk rozchodził się w niej znacznie szybciej niż w atmosferze Ziemi. Nasze głosy brzmiały zabawnie, piskliwie, ale zbyt długie oddychaniu bez aparatu tlenowego, skończyłoby się utratą przytomności.

– Ja głosuję na Waterworld – stwierdził Bjoern Northug, nie przerywając obsługi panelu sterowania.

– Przez sentyment do przedpotopowej kinematografii? – spytałem.

Bjoern wzruszył ramionami. Kiedy wylatywaliśmy ten film miał prawie sto lat. Nikt poza Norwegiem nigdy go nie oglądał, ale gdy trafiliśmy na glob w całości pokryty wodą, przypadała jego kolej nazwania jeszcze jednej terra incognita. Podejrzewaliśmy, że zamiłowanie Bjoerna do popkulturowych staroci ma równoważyć jego wiedzę dotyczącą nowych technologii. Podczas misji EVQ odpowiadał na Poznańczyku za działanie tych wszystkich elektronicznych cudów: napędu rakietowego, nowej generacji paneli fotowoltaicznych, systemu rekuperacyjnego a nawet SPMiP – systemu przetwarzania moczu i potu. Przetwarzania w – zgadliście – wodę pitną. Mniam!

Faens ballekuk – rzucił nagle technik, jakby czytał w moich myślach.

– Co jest? Coś się zepsuło? – dopytywała Victoriia, ale w jej głosie nie było słychać niepokoju, raczej rezygnację.

– Nie. Tak. Nie wiem. Czujniki wykrywają uporządkowany strumień cząstek. Jakby… przepływ informacji matematycznej.

To mogłoby oznacza obecność życia. Problem w tym, że od najbliższej planety dzieliły nas lata świetlne.

– Gdzie?

– Wokół statku. Wszędzie. Najwięcej po wschodniej burcie. Co robimy, Łukasz?

– Wychodzimy. Ab oriente lux.

Chrzanisz.

 

Wychodziliśmy w przestrzeń regularnie, żeby sprawdzić poszycie statku. Przeszkolili nas jeszcze na Ziemi. Odbywaliśmy co najmniej jeden kosmiczny spacer po każdym lądowaniu. Pod kierownictwem Bjoerna szybko doszliśmy do wprawy. Po zbadaniu sześciu tuzinów planet, działaliśmy jak automaty. Kosmiczne kombinezony były naszą drugą skórą. Mogliśmy wkręcać najdrobniejsze śrubki i wymieniać najmniejsze baterie z zamkniętymi oczami.

Ale nie tym razem.

Wziąłem ze sobą Jess. Popędziliśmy do śluzy.

Bjoern i Victoriia zostali na statku, wpatrując się we wszelkie możliwe odczyty.

Wyskoczyliśmy w czerń upstrzoną odległymi świetlistymi punkcikami.

– Co widzicie? – spytał Norweg.

– Ciemność.

Faen, bardzo śmieszne, Łukasz. Jeśli znowu wyskoczysz z jakąś antyczną sentencją, przywalę ci, jak tylko przejdziesz przez śluzę.

Fungus una nocte nascitur. Grzyb wyrasta w ciągu jednej nocy.

– Zło rośnie szybko? Jak to mówicie w Polsce? Obyś nie wykrakał?

 

Przemieszczaliśmy się po poszyciu statku, łapiąc się kolejnych poręczy i uchwytów, przepinając linki zabezpieczające jak w parku linowym. Z tą różnicą, że nasza pomyłka mogła skutkować wiecznością w mroźnej, kosmicznej pustce.

– Wszystko wygląda normalnie – zakomunikowała Jessica. – Wokół też niczego nie widać.

– Uruchamiam spektrometry – oznajmiła Victoriia.

Obeszliśmy Poznańczyka dokoła i wróciliśmy do śluzy.

– Zagęszczenie materii, pewnie pozostałość po mgławicy. Sporo tlenu cząsteczkowego, azotu, węgla, trochę krzemu, żelazo i śladowe ilość cięższych pierwiastków. Rzadkie, ale nie unikatowe. Wracajcie – oznajmiła Panojotowa.

Reece zajęła pozycję przed śluzą. Powinienem do niej dołączyć, ale chciałem jeszcze coś sprawdzić. Wydawało mi się, że coś zamigotało w pewnej odległości od statku – mogło to być kilkaset metrów, lub kilkanaście kilometrów, w przestrzeni kosmicznej bez punktów odniesienia, dokładne określenie dystansu jest niemal niemożliwe.

– Zaczekaj jeszcze chwilę, Vic – poprosiłem.

Sprawdziłem mocowanie linki zabezpieczającej, ugiąłem kolana i odbiłem się od powierzchni statku, by zobaczyć więcej.

– Co on odstawia? – usłyszałem głos Jess.

– Czy to może mieć związek z tymi dziwnymi odczytami? – zapytałem, dryfując w przestrzeni, połączony z Poznańczykiem jedynie cienką nicią, jak pająk unoszący się na wietrze w czasie babiego lata.

– Skąd mamy wiedzieć? Wracaj, din naut.

 

W szkole uczyli nas, że przestrzeń kosmiczna to pustka. Próżnia stała się synonimem nicości. Ale to nieprawda. Atmosfera Ziemi nie jest kloszem, który bezwzględnie odcina nas od kosmosu. Liczba atomów w powietrzu stopniowo maleje wraz z wysokością. Ale nawet poza strefą grawitacyjną planety, pomiędzy skalnymi i gazowymi sąsiadami Ziemi i dalej, poza granicami Układu Słonecznego, wciąż można znaleźć skazane na samotność cząsteczki, choć jest to szukanie igły w stogu siana. Najwięcej atomów dryfuje w pobliżu mgławic, choć najważniejszy dla nas pierwiastek – tlen – jest rzadki nawet w miejscach skupienia większej ilości materii, ponieważ atomy tlenu łączą się z wodorem, tworząc lód.

Tu było inaczej.

Co to wszystko znaczy? – zastanawiałem się.

– Może nic? Idę pobiegać. – Jess najwyraźniej nie uważała odkrycia za nic niezwykłego. Nie łatwo będzie ją znów czymkolwiek zaciekawić.

Bjoern nie odpowiadał, zaciekle stukał w panel sterujący. Victoriia zaglądała mu przez ramię, grając palcami wskazującymi na niewidzialnej mikroperkusji.

– Te atomy… Powiększ tutaj – poleciła koledze, wskazując linijkę kodu.

Podszedłem bliżej, próbując zgadnąć, co takiego zobaczyła.

– To nie jest przypadkowy strumień.

– To wzór – zrozumiałem.

 

Znałem ich wszystkich od tak dawna, ale od lat żadne z nas nie wykrzesało z siebie tyle entuzjazmu. Wróciliśmy do domu, jeszcze zanim obraliśmy kurs na Ziemię. Bjoern zaczął przeklinać po norwesku, Vic bębniła palcami, próbując się skupić. Ja przytaczałem pozornie przypadkowe myśli starożytnych filozofów. Na słowo: wzór, nawet Jess pojawiła się na powrót na mostku, choć jeszcze nie zdążyła się spocić. Patrzyła na nas przez przymrużone powieki. Po wszystkich porażkach, fałszywych tropach, obiecujących próbkach, które okazywały się być jałowe, nie zamierzała łatwo popadać w dawny entuzjazm. Brakowało mi jej kąśliwych, zoologicznie nakierowanych uwag.

– Niby jakim cudem? – zapytała. – Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że ten gaz wypierdziały przelatujące tędy kosmiczne małpy.

Czyżby jednak Reece też wracała do siebie?

– Może przelatywał tędy ktoś z naszych? – podsunąłem.

Nasze doświadczenie i brzytwa Ockhama sugerowały, że wszelkie ślady życia w przestrzeni kosmicznej to efekt działalności ludzi.

– To centrum naszego rejonu, musieliby nieźle zabłądzić. No i sygnatura się, som faen, nie zgadza. Prawie brak wodoru, za to sporo tlenu.

– Myślicie, że to ślad… czegoś żywego?

– Ty nam powiedz, Jess, to ty jesteś biologiem. Czy tak mała ilość tlenu może być śladem życia?

­– Kij wie. Śluz gwiezdnego ślimaka to nie jest. Na Ziemi istnieją anaerobowe parzydełkowce pasożytujące na łososiach. Ale tu? Widzieliśmy trzy tuziny światów z tlenową atmosferą i bez jakichkolwiek śladów życia obecnie lub w przeszłości. Trzydzieści sześć planet! I nawet połowy zasranego trylobita. Wiemy chociaż z której strony dociera do nas ten strumień cząstek? Może w ogóle nie pochodzi z Drogi Mlecznej, może…

– Nie dociera znikąd, to nie jest strumień – wszedł jej w słowo Bjoern. – Otacza nas z każdej strony i ma skończone granice. Wlecieliśmy w środek rozrzedzonej chmury nienaturalnie uorganizowanych atomów, jonów i śladowej ilości promieniowania, emitowanego z centrum w harmonicznych odstępach. Jak bicie serca. To nie ma sensu.

– Ależ ma. Mówię wam, że to wzór. Nawet więcej – tylko Victoriia mogła spostrzec prawidłowość w przypadkowym dla postronnego oka ciągu znaków. I tylko ona do końca obstawała przy swoim. – To język.

 

Zgodnie z harmonogramem, powinniśmy pójść spać, ale po tym, co powiedziała Vic, nawet o tym nie myśleliśmy.

– Wydrukuj sygnatury chemiczne, w kolejności odbieranej przez spektrometry i jako układ przestrzenny – poleciła lingwistka.

Chwilę później poruszałem się z gracją trzylatka między wielkoformatowymi wydrukami, pokrywającymi całą podłogę centrum dowodzenia. Nic z tego nie rozumiałem, ale Victoriia wytrzasnęła skądś staroświecki marker i zaczęła zakreślać pewne fragmenty „tekstu”.

– Spójrzcie, są dwa wzory – wskazała część wydruku, używając flamastra jak pałeczki werbla. – Jeden, to określony ciąg znaków, wiadomość dla nas, skierowana bezpośrednio na statek. Druga, przestrzenna, przypomina skomplikowany związek chemiczny. Ale poszczególne atomy dzielą znaczne odległości.

– To nie jest byle jaki związek chemiczny – wtrąciła Jess. – Dawaj to – dodała, wydzierając koleżance marker.

Biolog naskrobała coś w przestrzeni między wydrukowanymi symbolami pierwiastków. Atomy azotu, węgla i tlenu połączone wiązaniami peptydowymi.

– Aminokwasy, podstawowy budulec żywych organizmów.

– Jesteśmy we flakach obcego? – zapytałem.

­– Fy faen. Lepiej tak niż odwrotnie – skonstatował Bjoern.

Nie wiedzieliśmy o co mu chodzi.

– „Ósmy pasażer Nostromo”? Ridleya Scotta też nie znacie? – zapytał zawiedziony, ale rozbawiony. Po raz pierwszy od dawna.

Hospes, hostis?

– To pewnie i tak przypadek. Będę na siłowni – oznajmiła Jess. Bez przekonania.

 

Zawędrowaliśmy zbyt daleko, żeby skontaktować się z kimkolwiek w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Albo w ogóle w jakimś sensownym czasie. Czekanie tygodniami na hipotezy innych załóg nie miało sensu. Wysłaliśmy depesze, ale tak naprawdę zostaliśmy sam na sam z niezwykłą galaktyczną zagadką. Tak ożywionej dyskusji nie prowadziliśmy od dawna:

– Myślicie, że te atomy są ze sobą powiązane jakimiś nieznanymi nam wiązaniami działającymi na duże odległości?

– Czy te elementy mogą przekazywać informacje mimo dzielącego je dystansu? W jaki sposób?

– Przez cząstki subatomowe? Promieniowanie?

I mimo, że były to w większości pytania retoryczne, nagle pokład Poznańczyka stał się bardziej kolorowy.

– Załóżmy, że to elementy budowy żywego organizmu. Czy „to” tylko egzystuje, czy, biorąc po uwagę rozmiary może, no wiecie, czuć? Myśleć? – zastanawiałem się na głos.

– Pytasz czy to kosmiczna ameba czy atomowy szympans? – upewniła się Jess – Nie mam bladego pojęcia czy to w ogóle „coś” jest. Może to zwykła kupka kosmicznego gruzu, którego pełno w tej części galaktyki. Nawet jeśli to pozostałość po multipleksie gwiezdnych rosomaków, nigdy tego nie udowodnimy.

– Nie – upierała się Victoriia. – Mogłoby tak być, gdyby to nie próbowało nawiązać z nami kontaktu. Próba jest osobliwa, bo wyrzuca ze swojej struktury pojedyncze atomy i cząstki subatomowe, bombarduje nas nimi. Niewątpliwie tworzą jakąś wiadomość.

– Wiadomość, której nie możemy zrozumieć. Czego potrzebujemy, Vic?

– Stworzyć własny wzór. Domowej roboty galaktyczny kamień z Rosetty.

 

Następne dni spędziliśmy właśnie na tym. Opracowaliśmy własny język cząstek i połączyliśmy go z uniwersalnym językiem matematyki. Wykorzystując przerobione działo elektronowe mikroskopu skaningowego, emitowaliśmy serie elektronów w kierunku, z którego odbieraliśmy najsilniejsze sygnały. Ukryliśmy w nich współrzędne najbliższych ciał niebieskich.

– To działa! – krzyk Victorii zerwał nas wszystkich na nogi.

– Odpowiada… – Jess nie wierzyła własnym oczom.

Chmurek, bo tak zaczęliśmy nazywać nasze odkrycie, odpowiedział serią cząstek, wystrzeliwanych w odpowiedniej kolejności i stosownych odstępach.

– To jego współrzędne względem najbliższego układu planetarnego! Brawo, Chmurek!

Wiedzieliśmy, że prawdziwy problem w porozumieniu się z tą spekulatywną formą… życia? Abiotycznej informacji?… dopiero przed nami. Jak zakodować abstrakcyjne pojęcia? Ludzkość, statek kosmiczny, życie. Jak, do cholery, spytać go o konkrety?

 

Helvetes – bluznął któregoś dnia Bjoern. – Vic, nie musisz już się głowić nad tymi futurystycznymi zaklęciami.

Białorusinka wczołgała się do centrum dowodzenia z dolnego pokładu, na którym znajdowało się nasze dormitorium (czyli dokładnie cztery hamaki na krzyż, jeden nad drugim). Spaliśmy teraz w nieregularnych odstępach, dzieląc się pracami nad tworzeniem języka, choć szło wyjątkowo opornie. Większość czasu spędzaliśmy na mostku, wpatrując się w odczyty z zewnątrz. Nawet posiłki spożywaliśmy przed panelami sterowania, zamiast w mesie. Zajadałem właśnie witaminowe puree, kiedy Bjoern zaczął kląć na czym Wszechświat stoi.

– Zwykłam nazywać to językoznawstwem, przekładem, albo… – odcięła się zaspana lingwistka.

– Albo pogawędką z kosmitą? Wygląda na to, że nasz E.T. jest sprytniejszy niż podejrzewaliśmy.

­– Co masz na myśli? – zapytałem, podnosząc wzrok znad tubki z owocowo-warzywnym przetworem.

– Odezwał się pierwszy. Skubaniec rozgryzł nasz sposób komunikacji. Wprawia elementy swojej struktury w drgania, emituje promieniowanie elektromagnetyczne o częstotliwości kilkuset herców.

Fale radiowe. Chmurek nawijał do nas przed radioodbiornik.

– Pokaż transkrypcje.

Kolejne dni były niezwykłe. Rozmawialiśmy z niewyobrażalnie odmiennym od nas, inteligentnym istnieniem.

Witajcie Poznańczycy. Dawno nikt nie wędrował. Cieszy mnie wędrówka.

Zasypywaliśmy je pytaniami. Ważnymi:

Kim jesteś? Skąd pochodzisz? Kiedy się narodziłeś? Czy jest was więcej? Jak długo istniejesz? Spotkałeś wcześniej Ziemian? Inne inteligentne rasy?

Stąd. Trwam. Jestem mną. Nie ma więcej. Długo. Dawno nikt nie wędrował. Cieszy mnie wędrówka.

I mniej poważnymi:

– Co lubisz… robić? Jaki jest twój ulubiony kolor (długość widma)? Jesz coś?

Nie zawsze się dogadywaliśmy, ale i tak cieszyliśmy się jak dzieci z każdej odpowiedzi. Byliśmy jak groupies czatujące ze swoim ukochanym wokalistą.

Lubię obserwować wędrówkę. Dawno nikt nie wędrował. Co to kolor? Jeść? Lubię wędrówkę. Dawno nikt nie wędrował.

Zaniedbaliśmy inne obowiązki.

I pewne sygnały.

Głodny.

– Jesteś głodny?

Lubię wędrówkę.

Potrafisz się przemieszczać? Odkąd cię znaleźliśmy nasz kurs się nie zmienia. Możesz zmienić kierunek, w którym podążasz?

Nie wędruję. Inni wędrują.

 

Po tygodniu uznałem, że więcej z niego nie wyciśniemy. Zaleciłem przygotowania do ostatniej hibernacji i powrotu na Ziemię. Z niezwykłymi wynikami.

– Komory nie działają. Nie mogę zmienić kursu. Odczyty z zewnątrz też zwariowały – wyliczał Bjoern. – Wygląda to tak jakby Chmurek się rozrastał, ale to niemożliwe.

– Może pobiera atomy z pobliskich chmur gazów, pyłów… – zaproponowałem.

– Sęk w tym, że w tej okolicy niczego takiego nie ma.

– To już nie nasz problem. Spróbuj zdiagnozować awarie i wracajmy wreszcie do domu. Ciekawe jak tam teraz jest…

Nie śpijcie. Wędrówka.

– Hold kjeft – ­zamruczał technik. Chyba nam wszystkim znudziło się już słuchanie o wędrówce.

Nie odpowiedzieliśmy, zabraliśmy się do diagnostyki Poznańczyka. Bjoern przydzielił zadania.

– Braki w poszyciu, promieniowanie kosmiczne przedostaje się do środka – oznajmiła Jess.

– Nadprogramowy ubytek paliwa – dodała Vic.

– Mech w złej kondycji – dorzuciłem od siebie.

Nie potrzebowałem do tej diagnozy skomplikowanej aparatury. Zielona ściana, która miała częściowo ochraniać nas przed szkodliwym promieniowaniem z zewnątrz, wyraźnie poszarzała.

Hestkuk! Łukasz, on nas pożera! – zrozumiał Bjoern.

Popatrzeliśmy na siebie z przerażeniem. Zaczęliśmy jeszcze intensywniej stukać w klawisze i dostrzegać kolejne problemy w aparaturze Poznańczyka. Chmurek znalazł jakiś sposób na rozbicie wiązań kowalencyjnych elementów aparatury statku. Rozrastał się, bo podbierał nam atomy. A my jak te osły słuchaliśmy o „wędrówce” i niczego nie zauważyliśmy.

­– Co teraz? Nie chcę już dłużej gadać z tym kosmicznym pasożytem. Wynośmy się stąd – poprosiła Jess, która do niedawna dałaby się pokroić za odkrycie, którego dokonaliśmy.

– Silniki pracują, możemy dotrzeć na Ziemię, ale będzie to wymagało paru modyfikacji, odłączenia niektórych zbędnych, energochłonnych systemów. Potrzebuję czasu, żeby to zrobić. Ale jeśli Chmurek daje będzie nas podgryzał to nic z tego nie będzie.

Wygląda na to, że czasami to, co tak bardzo chcieliśmy odnaleźć, okazuje się nas niszczyć.

– Jak powiedział Owidiusz: warto się uczyć i od wroga. Rozbabramy bebechy Chmurka, zanim od rozbabra nasze. Kto chętny na ostatni kosmiczny spacer?

 

Bjoern zajął się aparaturą. Jess postanowiła mu pomóc. Ja i Vic mieliśmy znaleźć się na zewnątrz.

– Ale co właściwie chcecie zrobić? Jak zabić coś co żyje, choć w ogóle nie powinno? – zastanawiała się Jess.

– Myślałem o tym wcześniej. Poszczególne elementy Chmurka muszą łączyć jakieś nieznane nam wiązania, działające na niesamowite odległości. To dlatego Chmurek potrafi myśleć i działać, a zwykła chmura gazu jest, cóż, bezmyślną chmurą gazu. Chmurek może jest inteligentny, ale nadal jest tylko rozproszoną materią.

– Chmurą gazu mówisz? Chcesz rozerwać skubańca wykorzystując rozszerzalność termiczną! – zrozumiał Bjoern. – Wiedziałem, że Polakom lepiej nie zachodzić za skórę.­

– Bingo, mój norweski przyjacielu! Skołuj nam wystarczająco dużą patelnię, żeby usmażyć tego gryzonia.

Nie róbcie. Wędrujmy razem. Lubię wędrówkę.

 

Nie mieliśmy dość ciekłego tlenu, by rozpętać Chmurkowi prawdziwe piekło. Ale mieliśmy pewien plan.

Wyskoczyłem ze śluzy zaraz za Vic. Popędziliśmy na drugą burtę Poznańczyka, niemal nie zwracają uwagi na to, czy poprawnie się przepinamy. Tam czekał już na nas otwarty właz ładowni i robotyczne ramię, obsługiwane ze statku przez Jess.

– Dawaj te graty – poleciłem.

Elektroniczny wysięgnik ożył i bezgłośnie skierował się po pierwszy element. Automat w próżni (niemal-próżni, mieliśmy w końcu Chmurka) był bezgłośny, ale w podświadomości słyszałem skrzypienie i trzeszczenie robotycznych stawów.

– Łap, Vic – przypomniałem, kiedy hak zbliżył się do niej na wyciągnięcie ramion.

Kolejny podzespół był dla mnie. Stopniowo montowaliśmy wszystko, co przygotowali dla nas Bjoern i Jess – baterię, antenę, system przesyłowy.

– Nie tak – usłyszałem głos Norwega. – Zamontuj oscylator pod kątem na tamtych pięciu trzpieniach. Świetnie. Jeszcze tylko spawanie.

– Kręci mi się w głowie – przyznałem.

– Spieszcie się, Chmurek czymś w was uderza, ale brakuje nam danych.

Zrobiłem miejsce dla Victorii. Kilka wprawnych ruchów i łączenia zalśniły metalicznie.

– To się nazywa DIY! – ucieszył się Bjoern.

Domowy, punkowy emiter mikrofal dużej mocy był gotowy.

– Wychyl działko pod kątem siedemnastu stopni, ustaw wyzwalacz i spadajcie stamtąd. Swobodne elektrony bombardują prawą burtę. Nie wiem jak ten hestkuk to robi, ale chyba nie podoba mu się nasz plan. Na szczęście osłony działają, wracajcie zanim wymyśli coś innego. Nie wiemy, co jeszcze potrafi od siebie oderwać i wyemitować. Nie chcę mieć na pokładzie dwóch Hulków.

Nawet nie pytaliśmy czym jest Hulk, gdy tylko podnośnik zamarł, a klapa ładowni zaczęła się zamykać, zawróciliśmy do śluzy.

Szybko wdrapaliśmy się na mostek. Jess i Bjoern wlepiali oczy w ekrany monitorujące działalność Chmurka.

– Przestał gadać. Emiter już działa. Gaz się rozprasza.

– Jak kondycja Poznańczyka? – spytałem. Miałem w nosie inteligentną chmurę atomów, zależało mi tylko na załodze.

– Sponiewierany, ale sprawny. Nie odbieramy już żadnych sygnałów. Obcy nareszcie się odpierdolił. – Bjoern po raz pierwszy zaklął we Wspólnym.

– Myślicie, że zabiliśmy tego atomowego nartnika? – spytała Jess.

– Może. A może tylko rozciągnęliśmy drania jak na kole tortur, przez co chwilowo nie jest w stanie się ruszać. Może po naszym odlocie, gdy temperatura spadnie, znów zacznie paplać o wędrówce?

– Skończcie już z tymi pytaniami. Zmywamy się. Jak tylko oddalimy się o kilka jednostek, zaczniemy przygotowania do hibernacji.

 

Zrobiło się tak gorąco. Czuł, że się rozpada. Potrzebował schronienia. Właz ładowni już się zamykał, ale wiedział, że wystarczy czasu, by przerzucić choć część siebie w bezpieczne miejsce. A później, atom po atomie, zacznie odzyskiwać chęć wędrówki.

 

Koniec

Komentarze

Nie bardzo do mnie dotarło, czym był Chmurek, ale opowiadanie czytało cię całkiem nieźle.

Czy słuszne jest moje wrażenie, że załoga Poznańczyka nie pożegnała się z Chmurkiem na zawsze?

 

za­uwa­ży­ła Vic­to­riia Pa­no­jo­to­wa… ―> Dlaczego podwójne „i”?

 

Ale to nie praw­da. ―> Ale to niepraw­da.

 

– Co to wszyst­ko zna­czy? – za­sta­na­wia­łem się. ―> Zastanawiał się, czyli myślał, a myśli to nie dialog i zapisuje się je inaczej.

Proponuję: Co to wszyst­ko zna­czy? – za­sta­na­wia­łem się.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

na nie­wi­dzial­nej mi­kro-per­ku­sji. ―> …na nie­wi­dzial­nej mi­kroper­ku­sji.

 

Nasze do­świad­cze­nie i Brzy­twa Ockha­ma su­ge­ro­wa­ły… ―> Nasze do­świad­cze­nie i brzy­twa Ockha­ma su­ge­ro­wa­ły

 

Ósmy pa­sa­żer No­stro­mo? Ri­dleya Scot­ta też nie zna­cie? ―> Tytuł filmy brzmi: Obcy – ósmy pasażer Nostromo”.

 

wzię­li­śmy się za dia­gno­sty­kę Po­znań­czy­ka. ―> …zabraliśmy się do diagnostyki Poznańczyka.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Do­mo­wy, pun­ko­wy emi­ter mi­kro­fal dużej mocy był go­to­wy. ―> Czy tu aby nie miało być: Do­mo­wy, pun­kto­wy emi­ter mi­kro­fal dużej mocy był go­to­wy.

 

– Wy­chyl dział­ko pod kątem 17 stop­ni… ―> – Wy­chyl dział­ko pod kątem siedemnastu stop­ni

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie bardzo przepadam za sci-fi, ale muszę przyznać, że zaprezentowałeś zajmującą, dobrze napisaną historię :) Podoba mi się idea kosmicznego pasożyta, funkcjonującego jako rozproszona materia, ale mimo wszystko obdarzony jest świadomością. Pomysł uznałem za oryginalny, ale może, przez wzgląd na to, że ze sci-fi nie jestem bardzo zaznajomiony, wcale taki nie jest :D Fajnie wyszły Ci dialogi, fajnie zarysowałeś postaci i ogólnie niewiele jest w tekście rzeczy, do których mógłbym się przyczepić. 

Na końcu odniosłem wrażenie, że opowieść ta nie została zamknięta. Czyżbyś zamierzał ją kontynuować?

Ponieważ lektura była przyjemna, kliknę Ci piątkę :D

@regulatorzy – tak, wrażenie jak najbardziej słuszne, Chmurek nie powiedział ostatniego słowa

 – dziękuję za wskazanie potknięć, poprawiłem z dwoma wyjątkami (nie powiedziane, że Bjoern musiał podać dokładny tytuł filmu oraz emiter miał być punkowy, nie punktowy – diy ;))

 

@AmonRa – cieszę się, że lektura była przyjemna :), szczególnie cieszę się z “fajnie zarysowanych postaci”, nie chciałbym żeby kosmiczne banialuki przysłoniły ludzi

 – zakończenie jest w istocie otwarte, ale bez planów kontynuacji, przynajmniej w tej chwili

Bardzo proszę, Nyctosaurusie. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

 

– zakończenie jest w istocie otwarte, ale bez planów kontynuacji, przynajmniej w tej chwili

Szkoda, bo jestem ciekawa, jak Churek poczynałby sobie w przyszłości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W pierwszym momencie pomyślałam, że to opko w stylu tułali się po Wszechświecie, wracają do domu, a domu nie ma ;) Cieszę się, że poszło to w innym kierunku :) Całkiem przyjemnie się czytało. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy kwestie science są poprawne, wierzę więc, że wiesz, co piszesz. Tym bardziej, że pomysł na Chmurka bardzo mi się spodobał.

Jedno mnie zastanawia, skoro załoga Poznańczyka nie znalazła w galaktyce śladów życia, nawet najmniejszych, nawet bardzo starych, to kto wcześniej odwiedził Chmurka. Bo w którymś momencie on mówi:

Dawno nikt nie wędrował.

Kliczek ode mnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

@Irka_Luz – dziękuję :). Co do wędrówki – dobre spostrzeżenie, ale pytanie pozostawiam bez odpowiedzi :)

Nowa Fantastyka