- Opowiadanie: MordercaBezSerca - Otwórz oczy

Otwórz oczy

Opowiadanie inspirowane powieścią “Człowiek z Wysokiego Zamku” autorstwa Philip K. Dick’a.

Rok 1966, Kraków okupowany przez… hitlerowskie Niemcy. Jedna noc, która może zmienić wszystko. Historia  szpiegowska z zacięciem s-f. 

 

Dziękuję serdecznie mojemu dream-team betujących za pomoc i życzliwość :D  

AMONRAANDODANIELKUROWSKI1OIDRINOUTTA SEWER

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Otwórz oczy

 

1.

 Sta­szek za­ci­snął po­wie­ki i po­tarł dłoń­mi twarz, pró­bu­jąc od­go­nić sen. Las tonął w mroku bez­k­się­ży­co­wej nocy.

„Znowu się spóź­nia!” – po­my­ślał i ze zło­ścią pstryk­nął prze­łącz­ni­kiem przy lu­ster­ku. Ka­bi­nę volks­wa­ge­na za­la­ło przy­jem­ne, bursz­ty­no­we świa­tło. Prze­ciągnął się na nie­wy­god­nym fo­te­lu, aby choć trochę roz­pro­sto­wać plecy. Przy akom­pa­nia­men­cie trzesz­cze­nia sprę­żyn, kręgi z chrup­nię­ciem wsko­czy­ły na miej­sce. Zga­sił lamp­kę i ro­zej­rzał po ciem­nej po­lan­ce. Za­czął bęb­nić pal­ca­mi o kie­row­ni­cę. Z każ­dym ude­rze­niem coraz moc­niej. W końcu szarp­nął klam­kę i wy­siadł.

Li­sto­pa­do­wy chłód od razu wci­snął zimne palce za koł­nierz krót­kie­go, za­mszo­we­go płasz­cza, ale to w niczym nie prze­szka­dza­ło. Świe­że po­wie­trze wy­ostrza­ło zmy­sły. Mógł po­zbie­rać myśli i po­zbyć się cho­ciaż cząst­ki na­pię­cia, które to­wa­rzy­szy­ło mu przez kilka ostat­nich dni. Wsłu­chał się w ciszę noc­ne­go lasu.

„No, gdzież on jest…?” – wes­tchnął. Roz­piął płaszcz i się­gnął za plecy. Rę­ko­jeść sama wsko­czy­ła w dłoń. Wyszarpnął z ka­bu­ry stary pi­sto­let. Ole­isty po­łysk oksy­dy i sta­lo­wy cię­żar broni od razu do­da­ły pew­no­ści sie­bie. Od­cią­gnął lekko zamek i spraw­dził, czy nabój na pewno tkwi w ko­mo­rze. Suwadło za­sko­czy­ło na miej­sce z ci­chut­kim stukiem. Ten pi­sto­let wier­nie słu­żył Spra­wie, na długo zanim on sam przy­szedł na świat.

– Na ty­gry­sy mamy visy – mruk­nął pod nosem i uśmiech­nął się smutno. 

Wsu­nął broń do ka­bu­ry za pasem i nad­sta­wił uszu. Od zacho­du wy­raź­nie sły­chać było war­kot po­jaz­du. Ktoś mo­zol­nie wspi­nał się na wznie­sie­nie na skra­ju po­lan­ki. Spo­kój lasu roz­dar­ło war­cze­nie pi­ło­wa­ne­go na wy­so­kich ob­ro­tach dwu­su­wo­we­go sil­ni­ka. Żółte oczka re­flek­to­rów wy­sko­czy­ły zza drzew. Biały tra­bant z ja­zgo­tem zjechał ze wnie­sie­nia, za­wi­nął pół­ko­le, śli­zga­jąc się nie­zdar­nie po mo­krej tra­wie i wyhamował o pięć kro­ków od Stasz­ka.

Chło­pak pod­szedł do uchy­lo­ne­go okien­ka kie­row­cy.

– Pełna kon­spi­ra­cja. Na pół Za­głę­bia było sły­chać, panie Swo­bo­da – rzu­cił cierp­ko, opie­ra­jąc się ra­mie­niem o dach.

Gru­bas strze­lił śle­pia­mi na boki i wark­nął:

– Ej, ino niy po no­zwi­sku. A ty, co żeś się tak od­sta­wił? Bioło ko­szu­la i ga­lo­ty w kanta do lasu?

– Każdy się kon­spi­ru­je jak może, panie Swo­bo­da.

Zanim tam­ten znowu zdą­żył się żach­nąć, Sta­szek rzu­cił mu szarą ko­per­tę na ko­la­na.

– Dwa ty­sią­ce re­ichs marek, mo­żesz pan prze­li­czyć. 

Ślą­zak prze­łknął ri­po­stę z sa­me­go ko­niusz­ka ję­zy­ka i ro­ze­rwał brzeg ko­per­ty. Ser­del­ko­wa­te pa­lu­chy zgrab­nie za­tań­czy­ły po kra­wę­dzi pliku, od­li­cza­jąc szyb­ciut­ko bank­not za bank­no­tem. W końcu sap­nął za­do­wo­lo­ny i wyjął spod sie­dze­nia nie­wiel­ką pacz­kę, okle­jo­ną brą­zo­wym, wo­sko­wa­nym pa­pie­rem.

– Dwa kila west­fa­li­tu*. Zgod­ne z umowa…

Sta­szek szarp­nął drzwi. O skroń Swo­bo­dy opar­ła się zimna lufa visa.

– No co ty, synek? – jęk­nął gru­bas, bar­dziej za­sko­czo­ny niż zdję­ty stra­chem.

– West­fa­lit? – syk­nął chło­pak przez za­ci­śnię­te zęby. – Czy tyś się z chujem na łby po­za­mie­niał, folks­doj­czu?

– Folks…? Ty gównio­rzu! Jo folks­dojcz!? – roz­darł się Ślą­zak, nie zwa­ża­jąc na wylot lufy przy­ci­śnię­ty przy samym ką­ci­ku oka. – Jo w kon­spi­ra­cji by­łech, zanim tobie mutti pi­ry­szy roz na rzyć pie­lu­cha za­ło­ży­ła go­ro­lu pie­roń­ski! Wy­du­piej mi z tom gi­we­rom sprzed gymby i to zaroz!

Sta­szek pa­trzył na niego z góry, coraz moc­niej za­ci­ska­jąc zęby. W końcu opu­ścił pi­sto­let.

– Miał być sem­te­x*, a nie to stare es­es­mań­skie gówno – wark­nął wście­kły. – Na chuj mi dwu­dzie­sto­let­ni ma­te­riał wy­bu­cho­wy?

– A co ty se my­ślisz? Że jo mom na gru­bie su­pa­markt?** Teroz ino to nom dajom – od­szczek­nął Swo­bo­da, ma­su­jąc skroń. Przez chwi­lę pa­trzył złym wzro­kiem, ale w końcu mruk­nął ła­god­niej:

– Nie sta­rej się. My to wy­ba­da­li dwie szych­ty tymu. Wszyj­skie ła­dun­ki dupły***. By­dzie do­brze.

Sta­szek przez chwi­lę ważył w dłoni nie­wiel­ką pacz­kę. Jeśli rze­czy­wi­ście stary woj­sko­wy pla­stik był nadal zdat­ny do użyt­ku, to taka ilość spo­koj­nie wy­star­cza­ła na wy­ko­na­nie za­da­nia.

– Niy fra­suj się – mruk­nął Ślą­zak. – Mosz, bier za­pal­ni­ki.

Wci­snął mu w rękę tek­tu­ro­wą tutkę wy­ło­żo­ną li­gni­ną. W środ­ku po­ły­ski­wa­ły łebki czte­rech me­ta­lo­wych de­to­na­to­rów, nie­wie­le grub­szych od szkol­ne­go ołów­ka.

– Chy­micz­ne, na zwło­ka piyńć i dzie­siyńć minut. Dobre by­dzie?

Chło­pak po­ki­wał głową i scho­wał oba pakunki do kie­sze­ni płasz­cza.

 – No pie­ro­nie, to do mi­łe­go. Ino mi dal­szym razym po śly­piach gi­we­rom niy świyć, bo po­ża­łu­jesz!

Swo­bo­da za­krę­cił kie­row­ni­cą i dał po gazie. Tra­bant znik­nął za wznie­sie­niem w chmu­rze śmier­dzą­cych spa­lin.

2.

 Sa­mo­chód ciął noc, mknąc po be­to­no­wej au­to­stra­dzie. Głów­na ar­te­ria Trze­ciej Rze­szy pro­wa­dzi­ła pro­sto na wschód, łą­cząc Schle­sien ze sto­li­cą Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni. Trasa o tej porze była zu­peł­nie pusta, więc Sta­szek mógł do­ci­snąć do dechy.

Uwiel­biał ten wóz. Gdy oj­ciec dał mu go w pre­zen­cie nie­ca­łe czte­ry lata wcze­śniej, pra­wie osza­lał ze szczę­ścia. Nie tylko w Gu­ber­ni, ale nawet we Wschod­nich Lan­dach, nie każ­de­go stać było na ja­ki­kol­wiek sa­mo­chód. A co do­pie­ro luk­su­so­wy, za­pro­jek­to­wa­ny przez sa­me­go Fer­dy­nan­da Po­rsche. Ge­nial­ny kon­struk­tor broni pan­cer­nej sy­gno­wał swoim na­zwi­skiem tylko naj­lep­sze mo­de­le fa­bry­ki Volks­wa­ge­na. Spor­to­wy wóz nazwą na­wią­zy­wał do naj­słyn­niej­sze­go z jego czoł­gów, a maskę zdo­bi­ła sty­li­zo­wa­na pla­kiet­ka ska­czą­ce­go ty­gry­sa. Umiesz­czo­ny za tylną osią, dwu­li­tro­wy, chło­dzo­ny po­wie­trzem sil­nik die­sla dawał nie­sa­mo­wi­tą fraj­dę z jazdy. Sta­szek zo­sta­wiał na świa­tłach wszyst­kie ma­ło­li­tra­żo­we dwu­su­wy. Wy­star­czy­ło, że musnął pedał gazu, a po­tęż­ny mo­ment ob­ro­to­wy robił swoje.

Teraz pły­nął przez noc, za­to­pio­ny w my­ślach. Po pra­wej stro­nie mi­ga­ły świa­tła kom­bi­na­tu prze­my­sło­we­go. Las wy­so­kich ko­mi­nów pom­po­wał kłęby dymu pro­sto w roz­gwież­dżo­ne niebo. Ze­spół fa­bryk roz­ra­stał się z roku na rok. Bli­skość su­row­ców na­tu­ral­nych oraz ta­niej siły ro­bo­czej po­zwa­la­ły na pro­wa­dze­nie ope­ra­cji na ko­lo­sal­ną skalę. Wła­śnie tutaj swoje od­dzia­ły za­ło­ży­ły naj­więk­sze firmy III Rze­szy. Elek­tro­ni­ka, che­mia, far­ma­ceu­ty­ka – wszyst­ko kwi­tło, nie­ca­łe sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów na po­łu­dnio­wy za­chód od Kra­kau.

„Od Kra­ko­wa” – zbesz­tał się w my­ślach. Niem­cy z uporem maniaka usiłowali znisz­czyć pol­ską kul­tu­rę i język. Co jakiś czas ru­sza­ły ko­lej­ne akcje spo­łecz­no-pro­pa­gan­do­we ob­li­czo­ne na wy­ple­nie­nie sło­wiań­skiej za­ra­zyGer­ma­ni­za­cja po­stę­po­wa­ła jed­nak opor­nie. Ta­bli­ce in­for­ma­cyj­ne, do­ku­men­ty pań­stwo­we, nawet radio – wszyst­ko od lat w ję­zy­ku nie­miec­kim, a jed­nak lu­dzie na co dzień mó­wi­li po swo­je­mu. Nie po­ma­ga­ły groź­by, wy­rzu­ca­nie ze szkół i za­kła­dów pracy. Po­la­cy dalej roz­ma­wia­li ze sobą po pol­sku.

Po­ste­ru­nek przy lot­ni­sku wy­zna­czał gra­ni­cę Gu­ber­ni. Be­to­no­we ba­rie­ry dzie­li­ły pasy ruchu na po­szcze­gól­ne bram­ki. Przy każ­dej stała nie­du­ża budka straż­ni­cza z czar­nym ha­ken­kreu­zem na bia­ło­czer­wo­nym tle. Sta­szek za­wcza­su opu­ścił okno i non­sza­lanc­ko oparł ło­kieć o drzwi. Nie od­mó­wił sobie małej, pro­stej przy­jem­no­ści: do­pie­ro przed samym szla­ba­nem wdu­sił ha­mu­lec i za­trzy­mał z pi­skiem opon. Zanim za­spa­ni cel­ni­cy na dobre pod­nie­śli tyłki z krze­seł, mach­nął im przed ocza­mi pasz­por­tem i szczek­nął z per­fek­cyj­nym ak­cen­tem:

– Guten Abend! Haben Sie gut geschlafen, meine Herren?

Obaj po­bo­ro­wi mo­men­tal­nie po­ble­dli. Fakt, że ktoś, zwłasz­cza tak młody, przy­wo­łał ich do po­rząd­ku, ozna­cza­ło tylko jedno: mieli przed sobą syna pro­mi­nent­ne­go urzęd­ni­ka pań­stwo­we­go, może nawet wy­so­ko po­sta­wio­ne­go woj­sko­we­go. W każ­dym razie, le­piej było za­cho­wać da­le­ko po­su­nię­te środ­ki ostroż­no­ści. Od­waż­niej­szy drżą­cą ręką się­gnął po pasz­port, otwo­rzył, po czym na­tych­miast za­mknął, jakby zo­ba­czył sa­me­go dia­bła.

– Vielen Dank, Herr Biedrzyński. Gute Reise – wy­du­kał ła­ma­ną niem­czy­zną, zwra­ca­jąc do­ku­ment.  

Sta­szek nawet nie za­szczy­cił go spoj­rze­niem, wy­szarp­nął ksią­żecz­kę i wbił je­dyn­kę. Gdy tylko funk­cjo­na­riusz pod­niósł szla­ban, wci­snął gaz w pod­ło­gę i ru­szył ostro, zo­sta­wia­jąc po­ste­ru­nek w kłę­bach spa­lin.

3.

Krakowskie ulice były zupełnie puste. Na terenie całej Guberni nadal pa­no­wał zła­go­dzo­ny stan wy­jąt­ko­wy. Godzinę policyjną co prawda zniesiono, ale utrzymano czę­ścio­we za­ciem­nie­nie. Cho­dzi­ło bar­dziej o oszczędności, niż bez­pie­czeń­stwo na­ro­do­we. Wojna skoń­czy­ła się dzie­sięć lat temu. Ostat­ni ba­stion im­pe­ria­li­zmu – Ame­ry­ka, padł pod cio­sa­mi czte­rech brat­nich armii na po­cząt­ku ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go szó­ste­go. Niem­cy i Włosi zdo­by­li wschod­nie wy­brze­że, a Ja­poń­czy­cy i Ro­sja­nie za­chod­nie. Stany Zjed­no­czo­ne zo­sta­ły po­dzie­lo­ne na stre­fy oku­pa­cyj­ne. To wła­śnie tam oj­ciec Stasz­ka miał wkrót­ce objąć pla­ców­kę naukową przy at­taché woj­sko­wym w am­ba­sa­dzie. O ni­czym innym nie mówił – „Wa­szyng­ton i Wa­szyng­ton”. Chło­pak miał tego dość. Tak na­praw­dę miał dość wszyst­kie­go. Tego, że oj­ciec każe w domu mówić po nie­miec­ku, że bez jego zgody wy­pi­sał go z wy­ma­rzo­nej fi­lo­lo­gii pol­skiej – „nie ma sensu studiować ję­zy­ka ska­za­ne­go na za­po­mnie­nie!” i tego, że za­miast Sta­ni­sław zwra­cał się do niego Sven. Na samą myśl skrzy­wił się z obrzy­dze­niem. Ale naj­bar­dziej miał dość tego, że oj­ciec nie wy­ba­czał. Nie po­tra­fił wy­ba­czyć sła­bo­ści…

Wto­czył się po­wo­li mię­dzy za­nie­dba­ne, przed­wo­jen­ne wille Woli Ju­stow­skiej. Przez chwi­lę klu­czył wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Skrzy­żo­wa­nia opi­sa­no po no­we­mu: Ulmen­straße, Eichen­straße, Kie­fern­straße… ale na pło­tach i do­mach osta­ły się gdzie­nie­gdzie ta­blicz­ki z daw­ny­mi na­zwa­mi. Mo­drze­wio­wa – to tutaj miał zo­sta­wić pacz­kę. Za­trzy­mał się dwie ulice dalej, na tyłach opusz­czo­ne­go skle­pu, przy samym parku. Zgasił silnik i przez chwilę siedział w ciemnym wnętrzu samochodu.

Po­li­cyj­ny mo­to­cykl prze­mknął z war­ko­tem głów­ną aleją. Świa­tło re­flek­to­ra przez mo­ment wy­cią­gnę­ło z mroku za­ro­śnię­ty murek ogro­dze­nia i furt­kę po­kry­te blusz­czem. Dom wy­glą­dał nor­mal­nie. Na sze­ro­kiej ba­lu­stra­dzie bal­ko­nu na pierw­szym pię­trze stała drew­nia­na skrzyn­ka z ja­sny­mi chry­zan­te­ma­mi – umó­wio­ny znak, że wszyst­ko było w po­rząd­ku.

Sta­szek po­wo­li wy­siadł z wozu. Po­sta­wił koł­nierz płasz­cza, by choć tro­chę osło­nić się przed chło­dem. Ostroż­nie za­mknął drzwi. Gdy klucz szczęk­nął w zamku, uniósł głowę, bo zda­wa­ło mu się, że od stro­ny ciem­ne­go parku do­biegł jakiś dźwięk.

Przez kilka se­kund pró­bo­wał prze­bić wzro­kiem smo­li­stą czerń ście­lą­cą się pod drze­wa­mi. W końcu ru­szył wol­nym kro­kiem w kie­run­ku skrzy­żo­wa­nia. Nie za­mie­rzał wcho­dzić do willi od fron­tu. Okrążył dom i zgod­nie z usta­le­nia­mi zo­sta­wił przesyłkę w ogro­dzie pod ławką, po czym ru­szył z powrotem.

Starał się iść wolnym krokiem. Dla postronnego ob­ser­wa­to­ra wy­glą­dał jak zwy­kły, tro­chę za­póź­nio­ny im­pre­zo­wicz. Ot, ko­lej­ny szczeniak, ba­wi się za pieniądze ro­dzi­ców. Któż inny mógł się wy­brać na spa­cer po parku o trze­ciej nad ranem? Uczci­wi oby­wa­te­le dawno spali.

 – Hej, Sta­siek!

Za­marł. Głos do­cho­dził z bocz­nej ulicz­ki. Ostroż­nie spoj­rzał przez ramię – na chod­ni­ku, mię­dzy przy­ga­szo­ny­mi la­tar­nia­mi stał mężczyzna. W pół­mro­ku nie wi­dział twa­rzy, ale na pewno nie był to nikt zna­jo­my. „Nikt nie mówi na mnie Sta­siek” – prze­mknę­ło mu przez myślZa­klął pod nosem. Strze­lił ocza­mi w prawo. W cie­niu par­ko­wych krze­wów mi­gnę­ły przy­cza­jo­ne sylwetki.

In­stynkt wziął górę nad nie­zde­cy­do­wa­niem. Rzu­cił się mię­dzy ni­skie za­bu­do­wa­nia szop i warsz­ta­tów na ty­łach ulicy. Park roz­ja­rzył się świa­tłem la­ta­rek. Ciszę nocy roz­dar­ły okrzy­ki: „Volks­po­li­zei! Halt! Halt!”. Sta­szek wy­rwał pi­sto­let i dał ognia przez ramię. Na­past­ni­cy przy­pa­dli do ziemi szu­ka­jąc osło­ny. Serie z broni ma­szy­no­wej roz­pru­ły mrok.

4.

Po­śli­zgnął się na mo­krym bruku i upadł za ster­tą drew­na. Prze­tur­lał się za róg sta­rej szopy, po czym rzu­cił w kie­run­ku ogro­du. Był na ty­łach du­że­go mu­ro­wa­ne­go domu. Po­ci­ski za­gwiz­da­ły tuż nad głową. Me­ta­lo­wa becz­ka na desz­czów­kę za­dud­ni­ła głu­cho, roz­sie­ka­na na skos przez serię z peemu. Mieli go na wi­del­cu. Je­dy­ne co mógł zro­bić, to gnać na zła­ma­nie karku. Spró­bo­wać zgu­bić ich w la­bi­ryn­cie drew­nia­nych przy­bu­dó­wek, szop i stert śmie­ci.

Ru­szył bie­giem ku wy­lo­to­wi wą­skiej alej­ki. Świa­tła la­ta­rek mi­ga­ły tuż za ple­ca­mi. Ko­lej­na kula z ję­kiem zry­ko­sze­to­wa­ła od me­ta­lo­we­go słup­ka ogro­dze­nia. Ści­ga­ją­cy byli nie dalej niż kil­ka­na­ście me­trów. Nie do­pa­dli go tylko dla­te­go, że cały czas zmie­niał kie­ru­nek, skręcając w bocz­ne od­no­gi la­bi­ryn­tu drewnianych bud i poprzerastanych krzakami ogrodzeń. Serce wa­li­ło jak osza­la­łe. O mało nie wy­pu­ścił broni z drżą­cych pal­ców.

Nagle tuż nad sobą usły­szał dud­nie­nie łopat wi­ro­lo­tu. Lekki, po­li­cyj­ny do­rnier, wy­sko­czył znad da­chów i zalał zie­mię świa­tłem po­tęż­ne­go re­flek­to­ra. Sta­szek przy­siadł na pię­tach, z­ła­pał visa w obie dło­nie i wy­mie­rzył w górę. Szarpnął spust i wy­wa­lił resz­tę ma­ga­zyn­ka wprost w oko szpe­ra­cza.

Ma­szy­na wi­sia­ła ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów nad zie­mią, nie li­czył nawet na tra­fie­nie. Chciał je­dy­nie zmu­sić ich do uciecz­ki. Do­stał wię­cej, niż mógł za­ma­rzyć. Re­flek­tor zgasł nagle, a z nieba po­sy­pa­ły się szkli­ste dro­bi­ny. Za­ło­ga lek­kiej, dwu­oso­bo­wej ma­szy­ny nie miała za­mia­ru się na­ra­żać. Wi­ro­lot odbił w bok i na peł­nych ob­ro­tach wzbił wyżej.

Zza ga­ra­ży i warsz­ta­tów dało się sły­szeć gar­dło­we ko­men­dy i na­wo­ły­wa­nia. Policjanci wy­ko­rzy­sta­li to, że się za­trzy­mał i pró­bo­wa­li oskrzy­dlać od stro­ny głów­nej ulicy. Sta­szek zła­pał kra­wędź szopy i pod­cią­gnął się na chy­bo­tli­wy da­szek. La­tar­ki mi­ga­ły z każ­dej stro­ny. Je­dy­nie droga w kie­run­ku małej rzecz­ki, prze­pły­wa­ją­cej le­ni­wie na skra­ju dziel­ni­cy, była wolna.

Ze­brał się w sobie i prze­sko­czył na są­sied­ni dach. Po­li­cjan­ci za­alar­mo­wa­ni ha­ła­sem od razu dali ognia. Kule wy­strze­lo­ne pod ostrym kątem, prawie bez ce­lo­wa­nia za­gwiz­da­ły tylko nie­groź­nie i śmi­gnę­ły w niebo. Sta­szek prze­sko­czył przez płot i wpadł w krza­ki po­ra­sta­ją­ce brzeg rzecz­ki. Tu po­zwo­lił sobie na chwi­lę od­po­czyn­ku – dwa głę­bo­kie od­de­chy. Płuca pie­kły nie­mi­ło­sier­nie, a skro­nie dud­ni­ły tęt­nem ko­ła­ta­ją­ce­go w pier­si serca. Przez chwi­lę mo­co­wał się z rę­ko­je­ścią pi­sto­le­tu żeby wbić za­pa­so­wy ma­ga­zy­nek. „Ostat­ni” – po­my­ślał. Ostat­nie sie­dem po­ci­sków. „Ósmy zo­sta­wię dla sie­bie”.

– Sta­siek! Tutaj!

In­stynk­tow­nie pod­rzu­cił broń i wziął na cel syl­wet­kę ukry­tą w pół­mro­ku, pod most­kiem. Tam­ten bez stra­chu spoj­rzał mu pro­sto w oczy i szep­nął: 

– Staś, pro­szę cię! Nie ma czasu!

Po czym od­wró­cił się i znik­nął pod be­to­no­wym przy­czół­kiem. Sta­szek przez chwi­lę pa­trzył w ślad za nim, nie mogąc się po­ru­szyć.

 – To nie­moż­li­wie – szep­nął pra­wie bez­gło­śnie, na ści­śnię­tym gar­dle. Jed­nak znał ten głos. Nie po­znał od razu, ale tak! Na pewno go znał.

Rzu­cił się przez błoto, roz­gar­nia­jąc roz­pacz­li­wie nad­brzeż­ne szu­wa­ry. Po­li­cyj­ne la­tar­ki za­tań­czy­ły smu­ga­mi na nie­wy­so­kim wale za ple­ca­mi, ale już do­padł prze­ciw­le­głe­go brze­gu. Za na­sy­pem cze­ka­ła nie­wiel­ka fur­go­net­ka. Z otwar­tej szo­fer­ki ma­chał do niego…

 – …Tomek?

Rzu­cił się bie­giem w kie­run­ku wozu. Samochód ryknął silnikiem. Po­li­cjan­ci wpa­dli na most i od razu otwo­rzy­li ogień. Sta­szek gnał co tchu, pró­bu­jąc do­go­nić od­jeż­dża­ją­cy wóź. Po­ci­ski sie­kły trawę do­oko­ła. Wresz­cie sko­czył w otwar­te drzwi ka­bi­ny. Silne ra­mio­na wcią­gnę­ły go do środ­ka. Spoj­rzał w twarz wy­baw­cy i zdo­łał tylko wy­du­kać:

– T-To­mek? Prze­cież ty nie ży­jesz…  

Brat uśmiech­nął się cie­pło.

 – Spo­koj­ne Sta­siek, wszyst­ko ci wy­ja­śnię.

5.

Sa­mo­chód pę­dził przez nocny Kraków. Kie­row­ca do­ko­ny­wał cudów zręcz­no­ści. Ba­lan­sował po­jaz­dem na gra­ni­cy po­śli­zgu, na mo­krym, nie­rów­nym as­fal­cie. Jęk policyjnych syren rozbrzmiewał coraz bliżej.

Tomek wyrzucał informacje z szybkością karabinu maszynowego. Ostry wiraż cisnął Stasz­kiem o przednią szybę. Chłopak roztarł obolałe czoło. Ro­zu­miał słowa, ale sens ula­ty­wał z głowy szyb­ciej, niż był w stanie za­re­je­stro­wać. Rozszalałe myśli miotały się na wszystkie strony. Mun­du­ry bez dys­tynk­cji. Żołnierz z krótkim karabinem przyczajony na pace z tyłu. Kie­row­ca w sze­ro­kich, pół­prze­źro­czy­stych oku­la­rach, na któ­rych mi­go­ta­ły sym­bo­le i linie. Zu­peł­nie sku­pio­ny na jeź­dzie, jakby w innej rze­czy­wi­sto­ści. A nad to wszystko Tomek – dużo star­szy i po­waż­niej­szy niż wtedy, gdy wi­dział go po raz ostat­ni. Trzy lata temu. W szpi­ta­lu. Sta­szek bez­wied­nie za­ci­snął dłoń. Tę samą, którą trzy­mał wtedy rękę umie­ra­ją­ce­go brata…

– …mię­dzy­wy­mia­ro­we con­ti­nu­um cza­so­prze­strzen­ne. To wszyst­ko nie­praw­da, ro­zu­miesz? – Tomek po­trzą­snął go za ramię. – To wszyst­ko się nie wy­da­rzy­ło!

 – C-co…? – chryp­nął Sta­szek przez za­ci­śnię­te gar­dło. – Co się nie wy­da­rzy­ło?

 – Moja bia­łacz­ka, sa­mo­bój­stwo mamy. Przegrana wojna. To wszyst­ko się nie wy­da­rzy­ło!

Sta­szek pa­trzył na niego nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Oczy za­szkli­ły mu się łzami. Tak bar­dzo chciał, żeby to była praw­da. Żeby ten czło­wiek rze­czy­wi­ście był jego młod­szym bra­tem. Żeby oj­ciec nie ska­zał go wtedy na eu­ta­na­zję, w imię obłą­kań­czej, cho­rej idei wyż­szo­ści rasy! Jeśli to był sen, to tak nie chciał się obudzić…

 – Uwaga! Nad­la­tu­je! – ryk­nął kie­row­ca i po­ło­żył fur­go­net­kę w ostry, prawy za­kręt.

Seria z au­to­ma­tu za­dud­ni­ła o as­falt tuż obok burty wozu. Wi­ro­lot z hur­go­tem prze­le­ciał nad nimi, kła­dąc w zwro­t do ko­lej­ne­go ataku. Żoł­nierz sie­dzą­cy z tyłu krzyknął:

– Jakie roz­ka­zy, poruczniku?

Ko­lej­na seria zagrzechotała o dach ka­bi­ny. Na blachach wykwitła nierówna linia przestrzelin.

 – Nic wię­cej nie wy­du­szę z tego sta­re­go grata! – ryknął kie­row­ca i odbił w bok, spy­cha­jąc z drogi po­li­cyj­ny mo­to­cykl. Ma­szy­na za­ha­czy­ła ko­szem o drze­wo i razem z dwu­oso­bo­wą za­ło­gą po­le­cia­ła pi­ru­etem na mur ogro­dze­nia. Pierw­sze dwa ra­dio­wo­zy wy­wi­nę­ły się bo­kiem, ale trze­ci ude­rzył pro­sto w pod­no­szą­ce­go się z ziemi mo­to­cy­kli­stę.  

 – Otwo­rzyć ogień! – krzyk­nął Tomek i po­cią­gnął brata na śro­dek ka­bi­ny. Sam wy­chy­lił się przez okno i wy­mie­rzył pi­sto­let w szar­żu­ją­cy wi­ro­lot. Płyt­ka ce­low­ni­ka na grzbie­cie broni mi­gnę­ła zie­lo­no. Lufa huk­nę­ła krót­ką serią. Smu­go­we po­ci­ski po­le­cia­ły na spo­tka­nie stat­ku po­wietrz­ne­go. Ude­rze­nie było po­tęż­ne. Sta­szek z nie­do­wie­rza­niem pa­trzył, jak przed­ni sil­nik ma­szy­ny zmie­nia się w kulę ognia, a ona sama prze­chy­la na bok i spada na zie­mię jak ka­mień.

Trzeci żoł­nie­rz rów­nież nie tra­ci­ł czasu. Tylne drzwi fur­go­nu od­sko­czy­ły na boki. Na po­li­cyj­ne ra­dio­wo­zy spa­dła na­wa­ła ognia. Strzel­ec w ciągu kilku se­kund prze­ora­ł maski sa­mo­cho­dów cel­ny­mi se­ria­mi. Pierw­szy od razu sta­nął w ogniu. Drugi za­wa­dził o la­tar­nię. W brzę­ku tłu­czo­ne­go szkła i pisku dar­tej bla­chy, wy­wró­cił na bok i ude­rzył w za­par­ko­wa­ny au­to­bus. Nie zo­stał nikt, kto mógł­by ich ści­gać. Przy­naj­mniej na razie…

Furgonetka wtoczyła się przez tylną bramę Staatlische Fachschule für Berg-, Hütten– u. Vermessungswesen****. O tej porze na terenie szkoły nie było nikogo. Kierowca zaparkował pomiędzy budynkami warsztatów, przy Hali Maszyn. Do świtu pozostało ledwie kilka godzin, ale na drogi wyjeżdżały pierwsze tramwaje i nieliczne samochody. To był ostatni moment, aby zdjąć z widoku podziurawiony kulami pojazd, zanim przykułby czyjąś uwagę.

Gdy tylko się zatrzymali, żołnierz siedzący z tyłu zaczął wyciągać ze schowka torby ze sprzętem. Tomek wykorzystał moment żeby przedstawić swoich ludzi:

– Sierżant Krawiec – wskazał na kierowcę, a potem na strzelca – szeregowy Kośmiński. Musimy dostać się do laboratorium ojca. Znasz rozkład kombinatu i możesz nas przeprowadzić.

To było stwierdzenie faktu, a nie prośba.

– Po co…? – zapytał Staszek.

– Antymateria – wyjaśnił brat, zrzucając bluzę munduru.

– Przecież to mrzonki! – odpowiedział z drwiną. – Bujda. Wydali kupę kasy z budżetu ministerstwa, a jedyne co im do tej pory wyszło, to jakieś kleksy i parę linii na kliszy fotograficznej.

– Wczoraj udało im się otrzymać jeden mol stabilnej antymaterii. Jeszcze nie zdają sobie sprawy, co tak naprawdę odkryli. Nie wiedzą, że dzięki temu będą mogli podróżować w czasie. Dlatego tu jesteśmy.

– Chcecie ich powstrzymać?

– Musimy zniszczyć laboratorium, ale wcześniej przechwycić obiekt. Jego pojawienie się w tej rzeczywistości destabilizuje również nasze continuum. Naziści będą mogli wytworzyć czasoprzestrzenną anomalię i wszystko to… stanie się prawdą.

– Jesteśmy gotowi – zameldował sierżant. Razem z Kośmińskim stali przy tylnych drzwiach furgonu. Obaj w cywilnych, robotniczych ubraniach, na pierwszy rzut oka nie różnili się niczym od większości mieszkańców Generalnej Guberni. Staszek zauważył, że dziwnie mocno naciągnęli na głowy wyświechtane kapelusze. Karabiny złożyli i ukryli pod płaszczami.

– Trzymaj. Powinno pasować. – Tomek rzucił mu zawiniątko. – Przebieraj się. Nie możesz zapakować się do pociągu jak obrzygany elegant prosto z balu w Bristolu. A to zamocuj za uchem. – Podał mu malutkie urządzenie, niewiele większe od monety. – Po prostu słuchawka, jak w telefonie, tyle że mniejsza. 

6.

Z furgonetki wyszli jeszcze przed świtem. Tłum krakowian płynął powoli ku Dworcowi Głównemu. Wszyscy wglądali podobnie: jak odciśnięci z jednej sztancy i pomalowani tą samą paletą szaroburych farb. Niewyraźne zjawy płynące w transie przez poranne mgły i opary dymów z pieców węglowych.

Na rogach ulic stali chłopcy z gazetami. Każdy wydzierał się na całego, machając nad głową najnowszym wydaniem gadzinówki:

– Katastrofa sanitarnego wirolotu na Błoniach krakowskich! Pilot oraz lekarz nie żyją!

– Wielka obława na seryjnego mordercę! Pościg policyjny zakończony sukcesem!

Na peronach stały elektryczne, odrapane pociągi czekające na robotników. Tomek wydał krótki rozkaz i oddział rozdzielił się na dwie pary. Każda skierowała się do innego wagonu. Przed wejściem konduktorzy sprawdzali Arbeitskarte – zezwolenie na pracę na terenie Rzeszy. Staszka niespecjalnie zdziwiło, że Tomek przeszedł kontrolę bez żadnych problemów, a jego książeczka nie wzbudziła najmniejszych podejrzeń.

Pociąg ruszył po minucie. Na stacji został jeszcze spory tłum, ale w przepełnionym składzie nie było już miejsca.

– Dwa, na pozycji.

– Trzy, na pozycji – zameldowali się przez radio pozostali komandosi.

Tomek pociągnął Staszka za ramię i pokazał głową na tył składu. Przeciskali się przez tłum robotników, szczelnie wypełniający cały przedział. W pociągu nie było siedzeń, więc wszyscy stali, czy raczej wisieli, trzymając się poręczy i parcianych uchwytów zamocowanych u sufitu. Większość okien była pootwierana, a stłoczeni przy nich podróżni palili leniwie smrodliwe, tanie papierosy. Nikt więc się nie dziwił, że ktoś próbuje znaleźć lepsze miejsce, byle dalej od chłodu.

Zanim pociąg wjechał na stację końcową, cała czwórka przedostała się do ostatniego wagonu. W takim ścisku sprowokowanie bójki dla odwrócenia uwagi nie było specjalnie trudne. Wystarczyło, że Krawiec potrącił największego draba w przedziale, a Kośmiński zrobił to samo z innym. Szamotanina wybuchała niemal od razu i nikt nie zauważył, że cztery postacie wślizgnęły się do przedziału technicznego, na końcu wagonu.

Burda ucichła jak ucięta nożem, gdy tylko drzwi otwarły się na peronie. Robotnicy natychmiast uspokoili się pod czujnym okiem strażników stojących na platformie i tylko gniewne pomruki świadczyły o tym, że dyskusja zapewne będzie kontynuowana w drodze powrotnej.

Samą stację, jak i system transportu, zorganizowano z niemiecką precyzją. Tłum ludzi tłoczył się do wyznaczonych bramek. Tam każdemu podbijano zmianową kartę pracy i przepuszczano dalej, do podstawionych trolejbusów rozprowadzających ludzką masę po poszczególnych zakładach.

Puste wagony odstawiono na bocznicę. Nie były potrzebne aż do końca dziesięciogodzinnej zmiany. Lokomotywy ruszyły do pracy przy przewożeniu składów towarowych, koniecznych do obsługi fabryk.

Odczekali kilka minut, by mieć pewność, że nikt nie kręci się przy pociągu. Ranek był mglisty, ale promienie słońca coraz śmielej przebijały grubą warstwę chmur. Wyskoczyli na torowisko, pomiędzy ciasno upakowanymi wagonami. Osiem rzędów szyn biegło przez samo centrum kombinatu. Wszędzie dookoła widać było wysokie kominy, przysadziste bryły hal produkcyjnych i estakady rurociągów. Ruszyli w kierunku ciemnego budynku, przy którym zbiegały się linie przesyłowe wysokiego napięcia. Przypadli przy ostatnim składzie, tuż przy ogrodzeniu.

– Ośrodek badawczy – szepnął Staszek. – Laboratorium jest pod ziemią. Tutaj powinien być właz serwisowy do tunelu akceleratora cząstek.

Mieli ruszyć dalej, gdy zza wagonów dotarło do nich ujadanie psów i gardłowe okrzyki po niemiecku.

– Ruchy! – krzyknął Tomek i skoczył w kierunku drutów. Staszek chciał go ostrzec, że przewody są pod napięciem, ale Krawiec narzucił na nie swój płaszcz, a pozostali po kolei łapali za materiał i przeskakiwali na drugą stronę.

– Dawaj, polimer długo nie wytrzyma – ponaglił go sierżant. Płaszcz zaczynał strzelać iskrami. Staszek niewiele myśląc wskoczył na ogrodzenie i przerzucił nogi na drugą stronę.

Ledwie zdążyli przypaść do ziemi i ukryć się w krzakach, gdy zza wagonów wyszło dwóch funkcjonariuszy Służby Ochrony Kolei. Rosły owczarek niemiecki mało nie wyrwał ręki większemu z nich, tak bardzo chciał się dorwać do porwanej szmaty, wiszącej na drutach. Obaj strażnicy byli zbyt zajęci uspokajaniem psa, by zauważyć cztery postacie, przemykające u podstawy nasypu torowiska.  

Staszek poprowadził grupę komandosów w kierunku niewielkiej, betonowej konstrukcji, ledwie wystającej ponad ziemię, jakieś dwieście metrów od głównego budynku Centrum Badawczego.

– Wylot szybu wentylacyjnego – oznajmił, gdy przypadli do muru przy metalowych drzwiach. – Zamek jest podłączony do systemu alarmowego. Otwarcie z zewnątrz od razu uruchomi syreny w całym obiekcie. 

Tomek wyjął z kieszeni niewielkie, czarne pudełko i skinął na Krawca:

– Sierżancie, możemy zaczynać.

Obaj żołnierze wyjęli z toreb małe, cylindryczne granaty.

– Uwaga! Teraz! – syknął i wdusił przycisk na bocznej ściance urządzenia. Wybuch szarpnął pociągiem pasażerskim na bocznicy. Kula ognia wystrzeliła w powietrze na kilkanaście metrów, rozrzucając szczątki rozerwanego wagonu na wszystkie strony.

Sierżant i Kośmiński uzbroili swoje ładunki i wrzucili przez szczeliny wentylacyjne do szybu. Staszek skulił się przygotowany na kolejną detonację, zamiast tego jednak, ze środka dało się słyszeć trzask elektrycznych wyładowań.

– Naprzód! – rozkazał Tomek, wyszarpując pistolet z kabury pod płaszczem. Żołnierze wpadli do środka z bronią gotową do strzału. Syreny alarmowe zawyły w oddali.

7.

Staszek zeskoczył z drabinki w kompletnej ciemności. Ładunki przepaliły obwody elektryczne wszystkich urządzeń w tej sekcji tunelu. Sierżant przełamał i uniósł nad głowę niewielką fiolkę świecącą na czerwono. W jej delikatnej poświacie oblicza komandosów wydały się Staszkowi straszne, niemal upiorne.

– Szybciej! Dokąd teraz!? – ponaglił ostrym sykiem Tomek z dziwnym grymasem, malującym się na twarzy.

„Ze zniecierpliwieniem?” – zastanowił się Staszek, ale odparł szybko, wskazując kierunek:

 – Tam. Tu zaraz będzie skrzyżowanie z głównym tunelem akceleratora. Moje biuro jest po drugiej stronie stacji transformatorów.

– Tatuś o ciebie zadbał, nie? – mruknął z przekąsem i ruszył przed siebie.

– Zwykła robota w intendenturze, nic takiego. – Próbował bronić się przed niespodziewanym atakiem, ale brat go nie słuchał.

Kanał techniczny łączył się krótkim szybem z głównym tunelem, opasującym podziemną pętlą cały kombinat. We wnętrzu krył akcelerator cząstek. Potężny, gruby na ponad cztery metry solenoid, pajęczyną przewodów oplatał malutki, szklany kanalik służący do rozpędzania molekuł. Tu główne oświetlenie działało normalnie, więc mogli podziwiać ten cud inżynierii w pełnej krasie. Skomplikowana instalacja wypełniała szczelnie prawie całą szerokość betonowego tunelu. Po bokach pozostawiono tylko wąskie przejścia serwisowe.

Dywersanci ruszyli ostrożnie w kierunku Centrum Badawczego. W ciszy słychać było tylko stukanie butów o metalowe kraty podestów oraz przyspieszone oddechy. Tunel wyciągał się w lewo, a wąskie przejście pozwalało jedynie na obserwację kilkunastu najbliższych metrów. Podwójny rząd lamp ginął za krzywizną łuku.

Dwóch techników w pomarańczowych kombinezonach wyszło z bocznego pomieszczenia zupełnie niespodziewanie. Zanim Staszek zdążył zarejestrować co się stało, Sierżant walnął pierwszego kolbą karabinu. Kości czaszki trzasnęły sucho. Kośmiński rzucił się za drugim, ale robotnik był szybszy. Wystartował sprintem w głąb tunelu, krzycząc wniebogłosy „hilfe!”.  

– Za nim! – ryknął Tomek i ruszył, wyciągając pistolet z kabury.

Staszek przyklęknął przy techniku obalonym na ziemię. Tamten leżał przy metalowej barierce podestu. Krew ściekała z rozbitego łuku brwiowego. Patrzył tępo w bok szklanym, martwym wzrokiem. Chłopak nienawidził Niemców, był gotów poświęcić życie, byle tylko zniszczyć, wyplenić ich z polskiej ziemi. Ale teraz patrzył na tego zwykłego człowieka, zamordowanego z zimną krwią i nie mógł oderwać wzroku od jego twarzy. Tak przejmująco spokojnej. Krew spływała strugą z rozbitej głowy i zbierała się kałużą na posadzce. Dudnienie kroków reszty oddziału cichło w oddali. Staszek przetarł wilgotne oczy i ruszył w ślad za nimi.

Drugiego robotnika dopadli zaraz przed wejściem do głównej hali zasilania akceleratora. Potknął się o metalowy stopień podestu, a Kośmiński wykorzystał moment. Wpadł na niego, chwytając ramieniem za szyję i zbijając z nóg własnym ciężarem. Obaj runęli na szerokie schody prowadzące na antresolę sterowni. Hałas zwrócił uwagę pozostałych techników oraz laborantów. Ich zdziwione głosy przerodziły się w krzyk przerażenia, gdy Kośmiński złapał uciekiniera za włosy i… jednym ruchem poderżnął mu gardło.  

8.

Obsługa rozbiegła się po pomieszczeniu, rozpaczliwie próbując uciec lub znaleźć schronienie. Kobiety i mężczyźni w białych fartuchach, technicy w pomarańczowych kombinezonach – wszyscy równie przerażeni. Sierżant i Tomek wpadli na schody zaraz za Kośmińskim. Od razu wypalili w stronę „uciekających… bezbronnych” – pomyślał Staszek. Krzycząca w histerii kobieta wybiegła z pomieszczenia sterowni po drugiej stronie podestu. Prawie dotarła do schodów. Była o krok od bezpiecznego schronienia, gdy padł strzał. Tomek zimno i bez emocji podszedł i dla pewności wpakował jej kulę w tył głowy.

„Egzekucja” – Staszkowi stanęły przed oczami obrazy esesmanów. 

– Co wy wyprawiacie…? – spytał łamiącym się głosem.

Brat spojrzał na niego i warknął:

– Komora antymaterii! Prowadź! – Po czym złapał go za kark i pchnął przed sobą.

Sierżant i Kośmiński metodycznie sprawdzali każde pomieszczenie hali zasilania. Odgłosy strzałów przykryło modulowane wycie syreny.

„Komuś udało się włączyć alarm” – pomyślał Staszek, oglądając się za siebie. Zaraz skulił się, bo brat uderzył go w kark rękojeścią pistoletu.

– Pospiesz się! – syknął mu ze złością tuż nad uchem. – Nie mamy całego dnia!

Staszek prowadził go posłusznie do pomieszczenia pod sterownią. Tu, w najniższym miejscu kompleksu, znajdował się schron, ukryty za pancernymi drzwiami.

Lampy alarmowe migały dookoła masywnych wrót, informując, że automatyczne rygle zostały opuszczone zgodnie z procedurą alarmową.

– Zamknęli system. Potrzeba wyłączyć główny alarm w Centrum Badawczym. Nie dostaniemy się do środka – próbował wyjaśnić Staszek.

Tomek tylko pchnął go pod ścianę.

– Sierżancie! Do mnie! – ryknął w górę korytarza.

Krawiec i Kośmiński przytruchtali po kilku minutach. Obaj zdyszani, poszarpani, pokryci krwią swoich ofiar.

– Założyć ładunki – zaordynował dowódca.

– Chcesz to wysadzać?! – krzyknął Staszek. – Przecież sam mówiłeś, że niestabilna antymateria może zniszczyć całe continuum!

Brat wymierzył w niego lufę pistoletu. Patrzył tak zimno i nieludzko. 

– Nie martw się – warknął przez zaciśnięte zęby. – Twojej umiłowanej, faszystowskiej rzeczywistości nic się nie stanie. Dalej będziecie sobie tu żyli w spokoju i ładzie Tysiącletniej Rzeszy…

– Gotowe! – zaraportował sierżant i razem z Kośmińskim ruszyli zająć bezpieczne pozycje u wejścia do schronu.

– …o ile uda ci się stąd wydostać, oczywiście – mruknął pod nosem i odpalił ładunki.

Pancerne, okrągłe drzwi rozjarzyły się po obwodzie snopami iskier i oślepiającym blaskiem wybuchu środka pirotechnicznego. Przez chwilę wisiały jeszcze na przepalonych ryglach i zawiasach, ale po chwili, w chmurze czarnego dymu, padły z łoskotem na betonową posadzkę.

System przeciwpożarowy zaskoczył prawie natychmiast. Zraszacze trysnęły wodą, a wentylatory ruszyły pełną mocą, by odessać kłęby duszącego dymu.

Komandosi ryknęli triumfalnie i skoczyli do środka.

– Panowie, wypłata! – krzyknął sierżant i złapał duży cylindryczny pojemnik z symbolem orła trzymającego swastykę w szponach. Przejechał po nim małym urządzeniem skanującym i odwrócił się do pozostałych.

Na jego mokrej, spływającej krwią twarzy malował się grymas szaleństwa.

– Mamy to! Zarząd wypłaci gruby bonus!

– O czym on mówi? – Staszek wstał niepewnie i osłaniając twarz przed strumieniem wody podszedł do Tomka. Tamten spojrzał na niego przez ramię i parsknął:

– Zarząd firmy. Wysłali nas tutaj po konkretne zlecenie. Dzięki tobie braciszku jesteśmy ustawieni do końca życia.  

– Jak to? To ty… to wszystko, dla pieniędzy?

– No jasne, że nie! Nie tylko. Dla samej satysfakcji z dobrze wykonanej roboty też. – Uśmiechnął się krzywo. –  Ale głównie dla pieniędzy.

–  A co z tymi ludźmi, których tu zabiliście? Co z nimi?

– Nic. Dla nas nie istnieją. W naszej rzeczywistości wszystko jest w porządku. A dzięki temu maleństwu… – poklepał cylinder – …firma będzie mogła podróżować w czasie zupełnie dowolnie i zmieniać historię jak im się tylko spodoba.

–  Ale nas to nie obchodzi – mruknął sierżant. –  My znajdziemy sobie bardzo fajną rzeczywistość, w której powolutku będziemy wydawać to, co zarobiliśmy.

– Nie chcieliście nas ratować? Powstrzymać wojny?

– Wojna wybuchłaby i tak – odparł z niecierpliwością Tomek. –  Pewne rzeczy trudno zmienić. Kto by wygrał? Nie ma znaczenia. Polska i tak znalazłaby się pod butem silniejszego. Lepiej postarać się, by ten silniejszy zapłacił.

Odwrócił się do sierżanta i pomógł mu pakować pojemnik do czarnej torby.  

Staszek wyrwał visa z kabury. Strzał zadudnił głucho w ciasnym przejściu. Tomek spojrzał przez ramię i uśmiechnął się jadowicie do Kośmińskiego. Komandos podniósł dymiącą lufę karabinu i mruknął:

– Słaby refleks miał ten twój braciszek. Dać sobie w plecy strzelić. Niby taki kozak…

Nie skończył, bo w wyciągniętej ręce martwego Staszka zobaczył moknącą powolutku małą, tekturową tubkę. Kwasowy, dwuminutowy zapalnik właśnie przestał syczeć. Niewielki ładunek westwalitu odpalił po sekundzie.

9.

Staszek rozchylił powieki. Ciepłe promienie słońca przyjemnie grzały twarz. Delikatny szum wiatru tańczącego w liściach drzew zawsze wprawiał w melancholijny nastrój.

– Wstawaj ośle! – Ostry krzyk wyrwał go z zadumy. – No co ty? Śpisz? Przecież się do szkoły spóźnimy.

Młodszy brat podbiegł do ławki i rzucił w niego szkolną teczką. Staszek przez chwilę chciał mu oddać, ale się powstrzymał. Po prostu westchnął i pomyślał:

„Skaranie boskie z tym dzieciakiem”.

W końcu wstał, zebrał rozsypane książki i ruszył na przystanek autobusowy. Dzisiaj będzie musiał wreszcie porozmawiać z rodzicami o wyborze studiów. Ojciec się wścieknie, gdy im powie, że zamiast fizyki wybrał polonistykę. Za to mama? Mama będzie wniebowzięta.

– Czemu życie musi być takie trudne? – mruknął filozoficznie i ruszył truchtem na przystanek.  

 

 

Przypisy:

westfalit, semtex – rodzaje materiałów wybuchowych.

**Że jo mom na gru­bie su­pa­markt? – Że ja mam na kopalni supermarket?

***Nie sta­rej się. My to wy­ba­da­li dwie szych­ty tymu. Wszyj­skie ła­dun­ki dupły. – Nie martw się. Sprawdziliśmy to dwie zmiany [robocze] temu. Wszystkie ładunki [materiału wybuchowego] wybuchły.

****Staatlische Fachschule für Berg-, Hütten– u. Vermessungswesen – Państwowa Szkoła Techniczną Górniczo-Hutniczo-Miernicza utworzona na terenie Akademii Górniczo Hutniczej w 1940r.

Źródło: http://www.biuletyn.agh.edu.pl/archiwum_bip/_2001/_87/12_87.html 

 

Koniec

Komentarze

Witaj Morderco!

Rozszerzę jedynie swoją opinię z bety.

Zdecydowanie podoba mi się, że dodałeś więcej do treści. 20k znaków nie było moim zdaniem wystarczające, tutaj teraz wszystko brzmi lepiej, bardziej dosadnie i satysfakcjonująco.

Pióro masz świetne, wszystko zdania i opisy przypominają dobrze naoliwioną maszynę, nigdzie nie miałem potknięć, przeczytałem na raz z przyjemnością, czasem pod wrażeniem Twoich zwrotów i stylizacji. ;)

Postać Staszka bez zmiennie mi się podoba, twist z bratem wybrzmiewa teraz o wiele ciekawiej.

Świat, mimo iż wzorowany na jednej z moich ulubionych powieści Dicka, wypełniony jest Twoim klimatem, świetną gwarą i polskimi akcentami. Podoba mi się, cóż więcej mam powiedzieć? ;)

Beta była przyjemnością, oby tak dalej. Chciałbym zobaczyć więcej Twoich dłuższych prac, nie tylko bajki.

Zgłaszam do biblioteki i pozdrawiam!

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Ależ ciekawe opowiadanie, naprawdę przyjemnie się czytało. Akcja, dużo akcji, naprawdę fajne. :)

 

Pozdrawiam!!!

Jestem niepełnosprawny...

Że mnie tak ostatnio delegacje męczą… Mało mam czasu i czytam wieczorami, po hotelach, zmęczony. Jeszcze ta aura, idealna do robienia setek kilometrów… :/

Ciężko się skupić, ciężko o łapanki, czytam na telefonie, a jak mam wieczorem nieco mocy, siadam do kompa, aby coś napisać – bo pisanie na telefonie to mordęga, no i nie ma żadnego formatowania ><

Nie będę się więc rozpisywać.

 

Nigdy nie lubiłem wojennych czasów – czy to w postaci filmów, książek, utworów, opowiadań, itd.

Dodaj hitlerowców, a mnie skręci. Jedynym wyjątkiem było: “Strażnicy Apokalipsy” R. Ludluma, ale o bardziej szpiegowskie.

Choć zaciekawiłeś od początku, brnąłem z pewnym trudem (ale to zmęczenie :P).

Plus za Ślązaka. Jakoś – nie wiedzieć czemu – uśmiechnąłem się :)

Twist zacny.

Podsumowując – jestem dość pozytywnie zaskoczony ;)

A teraz dobranoc :P

Opowiadanie MordercyBezSerca należy potraktować niemalże jako debiut, ponieważ do tej pory raczył nas głównie bajkami popromiennymi ;) Czuję się w obowiązku dodać, że debiut jest udany.

Opowiadanie to nic innego, jak świetna opowieść przygodowa. Okraszona bogatymi opisami będącymi ucztą dla wyobraźni, mnóstwem szczegółów świata, w realiach historii alternatywnej. Dla tych spośród Was, którzy czytanie tekstów rozpoczynają od komentarzy: jeśli wydaje Wam się, że opowiadanie to po prostu taka pisana wersja Czasu honoru nadawanego na TVP2, to spotkają Was niespodzianki xd

Widać, Morderco, jak na dłoni Twoje zainteresowania. Dodatkowo zaserwowałeś wszystko w dobrym guście, niby co chwila coś strzela i wybucha, ale nie jest “przaśnie” i tandetnie, tekst stworzyłeś, ważąc ostrożnie wszystkie jego elementy. Osobiście chciałbym dodać (nie napisałem tego pod betową wersją tekstu), że motyw podłego, cwanego brata jest mi bardzo bliski xd

Jedyne, co mi się w opowiadaniu nie podoba, to zakończenie, ale wygląda na to, że muszę jakoś to przeżyć. 

No i wątpię, czy Niemcy, Włosi, Japończycy i Rosjanie dysponowaliby potencjałem na tyle dużym, aby pokonać USA, a potem poddać kraj okupacji :P

Z pozdrowieniami, udanego dzionka,

AmonRa

AmonieRa – ostrożnie. Polska sama, bez pomocy reszty świata, byłaby w stanie pokonać USA :P

W każdej chwili, kiedy tylko chcesz ;)

No oczywiście, tylko trzeba wydać rozkaz do wypłynięcia naszemu lotniskowcowi ORP Jan Paweł II w asyście korwet rakietowych klasy Dziwisz i pozamiatane :D

Dobra, nie będę więcej zapodawał takiego ciężkiego sarkazmu, bo ktoś może się na mnie obrazić ^^ 

Mi tam się podobało :D

Siema :)

 

Jak już pisałem w becie, to kawał fajnie poprowadzonej historii, która w pewnym momencie okazuje się mieć drugie dno, które wcale nie jest wyciągnięte z kapelusza, bo od pewnego momentu (akcja z ucieczką) dajesz czytelnikowi wskazówki, że coś tutaj jest nie tak. Uważam, że przemodelowanie ostatnich paragrafów po becie zrobiło temu tekstowi dobrze, dzięki czemu zyskał i na płynności i na logice, jeśli chodzi o ciąg przyczynowo-skutkowy.

Jak już wielokrotnie powtarzałem u Ciebie tekst klimatycznymi opisami stoi. To one budują klimat i pozwalają zwizualizować środowisko w jakim porusza się bohater. Pisz tak dalej, to będziesz miał we mnie stałego czytelnika :)

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

 

 

Dziękuje Waszmościom za miłe słowa :D. Cieszę się, że się podobało.

 

Jeśli chodzi o tą dobrze naoliwioną maszynę, to nie wystawiam klaty po ordery, bo to zasługa teamu betującego ;]. Liczyłem na pomoc, ale dostałem skondensowany kurs pisarski, dzięki któremu znacząco poprawiłem warsztat. 

Jeśli ktoś jeszcze się waha, czy wstawić opowiadanie do betalisty, to na własnym przypadku podpowiadam: WARTO :D!

Każdy aspekt opowiadania na tym zyskał – fabuła i konstrukcja wątków, dialogi, narracja i opisy, wreszcie zwykłe wyczyszczenie językowego babolarium.

 

Jeszcze raz podziękowania dla ANDO, oidrin, AmonRa, DanielKurowski1, a w szczególności dla Outta Sewer za ślōnskŏ gŏdkę :D 

 

pozdrawiam 

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Hej,

 

ciekawa historia, wciągająca i oryginalna poprzez te śląskie regionalizmy :) Podoba mi się.

 

Trochę zabrakło mi dodatkowych informacji o tworzeniu się innych wymiarów (z tego co zrozumiałem, są wymiary, które stanowią rzeczywistość, a niektóre są jakby dodatkowe?) oraz podróży między tymi wymiarami. Skoro oddział brata miał możliwość podróżowania w czasie i wymiarach, to po co chcieli ukraść tę antymaterię? Mam z tym problem ;)

 

Jeszcze trochę uwag:

Mógł pozbierać myśli i pozbyć chociaż cząstki napięcia,

“pozbyć się”?

 

Rozpiął płaszcz i sięgnął za plecy. Rękojeść sama wskoczyła w dłoń. Wyszarpnął z kabury stary pistolet

Za plecy? To gdzie on miał ten pistolet, na plecach? Nie, bo potem mamy:

Wsunął broń do kabury za pasem i nadstawił uszu

Gubię się ;)

 

Biały trabant z jazgotem zjechał ze wniesienia, zawinął półkole, ślizgając niezdarnie po mokrej trawie

“Ślizgając się”?

 

Na pół zagłębia było słychać, panie Swoboda

“Zagłębia”. Chodzi o region, tak?

 

– Sierżant Krawiec, – wskazał na kierowcę, a potem na strzelca – szeregowy Kośmiński. Musimy dostać się do laboratorium ojca. Znasz rozkład kombinatu i możesz nas przeprowadzić.

Zapis dialogu do poprawy. Sam nie jestem w tym mistrzem, poradnik.

 

ale słońce przebijało coraz śmielej grubą warstwę chmur.

Szyk, propozycja: “ale promienie słońca coraz śmielej przebijały grubą warstwę chmur”.

 

przy którym zbiegały linie przesyłowe wysokiego napięcia.

“Zbiegały się”.

 

Tomek wyjął z kieszeni niewielkie, czarne pudełko i skinął na Krawca:

– Sierżancie, możemy zaczynać.

Obaj żołnierze wyjęli z toreb małe, cylindryczne granaty.

Dobrze byłoby ukonkretnić, czy pudełko było wielkości paczki fajek, czy raczej pudełka zapałek? Granaty miały wielkość jabłek czy raczej owoców wiśni?

 

Skoczył i w powietrzu uderzył nożem na wysokości nerek, zbijając go z nóg swoim ciężarem.

 

Nie widzę tego – skoczy i uderzył w powietrzu nożem? Trochę Matrix ;) Gość się potknął, więc nie trzeba było zbijać go z nóg, zresztą cios nożem raczej nie angażuje ciężaru ciała. Pomyśl.

 

– Gotowe! – zaraportował sierżant i razem z Kośmińskim ruszyli zająć bezpieczne pozycje u wejścia do schronu.

– … o ile uda ci się stąd wydostać, oczywiście – mruknął pod nosem i odpalił ładunki.

Brzmi to jakby tylko Kośmiński z sierżantem się skryli w bezpiecznym miejscu. Bracia nie schowali się?

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Cześć BasementKey,

Dzięki, że wpadłeś. 

 

Skoro oddział brata miał możliwość podróżowania w czasie i wymiarach, to po co chcieli ukraść tę antymaterię?

Chcieli zabrać naziolom, żeby ci nie mogli podróżować w czasie i im namieszać. Do tego tłumaczą, że ta antymateria “destabilizuje też ich continuum”. 

Generalnie zgadzam się, że logikę fabuły naciągnąłem jak gumę do żucia i ledwie trzyma się ramy ;]. 

 

Na pół zagłębia było słychać, panie Swoboda

“Zagłębia”. Chodzi o region, tak?

Zgadza się – byk. Zaraz poprawiam. A swoją drogą Outta nie protestował. Coś te hanysy mają jednak do Sosnowca ;P. 

 

– Sierżant Krawiec, – wskazał na kierowcę, a potem na strzelca – szeregowy Kośmiński. Musimy dostać się do laboratorium ojca. Znasz rozkład kombinatu i możesz nas przeprowadzić.

Zapis dialogu do poprawy. Sam nie jestem w tym mistrzem, poradnik.

Zgadza się, przecinek po Krawiec jest do wywalenia. 

 

ale słońce przebijało coraz śmielej grubą warstwę chmur.

Szyk, propozycja: “ale promienie słońca coraz śmielej przebijały grubą warstwę chmur”.

Rzeczywiście lepiej. Dzięki ;].

 

Tomek wyjął z kieszeni niewielkie, czarne pudełko i skinął na Krawca:

– Sierżancie, możemy zaczynać.

Obaj żołnierze wyjęli z toreb małe, cylindryczne granaty.

Dobrze byłoby ukonkretnić, czy pudełko było wielkości paczki fajek, czy raczej pudełka zapałek? Granaty miały wielkość jabłek czy raczej owoców wiśni?

Cylindryczne wiśnie i jabłka? Łomatkobosko… :] coś pomyślę. Granaty wielkości granatów może, albo coś :P.

Nie widzę tego – skoczy i uderzył w powietrzu nożem? Trochę Matrix ;) Gość się potknął, więc nie trzeba było zbijać go z nóg, zresztą cios nożem raczej nie angażuje ciężaru ciała. Pomyśl.

Rzeczywiście, gdzieś mi się tu zgubiła co najmniej jedna ręka. W sensie: że uderzył po nerach, tamten się wygiął w tył, a on go złapał i pociągnął na siebie. Ten skoczył chyba podmienię na doskoczył, albo dopadł. 

 

Brzmi to jakby tylko Kośmiński z sierżantem się skryli w bezpiecznym miejscu. Bracia nie schowali się?

Niby przy termicie nie ma fali uderzeniowej, to się za bardzo kryć nie trzeba, ale rzeczywiście mogłem ich trochę osłonić. 

“pozbyć się”? “Ślizgając się”? 

W ramach walki z siękozą wyciąłem i na razie od biedy zostawię. Zobaczymy, czy innym też będzie zgrzytać. Za to ten:

“Zbiegały się”.

już poprawiam ;]. 

 

A na koniec: 

Rozpiął płaszcz i sięgnął za plecy. Rękojeść sama wskoczyła w dłoń. Wyszarpnął z kabury stary pistolet

Za plecy? To gdzie on miał ten pistolet, na plecach? Nie, bo potem mamy:

Wsunął broń do kabury za pasem i nadstawił uszu

Gubię się ;)

HA HA – pytanie o broń! :D

Cały team betujący robi teraz tak:

ŁOMATKOBOSKO – nie pytaj go o to !!!

 

Żeby nie przynudzać to wstawię takie, o:

 

Widać, czy tłumaczyć i objaśniać ? :D Bo ja mogę bardzo chętnie, tylko wiem, że nie każdy lubi ;].

pozdrawiam 

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Jak miałem protestować, skoro dobrze napisałeś :P

A co do broni, ehhh, nic co by mnie jarało. Chociaż Beretta mod. 1922 leży u mojego dziadka w warsztacie, znaleziona kilka lat temu, podczas wymiany dachu na stodole, we wsi przez którą przetoczyły się walki podczas IIWŚ ;) Tylko ciii, nie mówcie nikomu.

Known some call is air am

Outta, Nic mnie tak w życiu nie cieszy, jak porządna seria z pepeszy: D

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć, Morderco ;)

Niezły debiut w dłuższej formie. Obiektywnie czuję, że to bardzo dobry tekst, dobrze się czyta, ale… Nie w moim stylu. Dużo lepiej oglądałoby mi się lub grało w wymyślonym przez ciebie świecie, niż się czytało. Bo sam pomysł jest zacny, nie ma to jak historia alternatywna, lecz za dużo się dzieje i nie nadążam za akcją. Brakuje mi tu trochę więcej emocji w najczystszej postaci. Prawdą jednak jest, że zdajesz się ważyć każdy element, a opisy to twoja mocna strona. To, że mnie generalnie opisy nudzą, to już inna sprawa ;)

Świat naprawdę nieźle wykreowany. Tylko pogratulować.

 

– Na tygrysy mamy visy – mruknął pod nosem i uśmiechnął się smutno.

 

 

Biały trabant z jazgotem zjechał ze wniesienia, zawinął półkole, ślizgając się niezdarnie po mokrej trawie i zatrzymał o pięć kroków od Staszka.

 

W końcu sapnął zadowolony i wyjął spod siedzenia niewielka paczkę, oklejoną brązowym, woskowanym papierem.

 

“niewielką”

 

Zanim zaspani celnicy na dobre podnieśli tyłki z krzeseł[+,] machnął im przed oczami paszportem i szczeknął z perfekcyjnym akcentem:

 

Dostał więcej[+,] niż mógł zamarzyć. 

 

– …Tomek?

 

Brak spacji po wielokropku.

 

– …międzywymiarowe continuum czasoprzestrzenne. To wszystko nieprawda, rozumiesz? – Tomek potrzasnął go za ramię.

“potrząsnął”

 

Robotnicy natychmiast uspokoili się pod czujnym okiem strażników stojących na platformie i tylko gniewne pomruki świadczyły o tym, że dyskusja zapewne będzie kontunuowania w drodze powrotnej.

“kontynuowana”

 

 

Z wielką przyjemnością przeczytam twój następny tekst, który nie będzie w klimatach II wojny, bo pisać umiesz, no ale nie jest to moja para traperów. Powodzenia w dalszym pisaniu!

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Cześć Lano!

 

Dzięki za wychwycenie kiksów. Czem prędzej poprawiłem. Z tymi się, jednak zmieniam. Jeśli nie tylko BasementKey zauważył to vox populi, vox dei ;]. Trzeba będzie inaczej powalczyć z siękozą. 

 

Dużo lepiej oglądałoby mi się lub grało w wymyślonym przez ciebie świecie, niż się czytało. Bo sam pomysł jest zacny, nie ma to jak historia alternatywna, lecz za dużo się dzieje i nie nadążam za akcją. Brakuje mi tu trochę więcej emocji w najczystszej postaci.

Doskonale rozumiem ;]. To z założenia miała być literatura lekka i rozrywkowa. Na razie warsztat jeszcze nie ten, żeby porywać się na głębsze emocje, szczegółowe kreowanie postaci bohaterów i pisanie z ogólnie pojętym przesłaniem. Może za rok, dwa porwę się z motyką na słońce i spróbuję napisać coś głębszego. Na razie to jest to, czego można się po mnie spodziewać :D. 

 

Z wielką przyjemnością przeczytam twój następny tekst, który nie będzie w klimatach II wojny, bo pisać umiesz, no ale nie jest to moja para traperów.

No to cieszę się bardzo i zapraszam :]. 

 

<skonfundowane odgłosy morderczego myślenia, jakby tu zgrabnie zasygnalizować, że następny tekst, to będzie 80k znaków o chłopie, co szablą mordercuje zombiów> 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Hej, MordercoBezSerca! Jakiś czas temu przeczytałam opowiadanie no i w końcu mam chwilę, by zebrać myśli w opinię. :)

Akurat ja klimaty drugowojenne lubię, więc tu już był plus. Choć nie jestem przekonana, czy to faktycznie historia szpiegowska, bo po rzeczywiście szpiegowskim początku prawie cały mamy do czynienia z całkiem szybko gnającą akcją. Chyba osobiście wolałabym więcej na temat tego alternatywnego świata. W każdym razie napisane jest sprawnie i czytało się dobrze, podobał mi się też twist z bratem (bo nie lubię, gdy za dużo bohaterów jest cacy i dobrymi… ;)). No i ładna końcówka. Dodam kliczka do biblioteki.

Parę drobiazgów (nie wiem, czy się nie powtórzę z uwagami, nie wczytywałam się aż tak w komentarze):

Gdy tylko się zatrzymali, żołnierz siedzący z tyłu, zaczął wyciągać ze schowka torby ze sprzętem.

Bez drugiego przecinka → …siedzący z tyłu żołnierz zaczął wyciągać…

– Sierżant Krawiec, – wskazał na kierowcę

Przecinek do wywalenia.

– Antymateria – wyjaśnił brat, zrzucając bluzę munduru.

Zastanawia mnie to, bo kiedyś też pisałam o bluzie munduru, a potem gdzieś wyczytałam, że to kurtka jest. To wykorzystam okazję by o to zapytać, bo może znasz się lepiej ;)

Przed wejściem, konduktorzy sprawdzali Arbeitskarte

Przecinek do wywalenia.

krzycząc w niebogłosy „hilfe!”.

→ wniebogłosy.

Zaraz skulił się bo, brat uderzył go w kark

→ skulił się, bo…

Hej Silva!

Miło, że zaglądnęłaś. Dzięki za wskazanie baboli. Już poprawiłem. 

 

czy to faktycznie historia szpiegowska, bo po rzeczywiście szpiegowskim początku prawie cały mamy do czynienia z całkiem szybko gnającą akcją.

No to umówmy się, że to takie szpiegowskie z porywającą akcją, ok ;]? A tak na serio, to sam nie za bardzo przepadam za powieściami szpiegowskimi, które w rzeczywistości okazują się zwykłymi romansidłami, albo ciężką obyczajówką. Tutaj celowałem w zakończenie w stylu “Tylko dla orłów”, albo Działa NavaronyAlistair’a MacLean’a. To dla mnie są prawdziwe powieści szpiegowskie :D. 

 

Zastanawia mnie to, bo kiedyś też pisałam o bluzie munduru, a potem gdzieś wyczytałam, że to kurtka jest.

Tu się nie ma co zastanawiać, bo są kurtki, bluzy i płaszcze mundurowe. Czasem można natknąć się nawet na koszulobluzy mundurowe ;]. 

 

źródłó:https://www.wojsko-polskie.pl/iwsp/u/5c/b5/5cb500c7-f119-412f-9f33-eede1c97ffa5/05_ubior_polowy_n.pdf

 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć. Moją opinię już znasz z bety, ale napiszę jeszcze raz. Bardzo ciekawy tekst, ze sprawnie poprowadzoną, wartką akcją oraz interesującym bohaterem. Opowiadanie trzyma w napięciu, dodatkowego uroku dodaje Twoja znajomość historycznych realiów i wplecenie ich w tekst. Całość zmierza do niezbyt optymistycznego i zaskakującego zakończenia. Na uwagę zasługują też plastyczne opisy.

Zgłaszam tekst do wątku bibliotecznego.

Cześć. ANDO, przede wszystkim dzięki za pomoc przy becie:] i krytyczne uwagi na temat pierwszego zakończenia. To jest dużo lepsze IMHO i duża w tym Twoja zasługa. 

Sam jestem zadowolony z opowiadania na 80%. Trochę nie zagrała mi logiczność całej fabuły i mogłem poświęcić trochę więcej uwagi samym postaciom. 

 

pozdrawiam 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Witam! Opowiadanie jest bardzo dobre i świetnie, że podzieliłeś je na rozdziały. Powinienem tylko wspomnieć o fakcie podbicia Ameryki przez nazistowskie Niemcy. Przy potencjalnej sile bojowej, jaką dysponowały Stany Zjednoczone, być może nigdy nie doszłoby do skutku. Wojna trwałaby zbyt długo, a politycy podpisaliby porozumienie. Polska podbita przez faszystów, to temat na zupełnie inny plan działania, a zmiana języków urzędowych na niemiecki jest możliwa nawet dzisiaj, dlatego Unia Europejska stawia Niemcy (uwzględniając wyniki gospodarki oraz ekonomii) na jednym z pierwszych miejsc. 

Możliwe, że już za niedługo, będziemy mówić po niemiecku. Szkoda, że wojna światowa nie zmieniła nastawienia do przymusu uczenia się tego języka w szkołach albo zdawaniu egzaminów, zaraz po skończeniu konfliktu światowego. Natomiast przenoszenie w czasie, o którym wspominasz, spróbowałbym poszerzyć. Dziękuję i pozdrawiam,

Mariner79

Koniec życia, ale nie miłość

Cześć Marinerze!

 

Liczyłem na taką dyskusje pod tym tekstem i się nie przeliczyłem ;].

 

Przy potencjalnej sile bojowej, jaką dysponowały Stany Zjednoczone, być może nigdy nie doszłoby do skutku. Wojna trwałaby zbyt długo, a politycy podpisaliby porozumienie.

Spróbujmy trochę pogdybać:

  1. Maj 1940 – von Rundstedt nie przekonuje Hitlera, aby “skonsolidować siły niemieckie przed spodziewanym kontratakiem wojsk brytyjskich i próbie wyrwania się z kotła pod Dunkierką”. W rezultacie korpus ekspedycyjny zostaje zniszczony w walnym natarciu i alianci tracą 330 tyś wykwalifikowanych żołnierzy.
  2. Lipiec – październik 1940 – Göring nie ugina się pod żądaniem Hitlera by rzucić Anglię na kolana” i zamiast bombardowań terrorystycznych na miasta brytyjskie, kontynuuje metodyczne niszczenie baz RAF. W wyniku uzyskania przewagi powietrznej operacja Lew Morski dochodzi do skutku, a przy założeniach z pkt.1 Niemcy podbijają wyspy w ciągu kilku tygodni. Reszta Imperium Brytyjskiego pada jak domino – Malta, Egipt, Bliski Wschód i Indie. 
  3. Czerwiec 1941 – Ribbentrop przekonuje Hitlera by nie rozpoczynać operacji Barbarossa. Niemcy pozostają w sojuszu z ZSRR do końca wojny.
  4. Stany Zjednoczone prowadzą walkę na dwa fronty i rzeczywiście udaje im się stawić opór czterem państwom Osi. Jednak w końcu dochodzi do krachu gospodarczego, spowodowanego niewykupieniem obligacji wojennych w planowanym terminie, czyli do 1955r. Osłabiony gospodarczo kraj pada łupem nazistów. 

Szkoda, że wojna światowa nie zmieniła nastawienia do przymusu uczenia się tego języka w szkołach albo zdawaniu egzaminów, zaraz po skończeniu konfliktu światowego.

Stara maksyma mówi: “ucz się języka swojego wroga”. :] 

Jak pierwszy raz wróciłem ze związku zdradzieckiego, to zapisałem się na dwa kursy – ruskiego i na paten strzelecki. 

 

pozdrawiam 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Morderco Ty mój kochany, sytuacja z punktu 3 mogłaby nie utrzymać pokoju między ZSRR a III Rzeszą :P Na ten moment dysponujemy przekonującymi historycznymi dowodami, że w czerwcu 41 Sowieci byli w pełnej gotowości, by przeprawiać się przez Bug. Część badaczy uznaje nawet, że tak spektakularny sukces Barbarossy w początkowym okresie wykonywania planu wynika właśnie z agresywnego rozmieszczenia sił Armii Czerwonej. Samoloty pozostawały na przygranicznych lotniskach, wojska były rozmieszczone w taki sposób, by w szybkim tempie maszerować na zachód, stąd też tak ogromne straty w sprzęcie i ludziach na samym początku Wielkiej Wojny Ojczyźnianej :D

Co do ewentualności zniszczenia korpusu pod Dunkierką, mogłoby być bardzo różnie. Nierzadko tak radykalne wydarzenia nie tylko nie osłabiają przeciwnika (nie mówię tylko o realnej sile, ale także i o morale), ale wręcz umacniają jego opór i determinację. Kto wie, czy USA dalej czekałyby z dołączeniem do wojny na zaproszenie admirała Yamamoto? :D Są to zagadnienia bardzo ciekawe, ale nikt nie umie powiedzieć, co mogłoby się wydarzyć.

Pozdro,

Ra

Dodałbym jeszcze ucieczkę Alberta Einsteina i bombę atomową, która zmieniła Japonię i jej kodeks samurajski, po uderzeniu na Hiroszimę. Szybka rezygnacja Włoch i upadek Benito Mussoliniego.

Ile musiałoby kosztować lądowanie na terytorium Stanów Zjednoczonych i wyrównanie sił? Obrona przed odwetem, ze strony armii czerwonej oraz straty na froncie wschodnim? Nawet faszyści oraz osobiście Adolf Hitler, nie marzyli o takim potężnym starciu z państwami, które postanowiły się połączyć w zniszczeniu wrogiego i brutalnego świata.

pzdr

Koniec życia, ale nie miłość

 

Na ten moment dysponujemy przekonującymi historycznymi dowodami, że w czerwcu 41 Sowieci byli w pełnej gotowości, by przeprawiać się przez Bug.

 Wszystko się zgadza w tej teorii, jeśli patrzymy z perspektywy prawdziwej historii. Stalin rzeczywiście mógł przygotować się do uderzenia na Niemcy, bo wyczuł koniunkturę – blitzkrieg stracił impet, inwazja na Anglię się nie powiodła, Włosi i Afrika Korps uwikłani w kosztowną kampanię afrykańską, nazistom nie udało się zabezpieczyć złóż ropy naftowej, a do tego zmasowane działania wywiadów alianckich.

 

A teraz podstawmy do równania pkt 1 i 2. Wielka Brytania zostaje zdjęta z szachownicy. Operacja Compass w Afryce Północnej nie dochodzi do skutku. Niemcy i Włosi dojeżdżają do samej Zatoki Perskiej. Cała Europa i basen Morza Śródziemnego w ich rękach. Hitler nie musi dzielić sił i może w każdej chwili rzucić wszystko na front wschodni. Czy Stalin zdecydowałby się na atak wyprzedzający w takiej sytuacji?

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Cześć,

 

Świetny tekst. Płynnie poprowadzona akcja, bardzo ładne opisy, niezły twist na końcu. Lubię historie z alternatywnych rzeczywistości, choć Twoja wizja świata jest bardzo mroczna. O kwestie historyczne spierał się nie będę, kupuję wszystko takim, jakie jest. :D

 

Widzę, że z teorii o podróży w czasie również się obroniłeś, omijając Paradoks Dziadka na rzecz alternatywnych wymiarów (mocno towarzyszyły mi skojarzenia z Avengers: Endgame, ale to akurat na plus, bo mój wewnętrzny dziesięciolatek kocha uniwersum Marvela).

 

Mentalnie klikam do biblioteki. Realnie nadal nie mogę. Ale składam najgłębsze wyrazy uznania. :)

 

Pozdrawiam!

 

PS. Błagam, niech to następne opowiadanie o zabójcy zombie będzie miało trochę mniej znaków, bo zaciekawiony jestem cholernie, ale znając mój tryb życia, 80k będę czytał przez 3 dni. :D

Cześć Adku!

Mentalne kliki są dla mnie równie ważne, jak te fizyczne :D. Dzięki! 

 

Błagam, niech to następne opowiadanie o zabójcy zombie będzie miało trochę mniej znaków, bo zaciekawiony jestem cholernie, ale znając mój tryb życia, 80k będę czytał przez 3 dni. :D

Mam to samo, 30k znaków amatorskiego teksu to max, żeby przeczytać bez bólu na jeden raz :]. To jest główny powód, dla którego podzieliłem “Kowala” na fragmenty. Zobaczymy jak wyjdzie, ale zaplotłem taką intrygę, że nie zamknę poniżej 80k :/.

 

pozdrawiam:]

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Morderco, dobrze mi się czytało Twoje Bajki popromienne, jeszcze lepiej opowieść o Kowalu, a Otwórz oczy, no cóż… To opowiadanie wzbudziło we mnie dwoiste uczucia – z jednej strony nie mogę nie docenić pomysłu i brawurowego opisania całej historii, a z drugiej muszę wyznać, że zwyczajnie gubię się w sprawach traktujących o przenoszeniu się w czasie i zmianach rzeczywistości.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

W końcu szarp­nął za klam­kę i wy­siadł. ―> W końcu szarp­nął klam­kę i wy­siadł.

 

Mógł po­zbie­rać myśli i po­zbyć cho­ciaż cząst­ki na­pię­cia… ―> Chyba miało być: Mógł po­zbie­rać myśli i po­zbyć się cho­ciaż cząst­ki na­pię­cia

 

śli­zga­jąc się nie­zdar­nie po mo­krej tra­wie i za­trzy­mał o pięć kro­ków od Stasz­ka. ―> Co zatrzymał?

Proponuję: …śli­zga­jąc się nie­zdar­nie po mo­krej tra­wie i stanął/ znieruchomiał pięć kro­ków od Stasz­ka.

 

Sta­szek szarp­nął za drzwi. ―> Sta­szek szarp­nął drzwi.

 

Kie­fern­straße…, ale… ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Prze­tur­lał za róg sta­rej szopy, po czym rzu­cił w kie­run­ku ogro­du. ―> Co przeturlał i co rzucił?

Może: Prze­tur­lał się za róg sta­rej szopy, po czym dał susa w kie­run­ku ogro­du.

 

za­ła­pał visa w obie dło­nie… ―> Literówka.

 

Sta­szek zła­pał za kra­wędź szopy… ―> …Sta­szek zła­pał kra­wędź szopy

 

– … Tomek? ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Sam wy­chy­lił przez okno… ―> Sam wy­chy­lił się przez okno

 

Kie­row­ca za­par­ko­wał po­mię­dzy bu­dyn­ka­mi warsz­ta­tów, przy Hali Ma­szyn. ―> Dlaczego wielkie litery?

 

– Ka­ta­stro­fa Sa­ni­tar­ne­go Wi­ro­lo­tu na Kra­kow­skich Bło­niach! ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Sza­mo­ta­ni­na wy­bu­chał nie­mal od razu… ―> Literówka.

 

Le­d­wie zdą­ży­li przy­paść do ziemi i ukryć w krza­kach… ―> Le­d­wie zdą­ży­li przy­paść do ziemi i ukryć się w krza­kach

 

w kie­run­ku nie­wiel­kiej, be­to­no­wej kon­struk­cji, wy­sta­ją­cej nie­wie­le ponad zie­mię… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …w kie­run­ku nie­wiel­kiej, be­to­no­wej kon­struk­cji, wy­sta­ją­cej nieco ponad zie­mię

 

zła­pał ucie­ki­nie­ra za włosy i … jed­nym ru­chem… ―> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

– … o ile uda ci się stąd wy­do­stać… ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

ale po chwi­li padły z ło­sko­tem, w chmu­rze czar­ne­go dymu na be­to­no­wą po­sadz­kę. ―> A może: …ale po chwi­li, w chmu­rze czar­ne­go dymu, padły z ło­sko­tem na be­to­no­wą po­sadz­kę.

 

krzyk­nął sier­żant i zła­pał za duży cy­lin­drycz­ny po­jem­nik… ―> …krzyk­nął sier­żant i zła­pał duży cy­lin­drycz­ny po­jem­nik

 

Pewne rze­czy cięż­ko zmie­nić. ―> Pewne rze­czy trudno/ niełatwo zmie­nić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Reg. 

 

Dzięki za wyczyszczenie tekstu. Tego złapać za szarpnąć za chyba się nie oduczę :D. Ten model tak ma. Wpiszę to sobie w CV jako cechę charakterystyczną. 

Kierowca zaparkował pomiędzy budynkami warsztatów, przy Hali Maszyn. ―> Dlaczego wielkie litery?

 

– Katastrofa Sanitarnego Wirolotu na Krakowskich Błoniach! ―> Dlaczego wielkie litery?

Pierwsze i ostatnie to nazwy własne, choć w przypadku błoń, wariacji jest multum. Proponuję krakoskim targiem: Błoniach krakowskich

Sanitarny wirolot to oczywiście moja pomroczność jasna i czem prędzej poprawiam. 

 

Jeśli chodzi o ogólny odbiór opowiadania, to rozumiem, że możesz być rozczarowana. Pierwszy raz od dłuższego czasu pokusiłem się o napisanie czegoś dłuższego. Popromienne to tak naprawdę zwykłe wprawki, mające na celu przećwiczenie wybranego narzędzia warsztatu pisarskiego – dialog, narracja opisowa, narracja dynamiczna, budowanie napięcia. Proste historyjki, prosty przekaz i tak naprawdę niewiele roboty.

Otwórz oczy to połączenie wszystkich powyższych z bardziej rozbudowaną i samodzielnie wymyśloną fabułą (no prawie ;] ). Dalej jestem na etapie nauki. Po prostu podnoszę sobie poprzeczkę ;]. Tak jak napisałem kilka komentarzy wyżej – mógłbym trzaskać od sztancy kolejne Popromienne… tylko po co? "Kto nie idzie do przodu, ten się cofa" ;D. 

 

pozdrawiam

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Morderco, napisałeś naprawdę przyjemne opowiadanie.

Najpierw może o tym, co mi nie zagrało:

Przede wszystkim kwestia przeskoków między rzeczywistościami. Nie jest to wytłumaczone, chyba że coś pominąłem. Zmiana w finale może być odebrana po prostu jako sen głównego bohatera – ten nagle wstaje w zupełnie niewojennej rzeczywistości, zastanawiając się co też począć ze swoim młodym jeszcze życiem. Chciałbym o tym po prostu więcej przeczytać, to by ładnie spięło tę kwestię. :) 

Drugą sprawą jest postać Tomka – również nie wiadomo skąd nagle pojawia się rzekomo martwy brat głównego bohatera. W dodatku ratuje go z opresji – pachnie to trochę zabiegiem Tomek ex machina. A wystarczyłoby krótkie wspomnienie, na przykład przy okazji otrzymanego od ojca samochodu, że młodszy brat był zafascynowany motoryzacją – cokolwiek. Ponownie – może to moje niedopatrzenie, ale zerkam teraz w tekst i nic nie znajduję.

Tyle jeśli chodzi o czepianie się, bo do uczepienia się wcale nie ma tak dużo.

Człowieka z wysokiego zamku czytałem około roku wstecz – doceniam nawiązanie. Jednak te przeskoki między rzeczywistościami wydają mi się bliższe do Ubika, ponadto w finale pozostawiasz czytelnika w zawieszeniu, tak jak Dick zrobił to w drugiej z wymienionych książek. Nie wiemy, co tak naprawdę jest rzeczywistością.

Robotę robi użycie śląskiego i niemieckiego – bardzo ubogaca to opowiadanie. Opisy również są w tym wypadku mocną stroną. Czyta się je dobrze i nadają klimatu. Akcja jest wartka, dużo strzelania, wybuchów, a mimo to całość nie popada w kicz – to duży plus. Czuć tutaj pęd, pośpiech, dynamikę, ale nie ma efekciarstwa. Elementy sci-fi dodają dodatkowego smaku całości.

Nie będę się jakoś szczególnie rozwodził. Ostatecznie opowiadanie naprawdę mi się podoba. Jako że już chyba mogę nominować do biblioteki (jeśli się mylę, to najwyżej się odbiję od ściany ;)), to zgłaszam swojego pierwszego klika na tym portalu i jednocześnie ostatniego potrzebnego do dostania się do biblioteki temu opowiadaniu.

Pozdrawiam!

 

Cześć Crucis

 

Dzięki, że zajrzałeś. Kliki honorowe są dla mnie tak samo ważne, jak te rzeczywiste, więc serdecznie dziękuję :D. 

Jeśli chodzi o fabułę, to oczywiście masz racje. Nie ukrywam, że potraktowałem temat całego continuum czasoprzestrzennego zupełnie po macoszemu:]. Kanwą tekstu było pokazanie historii alternatywnej, a reszta to tylko dodatek i przyznaję się bez bicia, że nie przyłożyłem się do spięcia fabuły, a skupiłem bardziej na opisach, budowaniu świata i akcji :]. Jeśli przypomnisz sobie zakończenie Człowieka… to Dick zrobił to samo. Nie ma ani krzty informacji co się stało, jak się stało i co tak naprawdę jest rzeczywiste. 

Samo zakończenie zmieniałem chyba z dziesięć razy :D. Czego tu nie było? Roboty, bazy na księżycu, futurystyczny Kraków :D. Chyba jednak, to które opublikowałem jest najrozsądniejsze. 

 

pozdrawiam 

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Witaj.

Bardzo przejmujące, trudne w odbiorze (ze względu na emocje) i mocno dołujące opowiadanie. Charaktery ludzi bywają jednak tak różne… 

Akcja, walka, sceny ucieczek oraz przemyślenia Staszka – niezwykle realistyczne, dramatycznie opisane, wstrząsające. 

Gratuluję pomysłu.

I te Stany podzielone na strefy okupacyjne… ;)))

Jeszcze edytuję, bo wciąż myślami wracam do tekstu. Potwornie gorzki wydźwięk ma dla mnie sam tytuł w obliczu całości opowiadania. Jest bardzo bolesny. :(((

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć Bruce!

Widzę, że jedziesz ostro z lekturą forumowych opowiadań i nawet starocie nie umykają Twojej uwadze :]. Dzięki za komentarz i miłe słowa. Fajnie, że realizm zagrał i narracja wygląda realistycznie. 

Jeśli chodzi o pomysły n/t alternatywnej wersji historii, to nie chciałbym Cię rozczarować, ale sporo po prostu zapożyczyłem z książek popularnonaukowych i z powieści. Wielu autorów mierzyło się z tym tematem, a ja tylko bardzo chciałem napisać coś w takich realiach. 

 

pozdrawiam 

M.

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Witaj.

Staram się chłonąć Wasze wspaniałe teksty, aby nareszcie nauczyć się pisać, jak należy. :)

W dodatku wyobraźnia galopuje mi niesamowicie po lekturze tak rozmaitych opowiadań. :) To wspaniałe doświadczenia. 

To dzieło jest rewelacyjne, jak zresztą każde Twoje, które miałam przyjemność czytać. Szczere gratulacje i brawa. :)

Pozdrawiam ciepło. :)

 

Pecunia non olet

Hmmm, nie moja tematyka. Nie lubię wojen, zwłaszcza II światowej, a tu właściwie nic innego nie ma. Niby się skończyła, ale przez cały czas chłopcy biegają z giwerami.

Ale napisane nieźle, twist w końcówce fajny.

Trochę mi zgrzytał Staszek – z jednej strony patriota, ruch oporu, te rzeczy, ale z drugiej nie krępuje się korzystać z przywilejów załatwianych przez ojca oddanego całkiem innej idei.

Tłum Krakowian płynął powoli

Mieszkańców miast piszemy małą literą, tarnowianinie jeden. ;-)

Babska logika rządzi!

Mieszkańców miast piszemy małą literą, tarnowianinie jeden. ;-)

<Idzie do kąta ze spuszczoną głową i nic nie mówi, bo mu wstyd.> 

 

Dziękuję Finklo :]

 

Trochę mi zgrzytał Staszek – z jednej strony patriota, ruch oporu, te rzeczy, ale z drugiej nie krępuje się korzystać z przywilejów załatwianych przez ojca oddanego całkiem innej idei.

Chciałem mu dodać trochę realizmu – chłopak wychowany przez reżimowego ojca, który w pewnym momencie przejrzał na oczy i doszedł do wniosku, że trzeba coś zmienić. Gdyby był od razu nieskazitelny, kryształowy i jak śnieg biały, bo by było trochę zbyt mdłe na mój gust ;].

 

pozdrawiam

M. 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

<Idzie do kąta ze spuszczoną głową i nic nie mówi, bo mu wstyd.> 

Oj, nie przesadzaj, też kiedyś tego nie wiedziałam. Bo to nielogiczna reguła: mieszkańców krajów, regionów dużą, a miast – małą. Jakby nazwy miast były mniej własne niż państw.

Babska logika rządzi!

Uczyli w szkole, ale to było tak dawno… że aż wstyd się przyznać ;]

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Dzieciaku… ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem, ale historia alternatywna to nie moja bajka, nawet, gdy jest dobrze wymyślona i napisana.

Nowa Fantastyka