- Opowiadanie: Jim - Walentynkowe rozedrganie walencyjne o waleniach

Walentynkowe rozedrganie walencyjne o waleniach

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Walentynkowe rozedrganie walencyjne o waleniach

 

Dodatek B: Rozdział 377

 

Jak stwierdziliśmy w poprzednim rozdziale, są utwory apokryficzne, które jednak pewną świeżość zachowują, nie idą wytartą koleiną, nie starają się niewolniczo naśladować Mistrza.

Tutaj, w historii Rulfona, zobaczymy podejście zgoła odmienne. Autor do tego stopnia podąża za twórcą “Bajek…”, że wręcz plagiatuje największego z wielkich. Zresztą co ciekawe utwór, sam w sobie będący swego rodzaju plagiatem (co wykazał dobitnie S. K. Wysyn, patrz jego Antologia Podróbek i Niedoróbek, strona 20942), często jest przez naszych adeptów /NIECZYTELNE/

(…) by uniknąć świętokradczego kopiowania któregoś z Jego dzieł, zadowalając się kopiowaniem kopisty, rozwadnianiem dziesiątej wody po pożywce Baaah. Ostatnio pojawiły się głosy, by zabronić tej podwójnej wtórności, jednak tajne głosowanie nie przyniosło rozstrzygnięcia, a późniejsze /NIECZYTELNE/

(…) takiego podejścia pielgrzymów, z tym że każdy z piszących musi wcześniej jawnie zadeklarować, że plagiatuje Rulfona (ten tytuł występuje o wiele częściej, szczególnie po polemikach S. K. Wysyna i R. A. Amona odnośnie tytulatury, przypomnę, że Wysyn twierdzi, że cały ten tytuł o waleniach i walentynkach jest tylko pustą i pozbawioną sensu grą słowną) /NIECZYTELNE/ i uzyskać zgodę dowództwa danej pielgrzymki.

Sam utwór jest do bólu przewidywalny i wtórny. I to wtórny wielokrotnie (patrz rozprawkę protektora M. E. Młany pt. „Kim był Andersen albo Anderson?”, gdzie rozważa najpierw /NIECZYTELNE/ była synem – na co wskazuje cząstka sen/son, a następnie mimo odrzucenia hipotezy o realnym istnieniu Andersena/Andersona i tak zwanych Braci Grin/Grim/Grincz, czy Sła/NIECZYTELNE/ – wykazuje niezbicie, że historia była powszechnie znana w chwili jej opowiedzenia).

Skąd więc jej taka popularność wśród młodych?

Streśćmy fabułę, by udowodnić, że nie ma nic w niej zaskakującego: „Walentynkowe rozedrgania…” to klasyczna, płaska i liniowa historia zbyt dumnej księżniczki (tu, ściślej: arcyksiężniczki), której pycha zostaje ukarana /NIECZYTELNE/

Nim jednak przejdziemy do przedstawienia naszej hipotezy, czemu ten jakże nieoryginalny i niedopracowany warsztatowo utworek zdobył – zupełnie niezasłużone – miejsce /NIECZYTELNE/ przedstawmy sam omawiany tekst w wersji pierwotnej, kanonicznej:

 

 

Walentynkowe rozedrganie walencyjne o waleniach

 

Dawno, dawno temu, za siedmioma mgławicami i dwunastoma obłokami pyłowymi, w zapomnianych okolicach gdzie (jak twierdzą symformatronicy) daemon mówi szotdałn, w bezecnym i przeciwnym naturze wielokrotnym układzie, krążyła po skomplikowanej zgoła nieeliptycznej, ekscentrycznej, a nawet można rzec – epileptycznej orbicie planeta skalista Bezuria. Zwana tak, gdyż u zarania czasu, straszne plemię uranożerców każdy najmniejszy atomek uranu z niej wyssało i taką przeżutą na zimne galaktyczne bezdroża wypluło.

Planetą tą władał roboksiążę niezbyt bogaty, ale nie za biedny również. Zwał się Rulfon Czterdziesty Trzeci. Miał on syna, Rulfona Czterdziestego Czwartego, który zasłynął w tysiącu przygód swą odwagą, która szła z rozwagą w parze. Jak również z powagą i z uwagą, ale to wtedy by już była czwórka a nie para, a wiadomo, że wszystko co parzyste, binarne jest o wiele wyższej wagi, niż plebejska poczwórność. Do tego po dziś dzień w elektrowniach turbiny para napędza, co źródłem są życiodajnego prądu. Stąd para i wzniosłość i energiczność oznacza.

A trzeba wiedzieć, że niezwykłym jest by była to para zgodna – zazwyczaj wzniosłość z energicznością się kłóci, a energiczność ze wzniosłością swarzy. Bo wielu młodych rozsądek gubi, gdy statystykę brawury podniesie. Jednak w przypadku Rulfona Czterdziestego Czwartego było zgoła inaczej. Młody księżyc rozum z nieustraszonością potrafił pogodzić. Rycerskim kunsztem przewyższył najznamienitszych cyberbaronów i elektrycerzy, a pomyślunkiem najwspanialszych fazoczytaczy, prądniwców i robozofów. Nic dziwnego więc, że jak galaktyka długa i szeroka – każda piękna panna do niego wzdychała.

Gdy przeminął ostatni świadomy takt elektronomózgu Rulfona Czterdziestego Trzeciego, Rulfon Czterdziesty Czwarty ojcu pogrzeb zarazem skromny jak i godny wyprawił, a ćwierć galaktyki na znak żałoby, widma swych gwiazd obniżyła do połowy. Młody książę sam jeden na swych barkach trumnę ojca w wysokie, niedostępne góry wzniósł, a na grobowcu nasienie przedkwiatu ezuru zasiał.

Mijały dni, miesiące i lata, a młody Rulfon Czterdziesty Czwarty rządził Bezurią szczęśliwie i mądrze. Kraina spływała polem skalarnym i wektorowym, a każdy nawet najmniejszy robotariusz żył co prawda skromnie, ale znośnie. Nic nie mąciło błogiej prosperity skalnej planetki. Wydawało się, że oto nadeszły czasy dostatku i porządku i będą trwały wiecznie.

I pewnie byłoby tak, gdyby nie książęce radioteleskopy i nadgorliwi radioprobiarze. Jeden z nich zaniósł do pałacu księcia konterfekt, który z galaktycznych szumów wyłowiły uszy planety. Była to podobizna przepięknej cesarskiej córki – boskiej Kalkulii.

Od tego czasu Rulfon ani oka nie zmrużył. Zapałał do arcyksiężniczki afektem tak gorącym, że prawie przepalił mu obwody.

Biednego Rulfona nie cieszyły już najpiękniejsze wyładowania plazmowe, dyski akrecyjne dziur czarnych, ani błyski promieniowania gamma z hipernowych pobliskich, ani nawet kąpielie bitowe, które mu gotowali wierni poddani.

Zachodziły mgłą melancholii jego kwantoprocesory. Mgłą tak mocną, że wśród szesnastu milionów siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu tysięcy dwustu szesnastu książęcych rdzeni pięć milionów popadło w romantyczne przeciążenie. Zaświeciły się upiornymi mesydżami wszystkie jego kolejki utraconych wiadomości i niemal pewnym stał się szotdałn całego jestestwa.

Na szczęście Rulfon był roboksięciem czynu i włączywszy piątej generacji garbadżkolektory na pięćset procent mocy wziął się w garść do kwadratu, sześcianu i potęgi entej. Nagłym mykiem, mizgiem, poślizgiem, całą Bezurię obskoczył. Zebrał co planeta miała najlepszego. A miała sporo!

Złowił więc zmysłowika polarnego, co ślicznym trelem wywoływał różnobarwne zorze. Przyczaił się na porybę welurowelonową, co pływając w amoniaku wzory fraktalne wyczarowywała i wreszcie wspiął się w najwyższe górskie pasma, po przedkwiat ezuru o zapachu całego multiwersum z grobu własnego ojca.

„Dobra nasza” – pomyślał władca Bezurii – „trzeba by mieć serwomotor z kamienia, by nie wzruszyć się przedkwiatem, porybą czy zmysłowikiem. A co dopiero wszystkimi trzema naraz!”

Tak myśląc, galowy strój założył, miecz lśniący przypasał, płaszczem z tysiąca zórz się przystroił. Planetę w rękach wiernego zarządcy zostawił, a sam wskoczył ze swym oddanym kamerdynerem-zabójcą, w rakietę zaklętą, co śmigłość miała nadświetlną i do centrum Imperium Mechanaladzkiego pomknął.

 

* * *

 

Po dotarciu na cesarską planetę roboksiążę poprosił o audiencję na dworze. Miał nasz junak szczęście: akurat interesantów było stosunkowo niewielu. Na liście oczekujących uzyskał szlachetny Bezuryjczyk miliard siedemnaste miejsce.

Jednak nawet tak nieodległe miejsce nie usatysfakcjonowało roboksięcia. Swym nadprzeciętnym mózgiem elektronowym okiełznał prawdopodobieństwo przyszłych zdarzeń. Wyszło mu jak dwa plus dwa daje cztery, że nim doczeka się swojej kolei, cesarzówna zostanie wydana za mąż.

Nie był Rulfon Czterdziesty Czwarty dość bogaty by łapówkami przekupić urzędników cesarskich. Nie był też dość szalony by arcyksiężniczkę próbować porwać ze strzeżonego milionową gwardią pałacu. Nie można było też liczyć na to, że kamerdyner-zabójca wyeliminuje niepostrzeżenie wszystkich miliard szesnastu oczekujących.

Na szczęście, nasz roboksiążę odznaczał się sprytem i mądrością.

Wyświadczając różne przysługi, zdobywając najściślej strzeżone informacje i przekazując je odpowiednim osobom, wkrótce zyskał potężnych sprzymierzeńców. Co prawda naraził się też wielu cybermożom, zyskując równie potężnych wrogów… Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż ci znikali w niewyjaśnionych okolicznościach i nikt po nich nie rozpaczał. A co ważniejsze: nikt, nigdy nie udowodnił, że kamerdyner-zabójca miał z tym jakikolwiek związek.

Rulfon stanął przed obliczami cesarza, cesarzowej i cesarzówny, o wiele wcześniej, niż można by przypuszczać. Cesarz przychylnym okiem patrzył na władcę Bezurii, dużo dobrego słysząc o nim od swych dworzan i doradców, którzy mu przedstawili macierzystą planetę księcia jako zasobną i w strategicznym rejonie położoną. Każda z dam dworu wzdychała dyskretnie do przystojnego, szlachetnego młodzieńca, opromienionego sławą, która go o całe lata świetlne wyprzedzała. Cesarzowa wzruszyła się, niemal matczynymi obdarzając go uczuciami, na myśl, że przecież w tak młodym wieku ojciec go osierocił. Wzburzyła się wspomnieniem tej smutnej historii tak wielce, że musiano ją cucić i wachlować rozszczepionym w pryzmacie widmem świateł tysiąca gwiazd.

Jednak gdy Bezuryjczyk zgodnie z protokołem rozpoczął tradycyjną procedurę córprzetargową, cesarz twardo odpowiedział, że jeśli chce się starać o rękę arcyksiężniczki Kalkulii, musi olśnić dwór darami, jakich do tej pory nikt tutaj nie widział.

Rulfon Czterdziesty Czwarty był na to przygotowany. Wszak właśnie po to ze swej planety największe niezwykłości przywiózł. Ukłonił się więc najdworniej, uśmiechnął się najbardziej uroczo i wyciągnął zza swego krystalopancerza zmysłowika polarnego.

Zmysłowik śpiewając rozświetlił salę audiencyjną wszystkimi widzialnymi i niewidzialnymi barwami. Sama cesarzowa zapomniała o niedawnym smutku, biła brawo i cieszyła się jak świeżo zmontowane robodziecko. Cesarz wzruszył się tak, że z okolic fotoreceptorów kilka kropel płynu konserwującego uronił. Dwórki i dworzanie milczeli w niemym zachwycie. Kalkulia zaś, choć z początku zwierzęciem zachwycona, gdy tylko dowiedziała się, że zmysłowik jest stworzeniem naturalnym, a nie automatem artyfaktycznej robosztuki konstruktorskiej – całkiem na jego trele zobojętniała. W istocie nic z tego co przez siły natury lub nietechnologiczną magią ożywione zostało ją nie interesowało.

Nie wiedział o tej skazie w spostrzeganiu arcyksiężniczki nasz roboksiążę, więc by wrażenie większe uczynić, rozkazał swemu kamerdynerowi-zabójcy wnieść ogromne akwarium z amoniakiem.

W tymże akwarium poryba welurowelonowa pływała. Poryba zdawała się swym kształtem, powabem i gracją ruchów wychodzić poza przyrodzony czas i przestrzeń. Zaklaskali na ten widok cesarz i cesarzowa, zaklaskały dwórki i dworzanie, zaklaskała i sama arcyksiężniczka – wszyscy wesołością nagłą zdjęci. Arcyksiężniczka Kalkulia aż ze swojego tronu zbiegała i wskazując na wzory ponadskończonowymiarowe, które stworzenie w niepojęty sposób wyczarowywało – spytała – "Jak ta zabawka jest zbudowana? Z jakich trybików i jakich sprężyn? Zaraz wyciągnijcie ją i pokrójcie, chcę wiedzieć co ma w środku, jaki to mechanizm!"

Nim roboksiążę zdążył zaprotestować porybę wyciągnięto i posiekano. Arcyksiężniczka skrzywiła się z obrzydzeniem i wracając na swój tron rzuciła tylko jeszcze "Paskudztwo!".

Rulfon bez większej już nadziei wyciągnął i na środku sali audiencyjnej postawił przedkwiat ezuru, jedyny taki w galaktyce, który przyniósł z grobu własnego ojca. Zaraz cały pałac przesiąknął eterycznym zapachem, który niósł ze sobą wizję transcendencji. Sensory chromatografów gazowych u wszystkich zgromadzonych wyraźnie wyczuły woń wieczności, a chemreceptory dodały do tego posmak nieskończoności niepoliczalnych i niebanalnych miejsc zerowych równania multiwersum. W elektronomózgach pojawiły się wizje światów równoległych i prostopadłych, Wszechświatów zamieszkałych i niezamieszkałych, młodych i starych, kwitnących i rozwijających się, jak i w nagłe osobliwości zapadłych lub inflacją rozdartych.

Jednak gdy i o tym prezencie cesarzówna się dowiedziała, że to nie twór sztuczny a efekt ewolucji, nakazała biednego roboksięcia wraz z jego kamerdynerem z pałacu wyrzucić. Cesarzowej serwomotor zadrżał w nagłym zwątpieniu i smutku, cesarz platynową twarz nasrożył, ale cóż było zrobić. Decyzję arcyksiężniczki zaakceptowali – przecież nie będą nadszarpywać autorytetu innego członka rodziny cesarskiej, a w szczególności własnej córki!

Tak srodze będąc potraktowanym przez Kalkulię, Rulfon przez dłuższą chwilę zamknął się w sobie, prawie wszystkie wątki w roztrząsaniu problemu zawiesił, czy lepiej wywołać procedurę autodestrukcji, czy kamerdynerowi-zabójcy rozkazać się zabić, czy może rozpocząć rekurencyjne kasowanie danych, do kompletnej amnezji prowadzące.

 

* * *

 

Rulfon typem samobójcy nie był i szybko wieszające się wątki poubijał, przy pomocy dietyloamidu kwasu D-lizergowego i etanolu.

Z okrzykiem: „Transformagratatacja!”, w huku i błysku przetransformował siebie i kamerdynera-zabójcę w istoty zgoła odmienne. Piękne stroje morfował w ubogie szaty. Błyszczące lśniącym metalem twarze pod rdzą ukrył. Słowem w graty pięknych robotowdzięców przemienił.

Tak oszpecony do cesarskich poddworskich maszynowni zapukał, by o pracę najpodlejszą, ale jak najbliżej dworu poprosić. Długo trwały te podchody, bo znaleźć robotę u cesarza niełatwo, jednak w końcu udało mu się dostać posadę prostego dronopasa, a kamerdyner został dronopaso-pomocnikiem.

Książę cały dzionek pracował, a wieczorem stanął przed deską kreślarską, kilkoma ruchami rajszyny, krzywika i pantografu schemat cudowny wyczarował, który zaraz we dwóch zaczęli konstruować. Był to grawerowany cybersagan termojądrowy przedniego kunsztu, obszyty głośnikami, chłodzony rtęcią. Gdy w cybersaganie zachodziła nukleosynteza, jego głośniki wygrywały starą pieśń:

 

Ach, kochany Augustynie,

Entropia cię nie ominie!

 

Ale nie to było największą sztuką cybersaganu. Wystarczyło nad nim potrzymać palec, by zajrzeć do dowolnego domostwa planety, by podejrzeć i posłyszeć co poddani gotują.

Pewnego razu, gdy arcyksiężniczka poszła ze swymi damami dworu na spacer, usłyszawszy melodię cybersaganu (jedyną, którą sama potrafiła grać na keybawikordzie) zaklaskała w ręce z radości i wysłała jedną z dwórek by sprawdziła skąd dochodzi ta cudna muzyka.

Gdy dwórka wróciła z wieścią, cesarzówna wysłała ją znowu z rozkazem:

– To musi być bardzo wykształcony dronopas, skoro coś takiego skonstruował. Wypytaj go, ile chce za to cudowne urządzenie i wracaj tu prędko!

Dwórka spytała więc przebranego księcia, co chce za cybersagan, a ten odrzekł jej:

– Szesnaście pocałunków arcyksiężniczki!

– Ale tak się nie godzi! – zakrzyknęła dama dworu – Co ty sobie wyobrażasz, durny dronopasie!

– Szesnaście i ani jednego całusa mniej!

I nie dał sobie wytłumaczyć i kazał swą ofertę słowo w słowo przekazać. Tak też dwórka zrobiła.

Arcyksiężniczce aż diody czerwienią zaszły z wściekłości:

– Ależ to oburzające! Jak on śmie!

I szybko cesarzówna odeszła a za nią jej dwórki. Jednak gdy tylko przeszła parę kroków dogonił ją cudowny dźwięk głośniczków cybersagana:

 

Ach, kochany Augustynie,

Entropia cię nie ominie!

 

– Mam pomysł! – powiedziała arcyksiężniczka – spytaj go, czy nie wystarczy mu szesnaście pocałunków, moich szesnastu dam dworu…

– Ale my nie chcemy całować zardzewiałego, brudnego dronopasa! – wykrzyknęły damy.

– Cicho! Zrobicie, co wam każę… inaczej na części zamienne oddam…

Dwórka pobiegła więc do dronopasa, ale ten był nieugięty:

– Piękne są niewątpliwie damy dworu, ale dziękuję. Albo szesnaście pocałunków samej arcyksiężniczki, albo nici z cybersagana!

– Co za uparciuch!! – wykrzyknęła cesarzówna, jak tylko się o tym dowiedziała i pospiesznie poszła dalej, a dwórki za nią. Ale znów ją dognała cudowna melodia.

– A niech tam… Zasłonicie mnie i nikt nie zauważy, a ja dostanę swój cybersagan…

I tak też zrobiły.

 

* * *

 

Następnego dnia dronopas zmajstrował digitachotkę harmoniczną, która najnowsze przeboje z całej galaktyki zbierała, odgrywała, a nawet na ich podstawie komponowała lepsze i bardziej w ucho wpadające.

– Ach, muszę to mieć, co to tak ślicznie gra… idźcie spytajcie dronopasa, co chce za tę nową zabawkę… ale mowy nie ma o żadnych całusach!

I pobiegły dwórki spytać dronopasa (który w istocie był przebranym roboksięciem), co chce w zamian za swą digitachotkę harmoniczną. Jednak dronopas rzekł bezczelnie i upierał się przy swoim:

– Nie mniej jak dwieście pięćdziesiąt sześć całusów księżniczki. I ze swego nie ustąpię.

Próbowały go przekonywać, nic to nie dało. Cesarzówna co rusz je z nowymi propozycjami wysyłała, obiecując co mu damy dworu dać mogą, jednak dronopas był nieugięty. W końcu arcyksiężniczka na targ ten przystała.

– Ustawcie się tak, by mnie nikt nie widział! – powiedziała tylko do dwórek, a te ustawiły się wokół, zasłoniły ją i liczyły całusy, by rdzawy dronopas nie dostał ich przypadkiem za dużo.

Zbiegowisko to zauważył cesarz. Kazał się zaraz tam prowadzić, ciekaw co to tak nagle damy dwory robią w okolicach dronohangarów. Nakazał, by się skradać w wielkiej ciszy, by nie spłoszyć dwórek.

Jakież było jego zdumienie i oburzenie, gdy zobaczył całującą się parę!

– Co to ma znaczyć? Czyż córko nie masz najmniejszego szacunku dla cesarskiego rodu? Wzgardziłaś najwspanialszymi z książąt, a teraz obściskujesz się i obcałowujesz ze rdzewiejącym, przegniłym dronopasem?!

– Ale ojcze… on takie cuda umie…

– Milcz! O tych bezeceństwach nawet słyszeć nie chcę!! – zawołał gniewnie cesarz – Ze skutkiem natychmiastowym zostajesz wygnana z dworu, i twój dronopas i jego pomagier także. Straże! Wyrzucić ich!

– Ale tato… jestem twoją córką…

– Od dziś już nie ma córki w cesarskiej rodzinie… Idź precz! Nie znam cię i znać nie chcę!

I tak arcyksiężniczka, dronopas i jego pomocnik wyrzuceni zostali poza obszar pałacu.

– Cóż ja biedna teraz uczynię? – spytała arcyksiężniczka.

– Możesz zostać moją żoną – odparł przebrany książę.

– Twoją? Zwykłego dronopasa? Wolę umrzeć!

Rulfon Czterdziesty Czwarty prychnął gniewnie na te słowa i oddaliwszy się ze swoim kamerdynerem-zabójcą, „Transformagracja!” zakrzyknął. I wśród wizualnych efektów wielce niebanalnych, tudzież głosów robonielskich i trąb rymcykbumcykchońskich z gratów w istoty pełne gracji swego sługę i siebie transformował. Jeszcze na koniec tylko dla poloru za pomocą szczotki drucianej i szmaty, do świetlanej chwały i promieniejącego majestatu swą książęcą osobę przywrócił.

Następnie w stronę kosmoportu się udał, przechodząc obok wygnanej arcyksiężniczki. Ta w nim księcia, którym tak wzgardziła rozpoznała, nie dostrzegła jednak w nim dronopasa, myśląc więc, że jeszcze ma nadzieję na odmianę losu do kolan się mu rzuciła mówiąc:

– Przepraszam książę, żem cię w pierwszej chwili odtrąciła, jednak nie mogę dłużej ukrywać, mój serwomotor od pierwszej chwili drgnął na twój widok i do ciebie tylko należy, a jeśli zechcesz to i moja ręka…

– A co mi po twoim serwomotorze z kamienia i twojej ręce, którą przed chwilą byle zardzewiałego dronopasa dotykałaś, byle zabaweczkę nową zdobyć? Wzgardziłaś porybą, zmysłowikiem i przedkwiatem z grobu mego własnego ojca, to i ciebie jedynie wzgarda czeka…

To mówiąc książę ciężkim żelaznym butem ją odtrącił, i do kosmodromu pobiegł. Tam w rakietę zaklętą, co śmigłość miała nadświetlną wskoczył i na rodzinną Bezurię się udał, a do stolicy Imperium Mechanaladzkiego już żaden bezurski książę nigdy nie przybył. By nikt błędu księcia nie popełnił, tenże na szlaku bezursko-mechanaladzkim olbrzymiego gigamecha ustanowił, który po dziś dzień tam przelatujących w jedną czy drugą stronę z drogi zawraca.

A wygnana arcyksiężniczka pozostała z cybersaganem i digitachotką harmoniczną, które razem jak na szyderstwo wygrywały jej teraz:

 

Ach, kochany Augustynie,

Entropia cię nie ominie!

………………………………………………………………………………………………

KONIEC

 

 

 

 

 

Jak widać Walentynkowe rozedrganie walencyjne o waleniach wieje nudą. Nie zaskakuje niczym, nijak nie nagradza za trud czytelnictwa. Tekst nijaki i drętwy. Czemu więc na stałe zagościł najpierw w świadomości pielgrzymów, potem w opracowaniach, by wreszcie znaleźć się w programie nauczania (co prawda poza podstawą programową? (…)

 

Nota edytorska:

Niestety nie wiemy, co twórcy opracowania chcieli nam przekazać, bo Dodatek B: Rozdział 377 w tym momencie się urywa a próby dopasowania do niego kolejnych zapisów jak na razie spełzły na niczym. Istnieją również podejrzenia, że cały Dodatek B jest jedną wielką mistyfikacją i że tak naprawdę pielgrzymki nigdy się nie odbywały i też nie było całej literatury okołopielgrzymkowej… ale ponieważ poświadczeń podróży z tamtego okresu mamy aż nadmiar (mimo, że chityna uczestników już dawno się rozpadła w proch), trudno uwierzyć, by wszystkie one miały być jednym wielkim humbugiem. To już można zdecydowanie między teorie spiskowe i fantastykę włożyć.

 

 

 

Koniec

Komentarze

O panie, jakie to było dobre :) Bardzo spodobała mi się bajka zamknięta w takiej formie, Twoja zabawa słowem, sprawne posługiwanie się ironią. Motyw oklepany z każdej możliwej strony, ale opowiedziany w taki sposób, że czytałem z uśmiechem na ustach. Zadowolony, że arcyksiężniczka Kalkulia otrzymała zasłużoną nauczkę, przystąpię teraz do wskazania wyłapanych nieścisłości i wpadek.

 

Autor (tutaj bardzo dużo treści w nawiasie) do tego stopnia podąża, że wręcz plagiatuje największego z wielkich.

Podąża za czym? ;P Należałoby albo coś tutaj dodać, albo zmienić słowo. 

 

rozwodnianiem dziesiątej wody po pożywce Baaah

Rozwadnianiem, zgodnie z tym. 

 

Kalkulia zaś, choć z początku zwierzęciem zachwycona, gdy tylko dowiedziała się, że zmysłowik jest stworzeniem naturalnym, a nie automatem artyfaktycznej robosztuki konstruktorskiej – całkiem na jego trele zobojętniała. W istocie tylko to co przez siły natury lub nietechnologiczną magią ożywione ją interesowało.

Tutaj może po prostu się zgubiłem, albo czegoś nie zrozumiałem, ale księżniczka chyba właśnie gardzi tym, co siłami natury zostało ożywione? :P Z drugiego zdania wynika coś innego.

 

Ta w nim księcia, którego tak wzgardziła rozpoznała

Którym tak wzgardziła.

 

Mam również wrażenie, że tu i ówdzie brakuje przecinków, ale po pierwsze w obliczu tak dobrej treści mi to wcale nie przeszkadzało, a po drugie lepsi ode mnie na pewno z tym pomogą :)

Ponieważ portal ten wbrew odwiecznym prawom nie przyznał jeszcze wielkiemu Ra przywileju polecania tekstów do Biblioteki, nie mogę w ten sposób wyróżnić Twojego tekstu, ale mogę napisać, że solidna robota i kliknąć szóstkę ;) Bardzo mi się podobało. 

O dzięki o przedwieczny a ukryty boże! Jedną z wyłapanych przez Ciebie paści tego utworu me śmiertelne oko dostrzegło jeszcze przed Twym komentarzem:

 

Tutaj może po prostu się zgubiłem, albo czegoś nie zrozumiałem, ale księżniczka chyba właśnie gardzi tym, co siłami natury zostało ożywione? :P Z drugiego zdania wynika coś innego.

 

i poprawiłem to już tuż przed Twoim przybyciem, ale oko niebianina widzi o wiele szerzej i na wskroś. Z nabożnym więc uniesieniem, resztę spieszę poprawiać!

 

Ponieważ portal ten wbrew odwiecznym prawom nie przyznał jeszcze wielkiemu Ra przywileju polecania tekstów do Biblioteki

 

Też tego nie rozumiem jak można tak ukrzywdzić wielkiego @AmonRa!

 

Ale jestem dobrej myśli, bo jak mówi stare przysłowie, jak Bóg z nami, to któż przeciw nam?

entropia nigdy nie maleje

Dzień doberek. 

 

Jak widać Walentynkowe rozedrganie walencyjne o waleniach wieje nudą. Nie zaskakuje niczym, nijak nie nagradza za trud czytelnictwa. Tekst nijaki i drętwy.

→ Niestety muszę się zgodzić. 

Tekst mnie zmęczył ze względu na formę w jaki został zapisany. Bardzo często występują w nim długie zdania, z masą zaimków:

Ta w nim księcia, którym tak wzgardziła rozpoznała, nie dostrzegła jednak w nim dronopasa, myśląc więc, że jeszcze ma nadzieję na odmianę losu do kolan się mu rzuciła mówiąc:

 

To mówiąc książę ciężkim żelaznym butem ją odtrącił, i do kosmodromu pobiegł. Tam w rakietę zaklętą, co śmigłość miała nadświetlną wskoczył i na rodzinną Bezurię się udał, a do stolicy Imperium Mechanaladzkiego już żaden bezurski książę nigdy nie przybył.

→ Dziwnie czyta się niektóre zdania. W pierwszym wstawiłbym jakiś przecinek, bo czytając to na jednym tchu… no nie za bardzo. “Mówiąc to, książę…” W tekście często gubiłem się w zdaniach podobnymi do tego. 

→ I drugie – często w jednym zdaniu pojawia się kilka tego typu nazewnictw, a przynajmniej mi w odbiorze tekstu to przeszkadza. 

 

Ciężko się brnęło przez ten tekst. W połowie chciałem odpuścić, jednak dałem radę. Nawet gdyby fabularnie bardziej mnie porwało, to przy takiej formie zepsułoby mi to zabawę. Wiem, taka miała być forma, jednak do mnie kompletnie nie przemówiła. 

 

Na liście oczekujących uzyskał szlachetny Bezuryjczyk miliard dwanaście milionów dwieście tysięcy siedemnaste miejsce. 

→ Między innymi też takie zdania jakoś wybijały mnie z rytmu, gdyż kilkukrotnie w tekście się pojawiają – chodzi o te liczby. 

Mgłą tak mocną, że wśród szesnastu milionów siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu tysięcy dwieście szesnastu książęcych rdzeni pięć milionów popadło w romantyczne przeciążenie.

→ Po którymś razie już mi się zaczęło nudzić ;/ 

 

Dużo też powtórzeń, co spowodowane jest przez długaśne zdania:

Ukłonił się więc najdworniej, uśmiechnął się najbardziej uroczo i wyciągnął zza swego krystalopancerza zmysłowika polarnego.

Cesarz przychylnym okiem patrzył na władcę Bezurii, dużo dobrego słysząc o nim od swych dworzan i doradców, którzy mu przedstawili macierzystą planetę księcia jako zasobną i w strategicznym rejonie położoną. Każda z dam dworu, wzdychała dyskretnie do przystojnego, szlachetnego młodzieńca, opromienionego sławą, która go o całe lata świetlne wyprzedzała.

→ Dwa zdania, dwa którzy/która.

 

Interpretoferon bez większej już nadziei wyciągnął i na środku sali audiencyjnej postawił przedkwiat ezuru, jedyny taki w galaktyce, który przyniósł z grobu własnego ojca. Zaraz cały pałac przesiąknął eterycznym zapachem, który niósł ze sobą wizję transcendencji.

Tego jest więcej. Wydaje mi się, że gdyby zdania nie były takie przydługaśne, to większości można było by uniknąć. 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

NearDeath, dzięki za odwiedziny i szczegółowe wytknięcie słabych miejsc. Muszę się zastanowić, jak to zmienić bez unicestwienia stylizacji tekstu. Jak coś wymyślę, to pewnie te zdania jakoś potnę na mniejsze, bo rzeczywiście tak długie potworki ciężko się czyta.

 

Ciężko się brnęło przez ten tekst. W połowie chciałem odpuścić, jednak dałem radę. Nawet gdyby fabularnie bardziej mnie porwało, to przy takiej formie zepsułoby mi to zabawę. Wiem, taka miała być forma, jednak do mnie kompletnie nie przemówiła. 

 

Tym bardziej dziękuję za poświęcenie jakie wykazałeś czytając od deski do deski.

 

Poczekam jeszcze chwilę na ewentualne opinie i chyba zamknę tekst do szuflady. Poddam gruntownym zmianom. Może na walentynki 2022 będzie lepszy ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

Fajne słowotwórstwo, z Lemem się kojarzy. I wszystko grałoby jak ta Lala, tylko dlaczego ta środkowa część, to w zasadzie idealna kopia Świniopasa H.C. Andersena? Podrasowana konwencją space opery, tymi wszystkimi digitachotkami albo innymi cybersaganami, a także zupełnie niepotrzebną postacią kamerdynera-zabójcy, który w zasadzie nie pełni w tekście żadnej roli.

Co ja moge napisać, oprócz tego, że lubię Świniopasa, bo to klasyczna, płaska i liniowa historia zbyt dumnej księżniczki (tu, ściślej: arcyksiężniczki), której pycha zostaje ukarana.

A u Ciebie z kolei jest to klasyczna, płaska i liniowa historia zbyt dumnej księżniczki (tu, ściślej: arcyksiężniczki), której pycha zostaje ukarana.

Co zaś do tego wstępu, z raportu jakiegoś, to nie wiem co o nim myśleć :/ Jedyna jego funkcja jest taka, że ma naprowadzić niezorientowanego czytelnika na to, co zostało skopiowane?

Notą edytorską pogrywasz trochę jak Danielewski w “Domu z liści”, ale na mniejszą skalę. A ja nie do końca rozumiem czym jest ta gra. Rozedrzesz zasłonę interpretacji tej notki edytorskiej?

Może nawet mógłbym strzelić jakąś interpretacją, ale tak naprawdę, to myślę, że to byłaby seria w ciemność.

 

Pozdrawiam

Q

 

Known some call is air am

Outta Sewer Dzięki za komentarz! Niestety “Domu z liści” nie znam, więc się nie wypowiem, czy to ten sam zabieg.

Co do interpretacji, nauczony przykładem Hibakuszy, tym razem się nie będę wzbraniał.

Tak naprawdę historia arcyksiężniczki tu jest zupełnie nieważna, co wydawało mi się, że dostatecznie zasygnalizowałem. To, że “zerżnąłem” Świniopasa, a gdyby ktoś nie zauważył to jeszcze to napisałem, właśnie temu służy. Bo tu prawdziwy sens jest nie w tekście, a poza tekstem – oczywiście odwołuję się tu do wielu rzeczy, odsyłam wprost i nie wprost – nie tylko do Andersona i Lema, cieszę się, że u Ciebie zagrało coś, czego w umyśle swym nie miałem (bo jak wspomniałem – Danielewskiego nie znam)… ale jest tam coś jeszcze… i może za bardzo to ukryłem.

Ponoć Umberto Eco pierwszych sto stron Imienia Róży napisał by odsiać idiotów – ja do Eco mam daleco, a nawet do Deco Moreno do pięt nie sięgam, więc wolę stosować starą zasadę Pareto – 80% rzeczy ma być w tekście na wierzchu, jak najbardziej łatwo dostępne. Natomiast 20% to dla tych wgryzaczy bardziej.

Oczywiście jest tu szkatułka. Szkatułka w szkatułce.

Kiedyś to co się tu dzieje pewnie całkiem rozjaśnię – być może zupełnie innym opowiadaniem – bo chyba za bardzo poszedłem tu w światotworzenie, a za mało – w “dzianie się” – a dopiero co, sam za to kogoś ganiłem :)

entropia nigdy nie maleje

Powiedz mi tylko, lub zasugeruj, czym jest pielgrzymka? Bo podejrzewam czym, ale nie podoba mi się interpretacja, jaką musiałbym przyjąć gdyby rzeczywiście była tym, czym podejrzewam, że jest. To, mówisz, jest szkatułka i jest w niej coś jeszcze, co, obawiasz się, zbyt głęboko ukryłeś. Może jestem paranoik, ale uważam, że wsadziłeś w tę szkatułkę detonator, a to, co piszesz, że jest poza tekstem, to ładunki wybuchowe, które znalazłeś na NF i zaopatrzyłeś w zapalniki.

Known some call is air am

Tak. No cóż, nie spoilerując innym mogę Ci odpowiedzieć, że o ile dobrze zrozumiałem, to mnie rozszyfrowałeś? Generalnie przyjmowanie najgorszej możliwości w przypadku moich tekstów, to całkiem dobre założenie interpretacyjne – jak to było widać zresztą po “chyba kuszy…”

A to co napisałeś o zapalnikach (i z czym się oczywiście zgadzam) przypomniało mi nie wiedzieć czemu fragment utworu:

Z zadartą do góry głową

Podpalam z rozkoszą lont

I pragnę wysadzić go sobą

 

 

Tyle wystarczy? ;-) To chyba już nie muszę tłumaczyć czym jest pielgrzymka? ;-)

entropia nigdy nie maleje

Nie wiem, czy Cię rozszyfrowałem. Dwa razy już w komentarzach pisałeś o Eco i tych pierwszych stu stronach Imienia Róży, jednak jaki cel konkretnie przyświeca Tobie? Pozwól, że też coś z Eco podrzucę: Robisz coś i wiesz dlaczego, ale nie wiesz, czemu wiesz co robisz. PS. Nie musisz. Chyba. A kiedy już wysadzisz te ładunki… Ehhh. Ja mimo wszystko zostanę. Z naszymi umarłymi.

Known some call is air am

@Outta Sewer – Mówca umarłych ;-)

entropia nigdy nie maleje

Carda do tego nie mieszajmy.

Known some call is air am

W sumie… czemu nie? ;-)

entropia nigdy nie maleje

Skoro tak, to może powiesz temu zagubionemu chłopcu, kim jesteś, Bappy?

Known some call is air am

@Outta Sewer O widzę, że na prawdziwego wielbiciela Orsona Scotta Carda natrafiłem, aż strach się bać, co następnym razem wyciągniesz z tej szkatułki i niemożliwe stanie się możliwe ;-)

Ale pewnie coraz bardziej oddalamy się od tematu waleni, a szczególnie waleni walencyjnych ;-)

 

Chociaż… ;-)

 

PS. w sumie nadal nie wiem, czy tekścicho cicho schować do szuflady – w sumie walentynkowy szał minął, może by to dopracować jeszcze… hmmm… Z tego co czytałem w poradniku takie “zniknięcie” tekstu, w celu jego ulepszenia, nie jest żadnym faux pass, prawda?

 

entropia nigdy nie maleje

co następnym razem wyciągniesz z tej szkatułki i niemożliwe stanie się możliwe ;-)

A czy coś niemożliwego stało się możliwe dotychczas, z powodu sięgnięcia głębiej do szkatułki? :)

Migasz się od odpowiedzi, ale rozumiem, że chcesz by walencyjne walenie były nawet ambiwalencyjne, jak nawalone welonki w walonkach.

 

Tekstu nie chowaj, niech wisi. Chyba, że chcesz nad nim popracować, żeby je bardziej zaszyfrować.

Known some call is air am

@Outta Sewer – Muszę chyba nad nim popracować, właśnie po to by więcej dać wskazówek, tropów do rozszyfrowania… choć tutaj, na portalu, można w sumie jeszcze wyciągnąć coś nie z samego tekstu, nie z samej noty nawet, ale z metatekstu, z jego otoczenia… podpowiem tylko – popatrz na tagi. I na swój pierwszy komentarz. I myślę, że chyba już wszystko będzie jasne…

Albo raczej ciemne ;-)

 

Może nawet mógłbym strzelić jakąś interpretacją, ale tak naprawdę, to myślę, że to byłaby seria w ciemność.

 

ja ciągle na tę serię w ciemność czekam ;-)

Zostawię opowiadanie widoczne jeszcze na chwilę, bo ciekaw jestem Twojej odpowiedzi, a potem “je znikam” i będę chciał je przebudować i więcej dać tropów, śladów, podpowiedzi – wg wspomnianej przeze mnie zasady Pareto – 80% powinno być na wierzchu, a ja tu za głęboko i za bardzo ukryłem.

entropia nigdy nie maleje

że plagiatuje Interpretoferona (ten tytuł występuje o wiele częściej, szczególnie po polemikach M. I. Petchscheszheshethige i arcykapłana Yszhghesztsunbinge odnośnie tytulatury, przypomnę, że Petchscheszheshethige twierdzi, że cały ten tytuł o waleniach i walentynkach jest tylko pustą i pozbawioną sensu grą słowną) i uzyskać zgodę dowództwa danej pielgrzymki.

Takie długie wtrącenie, że już zapomniałem o co chodziło w tym zdaniu. 

 

omawiany tekst w wersji pierwotnej, kanonicznej:

Czy apokryf może być kanoniczny? 

 

 

To, co wyróżnia to opowiadanie, to bez wątpienia stylizacja mowy połączona z całkiem nieprzystającymi do niej rekwizytami. Jasne, całość kojarzyć się może z Bajkami Robotów, moim skojarzeniom bliżej jednak do Wesela w Atomicach. I jedno i drugie skojarzenie jest jak najbardziej pozytywne, bo elementy połączyłeś sprawnie, wręcz po mistrzowsku.

Początek (moim zdaniem) ciut przegadany względem długości części właściwej, a i nie jest napisany w tak interesujący sposób, choć też widać tam ów styl, w który potem mocniej uderzasz. Jednak za równo prolog jak i epilog spisują się dobrze, bo stanowią kontrapunkt do samej fabuły (która jest nam znana i obywa się tu bez zaskoczeń, choć umiejscowienie akcji i rekwizyty robią całą robotę) i dzięki nim tekst jest nie tylko zabawą stylem, ale jest też zabawą formą i mnie się to bardzo (bardzo!) podoba. 

 

 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

@Gekikara dzięki za opinię. Cieszę się, że się podobało – i tak, masz rację, te wtrącenia itp. – ogólnie mocno to przegadane. Dlatego właśnie chcę “zniknąć” tekst na jakiś czas i wrócić z nim po dopracowaniu.

Cieszę się, że sama forma przypadła do gustu. O “Weselu w Atomicach” nie pomyślałem w czasie pisania, ale przecież to jeden z moich ulubionych utworów Mrożka – więc teraz jak tak patrzę, to oczywistym mi się wydaje, że mi gdzieś nieświadomie / podświadomie musiał zagrać.

entropia nigdy nie maleje

Lepsza ciągłość-nieciągłość niż binarność. xd

Widzę, że poprawiłeś te dodatki – fajny sposób, bo ekonomiczny. xd

 

Zabawne Słowa zagubiły swoją historię na polu chwały. Tak, jak dumne i blade po zwycięstwie honory, wiwaty skromnie przyjmowały, tak teraz w oceanie łez się topiły, a z oddali nadciągał szkwał różnych poczuć winy, zawiny i przewinień. Walczyły desperacko o haust powietrza i gdy tylko go nabrały, szybkim, acz męczącym delfinem ku brzegom pól chwały z determinacją popłynęły, aby odnaleźć to, co utraciły.

Jałowa ziemia rozciągała się hen, po kres, do samego horyzontu zdarzeń. Liczniki głośno tykały, porcjami odmierzając fragmenty czasu i materii. Rozglądały się Słówka bezradnie:

– Gdzieście się pochowały wredne detektory! – zawołały, widząc rudą spękaną glebę ziemię. 

Powietrze było suche, paliło nozdrza Słówek równie silnie jak fala uderzeniowa formująca mgławicę po wybuchu supernowej, lecz jeszcze silniej penetrowało ich jestestwo bezsilność. Walczyły, a bój to był już ostatni, o przeżycie.

– Deus ex machina! – wykrztusiły, wkładając całą dostępną moc w produkcję mieszaniny ze ślinianek, płynu dziąsłowego, pokarmowych resztek i przesięku surowicy krwi. W niej zawierał się jad, klątwa kota Schrödingera.

Najpotężniejsze zaklęcie padło jak zdrowe ziarno w spulchnioną glebę i zerwał się potężny wicher. Rudy pył zawirował wokół Słówek, łamiąc krystaliczną przejrzystość powietrza i idealne światło (do malowania, naturalnie), po czy opadł na trzy cezowe sekundy nadsubtelnej struktury. Zaczęło się piekło. Tysiące miniaturowych piaskowych tornad połączyło Niebo i Ziemię. Kolumny grasowały po całym terenie z podświetlną, ściągając niebieską farbkę z zaświatów, a z trzewi planety wydzierając czasomierze małe, duże, pierwiastkowe.

Pośród tego huraganu stały one, Słówka. Poszukiwały swojego norymberskiego jaja z łańcuszkiem opowieści. Bombardowały strumieniami fotonów przestrzeń, aby znaleźć zaginione i bezgłośnie szeptały:

– Bez tego elektronu nie możemy pójść do Kanossy. No, wzbudź się! No, już! Tylko jądra mi czasami nie ruszaj. Mnie możesz.

Swobodny już elektron, ukryty w balansie norymberskiego jaja, uwolnił się z orbity i zmierzał z serca planety do Słówek.

 

Z letka przekombinowane walencyjnie było, teraz po poprawkach wstępu i zakończenia – lepiej, z przecinkami ciut na bakier, ale nie wypisywałam. 

A tak w ogóle, skarżę do biblio ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Widzę Jimie, że zdecydowałeś się dodać tag konkursowy do tekstu, więc jako organizator czuję się w powinności skrobnąć kilka słów odnośnie realizacji hasła konkursowego. I cóż mogę powiedzieć – roboty są, nawet wielki trafił się pod koniec, choć jest to raczej smaczek niż coś, co wpływa ja treść (ta wielkość, nie sama robotyczność (?), bo robotami ten tekst stoi). Rozumiem, że nawiązanie do transformacji odnosi się do księcia, który podszywa się pod nędzarza. Niby wszystko jest, ale – tu moje osobiste odczucie – wszystko tak przy okazji, transformacja potraktowana bardzo swobodnie.

 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

@Asylum – jak zwykle Twój komentarz jest lepszy od komentowanego tekstu. Dziękuję i cieszę, że się spodobało! Taki komentarz to zarazem podnosi na duchu jak i wgniata w fotel :)

 

@Gekikara – przyznaję rację, że to połączenie mocno pretekstowe… no cóż, jak już gdzieś pisałem – nie mam zmysłu konkursowego niestety :(

entropia nigdy nie maleje

Mój komentarz niekoniecznie był pozytywny. ;-) Cenię sprawność, ale dużo bardziej myśl, przekaz, “nie ślizganie się” i empatię. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum niekoniecznie pozytywny, ale skarżysz do biblio… hmmm… Kobieto, puchu marny, jakże Cię rozumieć, gdy sama ze sobą zgodzić się nie umiesz i zdanie trzy razy zmieniasz nim głos wybrzmi pierwszych głosek? ;-) A myśl, którą tak cenisz i przekaz tam również znajdziesz i to tym razem nie zakopany gdzieś głęboko – jak sądzę – no chyba, że się mylę i jednak trzeba było to opko potrzymać w szufladzie a nie słuchać złych podszeptów Geikiego ;-)

entropia nigdy nie maleje

Specjalny półmisek na latawce, dmuchawce i wiatr zamieszczam poniżej. A tymczasem, fajnie, że zamieściłeś. :-)

Skarżyć lubię i feerii słów i skojarzeń podszytych lekką ironią daję – niestety – zawsze fory i jeszcze czemuś, lecz drugiej słabości zdradzać "za friko" nie będę. Samo biblio, więc przyszło naturalnie, ale jest i drzazga w postaci za mało przetworzonej baśni, co ja piszę, nie zmienionej, żebyś chociaż płci podmienił i jakoś początek z końcem do baśni przymocował, niechby było i na kokardę, sprzączkę, klamerkę lub zwykłą pętelkę jak podwiązki. xd

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

“drzazga w postaci za mało przetworzonej baśni, co ja piszę, nie zmienionej, żebyś chociaż” 

produkt celowo nie jest wysoko przetworzony, choć może zawierać śladowe ilości orzeszków arachidowych. Prawdę mówiąc do tego zabiegu zainspirował mnie „Pierre Menard, autor Don Kichota” Borges’a, a właściwie to nawet nie do końca, tylko ta cała, nie tak dawna draka z Pablo Katchadjianem i jego Spasionym Alefem… i to nie tylko ponieważ wszystko co w życiu robię, włącznie z moją obecnością tutaj traktuję jako rodzaj performance’u – a także dlatego by zwrócić większą uwagę na kontekst, a nie sam przekaz.

 

entropia nigdy nie maleje

Tiësto – The Business

 

Literackie mush up'y, miksowanie. Nie wiedziałam, że jest tego aż tyle i tak bardzo wprost. Nawet Harry Potter jako chomik, Chebacca i Han Solo w Stumilowym Lesie, nawet Muppety w "50 Twarzach Greya" – w co aż trudno uwierzyć. ;-)

Sprawa, którą przywołujesz – ciekawa! Myślę, że Borges nie miałby żalu do Katchadijana. Hmm, dołożył 5600 słów , ciekawe jakich.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nie wiem, mam nadzieję, że wulgarnych, obelżywych i obleśnych… w polskim można w sumie co drugie słowo dołożyć wyraz oznaczający panią lekkich obyczajów, nie zmieniając w niczym znaczenia całości tekstu ;-)

entropia nigdy nie maleje

Myślisz, że B. by miał?

Oj, oj, nie pomyślało mi się o "brzydkich słowach" i najstarszym zawodzie w związku z piosenką. Performance i tęsknota, a poza tym nie zrozumiałam “…”. :P

W takim razie połączenie "One" Metalliki i "I Will Survive" Glorii Gaynor, przed chwilą przeczytałam rozmowę Stasiuka nt. wstydu i mi się odlegle skojarzył muzyczny mix.

https://www.youtube.com/watch?v=Rgb0biRTJRg

 

A tu źródłowe:

One

I Will Survive

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Mi ten Twój mix przypomina sztukę tworzoną lub współtworzoną przez AI, 

współtworzona:

==> AHA + AI <==

 

tworzona:

Miquela 

 

Taryn

 

z literaturą jest jeszcze lepiej, szczególnie anglojęzyczną, język polski trochę trudniej poddaje się wysiłkom sztucznej inteligencji, ale prawdę mówiąc nie mam pewności ilu z Was pisze samodzielnie, a ilu z pomocą jakiegoś AI, za parę miesięcy to pewnie będzie już o wiele bardziej rozpowszechnione :)

 

Myślę, że by nie miał, ta cała draka jest 

 

Od dawna istnieją już gry tekstowe (np. D&D, roguelikes, etc) tworzone przez AI, przykładowo:

AI Dungeon

 

Myślę, że Borges nie miałby nic przeciwko – to wdowa po nim nakręciła tę dramę. W końcu, naśladownictwo jest najszczerszą formą pochlebstwa ;)

 

Prawdę mówiąc sam liczyłem na większe oburzenie przepisaniem Andersena ;)

 

entropia nigdy nie maleje

Prawdę mówiąc sam liczyłem na większe oburzenie przepisaniem Andersena ;)

 

To poczekaj jeszcze moment, tylko dorwę się do tego, co mi przyjaciele zza granicy przywieźli. Bo obiecałem, że napiszę, jednak trochę się cykam i muszę do głosu dopuścić moją paranoję, która czasem tylko łebek wychyla, ale wyłazi w całości, tylko jeśli wyłazi spomiędzy liści.

Known some call is air am

@Outta Sewer A ja myślałem, że od liści ludzie tu wolą grzybki, a tu popatrz, popatrz, jednak gramy w zielone ;-)

 

 

 

 

Oczywiście mam na myśli sałatę. Lodową. Albo dolarową.

entropia nigdy nie maleje

Rośliny dzielone na działkach (niekoniecznie pokładowych).

Known some call is air am

Nie, AI zawsze będzie mixem, bo produkt kreowany pod gust z bilionów bilionów kawałków. Nowe nie powstanie, dopóki będzie to mush up, a nie czerpanie z własnego sensorium (i świadomości? ale i my, poniekąd, mamy z nią niejaki kłopot). Dopiero wtedy "Huston, mamy problem", choć za swojego życia zdaje się, że – niestety – inne kłopoty wcześniej nas prędzej przygniotą niż AI opisująca lepiej nasze "bycie" niż my sami.

Sama technologia nie spędza mi snu z powiek, bardziej anektowanie jej do generowania zysków (zwiększanie zakresu i głębokości penetracji).

Gdybym miała spróbować ocenić wykonanie, chyba skłaniałabym się ku haiku w wykonaniu AI, no i pamiętną grą w "go". Z anglo moim, zdaniem, nie daje rady, są wyraźne redundancje. 

Żartujesz z tym, że nie masz pewności?

W gry nie gram, chyba że w planszówki.

Naśladownictwo – pochlebstwem, nie wiem. W pewnym sensie – tak, ale jednocześnie jest oznaką jałowości, jeśli przejmuje nowe terytoria. Taniej, szybciej, łatwiej.

 

Na Andersena, czemuż mam się oburzać? Przerabiane już były po wielokroć. Są jak kanon, uniwersalne historie, które większość zna. 

Ciekawa jestem, komentarza Q. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Witaj, Jimie, w końcu przybywam!

Powiem tak: podobało mi się i nie podobało mi się, choć zwyciężają tutaj pozytywne odczucia.

Ciekawe przedstawiona Twoja wersja baśni Andersena, w klimacie robotów i odległych światów. Motyw oklepany, jak napisali wcześniejsi komentujący, jednak moim zdaniem dałeś tutaj swój ciekawy i klimat. Warsztat masz na bardzo dobrym poziomie, choć mam wrażenie, że tutaj chciałeś przedobrzyć.

Jednak co mi się nie podobało (i to zapewne jest tylko moja subiektywna opinia) to nazwy postaci i obiektów. Wytrącały mnie z rytmu za każdym razem, traciłem płynność i musiałem znów odnajdywać się w tekście. Niestety to przerzuciło się na moje ogólne odczucia.

Mimo wszystko, opowiadanie jest napisane dobrze, moim zdaniem fajnie wykorzystałeś swoje hasła konkursowe.

Pozdrawiam i trzymam kciuki w konkursie!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

DanielKurowski1 – dzięki za wizytę i za komentarz.

Mogę wiedzieć, które Ci nazwy najbardziej zgrzytały? Nie wiem, czy je poprawię, ale na przyszłość będę takich unikał (być może – bo mogę mieć jakieś przyczyny by nie).

 

Asylum Cieszę się, że pod mym “robotycznym” opowiadaniem doszło do takiej dyskusji :)

 

Nie, AI zawsze będzie mixem, bo produkt kreowany pod gust z bilionów bilionów kawałków. Nowe nie powstanie, dopóki będzie to mush up, a nie czerpanie z własnego sensorium (i świadomości? ale i my, poniekąd, mamy z nią niejaki kłopot).

 

No właśnie – my robimy dokładnie to samo. Gdybyśmy rzeczywiście spróbowali stworzyć coś całkowicie nowego – byłoby to zupełnie niezrozumiałe. Lepimy z archetypów, własnych wspomnień, utworów, które przeczytaliśmy, przeżyć – ale lepimy. Samplujemy rzeczywistość i kompilujemy je w coś przetworzonego – ale w sensie o którym piszesz, nie jest to nic nowego. Nawet Homer tworząc Illiadę korzystał z tego co usłyszał od swoich poprzedników. To co dokładamy od siebie, to jedynie nowy układ klocków. Nowych klocków się wystrugać nie da i nigdy się nie dało – są nam narzucone przez świat zewnętrzny. Mimo, że rewolucja cyfrowa spowolniła, a prawo Moora wyhamowuje, ze względu na ograniczenia krzemu, AI ewoluuje nadal bardzo szybko, bo okazuje się, że byliśmy na nie technologicznie gotowi już jakieś dwadzieścia lat temu, teraz dopiero dojrzeliśmy koncepcyjnie.

Tego procesu nie da się zatrzymać, może on z różnych przyczyn jedynie spowolnić, ale AI nam jest po prostu niezbędna do funkcjonowania. Owszem, są pewne spowalniacze – przykładowo – po pierwszym buncie autonomicznych maszyn bojowych, który nastąpił podczas amerykańskich operacji wojennych w Iraku – chyba na osiem czy dziesięć kolejnych lat Amerykanie wycofali autonomiczną broń ze swojego arsenału (wracając do zdalnie sterowanych robotów zamiast AI), ale wiadomo, że ten “stop” nie mógł trwać zbyt długo. Współczesne myśliwce, sterowane przez człowieka, które teraz tak mocno chcemy w Polsce zakupić – już są z punktu koncepcyjnego totalnym anachronizmem. Szkolenie pilota trwa bardzo długo, mózg białkowy (i w ogóle cały organizm) źle znosi przeciążenia, liczba możliwych do śledzenia przez człowieka jednocześnie elementów to jest średnio 7 +/– 2, pilotów selekcjonuje się tak, by mieli tę cechę na poziomie 11, o dobre dwa i pół odchylenia standardowego powyżej średniej populacji – więc są to jednostki z zasady rzadkie. Szkolenie AI jest dużo szybsze, AI może być dużo bardziej odporna na przeciążenia i uszkodzenia, może wreszcie być bardziej zminiaturyzowana itp.

Doszliśmy do takiego poziomu rozwoju AI, że już go nie zauważamy wokół nas. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku potrafiliśmy stworzyć sieci neuronowe symulujące działanie układu nerwowego pszczoły, w latach dziewięćdziesiątych – już małego ssaka, teraźniejsze sieci neuronalne już mogą przekraczać stopień skomplikowania naszych własnych, kłopot jest z ich uczeniem, bo na razie nie wymyśliliśmy niczego lepszego od mimikry – czyli uczymy zaawansowane AI tak jak samych siebie.

 

Sama technologia nie spędza mi snu z powiek, bardziej anektowanie jej do generowania zysków (zwiększanie zakresu i głębokości penetracji).

Nie robienie tego przez jakąś firmę byłoby finansowym samobójstwem. W ubiegłych latach wzrosła liczba transakcji na giełdach, zawieranych przez AI, a w udzielaniu kredytów pierwszy przesiew robią już praktycznie wszędzie dobrze wytrenowane modele (zresztą zwykle przed modelami jeszcze stoją starodawne, oldskulowe algorytmy, a ostateczna decyzja i tak może zostać zmieniona przez człowieka, więc AI z reguły są drugim z trzech sit). Świat sterowany algorytmami – świat roku 2000 – już dawno się skończył, przeminął – teraz powszechne są zaawansowane analizy statystyczne, machine learning i deep learning, sieci neuronowe. W tej chwili AI podejmuje za nas mnóstwo decyzji, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy i ta liczba będzie rosła, bo nasz świat już dawno stał się zbyt skomplikowany dla naszych umysłów – potrzebujemy wspomagania. Swoją drogą – najnowszy numer NF kupiłem właśnie przez ten wabik na okładce – artykuł Inglota o Sztucznej inteligencji – jeszcze go nie czytałem – ale ciekaw jestem jego spojrzenia na tę sprawę.

Osobiście bardziej niż sztucznej inteligencji boję się sztucznej świadomości. Do końca jeszcze nie wiemy, czy świadomość jest niejako skutkiem ubocznym inteligencji, czy też może po prostu dalece wyewoluowanym, przystosowawczym mechanizmem, prawnukiem instynktu samozachowawczego. Tak czy siak – możemy sztuczną świadomość stworzyć niejako przypadkiem, sami nie będąc tego świadomi – i to może być “odrobinę” niebezpieczne, dlatego wolałbym, żebyśmy prace nad nią prowadzili w pełni świadomie, bo jeśli powstanie ona “dziko” możemy się obudzić z ręką w nocniku (ten strach od dawna jest w nas – i słusznie – bez względu na to czy czeka nas scenariusz Dżihadu Butleriańskiego, Matrixa czy Teminatora – to nie nazbyt szczęśliwa wizja) ;-)

entropia nigdy nie maleje

Forma pożarła treść. Konwencja plagiatu nawet ciekawa, ale nawet ona nie zdołała wybronić opowiadania, które przeczytałam głównie dla neologizmów. Mogę tylko żałować, że wątek transformacji pozostał nierozwinięty, bo gdy książę z kamerdynerem rozpoczęli metamorfozę, zaczynało się robić ciekawie.

Aluzji ponoć ukrytych nie wyłapałam, gdyż, aby takie aluzje mówiły do czytelnika i autor, i czytelnik muszą mieć ten sam zestaw kulturowych toposów, które posłużą do zgrabnego zaszyfrowania tekstu.

Mimo że swoją formą tekst mnie trochę zmęczył, to jednak chciałabym wiedzieć, co było dalej z księciem i jego kamerdynerem.

Pozdrawiam!

No właśnie – my robimy dokładnie to samo.

Nie, nie robimy – uogólnienie.

stworzyć coś całkowicie nowego – byłoby to zupełnie niezrozumiałe.

Zdefiniuj "coś nowego", przecież obrastamy, skądyś się wywodzimy i jeszcze pamięci nie utraciliśmy, więc czy platonizm bądź arystotelizm to nowe, czy Twoim zdaniem stare w nowych ujęciach – niemechanicznych, naturalnie. Rozwój idei nie przebiega linowo w funkcji mniej lub bardziej wykładniczej, raczej daje się zaobserwować koło, spiralę, która wpływa na powroty i rozwijanie zarówno głównych konceptów, jak i pobocznych, zabłąkanych myśli z dawnych czasów.

A gdyby przypatrzeć się esencjom fabuł z greckich czy szekspirowskich tematów. Czy odczytywanie ich na nowo jest powielaniem? Dla mnie dziedzictwem, z którego korzystamy. Pytanie jak je wykorzystujemy. Można zdjęciem i naśladownictwem, można inaczej, czyli inspiracja.

E, tam prawem Moore'a, oczy mi mydlisz jak bozonicami przy Hibakushy. Istnieje kilka potężnych barier technologicznych, na razie nieprzekraczalnych i przy miniaturyzacji, i zasobach i przebyciu drogi od A do B. Chociaż tutaj muszę zastrzec, że nie mam pewności, czy myślimy o tym samym. Przykładowo,  dla mnie “smart urządzenia” i gwałtowny rozwój telemetrii niewiele ma wspólnego z rozwojem technologii.

Technologia jako taka nie jest problemem i – ograniczenia wspomnianego krzemu.

Nie robienie tego przez jakąś firmę byłoby finansowym samobójstwem.

Tak? A to niby dlaczego? Bo mogą i chcą zawłaszczać bez pytania o zgodę kolejne terytoria?

artykuł Inglota o Sztucznej inteligencji – jeszcze go nie czytałem – ale ciekaw jestem jego spojrzenia na tę sprawę.

Z letka przestarzały, ale wielce ciekawam Twojej opinii.

boję się sztucznej świadomości… żebyśmy prace nad nią prowadzili w pełni świadomie

Ja nie, bo problem jest w ludziach, ich produktach, konceptach, a nie w AI i poznawaniu świata bliskiego i dalekiego. Natomiast, co do drugiego – pełna zgoda!

 

Edytka: uporządkowałam komentarz, gdyż za dużo  było w nim skrótów myślowych.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

chalbarczyk

Forma pożarła treść.

 

Tak, przyznaję. To głównie zabawa formą.

 

 

Mogę tylko żałować, że wątek transformacji pozostał nierozwinięty, bo gdy książę z kamerdynerem rozpoczęli metamorfozę, zaczynało się robić ciekawie.

 

Słusznie zauważyłaś. Był w tym potencjał, który nieco zmarnowałem. Też sobie gdzieś to zanotuję, by bardziej na takie sprawy uważać.

 

Aluzji ponoć ukrytych nie wyłapałam, gdyż, aby takie aluzje mówiły do czytelnika i autor, i czytelnik muszą mieć ten sam zestaw kulturowych toposów, które posłużą do zgrabnego zaszyfrowania tekstu

 

Niestety tak to już jest, że by coś sprawnie zakodować i odkodować, zarówno kodujący, jak i odkodowujący muszą się posługiwać tą samą książką kodów. A ja nie dość, że nie upewniłem się, że książka kodów taka sama, to jeszcze z kodu wyrzuciłem numery stron i wierszy w tejże, zostawiając tylko mgliste, biblijne “szukajcie a znajdziecie”, przez co tekst stał się bardzo “wydmuszkowy”. Na przyszłość, uwaga do samego siebie: mniej kodować, więcej pokazywać. Skoro mnie już wprost zapytałaś – rozszyfruję, choć sam teraz się głowię, jak ja chciałem niby, żeby ludzie to skojarzyli – po trosze z grą Endera, po trosze z Człowiekiem z wysokiego Zamku, po trosze z pamiętnikiem znalezionym w wannie, a po trosze z kantyczką dla Leibowitza. Te cztery utwory stanowiły bezpośrednią inspirację i miałem je w głowie pisząc (plus jedno moje własne opowiadanie, którego nie możecie znać, bo nigdzie go dotąd nie opublikowałem, czekałem na jakiś konkurs z Lemem w tle ;-) ), na pewno miałem je w głowie pisząc… ale co z tego, jeśli tego w tekście nie widać? Zamiotłem pod dywan tak umiejętnie, że sam teraz czytając ponownie rzeczywiście w głowę zachodzę – jakim cudem się mieliście domyśleć?

 

jednak chciałabym wiedzieć, co było dalej z księciem i jego kamerdynerem

 

Prawdę mówiąc… nic? Nie przewiduję opisywania dalszych losów roboksięcia i jego wiernego towarzysza.

 

 

Asylum

 

Artykuł Inglota przeczytałem dopiero dzisiaj… i no cóż. Nihil novi sub sole. Ale fajnie, że przynajmniej przypomniał mi dzieła literackie, które lubię i które do dziś mi grają w duszy, nawet po kilkudziesięciu latach od przeczytania.

Ze słowem pisanym na papierze, jest tak, że jest nieaktualne już w chwili gdy trafia do druku. Sam pamiętam taką sytuację, sprzed prawie dwudziestu lat, gdy wydawnictwo Helion zwróciło się do mnie z propozycją napisania książki w obszarze mojej ekspertyzy, a ja odmówiłem, nie tylko dlatego, że już wtedy wpadłem w ten niedoczas, w którym jestem po dziś dzień i czułem się ogólnie za cienki w uszach by to porządnie samodzielnie zrobić, tak by mi nie było wstyd, ale głównie dlatego, że uważałem, że to zupełnie nie ma sensu. Wydzwaniali do mnie przez okrągły miesiąc, próbując mnie do tej publikacji namówić (heh, jedyny taki przypadek w moim życiu w tę stronę, a nie na odwrót), a ja wiedziałem, że jeśli rzeczywiście nawet książkę skończę w pół roku, a oni w następne pół ją wydadzą, to przez cały ten rok tyle się pozmienia, że praktycznie trzeba by ją napisać na nowo. Do dziś żałuję tej swojej decyzji, bo przecież trzeba było właśnie tak zrobić i wydawać co roku nową wersję i odcinać kupony ;-) Ale wtedy jeszcze byłem romantycznym idealistą i kompletnym idiotą.

Wracając z tej wspomnieniowej wycieczki do artykułu Inglota:

Ogólnie całość jest bardzo powierzchowna, mniej więcej taka, jak by Inglot wiedział o sztucznej inteligencji tyle, co ja o lasach deszczowych i na szybko musiał zrobić research i coś z siebie wypluć. Końcówka artykułu to już zupełnie jakieś nieporozumienie. Podejście tego typu, by nauczyć AI świadomości śmierci jest nie tylko przestarzałe, ale również szkodliwe. W dzisiejszym świecie naukowym, jak i w świecie inwestorów raczej powszechna jest świadomość konieczności regulacji sztucznej inteligencji (wywołana jest kilkoma drakami, które nie do końca jak się okazuje są z przyczyny systemów AI, np. Cambridge Analytica czy wspominane przeze mnie odtajnienie raportu co do buntu bojowych robotów autonomicznych w Iraku, albo wspominana przez Inglota sytuacja z “podżeganiem do samobójstwa”, które w istocie było jedynie wyrecytowaniem kawałka wikipedii i wiele innych). Nawet największy piewca AI – Elon Musk – przestrzega przez nią i sugeruje, że jedynym sposobem by nie spełnił się czarny scenariusz z AI, jest organiczna integracja z nią. W sensie – tylko wtedy AI nie będzie nam zagrażać, gdy wejdziemy z nią w symbiozę i w ten sposób rozszerzymy własną niesztuczną inteligencję.

Do tego musimy lepiej zrozumieć, czym ona właściwie jest.

Naszą, niesztuczną inteligencję, powstałą w wyniku ewolucji, można rozumieć jako substrakt tendencji do oddalania w czasie niezbędnej reakcji na zagrażające (lub stwarzające szanse), zmiany otoczenia. W tym sensie to, że w wyniku tego procesu powstała ta nasza odmiana inteligencji, zdolna do tworzenia abstrakcyjnych reprezentacji, posługiwania się wnioskowaniem, oraz kumulacji i transformacji wiedzy symbolicznej – wydawać się może przypadkiem, choć w moim odczuciu jest wręcz prawie koniecznością.

Prawie – bo można sobie wyobrazić rozwój istot żywych do bardzo wysokiego poziomu, bez kształtowania w nich inteligencji – weźmy na przykład świat roślinny – mimo, że coraz mocniej się orientujemy, że rośliny też miają swoje systemy odczuwania, to przecież jednak inteligencji u drzew nie stwierdzono. Możliwe więc, że nasza galaktyka jest pełna lasów, które nie myślą, lub oceanów (to porównanie to oczywisty mój ukłon w stronę Lema), które myślą w sposób, który tak bardzo jest odmienny od naszego, że nie nazwalibyśmy tego inteligencją. Za młodu napisałem bardzo nieudane opowiadanie "Czytając las", w którym las wykształcał zbiorową inteligencję, o poziomie o wiele wyższym niż ludzki.

Ale jednak inteligencja "typu ludzkiego" – wydaje się naturalnym etapem rozwoju (niekoniecznie ostatnim) tego odsuwania w czasie reakcji na niebezpieczeństwo – od taksji, przez odruchy, instynkt samozachowawczy, emocje, uczucia, aż do inteligencji właśnie. Nazwaliśmy się homo sapiens sapientis czy też po prostu homo sapiens sapiens – z podwójnym sapiens – więc podwójnie mądry, myślący, rozumny… Dumnie, ale durnie. Jeśli zważymy nasz mózg okaże się, że kora nowa to jakieś nieznaczące ułamki jego wagi. Nie jesteśmy rozumni. Głównie jesteśmy impulsywni, emocjonalni. Homo afectus albo homo appetitive – bo kierują i nadają nam modus naszemu działaniu afekty i apetyty. Inteligentni czy mądrzy jesteśmy w minimalnym stopniu.

Natomiast sztuczna inteligencja – której stworzenie też wydaje się naturalnym (podkreślam to "wydaje się", bo znamy jedną jedyną cywilizację techniczną, trudno więc wnioskować na jej podstawie o tym, co jest jakąś prawidłowością ogólną, a co naszym "lokalnym kolorytem"… kto wie, może myśl o sztucznej inteligencji przyszła do głowy tylko nam? Może inne cywilizacje nie tylko nie potrzebują sztucznej inteligencji, ale nawet komputerów?) z definicji jest tworzona inaczej – sztucznie.

Nie tworzymy jej przez zasymulowanie presji ewolucyjnej (zazwyczaj, są takie pomysły, zresztą szkolenie modeli w pewien sposób przypomina ten proces, ale chodzi mi tu o głębsze podejście a nie powierzchowne) – a przez przeskok niejako od razu do celu – nie podążanie „psią krzywą” za naturą, a wbicie od razu na poziom ewolucyjny na którym jesteśmy teraz, czyli do wspomnianej wyżej przeze mnie zdolności do tworzenia abstrakcyjnych reprezentacji i przetwarzania ich.

Pod tym względem, rzeczywiście masz rację Asylum, że jesteśmy (i będziemy) od AI różni. Natomiast zupełnie nie zgadzam się z tym Twoim podejściem, że

 

“>>> No właśnie – my robimy dokładnie to samo.”

 Nie, nie robimy – uogólnienie.

 

tym bardziej, że za chwilę piszesz:

 

 Zdefiniuj "coś nowego", przecież obrastamy, skądyś się wywodzimy i jeszcze pamięci nie utraciliśmy, więc czy platonizm bądź arystotelizm to nowe, czy Twoim zdaniem stare w nowych ujęciach – niemechanicznych, naturalnie. Rozwój idei nie przebiega linowo w funkcji mniej lub bardziej wykładniczej, raczej daje się zaobserwować koło, spiralę, która wpływa na powroty i rozwijanie zarówno głównych konceptów, jak i pobocznych, zabłąkanych myśli z dawnych czasów.

 

Wydaje mi się, że sama tu sobie przeczysz. Wyszłaś z tezy, że nasza inteligencja jest czymś jakościowo różnym, piszesz wcześniej, że

 Nie, AI zawsze będzie mixem, bo produkt kreowany pod gust z bilionów bilionów kawałków. Nowe nie powstanie, dopóki będzie to mush up, a nie czerpanie z własnego sensorium (i świadomości? ale i my, poniekąd, mamy z nią niejaki kłopot)

Prosisz mnie, o to bym zdefiniował, czym jest nowe, a Ty sama wcześniej tego „nowego” używasz. AI czy tego chcemy czy nie musi stawać się coraz bardziej samodzielne. W ciągu ostatnich kilkunastu lat widać taką tendencję do odmiennego spojrzenia na to, jak AI używać i jak szkolić. Jeśli uważasz, że dopiero połączenie AI i sztucznej świadomości przyniesie prawdziwą kreatywność / twórczość do AI, to uważam, że jesteś w błędzie. Piękno można tworzyć nieświadomie. Pająk tworzy misterną, cudowną pajęczynę, a nie jest inteligentny. A mimo tego, że tworzenie pajęczyny pająk ma w genach, to każda pajęczyna jest inna i niepowtarzalna. Podobnie AI może „upleść” opowiadanie. Myślę, że jakby dobrze poszperać, dałoby się już dziś znaleźć takie, które stworzy fabułę, zmiksuje bohaterów, stworzy nowe bizarro, które by wygrało w naszym konkursie.

Wcześniej niż później musimy się pogodzić z tym, że tworzone przez nas maszyny będą od nas lepsze i to lepsze we wszystkim. I to nie koniecznie musi być złe.

Można się oburzać, na dźwigi, że są silniejsze od najsilniejszym mężczyzn. Jednak nie odwołaliśmy z tego igrzysk, nie przestaliśmy współzawodniczyć w podnoszeniu ciężarów.

Od dawna komputery pokonują bez trudu nas w szachach, czy przez to przestaliśmy w nie grać i organizować zawody? I to robiły jeszcze algorytmy, a nie AI. AI w 2016 pokonało arcymistrza Go. Czy ludzie przestali w Go grać?

AI potrafi dziś malować obrazy naśladujące styl dawnych mistrzów. Czy przez to wszyscy malarze rzucili sztalugi?

Za dwa, może trzy lata, AI będzie potrafiło lepiej od nas snuć historie i tworzyć opowiadania, za lat dziesięć pewnie przyjdzie czas na książki (AI nie radzi sobie z odległymi kontekstami – to na razie widać nawet na wygenerowanych przez AI fotografiach fikcyjnych osób – człowiek będzie wiedział, że kolczyki i oprawki okularów po obu stronach twarzy powinny być takie same, AI się jeszcze tego musi nauczyć i się w tym gubi). Czy to znaczy, że powinniśmy przestać pisać?

Dodajmy do tego temat inteligencji hybrydowej. I to w obie strony.

Z jednej strony – istnieją już od lat rozwiązania (bardzo pachnące Matrixem) – które wykorzystują nadal tańszą, ludzką inteligencję – do żmudnych działań na rzecz jakiejś maszyny – paradoksalnie, jednym z nieco prześmiewczych, takich zapotrzebowań jest „oszukiwanie”, że algorytm (nie AI), nie jest robotem (są całe farmy tego typu, kiedyś skupiające głównie ubogich Chińczyków, w tej chwili biznes ten uciekł nieco z Chin, głównie pracują w nim jako pojedyncze „trybiki” obywatele krajów BRICKs, z Indiami i Rosją na czele, oraz wielu krajów rozwijających się). Może się to wydawać dziwne, ale o wiele taniej jest zapłacić hinduskiemu dzieciakowi za rozwiązanie CAPTCHA, reCAPTCHA i późniejszych odmian (CAPTCHA – Completely Automated Public Turing test to tell Computers and Humans Apart), niż używać do tego AI. Co ciekawe, w chwili gdy w Indiach trwa święto kolorów czy inne tego typu ogólnonarodowe święto – firmy te przechodzą na backup w postaci używania „prawdziwej sztucznej inteligencji” – a wyższy jej koszt niż ludzkiej rekompensują sobie rozkładając to na dłuższy okres (usługi rozwiązywania tego typu testów wykupuje się na dłuższy okres, bo im dłuższy zadeklarowany okres, tym są tańsze). Zresztą część CAPTCHA może być rozwiązane przez low-cost-AI i wtedy ten proces ulega odwróceniu – czyli do ludzkiego trybika trafiają tylko te spośród obrazków, z którymi tanie AI sobie nie radzi. Ale ogólnie – używanie AI do rozwiązywania testu „czy jesteś robotem” jest po prostu nieopłacalne – lepiej zapłacić za to ludziom, a AI zachować do poważniejszych zadań, które dla ludzi byłyby trudne, niemożliwe do wykonania lub bardzo kosztowne.

Swoją drogą, jeśli się zastanawialiście kiedyś, dlaczego właściwie na obrazkach do wyboru, by udowodnić, że się jest człowiekiem, są zwykle jakieś obiekty znajdujące się na drodze lub przy drodze (przejścia dla pieszych, światła uliczne, hydranty, motocykliści, autobusy, samochody, tablice z nazwami miast miejscowości itp.) – odpowiedź jest dość prosta. Używa się nas wszystkich jako instruktorów AI dla autonomicznych pojazdów, przy tak zwanym uczeniu ze wzmocnieniem. Co jest zabawną i nieco paradoksalną sytuacją, że pokazując jak funkcjonujemy i rozpoznajemy i jak nas odróżnić od AI – jednocześnie uczymy AI by była od nas nieodróżnialna. Jeśli nie byliście tego dotąd świadomi – jak się czujecie z tą wiedzą, że każde klikanie po hydrantach jest Waszym wkładem w rozwój AI?

Z drugiej strony – mamy już – również od wielu lat – artystów, którzy wspomagają się w jakiś sposób komputerowo. Wszyscy piszemy na komputerach, nie gęsim piórem, prawda? Są muzycy, którzy wykorzystują AI do aranżacji, są graficy, którzy wykorzystują AI jako współtwórcę swoich prac, pierwsze utwory literackie, tworzone z jakimś współudziałem AI pojawiły się jeszcze w zeszłym tysiącleciu. Na razie to oczywiście próby pojedyncze i mało zaawansowane, ale co powiesz Asylum na to, że pisanie książek za kilka lat może wyglądać tak: hej AI, mam taki pomysł, para bohaterów na bezludnej planecie, rozbitkowie, wrzuć tam odniesienia do Robinsona, dodaj wątek romantyczny, tylko nie za dużo dosłownej erotyki, poprowadź narrację z punktu widzenia każdego z bohaterów i daj mi do przejrzenia, podam resztę modyfikacji.

Epoka gęsich piór może już dobiega końca?

 

 

 

entropia nigdy nie maleje

Nie, nie dobiega końca epoka gęsich piór! No way! Jutro przeczytam uważniej Twoje odniesienie i może dodam edytkę, gdy odłoży mi się w myślach komentarz.

Tak, na super szybko: Inglot skupia się na mało istotnych sprawach, ciutkę “odwalił” tekst – wierszówka, artykuł, nie wiem. Jestem cholernie krytyczna, zwłaszcza w publicystyce, lecz jeśli zaufam historii – przepadam z kretesem, niestety.  :-(

Mówię “nie” pisaniu AI dla człowieka, to fantazmaty, ale nie te polskie, tj, wydawnictwo i redakcja, bo jemu bardzo mocno kibicuję.  A Ai, ciągle chropowate, pomimo wygranej w “Go” i choć duże zagrożenie,  nie sądzę, aby zaraziło populację. Jednak możemy nie mieć wyboru.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jim, piszesz komentarze dłuższe, niż to, co obecnie napisałem do nowego opowiadania. Czuję się zaatakowany.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

A i nie widziałem, że o coś się zapytałeś ;/

Wybiły mnie:

Petchscheszheshethige

Yszhghesztsunbinge

Mtrishesheginge

czy nawet Interpretoferon z początku.

No i jakieś chemiczne czy fizyczne zwroty, ale to moje osobiste odczucie, po prostu nie jestem ich fanem, źle mi się kojarzą.

To, że mi coś zgrzytało, nie oznacza, że jest złe i musisz zmieniać w przyszłości ;)

Ale w sumie te wyrażenia są głównie na początku, później jest już lepiej, Kalkulia nie brzmi tak strasznie ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

DanielKurowski1 te dwie dziwne chemiczne substancje, które Cię tak odrzuciły, to wóda i LSD. To znaczy, że masz zdrowe odruchy!

entropia nigdy nie maleje

Jimie, dzisiaj dopiero miałam czas, aby się odnieść nie po łebkach i wreszcie na normalnej klawiaturze z ekranem.

Piszesz o poważnych sprawach. Odnośnie art. Inglota mamy takie samo zdanie i też z łezką w oku powspominałam sobie przy okazji artykułu filmy i książki. 

 

Przypomniałeś mi bardzo żywy spór sprzed kilku lat na temat artykułu Dukaja (jego książki o piśmie jeszcze nie przeczytałam, leży w ebookach, może kiedyś). Kłopot polega przede wszystkim na zrozumieniu, czym jest inteligencja i ta nasza, i sztuczna. Wielu rzeczy jeszcze nie wiemy, a właściwie więcej nie wiemy, niż wiemy. Nasze poznanie jest "cholernie" ograniczone i ułomne. To, że byliśmy w stanie wykoncypować poziom elementarnych cząstek i domyślić się kwantowej, dwoistej natury rzeczy, czyli sięgnąć tak, gdzie wzrok już nie sięga, jest niewyobrażalne i niezwykłe.

Problematyczne jest już samo zdefiniowanie "inteligencji", w dodatku za często łączy się je ze świadomością. Definicji, podziałów jest wiele, lecz idee są osobne, nie łączą się. Z jednej strony najrozmaitsze funkcje poznawcze, które mierzymy/obserwujemy jako układy przygotowanych przez nas testów, obrazków, więc w zasadzie – czego dotyczy pomiar? Mamy też (z grubsza ujmijmy), tzw. inteligencję emocjonalną, społeczną, która w jeszcze silniejszym stopniu pozostaje subiektywnym przeczuciem.

Z samą nazwą – "sztuczna inteligencja", nazywając ją w taki sposób, popełniono błąd, który do tej pory kładzie się cieniem na całym zagadnieniu (funkcjach, możliwościach i odbiorze). Algorytmy są zwykłą kalkulią, wspomagającą funkcje poznawcze człowieka i obecnie, niestety, najbardziej interesujące jest robienie pieniędzy przy jej pomocy, to ono warunkuje i przyspiesza rozwój technologii, a więc uczenie maszynowe, warstwowe z określonego, zamkniętego zbioru danych (bo otwarte poległy) oraz najmocniej współcześnie drenowane – "neuronalne" i trenowanie AI przez AI nadzorowane przez rozwiązania. Ostatnie jest niebezpieczne, ponieważ jest czarną skrzynką i z uwagi na cel, któremu służy.

Trywializując – zamieszczanie bądź nie określonego zdjęcia na forum społecznościowy, wąsy lub ich brak przy dużych zbiorach danych zwiększają poziom predykcji, minimalizując zakres błędu odnośnie przyszłych zachowań. Gdy pójdziemy jeszcze dalej w rozmyślankach, czyli wzajemnych interakcjach AI i odsłaniającego się człowieka, schodzimy na poziom kreowania działania konkretnych jednostek i zawłaszczania "czasu przyszłego". Bardzo mi się to pojęcie Zuboff spodobało.

Zgoła odrębnym wątkiem jest świadomość – też nie wiemy, czym w zasadzie jest i gdzie, co sprawia że podzielamy przekonanie "Cogito ergo sum", co ją odróżnia i gdzie granice. Słusznie piszesz, o drzewach, zwierzętach, oceanach. :-)

"Psia krzywa". :p Hmm, nie znamy jeszcze innego konceptu, który lepiej opisywałby proces zmiany i doskonalenia się istot, czym by nie były. Zawsze mamy pewien czas, warunki i konieczność dostosowania się do środowiska. Szybkość decyduje o przeżyciu, zaś silna specjalizacja o śmierci, za daleko to jabłko nigdy jeszcze nie upadło od jabłoni ewolucji wspierającej korzystne mutacje. W przypadku człowieka (zgoda, że tylko tę opowieść znamy) zadecydowała jego słabość i konieczność rozwinięcia komunikacji oraz przypadek – mieliśmy trochę czasu na dostosowanie.

Czy AI może "upleść opowiadanie". Jak najbardziej może, z najlepszych fragmentów różnych poczytnych dzieł i wytworów, kierując się nieuświadamianymi nawet przez odbiorców-ludzi preferencjami, utka historię. Na razie są jeszcze bardzo niezborne, czyli do rozpoznania, ale dopracowanie jest możliwe, tylko sądzę że to ślepy zaułek. Chyba, że…

Jeśli AI będzie wiedziała lepiej, czego my chcemy, cóż to w gruncie rzeczy oznacza? Większą sprzedaż, na pewno i kreowanie nowej rzeczywistości. Czy będzie twórcze – nie, z uwagi na cele, zadania o określonych parametrach, które postawili przed nią – kto – inni ludzie. Czy będzie opisywała świat, w którym żyjemy? Też nie, raczej będzie jałowe, jak kręcenie się chomika w kołowrotku, kiedy patrzy na niego człowiek i hoduje go.

Aczkolwiek się tym martwię, choć może, na szczęście, nie dożyję. Dzisiaj dzień “deprechy”, nie będę wstawiała tych smutnych obrazków, którymi mnie zarzucono. Zwłaszcza jeden był tak bardzo ludzki.

Wsparcie człowieka w jego niektórych funkcjach przez AI jest dobre, pytanie w jakich, zasady i urealnienie. 

serdeczności

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wydaje mi się, że zgadzamy się co do jednego, że świadomość i inteligencja to dwa rozdzielne – choć nadal mgliście określone – pojęcia. I mogą być od siebie niezależne. Nie mam niestety tyle czasu co bym mieć chciał, by odpowiedzieć na wszystkie tezy zawarte w Twoim rozbudowanym i wnikliwym komentarzu. Może kiedyś napiszę tu jakiś esej albo artykuł na temat AI (o ile coś takiego jest praktykowane), gdzie będzie chyba większy sens takiej dyskusji, niż pod opowiadaniem, w którym spotkały się cztery różne inteligencje, w tym jedna sztuczna :)

To z czym chciałem się nie zgodzić i z czym chciałem polemizować, to Twoje:

 

Czy będzie twórcze – nie, z uwagi na cele, zadania o określonych parametrach, które postawili przed nią – kto – inni ludzie.

 

AI czy tego chcemy, czy nie zyskują coraz większą autonomię. Do dziś możemy traktować AI jako rodzaj pewnej zaawansowanej statystyki, pewnej metody rozpoznawania wzorców i puszyć się, że my jesteśmy lepsi. Ale czy na pewno? Czy nasza inteligencja nie jest też czasem umiejętnością odnajdywania wzorców w chaosie, zaawansowanym statystycznym narzędziem, w jakie wyposażyła nas ewolucja, by pomóc naszemu przetrwaniu i przekazaniu genów dalej? Zresztą, ewolucja jest ślepa – i wcale inteligencji nie faworyzuje – wg najnowszych badań został wywrócony pogląd, który do niedawna mieliśmy – wcale nie byliśmy bardziej inteligentni od neandertalczyków, wręcz przeciwnie – głupsi, ale bardziej brutalni i zaborczy, co więcej, część genomu naszych krewniaków – na skutek właśnie gwałtów i przemocy trafiła do naszego. Ale to jeszcze nic. Robimy się coraz głupsi. I to wcale nie mam tu teraz na myśli modnego utyskiwania na pokolenie smartfonów. O nie. Stajemy się głupsi od dawna. Od dobrych kilkudziesięciu tysięcy lat nasze mózgi maleją, mimo, że wcześniej trend był odwrotny. Czemu? Trudno powiedzieć, może wiąże się to ze zmianami klimatycznymi, a może po prostu bardziej przystosowawcze się okazało by większy odsetek kobiet przeżywał poród (nasze wielkie łby są głównym powodem, dla którego poród u homo sapiens jest aż tak bolesny, a w wielu przypadkach niemożliwy i to mimo wszystkich mechanizmów zmierzających ku temu, żeby się jednak dało, jak choćby to, że czaszka niemowlęcia ma niezrośnięte ciemiączka i jest bardzo plastyczna).

Możliwe więc, że nasza twórczość, jest tak naprawdę jedynie tym składaniem

najlepszych fragmentów różnych poczytnych dzieł i wytworów, kierując się nieuświadamianymi (…) preferencjami

 

I pod tym względem nie widzę jakościowej różnicy między twórczością AI a twórczością człowieka.

Zresztą weź jakąkolwiek książkę tzw. literatury kobiecej, kryminał czy innego harlequina… z tego co mi się gdzieś kojarzy, to chyba jest nawet jakaś AI pisząca harlequiny, ale musiałbym za tym poszperać a nie mam za bardzo czasu.

 

A czy można tworzyć piękno, nie będąc świadomym? O tym już nieraz pisałem, przy różnych okazjach, ale jeszcze raz powtórzę – dzieło, tak naprawdę powstaje w umyśle odbiorcy, a nie twórcy. To, że ktoś nie odebrał dobrze, nie zrozumiał tych moich Walentynkowych rozedrgań walencyjnych o waleniach – to oczywiście moja wina, bo słabo i źle to napisałem i nie chcę tu kogoś tym obarczać – to nie o to mi chodzi. Ale dzieła – jakiekolwiek – czy tak słabe, jak Walentynkowe rozedrganie czy genialne jak Mistrz i Małgorzata – powstają dopiero w umyśle odbiorcy, gdzie on splata ich znaczenia i nadaje im sensy. Dlatego to bez znaczenia, czy Mistrza i Małgorzatę napisze maszyna białkowa czy krzemowa, ważne, kto będzie to czytał. Bo dzięki temu piękne dla nas mogą być kształty chmur czy zbiór Julii, naturalnie rosnące kryształy, Mgławica Kraba i marsjańskie pejzaże. Dlatego bo to piękno, jest w nas, a nie w nich.

 

entropia nigdy nie maleje

Chyba należę do tych czytelników, którym rzecz trzeba wyłożyć jasno i czytelnie. Jeśli w tekście poukrywałeś jakieś specjalne tropy, nie dostrzegłam ich, skupiona na niełatwej lekturze unowocześnionej baśni. Cóż, nie zaliczam się do, jak ich nazwałeś, wgryzaczy.

Lektura nie była łatwa, bo mnogość szczególnych słów i terminów sprawiła, że miałam wrażenie jazdy rowerem po kocich łbach.

 

wśród szes­na­stu mi­lio­nów sied­miu­set sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu ty­się­cy dwie­ście szes­na­stu ksią­żę­cych rdze­ni pięć mi­lio­nów po­pa­dło w ro­man­tycz­ne prze­cią­że­nie. ―> …wśród szes­na­stu mi­lio­nów sied­miu­set sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu ty­się­cy dwustu szes­na­stu ksią­żę­cych rdze­ni, pięć mi­lio­nów po­pa­dło w ro­man­tycz­ne prze­cią­że­nie.

 

A co do­pie­ro wszyst­ki­mi trze­ma na raz!” ―> A co do­pie­ro wszyst­ki­mi trze­ma naraz!”

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy dzięki za odwiedziny i łapankę – poprawione.

Co do zbytniego ukrywania – macie wszyscy rację, zresztą sam napisałem, że ukryłem te rzeczy tak dobrze (czy też raczej: tak źle), że przy czytaniu po lekkim odleżeniu, sam mam problem je znaleźć. Postaram się poprawić na przyszłość. Np. w opowiadaniu, które teraz przygotowuję (męcząc Gekiego i Asylum o betowanie – dzięki Wam obojgu!) – tropów będzie mniej, ale za to bardziej oczywistych, niektóre będą wręcz cytatami prawie 1:1 z innych dzieł, więc rozszyfrowanie będzie ultraproste (jak sądzę).

entropia nigdy nie maleje

Bardzo proszę, Jimie, i cieszę się, ze uznałeś uwagi za przydatne.

 

…w opowiadaniu, które teraz przygotowuję […] tropów będzie mniej, ale za to bardziej oczywistych, niektóre będą wręcz cytatami prawie 1:1 z innych dzieł, więc rozszyfrowanie będzie ultraproste (jak sądzę).

Czy zakładasz, że Ty i przyszli czytelnicy oddawali się lekturze tych samych dzieł?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Czy zakładasz, że Ty i przyszli czytelnicy oddawali się lekturze tych samych dzieł?

 

Nie, nie zakładam. Co więcej, pisząc powyższy komentarz, zastanawiałem się nad zapytaniem w którymś z wątków pomocowych o to, co się uznaje za absolutny kanon… Bo pewnie każdy czytał Władcę Pierścieni, ale już niekoniecznie każdy “Umrzeć w Italbarze”, a “Delirium w Tharsys” możliwe, że tylko nieliczni. Podobnie jest z dziełami spoza fantastycznego grajdołka. Trudno by ktoś w miarę oczytany nie znał Mistrza i Małgorzaty czy Paragrafu 22, ale znam ludzi literacko obytych, którzy nie czytali Rzeźni numer 5, a “w cieniu zakwitających dziewcząt” przywodzi im na myśl prozę erotyczno-erekcyjną. Przymusowo w szkołach ludziska wałkują Lalkę i Ferdydurke, a rzadko kto sięga po “Nienasycenie“ Witkacego… Ale możliwe, że to wszystko bzdury i tylko moje “wydaje mi się” – wyssane z palca (i obserwacji wąskiego grona) – niczym sensownym nie poparte. A miło by było mieć ten zbiór, ten rdzeń, ten kanon, który 80% ludzi zna… bo przecież każdy z nas zawyża statystyki czytelnictwa, ale to przecież nie znaczy, że czytamy to samo…

 

We wzmiankowanym opowiadaniu założyłem więc, że będę się posługiwał cytatami, które nie tylko literacko się kojarzą, ale też trafiły do innych dzieł popkultury, np. do filmu… wykorzystuję na przykład bezczelną kalkę z “one does not simply walk into mordor”, albo lekko tylko sparafrazowany tytuł innego znanego dzieła literackiego, które zekranizowano itp. Owszem, chcę tam ukryć parę rzeczy ciut głębiej, ale na zasadzie, żeby jednak 80% było na wierzchu, dostępne przy minimalnym wysiłku czytelnika.

 

entropia nigdy nie maleje

W takim razie czekam na gotowe dzieło. Mam nadzieję, że zaprezentujesz je niebawem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 niestety po pierwszych wrażeniach na becie muszę je mocno przebudować i nie wiem, czy zdążę przed szpitalem (co prawda przesunęli przyjęcie o jeden dzionek – ale co to jest jeden dzionek?) :(

Natomiast co do tropów, które tam już umieściłem, to przez betujących zostały w dużej mierze rozszyfrowane, więc to dość dobrze wróży na przyszłość.

Na pewno po nauczce z Waleniami i Hibakuszą itp. – nie będę się już bawił w “ezoterykę literacką” ;-)

entropia nigdy nie maleje

Jimie, to oczywiste, że praca nad nową wersją opowiadania nie jest jakimś tam fiu-bździu i wymaga sporo czasu i zaangażowania. A ponieważ czeka Cię jeszcze szpital, przebudowa i szlifowanie dzieła musi trochę poczekać. Ja też poczekam, bo wiem, że się doczekam. 

I zdrowia życzę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, regulatorzy, na pewno się przyda :)

Jak na złość, dziś jeszcze dzionek w pracy się okazał dłuższy niż zakładałem, więc niestety opowiadania tym razem nie uda się :(

No ale będę pisał do ostatniej godziny, już stanowczo za dużo (i za długich) w życiu zrobiłem przerw od pisania ;-)

entropia nigdy nie maleje

Skoro narzucasz sobie taki reżim to jestem pewna, że dokonasz wszystkiego, co zamierzasz. Opowiadanie też napiszesz. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pisz!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Retelling baśni niczego sobie. Początku i końca nie rozumiem, coś mi tam wprawdzie chodzi po głowie, ale sprecyzować nie potrafię. Tym bardziej, że mi te piekielne pielgrzymki nijak nie pasują. Bardziej mi to wygląda na posypywanie głowy popiołem przez autora. Tak na wszelki wypadek. A może i jedno i drugie. W każdym razie, jeśli to posypywanie głowy popiołem, to możesz przestać. Dyć piszesz całkiem nieźle ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć!

Przebrnąłem, choć łatwo nie było. Istne połamanie języka imho. Zazwyczaj nie lubię tak wymagających czytelniczo tekstów, ale ten całkiem mi się spodobał. Przyjemna opowiastka o dronopasie. Pomysłowe światotwórstwo, oraz słowotwórstwo, za to wielki plus.

Mam wrażenie, że tekst został “dopasowany” do hasła konkursowego, a powstał niezależnie. Co do realizacji hasła konkursowego to jeszcze się nie wypowiem, bo za mało tekstów czytałem.

Z kwestii edycyjnych dwie rzuciły mi się w oczy:

– Ale tak się nie godzi! – zakrzyknęła dama dworu – Co ty sobie wyobrażasz, durny dronopasie!

Czy po dworu nie powinno być kropki?

– Milcz! O tych bezeceństwach nawet słyszeć nie chcę!! – zawołał gniewnie cesarz – Ze skutkiem natychmiastowym zostajesz wygnana z dworu,

Czy po cesarz nie powinno być kropki?

 

Tyle! Musi mi głowa ostygnąć, bo ciągle jeszcze nie doszedłem do siebie po tym rozedrganiu.

3P dla Ciebie! Pozdrawiam, powodzenia w konkursie i polecam do biblioteki!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Cześć, Jimie! 

Podoba mi się konwencja, którą obrałeś w tym tekście. Dzięki niej udało mi się nieco lepiej zrozumieć motywy sf, bo przyznam się, że często się w nich gubię. Tym razem tak nie było, w dodatku nawiązania do baśniowej stylistyki i nienachalny humor przypadły mi do gustu. Hasło również uważam za zrealizowane.

Doklikuję i pozdrawiam.

Dziękuję bardzo, oidrin, za odwiedziny i Twoją opinię. Cieszę się, że humor przypadł Ci do gustu.

No i oczywiście dziękuję serdecznie za doklikanie!

Również pozdrawiam!

entropia nigdy nie maleje

No, zabawne. Taki Lem czytany przez postmodernistyczną zabawę tekstem (co ja bardzo lubię). Jednocześnie ma ten tekst super-klasyczny motyw baśniowy, ładnie ograny. Się podobało. 

Dzięki, ni­ne­din, co prawda Jima i Lema pozornie dzielą tylko dwie litery, to jednak jest to ogromna przepaść.

Każde użycie nazwiska Mistrza w kontekście jakiegoś mojego tekstu (nawet w sensie: patrzaj i ucz się, matole, Lem zrobił to tak a tak) – mile łechce mą miłość własną. Odczytywać Lema lubię i najchętniej, jeśli mi się to uda – wspólnie z moimi czytelnikami – na tysiące nowo-starych sposobów :)

Cieszę się z odwiedzin :)

 

entropia nigdy nie maleje

Cyber-Świniopas? Hans Christian spotyka Stanisława? Może być, całkiem zgrabna przeróbka, choć nie pogardziłabym troszkę mniejszą dosłownością retellingu.

 

Z technikaliów: w piosence zostawiłabym jedno “entropia cię nie ominie”, bo po polsku “wszystko minie, minie, minie” wynika z rytmu, więc zachowywałabym raczej rytm. W oryginale powtarza się refrenicznie imię… [Dobra, milczę już]

 

Jeden drobiazg w oczy się rzucił, poza tym czytało się raczej płynnie:

Każda z dam dworu[-,] wzdychała dyskretnie

Z tym anglicyzmem w postaci oddzielania podmiotu/grupy podmiotu przecinkiem trzeba walczyć ;)

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino

Do Twych uwag się pokornie zastosowałem :) Jak widać nawet taki wróg anglicyzmów jak ja, im ulega. A tfu!

Dziękuję Ci bardzo na mikrołapankę i odwiedziny – no i oczywiście dokończ proszę co urwałaś przez

 

W oryginale powtarza się refrenicznie imię… [Dobra, milczę już]

 

Bardzom ciekaw co było w oryginale :) Strzelam: Napoleon? ;-)

entropia nigdy nie maleje

Bardzom ciekaw co było w oryginale :) Strzelam: Napoleon? ;-)

A nie, nie, moje zamilczenie dotyczyło gadania o poezji ;) Aczkolwiek Hans Christian, który w młodości był wielbicielem Napoleona, ma cameo appearance w mojej niewątpliwie napoleońskiej książce grantowej z powodu jednego cytatu w zapomnianej dziś powieści…

 

A refren oryginału piosenki o Augustynie brzmi następująco:

 

O, du lieber Augustin,

Augustin, Augustin,

O, du lieber Augustin,

Alles ist hin.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino

W końcu w tetrarchii tytuł Augustus był wyższy od cezara, więc może ten Augustin, to jednak zamaskowany Napoleon? ;-)

 

entropia nigdy nie maleje

To jeszcze dorzuć TARDIS albo jakiegoś proroka, bo piosenka chyba siedemnastowieczna ;)

http://altronapoleone.home.blog

Witaj.

Zawsze żal mi było Świniopasa. Podobnie, jak odważnego Emroda z “Rękawiczki” Schillera, zakochanego w “nadobnej Marcie”. :)

Cóż, w opowieściach tych jest wiele prawdy. :)

A co do Twojego opowiadania, doskonałe w każdym calu, jak zawsze. :) Humor, fantastyka, opisy postaci, narracja z jedynymi słusznymi wnioskami – genialne. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć.

Pomimo początkowego sceptycyzmu, opowiadanie mi się podobało. Hasła zostały dobrze wykorzystane.

 

Pozdrawiam. :-)

Uważam, że Twój tekst jest równocześnie bardzo sprawnie napisany i wciągający, przy czym jego lektura była momentami trudna i wymagała ode mnie sporego samozaparcia. Wyjątkowa lektura, bez dwóch zdań.

Sama reinterpretacja Andersena zabawna i ciekawie pomyślana. Aczkolwiek przyznaję, że nie udało mi się dobrać do głębszych znaczeń opowiadania.

Pozdrawiam!

No, mariaż A. z L. mi się spodobał. Ciekawe, co na to panowie.

Bardzo fajny język, to naśladownictwo stylistyczne “Bajek”.

Chyba jakoś nikt nie zwrócił uwagi na motywy cesarzówny. Ale dlaczego robocie dziecko miałoby wielbić naturę? Uważam, że to interesujący rys.

Hasła wykorzystane całkiem zręcznie.

Babska logika rządzi!

Ajzan

Cieszę się, że początkowy sceptycyzm nie zepsuł Ci odbioru :)

 

adam_c4

przepraszam, jeśli lektura była momentami trudna – czasem nie mam niestety litości dla czytelnika – muszę nad tym pracować, pracować i jeszcze raz pracować – bo to w końcu nie sztuka napisać tekst hermetyczny, mętny i zrozumiały tylko dla autora. Na pocieszenie powiem, że tekst który teraz przygotowuję, już osiągnął taki stan, że nawet niektórzy betujący zaczęli utyskiwać, że za bardzo wszystko jest “kawa na ławę”. A też zaczynało się od “fajne, wciąga, ale niewiele z tego rozumiem” ;-)

 

Finkla

Ja za to uwielbiam Twój poradnik łowcy komentarzy :)

Czasem zapominam by odpowiadać na każdy, ale potem sobie w głowę walę młotkiem – i na nutę hymnu:

 

Finkla nam przykład da-a-ała

jak od-komentować mamy

 

O to na ile mariaż się podoba nie spytam już niestety, przydałaby się ta maszyna czasu, to podrzuciłbym każdemu do z opiniowania. Mam nadzieję, że by się uśmiechnęli. Niechby z politowaniem, ale jednak! ;-)

 

Bardzo fajny język, to naśladownictwo stylistyczne “Bajek”.

Miałem nadzieję, że się uda, choć oczywiście do Mistrza mam całe megaparseki.

 

Chyba jakoś nikt nie zwrócił uwagi na motywy cesarzówny.

Tak, masz rację, jesteś pierwsza.

 

Ale dlaczego robocie dziecko miałoby wielbić naturę? Uważam, że to interesujący rys.

 

Ja również, ale ciiii ;-)

 

Hasła wykorzystane całkiem zręcznie.

Drań Geki twierdzi, że na przyczepkę. Widzisz Geki? Finkla napisała, że zręcznie. Łyso Ci teraz? Gekikara? Hę? Hę?

Nie słucha / nie czyta – drań! ;-)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Hymnu do komentowania nie mieszajmy. To różne półki w różnych budynkach.

Mariaż całkiem w porządku. Nawet nie marudzę, że wiele zostało z Andersena, bo jakoś nigdy nie poznałam porządnie tej bajki.

Ej, Geki ma prawo do własnego zdania!

Babska logika rządzi!

Cześć, Jim,

oj trudny był to tekst dla biednej Lany. Na pewno gratuluję trzymania się ciągle tego baśniowego stylu i za samo to już jest punkt, nieważne, czy się podobało, czy nie. Normalnie powiedziałabym, że nie, ale inaczej się tego opowiadania napisać nie dało. Także gratulacje.

Nie jestem pewna, czy wszystko zrozumiałam, zważywszy na to, że już sam tytuł zamącił mi w głowie (ale i zachęcił do lektury). Poza tym ja sf przyjmuję w małych, soft dawkach, bo w przyszłości interesują mnie ludzkie zachowania, a nie te okropnie trudne zwroty :P

Tak czy siak, w zaskakujący sposób podobało mi się i dobrnęłam do końca. Czekam jednak na inne twoje opowiadanie, które napisane będzie w “normalny” sposób, nieważne jak szanuję ten użyty tutaj.

 

I to wtórny wielokrotnie (patrz rozprawkę protektora M. E. Młany pt[+.] „Kim był Andersen albo Anderson?”

 

(…) w bezecnym i przeciwnym naturze wielokrotnym układzie, krążyła po skomplikowanej zgoła nieeliptycznej, ekscentrycznej[+,] a nawet można rzec – epileptycznej orbicie planeta skalista Bezuria. 

 

Sama cesarzowa,[-,] zapomniała o niedawnym smutku, biła brawo i cieszyła się jak świeżo zmontowane robodziecko. 

 

Książę cały dzionek pracował, a wieczorem stanął przed deska kreślarską, 

Literówka.

 

 

Powodzenia!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Finkla

Ej, Geki ma prawo do własnego zdania!

 

Ostatecznie mogę się zgodzić. O ile będzie to zdanie zgodne z moim ;-)

 

LanaVallen

Dzięki za uwagi – napyliłem na tekst :) Cieszę się, że mimo bólu i cierpienia spowodowanego sposobem w jaki napisałem ten utwór, w jakiś zaskakujący sposób Ci się spodobał i dałaś radę dobrnąć do końca. Nie jestem pewien, czy moje nowe opowiadanie, jest napisane w bardziej “normalny” sposób, ale myślę, że więcej tam jest o zachowaniach i postawach – co prawda nie ludzi – ale innych istot…

entropia nigdy nie maleje

Witam :)

Rzadko sięgam do lektury S-F, lubię baśnie, a takie połączenie to świetna sprawa. Dobrze się czytało, oczywiście “trudne wyrazy” wymagały dłuższego skupienia, ale przecież bez nich nie byłoby to takie dobre ;) 

Kończąc czytać, zastanawiałam się jak ten Rulfon bez arcyksiężniczki się rozmnoży… hmm, czy zostawi po sobie jakiegoś potomka? :D 

Pozdrawiam :) 

Istari Dziękuję za odwiedziny :)

 

Cieszę się, że mimo, iż SF nie jest dla Ciebie ulubionym typem lektury, utwór dobrze się czytało i wywarł pozytywne wrażenie.

Kończąc czytać, zastanawiałam się jak ten Rulfon bez arcyksiężniczki się rozmnoży… hmm, czy zostawi po sobie jakiegoś potomka? :D 

Tego już niestety nie wiem, pozostawiam wyobraźni czytelniczek i czytelników :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

 

entropia nigdy nie maleje

Hej :)

Nie potrafię powiedzieć, czy podobało mi się, czy nie. Z jednej strony, nagromadzenie “dziwnych” słówek i ogólnie styl przeszkadzały, musiałam zatrzymywać się, czytać niektóre zadania kilka razy, żeby zrozumieć, a z drugiej – kurczę, przecież to słowotwórstwo jest świetne i pomysłowe! Chociaż, myślę, że gdyby było go trochę mniej, to  czytałoby się łatwiej.  Fabuła jest taka sobie, po prostu przetworzenie bajki w nowych realiach. Przynajmniej też realia pomysłowe. Początku i zakończenia za bardzo nie zrozumiałam, miałam trochę takie wrażenie “dodawania na siłę głębszego sensu”, tylko nie za bardzo rozumiem, jaki to sens miałby być.

Pozdrawiam i powodzenia :)

Dzięki, Oluta, za odczytanie :)

Myślę, teraz tak z perspektywy czasu, że trochę się pospieszyłem z tym opowiadaniem, trzeba było popracować nad jego większą przystępnością i zarazem nad zrozumiałością tekstów okalających.

Cieszę się, że słowotwórstwo się podobało.

Pozdrawiam :)

entropia nigdy nie maleje

Sympatyczna ‘fantastyczna’ bajka klasyczna. Zabawa w słowotwórstwo pierwszej klasy. Polecam

Nie porwało mnie :(

Przynoszę radość :)

Hej, Jim! :) Podobnie jak Ty, uwielbiam Lema, toteż od razu wyczułam ten lemowski vibe. <3 Nawet myślałam, że napisałeś to na ten taki “lemowy” konkurs (jak Zanais i jego Demachinurg – czy coś podobnego). Innych odniesień niestety nie wyłapałam – nie znam się. (No, Andersena znam, ale zapomniałam o takiej bajce jak “Świniopas”, toteż dopiero w sekcji komentarzy zrobiłam takie “Ahaaaa…”).

 

Nie rozumiem tych wszystkich narzekań na oklepaną fabułę czy mało porywającą akcję. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że tutaj chodzi o styl i formę, słowotwórstwo i zabawę językiem. Zwłaszcza, że we wstępie (fragment kursywą) wyraźnie dajesz hinty co do tego, czego można się spodziewać…

(Podobną sytuację miałam ze swoim opowiadaniem – “Szpital dla wyświechtańców”. Nawet napisałam na wstępie, że to na poruszenie wyobraźni, a wszyscy tylko: “nie ma akcji, nie ma fabuły”. Jakby opowiadanie musiało mieć fabułę. :( xD)

Ja jestem tym tekstem ZACHWYCONA. Naprawdę. Czytało mi się bardzo przyjemnie, wiele razy byłam rozbawiona, to zagęszczenie różnych sci-fi terminów wspaniale budowało atmosferę. Mój zdecydowany faworyt: “dronopas”, normalnie parsknęłam na tym xD

Świetna robota ze zmysłowikiem, rybą i kwiatem – baaaardzo oryginalne i ciekawe kreacje.

 

Natomiast jest jedna kwestia, którą jako feministka czuję się w obowiązku poruszyć. :D Dlaczego, przepraszam bardzo, księżniczka zasłużyła sobie na swój los? Niby czym? A co to, przepraszam, kobieta nie może mieć własnego zdania? Własnych kryteriów, upodobań? Czyli jak facet chce, i się postara, i we własny mniemaniu “zasłużył”, to kobita ma obowiązkowo być zachwycona i wpaść w jego ramiona, bo jak nie, to jest jędzą? Taką zasługującą na wygnanie? :)

Ja rozumiem, że Twoje opowiadanie jest oparte na baśni Andersena, który pisał ho-ho i jeszcze więcej lat temu – dziwi mnie tylko, że nikt z czytelników nie zwrócił na to uwagi. Wręcz widzę, że niektórzy uważają to za zasłużoną karę! ;)

 

I na koniec – kilka przypiełdołek. :) Po pierwsze, w wielu miejscach brakuje przecinka. Po drugie: powtórzenie.

 miliard siedemnaste miejsce

Jednak nawet tak nieodległe miejsce

W tym pierwszym pokombinowałabym z “pozycją”.

 

Coś tam jeszcze było, ale opowiadanie ma już swoje miesiące ;), to też nie będę szukać dziury w całym.

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Nowa Fantastyka