- Opowiadanie: AmonRa - Telefon z zaświatów

Telefon z zaświatów

Po­mysł na opo­wia­da­nie przy­nio­sło życie ;) Hi­sto­ria zwyczajnego chło­pa­ka, ja­kich wielu, wy­ko­nu­ją­ce­go nudną pracę oraz ob­ser­wu­ją­ce­go, jak zwy­kły dzień staje się dniem nie­zwy­kłym.

Tekst za­wie­ra w sobie wul­ga­ry­zmy, ale po pierw­sze uzna­łem, że są one nie­zbęd­ne dla utrzy­ma­nia jego au­ten­tycz­no­ści, po dru­gie – jak mo­głem, ogra­ni­cza­łem ich ilość.

Bar­dzo dzię­ku­ję moim be­tu­ją­cym: Da­niel­Ku­row­ski1, mor­te­cius oraz Outta Sewer. Bez udzia­łu chło­pa­ków tekst wy­glą­dał­by znacz­nie mar­niej. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Telefon z zaświatów

Nowy dzień, nowe wy­zwa­nia, po­my­śla­ła jakaś część miesz­kań­ców globu, otwie­ra­jąc rano oczy. Ro­bert Za­rzec­ki, dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni miesz­ka­niec Kra­ko­wa, do tego roz­en­tu­zja­zmo­wa­ne­go grona jed­nak nie na­le­żał. Całą siłą woli dźwi­gnął ciało z nie­zbyt przy­jem­nie pach­ną­ce­go łóżka, po­szedł do ła­zien­ki ochla­pać spuch­nię­tą twarz zimną wodą, a na­stęp­nie udał się do kuch­ni. Tam zalał wrząt­kiem lu­ro­wa­tą roz­pusz­czal­ną kawę i nie za­po­mniał do­peł­nić jej dużą ilo­ścią mleka, żeby nadać tym po­płu­czy­nom ja­ki­kol­wiek smak.

Przy­go­to­wa­ny w ten spo­sób mło­dzie­niec, nie­ma­ją­cy na sobie nic za wy­jąt­kiem sta­re­go pod­ko­szul­ka i bok­se­rek z mo­ty­wem Aven­gers, za­siadł przed służ­bo­wym lap­to­pem. Z ko­lej­nym dniem pracy nie wią­zał żad­nych na­dziei. Do osią­gnię­cia celu po­sta­wio­ne­go przed nim przez Bank New Fu­tu­re bra­ko­wa­ło efek­tyw­no­ści i aby otrzy­mać ja­ką­kol­wiek pre­mię, po­wi­nien jesz­cze na­cią­gnąć kogoś na kre­dyt opie­wa­ją­cy na kwotę przy­naj­mniej osiem­dzie­się­ciu sied­miu ty­się­cy zło­tych. Ro­bert był świa­dom, że głu­po­ta w kraju jest wia­tro­pyl­na, ale aku­rat nie wiało w stro­nę klien­tów jego banku. Na zre­ali­zo­wa­nie planu sprze­da­żo­we­go chło­pak nie miał więc żad­nych szans.

Uru­cha­mia­jąc sys­tem, Ber­cik dumał smęt­nie nad swoim ży­ciem. Do­brze zdana ma­tu­ra, pięć lat stu­diów, dwa fa­kul­te­ty i po­dy­plo­mów­ka – wszyst­ko to po­szło jak krew w piach. Pół­to­ra roku temu, w od­po­wie­dzi na sześć­dzie­siąt trzy ro­ze­sła­ne ży­cio­ry­sy i listy mo­ty­wa­cyj­ne otrzy­mał je­dy­nie ofer­tę pracy w banku. Po­sa­da te­le­mar­ke­te­ra urą­ga­ła jego am­bi­cjom, ale, jak to mówią, lep­szy rydz niż nic. Przy­naj­mniej na po­czą­tek. Potem jed­nak przy­szła epi­de­mia, świat zwa­rio­wał, wszy­scy ugrzęź­li w do­mach w oba­wie przed ty­sią­ca­mi le­żą­cych na uli­cach gni­ją­cych ciał, firmy za­wie­si­ły re­kru­ta­cje, a Ro­ber­ta wy­sła­no do domu, żeby pra­co­wał zdal­nie. Z po­cząt­ku chło­pak bło­go­sła­wił dwie go­dzi­ny oszczę­dza­ne codziennie na do­jaz­dach, ale po czte­rech mie­sią­cach za­czę­ła drę­czyć go de­pre­sja. O tym, ile ki­lo­gra­mów przy­by­ło współ­pra­cow­ni­kom, do­wia­dy­wał się je­dy­nie z por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych. Razem z kra­jo­wą go­spo­dar­ką umie­ra­ły jego dobra forma, życie to­wa­rzy­skie, po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie oraz chęć do życia.

Nie zdo­ła­no na­wią­zać po­łą­cze­nia z ser­we­rem – skon­tak­tuj się z help­de­skiem, aby roz­wią­zać pro­blemob­wie­ścił ko­mu­ni­kat na ekra­nie. Ro­bert po­cząt­ko­wo wes­tchnął z iry­ta­cją, która szyb­ko ustą­pi­ła miej­sca pod­eks­cy­to­wa­niu na myśl o przy­mu­so­wym skró­ce­niu ośmio­go­dzin­nej męki. Wy­brał numer do Dzia­łu Po­mo­cy Tech­nicz­nej, któ­re­go pra­cow­ni­kom ode­bra­nie po­łą­cze­nia zwy­kle zaj­mo­wa­ło nie mniej niż trzy­dzie­ści minut. Potem trze­ba bę­dzie po­cze­kać dru­gie tyle na in­ter­wen­cję Dzia­łu IT. Ro­bert był pewny, że gdyby kto­kol­wiek prze­pro­wa­dzał kon­kurs na Naj­gor­szy Dział IT Kie­dy­kol­wiek, in­for­ma­ty­cy Banku New Fu­tu­re cie­szy­li­by się z pierw­sze­go miej­sca.

Tym razem jed­nak pomoc na­de­szła wy­jąt­ko­wo szyb­ko i już po kwa­dran­sie roz­cza­ro­wa­ny Ber­cik za­ło­żył swój ze­staw słu­chaw­ko­wy i przy­stą­pił do pracy. Ro­bo­ta po­le­ga­ła na wy­bie­ra­niu nu­me­rów z przy­go­to­wa­nej wcze­śniej bazy i li­cze­niu, że któ­ryś z klien­tów skry­cie marzy o pod­pi­sa­niu na­je­żo­nej pu­łap­ka­mi umowy o po­życz­kę go­tów­ko­wą albo po­żą­da la­zu­ro­wej karty kre­dy­to­wej z mro­żą­cym krew w ży­łach opro­cen­to­wa­niem.

– Dzień dobry, na­zy­wam się Ro­bert Za­rzec­ki i dzwo­nię z Banku New Fu­tu­re…

– Czy pani Elż­bie­ta Za­mor­ska? Kon­tak­tu­ję się w spra­wie atrak­cyj­nej ofer­ty na­sze­go banku.

– Mam może przy­jem­ność z panem Da­mia­nem Hum­me­lem? To pana szczę­śli­wy dzień!

– Dzwo­nię, aby przed­sta­wić ko­rzyst­ną i ogra­ni­czo­ną cza­so­wo pro­po­zy­cję kre­dy­to­wą. Ma pan chwi­lę na roz­mo­wę?

Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi, więk­szość klien­tów wy­ra­ża­ła kom­plet­ny brak za­in­te­re­so­wa­nia ofer­tą. Po dwóch go­dzi­nach pracy chło­pak wy­brał jeden z ostat­nich nu­me­rów przed prze­rwą na dru­gie śnia­da­nie.

– Halo, halo, dzień dobry! Z tej stro­ny Ro­bert Za­rzec­ki, te­le­fo­nu­ję z Banku NF. Czy ma pan chwi­lę na roz­mo­wę na temat na­szej obec­nej ofer­ty kre­dy­to­wej?

– Halo? To znowu wy? – ode­zwał się po­iry­to­wa­ny głos ze słu­chaw­ki. – Dzwo­ni­cie już któ­ryś raz.

– Kon­tak­tu­ję się z panem po raz pierw­szy i chcia­łem przed­sta­wić…

– Gówno mnie ob­cho­dzi, co pan chciał przed­sta­wić! – wy­buch­nął zło­ścią jego roz­mów­ca. – Te­le­fon za te­le­fo­nem, od rana do wie­czo­ra, od­po­cząć czło­wie­ko­wi nie da­je­cie! Tyle razy mó­wi­łem, że ni­czym nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny, że­by­ście ska­so­wa­li mój numer, a wy dalej swoje! Osza­leć można!

– Pro­szę pana, ro­zu­miem pana gniew – od­parł uspo­ka­ja­ją­cym gło­sem Ro­bert, jed­no­cze­śnie od­da­la­jąc tro­chę słu­chaw­kę. My­ślał je­dy­nie o nie­za­do­wo­le­niu li­der­ki ze­spo­łu na wieść o tym, że nie użył w roz­mo­wie wszyst­kich ar­gu­men­tów sprze­da­żo­wych. – Gdyby dał mi pan je­dy­nie chwi­lę na przed­sta­wie­nie ofer­ty…

– Wiesz, spo­łecz­na mendo, gdzie mam twoją ofer­tę?! Tam, gdzie świa­tło nigdy nie do­cie­ra, ot co! Ska­suj ten numer, bo nie ręczę za sie­bie!

– Nie mogę ska­so­wać nu­me­ru, może pan je­dy­nie cof­nąć zgodę na prze­twa­rza­nie pana da­nych w ce­lach mar­ke­tin­go­wych w od­dzia­le banku. Jeśli pan chce, za­dzwo­ni­my w bar­dziej do­god­nym ter­mi­nie…

– Sły­szysz, co do cie­bie mówię?! Mam zły dzień i nie chcę słu­chać two­je­go baj­du­rze­nia. Albo na­tych­miast ska­su­jesz numer, albo bę­dziesz miał kło­po­ty! – za­gro­ził coraz bar­dziej zbul­wer­so­wa­ny męż­czy­zna. – Nigdy, kurwa, nie słu­cha­cie, wiecz­nie tylko te wasze bajki. Ofer­ta-srer­ta! Mam po­wy­żej dupy tego gówna.

– Ja…

– Za­mknij się i słu­chaj, szczy­lu. Prze­gią­łeś pałę. Nie chcę nigdy wię­cej do­stać te­le­fo­nu, ani od cie­bie, ani od two­ich przy­głu­pich ko­leż­ków. Je­stem za­ję­tym czło­wie­kiem i nie życzę sobie, że­by­ście mnie nę­ka­li. Miło by ci było, gdy­bym to ja do cie­bie wy­dzwa­niał? Miło?!

Ro­bert ob­ru­szył się na myśl o klien­cie ży­ją­cym w prze­ko­na­niu, że kon­sul­tan­ci ob­dzwa­nia­ją ludzi dla wła­snej roz­ryw­ki i nie mają nic lep­sze­go do ro­bo­ty.

– Gdy te­le­fo­nu­je ktoś z banku, z re­gu­ły wy­słu­chu­ję uprzej­mie, co ma do po­wie­dze­nia – rzekł chłod­no i nie­zu­peł­nie re­gu­la­mi­no­wo Ber­cik.

Po dru­giej stro­nie na chwi­lę za­pa­dła cisza, ale tylko po to, by za mo­ment ustą­pić miej­sca ko­lej­ne­mu wy­bu­cho­wi gnie­wu.

– Tak?! No do­brze, to zo­ba­czy­my. Ten się śmie­je, kto się śmie­je ostat­ni. Niech no tylko wezmę swoją książ­kę te­le­fo­nicz­ną…

Skon­fun­do­wa­ny chło­pak za­czął słu­chać, jak jego roz­mów­ca mam­ro­cze coś pod nosem i za­wzię­cie prze­wra­ca ja­kieś kart­ki.

– Ro­bert Za­rzec­ki, ulica Gwiaz­dy Be­tle­jem­skiej osiem przez trzy­na­ście, czy tak? – za­py­tał facet pra­wie słod­kim, znacz­nie spo­koj­niej­szym gło­sem. – Syn Te­re­sy i Woj­cie­cha, uro­dzo­ny w Nowym Sączu, szpi­tal świę­te­go Ry­dy­gie­ra. Numer te­le­fo­nu: osiem­set sie­dem­dzie­siąt sześć, pięć­set trzy­na­ście i dwie­ście, tak? Były chło­pak Alek­san­dry Tur, która ode­szła do ja­kie­goś ru­de­go knypa z małym fiu­tem?

– Ja… – wy­du­kał Ro­bert, któ­re­go do­słow­nie za­mu­ro­wa­ło. Za­sta­na­wiał się, w ja­kiej książ­ce te­le­fo­nicz­nej ten facet mógł wy­czy­tać takie dane. – Skąd pan to wszyst­ko wie…? Nie wolno…

– Tobie też, chuju, nie wolno mieć moich da­nych. I co? Komu teraz łyso?

– Pro­szę pana, na­le­gam, żeby…

– Na­le­gać to sobie mo­żesz, po­kur­czu. Po­ża­łu­jesz dnia, w któ­rym do mnie za­dzwo­ni­łeś.

I za­koń­czył po­łą­cze­nie, po­zo­sta­wia­jąc chło­pa­ka w sta­nie głę­bo­kie­go szoku.

Ro­bert roz­po­czął prze­rwę szyb­ciej, niż było za­pla­no­wa­ne i po­wlókł się do kuch­ni cały czer­wo­ny. Skąd ten facet wie­dział to wszyst­ko? Mło­dzie­niec żył na tyle długo, żeby pa­mię­tać książ­ki te­le­fo­nicz­ne, w któ­rych po ad­re­sie można było wy­szu­kać roz­mów­cę, ale w wy­naj­mo­wa­nej za grube pie­nią­dze ka­wa­ler­ce miesz­kał do­pie­ro od sze­ściu mie­się­cy. Poza tym cze­goś ta­kie­go nikt już nie dru­ko­wał, a na pewno nie za­pi­sy­wał tam imion i na­zwisk by­łych part­ne­rów danej osoby. Nie wspo­mi­na­jąc o dłu­go­ści człon­ków przy­pad­ko­wych męż­czyzn. To na­praw­dę dziw­ne, po­my­ślał Ro­bert, za­le­wa­jąc mle­kiem owsian­kę.

Gdy wró­cił do biur­ka z miską i za­pchał gębę naj­tań­szy­mi tro­ci­na­mi, jakie można było kupić w osie­dlo­wym skle­pie, za­dzwo­nił te­le­fon. Spo­glą­da­jąc na ekran chło­pak stwier­dził, że wy­świe­tlił się nie­zna­ny numer. Nie­wie­le my­śląc, ode­brał po­łą­cze­nie.

– Halo?

– No, mam cię. To teraz sobie po­ga­da­my.

– To pan? – za­py­tał zde­ner­wo­wa­ny Ro­bert. – Pro­szę do mnie nie dzwo­nić, to mój pry­wat­ny numer.

– Będę dzwo­nić gdzie mi się po­do­ba, szma­cia­rzu…

Dal­szej czę­ści ty­ra­dy mło­dzie­niec już nie wy­słu­chał, po­nie­waż na­ci­snął czer­wo­ną słu­chaw­kę.

W głę­bo­kich ner­wach Ber­cik do­koń­czył owsian­kę i gdy po­wró­cił do pracy, urzą­dze­nie po­now­nie za­dzwo­ni­ło. Tym razem ipho­ne wy­świe­tlił inny numer, ale chło­pak od­rzu­cił roz­mo­wę i wy­ci­szył dźwię­ki. Nie mi­nę­ło nawet pół se­kun­dy, a sprzęt za­wi­bro­wał. Ko­lej­ne po­łą­cze­nie przy­cho­dzą­ce, z jesz­cze in­ne­go nu­me­ru. I ta roz­mo­wa zo­sta­ła od­rzu­co­na. Nie na wiele się to jed­nak zdało, po­nie­waż wy­ci­szo­ny ipho­ne znowu za­drgał. I znowu inny numer. Sku­ba­niec nie daje łatwo za wy­gra­nąpo­my­ślał roz­złosz­czo­ny chło­pak, po­sta­na­wia­jąc igno­ro­wać la­wi­nę te­le­fo­nów i sku­pić się na pracy.

Po pół go­dzi­nie urzą­dze­nie po­ka­za­ło czter­dzie­ści sześć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń przy­cho­dzą­cych, na­stę­pu­ją­cych jedno po dru­gim. Każde po­cho­dzi­ło z in­ne­go nu­me­ru. Ro­bert po­czuł lekki nie­po­kój i po pro­stu wy­łą­czył te­le­fon. Nie­waż­ne, ile urzą­dzeń ma ten rąb­nię­ty gość, albo czy korzysta z jakiejś cwanej aplikacji, teraz może sobie dzwo­nić! Ber­cik na­pa­wał się swoim po­nad­prze­cięt­nym spry­tem aż do mo­men­tu, gdy po pię­ciu mi­nu­tach za­brzmiał do­mo­fon.

– Halo? – za­py­tał chło­pak my­śląc o ku­rie­rze z no­wy­mi stru­na­mi do uku­le­le. Prze­sył­ka miała na­dejść do­pie­ro jutro.

– Nie uciek­niesz mi – za­brzmiał nie­na­wist­ny głos po dru­giej stro­nie.

Ro­bert cof­nął się dwa kroki i po­czuł, jak po ple­cach prze­bie­ga mu zimny dreszcz. On tu, kurwa, przy­szedł. Miesz­ka gdzieś nie­da­le­ko? Szlag by to tra­fił. Po­szedł na bal­kon i wyj­rzał, by zo­ba­czyć ob­li­cze swo­je­go prze­śla­dow­cy, ale nikt nie stał przed drzwia­mi. Czy gość wszedł już do środ­ka? A może spła­tał głu­pie­go figla i uciekł? I co trze­ba mieć w gło­wie, żeby tra­cić swój czas na gnę­bie­nie przy­pad­ko­we­go te­le­mar­ke­te­ra? 

Prze­stra­szo­ny nie na żarty chło­pak wró­cił do służ­bo­we­go lap­to­pa i przej­rzał hi­sto­rię po­łą­czeń. Bez pro­ble­mu od­szu­kał męż­czy­znę, z któ­rym roz­ma­wiał przed prze­rwą. W mię­dzy­cza­sie po­now­nie usły­szał dźwięk do­mo­fo­nu, ale po­sta­no­wił go zi­gno­ro­wać. Przy­naj­mniej do czasu, gdy dowie się wię­cej o swoim prze­śla­dow­cy. Zbi­gniew Ha­liń­ski, lat 57, nie­ak­tyw­ny, po­in­for­mo­wał sys­tem. Sta­tus męż­czy­zny naj­wy­raź­niej mu­siał umknąć Ro­ber­to­wi przy roz­mo­wie. Gdy mło­dzie­niec otwo­rzył za­pi­sa­ne przez in­nych pra­cow­ni­ków banku no­tat­ki, prze­czy­tał coś, co zmro­zi­ło mu krew w ży­łach: Akt zgonu do­star­czo­ny do pla­ców­ki przez córkę 18.11.2018. Po raz ko­lej­ny za­dzwo­nił wście­kle do­mo­fon, a blady Ber­cik od­krył, jak coś staje mu w gar­dle. 

Sys­tem po­wi­nien eli­mi­no­wać z bazy da­nych klien­tów nie­ak­tyw­nych, w tym jed­nak przy­pad­ku stało się ina­czej. Nie pa­ni­kuj, po­my­ślał sobie Ro­bert, na pewno można to lo­gicz­nie wy­ja­śnićJesteś do­ro­słym męż­czy­zną, masz dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Trud­no było jed­nak opa­no­wać myśli, sły­sząc bez prze­rwy za­wzię­ty od­głos do­mo­fo­nu. To nie­moż­li­we, głą­bie, że roz­ma­wia­łeś z nie­ży­ją­cym klien­tem. Na pewno ktoś prze­jął numer te­le­fo­nu. Mimo prób od­zy­ska­nia spo­ko­ju Ro­bert od­czuł, że tem­pe­ra­tu­ra w po­miesz­cze­niu spa­dła przy­naj­mniej o kilka stop­ni i przez jego ciało prze­biegł dreszcz.

Dzwo­nić po po­li­cję? Chło­pak uznał, że to słaby po­mysł, bo nie wie­dział, co też miał­by nie­bie­skim po­wie­dzieć. Poza tym nie ufał stró­żom prawa od czasu do­głęb­niej­szej niżby chciał re­wi­zji prze­pro­wa­dzo­nej w po­szu­ki­wa­niu dra­gów, któ­rej ofia­rą mło­dzie­niec padł trzy lata temu. Po­sta­no­wił je­dy­nie po­dejść do do­mo­fo­nu i odłą­czyć kabel. Sprzęt umilkł, a Ro­bert wydał z sie­bie wes­tchnie­nie ulgi. W domu nie po­zo­sta­ło już nic, co mo­gło­by jesz­cze za­dzwo­nić.

Po­wo­li do­pro­wa­dza­jąc się do po­rząd­ku, chło­pak wró­cił przed kom­pu­ter z za­mia­rem kon­ty­nu­owa­nia pracy. Nagle ktoś za­czął ło­mo­tać do drzwi. Ber­cik pod­sko­czył na krze­śle i wstrzy­mał od­dech. Jezu Chry­ste, ktoś go wpu­ścił i wlazł na górę. Przez dłuż­szą chwi­lę mło­dzie­niec tkwił w bez­ru­chu nie wie­dząc, co zro­bić, a po­wta­rza­ne z re­gu­lar­ną czę­sto­tli­wo­ścią ude­rze­nia nie usta­wa­ły. W końcu Ro­bert ze­brał całą swoją od­wa­gę i naj­ci­szej, jak tylko się dało pod­szedł do drzwi. Zo­ba­czę przy­naj­mniej, jak on wy­glą­da, po­my­ślał i wyj­rzał przez ju­da­sza.

Ostat­nią rze­czą, jaką za­pa­mię­tał, było strasz­ne oko spo­glą­da­ją­ce na niego z dru­giej stro­ny. Miało w sobie życie i śmierć, było puste, a za­ra­zem wy­peł­nio­ne po brze­gi bólem, gnie­wem, roz­pa­czą i żądzą ze­msty. Nie przy­po­mi­na­ło ni­cze­go, co mło­dzie­niec do tej pory w życiu wi­dział. Zgni­ły, nie­świe­ży i ostry za­pach wy­peł­nił mu noz­drza, a nagły lo­do­wa­ty po­wiew wstrzą­snął jego cia­łem. Ro­bert cof­nął się gwał­tow­nie kilka kro­ków, wy­rżnął łbem w kant szafy i nie­przy­tom­ny upadł na po­sadz­kę z głu­chym ło­sko­tem.

 

* * *

 

Trzy mie­sią­ce póź­niej dok­tor An­to­ni Szlach­ta sie­dział wy­god­nie w fo­te­lu w swo­im ga­bi­ne­cie, na najwyższym piętrze Szpi­ta­la Kli­nicz­nego przy ulicy Ba­biń­skie­go. Oczy za­my­ka­ły mu się wbrew woli, a od upra­gnio­ne­go faj­ran­tu dzie­li­ła go tylko jedna kon­sul­ta­cja. Dok­tor Szlach­ta sta­now­czo nie lubił swo­jej pracy. Jeśli miał­by być szcze­ry, prze­kli­nał dzień, w któ­rym po­sta­no­wił pójść na me­dy­cy­nę, a nie na so­cjo­lo­gię, tak jak więk­szość jego ko­le­gów z li­ceum. My­śląc wy­łącz­nie o swo­jej mał­żon­ce, która za­pew­ne po­ło­ży­ła już dzie­ci spać i cze­ka­ła z późną ko­la­cją, le­karz z wes­tchnie­niem się­gnął po kartę pa­cjen­ta.

Ro­bert Za­rzec­ki, trud­ny przy­pa­dek. Przy­ję­to go do pla­ców­ki ze zdia­gno­zo­wa­ny­mi de­pre­sją oraz schi­zo­fre­nią pa­ra­no­idal­ną, a także sil­nym epi­zo­dem psy­cho­tycz­nym. Dok­tor prze­biegł wzro­kiem po hi­sto­rii cho­ro­by, przy­po­mniał sobie listę za­pi­sa­nych środ­ków far­ma­ko­lo­gicz­nych i od­czy­tał no­tat­kę psy­cho­te­ra­peu­ty. Gdy skoń­czył, jak na za­wo­ła­nie otwo­rzy­ły się drzwi ga­bi­ne­tu i kor­pu­lent­na pie­lę­gniar­ka wpro­wa­dzi­ła chło­pa­ka. Dok­tor An­to­ni ob­ser­wo­wał pa­cjen­ta w mil­cze­niu.

– No, jak się dzi­siaj mamy? – za­gad­nął Ro­ber­ta do­kła­da­jąc sta­rań, aby w jego gło­sie za­brzmiał en­tu­zjazm.

Od­po­wie­dzia­ła mu je­dy­nie cisza. Praw­dę mó­wiąc, chło­pak od czasu przy­by­cia do szpi­ta­la wy­po­wie­dział je­dy­nie parę słów i więk­szość czasu spę­dzał ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie wy­lęk­nio­nym spoj­rze­niem. Wy­da­wa­ło się, że leki przy­no­si­ły mu pewną ulgę. Gdyby Okrę­go­wa Izba Le­kar­ska otrzy­ma­ła in­for­ma­cję, w ja­kich ilo­ściach po­da­wa­no psy­cho­tro­py chło­pa­ko­wi, bez wąt­pie­nia po­zba­wi­ła­by Szlach­tę prawa do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du. An­to­ni aż wzdry­gnął się na tę myśl.

– No cóż, nie­ste­ty nie mam do­brych wie­ści – rzekł dok­tor, ro­biąc smut­ną minę. – Nie sądzę, by można już było po­zwo­lić panu wró­cić do domu i do pracy. Ro­bi­my po­stę­py, ale jesz­cze ka­wa­łek drogi przed nami. Myślę, że prze­dłu­ży­my pana pobyt w szpi­ta­lu o ko­lej­ny mie­siąc.

Pa­cjent nie spra­wiał wra­że­nia, by te wie­ści w ja­ki­kol­wiek spo­sób go obe­szły. Sie­dział po pro­stu na krze­śle, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w pod­ło­gę.

– Od­nio­słem wra­że­nie, że leki panu po­ma­ga­ją, czyż nie? Tro­chę za wcze­śnie, by je od­sta­wić, ale mo­że­my spró­bo­wać zmniej­szyć dawkę. Nie miewa już pan uro­jeń czy ha­lu­cy­na­cji?

Ro­bert po­krę­cił tylko prze­czą­co głową.

– Wy­śmie­ni­cie. Pro­szę rów­nież pa­mię­tać, że nie­od­łącz­nym ele­men­tem le­cze­nia jest psy­cho­te­ra­pia, a sły­sza­łem, że nie otwie­ra się pan za­nad­to przed grupą. Za­chę­cam, aby spró­bo­wać ujaw­nić emo­cje innym i wy­rzu­cić z sie­bie to, co pana gry­zie. Do­świad­cze­nie od­bie­rze pan jako ko­ją­ce, a resz­ta grupy jako bar­dzo po­moc­ne i cenne. Nie jest pan je­dy­ną osobą, któ­rej kwa­ran­tan­na, od­osob­nie­nie i epi­de­mia dały się we znaki.

Pa­cjent w od­po­wie­dzi kiw­nął głową na znak zro­zu­mie­nia. Dok­tor Szlach­ta już miał się­gnąć po kart­kę, aby spo­rzą­dzić no­tat­kę z kon­sul­ta­cji, gdy nagle za­brzmiał dzwo­nek jego te­le­fo­nu. Ro­bert mo­men­tal­nie pod­niósł głowę, otwo­rzył oczy tak sze­ro­ko, że nie­mal wy­szły mu z orbit i wbił wzrok w urzą­dze­nie le­ka­rza.

– Och, naj­moc­niej prze­pra­szam, mu­sia­łem za­po­mnieć wy­ci­szyć. Zwy­kle mi się to nie zda­rza – rzekł po­spiesz­nie Szlach­ta, przy­su­wa­jąc do sie­bie ko­mór­kę. – Czy bę­dzie pan zły, jeśli od­bio­rę? To pew­nie moja żona. Pro­szę o mi­nu­tę.

Nie cze­ka­jąc nawet na od­po­wiedź pa­cjen­ta – w końcu i tak mil­czał – dok­tor pod­niósł te­le­fon.

– Halo, Zosiu?

– Dobry wie­czór, panie dok­to­rze. – Uprzejmy, męski głos zabrzmiał w słuchawce. – Pro­szę wy­ba­czyć, że prze­szka­dzam, ale mam pilną spra­wę. Na­zy­wam się Zbi­gniew Ha­liń­ski i chciał­bym pana dok­to­ra pro­sić o prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści pa­cjen­to­wi.

– W ta­kich spra­wach pro­szę dzwo­nić na dy­żur­kę. Nie wiem, skąd wziął pan mój numer – po­wie­dział zi­ry­to­wa­ny Szlach­ta. – Jeśli jest pan z ro­dzi­ny, nie po­win­ni robić pro­ble­mów. Z któ­rym pa­cjen­tem w ogóle chce pan roz­ma­wiać?

– Ano z tym, który sie­dzi przed panem.

An­to­ni, który już otwie­rał usta, aby coś po­wie­dzieć, po­ru­szył nimi je­dy­nie bez­gło­śnie. Spoj­rzał na Ro­ber­ta, nie od­ry­wa­ją­ce­go coraz bar­dziej prze­stra­szo­ne­go wzro­ku od te­le­fo­nu.

– Halo, jest tam jesz­cze pan dok­tor? – za­py­tał facet.

– Nie mogę z panem roz­ma­wiać. Je­stem w trak­cie kon­sul­ta­cji. Pro­szę wię­cej nie dzwo­nić na ten numer. W spra­wach pa­cjen­tów pro­szę dzwo­nić na dy­żur­kę, jeśli jest pan osobą upo­waż­nio­ną do otrzy­my­wa­nia in­for­ma­cji me­dycz­nej. Albo jeśli jest pan z ro­dzi­ny. Przy­jem­ne­go wie­czo­ru.

– Zbywa mnie pan dok­tor? Nie­ład­nie, nie­ład­nie. Jesz­cze pan dok­tor to wszyst­ko od­szcze­ka.

Po za­koń­cze­niu po­łą­cze­nia przez mo­ment pa­no­wa­ła głu­cha cisza. Zdez­o­rien­to­wa­ny Szlach­ta ochło­nął i już miał za­miar coś po­wie­dzieć, gdy głos za­brał Ro­bert:

– To on dzwo­nił, p-praw­da?

– Spo­dzie­wał się pan ja­kie­goś te­le­fo­nu? – za­py­tał le­karz psy­chia­tra, nie od­no­to­wu­jąc nawet faktu, że pa­cjent wy­po­wie­dział naj­dłuż­sze zda­nie od mo­men­tu swo­je­go przy­by­cia do pla­ców­ki. – Nie­przy­jem­ny facet. Kto to taki?

– To, panie dok­to­rze, była moja ha­lu­cy­na­cja. 

An­to­ni do­brze wie­dział, że osoba do­świad­cza­ją­ca sil­nej psy­cho­zy czę­sto nie umie od­róż­nić fik­cji spo­wo­do­wa­nej cho­ro­bą od rze­czy­wi­sto­ści, ale zanim zdą­żył uspo­ko­ić chło­pa­ka, dzwo­nek za­brzmiał po­now­nie. Dok­tor spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Zwy­kle po­ka­zy­wał on dzie­wię­cio­ele­men­to­wy numer te­le­fo­nu na środ­ku ekra­nu, ale tym razem cyfr było tak wiele, że wy­peł­ni­ły całą wolną prze­strzeń. Szlach­ta za­mru­gał, uzna­jąc to za przy­wi­dze­nie wy­wo­ła­ne cięż­kim dniem w pracy, ale gdy po­now­nie otwo­rzył oczy, te­le­fon po­ka­zał: Uprzej­mie pro­szę ode­brać, bo ina­czej bę­dzie źle! :-)

W mo­men­tach zde­ner­wo­wa­nia i nie­pew­no­ści An­to­ni zer­kał na opra­wio­ną w ramkę ro­dzin­ną fo­to­gra­fię sto­ją­cą po pra­wej stro­nie biur­ka. Gdy jed­nak spoj­rzał w jej kie­run­ku tym razem, wszyst­kie uśmie­cha­ją­ce się na tle egip­skich pi­ra­mid po­sta­cie po­ru­sza­ły w iden­tycz­ny spo­sób usta­mi, zda­jąc się mówić: Od­bierz, od­bierz, od­bierz… Sza­no­wa­ny le­karz psy­chia­tra prze­łknął gło­śno ślinę i po­lu­zo­wał nieco kra­wat, po­sta­na­wia­jąc jed­no­cze­śnie prze­nieść wzrok na pa­cjen­ta. Ro­bert wbi­jał w niego prze­stra­szo­ne spoj­rze­nie.

– Ekhem… – wy­chry­piał Szlach­ta sła­bym gło­sem. – Czego… ten ktoś… ode mnie chce?

– Z-zde­ner­wo­wał go pan – wy­szep­tał chło­pak. W tym mo­men­cie wy­glą­dał, jakby był kom­plet­nie obłą­ka­ny. Jego głos drżał, a spoj­rze­nie Ro­ber­ta błą­dzi­ło po całym po­miesz­cze­niu.

– Czy wiesz o nim coś wię­cej?

– Nie­wie­le, dok­to­rze. Do nie­daw­na b-był zwy­kłym czło­wie­kiem, ale chyba tra­fił do miej­sca, do któ­re­go wo­lał­by nie tra­fić… Jest za­gnie­wa­ny, bo my też je­ste­śmy tam, gdzie nie chcie­li­by­śmy być, ale… w od­róż­nie­niu od niego mamy p-przy­naj­mniej jesz­cze jakąś drogę uciecz­ki.

– Ja chyba śnię… – wy­mam­ro­tał An­to­ni, gdy w mię­dzy­cza­sie te­le­fon za­dzwo­nił po­now­nie. Tym razem na ekra­nie było na­pi­sa­ne: Kiep­sko idzie panu le­cze­nie pa­cjen­tów, a od­bie­ra­nie te­le­fo­nu jesz­cze go­rzej! – Ale… dla­cze­go ja? 

– Pew­nie po­ja­wił mu się pan dok­tor w książ­ce te­le­fo­nicz­nej – od­po­wie­dział śmier­tel­nie po­waż­ny Ro­bert, wbi­ja­jąc rów­no­cze­śnie pa­znok­cie w swoje przed­ra­mio­na. – Za­wsze nosi ze sobą książ­kę, bar­dzo długą, ale za­pi­sa­no w niej tylko j-je­den numer, a przy oka­zji wszyst­kie in­for­ma­cje na pana temat. 

– Skąd pan to wszyst­ko wie?

W tym mo­men­cie chło­pak za­mknął na chwi­lę oczy, jak gdyby przy­po­mi­nał sobie coś strasz­li­we­go. Potem ro­zej­rzał się po ga­bi­ne­cie spraw­dza­jąc, czy nikt nie pod­słu­chu­je.

– W-w-wi­dzia­łem, sły­sza­łem… przy­szedł do mnie, do d-d-d-… domu…

Szlach­ta jęk­nął przy akom­pa­nia­men­cie dzwo­nią­cej wście­kle ko­mór­ki.

– To brzmi jak jedna wiel­ka bzdu­ra!

– M-mo­że tak… może nie. Ale skoro dzwo­ni do p-p-pa­na, to ozna­cza tylko jedno…

Pa­cjent pod­niósł się z krze­sła i szyb­kim kro­kiem ru­szył w stro­nę drzwi.

– Hola, hola, gdzie idziesz?! – za­py­tał zroz­pa­czo­ny An­to­ni, za­po­mi­na­jąc przy oka­zji o for­mie grzecz­no­ścio­wej.

– To już, jak to mówią, nie moja bajka – rzu­cił na od­chod­ne Ro­bert, który zdą­żył otwo­rzyć drzwi. – Bar­dzo dzię­ku­ję za le­cze­nie i dzi­siej­szą kon­sul­ta­cję, czuję, że przy­nio­sły spo­dzie­wa­ne e-e-efek­ty. A panu radzę ode­brać jak naj­szyb­ciej i nie prze­dłu­żać, bę­dzie tylko go­rzej. I może warto po­szu­kać sobie ja­kie­goś księ­dza. Czy coś.

Gdy pa­cjent wy­szedł po­spiesz­nie i trza­snął za sobą drzwia­mi, po­miesz­cze­nie wy­peł­nił zgni­ły, nie­przy­jem­ny za­pach. Te­le­fon nie prze­sta­wał dzwo­nić, a z wy­łą­czo­ne­go radia za­czę­ła pły­nąć me­lo­dia do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­ca jeden z utwo­rów Fran­ka Si­na­try.

And now the end is here, and so i face that final cur­ta­in…

Prze­ra­żo­ny dok­tor Szlach­ta jesz­cze raz zer­k­nął na ekran dzwo­nią­ce­go te­le­fo­nu, który tym razem wy­świe­tlił zda­nie: Sły­sza­łem, że zwol­nił się panu ostat­ni ter­min na kon­sul­ta­cję! Po­nie­waż nie chce pan ode­brać, wpad­nę za pół mi­nut­ki. :-)

Koniec

Komentarze

 

Cześć!

 

 

Nowy dzień, nowe wyzwaniapomyślała jakaś część mieszkańców globu, otwierając rano oczy.

Zapisałbym kursywą jak w reszcie opowiadania:

Nowy dzień, nowe wyzwaniapomyślała jakaś część mieszkańców globu, otwierając rano oczy.

 

wszystko to poszło jak krew w piach. 

Za Czterech pancernych zawsze plus :D!

 

ale, jak to mówią, lepszy rydz niż nic

jw. – ale, jak to mówią lepszy rydz niż nic

 

Z początku chłopak błogosławił dwie godziny codziennie oszczędzane na dojazdach

Chyba lepiej z tym co- :D. 

 

Jeśli chodzi o fabułę, to miałem niezdrową satysfakcję przy czytaniu :D. Ile razy wyobrażałem sobie, że wywijam taki numer jakiemuś szczególnie namolnemu telemarketerowi. Fajnie zbudowana, przemyślana akcja. Zakończenie satysfakcjonujące. Dobra robota :D!

 

pozdrawiam 

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Morderco, z satysfakcją przyjąłem wiadomość, że lektura wydała Ci się przyjemna! :) Jeśli pozwolisz, nad uwagami technicznymi pochylę się po godzinie 15, gdy uzyskam dostęp do komputera. Na telefonie trochę ciężko modyfikować tekst. Od razu mówię, że z kursywą na początku już zgłupiałem, bo ile osób, tyle opinii – czy ona powinna tam być :p Wielkie dzięki za przeczytanie tekstu. Życzę udanego dnia :D

Uruchamiając system, Bercik dumał smętnie nad swoim życiem. Dobrze zdana matura, pięć lat studiów, dwa fakultety i podyplomówka – wszystko to poszło jak krew w piach. Półtora roku temu, w odpowiedzi na sześćdziesiąt trzy rozesłane życiorysy i listy motywacyjne otrzymał jedynie ofertę pracy w banku.

Tak jak już napisałem w becie, ten fragment potrafił zdołować i wprowadzić czytelnika w nastrój horroru ;)

Dobrze jednak się stało, że nie mamy tu czystego horroru, tylko dobrze napisaną opowieść z elementem pozagrobowego prześladowcy. Pomysł niezwykle ciekawy, ukazanie, że tak zwani ‘nękający’ stali się nękani. Moim zdaniem dobrze poradziłeś sobie z tym tematem.

Postać Roberta nie wydaje się obojętna, w końcu każdy z nas może nim być.

Fajnie zakończona opowieść, przeniesienie ‘psychozy’ lub ‘klątwy’ na kogoś innego. Prześladowca ten jest dosyć rozchwiany emocjonalnie i bardzo nerwowy (wręcz za bardzo, jakby tylko czekał na prowokację), co nadaje mu specyficzną charakterystykę ;)

Ode mnie będzie zgłoszenie do biblioteki.

Pozdrawiam i życzę więcej takich prac!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Bardzo podoba mi się pomysł z życia wzięty i spleciony z zaświatami. Powstała sytuacja tyleż codzienna, z jaką niemal każdy chyba się zetknął, a jednocześnie tak absurdalna, że nie dziwota, iż finał rozgrywa się w gabinecie psychiatry.

Mam nadzieję, AmonieRa, że poprawisz usterki, bo chciałbym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

ode­bra­nie po­łą­cze­nia zwy­kle zaj­mo­wa­ło nie kró­cej niż trzy­dzie­ści minut. ―> …ode­bra­nie po­łą­cze­nia zwy­kle zaj­mo­wa­ło nie mniej niż trzy­dzie­ści minut. Lub: …ode­bra­nie po­łą­cze­nia zwy­kle trwało nie kró­cej niż trzy­dzie­ści minut.

 

– …Czy pani Elż­bie­ta Za­mor­ska? ―> Wielokropek jest tu zbędny.

Za SJP PWN: wielokropek «znak interpunkcyjny złożony z trzech kropek następujących po sobie, oznaczający przerwanie toku mowy lub niedomówienie»

 

– …Mam może przy­jem­ność z panem Da­mia­nem Hum­me­lem? ―> Jak wyżej.

 

– …Dzwo­nię, aby przed­sta­wić ko­rzyst­ną i ogra­ni­czo­ną cza­so­wo pro­po­zy­cję kre­dy­to­wą. ―> Jak wyżej.

 

Nie­waż­ne, ile urzą­dzeń miał ten rąb­nię­ty gość (może ko­rzy­sta z ja­kiejś spryt­nej apli­ka­cji, prze­mknę­ło przez myśl chło­pa­ka) ―> Nawias jest tu zbędny.

W dalszej części opowiadania zapisujesz myśli w cudzysłowie – byłoby wskazane, abyś ujednolicił zapis

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: Zapis myśli bohaterów

 

dok­tor An­to­ni Szlach­ta sie­dział wy­god­nie w fo­te­lu swo­je­go ga­bi­ne­tu… ―> Co to jest fotel gabinetu?

A może miało być: …dok­tor An­to­ni Szlach­ta sie­dział wy­god­nie w fo­te­lu w swo­im ga­bi­ne­cie

 

Pa­cjent pod­niósł się ze swo­je­go krze­sła… ―> Zbędny zaimek.

Wystarczy: Pa­cjent pod­niósł się z krze­sła

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Danielu, bardzo dziękuję za miłe słowa i zgłoszenie do biblioteki :) Co do rozchwiania emocjonalnego prześladowcy – czegóż innego należałoby oczekiwać po kimś, kto trafił do miejsca co najmniej piekłopodobnego? ;) Dzięki też za bezcenne sugestie i uwagi na etapie bety!

Droga Regulatorko, Twoje pochwały odbieram jako słodsze od miodu ;) Właśnie ruszam do eliminowania usterek z tekstu. Jestem bardzo wdzięczny za czas poświęcony na przeczytanie tekstu, jak również za trafne jak zwykle sugestie poprawek.

Pozdrawiam!

Dobrze się czytało, pomysł z “zemstą” z zaświatów również do mnie przemówił, zwłaszcza, że został nieźle zrealizowany. Najlepsze było, jak po odłączeniu domofonu czekałam już na dalszą eskalację wydarzeń. ;D Trochę mi przeszkadzały pewne uproszczenia (skróty?) fabularne, jak np. rozmowa psychiatry z Robertem – nawet jeśli działy się dziwne rzeczy, to trochę za szybko zaczął poważnie traktować wywody pacjenta. No i przy scence z judaszem odczułam trochę zbytnią łopatologię, wolałabym w tym miejscu więcej niedomówień dla podtrzymania atmosfery tajemnicy. Ale to takie moje marudzenie. ;)

Ogólnie – solidna robota i przyjemna lektura, więc polecę do biblioteki.

Bardzo się cieszę, AmonieRa, że komentarzyk sprawił Ci przesłodką przyjemność. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Yo, Amonie!

 

No, z bety już znasz moją opinię. Fajny pomysł z telemarketerem, który na własnej skórze doświadcza w dość makabryczny sposób nagabywania ze strony niedoszłego klienta. Jak wyżej napisał MBS, pewnie wiele osób poczuje satysfakcję, że nagabywacz sam został ofiarą :)

Te uproszczenia, które zarzuca Ci Silva, są oczywiście zasadne, ale z drugiej strony rozwlekanie rozmowy pomiędzy bohaterem a psychiatrą niepotrzebnie przeciągnęłoby tekst i najprawdopodobniej znudziłoby czytelnika. Złotego środka tutaj nie ma, poszedłeś w jedną stronę skali, jednak taki środek ciężko byłoby znaleźć. Oczywiście w dłuższym tekście dałoby rade zmieścić więcej informacji, ale aby wyglądało to naturalnie, to musiałoby pociągnąć za sobą również wydłużenie fabuły w innych miejscach. Ja uważam, że jak się ma jakiś pomysł i nie ma ochoty (albo czasu, pomysłu, czegokolwiek) na jego męczenie, to trzeba go podac w takiej formie, w jakiej pomysł się pojawił. Potem dostajesz feedback i już wiesz, czy jest dobrze, czy warto jeszcze nad tekstem popracować i rozwinąć go. A feedback masz tutaj całkiem niezły, co powinno Cię cieszyć, bo mnie osobiście cieszy ;)

Pozdrawiam serdecznie i polecam się na przyszłość

Q

Known some call is air am

Silvo, dzięki za feedback :D Cieszę się, że udało mi się wywołać w czytelniku jakieś oczekiwanie na ciąg dalszy wydarzeń w trakcie lektury. Oczywiście Twojemu zarzutowi nie sposób odmówić solidnych podstaw i przemknęło mi kilkakrotnie przez myśl, że może wydarzenia rozgrywają się zbyt szybko. Tak, jak napisał Outta Sewer, dialog między Robertem a doktorem Szlachtą można byłoby przedłużyć i o 10 tys. znaków, jednak uznałem, że tekst straciłby przez to na poczytności. Ponadto, jeszcze jednym czynnikiem, który zaważył na moim braku chęci do rozwijania tego wątku, było sprawdzenie siebie samego w krótszych formach. Zwykle rozbudowuję wszystkie swoje opowiadania do straszliwych rozmiarów, tutaj założyłem sobie, że przekażę to co trzeba w 15 tys. znaków i jak widać, w limicie się i tak nie wyrobiłem :D Skoro jednak ogólna ocena opowiadania wypada raczej na plus, to pozostaje mi się cieszyć, że mimo niedosytu i zastrzeżeń tekst wydaje się być w porządku.

Outta Sewer, dzięki raz jeszcze za współudział i fachową pomoc w popełnionym powyżej tekście ;) Trochę się wkopałeś, bo jeśli jeszcze przyjdzie mi do głowy coś tutaj napisać, to bez wątpienia do Ciebie zapukam xd Oczywiście oferuję także swoją pomoc, gdyby okazała się potrzebna przy Twoich pomysłach. A co do uwagi o męczeniu pomysłu, moja pani od historii w liceum na testach zawsze powtarzała, że “pierwsza myśl jest zawsze najlepsza i nie ma co kombinować”…

Chillin, nie wkopałem się :) Sam się polecam, to wiem co robię… zazwyczaj ;)

Known some call is air am

Tak, jak napisał Outta Sewer, dialog między Robertem a doktorem Szlachtą można byłoby przedłużyć i o 10 tys. znaków, jednak uznałem, że tekst straciłby przez to na poczytności.

Niekoniecznie. Lekarz mógłby pociągnąć pacjenta za język w celach czysto poznawczych, aby dowiedzieć się więcej o jego “psychozach”. No, ogólnie sądzę, że dałoby się coś wymyślić bez dodawania styropianu do tekstu. ;) Ale też nie jest to z mojej strony jakiś wielki zarzut, bo na to można przymknąć oko, jednak wspominam, jako że trochę mi zgrzytnęło przy lekturze.

I tak, wrażenia po lektury całości były pozytywne. :)

Z jakiegoś powodu dopiero teraz czytam tekst ponownie z dopisanym zakończeniem. Wcześniejsze uwagi znasz, ale świetnie, że rozwinąłeś trzeci akt – całość jest teraz o wiele pełniejsza ;)

Opowiadanie naprawdę fajne, przyjemnie się czyta, że właściwie nie mam uwag.

Silvo, bardzo dobrze, że o tym napisałaś ;) Będę miał na takie rzeczy baczenie w przyszłości, gdy poczuję nieopanowany przypływ weny xd

Mortecius, dzięki za ponowną lekturę tekstu oraz miłe słowa :D No i oczywiście za pomoc podczas bety!

Agroeling, mogę tylko podziękować za pozytywną opinię oraz klika :) Naprawdę bardzo mi miło!

Cześć Amonie!

Ależ więź poczułem ze “Zbigniew Haliński” :D

 

To chyba o mnie opowiadanie :D

Jak ja uwielbiam gnębić telemarketerów :D

Np. – jeśli mam czas – podejmuję z nimi konwersację, ględzę pół godziny, zajarany wypytuję o szczegóły, pytam: “czy ta wspaniała oferta rzeczywiście dla mnie?!”, oni nakręcają się, jak pieprznięci, gadają jeszcze więcej, cuda na kiju, po czym, pod sam koniec mówię, że kompletnie nie jestem zainteresowany / albo, że jestem biednym studentem, i takie tam :D

Ich wku^w dla mnie miodkiem w pyszczku Kubusia Puchatka :D

 

Ale do rzeczy – podobało mi się, choć, zgodnie z mą imienniczką Silvą, tyci brakowało mi sedna. Pewne rzeczy wydarzyły się ciut za szybko, fajnie byłoby dać odczuć czas w tym wszystkim, ze ta akcja Zbysia (dla Roberta) troszkę trwała, żeby to narastało wolniej – a odnoszę wrażenie, że od telefonu Roberta do Zbyszka do odwiedzin Zbyszka u Roberta minęła przysłowiowa godzina.

 

U pana Szlachty widziałem też potencjał na lekkie rozwinięcie akcji w szpitalu, że zaczynają się dziać jakieś niepozorne, dziwne rzeczy, a sam finał mógłby wtedy pozostać bez zmian.

 

Pomijając te detale (bo to dla mnie detale) – uważam opowiadanie za bardzo celne i ciekawie poprowadzone :) Sam finał również dość satysfakcjonujący – taki rodzaj “zamiany pacjenta” ;)

 

Warsztatowo nic nie rzuciło mi się w oczy, może jedna, czy dwie pierdółki.

 

– Dobry wieczór, panie doktorze – zabrzmiał uprzejmy męski głos w słuchawce.

To chyba nie jest poprawny zapis. Nie powinno być tak?

– Dobry wieczór, panie doktorze. – Uprzejmy, męski głos zabrzmiał w słuchawce.

 

 

I zakończył połączenie, pozostawiając chłopaka w stanie głębokiego szoku.

Robert rozpoczął przerwę szybciej, niż było zaplanowane i powlókł się do kuchni cały czerwony.

Trochę to połączenie mi się nie widzi – czuć tu jakby dosłownie kolejny punkt, rozdział. Między tymi zdaniami nie ma płynnego przejścia (co nie jest żadnym błędem, ani niczym). Mam myśl, ze przydałby się tam choć “enter”, aby minimalnie odseparować te dwa zdania, albo delikatnie je przebudować.

 

Tyle z pierdółkowatych uwag :)

 

Pozdro!

Cześć, silvan! Fajnie, że znalazłeś kilka chwil na lekturę i pozostawienie opinii ;) Cieszę się, że poczułeś więź z czarnym charakterem mojej opowieści xd

Jesteś już kolejną osobą, która zwraca mi uwagę, że akcję mógłbym rozwinąć w wolniejszy, lepiej opisany sposób, a zatem zdecydowanie coś musi być na rzeczy. Obiecuję, że w trakcie tworzenia kolejnych wypocin będę miał te uwagi głęboko w serduszku, tym bardziej, że teksty quasi-horrorowe chciałbym jeszcze pisać. 

Co do uwag technicznych – z tą kwestią dialogową 100% racji, umknęło to mojej uwadze. Już ruszam do poprawki. Jeśli chodzi o drugą uwagę, potrzebuję chwili na zastanowienie się, w jaki sposób mógłbym ten moment przeredagować ;P

Mam nadzieję, że walentynkowy dzień upływa Ci przyjemnie. 

Niech Ci Słońce jasno świeci!

Amon

 

Po zmianie pracy czas znajduje z wielkim trudem, ale czasu na “Telefon z zaświatów” nie uważam za zmarnowany.

 

 

Nie jestem mega fanem horrorów, ale większość tych, które zapadły mi w pamięć, była niespieszna, a strach powodowały niedopowiedzenia, niejasności (ale logicznie związane z całością), itd.

Powodzonka :)

 

 

PS. Właśnie sobie uświadomiłem, że tytułem sprzedajesz fabułę ;)

Błyskawicznie człek się domyśla, o co chodzi ;)

No właśnie dlatego też odstąpiłem od pomysłu oznaczenia opowiadania jako horror. Owszem, może jest tu jakiś pierwiastek horroru, ale nie na tyle silny, żeby zdominować tekst :P Być może kiedyś podejmę się próby napisania czegoś całkowicie w takim gatunku, ale zdaję sobie też sprawę, jak dobrego pomysłu to wymaga, no i przede wszystkim warsztatu. I bardzo dobrej umiejętności budowania napięcia. 

Czy ja wiem, czy tak sprzedaję? :D Refleksję na temat tego tytułu miałeś już po lekturze i nie było chyba tak, że przeczytałeś tytuł i już wiedziałeś, co się wydarzy w tekście ;)

Poza tym przyznaję, że ja w tytuły zupełnie nie umiem i nigdy nie wiem, jak mam nazwać swoją pracę ;P

Masz trochę racji – pomyślałem o tym w chwili, gdy pojawiła się wiadomość, że gość zmarł.

Ale są tu bystrzejsi ode mnie :D

 

Powodzenia, będę wyczekiwać horroru :)

Cześć, Amonie!

Świetne opowiadanie. Rozumiem, że sam wykonujesz podobną pracę? Bo bardzo dobrze ją oddałeś. Tylko uważaj, żeby i do ciebie nikt nie zapukał ;)

 

 

Tam zalał wrzątkiem lurowatą rozpuszczalną kawę i nie zapomniał dopełnić jej dużą ilością mleka, żeby nadać tym popłuczynom jakikolwiek smak.

 

No dobra, to przerażające. Dopiero co wczoraj wygłosiłam podobną myśl do siebie. Najbardziej lubię czarną kawę, ale lurę trza zalać mlekiem, bo inaczej nie da rady :P

 

Czytało się naprawdę dobrze. Faktycznie czułam pewien niepokój. Niestety część po kropkach już nie porwała. Rozumiem, że trafił do psychiatryka, ale emocje opadły momentalnie, bo też czemu groził doktorowi? Tamten facet sam nie lubił tych co wydzwaniali i wkurzył się, jak ktoś inny był zły o to samo. Osobiście poprowadziłabym to trochę inaczej, bo wyszło zbyt kliszowo. Ale ostatnie dwa zdania i ta emotka… Cudne! Wręcz idealne. Takie typowe: “To widzimy się w sądzie :)” albo “Kłaniam się :)”. Jest tu jedna osoba na portalu, która całą duszą nienawidzi emotek, ale tutaj widać ich siłę.

 

Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

LanaVallen, serdeczne dzięki za lekturę oraz podzielenie się wrażeniami :) Bardzo cieszy mnie, że jako pierwsza wskazałaś osobisty pierwiastek ukryty w tekście. Wprawdzie takiej pracy nie wykonuję obecnie (wszystkim bogom za to chwała!), ale nie miałem tyle szczęścia, gdy dopiero zaczynałem dorosłe życie, no i sytuacja zmusiła mnie do wykonywania przez dwa miesiące najgorszej roboty w całym moim życiu :P Wystarczyło jedynie połączyć tamto doświadczenie z obecnym, pracy zdalnej, no i postarać się wiarygodnie przekazać to w tekście.

Co do uwagi o kawie: żadna kawa rozpuszczalna nie zastąpi wspaniałej latte na mleku kokosowym, pitej regularnie w czasach, kiedy jeszcze chodziło się do biura :D

Teraz o elemencie, który najmniej przypadł Ci do gustu, czyli o scenie w gabinecie psychiatry. Usiłowałem przekazać w niej, że prześladowca z zaświatów nienawidzi ludzi, którzy są w niewłaściwym miejscu. Starałem się przekazać, że doktor Szlachta nie przepada za swoją pracą (podobnie jak Robert), rozmowę z pacjentem chce uciąć jak najszybciej i w sumie nie poświęca mu dużo zainteresowania. Obaj mężczyźni mają tę szczególną cechę, że w przeciwieństwie do “upiora” jeszcze żyją i mogą na swój los w jakiś sposób wpłynąć, coś zmienić, co wywołuje zazdrość oraz złość ducha. Mogłem wprawdzie rozbudować bardziej opis doktora Szlachty, napomknąć, że wzdycha z niechęcią, albo dąży do jak najszybszego ucięcia konsultacji i “zawinięcia się” do domu, ale uznałem, że to nie lekarz psychiatra jest tutaj głównym bohaterem :P

Uważam, że na temat uśmieszku nienawiści powinny powstać jakieś prace badawcze :D Chyba każdy, kto kiedykolwiek zawitał do internetu wie dobrze, że uśmiechnięta emotka w odpowiednich okolicznościach potrafi wywrzeć większe wrażenie niż caps lock, wulgraryzmy itd. :P 

Na koniec powiem, że bardzo cieszy mnie fakt, iż lektury nie uznałaś za stratę czasu i podzieliłaś się swoimi wrażeniami, które naprawdę dużo dla mnie znaczą! 

Pozdro,

Amon

Cześć AmonRa:-)

muszę przyznać, że początek mnie nie zaciekawił. Temat epidemii i pracy zdalnej nie budzi mojego zainteresowania. Na szczęście później już było tylko lepiej;-)

Podoba mi się dialog pomiędzy Robertem a Zbigniewem z zaświatów, wyszło naturalnie, podobnie jak pozostałe telefony wykonywane przez Roberta. Sama postać Bercika przekonująca. 

Natomiast wizyta w gabinecie lekarza i słowa, które kieruje do milczącego Roberta, trochę sztuczne (zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi dialogami) i nienaturalne. Lekarz pyta pacjenta jak się czuje, a zaraz potem z mańki: nie mam dobrych wieści, musisz tu jeszcze zostać. Dziwnie to zabrzmiało. Tak samo pytanie, które narzuca odpowiedź, czyli to:

Nie miewa już pan urojeń czy halucynacji?

Jakiej odpowiedzi się spodziewał? Chyba, że chodziło o to, by pacjent przytaknął, a on miał go jak najszybciej z głowy. Co z jednej strony byłoby logiczne, po informacji, że lekarz żałuje, że wybrał medycynę. Niemniej, trochę mnie gryzło. 

Pomysł z umieszczeniem Roberta w szpitalu psychiatrycznym bardzo fajny (to jedno z moich ulubionych miejsc akcji;-). Podoba mi się także pomysł z telefonem do lekarza i przeniesienie frustracji umarłego z Roberta na Antoniego. Aż pacjent przemówił!:-) terapia grupowa przestała mu być potrzebna;-) bardzo fajnie to wyszło:-) 

A i zwróciłam też uwagę na ten motyw ze zdjęciem, na którym postacie zaczynają poruszać ustami. Niby nic oryginalnego, ale mnie się podoba.

Czyta się płynnie, jestem zadowolona z lektury.

polecam do biblioteki i pozdrawiam:-)

Okej, teraz po twoich wyjaśnieniach ma to więcej sensu i już bardziej mi się podoba. Przyznam, że nie skupiłam się przy czytaniu aż tak mocno jak powinnam, więc nie pojmuję tego jako wadę.

 

Uważam, że na temat uśmieszku nienawiści powinny powstać jakieś prace badawcze :D

 

Może już powstały? :) Czytałabym.

 

żadna kawa rozpuszczalna nie zastąpi wspaniałej latte na mleku kokosowym

 

No takich fancy kaw to nie pijam, ale gdyby ktoś mi przyrządził albo rozdawaliby za darmo, na pewno by mi smakowała! Brzmi smacznie :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Doklikuję bibliotekę :)

 

Tekst oparty na bardzo fajnym pomyśle, zgrabnie wplotłeś telemarketing w fantastykę, zemsta z zaświatów – bardzo mi się :) Poza tym opowiadanie porządnie napisane, dobrze się je czytało.

Bohaterowie, dialogi i sama akcja też na plus. Przyjemna lektura :)

Amonie, widzę, że już można pogratulować pierwszej biblioteki ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Olciatko, fajnie, że pomimo niezbyt interesującego Cię wstępu odważyłaś się na dalszą lekturę :) Co do rozmowy Roberta z psychiatrą, dokładnie taki był zamiar: przeprowadzić konsultację z niewielką dbałością o pacjenta, byle szybciej ją skończyć, pojechać do domu na upragnioną kolację :P Dostarczyłaś mi na pewno materiału do refleksji na temat naturalności tego dialogu, dzięki za wskazanie zgrzytającego Twoim zdaniem momentu. No i dziękuję oczywiście za polecenie, niech Ci bogowie w dzieciach wynagrodzą ;D

Katio, wow! Bardzo jestem wdzięczny za klika :) Fajnie, że pomysł Ci się spodobał.

Danielu, nie do końca się tego spodziewałem, ale wylądowanie opka w Bibliotece sprawiło mi bardzo dużo radości ;) Dzięki za gratulację, za betę, za wsparcie!

 

No i dziękuję oczywiście za polecenie, niech Ci bogowie w dzieciach wynagrodzą ;D

dziękuję, ale nie ma takiej potrzeby, dwójka w zupełności mi wystarczy:-)

 

Dwojka, to słodki tupot czterech malych nóżek :D Gratki Amonie :)

Olciatko, wybacz – nie miałem pojęcia! W takiej sytuacji proszę z moich życzeń wykreślić dzieci i podstawić w ich miejsce dowolnie wybraną nagrodę, np. pieniądze :D 

Silvan, grazie mille! Bardzo mi miło, że tekst spotkał się z takim odbiorem ;)

Bardzo udane połączenie rzeczywistości covidowej ze światem duchów. Czytało się gładko, napięcie stale rosło, byłam bardzo ciekawa finału. Zakończenie też mi się spodobało. Rozmowa z psychiatrą wydawała mi się zwykłym odwaleniem roboty, ale też pisałeś, że Szlachta nie lubił swojej pracy.

Przyznam, że było mi żal Roberta, nie zasłużył sobie na to, Haliński powinien raczej wybrać szefów banku ;) Za to doktorka mi nie żal ;)

Mam tylko jedną wątpliwość: skąd Robert wiedział, że książka zawiera tylko jeden numer i skoro Haliński przerzucił się na doktorka to on jest wolny?

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Cześć, Irko_Luz :) Co do Twojej wątpliwości, próbowałem na to pytanie odpowiedzieć następującym fragmentem:

 

– Pewnie pojawił mu się pan doktor w książce telefonicznej – odpowiedział śmiertelnie poważny Robert, wbijając równocześnie paznokcie w swoje przedramiona. – Zawsze nosi ze sobą książkę, bardzo długą, ale zapisano w niej tylko j-jeden numer, a przy okazji wszystkie informacje na pana temat. 

– Skąd pan to wszystko wie?

W tym momencie chłopak zamknął na chwilę oczy, jak gdyby przypominał sobie coś straszliwego. Potem rozejrzał się po gabinecie sprawdzając, czy nikt nie podsłuchuje.

– W-w-widziałem, słyszałem… przyszedł do mnie, do d-d-d-… domu…

Wiem, że trochę mało i zostawiłem trochę pewne rzeczy niedopowiedziane, ale zadecydowałem, że nie wszystko chcę wykładać, no i zresztą nie pokazuję w tekście Halińskiego bezpośrednio :D Pojawia się on zawsze tylko jako ktoś dzwoniący, ewentualnie powodujący jakieś paranormalne aktywności naokoło bohaterów.

Bardzo mi miło, że wpadłaś, przeczytałaś i pozostawiłaś komentarz :) Serdeczne dzięki i życzę miłego wieczoru!

Witaj.

Doskonały tekst, brawa szczególnie za mistrzowskie potęgowanie napięcia oraz za niesamowite poczucie humoru. :)

Momentami kojarzyłam filmowe wrażenia, które miałam przy oglądaniu “Pojedynku na szosie”. 

Gratuluję Ci podejścia do czytelnika tak bardzo na luzie, by przekazać najważniejsze treści tego świetnego opowiadania.

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Bruce, bo się zarumienię (a niełatwo zakłopotać boskiego Ra ;))!

Bardzo uradowała mnie wiadomość, że tekst przypadł Ci do gustu. I na dodatek wywołał skojarzenia z tak zacnym filmowym obrazem :) Cieszę się także, że doceniłaś poczucie humoru połączone z próbą budowania napięcia.

Dzięki za wizytę i komentarz!

Przyjemnego wieczoru!

AmonRa, cała przyjemność po mojej stronie. 

Pozdrawiam, wzajemnie, dziękuję. :)

Pecunia non olet

Dobre. Boski Ra, udał Ci się ten tekst.

Fajny pomysł, fajnie, że telemarketer dostał za swoje, i fajnie, że nie na śmierć. Zaiste, dla szefów takich ludzi powinien być jakiś specjalny kocioł. A z braku laku – może by tak podsunąć dane osobowe Zbychowi…

Tak z ciekawości – czy lekarze spotykają się z pacjentami na tyle późno, że dzieci już śpią? Raczej odniosłam wrażenie, że po 18 to medycyna ma ciszę nocną.

Babska logika rządzi!

Siemano, Finkla ;) Miło Cię widzieć pod tak antycznym tekstem z lutego. 

Czyje dane osobowe chciałabyś podsunąć Zbychowi? :D 

Bardzo mnie cieszy, że uznałaś tekst za udany. Co do systemu opieki zdrowotnej, zdaję sobie sprawę, że w zwykłym szpitalu kolacja jest o 16 i nara, aż do rana nikt się pacjentem nie interesuje, ale na tyle, na ile mi wiadomo, placówki psychiatryczne rządzą się ciut innymi zasadami. Lekarze dyżurni są tam zwykle całodobowo ze względu na specyfikę leczonych tam schorzeń. A dzieci chadzają spać po wieczorynce :D

Uściski! Dziękuję za lekturę tekstu <3

No, szefów tych telemarketerów, ludzi, którzy wymyślają te wszystkie podłe myki zmuszające korponiewolników do wyciskania wszystkiego z każdego klienta… Myślę, że Zbychu będzie zadowolony. ;-)

Babska logika rządzi!

Cześć!

Bardzo dobrze napisałeś to opowiadanie. Motyw prześladowcy, który okazuje się duchem jest popularny, ale Tobie udało się dodać tu ciekawe elementy, jak choćby motyw z książką telefoniczną. Ja osobiście współczułam biednemu Robertowi. Główny bohater zdecydowanie daje się lubić, dzięki czemu atmosfera grozy jest bardziej odczuwalna. Jak czytałam o dziale IT, to przed oczami stanęła mi scena z pierwszego odcinak The IT Crowd. Jedyny mankament, jak dla mnie, to fakt, że tytuł zdradza za dużo.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hejo, Alicello! :)

Jak miło dostać komentarz pod starym opowiadaniem :D Bardzo mnie cieszy, że tekst się spodobał i wyzwolił emocje, takie jak współczucie i sympatia względem Roberta. Fajnie, że wyczuwalna była atmosfera grozy. 

Z tytułem to niestety prawda, ale jestem osobą, która kompletnie, zupełnie i do reszty nie umie w tytuły. Jedyne, jakie mi wyszły, to te dedykowane przygodom Joachima i Tyfusa, cała reszta przypomina dosłownie nic i nie zachęca do przeczytania opowiadania :D

Bardzo dziękuję za wizytę! Pozdrawiam ;)

Boski dzieciaku, co Ty wiesz o starych opowiadaniach?

Babska logika rządzi!

Finklo, wielki Ra jest wprawdzie przedwieczny i takie tam, ale konto na portalu założył stosunkowo niedawno i opowiadanie z czasów, gdy stawiał tutaj pierwsze kroki, sprawia wrażenie antycznego :D Niezależnie od faktu, że bóstwo pamięta wyprowadzenie ludu mojżeszowego z Egiptu, jakby to było wczoraj!

(Omg, założyłaś konto na portalu niemal dekadę przede mną :O)

Toteż właśnie. Twoje początki to dla mnie raptem przedwczoraj. ;-)

Babska logika rządzi!

Cześć, Amon

wygląda na to, że zacząłem Cię stalkować, mam nadzieję, że nie czujesz z tego powodu smrodu i chłodu wokół siebie ;)

 

Fajne opowiadanie, uważam, że taki los powinien spotkać wszystkich natrętnych telemarketerów oraz ich przełożonych. Polubiłem Zbigniewa, a zwłaszcza jego teksty (w szczególności te wyświetlające się na telefonie), ponieważ wywołały u mnie śmiech. Humor tego opowiadania trafił do mnie nawet bardziej niż tych dwóch z uniwersum Joachima i Tyfusa. Widzę, że jeszcze 2 teksty popełniłeś i korci mnie do nich zajrzeć :)

 

Pozdrawiam :D

wygląda na to, że zacząłem Cię stalkować, mam nadzieję, że nie czujesz z tego powodu smrodu i chłodu wokół siebie ;)

Mam być niezadowolony, bo ktoś czyta moje teksty? :D Jestem raczej szczęśliwy i wdzięczny.

Z jednej strony wydarzenia w opowiadaniu dotyczą słusznej zemsty na telemarketerze, ale starałem się też pokazać, że nie do końca jest on osobą odpowiedzialną za charakter wykonywanej pracy i z dużą dozą prawdopodobieństwa chciałby robić coś innego. Fajnie, że opowiadanie rozbawiło i sprawiło przyjemność ;)

 

Widzę, że jeszcze 2 teksty popełniłeś i korci mnie do nich zajrzeć :)

Tylko na własną odpowiedzialność :D

 

Dziękuję bardzo za lekturę, również pozdrawiam!

 

Z jednej strony wydarzenia w opowiadaniu dotyczą słusznej zemsty na telemarketerze, ale starałem się też pokazać, że nie do końca jest on osobą odpowiedzialną za charakter wykonywanej pracy i z dużą dozą prawdopodobieństwa chciałby robić coś innego.

Dobrze wyszło, dlatego napisałem też o pracodawcach telemarketerów :)

 

Pozdro :)

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Anet, jak miło ;) pozdrawiam gorąco!

Nowa Fantastyka