- Opowiadanie: Jim - Chyba kusza hibakusha

Chyba kusza hibakusha

Po­nie­waż w hi­sto­rii dwóch Kop­ciusz­ków, któ­rej mi się nie udało ukoń­czyć na kon­kurs eklek­tycz­ny worek mosz­no­wy gra nie­po­śled­nią rolę, nie mo­głem obo­jęt­nie przejść obok hasła: Tre­nin­go­wy worek mosz­no­wy   :)

Na szczę­ście ten tek­ścik jest dużo krót­szy

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Chyba kusza hibakusha

 

 

Męż­czy­zny, jak wia­do­mo, zgwał­cić się nie da.

Po­dob­nie jak pro­sty­tut­ki. Czy żony.

Pan Ja­nusz mógł mieć inne zda­nie, ale kto by go tam słu­chał. W sumie to od ma­łe­go nie słu­chał go nikt. Nawet naj­bliż­si. I to mimo, a może wła­śnie dla­te­go że Ja­nu­szek, jako dziec­ko był zdol­nym, a nawet bar­dzo uzdol­nio­nym elek­tro­ni­kiem (ist­nie­ją też po­gło­ski, że brak ist­nie­nia w oko­li­cy ja­kie­go­kol­wiek me­dium mo­gą­ce­go prze­no­sić dźwięk, był tego po­wo­dem, ale nie do­wie­rzaj­my plot­kom!).

Czas mijał i z mło­de­go elek­tro­ni­ka Ja­nusz wy­rósł na pięk­ne­go elek­tro­na.

Za­miesz­kał na jed­nym z or­bi­ta­li ani za bli­sko, ani za da­le­ko od jądra. Nad nim sza­le­li ci wa­ria­ci z po­włok wa­len­cyj­nych, po­ni­żej swój nudny żywot wie­dli sta­tecz­ni elek­tro­no­wie-bli­sko­ją­drow­cy.

Cza­sem za­zdro­ścił tak jed­nym, jak i dru­gim. Ci wa­len­cja­rze cie­szy­li się dużo więk­szą wol­no­ścią, z kolei ci z ni­skich or­bi­ta­li mogli paść oczy chro­mo­dy­na­micz­nym spek­ta­klem sto­łecz­ne­go jądra.

Żywot elek­tro­na jest za­ra­zem pro­sty i nie­ła­twy. Nie ma w nim nic z asymp­to­tycz­nej swo­bo­dy kwar­ków. Zresz­tą ba­rio­ny wcale się lep­to­na­mi nie in­te­re­su­ją, nie zdają sobie spra­wy z ich po­ło­że­nia, o fi­zjo­lo­gii, fi­zjo­no­mii czy ana­to­mii już nie wspo­mi­na­jąc. A prze­cież ta wła­śnie ana­to­mia wszyst­ko de­ter­mi­nu­je. Mó­wiąc wul­gar­nie: kor­pu­sku­lar­no fa­lo­wa.

Pan Ja­nusz nie miał tego dnia nie­ste­ty czasu na roz­wa­ża­nia nad struk­tu­rą świa­ta, polem Yanga-Millsa czy wła­sną fi­zjo­lo­gią. Praw­dę mó­wiąc nie miał czasu na nic. Był o parę cza­sów Planc­ka spóź­nio­ny. Co praw­da, dzię­ki za­sa­dzie nie­ozna­czo­no­ści, mógł wcale nie być tam, gdzie się go spo­dzie­wa­no, a już na pewno nie po­ru­szać się przy tym z za­ło­żo­ną pręd­ko­ścią, ale jed­nak sa­me­mu mu było nieco głu­pio, że do końca nie wie, w jakim sta­nie kwan­to­wym się zna­lazł. Wes­tchnął więc cicho, po­pra­wił tu­ne­lu­ją­cą prze­pa­skę bio­dro­wą, uło­żył w falę de Bro­glie’a włosy, po­dra­pał się po worku mosz­no­wym i ru­szył za płu­giem-kor­pu­sku­łą swego człon­ka orać cza­so­prze­strzeń or­bi­ta­la.

Ostat­nio śniły mu się kwar­ki po­wab­ne i dziw­ne, do tego wy­uz­da­nie raz po raz gwał­cą­ce zakaz Pau­lie­go, ni­czym bez­wstyd­ne bo­zo­ni­ce! Ale wia­do­mo, nie dla skrom­ne­go lep­to­na harce z kwar­ka­mi! Po­trzą­sa­jąc głową, sta­rał się z niej myśli chu­tli­we wy­rzu­cić. Sfru­stro­wa­ny i sko­ło­wa­ny swój na­brzmia­ły od ko­ital­nych ma­rzeń worek mosz­no­wy za sobą cią­gnął. Wy­trwa­le i z mo­zo­łem.

Pot zro­sił mu czoło, ale udało mu się sporo nad­ro­bić. Jesz­cze tylko parę okrą­żeń, a wy­ro­bi normę i bę­dzie się mógł po­grą­żyć w bło­giej nie­okre­ślo­no­ści.

Za­trzy­mał się na chwi­lę, czoło człon­kiem wy­tarł, pociągnął łyk schrödingeroniady przez symetriozłomkę, prze­cią­gnął się i w górę spoj­rzał. Z nie­po­ko­jem do­strzegł, że po nie­bo­skło­nie mknę­ły zbe­reź­ne fo­to­ni­ce-świa­tło­goń­ce. Bo­zo­ni­ce, za nic mając za­ka­zy czy świa­tła ulicz­ne, roz­bi­ja­ły się na wszel­kie stro­ny, pi­ja­ne śmie­chem, roz­ocho­co­ne roz­pie­ra­ją­cą je ener­gią.

“Byle z tego ja­kie­goś kło­po­tu nie było" – po­my­ślał pan Ja­nusz, zu­peł­nie nie w porę. Nie w porę, bo wła­śnie śmi­gła i wiot­ka fo­to­ni­ca-prze­wrot­ni­ca, re­cho­cząc, na niego zwró­ci­ła uwagę.

– Jaki ślicz­ny worek tre­nin­go­wy! – wy­krzyk­nę­ła i do­pa­dła jego mosz­ny. Paroma kop­nia­ka­mi udo­wod­ni­ła mu, że tre­ning bę­dzie na­le­żał do wy­jąt­ko­wo bo­le­snych, a na­stęp­nie na­pa­sto­wa­ła go dalej, wcie­ra­jąc cre­epy­pa­stę w resz­tę przy­ro­dze­nia!

Męż­czy­zny, jak wia­do­mo, zgwał­cić się nie da, ale wy­mu­szo­ny stan wzbu­dzo­ny był dla elek­tro­na bar­dzo upo­ka­rza­ją­cy i nie­kom­for­to­wy. Pan Ja­nusz, wy­rwa­ny z przy­ro­dzo­ne­go or­bi­ta­la na­głym wy­try­skiem świa­tła, na­tych­miast po­czuł się bez­war­to­ścio­wy, zbru­ka­ny i zhań­bio­ny. Praw­dę mó­wiąc, miał ocho­tę skoń­czyć ze sobą.

Naj­chęt­niej skoń­czył­by nie tylko z sobą, ale z całym świa­tem. Słał ku nie­bio­som bluź­nier­stwa, prze­kli­nał pod­stęp­ną fo­to­ni­cę i sa­me­go sie­bie, że tak się jej dał pod­stęp­nie wy­ko­rzy­stać, a może nawet ją swym ubio­rem spro­wo­ko­wał. Wy­dy­ma­ny, nie dumał zbyt jasno. W żalu i bez­sil­no­ści za­ży­czył sobie, by wszyst­ko wokół się roz­pa­dło, z na­da­ją­cym sens życiu ją­drem włącz­nie. W sumie nie wia­do­mo, czy miał na myśli jedno z wła­snych jąder, od­zy­wa­ją­cych się bólem w tre­nin­go­wym worku mosz­no­wym, czy jądro atomu izo­to­pu uranu U-235, wokół któ­re­go to­czy­ło się Ja­nu­szo­we życie. Ży­cze­nia rzu­co­ne nie w porę cza­sem się speł­nia­ją i tak było i tym razem.

Pan Ja­nusz nawet nie za­uwa­żył, skąd nad­le­ciał neu­tron nie­mal rów­nie śmi­gły, jak pę­dzą­ce wokół bo­zo­ny. Ba­rion wy­rżnął w jądro i pan Ja­nusz zdą­żył tylko jesz­cze spoj­rzeć na prze­gub ręki (a ra­czej ni­by­nóż­ki), by za­re­je­stro­wać, o któ­rej roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Na elek­tro­nicz­nym (a jakże!) ze­gar­ku Ja­nu­sza do­cho­dzi­ła wła­śnie go­dzi­na 8:16:02 szó­ste­go sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go pią­te­go roku.

Koniec

Komentarze

Dobra, będę wyjątkowo nieobiektywny.

Spodziewałem się jakiegoś tekstu z pogranicza BDSM i MMA. A dostałem gluony, bozony, kwarki i fizykę. Kupiłeś mnie tym od razu, bo choć z fizyki jestem – delikatnie mówiąc – miernota, to jeden z pierwszych tekstów jakie napisałem i tutaj opublikowałem, też był wypełniony kwarkami, mrugającymi antykolorami gluonami, horyzontami Cauchy’ego , hadronami tańczącymi trójkowymi układami kwarków i tak dalej. Gdybym wtedy nie popełnił tego tekstu i nie czytał na temat różnych fizycznych zagadnień, pewnie przeszedłbym obok Twojego opowiadania obojętnie, a tak poczułem sporą sympatię już na samym początku.

A teraz powiem Ci, dlaczego kupiłeś mnie po całości i to również z powodu cholernie nieobiektywnego.

Najchętniej skończyłby nie tylko z sobą ale z całym światem.

Od tego momentu wiedziałem, jak to się skończy, pomimo, że nie znałem wcześniej określenia hibakusha. W tym również momencie zwykła sympatia została zastąpiona czymś większym. Pomyślałem sobie: jeśli pójdziesz w tę stronę, w którą podejrzewam, to należy Ci się co najmniej piwo ode mnie… bracie :D A wszystko dlatego: KLIK! Nie musisz czytać, wiedz jednak, że dla mnie czymś niesamowitym jest to, że wziąłeś się za ten sam temat co ja kiedyś i zrobiłeś to w szalenie ciekawym stylu.

Ten tekst nie jest specjalnie zabawny, ale nie musi, bo na poziomie pomysłu jest dla mnie czymś świetnym. Czy to jest bizarro, to ja nie wiem, niech ocenią to mądrzejsi ode mnie, lepiej orientujący się w konwencji. Ja idę bardzo nieobiektywnie polecić to opowiadanie do biblioteki.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Witaj!

Szorcik krótki, wiec przeczytało się szybko.

Tekst jest przyjemny w czytaniu, płynny i ładnie napisany, jednak fizyka była moim utrapieniem, więc niestety nie było aż tak kolorowo. Humor też nie zawsze trafił – może muszę mieć tak samo wysokie IQ, jak przy oglądaniu Rick and Morty, by zrozumieć wszystkie fizyczne dowcipy :D

Ciekawie rozegrałeś konkursowe hasło, ja bym na to nie wpadł.

Tytuł jest nieoczywisty (dla mnie), musiałem googlować i moja perspektywa zmieniła się o 180 stopni. Dopiero wtedy zrozumiałem sens zakończenia.

Moim skromnym zdaniem wyszło wszystko dobrze – jednak czy jest to bizarro? Nie wiem, może to moja zniekształcona perspektywa przez więcej dziwactw i rozmaitości z opowiadań Outta Sewer i Realuc. Ale w końcu to tylko szort, nie dało się tutaj wepchnąć za dużo.

Trzymam kciuki w konkursie ;)

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Z tym tekstem mam taki problem, że moja znajomość fizyki kończy się gdzieś na ruchu jednostajnie przyspieszonym (przez co pewnie nie zrozumiałem sporej części żartów i niuansów), a wszystko co związane z  kwarkami itp. jest dla mnie już samo w sobie dziwne, a tobie udało się podnieść tę dziwność do sześcianu. W ramy konkursu oczywiście się wpisuje, ale dla mnie było chyba zbyt ciężkostrawne

Jim,

o fizyce kwantowej wiem tyle, co nic:-) Mimo to, czytało się bardzo dobrze, jestem zadowolona z lektury.

Świetna realizacja hasła konkursowego. Historia Janusza odpowiednio absurdalna. Pierwsze zdanie sugeruje lekką opowieść, dlatego zaskoczyłeś mnie nie tylko odniesieniami z dziedziny fizyki, ale przede wszystkim zakończeniem, którego się nie spodziewałam. 

Polecam do biblioteki i pozdrawiam

Powodzenia w konkursie:-)

Hej!

Kurczę, nie wiem jak to ubrać w słowa, ale spróbuję.

Tekst jest kompletnie nie dla mnie. Fizyka była chyba jedynym przedmiotem przez cały okres edukacji, na którym zdarzyło mi się ściągać. No nie moja bajka do kwadratu. W związku z tym, wiele mnie pewnie ominęło czytając Twój tekst, bo i z pewnymi zagadnieniami czułem się jakbym nagle rozmawiał z Japończykiem, którego języka nie rozumiem za grosz. 

ALE.

Doceniam to opowiadanie za całą tę warstwę fizyki i sposób, w jaki to opisałeś. Coś tam sobie guglałem i wiem, że to wszystko ma sens, jeno nie dla mego mózgu. W pełni rozumiem, że zachwyciłeś tym tekstem takiego Outte, który jest jakoś z tematem powiązany. 

Reasumując, tekst jest ciekawy, z pomysłem, zdania są naprawdę kreatywnie skonstruowane, tylko nie trafił zupełnie w mój osobisty gust. 

A, na koniec wrócę do początku (Twego opowiadania).

Mężczyzny jak wiadomo zgwałcić się nie da.

Podobnie jak prostytutki. Czy żony.

Według mnie, a już w dzisiejszych czasach to na pewno, to jest akurat odwrotnie. Można zgwałcić i mężczyznę, i prostytutkę (choć tutaj akurat rozumiem pewnego rodzaju dysonans) oraz żonę.

Pozdrawiam! 

 

Mężczyzny jak wiadomo zgwałcić się nie da.

Podobnie jak prostytutki. Czy żony.

Według mnie, a już w dzisiejszych czasach to na pewno, to jest akurat odwrotnie. Można zgwałcić i mężczyznę, i prostytutkę (choć tutaj akurat rozumiem pewnego rodzaju dysonans) oraz żonę.

To pewnie jest, Realucu drogi, odniesienie do wypowiedzi niejakiego Andrzeja Leppera z zamierzchłych czasów, czyli z okolic 2006 roku :)

 

EDIT: znalazłem

 

Known some call is air am

Według mnie, a już w dzisiejszych czasach to na pewno, to jest akurat odwrotnie. Można zgwałcić i mężczyznę, i prostytutkę (choć tutaj akurat rozumiem pewnego rodzaju dysonans) oraz żonę.

Pozdrawiam! 

Realuc, przecież to czysta ironia w tekście Jima:-) 

nie rozumiem natomiast jaki dysonans masz na myśli.

Outta, Olciataka, widzicie, z polityką mi prawie tak samo blisko jak z fizyką, więc ten tego… wybaczcie za braki wiedzy i brak wyczucia ironii :(

A jeśli chodzi o dysonans, to chodziło mi czysto o nazwę, gwałt na prostytutce jest bowiem równy każdemu innemu. W sensie, że to tak, jakby powiedzieć, iż zagilgotałem na śmierć nieboszczyka. Czy coś… może lepiej już nie wgłębiam się w swoje myśli :P

Przeczytałem, ale nie jestem przekonany. Nawet biorąc pod uwagę gatunek.

Tekst jest krótki, lecz napompowany wieloma terminami, które nie zawsze coś wnoszą. Mam nieodparte wrażenie, że zostały wrzucone bez większej refleksji – są, dodają dziwności niekoniecznie dodając sensu. Chociażby fragment z orbitalami – utarło się, że elektrony z powłok walencyjnych to chwila moment cyk i ich nie ma „bo są takie wolne”. Albo z „wytryskiem światła” jak to ująłeś czy teorią korpuskularno-falową.

Jasne, to nie tak, że tekst w którym występują terminy z fizyki kwantowej musi nieść głębokie znaczenie naukowe (jak w części tekstów z Granic Nieskończoności) a terminy te mogą być tylko narzędziem. Lubię czasem poczytać naprawdę dziwne teksty, lecz nagromadzenie moszn, członków, jąder i innych, w połączeniu z zalewem terminów tworzy co? No nic w sumie.

Jest wstęp, jest rozwinięcie o życiu elektrona, a na koniec, ni z gruchy ni z pietruchy jest wrzucony wątek użycia broni jądrowej. A co do atomowych bombardowań japońskich miast – to bardzo typowy motyw, biorąc go na warsztat od tej strony.

W sumie teraz naszła mnie taka refleksja, że możemy sobie mieszać tragedię setek tysięcy ofiar cywilnych z członkami i mosznami, bo przecież Hiroshima i Nagasaki takie kultowe. To generalnie wpisuje się ogólny trend, w ramach “wolności do mówienia wszystkiego bo przecież można i nikogo nie może to urazić słowa”

Betowanie to sztuka konstruktywnego zrzędzenia na wszystko.

Jest wstęp, jest rozwinięcie o życiu elektrona, a na koniec, ni z gruchy ni z pietruchy jest wrzucony wątek użycia broni jądrowej. A co do atomowych bombardowań japońskich miast – to bardzo typowy motyw, biorąc go na warsztat od tej strony.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, że motyw jest ni z gruchy, Sagittcie. To przecie normalny plot twist i równie dobrze można powiedzieć, że wcześniejsze przygody Janusza pisane są pod ten zwrot.

Czy mógłbyś rozwinąć myśl, że motyw jest typowy, bo brany na warsztat od tej strony? Nie do końca chyba pojmuję ten zarzut, a nie chciałbym Cię źle zrozumieć.

 

W sumie teraz naszła mnie taka refleksja, że możemy sobie mieszać tragedię setek tysięcy ofiar cywilnych z członkami i mosznami, bo przecież Hiroshima i Nagasaki takie kultowe.

Bizarro ma chyba być właśnie takie – obrazoburcze. Ale na ten temat musiałby się wypowiedzieć ktoś, kto lepiej pojmuję tę konwencję.

 

@Realuc

 

więc ten tego… wybaczcie za braki wiedzy i brak wyczucia ironii :(

Niby co mamy Ci wybaczać? Każdy ma jakąś wiedzę podstawową, a cała reszta jest związana z hobby, z zawodem, pracą, fragmentami kultury, którymi się ktoś interesuje i z tym, z czym się spotyka i co z tego zapamięta. Sam kilka razy przekonałem się na tym forum, że nie ogarniałem rzeczy, które, zdawało mi się, ogarniali wszyscy inni czytelnicy danego opowiadania. Po prostu poruszane tematy, czy też użyte motywy nie mieściły się w ramach moich zainteresowań. Tak że, tego, spoko luz, brak znajomości pana Andrzeja i jego złotych myśli nie jest żadną ujmą :)

Known some call is air am

Uff, mogę w końcu iść spać spokojnie :D

Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, że motyw jest ni z gruchy, Sagittcie. To przecie normalny plot twist i równie dobrze można powiedzieć, że wcześniejsze przygody Janusza pisane są pod ten zwrot.

Nie wiem. W sensie, na logikę rozumiem Twoją interpretację, tylko zwyczajnie jej nie czuję.

Czy mógłbyś rozwinąć myśl, że motyw jest typowy, bo brany na warsztat od tej strony? Nie do końca chyba pojmuję ten zarzut, a nie chciałbym Cię źle zrozumieć.

Zmierzam do tego, że motyw bomb jądrowych jest bardzo często sprowadzany tylko do ich zrzucenia i efektownej eksplozji. Nic sensownego przed, nic w trakcie, nic po.

Bizarro ma chyba być właśnie takie – obrazoburcze. Ale na ten temat musiałby się wypowiedzieć ktoś, kto lepiej pojmuję tę konwencję.

Niby tak, ale czy to też nie jest wygodne? Nie mówię, że od razu się posługujesz tą konwencją, lecz można się zastanowić na zasadzie luźnej dyskusji.

Wyobraź sobie tematy bliższe – zamachy terrorystyczne w Europie Zachodniej, zsyłki na Sybir, 11.09.2001, inne dramaty II wojny światowej. Cokolwiek o większej i mniejszej skali tragedii, co dla danego społeczeństwa jest symbolem i tematem trudnym, bolesnym.

Dodajesz do tego ironię, sarkazm, wacki, członki i moszny jak w tekście powyżej, a na koniec mówisz, że to obrazoburcze. Niby czysta sytuacja, lecz to takie usprawiedliwienie braku granic.

Betowanie to sztuka konstruktywnego zrzędzenia na wszystko.

Zmierzam do tego, że motyw bomb jądrowych jest bardzo często sprowadzany tylko do ich zrzucenia i efektownej eksplozji. Nic sensownego przed, nic w trakcie, nic po.

A, czyli o to Ci chodziło. No tak, patrząc pod tym kątem, to racja, że większość motywów z bombardowaniem jądrowym ogranicza się do “Zrzucamy! Bum! Obraz zgliszcz”. To efektowne i przemawiające do wyobraźni, dlatego tak mocno eksploatowane. Ale tutaj masz właśnie coś nieco odmiennego, co kończy się tym Bum!

 

Dodajesz do tego ironię, sarkazm, wacki, członki i moszny jak w tekście powyżej, a na koniec mówisz, że to obrazoburcze. Niby czysta sytuacja, lecz to takie usprawiedliwienie braku granic.

Wychodzi na to, że bizarro jest gatunkiem, który swoją konwencją usprawiedliwia brak tych granic ;) Czy słusznie i właściwie? To już zależy od tego, jak patrzy się na pewne sprawy. Sztuka i różnego rodzaju happeningi artystyczne też często przekraczają granice. Dla mnie nie ma problemu, jeśli to czemuś służy, zwraca na coś uwagę, eksponuje problem, by dostrzegli go ludzie, którzy na co dzień przeszliby obojętnie obok niego. Nie mam też problemu, jeśli to przekraczanie granic wynika z zamysłu autora, bez podpiętej doń ideologii, a bardziej zasadza się na wewnętrznej potrzebie twórcy, który przesuwa te granice u siebie, dając odbiorcy intymny wgląd do swojego wnętrza, tego co w nim siedzi co go napędza. Niestety dziś często takie obrazoburcze motywy są wykorzystywane po to, by wywołać rozgłos, by sponiewierać jakieś tabu dla zwrócenia na siebie uwagi – a z tym mam problem. Tutaj jednak tego nie dostrzegam, to nie jest tekst tego trzeciego typu i dlatego mi się podoba.

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Cześć, Jim, nie znamy się. Dobry wieczór, raczej nocka. :-)

Podobnie jak w tekście Realuca, mamy nakładkę, choć inną, gdyż funkcjonalną i ona mi nie zagrała. Nie widzę związków pomiędzy doświadczeniem gwałtu, przekonaniem się, że jest możliwy a rzeczywistością kwantową prócz powierzchownych skojarzeń. Jeśli chodzi o głębsze, podobne wariacje (nie kwantowe) przypomniały mi się dwa opka z forum: jeden o śpiączce – None i drugi Wickeda o pętli.

Sam tekst jest dość dobrze napisany, ale miałam dużą barierę wejścia, choć mogę być tu nieobiektywna, gdyż zafiksowałam się na szukaniu podobieństw i różnic obu procesów. W tym aspekcie jestem rozczarowana, bo poszedłeś "po łebkach", abstrahuję od hermetyczności. Mieszasz i plączesz. Rozbicie jąder ok, jest woreczkiem, chromatografia kwantowa – super, ale po co moszna przy elektronie, a gdzie on ją niby ma? Bozonica o zerowej masie go zastymulowała, a zazdrościł kolorowych wymian kwarkom. 

Jednak wiesz, może nie byłoby tak jak napisałam, gdyby nie dwa progi, które mnie zelektryzowały. Pierwszy był tytułem. Zdrętwiałam – wymierzać kuszę hibakusha? Stanęły mi przed oczami wszystkie najbardziej popularne zdjęcia z wtedy. A potem przeczytałam dwa pierwsze zdania i ponownie mnie zmroziło, po co dwa w jednym, pomyślałam i zaczęłam czytać z lekkim już dystansem, choć miałam nadzieję, że wyjaśnisz ten drugi próg. Tak się nie stało, drugi miał po prostu podbić pierwszy. Miałam nadzieję, że przynajmniej ten drugi wytłumaczysz, lecz w moim przypadku – nie udało się, ponieważ to nie "gwałt" lecz prawa fizycznej rzeczywistości, oddziaływania, przyciągania i trzymania materii w kupie, a przekonania nie trzymają materii w "kupie", chyba że gwałtem. 

Wydaje mi się, że uciekłeś od rozważenia tej sytuacji. W historii musisz – tak mi się wydaje – dać czytelnikowi jakiś ogląd przeżywania, dotarcia do sytuacji bohatera, przybliżyć. Byłoby zabawnie, ale te dwa progi nie pozwalały mi cieszyć się czytaniem.

 

Z zupełnie już innej strony, znaczy z drobiazgów:

Zamieszkał na jednym z orbitali ani za blisko(+,) ani za daleko od jądra. 

Nie ma w nim nic z asymptotycznej swobody kwarków.

Swoboda, że gdy większa odległość tym silniejsze więzy, a harce dozwolone są na krótszy dystans? Wiązanie jądrowe jest silniejsze niż elektromagnetyczne, którym związane są elektrony. O czym myślałeś – jest spory skrót.

Zresztą bariony wcale się leptonami nie interesują, nie zdają sobie sprawy z ich położenia, o fizjologii, fizjonomii czy anatomii już nie wspominając. A przecież ta właśnie anatomia wszystko determinuje. Mówiąc wulgarnie: korpuskularno falowa.

Miksujesz model standardowy (kwarkowy) z wcześniejszym (barionami i mezonami= hadrony), to myli.  

Był o parę czasów Plancka spóźniony.

O parę czasów Plancka?

Ostatnio śniły mu się kwarki powabne i dziwne, do tego wyuzdanie raz po raz gwałcące zakaz Pauliego, niczym bezwstydne bozonice!

No cóż, za oddziaływanie silne w jądrze odpowiadają "bozonice", gluony.

Jeszcze tylko parę okrążeń a wyrobi normę i będzie się mógł pogrążyć w błogiej nieokreśloności.

Czyżby?

W sumie nie wiadomo, czy miał na myśli jedno z własnych jąder, odzywających się bólem w treningowym worku mosznowym, czy jądro atomu izotopu uranu U-235, wokół którego toczyło się Januszowe życie. Życzenia rzucone nie w porę czasem się spełniają i tak było(+,) i tym razem.

No tu, chociaż w miarę. :-)

Pan Janusz nawet nie zauważył(+,) skąd nadleciał neutron niemal równie śmigły jak pędzące wokół bozony.

Neutron równie śmigły jak bozony, no weź. :p 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

 

Nie sądziłem, że mój szorcik wywoła aż czternaście Waszych wnikliwych komentarzy – tym bardziej, że jest to przebłysk chwili (nocnej i samotnej) – choć nie jest (przynajmniej dla mnie) przez to pozbawiony sensu i pewnej wielowarstwowej struktury…

Chciałbym Wam wszystkim podziękować, nie spodziewałem się takiego odzewu, a zarazem… niezrozumienia tego co chciałem przekazać ;-) Jestem bardzo wdzięczny Wam za odwiedziny, miło mi Was gościć tutaj, a zarazem jest mi wstyd, że ta moja komunikacja przez tę krótką narrację zupełnie poszła gdzieś obok…

No cóż. Jak wiadomo, nie można "do utworu dołączyć autora" – i nie wydaje mi się, by odsłonienie moich motywacji, przemyśleń i pokrojenie tej malutkiej cebulki z której wyrósł ten szorto-szczypiorek przyniosło cokolwiek pozytywnego. Utwór jest widocznie słaby, skoro nie trafia i nie przekazuje tego co przekazać chciałem.

No ale jak ujął to Zdzisław Beksiński "(…) to, co jest na obrazie przedstawione, jest… bez znaczenia. Ważny jest tylko obraz!" – jak widać, wyszedł mi bohomaz.

Z drugiej strony ciągle jeszcze wierzę, że ktoś odnajdzie w tych paru akapitach coś dla siebie, bo sam bardzo nie lubię tłumaczyć swoich dziełek i osobiście bliski jestem poglądowi Amos Oza: "(…) Kto sedna opowieści doszukuje się w przestrzeni pomiędzy utworem a tym, kto go napisał – ten błądzi. Szukać należy nie między dziełem a autorem, lecz raczej pomiędzy tekstem a jego odbiorcą."

Nie znaczy to oczywiście, że Wasze komentarze pozostawię bez odpowiedzi, teraz niestety na odpowiedź dłuższą nie mam czasu, bo wstać muszę przed czwartą i ruszać w trasę, odpowiem tylko na ostatni z zarzutów @Asylum :

 

Neutron równie śmigły jak bozony, no weź. :p 

 

No cóż tu mówić długo – babol, rozpędziłem to się ja i śmigle powinienem głową rąbnąć w ścianę. Nie będę się bronił, że “niemal” bo jednak kilka rzędów wielkości to nie “niemal” (i nie będę wymyślał, że chodziło mi o ciężkie bozony, bo jak można się domyśleć z kontekstu chodziło o fotony). Powiem tylko jakim szlakiem szło moje rozumowanie (choć to mnie nie usprawiedliwia):

Skoro obserwujemy wszystko z perspektywy antropomorficznego elektrona, zwykły neutron termiczny, który najczęściej w przypadku tego typu rozpadu jądra jest jego przyczyną, będzie się dla Pana Janusza poruszał przeraźliwie powoli… z drugiej strony w przypadku izotopu uranu U-235, który został użyty w bombie (w odróżnieniu od np U-238) – wzrost energii (a więc szybkości) wolnych neutronów spowoduje obniżenie prawdopodobieństwa takiego rozpadu (mówiąc bardziej formalnie obniżenie przekroju czynnego na rozszczepienie) – ale wartość ta nigdy nie spadnie do zera – więc mimo, że to zdarzenie bardzo mało prawdopodobne, to jednak nie niemożliwe, by rozpad jądra, tego konkretnego wokół którego krążył Janusz spowodował jakiś neutron poruszający się nawet z olbrzymią, wręcz relatywistyczną prędkością (a tylko wtedy dla Janusza byłoby to zdarzenie, które można by uznać za nagłe). No ale przyznaję – słabe to myślenie i pokrętne i miałaś rację zwracając na to uwagę, bo w imię fabuły poświęciłem tu wierność fizyce.

Może jak będę miał dłuższą chwilę, to nie tylko Tobie @Asylum co do reszty Twych wątpliwości, ale i Wam wszystkim odpiszę, a może nawet, kto wie, w drodze wyjątku wyjaśnię zarówno genezę jak i znaczenie (dla mnie osobiście) – tego malutkiego i nieudanego tekściku. Widocznie jednak bizarro to nie moja dziedzina – nie powinienem się w to pchać, skoro nie potrafię.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za odwiedziny i potraktowanie tego mojego utworku-potworka ostrzami Waszej krytyki. Nie ma chyba nic bardziej miłego dla autora, od faktu, że niepodsycana własnymi wpisami dyskusja pod utworem była dłuższa od samego utworu, nawet jeśli większość komentarzy jest zdecydowanie negatywna ;-)

 

PS.

@Asylum Skąd wiesz, że się nie znamy? ;-) Oboje jesteśmy raczej mocno zanonimizowani, więc to czy się znamy czy nie jest niepewne dopóki nie dokonamy pomiaru zdejmującego z nas anonimizację, ale pomiar ten spowoduje również, że z konieczności będziemy się już po nim znać, więc zakłóci to układ na tyle, że jedynie będziemy mogli powiedzieć, że historycznie, przed momentem pomiaru znaliśmy się lub nie znaliśmy ;-)

@Asylum Skąd wiesz, że się nie znamy? ;-) Oboje jesteśmy raczej mocno zanonimizowani, więc to czy się znamy czy nie jest niepewne dopóki nie dokonamy pomiaru zdejmującego z nas anonimizację, ale pomiar ten spowoduje również, że z konieczności będziemy się już po nim znać, więc zakłóci to układ na tyle, że jedynie będziemy mogli powiedzieć, że historycznie, przed momentem pomiaru znaliśmy się lub nie znaliśmy ;-)

Pewnie, że nie wiem, hipoteza forumowa, czyli założenie – nie znam nikogo. :-) Czy my jesteśmy zatomizowani? Zależy z czyjego punktu widzenia, acz liczy się masa, liczba, więc chyba tak! :-)

Przepraszam za krytyczny komentarz, ale – powtórzę, bo pewnie nie wiesz – obiecałam sobie, że jeśli się zaloguję na NF, będę relacjonować swoje myśli, choćby się waliło i paliło w normalnej sytuacji pozostanę przy swoich nawykach. Czy to głupie/mądre – znowu, nie wiem i pewnie się nigdy tego nie do wiem.

Hi, hi, do Beksińskiego  mi się nie odwołuj, bo bohomaz Ci nie wyszedł. xd I żaden potworek!!! Byłam bardzo zaabsorbowana, sprawdzając, czy możliwe są proponowane przez Ciebie opcje! :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Bogowie, jakie to słodkie heart

 

No dobra, może nie jest to najbardziej adekwatne określenie ;) ale kupiłeś mnie totalnie inwencją językową, wykorzystaniem tych wszystkich cudownych terminów z fizyki w sposób dosłowno-niedosłowny, dwuznaczny i przewrotny. Wychodzisz od ostrych sformułowań, pozornie prowadzących do zupełnie innych tematów, a potem jednym błyskotliwym “z elektronika wyrósł na elektrona” rozbijasz bank. Fantastyczna zabawa językiem, a jakkolwiek z fizyką mam tylko związki genetyczne w postaci ojca, łapię też część sensów, bom się wśród fizyków, w tym tych od cząstek, wychowała, a w sąsiedztwie CERN-u nie przypadkiem spędzam zazwyczaj część wakacji. Być może gdybym znała się na fizyce lepiej, dostrzegłabym jakieś usterki, ale dla takiego laika z jakimś tam backgroundem jak ja – rewelacja.

Na razie mój faworyt w konkursie.

 

Ode mnie zdecydowany kliczek.

http://altronapoleone.home.blog

choć nie jest (przynajmniej dla mnie) przez to pozbawiony sensu i pewnej wielowarstwowej struktury…

Nie tylko dla Ciebie, Jim :) 

 

Autorze drogi, jeśli Ty masz takie “bohomazy” malować, to ja Cię proszę – maluj dalej. Nie docinać tego obrazu, nie strzyc pędzla, nie rozwadniać farb. 

Ja jestem pod bardzo dużym wrażeniem, naprawdę nie spodziewałam się takiego odbioru, szczególnie po trochę anty-reklamie jaką sobie zrobiłeś na shoutboxie chyba wczoraj. Z drugiej strony, zaintrygowałeś mnie wtedy, żeby zajrzeć ;) 

 

Hibakusha to ofiara.

Poruszyć tak trudny temat, jakim jest gwałt na mężczyźnie, co niestety wciąż jest pomijane, czasem wypierane, wyszydzane, tabuizowane (bo się przecież “nie da”, albo “oj tam, oj tam na pewno chciał, w końcu to facet!”, bleh, mdli mnie jak tylko to piszę!), w tak dobry i wyważony sposób, jak Ty to zrobiłeś, to nie lada sztuka. Problem istnieje. Mówić o nim trzeba. A nie chciałabym czytać dosłownego opisu gwałtu na prawdziwym człowieku; zgaduję, że Ty też. Ale chcesz to powiedzieć. Więc co robisz? Doskonale odrealniasz bohatera, równocześnie nie pozbawiając go uczuć, dzięki czemu ja, czytając to, współczuję mu i przeżywam jego problem, równocześnie nie mając przy tym wrażenia, że ktoś mnie zmolestował czytelniczo. 

Można użyć brutalności, dosłowności i syfu, gdy wymaga tego poruszana treść. 

Niestety, coraz część używa się ich bez żadnej funkcji.

A Ty to robisz jeszcze lepiej – nie tylko nie szokujesz dla samego szokowania, ale i umiejętnie pomijasz bezpośrednie opisy, chociaż pewnie byłyby tu usprawiedliwione, nie tracąc przy tym nic z przekazu. Stawiasz sobie poprzeczkę wyżej i pomijając, co chcesz pominąć, mówisz więcej niż powiedziałaby niepozostawiająca miejsca na interpretację czytelnika brutalna dosłowność.

 

Efekt odrealnienia potęguje na pewno słownictwo fachowe, dla mnie w większości obce. Niezrozumienie pojęć w ogóle nie przeszkadzało mi w odbiorze tekstu, myślę, że nawet pozwoliło się zdystansować, wyjść z poziomu logiki zafiksowanej na rozumieniu każdego słówka i spojrzeć na treść ukrytą pomiędzy. 

 

W sumie to od małego nie słuchał go nikt. Nawet najbliżsi.

i już mamy Hibakushę, zanim się jeszcze stało, co się stać miało. 

 

przeklinał podstępną fotonicę i samego siebie, że tak się jej dał podstępnie wykorzystać, a może nawet ją swym ubiorem sprowokował.

bardzo smutny auto-victim-blaming :( 

 

Jeszcze tylko parę okrążeń a wyrobi normę i będzie się mógł pogrążyć w błogiej nieokreśloności.

A to mi się po prostu bardzo podoba językowo, błoga nieokreśloność <3 Piękne! 

 

Idę klikać. Oczywiście.

Powodzenia, Jim! 

 

Klik za językową pomysłowość i humor. Wrócę z obszerniejszym komentarzem.

Ciekawe i błyskotliwe, a nawet zabawne, jednak różne "zgrzyty" skutecznie mi tą zabawę popsuły :-(

 

Początek jest obiecujący. Niespecjalnie raziły mnie rozważania kogo to "nie da się zgwałcić", ani nawet późniejszy – jak to Koimeoda ujęła – "smutny auto-victim-blaming" (bo w końcu są to dywagacje Januszy, z których jeden na koniec nawet zmienił zdanie … ;-) za to ujęło mnie jak ów Janusz "z elektronika wyrósł na elektrona" albo jak "nikt go nie słuchał, bo nie było medium przenoszącego dźwięk".

W całym utworze zresztą jest cała kupa takich zabawnych skojarzeń i uroczych sformułowań typu "kwarki powabne i dziwne" albo "gwałcenie zakazu Pauliego" czy też "błoga nieokreśloność" albo "wymuszony stan wzbudzony", co przypomina mi twórczość Lema i jest bardzo na plus (nawet jeśli miejscami zamieniłbym jakichś "walencjarzy" na "walencjuszy"). 

Wspomnienie Hiroszimy w zestawieniu z żartobliwą formą “szorta” jest może nieco za grube, ale rozumiem że ma tu ono swoją rolę do odegrania i też go kupuję.

 

To czego nie kupiłem to nie dość mocny związek użytych terminów naukowych ze stanem wiedzy – no po prostu cały czas miałem wrażenie że "fizyk płakał jak czytał" ;-).

 

Nie jestem wielkim znawcą tematu, ani też nie zadałem sobie trudu weryfikacji wszystkich sformułowań które mnie "ubodły" (choć trochę wyręczyła mnie w tym Asylum …) ale nawet takiego jak ja laika skutecznie zniechęcił "worek mosznowy", "nibynóżki", czy "wcieranie creepypasty" w rzekomy "członek" elektrona; wątpliwe były nawet te jego "własne jądra" (choć przynajmniej dało się je jakoś pokrętnie tłumaczyć przez skojarzenie z byciem częścią różnych atomów w przeszłości).

 

Chciałbym też być dobrze zrozumiany, bo nie chodzi mi o to żeby "naukowy bełkot" zabił lekką i żartobliwą formę utworu, tylko o niepodważalną prawdziwość przekazu (i to nawet wtedy, kiedy docenić to może tylko specjalista …).

 

No nie kupiłem (choć jest w tym potencjał!).

(bo w końcu są to dywagacje Januszy, z których jeden na koniec nawet zmienił zdanie … ;-)

@croowka, na końcu? A trzecie zdanie od góry:

Pan Janusz mógł mieć inne zdanie, ale kto by go tam słuchał. 

 

Ale kto by go tam słuchał ;) 

 

Swoją drogą, trochę nie kumam, że tyle osób odbiera tekst za żartobliwy. Jeśli tak go potraktujemy, to wtedy faktycznie zestawienie z Hiroszimą może być za mocne, ale przede wszystkim podjęcie tematu gwałtu byłoby za mocne. Wykpienie postawy ludzi, którzy twierdzą, że “mężczyzny zgwałcić się nie da” owszem, ale nie żartobliwość całego tekstu. To tak imo. 

Ale nie pozostaje nic innego, niż poczekać na zapowiadaną odpowiedź autora :) 

@Koimeoda: no nie oślepłem na to 3 zdanie, ale powód dla którego pan Janusz nie zgadza się z obiegową opinią wyjaśnia się dopiero na końcu.

 

Co do żartobliwości tekstu to nie chcę się kłócić, ale moim zdaniem jest ona niepodważalna. Jeśli jest inaczej to po co te wszystkie fikuśne sformułowania i zabawa słowem? Czy elektron Janusz i jego "treningowy worek mosznowy" naprawdę cię nie śmieszą?

Inna sprawa że to wcale nie wyklucza poruszania poważnych tematów. Ja to rozumiem i kupuję przecież tą Hiroszimę.

Wiesz co, jak dla mnie to on wcześniej się nie zgadzał z opinią obiegową, nie dopiero, gdy się nauczył sam na swoim przykładzie. Z humorem chodziło mi o wydźwięk całości, ja odbieram elektrona Janusza jako postać tragiczną, tytułową hibakushę właśnie. Śmieszne są słowa, fikuśne sformułowania,  tu się zgadzam. 

O, ale pytanie kolejne do autora: czemu „chyba kusza”? Czy to tylko gra słowna z hibakusha? :)

Czyżbym miał polubić bizarro?

W takim wykonaniu na pewno mi pasuje.

Tym bardziej, że miałem duży fun z tego, co pewnie innych odrzucało, a mianowicie z fizyki.

Piękne w formie, trochę puste w warstwie fabularnej, ale za to z przewrotnym zakończeniem (właśnie się zaczynałem zastanawiać, co z tego krążenia i orania wyjdzie?).

Ja chcę więcej.

Polecę sobie.

 

 PS. Właśnie spojrzałem na komentarz powyżej i odkryłem jeszcze hibakusha. 

@Koi

Hibakusha, to konkretna ofiara, w wyniku eksplozji i też tej konkretnej/ych. Jest też status i świadczenia, nawet – tu nie wiem – ale w jednym przypadku nawet podwójny. 

Tak, myślę, że chodziło o grę słów. ;-)

@croowka

Sformułowania mnie śmieszą, ale ich konsekwencje są mniej zabawne. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Jakkolwiek głupio się czuję, szukając w bizarro konsekwentnego sensu, a jeszcze głupiej pisząc o tym, to jednak moja satysfakcja byłaby pełniejsza, gdyby Janusz sam był moszną, jako funkcja falowa otaczająca jądro. Tym niemniej skłamałbym, twierdząc, że kwarki powabne i dziwne nie zaintrygowały swoim zapachem.

Podobało mi się. Trzymasz dwuznaczność od początku do końca.

Ale nad interpunkcją jeszcze trochę się pochyl, bo szkoda tekstu.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

@Chrościsko wdzięczny byłbym za konkretne wskazanie usterek interpunkcyjnych, bo jestem na interpunkcję niestety jako ten kret z Twojego awatara (to kret, prawda?) zupełnie ślepy, wstyd się przyznać – totalny ze mnie interpunkcyjny analfabeta. A obiecuję, że poprawię jak znajdę chwilę (pewnie pod koniec tygodnia).

Na pozostałe komentarze też odpowiem, tak jak obiecałem – hurtem – pewnie to będzie bardzo dłuuuuugi wpis, ale cóż zrobić – jak trzeba to trzeba :)

Nie będę udawać, że na fizyce kwantowej się znam. Coś tam czytałam i wiem na tyle dużo, żeby się dobrze bawić, a jednocześnie na tyle mało, że nawet nie próbuję dyskutować o poprawności przebiegu akcji ;) Na poziomie fizyki podobało mi się wręcz bardzo.

Jeśli chodzi o drugie dno, to mam drobny problem. Z reguły dostrzegam ważkie społecznie tematy w opkach, czasem ku nijakiemu zdumieniu ich autorów, tutaj jednak mam wątpliwości. Z jednej strony można oczywiście interpretować Twoje opko tak, jak to zrobiła Koi. Faktycznie, świetnie przedstawiłeś gwałt na mężczyźnie i istotę problemu:

ale wymuszony stan wzbudzony był dla elektrona bardzo upokarzający i niekomfortowy.

Mam jednak wrażenie, że to nie było celem, ale raczej środkiem do celu. Przede wszystkim autorzy raczej nie informują czytelnika w pierwszym zdaniu, jaki to ważny temat chcą podjąć. Po drugie, imię bohatera odbieram jako mrugnięcie do czytelnika, żeby nie brał go zbyt poważnie. I po trzecie, nijak nie pasuje mi zakończenie.

Już prędzej gwałt na naturze, albo coś w tym guście. Do rozszczepienia jądra atomu może dojść samoistnie, ale może ono też być wymuszone. Na dodatek, żeby rozpętało się piekło potrzebny jest bardzo konkretny rodzaj uranu, a ten występuje w naturze rzadko, w bombach atomowych mamy więc uran wzbogacony. Coś, co jest w przyrodzie naturalne, bierze się i zmienia w śmiercionośną broń. Trochę jak z seksem ;)

Klika już nie potrzebujesz, ale uprzejmie informuję, że gdybyś potrzebował, dostałbyś jak najbardziej :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jimie,

łapanki Ci nie zrobię, ale podam Ci narzędzia:

 

Zamieszkał na jednym z orbitali ani za blisko [+,] ani za daleko od jądra.

Przecinki przy ani, ani:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ani-ani;13718.html

 

Pot zrosił mu czoło [+,] ale udało mu się sporo nadrobić.

Zdania, gdzie masz więcej niż jeden czasownik, a spójnik nie wystarcza, będą potrzebować przecinka. Takich zdań masz dużo.

 

Bozonice [+,] za nic mając zakazy czy światła uliczne [+,] rozbijały się na wszelkie strony, pijane śmiechem, rozochocone rozpierającą je energią.

Zdania wtrącone (zawsze) i zdania z imiesłowami (zazwyczaj) oddzielamy przecinkami.

 

Przeleć cały tekst, mając na uwadze te zasady, to powinieneś znaleźć tego więcej.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

@Chrościsko dzięki za mikrołapankę i wskazanie narzędzi, @Irka_Luz na Twoje wątpliwości odpowiem w obiecanej zbiorczej odpowiedzi, która odsłoni genezę tego utworu (brrrr… już na samą myśl czuję się przeraźliwie nagi). Dzięki za odwiedziny!

Lubię takie ześwirowane teksty, w których nie chodzi li tylko o świrowanie, ale i o inteligentną zabawę językiem, wskazującą też na pewną wiedzę autora.

Wpadłem tu niechcący i nawet nie żałuję, choć powód owego wpadnięcia był taki, że w zajawce zauważyłem błąd: “Paru kopniakami udowodniła mu…”. Powinno być “paroma”. Niektóre zdania wielokrotnie złożone są tak złożone, że musiałem je czytać dwa razy, żeby skumać o co wiruje.

Jim, czekasz, aż ktoś w końcu trafi z interpretacją? ;) Dawaj te odpowiedzi, póki jeszcze wszyscy są ciekawi ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

@Irka_Luz@Koimeoda już trafiła i odpowiedziała już za mnie w 97% – ja serio teraz nie mam czasu, a nie chciałbym zbywać ludzi byle czym – ale jak tak naciskacie to spróbuję skombinować czas późnym wieczorem (a raczej nocą) ale nie obiecuję – jak nie (jagnie – taka mała owieczka) – to w sobotę

z kolei ci z niskich orbitali mogli paść oczy chromodynamicznym spektaklem stołecznego jądra.

Mogli paść oczy spektaklem jądra? Albo coś tu jest nie tak, albo mocno nie kumam tego zdania.

Fizyka to nie moja bajka, ale czytało się dobrze. Pozostaje mi wierzyć, Jimie, że wiedziałeś, o czym piszesz. ;) Ciekawy i pokręcony w dobrym tego słowa znaczeniu tekst. Z tym wątkiem gwałtu myślę, że podane jest to w tekście zbyt “kawa na ławę”, aby naprawdę mocno wybrzmieć i przez to trochę niknie pod elektronowo-kwarkową kołderką. Końcówka – spodziewana, ale dobrze wieńcząca całość. Zabawa słowem i skojarzeniami świetna.

Podsumowując, trochę za wysoki próg “wejścia” dla mnie, ale doceniam i szanuję konwencję!

Tutaj, droga Silvo, paść pewnie Cię konfunduje, z czym również miałem problem. Chodzi o pasanie, jak pasie się koń Sir Rodricka na przykład. W znaczeniu mogli sycić oczy, do czego doszedłem dopiero po kilkukrotnym przeczytaniu tego zdania.

Known some call is air am

Aaa… rzeczywiście, to ma sens. Dzięki za otworzenie mi oczu, Outta. (A przy tym obrazowe porównanie!)

@Jim :) Miło mi. A i tak chętnie wysłucham Twojej odpowiedzi. 

 

 jak nie (jagnie – taka mała owieczka) 

:D 

 

No niestety wyszło to jagnie ;) 

@Koimeoda będę musiał napisać o tych zagubionych 3% – i pewnie przestaniesz mnie lubić po tym, bo Twoja interpretacja jest po prostu lepsza, bardziej empatyczna, bardziej humanistyczna i bardziej światła od tej wynikającej z prawdziwej genezy tego utworu :) Zresztą coraz bardziej jestem przekonany, że po udzieleniu tej odpowiedzi, przestanie mnie lubić tu ktokolwiek no i pewnie ban mnie czeka… ehhh – a tak bardzo chciałem tu nie robić burd ;-)

@Silva dzięki za odwiedziny, jest tak jak @Outta Ci wytłumaczył – nie sądziłem, że sformułowanie “paść oczy” będzie tak konfudujące

Aj aj Jim, lubisz czarować, co? ;) Tak kręcisz się wokół tej odpowiedzi, kręcisz i kręcisz, trochę to już wygląda jak budowanie napięcia, a trochę jak “chcę powiedzieć, ale i nie chcę”. Pamiętaj, że nic nie musisz :) A skoro bawimy się w czary-mary i wróżenie z fusów, to zaczynam w tych 3% wyczuwać jakaś negatywną postać kobiecą i obawę przed krytyką za skrytykowanie baby. Ale może się mylę. Może nie. To be continued :P 

@Koimeoda ja to jestem rzeczywiście bardzo łatwy dla Ciebie do rozszyfrowania ;-)

Wiem, że to wygląda na budowanie napięcia, ale serio chcę odpowiedzieć w pełni, (przy okazji tworząc dla samego siebie coś w rodzaju manifestu artystycznego) a w tygodniu jestem praktycznie non stop w robocie (teraz też). A że wywołam burdę to jestem prawie pewien… ehhh… no dobra – nie wypowiadam się tu już aż do udzielenia obiecanej pełnej odpowiedzi – może jeszcze dziś wieczorem.

Bingo! :D Wybacz, zawsze lubiłam łamigłówki. 

Wprawdzie wszystko, czym dysponuję, to mój własny głos, za nikogo innego ręczyć nie mogę, ale w kwestii krytykowania kobiet – nie sądzę, by Cię ban czy lincz czekał, chyba, że Twój manifest będzie się sprowadzał do: “wszystkie baby są zue!”, ale nie sądzę byś planował tak temat wyzerojedynkowić ;) Sama jestem ciekawa reakcji publiki, więc czekam, czekam. Myślę, że wszystko zależy, jak problem przedstawisz. W ogóle wszystko zależy. I tą myślą, na ten moment, zakończę :> 

 

Kapi-schön

 

Szumnie zapowiadany przeze mnie w natrętnej akcji promocyjnej komentarz do komentarzy (zwany dalej komentarzocepcją) będzie jak premiera Cyberpunka – niby fajna gra, niby dobra fabuła, ale jednak poniżej oczekiwań a na koniec jeszcze im włam zrobili i kod źródłowy Gwinta, Wiedźmina i co tam tylko mieli – wykradli. Słowem jak to mówi człowiek rządzący dziś naszym biednym krajem – żadna bomba, a zwyczajny kapiszon.

Jeśli chcecie prawdziwego znaczenia tego utworu, przeczytajcie po prostu komentarze Koime.

Jeśli kogoś interesuje jak, dlaczego i czemu utwór powstał – to niech sobie przewinie ten komentarz do sekcji Genesis. Jeśli ktoś chce odpowiedzi na konkretne zgłoszone zarzuty, niech szuka po swoim nicku.

Do czytania całości – tego warcholskiego popisu rozpasanego przemądrzałego gadulstwa – zachęcał nie będę, no chyba, że ktoś ma bardzo masochistyczne skłonności.

 

 

Wielkość Okrojona

 

Mamy rok Lema, więc będzie bardzo Lemowo… Lemoniadowo wręcz.

Tym bardziej, że @croowka uraczył mnie komplementem na jaki z pewnością nie zasłużyłem, ale mimo że niezasłużony, to jednak był bardzo miły i na sercu podnoszący:

 

(…) co przypomina mi twórczość Lema i jest bardzo na plus

 

co prawda porównanie mojej grafomanii czy twórczości jakiegokolwiek uznanego nawet pisarza do Lema uważam za pewnego rodzaju świętokradztwo ;-) (czasem specjalnie czytuję wczesne i mniej udane utwory Lema by się przekonać, że jednak był istotą śmiertelną i też mu się zdarzało puszczać wiatry) ale ponieważ jednocześnie jestem totalnym narcyzem, to jakoś to bluźnierstwo zniosę, przyjmując niczym Neron hołdy dla swej poezji, o której chyba wiedział, że do najlepszych nie należała (nie była też najgorsza, jak chcieli jego przeciwnicy). Zresztą croowka chwilę potem wylewa wiadro zimnej wody na głowę pisząc, że:

 

"fizyk płakał jak czytał" ;-)

 

Lem napisał Wielkość Urojoną składającą się z samych tylko wstępów, a i w Filozofii Przypadku wydaje się, że wstęp wstęp pogania – jeszcze do tej ostatniej pewnie wrócę w tym komentarzu – bo będzie on pewnie czymś bardzo podobnym (choć oczywiście o jakości nieporównywalnie gorszej, trochę jakbyśmy nowego Maybacha z dezelowanym trabantem porównywali) – wstępem do wstępu do przyczynku do wprowadzenia do podstawowej analizy tego shorta, podanym na wiele różnych niestrawnych sposobów, do tego przydługim i baaaaardzo przegadanym – uprzejmie więc proszę, by osoby ceniące sobie swój czas w tej chwili zaniechały już dalszej lektury. Do tego niemądrze mądrzyć się będę. Więc – już – That's all Folks! – w pigułce: utwór można uznać za niewypał – bo nie wypaliło przekazanie treści, które sobie autor zamyślił – lub za wydmuszkę – bo czytający tam znaleźli sporo treści, których piszący nie zawarł.

 

 

Podróże Jima Cichego

 

Na początek chciałem zaznaczyć, że przeczytałem ten punkt poradnika @Finkli:

 

"9. Niby można wdawać się w wojny z czytelnikami, ale Finkla nie poleca tego podejścia

 

Działa tylko w krótkim okresie, w długim sprawdza się znacznie gorzej – jedno czy kilka opowiadań doczeka się mnóstwa reakcji, ale później komentatorzy się zniechęcą, a na placu boju zostaną wyłącznie nowicjusze i dyżurni."

 

i z premedytacją go tym postem złamię, świadom konsekwencji, czekającego mnie ostracyzmu, a być może i bana, pogrążając się pewnie w wiecznym potępieniu i nawet jeśli nie zostanę oficjalnie zbanowany to moich przyszłych tekstów nikt już nie przeczyta ani nie skomentuje.

Mimo to, podejmę to ryzyko (graniczące z pewnością zguby), by wywalić kawa na ławę, to co rzeczywiście chciałem powiedzieć tym krótkim potworem-utworem a jak widać mi się zupełnie nie udało (bo jedynie @Koimeoda była bliska odczytania tego, co naprawdę chciałem przekazać, ale przedstawienie całości moich motywacji pewnie i ją do mnie i do tego utworu zniechęci). Pewnie skończę z reputacją warchoła i wichrzyciela, mimo, że wcześniej starałem się zachowywać w sposób wyważony i stonowany. Trudno.

 

Słowo się rzekło, kobyłka u płota – pora rozliczyć się z przyczyn spłodzenia tego czegoś zwanego "Hibakushą" – bo tak, tak pierwotnie się ten short nazywał. "Chyba kusza…" została dodana w pierwszej poprawkowej reedycji, jak słusznie zgadła @Koimeoda jako zwykła gra słowna (myślałem też o „Cicha kusza”), a również i po to, by nieco rozmącić, rozrzedzić znaczenie tytułu, trochę go ubizzarzyć a zarazem dialektycznie – wzmocnić i osłabić. Wzmocnić – bo Hibakusha już jest ofiarą – ofiarą wybuchu (niekoniecznie atomowego, ale w tym sensie najczęściej się to słowo stosuje) i ta niechybna kusza wymierzona w hibakuszę czyni go jeszcze bardziej poszkodowanym, z drugiej strony osłabić, bo miałem nadzieję, że Hibakusha nie jest słowem powszechnie znanym i tytuł będzie mógł być odczytany jako kusza kogoś o imieniu / nazwie własnej Hibakusha – więc chciałem znaczenie jakby zamaskować bardziej dla niezorientowanych, a dla tych, którzy i tak znaczenie to znają je uwypuklić. Przez moment myślałem o słowie jeszcze mniej znanym, a mianowicie Hibakujumoku – które oznacza ocalałe z atomowej zagłady drzewo (a nie człowieka) – by jeszcze bardziej odhumanizować bohatera, bardziej zwrócić uwagę na gwałt przeciwko naturze, może nieco mocniej położyć akcent lokalizacyjny (Japonia – kraj kwitnącej wiśni… i Hibakujumoku – drzew które przetrwały), słowem by nieco zamotać i zmylić tropy… ale jednak z tego zrezygnowałem.

 

 

Dialektyka, Oksymoronizm i Próżnia po dwakroć doskonalsza

 

(…)zaopatrzył książkę w „Wykładnię”, która jest dwakroć pojemniejsza od samej powieści (dokładnie – „Gigamesh” liczy 395 stronic, „Wykładnia” zaś – 847). O tym, jak wygląda metoda Hannahana, dowiadujemy się od razu z pierwszego, siedemdziesięciostronicowego rozdziału „Wykładni”, który tłumaczy nam wielokierunkowość odniesień, tryskających z jednego, jedynego słowa – mianowicie z tytułu (…)

Mam dla Was niewiele więcej litości niż wymyślony przez Lema autor Gigamesha, ale jednak jak widać przynajmniej nie rozwodziłem się zbyt długo nad głębią samego tytułu (choć można by!).

W rzeczy samej, ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie.

Moja Wykładnia – odpowiedź na Wasze komentarze – może wyglądać na obronę tego żałosnej jakości dziełka, ale ponieważ ten literacki niewypał się nie nadaje do obrony – Komentarzocepcja jest czymś wręcz przeciwnym – jest atakiem, choć nie atakiem wymierzonym w komentujących (choć pewnie częściowo też) – ale przede wszystkim w kondycję naszej kultury jako całości, nas samych – ze mną włącznie. Stąd tu będzie się mieszał taki ton buńczuczno-przemądrzalsko-awanturniczy z biciem się w piersi i posypywaniem głowy popiołem. Bo że jest źle, to widzę. Tyle, że to nie dotyczy jedynie mnie i tego nieszczęsnego tekstu, ale również Was!

Wymaga to oczywiście wielkiej zarozumiałości i zadufania w sobie – którego mam wewnętrznie pod dostatkiem – więc mimo, również u mnie występującej skromności – i tej prawdziwej i tej z gruntu fałszywej, udawanej, podpadającej pod krygowanie (narcissism tegerent cum festinatione impetum admissis excutiare – tak się zwie to schorzenie – narcyzm krygujący pośpiesznie galopujący), bezczelny jestem dostatecznie, pusty i próżny, by takie wtręty i wstręty uczynić.

 

 

Argumentum ad populum et reductio ad Hitlerum

 

Prawo Godwina twierdzi, że wraz z trwaniem dyskusji w Internecie prawdopodobieństwo użycia porównania, w którym występuje nazizm bądź Hitler, dąży do 1. Nim mnie tu ktoś do Hitlera porówna, więc sam tu go wyciągnę i niejako tę bombę nie tyle rozbroję, co jej przyszły wybuch uczynię nieistotnym.

 

Wg Wikipedii:

W tradycji użytkowników wielu grup Usenetu wątek, w którym w jednej z wypowiedzi pojawia się porównanie do nazizmu lub Hitlera, uważany jest za skończony, a ponadto uznaje się, że osoba, która użyła tego porównania, przegrała dyskusję

 

więc dyskusję już przegrałem :)

 

Adolf Hitler, jak powszechnie wiadomo, poza swoimi „dokonaniami” w polityce ma też pewien dorobek artystyczny – namalował kilka obrazów, napisał dwie książki itp.

Z książek przeczytałem tylko Mein Kampf, z obrazów widziałem zaledwie kilka reprodukcji. Mein Kampf polecać mogę jedynie tym, którzy chcą zapoznać się z pewnym zapisem, bardzo zresztą nieobiektywnym, rozwoju myśli dyktatora – pod względem literackim jest to tekst słaby i męczący. Podobne wrażenie sprawiają obrazy – nie są może najgorsze, ale niczym nie porywają.

W 2015 roku dom aukcyjny Weidler sprzedał kilkanaście obrazów Hitlera za niemal 400 tys. euro.

W 2014 roku akwarelę przedstawiającą ratusz w Monachium autorstwa Hitlera sprzedano za 130 tys. euro.

Czy osiągnęły by takie ceny, gdyby nie sława – a może raczej niesława – twórcy?

 

Koimeoda

„Myślę, że wszystko zależy, jak problem przedstawisz.”

 

Z czasem, w miarę upływu lat człowiek uczy się odpowiadać na praktycznie każde pytanie „to zależy”. Ostra dwuwartościowa logika zostaje rozmyta, a z kolei ta logika rozmyta, staje się coraz bardziej wielowartościowa, by w końcu zostać bezwartościową i ustąpić dialektyce. Jest to chyba jedyny sposób by zachować zdrowe zmysły – z tego powodu nikt z dorosłych, nie myśli tak precyzyjnie i logicznie jak nastolatek, a zarazem – nikt aż tak często jak nastolatek się nie myli :)

Jednak czasem trzeba zawiesić na haku, wraz z paltem i kapeluszem, to „to zależy” i opowiedzieć się jasno za jakimś wyborem.

I tak właśnie teraz robię: opowiadam się za jasnym rozgraniczeniem twórcy i jego dzieła – do tego jeszcze będę tu wracał wielokrotnie, bo na tym budować różne konstrukcje będę – więc proszę o zapamiętanie, że dla mnie, zupełnie nie ma znaczenia kim był, ani co robił twórca danego dzieła, ani nawet jakie miał on poglądy. Gdyby Czyngis Chan, Stalin czy Hitler zostawili po sobie arcydzieła literackie, chciałbym oceniać je w zupełnym oderwaniu od tego, jakimi potworami byli ich twórcy. Inna sprawa, czy bym rzeczywiście potrafił – ale programowo i co do deklaracji – ocena twórcy i dzieła to dwie zupełnie inne kategorie.

 

Fiasko

 

Jak już nadmieniłem ten cały szort to totalne fiasko. Fiasko z wielu powodów.

Po pierwsze – bo nie lubię się tłumaczyć, a przez moją nieumiejętność przekazania tego, com przekazać chciał – do tych tłumaczeń poczułem się zmuszony. Czemuż właściwie zmuszony? Czyż nie mogłem zostawić tego tak jak jest i rzucić Wam „domyślcie się”? Przecież według Naoma Chomsky'ego język jest nieskończonym zbiorem zdań, generowanych za pomocą skończonej liczby reguł i słów, więc mój język może generować wszystko co mi ślina na język przyniesie, czy też precyzyjniej – palce wbiją w klawiaturę, a Ty czytelniku męcz się i interpretuj.

Tym bardziej, że przecież – znów programowo – jestem wrogiem wszelkiej autorskiej interpretacji. Każda z polonistek jakie miałem, oprócz usilnych prób zobrzydzenia mi języka ojczystego (co do końca im się nie udało), skutecznie mnie uwarunkowały, bym wstrętem reagował na próby odpowiedzi na pytania w stylu „co poeta miał na myśli”. Szczególnie belferka z czasów mej szkoły średniej, swoją postawą pt „Gombrowicz wielkim poetą był” i „jak się nie podoba, jak się ma podobać” – do takich wycieczek interpretacyjnych mnie skutecznie zniechęciła. Nie cierpiałem jej z wzajemnością – głównie dlatego, że uparcie twierdziłem, że zupełnie mnie nie obchodzi, czy poeta chciał cokolwiek powiedzieć, czy też po prostu się naćpał albo przepił. Obchodziło mnie tylko to, co ja – jako czytelnik – w wierszu widzę, odczytuję, jak go rozumiem i co czuję. I do takich własnych interpretacji moich utworów zawsze zachęcam, a nie zdawania się na mój osąd. Po momencie, w którym dziełko autora opuściło jego umysł i stało się częścią świata zewnętrznego – nie jest już jego własnością w tym sensie, że do jego interpretacji ma on takie same prawo jak każdy czytelnik. Dzieło sztuki – bez względu na jego wartość, jakość czy dziedzinę – nie jest w prosty sposób komunikatem, nawet jeśli coś ma komunikować.

Jak słusznie Lem napisał:

 

Dzieło, potraktowane w całości, nie powiadamia nas explicite o tym, czy jest pod względem kategorialnym raczej pewnym „sygnałem”, czy też – „symbolem”.

 

Owszem utwór można rozpatrywać jako komunikat, ale powtórzę jeszcze raz: nie jest – tylko i wyłącznie – komunikatem.

 

Z drugiej strony bardzo nie lubię wydmuszek – tekstów, w których w istocie nic nie ma, w których tak naprawdę czytelnik widzi tylko to, co ze sobą przyniesie. Więc znów – programowo – autor powinien zadbać o to, by utwór był dla czytelnika czymś więcej niż tylko lustrem.

A jeśli tak, to powinien móc to udowodnić!

Nawet jeśli autor utworu w swej jego interpretacji nie jest w żaden sposób wyróżniony (można tu zastosować swoistą zasadę Kopernikańską w literaturze ;-) ), to w chwili tworzenia – przecież, przez jego kreację – dokonuje wielokrotnych aktów kodowania, rozkodowania, szyfrowania i rozszyfrowywania sensów, które w utwór włożył. Więc zasadne jest pytanie: drogi autorze, wszystko pięknie ładnie, ale o czym do cholery chciałeś napisać? Albo: co Tobą powodowało, że takie coś z trzewi swych wycisnąłeś? (… i w domyśle: jak ci nie wstyd!?)

Kiedyś napisałem tekst, którego osią było spotkanie dwóch pisarzy (mieli wspólną kochankę) – starego i młodego – stereotypowo stary był wypalony i zgorzkniały. Miast wchodzić na kolejne szczyty, pisał coraz gorzej, młody zaś tworzył z entuzjazmem i żarem czasem rzeczy naprawdę wielkie… ale nie potrafił ich sensu wytłumaczyć – pisał genialnie, ale ten geniusz był zupełnie nieświadomy, wszelkie sensy włożone w teksty wymykały się rozumowej refleksji młodego, natomiast stary widział je wyraźnie i krystalicznie. Czy to znaczy, że młody stworzył wydmuszkę, lustro w którym stary odbijał swoją wielkość i znajdował znaczenia, których w tekście nie było? Wracałem do tego układu wielokrotnie, w różnych odsłonach.

Stąd – odpowiadając @Koimeodzie:

 

Pamiętaj, że nic nie musisz :)

 

Owszem, muszę, co więcej chcę, a nawet odpowiedzenie Wam stało się dla mnie bardzo ważne. To, że tego nie zrobiłem wcześniej rzeczywiście wynikało z braku czasu, a nie z chęci zbudowania napięcia itp.

Dlaczego autor musi umieć udowodnić, że „coś jest” w jego utworze? Bo po co pisać coś w czym niczego nie ma?

Konrad T. Lewandowski kiedyś zwrócił się do Kresa (był rok 1987), o wyjaśnienie jednego z jego opowiadań, w którym bohater biegał z mieczem koliste ruchy mieczem wykonując. Ponoć Kres się obraził i dopiero po trzynastu latach przyznał, że rzeczywiście opowiadanie było bez sensu. Zresztą sam Lewandowski w tę samą wpadł pułapkę, broniąc swojego tekstu, który z gruntu było totalnym badziewiem.

Gdzie mi tam do Kresa czy Lewandowskiego, ale wzorem najlepszych i ja właśnie taki pieniacki błąd popełnić zamierzam!

 

 

Genesis

 

Bereszit bara Elohim et haszszamaim weet haarec

En arkhêi ên ho lógos, kaì ho lógos ên pròs tòn theón, kaì theòs ên ho lógos.

 

Na początku Bóg/Bóstwa stworzył niebo i ziemię.

Na początku było Słowo.

 

W odróżnieniu od mitologii greckiej, mitologia judeochrześcijańska wywodzi świat nie od chaosu, a od porządku (logosu), co w sumie jest zgodne ze współczesnym stanem wiedzy, czy też raczej – nie jest z nim niezgodne (nie wchodząc w szczegóły, w sporym uproszczeniu, w układzie izolowanym entropia nigdy nie maleje – choć to stwierdzenie jest uproszczone do granic błędu, jak uproszczenia jakich dokonałem w moim szorcie, jednak myślę, że jako figurę literacką można to stosować, nie wnikając za bardzo w to czym jest entalpia, entropia itp.)

Ale może lepiej – bardziej dosłownie: Na początku było słowo.

 

@Koimeoda słusznie sądzi, że utwór ma być trochę testem naszej empatii… ale powody, dla których powstał już były dużo mniej empatyczne (choć w pewnym momencie i empatia dała o sobie nieco znać), a o wiele bardziej egoistyczne i egocentryczne.

 

Przyczyną powstania tego szorta było słowo, choć może pełniej by powiedzieć – wiele słów.

W sumie już w przedmowie dałem część wyjaśnienia, a zaraz Wam się wszystko rozjaśni:

 

„Ponieważ w historii dwóch Kopciuszków, której mi się nie udało ukończyć na konkurs eklektyczny worek mosznowy gra niepoślednią rolę, nie mogłem obojętnie przejść obok hasła: Treningowy worek mosznowy :)”

 

Prawdę mówiąc konkurs @Tarniny sprawił, że w ogóle się tu pojawiłem (przeczytałem o nim w analogowej, papierowej wersji nowejFantastyki i jakoś pokonałem swoją niechęć do wszelkich społeczności i się tu zarejestrowałem).

Nie spoilerując za bardzo o czym jest „Większe dobro” (tak się nazywa historia dwóch Kopciuchów, choć przez długi czas nosiła ta historia roboczą nazwę „Ballady o bolących jądrach”) – wystarczy, że powiem, że to fantasy osadzone w klimatach XI wieku, gdy gwałt i przemoc jest czymś powszednim (choć niekoniecznie normalnym) – a w niektórych opisach jestem dość niewybredny i dosłowny, zionie fizjologią, kipi od płynów i wyziewów proweniencji rozmaitej, zazwyczaj niezbyt dostojnej i choć staram się owijać nieco w bawełnę, bo nie zależy mi na szokowaniu współczesnego odbiorcy, to jednak uznałem, że zarówno dosadny język, jak i plastyczny obraz i dość dosłowny przekaz będzie tam uzasadniony dla tego, co chcę powiedzieć.

Co prawda, od dawna dobrze wiem, że źle się dzieje w państwie polskim i że nawet taki GRR Martin z jego genialnymi Piasecznikami zostałby nad Wisłą okrzyknięty grafomanem, a już iść w fantasy u nas to zupełne samobójstwo, zresztą gatunek ten u nas dawno umarł, skończył się w latach osiemdziesiątych, niedoścignionym dziełem Mistrza, człowieka, który był zarazem prekursorem jak i największym polskim twórcą tego gatunku, po którym niczego już zbytnio sensownego w Polsce w dziedzinie fantasy nie stworzono.

Dzieło to, brutalnie i bez ogródek obnażało mechanizmy władzy, które można odnaleźć i we współczesnym świecie (a nawet można powiedzieć, że pozwala ono lepiej współczesny świat zrozumieć), opisywało procesy tworzenia i upadku państw, korupcji, wymieszania świeckiego państwa ze światem fanatycznej wiary, roli religii i zabobonu w rządzeniu, a także potęgi ekonomii, pieniądza, propagandy i manipulowania opinią publiczną. Przy tym stawiało ważkie, filozoficzne pytania, o naturę ludzką i miejsce człowieka w świecie. A mimo to, mimo całej swej genialności, wielu z Was pewnie nawet nie wie o czym teraz piszę. Bo w trylogii tej było za dużo, jak na pruderyjne lata osiemdziesiąte, wprost podanej przemocy i dosadnie i z anatomiczną wręcz precyzją opisanego seksu w różnych odmianach – od tego „zwyczajnego” przez gwałty i kazirodztwa aż po zoofilię i całą gamę wynaturzeń wszelakich. Prozę tę wyklęto i o niej zapomniano.

A mieliśmy własną Grę o Tron – dużo lepszą i trzydzieści lat wcześniej przed Amerykanami.

Zwało się to Dagome Iudex.

Tak więc wiem, że polskie fantasy skończyło się na Zbigniewie Nienackim, podobnie jak polski rap skończył się na Franku Kimono (no jeszcze T-Raperzy znad Wisły coś tam próbowali, ale reszta to dno). Mimo, że Wiedźmina mi się czytało całkiem przyjemnie, a nawet z wypiekami na twarzy, to jednak nie ta skala, nie ten poziom myśli, nie ten poziom intrygi. Sorry Winnetou!

 

Na pocieszenie dla miłośników Winnetou wrzucę tu cytat z AS-a, który mi do całości mego wywodu bardzo pasuje (szczególnie do tego odnośnie oddzielenia twórcy i dzieła):

 

Tylko złe książki mówią, jacy są ich autorzy. Dobre książki mówią, jacy są ich bohaterowie. Andrzej Sapkowski

 

No ale porzućmy Andrzeja Sapkowskiego, jego prozę i przemyślenia i wróćmy na grunt prawdziwego fantasy…

Skoro sam Nienacki, swym mistrzowskim piórem nie poradził na polskim gruncie z zepchnięciem wartościowego dzieła w otchłań literatury nazwijmy to „erekcyjnej” – to czyż ja mógłbym być w tym lepszy? Z pewnością nie… Ale liczyłem na to, że czasy się zmieniły, mamy rok 2021 a nie lata 80 ubiegłego wieku…

O święta naiwności!

Pisałem, że na początku było słowo, hę?

To słowo pojawiło się na ekranie, a ściślej na ekranie komunikatora… Tak zrodziła się prawda.

 

Prawda czasów, prawda ekranu

 

Jest prawda czasów, o których mówimy, i prawda ekranu, która mówi: pewna osoba, młoda, uzdolniona pisarka i twórczyni komiksów, miłośniczka kryminałów, napisała do mnie by donieść o pewnej drace, która się dzieje w sieci. Jako, że jak Wam wiadomo, nie mam kont w serwisach społecznościowych (poza tym kontem tutaj, dla nowejFantastyki zrobiłem wyjątek, choć nie wiem czy słusznie… zresztą @Beryl pewnie i tak mnie zaraz zbanuje, bo tu dalej padną różne mocne słowa o nowejFantastyce również) to wszelkie takie wydarzenia mnie omijają szerokim łukiem, o ile ktoś mi ich wprost przed oczy nie zapoda.

Okazało się, że w społecznościówkach zawrzało, bo jakiś debiutant w swej powieści kryminalnej zamieścił opis gwałtu na kobiecie, na domiar złego opis gwałtu… ogórkiem i tarką.

Ogólnie wiadomo, że odwieczna zasada marketingu brzmi, że nie ważne jak mówią, byle mówili, więc to całe zamieszanie z pewnością wyjdzie temu debiutantowi „na zdrowie” przynajmniej w sensie zwiększenia zasięgu / rozpoznawalności jego dzieła, kto wie, może sam tę akcję rozkręcił by na fali kontrowersji zyskać na popularności. Podobną strategię autopromocyjną stosowała kiedyś Manuela Gretkowska i jak widać jej to służy, ma się dziś dobrze, a nawet mnie osobiście zdarzyło się popierać jej inicjatywy społeczne.

Ale o co ten szum i z czyjej inicjatywy to jedna sprawa – ale treść tego szumu – to sprawa inna.

 

 

Gwałt i słabość bronią wschodu: Gwałt niech się gwałtem odciska!

 

Choć znam to tylko z przekazu/przeklejenia, a część z tych wypowiedzi już litościwi moderatorzy wykasowali to wygląda na to, że było… ostro. Wypowiedzi się powtarzały, uczestniczki i uczestnicy dyskusji się nakręcali i cytowali nawzajem, pewnie sobą inspirowali, lub po prostu pisali przy pomocy multikont, bo teksty były dziwnie podobne, przykładowo (pisownia wszystkich oryginalna):

 

"brawo, moje znajome dostają gazem po oczach bo nie chcą być urzedmiotowione, bo nie chcą być mięchem nad którym można się pastwić ale w literaturze to można, tak długo jak jest informacja na okładce, że to dewianckie fantazje? ????‍♀️"

 

"A mi jest wstyd ze kobiety, które odmrażają tyłki na protestach w obronie swojej godności a wydawnictwo wydaje kolejne bzdety w których kobieta jest przedmiotem wyjątkowo dewianckiej wizji. Uważam, że to totalny brak wyczucia i że w przestrzeni publicznej nie powinna się była znaleźć. W tej samej przestrzeni w której kobiety dostają gazem po oczach za to, że nie chcą być uprzedmiotowione. Tak, to jest ten moment, że to się dzieje na ulicach i tak oburza nas brak wyczucia ze strony wydawnictwa. "

 

Gdy wspomniana wyżej wielbicielka kryminałów ośmieliła się napisać, że przecież te protesty są głównie o prawo wyboru i że ona chciałaby mieć wybór, czy chce taką książkę przeczytać czy też nie, dostała między oczy taką oto ripostą:

 

"Chcesz mieć wybór między dostępem do szczegółowej instrukcji tortur na kobiecie czy też jego brakiem? Normalna kobieta raczej nie chciałaby mieć takiego wyboru."

 

Wiemy już więc, że moja znajoma normalną kobietą nie jest, skoro taki wybór by mieć chciała.

Potem było już tylko lepiej, czyli gorzej ;-)

„A może ja napiszę taką książkę jak ktoś gwałci faceta, ze wszystkimi szczegółami?”

 

„Najlepiej autora!”

 

„bardzo chętnie bym przeczytała, jak gwałcą jakiegoś janusza, z tych co to są za zakazem aborcji”

 

„Ja chętnie napisze książkę o gwałcie na facetach.”

 

„A ja bym poczytała. Powinny takie być.”

 

Mnie nie trzeba długo prosić… Co prawda całej książki o gwałceniu Janusza chwilowo nie napisałem, ale skoro jest zapotrzebowanie czytelniczek na takie treści, to szorcik powstał.

 

 

Jim będziesz ćwiartowany

 

Można oczywiście powiedzieć, że co mnie, czy nas ogólnie tu obchodzi, o czym dyskutują ludzie czytający kryminały… gdyby nie to, że całkiem niedawno w naszym światku do całkiem podobnej chryi doszło, a redakcja nowejFantastyki zachowała się na tyle tchórzliwie i niegodnie, że postanowiłem zrezygnować z dalszej prenumeraty tego pisma.

Po prawdzie to redakcja NF popełniła tu moim zdaniem wiele błędów, każdym kolejnym pogrążając się jeszcze bardziej.

Zacznijmy od tego, że Jacek Lech Komuda to mi żaden brat ni swat, jak już wcześniej wspominałem polskie fantasy skończyło się na Nienackim i większości tego co powstało potem po prostu chronicznie nie trawię – owszem Sapkowskiego czy Ziemiańskiego jeszcze jestem w stanie przeczytać, cenię sobie Achaję i Viriona, lubię połączenie sci-fi i fantasy Grzędowicza w Panie Lodowego Ogrodu i znalazło by się jeszcze paru autorów i autorek fantasy, których jestem w stanie czytać bez wstrętu, ale akurat pan Komuda do nich nie należy. Jeśli chcę sobie poczytać grafomańskie historyczne lub alternatywnie historyczne fantasy to wolę własne, bo jestem po prostu od Komudy o parę klas lepszy. No cóż, nie obiecywałem, że będę skromny, prawda? A już fałszywie skromny być bardzo nie lubię ;-)

Więc pierwszy błąd NF to było opublikowanie na jej łamach słabego tekstu, którego by pewnie nikt kijem nie dotknął (prawdę mówiąc wertując ten numer świadomie opowiadanko to pominąłem, z myślą – ehhh Komuda, a więc parę straconych stronic, na których by mogło być coś wartościowego), gdyby nie medialna burza, która się rozpętała.

Wtedy dopiero opowiadanie przeczytałem… by stwierdzić, że jest ono tak jak się spodziewałem – kiepskie.

Natomiast to, co się wokół opowiadania działo, późniejsze bicie się w piersi redakcji i cała ta reakcja – nadmierna, histeryczna i moim zdaniem zupełnie szkodliwa – to tylko sprawę pogorszyło.

I tu nie chodzi, czy opowiadanie to jest homofobiczne, czy też nie. Tu nie chodzi też o to, czy jest dobrej czy złej jakości. Odpowiedź na oba pytania jest odpowiedzią z gruntu subiektywną.

 

____________

 

Załóżmy przez chwilę, że jestem osobą nieheteronormatywną i że – znów załóżmy, bo przecież tak wcale być nie musi, przy przyjęciu poprzedniego założenia – że to opowiadanie mnie osobiście obraża, wywołuje u mnie negatywne emocje, czuję się z nim źle, co więcej jestem przekonany, że może ono przyczynić się do zwiększenia nastrojów homofobicznych w i tak homofobicznym społeczeństwie. To, że takie nastroje w Polsce istnieją, jestem przecież pewien, w naszym kraju homofobiczni potrafią być nawet geje, każdy z nas „z mlekiem matki” trochę wysysa homofobii – i potrafię się z tego stwierdzenia wytłumaczyć i je obronić.

Czy to znaczy, że opowiadanie jest rzeczywiście homofobiczne? A jeśli jest, to czy powinno się je cenzurować, powinno się go zabronić, a w razie opublikowania na klęczkach przepraszać całą społeczność LGBT+?

Z całą pewnością mam prawo być tym opowiadaniem oburzony, na pewno mam prawo dać temu wyraz, pewnie nawet mam prawo lobbować za bojkotem tego twórcy. Ale czy to znaczy, że jestem ostateczną, obiektywną instancją oceniającą co można, a nie? Co powinno być dopuszczalne a co zakazane?

A tak się mniej więcej zachowują panie i panowie krytykujący teraz ten nieszczęsny kryminał ze sceną gwałtu (do tego wyjątkowo kiepsko opisaną – czytałem akurat podesłany fragment, który wywołał takie oburzenie – oczywiście trudno na podstawie jednej strony ocenić książkę, być może to akurat ten opis jest tak kiepski a reszta dzieła jest genialna – nie wiem tego i nie jest to dla mnie teraz istotne).

No i jak ja teraz mam tu poddać Waszej ocenie moją historię dwóch Kopciuchów, skoro z góry wiem, że opisy gwałtów i przemocy, w czasie gdy polską opinią publiczną szarpią jak chcą politycy każdej opcji, podsuwając kolejne tematy zastępcze i antagonizując nas wedle starej zasady divide et impera – gdy sami dajemy się zamykać w bańkach informacyjnych w których nas solidnie umościły już nie algorytmy wyszukiwarek – jak dziesięć lat temu, a sztuczna inteligencja portali społecznościowych?

Wiedząc więc teraz, że dokończenie Kopciuchów i próba ich publikacji – do tego tekstu długiego, pewnie niełatwego, na około 80k zns (żegnaj nadziejo na piórko) – tutaj nie ma żadnej racji bytu, bo przecież nie jestem Uberto Eco, który mógł, jak to ujął w jednym z wywiadów, napisać pierwszych stu stron swego Imienia Róży, tylko po to by odsiać idiotów, postanowiłem raczej napisać coś krótkiego, by dać ujście swemu gniewowi i rozczarowaniu.

Jak widać, nie przyświecała temu pierwszemu impulsowi szczytna empatia a emocje zgoła inne, w stylu trochę „nu zajc my jeszczio pagadi!”

Natomiast skłamałbym, pisząc, że empatii w tym żadnej nie było, bo po pierwsze w moim otoczeniu – co prawda nie bezpośrednim (znajomy znajomego) – doszło do takiego zdarzenia (gwałtu kobiety na mężczyźnie) – a jakiś czas temu zostałem zaproszony do dyskusji na temat gwałtów na mężczyznach i robiąc mały research w tej kwestii, dowiedziałem się rzeczy zarazem ciekawych, jak i zaskakujących, żeby nie powiedzieć wręcz szokujących.

 

Szok i niedowierzanie

 

Do tego zgwałcenia o którym wspominałem na znajomym mego znajomego doszło wiele lat temu i myślę, że mogę o tym pisać w miarę swobodnie, nie ujawniając zbyt wielu szczegółów.

Mój znajomy, który mi o tym opowiadał, jest… elektronikiem. Tak, tak! I jego znajomy również! Zresztą do gwałtu doszło w czasie wykonywania pracy, w mieszkaniu klientki. Tyle chyba mogę napisać niczego szczegółowego nie ujawniając. Co prawda żaden z nich nie ma na imię Janusz – ale teraz już wiecie dlaczego to elektron a nie na przykład jądro atomowe – uległo zgwałceniu.

 

Pierwsze zdanie sugeruje lekką opowieść

Olciatka

 

Nigdy wcześniej aż tak mnie nie zmartwił pozytywny komentarz. Bo Olciatce się przecież mój szorcik podoba. No ale jest takie malutkie „ale”. Bo to pierwsze zdanie utworu to:

 

„Mężczyzny, jak wiadomo, zgwałcić się nie da.”

 

Czy to rzeczywiście sugeruje, że utwór będzie lekki i zabawny?

Pewnie tak. O zgrozo.

Bo nauczyliśmy się żartować z gwałtów na mężczyznach. O ile żarty z gwałtów na kobietach, co prawda istnieją, ale spotykają się z ostracyzmem, to żarty z gwałtów na mężczyznach są czymś tak naturalnym w naszej kulturze, że pojawiają się nawet w kreskówkach.

Nie chcę Was katować wszystkim co swego czasu wyszukałem na ten temat, więc parę linków do przejrzenia w wolnym czasie:

 

https://charaktery.eu/artykul/gwalt-na-mezczyznie

 

https://natemat.pl/264355,popkultura-gwaltu-zarty-z-molestowania-facetow-to-w-filmach-norma

 

w szczególności polecam dwa filmy, do których linki znajdziecie w tym artykule:

https://youtu.be/uc6QxD2_yQw

 

https://www.youtube.com/watch?v=9nheskbsU5g

 

 

– Nic nie musi. Świat i zdarzenia w nim zachodzące mogą być interpretowane na wiele sposobów. Ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby interpretacja w jakikolwiek doraźny sposób wpłynęła na bieg spraw.

Andrzej Ziemiański, Miecz orientu

 

Zupełnie się z tym nie zgadzam. W przypadku gwałtu – jego interpretacja jest podstawą.

Jedno i to samo fizyczne zdarzenie może być albo nie – gwałtem, w zależności od interpretacji biorących w nim udział osób. Co więcej trzeba jeszcze dodać założenie, że obie te osoby muszą być w stanie psychicznym odpowiednim, by takiej interpretacji dokonać – co jeszcze bardziej komplikuje sprawę.

 

Istnieje przekonanie, że żyjemy w kulturze gwałtu. Że nasza zachodnia kultura taka właśnie jest. Ale sam osobiście uważam, że prawda jest dużo gorsza – jesteśmy gatunkiem gwałtu, a gwałt tkwi nie w naszej kulturze, a w naszej biologii, jest wszyty w naszą genetykę. Choć interpretacja tego, co gwałtem jest a co gwałtem nie jest jest już kulturowa.

Parę przykładów, potwierdzających tę tezę:

– bodajże w 2010 roku w Izraelu dość głośna była sprawa pewnego Araba, który zgwałcił Żydówkę, gwałt odbył się na zasadzie oszustwa – seks odbył się co prawda dobrowolnie, oboje kochankowie byli z niego zadowoleni, ale Żydówka dopiero po fakcie dowiedziała się o tożsamości kochanka. Sąd orzekł, że Arab wprowadził Żydówkę w błąd nie zdradzając, że nie jest Żydem, a poza tym jest żonaty. Sprawca został skazany na osiemnaście miesięcy więzienia

– na Wyspach Trobrianda jeszcze do niedawna panował zwyczaj, według którego grupa dziewczyn w nocy „polowała” na chłopców i dokonywała na nich zbiorowych gwałtów, w tej chwili jest to już zabronione – swoją drogą to społeczeństwo często jest określane jako matriarchalne, podobnie jak matriarchalne społeczności w niektórych rejonach Chin – ale ono się w znaczący sposób jednak od nich różni – jest to raczej swoiste i jedyne w swoim rodzaju połączenie matriarchatu z patriarchatem, z silną podbudową wierzeń

– nadal istnieje wiele społeczeństw, gdzie gwałt jest sposobem zawierania małżeństwa

– w USA istnieją firmy, w których można sobie wykupić płatne zgwałcenie, przykładowo jedną z nich prowadzi małżeństwo, które w „ulotce informacyjnej” ostrzega, że zgwałcenie jest jak najbardziej prawdziwe, przy czym można określić zakres działań, przemocy i uszkodzeń (ze złamaniami kończyn włącznie) i to, czy się chce być gwałconym przez kobietę, mężczyznę czy przez osoby obu płci

– parę lat temu w Belgii mężczyzna został zgwałcony przez płatną dominę… może zabrzmieć dziwnie i można zareagować parafrazując Leppera, to prostytutka może zgwałcić? Wygląda na to, że może – ponoć nie był jedynym mężczyzną zgwałconym przez tę panią, ale jedynym, który to zgłosił. Ta płatna domina miała uraz do mężczyzn po tym jak porzucił ją partner, będący biznesmenem. To, że masochisty / masochistki nie można zgwałcić, bo im się to podoba to kolejny szkodliwy, ale bardzo rozpowszechniony mit

– w czasie procesu znanego sportowca w USA oskarżonego o gwałt na przygodnie poznanej, pijanej kobiecie obrona trzymała się kurczowo argumentu, że nie był to żaden gwałt, bo zgwałcona przeżyła w czasie gwałtu orgazm

– w ustawodawstwie i prawie karnym wielu krajów nie ma czegoś takiego jak gwałt na mężczyźnie

– wbrew rozpowszechnionej opinii większości gwałtów na mężczyznach dokonują kobiety a nie inni mężczyźni

– w USA około 1/5 mężczyzn było w ciągu swego życia zgwałconych, w Polsce ten odsetek się szacuje na około 11%

– Również w USA w badaniach prowadzonych w zakładach penitencjarnych stwierdzono, że spośród 39 121 osadzonych mężczyzn, którzy byli ofiarami niewłaściwego zachowania seksualnego personelu, 69% zgłosiło aktywność seksualną z personelem płci żeńskiej; dodatkowe 16% zgłosiło aktywność seksualną zarówno z personelem płci żeńskiej, jak i męskiej i prawie dwie trzecie więźniów płci męskiej, którzy byli ofiarami, stwierdziło, że sprawcą była kobieta (64%)

 

 

 

Chromodynamika

 

Nie sądzę, by „fizyk płakał jak czytał”. Starałem się być wiernym modelowi standardowemu, czyli chromodynamice kwantowej wraz z teorią oddziaływań elektrosłabych. Wszystko co opisałem jest zgodne ze współczesnym stanem wiedzy, czy też raczej współczesny stan wiedzy tego nijak nie wyklucza.

Przykładowo w wielu komentarzach był zarzut, że traktuję elektron jako coś złożonego. Posiadającego osobowość i nibynóżki.

 

O ile nam dziś wiadomo, czasoprzestrzeń jest ciągła, nie kwantuje się (choć niektóre koncepcje kwantowej grawitacji wymagają kwantowania czasoprzestrzeni i zwykle tę wielkość kwantu czasoprzestrzeni wyznaczają na większy niż jednostki podstawowe – co z kolei jest mocno niezgodne z Modelem Standardowym, bo to by znaczyło, że Era Plancka nigdy nie miała miejsca, bo… nie było na nią miejsca – mogę to wyjaśnić dokładniej, kiedyś przy okazji) – a ściślej, nie mamy żadnych przesłanek by uznać, że jest skwantowana. Jeśli tak rzeczywiście jest (to znaczy czasoprzestrzeń jest ciągła a nie nazwijmy to bardziej po ludzku „granularna”) – to zarówno czas i przestrzeń możemy dzielić w nieskończoność na coraz to mniejsze drobiazgi.

A skoro tak, to elektron może mieć (choć nie musi) jakąś wewnętrzną strukturę, dużo poniżej rozdzielczości możliwej dla naszych badań w tej chwili, a nawet dużo poniżej rozdzielczości możliwej do zbadania kiedykolwiek. Może być tak, że nigdy nie uda nam się odkryć struktury wewnętrznej elektronu, bo jest to po prostu niemożliwe, ale to jeszcze nie będzie znaczyło, że tej struktury wewnętrznej elektron nie posiada. Dziś w zależności od potrzeby traktujemy go jako punkt materialny, cząsteczkę, falę, rozkład ładunku, rozkład prawdopodobieństwa, a nawet jako odwrotność tak zwanej dziury elektronowej – w zależności od tego co w danym momencie liczymy i do czego naszego „elektronika” potrzebujemy będzie on miał też inną wielkość – od tzw. klasycznego rozmiaru elektronu, przez dużo mniejszy rozmiar wynikający z badania rozproszeń w wyniku zderzeń, do rozmiaru zerowego – a więc punktu. A skoro tak, skoro o rozmiarze elektronu i jego wewnętrznej strukturze nic nie wiemy, to równie dobrze możemy swą wyobraźnią umieścić wewnątrz niego cały świat zaludniony przez elfy i smoki. Moja licentia poetica była tu dużo skromniejsza – nie zrobiłem z elektronu całego świata, a jedynie małą, humanoidalną, ciężko pracującą osobę płci męskiej. Wyposażoną we właściwe dla tej płci genitalia.

 

Jedyny rzeczywisty babol, który popełniłem to odnoszący się do energii neutronu – ale już w komentarzu wyżej o tym napisałem. Pozostałe terminy, wyrażenia i ich zastosowanie jak najbardziej mają sens, choć nie ukrywam, że służą jako swoisty kostium. By o gwałcie nie pisać wprost. By go zakamuflować, ukryć w nierealnym, nieistniejącym świecie, gdzie elektron ma swoje nawyki, obawy i uczucia.

 

Małe wyjaśnienia niektórych kontrowersyjnych rzeczy:

 

„Kilka czasów Plancka” – Czas Plancka to jednostka czasu w systemie jednostek Plancka, wynosi mniej więcej 5,391 x 10 ^-44s

 

Gwałt który na Panu Januszu opisałem to tzw. emisja wymuszona – czyli proces emisji fotonów przez materię w wyniku oddziaływania z fotonem inicjującym

 

 

Czy jest jeszcze sens pisać, a jeśli tak, to dla kogo?

 

Współczesną kondycję całej naszej kultury określam jako czasy kornflejków – termin będący parafrazą określenia "pokolenie snowflake'ów"

Czemu nikt mi po męsku nie powie, że ten utwór jest kiepski i do bani? Bo to, że jest, to widzę po Waszych reakcjach – bo skoro nie przekazałem tego, co chciałem przekazać, to znaczy, że napisałem go kiepsko. Że napisałem go źle.

 

No ale w końcu sam jestem kornflejkiem… kruchym, z delikatnym ego, wbrew temu co programowo deklaruję, zbytnio przywiązanym do własnych tworów. Może więc… lepiej, że mi wprost nie napisaliście, że ten potworek jest do dupy, tylko sam do tego doszedłem?

Muszę się jeszcze nad tym zastanowić, ale prawdę mówiąc nadciągnęła sobota i pora się w końcu przespać…

 

Tak czy siak:

 

Dziękuję za Wasze komentarze!

No czuć było, że będzie poważnie. Myślę, że niestety nie będziesz miał polemiki, na którą mógłbyś liczyć, z prostej przyczyny: za dużo na raz. Przynajmniej jak dla mnie, ilość wątków podjętych, szczególnie tak poważnych, po prostu wymagałaby odpowiedzi co najmniej tak długich, jak nie dłuższych. Tym bardziej, że z niektórymi wątkami zgadzam się w pełni, z innymi wcale, a z innymi musiałabym długo dyskutować.

Trochę mi szkoda, bo gdybyś wydestylował jeden temat – tego gwałtu – to mogłoby dojść do ciekawej rozmowy o naprawdę poważnym problemie, a teraz obawiam się, że to się rozmyje.

W temacie powagi gwałtu na mężczyznach nie cofam mojej opinii.

Dla mnie to wszystko, co mówisz na ten temat, to nie jest żadna nowość, dane mnie nie zaskakują; wiem niestety, że mogę być w mniejszości i wiem, że wciąż ludzie tego nie widzą. Jednym zdaniem dodam: napotkałam się na słynną scenę z “ogórkiem i tarką”: i scena, i komentarze są żałosne. Znowu, nie jestem zdziwiona – niedobór empatii jest chorobą, która aktualnie trawi równo, niezależnie od płci, ras, wieku, religii, orientacji itd. Ten niedobór jest powszechny i przerażający.

I dlatego cieszyłam się, że powstał o tym tekst. Jako uczulacz. Geneza jest inna, trudno, o tym nie wiedziałam, wiedzieć nie mogłam, ale nie zmienia to mojej opinii na temat samego tekstu.

Czemu nikt mi po męsku nie powie, że ten utwór jest kiepski i do bani? Bo to, że jest, to widzę po Waszych reakcjach – bo skoro nie przekazałem tego, co chciałem przekazać, to znaczy, że napisałem go kiepsko. Że napisałem go źle.

→ a to po kobiecemu mogę Ci odpowiedzieć: bo nie jest. Widzisz, co ja w nim znalazłam i jak go zinterpretowałam. Inni znaleźli co innego, albo nie znaleźli nic dla siebie, możesz dyskutować, swoją myśl tłumaczyć (nie wchodzę w to czy to dobrze, czy źle), ale to nie jest powód, żeby zarzucać ludziom, że nie mają “jaj” Ci powiedzieć, że opowiadanie jest napisane źle. Skąd mieli wiedzieć, że nie wyraziłeś, tego co chciałeś, skoro tego tak nie odczytali? “Stary, chyba chciałeś napisać o X, ale Ci nie wyszło” → skoro ktoś wie, że piszesz o X, to znaczy że wyszło. A skoro nie wie, że chciałeś o X, to nie wie, co nie wyszło, więc jak ma Ci to zarzucić? Ponadto mogli nie skrytykować z wielu powodów, o których nie wiesz. 

No, to czekamy co się będzie działo. 

 

Bo nauczyliśmy się żartować z gwałtów na mężczyznach.

Tyle że – moim zdaniem – sam sobie podłożyłeś nogę, Jimie. Przez połowę tekstu miałam wrażenie, że rozgrywasz temat gwałtu na mężczyźnie właśnie dla śmiechu. Później sytuację nieco podratowało zdanie o samoobwinianiu się przez ofiarę, choć to z kolei wydało mi się łopatą. Tylko widzisz, dla czytelnika podejście autora do sprawy jest tak niepewne, że chociażby Realuc postanowił ci zwrócić uwagę na początkowe zdania tekstu. Jasne, można zacząć od stereotypowego podejścia, by potem przełamać kontrastem, ale to musi być brutalne.

By o gwałcie nie pisać wprost. By go zakamuflować, ukryć w nierealnym, nieistniejącym świecie, gdzie elektron ma swoje nawyki, obawy i uczucia.

Obrana konwencja, w moim odczuciu, tematu nie kamufluje. Ona go przygniata. Pisałam zresztą w swoim komentarzu o “kołderce” – i tak właśnie to widzę, że bardzo dopracowana warstwa, hm, “światotwórcza” odwraca uwagę od tego, co chciałeś uczynić fundamentem tekstu.

Poza tym zdaje mi się, że aby wywołać w czytelniku reakcję, musi mieć on jakiś punkt wspólny z przedstawionymi wydarzeniami. Nie mogą sobie orbitować gdzieś daleko poza nim. Więc sama koncepcja, aby problem maksymalnie odczłowieczyć, raczej nie wyszła tekstowi na dobre.

Czemu nikt mi po męsku nie powie, że ten utwór jest kiepski i do bani? Bo to, że jest, to widzę po Waszych reakcjach – bo skoro nie przekazałem tego, co chciałem przekazać, to znaczy, że napisałem go kiepsko. Że napisałem go źle.

No wiesz, to nie podręcznik, żeby czytający musiał zrozumieć jeden do jednego wszystko, co chciałeś przekazać. Teksty literackie żyją własnym życiem i czasem osoby postronne wyciągną z opowiadania więcej, niż się śniło samemu autorowi. Więc niekoniecznie to źle, że różne osoby różne rzeczy w tekście widzą.

Dziewczyny – @Koimeoda@Silva – z Waszych komentarzy jeden wniosek wyciągam bardzo istotny – powinienem o wiele bardziej aktywnie dyskutować z czytelnikami, a by móc to robić musiałbym mieć więcej czasu – próbuję sobie właśnie więcej czasu w życiu zorganizować, ale nie będzie to ani proste ani szybkie.

 

No czuć było, że będzie poważnie. Myślę, że niestety nie będziesz miał polemiki, na którą mógłbyś liczyć, z prostej przyczyny: za dużo na raz.

 

Też się tego obawiam, jednak ten przydługi komentarz do komentarzy wypluć z siebie musiałem – dla spokoju własnego sumienia.

 

Teksty literackie żyją własnym życiem i czasem osoby postronne wyciągną z opowiadania więcej, niż się śniło samemu autorowi. Więc niekoniecznie to źle, że różne osoby różne rzeczy w tekście widzą.

 

Podpisuję się czterema kopytami. Sam przecież o tym pisałem… W sumie to widzę teraz, że chyba sam sobie poniekąd zaprzeczam – zupełnie głupie z mojej strony było założenie, że z jednej strony każdy ma prawo do dowolnej interpretacji, a z drugiej, że ktoś mi wytknie, że przekaz do niego nie dotarł, zresztą skąd ktoś mógł wiedzieć, jaki przekaz miał w tym tekście być, skoro do niego nie dotarł? Samo w sobie jest to przecież sprzecznością.

Dzięki jeszcze raz za komentarze!

 

Jak tylko ujrzałam elektron, to mi na buzi wyrósł banan. :> Fajny świat Ci z tego wyszedł. Wiele porównań jest bardzo w punkt. “Kilka czasów Plancka” itp. itp. Miodek. <3

Przyjrzyj się jeszcze przecinkom, bo kilka zjadłeś. ;)

 

Mimo, że fizyka (ja to raczej kojarzę z chemią fizyczną, studenckie wspominki) i humor zadziałały na plus, to nie byłam przekonana, czy to wystarczy, żebym była usatysfakcjonowana lekturą. Ale zakończenie zrobiło robotę. 

Jestem zadowolona z lektury. :)

@SaraWinter Dziękuję bardzo za odwiedziny, przeczytanie i cieszę się, że przypadło do gustu.

Niestety ze mnie zupełny analfabeta przecinkowy, więc nie wiem gdzie jeszcze je dać – spróbowałem dodawać wg tego co mi Chrościsko doradzał, ale pewnie jego rad nie pojąłem. Tak naprawdę, z trudem po latach nauczyłem się w miarę ortograficznie pisać, mimo deficytów na tym polu, ale gdzie stawiać a gdzie nie, ten niesłyszalne dla ucha znaki, to jest dla mnie już zupełnie czarna magia. Polskiej interpunkcji po prostu zupełnie nie rozumiem i jak mi ktoś palcem wyraźnie nie wskaże, to nie pojmę… :(

„Mężczyzny, jak wiadomo, zgwałcić się nie da.”

 

Czy to rzeczywiście sugeruje, że utwór będzie lekki i zabawny?

Pewnie tak. O zgrozo.

Bo nauczyliśmy się żartować z gwałtów na mężczyznach. O ile żarty z gwałtów na kobietach, co prawda istnieją, ale spotykają się z ostracyzmem, to żarty z gwałtów na mężczyznach są czymś tak naturalnym w naszej kulturze, że pojawiają się nawet w kreskówkach.

Raczej dlatego, że opowiadanie to nie rozprawka, gdzie na początek stawiasz jakąś tezę, czy hipotezę, następnie gruntownie ją roztrząsasz, by wreszcie rozprawkę zgrabnie podsumować, tezę podtrzymać lub obalić.

Zaczynasz od zdania, które jest ewidentną bzdurą, podpierasz je następnymi bzdurami (bo można zgwałcić zarówno mężczyznę, jak i prostytutkę, i żonę).

Wprowadzasz bohatera, którego imię nie kojarzy się najlepiej, za wikipedią: Janusz – pejoratywne określenie osoby przejawiającej stereotypowe negatywne cechy Polaków. Fakt, tak rozumiany Janusz raczej zgadzałby się ze wstępną tezą, a Twój ma zdanie odmienne. Niemniej jednak skojarzenie jest na tyle silne, że ta odmienność poglądów powoduje co najwyżej podniesienie brwi.

Robisz z niego młodego elektronika, który wyrasta na pięknego elektrona, co, sorry, brzmi zabawnie i jest grą słowną. Dalej masz takich gierek więcej.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, można odnieść wrażenie, że robisz oczko do czytelnika, i to niejedno. A to może oznaczać, że nie traktujesz tematu poważnie.

 

By o gwałcie nie pisać wprost. By go zakamuflować, ukryć w nierealnym, nieistniejącym świecie, gdzie elektron ma swoje nawyki, obawy i uczucia.

Rzecz w tym, że Ty go nie zakamuflowałeś. Prowadzisz podwójną narrację. To jest jednocześnie opowieść o atomie z punktu widzenia elektonu i historia zgwałconego mężczyzny. Trochę to przypomina obrazki z psychotestów:

 

Ktoś może zobaczyć dwie twarze, ktoś inny kielich, a jeszcze inny i jedno i drugie. Czy ten, kto zobaczył tylko kielich jest przez to gorszym człowiekiem? Kimś pozbawionym empatii? Nie, większość dostrzega kielich; figurę, a nie tło, to, co bardziej rzuca się w oczy. A że jesteś na portalu fantastycznym i bawisz się kwantami, więc większość dostrzegła fizykę.

 

Skoro masz dwie historie jednocześnie, to muszą one mieć coś wspólnego, zakończenie powinno zaś ten wspólny element uwypuklić. Stąd moje przypuszczenie, że pisałeś o gwałcie na naturze. Bo zarówno wymuszenie rozszepienie jądra atomu, jak i gwałt seksualny na człowieku (bez względu na płeć) jest wykorzystaniem zjawisk w przyrodzie naturalnych do siania zniszczenia, zadawania bólu i śmierci.

 

Tyle, w kwestii konstrukcji opka.

 

Jeśli chodzi o kwestie braku porozumienia między Tobą a czytelnikami to, wybacz, ale sam jesteś sobie winien. I zasłanianie się brakiem czasu mnie nie przekonuje. Wystarczyło pod komentarzem Koi od razu napisać, że trafiła w punkt, albo prawie w punkt. Jedno zdanie i miałbyś dyskusj, o problemie, który chciałeś poruszyć. Ty natomiast zwlekałeś, krygowałeś się, obiecywałeś, że odpiszesz. A w końcu rzuciłeś wyjaśnienie, które tak naprawdę niczego nie wyjaśnia. Poruszyłeś w nim tak wiele różnych kwestii, że właściwie nie wiem, która jest dla Ciebie najistotniejsza. Nie mówiąc już o tym, że miałam wrażenie, że momentami przeczysz sam sobie.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Stąd moje przypuszczenie, że pisałeś o gwałcie na naturze. Bo zarówno wymuszenie rozszepienie jądra atomu, jak i gwałt seksualny na człowieku (bez względu na płeć) jest wykorzystaniem zjawisk w przyrodzie naturalnych do siania zniszczenia, zadawania bólu i śmierci.

 

W samo sedno

 

Jeśli chodzi o kwestie braku porozumienia między Tobą a czytelnikami to, wybacz, ale sam jesteś sobie winien. I zasłanianie się brakiem czasu mnie nie przekonuje.

 

Masz rację, poprawię się :)

 

Nie mówiąc już o tym, że miałam wrażenie, że momentami przeczysz sam sobie.

 

Po fakcie też takie odniosłem wrażenie :) W sumie pisałem o dialektyce i wyszła mi dialektyka – muszę to kiedyś sobie na chłodno przeczytać, zebrać jeszcze raz i z chirurgiczną precyzją uczynić z tego swój artystyczny manifest. Może wystarczyło by po prostu, jeśli bym nadał jakąś hierarchię tym wartościom, o którym pisałem. Na przykład że programowo empatia jest dla mnie ważna, ale ważniejsza od niej jest prawda, wolność słowa i wolność artystycznego wyrazu.

Ale to kiedyś, przy okazji :)

 

Dzięki za odwiedziny, @Irka_Luz, i za bardzo mądry komentarz :)

 

A ja dalej będę się upierał przy słabościach fizyki w opisie.

 

Wspomniana "emisja wymuszona" polega na tym że foton inicjujący działając na elektron wzbudzony nie anihiluje, lecz powoduje emisję kolejnego, bliźniaczego fotonu i przeskok elektronu na niższy poziom energetyczny.

 

A co mówi opis? No tyle że do emisji nie doszło!

 

Przeanalizujmy.

1. Janusz mieszkał "ani za blisko, ani za daleko od jądra" a więc miał ściśle określony poziom energetyczny.

2. Skutkiem spóźnienia "do końca nie wie, w jakim stanie kwantowym się znalazł", ale żadnej "fotonicy" jeszcze nie spotkał, więc rozumiem że poziom energetyczny bez zmian.

3. Wprawdzie "śniły mu się kwarki", ale dalej nie spowodowało to jego wzbudzenia w skali atomu, a jedynie "nabrzmiały (..) worek mosznowy" w skali elektronu (który chętnie amputowałbym z tej opowieści za pomocą brzytwy Ockhama i to razem z "nibynóżkami" ;-).

 

Taki niewzbudzony elektron trafia teraz na "fotonicę-przewrotnicę" i ta istotnie powoduje u niego "wymuszony stan wzbudzony", jednak żadnym "nagłym wytryskiem światła" się to skończyć nie może, bo zabrakło inicjacji!

Innymi słowy: "fotonica" okazała się za cienka na Janusza i powinna chyba poprosić o pomoc jakąś koleżankę … ;-).

 

No sypie się narracja, bo stan Janusza wprawdzie "upokarzający i niekomfortowy" ale sam Janusz ani nie został "wydymany", ani "wyrwany z przyrodzonego orbitala" na niższy poziom energetyczny, więc nie bardzo ma powód żeby czuć się "bezwartościowy, zbrukany i zhańbiony".

 

Na szczęście "nadleciał neutron" i miłościwie zaciągnął kurtynę (choć też wolałbym raczej widzieć w nim mściciela).

 

Aha: dalej nie uważam że to jest "do dupy" a moje poprzednie oceny były szczere; nie ma też w nich żadnego "świętokradczego" porównania do Lema a jedynie pochwała fikuśnych sformułowań, które mi jego twórczość przypomniały ;-)

Przede wszystkim chciałbym Ci, @croowka, podziękować za tak wnikliwą analizę!

Przeczytałem ją z niekłamaną przyjemnością i wręcz z głośnym cmoknięciem podziwu. To się facet przyłożył! Proszę, proszę, nawet schemat załączył, za chwilę będziemy tutaj się chyba wzorami wymieniać, licząc poziomy energetyczne ;-)

Jest mi niezmiernie miło, że tak wręcz łopatologicznie wyjaśniłeś mi swój zarzut i to, co Ci nie gra w mojej narracji…

Pozwól jednak, że spróbuję przedstawić argumenty, że Twoja interpretacja tych wydarzeń, podobnie jak interpretacja kopenhaska fizyki kwantowej, nie jest jedyną i mam mocne (w moim odczuciu) argumenty, by bronić swojej. I nie, nie będę się zasłaniał licentia poetica i tym, że emisja wymuszona to kolejna gra słów (bo gwałt zasadniczo jest zawsze wymuszony – w ten czy ów sposób) – choć pewnie przyparty do muru bym mógł tak zrobić :) Ale nie czuję się przyparty do muru, a intelektualnie pobudzony przez Twoją polemikę, która naprawdę jest na wysokim poziomie…

No właśnie poziomie…

Cała rzecz w tych poziomach!

Po pierwsze schemat, który przedstawiłeś, jest najprostszym schematem emisji wymuszonej i rzeczywiście tak to może się odbywać… ale nie musi. Janusz nie musi się koniecznie znajdować w stanie podstawowym, opis z mego szorta, który przytoczyłeś może się równie dobrze odnosić do stanu metatrwałego. Słowem gdy nasz Januszek znajduje się w lokalnym minimum energetycznym, emisja wymuszona również zajdzie. Foton inicjujący (gwałcący), oczywiście jak wspomniałeś – i tu masz 100% racji – nie anihiluje, ale spowoduje wypadnięcie Januszka z przyrodzonego orbitala, opuszczenie lokalnego minimum energetycznego, opadnięcie do niższego minimum (też niekoniecznie nielokalnego) i wystrzelenie światłem – stworzenie kopii fotonu o tych samych parametrach.

Ale nawet jeśli by tak nie było – nawet gdyby był tylko w stanie chwilowo wzbudzonym – mogę tego opisu bronić z prostego powodu, jakim jest… skala czasu.

Januszek ledwo pamięta swoje dzieciństwo, ten czas gdy był w poziomie podstawowym, zwykłym, acz obiecującym i zdolnym elektroniczkiem. Ale już elektroniczkiem ani nawet elektronikiem nie jest, jest elektronem.

Zakładając nawet, że dla elektrona Janusza, czas Plancka jest odpowiednikiem naszej sekundy (a raczej nie, bo jest spóźniony o parę czasów Plancka i już stanowi to problem, więc są to prędzej godziny niż sekundy), to czas wzbudzenia, z naszego punktu widzenia bardzo krótki, dla niego będzie wręcz niewyobrażalny – w jego skali spostrzegania to około 10 do 28 lat…

Gdyby przenieść ten czas do naszej skali, Wszechświat zdążyłby pogrążyć się w wiecznym mroku, bo pozostałyby w nim tylko takie twory jak czarne dziury, brązowe karły itp.

Więc z jego punktu widzenia – równie dobrze może być w stanie wzbudzonym – bo w jego skali czasu będzie przebywał w nim bardzo, bardzo długo.

I teraz bez względu na to, czy to jest stan metatrwały, czy inny stan wzbudzony – gwałt dokonany przez fotonicę wymusza na nim błysk światła czyli powstanie fotonicy bliźniaczki.

 

…chętnie amputowałbym z tej opowieści za pomocą brzytwy Ockhama i to razem z "nibynóżkami"

to byłby już nie tylko gwałt na elektronie, ale również na opowieści :) A raczej rzekłbym – jej nieodwracalna, brutalna kastracja, pozbawiająca ją jakiegokolwiek potencjału… Choć współczesna fizyka nic nie wie o strukturze wewnętrznej elektronu, to też jej nie wyklucza – tak jak pisałem wcześniej – o ile czasoprzestrzeń nie jest skwantowana, to wewnątrz elektronu mogą toczyć się wojny i latać tam smoki – a mi elektron posiadający własną anatomię był po prostu potrzebny do tego by uczynić go odrobinę bardziej… ludzkim.

 

Czekam niecierpliwie na Twoją ripostę, bo jestem pewien, że zaraz udowodnisz mi, że się mylę :)

Wybacz stary, ale to Twoje "cmoknięcie podziwu" traktuję raczej z przymróżeniem oka (właściwym nadużywanemu przeze mnie emotikonowi), bo mówiąc umarłym memem: "wyczuwam kpinę milordzie" ;-).

W dodatku całkiem nieuzasadnioną, bo jako się rzekło "nie jestem wielkim znawcą tematu", więc i nie będę Ci "udowadniał że się mylisz", zwłaszcza że sama lektura "postów" nie wskazuje na słabego "przeciwnika", a przecież:

Psu nie honor bić się z kotem,

– Co mu po tem?

Nie znaczy to wcale że mam sobie swoje wątpliwości "wsadzić w buty", albo że moje "łopatologiczne" zarzuty odbiorcy-laika skapitulować muszą przed nieodpartą siłą argumentów Autora-fizyka.

 

Moja riposta nie na merytoryce polega, tylko na logice relacji Autor-odbiorca.

 

To Twoim zadaniem jako Autora jest usatysfakcjonowanie odbiorcy i takie sprzedanie mu tematu, żeby nie nabył on przeróżnych wątpliwości i dysonansów poznawczych, co dla wytrawnego znawcy tematu nie powinno być żadnym problemem.

Możesz wprawdzie uznać że piszesz dla siebie, albo dla specjalistów "na pewnym poziomie" a nieokrzesanych profanów masz w nosie, ale w takim wypadku udostępnianie swoich dzieł na forum publicznym wydaje się być "rzucaniem pereł przed wieprze" lub nawet "małpim okrucieństwem" ;-).

 

To tak "pożartowalim" (bez obrazy), ale mam wrażenie że trochę cel nam umyka, więc dedykuję Ci pełne wysublimowanej mądrości słowa Tesseanor-a z "posta" pod "drabelkiem" jego autorstwa zatytułowanym "Bezsilna":

Zrozumiałem, że na ławie musi być więcej kawy, by spotkanie było bardziej udane.

(i chodzi mi o zupełnie inny gatunek kawy niż ta o której wspomina Silva).

croowka zdecydowanie masz rację… Muszę zadbać o dobrostan moich przyszłych czytelników…

a tymczasem popełniłem tekst jeszcze gorszy, jeszcze bardziej hermetyczny, choć z zupełnie innego powodu :(

No nic – muszę się wziąć za siebie!

 

PS.

W moich wypowiedziach serio nie było kpiny / szydery nic z tych rzeczy – naprawdę doceniałem, że po prostu “chce Ci się” – aż tak głęboko wchodzić w ten mój krótki tekst. Jest to naprawdę miłe i budujące, a krytyka Twa była konstruktywna i po prostu muszę ją teraz jakoś przyjąć, pojąć, zinternalizować i przekuć na konkretne działania, by kolejne teksty były lepsze.

OK – pewnie ja też trochę z tych przewrażliwionych "kornflejków" ;-)

croowka Doceniam, że chciało Ci się przeczytać nawet mój żałosny wybuch korn-złości niepo-korn-ej ;)

 

Powoli zaglądam do konkursowych opowiadań, a Twoje jest dosyć krótkie, więc “wpadło” jako jedno z pierwszych. Na początek dwa słowa o fizyce. Trudno ocenić to jednoznacznie. Z jednej strony fajnie wplatasz pojęcia, część mi nieznanych, w tekst i przekaz, z drugiej często mam poczucie (gdy czytam utwory o podobnej konwencji) epatowania wiedzą. Bo gdyby się tak zastanowić, każdy specjalista z melodią do pisania mógłby “wykuć” podobny utwór, lekarz, chemik, biolog, inżynier, programista itd, itd. Tylko co w związku z tym? Dam Ci taki przykład odcinka sitcomu o korpo. Wszystko zrozumiałem i nieźle się uśmiałem, ale ile osób wyniesie z tego przyjemność? Te, które pracowały w korpo, a reszta? Więc Twój zabieg to taki plus/minus. Co do definicji gwałtów, przyjmuję do wiadomości, każdy ma prawo do swego zdania.

Jeśli zaś chodzi o sam konkurs i bizarro, chyba nie tego dokładnie szukam, ale na pewno utwór jest oryginalny. I rzeczywiście zdania pięknie układasz w całość.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darcon

 

Dziękuję bardzo za komentarz i za linka… z sitcomu uśmiałem się również… do łez, bo mój work-life-balance nie istnieje, jest to też work-life-merge… ehh co ja robię ze swoim życiem? Heh? Z jakim życiem? ;-)

Jak by to powiedzieć… Z jednej strony czytało się całkiem nieźle, bo tekst jest napisany bardzo porządnie, a z drugiej strony pozostaję nie do końca usatysfakcjonowana, albowiem fizyka to nie to, co Regulatorzy lubią najbardziej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję bardzo za opinię, regulatorzy. Na swą obronę powiem, że fizyka jest tu tylko kostiumem :)

Cóż, Jimie, kostium jest całkiem szykowny, ale uszyty nie na moją miarę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widocznie krawiec nie tęgi ;-)

Krawiec nazywał się Niteczka. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I co teraz?

Idź na zachód, a będziesz królem!

…czy na wschód, bo tam musi być jakaś cywilizacja?!

Jest jeszcze północ i południe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Północ-Południe z Patrickiem Swayze? Muza tam była orgiastyczna.

 

Na północ: Zachód z Wschodem w zespoleniu,

A na południe: nadzieja w zwątpieniu

O złości złych!

Czytałam bez Patricka i bez muzyki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I jak, dało się czytać?

I owszem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja się takich książek zawsze obawiam, odkąd czterokrotnie poległem na ponoć genialnym dziele, jakim jest “Wojna i Pokój” (nigdy nie udało mi się dobrnąć dalej niż do trzeciego tomu). No ale przynajmniej udało mi się znaleźć wspaniałe lekarstwo na bezsenność, wystarczy, że zdejmę z półki dowolną część i już nie muszę nawet otwierać, już mnie senność morzy… (byle tego @Drakaina nie przeczytała, bo to jej ulubiona epoka :) )

Ne wiem, co to bezsenność.

Kiedy zaczynam coś czytać, czytam do końca, choć bywa, że potem tego żałuję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muszę Ci zatem podsyłać swoje teksty, będę miał gwarancję, że ktoś je w całości przeczyta ;)

Choć pewnie potem będzie żałować ;-)

Z przyjemnością czytałabym więcej i częściej, ale cóż… Dotykają mnie takie ograniczenia jak zaćma. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy Współczuję. Na pocieszenie powiem Ci, że jakiś czas temu jak zdiagnozowano u mnie zaćmę… to była to pozytywna informacja, bo podejrzewano coś dużo gorszego. Więc można na każdą rzecz patrzeć (patrzeć!) z dwóch stron. W moim przypadku ucieszyłem się, że to “tylko” zaćma. Co więcej – paradoksalnie – zaćma może mi pomagać – w sensie takim, że przez to, że mniej światła wpada do oka, to jeszcze trzeci niepokojący objaw – postępujące zmiany degeneracyjne na siatkówce – mogą postępować wolniej – jak widać, zaćma może być szczęśliwym zrządzeniem losu ;) Najlepsze jest to, że wszystko co w życiu robić umiem, na czym się znam i co pozwala mi zarabiać – związane jest ze zmysłem wzroku i to, że go wcześniej czy później stracę – nie nastraja optymistycznie, tym bardziej, że ja nienawidzę audiobooków :) W zeszłym roku napisałem książkę o traceniu wzroku… nie próbowałem jej nigdzie wydać, bo wyszła jakaś słaba, strasznie emocjonalna i zbyt osobista. Jest w niej też za dużo o bieżącej sytuacji politycznej, o COVIDzie, o protestach, o polskim piekiełku. Słowem – zbyt aktualna. Ale może do niej jeszcze wrócę, jak się trochę odleży… jeśli wrócę ze szpitala :)

 

Dotykają mnie takie ograniczenia jak zaćma.

Przykro to czytać, choć paradoksalnie nikt tu nie ma bardziej przenikliwego oka, niż właśnie Regulatorzy ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

W tej sytuacji, Jimie, możemy sobie współczuć wzajemnie i wzajemnie się pocieszać.

A książka, skoro zdajesz sobie sprawę z pewnych jej ułomności, z pewnością da się poprawić tak, byś poczuł satysfakcję, że ją napisałeś. I z pewnością przyda jej się trochę czasu na odleżenie.

A ze szpitala, jestem pewna, wrócisz. A jeśli tak Ci się tam spodoba, że nie zechcesz wracać, to i tak Cię przywiozą do domu. ;)

 

Danielu, niech Ci nie będzie przykro, jeszcze widzę. I bardzo dziękuję za uznanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

DanielKurowski1

 

Jak już nie będziemy widzieć, to założymy z regulatorzy klub złośliwych i zrzędliwych ślepców :)

 

Lem też ostatnie książki dyktował, więc tego…

 

;)

 

Może niedługo stworzą sztuczną inteligencję, która będzie za nas pisać ;P

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka