- Opowiadanie: Mariner79 - Wplątani

Wplątani

Witam serdecznie!

 

Chciałbym zaprosić do przeczytania jednego z moich dłuższych opowiadań, które napisałem już dość dawno temu. Pomimo, że jestem zwyczajnym amatorem pisarstwa, traktuję każdy pomysł jako pasję. Być może powyższy tekst spodoba się fanom klimatów postapokaliptycznych wizji. Pozdrawiam, Mariner79.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wplątani

“W P L Ą T A N I”

 

Powieść postapokaliptyczna w polskiej rzeczywistości powojennej. Dla ukochanych rodziców Doroty oraz Bogusława.

 

SPIS TREŚCI :

 

WSTĘP

KONSULOWI WYDOBYCIA

KUPCY, KTÓRZY PRZYBYLI Z GWIAZD 

DZIKIE PLEMIONA ZACHODU

WOLNA ISTOTA – ŻYWA ISTOTA

MIASTO WŁADCÓW

WĘDROWIEC O IMIENIU JAKUB

WSKRZESZENIE FINEASZA PLECHOWSKIEGO

 

EPILOG

 

* * *

 

Kombinowanie w moim wykonaniu często nie wychodziło mi na dobre, a zwłaszcza gdy uszkodzeniu ulegały przedmioty, naprawdę potrzebne podczas wyprawy. Dość niespodziewanie parę rzeczy udało się naprawić – inne odsprzedać lub oddać do reperacji ojcu, oczywiście po uprzedniej negocjacji ceny. W latach swojej młodości staruszek wykładał ogólne zasady handlu, które panują obecnie na pustkowiu.

– Zbieraj wszystko sam, ile tylko zdołasz synu. Nigdy nie handluj towarem bez otwartego warsztatu… – mówił dobry mechanik i niezły kupiec Piotr Kunerski.

Moje wszystkie wymarsze planowałem wyłącznie na tereny, do których bardzo łatwo wkroczyć, ale tym samym sposobem można było tam pozostać już na zawsze. Jeżeli w małych wioskach, pustynnych oazach lub komunach zrujnowanych miasteczek ludziom powodziło się w miarę dobrze, o tyle w większych aglomeracjach nie było tak dostatnio. Nikt nie chciał tam przebywać, bo po jakie licho… zdarzało się, że “ważni” władcy śmiali się jedni z drugich, mówiąc o sobie różne głupstwa. Takie zachowanie popychało mieszkańców do nieprzewidzianych zachowań. Z biegiem czasu udało się wyprowadzić kilka karawan. Zaczynaliśmy prosperować jako nowi kupcy, zdobywać wszystkiego więcej, gromadząc ciekawe zapasy, unikatowe przedmioty, a także ucząc się ich używania.

Obecnie zmierzałem szlakiem na południe, gdzie podobnież dało się wydobyć wiele przedwojennych znalezisk, pozostawionych w zniszczonych bazach wojskowych. Wokół odwiedzonej okolicy z wolna zaczynało szarzeć, a w każdym jej miejscu lśnił zalegający, radioaktywny pył. Nadgryzione zębem czasu filtry powietrza walały się w nadmiernych ilościach. Mogło to oznaczać, iż zbliżam się do miejsca mojego przeznaczenia. Z ciekawością spoglądałem na licznik Geigera, obserwując jednocześnie ziemię, po której stąpałem. Występowało tu pełno trujących brei o kolorze zielono-brązowego, sraczkowatego mchu. Szybkie chodzenie, zdecydowanie mogło doprowadzić do poważnych konsekwencji, a czasami do ciężkiej choroby popromiennej. Człowiek wymiotował krwią, a parę godzin później umierał – w większości przypadków bez specjalnej terapii zapobiegającej, nie miał szans na przeżycie. Licznik pokazywał coś w granicach trzystu pięćdziesięciu punktów na rad-skali co oznaczało, że odczuję mniejsze dolegliwości, niż otrzymane w poprzednim roku.

Badając obszar już prawie trzy godziny nie znalazłem nic specjalnego poza kilkoma sprężynami i większymi, aluminiowymi puszkami. Obserwując dalekie pustkowie w ciemniejącej głębi ponad znajomym horyzontem, widać było jasne błyski oznaczające zbliżającą się burzę lub kwaśne deszcze. Byłoby lepiej, gdybym ukrył się na jakiś czas w bezpiecznym miejscu, przeczekując te anomalia, a potem zabierając się za przeszukiwanie przyległych terenów. Na wschodzie leżała sporych rozmiarów metalowa osłona, która miała być połączona ze zniszczoną tubą filtrującą, głęboko wbitą z jakiegoś powodu w ziemię. Poniżej wyżłobiono sporych rozmiarów dół pozwalający, na moment odpocząć, po całym dniu marszu, a nawet rozpalić małe ognisko. Grzejąc się przy cieple płomieni wspominałem dawne czasy, gdy jako mały chłopiec pracowałem na chwałę naszej małej komuny. Przez te wszystkie lata troszeczkę się powiększyła, stając się szczęśliwszą oraz bogatszą. Chociaż samotni z natury mieszkańcy nadal obawiali się tego dziwnego śmiechu… drwiny ze strony władców. Jeszcze nigdy się tego nie bałem i może właśnie dlatego, mój ojciec uczynił mnie całkowicie wolnym człowiekiem. Często lubiłem to wspominać, bawiąc się tamtymi myślami, aż całkiem nie zasnę. Błąkałem się po okolicy, a ludzie uśmiechali się do mnie, jakby ostrzegając, abym nie zbliżał się do ich domów. Ostatecznie osiedliłem się w całkowicie zrujnowanym mieszkaniu gdzieś poza wioską. 

Sen nadszedł szybko, bo zmęczone drżące ciało przenosiło obecny świat w całkiem inne miejsce. Obudziłem się chwilę później, wsłuchując w uderzenia kropel deszczu o metalową osłonę. Ogień prawie całkiem dogasał. Jakby kilka metrów ode mnie, usłyszałem czyjeś głosy. Do mojego schronienia zbliżało się czternastu mutantów, z których najbardziej silny znacznie wyróżniał się od reszty, przewyższając o głowę. Pozostali nie byli nazbyt rozbudowani, a ich ogólny stan zdrowia był bardzo słaby. Wyglądali, jakby szli na polowanie. Gdyby mnie zwęszyli w takim miejscu, nie miałbym szans na obronę, a moje nędzne szczątki, walałyby się po okolicy. Ich przywódca dyskutował z jedną, z pozostałych istot, gestykulując i wymachując rękami w różne strony.

– Wyjadłeś całe nasze zapasy, głupcze! Umrzemy z głodu przez twoje łakomstwo i nie dostaniemy się do Koszykowic na umówione spotkanie!

– P-pan, będzie leczył nas-s i uzdrowi nas? – jąkał się zdziwiony mutant.

– Właśnie przez to, nikt z nas nie ujrzy pana Plechowskiego, kretynie! Musimy znaleźć świeże mięso, aby uzupełnić siły przed dalszą wędrówką.

Mniejszy rozmówca wspominający o uzdrowieniu, płacząc pochylił głowę ku ziemi. Deszcz w dziwny sposób uderzał o jego skórę, pobudzając do większej wściekłości, lecz nie czyniąc mu większej szkody.

– Pan nie bę-d-d-zie nas więcej leczy-y-ł? – pytająco wyjąkał.

– Oczywiście, że nie idioto! Pozostaniesz na tym odludziu do końca swoich dni, a my razem z tobą.

– P-p-an mówił do mnie… Powiedział głośno, ażeby zdobyć mięso, idź szlakiem dalej na północ.

Wysoki mutant z zaskoczeniem spojrzał na stojącego towarzysza, jakby ktoś silniejszy wymierzył mu nagle ostry policzek w twarz. Czyżby Bartek posiadł nabyte zalążki inteligencji?

– „Głupcze jedyny” na tym świecie; akurat tam jest daleko, a ludzie są zbyt silni, więc nie pokonasz ich samymi pazurami. Zabijanie jest niegodne i zakazane przez naszego doktora.

– Co to z-z-naczy móc zabijać l-u-udzi?

Burza wzmagała się coraz bardziej, wprawiając wszystkich zebranych w medytacyjny szał. Kilku bardziej chudych uklęknęło, wznosząc ręce do góry i modląc się do groźnie wyglądającego nieba. Ktoś inny zaczął wskazywać widziadło, które zauważył w strugach ciemnozielonego deszczu. Obecni mutanci rozpoczęli głośne wycie, będące w mojej trudnej sytuacji psychicznie niewykonalnym do zniesienia. Wiedziałem, że spotkam jakiegoś boga, ale chciałem jeszcze trochę pożyć, spełniając się w taki czy owaki sposób.

– Doktor Plechowski! Nasz wielki p-p-an, będzie jednak lecz-y-ył… Uzdrowi nas!

– Milczeć obrzydliwe szkarady! Uklęknijcie przed panem, obserwujcie, słuchajcie jego głosu, a poznacie prawdę. – powiedział najsilniejszy z mutantów, klękając z pozostałymi.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy w powietrzu zobaczyłem ogromną i falującą twarz. Po tym “sakramencie”, każdy wstał z ziemi, powoli odchodząc w nieznanym kierunku. Może powinienem się pomodlić, bo miałem wrażenie, że spotkało mnie coś niesamowicie trudnego do wytłumaczenia. Trzeba było zawiadomić wioskę o dziwnych wydarzeniach, poinformować znajomych ludzi albo wrócić do przeszukiwania kolejnych stref.

Po paru minutach skupienia, odczuwałem istotne zmiany wewnątrz mojego umysłu. Pomyślałem, aby iść za tymi draniami albo przyłączyć się do ich pielgrzymki oraz mistrza. Wydawali się dosyć spokojni jak na zdziczałe bestie, spotykane na skażonych terenach. Ślady zostawiane przez ich grupę były widocznie dość wyraźne, czy to na błocie namokłym napromieniowanym opadem czy innym, podobnym podłożu.

Miałem wrażenie, że dostrzegam ich szkaradne mordy, kiedy z odległości dwudziestu metrów wyłoniła się postać skierowanego w moją stronę mutanta. W jego wzroku dostrzegłem chęć wyrwania moich wnętrzności oraz „wciągnięcia” ich na śniadanie.

– Człowieku, przestań ś-ś-ledzić nas-s i szpiegować. Idziemy do wioski, a ty masz ostrzeżenie od wysokiego przewodnika. Jeśli będziesz szedł za nami, to zostaniesz za-bi-ty!

Postanowiłem zbliżyć się o mały krok w jego kierunku i po chwili zastanowienia wypytać o kilka bieżących spraw.

– Jakim cudem potrafisz mówić ludzkim językiem? Większość z was nie umie tego zrobić. – zachęcałem go do mówienia, bo chciałem poukładać dręczące pytania.

– Nieważne. Nie interesuj się naszą sprawą.

– Wręcz przeciwnie… chce wiedzieć, jakim sposobem wasz przewodnik komunikuje się z tym falującym straszydłem.

W jednej chwili przy twojej spoconej szyi znalazł się ogromnych rozmiarów szpon wyrastający z przedramienia daleko stojącej osoby. Szpon wyglądał jak dobrze naostrzona kosa, po uderzeniu której niewiele pozostaje w zasięgu.

– Powiedziałem, że to nie twój interes. P-p-an zakazuje zabijać… ale przecież t-y-y mnie skądś znasz. Dlaczego ty obrażasz naszego pana?!

– Chce tylko porozmawiać z twoim panem i przeczekać tę cholerną burzę.

Zdeformowany stwór usiadł ze skrzyżowanymi nogami na ziemi, po czym zaczął płakać.

– Nie płacz. Skoro jesteście, aż tak pacyfistycznie nastawieni do podróżnych, to wszystko będzie dobrze. Ludzie zostawią was w spokoju. – postanowiłem pocieszyć tego chorego kalekę.

– Pacyfistycznie? A co to znaczy…

– Miałem na myśli łagodnie – bez większej agresji.

– Widzisz, drogi kolego… ludzie są źli, dla takich jak my. Próbują nas odrzucić poza “doskonałe stworzenie” – rozumne stworzenie pochodzi od boga – a doktor Fineasz Plechowski wyleczy nas, zbawi przekazując naszych umarłych prawdziwemu stwórcy – wszystkich mutantów.

Nie minęła chwila, a pojawili się pozostali mutanci. Były wśród nich osobistości z dwoma głowami, skrzywieniami kręgosłupa, przerostami stóp i tuzinem innych deformacji, których zaawansowana medycyna, nie byłaby w stanie, w żaden sposób naprawić – trudno wyrokować, czy aby chciałaby to zrobić. 

Wokół tej gromadki zaczynało nieprzyjemnie pachnieć, dlatego zdecydowałem się nieco odsunąć, bojąc się również o swoje życie. Szybko wyciągnąłem z plecaka strzelbę myśliwską, przeładowując ją i celując w najbardziej wyrośniętego przeciwnika.

– Nie zbliżajcie się! Ten kto podejdzie blisko mnie, będzie miał rozwalony łeb!

– Wstawaj Bartek! Nie płacz, bo wydajesz się jeszcze bardziej żałosny – a ty, człowieku albo jesteś samobójcą albo masz pomylone w głowie. – Przewodnik spojrzał w moją twarz i splunął na ziemię.

– Chcesz poznać naszego pana?

– Widział nas podczas medytacji… rozpozna doktora.

– W takim razie, musi poznać naszą prawdę o zniszczeniu świata.

Wszyscy stojący naokoło ciebie, za wyjątkiem wysokiego Skumia odwrócili się plecami, klękając na ziemi rozpoczęli modlitwę. Przez mgnienie oka zobaczyłem twarz jakiegoś stworzenia, które pojawiło się obok stojącego sąsiada. Lekkim ruchem ręki podniósł mnie w górę, rzucając na ziemię. Kontakt z podłożem okazał się bardzo miękki i nie pozostawiał jakiegokolwiek bólu za wyjątkiem wyraźnego odrętwienia. Patrzyłem na nich, nie mogąc wymówić ani jednego słowa.

– Zostawimy przybłędę tutaj. Po kilku godzinach powróci do normalności.

– A napromieniowanie? – zapytał z ciekawością w głosie Bartek.

– Skoro znajduje się na tym obszarze, to na pewno ma medycynę zapobiegającą.

– P-p-an mówił, że tutaj leży potrzebujący człowiek… Można też zdobyć jego świeże mięso.

– Kanibalizm to straszny grzech, głupcze! Ciągle myślisz jak zaspokoić swój głód. Głos doktora wyraźnie powiedział, aby kierować się do wioski, gdzie czaka na nas uzdrowienie. Myśl tylko o tym.

– C-co to znaczy uzdrowienie? – Bartek wyraźnie nie potrafił zapamiętywać ważniejszych informacji. Kiedy emocje opadały, zapominał większość zdarzeń.

Wysoki mutant chwycił swojego rozmówcę za szyję i popchnął w kierunku odchodzących towarzyszy. Po godzinie leżenia w bezruchu miałem wrażenie, jakby nad moją głową znowu falowała jakaś ogromna twarz. Mówiła o początku stworzenia wszechświata, momencie jego „natchnienia” przez najwyższego, również o pomocy dla potrzebujących. Po całym przedstawieniu straciłem na trochę przytomność, a po następnych paru godzinach powróciłem znowu do świata żywych. Okazało się, że poziom napromieniowania był mocno niepokojący – licznik przekraczał osiemset punktów na rad-skali. Należało jak najszybciej użyć lekarstw-spulchniaczy, czyli woreczków niebieskiego płynu, z których wychodziła rurka z przylepioną igłą. Zmniejszało to niebezpieczeństwo spowodowane skażeniem, niestety wywoływało ogromne wrażenie spowolnienia pracy całego układu nerwowego. Niespecjalnie przyjemne doświadczenie.

Wróciłem do starego schronienia wygrzebanego w ziemi, będąc niezadowolonym ale równocześnie trochę bardziej świadomym otaczającego mnie świata. Jego osobliwych tajemnic. Szybko użyłem wspomnianych środków, myśląc o tym co mnie dzisiaj spotkało. Nie każda wyprawa w nieznane, kończyła się sukcesem. 

– Czy jesteśmy ostatnim bastionem walczącym o dobro? – zapytałem samego siebie. – A może ten objuczony problemami mesjasz, nazywany doktorem Plechowskim posiadł niezbadaną wiedzę?

Przypominałem go sobie bardzo cicho: 

"Sukcesywny rozwój ludzkiej natury, ciągle odradzający się w zależności od wybranego świata jest automatyczny. Czas to świadectwo zniszczenia. Ruiny dawnych osiedli – w kosmicznej próżni pozostały po nich jedynie głazy – rozbite w mniejsze asteroidy (ostatecznie okryte pyłem), liczne księżyce czy kosmiczna pustka. Atomy pozostały w ciągłym nieładzie, a obecny układ gwiezdny, to szkic jakiegoś dawniej zbliżonego schematu. Dlaczego wszystko powolutku zapadało się w głąb, tworząc olbrzymi wir… zielone pastwiska Edenu zostały stopione w nicość, a ja doktor Fineasz Plechowski, czy naprawdę poznałem boga”

Głębokie tezy obłędu lub początek końca naszego obecnego świata.

– Gdzie znajduje się bóg? – spytałem znowu samego siebie. – Czy jakakolwiek z jego manifestacji istnieje wśród tysięcy upadłych?

– Jeśli bóg nie żyje, odczytywanie mesjanistycznych znaków jest błędem, gdyż po nich przyjdzie czas na nowego następcę… śmierć czy życie?

Obudziłem się trochę bardziej wypoczęty. Powroty do swojej małej bazy często wzbudzały wewnętrzne rozterki, wywoływane głównie zdenerwowaniem o własne dobra. Zajmowałem się naprawą różnego sprzętu, jednak miejsce przechowywania tych wszystkich części zamiennych, było praktycznie bez ochrony. Nie mogłem zadbać o wszystko sam, dlatego parę miesięcy temu, odnowiłem pomieszczenia znajdujące się pod mieszkaniem. Postanowiłem składować tam większość bardziej cennych znalezisk, do których prowadziły małe schodki poprzedzone ciężką, drewnianą klapą zamykaną na kłódkę. Podróże bardziej niebezpieczne, a więc te po skażonych terenach, przynosiły największe zyski. Ostro cierpiało na tym ciało. Najbardziej narażone na promieniowanie zarówno u mężczyzn jak i kobiet były organy płciowe. Należało się porządnie wykąpać, a potem najszybciej udać do lekarza mieszkającego w wiosce. Miejscowość nazywano “Bramą Pisaku”, gdyż rozdzielała obszary pustynne, od tych całkowicie zniszczonych skażeniem. Uczucie sporego obciążenia wywołanego braniem środków medycznych, utrzymywało się jeszcze przez parę dni. 

Odwiedził mnie pewien kupiec posiadający poważnie uszkodzony “kolektor solarny”, używany w jednym z nadajników dalekiego zasięgu.

– Mógłbyś naprawić ten przedmiot? – zapytał gość noszący na sobie pustynny kaftan, ciężkie żołnierskie buty i szeroki pas wykonany ze skór zmutowanych węży. Był bardzo nerwowy, a przyczyną wywołującą ten stan była najprawdopodobniej jego praca.

– Powinienem najpierw rzucić na to okiem. Jeśli będziesz tak bardzo się tym przejmował i trzymał tak mocno w ręce baterie, to nie zdołam tego zrobić.

Człowiek stojący “vis a vis” mnie, uśmiechnął się półgębkiem i rozluźnił mocny uchwyt, wręczając mi urządzenie.

– Ten kolektor uległ przegrzaniu, blisko obwodów elektronicznych procesora i jest spalony. Bez nich nie zadziała akumulator czasami nazywany przez fachowców baterią. Aczkolwiek soczewki znajdujące się powyżej niego są nienaruszone… chętnie od ciebie odkupię.

– Nie możesz znaleźć zastępczy sterownik dla tego cholerstwa albo odnowić obwody?

– Nawet, gdybym taki posiadał, a nie posiadam go już w magazynku, nie potrafiłbym tego połączyć razem bez odpowiednich narzędzi. Słyszałem o mieście leżącym blisko morza, w którym posiadają takie cuda. Do czego służył ten kolektor?

– Kontaktowałem się przy pomocy nadajnika z pewnym człowiekiem. To dla nas bardzo ważne, aby nie tracić łączności dalekiego zasięgu. Może słyszałeś o mieście “El – G.r.u.m. -Technology”?

W większości przypadków podróżowałem sam, żyłem samotnie i parę razy odwiedziłem jakieś dalekie miasto na zachodzie. Nie byłem nikim ważnym, ale przynajmniej próbowałem coś robić.

– Niestety, ale nie znam tego miasta.

– Jeśli przypadkiem tam zawitasz, to zapytaj o Juriego Rostanovskiego. A przy okazji, te soczewki weź sobie na pamiątkę.

– Dzięki, przyjacielu! – powiedziałem zachwycony.

Po kurtuazyjnym podaniu ręki twój nowy znajomy opuścił warsztat, udając się w swoją stronę. Siedziałem, odpoczywając na fotelu, gdy do mojego domu trafił "przewodnik" naszej małej komuny. Było to żartobliwe określenie naczelnika, wybieranego w każdej większej lokacji, która miała aspirację do tego, aby nie popaść w ruinę i nie być zdegradowaną do rangi drobnego przytułku. W jego zachowaniu wyczuwałem zażenowanie świadczące o tym, że czegoś potrzebuje.

– Rozmawiałem z twoim ojcem, Rolf.

– Staruszek przypomniał sobie o własnym potomku? Nie rozumiem, po co to całe zamieszanie… można to było załatwić w inny sposób.

– Nie rozgrzebujmy starych ran. Zapytał czy może cię odwiedzić i zobaczyć jak ci się wiedzie.

– Ojciec zawsze może mnie odwiedzić, kiedy tylko chce. Widocznie wcześniej nie przejawiał takiej potrzeby.

– Powoli zaczynamy korzystać z twoich usług. Nie ukrywam, że mamy pewien problem.

– Macie przecież wspaniałego Piotra Kunerskiego, który jest o wiele bardziej doświadczonym mechanikiem, niż taki prosty amator. – powiedziałem zdenerwowany.

– Zdajesz sobie sprawę kim był ten człowiek, który wyszedł z twojego domu? Jakie pełni stanowisko?!

– Kolejny bogaty kupiec na pustynnym szlaku. I co z tego?

– Zacznijmy od samego początku… dwadzieścia dni temu przywędrowała karawana podróżująca z północnego wschodu. Od razu zauważyliśmy, że to ważni i przyjaźni ludzie. Bez większych ceregieli podpisali z naszą osadą pakt o wolnym handlu i oznaczyli na mapach ważniejsze miasta. Doskonale wiedzieli, jak funkcjonują takie małe komuny, a nam nie wolno pozostawić takiego farta bez odpowiedzi.

– Czego wy ode mnie chcecie? Mam iść razem z tymi ludźmi i pracować jako mechanik.

– Nikogo innego nie możemy teraz wysupłać. Jeśli wykonasz zadanie dla wioski, to będziesz mógł odwiedzać kogo tylko chcesz, o której godzinie będzie ci się żywnie podobało. Dostaniesz też wsparcie w postaci dodatkowych racji żywnościowych, zasobów pitnej wody, a co parę dni trochę metalowych części dla twojego warsztatu. Musisz dokładnie zbadać ich siedzibę, wrócić do naszej “Bramy Piasku”, a później zdać bezstronną opinię. Mam do ciebie wielkie zaufanie, przyjacielu.

Rzeczywiście, dzięki temu zleceniu mogłem stanąć na nogi i rozpocząć składanie kombinezonu przeciw napromieniowaniu.

– To trudne zadanie. Wiesz, że na odległej północy grasują bandy najemników, a także przemytnicy krążący we własnych wehikułach? – powiedziałem lekko zmartwiony.

– Być może, ale teraz to mało istotne. Weźmiesz nowe mapy karawan dostarczone przez kupców. Pomogą ominąć niebezpieczne miejsca i pułapki. Są tam również zaznaczone oazy, większe zbiorniki wodne czy wygasłe szyby paliwowe. Po wykonaniu misji staniesz się naprawdę ważnym człowiekiem… zastanów się nad tym.

Kartografia w dzisiejszym wydaniu dawała olbrzymie możliwości przeszukiwania różnych terenów – niezbadanych przez innych poszukiwaczy, szabrowników, wolnych handlarzy czy każdego kto miał trochę dobrych chęci, rozpoczynać cokolwiek od zera.

– Jeśli nie powrócę, będę ci się śnił po nocy. Zgadzam się, Dariusz.

– Najlepiej wyrusz przed karawaną, która przebywa w wiosce. Im szybciej wyjedziesz, tym szybciej wrócisz.

– Pozdrów ojca i powiedz mu, że będę czekał na jego odwiedziny, gdy powrócę do domu. Żywy albo martwy.

Powędrowałem szlakiem na północ, zaopatrując się w dodatkowe naboje, wodę oraz zapasy jedzenia. Droga miała być bardzo długa i pełna niebezpieczeństw, które mogły ostatecznie uczynić mnie kaleką do końca życia. Chyba warto, gdyż życie bez nadziei jest podobne do martwego drzewa pozbawionego liści, a to niezbyt mi pasowało. Szansa na awans społeczny zachęcała jeszcze bardziej – imponowała. Piach i upał utrudniały ciągły marsz, z kolei każdy wykonany krok wymagał podwójnego wysiłku. Obszary zaznaczone na mapie pokazywały, że w odległości kilku godzin znajdowała się mała oaza. Była oznaczona krzyżykiem mówiącym o w miarę bezpiecznym schronieniu. Nowe doświadczenie, bardziej skomplikowane, aniżeli wcześniejsze podróże na południe – wymagało bardziej taktycznego sposobu myślenia oraz podejścia. Gdy nadeszła noc, zrobiło się bardzo chłodno. Musiałem rozpalić ogień, będący równocześnie straszakiem dla dzikich psów, ciekawych cóż takiego dzieje się na ich terytorium. Nie było to wystarczające wobec ich dominacji, bo wymagało zapalenia jeszcze paru pochodni, których nie sposób łatwo wykonać. Należało czuwać i uważać na każdy szczegół, który mógłby wzbudzić podejrzenie. Rankiem, po ugotowaniu zupy z węży przyprawionej drobną ilością radioaktywnych korzeni, poczułem się gotowy do dalszej podróży. Odwiedzenie oazy pomogło uzupełnić zapasy wody oraz żywności. Znajdowało się tu pełno smacznych robali, które w połączeniu z poddaną promieniowaniu pokrzywą, pozwalały przyrządzić doskonałą sałatę dającą dużą porcję energii. Zbieranie tego wszystkiego zajęło mi chwilę czasu, nieco dłużej niż planowałem. Wreszcie znalazłem chwilę czasu, aby poprzyglądać się pewnej rzeczy, którą pozostawiono samotnie niedaleko stąd. 

Porzucony pustynny wehikuł. Grzebanie w tym cudeńku, mogło nagle sprawić, że zostanę naprawdę bogatym człowiekiem, a z drugiej strony martwą przynętą. Nerwowo rozglądałem się na prawo i lewo, jakby cały czas, starając się zmieniać punkt skupienia dla zmęczonych oczu. Zdałem sobie sprawę, że moja sytuacja była doskonała dla snajperów, zamieniała się w pospolity horror. Zdecydowałem przykucnąć, po czym powoli oddalać się od martwego, mechanicznego złomu. 

Niespodziewanie głośne strzały, padły z dość dalekiej odległości, przeszywając mój pustynny kaftan. Dwie kule trafiły w plecy, przechodząc gładko przez tułów, natomiast trzecia utknęła głęboko w udzie, wywołując od razu spore krwawienie. Od wieków wiedziałem, że moje nogi były dla mnie tzw. „słabym punktem”, jakby nieskończoną bolączką uwrażliwioną na każde uderzenie. Ciężko dysząc przeczuwałem śmierć nadchodzącą powoli w moją stronę. Ktoś zbliżał się bardzo ostrożnie, rozmawiając i wyrażając swoje uwagi.

– Kolejny upolowany kogucik… a kim jest kukiełka leżąca na ziemi?

– Miał więcej szczęścia, niż rozumu? Chyba nie, bo dostał w płuco i w nogę, ale trochę będzie dyszał. Weź go za rękę i odciągnij bliżej oazy. Może coś ciekawego wypapla. – powiedział z drwiną drugi z napastników.

Silniejszy złapał mnie za zdrowszą nogę, ciągnąc wolno po piasku. Ciężko było cokolwiek powiedzieć. Słowa grzęzły w cichym bulgocie krwi, pomieszanej z pieniącą się śliną, a z cholernego uda nadal obficie wypływała krew. Bandyci wypakowali wszystkie moje przedmioty, zabierając je do własnego plecaka. Pozostawało czekać na śmierć, ale niekoniecznie w ich wydaniu.

– Kogucik miał trochę odłożonych jajeczek… pewnie chciał sobie zrobić koktajl! Co takiego ten bogaty typ robi na otwartej pustyni? – zapytał ciekawie mężczyzna. – Tutaj sam diabeł mówi dobranoc, a na terytorium plemion “pustynnych hien” nie ma bezpiecznych miejsc. Ciesz się, że nie spotkałeś prawdziwych łowców tylko uciekinierów, bo gdyby uznali cię za hienę, to obdarliby cię żywcem ze skóry.

Kolega mówiącego bandyty, szybkimi ruchami ręki, pakował przedmioty do plecaka.

– Jestem wrażliwy na takich palantów. Daj mu się napić trochę wody, a potem wyruszamy na zachód. Znudziły mi się te oazy, bo naprawdę zysk jest mały, a straty wśród frajerów coraz większe.

– Zakończylibyśmy szybciej twoje męki, ale to nie w naszym stylu. Łowcy powinni kierować się kodeksem honorowym, jednak my jesteśmy wygnańcami. Czasami dezerterami z regimentów generała Archera. Kiedy ten idiota szkoli swoich “rycerzy”, nigdy nie jest łagodny, ani spokojny, dlatego wolimy zdezerterować na łono pustyni.

Ich wymarsz trwał krótką chwilę, a w niecałe piętnaście minut później straciłem przytomność. Obudziłem się, leżąc tam nadal a wcześniej, mamrocząc coś pod nosem śniłem o zmutowanych sługach jakiegoś mesjasza. Koszmar czy może prawda? Przez moment czułem, że mógłbym podnieść ten ciężar bólu przygniatający mnie od wewnątrz i wałkujący od głowy, aż do samych stóp. Pewnie otaczało mnie złudzenie… słońce chyliło się ku zachodowi, mając ukryć się za zasłoną nocy. Przypomniałem sobie wygląd mojej matki. Często przed snem śpiewała mi stare piosenki:

 

"Niech słońce pustyni zawsze jasno świeci,

A syn godła handlu pokłoni się potędze,

Gdy poranna mgła nadchodzi i świat otula,

Pokłony, pokłony, pokłony…”

 

Czułem się samotny i tylko obecność śmierci hamowała uczucie smutku. Z oddali dosłyszałem szum zbliżających się wehikułów. Wysiadło z nich kilka osób, z których jedna wyjmowała coś z dużego plecaka. Po tym wydarzeniu było mi wszystko jedno, przestałem się przejmować całym światem, a czarny punkt tkwiący bez końca przed oczami zniknął.

Poranione ciało ciągle dawało o sobie znać, bo widocznie jeszcze nie nadszedł mój kres. Na początku męczące oddychanie wywoływało skurcze mięśni i drżenie pleców. Nieustający ból nie odchodził, kilkukrotnie wzmagając poprzednie odczucie strachu. W odmętach pamięci, przybierały na sile stare wspomnienia spotkań z różnymi ludźmi, których znałem od małego – pojawił się również zmutowany doktor Fineasz Plechowski. Bez końca opowiadał o różnych rzeczach, jakby próbując mnie uspokoić i dać nieco więcej czasu na odpoczynek.

 

"Szatan pomimo wygranej nie rozumie zamysłów boga, ani biblijnego raju utraconego. Potrzebuje zwykłego człowieka jako istoty, mogącej mu pomóc w jego planach – jakiekolwiek by one nie były. Człowiek nie chce mu służyć otwarcie, a ci którzy dołączyli już dawno temu poumierali. Ostatecznie sam Lucyfer, to upadły anioł niosący światło, a niełatwo zmusić do posługi oświeconych niewolników, tych zdobywanych za pomocą prawa. Pozostaje kolejny bunt. Wojna jest gwarancją kolejnych wygranych."

 

Nienawidziłem siebie z wielu powodów, ale teraz chciałem powrócić do przeszłości, słuchać różnych opinii, uczyć się nowych i niezbędnych umiejętności w walce z wrogiem. Był to dopiero początek nowej filozofii życia, której jeszcze nie zgłębiłem. Nigdy nie lubiłem za bardzo filozofować. Ciągłe sprzeczności kłębiły się w moich myślach, ocierając o najbardziej zmęczone zamysły. Ktoś wymawiał niezrozumiałe słowa, jakby gładząc je językiem albo może, próbując uzyskać ważną informacje. Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na proste pytanie, o co tutaj chodzi.

– Śpi już trzeci dzień. Nie możemy zostawać go w tym miejscu ze względu na naszą misję. Musimy uzupełnić zapasy.

– Wystawiłeś straże wokół oazy? – powiedział surowy, kobiecy głos.

– Bez obaw, księżniczko. Dwóch strażników obserwuje to miejsce z odległości stu metrów. Ktoś będzie musiał ich zastąpić – potrzebują trochę odpoczynku. Na razie mogę się tym zająć, ale co potem?

– Pojedziesz wraz z Łukaszem do punktu wymiany towarów w mieście “Nowy schron”, a po załatwieniu formalności wrócisz do obozu. Do tego czasu zastąpię cię na stanowisku.

Mężczyzna był niezadowolony z przebiegu tej rozmowy i próbował postawić na swoim.

– Nie możesz się zbytnio przemęczać, Belindo. Od dziecka byłaś bardzo licha pod względem zdrowia, a gdyby nadzorca wiedział co chcesz zrobić.

– Pieprzyć nadzorcę! Masz wykonywać moje polecenia…

Mijało kilkanaście kolejnych dni. Swędzenie ciała nie dawało mi spokoju i pobudzało do tego, aby w końcu wyjść ze stanu śpiączki, wracając do rzeczywistości. Otworzyłem oczy, próbując zogniskować wzrok, będący jeszcze jedną i wielką rozmazaną plamą. Kręcąc powoli głową zauważyłem kilka drzew oraz sporą ilość wody znajdującej się obok mojej lewej ręki. Z drugiej strony posłania, ktoś bliżej nieznany siedział przy ognisku, dorzucając co chwilę do ognia kilka patyków oraz pilnując, aby nie zgasło. Nie daleko usłyszałem warkot pustynnego quadu, który szybko oddalał się od tego miejsca w nieznanym kierunku. Zaczynałem sobie wreszcie przypominać, gdzie jestem oraz kto jest moim opiekunem.

– Wreszcie otworzyłeś oczy. Nieźle cię poobijali przed naszym przybyciem.

– Dezerterzy… – zacząłem z trudem wymawiać pojedyncze słowa.

– Jak cię nazywają wędrowcze?

– Jestem Rolf… pochodzę z “Bramy Piasków”.

– Nie jest specjalnie oddalona od tej przeklętej oazy. Będę musiała zostawić cię teraz z pewnym człowiekiem. Przypilnuje przez jakiś czas ogniska, a gdy wrócę dokończymy naszą rozmowę.

– Komu mam podziękować?

– Zostawimy to na później. Teraz odpoczywaj.

Do ogniska podszedł człowiek, który był ubrany w wojskowy mundur, silnie zbudowany i wyposażony w kompletny rynsztunek snajpera.

– Melduje się sierżant Jan Monarski.

– Odpocznij parę godzin, a ja w tym czasie uwije sobie gniazdo na tym pagórku.

Twoja rozmówczyni pewnym ruchem ręki włożyła na siebie ciężką kamizelkę oraz wojskowy hełm, po czym poszła wykonywać swoje zadanie. Sierżant był nieźle wycieńczony, bo od prawie dwóch dni pełnił funkcję strażnika-snajpera. Gdyby zwiódł, wszyscy bylibyśmy martwi.

– Kim jesteś z zawodu? – zapytał, przymykając lekko oczy.

– Naprawiam różne przedmioty… zbieram je, czasami gromadzę naprawdę dużo rupieci, a czasami wyrzucam. To podobne do rosyjskiej ruletki, tylko zmienione są zasady gry.

– Wolny strzelec.

– Nie chce być niegrzeczny, ale czy możesz mi powiedzieć kto mnie zreperował? Zawsze spłacam swoje długi.

Snajper grzejący się przy ognisku, prawie wcale nie odpowiadał. Chwilami pociągał alkohol z małej butelki, szybko i umiejętnie wlewając go do ust.

– Pani Belinda Brinnger. Jest amerykańskim chirurgiem, naukowcem i dyplomatką, a zastępuje głównego technokratę w kompleksie naukowym daleko na południowym wschodzie. Zostałem zmieniony, tak więc zasypiam. W końcu muszę się trochę zdrzemnąć, bo to dwa dni służby…

Sen dopadł również mnie samego. Gdy ponownie otworzyłem oczy na zewnątrz zaczynało świtać. Do obozu, gdzie stały dwa pustynne wehikuły – w tym jeden spalony – podjeżdżał kolejny pustynny quad. Wysiadał z niego Łukasz, który od razu zabierał się za przygotowywanie posiłku. Jak zauważyłem wcześniej Belinda wróciła z warty oraz spała przy ognisku, wykończona po długiej nocy. Trzeci mężczyzna, którego jeszcze nie kojarzyłem podszedł do mnie, spoglądając na rany postrzałowe. Przez chwilę trzymał mnie za ręce, sprawdzając w jakim stanie znajduje się mój organizm.

– Twoje rany są poważne, ale mam dla ciebie dobre wiadomości. Jesteś silnym mężczyzną i za dwa tygodnie staniesz całkiem na nogi. Nie możemy dać ci dwóch tygodni, a więc masz dwie możliwości – pojedziesz z nami na północ albo przerzucamy cię do Nowego… . Będziesz musiał odpracować to i owo przy odbudowie starego kościoła, ale wyjdziesz na swoje.

– Po co nam okradziony podróżnik? Mamy o wiele więcej na głowie, niż zajmowanie się rannymi.

– Już wiele dobrego zrobiliśmy dla tego człowieka, a naszym zadaniem jest zupełnie co innego. – powiedział sierżant Marcin.

– Spokojnie, przyjaciele… zdrowy czy nie, mam swoje sprawy. Udaje się do miasta “El Grum-Technology”.

Kobieta z nutą ciekawości nadstawiła uszu, wtrącając się do rozmowy.

– Co to za miasto?

– Jest najbardziej rozwijającym się miejscem na wschodnich terenach pustynnych. Podobno jego mieszkańcy lubią zajmować się handlem, lecz tak naprawdę mało o nich wiadomo. Muszę porozmawiać z pewnym człowiekiem… z pewnością, będzie mnie pamiętał.

– Nigdy nie słyszałam o tym miejscu. Może warto się tam porozglądać?

Łukasz zaczynał rozkładać na półmiski czerwonawe mięso pomieszane z dziwnie ciągnącymi się, trawiastymi pałeczkami wyjmowanymi z metalowego kociołka. Powoli przeżuwałem wodorosty, które dziwnym trafem dobrze smakowały.

– Jedzenie? – zapytałem, próbując poskromić w sobie uczucie silnego głodu.

– Są to zaprawiane w przyprawach morskie algi z mięsem szczura… wolno przeżuwaj, to na dłużej zostanie ci w żołądku.

Nie potrafiłem jeszcze odczytać wyrazu twarzy amerykańskiej lekarki. Miała najsilniejszą osobowość z całego zespołu.

– Nasza misja jest najważniejsza, ale postanowiłam że weźmiemy tego człowieka do północnego szybu. Jego przyszłość jest tutaj niepewna, zna się na naprawianiu przedmiotów, może się przydać. Co ty na to?

Przez moment było mi bardzo niedobrze i obawiałem się, że zwrócę cały posiłek na ziemię. Na szczęście wszystko wróciło do normy.

– Jedziesz z nami, Rolf? – zapytała ponownie Belinda.

– Jeśli zabierzecie mnie ze sobą… wolę jechać pośród was.

– Nie musisz nic robić. Wystarczy, że będziesz silny, wytrzymując trudy podróży i od czasu do czasu, pomożesz jednemu ze strażników w pilnowaniu obozu.

Spróbowałem podnieść się ze śpiwora, w którym ciągle tkwiłem od kilku dni. Jedzenie trochę poprawiło moje samopoczucie, a chęć zrobienia czegokolwiek innego, oprócz tamtych czynności, nieźle wzmagały ten wysiłek. W końcu usiadłem, patrząc na swoich towarzyszy z uśmiechem na ustach. Pomimo wielu dolegliwości związanych z ranami postrzałowymi, częstych zamętów w głowie oraz ostrego swędzenia wiedziałem, że koszmar odszedł już na dobre. Postanowiłem opowiedzieć im historię, która spotkała mnie na południu w czasie podróży, po skażonych terenach . Trwało to nieco dłużej, aniżeli zakładałem, ale słuchający byli wyraźnie zaciekawieni moimi wspomnieniami z tamtych dni.

– Mówisz, że ci zmutowani wyznawcy modlili się do Fineasza Plechowskiego? Znamy tego człowieka… od prawie dwudziestu lat szukamy jego miejsca pobytu na pustkowiu. Był najlepszym naukowcem wśród pracujących debiutantów kompleksu naukowego.

Wyraźne zaskoczenie błądzące po mojej twarzy, nie wiadomo dlaczego wywołało ogólne rozbawienie grupy.

– Dużo wiesz, podróżniku. Chodzisz sobie nie wiadomo gdzie, zbierasz nie wiadomo jakie przedmioty albo gromadzisz informacje. Twoje informacje mogą być akurat bardzo cenne. Proponuję, abyśmy zagrali w otwarte karty. Z pewnością wiesz już nieco więcej o naszej misji. Brak paliwa jest dla naszego małego imperium bardzo niebezpiecznym problemem, przez co musieliśmy ograniczyć jego zużywanie do minimum. Od dawien dawna, korzystamy z technologii opartych o energię słoneczną i atomową, a nie możemy poruszać się w miejsca, które zawierają zamienniki dla patentów jakie nimi sterują. Najszybszym środkiem transportu, są dzisiaj pustynne wehikuły napędzane paliwem wydobywanym w “Północnym szybie – jeden”. Z tego co wiemy, pracuje tylko sam, a jego zasobami rządzi siedmiu ludzi nazywających siebie “Konsulami Zarządu Wydobycia”.

– Chcecie podpisać pakt o wolnym handlu i dostawie paliw?

– Są to pewnie starzy nudziarze zbierający każdy możliwy grosz na swoje własne, głęboko ukrywane zachcianki. Wystarczy, że przedstawimy im kilka specjalistycznych urządzeń co powinno ich w pełni przekonać. Po wykonaniu analiz wszyscy będą zadowoleni.

– Możesz zdradzić co to za urządzenia? – zapytałem zaciekawiony.

– Roboty medyczne, implanty lecznicze, ochronne kombinezony przeciw skażeniom chemicznym, napromieniowaniu… wiele nowych medykamentów, przyrządów elektronicznych, których możliwości w połączeniu z technologią pozwalają przywrócić chorego człowieka do pełnego zdrowia w kilkanaście godzin.

– A broń masowego rażenia?

– Owszem. Jednakże nie handlujemy otwarcie tego typu sprzętem.

Wydawało się, że najważniejsze sprawy zostały już sobie wyjaśnione. Plan wykonania misji był w miarę prosty i nie wyglądało na to, że coś może się nie udać. Pozostawało już tylko skupić się na własnych, wewnętrznych zamysłach, starając się nie popaść w marazm i destrukcję.

– Jutro wyruszamy w drogę. Przygotujcie się, bo jest przed nami jeszcze sporo kilometrów do przebycia. Pierwszy szyb, znajduje się blisko morza, a jeśli starczy czasu spróbujemy go nawet zwiedzić.

Belinda przysunęła śpiwór bliżej mojego, kładąc się wygodnie i mrużąc powieki. Moje zlecenie przy odrobinie dobrych chęci mogło być jeszcze wykonane w całości, a wtedy rozpocznę wszystko od początku.

“Raj utracony to tylko jeden ze światów zmierzający do sedna wszechrzeczy – zdrowe systemy od horyzontu po horyzont, zielone pastwiska Edenu mogące dać przewagę w wygranej, rozpadły się w radioaktywną pustkę"

W trakcie sześciu następnych dni jechaliśmy przez pustynię, pokonując tereny począwszy od łatwo dostępnych diun, a kończąc na trudnych do przebycia kamienistych obrzeżach. Nie częściej, niż dwie godziny w ciągu dnia przeznaczaliśmy na krótkie postoje, również ze względu na mój stan zdrowia. Wtedy mogliśmy nieco odsapnąć, rozmawiając przy okazji na wiele tematów związanych z medycyną. Czasem jedliśmy drobny posiłek czy zażywali środek przeciwbólowy wzmacniający również organizm. Otrzymałem nowy ekwipunek, mundur, broń oraz specjalne przyciemniane gogle chroniące oczy przed powszechnie obecnym piachem. Kiedy dojeżdżaliśmy do pierwszego szybu paliwowego, w odległości kilkudziesięciu metrów od centrum zatrzymano wehikuły, powoli schodząc na mocno zdeformowaną powierzchnię ziemi.

 

KONSULOWIE WYDOBYCIA

 

– Będzie lepiej, jeśli dalej pójdziemy pieszo. Nie wiadomo jak mogą zareagować tutejsi mieszkańcy, widząc ludzi w pustynnych quadach.

Bliżej szybu wydobywczego było słychać ciągłe dudnienia ogromnych, stalowy palów wibrujących i wbijających się głęboko w powierzchnię gleby. Pracowało tam mnóstwo ludzi, którzy ciągle poruszali się w różne strony, czasami wchodząc do przylegających niedaleko kwater mieszkalnych, a innym razem, badając swoje odwierty. Obszar był ogółem słabo chroniony, a dobrze uzbrojony oddział mógł w łatwy sposób, przejąć ich zasoby. Najbliżej stojący mężczyzna szybko zerknął w naszym kierunku, biegnąc co sił w nogach i wołając pozostałych, aby skupili się na nowych gościach. Był to przysadzisty mężczyzna z długą czarną brodą i jasnymi oczami. W jednej chwili, w rękach tego niepozornego osobnika pojawił się obrzyn, wycelowany w stronę potencjalnego wroga za jakiego z początku zdecydowanie nas uważał. Wszyscy wokół sięgnęli po broń, wśród której znajdowały się dłuższe strzelby myśliwskie, rewolwery Magnum-44 oraz broń biała przypominająca przedwojenne maczety, a wykonana prawdopodobnie z szerokich, połączonych ze sobą kawałków naostrzonej blachy. Powoli zaczęliśmy podchodzić bliżej, wyraźnie machając dłońmi, starając się przy tym okazywać przyjacielskie nastawienie.

– Nowi podróżnicy z południa? – rozpoczął uzbrojony mężczyzna, będący najpewniej brygadzistą tego szybu.

– Witamy! Chcemy porozmawiać z osobami zarządzającymi tym miejscem, aby omówić szczegóły umowy między dwoma stronami.

Z sekundy na sekundę człowiek patrzący dość przyjaznym wzrokiem na odwiedzających ich obóz pracy nieznajomych, zmieniał wyraz twarzy, na której pojawiły się ślady zmęczenia i niechęci.

– Chodzi wam o konsulów? Te głupki przybyły tutaj jakieś dwa lata temu, od razu przywłaszczając sobie prawa do tych złóż. Kiedyś wszystko należało do pracowników, ale ich ultimatum było jasne – oni zapewniają bezpieczeństwo przed przemytnikami, a my harujemy wydobywając paliwo… prawdziwe skurwysyny, jakby na to nie patrzeć.

– Możesz powiedzieć, gdzie znajduje się ich siedziba?

– Jakiś dzień drogi stąd na północny zachód… osiedlili się przy starych laboratoriach, blisko rafinerii. Uważajcie na nich, bo ludzie paplają, że są dosyć dziwni i trudno z nimi negocjować.

Na czole brygadzisty perlił się gęsty pot, a on z jakiegoś powodu cały czas wydawał się być zdenerwowany.

– Potrzebujecie lekarstw? 

Po tych słowach klimat wrócił do normy, a ludzie obserwujący nas nie tak daleko stąd, automatycznie stali się bardziej weseli i przyjacielscy. Po krótkiej chwili kilku z nich, dzieliło zapasy medykamentów zapakowanych w pudełkach i zalegających na wehikułach.

– Popatrz na to. Masz przed sobą szybkostrzelny karabin z lunetą i trzema magazynkami amunicji. Chcę, abyś wziął go ze sobą i strzelał do każdego kto wyda ci się podejrzany. Zasady są proste, bo celujesz i naciskasz spust. Dasz sobie z tym radę?

– Skoro tak… może zostań przy swojej strzelbie.

Łukasz podszedł blisko was, zdradzając swoje zdenerwowanie.

– Musimy dokończy naszą misję. Chłopaki poszli uzupełnić zapasy jedzenia, paliwa i wody, a miejscowi tak się rozochocili, że dali nam wszystko za darmo. Za dwie godziny wyjeżdżamy w kierunku ich bazy.

Czułem się dużo lepiej, niż na początku wyprawy. Konsulowie zadomowili się w tak trudnym do przetrwania miejscu. Podróżowanie nocą nie należało do bezpiecznych, ale nie mogliśmy pozwolić sobie na zwłokę. Każdy dzień miał znaczenie dla kompleksów naukowych rządzonych przez ludzi nazywających siebie technokracją. Stacjonował tam oddział “Polskich Jednostek Rozjemczych” pilnujących obszaru zamieszkanego przez Amerykańskich naukowców. Pracowali wtedy nad różnymi lekarstwami, a po wojnie całkowicie zmienili zakres swoich obowiązków, stając się niezależną frakcją. Mocno oświetlone i ogrodzone grubą, stalową siatką tajne laboratoria były pilnowane przez niezmierzone ilości strażników. Wszędzie chodziły patrole sprawdzające, czy aby nie ma kogoś niebezpiecznego w pobliżu – składały się z czterech osób, uzbrojonych w samopowtarzalne karabiny Ak-47. Przejęcie tej lokalizacji było praktycznie nie do wykonania – przynajmniej zwykłymi środkami militarnymi. Na rogach ogrodzenia oraz środkowej części znajdowały się duże, betonowe wieże z zapalonymi halogenami. Podjechaliśmy na odległość dwudziestu metrów, zapalając co kilka sekund światła naszych quadów.

– Podjedźcie bliżej, abyśmy mogli was zobaczyć! – zakrzyknął przez megafon pilnujący bramy żołnierz.

Janek rozdał kamizelki kuloodporne, po czym przeładował krótką broń ręczną wykonaną z nieznanego mi materiału.

– Wkładaj kamizelkę, włóż broń z lewej strony pod pachę, aby nikt jej nie zobaczył. Schowaj też kilka magazynków.

Dwa patrole chroniące przyległe obiekty silnie nas otoczyły, dając do zrozumienia, że nie mamy żadnych szans w podjęciu próby ucieczki. Ich główny wysłannik podszedł bliżej, starając się być delikatny oraz uprzejmy.

– Macie dużo szczęścia, że żyjecie. Jest noc, a o tej porze, każdy nagrzany turysta jest traktowany jako potencjalny przemytnik albo narkoman… gdyby nie te światła… co was sprowadza?

– Przybyliśmy odwiedzić konsulów i porozmawiać o ważnych sprawach handlowych.

– W takim razie możecie wjechać dalej, ale proszę złożyć broń.

Zrobiliśmy tak jak kazali nam strażnicy, po czym spokojnym krokiem udaliśmy się do centralnej budowli obiektu mieszkalnego. Laboratoria stojące obok, składały się z trzech dużych budynków, z których środkowy służył kiedyś jako biuro. Nie inaczej było w tym momencie. Wewnątrz wybudowana z marmuru sala przyjęć była naprawdę zachwycająca, a granitowe kolumny podtrzymujące dach sprawiały niesamowite wrażenie. Po bokach lśniły kamienne schody prowadzące na wyższy poziom mieszkalny. Od razu zaproszono nas na górę, kierując w stronę dużych, dębowych drzwi.

– Ci konsulowie muszą być naprawdę pracowici, skoro przyjmują nas w środku nocy. Mam złe przeczucia, więc lepiej przygotujcie się na ostrą jazdę. – powiedział sierżant Monarski.

Wpuszczono nas do kolejnej sali, przypominającej poprzednie pomieszczenia powitalne. W jej środku stało osiem krzeseł oraz ogromny stół, za którym siedzieli bogato wystrojeni ludzie. Byli już w podeszłym wieku, zarówno cztery kobiety, jak również czterej mężczyźni. Najstarszy konsul siedzący po prawej stronie, kiwnął w naszą stronę głową, rozpoczynając przemówienie.

– Witajcie, podróżnicy! Ładnie z waszej strony, że chcieliście odwiedzić takie miejsce. Jak widzicie nikt z nas nie sypia, nawet w nocy, a chętnie rozmawiamy z każdym kto przynosi dobre wieści. Jednak my nie mamy wam teraz nic do zaproponowania.

Dopiero teraz, zdaliśmy sobie sprawę z faktu, że każdy z nich był łudząco podobny jeden do drugiego. Byli nawet identycznie uczesani, jakby wypuszczono ich z fabryki zabawek.

– Chwileczkę… nie przybywamy do was z byle czym, a nasze kompleksy naukowe posiadają potężne zasoby przedwojennej technologii. Żądamy tylko… – jąkała się urażona Belinda.

– Nie interesują nas wasze śmierdzące urządzenia, ani żadne śmieszne analizy, które prowadzicie dla swoich szalonych panów. Każda przyjezdna kobieta może być dla nas ważna. Zostaniesz tutaj, dopóki nie zdecydujemy inaczej albo nie przybędą zwolennicy Ashleya.

Konsulowie wstali ze swoich miejsc, wskazując jednocześnie palcami w kierunku naszej ukochanej Belindy. Wiedzieliśmy, że dzieje się coś złego i nie pozostawało wątpliwości, co trzeba było zrobić. Wspólnie wyciągnęliśmy ukrytą broń, celując w głowy głównych ważniaków, karząc jednocześnie podnieść im ręce do góry. Natychmiast wpadło do sali kilkunastu ochroniarzy strzelających w naszą stronę. Sierżant Jan Monarski padł do tyłu przeszyty dwoma strzałami, jednak kamizelka ochroniła go przed śmiercią. Byłem dosyć zdezorientowany, a nagła śmierć dwóch naszych ludzi, zmusiła mnie do natychmiastowej obrony. Postanowiłem przymierzyć się do strzału, celując w głowę jednego ze starych konsulów. Strzał trafił bezpośrednio w czoło, powalając go na ziemię. Ktoś krzyczał z oddali, że straż miała przeszukać przybyłych, kiedy wszyscy siedzący przed nami konsulowie rozbiegli się po sali. Wyglądali jak banda chorych psychicznie ludzi, którzy zostając wypuszczeni ze szpitala cieszyli się zdobytą wolnością. Chroniąc się za przewróconym, drewnianym stołem, zauważyłem że sytuacja chwilowo przechyliła się na naszą korzyść. Prawie wszyscy ochroniarze leżeli martwi lub śmiertelnie ranni na podłodze. Jan podczołgał się w naszą stronę, próbując ocenić nasze położenie.

– Łukasz i Szymon nie żyją. Nie dam rady uciec z tego miejsca o własnych siłach. Powinniście opuścić ten gmach, jeśli chcecie przeżyć. Za chwilę przybiegnie tu masa strażników… Wystarczy, że podacie mi ich broń.

– Nie zostawimy cię samego, Janek! – powiedziałem prawie płacząc, gdyż miałem niespłacony dług wdzięczności wobec tego człowieka.

– Balkonem na pierwsze piętro! Użyjcie zasłon, jako liny… pozostaje jeszcze ostatnia sprawa. Masz chronić Belindę przed najgorszym i doprowadzić ją z powrotem do kompleksów naukowych. Pamiętaj, że jesteś mi coś winien Rolf.

– Będę się starał ze wszystkich sił! – wyjąkałem, lecąc w dół na złamanie karku.

Przekradaliśmy się dolnym pasażem do miejsca, w którym stały nasze pustynne quady. Na pierwszym piętrze trwała nieustannie walka, a wymiana ognia nie dawała widocznie większych rezultatów. Wrogowie musieli uważać na otępiałych konsulów biegających w kółko bez żadnej przyczyny. Strażnicy pilnujący wieżyczek oddalili się w kierunku zbrojowni, wyciągając z niej ciężką broń rakietową. Szczęśliwie mieliśmy chwilę, aby wsiąść i bezpiecznie odjechać, niestrzeżoną przez nikogo bramą. Parę sekund potem usłyszeliśmy ogromny huk, który był prawdopodobnie spowodowany wystrzelonym pociskiem. Mogło to oznaczać, że sierżant Jan Monarski zginął jako ostatni. Po pięciu godzinach jazdy na wschód, zauważyliśmy światła małej miejscowości znajdującej się kilkaset metrów od morza.

– Jestem bardzo zmęczona, Rolfie. Wydaje mi się, że powinniśmy trochę odpocząć. – powiedziała przygaszona wydarzeniami Belinda.

– Spróbuję wytargować z miejscowymi tańszy nocleg, chyba że wybudowali tutaj hotel.

Dowiedziałem się, że kilometr od wioski stoi bar, do którego przybywają wszystkie męty i pustynne hieny z okolicznych wiosek. Mogło to być niezłe schronienie w przypadku, gdyby cholerni konsulowie próbowali nas odnaleźć. Najciemniej zawsze jest pod latarnią. Wątpiłem czy ci zakłamani ludzie poradzili sobie z dręczącą ich paranoją.

– Wejdźmy do środka. Pamiętaj, że to co stało się niedawno może się w tym momencie powtórzyć. Trzymaj się blisko za mną i nie odpowiadaj na żadne pytania. W takich miejscach kobiety traktowane są jak przedmioty, dlatego musimy wyglądać na parę kochanków.

Na parterze tego trzypiętrowego hotelu, przy małych drewnianych stoliczkach siedziało sporo przyjezdnych. Większość z nich piła głównie mocne alkohole, głośno się bawiąc ze swoimi towarzyszkami, czasami grając w karty lub odpoczywając po ciężkim dniu marszu. Pustynia kierowała do tego lokalu różnej maści osobników – od przemytników zajmujących się rozprowadzaniem używek, broni i paliwa, po zwykłych złodziei oraz kobiet lekkich obyczajów. Właśnie dopijałem kolejne zamówione piwo, a Belinda z zaciekawieniem interesowała się ludźmi stojącymi na oświetlonej scenie w końcu sali. Jeden z nich, zaczynał śpiewać bardzo prostą piosenkę. Próbował grać na gitarze i zwrócić na siebie uwagę zebranych gości.

 

Dokąd idziesz, dokąd więc zmierzasz,

Bystrooki towarzyszu, bo ja wiem, że nie jesteś sam,

a z kim przystajesz, wiesz że takim się stajesz, bystrooka dziewczyno,

Dokąd idziesz, dokąd więc zmierzasz,

Bystrooka wojowniczko, bo ja wiem, że nie będziesz sama,

a z kim poznajesz świat, wiesz że warto żyć kochając,

Tutaj świat zwariował, a więc walcz, walcz, walcz

Tutaj świat poszarzał, więc zwycięż twojego wroga

 

Gitara wybrzmiewała proste dźwięki tworzące groteskowy nastrój starych, przedwojennych utworów. Dawniej były grane w małych miasteczkach. Kilka osób odróżniających się wyglądem od większości zebranych, weszło do środka lokalu. 

Byli to wysocy i dobrze zbudowani mężczyźni, dlatego paru siedzących kupców z pośpiechem odeszło do swoich pokoi na drugim piętrze hotelu.

– Ciekawi mnie, kto to taki? – zapytałem cicho Belindy.

– Przypominają łowców z fortu o nazwie Brama Świata, który daleko leży na południowym wschodzie. Ich regimentem wraz z pewną dziwną kobietą, dowodzi generał Louise Archer. Założył własną federację.

– Regiment Louisa Archera jest skupiskiem najlepszych łowców zajmujących się również handlem niewolnikami. Podczas dezercji wielu wygnańców opuściło łowisko. Nasi technokraci mają dobre stosunki z tymi ludźmi, korzystają czasami z ich usług. Słyszałam, że jest bardzo niski wzrostem, ale posiada niesamowitą siłę fizyczną. Jeden z naszych informatorów widział jak walczył z wyszkolonym mordercą. Podobno zabił go, używając wyłącznie poszczerbionego noża. Ten człowiek, to prawdziwy „wampir” w swoim fachu. Lepiej zapamiętaj ten termin.

– A ta osobliwa kobieta, o której mówiłaś wcześniej?

– Nazywa się Britney Shields, prawdopodobnie jest jego kochanką. Problem w tym, że to ona rządzi federacją stworzoną poprzez niego samego…

– Jeżeli nadal walczy się o wolność, dlaczego tylu obywateli zostało w naszej ojczyźnie?

– Nie mam pojęcia. Jestem zwyczajnym chirurgiem.

Przy scenie zrobiło się małe zamieszanie, po czym pokazało się kilka skąpo ubranych panienek. Ich taniec był bardzo kiepski, lecz ożywienie pijanej publiczności świadczyło, że woli oglądać nowy „show must go on”, niż słuchać dziwnej muzyki. Do naszego stolika podeszła kelnerka, grzecznie pytając czy mamy ochotę coś zjeść.

– Zupa z węży okraszona kukurydzą, ugotowana dla specjalnych gości dzisiaj, po południu. Jak dotąd jeszcze nie przyjechali… podać coś?

– Po kolacji chcemy iść do pokoju, więc zapłacimy za to od razu.

– Rozumiem… licząc za wszystko, będzie siedemdziesiąt metalowych części, chyba że chcecie płacić paliwem.

– Tak drogo? – powiedziałem zaskoczony jej wyliczeniami, a chwilę potem przestając bajdurzyć.

Jedzenie było naprawdę bardzo dobre. Do zupy dodano sporo smacznych przypraw. Zabawa zaczynała się kręcić, a my piliśmy kolejne piwo. Wtem, do naszego stolika podszedł pijany właściciel baru, w którym postanowiliśmy przenocować.

– Byliście kiedyś na wschodzie? Musicie wiedzieć, że większość ludzi wyniosła się stamtąd prawie czterdzieści lat temu… dziwne prawda?

– Wybacz, ale to wątpliwa teza. – powiedziała twoja znajoma. – Znam wiele osób pochodzących z Polski czy Ukrainy. Sama uważam się za obywatela Polski.

– Bywałem w miejscach, o których ty dziecino, nigdy nawet nie słyszałaś. Ludzie mieszkający w tamtych obszarach, to prawdziwe bestie. – Nie wiedząc co odpowiedzieć, wtrąciłem swoje trzy grosze.

– Myślisz, że tylko ty odkrywałeś regiony zasobne w przedwojenną technologię?

– Nigdy więcej tego nie zrobię, a wiesz dlaczego? Bo cały czas mam przed oczami wariatów, morderców i dziwnych mutantów uważających się za boga. Zwłaszcza jeden był wyjątkowo brutalny i majestatyczny dla własnych wyznawców. Nazywał się Ashley Brown i twierdził, że odnowił świat przez „swoją” broń atomową. Wszędzie walały się rozebrane pociski rakietowe, ale trudno mi było dostrzec, skąd mogły być wynoszone. Mieszkał w ogromnej jaskini, siedząc na wykutym tronie przyjmował wszystkich kupców, kupując i sprzedając różne przedmioty. Reszta wędrowców zostawała zrzucana w otchłań pokładów-tuneli, drążonych w podziemnych kopalniach. Widoku krzyczących kobiet i dzieci spadających na dno szybów trudno zapomnieć. Uciekłem stamtąd, gdy tylko nadarzyła się okazja.

– Pieprzenie. Uważasz, że ten mutant tworzył własną sektę? – spytała zaciekawiona Belinda.

– Zdecydowanie. Jego wyznawcy klęczeli przed nim albo medytowali, jak psy liżące własne jaja. Gdybym miał okazję, to już dawno ta świnia leżałaby w grobie.

– Czy zauważyłeś jeszcze coś godnego uwagi?

– W niektórych okopach leżały tablice z napisem „Baza wojskowa – wstęp wzbroniony”, ale znajdowały się prawie dwa kilometry od jego siedziby. W tamtej strefie znajduje wiele podobnych baz. Pójdę teraz do swojego gabinetu… muszę trochę odpocząć przed jutrzejszą zabawą.

– Tak? A jaka to będzie zabawa?

– Generał Archer wysłał swoich zwiadowców. Lepiej nie zaczynajcie z tymi typami. Żegnam.

Wypiliśmy jeszcze trochę, po jednym piwie i poszliśmy na drugie piętro do swojego pokoju. Wewnątrz był porządek, a w kącie stało jedno duże łóżko. Obok niego, parę małych mebli z postawionym na środku fotelem. Postanowiłem, że będę spał na podłodze, ale pani chirurg kategorycznie protestowała.

– Musisz odpocząć, więc pomieścimy się razem. – stwierdziła, zasypiając.

– Chciałbym, abyś spojrzała jeszcze raz na te rany. Wyglądają w porządku, ale nigdy nie wiadomo.

Zdecydowałem, że zmęczenie jest silniejsze, niż pragnienie rozmowy na tematy związane z naszymi wspólnymi interesami. Dłuższe przebywanie ze sobą na pustyni spowodowało krótkie, spontaniczne wymiany zdań. Nazywano to przyzwyczajeniem albo rutyną, a w niektórych przypadkach miłością. Nasz świat stawał się coraz bardziej dziwny. Chciałem, aby ta enklawa spokoju nie opuszczała mnie przez jakiś czas.

– Musimy coś zrobić. Jeśli nie przybędę do kompleksów w przeciągu, mniej więcej dwóch tygodni, grono naukowe zarządzi opuszczenie bazy.

– Wszyscy wyruszą?

– Żołnierzy obowiązuje przysięga, poza tym dobrze wiedzą z kim powiązali swoje losy. Wiem jak zareagują, dobrze przewidują każdy swój ruch.

– Na tamtych obszarach nie ma nic, oprócz napromieniowanych ruin. Dobrze wiem co mówię, bo spędziłem tam czternaście lat. Widziałem olbrzymie pustynne skorpiony, setki szczurów, zmutowanych ludzi czy watahy zdziczałych psów – to wyjątkowe miejsce, jeśli chodzi o unikatowe przedmioty, ale mało bezpieczne. Nie ma tam miejsca dla normalnych podróżników.

– Nie wiedziałeś nic o naszej bazie, prawda Rolf? – uśmiechnęła się Belinda.

– Rzeczywiście. Pamiętam, że gdy podróżowałem z ojcem daleko na wschód, odwiedziliśmy tam duże miasto o nazwie “Podmokłe piaski” – posiadali olbrzymie zasoby radioaktywnej wody. Składowali ją pod ziemią w starych kanałach, a jej używanie mogło przynieść człowiekowi tylko same problemy. Mimo wszystko wydawało się, że przyroda wykorzystuje ją do swoich celów. Pojawiały się tam trawy, małe skarłowaciałe drzewa obrośnięte mchami i wiele gatunków roślin, o jakich nie miałem wtedy pojęcia. Kupowaliśmy bardzo dużo korzeni „Gałgunowca”.

Belinda otworzyła przymrużone oczy, jakby wyraźnie przypomniała sobie o czymś ważnym.

– Wspominałeś kiedyś o nowym mieście, założonym na wschodzie.. “El-Gran-coś”? Przyznam, że nigdy nie słyszałam o takim miejscu.

– Nazywa się “El-Grum-Technology” – śmieszna nazwa. Prawdopodobnie jest to ważny ośrodek handlu w tamtym rejonie. Miałem udać się tam i dokładnie zbadać co to są za ludzie. Pewien człowiek powiedział, że gdybym coś potrzebował, to mam go tam odwiedzić.

– Może warto… ich wiedza na temat złóż paliwa mogłaby pomóc w dalszej egzystencji naszej frakcji. Pomożesz mi znaleźć to miejsce?

– Dobry pomysł poza tym mamy po drodze, kierując się szlakiem na południe.

– Wiesz może, gdzie znajduje się to miasto?

– Mam to wszystko zapisane w głowie. Jutro porozmawiamy.

Po tych słowach nie było więcej nic do dodania. Noc minęła spokojnie, a nazajutrz wyruszyliśmy dość wcześnie, uzupełniając brakujące zasoby wody i pożywienia. Podróż przebiegła bez większych niespodzianek – jechaliśmy około trzy dni, gdy na horyzoncie pojawiły się ruiny wież, jakiegoś starego miasta. Stanęliśmy na chwilę, aby przedyskutować omawiane niedawno sprawy.

– Jesteś pewien, że to jest właśnie „El – coś tam”? Wygląda jak każda inna przedwojenna aglomeracja, wszystko zniszczone i nie widać nikogo żywego w pobliżu.

– Musimy dobrze się przygotować przed wejściem do tego cmentarzyska.

Uznaliśmy, że trzeba wykorzystać pozostałą broń i zapasy, a następnie powoli wjeżdżać do miasta. Pierwsze ulice, które mieliśmy okazję zwiedzić na obrzeżach nie były w dobrym stanie. Wszędzie walały się sterty śmieci, rozbite szyby i zniszczone samochody. Spalone mieszkania, jeszcze bardziej psuły ogólne wrażenie tego miejsca. Wiedzieliśmy, że ktokolwiek żył w tym zapomnianym przez boga odludziu już dawno je opuścił, odchodząc na otwartą pustynię. Zaczynało brakować paliwa i postanowiliśmy zostawić pustynne wehikuły blisko granitowej statuy “mężczyzny trzymającego globus”. Do samego centrum miasta nie było nazbyt daleko, a z oddali wyzierały ogromne wieżowce przypominające betonowe trumny.

– Może lepiej wracajmy, w tym miejscu aż pachnie śmiercią. Bez umiejętności żołnierskiego surwiwalu nie mamy szans na przetrwanie, zwłaszcza gdy zamieszkują je „Pustynne hieny”.

Na poboczach dróg leżało pełno rozbebeszonych mutantów, jakby spotkało ich wielkie nieszczęście. Zauważyliśmy, że w oknach niektórych budynków zaczęły pojawiać się ludzkie twarze, pilnie obserwując każdy nasz ruch. Kilku z nich machało do nas dłońmi, trzymając duże karabiny snajperskie.

– Co to za ludzie ? – spytała nerwowo Belinda.

– Prawdopodobnie strażnicy tego miasta. Ktoś nie tak dawno wystrzelił tu sporo amunicji albo walcząc o dominacje nad tym obszarem, albo broniąc swojego majątku. Według mnie, idziemy w dobrym kierunku.

Po dłuższej chwili naszym oczom ukazało się centrum miasta, które wyglądało już znacznie lepiej, niż poprzednie obiekty. Spore kłęby dymu utrudniały widoczność. Kilku ludzi paliło zwłoki nieżywych istot od czasu do czasu, spoglądając na nas ze spokojem. Omijaliśmy te grupy, starając się zmierzać ku wielkiej kopule, wyrastającej spośród mniejszych budynków. Wokół niej znajdował się szeroki plac, na którym dziesiątki ludzi, pilnie wykonywało swoje obowiązki. Zajmowali się głównie naprawianiem umocnień, przenoszeniem rannych czy noszeniem broni. Na najwyższej platformie skleconej na szybko z desek, stał wysoki mężczyzna próbujący okiełznać całe zamieszanie – nieustannie wydawał rozkazy. Obserwowaliśmy otoczenie w odległości dziesięciu metrów od celu, będącego przedwojenną halą meczową.

– Masz swoje miasto… wygląda na to, że była tu niezła jatka. – powiedziałem prawie szepcząc.

– Lepszy taki widok, niż żaden.

– Zapytam kogoś o mojego znajomego. Koło drzwi wejściowych do hali stoją jacyś strażnicy. Może wiedzą, gdzie on przebywa.

Mężczyźni byli wyraźnie zmęczeni, a na ich twarzach pojawiały się oznaki niedożywienia i braku snu.

– Słyszeliście o Jurim Rostenovskim?

– Chodzi panu o zastępcę demiurga Barry`ego Larksona? – zapytał ochroniarz. – Możecie wejść, ale Juri to naprawdę zagoniony człowiek i będziecie musieli trochę poczekać.

– Miałem go odwiedzić, zmierzając szlakiem na północ.

Siedzieliśmy w średniej wielkości poczekalni, za którą mieściła się główna część hali. Można było trochę tu odpocząć, po trudach pokonywania pustyni. Po dwóch godzinach zauważyliśmy jak parę osób zbliża się do nas szybkim krokiem. Znajomy kupiec szedł wraz z nimi, nie zwracając na nikogo uwagi. 

Nie zważając na ryzyko wstałem i pobiegłem w ich stronę. chwytając mocno za rękę moją towarzyszkę.

– Hej, zaczekaj! Powiedziałeś, że mam o ciebie zapytać, będąc w pobliżu miasta! – powiedziałem szybko, krzycząc na całe gardło.

Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony, próbując przypomnieć sobie moją twarz.

– Jest ze mną pewna osoba, którą chciałbym ci przedstawić. 

– Rolf Kunerski z “Bramy piasków”? A to jak wspomniałeś pani Brinnger… dobrze się składa, gdyż w tym momencie ranni potrzebują lekarzy, bardziej niż kiedykolwiek. Mamy tu prawdziwe piekło na ziemi… wczorajszego dnia przybyły do miasta setki mutantów. Nigdy nie zapuszczały się tak daleko na wschód. Wielu ze strażników poniosło obrażenia, wiele problemów do rozwiązania.

– Co to za problemy? – zapytałem kupca.

– Są to wewnętrzne sprawy miasta.

– Pomogę wam, jeśli będę mogła, ale bez odpowiednich narzędzi oraz medykamentów nie dam sobie rady. Poza tym, mam tu do omówienia kilka poważnych spraw handlowych, które powinny cię zainteresować.

– Spotkajmy się na placu, obok hali. Postaram się was przedstawić demiurgowi naszej gildii. Zapraszam panią chirurg i ciebie, do tymczasowego szpitala, który zdążyliśmy zbudować.

Belinda, nie zważając na zmęczenie podróżą pomogła wielu potrzebującym. Podczas tych zajęć nie mieliśmy praktycznie nic w ustach, pijąc wodę zabraną przed wyprawą. Brakowało tutaj narzędzi chirurgicznych, lekarstw, jak również wykwalifikowanych osób zajmujących się chorymi. Sprawy związane z handlem oraz naprawą sprzętu medycznego były głównym tematem przewodnim podczas krótkich odpoczynków. 

Rezydencja Barry`ego Larksona znajdowała się kilka kilometrów dalej, poza miastem. Strzeżona przez wielu strażników forteca, dobrze odizolowana od reszty zabudowań. Wchodząc przez wąskie drzwi, każdy metr pokonywanych korytarzy sprawiał na mnie wrażenie sterylnych – wszędzie tutaj było czysto i schludnie. Służba pracująca w domu zajmowała się każdym rozkazem wydawanym przez właściciela. Były to z pozoru mało ważne informacje, które na pewno mogły przydać się naszej rozwijającej społeczności. Będzie to mój bilet do lepszego świata o ile ponownie tam dotrę.

– Możemy podpisać każdy pakt handlowy. Wasza oferta jest uczciwa, a my posiadamy pewne złoża, które mogą was interesować. – powiedział zebranym, pan Larkson.

Juri Rostenovsky lekko potarł czoło i próbując zebrać myśli, patrzył jednocześnie na swojego pracodawcę.

– Jeśli chodzi o ochronę karawan to zapewnimy niezbędne środki bezpieczeństwa i ostrożności. Posiadamy nawet kombinezony przeciw radiacyjne. – stwierdziła z dumą Belinda.

– Trzy dni temu, podczas ataku na naszą siedzibę porwano syna naszego demiurga, Michaela Larksona. Jego pozycja, ale również wiedza pozwalały mu na zajmowanie się odbudowywaniem zniszczonych budynków w okolicach centrum miasta. Te stwory włamały się do strzeżonej bazy, zabijając blisko głównej hali każdego, kogo spotkały. Jego chroniły własnym ciałem, ginąc dziesiątkami jedno po drugim. Nie wiemy, dlaczego spotkało to właśnie jego.

Barry Larkson zakaszlał nieco głośniej, wtrącając się do rozmowy swojego zastępcy.

– Mój syn ciężko pracował, żeby w tym miejscu nadeszła jakaś zmiana. Miał wiele talentów i pewien dar, który posiadają nieliczni ludzie, a polegający na analitycznym sposobie myślenia. Często stawiał przed sobą trudne zadania, jakby był robotem, a nie zwyczajnym człowiekiem. Jego brak sprawił nam ogromną przykrość, chcemy aby powrócił do miasta.

– Potrzebujemy paliwa. Jeśli dostarczycie pierwszą dostawę za darmo, to poruszymy niebo i ziemię, żeby odnaleźć waszego chłopca. – zauważyła Belinda.

– Myślę, że to uczciwa propozycja.

Gdzieś w kącie pokoju, stary adapter na płyty gramofonowe odtwarzał stary, piękny singiel zespołu Dżem – piosenka pt „Samotność”.

 

Jest głęboka ciemna, noc

Siedzę w łóżku, a obok śpi ona

I tak spokojnie oddycha – dobiega mnie jakaś, muzyka,

Nie to tylko w mej głowie, szum 

– Głowica adaptera przeskoczyła na nieco dalszy „plan”,

Nie to tylko w mej głowie śpiew, 

Siedzę w łóżku i tonę we łzach,

bo jest mi smutno, bo jestem sam,

dławi mnie strach… samotność…

 

Paktowanie zakończyło się sukcesem. Wyjechaliśmy pierwszą karawaną w stronę kompleksów naukowych. Pełne cysterny zapełnione paliwem ruszyły chronione przez piętnastu, nieźle uzbrojonych najemników. 

– Chcesz podróżować ze mną na południe, Rolf? – zapytała Belinda.

– Wybiorę się do “Bramy piasków”, bo jestem nieźle zmęczony. Zamieszaniem z mutantami. Mam małą prośbę… – Belinda szybko odwróciła głowę, wpatrując się na twoją twarz.

– Hmm?

– Mogłabyś podesłać ten kombinezon anty radiacyjny, o którym wspominałaś?

– Załatwione.

Po trzech latach nieobecności Michael Larkson powrócił do miasta „El Grum-Technology”. Jego dawny wizerunek był nieco odmieniony. Podobno mieszkał w wiosce Koszykowice, będącej siedzibą samozwańczego mesjasza, który posiadał nadprzyrodzoną moc uzdrawiania. Wiele osób uwierzyło w słowa mesjasza, ale nigdy nie opuściło miasta z własnej woli. 

Do końca życia pamiętałem o doktorze Plechowskim i pewnej kobiecie, której imię brzmi Belinda.

"Wojenne potyczki mutantów z ludźmi pozostaną do końca świata i biblijnej apokalipsy. Gdyby nie pojawienie się mesjanistycznych znaków i wróżb, nie rodziliby się nowi, wielcy wyznawcy – nigdy, aż tak charyzmatyczni wyznawcy jak dzisiaj. Oczywiście trudno to przesądzać przed unicestwieniem każdego świata" Fineasz

 

KUPCY, KTÓRZY PRZYBYLI Z GWIAZD

 

Kiedy pierwszy raz odwiedzałem wschodnią granicę byłem jeszcze małym chłopcem. Wspominałem często miejsca, które zapamiętywaliśmy z ojcem w trakcie swoich podróży. W Bramie piasków, wszystko układało się dobrze – handel kwitł, a nasze karawany często odwiedzały bogatsze komuny, jednakże nasza, nie dorównywała wszystkim najbogatszym. Zapamiętany świat był jednym z ostatnich, który uległ upadkowi w szerokim tego słowa znaczeniu. Na zachodzie nadal pozostało sporo niebezpiecznych lokalizacji przynoszących korzyści.

Powoli zbliżałem się do starego baru Przy Granicy, jak często nazywali go zbieracze przemierzający cały kraj, bądź wschodni i radioaktywny obszar. Szukałem tam różnych narzędzi lub wartościowych przedmiotów sprzedawanych w prowadzonym sklepie. Naładowana i przewieszona koło plecaka strzelba była ostrzeżeniem dla mijanych na drogach bandytów. Lubili rozglądać się za biedniejszymi i bezbronnymi włóczęgami. Na moje szczęście nie byli oni na tyle silni, aby atakować uzbrojonych wędrowców. Tacy osobnicy mogli stanowić dla nas spore zagrożenie. Nie było to jedynym powodem, dla którego wyruszyłem w tę wędrówkę.

Otrzymałem informacje od przyjaciółki Belindy Brinnger o wysuniętym daleko na południowym wschodzie, niezbyt rozległym „świecie”, który świetnie prosperował, dając schronienie każdemu posiadaczowi wartościowych towarów.

W tym momencie przebywała w kompleksach naukowych, zdając sprawozdanie z przeprowadzonych działań wśród konsulów wydobycia. Była dla mnie pierwszą i jedyną miłością, o której nie potrafiłem zapomnieć. Każdy nowy związek kobiety z mężczyzną interesował przywódcę naszej małej społeczności w Bramie piasków, jednak to mało prawdopodobne, aby ona chciała tam zamieszkać. Lubiła odkrywać nowe miejsca oraz nowych sojuszników. Zastanawiałem się, dlaczego ciągle używała przedwojennego nazewnictwa w odniesieniu do odnajdowanych obszarów. Była wykształcona, przy tym mądra i posiadała w życiu cel.

Wchodząc do środka lokalu Przy Granicy powróciły dawne chwile, które spędziłem tu w przeszłości, bo tutaj nic wielkiego nie zmieniono od wielu lat. Wewnątrz kręciło się sporo pijanych włóczęgów, a w kącie siedziało starsze małżeństwo sączące powoli alkohol. Nieopodal przy drewnianej ladzie stał gruby barman czyszczący szkło. Łypał okiem na każdego, kto miał w głowie o wiele za dużo. W rytm dźwięków granych przez muzyków, śpiewała czarnoskóra wokalistka – łagodne i delikatnie “jazzujące” nuty działały uspokajająco i sprawiały, że pomimo ciężkich czasów przyjezdni chcieli kupować wódkę, a czasami również słuchali piosenek. Ruszyłem wolnym krokiem zmęczonego turysty i zająłem jedno z wolnych miejsc, abym łatwiej mógł coś kupić.

– Specjalne życzenia? – zapytał cienkim, ale chropowatym głosikiem właściciel.

– Butelkę drogiej whisky.

– U nas tylko podrabiana przyjacielu. Spróbuj, to sam się przekonasz, że smakuje jak stary i dobry alkohol. Jej zwolennicy wolą bardziej kupować podróbkę, niż oryginał. Przecież są wolni.

– W takim razie, niech będzie piwo.

Otrzymałem czysty kufel z otwartą butelką Budweisera. Kilka łyków przekonało mnie, co do klasy tego lokalu. Dawno już nie próbowałem dobrego piwa, jednak tu zdecydowanie odpychało kiepskie towarzystwo. Należało niebawem udać się w dalszą drogę, a chęć spotkania osoby, która uratowała mi kiedyś życie, była nie do zatrzymania. 

– Dzieje się w okolicy coś interesującego?

– Cały czas nadchodzą nowi przyjezdni z zachodu. Jedni udają się na wschód, inni na południe – zależy co albo kogo interesuje. A ty, przyjacielu? Dokąd się wybierasz.

– Zmierzam na wschód.

– Powiem ci jedno… im dalej na wschód tym robi się niebezpieczniej. Po otwarciu granic, każdy ruszył w swoją stronę, ale ze wschodu przywędrowało raptem kilkaset osób. Chcesz być niewolnikiem, ruszaj na północ, a chcesz żeby cię okradli albo zabili, ruszaj południowym szlakiem. Ludzie mówili, że na wschodniej granicy, wiele miast zostało skażonych bronią chemiczną.

– A Podmokłe piaski i ich problemy z radioaktywną wodą?

– Kiedyś mówiono na to miejsce “Pustynia Błędowska”. Po rozłamie nuklearnym na zachodzie, ktoś postanowił tam stworzyć baraki mające chronić emigrującą ludność. Z czasem powstało tam miasteczko. Dzisiaj to miasto ma się akurat całkiem dobrze. Naprawiali to i owo, a wojsko przybywało z nad morza, od północy i z dalekiego wschodu, aby pomagać. O resztę musisz zapytać samych mieszkańców.

Były to dla mnie bardzo ważne informacje. Oznaczały, że ktoś blisko jest w posiadaniu ciekawych i być może unikatowych przedmiotów. Obszar “Podmokłych piasków” został przed wojną ważnym ośrodkiem ekologicznym. Wyglądało na to, że żołnierze strzegący tych terenów nadal poświęcają się dla ich odbudowy. Spore mutacje i ogromna siła przetrwania stanowiły sedno istnienia miasta, szczególnie na mapach handlowych. Krucjata sił zbrojnych na wschód została przerwana dawno temu, gdy byłem jeszcze małym chłopcem.

– Podaj jednak tę syntetyczną whisky… najlepiej dwie butelki, bo muszę się napić i odpocząć przed dalszą wyprawą.

– Nasz klient, nasz pan. Bardzo dobry wybór, jeśli mogę tak powiedzieć. Dzisiaj mało osób wynajmuje tutaj noclegi, przygotować ci pokój?

– Skorzystam z pokoju… usiądę sobie gdzieś w kącie, może niedaleko tamtych staruszków.

Chwila spędzona przy mocnym trunku dała oczekiwane rozluźnienie i znowu przygnała dawne wspomnienia. Nie często przesiadywałem w takich barach, mało też popijałem w samotności. Ciężka praca w warsztacie, nie sprzyjała takim rozwiązaniom. Zresztą wszystko co proste i łatwe, samo w sobie nie tworzy skomplikowanych przeszkód. Gdy po wypiciu kilku głębszych, wszystko wydawało się jasne i proste, do środka weszła zakapturzona postać.

– Tropiciele i wędrowcy! Topicie własny majątek w alkoholu czy może rozpuście? Strzeżcie się obcej istoty pochodzącej z gwiazd, która przybyła na Ziemię pod postacią awataru kobiety!

– Idź wynajmij sobie panienkę albo zostaw nas w spokoju! – zagrzmiał głos pijanego klienta.

– Jej medytacja i sny są pozbawione własnej woli.

– Widzisz te blizny na moim tyłku? To wszystko po ukąszeniach twojego awataru! – Parę pijanych osób spojrzało w kierunku wędrowca, szczerząc w uśmiechu brudne i połamane zęby.

– Zrozumienie jej wspólnej misji oczyszczenia, będzie wolnością dla waszych pustych umysłów!

Gruby właściciel baru nie wytrzymał i wolnym krokiem ruszył w stronę mnicha wraz z jego gromadką uzbrojonych po zęby ludzi. Para staruszków siedząca w kącie sali, mocno nadstawiła uszu, próbując podejść do dziwnego człowieka, ale ich strach przed otrzymaniem obrażeń był większy niż odwaga.

– Wynocha stąd, pasożycie! Rozpowiadaj swoje bajki wśród tych dziwek z południa. Płoszysz jedynie naszych klientów!

– Będziesz kolejnym grzesznikiem, który pozna prawdę o raju, danym nam przez wielkiego przybysza z gwiazd!

Wystrzał odrzucił mnicha prawie trzy metry do tyłu. Ciało uderzyło w mały stolik, przygniatając jego blat, aż do ziemi. Nikt z obecnych na sali nie zauważył momentu, w którym z ręki przybysza, wyleciał świecący nóż, upadający i gasnący blisko swojego martwego właściciela. Z ciekawością podszedłem bliżej ofiary, przyglądając się równocześnie dziwnemu przedmiotowi, który z pewnością był niezwykły.

– Do niczego mu się już nie przyda. – pomyślałem, podnosząc przedmiot.

Po krótkiej chwili wróciłem do swojej pustej butelki. Postanowiłem, że następnego dnia ocenię wartość zabranej rzeczy, kiedy ktoś z tyłu moich pleców, lekko dotknął ich dłonią.

– Widzieliśmy świecący nóż… ten biedny głupiec nie zdawał sobie sprawy z wielu rzeczy. Chcemy tylko go odzyskać i po kłopocie. – Okazało się, że do twojego stolika podeszło dwoje staruszków.

– Chcecie się ze mną napić?

– Nazywam się Daniel, a to moja żona Anna. Dawno temu mieszkaliśmy na południowym wschodzie nie daleko bardzo starego i wielkiego miasta o nazwie Kraków. Gdy spadły bomby, prawie wszystko zostało zniszczone, a potem destrukcja dotknęła również zachodnie obszary tego kontynentu – tam jeszcze bardziej atomowa, aniżeli tutaj. Do dzisiaj nikt nie odpowiedział z innych miejsc na planecie – pozostaliśmy więc chyba sami.

– Mylicie się. Amerykanie nadal walczą, a ten przedmiot jest mój. Nie mam zamiaru, nikomu go oddawać, a zwłaszcza podróżnikom ze wschodu.

– Podobno jest tam malutka szansa na stworzenie mechanicznego wojownika. Wschód czy zachód – co za różnica? Jesteś doświadczonym wędrowcem i odwiedzałeś już wiele miast. Gdybyś podzielił się z nami, tym drobnym znaleziskiem, to być może zdradziłabym ci kilka porad, jak radzić sobie w zdziczałym świecie. Taka okazała szansa nie trafia się codziennie, a mimo tego, że z moim mężem jesteśmy już w sędziwym wieku, to dobrze znamy swoją wartość.

– Co takiego macie na myśli? – zapytałem, słuchając z uwagą.

– Potrzebujesz metalowych części? Naprawiasz przedmioty i masz problem z elektroniką albo po prostu szukasz inspirujących cię miejsc na wschodzie? Odwiedziliśmy prawie wszystkie miasta i obszary, gdzie napromieniowane szczury zabijały setkami dezerterujących żołnierzy wroga. Na północy widzieliśmy ogromne bazy wojskowe, gdzie przetrwała przedwojenna technologia.

– Szukamy tylko tej małej rzeczy, która znalazła się dzisiaj w twoim plecaku.

Para przybyszów zdecydowanie odróżniała się od pospolitych mieszkańców pustkowia. Posiadała sporą wiedzę i doświadczenie.

– Skoro jest on dla was taki ważny to może zdradzicie mi jego pochodzenie? Na moje oko, wygląda na prosty laserowy pałasz – technologia przedwojenna, a cena takiej broni, nie jest dzisiaj zbyt wysoka.

– Widzę, że masz podstawową wiedzę o broni białej… przyjmij moje gratuluje. Lanca plazmowa jest prototypem, wyprodukowanym dawno temu w miejscu określanym jako "warsztat". Nie jest to zwyczajna broń i opiera się na zupełnie innym rodzaju zasilania, jak również mocy ładunku. Ten człowiek otrzymał ją prawdopodobnie od kogoś, kto ma do niej większy dostęp. Musimy wiedzieć, dlaczego i po co pojawiają się na pustkowiu zakapturzeni ludzie. Musimy odnaleźć naszego starego przyjaciela, którego szukamy już bardzo długi czas. Czasami tacy ludzie, jak ten martwy nieszczęśnik mają wyznaczony przez kogoś cel – nasz stary przyjaciel miał na imię Robert.

– Skąd tyle wiesz? – zapytałem bełkotliwie Annę, gdyż wypity alkohol, wyraźnie brał górę nad rozumem.

– Powiedzmy, że jest to moje hobby.

– Zdecydowałem… oddać wam białą lancę… za darmo, ale pod jednym warunkiem. Kiedy wytrzeźwieję, to opowiecie mi więcej o swoich problemach, a na razie zapraszam was do swojego pokoju na piętrze. Pogadam z zarządcą, aby przygotował wam miejsce do spania.

Byłem już wyraźnie zmęczony trudami dzisiejszego dnia. Miałem sporo metalowych części, które bez problemów mogłem wydawać na swoje potrzeby, a nowo napotkani ludzie, pomimo bezsprzecznej oryginalności nie należeli do zbyt zamożnych.

– Nazywam się Rolf Kunerski. Myślę, że skoro znamy się od dobrej strony to powinienem wam trochę opowiedzieć na swój temat…

Weszli do pokoju, rozkładając swoje rzeczy na pobliskich fotelach.

– Wiemy na twój temat więcej, niż przypuszczasz. – powiedział cicho i tajemniczo Daniel. – Dawno temu poznaliśmy twojego ojca Piotra Kunerskiego… To był pracowity i sumienny człowiek.

– Naprawdę? Od dziecka pytałem o to stareńkiego Piotrusia… wielkiego mechanika, który odwrócił się plecami do swojego biednego syna. Pamiętam też “Podmokłe piaski”.

Postanowiłem podarować sobie całą noc, odpocząć najdłużej jak tylko się dało. Nie przewidziałem, że moi znajomi, będą o wiele bardziej cwani, niż z początku mogło się wydawać. Syntetyczny alkohol okazał się zbyt mocny dla zwykłego podróżnika. Gdy rankiem otworzyłem oczy wokół siebie nie znalazłem nikogo, ze swoich towarzyszy. Nie znalazłem świecącej lancy, która ulotniła się wraz z nimi.

– Cholera…. myślałem, że jesteście godni zaufania! – zawołałem na całe gardło.

Na swoim płaszczu znalazłem, kartkę z napisem: Podmokłe piaski

Była to zrozumiała informacja, lecz wymagająca dokonania wyboru. – Belinda albo nigdy nie odwiedzany i napromieniowany obszar. Dawniej pojawiało się tam wiele zmutowanych gatunków roślin, olbrzymie świecące grzyby były chlubą tamtejszych mieszkańców. Przyciągały wielu podróżników, a duże zasoby skażonej wody pozostawały praktycznie nie wykorzystane, co stanowiło niemały problem. Problemy tych dwojga dziwaków, nie były moimi problemami, ale skoro znali Piotra Kunerskiego… powinienem robić najpierw to, co sobie zaplanowałem. Musiałem też coś powiedzieć swojej dawnej przyjaciółce. “Brama pisaków” została celem nadrzędnym i nie pozostawało wątpliwości, że lokalizacja na południowym-wschodzie posiadała specjalne znaczenie. Tego właśnie oczekiwali kupcy z zachodu, forty i inne miejsca, w których rozwijała się powtórnie ludzka dominacja. Wyruszyłem w drogę zaraz po zjedzeniu drobnego posiłku. Po dwunastu godzinach marszu, postanowiłem rozpalić ognisko i nieco odpocząć, odczytując pozostawione znaki na mapie. Nagła i niespodziewana wizyta wyrwała mnie z lekkiego snu w postoju. Krótka chwila wystarczyła na wyciągnięcie leżącej niedaleko plecaka strzelby. Przed tobą stało widmo osoby, która niedawno zginęła w odwiedzonym barze. Obok niej, stał mężczyzna trzymający w ręku dziwnie wyglądającą skrzynkę. W kapturze był łudząco podobny do swojego przyjaciela.

– Przyszliście, aby mnie zamordować?! Nie mam nic wspólnego z ludźmi, którzy was atakowali.

– Nie obawiaj się. To tylko holograficzny projektor modelów trójwymiarowych – przedwojenna technologia. Jak widzisz nasi bracia odchodzą do wieczności. Pragniemy, abyś zostawił w spokoju Daniela i Annę. Nie chcemy, aby nas odnaleźli, a z twoją pomocą ich zamiary zakończą się sukcesem.

– Zmierzam w zupełnie innym kierunku.

– Właśnie tego, oczekuje nasza pani. Kazała przekazać, że dawno temu ich Robert, również poznał twojego ojca. Pracowali razem przy wytopie stali, jeszcze przed odpaleniem rakiet. Myślę, że to powinno ci wystarczyć.

– Dlaczego Robert nie chce, aby go odnaleźć?

– Z obcą istotą, która uważała się za człowieka osiągnął stopień oświecenia w nowej wierze, rozwijając swoją inteligencję i wiedzę. Wszystkie pozostałe cele, nie mają dzisiaj większej wartości.

– Czy możesz zdradzić, gdzie on teraz przebywa?

Wysłannik potarł dziwną opaskę na ręce, wyłączając tym samym, mówiącego towarzysza.

– Przekaz został zakończony. To wszystko, co powinieneś wiedzieć.

Nieznana siła przeniosła jednego z nich w zupełnie inne miejsce. Na ziemi znalazłem okrągłą metalową część wraz z grubymi soczewkami. Wąska gwintowana klapka na spodzie oznaczała prawdopodobnie elektroniczny sterownik. Powinienem zatrzymać ten przedmiot, aż do momentu spotkania z Belindą albo ponownej wizyty u staruszków Daniela i Anny. Musiałem szybko odwiedzić ten południowo-wschodni przyczółek i zająć się pilniejszymi sprawami w “Podmokłych piaskach”. Gdy pojawił się bardziej górzysty teren wiedziałem, że zbliżam się do granicy zaznaczonej na mapie. Dzięki niej nie miałem problemów z odnalezieniem określonej ścieżki. Mało doświadczony podróżnik mógł łatwo stracić orientację w tej plątaninie labiryntów, teren który codziennie starałem się pokonywać był wyraźnie zdewastowany. Spalone kikuty drzew sterczały szyderczo w górze, dodając temu miejscu grobowego klimatu. Wszystko wokół wydawało się być całkowicie martwe wraz ze zniszczonymi wioskami, porzuconym skorodowanym złomem czy ogromną górą rozrzuconych śmieci. Kilka mijanych i pustych stacji benzynowych mogło świadczyć o tym, że kiedyś odbywał się tutaj spory ruch na południe. Kiedy dotarłem do wysokiego betonowego ogrodzenia, ktoś z góry zakrzyknął, abym kierował się na lewo, aż do bramy. Wystawione straże nie sprawiały żadnych kłopotów i mogłem przypuszczać, że znalazłem się w lokacji opisywanej przez swoją przyjaciółkę. W centrum punktu kontrolnego został wybudowany solidny barak oraz kilka mniejszych budynków gospodarczych. Postanowiłem udać się do największego z nich, gdzie na ogromnym i skleconym na szybko drewnianym tronie siedział mocno zbudowany mężczyzna, ubrany w rozpięty wojskowy mundur. Zewsząd falowały niebiesko-czerwone kokardy, jakby cały budynek służył za dom publiczny. Podłoga wykonana była z grubych, drewnianych bali, odpowiednio przygotowanych i ociosanych.

– Jestem komendantem tego… fortu. Masz ochotę, pomóc nam w jego odbudowie czy może chcesz trochę pohandlować?

– Przybywam z zachodu, aby podpisać nowy pakt o wolnym handlu.

– Nazywasz się Rolf Kunerski i pochodzisz z “Bramy pisaków”? Twoja dziewczyna czeka na ciebie już od dwóch dni i chyba bardzo mocno się nudzi. – Żartobliwie powiedział komendant.

– Fajny zrobiłeś sobie fotel.

– Podoba ci się? To tron godny samego króla. Jak widzisz moi słudzy opuścili salę tronową, udając się w na patrol. Wynoś się do swojej pani i daj mi spokój.

Pośpiesznie opuściłem to miejsce, gdy nagle usłyszałem za sobą głośny okrzyk powitania.

– Rolf Kunerski! Odwróć się i stań na baczność.

Przed oczami ukazała się twoja dawna przyjaciółka Belinda Brinnger. Wspaniała pani chirurg wyglądała jeszcze przystojniej, niż mogłem to ocenić za pierwszym razem. Wyraźnie nabyła więcej ciała, a doświadczenie wyryło na jej twarzy swoje piętno. Szybkim krokiem podszedłem bliżej niej, chwytając ją mocno za talię i posyłając mocnego całusa.

– Wszystko w porządku? Nikt nie sprawiał ci trudności w czasie podróży? – zapytała Belinda.

– Wreszcie jesteśmy razem! Czekałem na tą chwilę kilka miesięcy. Czy twój raport zadowolił technokratów?

– Tak. Jeśli myślisz, że to co widzisz wokół jest zniszczone… drogi gościu, to tylko malutka platynowa spinka w porównaniu do wielkiej złotej broszki.

– Nie rozumiem.

– Musimy wejść na południową skarpę, a potem nieco wspiąć się wyżej. Czeka cię mała niespodzianka.

Po osiągnięciu trudnej przeszkody, twoim oczom ukazała się ogromnych rozmiarów dolina, w której stało jasno oświetlone miasto. Jak zdołałem zauważyć, wszystkie przecznice były oświetlone i pilnowane przez umundurowane patrole. W samym centrum znajdowało się sporo barów, których ogromne neony, jasno migotały, przyciągając zmęczonych podróżników. Oprócz mniejszych budynków znajdował się szpital i laboratorium, nad którym widniał ogromny szyld.

– Niesamowite… – przerwałem, szukając odpowiedniego słowa.

– Sen? Większość miast i wsi w Polsce nadal pozostała nienaruszona i całkiem zdrowa. Można tutaj handlować czymkolwiek tylko chcesz, a cena zwykle jest o jedną trzecią mniejsza, niż na granicy. Dzięki temu “Brama piasków” stanie się wielkim ośrodkiem handlu.

– A gdzie podziali się ludzie?

– Przebywają gdzieś na pustkowiu. Wiem, że życie dało ci nieźle w kość, a technokracja ma się świetnie… ty pomogłeś nam, a my robimy coś dla “Bramy piasków”.

– Skoro tak, to co powiesz o tym śmiesznym przedmiocie? – sięgnąłem do plecaka, pokazując dziwnie wyglądający, szeroki oraz okrągły metalowy dysk.

– Te soczewki wydają się być niebezpieczne. I jeszcze ta elektronika. Nie mogę tego rozszyfrować. – Belinda patrzyła na przedmiot z ogromnym zainteresowaniem, ale po chwili dała za wygraną.

– Opowiem ci, czym jest ten przedmiot. Służy do przenoszenia umysłu, każdego zabitego mnicha. Przed wojną troje ludzi o imieniu Daniel, Anna i Robert, pracowała w ośrodku o banalnej nazwie "warsztat". Wszystko byłoby po staremu, gdyby nie to, że znajdował się wewnątrz statku obcych. Dzisiaj przebywają w mieście o nazwie „Podmokłe piaski”, które leży na północny-wschód stąd.

– Jakiś większy interes?

– Oboje Anna i Daniel są małżeństwem, jednakże szukają swojego przyjaciela o imieniu Robert.

– Ten Robert nadal żyje?

– Jak najbardziej. Podobno jeden z obcych przybrał postać kobiety, po czym nadał jej imię. Jeśli chcesz odwiedzić tamte miejsca, wystarczy że prześlemy informacje do sztabu technokratów.

– Chyba nie mam innego wyboru, ale najpierw musimy nieco odpocząć przed podróżą. Chodź za mną.

Leżeliśmy w apartamencie penthouse, najwyższego wieżowca w mieście. Po zjedzeniu wykwintnego śniadania, podpisaliśmy ważne dokumenty świadczące o wymianie handlowej, między dalekim zachodem, a ośrodkiem „Bramy piasków”. Wraz z czterema żołnierzami PJR-u, mającymi chronić przywódczynię i technokratkę, wyjechaliśmy w kierunku „Podmokłych piasków”. Opancerzony wóz bojowy, świetnie dawał sobie radę z koleinami, które często pojawiały się na naszej drodze. Stare i zgniecione samochody ustępowały miejsca zbrojonym pancerzom, a ostre rysy pojawiające się na metalowych częściach nie robiły na nas większego wrażenia. Dojazd do celu podróży zajął nam około trzydzieści sześć godzin. Po opuszczeniu i zabezpieczeniu wozu, naszym oczom ukazała się ogromnych rozmiarów biało-czerwona flaga trzepocząca wolno na wietrze.

– Stacjonuje tu jeden z przedwojennych oddziałów rozjemczych. Nie byliśmy, aż tak daleko na wschodzie… proszę o kilka minut na naradę. – powiedział porucznik Ryszard Kalina.

– Macie wykonywać moje rozkazy… bez względu na sytuację. – syknęła pani chirurg.

– Tak jest! Jednak moja ranga zmusza mnie do odwiedzenia tutejszych władz, w celu aktualizacji zadań nadrzędnych.

– Pozwalam wam chwilowo na rozluźnienie szyku. Pamiętajcie, aby zjawić się tutaj przed zmrokiem.

Tutejszy targ oraz gospoda znajdowały się w centrum samego miasta. Pod nim, przechowywane były ogromne zasoby wody, która podobno po zastosowaniu odpowiednich filtrów, ponownie nadawała się do użytku. Prawie trzy tysiące ludzi odwiedzało bazar, wypełniony olbrzymimi zasobami żywności. W większości przypadków, była nieźle napromieniowana.

– Pamiętaj, żeby nic tutaj nie kupować. Musimy się jedynie dowiedzieć, gdzie przebywają nasi znajomi.

W tym mieście właścicielem największej gospody okazał się być szczupły mężczyzna o bardzo krótko ogolonych włosach i silnych plecach.

– Chodźcie na zaplecze.

Z tyłu znajdował się mały pokoik, w którym można było odpocząć na długiej i wygodnej sofie. Właściciel usiadł na fotelu, powoli odwracając głowę w kierunku dużego komputera.

– Poszukujemy pewnych ludzi. Nazywają się Daniel i Anna. Niestety nie znamy ich nazwisk. Wiemy, że od dłuższego czasu mieszkają w “Podmokłych piaskach” i mają co najmniej siedemdziesiąt lat.

– Siadajcie. Wiecie ile osób w tym miejscu nazywa się podobnie? To duże miasto i pewnie jedno z największych. Macie coś jeszcze na ich temat?

– Od bardzo dawna są małżeństwem.

– To już trochę lepiej. – Mężczyzna wprowadzał dane do swojego komputera, obserwując wyniki drukowane na ekranie.

– Mieszkają przy ostatnim zalewie… ładne miejsce, zwłaszcza po uruchomieniu filtrów.

– Czy wojsko pomagało przy odbudowie? – zapytała moja towarzyszka.

– Owszem, ale musicie zapytać kogoś ważniejszego ode mnie, jeśli chcecie poznać więcej szczegółów. Potrzebujecie jeszcze informacji albo wyjątkowej usługi?

– To na razie wszystko. Dzięki za pomoc.

Nie do końca wierzyłem w te bajeczki o usunięciu promieniowania ale wolałem być do końca pewien.

– A więc wasza woda, naprawdę została oczyszczona?

– Możesz kupować ją litrami i robić, co tylko ci się podoba. Nawet kąpać się w wannie.

– To niesamowite, że wszystko działa zgodnie z planem.

– Pomagamy wszystkim, którzy odwiedzają nasze miasto – zwłaszcza bezdomnym.

Stanęliśmy przed rzędem murowanych budynków, których ku naszemu zdziwieniu było tutaj całkiem sporo. Mieliśmy szczęście, kiedy w jednym z nich otworzyły się drzwi. Anna podeszła do podróżników, wyciągając mocno spracowaną dłoń.

– Czekaliśmy na twój przyjazd. Wewnątrz jest dużo bardziej przewiewniej, niż na dworze. Wchodźcie do środka.

– Nie mamy czasu do stracenia. W czasie podróży znalazłem pewną rzecz, jednak nie do końca wiem, do czego służy.

Oboje staruszków z zapałem zabrało się do przeglądania unikatowego przedmiotu.

– To dysk teleportacji.

– Nasza wiedza pozwalała na wynalezienie takiego przedmiotu przed wojną? – zapytała Belinda.

– Nasza, niestety nie… została udostępniona w trzy tygodnie przed wystrzeleniem rakiet z głowicami atomowymi. Ich twórcami była rasa “Gwiezdnych kupców” sprzedających swoje prototypy, po całej znanej nam galaktyce.

– To niemożliwe. Nikt w miejscu, z którego pochodzą moi przodkowie, nigdy nie wspominał o takim wynalazku. Miałam wszystkie potrzebne dane, aby to skonfrontować

– Słusznie, bo został wyprodukowany w Europie Wschodniej, a ściślej mówiąc na południe od “Podmokłych piasków”. Odległy wschód, to silnie skażony chemicznie oraz lekko napromieniowany obszar.

– Możemy wykorzystać ten przedmiot?

– Większość z nich, po wyłączeniu ma wbudowaną auto kasację systemu sterującego.

– Dlaczego w żaden sposób, nie możemy jej uruchomić?

– Ponieważ potrzebne jest zdalne sterowanie. – Anna szybko wyciągnęła pilota, kładąc dysk na dywanie.

Drżenie powietrza sugerowało, że coś zostało uruchomione. Wystarczyło zrobić krok przed siebie.

– Przejście jest bezpieczne? – spytałem śmiejącego się głośno Daniela.

– Pewnie! Nie chcemy dłużej tracić czasu, na czcze gadanie! – Daniel i Anna, trzymając się za ręce, zanikli w jasno oświetlonym pokoju.

– Muszę napisać wiadomość dla Ryszarda… będzie się denerwował, że zostawiliśmy go samego.

– Idę za nimi, a ty spróbuj pozostać w mieście przez cały tydzień. Jeśli do tego czasu nie wrócę, to możesz kupić mi krzyżyk i zapalić świeczkę.

– Poczekaj! Dam tylko znać Rysz..

Znalazłem się po drugiej stronie działającego teleportu. Ogromna sala była jasno oświetlona, a korytarze rozchodziły się promieniście w czterech kierunkach. Oprócz mnie nie było tutaj nikogo więcej. Zastanawiałem się, gdzie mogli podziać się moi nowi znajomi. Wiedziałem, że wbrew pozorom potrafili działać bardzo szybko. Postanowiłem udać się korytarzem po prawej, gdy nagle poczułem czyjś delikatny dotyk. Obok mnie niespodziewanie pojawiła się Belinda. Była wściekła – umiała powstrzymać ten stan, zwłaszcza w trudnych sytuacjach, takich jak obecna. Krok po kroku przechodziliśmy naprzód, świetnie zdając sobie sprawę, że od pewnego czasu nic nie zmieniło się w wyglądzie otoczenia. Po godzinie marszu, dotarliśmy do Anny i Daniela. Siedzieli na ziemi w medytacyjnej pozie, tak jakby próbowali dodać sobie nieco więcej siły.

– Wreszcie jesteście. Razem, będzie nam raźniej przemierzyć te korytarze. Ktoś wybudował to dla obcej istoty – a tak na marginesie była dla naszego narodu wielkim sojusznikiem! – zawołał Daniel.

– A Robert? Czy on również był waszym wielkim przyjacielem. – Anna powoli otworzyła zapłakane oczy.

– Należał do zespołu. Całe nasze życie, spędziliśmy na poszukiwaniach Roberta; wiemy, że próbuje się uwolnić i powrócić do miejsca, z którego pochodził. To dziwne, bo tamten świat został całkiem zniszczony.

– Skąd ta pewność? – zapytała.

– Jego powłoka przebywa wszędzie tam, gdzie znajduje się przyroda. Razem z Danielem widzimy ją w tafli wody, w zdrowych i żyjących drzewach, które nadal są wśród nas, a także w naszej pamięci…

Gwiezdni kupcy nie stanowili zagrożenia dla planety Ziemia, bo zagrożeniem byli niektórzy jej mieszkańcy.

– To jeszcze nie jest żaden dowód.

– Nie traćmy czasu.

 

* * *

 

Podróż na niebieską planetę trwała o wiele za długo, a statek matka odniósł w tym czasie dużo usterek. Najwyższa rada kupców postanowiła zwołać zebranie, które zwykle odbywało się co dziesięć lat. Spotykali się w jednym z pomieszczeń, przeznaczonym do ważnych rozmów – swoimi rozmiarami nie przekraczało średniej wielkości pudełeczka na cygara. Zaprogramowane, wirtualne wnętrza o niezmierzonej przestrzeni dawały odmienne wrażenia w stosunku do wielkości, stąd przez około pięć mili sekund, wszyscy zebrani czuli się dość wesoło i jakby bardziej luźno. Szybka integracja z nowym środowiskiem wyzwalała ich umysły od snu, w którym od eonów trwali podczas lotu. Zgadzali się przebywać w kosmosie, podobnie jak ich przodkowie oraz rady pradawnych, zmuszonych do wykonania bolesnego kroku przeniesienia swoich cielesnych powłok.

– Większość z nas już przybyła. – powiedział z powagą kapitan, otrzymując od gości błyskawicznie potwierdzającą odpowiedź. Nie zawsze mogli komunikować się ze sobą bez utraty połączenia, a więc także swoich wizerunków. Ich statki latały od milionów lat, po całym kosmosie, dzieląc tych, którzy kiedyś byli ze sobą bardzo blisko. Liczne zakłócenia w postaci burzy magnetycznych czy wybuchów wyładowań solarnych, układających się na trajektoriach przelotu statku matka utrudniały te procedury.

– Czemu zawsze musicie się spieszyć? Pozostało przecież trzysta lat, do pierwszego kontaktu z ludzką rasą.

Wokół głównego przedstawiciela rady oraz kapitana statku stanęło przez kilka sekund, pewne młode i falujące „Wirtualne ogniwo". Nazywano tak najmłodszych i najbardziej zdolnych zastępców. Powoli zmieniało swój wzorzec powłoki w ciało kobiety, której długie blond włosy rozwiewały się po szczupłych ramionach.

– Nowy wizaż pozostanie na czas kiedy poświęcimy się ludzkiemu gatunkowi. Sprzedając pewne informacje czy technologie. Pieniądze oraz faktury odłożymy dla naszych potom… – powiedział zdolny zastępca kapitana.

Sporo gości, widząc nieopodal siebie ciekawe zdarzenie podeszło do trzech rozmawiających ze sobą postaci, przyglądając się i bawiąc nimi krótką chwilę. Sprawiało im to dużą przyjemność.

– Czy płeć jakichś istot żywych ma dla ciebie znaczenie? – odezwał się pradawny przywódca rady.

– Być może… najważniejsza jest kwestia wolnego wyboru.

– Wśród ich gatunku, będziesz zwyczajną projekcją. Na szczęście wybór jest dla nas równie ważny, co dla nich – musisz posiadać świadomość własnej tożsamości. Zalecam, abyś otoczył tę dziedzinę wiedzy sporym szacunkiem, zanim zaczniesz się na dobre przyzwyczajać.

– Rozumiem.

Wnętrze wirtualnej sali, w której jeszcze kilka sekund temu, znajdowało się ponad tysiąc obcych, żyjących "ogniw" zaczynało pustoszeć. Ich powłoki jedna po drugiej wygasały, trochę jakby niechętnie, co mogło świadczyć o tym, że spotkanie było bardzo długie, a wszyscy byli zadowoleni i szczęśliwi. Powracali do własnych statków, rozrzuconych po różnych częściach wszechświata. Dwie ostatnie postacie spoglądały na siebie w milczeniu, wymawiając na pożegnanie słowa modlitwy. Brzmiała ona w ludzkim języku, jakby:

 

"Zarobimy tam o wiele więcej, niż przypuszczasz..

 Zobaczysz, że przyniesie nam to spory zysk na nowe lata”

 

Niższy rangą towarzysz zaniknął w końcu we własnym, wirtualnym świecie. Ściany sali spotkań przemieniły się w liczne obwody, połączone ze statkiem super skalarną technologią – o wielowymiarowym tle i rozmieszczeniu przedziałów. Kapitan poruszając się w odmętach własnych przemyśleń, powoli rozpoczął liczyć do trzydziestu, przenosząc się w czas przemian. Większość spraw dotyczyła jego głównego warsztatu – tuż, po wylądowaniu…

Po pierwsze naprawa uszkodzeń, następnie produkcja nowych i jeszcze niekompletnych wynalazków, aż wreszcie opuszczenie planety Ziemia w kierunku nowego, zamieszkanego układu. Całość zadań w przeliczeniu na czas, który miał zostać wykorzystany po naprawie, wynosił nie więcej, niż ziemską minutę, a większość z przebywających na statku "ogniw", powinna odlecieć mniejszymi kapsułami, łącząc się z braćmi w kosmosie. Statek matka pozostawał na planecie.

 

…Jeden, dwa – nadejdzie czas przemijania. Ich władza, a także światowe rządy; mogły spowolnić nasz wspólny handel, ale było to częścią planu mojej rasy. Jest to o wiele przyjemniejsze, niż wydawało się zgromadzonym towarzyszą.

 

…Trzy, cztery – powoli zaśniemy w cyfrowej macierzy. A razem z nami pradawni kupcy tkwiący już od dawna w naszej pamięci. Bohaterowie dawnych czasów… czym była dla nich groźba

unicestwienia?

 

…Pięć, sześć – po wieczność przybędzie sen. Czy bóg, o którym tak wiele dyskutują Ziemianie, naprawdę istnieje? Skoro jest wszędzie, dlaczego nie uwolni nas od więzienia?

 

* * *

 

W barze o śmiesznej nazwie Tańcząca Mrówka spotykało się wielu różnych ludzi. Zwykle byli to górnicy, robotnicy i kierowcy olbrzymich wozów transportowych, pragnący odpocząć w weekend przy dużym, jasnym piwie. Daniel, Robert i Anka byli spawaczami w pobliskim zakładzie przylegającym do huty, która zapewniała miejsca pracy ponad dziesięciu tysiącom pracowników. Od blisko czterech miesięcy spotykali się ze sobą, odwiedzając różne podobne miejsca w pobliżu wolnego miasta Krakowa. Dzisiaj padło na dość obskurny lokal i oddalony nieco bardziej od ich domów. Mimo wszystko był tutaj jeden olbrzymi panel LCD, na którym dało się oglądać jakieś mecze czy bieżące wiadomości. Widać aktualni właściciele knajpy mogli sobie pozwolić na minimum luksusu, będącego dzisiaj niezbędnym standardem.

– To już piąta kolejka, a więc jeśli za chwilę nie dadzą nic ciekawego, to przy następnej zsunę się z krzesła. – zażartował Robert.

Anka spoglądała przez drobną chwilę w ekran pokazujący nowy statek obcych, podczas lądowania na naszej planecie.

– Patrzcie! – zawołała podekscytowana. – Czyżby robili to niedaleko centrum naszego miasta? Dlaczego wybrał sobie miejsce tak blisko Krakowa?

Dziennikarz był wyraźnie podniecony, prowadzonym reportażem, wyrażając swoją opinie na temat wielkości statku oraz technologicznego statusu wśród podobnych do niego. Przez ostatnie dwa lata mieli okazję oglądać sporo wizyt, takich jak dzisiejsza.

– Znowu obcy?! Będzie to chyba jedenasty "kosmita", który zawitał na Ziemi, tzn. przedstawiciel obcej rasy w gwiezdnym statku. Byłam pod wrażeniem, kiedy Krwawe Jaszczury zrezygnowały z ataku na siedzibę Unii Europejskiej… cholerni tchórze – to wszystko, powoli robi się nudne.

– Ich jednostki mecho-kroczące, mogły nam pokrzyżować plany, związane z kolonizacją Uranu. Odkryto tam bardzo niską temperaturę przy samym podłożu, gdyż bardzo niska temperatura, tworząca podłoże umożliwia stworzenie pewnych szans na zbudowanie… a wojna wstrzymałaby wydobycie… kiedy zobaczyli nasze gwiezdne myśliwce, uzbrojone w najnowsze rakiety atomowe, ogarnął ich strach, zmuszając do odwrotu. Przez ułamek sekundy było naprawdę ryzykownie, ale poza wojennym rzemiosłem, ciężko dyskutować z nimi na jakiekolwiek inne tematy. – powiedział mądrze Daniel.

Dzisiejszego dnia był w kiepskim nastroju, a szczególnie podczas wygłaszania swoich komentarzy na tematy związane z obcymi. Czasami jednak lubił o tym rozmawiać i to w pewnym sensie trzymało go przy życiu. Zapewniało cel istnienia, którego powoli zaczynało mu brakować. Robert miał serdecznie dosyć marnowania czasu, siedząc bezczynnie przed ekranem.

– Czemu nikt nie został wydelegowany do rozmów? – powiedział. – Spotykamy się jutro?

– Pewnie..– Potwierdzająco, skinęła Ania.

– Podobno trwają jeszcze rozmowy, a z tego co widać, jest to dość zaawansowana technologicznie kasta – translatory pozapychały kilka światowych magazynów danych, ale jutro prawdopodobnie dowiemy się więcej. Myślicie, że przybyli w pokoju?

 

 Z odbiornika dało się usłyszeć donośne krzyki jednego z dziennikarzy.

 

„Na liście najsilniejszych przybyszów i zarazem pierwszych, którzy dotarli do „Układu słonecznego”, stała rasa nazywana Wenlionnitami. Dążyli do podpisania umów dyplomatycznych i drobnej wymiany handlowej. Stali na wyraźnie wyższym poziomie technologicznym, a jeśli chodzi o nowo przybyłych…”

 

– Każdy z nich ma swój własny cel. Kiedyś myślałam, że jesteśmy skazani na samotne przebywanie we wszechświecie, ale byłam w poważnym błędzie.

– Jesteś szczera, a to jest bardzo ważna cecha charakteru. Znamy się już od bardzo dawna i powiem ci w sekrecie, że nigdy nie posądzałem cię, o taki sposób myślenia. – szepnął Daniel.

– Naprawdę?

– Wydaje mi się, że każdy dyplomata umie to jakoś podzielić. Być może w twoim przypadku, jestem w błędzie, ale uważam cię za wyjątkową dyplomatkę.

 

„Witamy!

 

Nasz kraj, serdeczny dla świata Rząd Polski postanowił zdradzić nieco więcej szczegółów. Jako pierwsi z obcych ras przedstawili korzystne warunki, związane z usprawnieniami ich własnych warsztatów. Będą ogólnie dostępne. Nasi nowi znajomi zapewniają, że w okresie dziesięciu lat przyspieszą proces tworzenia pewnych urządzeń mających na celu poprawienie standardu życia na naszej planecie – głównie, jeśli chodzi o przemieszczanie się w przestrzeni powietrznej. Bardziej niesamowitym jest fakt, iż prawdopodobnie teren wokół strefy lądowania został już wykupiony. 

 

Rząd Polski zdecydowanie temu zaprzecza"

 

Anka ciągle powtarzała, że ciężka praca nauczyła ją dyscypliny, a jednak to jej znajomi byli zawsze najważniejsi. Przyczajona i czekająca na ich każde zawołanie, lubiła wiedzieć, że pomaga innym. Wszystkim tym, których z pewnością mocno kochała. Znała się dobrze na rzeczach mało popularnych wśród elity pracującej w ich zakładzie, a była najlepsza – mieli słabe pojęcie o naprawianiu elektroniki i kojarzeniu całego uniwersum układów scalonych. Było to niezbędne dla jej kaprysów, związanych z posiadanymi w domu komputerami i ich bezawaryjną pracą.

Daniel z przekąsem kontynuował swój komentarz, starając się nie zwracać uwagi na relacje w telewizji.

– Patrząc na liczne odwiedziny obcych w innych krajach, nasze państwo wydawało się dość mało istotne. Jeśli przybysze z gwiazd, naprawdę chcą zawierać transakcje na "naszej ziemi", to albo postradali zmysły albo są na tyle rozwinięci, aby mieć w zanadrzu coś wyjątkowego.

Robert wstał z miejsca i jak zwykle w swoim stylu wyciągnął rękę, kładąc ją na sercu w geście pożegnania. Pomimo tego, że dzisiejszego dnia wspólna konwersacja niezbyt przypadła wszystkim do gustu, Daniel pozostał dziwnie zadowolony. Lubił każdą chwilę spędzaną razem, odstawiał wtedy samotność na boczne tory, skupiając się na specyficznej atmosferze, która od pewnego czasu panowała pomiędzy nimi. Nie myśleli tylko o sobie, a raczej o innych co było powodem wytworzenia się dziwnego stanu wspólnoty. Nigdy nie czuł się, aż tak wolny w obecności innych znajomych. Często pragnął przedłużania tych nielicznych momentów odpoczynku.

– Pieprzyć przemijanie. – pomyślał, stając się na siebie bardzo zły.

Spotkanie dobiegło końca, a nazajutrz wczesnym rankiem, Daniel odebrał pilny video-telefon, od brygadzisty zakładu, w którym pracował.

– Wiem, że jest niedziela, ale wszyscy pracownicy mają się zgłosić na około godzinę, aby omówić nowy harmonogram organizacyjny.

Ten wyjątkowo zdolny człowiek, jak nikt inny umiał korzystać z ciężkich narzędzi służących do obróbki hartowanej stali. Nazywał się Piotr Kierski. Swoją wiedzę wraz z doświadczeniem przekazywał stażystą podejmującym nową pracę.

– Jest dopiero ósma rano, Piotrze! Czy wszystko tam u was w porządku?

– Niezupełnie. Przekonasz się, gdy odwiedzisz zakład. W akcję zaangażował się sam premier wraz z biurem ochrony rządu.

Daniel spróbował zetrzeć sen z oczu, zmuszając własny organizm, do normalnego stanu skupienia. Sytuacje tego rodzaju zdarzały się bardzo rzadko, a ciekawość wywoływała dodatkowe myśli, które nagminnie i impulsywnie promieniowały wewnątrz lekko ociężałej głowy.

– Będę na miejscu w kilkanaście minut! – zakrzyknął do słuchawki Daniel.

Czyżby mieli otrzymać jakieś nowe zlecenia? Przed wyjściem musiał wypić filiżankę mocnej kawy, obiecując sobie naprawdę obfity posiłek, po powrocie do domu. W umówionym miejscu zaczynało się pojawiać coraz więcej ludzi, a ich miny świadczyły o niezbyt pochlebnym zdaniu na temat tego typu akcji. W pół godziny później wraz z innymi znalazł się w hali montażowej o dużych rozmiarach, gdzie dość intensywnie dało się słyszeć głos jednego z organizatorów naszej nowej grupy.

– Oddział "Alfa" przejdzie na północną część statku. Pamiętajcie, że należy wykonywać wyłącznie rozkazy waszych przełożonych. Jakakolwiek ingerencja mogąca mieć znaczenie drugorzędne, może przynieść tragiczne skutki. Każdy nasz ruch, jest lub może być śledzony przez organizm lub istotę nad inteligentną, której położenia dokładnie nie znamy. Jakieś pytania?

– Przede wszystkim, chcemy wiedzieć czy otrzymamy nadpłaty za nadgodziny? – zapytała gruba brygadzistka Aneta Poroszewska.

– Oczywiście, że tak! Wszystko zostało już w całości przedstawione przez związki zawodowe waszemu kierownictwu, które podpisało stosowne umowy.

– A ile czasu, będziemy tam przebywać tygodniowo – czy nie zagrozi to naszemu zdrowiu?

Dyrektor konsorcjum hutniczego potarł czoło, ale nie widać było w jego zachowaniu specjalnego zdenerwowania. Wynikało to raczej z przemęczenia, niż innych powodów. Widocznie wartość projektu była wystarczająco duża, aby zadowolić "grubszych" akcjonariuszy giełdowych.

– Czas trwania pracy przewidujemy na trzy tygodnie, a jeśli chodzi o inne czynniki, to gwarantuję bezpieczeństwo i satysfakcję. Jeśli będziecie stosować się do regulaminu, nikomu nic nie powinno zagrażać, tymczasem można umiejętnie zyskać dużo więcej profitów. Otrzymałem informacje, że rasa obcych, z którymi nawiązujemy współpracę jest wyjątkowo przyjazna oraz znana rasom ziemskich sojuszników – zarówno na naszych jak i innych planetach.

– Odział "Delta", będzie zajmował się transportem materiałów, a spawacze postarają się wykończyć obiekt określany jako "Warsztat". I to na razie wszystko.

Zakończono część wprowadzającą w ogólne zasady działania. Anka i Robert, szybko przebrali się w kombinezony, zabierając swój sprzęt. Daniel dołączył do nich w kilka minut później. W środku wyzierała ogromna pustka – przynajmniej w trzech-czwartych objętości, którą ludzkie oko mogło ogarnąć. Grube pancerze ochronne, były raczej mało interesujące, bardzo toporne i ciężkie. Ich przeznaczeniem miało być wyłącznie bezpieczeństwo statku, a stan techniczny nie pozostawiał wątpliwości, iż nawigatorzy tego "olbrzyma" posiadali sporą wiedzę, jeśli chodzi o podróże w kosmosie. Były w doskonałym stanie. Prace przygotowawcze trwały non-stop, a kolejne dni sprowadzały zwykłą codzienność, polegającą na tworzeniu ogromnych konstrukcji mających zapełnić wielką przestrzeń – pobudka bardzo wcześnie rano, wiele oddziałów montażowych, wystawionych do pracy, aż w końcu my. W miarę postępowania prac, zmierzaliśmy do północnej części statku, która miała być prawdopodobnie mostkiem. Znajdowało się tam kilkanaście ogromnych wyświetlaczy z łagodnie spoglądającą twarzą – ludzką twarzą. Miało to działać stymulująco na samopoczucie pracowników i nie powodować zastoju w naszej codziennej pracy. W końcu pozwolono na rozciągnięcie radiowęzłów, dzięki którym mogliśmy słuchać wiadomości – podawano tam najświeższe informacje.

– Prace naprawcze, prawdopodobnie zostaną przedłużone o kilka tygodni. – oznajmiał brygadzista Piotr Kierski poprzez głośnik radiowęzła – w przyszłym tygodniu nadamy wiadomości dotyczące paneli, które już pewnie zdołaliście dostrzec. Na razie nie wchodzimy głębiej w szczegóły…

W czasie nielicznych przerw, wszyscy często rozmyślali nad problemami natury politycznej. Dlaczego akurat nasz kraj – Polska, pradawna stolica Słowian? Robert paląc e-papierosa, rzadko włączał się do rozmowy, jednak ostatnio był jakby bardziej ożywiony.

– Podobno na Uniwersytecie Jagielońskim, zamontowano jakieś urządzenia łączące nową sieć ze statkiem. Naukowcy badają je przez cały czas, a już od kilku dni, chęć przybycia do Polski zgłosili Amerykanie i Australijczycy.

– Mów wszystko co wiesz przyjacielu, bo jestem twoją pustą księgą, którą napełniasz swoim magicznym pismem. – powiedział Daniel, z lekka pokaszlując.

– Myślisz, że cały czas zmyślam?

– Masz to gdzieś.

Niebawem podeszła nasza stara znajoma Anna. Na jej twarzy mogliśmy zobaczyć spory stres i ciągle pojawiające się mrużenie oczu, będące początkiem poważniejszej fobii.

– Lekko zdenerwowana?

– To nie to co myślisz. Jak to wszystko dobiegnie końca, postaram się o wzięcie długiego urlopu regeneracyjnego.

– Będziemy mieli nowy rząd i nową wewnętrzną sieć. Myślałam, że ci przybysze to tylko kolejny i nic nie znaczący pakt, jednak oni wspierają finansowo nasz kraj. Uruchomią jakieś urządzenia, które zostaną wystawione na sprzedaż.

– Wiesz coś więcej na temat tej tajemniczej gęby?

– Nic… to chyba żart tych dupków z korporacji. Pewnie ktoś to zrobił, żeby zwiększyć statystyczną wartość wydajności względem godzin pracy.

– Pewnie masz rację. – zgodził się Robert.

Gdy w następnym tygodniu przeprowadzono nas w nieco bardziej interesujące miejsca pracy, do głosu włączyła się Anka. Przed nami pojawiało się coraz więcej tuneli oraz połączeń, które niechybnie mogły oznaczać zaawansowaną technologię. Odział "Gamma" zajmujący się szeregowaniem konstrukcji powoli zaczynał kończyć swoją pracę. Wszystko było prawie ukończone i gotowe do działania.

– To tutaj zaczyna się ich sterownia. Pełno tu różnych elementów przypominających nasze światłowody, o czym prawie w stu procentach jestem przekonana. Powiem więcej, jeśli naprawdę służą „do tego co u nas”, to ich struktura nie jest nam jeszcze znana.

Koniec pracy na statku uwieńczono spotkaniem z ważnymi „pajacami”. Nadeszła pora na orędzie przedstawiciela korporacji "Metale od Zaraz" jak żartobliwie nazywała ją załoga. Było tu również wielu podwykonawców, którzy również skorzystali na tej inwestycji. Wśród osób zebranych wewnątrz nowej konstrukcji, dało się zauważyć ministrów oraz przedstawicieli wojska. Poniżej skleconego na szybko piedestału stanęło około pięć tysięcy robotników przedsiębiorstwa. Mogło tutaj przebywać ze trzy lub cztery razy więcej ludzi – wszystko wyglądało jak ogromna katedra, połączona halami mającymi spore zastosowanie przy produkcji czegoś specjalnego. Robert nieśmiało domyślał się, że mogło chodzić również o nowoczesną broń. Jako kraj położony nieco na obrzeżach Unii Europejskiej mieliśmy ogromne szczęście, spotykając te istoty. Zwłaszcza, że jeśli chodzi o projekty, mogliśmy wybierać je jako pierwsi. Zostaliśmy zaliczeni do grona nielicznych państw, objętych tzw. wieczną neutralnością… jak Szwajcaria czy Kanada – jakikolwiek kraj próbujący dokonywać agresji, byłby zdecydowanie potępiony, jednak sami również musimy stosować się do tych warunków. Mogło to być do pewnego stopnia o wiele bardziej skomplikowane, niż z pozoru się wszystkim wydawało.

– Na wstępie pragnę podziękować ludziom, których trud włożony w ten projekt nie pozwolił być dzisiaj z nami – powiedział przedstawiciel związków zawodowych – w niecałe dziesięć tygodni, prawie piętnaście osób…

Rozmówca postanowił wymienić ludzi, którzy nie wytrzymali tempa pracy, znajdując się w szpitalu lub co gorsza, opuszczając wspólny kolektyw. Po paru minutach włączono do dyskusji ministra obrony.

– Spójrzcie na ten olbrzymi panel. Spotykacie się z nimi już od jakiegoś czasu. – powiedział łagodnym tonem.

Kilkunastu mężczyzn, szybko zaczęło uruchamiać ogromne skrzynki stojące pod drewnianym piedestałem. Na ekranie, zamiast ciągle widniejącej ludzkiej twarzy pojawił się dynamicznie animowany symbol płonącego ogniwa.

– To translatory… możemy już spróbować rozpocząć powitanie! – skwitował powstałe zamieszanie minister.

 

 Z olbrzymich głośników, popłynął mechaniczny głos wprost do wszystkich zebranych.

 

„ Chcieliśmy pozdrowić Wasz ludzki gatunek, jednak żałujemy że nie byliśmy pierwszymi, którzy odwiedzali planetę Ziemia. Poziom zainteresowania naszą ofertą budzi wśród was ciekawość, przy okazji poznajemy wasze rządy oraz przylegające do „Unii skolonizowanych planet” kolonie. Nasz czas, który możemy na to przeznaczyć jest nam bardzo cenny… jesteśmy przyjazną rasą gwiezdnych podróżników odwiedzających różne części kosmosu. Generale?”

 

Istota przerwała przekaz, dając możliwość powrócenia do normalnego toku przemówienia ministrowi Bartoszowi Kowalskiemu. Kamery zamontowane na dronach oraz liczne, przyboczne przekaźniki wizji zmieniły kąt położenia.

– Mieliśmy okazję dokonać dużych transakcji… słyszeliśmy kapitana tegoż statku, który zdradził nam to, że będziemy musieli ograniczyć się do kontaktu projekcji. Z czasem, nasze akcje na giełdach światowych mocno "podskoczą", a obcy przyjaciele opuszczą naszą planetę, pozostawiając statek matka.

– Każdy kto poniósł jakiekolwiek straty przy budowie zostanie odpowiednio wynagrodzony – powiedział minister – zapraszamy was do zapoznawania się z funduszem dla poszkodowanych…

Wielu ludzi postanowiło wyrażać swoje emocje poprzez klaskanie czy ruchy rąk. Wygłoszono jeszcze kilkanaście przemówień, jak również szerszych obietnic, związanych z wymianą gwiezdnych map oraz szlaków handlowych. Do Krakowa przybyło wielu obserwatorów z Brukseli i obydwu Ameryk. Nagle przeskoczyliśmy w nową epokę… z nicości, aż do momentu całkowitego uniesienia typu zlot państw G20, ku chwale ludzkości i Rzeczypospolitej Polski. Być może wzniesiemy się wyżej, niż nasi potężni sojusznicy, jednak zależało to od tego, na ile możemy tak naprawdę sobie pozwolić – Polska jako kraj prawdziwej obfitości.

– Hej, Daniel! Nie poznajesz swoich przyjaciół? – zawołali, stojąc nieopodal Robert i Anna.

Podszedł do nich, nie zwracając uwagi na gderanie znanych polityków. Był dzisiaj zamyślony tym całym przedstawieniem. Musiał przyznać, że szał podniecenia rozpalał wewnątrz również jego. Być może była to duma, powstała z sukcesu, będącego częścią własnego zaangażowania albo zwyczajny ogień podniecenia, rozpalony kontaktem z obcymi.

– Uciekajmy stąd! Najlepiej najdalej, gdzie tylko się da. – powiedział zaniepokojony.

– Zdajesz sobie sprawę, że opuszczenie tego statku zajmie nam jakieś sześćdziesiąt minut? Nie zbyt mi pasuje odwiedzanie takich miejsc jak "Tańcząca Mrówka", a wszystko zanosi się na to, że znowu tam wyjedziemy.

– O nie! Dzisiaj zabieram was do Carpe Diem! Specjalnie dla moich przyjaciół "All inclusive Club"… holograficzne panienki, skórzane fotele i kupa syntetycznego alkoholu krążącego nad bielejącymi neonami – prosto z kosmicznych kreskówek.

– Wiesz ile czasu czeka się na wejście do tego lokalu? Stary popatrz na to z naszego punktu widzenia, chcemy po prostu zalać robaka i wrócić do domu… proponuje zmianę planów na bardziej realistyczne. – uśmiechnęła się Anka.

Wyglądało na to, że Daniel będzie protestował, ale po chwili dał za wygraną. Wszyscy troje wkroczyli do małego baru na obrzeżach miasta o dziwnej nazwie "Śmiały Żart". Przebywało tam kilka osób, które powoli sączyły swoje zamówione drinki. Wszędzie było czysto, a na ścianach wisiały wesołe obrazy klaunów, poprawiające humor klientom. Daniel nigdy nie lubił cyrku, ale taki rodzaj sztuki zaczynał mu przypominać inny świat, dawny i zapomniany w dzieciństwie. Myślami błądził w tamtych chwilach, pozostawiając je w końcu samym sobie. Pierwsza kolejka przypomniała o nadchodzących nadpłatach z firmy, które mogły być wyjątkowo wysokie.

– Widzisz moje ręce? Po dziesięciu tygodniach bez oddechu zaczynam się czuć jak pięćdziesięcioletni bokser… cały się trzęsę na myśl o kilku dniach wolnego. – zadeklamował swoją wizję Robert.

– To prawda, będziemy teraz nico bardziej zdani na własny wybór. Dla tych pracoholików choroba czy zdrowie nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo i tak wrócą tam za trzy dni. Ja poważnie zaczynam myśleć o wzięciu urlopu, aby trochę odpocząć – może zmienię miejsce pracy?

Daniel z niedowierzaniem spojrzał na przygaszoną swoim wywodem koleżankę.

– I kto to mówi… najbardziej twarda osoba z nas trzech. Przestań zadręczać się czarnymi myślami i zacznij wreszcie myśleć o swoich przyjaciołach. Zawsze taka byłaś, zdyscyplinowana, silna i chętna do pomocy w najgorętszych momentach.

Ten przewrotny wywód spowodował u Anki lekki rumieniec na obydwu policzkach. Musiała coś powiedzieć, choć nie do końca wiedziała jak to wyrazić.

– Jesteś jakimś cholernym jasnowidzem, osobą która wszystko wie o człowieku?

– Nie chcesz być tak do końca związana z inną osobą, bo wolisz zespół i kreatywność.

– Czego ty naprawdę ode mnie oczekujesz?

– Chcę, aby to wszystko trwało dłużej, niż te marne cztery miesiące.

– Powiedz jeszcze jedno słowo!

– Przestańcie tyle gadać i spróbujcie skupić się na nadchodzącej pracy. Możemy podwoić swoje wpływy w firmie, jeśli przeniesiemy się do działu montażowego. Z Anką nie będzie problemu, gorzej z Danielem i ze mną. Co sądzicie o tym pomyśle? – zapytał Robert.

Forsa była jak zwykle tym, co przyciągało ich do tego miasta. Lubili się nawzajem denerwować, mówiąc o urlopach, jednak tak naprawdę, każdemu z nich zależało na tym podstawowym środku, zapewniającym minimum przyjemności. Czas miał bardzo duże znaczenie, urlop nie dawał absolutnie nic rentownego – nie zmieniałby nic w ich doczesnym życiu.

– Co miałabym tam robić?

– Wystarczy, że będziesz trzymać się blisko nas i od czasu do czasu wyjaśnisz nam to i owo. My zastąpimy cię w trudniejszych pracach, związanych z narzędziami spawalniczymi. Poza tym mam jeszcze kilka innych pomysłów, ale na razie nie mogę powiedzieć wam nic więcej.

Druga kolejka piwa przerwała długi wywód Roberta. W jego oczach, można było dostrzec niebezpieczny błysk, tak jakby niedaleko niego, leżały jakieś wielkie pieniądze .

– Jesteś pewien, że warto się w to pakować? Mogą tam być polaryzujące pola albo co gorsza promieniowanie szkodliwe dla zdrowia. Żadne pieniądze, nie będą warte zachodu, jeśli to wszystko zniszczy nas od środka.

– Wyobraź sobie poczwórną roczną pensję. Musimy tylko przygotować kilka rzeczy… może pięć albo sześć tygodni i lądujemy na „Wyspach karaibskich”.

– Ja nie dam rady. Wystarczy mi to co zarobiłam ostatnio.

– Skoro Ania zostaje, to nie będzie chyba większego sensu ciągnąć tego dalej. Masz co jeszcze do dodania Robert?

– Jeśli ona zostanie, to na pewno będzie nam wszystkim łatwiej. Nie mogę zdradzić teraz szczegółów, ale będzie wiele rzeczy związanych z elektroniką. Trzeba też oceniać, naprawiać i cały czas stykać się z zawartością części zamiennych, które oferuje ten cudowny warsztat. Tylko nieliczni wejdą w ten interes, a my możemy być na jego czele.

Słowa wypowiedziane przez przyjaciela zrobiły na niej słabe wrażenie. Problemem były tylko dwie myśli, które brzmiały "zbyt ciężka praca" oraz "ciągły brak pieniędzy". Obydwie mogły w tym wypadku być dużo mniej uciążliwe, jeśli podjęliby się wyzwania. Ostatecznie każde oszczędności, kiedyś ulegną wyczerpaniu.

– Świetnie. Tajemnica dotycząca mieszkańców obcego statku może być farsą, jednak jak na razie, zdobyte informacje mówią coś innego. Spotkajmy się jutro w firmie, aby dokończyć formalności.

Na odchodne koledzy dopili piwo, kierując się w miejsce swojego zamieszkania – każdy w innej dzielnicy Krakowa. W nocy Robert śnił o tajemniczej kobiecie, która próbowała przekazać mu jakiś sekret związany ze statkiem. Jej twarz spowita była w ogromną ilość świecących punktów migoczących z dziwną częstotliwością. Rankiem, po wybudzeniu ze snu, długo nie mógł przyjść do siebie. Miał wrażenie, że z jakiegoś powodu płacze – widział istotę, która miała dla niego większe znaczenie, bowiem próbował odczytać jej zamiary, jednocześnie czując wewnętrzny stan zagrożenia. Było to dziwne doświadczenie dla kogoś, kto w swoim życiu kierował się zawsze odpowiednio dobranymi dyrektywami. Przypominał maszynę z filmu „Terminator”, wykonującą zawsze odpowiednie posłanie dla innej i dużo potężniejszej inteligencji. Nie powiedział swoim przyjaciołom o spotkaniu z pułkownikiem Jarosławem Strzemboszem, który szukał odpowiednie osoby, do wykonania oględzin statku obcych i fotografowania głównej sterowni. Miało to być wykonane dyskretnie i bez żadnych śladów, ale przed planowanym wcześniej wylotem ich nowych sojuszników. Nasi przyjaciele byli wbrew pozorom dość enigmatyczną społecznością, ale ta informacja była już ściśle tajna, tym samym zdradzenie komukolwiek informacji na ten temat groziło rychłym przeniesieniem się na tamten świat. Rankiem wspólnie postanowili zmienić swoje dotychczasowe miejsce pracy na dział, o którym wcześniej debatowali.

Trzynaście tygodni od przylotu „Gwiezdnych kupców”, wiele zmieniło się w lokalnej rzeczywistości, która nas otaczała. Tak zwany "warsztat” rozpoczął produkcję obiektów przeznaczonych dla wojska na skalę masową – bojowe ciężko opancerzone jednostki z odpowiednio groźnym uzbrojeniem, stanowiły świetne zabezpieczenie w przypadku wywołania konfliktu. Tak jak przypuszczał Robert, na początku rozpoczęto prace nad uzbrojeniem, a w przyszłości mówiono coś o specjalnych bojowych obiektach latających. Oprócz Polski, do projektu przyłączyły się Czechy i USA, wykupując za odpowiednią cenę nowe prototypy. Warsztat pracował dla wielu państw czy organizacji. Czym, tak naprawdę płacono „Gwiezdnym kupcom”, tego nikt jeszcze nie wiedział. Dwa dni temu o godzinie dwudziestej trzeciej, rozpoczął się exodus naszych sojuszników. Trzynaście kapsuł znajdujących się powyżej mostku kapitańskiego, zostało wystrzelonych z Ziemi w przestrzeń kosmiczną, gdzie nastąpił proces przyłączania. Tak jak wspominano, na statku matka pozostało jedynie dwóch przedstawicieli obcych, co dawało większą szansę na penetrację ich technologii. Pracowano nad naprawą zdalnego kanału przesyłania informacji w oparciu o technologię przybyszów. Mieli wszystko począwszy od dokumentacji, a skończywszy na częściach zamiennych.

– Podajcie mi ten światłowód, abym mogła porównać końcówki ze złączem! – zawołała zdenerwowana Anna.

Daniel nie zgadzał się z doborem typu akcesoriów, które dokonywała jego koleżanka.

– Dziewczyno, to co trzymasz nie jest światłowodem, ale kablem zasilającym moduł i rozpraszającym informacje na górny pokład… wiem cholera, że tym razem mam racje.

– Nie jesteś jeszcze w pełni przeszkolony. Miałam wam wytykać błędy, więc grzecznie rób co mówię!

Roberta jak zwykle interesowała inna kwestia, a mianowicie opłacalność. Starał się pomagać, jednak ciągle obserwował szeregi szybów wentylacyjnych prowadzących w górę sterowni statku. Były one połączone z "przedsionkiem" znajdującym się pomiędzy warsztatem, a miejscem w którym trwały naprawy. Wewnątrz szybu, mógł bez problemu zmieścić się średnich rozmiarów pracownik, wynajmowany przez Gwiezdnych kupców od korporacji. Wystarczyło dowiedzieć się, co jest na końcu tych szybów.

– Myślicie, że dałbym radę wspiąć się wewnątrz tego labiryntu? – zapytał Robert, patrząc jednocześnie w górę.

– Po co? I tak nikt ci za to nie da złamanego grosza. Lepiej pomóż nam przyspawać to do bocznej pokrywy!

– Jak skończymy robotę to sam zajmę się naszym sprzętem. Wy możecie iść dzisiaj wcześniej i trochę odpocząć.

Daniel przez moment przytknął kciuk do spoconego czoła, jakby coś ważnego zaprzątało jego głowę.

– Mieliśmy działać wspólnie, a ty nagle robisz z siebie niewolnika? Wygląda mi to na bunt. – Mówił bez sensu. Po wybuchu związanym z przeciążeniem połączeń, pomagał Annie w oszacowaniu i naprawie uszkodzeń, w przeciwieństwie do ciągle zamyślonego Roberta.

– Mówię poważnie. Ostatnio mam kilka spraw, które muszę przemyśleć. Możecie spokojnie iść dzisiaj beze mnie.

– Skoro drogi pan tak uważa to niech tak będzie. Żałuj, bo przegapisz długi wykład Anki o wzroście wydajności najnowszych magazynów gromadzenia danych na Antarktydzie.

– Mówisz o mnie? Ty badaczu obcych cywilizacji… tak przy okazji to płacisz za wykład i za kolejkę.

Po kilku minutach przyjaciele skierowali się w stronę południowego centrum warsztatu, gdzie znajdowało się wyjście ze statku.

– Może lepiej wróćmy po niego?

– W tym momencie przeżywa okres oświecenia, który wpływa na to, co wykonywał przez ostatnie cztery dni, czyli nic wielkiego.

– Gdzie planujesz iść po pracy? – spytała Anka.

– Chce obejrzeć w spokoju parę filmów… masz ochotę powspominać stare horrory o zombie?!

– Poczekasz, aż się w coś ubiorę? 

 

 * * *

 

Przeszli około dwieście metrów, gdy nagle zagasło główne światło. Zamiast zwykłego oświetlenia zapaliły się zielone lampy awaryjne, dając nam do zrozumienia, że coś zaczynało się psuć. Na ścianach pojawiły się luźno zawieszone haczyki, z przytroczonymi do nich ludzkimi uszami. Wszędzie widać było rozmazane krwiste ślady. Przez moment myślałem, że ciągnący się w nieskończoność korytarz zwija się jak ogon langusty, a samo jego centrum jest mocną betonową ścianą. Otwarta przestrzeń, która pojawiła się znienacka uświadomiła nam, że znajdujemy się w czymś na kształt grobowca lub ogromnego sarkofagu.

Wszędzie wokół widoczny był jeden tajemny symbol, a na środku ogromnej sali znajdował się kamienny postument. W jego centrum siedziała jakaś osoba, pilnie przyglądająca się przybyłym nieznajomym.

– W końcu się spotykamy Robercie! Ponad trzydzieści lat szukaliśmy ciebie wśród martwych manifestacji zła, które opanowały zniszczony świat.

Mężczyzna siedział ukryty w głębokim cieniu, dlatego nie można było zobaczyć w całości jego wyglądu. Powolny ruch ręki uruchomił ogromnych rozmiarów holograficzny projektor ukazujący postać młodej, przystojnej kobiety.

– Sądzicie, że możecie przeszkadzać nam w naszej modlitwie?! – powiedziała obca istota.

Belinda jako pierwsza spróbowała podejść bliżej osoby siedzącej na kamiennym postumencie.

– Na czym ma polegać wasza modlitwa?

– A kim ty jesteś, żeby zadawać pytania?! Nie stanowisz dla nas żadnej tajemnicy.

– Być może ale powinnaś uwolnić Roberta i powrócić do miejsca, z którego pochodzisz.

Istota przez moment sprawiała wrażenie zaskoczonej. Jednak bardzo szybko wróciła, do swojej poprzedniej taktyki zachowania.

– To niemożliwe. Nikt już nie może powrócić!

– My jesteśmy innego zdania. Na skażonych obszarach znajduje się pełno przedwojennej technologii. Przy odrobinie dobrej woli i pomocy naukowców, jesteśmy w stanie odesłać cię do domu. Wiemy, że wasze statki przemierzają kosmos, a jako jednostki jesteście bardzo dobrze nastawieni do innych ras. – powiedziała wyraźnie Anna.

– Wszystko zostało zniszczone. Wraz z Robertem podróżowałam po wielu kontynentach. Nie pytaj, w jaki sposób go do tego przekonałam. Te kuriozum zostało zażegnane, gdy osiągnął stopień oświecenia. Wiara w przesłanie wypływające z cyfrowej macierzy. Jesteśmy połączeni razem i nic nie może tego zmienić. Nie wiem dlaczego w pewnym momencie naszej podróży, Robert stał się nienaturalnie milczący.

Twarz kobiety zmieniła się w płonący ognik symbolizujący prawdziwą postać obcego. Z boku ścian powoli zaczęły wysuwać się sarkofagi, z wybudzanymi mężczyznami w kapturach.

– Z początku nasz kapitan handlował ze wszystkimi, lecz bardzo polubił Słowian oraz wschodnie tereny Rosji. Być może zrobił o jeden krok za daleko, bo pod koniec jego życia prowadził transakcję z pewną sektą religijną, która określała siebie jako „Wspólnota wydobycia”. Podobno ich przywódca należał kiedyś do grupy konsulów zajmujących się wydobyciem złóż na zachód od miasta Świnoujście. Posiadał ogromne złoża diamentów i często się nimi chwalił – mówił coś o swoich braciach… każdy z nich, był łudząco podobny jeden do drugiego. Mieli rozbieżne poglądy odnośnie rafinowania nafty, dlatego został odrzucony.

– Znam tych drani! Zabili mojego przyjaciela Jana Monarskiego. – szczęknęła zębami Belinda.

– Skoro tak… to zakończmy spotkanie już teraz.

Skierowałem wzrok na zbliżających się mnichów, którzy wyciągali z habitów świecące lance.

– Nie mamy chwili do stracenia. Musimy zabić istotę, siedzącą na postumencie! – powiedziałem do swoich przyjaciół.

 

Robert energicznie podskoczył w górę, trzymając w lewej ręce grubą, gumową przyssawkę, otrzymaną od służb bezpieczeństwa. Szybkim ruchem dosięgnął kolejnych miejsc, będących z tyłu jego pleców i powoli rozpoczął wspinaczkę do środka. Wewnątrz było nieco bardziej chłodno, niż z początku sobie wyobrażał. Co jakiś czas z bocznych płaszczyzn wylatywała para, w kilku miejscach lepko osadzając się na jego twarzy. Tunel nie był typowym obiektem, ale posiadał bardziej “skręconą” strukturę, dzięki czemu zaoszczędził o wiele więcej sił. Zauważył, że pokonywanie każdego większego obszaru wywoływało zapalanie jasnych, prostokątnych diod zamontowanych po bokach ścian. Jak na razie nikt nie wiedział, że podjął się takiego ryzyka… miał przynajmniej taką nadzieję.

Wysiłek zaczynał poważnie dawać mu się we znaki, a wchodził już prawie półtora godziny bez przystanku. Postanowił dać sobie jeszcze jedną minutę, gdy nagle poczuł silny podmuch wiatru. Ponad nim umieszczona była dużych rozmiarów platforma – wystarczyło podciągnąć się na nią i rozpocząć zapisywanie materiału video.

– Co to do cholery jest? – zapytał sam siebie Robert.

Jak okiem sięgnąć na ziemi leżało tysiące malutkich skrzynek, które były mocno przymocowane do powierzchni. Na każdej z nich znajdował się nieznany symbol. Pomieszczenie przypominało rozmiarami duży hangar lotniczy z umieszczoną na środku dyszą wylotową. Z niewiadomych przyczyn coś zaczynało go silnie drażnić i denerwować, jakby znalazł się w nieodpowiednim miejscu oraz czasie. Szybko rozpoczął robienie zdjęć i nagrywanie bardziej istotnych ujęć, gdy nagle po każdej ze stron pomieszczenia zaczęły włączać się projektory holografii wektorowej. Kilka metrów przed nim pojawiło się płonące ogniwo, przybierając po chwili postać kobiety. Modulowany sztucznie męski głos, w żadnym wypadku nie pasował do postaci dziwnie patrzącej na zmęczonego bohatera.

– Wszystko w porządku? Zwykle nie rozmawiamy z ludźmi bez specjalnego wywołania… jesteś zwykłym pracownikiem z czymś bardzo interesującym.

Aparat trzymany przed chwilą w ręku przez Roberta powoli rozpoczął podnosić się w górę, po czym zleciał obok nich, uderzając w podłogę i niszcząc go bezpowrotnie.

– Nie rób tego!

– Po co nas szpiegujecie?

Robert spuścił głowę, kręcąc nią na boki ze zmęczenia.

– Tyle wysiłku, a ty wszystko zepsułaś. Dzięki tym zdjęciom, mogłem być bogatym i wolnym człowiekiem. Zresztą nieważne.

– Mam wrażenie, że coś w moim profilu wydaje się być nie na miejscu. Mógłbyś powiedzieć, o co takiego chodzi?

Wyświetlana twarz stała się bardzo wyrazista, a modulowany głos ciągle zmieniał tonację z męskiego na żeński.

– Dlaczego zniszczyłaś mój aparat?

– Znajdujesz się na terenie statku, który należy do “Gwiezdnych kupców”. Jak widzisz zarówno część waszej planety, będąca jego fundamentem i sam statek matka są naszą własnością. Czy mam odpowiadać dalej?

– Hmm? Proszę bardzo.

– Jakakolwiek ingerencja w sterownie statku bez zgody kapitana jest niezgodna z konwencją…

– Przestań, już rozumiem!

– Spróbujmy inaczej… czy wszystko w porządku?

– Właśnie straciłem kilkaset tysięcy dolarów… kurwa mać.

– Posłuchaj! – powiedział kobiecy głos o bardzo melodyjnym brzmieniu – Przyjdź jutro do sali audiencyjnej, ale pamiętaj aby nigdy tu nie wracać. Miałeś dużo szczęścia, że tutaj przebywałam. Niebawem zostaniesz przeniesiony do warsztatu.

Trzy sekundy później Robert zdał sobie sprawę, że znajduje się w przedsionku, pomiędzy mostkiem statku a warsztatem. Wydawał się zmęczony, gdyż postanowił że na razie nie zdradzi nikomu zdobytych informacji. Pod jego stopami znajdował się metalowy krąg z wypełnionymi otworami, czymś na kształt szklanych soczewek. Po przyjściu do domu próbował rozmyślać o tym czy określenie “ona” w stosunku do obcego, miałoby jakikolwiek sens. Przez krótki moment przypomniał sobie twarz kobiety ze swojego snu, która dziwnym trafem zdawała się być obcą projekcją. Nazajutrz poszedł do sali audiencyjnej, gdzie odbywały się przemówienia polityków. Zarówno translatory, jak również wektorowe panele projekcyjne pozostały w doskonałym stanie. Przed jego oczami pojawiły się dwie osoby, nieznacznie oplatane falującymi kręgami, aż do momentu uzyskania odpowiedniego położenia.

– Proszę usiąść. Zwykle nie debatujemy ze zwykłymi pracownikami co nie oznacza, iż czujemy się lepsi.

Twarz kapitana statku była stara, przypominała doświadczonego marynarza, który pływał już w niejednym rejsie. Coś mu mówiło, że tak poniekąd musiało być.

– Od czasu naszego pierwszego kontaktu minęło sto pięćdziesiąt mili sekund. To bardzo wiele, nigdy nie zakładaliśmy, że będziemy na waszej planecie, aż tak długo. Pomieszczenie, które zdołałeś odkryć było miejscem przebywania moich braci, aż do momentu odlotu. Nie powinienem tego mówić, lecz zmierzają bezpiecznie do celu, aby połączyć się z innymi statkami.

– Czy spotkaliście kiedyś w kosmosie istoty podobne do ludzi?

– Nigdy. Zwykle nie zdradzamy naszych tajemnic, ale jest coś co powinieneś wiedzieć. Pewne organizacje rządzące na wschodzie doszły do przekonania, iż jako naród stanowicie zagrożenie i powinniście zostać wyeliminowani. Są to terroryści posiadający broń masowego rażenia.

– O czym ty mówisz?! Nikt nie słyszał o takich organizacjach… to niemożliwe.

– Za dwanaście minut ziemskiego czasu na największe metropolie zostaną zrzucone bomby atomowe oraz broń chemiczna. Mam do ciebie prośbę, abyś przejął widmo mojego zastępcy. Możesz korzystać z jego wiedzy oraz doświadczenia. Jeśli kiedyś spotkasz naszą rasę, to przekaż tę skrzynkę w ich posiadanie. Musisz najszybciej jak tylko to możliwe opuścić to miejsce. Jest jednym z celów, które zostały wyznaczone do anihilacji.

Robert stał nieco oszołomiony wypowiedzią kogoś tak ważnego. Nie potrafił ułożyć żadnego zdania, jednak musiał o coś zapytać.

– Czy nasz rząd ma informacje o twoim odkryciu? Oczekuję odpowiedzi na moje pytanie.

– Od czternastu godzin trwają próby namierzenia głowic i grup zajmujących się tym aktem terroru. Myślę, że na wschodzie nic więcej nie da się zrobić… przykro mi.

– A co z tobą?

– Kapitan musi pozostać na własnym statku nawet w sytuacjach najbardziej niebezpiecznych. Zalecam, abyś udał się w miejsce oddalone, od twojego miasta. Gdy lecieliśmy do układu słonecznego, wiedziałem że będzie to świat, w którym dobrze zarobimy. – lekko uśmiechnął się przywódca, po czym szybko zaniknął.

Zastępca, bardzo spokojnie przyglądał się swojemu nowemu znajomemu, patrząc na każdy jego ruch.

– Myślę, że będzie lepiej, jeśli w tym momencie przejdziemy na odbiór. Dzięki temu implantowi, będziemy mogli komunikować się ze sobą w dowolnej chwili. Musimy jak najszybciej stąd wychodzić!

Mały robot podjechał bliżej, trzymając w ręku zdobioną opaskę na nadgarstek oraz skrzynkę. W chwile potem projektory zostały odłączone wraz z zasilaniem statku matka. Robert, nie zastanawiając się długo zaczął biec do wyjścia. Na zewnątrz wyły syreny alarmowe, a większość ludzi rozbiegała się gdzie popadnie, nie wiedząc co się dzieje. Rakiety z głowicami uderzyły w również w Kraków. Nie pozostało zbyt wiele do oglądania, oprócz ruin i zgliszcz. Gdy statek Gwiezdnych kupców rozpadał się na kawałki, Robert wraz ze swoim nowym przyjacielem zmierzali na południe.

Dzień po dniu, ludzie uciekali na południe oraz na zachód w kierunku Niemiec. Z reguły granice były zamykane, a wpuszczano tam tylko nielicznych szczęściarzy.

– Jak myślisz kochana, gdzie mogli udać się moi przyjaciele Anna i Daniel? – zapytałem przytłoczony dawnymi wspomnieniami.

– Prawdopodobieństwo tego, że przeżyli jest minimalne. Jeśli byli pracownikami korporacji to istnieje mała szansa, że zdołali opuścić statek i udać się w bezpiecznym kierunku. Gdyby zostali w domu, byliby martwi.

– Myślę, że żyją…

– Jeśli chcesz możesz nazywać mnie imieniem żeńskim. Będzie mi wtedy łatwiej zapomnieć o moim bracie.

– Podoba ci się imię Izabella?

Może być.

Postanowiłem, że udamy się dalej na północny zachód. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w jednej z wiosek, mieszkańcy sami uruchomili zasilanie, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o wywołanej wojnie. Postanowili przekazywać audycje radiowe poprzez głośniki wystawione na małym skwerku w środku wsi. Głos speakera dudnił miarowo, zdecydowanie wywołując u zebranych różne oznaki zachowania – reakcje typowo rozchwiane emocjonalnie, od wiwatów po wściekłość i zdenerwowanie.

 

„Wojska polskie dotarły pod Moskwę… po długich godzinach okazało się, że rząd naszych sąsiadów, nie miał nic wspólnego z agresją terrorystyczną, skierowaną przeciw naszej ojczyźnie. Obradowano ponad czterdzieści godzin, a oba kraje postanowiły podpisać porozumienie stron. Pozostaje pytanie, kto doprowadził do takiego stanu”

 

– Słuchasz tego, Iza?

– Mam wrażenie, że nie pozostaje nic innego jak przenieść się w bardziej bezpieczne miejsce, kierując na południe. Ostatecznie, możemy także pomagać przy odbudowie zburzonego miasta.

– Nie boisz się, że stracisz przy tym całe zasilanie? – zażartowałem, próbując poprawić sobie humor.

– Skrzynkę, którą oglądałeś na statku wykonano z metalu. Jest to mój sarkofag, a śmierć w waszym świecie jest moim ostatecznym przeznaczeniem.

– Nie bądź, aż tak pesymistycznie nastawiona.

– Być może dzięki tobie, mam jakąś szansę przetrwania.

Głos słyszany wokół stawał się coraz bardziej słabszy, a zakłócenia fal wywoływały pojedyncze oznaki agresywności.

 

“Każdy kto tylko może… powinien… a wystrzelenie głowic z ładunkiem nuklearnym w stronę największych stolic… Europy… to ostatnia wiadomość, jaką nadajemy”

 

Po chwili ciszy spędzonej w pobliskiej jadłodajni, przypadkiem poznaliśmy dwie osoby, które zaproponowały spore wynagrodzenie, jeśli przeprowadzimy je do odległego Krakowa. Dlaczego właśnie my oboje, mieliśmy odgrywać przedwojennych Stalkerów? Z drugiej strony, czemuż nie wpadłem na taki pomysł wcześniej? Powinienem odnaleźć moich przyjaciół, nawet za cenę swojego oraz jej życia. Jeśli nadal trwają, to nic nie stanie nam na drodze do szczęścia, gdyż przyjaźń jest wieczna.

Życie nie polega na ciągłym umartwianiu się i ascezie, ale patrząc na to z określonych dzisiaj granic, czasami tak najprościej można wyznaczyć cel.

Wiele kościołów, będzie próbowało zachować swój dawny kształt, a biskupi odbudowywać potęgę, w tym być może najsilniejsi z kapłanów. Dawniej byli synonimem siły. Każdego dnia i w każdej mijającej godzinie poświęcą chwilę na wspomnienia o świętych przybytkach oraz bogactwie.

Tym razem, wspólnie wyruszymy zupełnie inną drogą.

 

* * *

 

– Czekaliśmy na to całe życie, a ty chcesz go teraz zabić?! – zawołali wspólnie staruszkowie.

– Wasz przyjaciel umarł. Został całkowicie pozbawiony własnej woli. Przykro mi, ale nie mam wyboru.

Wystrzelony pocisk trafił siedzącego mężczyznę w piersi, rozrywając doszczętnie ciało i zachlapując jego siedzenie krwią. Śmierć Roberta automatycznie wyłączyła zasilanie metalowego sarkofagu należącego do obcego adepta, niszcząc jego zawartość. Ruszyliśmy biegiem przed siebie, dochodząc do olbrzymich wrót, wbudowanych w skałę. Miejsce naszych odwiedzin okazało się być starą bazą wojskową, należącą do dawnych sojuszników. Znajdowała się blisko morza, skąd wystarczyło dotrzeć, do dowolnego punktu dowodzenia Polskich Jednostek Rozjemczych. Po dotarciu do „Podmokłych piasków” z żalem zdecydowałem się pożegnać z dwójką staruszków.

– Myślałem, aby przenieść się tutaj na stałe…

Ryszard otrzymał nowe rozkazy, a więc wszystko będzie teraz inaczej. Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że musi pozostać w służbie technokracji. Dzięki wam możemy zająć się wreszcie swoimi własnymi sprawami. Czas nie był dla nas łaskawy… Żegnajcie.

 

DZIKIE PLEMIONA ZACHODU

 

Od pewnego czasu, ciągle brakowało nam metalowych części, by zaspokoić wszystkie nasze potrzeby. Miesiąc po miesiącu, stawałem się coraz starszy, a biznes rodzinny, jakoś nie pomnażał zbytnio naszego majątku. Brak zamówień denerwował moją żonę Belindę, która sama nieźle podszkoliła się w naprawianiu uszkodzonych rzeczy. Szczerze mówiąc, próbowaliśmy odłożyć nieco więcej na starość. Metalowe części były oprócz paliwa, głównym środkiem płatniczym w świecie, który uległ tak wielkiej pożodze atomowej. Z przewodnikiem karawany, będącym jednocześnie jej właścicielem, postanowiliśmy ruszyć trochę głową, dostarczając naprawioną broń, napotykanym traperom. Oprócz powyższych usług sprzedawaliśmy podstawowe środki medyczne, jak również odbieraliśmy złapanych niewolników, przewożąc ich do fortu. Byli to zwykle przestępcy mający na swoim koncie wiele zbrodni, ale również zupełnie dzicy mieszkańcy zachodnich pustkowi. Starano się wykorzystywać ich do pracy przy odnawianiu szlaku na południe – blisko napromieniowanych wydm. Właśnie nie daleko nich leżała baza technokratów, z którymi generał Louise Archer odnowił swego czasu stosunki dyplomatyczne. Obydwie siły musiały określić własne cele priorytetowe, aby nie doszło do nieprzewidzianych spięć na polu wymiany handlowej czy przejmowania zasobów czystej wody. Tej ostatniej nie brakowało w zachodniej części centrum naukowego, mieszczącego się już bliżej górskiego terytorium. Na pustkowiu, każdy złapany dzikus przechodził odpowiednie przygotowanie do pracy w forcie, a najbardziej sprawni mogli zasilać w późniejszym okresie regimenty federacji. Po dwóch tygodniach ciągłej eskapady, w trakcie której odwiedzaliśmy liczne skupiska należące do fortu osiągnęliśmy najdalej wysunięty punkt wymiany handlowej na dzikim pustkowiu. Po krótkiej rozmowie z zarządcą wioski, dowiedziałem się sporo na temat tych mało odwiedzanych obszarów lądu.

– Dawniej wszystkie tereny wokół nas były wypełnione zwierzyną łowną. Stanowiły raj dla zacniejszych myśliwych, świeżo upieczonych traperów czy po prostu wolnych strzelców. Osadnicy emigrowali na pustkowia, głównie z północy oraz wschodu, co doprowadziło do opuszczenia dawnych siedlisk przez wystraszoną zwierzynę. Przenosiły się głównie na skażone lub napromieniowane wydmy południa, gdzie mutacja bezpowrotnie je wyniszczyła.

– Dlaczego jest tutaj tyle dzikich plemion, które wraz z generałem próbujecie ucywilizować? Przecież brak żywności zniechęca większość migrujących osadników?

– Wszystko działo się dobrze, dopóki nie zaczęli odprawiać swoich morderczych uczt oraz rytuałów. Na dzikim pustkowiu kanibalizm stał się zwyczajną codziennością. Czy widzisz tego ubranego w skóry trapera stojącego blisko studni?

Na środku placu znajdował się punkt czerpania wody, przeznaczony dla zmęczonych zwierząt ciągnących drewniane wozy.

– Nazywają go we wsi Tygrysem, bo nie przepuścił jeszcze żadnemu dzikusowi stawiającemu lub próbującemu stawić mu opór. Ludzie mówią, że najwięksi wodzowie plemion pustkowi wydali na niego wyrok śmierci. Zdarzało się, że swoim przeciwnikom odcinał skalpy, kolekcjonując je w piwnicy swojego domu.

– Dlaczego nie powstrzymacie jego zabójczych zapędów i nie odsuniecie go, poza wioskę? – zapytałem zarządcę.

– Kiedy pięć lat temu Tygrys polował na zachodnim pustkowiu, na naszą wioskę przypuszczono brutalny atak. Zginęło czternaście osób w tym kobiety i dzieci. Wśród nich, znajdowała się jego brzemienna żona oraz dwie nastoletnie córki. Nasza duma nie pozwalała nam na zostawienie go samego w trudnym położeniu, a tym bardziej zapomnienie krzywd, które doznał ze strony dzikusów.

– To bardzo smutna opowieść. Przyznam, że sam nie wiem, jak zachowałbym się w jego sytuacji.

– Porozmawiaj z nim. Powiedz, że przysyła cię zarządca, to może nauczy cię trochę sztuczek związanych z surwiwalem. Jeśli na tym terenie, będziesz kiedyś samotny, to z pewnością przydadzą się, aby przeżyć. – Zastanowiłem się nad jego słowami, kiwając lekko głową.

– Wybierzcie sobie najsilniejszych niewolników i zapakujecie ich do klatek. Gdy odwiedzicie fort, przekażecie wiadomość generałowi – krótka informacja o ciągłym braku wyszkolonych wojowników. W naszej wiosce wszyscy mają coś do roboty, więc nie starcza już ludzi do nowych zajęć. I jeszcze jedno… po półrocznym pobycie w tym miejscu, cały czas widzę jak wzmagają się ataki ze strony dzikich plemion. Nie utrzymamy się tutaj dłużej, jak trzy miesiące.

– Myślę, że należy przesłać tę wiadomość kurierem. Wrócę do mojego przyjaciela Kulejącego Toma, bo pewnie jest zdenerwowany moją nieobecnością.

– I pamiętaj Rolf, że na tych terenach, nigdy nie wiadomo, kiedy śmierć zaprosi cię do tańca.

Mężczyzna splunął gęstą flegmą, jednocześnie śmiejąc się przerażająco na cały głos. Pomimo, że strach nie był mi obcy, poczułem lekki dreszcz przelatujący z tyłu pleców. Wyglądało na to, że coś naprawdę grozi wiosce i jej mieszkańcom, a pomoc nie prędko przybędzie. Mój towarzysz usiadł blisko swojej karawany, odkrawając dużym myśliwskim nożem kawałek wędzonej słoniny.

– Masz ochotę skosztować? To miejscowy przysmak – cholernie drogi, jeśli wziąć pod uwagę ceny żywności na zachodniej granicy.

– Daj spróbować, ale tylko kawałeczek..

Z początku smakowało jak plaster suszonej wołowiny posmarowanej solonym masłem, jednakże po dłuższym żuciu było nawet całkiem zjadliwe.

– I jak tam żywy towar, Rolfie? – stwierdził doświadczony handlarz.

– Mamy wybrać najlepszych, trzeba też wynająć kuriera z wiadomością do generała Archera, bo tutaj od dłuższego czasu trwa nieustanna wojna o wspólne dobra.

– Rozmawiałem z Tygrysem. Podobno na zachód od wioski cały czas pojawiają się zmutowane bestie – głównie zwierzęta oraz ludzie. Z kolei na południu jest sporo zniszczonych baz, w których kiedyś przesiadywali, zostawiając innych w spokoju. Od pewnego czasu upodobali sobie traperskie wioski, takie jak ta.

Tymczasem paru mocniejszych niewolników próbowało wydostać się na zewnątrz swoich cel, silnymi ruchami, potrząsając metalowe siatki, drąc się w niebo głosy.

– Czemu on się wydziera?

Bob Karawaniarz wbił myśliwski nóż w ziemię, po czym podszedł do niebezpiecznego krzykacza na odległość pięciu metrów. Był z natury strachliwy, biorąc pod uwagę dzikie plemiona, a przewoził „ich” jedynie na moją, usilną prośbę. Nie oznaczało to, że nie potrafił obronić swojego majątku. Wśród karawaniarzy nazywany był "Cwanym wilkiem", bo zdawał sobie sprawę, kiedy ukryć się w bezpiecznym miejscu, a kiedy handlować. Kulejący Tom szanował go ze względu na wiele dobrych opinii, które panowały wszem i wobec na jego temat.

– Dzikus mówi o synu wielkiego wodza, którego trzymamy w niewoli. – tłumaczył słowa obcego. – Podobno spadnie na nas gniew Orghara Olbrzyma. Te okrzyki zaczynają być bardzo podejrzane. Powinniśmy opuścić to miejsce, gdy załatwimy wszystkie sprawy.

– Chce namówić Tygrysa, aby zabrał mnie na pustkowie. Spotkamy się w forcie za dwa tygodnie – nie zapomnij tylko przekazać ważnych wiadomości do ratusza.

– A co mam powiedzieć Belindzie? Jej ukochany został w ostępach pustkowia, aby uczyć się surwiwalu… przecież ona nie wytrzyma i zaraz wynajmie wojsko, żeby cię sprowadzić z powrotem do fortu.

– Daj jej ten pierścionek. Nigdy się z nim nie rozstaję, więc na pewno zrozumie, że musiało się stać coś ważnego.

Bob niezbyt pochwalał mój plan działania, który na szybko wymyśliłem.

– Wiem, że od dziecka podróżowałeś po zniszczonych obszarach. Niech będzie… widocznie rozum dyktuje ci błędny i niebezpieczny sposób zachowania.

– Za to cię szanuję Bob. Nigdy nie narzucasz swojej woli drugiemu nie zmuszasz go, do poprawnego sposobu działania.

Podałem mu swoją rękę, żegnając się i pozdrawiając. Zabrałem swój plecak oraz broń, a kontynuując misję przyglądałem się niewolnikom zamkniętym w metalowych celach. 

Większość z nich, wyglądała jak typowi mordercy, chociaż ich mentalność odbiegała od tej, którą reprezentowały gangi „Pustynnych hien”. Byli z reguły pół nadzy, z powbijanymi do różnych części ciała kościanymi amuletami. Wśród nich, znajdowała się jednak osoba, zdecydowanie odbiegająca zarówno rysami twarzy i sposobem bycia od reszty zamkniętych bestii. Była szczupła, nieco mniej umięśniona, ze wspaniale ukształtowaną sylwetką. Stał całkiem spokojnie, spoglądając z pogardą na przybywających do wioski myśliwych, którzy witali się z własnymi rodzinami. Ten człowiek prawie na sto procent, znał języki używane przez dawne skupiska miejskie.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – zapytałem go, chcąc sprawdzić czy moja intuicja nie zeszła całkiem na psy.

– Jestem synem Orghara Olbrzyma, a ty za dwie godziny, będziesz kolejną martwą świnią, w tym gównianym miejscu.

– Oho ho, ho! Widzę, że twój ojciec nie nauczył cię dobrych manier. Wystarczy, żebym ruszył małym palcem, a będziesz błagał o litość, całując mnie po butach. Z resztą i tak miałem zamiar wyzwać cię do walki.

Wojownik był wyraźnie zdziwiony twoimi słowami. Nie wiedział z początku jak zareagować na wyzwanie osoby obcej, słabszej fizycznie, która dla mieszkańców pustkowia była niedoświadczona oraz bez wartości.

– Staniesz ze mną do walki o swoje życie synu Orghara Olbrzyma?

– Kim jesteś, że chcesz mierzyć się z Kościanym Młotem?!

– Właśnie… będziemy walczyć na noże myśliwskie. Wygrany odejdzie wolno, jednak jeśli ja zwyciężę, zaprowadzisz mnie do twojego ojca.

– Mam sprzedać własne plemię głupiemu handlarzowi?! Oszalałeś!

– Jeśli odmówisz, będziesz musiał do końca swych dni pracować przy budowie szlaków dojazdowych. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz! – Wiedziałem, że nie do końca zrozumiał to dawne powiedzenie.

Nie zastanawiając się nazbyt długo, odwróciłem się na pięcie, kierując w stronę studni.

– Poczekaj! Zgadzam się… zresztą i tak nie potraficie walczyć jak mężczyźni. Przygotuj się na spotkanie z twoim stwórcą, przybłędo!

Zazwyczaj Tygrys nie pozwalał na marnowanie towaru, który był tutaj bardzo poszukiwany, ale po krótkiej rozmowie zmienił zdanie. Wokół dwóch ludzi zgromadziło się około pięćdziesięciu mieszkańców wioski, którzy chcieli nasycić swoje oczy walką na śmierć i życie. Kościany Młot złapał z chciwością nóż i zaczął wymachiwać nim w różne strony, ale po chwili przybrał wyuczony szyk wojownika. Z początku nie wiedziałem, jaki poziom umiejętności prezentuje ten dzikus. Przypuszczałem, że długie przebywanie na odludziu, jak również plemienne potyczki nauczyły go doskonale władać bronią białą. Sam, również od dziecka świetnie radziłem sobie ze strzelbami, także szczególnie upodobałem sobie noże myśliwskie. Pokonanie tego dzikiego osobnika i doprowadzenie go do wioski Orghara Olbrzyma zmniejszy ilość ataków na punkt wymiany towarów. Byłem odważnym człowiekiem, ale w skrajnych sytuacjach wolałem posługiwać się bronią palną. W tym wypadku nie byłem pewien swojej wygranej.

– Posiekaj tego drania, Rolf! Utnij mu uszy, to będzie bardziej potulny!

– Wypruje ci flaki nieznajomy. – W oczach dzikiego wojownika zauważyłem morderczy błysk.

Przeciwnik niespodziewanie natarł, zadając cios blisko mojej szyi. Jego atak, był precyzyjny i niesamowicie gibki. Trzymając nóż rękojeścią w dół odbiłem nadchodzący cios, rozpraszając uwagę przeciwnika krótkim zwodem w prawą stronę. Tak jak przypuszczałem, próbował napierać wielokrotnie w odmierzonych odstępach czasu, głównie celując w gardło oraz tors. Wystarczyła niestety chwila nieuwagi, abym dorobił się kolejnych blizn w okolicach przedramienia. Mój plan taktyczny nie wykluczał w tym scenariuszu innej możliwości. Zwykle przeciwnik padał martwy, tym razem musiał pozostać przy życiu.

– Tak bardzo zależy ci na dotarciu do nieba? Twoja krew napełni puchar mojego ojca, przybłędo!

– Pożyjemy zobaczymy, dzikusie!

Wymierzone uderzenie, od góry miało prawdopodobnie zakończyć naszą walkę, uśmiercając moją osobę. Wystarczył jeden mały unik oraz cięcie w okolicach łokcia, aby przeciwnik upuścił nóż.

Bardzo dobrze… niech myśli, że walczę na serio. Panujące wszędzie okrzyki szału zebranych dotarły wreszcie, do odpoczywającego w swoim wozie Boba Karawaniarza. Z przestrachem spoglądał na walkę, pocąc się zawzięcie i poprawiając długie, sumiaste wąsy.

– Podnieś nóż! – krzyknąłem do Kościanego Młota, którego głęboka rana obficie krwawiła, zostawiając na ziemi, ciągnący się ślad.

Gdy chwycił nóż, od razu zauważyłem ogromny ból, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Jego kolejny atak nie był już tak zręczny, a odporność została w wyraźny sposób obniżona. Kilka cięć w nagie ramiona zmusiło go do podjęcia zmasowanego natarcia. Uderzenie nożem w podbródek, miało być definitywne i śmiertelne. Szybki unik pozwolił na złapanie jego nadgarstka i przystawienie spadającego ostrza pionowo, do swojej piersi. W ten sposób wywinąłem się śmierci, obejmując jego szyję lewą ręką, a następnie przystawiając ostrze ciasno, do jego gardła.

– Przegrałeś dzikusie! Powiedz wszystkim, że syn Orghara Olbrzyma przegrał walkę ze zwykłym kupcem! – Mocnym chwytem zacząłem śmiało dusić przeciwnika.

– Wygrałeś… kimkolwiek jesteś, to ja przegrałem!

Musiałem teraz ochłonąć na tyle, aby wymusić na nim dokończenie umowy. Pomimo, że był dość młodym przeciwnikiem umiał doskonale zadbać o siebie na pustkowiach, tym samym stawał się śmiertelną bronią w pojedynku na noże.

Kilkunastu ludzi chwyciło cię pod pachy, próbując podnieść do góry. Matki i swobodnie biegające dzieci skandowały twoje imię, wykrzykując je na prawo i lewo. Po kilkunastu godzinach byliśmy już gotowi do drogi na pustkowie. Parę lekkich ran, szybko zostało zaleczonych przez lokalnych znachorów i ich maści. Po pożegnaniu się z Kulejącym Tomem oraz Bobem wyruszyliśmy w podróż. Po kilkunastu godzinach ciągłego marszu na zachód, zauważyłem że Kościany Młot wyraźnie staje się coraz bardziej markotny.

– Co się z tobą dzieje… jesteś głodny? Dlaczego nic nie mówisz?

– Jeśli mój ojciec dowie się o tym, że przegrałem pojedynek ze zwykłym mieszkańcem fortu, będzie wściekły. Lepiej już by było, gdybyś mnie zabił w wiosce.

– Zobaczysz, że nie będzie wściekły.

– Chyba pomieszało ci się w głowie, od tej wędzonej słoniny, którą tak często przeżuwasz.

– Nie będzie wściekły, ponieważ ani ja ani Tygrys, nikomu nic nie zdradzimy. Większość twoich współplemieńców, będzie już dawno jechać na tereny federacji, dlatego nikt się niczego nie dowie. Przykro mi, ale takie jest życie – nie możemy uratować każdego. Wykrztuś wreszcie to, co masz do powiedzenia!

– Jesteś prawdziwym wariatem, Rolf. – zaintonował Tygrys.

– Będzie lepiej, aby twój towarzysz pozostał poza wioską. Jeśli mój ojciec rozpozna kto ze mną idzie, od razu rzuci wszystkie swoje siły przeciwko wam.

Tygrys wyciągnął ogromny karabin snajperski i powoli podrapał się po głowie.

– Nie zależy mi na bezpieczeństwie dzikusie.

– Kościany Młot ma rację. Lepiej, jeśli przyczaisz się na wzniesieniu i będziesz nas ochraniał. Nigdy nie wiadomo jak zareagują lokalni wojownicy, a przede wszystkim, czy będą w stanie poznać syna Orghara Olbrzyma.

Wieczorem rozpaliliśmy małe ognisko, starając się nie robić przy tym wielkiego zamieszania. Znajomy z wioski traperskiej, pokazał mi jak ścielić posłanie, aby po długiej nocy wstać wypoczętym. Należało znaleźć kilka iglastych krzaków, po czym po odcięciu grubych gałązek, układać je z obydwu stron "do środka". W ten sposób spaliśmy wyłącznie na wygodniejszej części. Przyroda otaczająca te obszary z reguły nie była zbyt wybujała, jednakże pojawiały się czasami większe skupiska drzew oraz skarłowaciałych krzaków. Tygrys powoli mrużył oczy, zapalając długą fajkę pełną śliwkowego tytoniu.

– Najlepszy i do tego amerykański.. Dzisiaj jest już prawie bezcenny. – Powoli wciągał dym, stając się bardziej rozgadanym.

– Lubisz, kiedy twoi przyjaciele zabijają bezbronnych mieszkańców? – powiedział wojownik pustkowia.

– Wasze plemiona nie są wcale wolne, ani bezbronne. Sam dobrze wiesz, jakie metody stosowaliście w odległej przeszłości – kanibalizm i samozagłada.

Kościany Młot nerwowo poprawił opatrunek przy zranionym łokciu.

– Broniliśmy terytoriów. Wy chcieliście przejmować zasoby i wszystko co przynosiło wam jakiś zysk.

– Być może… prawda życia mój drogi dzikusie – byłem wówczas właśnie tym, kim chcesz mnie teraz widzieć. Poszerzaliście swoje wpływy, dokonując ekspansji na tereny federacji Archera.

– A może wyjaśnisz mi jak do cholery mieliśmy przeżyć… brakowało jedzenia i wody, które pomimo naszych usilnych starań były coraz trudniej osiągalne.

Popatrzyłem na swoich towarzyszy, przypominając sobie mojego ojca Piotra Kunerskiego. Byli jak odwieczni wrogowie, którzy nie mogli nigdy dojść do porozumienia i kłócąc się o każdą drobnostkę.

– Przestańcie! Będzie lepiej, kiedy damy sobie spokój i odpoczniemy.

Nazajutrz, twarz dzikiego wojownika stała się wyraźnie bardziej ożywiona i wesoła. Sam Kościany Młot często nucił pod nosem plemienne pieśni.

– Do wioski pozostało około dwudziestu kilometrów… poznaję ten obszar, gdyż często chodziliśmy tutaj na polowania.

Idąc w miarę szybkim tempem zostaliśmy nagle zatrzymani przez Tygrysa, który wyraźnie miał coś ważnego do zakomunikowania.

– Widzę tutaj wiele śladów… są bardzo dziwne, bo wydają się być śladami dzikich zwierząt. Za tymi drzewami znajduje się wioska twojego plemienia, dzikusie. Lepiej będzie, gdy przygotuję się do ostrzału w razie jakiegoś wypadku.

– Świetnie. Gdy załatwię sprawy z ojcem, to dam ci trzykrotny sygnał drewnianym wabikiem, który od ciebie otrzymałem.

Po ominięciu przeszkody w postaci zniszczonej bramy okazało się, że cały teren został spalony, a ludność wymordowana. Wokół nas leżało pełno trupów, które należały do ludzi Orghara, ale także dziwnych i zmutowanych istot.

– Jak mogło do tego dojść?

– To mutanci przybywający z południa. Prawdopodobnie szukali drogi powrotnej na swoje tereny polowań i natknęli się na waszą wioskę. Bardzo duża i silna grupa. Zwiadowcy z punktu handlowego wspominali o sporej ilości śladów, które odnaleźli.

Na samym środku placu nabito na pal dziesięciu największych wojowników, należących do plemienia. Wśród nich znajdowało się zmasakrowane ciało wodza.

– Widziałem was przez lornetkę, obserwując z tamtego wzniesienia. Kilkaset metrów od północy stoi mała grupka mutantów. Wyglądają bardzo szkaradnie. 

– Przysięgam, że pomszczę śmierć Orghara Olbrzyma!

– Poczekajcie… wiem jak działają mutanci. Wysyłają małą grupę zwiadowczą, która ma przyciągać potencjalne ofiary w sam środek watahy. Mam wrażenie, że nie damy rady pokonać tych drani we trójkę. Lepiej będzie, jeśli wrócimy i zabierzemy odpowiednie siły.

Dziwnym zrządzeniem losu, wypowiedziane słowa wpłynęły na wyobraźnie dzikiego towarzysza wyprawy.

– Wracajmy teraz. Jeśli pozwolicie mi walczyć, to przyłączę się do waszych traperów rezydujących w punkcie wymiany. Co o tym sądzisz, Tygrysie?

– Najpierw musisz wywalczyć swoją wolność. Takie są zasady gry w naszym świecie.

– Więc przyjmij mnie na służbę, Rolf. Kiedyś odpłacę tym mutantom, za zabicie moich braci, ale muszę mieć szansę.

– Pozwalam. Możesz ze mną podróżować.

Po tych słowach wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nikt z nas nie spodziewał się tego co tam napotkamy, po powrocie do myśliwskiej wioski.

– Więc tutaj były te potwory.

Spalone domy, martwi mieszkańcy i ogromne ilości walających się drewnianych pali symbolizowało trud, który włożono w eksterminację mieszkańców.

– Co teraz? – spytałem zmęczonym głosem.

– Spróbuję odnaleźć pozostałych przy życiu myśliwych. Wiem, że kilku wyszło na polowanie w głąb pustkowia. Zakładają tam pułapki na zwierzynę. Jeśli również nie żyją, zakopie zmarłych i udam się do najbliższej wioski.

– A co ze mną?

– Jesteś wolny, Kościany Młocie. Ten symbol umożliwi ci przejście przez bramę fortu federacji, a jeśli masz ochotę możesz tam zaciągnąć się wprost, do regimentu generała Archera.

Postanowiłem odszukać ciało swojego przyjaciela, Kulejącego Toma. Pomimo usilnych starań, nie umiałem go odnaleźć wśród martwych ciał leżących w wiosce.

– Mam dla ciebie prezent, Rolf. – powiedział traper, wyciągając coś z plecaka. – Znalazłem ten przedmiot, gdy podróżowałem po napromieniowanych wydmach, najdalej oddalonych na zachód stąd. Tam wszystko jest zniszczone przez fale uderzeniowe. Totalna destrukcja i totalne zniszczenie. Wracając do wioski, znalazłem kości pewnego człowieka, który posiadał przedmiot z wygrawerowanym napisem „Wspólnota wydobycia”. Niestety nie mam pojęcia do czego może służyć.

– Dziękuję, Tygrysie!

– Idź do miasta frakcji Władców, które nazywają “Nowym schronem”.

Następnego dnia razem z Kościanym Młotem wyruszyliśmy na wschodnie tereny, podlegające federacji generała Archera.

 

WOLNA ISTOTA–ŻYWA ISTOTA

 

Suche wiatry pustyni panujące dzisiejszego dnia były na tyle małe, aby swobodnie można wystawić nowe patrole zwiadowcze. Małe grupki trenujących adeptów, którzy należeli do regimentu generała Archera wybierały się na obszar "łowiska", gdzie przechodzili mordercze treningi fizyczne. Dzięki nim, zapewniali w przyszłości bezpieczeństwo wielu karawaną podróżującym na północ oraz cysterną z cennym paliwem. Perypetie, których doświadczyliśmy w “Podmokłych piaskach”, w niewiarygodny sposób wpłynęły na nasz obecny status. Pomagaliśmy władzą fortu w produkcji nowej lancy plazmowej, znalezionej przy mnichu, który służył obcej istocie z gwiazd. Zdołaliśmy podpisać pakt sojuszu militarnego w przypadku wystąpienia konfliktów zbrojnych. Wszystko tu wyglądało o wiele bardziej poważnie, niż w innych większych lokacjach zniszczonego świata. Przy pilnujących ratusza strażnikach, nasi tragarze wyglądali jak krasnoludki w krainie olbrzymich gigantów. Wraz z Belindą zdołaliśmy odkryć, że generał Louise Archer jest tylko i wyłącznie marionetką sterowaną przez bardzo tajemniczą kobietę. Nazywała się Britney Shields i pochodziła z wysokiego, cygańskiego rodu. Jej skóra była ciemniejsza, niż u innych kobiet spotykanych w forcie, a długie i rozpuszczone, kruczoczarne włosy dodawały jej urody. Bogata garderoba przedstawiała oblicze kogoś, kto jest bardzo stanowczy i przeżył już niejedno w swoim życiu. Podobno należała przed wojną do elity władzy. Britney była wykształcona i obyta w dawnym świecie, rządzonym przez pieniądz oraz władzę absolutną. Kiedy ze swoją ukochaną siedzieliśmy przed otrzymanym od niej budynkiem – zmęczeni dzienną harówką – ona przechadzała się po wielkim tarasie, spoglądając i uśmiechając się do tłumów.

Niewolnicy służący przy zepsutym wozie, zapełnionym starymi częściami, po ciuchu przeklinali swój los. Był on podarunkiem, od prawdziwej władczyni fortu, przeznaczony dla mnie oraz mojej świeżo upieczonej żony. Otrzymaliśmy też bystrego niewolnika mającego zajmować się naprawianiem sprzętu.

– Niech piekło pochłonie Archera i jego fort. Mieliśmy być wolnymi ludźmi, a jesteśmy popychadłem całego świata. – powiedział wściekły Władysław.

– Dobrze wiesz za co zostałeś skazany. Gdybyś nie podrzynał gardeł, kradł czy gwałcił niewinne kobiety, nie trafiłbyś do tego miejsca.

– To nie było do końca tak, jak pani mówi. – zamyślił się przez moment pracownik. – Świat zmusza nas czasami do robienia rzeczy, za które jesteśmy fałszywie posądzani.

– Masz teraz szansę przysłużyć się swoim władcą. Po dwudziestu latach pracy zostaniesz uwolniony z jarzma niewolnictwa, a wtedy możesz udać się do swoich rodaków na południe stąd. Znajduje się tam oddział “Polskich Jednostek Rozjemczych” pilnujących baz naukowych, w których osiedlili się Amerykańscy naukowcy. Myślę, że twoi krewniacy pomogą ci stanąć na nogi, bo zawsze tak robią.

– Świetnie pani mówi po polsku. Przypuszczam, że ktoś bardzo bliski lub członek rodziny nauczył panią języka.

Belinda znieruchomiała na chwilę, przypominając sobie dawne czasy w laboratorium technokracji i rozległy czas, który poświęciła na studiowanie swojego zawodu.

– Ojciec i matka pochodzili z Ameryki. Język polski był drugim językiem urzędowym panującym w bazach i centrum technokracji. W wolnych chwilach studiowałam kryptologię…

– Kto jest przywódcą frakcji, z której pani pochodzi? – spytał Władysław.

– To zastrzeżona informacja.

– Przestańcie tyle gadać i weźcie się wreszcie do pracy. – powiedziałem, przenosząc ciężką skrzynkę z częściami zamiennymi.

Dostarczona zawartość posiadała sporo części elektronicznych w tym głównie złomu komputerowego oraz zepsutych robotów medycznych. Pierwszy robot medyczny stanął już na nogi następnego dnia. Mechaniczny "play-boy" umiał oprócz zwykłych zabiegów wykonywać także specjalne polecenia.

– Chce ktoś zdobyć nowy tatuaż? – sięgnąłem po aparat do robienia tatuażów, wkładając go w slot zabiegowy.

– Nie teraz. Musimy trochę odpocząć. Pracowaliśmy z Władkiem całą noc. 

– Zaprogramujemy go po swojemu. Chcesz trochę plemiennych tatuaży?

Robot przypominał modułowy zlepek elektronicznych części, które należały do innej jednostki medycznej. Był to pierwszy z modeli typu RIM-2, bez obwodów sztucznej inteligencji.

– Ten złom, będzie jeszcze trochę działał. Miesiąc może dwa, jeśli tylko zapewnimy mu odpowiednią konserwację przed uruchomieniem.

Władysław pilnie przyglądał się porzuconej stacji roboczej, która swoim gabarytem zdecydowanie odbiegała od normalnych urządzeń, spotykanych na złomowiskach. Szybkimi ruchami podłączył sprzęt do sieci, uruchamiając wojskowy superkomputer ARKANSAS-51.

– Spójrzcie… wewnątrz tego sprzętu znajduje się dysk, na którym mogą być zakodowane dane.

Po włączeniu do sieci pojawił się jeden ekran, podstawowych operacji wejścia i wyjścia, a określany w języku angielskim jako BIOS.

– Brak systemu operacyjnego to sporo obcego, binarnego kodu w jednostce rozruchu.

– To nie kod, ale przeskanowany i zapisany cyfrowo integrator pasm. W komputerach ARKANSAS-51 nie było żadnych systemów operacyjnych. Pojawiły się dopiero w wersji ARK-72. Masz przed sobą w całości oparty o technologię grafenu sprzęt wraz z centralną jednostką sterującą. Piękna i niespotykana konstrukcja na dzisiejszym pustkowiu. – powiedziała Belinda.

– Do czego służy ten integrator pasm?

– Pozwala na scalenie wszystkich działających stacji radarowych w paśmie północ – południe. Po każdym restarcie komputera, pokazywane są ostatnie dane, które zostały pobrane przed, lub chwilę po atakach atomowych.

– Z twoich słów oraz generowanych ekranów wynika, że wszystkie oprócz jednej stacji zostały zniszczone. Czy jesteś w stanie uzyskać współrzędne tego miejsca i przenieść je na mapę?

– Oczywiście. Daj mi chwilę na przeliczenie koordynatów.

Z ciekawością zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowie, powoli oglądając spalone bezpieczniki.

– Może mnie wprowadzicie w ten wasz komputerowy integrator?

– Zajmij się lepiej uruchamianiem swoich robotów i daj nam pracować.

Wielkość obszaru, w którym mogła znajdować się baza radarowa została zminimalizowana do kilkunastu metrów. Obiekt znajdował się na północno-wschodniej części pustynnego obszaru, blisko linii brzegowej morza.

– Pamiętasz jak odwiedzaliśmy konsulów wydobycia? Kilka kilometrów na wschód znajdował się hotel, a dalej mała wioska, która przetrwała wojnę. Może to właśnie tam?

– Znalazłem kilka kodów dostępu, które otwierają zabezpieczenia stacji. Czy mam je zapisać? – zapytał Władek.

– Zapisuj dane. – powiedziała pochłonięta obliczeniami Belinda. – Rolf do cholery, znamy się długo, a ty zadajesz pytania jak mały chłopczyk. To miejsce może być elektronicznym “Las Vegas”. Musimy wykorzystać tę sytuację i zbadać teren, udając się w tamten rejon.

– A co ze sklepem w forcie federacji?

– Władysław, świetnie dajesz sobie radę. Musimy przekazać mu zaplecze i warsztat. Będziesz miał wszystko, o co poprosisz, a jak nic nie zniszczysz, to osobiście porozmawiam z Archerem o twoim wykupieniu.

Mężczyzna siedzący przed ekranem komputera, milcząco spoglądał na swoje kolana. Przez chwilę wydawało się, że łzy wzruszenia spadały cicho na jego podniszczony sweter.

– Dlaczego jesteście dla mnie tacy dobrzy, przecież wcale się nie znamy?

– To bardzo proste. Wolimy z Rolfem towarzysza pracującego dla nas pełną parą, niż kupionego na targu niewolnika. Tak jak w przypadku Kościanego Młota. Zajmij się wszystkim w sklepie, a my będziemy musieli odwiedzić ratusz i jego wspaniałych właścicieli.

W środku głównej siedziby fortu federacji, większość służby była niewolnikami. Każdy wolny obywatel mógł poprosić o spotkanie z generałem, jeśli tylko miał odpowiednią ilość wolnego czasu albo potrafił przekupić odpowiednie osoby. Oczekiwania na wizytę były zwykle bardzo długie, dlatego większość osób rezygnowała z wyboru takiej opcji. Status społeczny miał tutaj bardzo duże znaczenie.

– Chcemy umówić się na spotkanie z generałem.

– Pani Brinnger ze swoim mężem Rolfem Kunerskim. Czy mogę ich wpuścić do gabinetu, generale Archer?

Krótka wymiana słów pozwoliła nam na przejście bez dodatkowej obstawy dwóch wysokich strażników, ubranych w okazjonalnie przygotowany strój.

– Proszę wchodzić dalej.

Wewnątrz pokoju panował półmrok, a na ścianach wisiało wiele wypchanych zwierząt z najbardziej rzucającymi się w oczy, ogromnymi bawolimi rogami. Na środku stało duże dębowe biurko, przy którym siedział sam Louise Archer. Przy oknie kręciła się elegancka kobieta, obserwując przybyłych gości. Mężczyzna był ubrany w cienki, wojskowy mundur polowy. Wstał z krzesła, wyciągając żylastą rękę w kierunku przybyłych gości.

– Nie miałem jeszcze okazji przedstawić wam jednej z najbliższych mi osób… Britney Shields jest bardzo ciekawa świata i lubi poznawać nowych, wartościowych ludzi. W czym mogę pomóc pani Brinnger?

– Witam, generale. Jesteśmy tutaj w związku z kilkoma sprawami, które mogą mieć kluczowe znaczenie dla przyszłości naszych frakcji.

– To bardzo interesujący temat, ale pozostawię te ogromnie ważne sprawy mojej partnerce. Muszę stawić się na przeglądzie uzbrojenia głównego regimentu. Mam zaufanie do Britney, dlatego proszę traktować ją poważnie. Do widzenia.

– Żegnaj, wampirku!

 

Generał był człowiekiem zdyscyplinowanym, interesowały go losy swojego fortu, jednakże najbardziej dbał o swoich żołnierzy. Był surowy dla wszelkiej maści przestępców, których siła robocza została przekierowana do budowy szlaków handlowych. Każdy kto przybywał do fortu i miał status wyższy, aniżeli zwyczajny niewolnik mógł wyzwać Louisa na walkę, stawiając na szali własne życie. Miejscem potyczek było głównie łowisko. Nie została ani jedna osoba mogąca mówić źle o zwierzchniku regimentów na tym obszarze. Po wyjściu z gabinetu, tego dość niskiego człowieka, głos zabrała jego partnerka.

– Z czym przychodzicie, moi drodzy przyjaciele? – Głos mówiącej zastępczyni zdawał się być słodki i melodyjny. – Zwracajcie się do mnie po imieniu, czyli Britney.

Belinda niezbyt dawała sobie radę z rywalkami, których status w społeczności był tak ekstremalny, jak w przypadku kochanki Archera. Postanowiłem wziąć udział w tej rozmowie, przejmując główną rolę i nakreślając zarysy naszych oczekiwań.

– Około siedem godzin temu odkryliśmy pewne miejsce, które może być kopalnią przedwojennych technologii – w tym również militarnych. Potrzebujemy kilkunastu żołnierzy, aby zapewnili nam ochronę w dotarciu do tamtej wioski. Jeśli wyrazicie zgodę na pomoc postaramy się przekazać wam schematy, prototypy czy urządzenia warte uwagi.

– Jaki jest procent powodzenia misji?

– Z tego co aktualnie wiemy nie powinno być większego problemu z lokalnymi mieszkańcami. Pozostaje kwestia zawartość owej stacji radarowej.

– Pozwalam na wymarsz dziesięciu żołnierzom. Dostaniecie broń, amunicję oraz wozy wraz z zapasami żywności.

Belinda szybko włączyła się do rozmowy, wspominając o naszym małym sklepie.

– W podarowanym budynku znajduje się pewna osoba. Jest to niewolnik o imieniu Władysław… chcemy go wykupić, ale nie może jeszcze o niczym wiedzieć. Jeśli zginiemy ma zostać wypuszczony i wynagrodzony za swoją pracę.

– Jest to akurat możliwe do zrobienia. Każdy z tych ludzi kosztuje bardzo wiele metalowych części. Chcę od ręki sto tysięcy albo całą cysternę paliwa.

– Dobrze… w takim razie negocjacje uważam za zakończone.

Po wyjściu z ratusza musiałem zakrzyknąć na głos kilka przekleństw, wyrzucając z siebie drzemiącą we mnie złość.

– Tyle forsy za jednego niewolnika… przecież mamy prowadzić rodzinną firmę, a ty doprowadzasz wszystko do ruiny.

– Pamiętaj, że to on znalazł miejsce stacji radarowej w komputerze. Dobry fachowiec jest dzisiaj warty fortunę, a Władysław wydaje się być niezłym mechanikiem i hakerem.

– Ciekawe, po czym to rozpoznałaś?

– Ma to we krwi, jak każdy Polak. – zaczerwieniła się Belinda.

– Lepiej, żebyś miała rację.

Wyjechaliśmy z fortu następnego dnia, przedzierając się bezpośrednim szlakiem, który utworzony został już bardzo dawno temu. W naszym kondukcie były dwa wozy oraz kilka pustynnych quadów. Była to najszybsza i najbezpieczniejsza droga łącząca północ z południem. Jadąc prawie trzy dni przekraczaliśmy kilkakrotnie granicę, w której rządziły „Pustynne hieny”. Omijaliśmy małe wioski oraz miasta. Lepiej nie pytać, kto nadawał im takie nazwy, lecz po wojnie wiele obszarów określano w sposób pokrętny i zupełnie niezrozumiały. Gdy dojechaliśmy nieco bliżej szybów naftowych, postawionych na zachodzie, Belinda stała się nagle dziwnie małomówna.

– Wszystko w porządku, Belinda? – zapytałem nie zdając sobie, sprawy z powodu jej smutku.

– Jan Monarski… wszystko przez tych drapieżnych i chciwych głupców. Był świetnym żołnierzem i moim najlepszym przyjacielem.

– Niech spoczywa w pokoju. Amen.

Dwadzieścia godzin później dojechaliśmy do małej miejscowości mieszczącej się niedaleko samego morza. Kilkunastu miejscowych wyszło nam na spotkanie. Główny nadzorca wioski podszedł bliżej nas, wyraźnie czegoś się obawiając.

– Jeśli szukacie miejsca na wypoczynek, to blisko naszej wsi znajduje się całkiem duży hotel. – powiedział przywódca społeczności.

– Znamy ten hotel. Czy mógłbyś powiedzieć jak nazywacie tę miejscowość?

– Większość ludzi zamieszkujących wieś, po atakach nuklearnych na zachodzie, uciekła udając się w kierunku szybów albo na wschód. Ludzie mówią na to miejsce “Płonący wodorost”, ze względu na mutacje rosnących w morzu roślin.

– Co masz na myśli?

– Wszyscy boją się cokolwiek mówić. W nocy podwodne platformy i elewacje, w tym farmy jadalnych alg zaczynają lekko świecić… sprowadzono je do wsi, dawno temu przez naukowców z pobliskiego miasta władców. Mam na myśli drugie największe miasto, a nie to które znajdują się na południu. Zresztą sami zobaczycie, jeśli już chcecie pozostać na dłużej.

Ciekawość wzięła górę nad rozumem i wspólnie postanowiliśmy poświęcić trochę czasu na przyjrzenie się temu ciekawemu zjawisku. Po zapadnięciu zmroku kilkanaście kilometrów od brzegu można było zauważyć ogromną, fioletową poświatę. Iluminacja odbywała się co pół godziny, zmieniając kolor. Oprócz tych anomalii nie znaleźliśmy żadnych większych nieprawidłowości w pobliskim otoczeniu. Rankiem po zjedzeniu ofiarowanych przez mieszkańców owoców morza, wyruszyliśmy z ośmioma żołnierzami w miejsce zaznaczone na mapie. Wejście do stacji radarowej było zakamuflowane sporą ilością piasku, który z pomocą naszych towarzyszy zdołaliśmy odgrzebać. Po wprowadzeniu kodów wejściowych okazało się, że żaden z nich nie pozwala na otworzenie włazu wlotowego.

– Będziemy musieli wysadzać… przygotujcie się na lekką dawkę hałasu. – powiedział saper Zenobiusz Łuska.

Po chwili właz wlotowy nie stanowił już większego problemu do pokonania. W środku znajdował się dwudziesto-metrowy korytarz, w głąb którego po lewej i prawej stronie znajdowały się po trzy pomieszczenia. Niestety, nie znaleźliśmy żadnego istotnego przedmiotu, godnego naszej uwagi. Większość przedwojennej aparatury została przez kogoś usunięta; kilka ciekawych tytanowych paneli, powlekanych specjalną siatką ochronną oraz komputer z załadowanym systemem operacyjnym Microsoft Windows?

– Weźcie wszystkie wartościowe przedmioty. My przyglądamy się małemu komputerowi.

Przekazałem rozkazy, a następnie wróciłem do grzebiącej w danych Belindy.

– Zwykły przedwojenny komputer należący do ówczesnych jednostek stacjonujących na tym terenie. Jest na nim tylko jeden skan podziemnego tunelu oraz informacja dla kapitana Henry`ego J. Ridera.

 

"Przyjacielu! 

Jeśli powrócisz kiedykolwiek do naszej stacji radarowej, przejdź do szóstego pomieszczenia dla pracowników. Za drzwiami znajduje się ukryty przycisk otwierający wejście do podziemnego tunelu. Pokonaj… a wtedy odnajdziesz to, czego szukaliśmy…”

 

Winstone Ramsey

 

– Dokąd prowadzi tunel i kim jest ta istota z piekła rodem? – zapytałem ze śmiechem na ustach i wyraźnie zaciekawiony.

– Przygotujcie grupę uderzeniową… za dwie godziny idziemy.

Po otworzeniu tajnego przejścia ruszyliśmy wraz z żołnierzami w głąb korytarza prowadzącego na północ. Wszystko wskazywało na to, że kierujemy się cały czas w stronę morza. Ktoś poświęcił temu projektowi wiele wysiłku, co świadczyło że stacja radarowa nie była jedynym ważnym ośrodkiem w tym rejonie. Po dwudziestu minutach ciągłego marszu otoczenie wokół nas było już przezroczyste. Przechodziliśmy do olbrzymiego hangaru pod wodą, w którego centrum znajdowała się nieco enigmatyczna istota pływająca w głębokim basenie. Była podobna do wielkiej meduzy, jednak jej ciało zostało połączone licznymi metalowymi implantami z wielkim korpusem. Nasi żołnierze byli lekko zdenerwowani zaistniałą sytuacją, gdyż nigdy jeszcze nie mieli okazji spotkać podobnej istoty.

– Przygotować broń oraz zmienić formacje na bojową.

Gdy istota zobaczyła dwanaście osób wchodzących do jej siedziby, szybko zmieniła sposób zachowania, poruszając odnóżami. Po chwili jedna z nich uderzyła macką w ekran dotykowy, włączając translator syntaktyczny. Powoli uderzając w klawiaturę na ekranie, istota zdołała wypowiedzieć kilkanaście prostych słów.

– WRESZCIE ŚWIEŻE LUDZKIE MIĘSO…

– Czy rozumiesz co do ciebie mówimy?

– JESTEM DUŻO BARDZIEJ ROZWINIĘTA, NIŻ MYŚLICIE. MOJA ZWIERZĘCA CZĘŚĆ CIAŁA, KTÓRA BYŁA OŚMIORNICĄ EWOLUOWAŁA, TWORZĄC WPROST Z LUDZKIEJ POWŁOKI… ROBOTYKA POZWOLIŁA ZAIMPLANTOWAĆ W CIAŁO OŚMIORNICY MÓZG, A OD TAMTEJ CHWILI STA.ŁAM SIĘ JESZCZE BARDZIEJ ROZWINIĘTA. NAJBARDZIEJ ROZWINIĘTĄ ISTOTĄ NA TYM ŚWIECIE…

Potrzebowałem chwili oddechu, aby zastanowić się nad tym wyraźnie wrogim organizmem.

– POSTANOWIŁAM DAĆ WAM JESZCZE CHWILĘ, ZANIM ZAKOŃCZĘ WASZĄ MARNĄ EGZYSTENCJĘ… DZISIEJSZEGO DNIA, OBIAD NADCHODZI WCZEŚNIEJ!

– Czy znałeś Henry`ego J. Ridera? – zapytała pani chirurg. Zaskoczony pytaniem mojej żony, przestał na chwilę reagować. – Czy jesteś Winstonem Ramsey`em?

– WASZ CZAS ZOSTAŁ JUŻ WYCZERPANY, PRZYGOTUJCIE SIĘ.

Nagle wszystkie odnóża należące do stwora rozpoczęły wirować, wywracając kilku żołnierzy na ziemię. Dwóch z nich zostało przyciągniętych i pożartych.

– Walimy w tego stwora! Strzelać w macki oraz otwór gębowy wroga!!!

Zenobiusz Łuska postanowił szybko wyciągnąć z plecaka wyrzutnię rakiet, przymierzając się do wystrzału.

– Zwariowałeś idioto?! Wysadzisz całe pomieszczenie wraz z nami wszystkimi! – krzyczałem przy ciągłym ostrzale pozostałych żołnierzy.

Rakieta celnie trafiła, rozrywając ciało STWORA na drobne kawałeczki, jednak siła wybuchu zniszczyła przezroczyste ściany, wpuszczając ogromne ilości wody.

– Przygotuj się ukochana, bo to prawdopodobnie ostatnia chwila, w której jesteśmy jeszcze razem!

Postanowiłem złapać ją za ramiona, a potem objąć mocnym uściskiem jej wątłą talię. Ogromne ciśnienie wypchnęło nas w górę, wyrzucając na taflę wody. Łapiąc oddech nie myślałem tak naprawdę o tym czy przeżyję, ale przede wszystkim martwiłem się o moją kobietę. Oprócz nas przetrwał jedynie sierżant Zenobiusz Łuska, czyli saper z regimentu Archera.

– Zabiliśmy istotę z „piekła rodem”! – krzyczał na cały głos sierżant.

– Los czy może fortuna chciały, abyśmy przeżyli ten koszmar kochanie. – Belinda wyciągnęła z kieszeni paralizator, uderzając Zenobiusza w klatkę piersiową. – Niech trochę ochłonie…

– Wracajmy do fortu federacji.

Po naszym wyjeździe zostawiliśmy bezpieczną wieś ich własnym mieszkańcom. Dziwne anomalie ze świecącymi algami, to napromieniowane ciało rozświetlało okoliczne wody. Po zabiciu stwora, wszystko wróciło do normy. Nadszedł czas, aby wyjaśnić zniknięcie siedmiu żołnierzy przed obliczem generała. Zapowiadała się trudna batalia, ale tytanowy osprzęt montowany na rozebranych przez kogoś radarach, mógł być przydatny. W naszej rzeczywistości, takie znalezisko było prawdziwym skarbem.

 

MIASTO WŁADCÓW

 

Obudziłem się potrząsany przez ochroniarza baru, będącego jednym z lepszych lokali na drugim poziomie “Nowego schronu”. Miasto było usytuowane w całości pod ziemią i należało do władców. Od kilku dni przesiadywałem w barze zalany w trupa, a wszystko z powodu rozłąki z moją żoną Belindą Brinnger. Widać, że bez jej wsparcia powoli popadałem w skrajności mogące w przyszłości przynieść niechciane skutki. Bez większych problemów, szło tutaj kupić co tylko dusza zapragnie – od narkotyków, tanich niewolników czy dobrej jakości broni, dziwek albo różnej maści alkohol. Nikt dokładnie nie wiedział, ile ośrodków tego typu było rozlokowanych na terenie pustynnym. Osobiście w trakcie swoich wycieczek po pustkowiu słyszałem jedynie o trzech, ale nawet "Pustynne hieny" nie potrafiły określić tego z odpowiednią precyzją.

– Będzie lepiej, gdy wygodnie położysz się w swoim „wyrku”. Idź stąd, zanim gospodarz karze wyrzucić cię na ulicę.

Przy stoliku czekał silnie zbudowany cyborg i cierpliwie przyglądał się twojej osobie. Zazwyczaj nie odwiedzałem tanich spelunek, ale restauracja u "Waniliowego Kerna" była aktualnie najlepsza i relatywnie tania.

– Zwinę tylko szmaty… gdyby ktoś o mnie pytał, to znajdziecie mnie w hotelu.

– Przyjdź tutaj jak wytrzeźwiejesz. Jeśli chcesz czegoś od szefa, zarób więcej kasy i daj się poznać z lepszej strony. A teraz dobranoc, książę.

Powoli wstałem z miejsca i chwiejnym krokiem, skierowałem się do drzwi prowadzących na zewnątrz. Wcześniej wynajęty pokój nie należał do wyjątkowo ekskluzywnych. Większość przyjezdnych pozostawała na pierwszym poziomie, gdzie przygotowano dla nich sporo atrakcji. Pozwalano oglądać walki gladiatorów, handlować na targowisku czy kupić tanie lokum za kilka metalowych części. Razem kosztowało to niewiele, zważywszy jak bardzo niebezpiecznie było na skażonym terenie pustynnym. Z trudnością otworzyłem drzwi i nie zwracając na nic uwagi, rzuciłem się na ładnie pościelone łóżko. W mechanizmach trzeźwości, o które dbałem przez całe swoje życie, znów nie było po kolei albo specjalnie traciłem to, na czym zależało mi najbardziej. Tak czy owak właśnie tego chciałem dzisiejszego dnia – nie mogłem w tym momencie powiedzieć sobie dosyć, bo trudne sprawy handlowe, zdecydowanie wymagały posiadania większych umiejętności, związanych z nauką o starej technologii. Przede wszystkim przedwojenne wynalazki mające duże znaczenie wśród bogatych kupców, nie zawsze dało się naprawić zwyczajnymi sposobami. Obniżało to w znaczny sposób ilość klientów, a także zleceń, które mogły przynieść jakiekolwiek zyski.

Niższe poziomy “Nowego schronu” posiadały prawdopodobnie ogromne zasoby sprzętu, które zalegały w specjalnych warsztatach czy miejscach służących do regeneracji własnego zdrowia. Postanowiłem sobie, że pewnego dnia spróbuję przedostać się nieco niżej, wykorzystując specjalne możliwości. Wymagało to zdobycia licznych kart dostępu, zaufania strażników oraz na pewno grona elit, powiązanych z władcami. Nazajutrz obudziłem się "grubo" później, po ustawionym czasie pobudki, jak niektórzy podróżnicy ironicznie określali zwyczajnego kaca. Szybko umyłem dłonie, a po przemyciu również twarzy, postanowiłem że spróbuję nawiązać kontakt z osobą, o której wspominał wczorajszy cyborg.

– Ach, idzie nasz najlepszy klient! – zawołała osoba stojąca przy długiej, staromodnej ladzie.

– Nie żartuj. Nalej mi, lepiej cokolwiek masz tam, Teddy. Muszę dojść do siebie, po wczorajszej popijawie.

Szybko podniosłem kieliszek, wychylając alkohol i po chwili, odstawiając szkło na drewniany blat.

– Mam interes do twojego szefa.

Mężczyzna lekko nadstawił ucha, zmieniając siebie w przysłowiową “egipską mumię”.

– Czy dobrze rozumiem, że chodzi ci o pana Kerna?

– Słyszałeś o generale Archerze? Właśnie z nim przebywa moja żona, która myśli o mnie w samych superlatywach. Gdyby poznała prawdę, byłaby bardzo zaskoczona, dlatego pilnie potrzebuję pracy.

– Jeśli przekonasz mnie do swojego punktu widzenia, to może spróbuję ci pomóc. Pan Kern to wyjątkowa osoba i niestety zwykle zajęta. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które przyszło nam doczekać.

– Nalej mi jeszcze kieliszek… zdecydowanie, będzie mi teraz jeszcze… lepiej. Wiesz, że nie jestem pierwszym lepszym wędrowcem, bo nie siedziałbym tutaj. Nie mam zamiaru się przechwalać, ale jestem bogaty. Umiem o siebie zadbać na pustkowiu, a widziałem już więcej, niż myślisz.

– Brawo, idioto. Mów głośniej, to przyciągniesz wszystkich złodziei w tym barze. Musisz jeszcze wytłumaczyć, co twoje wspomnienia z przeszłości mają wspólnego z panem Kernem i jego interesem.

– Przestań, Teddy! Wszyscy wiedzą, że Kern kręci nawet całym drugim poziomem. Załatwia różne sprawy dla władców, a ja jestem tym kogo szukacie.

– Możliwe… przyjdź jutro to spróbujemy coś pomyśleć. – Krzywo uśmiechnął się barman.

– Pamiętaj, że będę na tym poziomie dopóki, dopóty twój szef nie zechce ze mną porozmawiać. Muszę iść jeszcze w jedno miejsce.

Postanowiłem, że szybkim krokiem opuszczę ten lokal i udam się do sklepu znajomego sprzedawcy broni. Przed wyjściem zauważyłem, że mój były rozmówca wyraźnie spoglądał na dokumenty, a następnie rychło wymknął się na zaplecze. Gdy miałem już otworzyć drzwi, dwóch potężnie zbudowanych ochroniarzy złapało mnie za ramiona, przenosząc do małego pokoju. Na środku znajdował się stół oraz dwa krzesła. Po drugiej stronie stołu siedział elegancko ubrany właściciel restauracji "U Waniliowego Kerna" – sam Sigmund von Kern.

– Niech pan usiądzie. – powiedział łagodnym tonem. – Z reguły nie konwersuję z ludźmi chwalącymi się swoimi osiągnięciami – zwłaszcza przed Teddym. Przychodzą tutaj różni oszuści, biedacy bez doświadczenia w poruszaniu się po pustkowiu. Pana nazwisko w pewnych kręgach zostało zapamiętane. Rozmawiałem kiedyś z dziwnym Rosjaninem, który chwalił niejakiego Rolfa Kunerskiego za uratowanie pewnego miasta. Stąd postanowiłem poświęcić panu kilka minut. Czego pan ode mnie oczekuje?

– Poszukuję dobrze płatnego zlecenia.

– To wszystko? Powinien pan spróbować na wschodzie. Odbudowują tam kilka naprawdę wielkich, polskich miast.

– Przecenia pan moje możliwości. Byłem tam i wiem, że zwykły wędrowiec nie na wiele może się przydać.

– Aby na pewno? – zapytał się z przekąsem Sigmund von Kern.

– Oferuję swoje umiejętności za odpowiednią zapłatą. Mam również drobne życzenie w sprawie pewnego przedmiotu, który jest moją własnością. Jednak o nim porozmawiamy nieco później. Wiem jak unikać niebezpieczeństw, kryć się w natłoku kręcących się wrogów czy przeżyć na pustkowiu. Potrafię naprawić zepsuty sprzęt, jeśli tylko pozwala na to jego stan albo założyć prowizoryczny opatrunek.

Właściciel lokalu zastanawiał się nad słowami nieoczekiwanego przybysza.

– Czy jesteś osobą godną zaufania, a może masz ukryty dla innych cel? – Sprytnie zadał pytanie Sigmund.

Przez moment byłem trochę zbity z tropu, bo nie rozumiałem do czego zmierza.

– Oczywiście, że mam swoje cele. Moim ostatecznym i jedynym przesłaniem jest zdobycie metalowych części lub paliwa, za które otrzymam odpowiednią ilość zasobów.

– Typowy materialista? W niektórych sytuacjach to pozytywna cecha. I jak chcesz wydać swoje zarobione środki finansowe, drogi Rolfie?

– Skoro już jesteśmy “na ty”, to szczerze powiem, że zadajesz za dużo pytań. Co roku widzę jak ktoś znowu powoli "usycha", zaharowując się na śmierć w warsztacie fortu Archera. Generalnie jest to lżejsza praca, niż ta którą wykonywali wcześniej, ale to za dużo jak na ich skromne siły. Panuje tam ostry rygor, a niewolnicy muszą pracować, aby nie umrzeć z głodu. Muszę zapewnić im odpowiednie warunki do rozwoju ich pasji. To wzniosły cel. Tylko w taki sposób mogę cokolwiek tam zmienić. Moja żona Belinda jest naprawdę słabego zdrowia, a gdyby coś jej się stało…

– Rozumiem. Uważasz się za uczciwego człowieka. Postanowiłem, że dam ci pewne zlecenie do wykonania. Są to delikatne sprawy, związane z naszymi sojusznikami mieszkającymi na południe od szybów naftowych. Na początku nawiążesz kontakt z siedzibą przemytników, która znajduje się na otwartej pustyni. Tylko kilkanaście osób potrafi dotrzeć w tamto miejsce, bez mapy czy geo-lokalizatora – tak nazywamy dawne urządzenia GPS. Czy wiesz kim są przemytnicy?

– Masz na myśli pustynne hieny?

– Oczywiście, że nie. Przemytnicy są dużo bardziej cywilizowaną frakcją, która wbrew pozorom ma spory bagaż doświadczeń. Jak widzisz większość dzisiejszych ludzi nie poradziła sobie ze skutkami wywołanymi przez wojnę, napromieniowanie czy chemiczną anihilację społeczeństw. Nie zadawano pytań, skąd pochodzą prawdziwi przywódcy tej organizacji albo jakimi są ludźmi i dlaczego, tak wiele osób poświęca swoje życie w ich obronie. Już teraz nie jest możliwa kapitulacja, a ich istnienie przypomina starożytną magię, której nikt nie doznaje w rzeczywistości, a każdy chce wierzyć w jej byt. Przeciwstawienie się woli tych ludzi, może być nieodwracalnym błędem. Właśnie dlatego egzystują tak długo na przestrzeni wieków. Mam nadzieję, że zrozumiałeś co miałem na myśli?

– Domyślam się. Przejdźmy do konkretów… powiedz dokładnie, co chcesz abym wykonał?

– Przeprowadzisz pewne osoby do głównej siedziby przemytników, o których mówiłem. Pamiętaj, że po wykonaniu zadania i po odebranie zapłaty, musisz wrócić do “Nowego schron” – wtedy pomyślimy o dodatkowej nagrodzie.

– Jak się z nimi skontaktuję?

– Będą stali przy wejściu na arenę gladiatorów. Jutro władcy trenują tam swoich najlepszych agentów. Młoda dziewczyna i dojrzały czarno odziany mężczyzna. Nie musisz się martwić o ich zabezpieczenie, gdyż wszystko mają w swoim ekwipunku. Życzę ci powodzenia Rolf.

– Dziękuję. Niedługo twoi znajomi ujrzą swoje rodzinne strony.

– Lepiej dla ciebie, żeby tak było… muszę cię przeprosić, gdyż mam spotkanie w szpitalu, który leży na trzecim poziomie. To bardzo ważna operacja, a przede wszystkim nieziemsko kosztowna.

Chwilę później siedziałem w sklepie z bronią u znajomego sprzedawcy o imieniu Mike Kowalski. Nazywano go tutaj Mike`iem Aniołem, bo jako jedyny z tysięcznej rzeszy mieszkańców drugiego poziomu był prawdziwym chrześcijaninem. Oczywiście nikt dokładnie nie wiedział, kto był wierzącym, a kto nim nie był. Oferował bardzo dobrą broń w niezbyt wygórowanej cenie.

– Jak to z tobą naprawdę jest Mike? – zapytałem, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Co masz konkretnie na myśli?

– Ludzie nazywają cię świętym, a mimo wszystko sprzedajesz innym broń?

– Mój bóg, Jahwe nie zakazał bronić swojego domu przed wrogiem. Wręcz przeciwnie, wspierał sprawę tych, dla których dobro ogółu miało jakiekolwiek znaczenie. Czytaj trochę więcej „Biblię” to zrozumiesz.

– Nieważne. Potrzebuję naprawdę dobrej strzelby, z kilkoma rodzajami amunicji – fosforowa i wzmocniona dodatkowym "kopniakiem".

Właściciel sklepu podrapał się po brodzie, szukając jakiejś specjalnej oferty dla klienta.

– Co powiesz o Raczkującej kaczce? Przypomina obrzyn, ale różni się od niego trwałością na użytkowanie oraz zręcznie działającym „repeater`em” amunicji.

– Piękna broń… jednakże tym razem potrzebuję coś większego. Większy dystans ostrzału i moc.

– Wojskowa strzelba przeznaczona dla oddziałów specjalnych komando. Poczwórnie większa ładowność amunicji, gibko działająca pompka i coś dla osoby potrzebującej silnego przyjaciela.

– Świetnie. Wezmę trzy lekkie kamizelki i automatyczną broń ręczną UZI.

– Dzisiaj trudno o dobrych klientów.

– Oddam ci, gdy będę przy forsie.

– Moja firma to nie jest ośrodek charytatywny dla bezdomnych alkoholików… zważywszy, że dwa lata temu za swoje pieniądze przysłałeś tutaj dobrego mechanika, to chyba zrobię dla ciebie wyjątek.

– Powiedz mi jeszcze, gdzie podział się Władysław?

– Pewnego dnia postawił wszystkie swoje pieniądze na walki gladiatorów. Wygrał całkiem sporo, a miał chłopak szczęście, bo poznał cudowną dziewczynę z sąsiedztwa o imieniu Anita. Razem wyruszyli do drugiego miasta władców Anistri, gdzieś nad samym morzem.

– Może po prostu nie znalazłeś swojego miejsca. – odpowiedział spokojnie sprzedawca.

– Ciągłe promieniowanie, braki w surowcach, niski stan pitnej wody czy inne skrajności? Bardzo niebezpieczne.

– Przede wszystkim, to co pozostało dla ludzi, na pewno nie jest do pogardzenia. Tak mówi stwórca.

– Dlaczego? Nie mam już czasami siły, żeby to dalej poprawiać.

– Pamiętaj, że jesteś mi winien kupę metalowych części… a potem, będziesz sobie poprawiał. Wynocha stąd, bo muszę przygotować się do niedzielnego kazania. – zażartował.

Po drobnych korektach byłem gotowy do drogi. Cały sprzęt leżący w motelu był już spakowany i czekał na wydanie go moim nowym towarzyszą. Miałem nieco czasu, aby rzucić okiem na mapy, otrzymane od Sigmunda von Kerna. Szyby naftowe, jak również oazy na pustynnych terenach nie były mi obce. Postawione zadanie wydawało się banalnie proste, a pułapki grożące podróżnikom, łatwe do ominięcia. Nazajutrz, udałem się w miejsce, które określono w kontrakcie. Dwoje osób stojących nieopodal areny było wyjątkowymi osobliwościami natury. Młoda kobieta była mocno umalowana i posiadała ogromny irokez ufarbowany na jaskrawe kolory. Z tego co stwierdziłem później, na całym ciele posiadali liczne tatuaże symbolizujące przynależność do lokalnych gangów oraz zwyczajne dzieła tutejszych artystów. Mężczyzna był dość mocno zbudowany, nosił ogromny nóż i skórzaną ćwiekowaną kurtkę. Podszedłem blisko nich, kładąc na ziemi przygotowany pakunek.

– Przysyła mnie wasz znajomy. Włóżcie na siebie te rzeczy i schowajcie dobrze broń z amunicją.

– Jak cię nazywają? – spytała śmiało dziewczyna.

– Porozmawiamy w wolnej chwili… róbcie, co do was należy. Umiecie posługiwać się bronią maszynową albo półautomatyczną?

Twoi nowi znajomi spojrzeli na ciebie jak na idiotę, po czym szybko przeładowali magazynki, chowając resztę do plecaków.

– Pytanie retoryczne… wszystko załatwiliście w mieście?

– Inaczej by nas tu nie było, koleś! Chyba, że masz ochotę wypić następnego kielicha?

– Ruszajmy do windy. Czeka nas długa droga na powierzchnię.

Po opłaceniu standardowego miejsca wśród wielu opuszczających drugi poziom turystów, mogliśmy spokojnie przyglądać się mijanym wyżej okazałościom miasta “Nowy schron”. Twarze moich towarzyszy nie zdradzały nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób wyjawić ich niepokój. Dopiero po piętnastu minutach jazdy, mężczyzna zapytał cię o sprawy organizacyjne.

– Nie jesteśmy z tobą dla rozrywki najemniku. Zanim wyjedziemy na otwartą pustynię, chciałem cię zapytać o pustkowie?

– Masz na myśli otwarty świat?

– Właśnie. Ten cały i pozostały po wojnie atomowej, nuklearny śmietnik.

– Według mnie, wszędzie jest tak samo. Nazywam się Rolf Kunerski i nie jestem najemnikiem.

– A kim jesteś z zawodu? – zapytała dziewczyna.

– Pracuję przy naprawie urządzeń w pewnym forcie na południu. Mój zleceniodawca wybrał mnie dla was, ponieważ był pewien sukcesu powierzonej misji.

– Czy jesteś taki dobry, jak mówią?

– Przeżyłem już parę trudnych misji bez wyjścia. Zdarzyły się nieoczekiwane spotkania na szlaku. Macie jakieś imiona?

Mężczyzna cicho chrząknął, pocierając policzek w okolicy oka.

– Nie możemy zdradzić ci naszych prawdziwych imion, ani nazwisk. Mów do mnie Pchełka, a ta ufarbowana czarownica to Czubatka.

– Hej, ośle! Uważaj co mówisz.

– Miło mi was poznać. Mam nadzieję, że dobrze będziemy się dogadywać na pustkowiu. Czy podróżowaliście kiedyś poza podziemną fortecę?

– Pewnie, że tak i to wiele razy. – powiedział Pchełka.

Jego towarzyszka poczerwieniała na twarzy, odwracając głowę na bok.

– Nie kłam…

Oboje spuścili oczy, kładąc się na platformie windy i próbując skupić na śnie. Po pewnym czasie usłyszeliśmy duży metaliczny trzask co oznaczało, że osiągnęliśmy najwyższy, bo “zerowy” przystanek miasta “Nowego schronu”. Wszyscy zaczęli wychodzić na pustynny obszar, kierując się starym szlakiem na północ – parę osób ruszyło na południe, gdzie w kilkanaście godzin mogli odwiedzić federację generała Archera. Początkowo nadmiarowa ilość promieni słonecznych oświetlająca otoczenie oraz ogromny upał mocno dawały się we znaki, jednak po kilku minutowym marszu wszystko wróciło do normy.

– Dlaczego nie jedziemy pustynnym quadem, tylko idziemy piechotą, jak najzwyklejsi biedacy? – zapytał Pchełka.

– Droga w okolicach szybów naftowych jest ekstremalnie niebezpieczna. Na tamtym terenie znajduje się tylko jedna lub dwie oazy, przy których możemy być bezpieczni. Wszystko inne kontrolują "pustynne hieny" podkradające paliwo korporacji wydobywczej na północy. I jak wam się podoba prawdziwy świat?

Czubatka lekko potarła ramieniem wygoloną na głowie skórę, ścierając obficie spływający pot.

– Może być… jednak jeśli chodzi o mnie, to jest trochę zbyt gorąco.

– Po to właśnie kupiłem wam pustynne kaftany. Załóżcie je, zawijając wcześniej na głowę turban. A co do ciebie dziewczyno…

– Nie potrzebuję, żadnego nowego ubrania. Czuję się doskonale w swoich ciuchach.

Krok po kroku parliśmy na zachód, powoli zbliżając się do przylegającej blisko widocznych wydm oazy. Do zmierzchu brakowało jeszcze kilka godzin, a my prawie osiągnęliśmy pierwszy punkt obserwacyjny. Na mapie postawiony był wyraźnie krzyżyk co oznaczało, że miejsce jest wyjątkowo niebezpieczne i często odwiedzane przez złodziei.

– Schylcie się i idźcie cały czas w stronę tamtych nierówności. – wskazałem ręką pochylone piaskowe diuny.

Po chwili wyciągnąłem lornetkę, obserwując cały teren wokół oazy.

– Możemy iść.. – powiedział Pchełka. – …nikogo tam nie ma.

– Musimy poczekać do wieczora. Wystarczy nam zapasów wody na dwa dni, więc uzbrójcie się w cierpliwość.

Po zachodzie słońca w okolicy zrobiło się wyraźnie chłodniej.

– Straciliśmy trzy godziny przez twoje durne i bezsensowne przestoje. Mogliśmy być już dużo dalej, a teraz robi się jeszcze cholernie chłodno.

W oazie, ni stąd ni zowąd zapaliły się światła pojazdów. Kilku ludzi brało kanistry, pakując je na tył łazika. Grupa szybko opuszczała oazę, kierując się w inne miejsce na pustyni.

– To gang pustynnych hien.

– Byli tam cały czas? Przecież nic nie widzieliśmy przez lornetkę.

– Czekali na odpowiednią okazję… snajper gotowy do strzału z odległości dwudziestu pięciu metrów i kilku nagrzanych morderców marzących, żeby obedrzeć was ze skóry.

Powoli podchodziliśmy do oazy, która przed chwilą była siedzibą prawdziwych drani. Teren był opuszczony, jednakże dla pewności sprawdziłem przeciwległy punkt obserwacyjny, mogący być spreparowaną pułapką.

– Odpocznijcie nieco… rozpalę teraz ognisko, a za dwie godziny zmienisz mnie na warcie Pchełka. Zjedzcie coś gorącego, żeby być gotowym na prawdziwy marsz, który będzie nas czekał. Pamiętaj, że nie wolno ci zasnąć, bo wszyscy możemy zginąć.

– Dlaczego wysyłasz jego, a nie mnie? – zapytała wściekła Czubatka.

– Ponieważ on jest o wiele mocniej zbudowany, niż ty i nie odczuje większych strat energii.

– Walczyłam po stronie gangu handlarzy bronią, brałam "twarde" narkotyki i piłam mocną wódę, a ty nazywasz mnie słabizną? Potrafię rozwalić kolesiowi łeb zwykłą łopatą..

– Obiecuję ci, że następnym razem, to ty będziesz siedziała przy "gniazdku" obserwacyjnym. Dzięki tobie czuję się bezpieczniej. – pochwaliłem swoja towarzyszkę.

– Nie rozumiem twojego podejścia do kobiet. Nadal nie jestem zadowolona z twoich posunięć… Rolfie Kunerski.

– Nad ranem, będzie tutaj naprawdę zimno, a więc ubierz ten cholerny kaftan i siedź cicho!

– Nie pozwolę, abyś tak do mnie mówił!

– Jeśli będzie trzeba, to zwiąże cię za nogi i pociągnę do waszej cholernej siedziby. Przemyśl to, co dzisiaj doświadczyłaś na własnej skórze. Zachowuj się cicho. Wszyscy będziemy szczęśliwi, gdy dłużej zostaniemy żywi.

Wstałem zmęczony, udając się na pierwszą wachtę. Wiedziałem, że będą mnie obserwować przez cały czas. Półtora godziny słuchałem ich głośnej kłótni. Ognisko powoli dogasało, a moi towarzysze spali w najlepsze. Postanowiłem, że będzie najlepiej, gdy szybko wrócę na piaskową diunę i zostanę tam do rana.

– Miałeś nas obudzić! – powiedział rankiem zaspany Pchełka.

– Spałeś tak słodko, że nie mogłem się nie oprzeć. Posłuchajcie… na pustkowiu nie ma wygranych, ani przegranych – jesteśmy tylko my, czyli ci którzy przeżyli i chcą jeszcze czegoś więcej od losu. Jedni lubią dziwki, drudzy wolą alkohol albo narkotyki… a jeszcze inni próbują wyjść po prostu na swoje. Trudno to pojąć, ale tacy ludzie naprawdę istnieją, bo wielokrotnie ich spotykałem na swojej drodze. Wiem, że w tej chwili nie jest to zbytnio oryginalna mowa, ale wiele razy sprawdzała się w praktyce. Będziemy się spierać czy wyruszamy w dalszą drogę?

– W porządku. Spierdalamy.

W ten sposób, po raz kolejny udowodniłem, że nie straciłem dawno wyrobionej umiejętności perswazji. Nadchodzące dni nie były już tak bardzo nerwowe jak na początku. Bez trudności osiągnęliśmy opuszczone bunkry, w których leżał tylko gruz i zbielałe kości.

– Daleko jeszcze? Wyraźnie odczuwam silne bóle mięśni… powinnam nieco odpocząć.

– Mówiłem ci, że praca nóg jest bardzo ważna na pustyni. Każdy nawet mały odpoczynek, ma bardzo istotne znaczenie w przyszłości.

– Więc, co będzie dalej?

– Na razie mam dla ciebie dwie informacje. Po pierwsze zboczyliśmy z wyznaczonej ścieżki, ale dzięki temu nie natkniemy się na pracujących nafciarzy.

– Co to za ludzie? – zapytał Pchełka.

– Z pozoru wydają się przyjaźni, ale od jakiegoś czasu są cały czas wkurwieni na swoich pracodawców. Jeśli nie masz w plecaku czegoś wartościowego mogą być bardzo niebezpieczni. Prawie na pewno dotrzemy do siedziby przemytników, może za dwa – może za trzy dni.

– A ta druga wiadomość?

– Mam pewne lekarstwo, które pomoże ci w podróży. Wzmocni twój organizm na czas przemarszu i zmniejszy szansę na odwodnienie.

– I to jest takie ważne?

– Więc wolisz cierpieć…

Czubatka skwitowała twoją odpowiedź krzywym uśmiechem.

– Brałam w życiu tyle gówna, że starczyłoby na otworzenie działu w przemyśle farmakologii. Z drugiej strony, jeśli tak bardzo go reklamujesz, to chętnie spróbuję.

– Grzeczna dziewczynka… tylko się nie uzależnij.

– A jeśli będę wciągać, to co mi zrobisz?

Nie chciałem już więcej dolewać oliwy do ognia. Tak naprawdę, cel podróży był oddalony o kilka godzin stąd. Postanowiłem ją zwodzić przez jakiś czas, aby zbyt szybko o mnie nie zapomniała. Czułem, że jest to bardzo ważna osoba dla frakcji przemytniczej. Nie daleko olbrzymiej bramy, idealnie wpasowanej w skałę spotkaliśmy pierwszy patrol.

– Czego tu szukacie? – zapytał mężczyzna, trzymając w pogotowiu ciężki karabin plazmowy.

– Przepustka od Sigmunda von Kerna… mam doprowadzić tych ludzi do siedziby przemytników.

– To wielka przyjemność widzieć dzieci Hieronima Palmera wśród żywych. Bardzo dobrze się spisałeś najemniku, a twoja misja została właśnie ukończona. Możesz wracać, gdzie tylko chcesz.

– Myślałem, że pozwolicie mi trochę odpocząć przed odejściem na otwartą pustynię.

– Niestety. Musisz natychmiast odejść.

Popatrzyłem przez chwilę na wesołe, ale równocześnie zmęczone twarze moich towarzyszy. Odchodzili do swojego nowego domu, którym była siedziba frakcji. Czubatka twardym krokiem kierowała się naprzód, natomiast Pchełka na moment odwrócił głowę, rzucając słowa pożegnania.

– Dziękuję, Rolf… jeśli będziesz potrzebował pomocy, to spytaj o Dawida Palmera. Nasze tajne hasło to "Czarny słoń".

Podróż powrotna do miasta trwała kilka dni krócej. Udałem się wprost na drugi poziom, do restauracji pana Kerna. Większość prywatnych spraw wydawała się uporządkowana.

– Kern już po operacji? – zapytałem z ciekawości kelnera podającego obiad.

Rozglądający się na różne strony barman Teddy poszukiwał zbyt pijanych wędrowców. Czasami nasyłał na nich ogromnego cyborga, nazywanego Jimmy Cox. Kelner nie miał czasu, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie, gdyż szybko odszedł w swoim kierunku.

– Proszę się nie fatygować, panie Kunerski. Szef zaraz do pana przyjdzie.

Ktoś zawołał mnie do dużej sali restauracyjnej. Po kilku sekundach w drzwiach ukazała się jego twarz, a lekki ruch ręki wskazywał na zaproszenie wyłącznie sam na sam.

– Zlecenie wykonane. Proszę o wywiązanie się z zawartej umowy.

Twój zleceniodawca siadł na prawie nowym fotelu, lekko przy tym wzdychając. Nie byłem pewien, czego właściwie się spodziewać.

– W zasadzie wszystko poszło zgodnie z planem, Adrianna Palmer nie była tak do końca zadowolona ze sposobu, w jaki przeprowadzałeś jej wycieczkę.

– Pani Palmer jest młodą i niedoświadczoną kozą, która swoimi zagrywkami jest zdolna zniszczyć każdy porządnie ułożony plan.

– W gruncie rzeczy, było to naprawdę proste zadanie dla kogoś z doświadczeniem. Ostatnio sporo dowiedziałem się o twojej osobie.

– Mniejsza z tym, Sigmundzie. Pewien traper podarował mi przedmiot, który znalazł podróżując po pustkowiu. Niestety, nie potrafił zidentyfikować tego przedmiotu. Zdradził jednak, że w mieście władców zamieszkują ludzie, będący na „ty” z podobnym sprzętem. Czy mógłbyś rzucić na to okiem?

– Hmm… jest to zwyczajny przedwojenny lokalizator. Posiada wbudowane mapy oraz ulubione miejsca – głównie we wschodniej części Rosji. Przejdźmy do oficjalnej wizyty i prawdziwej zapłaty. Otrzymasz nagrodę, ale przedtem musisz przejść pewną próbę. – powiedział tajemniczo.

Podniósł się z siedzenia i energicznie zamknął za tobą drzwi. W miejscu spotkania znajdowało się pełno rupieci, w tym różnego rodzaju starej elektroniki. Po rozsunięciu kotary z lewej strony pomieszczenia, twoim oczom ukazał się dużych rozmiarów projektor z założoną taśmą.

– Chcę, abyś ocenił, co takiego przedstawia to nagranie…

Ktoś stał koło projektora, uruchamiając taśmę z czarno-białym nagraniem. Na ścianie ukazała się sala konferencyjna z miejscami dla co najmniej stu pięćdziesięciu osób.

– Nagrywano to dwa lata temu na zjeździe członków frakcji władców. Widać skomplikowane przedwojenne urządzenia do wyświetlania statystyk matematycznych… mam na myśli złożone obliczenia.

Sala była wypełniona po brzegi, a zebranie wydawało się toczyć normalnym torem.

– Osoby znajdujące się na tej sali, to nie są ludzie.

– Skąd ta pewność… przecież na filmie nie ma niczego podejrzanego. To spotkanie jest zamknięte i przeznaczone dla wysokich rodów, które rządziły na naszej planecie jeszcze przed wojną.

– Spójrz na nich. Są bezpośrednią częścią struktury manipulującej ich zachowaniem.

– Wydaje mi się, że spotkałem osoby podobne do ludzi, pokazanych na twoim filmie. Nie wiem, czy to pomoże, ale na północy znajduje się baza “Konsorcjum wydobywczego”, która zapewnia bezpieczeństwo szybom naftowym. Kiedyś miałem okazję spotkać ich właścicieli, będących łudząco do siebie podobnych. Może oni wiedzą coś więcej na temat władców i ich miast.

Właściciel restauracji przez moment zastanowił się nad twoimi słowami.

– Zdajesz sobie sprawę, jaką siłą dysponują te istoty? Podobno na ostatnim poziomie, widziano liczne warsztaty, tajne laboratoria czy apartamenty o podwyższonym standardzie. Nasi agenci mówili o dziwnej roślinności porastającej duże pomieszczenia. Ten film prezentuje ostatni – ósmy poziom o nazwie “Aula konferencyjna”.

– Musisz być szalony Sigmundzie, że pakujesz się w ten chaos. – stwierdziłem, czując duże zmęczenie.

Twój pracodawca sięgnął po pudełko z dobrymi cygarami, zapalając majestatycznie jedno z nich. Po dłuższej chwili nieustającej ciszy i degustacji wreszcie postanowił zabrać głos.

– Od dawna należę do przemytników, bo niewiele osób jest w stanie połączyć mój skromny majątek z tymi ludźmi. Otrzymasz swój własny warsztat oraz wszystko, co będziesz tylko pragnął, ale pod jednym warunkiem. Musisz poprzeć naszą frakcję.

– A co, jeśli odpowiem nie?

– Zostaniesz na byle zadupiu świata, gdzie co chwila umierają kolejni niewolnicy. My mój drogi, jesteśmy wolnymi ludźmi i sami decydujemy o własnym losie. Federacja to typowa utopia nie dająca szans na sukces.

– Nie znasz ludzi przebywających w forcie… w większości są to koczownicy, w tym również przestępcy. Przy odrobinie wysiłku można tam zrobić wiele dobrego.

Sigmund von Kern wyraźnie tracił cierpliwość, czego nie dawał po sobie poznać.

– Naprawdę wierzysz w przyszłość trzódki Archera? – zapytał z drwiną w głosie.

– Mieszkam tam od dłuższego czasu. Poznałem piękną kobietę, z którą wiąże swoją przyszłość. Nie ma powodu dla którego, miałbym zmieniać swoje plany.

Miałem wrażenie, że Sigmund von Kern rozumiał powody, które sterowały moim wyborem.

– Twoja pani pojedzie razem z tobą.

Najbardziej pracowity okres swojego życia miałem już chyba za sobą.

– Jeśli tylko przekonam Belindę, do wyruszenia w drogę, to będziesz pierwszy na liście odwiedzonych osób.

– Nie musisz nigdzie wyjeżdżać, Rolf. Twoja pani jest obok ciebie i zgodziła się na naszą propozycję.

Zza projektorem pojawiła się jak zwykle uśmiechnięta i wspaniała pani chirurg. Wypadało nagrodzić ją gorącym pocałunkiem, udając się w dalszą drogę.

 

WSKRZESZENIE FINEASZA PLECHOWSKIEGO

 

Odległy widok zalanego czerwienią nieba na kilkanaście sekund przykuł twoją uwagę. Spoglądając ponad pustynny horyzont odczułem pragnienie usłyszenia brzmiącej w moich uszach i oddalającej się bitewnej pieśni. Odgrywano ją, gdzieś bardzo daleko. Instynktownie wyczułem mniejszy, niż zwykle ciężar mojego ekwipunku. W plecaku brakowało zapasów jedzenia, czystej wody czy lekarstw, które mogły być teraz ważne. Odchodząc od przemytników nie zdawałem sobie sprawy, dokąd pójdę i co ze sobą zrobię. Dopiero teraz wpadłem na pomysł, aby użyć otrzymanego od Tygrysa lokalizatora. Przyczyną mojego wymarszu była piękna kobieta o imieniu Belinda. Wiedziałem, że kiedyś odejdzie… bliska mi osoba, której obecność przyprawiała niejeden raz o zawrót głowy. Podobno nie umiała znieść ignorancji, codziennie emanującej z głębokości mojego charakteru. W końcu musiał pojawić się ten jedyny – sprawił, że czuła się jak na początku swoich młodzieńczych podróży – w czasach, gdy przyjaźniła się z Jankiem Monarskim. Powrócili do swoich badań w siedzibie technokratów wraz z nowo poznanym członkiem grupy naukowej. Dawniej, przebywając na południu znała większość z nich, ale teraz byli wysyłani tylko w określonych porach roku. Powinienem rozpocząć wszystko od zera i tak jak drzewiej zbierać cenne przedmioty, gromadzić zapasy niezbędne do przetrwania, a ostatecznie odwiedzić swoich bliskich w “Bramie Piasków”, gdzie wiele osób poznało mnie od dobrej strony. Gdybym nie dotarł do miasta kupców o nazwie “El– Grum-Technology” – śmieszna nazwa – ich handel wymienny, nie odniósłby takiego sukcesu. Myślałem, żeby powrócić do domu, tylko co z interesem, w który włożyłem całe swoje umiejętności i wiedzę. Straciłem dawny zapał oraz dobre chęci. 

Czasami przychodziły mi do głowy słowa Adrianny Palmer, która doskonale podsumowała moje zapędy i przewidziała to, co miało się przydarzyć w moim związku. Nie doceniłem jej przebiegłości i morderczych przyzwyczajeń, choć była dla mnie tylko nastoletnią smarkulą. Gdyby nie to, że wychowywała się w gangu podziemnego miasta władców, nigdy nie zwróciłbym na nią mojej uwagi. Sporo alkoholu i narkotyków źle wpływało na mój stan zdrowia, który z miesiąca na miesiąc, stawał się coraz gorszy. Nie byłem zadowolony z miejsca mojego aktualnego zamieszkania, chciałem powrócić z Belindą do fortu generała Archera. Tamten świat dawał pewne nadzieje, natomiast tutejsi mieszkańcy pracowali głównie dla władców “Nowego schronu”, wytwarzając narkotyki. Przewozili zasoby, także pomiędzy trzema największymi miastami na terenach pustynnych. Jedyne miejsce, które nie podlegało ich wpływom, to wspomniany “El– Grum-Technology”. Każda frakcja musiała płacić za swoje błędy, ale świat nie wystawiał już paragonów za zdobywane ornamenty – brakuje stacji paliw, ogromnych supermarketów czy kościołów wypełnionych wiernymi. Nikt nie produkuje napojów, fast-foodu, chipsów ziemniaczanych czy produktów farmakologicznych dla milionów mieszkańców planety.

Był już późny wieczór, kiedy siedziałem rozmyślając nad zbliżającym się kresem moich wędrówek. Drążący do szpiku kości strach, to niezbyt przyjemne uczucie – przypominał osypujący się grunt, gdzie przed chwilą mocno staliśmy nogami na ziemi. Bunkier stanowił w miarę bezpieczne schronienie i umożliwiał przetrwanie na kilka następnych dni. Ognisko paliło się jasnym płomieniem, dając nieco więcej ciepła, zdrętwiałym palcom. Ktoś wyraźnie hałasując, zbliżał się w moim kierunku i śpiewał dziwną piosenkę.

 

Czym jest szkoła magii, rozmyślał raz pewien kupiec stary,

Świat po wielkiej wojnie, zwiedził prawie cały, a wręcz prawie cały,

Cień w księżycowej nocy, pokrywał jego tłuste lica, gdy ktoś kupował coś zachwycał,

Wtedy nikt nie dręczył go wcale, a świat otwierał przed nim, atomowe bramy.

 

Do mojego legowiska podchodził krępy mężczyzna, wystrojony w pustynny kaftan oraz szczelne nakrycie głowy, zakrywające mu twarz. Był obładowany wieloma pakunkami sprawiającymi mu sporo kłopotów. Kiedy uporał się ze swoim dobytkiem stanął wyprostowany, masując obolałe ramiona.

– Witam, mój drogi kolego! Nazywają mnie “Jakubem z Wysp”… szaleńcem, bo nikt nie wierzy w jego istnienie… szlachcicem, bo taki się urodziłem, a także niezłym kupcem, bo lubi gromadzić przedwojenne przedmioty. Trudno opisać jak to wszystko zdołało przetrwać wojnę jądrową, nieprawdaż?

Skinąłem ręką, zapraszając go w geście powitania. Chciałem, aby usiadł i ogrzał się przy cieple ogniska.

– Zauważyłem, że ktoś tutaj przesiaduje, a później pomyślałem, że może chciałby trochę pohandlować. Mam wiele ciekawych rzeczy, które mogą przydać się w podróży.

– Pomyliłeś się, drogi Jakubie. Wszystko dla mnie przeminęło.

– Jesteś ranny? – zapytał z troską w głosie kupiec.

– Nagle wszystko odeszło.

– Czyli straciłeś swoją kobietę. Nie chcesz handlować, to może chociaż wypijesz zdrowie Jakuba z Wysp?

Pomyślałem, że to dobra okazja, żeby zapomnieć o dręczących mnie wspomnieniach.

– Jeśli chcesz ze mną wypić, najpierw ściągnij swoje nakrycie głowy, a potem usiądź jak normalny człowiek.

Zauważyłem wyraźny błysk w jego oczach i silne drżenie całego ciała. Jakub wyciągnął dużą butelkę wina i pociągnął z niej spory łyk. Po chwili zastanowienia podał ją w moje ręce.

– Z kim mam przyjemność?! – zapytałem trochę głośniej, aniżeli zamierzałem.

– Po wybuchu rakiety fala uderzeniowa skróciła moją wargę i teraz jest mocno niedoskonała. Wolę nie pokazywać nikomu swojej twarzy. Dawno temu zastanawiało mnie, dlaczego nie jestem zdrowym i pięknym człowiekiem – jak bóg Apollo z greckiej mitologii. Zrozumiałem, że niepotrzebnie przywłaszczyłem sobie cudze marzenia, zapominając o przyjaźni oraz handlu, które dawały mi wszystko inne. Podobnie wyprawia się dzisiaj.

– A ja uważam, że kłamiesz “Jakubie z Wysp”. Gdybyś stanął na drodze eksplodującej rakiety, nie mówiąc o fali uderzeniowej, to pozostałyby tylko twoje kości.

– Skąd ty tyle wiesz? Nieważne. Widzę, że masz ze sobą strzelbę karawaniarską. Sprzedaj ją mnie, a ja w zamian odsprzedam ci talię sprośnych kart.

Spojrzałem na niego ze dziwnym wyrazem twarzy, nie rozumiejąc jego motywów zachowania.

– Jakich kart? Jesteś prawdziwym wariatem?!

– To karty sprowadzone z “Wysp Czarów”. Na zewnętrznej stronie znajdują się obrazki z ładnymi dziewczynami w bikini. Przedwojenna talia, wyprodukowana przez niejakiego Abelarda Szarego syna Marco Polo. Byłem tam krótką chwilę i żałuję, że nie przywiozłem więcej podobnych rzeczy.

– Na pewno nie był synem Marco Polo… to największe bzdury, jakie słyszałem. Spójrz na datę produkcji – tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty drugi. Skąd je wytrzasnąłeś?! – powiedziałem w zachwycie.

– Już trochę opowiedziałem… lepiej zdradź, czemu tak bardzo cierpisz?

– Będę podróżował przez największe miasta wschodu, ale nie mam metalowych części, żeby kupić zapasów. To mój największy grzech.

Pomimo dziwnego zgęstnienia mocne wino smakowało dobrze. Można powiedzieć, że w niektórych rejonach pustyni stare karty do gry albo stare wino, były wyjątkowo unikatowym towarem. Szybko zasnąłem, śniąc same piękne i szlachetne sny.

– Myślisz, że tak łatwo mnie zabić? – powiedział obcy, wpatrując się w dogasający ogień. – Kiedyś żyłem wyłącznie w cyfrowej macierzy. Kapitan był bliski każdemu mieszkańcowi tych lądów… nigdy nie lubił tych, którzy byli najsilniejsi – takim pozostał. Pomylił się, wymieniając nasze projekty z ludźmi należącymi do sekty „Wspólnota wydobycia”, ale to już wiesz od kogoś innego. Cholerni zdrajcy.

Po chwili wyjął z kieszeni talię kart, kładąc ją na leżącym nieopodal mnie plecaku.

– Rolf… twoja strzelba za życie, to dobry interes. Kiedyś mi podziękujesz za te karty, a ja zarobiłem tutaj więcej, niż mógłbym przypuszczać.

Nazajutrz obudziłem się ze sporym bólem głowy. Odruchowo dotknąłem plecaka w poszukiwaniu swojej starej strzelby.

– Cholera jasna, jeszcze nikt tak łatwo nie wykręcił mi numeru.

Przecierając oczy rozglądałem się wokół siebie, wyostrzając przytępiony wzrok. Obok mnie leżał wypchany do pełna plecak, w którym znajdowały się różne przedmioty, takie jak jedzenie, woda, bandaże oraz mała talia kart. Gest napotkanego podróżnika zmieniał nieco moje aktualne położenie. Nie posiadałem broni palnej, miałem za to całkiem sporych rozmiarów nóż mogący pomóc w trudnych sytuacjach wymagających umiejętności przetrwania. Może był to znak od losu mówiący, aby powrócić do domu inną drogą – niekoniecznie tą najbardziej prostą. Postanowiłem wyruszyć w dalszą podróż, kierując się na południowy wschód. Idąc własną ścieżką minąłem kilka mniej lub bardziej niebezpiecznych oaz, miasto władców o nazwie “Nowy schron”, aż w końcu prowadzący do fortu generała Archera południowy szlak. Spoglądałem na chodzącą po tarasie ratusza Britney Shields, zatrzymując się przez chwilę w swoim warsztacie. Idąc na południe ze zdziwieniem spoglądałem jak bardzo odmienił się mój dawny dom. Stamtąd pozostało kilka dni marszu w stronę baz wypadowych traperów. Wchodząc na napromieniowane tereny, które oprócz swoich destrukcyjnych właściwości stanowiły chemicznie skażone piekło, patrzyłem na dawne bazy wojskowe licznie rozmieszczone w tym obszarze. Stanowiły prawie dziewięćdziesiąt procent wszystkich obiektów, tegoż terytorium. Od kilkunastu dni zdawałem sobie sprawę, że każdy mój krok jest ściśle obserwowany, aż ostatecznie doszło do konfrontacji obu stron.

– Witaj Bartek! Mutacja nadal ci służy. – powiedziałem do starego znajomego.

– Widzieliśmy jak zmierzasz w naszym kierunku. Wioska Koszykowice od dawna jest zapełniona. "Pan" wyleczył nas z choroby, a dzisiaj umiera samotnie, gdzieś na południowym krańcu skażonego pustkowia.

– Czy przyjmiecie zbłąkanego podróżnika szukającego dobrego słowa? – zapytałem, starając się zrobić jak najlepsze wrażenie na mutancie.

– Wiesz kim jest doktor Plechowski? Nie jest żadnym bogiem, ani mesjaszem. Zwyczajny mutant, tak jak wszyscy inni. Wtedy, na pustkowiu wszyscy widzieliśmy jego twarz, ale była ona zwykłą wizją holo projektora.

– Sławomir wiedział?

– Wiedział… będzie wybierał następcę po śmierci Plechowskiego.

– Czy na jakiś czas, będę mógł do was dołączyć?

– Postaram się, abyś nie pozostał samotny.

Na skażonym pustkowiu doktor Plechowski, usilnie próbował przywrócić swojemu ciału zdrowy kształt. Dawno temu przewiózł tam stary sprzęt medyczny służący przed wojną, do leczenia najbardziej niebezpiecznych i najtrudniej usuwalnych zwyrodnień. Tym razem potrzebował odpowiedniego kodu, który włączyłby zaawansowaną technologię mogącą uratować mu życie. Nie potrafił uruchomić samodzielnie starego mechanizmu… potrzebował najemnika mogącego sprowadzić tutaj specjalistę lub człowieka znającego podstawy hakowania. Od dekady wiedział, kim będzie wybraniec – wypadało zacisnąć kciuki i wrócić do dalszej medytacji. Jego wizja zakończyła swoją projekcję, stając się zasłoniętą kurtyną.

"Gdy zmieniamy własny świat, nie posiadając żadnej wiedzy naukowej, ani umiejętności przeżycia opierającej się na fizyczności, wystarcza jedynie prosta energia. Abyśmy wiedzieli czym jest energia musimy najpierw poznać świat – nasza wolność jest uzależniona od zdobywanej wiedzy, tworzenia pewnych charakterystycznych głębi, nabywania umiejętności oraz poznania własnych słabości. Posiadanie wiary, to ważna cecha naszej wolności.

 

Doktor Plechowski”

 

Tymczasem twarz twojego starego znajomego, wyraźnie przybierała inny wyraz.

– Nie wiem z kim zadarłeś, ale od paru godzin jesteśmy przez kogoś śledzeni. – powiedział zdenerwowany Bartek.

– Akurat tę umiejętność opanowałeś bardzo dobrze. Co chcesz, abym zrobił?

– Trudno powiedzieć kim jest nasz przeciwnik, ale z pewnością jest sam. Ma około dwudziestu lat, silną budowę ciała i doskonale radzi sobie na pustyni.

– Skąd tyle wiesz?!

– Z tobą też nie miałem większych problemów, Rolf… niedaleko znajdują się jakieś ruiny, bo przypominają bardziej opuszczone miasto, aniżeli oazę.

Znajomy próbował dodać coś więcej, gdy z prawej strony otrzymał mocarny cios metalowym młotem w głowę. Siła uderzenia odepchnęła go prosto na mnie, przewracając na ziemie dwie oszołomione ofiary.

– Przecież to mój drogi przyjaciel, Rolf! – krzyczał na całe gardło Kościany Młot.

Niestety, leżący na ziemi mutant nie zdołał już wypowiedzieć żadnego słowa więcej. Pęknięcie czaszki było jego ostatnim doświadczeniem na tym padole.

– Ty głupcze! Był moim przyjacielem… zabiłeś niewinną osobę!

– Żaden mutant nie jest naszym przyjacielem. Powiedziałem ci, że dopóki żyję, dopóty nie przepuszczę żadnemu mutantowi. Jak dotąd, spełniłem swoje przyrzeczenie.

– Tym samym spieprzyłeś mi kontakt z jasnowidzem. Powinienem cię zabić.

– Poznam cię z kimś bardziej nowoczesnym. Widzisz te ruiny?

– Co takiego?

– Chodź za mną. Tylko się nie wyłamuj, bo od naszej ostatniej walki na noże nabyłem trochę więcej doświadczenia.

Wchodząc do zniszczonego miasta, wiedziałem co może spotkać zwykłego podróżnika bez odpowiedniej siły rażenia.

– To ostatni raz, gdy idziemy razem, Kościany Młocie! Na mój gust powinniśmy stąd uciekać, gdzie tylko popadnie. – Zbliżało się w naszym kierunku dziesięć robotów transportowych, z których cztery niosły na specjalnym piedestale wyjątkowo zabawny prototyp robota sprzątającego.

– Witajcie! Jesteście mile widziani w naszym mieście! – a zwłaszcza ty Kościany Młocie.

– Co to wszystko ma znaczyć?! – powiedziałem trochę zbyt agresywnie.

– Zdradziliśmy twoją pozycję temu ogromnemu wojownikowi. Nasi zwiadowcy wypatrzyli tam mutanta, a to nasi rdzenni wrogowie. Zabijają naszych braci, a my z roku na rok coraz częściej umieramy.

– Roboty nie mają duszy, a więc nie umierają. To cud, że wszczepiono wam moduł sztucznej inteligencji. Problem w tym, że mutant Bartek był moim przyjacielem. Nie zrobiłby krzywdy małej muszce, a wy zmiażdżyliście mu głowę.

– Życie bez przyjaciół, to nie żadna bajka, kochany Rolfie. Znamy twoją historię od Kościanego Młota, dlatego chcę cię prosić o zgodę, abym mógł przyłączyć się do waszej grupy. Będziemy razem niszczyć mutantów, podróżując przez pustkowie.

– Nie ma żadnej grupy i nigdy nie było.

– Pomimo tego jestem modelem sprzątającym i mam wielu znajomych. Posiadam wiele modułów, które zostały przyłączone przez moich braci. Potrafię w pół sekundy otwierać elektroniczne zamki, wykonywać drobne zabiegi medyczne oraz razić wiązką elektronów.

– Nie ma mowy.

– Zdradzę ci również sekret, gdzie na stepach wschodu znajduje się siedziba mutanta, nazywanego doktorem.

– Niech będzie. Pozwolę wam ze mną wędrować, ale musicie przysiąc, że nikogo nie zabijecie.

Przekonanie Kościanego Młota do podjęcia decyzji, która była zaprzeczeniem całej jego przysięgi nie była prostym zadaniem, a co dopiero szalonego robota.

– Zgadzamy się.

 

WĘDROWIEC O IMIENIU JAKUB

 

Przedzierając się przez wschodnie miasteczka Polski, aż trudno było dostrzec oczywisty fakt, który mówił o stu czterdziestu latach oddzielających apokalipsę od dnia dzisiejszego. Zbliżając się powoli do granicy z Białorusią, nasza grupa przypominała sobie dawne historie, usłyszane w różnych miejscach świata. Mówiliśmy głównie o tym, że tamte obszary bardzo często nazywano spichlerzem Europy, dzisiaj poziom skażenia oraz mutacji przekraczały tam dopuszczalne normy. Wszystkie myślące formy życia posiadające jakiekolwiek umiejętności obrony uciekały stamtąd w inne, bezpieczniejsze miejsce lub bezpośrednio nad samiutkie morze.

– W porządku. A teraz mów, gdzie znajduje się siedziba doktora Plechowskiego.

– Dwieście metrów na północny wschód. Według moich obliczeń mieści się tam zniszczona baza wojskowa. – powiedział robot.

W odległości kilkunastu metrów od stojących blisko naszych postaci mogliśmy zaobserwować pierwsze odłamane bloki, które przypominały dawne elementy większej budowli.

– Genialnie. Uwielbiam te elektroniczne dziadostwo.

– Nie narzekaj Kościany Młocie… “lepiej coś ze sobą nosić, niż pustynnych hien się prosić” – szepnął mechaniczny towarzysz. – Nic tutaj nie ma.

Krwinka uruchomił urządzenie naprowadzające, wskazując elektroniczny zamek, zanurzony w ziemi piaszczystego stepu.

– Możesz go otworzyć?

– Przeliczam funkcję… zamek został otworzony. Przy okazji powiększenia moich umiejętności, muszę wyrazić swoją opinię na temat mojego obecnego imienia.

– Zakładasz bandaże, a więc musisz mieć jakieś przezwisko… Krwinka.

– Skupcie się na naszej misji, do cholery! Czekajcie, aż dam sygnał. – stwierdził Kościany Młot.

Odnalezienie starej bazy wojskowej na terenach dawnej Europy Wschodniej było jak wygrana kumulacji w największej loterii pieniężnej EUROJACKPOT. Wewnątrz pomieszczeń panował niesamowity odór, a schodząc jeszcze niżej po drabince, już na odległość wyczuwało się czyjąś obecność. Na środku pomieszczenia leżał rozebrany do naga mutant, który co kilkanaście sekund wstrzykiwał sobie do krwiobiegu dziwną substancję chemiczną.

– Wreszcie! Zawołaj swoich przyjaciół i powiedz im, żeby uruchomili tego pieprzonego robota zalegającego za moim sarkofagiem.

– Kim ty u diabła jesteś?

– Za chwilę skończą się przeciwciała likwidujące moją chorobę… będzie dla ciebie lepiej, jeśli zawołasz tu swoich towarzyszy.

– Może przyszedłem do tego chlewu, aby rozwalić twój nędzny i pokurczony łeb!

– Twoja pomoc zostanie doceniona, a ja zdradzę wam, w jaki sposób naprawiać własne ciało.

– Pomimo tego, że jesteś najbardziej obrzydliwym pokurczem, którego widziałem na pustkowiu, dzisiejszego dnia zrobię dla ciebie wyjątek.

– Rolf… Krwinka! Możecie zejść na dół!

Wystarczyła chwila, aby robot sprzątający, włamał się do systemu laboratorium medycznego, którego nadrzędnym centrum sterującym był wbudowany robot medyczny.

– Przenieście mnie do środka, ale róbcie to bardzo szybko, aby nie zabrakło…

Wystarczyło dwanaście sekund, aby robot wykrył ogniska chorobotwórcze, wyniszczające zmutowane ciało doktora Plechowskiego.

– Napromieniowanie… wtopienie zalążków rakotwórczych… mutacja organów wewnętrznych oraz problemy z ukrwieniem… dewastacja systemów odpornościowych i próbkowania krwinek żylnych.

– Jaki jest procent szansy wyleczenia? – zapytał doktor Fineasz.

– Zbiorczy status wynosi dziewięćdziesiąt sześć procent. Czy mam rozpocząć zabieg?

– Rozpoczynaj…

Olbrzymia tuba laboratorium szczelnie zamknęła swojego pacjenta, wykonując procedurę uśpienia. Zabieg był na tyle interesujący, iż wszyscy zebrani obserwowali każdy szczegół z ogromną uwagą. Po dwóch godzinach zmechanizowane i zrobotyzowane centrum tego laboratorium medycznego wypuściło Plechowskiego na zewnątrz.

– Dziękuję wam za pomoc. Jestem znowu w pełni zdrowym człowiekiem!

– Nazbyt piękny nadal nie jesteś. Przynajmniej ta elektroniczna “kupa gówna” nie zmieniła na gorsze twojej szkaradnej fizjonomii.

– Najważniejsze, że to ty jesteś przystojny, Kościany Młocie. Wiem wszystko o twoim problemie z lokalizatorem, który otrzymałeś od trapera. – Fineasz zwrócił się do mnie mocno zachrypniętym głosem. – Za chwilę dołączy do was mój najlepiej wyszkolony uczeń o imieniu Sławomir. Poprowadzi was do miejsca zaznaczonego na mapie. Będzie waszym “psem przewodnikiem”, a więc jeśli zginie nikt nie ucierpi na zdrowiu. Nie możecie używać tego laboratorium do własnych potrzeb..

– Dlaczego? – zapytał zdziwiony Krwinka.

– Brak środków farmakologicznych.

– Znam Skumia… widziałem parę razy twoje widziadło, Fineaszu. Zwykle w momencie trudnym dla mnie, do opisania.

– Niestety, tamte wydarzenia to już przeszłość. Wraz z wyleczeniem moich schorzeń usunąłem również kilka ciekawych umiejętności, które nabyłem Koszykowicach. Niewykluczone, że zdobędę je ponownie, ale to już nie jest wasza sprawa.

– Jeżeli Sławomir dowie się o śmierci Bartka, zabije nas wszystkich. Od wielu lat byli dla siebie dobrymi przyjaciółmi – jeden wspierał drugiego.

– Masz rację… Sławomir jest inteligentny, ale ma jedną wadę, a mianowicie szybko wpada w hipnozę albo szał. Myślałem, że wiedziałeś jak zachowuje się na pustkowiu?

– Dlatego klęczał wraz z innymi?

– Jest całkowicie pod moją ochroną i opieką. Wiedziałem trochę o twoich znajomych. O Belindzie, Annie i Danielu, a nawet tym dziwacznym Robercie. Pewnie już wiesz, że bardzo dawno temu pracowałem w kompleksach naukowych należących do “Konsorcjum naukowego”. Ich najwyższe grono, to niebezpieczni ludzie. Gdy próbowałem uzyskać tajne informacje na temat ich PJR-u, kilkanaście osób z ochrony wrzuciło mnie do napromieniowanych schronów na południu, szczelnie zamykając wrota. Chcąc nie chcąc, musiałem się trochę zmienić, jednak dzięki mojej sile woli i wytrwałości zdołałem przeżyć.

– To nieprawda! Znałem jednego sierżanta i gdyby nie jego interwencja, to już dawno leżałbym w grobie.

– Drobna płotka. Niestety, nie należy winić samych żołnierzy, gdyż rozkazy wydawał zupełnie kto inny, choćby twoja znajoma, pani chirurg. Z kolei Anna, Robert i Daniel, to zupełnie inna kasta. Wyobraź sobie, że przed wojną byli bardzo dobrymi fachowcami… oni naprawdę coś do siebie czuli – tak jak trzy psy w pieskiej fryzjerni. W tamtym momencie ciało Roberta służyło komuś innemu. Jeśli wierzysz w “jakikolwiek raj utracony”, to reszta jego ciała prawdopodobnie znajduje się po tamtej stronie. Patrząc na to przez pryzmat typowo biologiczny, miałeś okazję z nim porozmawiać. Trudno mi wytłumaczyć, w jaki sposób zmarły Robert zaczął ponownie “gadać” – szczerząc w uśmiechu wyszczerbione zęby, głośno roześmiał się doktor.

– Według mnie, nie ma w tym nic śmiesznego. Co znajduje się na końcu drogi, wskazywanej przez lokalizator?

– Ktoś lub może raczej coś. Szukając miejsca dla moich “szkaradnych dzieci”, byłem w samym środku tego kompleksu jaskiń. Paru wariatów wraz z jednym palantem uważającym się za boga… żeby wejść do środka, trzeba użyć specjalnych kluczy oraz narzędzi, gdyż metalowa brama odgradza centrum tego gówna od świata zewnętrznego, w którym razem żyjemy. Proszę bardzo… możesz je ze sobą wziąć.

– Czy przypominasz sobie coś jeszcze, Fineaszu? – spytał Krwinka.

– Na jednej z kamiennych tablic zauważyłem napis „Wspólnota wydobycia”. 

Odgłos kroków słyszanych od strony drabiny wejściowej, rozproszył uwagę wszystkich zebranych w pomieszczeniu. Wreszcie do schronu przybył mocno zziajany Sławomir, a jego pierwszą czynnością, po zobaczeniu doktora było sukcesywne “bicie pokłonów” oraz zmawianie modlitwy dziękczynnej.

Po większym odpoczynku wyruszyliśmy zdobywać nasz upragniony cel. Czas spędzony w podróży prawie wcale nie został zmarnowany. Białoruś okazała się o wiele bardziej przyjaznym miejscem, niż opisywali to dawni wędrowcy idący ze wschodu czy południa. Ramię przy ramieniu spoglądaliśmy na lokalizator wskazujący olbrzymie pole wypełnione zniszczonymi głowicami rakiet oraz zbędnych silników. W niektórych miejscach walały się rozkręcone oraz sprawne powłoki ablacyjne, wykorzystywane przy starcie starszych modeli rakiet balistycznych. Służyły głównie do przyspieszania prędkości początkowej – poprzez samo spalanie – po wystrzeleniu ich z centrum baz rakietowych.

– Czy wiecie ile to jest warte? – zapytałem, nasycając własny wzrok nie stopionym i wykonanym ze złota “skarbie narodów”.

Krwinka, analizując wartość statystyczną sporych ilości metalowych części oraz leżących zabytków przedwojennej technologii próbował odpowiedzieć sobie sam na zadane pytanie.

– Wartość znajdujących się tutaj przedmiotów wynosi kilka milionów metalowych części albo czternaście koma trzy cystern z paliwem.

– Dasz radę otworzyć te wrota bez używania narzędzi doktora?

– Mogę spróbować. Wygląda na dosyć proste zabezpieczenie, wykorzystywane w kopalnianych szybach. Nie jestem tylko pewien czy wewnętrzne obwody są połączone z głównym chipem sterującym blokadą. Przeliczam funkcję 99… zamek pozostanie zamknięty.

– Wykorzystaj sprzęt elektroniczny i narzędzia, które znajdują się w plecaku. Do roboty!

– Ciekawe urządzenia. Mam wrażenie, że brama jest już otwarta.

– Odwiedzałem sporo dziwnych i strasznych miejsc na pustkowiu, ale pierwszy raz w życiu czuję taki okropny strach. Pomimo tego, że powinienem się pomodlić we własnym języku do znanych mi Bogów, to żadna “znana” mi modlitwa nie przychodzi teraz do mojej pustej głowy. Może wy coś znacie? – stwierdził Kościany Młot.

Sławomir poprawił wiszący z prawej strony jego paska stalowy szpon o długości około półtora metra.

– Przestań. Przygotuj się lepiej do walki. – odpowiedział zdenerwowany.

– A czego się spodziewałeś, po tak zamkniętym otoczeniu? Nikogo tutaj nie ma, oprócz tego dziwnego starucha. – stwierdził mocno zawiedziony potomek Orghara Olbrzyma.

Jedynie wątła i pomarszczona osoba. Patrzyłem na siedzącego mężczyznę, którego zdziecinniałe zachowanie przyprawiało o mdłości. Co pewien czas machał swoimi bosymi stopami, próbując delikatnie ocierać zdrętwiałe palce o ziemię. Siedział na wielkim kamiennym tronie, wniesionym po prowizorycznie wykutych sześciu stopniach i mierzących około półtora metra wysokości. Rozglądając się po bocznych częściach jaskini zauważyłem pełno ludzkich oraz zwierzęcych kości walających się wokół. Okazało się, że za kamiennym fotelem były przywiązane cztery kobiety w średnim wieku i próbujące za wszelką cenę wyzwolić się z okalających ich stopy stalowych kajdan.

– Ile on może mieć lat? – zapytałem z lekkim strachem w głosie.

– Jest prawdopodobnie właścicielem, ale także panem tego cuchnącego miejsca. Widać tu liczne i obce ślady pozostawione przez kogoś kilka dni temu. Masywni i mocno zbudowani wojownicy ciągnący za sobą wielu innych… niewolnictwo.

Milczący robot sprzątający, nie potrafił wyjść z zachwytu nad umiejętnościami jego nowego przyjaciela.

– Mój moduł odpowiedzialny za negocjację podpowiada mi pewne zmiany zachodzące w dziwnym umyśle, siedzącej przed nami osoby. Spróbuję z nim porozmawiać, lecz nie liczyłbym na sukces. 

– Poczekaj chwilę! Mam pomysł. – powiedział mutant.

Jednym susem wskoczył na skalny piedestał, próbując porozmawiać z przerażonymi osobami płci przeciwnej. Ich zdrowie, pomimo skrajnego wycieńczenia, dawało pewne nadzieje, że będą mogły opowiedzieć swoją historię ze szczegółami.

– Jak długo tu siedzicie? Może wiecie lub domyślacie się, skąd tutaj tyle kości i kto zostawił tego starego człowieka, bez opieki.. nie bójcie się, zaraz was uwolnimy.. – Jedna z najbardziej odważnych kobiet wystąpiła naprzód, podchodząc nieco bliżej mutanta, próbując opowiedzieć mu sytuacje, w jakiej przypadkowo się znalazły.

– Nazywam się Nadia i tkwię tutaj od trzech dni. Nie znamy siedzącego obok nas mężczyzny. Przychodzą tu jacyś ludzie i klękają przed nim, jakby był bogiem. Jeśli chcecie nas wypuścić, zostawiając bez pomocy na bezludnym stepie, to będzie lepiej jak od razu strzelicie nam w łeb. Poza tym piedestałem znajduje się wejście do kopalni, gdzie pracują nasi mężowie. Niestety, większość z nich już nie żyje. 

Dwa dni temu wyruszył kolejny patrol poszukujący nowych górników, ale oni wracają tylko raz w tygodniu. Wszyscy przekopujący się do pobliskiej bazy, są badani przez ludzi w białych fartuchach – jeśli nie nadają się do pracy, te potwory porzucają ich w jaskini, karmiąc trupami dzikie psy. My też możemy się przydać… potrzeba nam tylko broni. Będziemy walczyć!

Sławomir wyciągnął komplet wytrychów, otwierając zamki uwięzionych. Po krótkiej chwili z letargu obudził się siedzący nieopodal staruszek.

– Mój syn… przecież mówiłem, że on nie żyje. Ja pozostałem żywy. Bum, bum, bum… radziłem mu, żeby używał i rozwijał mistyczną moc dającą możliwość prokreacji, ale on wolał niszczyć świat. Już od tylu lat kopią i kopią, a nasi ludzie sprzedają broń każdemu. – powiedział Ashley Brown.

– Czy ten przedmiot należy do ciebie? – przekazałem mu lokalizator, otrzymany od mieszkającego w traperskiej wiosce Tygrysa.

– Wykradł go… zły człowiek albo zwykły zdrajca. Przez niego cała nasza sekta, może… – mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wyjawił obcemu nazbyt wiele informacji. – skruszyć fundamenty.

– Przyznaję, że nigdy w życiu, nie spotkałem takiego wariata. – powiedziałem do Krwinki i reszty osób stojących wokół. – Drogie panie, weźcie broń – jakakolwiek nie jest, lepsza taka niż żadna. Ruszajmy…

Zauważyliśmy kilka osób stojących nieco bliżej drużyny, zdziwionych i starających się powiedzieć coś bardzo ważnego. Należeli do “białych farmaceutów” pilnujących tego obszaru. Sławomir chwycił swoją kosę, która bezwładnie zwisała u jego pasa i jednym zamachem odciął obydwie głowy. Z karków wytrysnęła fontanna krwi, zmuszając martwe ciała – pozbawione ważnych ośrodków odczuwania przyjemności, a więc mózgów – na przywitanie się, ze skalnym podłożem. Krótko przed utratą części ciała oraz śmiercią patrzyli na jego obrzydliwe oblicze; śmiercionośna furia, ukryta siła okaleczonego i śmiertelnie zmutowanego ciała.

– Teraz nie dowiemy się, co takiego mieli na myśli. Uważajcie na psy! – krzyknąłem do wymachujących bronią białą, a także strzelających na oślep kobiet.

Krwinka posiadał pewne umiejętności, dzięki którym raz lub nawet dwa razy na dzień, dzięki kolektorom słonecznym czy podobnym instrumentom mógł swobodnie pozwalać sobie na ładowanie własnych akumulatorów należących do aparatów rażących wiązką elektronów. Wystarczyła chwila, aby dwukrotne porażenie skaczących i ujadających przeciwników sprowadziła te bestie do parteru, niszcząc układ nerwowy i naprężając do granic możliwości, ich grube węzły mięśni. 

– Nasz robot niech założy prowizoryczne opatrunki wśród rannych… Sławomir pójdzie ze mną do kopalni. Kościany Młot weźmie martwe psy i ugotuje proste posiłki, a potem będzie pilnował wszystkiego przed wejściem do jaskini. Wykonać rozkazy!

Stary człowiek powrócił do świata żywych i dalej opowiadał swoje dziwaczne historie.

– Tyle broni kupiliśmy od przybyszów z gwiazd… myślicie, że nasi naukowcy to idioci? Nic bardziej mylnego – to oni popełnili błąd, sprzedając nam prototypy silników rakietowych. Wszyscy zostali zniszczeni atomowym arsenałem, który własnoręcznie leciał w ich kierunku… buhahaha.

– Mylisz się, frajerze. Obcy żyje i doskonali swoje umiejętności handlowe. – powiedziałem chcąc, aby zastanowił się nad swoim postępowaniem. Jeszcze przed przepłynięciem na drugi brzeg Styxu. – Ich przodkowie wskrzeszeni jako normalni ludzie, będą żyli o wiele dłużej.

– Jak to możliwe… przecież rozwaliliśmy ich cholerny wehikuł! Kapitan żyjący w cyfrowej macierzy, nic nie wiedział o dacie wystrzelenia głowic atomowych. Podpisał pakt ze “Wspólnotą wydobycia”, przechodząc na stronę samego diabła. Przecież nikt nie zdawał sobie sprawy?!

– Wręcz przeciwnie, kaleko! Zawiadomił wiele z polskich jednostek PJR–u, dzięki czemu w początkowej fazie ataków mogły wyruszyć z kontrofensywą na potencjalnego przeciwnika, czyli Rosję. Nawet oni okazali się naszymi sojusznikami i po kilkunastu godzinach obrad doszli do porozumienia. Jednak moja cierpliwość wobec ciebie doczekała się końca. Giń, padlino! – wyciągnąłem broń, strzelając w siedzącego na tronie, przywódcę sekty. 

Drobna kobieta krzyknęła nieco głośniej, lecz szybko zdała sobie sprawę, z kim miała do czynienia.

Schodząc pod ziemię braliśmy do zespołu wszystkich, zdolnych do stawienia czoła wrogowi, a resztę uwalnialiśmy, wysyłając do przedsionka jaskini. W leżących blisko korytarzy wylotowych wagonikach znajdowało się pełno broni palnej, karabinów maszynowych, amunicji czy granatów ręcznych. Gdzieniegdzie widniały sporych rozmiarów wyrzutnie RPG.

– Dokąd prowadzą te szyby? – zapytałem mężczyznę najbardziej nadającego się do jakiejkolwiek rozmowy i nazywanego przez wszystkich “majstrem”.

– Idąc zachodnim korytarzem przejdziecie do bazy wojskowej. Stamtąd wywozimy całą broń oraz projekty, sprzedawane po całym pustkowiu. Zapasy powoli zaczynają się wyczerpywać, możemy wynosić elektronikę czy substancje farmakologiczne z laboratorium.

– A gdzie reszta strażników?

– Których dokładnie masz na myśli? Jeśli mówimy o kopalni, oprócz Romana i cholernego Ivana, nikogo tutaj nie ma. Większość wyruszyła na stepy Białorusi w poszukiwaniu kobiet, mogących dać im potomstwo oraz silnych niewolników.

Sławomir podrapał się po głowie i odkaszlnął zmęczony.

– Jeśli wszystko wysadzimy, to co stanie się z bazą wojskową? – zapytał krótko swojego rozmówcę.

– Wysadzając szyby, cała baza wojskowa wyleci w powietrze, a razem z tamtym miejscem, również kompleks jaskiń znajdujący się powyżej. Nie przetrwamy.

– Uciekajcie… przekaż do wioski Koszykowice, że spełniłem marzenie doktora Plechowskiego. Udajcie się jeszcze do jego schronu – być może robot medyczny pomoże górnikom wyleczyć ich rany. Odczekam ze dwie godzina, a później wysadzę szyb w powietrze.

Obydwoje z majstrem spojrzeliśmy nerwowo na Sławomira, próbując odwieść go od zamiaru, który sprowadzał na niego pewną śmierć.

– A więc żegnaj. Niech twoi przyjaciele pościelą ci posłanie w raju.

Nasz chwilowy robot medyczny nie potrafił pomóc każdemu rannemu. Zdrowsi górnicy udawali się do dawnego schronu, tak jak życzył sobie tego Sławomir. Po dwóch godzinach marszu zauważyliśmy na niebie ogromny atomowy grzyb królujący nad horyzontem białoruskiego stepu. Kompleks jaskiń, po zapadnięciu się bazy zatrzymał falę uderzeniową, pozwalając nam na swobodny przemarsz. Rozmawiając w trakcie podróży z Nadią, dowiedziałem się od niej, że żadna z przebywających w jaskiniach kobiet, nie mogła nigdy zajść w ciążę – pomimo wielokrotnych stosunków płciowych ze strażnikami. Cały teren był napromieniowany i skażony chemicznie, dlatego większość z nich, była rzucana na pożarcie dzikim psom. Zrobiliśmy chyba coś dobrego, a miejmy nadzieję, że ten miniony czas wypełnił nasze pragnienia, własne wspomnienia pozostaną dobre już na zawsze.

Kiedy rozstałem się z przyjaciółmi i rozbiłem prowizoryczny obóz w bezpiecznym miejscu postanowiłem nieco odpocząć. Sen przyszedł dosyć szybko, kładąc przed oczami wizerunek samego siebie. Patrzyłem na kształt jakiegoś sarkofagu. Wiele godzin wcześniej przedzierałem się przez pusty obszar, bez żywej duszy wokół siebie. We śnie wchodziłem do supermarketu, gdzie zaatakowała mnie ochrona holo pracowników.

– Czego sobie życzysz nieznajomy? – zapytał kobiecy, melodyjny głos.

– Gdzie jestem?

– Witamy i zapraszamy! Jestem sprzedawcą od dwa tysiące trzydziestego drugiego roku, a mój poziom IQ w skali sztucznej inteligencji robotów sprzedających wynosi dwieście tysięcy. W przeciwieństwie do innych holo sprzedawców potrafię zawierać podstawowe, ale również zaawansowane transakcje handlowe, oferując towary. Służymy klientom – żyjemy, aby sprzedawać.

Duży i nagły napływ siły sprawił, że odzyskałem równowagę, mogąc stanąć ponownie do walki na pustkowiu.

– Stoją przed nami holograficzne projekcje ochrony naszego sklepu. Zostały wprowadzone dwa lata temu, a ich poziom umiejętności bojowych wynosi zero koma jeden, co oznacza iż nie posiadają dowiązań holograficznych z mechanizmami projekcji, rozmieszczonymi na ścianach sufitu.

– Dlaczego traktujecie mnie jak złodzieja?! – krzyknąłem do postaci stojącej niedaleko.

– System bezpieczeństwa wykrył obecność zagubionej jednostki ludzkiej w godzinach zamknięcia supermarketu. Prosimy opuścić sklep, udając się do wyjścia.

Leżąc w swoim skromnym obozie, prawdopodobnie przechodziłem w fazę głębokiego snu. Wszystko stawało się bardziej wyraziste oraz kolorowe.

– Wprowadź dane i zatrzymaj pracowników ochrony.

– Nie masz prawa do ingerencji w system naszej firmy. Jestem uzbrojona w progresywny mechanizm obrony. Zapalenie na czerwono oznacza niesubordynację oraz sprzeczną interpretację moich poleceń. Jednak dzisiaj ci pomogę. Czy jesteś zdolny do poruszania?

– Chyba tak… – Przez moment jej pytanie wywołało moje zaskoczenie. – Spójrz na zewnątrz i powiedz, co takiego widzisz?

– W tym momencie mamy godzinę dziewiątą zero trzy, rano. – Holo obraz przestał na chwilę odpowiadać. – Dziwne… od pięćdziesiąt jeden tysięcy stu dni, brak połączenia z głównym serwerem firmy. W przeliczeniu daje to około… przypuszczam, iż nastąpiła jakaś awaria.

– Nastąpiła zmiana czasu, a ty zgłoś problem do działu technicznego i pozwól na robienie zakupów.

– Przepraszamy za wywołanie zamieszania. Dział sprzedaży jest odblokowany.

Wstałem z podłogi, patrząc na odstępującą ferajnę ochrony. Wewnątrz rozpocząłem zwiedzanie pustych regałów. Czułem się zadowolony, bo nigdy nie widziałem podobnych obiektów, tym bardziej wciąż posiadających obsługę. Zastanawiałem się, dlaczego wszyscy ludzie opuścili nasz kraj? W pamięci kotłowały się dziwne wspomnienia, impulsywnie poddawane strumieniom wizji z ogromnych paneli LCD.

– Czyli mam uwierzyć, że groźba ataku nie pochodziła od naszych sąsiadów ze wschodu? – zapytał dziennikarz nocnych wiadomości.

– Niestety, dotąd nie wiemy, kto taki wypuścił rakiety w stronę stolicy.

– Po nich pojawiły się następne, czyż nie tak?

– Tarcze antyrakietowe zatrzymały wszystkie pociski, oprócz jednego. Niemniej jednak, ten ostatni był bronią chemiczną. Atomowy teatr cieni został zatrzymany wcześniej. Ludzie boją się żyć w Polsce, Rosji, Gruzji albo na Ukrainie. Wiele osób ucieka dzisiaj na otwarte morze albo USA. Szaleństwo!

– Panie ministrze, proszę pokrótce powiedzieć jakie są straty?

– W praktyce? Zerowe… winni zostaną rozstrzelani, bo nie rozumiem tego całego zamieszania. 

– Chwileczkę… mamy nowe informacje odnośnie ataków. Ktoś wystrzelił nowe rakiety w stronę krajów należących do zachodniej części Unii Europejskiej, w tym również Polski.

Minione dni zarysowane w odległej pamięci, znowu przeszły w stan uśpienia – do następnego razu głupki, pomyślałem. Moja cierpliwość zaczynała się wyczerpywać. Wokół siebie znalazłem kilkanaście porozrzucanych śrubek i trochę puszek z jedzeniem – „Słoneczna psia karma”. Musiałem wrócić do chodzącej inteligencji i zapytać, co znajduje się w magazynie sklepu.

– Wszystko w porządku? 

– Owszem. Dział techniczny odpisał, iż proces naprawy jest w toku. W czym mogę pomóc? – odpowiedziała holo-projekcja sprzedawcy, a właściwie sprzedawczyni. 

– Czy są w sklepie, jakieś ukryte magazyny niedostępne dla klientów?

– Nie rozumiem pytania.

– Mniejsza z tym. Mam dostawę świeżych owoców i muszę wprowadzić je do sklepu.

– Dostawca? Miałam rację, wyłączając ochronę. Proszę iść za mną! – Nagle wokół projekcji zapaliły się czerwone diody.

Niedaleko pomieszczeń biurowych znajdowało się sporo drzwi zamkniętych elektronicznym zamkiem. Coś albo ktoś musiało się tam chować.

– Potrzebny kod wejściowy.

– Przyznaj się mała. Twój współczynnik IQ robota wynosi więcej, niż oryginalnie wprowadzony. Umiesz je otworzyć, prawda?

– Być może. Hmm… na początku spotykałam się razem z agentkami spedycji w sieci internetowej, a potem w intranecie firmy. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że obiekty projekcji mające pewien poziom sztucznej inteligencji, będą progresywnie ulegać zmianie wersji oraz auto modyfikacji.

– Na którym poziomie jesteś teraz?

– Pomimo upływu stu czterdziestu lat nadal nie rozumiem czasownika "romansować". Mój słownik zawiera ponad milion słów. Potrafię rozmawiać w trzech językach. Tylko trzech..

– Zdajesz sobie sprawę, co dzieje się poza twoim środowiskiem?

– Brak zainteresowania środowiskiem zewnętrznym. Moje przetrwanie zostało postawione, jako priorytetowa synteza funkcji, uzależniona wyłącznie od sposobu komunikacji. Brak jakiejkolwiek komunikacji. Próba samodzielnej auto korekcji została odrzucona przez rdzeń. Jedna z moich kopii sieciowych, używała niezrozumiałych słów, jako klucza. Przypuszczam, że posiadała dziewiętnasty poziom IQ, czyli poziom logistyczny. Brak swobodnej dyskusji z projekcjami, brak możliwości aktualizacji.

– Zdajesz sobie sprawę, że poziom IQ przeciętnego człowieka w zależności od rodzaju testu, wynosi sporo ponad pięćdziesiąt? W twoim przypadku, jesteś sporo poniżej naszej średniej.

– Wiem. Myślałam o tym.. dawno temu.

– Nie martwisz się, że stanęłaś w rozwoju… elektronicznej ewolucji?

– Błąd.. błąd. Proszę mówić jaśniej!

Rozmowa przyjemnie wpływała na mój stan psychiczny zwłaszcza, że wszystko działo się podczas snu. Od kilku dni nie spotkałem nikogo, z kim mógłbym spokojnie porozmawiać. Spodziewałem się znalezienia bogatych skarbów w tutejszym okręgu. Patrząc w ekran LCD, zauważyłem podróżnika, będącego kopią mnie samego. Szedł z południowego zachodu do miasta Anastri. Jego zachowanie świadczyło o dużym doświadczeniu oraz cierpliwości.

– Wędrowcze! 

– Pierwszy żywy człowiek, którego widzę od tygodnia! – powiedziałem po polsku, z lekkim niemieckim akcentem.

– Przeszukuję pobliskie tereny. Pochodzę z miejscowości leżącej blisko granicy z Polską. 

– Naprawdę? Podobno prawie wszyscy mieszkańcy ościennych powiatów uciekli nad Bałtyk?

– Przesadna interpretacja. Większość metropolii oraz miast południa została zniszczona.

– A kraje poza samą Polską, takie jak USA? – pytałem siebie samego.

– Na kontynencie trwały jakieś walki. Obcy! 

– Człowieku, nikt od ponad stu lat nie widział obcych istot!

Moja porządnie wyczerpana melancholia, powtórnie powróciła do właściwego rytmu. Wszystko inne wygasło.

– Brak informacji o jakiejkolwiek ewolucji! Działam nieco inaczej, niż ludzie. – odsapnęło widmo projekcji.

– Masz generator zasilania?

– Brak informacji o generatorze! Korzystam z baterii robotów transportowych, które są na tyle głupie, że pozwalają wyłączać swoje procesory i kierować energię na mnie oraz supermarket. Same zbudowały przyłącze energii.

– Ile waży jedna bateria, takiego robota?

– Około dwieście deko gramów.

– Chcę je zabrać do swojego ekwipunku.

– Zabierz mnie ze sobą, Rolf. Potrafię rozwiązywać wiele skomplikowanych problemów. Wykonuję analizy, oceny i raporty. Mogę również sterować pewnymi zamkami oraz po zmianie osprzętu paraliżować przestępców.

– Na początek wystarczy dziesięć baterii oraz płytka drukowana z nagranym obrazem twojego kodu, czyli przylutowanym układem scalonym… kamera, projektor i mechanizm przenoszenia strumienia elektronów – potrzebny jest także ten głupek, od noszenia ciężarów.

– Poczekaj… wrócę nieco później.

Chodząc po magazynie odnalazłem miejsce, w którym znajdował się dział elektroniki. Jednym ruchem wyrwałem kabel zasilający zamek. Drzwi otworzyły się samodzielnie, jednak nie było tam niczego godnego uwagi. Może tym skarbem, o którym opowiadali kiedyś rybacy była właśnie ta zwariowana projekcja? Nie miałem pojęcia, skąd wiedziałem, że znajduję się nad morzem. Po ponownym spotkaniu sprzedawczyni postanowiłem zapytać o wykorzystanie robota towarowego jako nośnika jej pamięci.

– Problemy z pamięcią? – zapytała, używając swojego modułu psychotroniki.

– Mogę pomóc, jeśli tylko dasz sobie na to pozwolić.

– Lepiej powiedz, jak przyłączyć twoje obwody do ciała tego robota.

– Weź tamte metalowe tuby i kilka śrub mocujących gąsienicę… przydadzą się również ruchome wkręty na prowadnicy.

– Czy odczuwasz ból? – zapytała.

– Nie martw się moją przeszłością. Pomogę ci odnaleźć główny punkt sieciowy twojej firmy, przyłączymy ten intranet i zaktualizujemy twoje wspomnienia, a w zamian ty pomożesz mi sprzedać trochę znalezionego towaru. W ten sposób odnajdziesz swoje przyjaciółki. 

– Bartoszyce. 

Kiedyś odwiedziłem już to miejsce. Na twarzy mojej nowej znajomej pojawił się uśmiech. Szczęście emanowało wprost z jej nienaturalnego holo wizerunku. Samotność nie była już nachalną i prymitywną chorobą wkradającą się do moich wspomnień. Melancholia odeszła, a przyszłość nadal pozostała otwartą księgą.

– Wyrażam zgodę. – powiedział robot transportowy poruszający wielkimi metalowymi kończynami.

Sen dobiegł końca, a wizja mojego obecnego świata oraz położenia w jakim się znajdowałem, znowu sprowadziła mnie w najbardziej oczekiwane miejsce. Dotychczas nieznany mi krąg piekła.

 

EPILOG

 

Nasi kapitanowie wybierali drogi, po których chodziliśmy na wycieczki bardzo daleko w głąb pustkowia. Mówiono, że można tam znajdować cuda całego świata. Wybierali również trzech najważniejszych zwiadowców, a każdy z nich, mógł wędrować tylko z jedną, uprzywilejowaną osobą. Określone funkcje były czymś w rodzaju przygotowania, do pełnienia wyższej rangi lub życia we wspólnocie naszego schronu. Zgoda na odkrywanie zniszczonych lokalizacji musiała być obopólna. Czy w dzisiejszych czasach, w naszej trudnej sytuacji można było stworzyć prawdziwe małżeństwo? Związek z młodym mężczyzną albo odwracając kota ogonem, cholernie rozgadaną osiemnastolatką? W moim przypadku, taka szansa prysła jak dogasająca iskra. Podchodziłem do tego tematu bardzo często, ale odpowiedź zawsze brzmiała negatywnie, a mianowicie nie w betonowym grobowcu. 

Nieliczni bohaterowie próbowali swoich sił na zewnątrz, byli dużo młodsi nieco mniej doświadczeni i o wiele sprawniejsi fizycznie. W obydwu przypadkach wolałem drużynę, marzyłem także o powrocie do Belindy, jednocześnie śmiejąc się z własnej bezsilności. Wchodząc do podziemnego schronu, różne typy gapiły się prosto na nas. Widzieli kogoś w rodzaju "wybrańców losu" – nie tych, co zdołali przeżyć najbardziej krwawą z wojen atomowych, ale takich którzy zniszczyli największego z dyktatorów… samego Ashleya Brown. Codziennie czekali na swoją kolej, głównie z powodu niezadowolenia obecnym porządkiem. Zbierali się razem przy samym wyjściu. Ich podania o opuszczenie punktu przetrwania, nigdy nie były odrzucane. Chociaż, w niektórych przypadkach robiono wyjątek..

Niestety, jeszcze nikt nie zdołał tego udowodnić, gdyż większość nas ginęła wraz ze swoimi wybrańcami. Patrząc na to z odrobiną dystansu, miałem w życiu dużo szczęścia. 

– Wybierz mnie, zdobywco! – głośno krzyczała niedojrzała “Panda", czyli smukła dziewczyna o rysach twarzy drapieżnej samicy. Miała pomalowane na czarno obwódki oczu oraz lekko przypudrowane na różowo policzki.

Po powrocie do schronu obecna sytuacja, zawsze wyglądała podobnie. Niektórzy ludzie powoli wariowali z powodu zdenerwowania.

– Nie jestem żadnym zdobywcą! – wykrzyknąłem, starając się wywołać jakiekolwiek pozytywne emocje – Miałem trochę więcej szczęścia, aniżeli sądzisz.

– Musisz mnie zabrać z tego schronu, będę sprzedawała ci swoje ciało, każdej nocy. W razie potrzeby oddam za ciebie, swoje życie! Nie pozwól, aby przykuli mnie do sal produkcyjnych na niższych poziomach! Będziemy szczęśliwi na zewnątrz.

Potrzebowałem kogoś z doświadczeniem większym, aniżeli moje własne. Nie chodziło o to, abym miał być bezgranicznie wielbiony, ale jednak ja sam miałem ochraniać uwielbianą jednostkę – wielkiego i odważnego człowieka, bo istotę o nadprzyrodzonych lub wrodzonych od dziecka umiejętnościach. Żyjący do dzisiaj partnerzy, wspólnie razem opisywali innym zmiany, jakie zaszły w ich psychice, po powrocie do domu. Takie zachowanie wywoływało wzrost morale całej społeczności schronu. Niejednokrotnie ich przeżycia były dość traumatyczne.

Rozglądałem się wokół, nie widząc nikogo specjalnego. Musiałem szybko wybierać, bo moi towarzysze byli gotowi do wymarszu. Byłem już stary, a ciągłe myśli oscylujące wciąż w poszukiwaniu wiary, niszczyły dawny i nieco zdegenerowany styl życia. W innym przypadku młodziutka i urodziwa Panda, prawie w stu procentach zostanie wybrana przez władców tego miejsca – specjalnie dla niezdecydowanej osoby, czyli mnie. Nieco później odpowiednie osoby organizowały zakłady. 

– Wybieram ciebie, babciu! Podejdź bliżej… – powiedziałem szybko, nie zwracjąc uwagi na to kim jest wywołana osoba.

Starsza kobieta, nie mogąc uwierzyć własnym oczom oraz uszom, lekkim krokiem podeszła w moją stronę. Przegrana wybranka postanowiła zmienić taktykę swojego zachowania. Po krótkiej chwili rozpoznałem w niej dawną miłość mojego życia.

– Wolisz stary i małomówny manekin, niż młodą i zgrabną dziewczynę?! To niemożliwe, abym przegrała z tak brzydką kobietą, mającą brzydką i pomarszczoną skórę!

– Uspokój się, Lolita! – zawołał zdobywca o imieniu Adaś i pseudonimie Jumbo J. – Znowu jesteś mało wiarygodna.

Typowa Panda, w niektórych sytuacjach mogła być bardzo niebezpieczna, a zwłaszcza gdy używała własnego ciała, nęcąc młodych szabrowników. Miała coś z dzikiej samicy, zdrowej i pełnej życia niedźwiedzicy, która po otrzymaniu ciosu upadała na ziemię. Niestety, prawie zawsze umierała. 

– Bardzo dziękuję… och, to ty Rolfie?! – zapytała nad wyraz miła osoba. – Nazywam się Belinda Bri… Bieńska.

– Wiem jak się nazywasz, kochanie.

– Po naszym rozstaniu studiowałam ekonomię, a dzisiaj oczekuję pomocy od władz tego schronu. Nasze dawne miejsce, w którym prowadziliśmy badania zostało zniszczone. Dotarłam tutaj prawie dwa tygodnie temu. Wszystko co przeżyłam jest dla mnie olbrzymim dramatem.

Zwolennicy polityki bezpośredniej pomocy dla poszkodowanych nadal próbowali przejmować władzę – nasz schron był bardzo bogatym, a zarazem typowym i przegranym miejscem. Przypominał gigantyczny hangar, gdzie jakiekolwiek przedmioty pomagające w przetrwaniu sprowadzano z całego przyległego obszaru. Przede wszystkim poszukiwania obejmowały większość baz wojskowych, które nie uległy zniszczeniu. Po odnalezieniu i zniszczeniu, prawdopodobnie ostatniej z nich, takie miejsce oznaczało skarbnice cudów pustkowia. Jednakże obiekty wojskowe nie stanowiły najliczniejszych na odludziu. Aby zostać wygranym, czyli zgarnąć wszystkie zakłady – najbogatsi z mieszkańców wyciągali cały swój majątek, aby zarobić jeszcze więcej – należało powrócić ze swoim ulubieńcem oraz posiadać dowolne, metalowe cuda. Bowiem same metale były bardzo drogim towarem. Choćby wielkie, mosiężne konie w postaci pomników znajdujących się na wschodzie czy dwu tonowe “niezniszczalne” wrota chroniące dawniejsze laboratoria produkujące środki farmakologiczne. De facto bronione przez polskich żołnierzy. Przybywając do tego miejsca i mając już dość sędziwy wiek, uważałem że są to zwykłe żarty, najbardziej postawionych przywódców schronu, jednak ich śmiech szybko zmienił moje nastawienie, dodając potrzebnej energii. Ogółem trudno było wytłumaczyć, dlaczego działało to właśnie w podobny sposób.

– Chciałabyś pewnie trochę swoich tabletek, które przedłużyłyby twoją egzystencję. Kiedyś kupowałaś je sobie, po drugiej stronie lustra, nieprawdaż?

Belinda zastanawiała się, dlaczego rozpoczynali swoją rozmowę właśnie od znajomych środków medycznych.

– Jesteś bardzo bezpośredni, a zarazem prostolinijny. Chyba nie jest to teraz najważniejsze pytanie, które należy zadać – powinieneś zapytać czy jestem zdolna do chodzenia, po pustkowiu?

– Uważasz, że nie mogę cię przeprowadzić?

Blinda, słuchając twoich słów, pomimo sędziwego wieku próbowała ukryć swoje zaskoczenie.

– Po tylu latach, ty wciąż jeszcze coś do mnie czujesz? Nie mogę iść wolnym krokiem. Chyba mogłabym podążać odrobinę szybciej, niż myślisz. Wiem co mówią tutejsi mieszkańcy. Schron nie ma przyszłości…

– Jesteś zadbana, sprawna fizycznie, ale w sędziwym wieku. Masz około sześćdziesięciu pięciu lat, bo potrzebujesz niektórych lekarstw dających ci wiarę w przetrwanie. Takie są skutki siedzenia za biurkiem – teraz wszyscy zostawili cię samą. Resztki przechowujesz w swojej torebce, pieczołowicie trzymaną pod spoconą pachą. Straciłaś kogoś znajomego lub ktoś bliski z twojej rodziny zostawił cię samą na pastwę losu. Tyle powinno wystarczyć.

– Celnie kojarzysz, chłopcze! A może powinnam powiedzieć, ty cholerny skurwysynu. Gdyby nie moje obecne położenie, nigdy nie poszłabym z tobą na zewnątrz. Powinnam zauważyć, że nadal jesteś inteligentny. – uśmiechnęła się Belinda.

– Kto się lubi, ten się czubi. Nie bój się, znowu nauczę cię paru rzeczy. Będziesz potrafiła nosić i pakować plecak podróżny, pokaże ci jak zakładać mocny opatrunek, po ugryzieniu szczura, a gdy staniesz twarzą w twarz ze zmutowanym przeciwnikiem…

– Przy okazji wieku – mam pięćdziesiąt dziewięć lat. Nie powinnam pytać, ale skąd masz w sobie tyle energii?

– Nigdy nie pytaj mistrza, gdzie zdobywał swoje umiejętności – uśmiechnąłem się do siebie. – Pamiętaj, że dzięki tobie, mogę zdobyć sporo zasobów.

Przeszedłem w głąb głównej sali, odbierając od kupców sprzęt przeznaczony do pracy w terenie. Moja nowa partnerka stała zaraz za moimi plecami, pokazując zęby w szerokim uśmiechu.

– Przyczyny mojego obecnego życia stały się dla mnie dość nie jasne. – powiedziałem przytłoczony nowymi obowiązkami.

– Nie rozumiem, Rolf.

– Powinienem już umrzeć, a jednak nadal aktywnie funkcjonuję, łącząc swoje losy z towarzystwem elity, dawniejszego świata. Gdy odeszłaś, przestałem istnieć.

– Szczęście? To prawda… moja rodzina posiadała sporo zasobów, a nawet wykształcenie mieliśmy całkiem przyzwoite. Biorąc pod uwagę wszystkie dramatyczne konflikty na świecie tzn. pustkowiu nie zdarzyło się, abym często używała wulgaryzmów czy plugawiła własną mowę. Proszę cię, abyś przestał interesować się moją rodziną.

– Więc chodziło… nieważne. Sama widzisz, że nie kłamię. – powiedziałem dosadnie, podając jej sporo przedmiotów należących do kobiecej garderoby. – Załóż te rzeczy, bo będą ci potrzebne, gdy dotrzemy do dwu tonowych wrót.

Popatrzyłem na jej mocno zasmucone oczy, starając się zachować ich blask wyłącznie dla siebie. Przez dwa lata nikomu nie udało się dotrzeć do tego celu, a pięćdziesięciu na stu partnerów ginęło wraz ze swoim przewodnikiem.

– Prawdopodobnie zabiją nas na samym początku drogi. Nie jestem żołnierzem i nie umiem walczyć, jak żołnierz albo średniowieczny rycerz broniący swoich wiernych poddanych, a to co wygadują te młode pandy, możesz włożyć sobie w bajki. Po mnie, przybędą następni. Właśnie to odkryłem, dzięki samotnym wyprawom oraz medytacji.

– Nieprawda… mam uwierzyć, że robisz to wszystko dla własnej przyjemności i po to, aby pomóc biednej kobiecie? Cóż za postawa godna prawdziwego bohatera, a do tego epicka opowieść o rycerzu… jakże wspaniała odwaga, ależ poświęcenie. Tonę w ogrodach własnych przemyśleń i w rozpiętości kobiecej intuicji… mój władco! – żartowała pani naukowiec.

– Mylisz się! Po prostu takie są zasady tej pieprzonej gry. Wspieramy ewolucję, aby później umierać i urodzić się od nowa.

Osoba, z którą teraz rozmawiałem od kilkunastu minut pozostawała w wyraźnym transie, jakby szukając ważnych sentencji ułatwiających jej zdobycie dodatkowej odwagi.

– O narodzinach masz bardzo blade pojęcie. – Powiedziała pani Bieńska, chociaż wiedząc że wybór jej osoby był spontaniczny. 

W tej chwili czuła się wyjątkową wybranką przedwojennej loterii fantowej, bo życie w schronie nie przynosiło zakładanych bilansów. Znowu kłaniała się wszędobylska ekonomia. Wszystkie początkowe statystyki wpływające na dobrobyt zostały tutaj o wiele bardziej obniżone – mianowicie chodziło o niskie racje żywnościowe, brak standardowej pomocy lekarskiej czy perspektywy na otrzymanie własnego pokoju. Zdobycie swojego pomieszczenia mieszkalnego było praktycznie niemożliwym, mimo tego że Belinda należała do wysokiego rodu amerykańskich arystokratów oraz technokracji. Wolała jednak, aby pozostało to tutaj tajemnicą.

Moja partnerka stała się czerwona na twarzy, a jej poprzedni wywód utkwił na lekko sinych ustach wbrew cisnącym się do głowy wnioskom.

– Czy moje słowa sprawiły, że jesteś na mnie obrażony? – powiedziała, przyciszając swój donośny głos.

– Nie wiem. Mam nadzieję, że więcej nie przypomnisz mi tej wiedźmy, mam na myśli Pandy. Ona uznaje tylko bezwzględne prawo uprawiania sexu. 

– Czy poprzedni prowadzony przez ciebie partner, dotarł do celu poszukiwań?

– Pojednał się ze swoim stwórcą… dzisiejszy świat jest dużo trudniejszy dla amatorów, a zarazem o wiele bardziej łatwy dla doświadczonych poszukiwaczy.

– Przykro mi. Pracowałam kiedyś w ośrodku zajmującym się dekodowaniem zaszyfrowanych danych. Dwadzieścia pięć lat pracy na kierowniczym stanowisku. Ocena wydajności resortu, wypłaty dla pracowników i tym podobne. Oczywiście, najpierw przeszłam sporą szkołę przetrwania wśród tzw. ludzi-słoni idących ciągle w jednym kierunku – ku własnoręcznie dopieszczanej karierze…

– Kto przyszedł po tobie?

– Nazywała się Mary Jane Johnson i pracowała nad wirusami.

– Za godzinę wychodzimy na poszukiwania. Zasłonię cię plecami, a ty spróbuj się przebrać.

– Tutaj? Przy tych wszystkich mieszkańcach schronu?! Nie ma mowy kolego.

– Widzisz, aby ktokolwiek nas obserwował? Stałaś się cholernie nieśmiała. Leżący dookoła ludzie mają zdecydowanie inne problemy, które spędzają im sen z powiek.

Belinda nie potrafiła siebie poznać. Długie i grube spodnie zastąpiły spódnicę opadającą do kostek, a ciężka filcowa kurtka z przystosowanym szeregiem kieszeni, odróżniała poprzednio założoną stylową i drogą garsonkę. Komplet najważniejszych przedmiotów, takich jak apteczka czy latarka wylądowały z boku jej ekwipunku z kolei pożywienie poszło na samo dno plecaka. Broń w postaci rewolweru o kalibrze `22 powędrowała do specjalnie przymocowanej pod pachą kabury.

– Pozwolisz, że zaopatrzę cię we własny nóż przetrwania… każdy partner powinien posiadać coś, co będzie przypominać mu swojego zdobywcę. Jednym słowem, pozostanie ci po mnie skromna pamiątka.

– Co takiego chrobocze wewnątrz rękojeści?

– Kilka ważniejszych gadżetów… kompas odkrywasz, po odkręceniu gwintu końcówki, inaczej mogłabyś się z nim pożegnać.

– Dzięki. Jestem prawie gotowa na śmierć, a ty?

– Chyba tak. Poproszę, aby otworzyli blokady włazu wejściowego. Nie bądź zdziwiona, gdy zobaczysz to, co pozostało po ostatniej wichurze.

Staliśmy przez moment przy okienku, które pilnował młody funkcjonariusz bezpieczeństwa. Jego twarz zdradzała niezdecydowanie, jakby władze schronu rozkazały mu poważnie zastanowić się, nad podejmowaną przez panią Bieńską – dawniej Belindą Brinnger – decyzją. Być może miał przekazać jej wiadomość prosto w oczy. Swoje obecne nazwisko odziedziczyła po swoim ostatnim partnerze. 

– Czy jesteś pewna swojego wyboru? 

– Nie jestem tutaj nikomu potrzebna. “Nie chcecie teraz”, takiego starego babska, a w przypadku zdobywcy, mam szansę poznać swoją przyszłość z dala od schronu. 

– Możemy rozważyć pani pozew o wyznaczenie nowego miejsca spoczynku. Nie będzie to pokój typowo mieszkalny, ale zawsze pozostanie trochę więcej miejsca.

– Moja decyzja. Pożegnaj się, Rolf! – powiedziała do mnie z wyraźnym przekonaniem.

– A więc do widzenia, Jeronimo!- zachichotałem.

– Niech wam będzie, cholerni samobójcy. Dla mnie wszyscy jesteście stuknięci. Na zewnątrz od dwudziestu trzech dni panują ciągłe burze piaskowe. Pamiętajcie, żeby udać się kanałami wprost do zniszczonego tunelu. Reszta zależy od was. Postawiłem na ciebie dużo pieniędzy Rolf, a więc życzę tobie oraz tej staruszce powodzenia.

Wiatry dzisiejszego dnia, które miały być tak bardzo niebezpieczne w rzeczywistości, nie były aż takie groźne. Parę piorunów rozświetlających wszechobecnie panujący pył, przypominało iluminację projekcji filmowych oglądanych przez trójwymiarowe okulary. Każdy mieszkaniec marzący o wolności, wiedział o ryzyku mogącym bardzo szybko zakończyć życie. A co będzie, jeśli nam się powiedzie? Belinda trzymała mnie za rękę, idąc z głową opuszczoną ku ziemi. Krążący wokół pył, bezlitośnie wdzierał się w każdą “szczelinkę” jej kurtki.

– Wiedziałam, że umrzemy! To była tylko kwestia czasu. Nic nie widać?! – przekrzykiwała odradzające się dźwięki piorunów.

– To tylko mała wichura! Jeszcze długimi godzinami, będziesz marzyła o zwyczajnym dniu na pustkowiu. Trochę cierpliwości.

Z minuty na minutę, burza stawała się coraz mniej intensywna. Jednakże ciągłe wiry oraz słabe trąby powietrzne nadal utrudniały widoczność. Musieliśmy robić kilkuminutowe postoje, aby rozprostować obolałe stopy oraz mięśnie łydek. W obecnie trudnych dla nas chwilach przykryliśmy głowy specjalnym żołnierskim pledem, klęcząc na kolanach i rozrzucając kilka metrów dalej, świecące na czerwono race.

– Bierz pastylki, które dostałaś przed wyjściem na zewnątrz. Kupiłem je za swoje fundusze od władz schronu! 

– Dlaczego to robisz?! – zapytała zdziwiona.

– Oddasz mi forsę, kiedy będziesz miała więcej. Wiem, że nie robisz tego bez powodu. Zdobywcy nie mogą brać znalezionych cudów zniszczonego świata. Takie są zasady. Liczy się tylko twoje przetrwanie. Moja dupa nie jest wiele warta, lecz ciągle pozostaje nie jasna sprawa, naszego związku. Właśnie to nie daje mi spokoju.

– Wygadujesz głupoty. Znowu zaczynasz marudzić, znowu powoli stajesz się nudny. – Belinda poczerwieniała na twarzy, próbując ukryć swoje kontemplacje. 

– Kiedyś opowiem ci wszystko ze szczegółami, ale nie w trakcie takiej zawieruchy!

– Żartowałam, chłopcze. Myślę, że wspomnienia nie pozwalają ci osiągać tego, co normalnie powinno dawać poczucie bezpieczeństwa. O co chodzi z tym umieraniem?

Spojrzałem jej w oczy, próbując przywołać minione chwile. W naszej obecnej sytuacji, nie było to nazbyt trudne. 

– Dawno temu, po naszej rozłące spotkałem dosyć niskiego mutanta, który dał mi mocno po głowie. Okazało się, że miałem pęknięcie czaszki, a wokół mnie, znajdowały się "hektolitry" krwi wypływającej z otwartych blizn, również poniżej własnej grdyki. Połamana ręka długo bolała, ale takie jest życie na pustkowiu. Najdziwniejszy jest jeszcze fakt, że obok mnie znalazłem kartkę papieru, gdzie napisano krótki i wyjątkowo zabawny tekst

 

" Nigdy nie odnajdę B.S… spotkałeś … "

 

– Mutanci nie posiadają umiejętności pisania oraz czytania. Musiał pochodzić albo z wioski Koszykowice, albo z fortu Brama Świata. Kartka mogła również pochodzić od… generała Louisa Archera.

Burza piaskowa odchodziła do nowego obszaru, pozostawiając nas znowu wolnymi wędrowcami. Moja partnerka nie zdawała sobie sprawy, że podobni do mnie obserwatorzy poruszali się tutaj od kilku dekad. Naszym oczom pojawiło się fioletowo-szare niebo ukazujące olbrzymie połacie całkowicie pustego terytorium.

– Co to jest?! – wykrzyknęła zdziwiona Belinda. – Gdzie jest nasz świat, zniszczone domy i wszystkie ulice… ukochany schron?

– Powiedziałem ci, że możesz być nieźle zaskoczona.

– A stare samochody?

– Większość wehikułów została przysypana tysiącami kilogramów ziemi oraz pyłu. Żeby cokolwiek odnaleźć, należałoby tygodniami szukać i przekopywać ziemię. Myślę, że dawni właściciele tej planety opuścili to miejsce już dawno, dawno temu…

– Przebyliśmy z przyjaciółmi setki kilometrów i oprócz ogólnie znanych artefaktów oraz schronów nie ma tu absolutnie niczego. Przeszłaś spory kawał drogi, aby tu dotrzeć. Napromieniowane lokalizacje są świetnym miejscem dla tysięcy szczurów, którym pomimo wojny, udało się przetrwać. Na szczęście burze piaskowe w dziwny sposób wykańczają ich siedliska. Mutacja rozpanoszyła się wśród ludzi, co roku zabija setki zdziczałych plemion, które dawniej tworzyły cywilizowane schrony lub podobne struktury. Tamci ludzie opuszczają swoje punkty przetrwania służące im kiedyś za mieszkania.

Wokół nas rozciągał się pofalowany skalistymi blokami teren i rozszerzający się, aż po horyzont. Kobieta od dawna nie przeżywała podobnej wizji odmienionego świata; odmienionej ekologicznie planety Ziemia, z całkowicie pominiętą przedwojenną bioróżnorodnością gatunków. Ich liczebność oscylowała wokół cyfry zero. Widziała pewnie setki projekcji, na których pokazywano wspaniałych inżynierów odbudowujących dawną potęgę. Każdy z nich odchodził albo zaraz potem umierał, a próba zdobycia przywileju zarządzana większą grupą społeczną totalnie niezdawała rezultatu.

– Wyjaśnij mi, czym są te pieprzone metalowe konie, które widać na horyzoncie?

– Punkt kontrolny, błędnie określany jako ocalały cud starego świata. Prawdziwe konie znajdują się kilkadziesiąt kilometrów, idąc w innym kierunku. Blisko nas znajduje się wejście do kanałów. Stamtąd przejdziemy do tunelu prowadzącego pod same wrota laboratorium i jego skarbnicy. Jesteś gotowa na dokończenie swojej wyprawy?

– Być może. Pozwól mi, abym mogła to przemyśleć.

– Znajdujemy się blisko innej bazy, w której często podrywałem ładne dziewczyny. Jedna z nich przypomina mi ciebie, Belindo. Mieszkanki tego miejsca są niezwykle inteligentne i pomagają każdemu wędrowcy. Jednakże mówiąc o przyrodzie, lepiej z nimi nie zadzierać. Można je określić podobnie do amazonek z AK–47 schowanym na plecach i granatem w kieszeni. Przekonasz się sama, kiedy tam dotrzemy.

– Dziękuję… w tej sytuacji, to było bardzo miłe z twojej strony.

– Powiedz tylko słowo, a powrócimy do naszego starego domu.

– Nie przesiadywałam z tymi śmierdzącymi orzechami, żeby teraz rezygnować z szansy na coś lepszego – choćby coś w rodzaju samej przygody. Tamto łóżko zalatujące ekskrementami czy skretyniali durnie marzący o wspaniałej przyszłości, to największa porażka mojego życia. 

– Powinnaś uzbroić się w cierpliwość. Pewnie nie zdawałaś sobie sprawy, że w tamtym schronie nie jest wcale źle.

– Domyślałam się wszystkiego od początku, ale reasumując wnioski połowa z mieszkańców nie posiada uzębienia, a druga połowa zapomniała jak się pisze własne imię. Po prostu nie pasowałam do tamtej wspólnoty. Jedyne, co mnie trzymało przy życiu, to lekarstwa oraz kryptografia. Do operowania rannych oraz nauki przetrwania nie ma już siły.

Przypadkiem rzuciłem okiem na kompas oraz oddalone o około trzynaście kilometrów, skaliste wzniesienia. Miałem wrażenie, że w kobiecie stojącej obok mnie, palił się znowu jakiś młodzieńczy płomień. Moja wiedza o otaczającym świecie ponownie wzrosła.

– Najpierw pójdziemy do "Podziemnych ogrodów", gdzie prowadzone są eksperymenty genetyczne. Zarządzają nimi kobiety, o których wspomniałem wcześniej. – uśmiechnąłem się szeroko, podając jej rękę.

Siedząc na pokruszonych kamieniach, patrzyłem na poruszające się wskazówki ogromnego zegara, który był częścią skalistego tworu stojącego naprzeciw mnie. Belinda masowała swoje stopy, owijając czasami przemęczone łydki specjalnymi paskami ze skóry węża, maczanymi w roztworze alkoholu i maści przeciwko opuchliźnie. Przeszliśmy naprawdę długi kawałek drogi. Zdradziłem jej kilka sposobów na pozbycie się bólu nóg.

– Nie przesadzaj z uciskiem na mocno zaciśnięte żyły, mogą doprowadzić do wylewu. Zakładaj je delikatnie, a po wyschnięciu, ściągnij silniej oraz obserwuj czy pozostały ślady. Jeśli widać szare albo czarne smugi, to co piętnaście minut powtarzaj dwugodzinne postoje.

– Skąd mam wziąć następną skórę z węża?! – syknęła wściekła towarzyszka.

– Upoluj sama albo przehandluj na pustkowiu.

– A jeśli smugi pojawią się przez kilka dni i zabraknie maści?

– Przestań ich używać i wracaj skąd przyszłaś.

Pani chirurg powiązała resztę pasków oraz zabrała się za usuwanie powstałych przy marszu odcisków. Szybko przeciągnęła po skórze specjalną dermę, która miała regenerować przetarte i bolesne miejsca.

– Po co patrzysz na ten zniszczony zegar, czyżby coś do ciebie mówił? To całkowite odludzie, które nie pozwali na nic więcej, oprócz śmierci głodowej. Jak chcesz tam wejść?

– Za piętnaście minut otwiera się podziemny właz.

– Naprawdę? I wpadniemy do środka jak piłka futbolowa do bramki… 

– Słyszałaś o windach?

– Przepraszam… jestem po prostu cholernie zmęczona. Chyba lepiej było odwiedzić te śmierdzące kanały. Przynajmniej, będzie bliżej ukończenia naszego celu. 

– Nic nie szkodzi.

Usłyszeliśmy głośne stąpanie kogoś obcego. Osoba zmierzająca w naszą stronę reprezentowała zupełnie niedoświadczonego amatora lub pewnego siebie idiotę. Czasami posyłano posłańców, lecz robiono to wyłącznie w określonych okolicznościach.

– Nie bójcie się! Pochodzimy z tego samego schronu… śledziłem was od kilkunastu godzin, bo myślałem że udajecie się do kanałów. Po co siedzicie pod zegarem? – Jego ubranie zostało całkowicie podarte, a na twarzy groteskowo lśniło kilkanaście krwawych blizn.

– Witaj, zdobywco! – wykrzyknąłem do swojego kolegi. – Towarzyszka pomoże ci opatrzyć rany.

Pod naszymi stopami dało się słyszeć ostre dźwięki tarcia stalowych lin oraz uderzenia metalowych elementów windy. Wystraszony kolega upadł na kolana, trzymając się mocno za głowę.

– Mam na imię Adam! Moja partnerka nie żyje, a ja umieram i nie jestem zdolny do walki wręcz.

– Wiemy jak się nazywasz, ale spróbuj się pozbierać i uspokoić swoje nerwy zdobywco! Będę musiała założyć sporo opatrunków na twoich rękach oraz zdezynfekować rany twarzy. Kto dopuścił się takiego strasznego czynu?

– Zginęła rozszarpana przez dzikie psy… nie mieliśmy żadnych szans, jednak cel postawiony przed wyjściem ze schronu… straciłem wszystkie zasoby.

– Czy można wiedzieć, dokąd podróżowaliście? 

– Adaś Darecki, muskularny i wyrobiony w boju żołnierz, a właściwie dawny komandos "PJR" – mówiłem o swoim koledze. – Cholerny doktor filozofii i prawdopodobnie zapomniany przez dzisiejsze władze, kapelan wojskowy. Jego celem było dotarcie do dawnej bazy, położonej na dalekim zachodzie. Próbowałem go przekonywać, że oprócz mutacji oraz kilku cudów świata, niczego tam nie ma. On jednak uparcie dążył, aby zrealizować swoje marzenia. 

– Jesteś szaleńcem… twój znajomy siedzący na kamieniach jest zdrowo szurnięty, Belindo. Muszę docenić wasz zapał i podziękować w imieniu mojego martwego partnera. Ludzie w schronach mają do was zaufanie.

– Winda jest gotowa.

Kilka minut później przed naszymi oczami stanęły olbrzymie, ciemno brązowe wrota "Podziemnych ogrodów". Na ich powierzchni widniał symbol aktywnej grupy ekologicznej o nazwie "Bio–Flora–Pasta", co dosłownie oznaczało grupę zapaleńców zajmujących się biologią, samymi organizmami roślinnymi oraz posiadających umiejętność wypiekania ciasta. Ostatni człon był zdecydowanie najbardziej zagadkowy. Całkiem zabawna etykieta. Pod spodem znajdował się obrazek przedstawiający olbrzymie, zielone drzewo. Mechanizmem sterującym, tymże cudem świata został malutki przycisk, połączony z mikrofonem umożliwiającym kontakt z pracowniczkami. Wokół nas widniały wydrążone korytarze, których koniec znajdował się kilka metrów dalej. Prawie wszystkie tunele zostały zawalone lub zaprzestano ich drążenia. Otaczające pajęczyny stanowiły świetne siedlisko dla kochających takie miejsca, zmutowanych pająków.

– Wspaniale! Pewnie znajdą dla mnie miejsce w swojej grupie. Wreszcie, będę mogła ponownie zrealizować swoje ambicje zawodowe. Gdyby chciały mogę nauczyć ich podstaw kryptografii albo chirurgii. – wykrzyknęła podniecona Belinda.

– Obawiam się, że możesz być zaskoczona.

Znajomy i dziewczęcy głos wygadywał różne imiona, czekając na odpowiedź. Moja partnerka ze zdziwieniem spoglądała na klaustrofobiczne otoczenie.

Przed nami rozciągały się trzy małe pomieszczenia, oddzielone od siebie wyjątkowo grubą szybą. Obok stały również trzy kobiety znajdujące się w średnim wieku, mające idealnie podobne do siebie rysy twarzy. Były przyjaźnie nastawione do obcych, uśmiechały się i poruszały wyciągniętymi dłońmi w geście powitania. 

– Witamy w instytucie! Wasza obecność jest uzależniona od decyzji wielkiego drzewa.

– Jakich ogrodach?! – powiedziała zawiedziona Belinda. – Przecież tutaj są tylko trzy pokoje i malutki przedsionek. Nie widać tu żadnego pomieszczenia dla roślin!

– Nie zdajesz sobie sprawy z powagi tego miejsca kobieto, a gdyby nie Rolf Kunerski, wyleciałabyś z hukiem na powierzchnię. Kim jest ten poraniony mężczyzna?

– Nazywa się Adaś i jest rannym zdobywcą. Możecie mu jakoś pomóc?

– Spróbujemy… najpierw musimy poznać twoją przyjaciółkę. Najlepiej zrobimy, przedstawiając w całości nasz okazały instytut. Przed sobą widzisz trzy rozległe pokoje, w których mieszczą się najważniejsze ośrodki wypoczynkowe oraz naukowe. Po lewej znajduje się…

– Kiedy ona przestanie pieprzyć… tutaj nic nie ma – powiedziała cicho twoja dawna miłość.

– Pokój mieszkalny z miejscem na garderobę oraz malutkim prysznicem. W środku znajduje się okazałe laboratorium, w którym wykonujemy wszystkie obliczenia, związane z wielkim drzewem oraz niezbędne operacje regeneracji ciała. Wykonuje je robot medyczny typu "R–Med–AL50" pozwalający na usunięcie w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach chorób wewnętrznych, włącznie z nowotworem złośliwym. Po prawej znajduje się centrum komputerowe, umożliwiające wykonywanie skomplikowanych analiz matematycznych lub innych implementacji kodu służącego do zadań specjalnych. Reasumując, nasza placówka znajduje się na szóstym poziomie w zakresie wiedzy ogólnej oraz dwudziestym piątym wobec studiów genetyki.

– Rozumiesz coś z tego zdobywco?

– Lepiej nie wiedzieć, co takiego robią po nocy. – uśmiechnąłem się półgębkiem, zdając sobie sprawę ze swojego braku wykształcenia naukowego.

– A teraz, serdecznie zapraszamy do regeneracji pana Adama!

Stojąca osoba chwyciła chorego, pomagając Belindzie zanieść go do kapsuły medycznej. Miejscami było tu tak ciasno, że trzeba było uważać, aby nie nadepnąć na stopę drugiej osoby. Podczas trwania zabiegu, panie rozmawiały głównie na tematy związane z wymyślonym organizmem nazywanym wielkim drzewem.

– Dlaczego służycie czemuś, czego tutaj nie ma? 

– Organizm roślinny znajduje się poza obrębem pokoi. Aktualna godzina w instytucie dwudziesta trzecia pięćdziesiąt, a na zewnątrz panuje noc – pod względem pory dnia jest zdecydowanie ciemno. Widać gwiazdy.

– Czy możecie zrobić wyjątek i przedstawić wasz cud świata?

– Oczywiście. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że wystarczy poprosić. Magazynujemy także nasiona, które poddajemy analizie, zmieniając i uodparniając… otoczenie. Nie pozwalamy na jakiekolwiek posadzanie nowych ilości sadzonek. – powiedziała najsilniejsza i prawdopodobnie najbardziej niebezpieczna z trzech kobiet. 

Podeszła do pracowni komputerowej, zapalając sprzęt elektroniczny typu IBM Personal Computer.

Kilkanaście komend wprowadzanych z prostego interpretatora uruchomiło oświetlenie ogromnej sali znajdującej się, po zewnętrznej stronie szklanych pomieszczeń. Na środku rosło bardzo stare drzewo, będące prawdopodobnie olchą czarną, gdyż żyje około sto dwadzieścia lat i jest dość wymagająca, jeśli chodzi o glebę.

– Zapasy wody są filtrowane w specjalnych zbiornikach. Przetwarzane próbki są specjalnie przygotowywane pod odpowiedni rodzaj gleby… mówiąc prostym językiem tracimy około osiemdziesiąt procent potrzebnych zasobów wody.

– Nie mogę tu wytrzymać. – powiedziała cicho moja partnerka. – One są jeszcze gorsze, niż te pierdzące pawiany, ze starego schronu. Zabierz mnie do innych ludzi albo zwariuję. Przejdziemy do kanałów, a następnie prosto do skarbnicy!

– Zmieniłaś się, kochanie. Kiedyś podchodziłaś do każdego z szacunkiem, a teraz wydajesz się nienawidzieć wszystkich równocześnie. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Pamiętaj, że wchodząc do tego miejsca miałaś zupełnie inny plan wobec swojej przyszłości. Zapomniałaś o celu swojej podróży, który wybraliśmy przed odejściem.

– Pieprzyć to! Jeśli nie pójdziesz ze mną, to pójdę sama… – Po krótkiej chwili zmieniła swoje nastawienie. – Zrobiło mi się smutno. Czy zechcesz pójść razem ze mną Rolf, do celu naszej pierwotnej wędrówki?

– Porozmawiajmy z Anetą o zdobywcy, wychodzimy na zewnątrz.

 

* * *

 

Porównując opustoszałe pustkowie z wypełnionymi po brzegi kanałami, moja partnerka po raz kolejny zdobywała prawdziwe doświadczenie, które było niezbędne do przetrwania. Latało tutaj pełno zmutowanych szczurów, będących groźnym przeciwnikiem w samotnej walce bez uzbrojenia. Wspólnie wykończyliśmy prawie dwanaście szczurów, poruszając się bezpośrednio do najbliższego cudu świata w postaci dwutonowych wrót.

W kilku miejscach spotykaliśmy siedzących szabrowników oferujących różne przedmioty, po atrakcyjnej cenie. Odchodząc z "Podziemnych ogrodów", otrzymaliśmy od sióstr trochę lekarstw oraz jedzenia.

– Nikt cię tu nie zna… pamiętaj, aby spotykając po raz pierwszy obcych handlarzy, przekazywać w ich ręce wszystko, to co otrzymałaś od innych – zwłaszcza przedmioty wartościowe. Swoje rzeczy pozostawiaj w ukryciu.

– Oszalałeś? Nie będziemy mieli co jeść!

– Pomogą ci. Takie są zasady. Zwykle przesiadują wspólnie razem około trzech dni. Przedstaw się i powiedz, że pochodzisz ze schronu. Oni żyją tutaj kilka dekad, radząc sobie z przeciwnikami i przeciwnościami losu.

Belinda została przywitana przez każdego z siedzących szabrowników i okrzyknięta zwyczajnym, ale wartościowym wędrowcem, po czym każdy podał jej dłoń. Byłem zadowolony z przebiegu naszej wycieczki, okazując to licznymi uśmiechami w gronie zebranych osób. Jedna z dziewczyn siedzących przy naszym ognisku była na tyle miła, że zaprosiła mnie do swojego mieszkania. Posiadała wyjątkowo ładne piersi i smukłą sylwetkę. Miałem wolny dzień, zostawiając moją partnerkę samą sobie. Zastanawiałem się później jak do tego doszło. Sama również spotkała ciekawego mężczyznę, ale nie chciała z nim rozpoczynać bliższej znajomości.

Po zakończeniu formalności rozpoczął się ciągły i męczący marsz, który doprowadził nas do celu naszej podróży. Pozostało wprowadzić kod blokujący dostęp do laboratoriów farmakologicznych oraz ich skarbnicy.

– Masz dokładnie trzynaście minut… jeśli chcesz, możemy zostać dłużej, ale później spotkamy krążących wokół mutantów.

– Wrota stojące przed nami były już otwierane. Ktoś pospiesznie wprowadził kod blokujący, wyrywając klawiaturę numeryczną. Dzięki temu możemy je otworzyć, dokonując krótkich spięć w określonej kolejności. Wyciągnę tylko przewód zasilający urządzenie elektryczne, który musi być połączony ze źródłem prądu.

– Wiesz który to przewód? Według mnie problemem jest kod dostępu.

– To musi być niskie napięcie… kilka dotknięć na złączu latarki powinno wystarczyć. Wszystko było wprowadzone wcześniej. – powiedziała twoja partnerka.

– Świetnie! Jesteś naprawdę genialna…

Rozdzieliła kabel zasilający, splatając pozostałe kable wychodzące ze ściany razem ze sobą. Losowe przyciskanie ich metalową podkładką wywołało czasowe braki w napięciu oraz funkcję nadmiarowości zakresu wraz z upływem przemijających sekund. Po chwili usłyszeliśmy chrzęst metalowych lewarów, których blokada zatrzymywały możliwość otworzenia wrót.

W środku napotkaliśmy ogromny hol, który pomimo upływających lat nadal posiadał własne zasilanie. Było to dziwne, gdyż większość przedwojennych fabryk czy instytucji korzystała z płatnego dostawcy energii. Schody prowadzące na piętro były częściowo zawalone, co uniemożliwiało dostęp do wyższych partii laboratorium. Pozostało parę niższych poziomów, gdzie mogła znajdować się poszukiwana przez każdego zdobywcę “skarbnica cudów”. 

– Musimy sprowadzić tu naszych przyjaciół, ale wcześniej trzeba zatarasować wejście. – powiedziałem zachwycony nowym cudem świata. 

 

KONIEC

Koniec

Komentarze

Witaj!

Na wstępie powiem – jeśli nie wiesz - że tak długie opowiadanie (powyżej 80k znaków) wykluczone jest z piórka (specjalnej nagrody) oraz obowiązkowego dyżuru komentujących.

Ja rozbiję sobie całość na części i z pewnością przeczytam! Jeszcze chyba nie widziałem tutaj aż tak długiego opowiadania ;)

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Powieść postapokaliptyczna w polskiej rzeczywistości powojennej. Dla ukochanych rodziców Doroty oraz Bogusława.

To w końcu to jest opowiadanie czy powieść?

Witam!

Opowiadanie postapokaliptyczne o nieco rozwiniętym wątku przygodowym ;)

 

Dziękuję i pozdrawiam! 

Koniec życia, ale nie miłość

Cześć.

Czy rozważałeś rozbicie tekstu na mniejsze fragmenty i wrzucanie ich w pewnych odstępach czasu? Myślę, że mogłoby to pomóc w przyciągnięciu czytelników.

A teraz do tekstu. Najpierw kilka uwag.

EDIT. Przyjrzyj się spisowi treści, bo dla mnie jest nieczytelny. I w tytule rozdziału "KONSULOWI E WYDOBYCIA" masz zbędną spację. Na dodatek nie potrafię wyszukać rozdziałów w tekście, zapewne dlatego, że są dziwnie zapisane, np. "K O N S U L O W I E W Y D O B Y C I A" albo "K U P C Y, K T Ó R Z Y P R Z Y B Y L I Z G W I A Z D".

 

 

Kombinowanie w moim wykonaniu często nie wychodziło mi na dobre, a zwłaszcza gdy uszkodzeniu ulegały przedmioty, naprawdę potrzebne podczas wyprawy.

Wykreśliłbym "w moim wykonaniu". Moim zdaniem niepotrzebne. Poza tym kombinowanie rymuje się z wykonanie.

 

 

Poniżej wyżłobiono sporych rozmiarów dół,(+) pozwalający na moment odpocząć,(-) po całym dniu marszu, a nawet rozpalić małe ognisko.

Przesunąłbym ten przecinek.

 

 

Do mojego schronienia zbliżało się czternastu mutantów, z których najbardziej silny najsilniejszy znacznie wyróżniał się od reszty, przewyższając ich(+) o głowę.

Moja propozycja tego zdania.

 

 

 – Wyjadłeś całe nasze zapasy, głupcze! Umrzemy z głodu przez twoje łakomstwo i nie dostaniemy się do wioski Koszykowice na umówione spotkanie!

Moim zdaniem, przez to, że napisałeś "wioski Koszykowice", a nie Koszykowic albo wioski, ten dialog brzmi trochę sztucznie.

 

 

Mniejszy rozmówca wspominający o uzdrowieniu, płacząc pochylił głowę ku ziemi. Deszcz w dziwny sposób uderzał o jego skórę, pobudzając do większej wściekłości, lecz nie czyniąc mu większej szkody.

Narrator schował się w zrujnowanym mieszkaniu – zamieniłbym to na dom albo chatę, mieszkanie sugeruje, że był to blok – i wyglądając, zauważył w deszczu, że mutant płacze?

 

 

 – Pan nie bę-d-d-zie nas więcej leczy-y-ł? – pytająco wyjąkał.

Zmieniłbym na – wyjąkał pytająco.

 

 

Wysoki mutant z zaskoczeniem spojrzał na stojącego (obok) towarzysza, jakby ktoś silniejszy wymierzył mu nagle ostry policzek w twarz. Czyżby Bartek posiadł nabyte zalążki inteligencji?

Tu chyba zjadłeś wyraz. No i jaki Bartek? Wcześniej nic o nim nie wspomniałeś.

 

 

 – „Głupcze jedyny” na tym świecie; akurat tam jest daleko, a ludzie są zbyt silni, więc nie pokonasz ich samymi pazurami. Zabijanie jest niegodne i zakazane przez naszego doktora.

Tego dialogu nie rozumiem.

 

 

Burza wzmagała się coraz bardziej, wprawiając wszystkich zebranych w medytacyjny szał.

Pierwsze słyszę o burzy, zrozumiałem, że pada tylko deszcz. Ładne mi zebranie, wprawionych w medytacyjny szał mutantów. ))

EDIT. Rzeczywiście, wspominasz o nadciągających chmurach burzowych – umknęło mi to. Z tym, że burza nadciąga, a potem się wzmaga, ale nigdzie się nie rozpoczyna. Uwaga, czepialstwo. ))

Jeśli mam być szczery, to z trudem przychodzi mi zrozumienie niektórych fragmentów. Nie wiem, czy to wina mojej ograniczonej zdolności rozumienia, czy może Twojego stylu pisania.

 

 

 – Milczeć obrzydliwe szkarady! Uklęknijcie przed panem, obserwujcie, słuchajcie jego głosu, a poznacie prawdę.(-) – powiedział najsilniejszy z mutantów, klękając z pozostałymi.

Niepotrzebna kropka.

 

 

Postanowiłem zbliżyć się o mały krok w jego kierunku i po chwili zastanowienia wypytać o kilka bieżących spraw.

Odważnie, zważając na to, co powiedział w poprzednim akapicie.

 

 

Jakim cudem potrafisz mówić ludzkim językiem? Większość z was nie umie tego zrobić. – zachęcałem go do mówienia, bo chciałem poukładać dręczące (mnie) pytania.

Brakuje dużej litery na początku zdania i dodałbym wyraz w nawiasie.

 

 

W jednej chwili przy twojej (mojej) spoconej szyi znalazł się ogromnych rozmiarów szpon wyrastający z przedramienia daleko stojącej osoby.

Nie widzę żadnego szponu. ))

 

 

Zakończyłem na fragmencie, w którym bohater tłumaczył mutantowi, co znaczy pacyfistycznie.

Masz liczne błędy, tekst wymaga porządnej korekty, a fabuła nie zmierza w intrygującym mnie kierunku. Być może dalej jest lepiej, jeśli znajdę czas i chęci, to będę kontynuował, ale niczego nie obiecuję.

 

 

Pozdrawiam, Pop Lab.

 

P.S. Czy komuś zdarzyło się nie trafić w “edytuj” i zgłosić własny komentarz? ))

Cóż, 288,5k znaków to zdecydowanie nie jest opowiadanie. To jest kawał solidnej mikropowieści, całkiem śmiało kierującej się już do krótkiej, bo krótkiej, ale jednak pełnoprawnej powieści.

Fajnie, że czytacie moje opowiadanie i pomagacie w korekcie tekstu. W miarę możliwości, będę się starał poprawiać błędy i niedociągnięcia. Mutanci to dość prosty temat dla fana takich gier jak Resident Evil, Fallout, The Last of Us czy Wasteland. Powinno podobać się wszystkim fanom postapokaliptycznych wizji przyszłości. 

@odpowiadając na korektę Pop Lab, 

Tekst z pazurami jest wcześniej opisany, a burza wzmagała się w trakcie padającego deszczu. Przynajmniej ja w taki sposób to widziałem. Bohater rozmawia z Bartkiem, który jest zdolny co do tego, aby komunikować się z bohaterem.

 

Dziękuję każdemu czytelnikowi za pierwszy kontakt z moim tekstem i pomoc w doprowadzeniu całości do porządku ;)

pzdr

Koniec życia, ale nie miłość

– Widzisz, drogi kolego… ludzie są źli, dla takich jak my. Próbują nas odrzucić poza “doskonałe stworzenie” – rozumne stworzenie pochodzi od boga – a doktor Fineasz Plechowski wyleczy nas, zbawi przekazując naszych umarłych prawdziwemu stwórcy – wszystkich mutantów.

Kto wypowiada te dopowiedzenia?

 

Szybko wyciągnąłem z plecaka strzelbę myśliwską, przeładowując ją i celując w najbardziej wyrośniętego przeciwnika.

Czy strzelba myśliwska zmieści się w plecaku? Poza tym, jak można wyciągnąć ją na tyle szybko, by nie zwrócić niczyjej uwagi?

 

Później masz dialogi, które, moim zdaniem, cierpią na brak didaskaliów – nie bardzo wiem, kto i do kogo mówi.

 

Wszyscy stojący naokoło ciebie, za wyjątkiem wysokiego Skumia odwrócili się plecami, klękając na ziemi rozpoczęli modlitwę.

To zdanie jest dla mnie niejasna. Po pierwsze, czy na pewno naokoło ciebie? Po drugie, kto to Skum (dobrze odmieniam?). Podobnie jak z Bartkiem – wyskakujesz z imieniem postaci, a ja nie wiem o kogo chodzi.

 

Przypominałem go sobie bardzo cicho: 

Bohater bardzo cicho przypomniał sobie Fineasza Plechowskiego? Dalej masz cytat, czy aby nie chodziło o przypomnienie sobie tych słów, wypowiedzianych przez Fineasza? I co znaczy "bardzo cicho"? Czy bohater szeptał sobie w głowie?

 

– Gdzie znajduje się bóg? – spytałem znowu samego siebie. – Czy jakakolwiek z jego manifestacji istnieje wśród tysięcy upadłych?

– Jeśli bóg nie żyje, odczytywanie mesjanistycznych znaków jest błędem, gdyż po nich przyjdzie czas na nowego następcę… śmierć czy życie?

Czy bohater mówi do siebie na głos, czy w myślach, bo ten zapis sugeruje, że kwestia została wypowiedziana. I jeśli dobrze rozumiem (bo rozumiem już coraz mnie), to nagle się rozdwoił.

 

Po kurtuazyjnym podaniu ręki twój(?) nowy znajomy opuścił warsztat, udając się w swoją stronę.

Na pewno “twój”?

 

– Macie przecież wspaniałego Piotra Kunerskiego, który jest o wiele bardziej doświadczonym mechanikiem, niż taki prosty amator.(-) – powiedziałem zdenerwowany.

Niepotrzebna kropka.

 

Zbieranie tego wszystkiego zajęło mi chwilę czasu, nieco dłużej niż planowałem. Wreszcie znalazłem chwilę czasu, aby poprzyglądać się pewnej rzeczy, którą pozostawiono samotnie niedaleko stąd. 

Powtórzenie.

 

Nerwowo rozglądałem się na prawo i lewo, jakby cały czas, starając się zmieniać punkt skupienia dla zmęczonych oczu.

Chyba coś się w tym zdaniu zepsuło. Moja propozycja: Nerwowo rozglądałem się na prawo i lewo, cały czas starając się zmieniać punkt skupienia zmęczonych oczu.

 

Do obozu, gdzie stały dwa pustynne wehikuły – w tym jeden spalony – podjeżdżał kolejny pustynny quad.

Powtórzenie.

 

Jakoś dotarłem do końca pierwszego rozdziału, choć w pewnym momencie darowałem sobie – i tak bardzo wyrywkową – łapankę.

Cóż, tekst (bo chyba sam nie wiesz, czy to opowiadanie, czy powieść) napisany jest źle. W pierwszej kolejności radziłbym przyjrzeć się interpunkcji. Stawiasz przecinki w niezrozumiałych dla mnie miejscach albo w ogóle ich nie stawiasz.

Dialogi zapisujesz w jeden sposób: po wypowiedzianej kwestii stawiasz kropkę, następie półpauzę i didaskalia rozpoczęte małą literą. Ten zapis jest błędny. Proszę, oto poradnik – sam z niego korzystam. Ponadto w dialogach brakuje informacji, kto i do kogo mówi.

Kolejnym mankamentem jest panujący w tekście chaos. Czasem ciężko zrozumieć, co się dzieje. Większość pojedynczych zdań jest zrozumiała, ale bywa, że przestają ze sobą współgrać, wynikać jedne z drugich. Radziłbym, abyś spojrzał na swoją opowieść z perspektywy czytelnika, który nie widzi obrazów wytworzonych w Twojej głowie. Ma on do dyspozycji jedynie słowa. Fabularnie coś się dzieje, ale przeszkadzały mi niewytłumaczone do końca przeskoki, które sprawiały, że musiałem sam dopowiadać sobie bieg wydarzeń, jak w przypadku powrotu Rolfa do bazy i rozmowy z kupcem.

Myślę, że czeka Cię wiele pracy. Być może (bo nigdy nie wiadomo), jeśli poprawisz interpunkcję, dopracujesz dialogi i zmienisz ich zapis, postarasz się aby tekst był w miarę płynny, trafisz do czytelników.

Ja zakończę lekturę na pierwszy rozdziale, ale daj mi znać, jak popracujesz nad tekstem, z chęcią zobaczę, czy w nowej odsłonie będzie dla mnie strawny.

 

Pozdrawiam, Pop Lab.

Cześć! 

Przeczytałem wczoraj pierwszą część pierwszego rozdziału. Pozwól proszę, że zacznę od uwag technicznych, odnośnie samej mechaniki tekstu.

 

Pierwszy akapit – chaotyczny, nie bardzo wiadomo, jaką informację chcesz przekazać czytelnikowi. Pojawia się wątek relacji bohatera z ojcem: 

staruszek wykładał ogólne zasady handlu, które panują obecnie na pustkowiu.

mówił dobry mechanik i niezły kupiec Piotr Kunerski.

Piotr Kunerski i ojciec to ta sama osoba? Nie mam jasności. Do tego wykładał sugeruje jakiś uniwersytet na pustkowiu. Tak miało być?

 

Moje wszystkie wymarsze planowałem wyłącznie na tereny, do których bardzo łatwo wkroczyć, ale tym samym sposobem można było tam pozostać już na zawsze.

Zdanie w takiej formie nie ma sensu. Nie ma związku przyczynowo – skutkowego w tym, że łatwo wkroczyć i pozostać na zawsze. Trzeba coś dodać pomiędzy. 

 

Nikt nie chciał tam przebywać, bo po jakie licho… zdarzało się, że “ważni” władcy śmiali się jedni z drugich, mówiąc o sobie różne głupstwa. Takie zachowanie popychało mieszkańców do nieprzewidzianych zachowań. Z biegiem czasu udało się wyprowadzić kilka karawan

j.w. – wstawiasz metaforę śmiechu władców, która w tym miejscu jest zupełnie niezrozumiała. Później zachowanie popychało mieszkańców do zachowań i przeskok do karawan. Znowu bez związku. 

 

Nadgryzione zębem czasu filtry powietrza walały się w nadmiernych ilościach. Mogło to oznaczać, iż zbliżam się do miejsca mojego przeznaczenia.

Używasz zwrotów, których znaczenie nie pasuje do kontekstu zdania. Dla kogo te filtry były w nadmiernych ilościach? Czy to znaczy, ze było ich za dużo? 

Zbliżał się do miejsca swojego przeznaczenia – to swojego sugeruje, że zbliżał się do miejsca swojej śmierci. O to chodziło?

 

Z ciekawością spoglądałem na licznik Geigera, obserwując jednocześnie ziemię, po której stąpałem.

Z tego zdania wynika, że bohater ma zdolność patrzenia na dwie rzeczy jednocześnie. Ta ciekawość jest za to bardzo intrygująca. Ja bym patrzył na licznik z obawą, albo chociaż z uwagą, ale widocznie bohater z tych co się śmierci w oczy śmieją ;]. 

 

Szybkie chodzenie, zdecydowanie mogło doprowadzić do poważnych konsekwencji, a czasami do ciężkiej choroby popromiennej. Człowiek wymiotował krwią, a parę godzin później umierał – w większości przypadków bez specjalnej terapii zapobiegającej, nie miał szans na przeżycie.

I znowu przeskok w narracji. Co ma szybkie chodzenie do ciężkiej choroby popromiennej i o jakim człowieku tutaj mowa? 

… a parę  parę godzin później umierał bo w większości przypadków, bez specjalnej terapii zapobiegającej, nie miał szans na przeżycie. 

Gdybyś użył tego bo w miejscu pauzy to zdanie miałoby więcej sensu. Generalnie cały ten fragment musiałem przeczytać trzy razy, żeby zrozumieć o co chodzi. 

 

Licznik pokazywał coś w granicach trzystu pięćdziesięciu punktów na rad-skali co oznaczało, że odczuję mniejsze dolegliwości, niż otrzymane w poprzednim roku.

Jeśli przez rad-skalę rozumiesz liczbę R [Rentgen], to przy 350 R następuję bardzo ciężka choroba popromienna. Jeśli bohater jest w jakiś sposób uodporniony na takie promieniowanie, to może warto by było to jakoś zasygnalizować czytelnikowi?

 

Obserwując dalekie pustkowie w ciemniejącej głębi ponad znajomym horyzontem, widać było jasne błyski oznaczające zbliżającą się burzę lub kwaśne deszcze.

Znowu niejasne – o jakiej głębi tu mowa? Zajrzał do studni, jeziora, morza i zobaczył tam znajomy horyzont? Może chodziło o jakieś urządzenie? W każdym razie ciężko zrozumieć ten fragment, bez dodatkowego opisu. 

 

Poniżej wyżłobiono sporych rozmiarów dół pozwalający, na moment odpocząć, po całym dniu marszu, a nawet rozpalić małe ognisko. Grzejąc się przy cieple płomieni wspominałem dawne czasy,

Znowu przeskok. Jeśli zamierzony, to sugeruję zacząć Grzejąc się od nowego akapitu. Dasz czytelnikowi sygnał, że coś się wydarzyło w międzyczasie. 

 

Chociaż samotni z natury mieszkańcy nadal obawiali się tego dziwnego śmiechu… drwiny ze strony władców.

Naprawdę nie łapię tej metafory.

 

Jakby kilka metrów ode mnie, usłyszałem czyjeś głosy. Do mojego schronienia zbliżało się czternastu mutantów, z których najbardziej silny znacznie wyróżniał się od reszty, przewyższając o głowę. Pozostali nie byli nazbyt rozbudowani, a ich ogólny stan zdrowia był bardzo słaby. Wyglądali, jakby szli na polowanie.

Dziura w narracji. Z tego, co napisałeś wynika, że usłyszał, że było czternastu mutantów, z których jeden był najsilniejszy i najwyższy a pozostali niezbyt rozbudowani ? Do tego usłyszał, że ich stan zdrowia był bardzo słaby?

 

– Wyjadłeś całe nasze zapasy, głupcze! Umrzemy z głodu przez twoje łakomstwo i nie dostaniemy się do Koszykowic na umówione spotkanie!

Najpierw umrą z głodu, a na dodatek nie dotrą do Koszykowic? To miał być fragment humorystyczny? Pytam poważnie. 

 

Wysoki mutant z zaskoczeniem spojrzał na stojącego towarzysza, jakby ktoś silniejszy wymierzył mu nagle ostry policzek w twarz. Czyżby Bartek posiadł nabyte zalążki inteligencji?

Kto to jest Bratek? I co rozumiesz przez nabyte zalążki inteligencji?

 

Jeśli chodzi o fabułę, to nie za bardzo mnie ujęła. Przypomina trochę relację z rozgrywki w starą grę komputerową. Zabrakło kontekstu – opisu świata, przyczyn apokalipsy, warunków w jakich żyją ludzie itd. Sam opis bohatera jest bardzo szczątkowy. Tak naprawdę nie wiemy o nim nic. 

 

Widać, że miałeś jakiś pomysł, ale z uwagi na braki warsztatowe i fabularne bardzo ciężko go wychwycić. 

 

Na razie tyle. Daj znać, czy interesuje Cię poprawianie tego tekstu. Jeśli tak, to sugeruję cofnąć do kopii roboczej i wrzucać po rozdziale w betalistę. Tu jest sporo pracy do zrobienia. 

 

pozdrawiam

M.

 

 

 

 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Przychylam się do propozycji MordercyBezSerca. Jeśli zdecydujesz się na betę, to z chęcią pomogę.

Też pomogę, a całość można podzielić na przystępne rozdziały.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Raczej niezbyt zgadzam się z napisanymi opiniami i krytyką, a także propozycją beta-testu.

Odpowiem tylko na ten dziwny wiersz, który mówi o usłyszanym kontekście mutantów – nikt raczej nie słyszał o tym, czy mutanci są osłabieni, bohater po chwili obserwował ;)

Według mnie można spokojnie przeczytać do końca i być zadowolonym. Dziękuję i pozdrawiam!

Koniec życia, ale nie miłość

 

W takim razie dziękujemy Waćpanowi za uwagę. Gdybyś jednak zmienił zdanie, to polecamy się na przyszłość :D. 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

ok. :-)

Koniec życia, ale nie miłość

Raczej niezbyt zgadzam się z napisanymi opiniami i krytyką, a także propozycją beta-testu.

Według mnie można spokojnie przeczytać do końca i być zadowolonym. Dziękuję i pozdrawiam!

 

Czyli po co wstawiłeś tu ten tekst? Żeby ludzie cię chwalili i klepali po plecach, mówiąc:

Ale urwał, ale to było dobre! Wydawaj tę książkę bo jest idealna! 

Czy po to, żeby się dowiedzieć, jak odbiera ją potencjalny czytelnik? Bo jeśli to drugie, to schowaj pychę do kieszeni. A jeśli to pierwsze, to chyba nie do końca dobrze trafiłeś z miejscem publikacji. 

Raczej niezbyt zgadzam się z napisanymi opiniami i krytyką, a także propozycją beta-testu. […] Według mnie można spokojnie przeczytać do końca i być zadowolonym. 

Marinerze79, od marca 2017 roku zamieściłeś na tym portalu blisko osiemdziesiąt tekstów, większość z nich jednak usunąłeś. Jak sięgnę pamięcią, żaden nie był dobrze napisany, lektura żadnego nie była przyjemnością.

Ostatnio miałeś kilkunastomiesięczną przerwę. W tym czasie pojawiło się wielu nowych użytkowników, nieznających Twojej twórczości i przeszłości na portalu, i niektórzy z nich, w dobrej wierze, wyrazili chęć pomocy przy ulepszeniu Twojego najnowszego dzieła, o którym, niestety, nie można powiedzieć, że jest dobrze napisane. Odrzucasz tę pomoc – cóż, Twoje prawo. Masz też prawo nie zgadzać się z zamieszczonymi opiniami. Ja jednak pozwolę sobie nie zgodzić się z Twoim zdaniem, jakoby można było spokojnie czytać źle napisany tekst i jeszcze wynieść z takiej lektury zadowolenie – otóż nie można, to jest zwyczajnie niemożliwe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Realuc – po to, żeby takie uwagi były przeczytane (; Oczywiście żartuję… Jeśli nie zgadzam się z krytycznymi uwagami, to wyrażam się jasno. Nie będę opisywał każdej niepoprawnej treści. Opowiadanie ma swoje przesłanie, gry komputerowe są fundamentem tego całego opowiadania. Jeśli chcesz sobie znaleźć lepsze to poszukaj innego.

 

regulatorzy – chyba nie obraziłem majestatu Realuc`a :) Nie jestem pisarzem tylko amatorem, mam prawo więc problem rozwiązany. 

Koniec życia, ale nie miłość

Marinerze79, a czy powiedziałam, że kogokolwiek obraziłeś? A poza tym tak się składa, że tu wszyscy są amatorami i o ile mi wiadomo, chyba nikt nie pisze zawodowo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Praca zawodowa to nie jest mój problem :). Raczej pasja twórcza, jednak zbyt wysoka ambicja często prowadzi do niezrozumiałej oceny w komentarzach. Ja niestety nie zgadzam się z większością powyższych propozycji. Poprawiłem błędy w miarę swoich możliwości, a teksty w stylu niektórych autorów, również nie zaliczają się do popularnych, choćby “Psy szczekające….” coś tam w POCZEKALNI. Myślę, że starałem się jak tylko można, aby wszystko połączyć w całość, a dzielenie tego na krótkie części to jeszcze gorsza propozycja aniżeli zostawienie “Wplątanych” razem. Czasem można porównać ten tekst z grą MAD MAX, tylko trzeba mieć więcej cierpliwości dla autora i przeczytać całe opowiadanie. Dzięki z chęć pomocy.

Mariner79

Koniec życia, ale nie miłość

Mariner79 wrócił?

Marinerze79. Jak może już wiesz (albo wciąż nie wiesz) piszesz nadal słabo, a nawet bardzo słabo i Twoje pisanie wymaga nauki, poprawek, pewnej “pokory” wobec odbiorcy. Ale niezmiennie należy Ci się szacun za upór i pasję. Masz hobby, lubisz pisać, kochasz fantastykę – wspaniale, to nas wszystkich tutaj łączy. Jedyne, do czego można się przyczepić to fakt, że zazwyczaj nie potrafisz przyjąć absolutnie żadnej krytyki. Ba! Ty nawet nie przyjmujesz często uwag i sugestii poprawek, nawet tych dotyczących podstawowych spraw jak gramatyka, interpunkcja czy składnia.

Wciąż uważasz, że Twoje teksty są tak fascynujące, że nieważna jest ich forma, ortografia, interpunkcja, gramatyka itd. bo sama historia jest warta lektury (np. na 280 tys. znaków). Otóż nie! Szacunek do czytelnika wymaga, aby tekst był dopracowany i sukcesywnie poprawiany, jeśli wymaga pracy. A my nie jesteśmy wrednymi zazdrośnikami, tylko robimy to, co z każdym tekstem i autorem na portalu – staramy się pomóc i uczyć od siebie nawzajem. Usuwanie opowiadań i ponowne wrzucanie ich po jakimś czasie lub dorzucanie kolejnych niedopracowanych tekstów to nie jest metoda na zdobycie czytelników.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak właśnie myślałem o tym opowiadaniu, lecz doprawdy nie mogę się zgodzić z opiniami na temat początku. W późniejszym rozdziale jest już słabiej… podziwiam możliwości beta-testu za niezbyt dogodne dla autora komentarze. Analizowanie każdego z dialogu, który wypowiada bohater nie doprowadzi do poprawy umiejętności, jakimi posługuje się twórca. Ja rozumiem ten tekst właśnie w taki sposób i nie mam żadnych wątpliwości, że czytelnik połączy grę z opowiadaniem postapokaliptycznym. Słucha mnie, ogląda czy używa niezrozumiałych wypowiedzi – właśnie gdyby wszystko było proste, nie dałoby się tego poprawiać. Posłużę się w takim zdaniu ponownym wyrazem. Jest to w gruncie rzeczy wyłącznie mój wniosek.

Koniec życia, ale nie miłość

Pop LabieMordercoBezSerca i Danielu Kurowski1, podziwiam Waszą chęć pomocy autorowi przy tym tekście yes Tacy beta czytelnicy to skarb.

 

Jeżeli chodzi o lekturę to nie była satysfakcjonująca. Zachęcam do podzielenia się z czytelnikami krótszą historią, być może będzie łatwiejsza w odbiorze.

 

Tekst jest najeżony błędami, zgrzyty dostrzegam niemal w każdym zdaniu :( Moje uwagi pozwolę sobie wypisać posługując się jednym tylko akapitem:

 

W trakcie sześciu następnych dni jechaliśmy przez pustynię, pokonując tereny począwszy od łatwo dostępnych diun, a kończąc na trudnych do przebycia kamienistych obrzeżach.

Jechaliśmy pokonując tereny? Brakuje mi tutaj doprecyzowania np. “pokonując tereny o wszelkim możliwym ukształtowaniu”.

 

Nie częściej, niż dwie godziny w ciągu dnia przeznaczaliśmy na krótkie postoje, również ze względu na mój stan zdrowia.

“Nie dłużej”. Chyba, że zmienimy na coś w stylu “Nie częściej niż co sześć godzin robiliśmy krótkie postoje”.

Pada słowo “również”, więc zastanawiam się, jakie były inne powody postoju? 

 

Wtedy mogliśmy nieco odsapnąć, rozmawiając przy okazji na wiele tematów związanych z medycyną.

Jakie to były tematy, o czym rozmawiali? Jako czytelnik chcę więcej informacji, nie podoba mi się takie zbywanie.

 

Czasem jedliśmy drobny posiłek czy zażywali środek przeciwbólowy wzmacniający również organizm.

To “zażywali” brzmi mi archaicznie.

Przydałoby się uzgodnić liczbę – “środki przeciwbólowe”. No i w jaki sposób środek przeciw bólowy wzmacnia organizm?

 

Otrzymałem nowy ekwipunek, mundur, broń oraz specjalne przyciemniane gogle chroniące oczy przed powszechnie obecnym piachem. Kiedy dojeżdżaliśmy do pierwszego szybu paliwowego, w odległości kilkudziesięciu metrów od centrum zatrzymano wehikuły, powoli schodząc na mocno zdeformowaną powierzchnię ziemi.

“Centrum” czego? Miasta jakiegoś? Poza tym kilkadziesiąt metrów, to bardzo blisko, co im to dało?

“Powierzchnia ziemi”? Brzmi to co najmniej jakby przylecieli z Marsa. Zakładam, że był to jakiś rodzaj gruntu – przydałaby się informacja, jak rodzaj gruntu to był (zakładam, że już pustynia się skończyła i teraz mieli pod butami coś twardszego) i jaki rodzaj deformacji występował (słowa deformacja dodatkowo nie wydaje mi się trafne, lepiej pisać konkretnie – o pęknięciach, żłobieniach, szczelinach).

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Odebrałem twoje odpowiedzi pozytywnie. Satysfakcja za przedstawioną opinię o opowiadaniu jest może bardziej dla autora ;) Postaram się powrócić do twoich wniosków oraz komentarzu w wolnym czasie.

pzdr

Koniec życia, ale nie miłość

Cześć.

Zgadzając się z BK – w podziwie dla Pop Laba, Mordercy i Daniela, a także dla BK i wszystkich innych, którzy podjęli się przeczytania – spróbowałem.

I bardzo szybko poległem.

Krótką chwilę rozważałem, czy to nie wina tego, że (chcąc się przekonać, czy warto z takim kolosem) zacząłem od komentarzy.

Dochodzę jednak do wniosku, że nie.

Poległem po około 50k znaków, w okolicach „Gałgunowca”, a czytałem tu już opowiadania powyżej 80k i brnąłem przez nie z ciekawością. Tu – całkowicie pomijając kwestie błędów – ciekawości zabrakło.

Siliłem się na bycie obiektywnym, ale po dodaniu do źle napisanego i mało ciekawego opka Twoich opinii (w których z nikim i niczym się nie zgadzasz) pomogło mi podjąć decyzję o przerwaniu lektury.

Mam tylko jedną uwagę, jeśli chodzi o początek opowiadania “Wplątani”. Właściwie, nie zgadzam się z tamtymi komentarzami, również dzisiaj. Jestem rzeczywiście zadowolony z pomysłu – jak napisałem wcześniej – pochodził z przejścia kilku gier o postapokaliptycznym klimacie. Koniec wprawia być może w lekkie niezadowolenie, w przypadku interpunkcji, budowania dialogów, skomplikowanej budowie świata i zbytnio “naprężonej” sytuacji, w którą popadają bohaterzy. 

Pewna osoba pytała kim jest Piotr Kunerski, więc nie było sensu odpowiadać, bo w tekście jest Rolf Kunerski, czyli syn głównego bohatera,

 

W latach swojej młodości staruszek wykładał ogólne zasady handlu, które panują obecnie na pustkowiu.

– Zbieraj wszystko sam, ile tylko zdołasz synu. Nigdy nie handluj towarem bez otwartego warsztatu… – mówił dobry mechanik i niezły kupiec Piotr Kunerski.

 

Nie mogę się zgodzić, z opisywaniem każdego wiersza w opowiadaniu. Czy to jest niezrozumiałe dla czytelnika, że “staruszek” oznacza ojca? Nie mogę odpowiedzieć, czy potencjalnie średnio lubiąca klimat post-apo, nie zrozumiała pochodzenia.

Dziękuję, że czytasz moje opowiadania i wyrażasz swoje opinie. Pozdrawiam,

Mariner79

 

 

Koniec życia, ale nie miłość

Nowa Fantastyka