- Opowiadanie: drakaina - Schwanengesang

Schwanengesang

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Schwanengesang

Sio­stra Cla­ris­se przy­sy­pia­ła przy pa­cjent­ce. Młoda ko­bie­ta, le­żą­ca od kilku dni w szpi­ta­lu w Ha­gu­enau, nie da­wa­ła zna­ków życia, jeśli nie li­czyć nie­znacz­nie uno­szą­cej się pier­si, le­d­wie wi­docz­ne­go ob­łocz­ka pary na lu­ster­ku, sła­be­go pulsu.

Sza­ryt­ka mimo to sia­da­ła, kiedy tylko mogła, przy tym wła­śnie łóżku. Nie po­tra­fi­ła­by po­wie­dzieć, co ją tu przy­cią­ga­ło – może wspo­mnie­nie ojca, który wiele lat temu za­padł na po­dob­ną cho­ro­bę, a ona wtedy po­sta­no­wi­ła, że po­świę­ci życie cho­rym. Oj­ciec nigdy się z le­tar­gu nie obu­dził, po pro­stu pew­nej nocy prze­stał od­dy­chać, dla­te­go Cla­ris­se zwłasz­cza no­ca­mi czu­wa­ła przy nie­zna­jo­mej.

Elsę – to imię nada­ła jej za­kon­ni­ca, kiedy oka­za­ło się, że ko­bie­ty nikt w mie­ście nie zna – zna­le­zio­no nie­przy­tom­ną na progu szpi­ta­la. Na nad­garst­kach miała rany, które uzna­no za próbę sa­mo­bój­stwa. Dok­tor uwa­żał, że nie­szczę­sna w ostat­niej chwi­li zmie­ni­ła zda­nie i szu­ka­ła ra­tun­ku. Ko­mi­sarz Wa­gner na­to­miast upie­rał się, że ktoś chciał ją zabić i upo­zo­ro­wał sa­mo­bój­stwo. Pa­no­wie to­czy­li nie­koń­czą­cy się spór, wy­pi­ja­jąc ry­tu­al­nie po kie­lisz­ku kir­schu, a sza­ryt­ka sie­dzia­ła cicho przy cho­rej, usi­łu­jąc zro­zu­mieć wła­sne emo­cje w obec­no­ści tej ko­bie­ty.

Prze­ło­żo­na z po­cząt­ku gde­ra­ła, ale po­nie­waż Cla­ris­se wy­ko­ny­wa­ła bez­błęd­nie obo­wiąz­ki, dała spo­kój.

Zegar na ko­ściel­nej wieży wybił czwar­tą, wy­ry­wa­jąc za­kon­ni­cę z drzem­ki. Cla­ris­se wzdry­gnę­ła się i zmarsz­czy­ła brwi: dźwięk nigdy jej nie bu­dził. I wtedy zo­ba­czy­ła, że Elsa wpa­tru­je się w nią otwartymi szeroko oczami. Sio­stra stłu­mi­ła krzyk i bar­dzo de­li­kat­nie ujęła chorą za rękę. Nadgarstki wciąż owi­jał ban­da­ż, choć rany za­skle­pi­ły się nad­zwy­czaj­nie szyb­ko.

Coś jesz­cze zwró­ci­ło uwagę Cla­ris­se. Ma­leń­ki srebr­ny wi­sio­rek, który chora miała na szyi, roz­bły­snął świa­tłem, jakby oży­wio­ny wpa­da­ją­cą przez okna księ­ży­co­wą po­świa­tą. Ko­lej­na za­gad­ka: kiedy ją zna­le­zio­no, Elsa była ubra­na jak osoba za­moż­na i miała na sobie kilka sztuk bi­żu­te­rii. To, zda­niem wielu osób, czy­ni­ło hi­po­te­zę ko­mi­sa­rza nie­praw­do­po­dob­ną. Stary po­li­cjant od­mru­ki­wał krót­ko, że nie każde za­bój­stwo ma tło ra­bun­ko­we, nie dając się wcią­gać w dal­sze dys­pu­ty. Dal­sze dys­pu­ty mo­gły­by kosz­to­wać ko­mi­sa­rza po­sa­dę, gdyby ktoś do­wie­dział się i po­sta­no­wił do­nieść o jego re­pu­bli­kań­skich sym­pa­tiach.

Błę­kit­ne oczy świ­dro­wa­ły Cla­ris­se. Palce lewej dłoni drgnę­ły, jakby chora chcia­ła chwy­cić za­kon­ni­cę za rękę.

– No już, wszyst­ko bę­dzie do­brze – szep­nę­ła sza­ryt­ka. – Niech pani pośpi do rana, a potem po­roz­ma­wia z dok­to­rem.

Za­sta­na­wia­ła się, czy nie po­win­na od razu we­zwać le­ka­rza, nie­mniej czoło ko­bie­ty pozostawało chłod­ne, od­dech i puls spo­koj­ny – nie było po­wo­dów do lęku o jej życie.

Ko­bie­ta nie za­my­ka­ła oczu, lecz nadal wpa­try­wa­ła się w pie­lę­gniar­kę. Usta nie­znacz­nie się po­ru­szy­ły. Cla­ris­se po­gła­ska­ła pod­opiecz­ną po gło­wie. Chłod­ne palce za­ci­snę­ły się na jej dłoni.

– Pani cze­goś chce? Mam do pani mówić? – Ro­zej­rza­ła się po sali. Po­zo­sta­łe pa­cjent­ki spały spo­koj­nie. – Albo niech pani mi coś powie, choć­by jak ma na imię?

Na­zy­wa­nie jej wy­my­ślo­nym imie­niem nagle wy­da­ło się pie­lę­gniar­ce nie na miej­scu.

Z ust cho­rej wy­do­był się szept tak ci­chu­teń­ki, że le­d­wie sły­szal­ny. A potem pod­opiecz­na Cla­ris­se po­wtó­rzy­ła:

– Elsa.

Cla­ris­se za­drża­ła i na wszel­ki wy­pa­dek prze­że­gna­ła się. Dok­tor Du­fo­ur na­krzy­czał na nią, kiedy zo­ba­czył, że czyta książ­kę o ma­gne­ty­zmie zwie­rzę­cym, zwy­zy­wał pana Me­sme­ra od hochsz­ta­ple­rów i nawet po­skar­żył się prze­ło­żo­nej, a sio­stra Joséphine na­ka­za­ła Cla­ris­se ty­go­dnio­wy post. A jed­nak… skąd mogła znać imię tej ko­bie­ty, któ­rej nigdy wcze­śniej nie wi­dzia­ła? „To czę­ste imię w Al­za­cji” – pod­po­wie­dział jej zdro­wy roz­są­dek. Dla­te­go prze­cież je wy­my­śli­ła.

– Tak sio­stra do mnie mówi, więc tak mam na imię.

Wy­po­wie­dzia­ne z wy­sił­kiem słowa jed­no­cze­śnie ucie­szy­ły ją i zmar­twi­ły. Z jed­nej stro­ny bę­dzie mogła po­wie­dzieć prze­ło­żo­nej, że czu­wa­nie przy nie­przy­tom­nych cho­rych ma sens. Z dru­giej – naj­wy­raź­niej Elsa stra­ci­ła pa­mięć, nie wie kim jest.

– Chce mi pani coś opo­wie­dzieć?

Pa­cjent­ka usi­ło­wa­ła unieść się ku niej, więc Cla­ris­se po­chy­li­ła się nad łóż­kiem.

– Niech sio­stra go znaj­dzie, bła­gam.

A więc jed­nak są ślady pa­mię­ci. „Po­win­nam we­zwać dok­to­ra. A może ko­mi­sa­rza?”

– Kogo, Elso?

Wolna dłoń bar­dzo po­wo­li po­wę­dro­wa­ła ku szyi i srebr­ne­mu wi­sior­ko­wi. Ko­bie­ta mil­cza­ła.

– To on dał ci ten na­szyj­nik? On cię skrzyw­dził?

Nie od­po­wie­dzia­ła, tylko po jej po­licz­ku spły­nę­ła łza. Elsa za­mknę­ła oczy i Cla­ris­se prze­stra­szy­ła się, że źle zro­zu­mia­ła symp­to­my, że jej podopieczna od­zy­ska­ła świa­do­mość tuż przed śmier­cią. Chwi­lę póź­niej pa­trzy­ła jed­nak znów na spo­koj­nie uno­szą­cą się pierś, pod pal­ca­mi czuła rów­no­mier­ne tętno. Mimo to do rana nie zmru­ży­ła oka.

 

*

– A więc zdaniem sio­stry skrzyw­dził ją ktoś, kto po­da­ro­wał ten wi­sio­rek?

Ko­mi­sarz Wa­gner wiele w życiu wi­dział, zwłasz­cza że jak wielu po­li­cjan­tów za­czy­nał po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy, skąd wy­cią­gnął go kil­ka­na­ście lat temu sam szef Sûreté. Rów­nież Vi­do­cq za­ła­twił mu cie­płą po­sad­kę w spo­koj­nym Ha­gu­enau, kiedy re­pu­bli­ka­nizm z po­mniej­sze­go wy­kro­cze­nia zmie­nił się w prze­stęp­stwo, a może i zbrod­nię ob­ra­zy ma­je­sta­tu.

Za­kon­ni­ca roz­ło­ży­ła ręce.

– Co ja mogę uwa­żać? – Po­pra­wi­ła ner­wo­wym ru­chem kor­net. – Wie pan, jak teraz myślę… Może to raczej ktoś, kogo ko­cha­ła? Może ten ktoś umarł? A może ją zdra­dził?

Wa­gner dra­pał się po bro­dzie, wpa­trzo­ny w śpią­cą ko­bie­tę. Dok­tor za­pew­nił ich, że naj­wy­raź­niej wraca do zdro­wia i po­szedł do cięż­kich przy­pad­ków.

– Jeśli to za­wie­dzio­na mi­łość, to pew­nie rze­czy­wi­ście sama się chcia­ła zabić – mruk­nął po­li­cjant bez prze­ko­na­nia.

Kiedy oka­za­ło się, że to nikt miej­sco­wy, po­słał do Stras­bur­ga py­ta­nie, czy nie za­gi­nę­ła tam ko­bie­ta pa­su­ją­ca do „Elsy”. Rów­nie do­brze mógł jej szu­kać w dal­szych mia­stach, a może i po dru­giej stro­nie Renu. Ko­bie­ta była po­rząd­nie ubra­na, jak za­moż­na mieszcz­ka, do Cla­ris­se ode­zwa­ła się po fran­cu­sku. Mogła po­cho­dzić skąd­kol­wiek. Ko­mi­sarz uwa­żał, że cie­kaw­sze py­ta­nie brzmia­ło: skąd wzię­ła się na progu szpi­ta­la.

Zna­lazł ją wy­cho­dzą­cy z bu­dyn­ku chło­pak, który po­ma­gał w ko­tłow­ni i staj­ni. „Jak pod­rzu­co­ne dziec­ko” – wy­ra­ził się do le­ka­rza. Rany na rę­kach nie zostały opa­trzo­ne, krwa­wi­ły, ale, jak się wy­ra­ził dok­tor, za­czę­ły się nader szybko goić. A jed­nak za­py­ta­ny, czy mogły za­gra­żać życiu, Du­fo­ur po­tak­nął.

Wpa­da­ją­cy przez okno pro­mień słoń­ca odbił się od srebr­nej za­wiesz­ki. Ręka śpią­cej ko­bie­ty po­wę­dro­wa­ła ku szyi, palce za­ci­snę­ły się na nie­du­żym wi­sio­rze. Chwi­lę póź­niej Elsa unio­sła po­wie­ki. Wzrok miała cał­ko­wi­cie przy­tom­ny.

– Do­sko­na­le. – Wa­gner za­tarł ręce. – Obu­dzi­ła się pani.

Błę­kit­ne oczy wpa­try­wa­ły się w niego ba­daw­czo, dłoń po­zo­sta­wa­ła za­ci­śnię­ta wokół wi­sio­ra, na ustach błą­dził cień uśmie­chu.

– Dzień dobry. Kim pan jest?

– Chwi­lo­wo waż­niej­sze jest usta­le­nie, kim pani jest i skąd się pani tu wzię­ła.

Nie chciał, żeby za­brzmia­ło to oschle i ob­ce­so­wo, ale było już za późno. Uśmiech znik­nął.

– Prze­pra­szam – wy­mru­czał Wa­gner. – Ale muszę zadać pani kilka pytań. – Za­cze­kał na re­ak­cję, a kiedy nie na­stą­pi­ła, cią­gnął dalej. – Po­dej­rze­wam, że nie pa­mię­ta pani, jak tu tra­fi­ła?

Po­krę­ci­ła głową. Po jej po­licz­ku spły­nę­ła łza.

– Źle spa­łam – po­wie­dzia­ła tylko.

 

*

Źle spała, bo bu­dził ją szept, przez który tu przy­szła. Nie, nie przy­szła, prze­cież nie była w sta­nie iść, krew pły­nę­ła z otwar­tych żył, otwie­ra­jąc drogę w upra­gnio­ną ciem­ność.

Szept był wy­rzu­tem su­mie­nia. Po­wo­dem, dla któ­re­go cien­kie stru­mycz­ki czer­wo­nej krwi wsią­ka­ły teraz w zie­mię. To szept sprawił, że srebr­ny ptak za­mie­nił się w nic nie­zna­czą­cą bły­skot­kę. Ale to ona go za­bi­ła.

 

*

Dawny woj­sko­wy szpi­tal znaj­do­wał się na skra­ju mia­stecz­ka. Dalej były już tylko nie­licz­ne domy i pola, za nimi linia lasu, a za lasem Ren. Gdyby Wa­gner po­szedł­ w tam­tym kie­run­ku wy­cią­gnię­tym kro­kiem, do ja­kie­go przy­wykł w roku pięt­na­stym, kiedy wie­dzio­ny od­ru­chem serca za­cią­gnął się do woj­ska, w nie­ca­łą go­dzi­nę zna­la­zł­by się nad rzeką.

Otrzą­snął się. Nie czas na wspo­mnie­nia, nie czas na spa­ce­ry. W za­sa­dzie mógł­by dać sobie spo­kój z „Elsą”, ode­słać spra­wę wyżej. Nie bardzo wiedział, dla­cze­go chce się dalej tym zaj­mo­wać. Am­bi­cje po­rzu­cił dawno, pra­gnął je­dy­nie spo­ko­ju.

Po­wol­nym kro­kiem udał się do swo­je­go biura w me­ro­stwie, gdzie przez kilka go­dzin ślę­czał nad pi­smem do Stras­bur­ga. Miał uczu­cie, jakby pro­mień słoń­ca od­bi­ty od na­szyj­ni­ka Elsy ośle­piał go, nie po­zwa­la­jąc my­śleć o ni­czym poza tą ko­bie­tą.

– To jest spra­wa dla de­par­ta­men­tu! – burk­nął i za­czął walić pię­ścią w biur­ko, aż urzęd­nik pra­cu­ją­cy w są­sied­nim ga­bi­ne­cie zaj­rzał z py­ta­niem, czy wszyst­ko w po­rząd­ku.

Nic nie było w po­rząd­ku. Naj­pierw po­wie­sił się jeden z naj­bo­gat­szych ludzi w mia­stecz­ku, a potem sprawa tej przy­błę­dy. Może dok­tor ma rację i na­stał sezon na sa­mo­bój­ców. Od po­cho­dzą­ce­go znad Atlan­ty­ku to­wa­rzy­sza broni Wa­gner sły­szał, że tam u nich tak bywa, kiedy wieje suchy go­rą­cy wiatr. Ale tu? Na nud­nym po­gra­ni­czu nie­miec­kim, nad to­czą­cą po­wo­li wody wiel­ką rzeką?

Zegar wybił sie­dem­na­stą, a Wa­gner nadal sie­dział nad pustą kart­ką, na któ­rej skre­ślił je­dy­nie na­głó­wek. Sły­szał wy­cho­dzą­cych urzęd­ni­ków, ktoś rzu­cił mu krót­ką uwagę o tym, że też mógł­by już iść do domu. W Ha­gu­enau nawet po­li­cjant nie pra­cu­je po go­dzi­nach.

Ko­mi­sarz zmiął pa­pier i rzu­cił w kąt, po czym prze­cią­gnął się i wyj­rzał przez okno. Wio­sen­ne słoń­ce cho­wa­ło się za dachy domów, w od­da­li, na tle czer­wie­nie­ją­cej tar­czy bo­cian z gniaz­da na wieży sta­rej bramy miej­skiej roz­po­ście­rał dum­nie skrzy­dła.

Przez dzie­sięć lat, które Wa­gner tu prze­pra­co­wał, Ha­gu­enau było miłym, spo­koj­nym miej­scem. W pięt­na­stym, kiedy on lizał rany od­nie­sio­ne na po­lach Bel­gii, za­trzy­ma­li się tu wszy­scy moż­li­wi kró­lo­wie, ale teraz mało kto o tym pa­mię­tał. Ko­mi­sarz po­li­cji zaj­mo­wał się drob­ny­mi kra­dzie­ża­mi, cza­sem bójką, która koń­czy­ła się kil­ku­ty­go­dnio­wym wię­zie­niem dla uczest­ni­ków, z rzad­ka po­ma­gał żan­dar­mom łapać prze­myt­ni­ków. Mia­stecz­ko pozostawało wier­ne kró­lo­wi, więc na szczę­ście Wa­gne­ra nie mu­siał ści­gać ludzi o po­glą­dach, które sam po­pie­rał.

I nagle w ciągu mie­sią­ca dwie ta­jem­ni­cze spra­wy.

Naj­pierw ten Au­tro­ut. Jedne z naj­więk­szych upraw chmie­lu w oko­li­cy. Ładna, choć ponoć nie­zbyt wier­na żona, syn w do­brej szko­le. I nagle znaj­du­ją czło­wie­ka po­wie­szo­ne­go w su­szar­ni. Wa­gner roz­ma­wiał z urzęd­ni­ka­mi – nic nie wska­zy­wa­ło, żeby in­te­res źle szedł, żeby po­ja­wi­ły się długi.

Po­li­cjant po­czuł, że ob­le­wa go zimny pot. Co je­że­li to on miał rację co do Elsy, ale, co wię­cej, w obu przy­pad­kach to były tylko po­zo­ro­wa­ne sa­mo­bój­stwa?

Pro­mień za­cho­dzą­ce­go słoń­ca odbił się od szyby i w tym roz­bły­sku przed ocza­mi ko­mi­sa­rza mi­gnę­ła po­stać prze­my­ka­ją­ca przez plac przed me­ro­stwem. Czło­wiek ten przy­sta­nął w bra­mie jed­ne­go z domów, wta­pia­jąc się w za­pa­da­ją­cy mrok.

Wie­dzio­ny im­pul­sem Wa­gner wy­sko­czył z ga­bi­ne­tu, nie za­my­ka­jąc drzwi, rzu­cił klu­cze stró­żo­wi i po­gnał w tam­tym kie­run­ku, lecz bramę za­stał pustą. Za­klął szpet­nie i w tej samej chwi­li do­strzegł po­ru­sza­ją­cy się szyb­ko w jed­nej z uli­czek kształt, le­d­wie od­róż­nia­ją­cy się od ciem­no­ści, któ­rej nie zdą­ży­ły jesz­cze roz­ja­śnić la­tar­nie – za­pa­lacz jak zwy­kle się spóź­niał. Spraw­dził, czy ma w kie­sze­ni broń, i po­biegł za umy­ka­ją­cym cie­niem.

 

*

– On tu jest.

Sio­stra Cla­ris­se kar­mi­ła wła­śnie inną pa­cjent­kę, nie­mniej na ten głos ski­nę­ła szyb­ko na no­wi­cjusz­kę zwi­ja­ją­cą ban­da­że i prze­ka­za­ła jej miskę.

Elsa usi­ło­wa­ła usiąść, więc sza­ryt­ka uło­ży­ła po­dusz­ki tak, by za­pew­nić cho­rej wy­go­dę.

– Kto? – za­py­ta­ła bez więk­szej na­dziei na od­po­wiedź.

Po wyj­ściu ko­mi­sa­rza ko­bie­ta spała, potem przez chwi­lę mó­wi­ła coś do sie­bie, Cla­ris­se jed­nak nie zdo­ła­ła wiele z tych ury­wa­nych słów zro­zu­mieć. Wa­gner na­ka­zał jej robić no­tat­ki, więc ro­bi­ła. Skła­da­ły się z kilku po­wta­rza­nych w kółko fraz.

Prawa dłoń Elsy po­wę­dro­wa­ła do na­szyj­ni­ka. Sio­stra po­krę­ci­ła głową.

– Jeśli nic wię­cej mi pani nie powie, jak mamy go zna­leźć? Jak on się na­zy­wa? Kim jest dla…

Urwa­ła, bo twarz ko­bie­ty wy­krzy­wił gry­mas bólu. Nie zdej­mu­jąc pra­wej ręki z wi­sior­ka, Elsa lewą unio­sła do ust. Błę­kit­ne oczy wpa­try­wa­ły się w za­kon­ni­cę bła­gal­nie.

Sio­stra Cla­ris­se wy­cią­gnę­ła no­tat­nik i wpi­sa­ła tam od­po­wied­nią uwagę.

 

*

Ta­jem­ni­czy czło­wiek dawno wy­biegł za mia­sto. Po pół go­dzi­nie ści­ga­nia go przez las, w ro­sną­cej ciem­no­ści, Wa­gner uznał się za po­ko­na­ne­go. Prze­szedł jesz­cze kilka kro­ków, które dzie­li­ły go od łąki i po chwi­li wpa­try­wał się we wscho­dzą­cy za Renem księ­życ.

Srebr­na po­świa­ta od­bi­ła się od gład­kiej wody i od cze­goś na brze­gu. Za­in­try­go­wa­ny ko­mi­sarz pod­szedł tam, roz­glą­da­jąc się ostroż­nie, czy skądś nie wy­nu­rzy się wid­mo­wy prze­ciw­nik. Wokół pa­no­wa­ła cisza, prze­ry­wa­na je­dy­nie cy­ka­niem świersz­czy i ci­chym plu­skiem, kiedy ryby pod­pły­wa­ły do po­wierzch­ni.

Na tra­wie le­ża­ło białe pióro. Wa­gner pod­niósł je od­ru­cho­wo: bo­cia­ny przy­no­szą prze­cież szczę­ście, a żona chęt­nie wpla­ta po­dob­ne ozdo­by w bu­kie­ty. Było więk­sze od tych, które za­zwy­czaj przy­no­si­ła do domu, bar­dziej lśnią­ce. An­net­te się ucie­szy, może nawet nie bę­dzie krzy­czeć za włó­cze­nie się po nocy.

Mał­żon­ka nie do­sta­ła jed­nak pióra, a Wa­gner nie wró­cił szyb­ko do domu, po­nie­waż kiedy roz­my­ślał, wpa­trzo­ny w spo­koj­ny nurt rzeki, przy­po­mniał sobie dro­biazg z ra­por­tu o śmier­ci pana Au­tro­ut. Nie­mal rów­nie szyb­ko jak przy­biegł tutaj po­gnał teraz z po­wro­tem do sie­dzi­by me­ro­stwa i obu­dził zdu­mio­ne­go stró­ża. Chwi­lę póź­niej, prze­trzą­snąw­szy szu­fla­dę z ma­te­ria­ła­mi, któ­rych nie włą­czył do ofi­cjal­ne­go śledz­twa, wy­sy­pał z nie­du­żej ko­per­ty kilka bia­łych piór. Mniej­szych, bar­dziej pu­cho­wych, nie­mniej rów­nie lśnią­co bia­łych jak to zna­le­zio­ne nad rzeką.

 

*

Błę­kit­ne oczy po­wo­li zmie­nia­ły kolor, za­mie­nia­jąc się w pta­sią czerń.

Chwi­lę póź­niej ma­je­sta­tycz­ny ptak wzbił się w po­wie­trze, ale ko­bie­ta nie wi­dzia­ła tego przez łzy. Kiedy łopot skrzy­deł ucichł, po­czu­ła mu­śnię­cie na dłoni. Na zie­mię opa­da­ło białe jak śnieg pióro. Pod­nio­sła je i przy­ci­snę­ła do ust. Po po­licz­kach nadal spły­wa­ły jej lo­do­wa­te ni­czym krysz­tał­ki śnie­gu łzy.

 

*

– Wzrok już nie ten – mruk­nął znad lupy stary Neu­man – ale widzi mi się, że to nie bo­cia­nie pióra.

Wie­ko­wy na­uczy­ciel był za­pa­lo­nym or­ni­to­lo­giem, nie­jed­ne­mu pi­sklę­ciu, które wy­pa­dło z gniaz­da, skła­dał skrzy­dła czy nogi. Kilku ta­kich ku­la­wych oca­leń­ców, nie­zdol­nych od­le­cieć na zimę do cie­płych kra­jów, spa­ce­ro­wa­ło za­wsze po ogród­ku przy szko­le.

– Gdzie pan to zna­lazł? – Neu­man odło­żył lupę i wpa­try­wał się teraz w sto­ją­ce­go przed nim po­li­cjan­ta przez grube szkła sie­dzą­cych krzy­wo na nosie oku­la­rów.

– Duże nad rzeką, a te mniej­sze w sta­rej szo­pie. – Wa­gner nie chciał wcią­gać sta­rusz­ka w śledz­two, uznał więc, że takie trzy czwar­te praw­dy wy­star­czą.

– Dziw­ne, dziw­ne. – Na­uczy­ciel wziął po­now­nie lupę do ręki i chwi­lę jesz­cze przy­glą­dał się pió­rom. – Na moje oko to jakby ła­będź zgu­bił, ale mu­siał­by na to chyba z ja­kie­goś pa­ła­cu się tu za­błą­kać. Nie wi­dzia­łem tu dzi­kich ła­bę­dzi, wie pan, od lat, a prze­cież gdyby jakiś przy­le­ciał za­gu­bio­ny, to by mi dzie­cia­ki do­nio­sły. Po­wiem panu, że to bar­dzo, bar­dzo eks­cy­tu­ją­ce, może mi pan…

– To się wiąże z pewną spra­wą – prze­rwał mu Wa­gner. – Muszę już iść.

Nie miał wyj­ścia: jeśli Neu­man się roz­krę­ci, bę­dzie przez kilka go­dzin opo­wia­dał o zwy­cza­jach lę­go­wych róż­nych ga­tun­ków, a co gor­sza na pewno każe się za­pro­wa­dzić na miej­sce zna­le­zie­nia piór. Jakby ła­bę­dzie stanowiły ja­kieś ku­rio­zum!

– Pro­szę mi nie mówić, że ktoś ustrze­lił ła­bę­dzia?

Wa­gner stłu­mił jęk.

– Nie, nie, oczy­wi­ście, że nie. To tylko… Nie mogę wię­cej mówić, ta­jem­ni­ca pań­stwo­wa.

Nie lubił okła­my­wać uczci­wych ludzi. Nawet nie bar­dzo wie­dział, czemu ukry­wa przed Neu­ma­nem, skąd ma pióra. Pew­nie dla­te­go, że na­uczy­ciel uznał­by go za wa­ria­ta.

– Ale przyj­dzie pan znowu? Może wtedy…?

– Oczy­wi­ście. Był­bym za­po­mniał: żona prze­sy­ła ciast­ka.

Po­sta­wił ko­szy­czek na stole i uciekł.

Na ulicy przy­sta­nął, nie­pew­ny, co robić. Nawet jeśli jakiś sza­le­niec zo­sta­wia pióra na miej­scu zbrod­ni, na co zda się wie­dza, do ja­kie­go ga­tun­ku na­le­żą?

 

W biu­rze cze­ka­ło na niego kilka te­czek, przy­nie­sio­nych przez Mo­re­la, ar­chi­wi­stę. Po go­dzi­nie obraz sy­tu­acji zwią­za­nej z sa­mo­bój­stwem Au­tro­uta nie roz­ja­śnił się, choć kilka szcze­gó­łów nie da­wa­ło ko­mi­sa­rzo­wi spo­ko­ju.

Czło­wiek ten nie po­cho­dził stąd, nie był nawet Al­zat­czy­kiem. Dla czasu, kiedy miał się tu osie­dlić, w ak­tach ziała dziu­ra. Za­py­ta­ny, ar­chi­wi­sta podał wy­ja­śnie­nie, które Wa­gner aż za do­brze znał: pod­czas wojny roku czter­na­ste­go wiele do­ku­men­tów ule­gło znisz­cze­niu. Obaj wie­dzie­li też, że potem część akt za­gi­nę­ła bądź ce­lo­wo zo­sta­ła usu­nię­ta w wy­ni­ku po­li­tycz­nych za­wi­ro­wań. Zwłasz­cza wpły­wo­wi, za­moż­ni, nie­in­te­re­su­ją­cy się po­li­ty­ką oby­wa­te­le wo­le­li za­trzeć ślady z prze­szło­ści. A do­kład­nie kimś takim zda­wał się Au­tro­ut.

– Wie pan… – Morel za­trzy­mał się w progu. – Ja pa­mię­tam, jak on się tu spro­wa­dził. Ponoć zza Renu po­cho­dził, ale z fran­cu­skiej ro­dzi­ny, co tam się za ce­sa­rza osie­dli­ła. Z wiel­ki­mi pie­niędz­mi przy­je­chał, pi­wiar­nię za­ło­żył, co ją teraz młody We­in­traub pro­wa­dzi.

Za­śmia­li się, jak wszy­scy w Ha­gu­enau, z tego, że czło­wiek o takim na­zwi­sku sprze­da­je piwo za­miast wina, ale Wa­gne­ro­wi nie było do śmie­chu. Za­sta­na­wiał się, czy prze­szłość sa­mo­bój­cy skry­wa mrocz­ną ta­jem­ni­cę, i czy za­gad­ko­wa Elsa ma z tym co­kol­wiek wspól­ne­go.

Po­ja­wi­ła się kilka dni po sa­mo­bój­stwie bo­ga­cza. Ranna, sama na progu śmier­ci.

Zer­k­nął na no­tat­ki, które przy­sła­ła mu sio­stra Cla­ris­se. „On tu jest”, „bła­gam, znajdź­cie go”. Te zda­nia naj­czę­ściej się po­wta­rza­ły. „On” był kimś, kogo szu­ka­ła, czy też za­bój­cą? A może jed­nym i dru­gim?

Za­mknął tecz­kę, wło­żył do kie­sze­ni ko­per­tę z wszyst­ki­mi ła­bę­dzi­mi pió­ra­mi, i po­wę­dro­wał spo­koj­nym kro­kiem do szpi­ta­la. On też po­cho­dził zza Renu, naj­pierw jed­nak chciał po­ka­zać zna­le­zi­sko ta­jem­ni­czej ko­bie­cie.

 

*

Krzyk­nę­ła, kiedy nie­mal­że ośle­pi­ło ją świa­tło.

– Wró­ci­łeś – szep­nę­ła, po czym uzmy­sło­wi­ła sobie, że to nie on, choć tak bar­dzo mocno czuła jego obec­ność, za­głu­sza­ją­cą szept po­py­cha­ją­cy ją w ciem­ność.

To był znów ten męż­czy­zna, który zjawił się tu już wcze­śniej i pró­bo­wał z nią roz­ma­wiać. To on przy­niósł świa­tło. Za­ci­snę­ła znów palce na srebr­nym wi­sior­ku, je­dy­nym, co jej po­zo­sta­ło. Tam­ten wy­su­nął ku niej rękę i wtedy po­czu­ła, że jej głowa eks­plo­du­je świa­tłem, a potok myśli pły­nie pro­sto ku temu czło­wie­ko­wi.

Opo­wia­da­ła cha­otycz­nie o tym, co za­pa­mię­ta­ła z dzie­ciń­stwa, o tra­ge­dii, którą prze­ży­ła w mło­do­ści, o czło­wie­ku, który ją ura­to­wał i srebr­nym ptaku, który od­le­ciał, kiedy… Kiedy… Coś ści­snę­ło ją za gar­dło i wię­cej nie była w sta­nie po­wie­dzieć. Tak jak nie potrafiła przy­po­mnieć sobie wła­sne­go imie­nia. Ani jego imie­nia. Po­czu­ła znów na po­licz­kach pa­lą­ce łzy, a potem za­pa­dła ciem­ność.

 

*

– Ro­zu­mie coś sio­stra z tego?

Za­kon­ni­ca za­mru­ga­ła, bu­dząc się z ro­dza­ju transu. „Z czego?” – chcia­ła za­py­tać, choć wie­dzia­ła. Elsa usi­ło­wa­ła im opo­wie­dzieć swoją hi­sto­rię, po­ka­za­ła ob­ra­zy, z któ­rych wy­bi­jał się jeden: mło­de­go męż­czy­zny za­mie­nia­ją­ce­go się w ptaka, przez co ko­bie­ta usi­ło­wa­ła się zabić.

– Wy­da­je mi się – od­po­wie­dzia­ła po­wo­li, ocie­ra­jąc pot z czoła cho­rej i zer­ka­jąc po­dejrz­li­wie na białe pióro w ręce po­li­cjan­ta – że ona stra­ci­ła kogoś, kogo ko­cha­ła. To jego widzi jako od­la­tu­ją­ce­go ptaka, praw­da?

Po­li­cjant nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go. Ob­ra­cał pióro w pal­cach, wpa­trzo­ny w na­szyj­nik Elsy. Za­wiesz­ka była teraz bez­kształt­ną grud­ką sre­bra.

– Pa­mię­ta sio­stra, co to przedstawiało? Przyj­rza­ła się sio­stra?

Wy­si­li­ła pa­mięć. Z po­cząt­ku wzię­ła za­wiesz­kę oczy­wi­ście za krzy­żyk. Teraz nagle zro­zu­mia­ła, co widziała. Pod­nio­sła wzrok na po­li­cjan­ta i do­strze­gła w jego oczach, że on też już się domyślił.

– To był ła­będź, praw­da?

Po­tak­nę­ła.

*

Jesz­cze przed świ­tem ko­mi­sarz proś­bą i groź­bą wy­mu­sił na po­czmi­strzu wy­na­ję­cie mu naj­lep­sze­go konia i po­gnał na zła­ma­nie karku ku znaj­du­ją­ce­mu się kilka ki­lo­me­trów na pół­noc od Ha­gu­enau pro­mo­wi, a na­stęp­nie mach­nąw­szy urzęd­ni­kom przed nosem po­li­cyj­nym pasz­por­tem, prze­pra­wił się na nie­miec­ką stro­nę.

W ak­tach do­ty­czą­cych Au­tro­uta zna­lazł coś, co zro­zu­miał dzię­ki nie­skład­nym ob­ra­zom uka­za­nym przez Elsę. Po­wta­rza­ją­ce się dra­ma­tycz­ne wspo­mnie­nie nie po­zo­sta­wia­ło wąt­pli­wo­ści: coś ważnego wydarzyło się w Baden Baden, miej­sco­wości do­brze znanej Wa­gne­ro­wi z cza­sów, kiedy w tam­tych oko­li­cach upra­wiał jesz­cze zło­dziej­ski fach. Ku­rort był do­brym miej­scem, by okra­dać lub na­cią­gać na­iw­nych bo­ga­czy. Był też miej­scem, gdzie jedna z ta­kich przy­gód za­pro­wa­dzi­ła w końcu mło­de­go Al­zat­czy­ka na ga­le­ry, a tam wy­pa­trzył go szef Sûreté i za­mie­nił w stró­ża po­rząd­ku jak wielu mu po­dob­nych.

A w naj­wy­raź­niej prze­trze­bio­nych do­ku­men­tach po­wie­szo­ne­go przed­się­bior­cy za­plą­ta­ła się mała no­tat­ka celna z roku czter­na­ste­go, mó­wią­ca o tym, że Au­tro­ut przy­był z od­da­lo­ne­go o rap­tem dzie­sięć ki­lo­me­trów Ra­statt. Mia­sta, do któ­re­go pę­dził w tej chwi­li po­li­cjant z Ha­gu­enau. Mia­sta, w któ­rym jego krew­ny był sza­no­wa­nym kup­cem i rajcą. Mia­sta, w któ­rym spo­dzie­wał się zna­leźć ślady oboj­ga ta­jem­ni­czych sa­mo­bój­ców.

 

– Praca w po­li­cji ci służy – przy­wi­tał Wa­gne­ra kuzyn.

W jego gło­sie pobrzmiewała lekka iro­nia, ko­mi­sarz po­sta­no­wił to jed­nak zi­gno­ro­wać. Wy­łusz­czył spra­wę i go­dzi­nę póź­niej prze­glą­dał w miej­skiej bi­blio­te­ce ga­ze­ty sprzed ponad dzie­się­ciu lat. Przy są­sied­nim stole to samo robił He­in­rich, ły­piąc co jakiś czas po­dejrz­li­wie na krew­ne­go.

– Jest!

Młody bi­blio­te­karz rzu­cił fran­cu­skie­mu go­ścio­wi zgor­szo­ne spoj­rze­nie, ale Wa­gner le­d­wie to za­uwa­żył, po­nie­waż cią­gnął już ku­zy­na do gma­chu sądu, gdzie za­żą­dał wglą­du w akta pew­ne­go pro­ce­su, który roz­po­czął się tutaj w roku czter­na­stym, a za­koń­czył rok póź­niej nie­uda­ną ape­la­cją w Pa­ry­żu. Za­koń­cze­nie nie in­te­re­so­wa­ło ko­mi­sa­rza, in­te­re­so­wa­ły go na­zwi­ska i miej­sca. I zna­lazł je naj­pierw w ga­ze­cie w oso­bie oskar­żo­ne­go, a na­stęp­nie tu w oso­bie jed­ne­go z ko­ron­nych świad­ków. Zna­lazł też Baden Baden.

– Dzię­ku­ję – rzu­cił na po­że­gna­nie ku­zy­no­wi. – Wpad­nę kie­dyś na dłu­żej z An­net­te.

Nie cze­kał na re­ak­cję He­in­ri­cha, tylko wsko­czył na konia i po­gnał z po­wro­tem ku prze­pra­wie do Fran­cji.

Prom za­stał już za­mknię­ty na noc, a prze­woź­nik naj­wy­raź­niej po­zo­stał po fran­cu­skiej stro­nie, więc nawet nie można go było prze­ku­pić ani za­stra­szyć. Wa­gner za­klął pod nosem i skie­ro­wał kroki do obe­rży. Przez cały dzień pra­wie nic nie jadł, więc wrzu­cił w sie­bie trzy flam­m­ku­che­ny, ale nie wziął izby, tylko skie­ro­wał kroki z po­wro­tem nad skrzą­cy się w świe­tle księ­ży­ca Ren.

*

Elsa… Po­do­ba­ło jej się to imię. Pa­so­wa­ło. Gdyby tylko po­tra­fi­ła się jesz­cze uśmie­chać, uśmiech­nę­ła­by się do tego, jak brzmia­ło. Nie­mal­że sły­sza­ła jak on zwra­ca się do niej tym imie­niem.

Czło­wiek, który przy­niósł tu ośle­pia­ją­ce świa­tło, a wraz z nim pa­mięć, spra­wił, że na chwi­lę wró­ci­ła do tych chwil, kiedy była szczę­śli­wa. Do chwil, zanim usły­sza­ła szept, zanim w skle­pie nie­zna­jo­ma ko­bie­ta nie spoj­rza­ła na nią krzy­wo, zanim w mia­stecz­ku nie za­czę­to opo­wia­dać złych rze­czy. Zanim w jej wła­sne serce nie wkra­dła się po­dejrz­li­wość.

Jasne, cie­płe wspo­mnie­nia bla­dły, od­pę­dza­ne przez sza­rość tych strasz­nych dni, kiedy srebr­ny ptak od­le­ciał, a ona miesz­ka­ła w pu­stym domu, za­po­mi­na­jąc, kim jest, oto­czo­na przez rzu­ca­ją­cą jej po­gar­dli­we spoj­rze­nia służ­bę. Przez ludzi, któ­rzy zni­ka­li jeden po dru­gim, aż w końcu zo­sta­ła cał­kiem sama i wtedy po­szła nad Ren, w tej sukni, którą ma teraz na sobie, w tych sa­mych bu­ci­kach, w tym wszyst­kim, w czym kie­dyś była szczę­śli­wa, i z tą lo­do­wa­tą pa­miąt­ką uwie­szo­ną na szyi ni­czym ka­mień, który po­wi­nien po­cią­gnąć ją szyb­ko na dno rzeki, w za­po­mnie­nie, w wiecz­ny sen.

Pa­mię­ta­ła jak ostry metal rani jej nad­garst­ki, a potem po­win­na za­paść ciem­ność.

Nie zna­la­zła uko­je­nia. Woda wzbu­rzy­ła się w sre­brzy­stej po­świa­cie, a potem Elsa, która nie pa­mię­ta­ła swo­je­go imie­nia, zna­la­zła się tu, w tej ja­snej sali, wśród ludzi sta­ra­ją­cych się przy­wró­cić ją do życia, choć nie potrafili oddać jej pa­mię­ci.

 

*

Chłod­ny dotyk obu­dził sio­strę Cla­ris­se z drzem­ki. Błę­kit­ne oczy błą­dzi­ły po sali, aż w końcu spo­czę­ły na twa­rzy za­kon­ni­cy. Sza­ryt­ka po­gła­dzi­ła ko­bie­tę po dłoni. Chcia­ła po­wie­dzieć coś ko­ją­ce­go, ale po tym wszyst­kim, co wi­dzia­ła w cha­otycz­nych ob­ra­zach, ja­ki­mi chora za­rzu­ci­ła ją i ko­mi­sa­rza, sama nie znaj­do­wa­ła uko­je­nia w wy­uczo­nych for­mu­łach. Dok­tor wy­śmiał ma­gne­tyzm. Tu nie chodziło o ma­gne­tyzm, lecz o coś wię­cej. Cla­ris­se miała wra­że­nie, że zza opo­wie­ści o zdra­dzie, cier­pie­niu i roz­pa­czy, wy­zie­ra świa­tło, które mogłoby rozgo­nić wszel­ką ciem­ność, gdyby dane mu było roz­bły­snąć w pełni. I że ktoś, kto był po­wier­ni­kiem tego świa­tła, sam się mu sprze­nie­wie­rzył.

– Nie wolno wąt­pić – wy­szep­ta­ła Elsa. – Nie po­win­nam…

Za­kon­ni­ca po­tak­nę­ła, choć sama stała wła­śnie na progu zwąt­pie­nia.

– Za­da­łam py­ta­nie. – Słowa przy­cho­dzi­ły cho­rej z tru­dem, Elsa zda­wa­ła się to­czyć o każde z nich walkę z samą sobą albo czymś, co ją po­wstrzy­my­wa­ło od mó­wie­nia. – Szept mnie zwiódł. I on nie umilkł, jest tu. – Unio­sła dłoń ku gło­wie.

– Szept?

Elsa po­tak­nę­ła.

– Zabił mo­je­go ojca, chciał zabić też mnie. Zna­lazł mnie. To przez niego za­da­łam py­ta­nie.

Jej dłoń od­ru­cho­wo, jak tyle już razy, po­wę­dro­wa­ła do na­szyj­ni­ka, tym razem jed­nak cof­nę­ła się, do­tknąw­szy nie­fo­rem­nej grud­ki me­ta­lu.

 

*

Ren to­czył spo­koj­nie wody w świe­tle księ­ży­ca. Do chóru świersz­czy do­łą­cza­ły żaby i nocne ptaki. Coś za­sze­le­ści­ło w trzci­nach, jakby do brze­gu zbli­ża­ła się łódka albo duży ptak. „Ła­bę­dzie nie pły­wa­ją nocą” – po­my­ślał Wa­gner i w tej samej chwi­li wy­czuł za sobą obec­ność. Od­wró­cił się gwał­tow­nie. Przed nim stał młody męż­czy­zna o de­li­kat­nej uro­dzie, któ­re­go po­stać zda­wa­ła się roz­pły­wać w srebr­zystej po­świa­cie. Czar­ne oczy nabierały ja­śniej­szego blasku, aż ich barwa przeszła w błę­kit po­dob­ny do tę­czó­wek Elsy. Na zie­mię opa­dło kilka piór, szyb­ko jed­nak roz­pły­nę­ły się w ni­cość.

Wa­gner nawet nie drgnął i z nie­ja­ką sa­tys­fak­cją przy­glą­dał się zdu­mie­niu mło­dzień­ca. Przez chwi­lę stali wpa­trze­ni w sie­bie: doj­rza­ły męż­czy­zna o po­spo­li­tej, znisz­czo­nej twa­rzy, który w życiu wi­dział wszel­kie zło i wszel­ką na­dzie­ję świa­ta, chło­pak o wy­glą­dzie che­ru­bi­na, który miał krew na rę­kach. Ten drugi nie mógł wie­dzieć, że pod­czas pracy z Vi­do­cqiem w Pa­ry­żu ten pierw­szy wi­dy­wał rów­nież rze­czy dziw­niej­sze niż lu­dzie prze­mie­nia­ją­cy się w zwie­rzę­ta.

– Nie pró­bu­je mnie pan aresz­to­wać? – za­py­tał nie­zna­jo­my.

– Po co? Żeby wy­śli­zgnął mi się pan jako ła­będź?

Tam­ten le­d­wie za­uwa­żal­nie uniósł ką­ci­ki ust w bla­dym uśmie­chu.

– To nie­zu­peł­nie tak dzia­ła, ptak jest moim to­wa­rzy­szem – od­parł. – Ale chyba mamy waż­niej­sze rze­czy do ob­ga­da­nia, praw­da? Za­bi­łem prze­cież czło­wie­ka, sza­no­wa­ne­go oby­wa­te­la tej mie­ści­ny. Pan po­szu­ku­je mnie jako mor­der­cy.

Spo­sób, w jaki mówił to wszyst­ko, bez­brzeż­ny smu­tek wy­czu­walny za po­zor­nie obo­jęt­nym tonem, czy­nił z mło­dzień­ca znacz­nie bar­dziej nie­zwy­kłą isto­tę niż nad­ludz­ka uroda czy też ma­gicz­na prze­mia­na w ła­bę­dzia albo też po­kre­wień­stwo z nim.

– Ro­zu­miem, że miał pan powód – mruk­nął Wa­gner, sta­ra­jąc się nie pod­dać uro­ko­wi chło­pa­ka. Z jego punk­tu wi­dze­nia to za­bój­ca, który wła­śnie przy­znał się do zbrod­ni. – Do­my­ślam się też, że ten powód leży po dru­giej stro­nie rzeki i wiąże się z ro­dzi­ną pew­ne­go wy­so­ko po­sta­wio­ne­go fran­cu­skie­go urzęd­ni­ka z cza­sów, kiedy tam – wska­zał na od­le­gły brzeg – był Zwią­zek Reń­ski. Urzęd­ni­ka, który w roku czter­na­stym zo­stał fał­szy­wie oskar­żo­ny o de­frau­da­cje i zdra­dę. Do­my­ślam się też, że Au­tro­ut miał coś wspól­ne­go z tym oskar­że­niem i dzię­ki temu się wzbo­ga­cił.

– Szyb­kich ma pan in­for­ma­to­rów. – Chło­pak uśmiech­nął się krzy­wo.

– Moi in­for­ma­to­rzy na nie­wie­le by się zdali, gdyby nie Elsa.

Na dźwięk tego imie­nia młody męż­czy­zna po­bladł i omal nie rzu­cił się na Wa­gne­ra. Po­li­cjant wy­cią­gnął pi­sto­let.

– Nie zro­bię panu krzyw­dy. – Nie­zna­jo­my cof­nął się o krok, roz­kła­da­jąc ręce. – Nie po­wi­nie­nem był go za­bi­jać, nie wolno mi tak po­stę­po­wać. – Za­śmiał się krót­ko, gorz­ko, chra­pli­wym śmie­chem nie­pa­su­ją­cym do jego po­wierz­chow­no­ści. – Choć to już nie ma zna­cze­nia. Pierw­szy błąd po­peł­ni­łem, usi­łu­jąc oszu­kać prze­zna­cze­nie.

Wska­zał Wa­gne­ro­wi suchy pień, le­żą­cy kilka me­trów od brze­gu.

– To dłuż­sza opo­wieść.

 

*

– Kim jest twój mąż? – za­py­ta­ła są­siad­ka. – Skąd się wziął?

Nie ona pierw­sza za­da­ła to py­ta­nie. Pierw­szy zrobił to męż­czy­zna zapamiętany sprzed lat, ten sam, który ze­zna­wał w są­dzie prze­ciw­ko ojcu. Po­zna­ła­by go na końcu świa­ta, choć­by nosił kró­lew­skie szaty. Kła­mał w są­dzie, a ona pa­trzy­ła na niego, wie­dząc, że nie za­po­mni tej twa­rzy, tego ob­łud­ne­go tonu. Znała go, bo cza­sem przy­wo­ził do nich do domu za­mó­wio­ne przez matkę to­wa­ry. Pra­co­wał w skle­pie ko­lo­nial­nym w Baden Baden i za­wsze pa­trzył ła­ko­mym wzro­kiem na bo­ga­tych ku­ra­cju­szy. Dla­te­go nie lu­bi­ła tam jeź­dzić, miała wra­że­nie, że ten czło­wiek naj­chęt­niej po­za­bi­jał­by ich wszyst­kich.

Dla­cze­go więc nie­po­kój wkradł się w jej serce, gdy usły­sza­ła znów jego głos na we­ncie do­bro­czyn­nej, gdzie po­ja­wił się jako za­moż­ny przed­się­bior­ca z fran­cu­skiej stro­ny? Dla­cze­go dała po­słuch szep­tom? Jego szeptom? „Kim jest Jo­hann Schwan­ste­in?” „Kim jest twój mąż?”

Johann był pięk­ny jak po­ra­nek, kiedy po­ja­wił się w są­dzie. Jego ze­zna­nie nie zmie­ni­ło wy­ro­ku, od­wo­ła­nie na nic się nie zdało, ale ona wy­szła za swo­je­go zbaw­cę i za­miesz­ka­li nie­da­le­ko Ra­statt, w domu z wi­do­kiem na Ren i gniaz­dem bo­cia­nim na wy­so­kim słu­pie.

– Kim na­praw­dę je­steś? – za­py­ta­ła tam­tej nocy, kiedy ko­lej­ne ko­bie­ty za­cze­pi­ały ją, py­ta­jąc o mał­żon­ka.

Po­ło­żył jej palec na ustach.

– Na­zy­wam się Jo­hann Schwan­ste­in – od­parł – i je­stem twoim mężem. Nie wy­star­czy ci to?

Kim jesteś?

A potem biały ptak od­le­ciał, po­zo­sta­wia­jąc jedno srebr­ne pióro, które zmie­ni­ło się w za­wiesz­kę w kształ­cie ła­bę­dzia.

 

*

Wid­mo­wo biały, nie­mal­że srebr­ny w księ­ży­co­wej po­świa­cie ptak pod­pły­nął do brze­gu.

– Elsa to imię mojej matki – po­wie­dział chło­pak. –  To przez nią… Chcia­łem, by ko­bie­ta, w któ­rej się za­ko­cha­łem, nie po­dzie­li­ła jej losu. Pan nie ro­zu­mie, praw­da? A prze­cież ona to panu po­ka­za­ła?

Nagle w cha­osie ob­ra­zów Wa­gner do­strzegł tego mło­de­go męż­czy­znę. Przy­stoj­ne­go, ład­ne­go, choć nie tą nie­ziem­ską urodą, jaką wi­dział teraz. Jego twarz ścią­gnię­tą bólem, kiedy ko­bie­ta, którą ko­mi­sarz znał jako bez­i­mien­ną Elsę, pa­cjent­kę szpi­ta­la w Ha­gu­enau, wpa­try­wa­ła się w niego z prze­ra­że­niem, po­wta­rza­jąc py­ta­nie, któ­re­go nie po­win­na zadać.

– Je­steś anio­łem? – za­py­tał, nie wie­rząc w to, że takie py­ta­nie wy­szło z jego ust.

Chło­pak za­śmiał się.

– Nie, to tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne. Je­stem… Byłem ry­ce­rzem.

Za­wie­sił głos, ale Wa­gner nie pytał. Do­my­ślał się i nawet wie­rzył, że ten czło­wiek przy­był z daw­nych cza­sów, ze sta­rych le­gend. Nie takie rze­czy przecież się zda­rza­ją.

– Odzie­dzi­czy­łem po ojcu dar, który jest bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem. Mo­głem ura­to­wać i po­ślu­bić ko­bie­tę, któ­rej płacz do­trze do mnie i po­ru­szy moje serce, ale pod jed­nym wa­run­kiem.

Spoj­rzał py­ta­ją­co na ko­mi­sa­rza.

– Ona ma nie wie­dzieć, kim je­steś? Nie po­znać two­jej na­tu­ry?

– Go­rzej – od­parł kwa­śno mło­dzie­niec. – Nie może po­znać mo­je­go imie­nia. To nigdy nie wy­cho­dzi. Oj­ciec pró­bo­wał kilka razy, aż na­praw­dę za­ko­chał się w mojej matce. Ale i ona nie prze­szła próby, choć zdą­ży­ła uro­dzić mnie. A potem za­da­ła to nie­szczę­sne py­ta­nie. Wtedy on za­mie­nił się w ła­bę­dzia i nigdy wię­cej nie wró­cił do ludz­kiej po­sta­ci.

Biały ptak prze­chy­lił szyję i przyj­rzał się kry­tycz­nie Wa­gne­ro­wi. „Myśl” – zda­wał się mówić. – „Nie tak trud­no do­my­ślić się, jak bar­dzo głu­pio po­stą­pił mój syn”.

– Wpa­dłeś na po­mysł, że jeśli po­dasz fał­szy­we imię, klą­twa nie za­dzia­ła?

– Ma pan nie tylko do­brych in­for­ma­to­rów, ale jest pan też by­stry. – Rycerz wes­tchnął i rzu­cił w spo­koj­ną wodę mały kamyk. – Za­po­mnia­łem tylko o jed­nym: mo­głem być szczę­śli­wy z moją mał­żon­ką, ale ten, który zdra­dził jej ro­dzi­nę, oba­wiał się, że ona pa­mię­ta. Po­win­ni­śmy byli wy­pro­wa­dzić się na ko­niec świa­ta, gdzie nikt by nas nie zna­lazł, zamiast zo­sta­wać tutaj. Ja jed­nak tylko tu czu­łem się bez­piecz­ny, bo on – wska­zał na ptaka – jest zwią­za­ny z tą rzeką. Pra­gną­łem być zwy­kłym czło­wie­kiem, Jo­han­nem Schwan­ste­inem, u boku ko­bie­ty, którą po­ko­cha­łem, a jednocześnie po­zo­stać sobą, ła­bę­dzim ry­ce­rzem o nad­zwy­czaj­nych mo­cach.

Wa­gner mil­czał przez chwi­lę, przy­glą­da­jąc się pta­ko­wi za­ta­cza­ją­ce­mu kręgi na rzece. Miał wra­że­nie, że jego po­stać roz­ta­pia się w przed­świ­to­wej mgieł­ce.

– Au­tro­ut. Co pan z nim zro­bił?

– Nie trze­ba było wiele. Po tym, jak mu­sia­łem odejść od żony, sza­la­łem z roz­pa­czy. Kiedy po­ja­wi­łem się przed nim jako ry­cerz w lśnią­cej zbroi… Wziął mnie za anio­ła ze­msty. Któ­rym po­nie­kąd się sta­łem.

Po­li­cjant pod­niósł się z cięż­kim wes­tchnie­niem. Ski­nął na Jo­han­na, który po­słusz­nie ru­szył za nim.

 

*

Sio­stra Cla­ris­se wpa­try­wa­ła się w małą grud­kę me­ta­lu, która po­wo­li przy­bie­ra­ła kształt srebr­ne­go pióra. Pre­zent od Elsy. Pióro ema­no­wa­ło bla­skiem, o jakim sza­ryt­ka czy­ta­ła tylko w jed­nej opo­wie­ści. Świa­tłem, jakim ponoć ja­śniał świę­ty kie­lich, zwany Gra­alem. Za­ci­snę­ła palce na za­wiesz­ce i po­czu­ła cie­pło, a jej dło­nie roz­ja­śnił blask.

Młody męż­czy­zna, który przy­szedł po żonę do szpi­ta­la, od­wró­cił się w drzwiach i po­słał pie­lę­gniar­ce uśmiech kogoś, kto wi­dział cuda nie­do­stęp­ne ludz­kie­mu oku.

 

*

 

– Au­tro­ut po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Za­my­kam spra­wę.

Mer spoj­rzał na Wa­gne­ra ba­daw­czo.

– A ta ko­bie­ta?

– Zna­lazł się jej mąż. Miesz­ka­li po dru­giej stro­nie Renu, nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek. – Na szczę­ście mer nie wie­dział o ra­nach na rę­kach. – Chcą tu za­miesz­kać. On przej­mie szko­łę po Neu­ma­nie, jest na­uczy­cie­lem hi­sto­rii.

Mer po­ki­wał głową i pod­pi­sał po­da­ne mu pa­pie­ry.

Wa­gner zaś udał się do domu sta­re­go na­uczy­cie­la, gdzie do ka­le­kich bo­cia­nów do­łą­czył pły­wa­ją­cy w staw­ku przy szko­le pięk­ny biały ła­będź.

Koniec

Komentarze

Udany, nastrojowy tekst, jak zwykle u ciebie ładnie i subtelnie odwołujący się do historycznych realiów (tu np. w losie republikanina za francuskiej Restauracji). Ładnie napisana postać nieszczęśliwie kochającej bohaterki – moim zdaniem emocjonalnie trafiona w dziesiątkę. Fajna też postać Wagnera, w ogóle dobrze ci wychodzą tacy zwykli ludzie, pisani nie od sztancy, choć, owszem, umocowani w pewnych archetypach i literackich modelach.  

Będę jednak z ogromnym zainteresowaniem śledzić, jak będą odczytywać go osoby, które w odróżnieniu ode mnie nie znają dobrze opowieści, na której się oparłaś. Bo mam wrażenie, że dla nich tożsamość bohatera i związek z łabędziem (i tożsamość łabędzia, powiedzmy sobie szczerze) może pozostać nieco niejasna. 

To ja może wrzucę tu tę inspirację ;) Niestety nie znalazłam wersji z napisami, za to ta bardzo pasuje scenograficznie do opowiadania:

 

https://www.youtube.com/watch?v=FioGST4B4Jg

 

Btw inspirowałam się też innymi opowieściami z tego “łabędziego” cyklu, więc znajomość tego nie jest konieczna, mam nadzieję.

http://altronapoleone.home.blog

Cześć,

 

Piękna i nienachalna inspiracja Lohengrinem. Czytałem z przyjemnością i wchłonąłem opowiadanie jednym tchem, bo bardzo lubię tę historię, zarówno w wersji poematu Rycerz łabędzia, jak i w operze Wagnera, które przecież nieco się różnią.

Fabułę prowadzisz wartko, bez dłużyzn, cały czas trzymając (przynajmniej mnie) w zaciekawieniu, co będzie dalej. Odkrywanie kolejnych nawiązań, od łabędzich piór do, nieprzypadkowych przecież, imion niektórych bohaterów, wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Gdybym mógł, klikałbym jak szalony do biblioteki. A ponieważ nie mogę, składam jedynie wyrazy uznania i podziwu. Fantastyczna robota. :)

 

Pozdrawiam!

Hej,

Początek opowiadania bardzo mi się podobał. Zaciekawiłaś mnie. Narracja przyjemna, postacie także. Ale im dłużej czytałem, tym bardziej traciłem zainteresowanie. Brakowało mi zrozumienia. Wykreowany świat jest klimatyczny (dużo czasu spędziłaś na worldbuilding), ale też zbyt nienamacalny/nieograniczony, aby utrzymał moje zaangażowanie. A szkoda. Przez to środek się dłużył. Brnąłem do końcówki, choć ta akurat mi się spodobała.

Nie rozumiem też reakcji Siostry na chorobę Elsy. Podejrzewana była próba samobójstwa lub morderstwa. Dlaczego więc Elsa trwała w letargu przez kilka dni? Dlaczego mogła przestać oddychać? To chyba nie są normalne efekty takiej traumy. Więc czy nie powinno to sugerować czegoś innego niż próbę samobójstwa/morderstwa?

Pozdrawiam :)

Stary policjant jednak odmrukiwał tylko krótko, że nie każde zabójstwo ma tło rabunkowe, nie dając się wciągać w dalsze dysputy. Dalsze dysputy mogłyby kosztować komisarza 

Tego typu powtórzenia osobiście mnie drażnią. Bo albo szukasz synonimu dla danego słowa, albo dajesz jakieś magiczne słowo, które mówi nam, że dane powtórzenie jest celowe. Choćby:

Dalsze dysputy mogłyby bowiem… 

 

*

– Czyli siostra uważa, że skrzywdził ją ktoś, kto podarował jej ten wisiorek?

Teraz drobnostka nad drobnostkami, ale jako ktoś, kto ma nerwicę natręctw, muszę zwrócić uwagę :D Jeśli od poprzedniego fragmentu masz spację odstępu od gwiazdki, to zrób to samo między gwiazdką a fragmentem niżej ;) :P

 

Dobra, dalej skupiłem już tylko na treści więc do rzeczy!

No, urzekłaś mnie tym tekstem. Przyznam się, że wcześniej nie znałem opowieści, na których się oparłaś, ale zaznajomiłem się z nimi po wpisie Adka. No i tym bardziej doceniłem to opowiadanie, choć bez tej znajomości, tekst był dla mnie również bardzo dobry. 

Przede wszystkim, drakaino, bardzo fajnie zaczynasz. Taką plątaniną teraźniejszości z przeszłością, lekką mieszanką historii bohaterów i wydarzeń, w które nasz rzucasz. To wszystko sprawia, że od początku wchodzę w tekst z zaciekawieniem. Piszesz, jak piszesz. Czyli ładnie, obrazowo, miejscami wzbudzasz emocje, chce się czytać mówiąc wprost. 

Jeno jednym chciałbym się z Tobą podzielić, tak między nami. Wchodzę na Twój tekst i widzę na dzień dobry w tagach: FRANCJA, XIX w.

Nie mówię, że to źle bazować na swym koniku, ale nie opuszczając swojej bezpiecznej przystani sprawiasz, że Twoje teksty są naprawdę dobre, jak ten, ale nie zaskakują. Przynajmniej tych czytelników, którzy czytają któryś z kolei już Twój tekst. Możesz zaskoczyć fabułą, ale nie zaskoczysz otoczką. Czy jest to dobre na dłuższą metę? 

Nie odbieraj tego negatywnie. Dzielę się tylko własnymi przemyśleniami. Wielu autorów piszących fantastykę (a pewnie i większość) bazuje na swej specjalizacji i na tym, na czym zna się najlepiej. Proste i logiczne. Wykorzystują to najczęściej przy powieściach. Ja osobiście cenię wariację. Cenię różnorodność. I jeśli nie jestem fanem XIX w. Francji, to chciałbym co jakiś czas przeczytać coś od autorki (którą lubię i cenię) coś wyłamującego się z tych granic.

I to chyba tyle wywodu. Zgłaszam opko do biblio, bo mogę i oczywiście z pełną świadomością chcę.

 

Cześć, Drakaino!

 

Bardzo nastrojowy tekst z ciekawą, niespieszną narracją. Przeniesienie legendy w kontekst czasów nieco bardziej racjonalnych sprawdza się w konwencji, którą tu przyjęłaś. Wyszła więc taka troszkę bajka, a troszkę realizm magiczny. Klimat tego tekstu z pewnością zostanie ze mną na dłużej, więc zgłaszam, gdzie trzeba.

Pozdrawiam

Bardzo wam wszystkim dziękuję za miłe słowa o tym tekście, nie spodziewałam się tak dobrego “bilansu otwarcia” :)

 

Adku_W – cieszy mnie, że ktoś rozpoznał Lohengrina i nie uznał dorobienia mu syna za świętokradztwo. Ciekawi mnie też, które imiona rozszyfrowałeś :)

 

Realucu – bardzo mi miło, że sumarycznie wypadło okej, bo jesteś ostrym krytykiem. Co do dalszych dysput, powiem tylko, że jest to figura stylistyczna nazywająca się “conduplicatio” (dziękuję, ninedin!) i niestety zdarza mi się ją celowo stosować ;) Co do nerwicy natręctw – niestety na razie nic z tym nie zrobię, bo okazuje się, że wolny wiersz po gwiazdce liczy się dla portalowego licznika jak znak, więc przekroczyłabym limit XD

 

Co do tej Francji… Tu poniekąd odpowiedź na Frezera

dużo czasu spędziłaś na worldbuilding

No właśnie nie spędziłam. Dziewiętnastowieczną Francję znam chwilami lepiej niż dwudziestopierwszowieczną Polskę i dlatego najchętniej tam umieszczam fabuły. Do tego opka musiałam właściwie sprawdzić tylko demografię Haugenau w epoce (bo samą miejscowość wybrałam ze względu na lokalizację: Alzacja, blisko Renu, blisko w miarę ważnego politycznie niemieckiego miasta, samo miasteczko bez szczególnych obciążeń kulturowych), tzn. czy miało ponad 5 tys. mieszkańców, bo dopiero przy takiej populacji będzie miało własnego komisarza policji.

Stąd ta predylekcja. Bronić się będę tym, że jak pisarz, taki choćby Wegner czy Pilipiuk, pisze wciąż w tym samym uniwersum, to czytelnicy nie mają mu tego za złe, wręcz przeciwnie. Może w końcu uda mi się ten świat wykreować na tyle plastycznie, że będzie dla czytelników czytelny? Wszędzie staram się przemycić co nieco z historii, zarysować tło. A po prostu tworzenie własnych fantasylandów średnio mnie kręci – próbowałam, ale zawieszam się na tym, że… worldbuilding pochłania mnie do tego stopnia, że zapominam o pisaniu fabuły ;)

 

Natomiast w razie czego polecam opowiadania o Gienku Widoku, dziejące się w latach osiemdziesiątych XX w. czyli przaśnym PRL :) Tam opuszczam swoją bezpieczną przystań i risercz, jaka była struktura milicji i urzędów z nią związanych kosztował mnie znacznie więcej czasu devil

 

Ninedin i Oidrin – ogólnie podziękować za kliki :)

 

Frezerze

Podejrzewana była próba samobójstwa lub morderstwa. Dlaczego więc Elsa trwała w letargu przez kilka dni? Dlaczego mogła przestać oddychać? To chyba nie są normalne efekty takiej traumy. Więc czy nie powinno to sugerować czegoś innego niż próbę samobójstwa/morderstwa?

Tu istotnie wchodzi dodatkowo kwestia magii i magicznego ratunku :) Ale bohaterowie nie mogą tego natychmiast wymyślić, bo to nie jest świat, w którym wszyscy wiedzą o magii czy niezwykłych zjawiskach. Ta wiedza w moim będącym lekko alternatywną Europą, głównie XVIII/XIX w., uniwersum jest dostępna tylko niektórym ludziom. A że mamy lata ‘20 XIX wieku, to i medycyna nie jest jeszcze bardzo rozwinięta, więc prowincjonalny lekarz nie będzie dociekał, czemu zasadniczo zdrowiejąca pacjentka nie wybudza się z letargu.

http://altronapoleone.home.blog

Szczerze mówiąc, rozpoznałem trzy, z czego dwa są dość oczywiste. :) Elsa, rzecz wiadoma, w poemacie małżonka Lohengrima, w operze zaś była broniona przez niego przed oskarżeniami o morderstwo. Wagner, jako autor opery też nie stanowi tajemnicy. Natomiast Schwanstein ( dziś Neuschwanstein) to wszak zamek zbudowany przez bawarskiego króla Ludwika II, który nie tylko przyjaźnił się z Wagnerem, ale zafascynowany jego utworami, a także pod wpływem silnej inspiracji średniowieczem, nakazał właśnie budowę tego zamku. Tyle wyłapałem, jeśli było coś jeszcze, to umknęło mi. :) No i Schwanengesang. Łabędzi Śpiew. Zbiór pieśni z 1828 roku, wydany do poezji, między innymi, Johanna Seidla. Choć nie wiem, czy akurat w tym wypadku Johann nie jest przypadkowy. :)

Brawo, ale jest coś jeszcze :) Nazwisko “czarnego charaktera” jest znaczące, ale inaczej, bo to nie jest istniejące francuskie nazwisko, aczkolwiek można by na upór je wywieść od “truite” czyli pstrąg, co dawałoby kolejną muzyczną konotację :D

Johann jest natomiast przypadkowy, chodziło mi o jak najbardziej pospolite imię, wyjściowo zresztą on się miał nazywać Jean Cigneau, czyli Łabędziątko, ale potem doszłam do wniosku, że powinien mieć niemieckie nazwisko i został Johannem, no i poszłam w Ludwika zamiast zdrobnienia, rzecz jasna :D Ale fajnie, że taki zbieg okoliczności, bo oczywiście tytuł (wymyślany na szybko, w ostatniej chwili) nawiązuje do tego zbioru.

http://altronapoleone.home.blog

Kwintet fortepianowy A – dur pod tytułem "Pstrąg". Napisany, podobnie jak Schwanengesang, przez Schuberta. Oczywiście. :) Idąc dalej, porównał bym idylliczną opowieść o pstrągu, który wesoło pływa sobie w rzeczce, dopóki nie kończy na haku rybaka, do beztroskiego i bogatego życia czarnego charakteru, który kończy na sznurze. Ale nie wiem, czy nie brnę za głęboko. :D

Brniesz, bo to akurat przypadek, aczkolwiek raduje się serce moje, że ktoś tu zna taką muzykę ;) Chodzi o to, jak to nazwisko się czyta, jednakowoż

http://altronapoleone.home.blog

A u Drakainy coraz lepiej :) Nie wiem dlaczego, ale coraz lepiej czyta mi się Twoje historie, może kwestia przywyknięcia do autora, a może, co bardziej prawdopodobne, autor dojrzewa i jest w stanie wydobyć z siebie w pisarstwie coraz cenniejsze skarby. 

Tekst wciąga od samego początku, a potem niemalże biegnie się przez niego do samego końca, mimo iż akcja sama w sobie raczej nie pogania, tylko emanuje klimatem i magią.

Oczywiście klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie :)

Katio, bardzo Ci dziękuję! Miło Cię znowu widzieć aktywną, no a taki komentarz… Cóż tu odpowiadać? Pozostaje mi jedynie dygnąć i spłonić się jak grzeczna panienka z epoki ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo przyjemne opowiadanie, choć może nie wszystko mnie przekonało, ale to drobnostki. Z racji delegacji (oł jea) i padania na pysk, obiecuję nieco większe rozpisanie w weekend – na komorce cieżko, a nabrałem jakiegoś obrzydzenia do kompa na dziś. Pozdrawiam :)

Urocze, pochłaniające opowiadanie – widać, że czujesz się w tym świecie co najmniej równie swobodnie jak w naszym. Potrzeba trochę wiedzy historycznej, wcale nie jestem pewien, czy wszystko uchwyciłem, ale to przecież nie szkodzi, już sam klimat jest fascynujący.

Od razu przypomniała mi się jedna z najwspanialszych scen Nietoty, zbudowana właśnie na nawiązaniach do Lohengrina, a nawet bardziej do Ludwika II, nieszczęsnego Króla-Łabędzia. Pozwolę sobie zacytować choćby wyrywkowo.

 

(Księżniczka Zolima przemawia na przyjęciu):

– Król (…) miewał też napady furii:

ścisnął raz między drzwiami na śmierć kamerdynera. Opornych krytyków – nie, radców chce ze skóry obdzierać, wieszać, zamykać w celach podziemnych. Lecz nikt go już nie słucha.

Wstrząsającą jest chwila, kiedy lekarze czają się nań w ciemnym korytarzu: król idzie na wysoką wieżę, aby się z niej rzucić i wtedy znienacka go chwytają.

Chory umysłowo cztery dni tylko przebył nad jeziorem w zamku Starnberg.

Śmierć jego nie była tragiczna: pragnąc uciec za granicę do Austrii i walcząc z doktorem, skończył apopleksją w jeziorze, w miejscu, gdzie było ledwie po pas głęboko.

(…)

Może by zrobić też jak król? ten kazał wykopać staw, aby mógł jeździć na swej łódce, jako Lohengrin. Jednak ujrzał na dnie asfalt i był zrozpaczony; aliści ein Rath kazał wodę zabarwić na błękitno przy pomocy kobaltu miedzi, odtąd robiła wrażenie głębi.

Jednakże było za cicho w tych głębinach.

Więc podwodnym młynkiem zaczęli robić fale, i tak groźny był efekt, że król Lohengrin wpadł do wody, gdyż się łódź, już całkiem niemistyczny przedmiot, wywróciła!

Staw ten był zbudowany na tarasie; kiedy kobalt zaczął wyżerać dno asfaltowe, woda wdarła się przez sufity do pokojów i uczyniła dekoracje w stylu jaskiniowym.

Czy na pańskim morzu będą pancerniki?

czy w oranżerii ducha, gdzie hodują się tylko Kainotheria i węże siedmiomilowe, każe pan zrobić panoramę Tatr? mów, o Miło-ssący polski Lohengrinie!

(Ariaman uśmiecha się, ale tak – jakby miał zaraz lawinę strącić na całe towarzystwo! –)

Książę zaśpiewał z jakiejś operetki:

– Raz w piękny dzień moja matka,

kiedy ją łabędź w objęcia brał,

broniła się jemu do ostatka,

lecz któżby się łabędzia bał?

(…)

Zolima podeszła do Ariamana.

– Pan chciał ze mną mówić poważnie? Teraz ja zacznę i skończę w trzech słowach.

Tej nocy ja wybieram jednego z was trzech. Muszę to uczynić, bo jestem związana bezwzględnością zakonu i jest nade mną magnetyzm.

Jeśli Pan jest jasnowidzący, jeśli Pan może przezwyciężyć przestrzeń, moralność, nieprawdopodobieństwo – –

to się wtedy okaże – –

Skończyłam.

 

Cytowałbym jeszcze i dalej, bo warto, ale to już przybiera niepokojące rozmiary. Zmierzam w każdym razie do tego, że łabędź w literaturze jest ciekawy, nasycony znaczeniami i interpretacjami. Przemiana w łabędzia daje dużo więcej do myślenia niż przemiana, powiedzmy, w wilka. Tutaj cudowny jest zwłaszcza łabędź-tatuś, rugający pierworodnego bez słów. Możliwe, że trochę przy tym syczał, takie przynajmniej mam doświadczenia z łabędziami. Sss(partaczyłeś) sss(prawę), sss(yneczku).

Skoro już przy tym jestem, zapytam może o fragmenty fabuły, których spójność logiczna mi umyka.

– Kim naprawdę jesteś? – zapytała tamtej nocy, kiedy kolejne kobiety zaczepiały ją, pytając o małżonka.

Położył jej palec na ustach.

– Nazywam się Johann Schwanstein – odparł – i jestem twoim mężem. Nie wystarczy ci to?

A potem biały ptak odleciał, pozostawiając jedno srebrne pióro, które zmieniło się w zawieszkę w kształcie łabędzia.

Jak to rozumieć? Czy podanie fałszywego imienia uaktywniło klątwę, pacząc ją jednak na tyle, że Johann zmienił się w łabędzia tylko tymczasowo, a Elsa dostała rykoszetem i straciła pamięć? Czy może on uciekł, aby nie musieć szczerze odpowiadać na pytanie, a ona zapadła na zdrowiu, ponieważ jej umysł w jakiś sposób uzależnił się od jego aury magicznej? Taki wariant lepiej by się zgadzał z tym, że w zakończeniu opowiadania Elsa najwyraźniej powróciła do zdrowia, kiedy ukochany do niej dołączył. Mam jednak wrażenie, że i to nie do końca wyjaśnia przebieg zdarzeń.

Był piękny jak poranek, kiedy pojawił się w sądzie. Jego zeznanie nie zmieniło wyroku, odwołanie na nic się nie zdało, ale ona wyszła za swojego zbawcę

Skoro nie był w stanie w niczym pomóc, w jakim sensie był jej zbawcą? Czy takie słowo pojawia się dlatego, że zaoferował jej opiekę po utracie ojca? Może mogłoby tak być, nie do końca czuję klimat epoki, ale to chyba niezupełnie wynika z tekstu.

I teraz kilka pytań, które nie wynikają z niezrozumienia, lecz z wątpliwości co do realiów. Wiem, że znasz je znakomicie, ale współczesnemu bardzo trudno wiedzieć w szczegółach, co kiedyś było oczywiste, co mało prawdopodobne, a co całkiem niemożliwe. Łatwo sprawdzić przebieg wojen, ale zorientowanie się w codzienności zwykłych ludzi wymaga czujnego przekopania ogromnego materiału źródłowego, jako że nikt o tym na ogół nie starał się specjalnie pisać. Konkretnie zatem…

Siostra Clarisse przysypiała przy pacjentce. Młoda kobieta, leżąca od kilku dni w szpitalu w Haguenau, nie dawała znaków życia

Jak pamiętam z lektur, na przykład, o losach Norwida, jeszcze w kilkadziesiąt lat później szpital był raczej przytułkiem dla ubogich, a szpitale w dzisiejszym rozumieniu występowały rzadko i tylko w największych miastach, czasem przy uniwersytetach z wydziałami medycznymi; lekarze woleli raczej odwiedzać chorych w domach, zwłaszcza że nie istniał wówczas stacjonarny sprzęt medyczny, który mógłby czynić różnicę. W takiej Warszawie pierwsza fala intensywnego rozwoju szpitalnictwa to dopiero lata 50.-60. XIX wieku.

Wyłuszczył sprawę i godzinę później przeglądał w miejskiej bibliotece gazety sprzed ponad dziesięciu lat.

Miejska biblioteka? W tamtych czasach, kiedy analfabetów było więcej niż ludzi? Nie czuję się na siłach wykluczyć, ale brzmi naprawdę zaskakująco.

Na dźwięk tego imienia młody mężczyzna pobladł i omal nie rzucił się na Wagnera. Policjant wyciągnął pistolet.

Czy wyciągnąłby pistolet? Wtedy jeszcze nie było wielostrzałowców, pistolet dawał jedną szansę, a przy tym miał małą siłę strzału i bardzo wątpliwą celność. Mam wrażenie (ale nie pewność), że w odruchu samoobrony sięgano raczej po szpady i tym podobne. Pierwszy w miarę nowoczesny pistolet to dopiero Browning M1900, a i jego naboje potrafiły zatrzymywać się mniej więcej na czymkolwiek (gorset, ordery, książka, duży guzik; bardzo znany jest też przypadek Walerego Sławka, który postrzelił się w tylną ścianę gardła, ale kula nie przebiła się do mózgu).

 

To chyba tyle pytań i dociekań z mojej strony. Ja, niestety, jeszcze nie mogę się do tego dołożyć, ale Biblioteka i tak jest nieunikniona, a i piórko mnie szczególnie nie zdziwi. Dziękuję Ci, że chciałaś być naszą przewodniczką po ponapoleońskiej Francji.

Łał, Ślimaku, ależ komentarz, wprawdzie we współautorstwie z Micińskim, ale jednak – imponujący :) Dzięki za cenne uwagi i pytania, postaram się odpowiedzieć jak najdokładniej.

 

Sss(partaczyłeś) sss(prawę), sss(yneczku).

 

heart Mnie się zdarzało “rozmawiać” z łabędziami, bo nieźle naśladuję akurat wydawane przez nie dźwięki, więc coś wiem zwłaszcza o tym, jak reaguje łąbędź zaniepokojony tym, że słyszy, a nie widzi rywala…

 

Co do kwestii historycznych.

 

Szpital

Z dużym wstydem przyznaję, że na Norwidzie i polskiej emigracji znam się słabo, mam dość potępieńczych swarów hic et nunc, żeby się jeszcze zajmować nimi in illo tempore ;) Niemniej Dom Św. Kazimierza, w którym zmarł, nie był instytucją francuską, ale prywatną polską. I właśnie przytułkiem, a nie szpitalem. W dodatku to już Trzecia Republika, której wyjątkowo nie lubię :D

Natomiast ogólnie szpitale w dziewiętnastowiecznej Francji są zaskakująco nowoczesne, jak na możliwości medycyny, która zresztą już na początku wieku stoi na niewiarygodnie wysokim poziomie – z zachowaniem proporcji, bo oczywiście np. znieczuleń nie znano, a aseptykę co najwyżej przeczuwano. To już absolutnie nie są umieralnie, to są szpitale, w których leczy się skomplikowane choroby, a w 1811 roku przeprowadza udaną operację mastektomii z powodu raka piersi – pacjentka żyła następnie kilkadziesiąt lat! Także np. psychiatria (a raczej alienizm, bo tak się to nazywało) stoi na poziomie odbijającym o kilka poziomów od reszty Europy, głównie traktowaniem chorych, ale też zrozumieniem dla specyfiki chorób. Oczywiście wedle naszych standardów nie było to tip top, bo po prostu pewnych rzeczy jeszcze nie znano, choć znano więcej, niż się powszechnie sądzi, ale po prawdzie wiele polskich szpitali w XXI w. też nie jest…

Akurat w Haguenau, miasteczku całkiem sporym, już wcześniej działał spory szpital wojskowy, zamieniony na miejski, a następnie na coś innego (zapomniałam na co). A sprawdziłam sobie demografię, bo potrzebowałam, żeby miało ponad 5 tys. mieszkańców, bo dopiero wtedy miało osobnego komisarza policji :)

Natomiast, z całym szacunkiem, “taka Warszawa” jest w XIX w. o kilka dekad za Paryżem, co widać np. idealnie w “Lalce” Prusa i wrażeniach Wokulskiego z Paryża…

Ludzie sobie zazwyczaj nie zdają sprawy z tego, jak gigantyczne reformy cywilne nastąpiły we Francji już w epoce napoleońskiej. Jednym z powodów, dla których piszę bloga o tej epoce, jest odczarowywanie memu, że to tylko wojny. Lata ‘20 to pod wieloma względami regres, ale nie aż taki, żeby cofnąć te cywilizacyjne zmiany.

 

Biblioteka i alfabetyzm

Jak najbardziej. Alfabetyzm we Francji pod koniec XVIII w., w przededniu Rewolucji, wynosił ok. 50% całej populacji męskiej, 40% całej kobiecej, oraz odpowiednio 90% i 80% w Paryżu. Epoka napoleońska – znowu: gigantyczny wzrost alfabetyzmu na prowincji, bo po pierwsze żołnierzy uczono czytać i pisać w armii (stąd następnie wysyp pamiętnikarstwa, które sprawia, że tak cudownie bada się tę epokę), po drugie coraz powszechniej, choć jeszcze niesystematycznie w sensie instytucjonalno-biurokratycznym kształcono dziewczęta.

Tu wprawdzie bibliotekę mam w Rastatt, czyli w Niemczech, ale tam przez cały okres Związku Reńskiego (1806-13) była taka trochę Francja, więc i biurokracja i instytucje, a i wcześniej to też były tereny dość kulturowo do przodu. Czyli: we Francji byłoby bardziej prawdopodobne, ale akurat tu nie jest niemożliwe. Może takie archiwum miejskie z czytelnio-biblioteką raczej.

 

Pistolet

Po pierwsze to już nie czasy, kiedy nosi się przy boku szpadę. Wojskowi – tak, policjant w tym czasie – jeszcze nie. Umundurowani policjanci pojawiają się w Paryżu dopiero w 1829 roku, a moje opowiadanie dzieje się kilka lat wcześniej. Natomiast wielostrzałowce są znacznie wcześniejsze (tzw. pepperbox, znalazłam, że po polsku nazywa się to “rewolwer wiązkowy”, konstrukcja skądinąd jest znacznie wcześniejsza niż podaje polska wikipedia, z muzeów znam egzemplarze siedemnastowieczne, a były chyba nawet starsze), a i jednostrzałowcem da się kogoś położyć, jak się dobrze strzela. Także pistolety (skałkowe lub potem kapiszonowe) bardzo niewielkich rozmiarów są w powszechnym użytku. Rewolwery, Colty, też już zresztą pojawią się niedługo.

Co do zatrzymywania się naboi – cóż, ryzyko… Wiele pomysłów literackich na tym się opierało ;)

 

A już wewnątrztekstowo

Skoro nie był w stanie w niczym pomóc, w jakim sensie był jej zbawcą? Czy takie słowo pojawia się dlatego, że zaoferował jej opiekę po utracie ojca? Może mogłoby tak być, nie do końca czuję klimat epoki, ale to chyba niezupełnie wynika z tekstu.

Hmm. Pewnie trochę limit zjadł te wyjaśnienia, ale tak, zasadniczo o to chodzi: dziewczyna po stracie ojca i konfiskacie majątku była w zasadzie zdana na łaskę losu (miałam gdzieś dodać, że matka zmarła). Nie chciałam, żeby było jak w Lohengrinie, gdzie bohater wygrywa pojedynek o honor Elsy, bo to już nie te czasy, no i sprawa byłaby głośna. Więc w ramach tego, że Europa pokongresowa robi się coraz bardziej mieszczańska, uznałam, że i rycerz Graala stanie się taki właśnie – mieszczański ;)

 

Spójność fabuły… Limit. Ale poza tym Elsa rozłączona z ukochanym traci pamięć, bo w pewnym sensie klątwa tak na nią działa, tak sobie to założyłam. Ma być baśniowo, plus ona “odpływa”, przeszłość widzi wizyjnie i nieciągle.

 

Jeszcze raz: wielkie dzięki!

http://altronapoleone.home.blog

 Ładne połączenie łabędzi z Twoją ulubioną dziewiętnastowieczną Francją.

Nie wszystko jest dla mnie jasne (dlaczego wisiorek zmieniał kształt, jak wyjaśnić odgadnięcie imienia, światło bijące od policjanta?), ale nie będę się zbytnio czepiać.

Tekst stoi nastrojem i Twoją znajomością realiów.

Nawiązania inteligentne.

Nawet jeśli jakiś szaleniec zostawia pióra na miejscu zbrodni, co da mu wiedza, do jakiego gatunku należą?

Czyli co da wiedza szaleńcowi? Nie o to chodziło. Zdaje mi się, że jest taki usterek więcej, acz to może być tylko wrażenie.

Babska logika rządzi!

Dżem dobry :)

 

Na początek kilka, hm, raczej pytań.

 

– Wróciłeś – szepnęła, po czym uzmysłowiła sobie, że to nie on, choć tak bardzo mocno czuła jego obecność, zagłuszającą szept popychający ją w ciemność.

Może jedno z pogrubionych słów jest zbędne?

 

 

Jego twarz ściągniętą bólem, kiedy kobieta, którą komisarz znał jako bezimienną Elsę, pacjentkę szpitala w Haguenau, wpatrywała się w niego z przerażeniem, powtarzając pytanie, którego nie powinna zadać.

To: “ściągniętą bólem” odnosi się do wcześniejszego zdania? Zacytowane zdanie jest dość długie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinno być: “ściągnięta bólem”.

 

 

Biały ptak przechylił szyję i przyjrzał się krytycznie Wagnerowi. „Myśl” – zdawał się mówić. – „Nie tak trudno domyślić się, jak bardzo głupio postąpił mój syn”.

To tylko pytanie: Tak się zastanawiam, czy gdyby rzeczywiście ptak tę kwestię wypowiedział (choćby “telepatycznie”), to czy prawidłowym zapisem byłoby:

 

Biały ptak przechylił szyję i przyjrzał się krytycznie Wagnerowi.

„Myśl” – zdawał się mówić. – „Nie tak trudno domyślić się, jak bardzo głupio postąpił mój syn”.

 

 

Pomijając, że całość, może lekko niespieszna, ale bardzo do mnie przemówiła, mam podobną wątpliwość, jak Ślimak.

Jak to rozumieć? Czy podanie fałszywego imienia uaktywniło klątwę, pacząc ją jednak na tyle, że Johann zmienił się w łabędzia tylko tymczasowo, a Elsa dostała rykoszetem i straciła pamięć? Czy może on uciekł, aby nie musieć szczerze odpowiadać na pytanie, a ona zapadła na zdrowiu, ponieważ jej umysł w jakiś sposób uzależnił się od jego aury magicznej?

 

Natomiast niezależnie od odpowiedzi, powtarzam, co pisałem z telefonu, z delegacji – bardzo klimatyczne, przyjemne i ciekawe opowiadanie.

Finklo – podziękować za the last click :) I za to, że się spodobało.

 

Nie wszystko jest dla mnie jasne (dlaczego wisiorek zmieniał kształt, jak wyjaśnić odgadnięcie imienia, światło bijące od policjanta?)

Światło imho bije od rycerza oraz zakonnicy, ale może coś przeoczyłam ;) To jest oczywiście światło Graala, czymkolwiek on naprawdę jest i będzie w uniwersum.

 

Usterki mogą być, bo pisałam to oczywiście w dniu dedlajnu.

 

Silvanie

 

Dziękuję za miłe słowa, przyznam, że bałam się, że ten tekst będzie hermetyczny, niezrozumiały, zarówno z powodu pisania w bardzo ostatniej chwili, jak i tematu. A tu taka miła niespodzianka.

 

Zacytowane zdanie jest dość długie.

Właśnie czytam (po raz n+1, ale pierwszy od kiedy udzielam się aktywnie na portalu) “Hrabiego Monte Christo”. Wtedy to pisano tasiemce! Moja do nich predylekcja zapewne wiąże się z przesiąknięcia od dzieciństwa takimi lekturami ;)

 

W kwestii “twarzy ściągniętej bólem”, tam cały czas jest domyślne “Wagner dostrzegł”, więc musi być biernik.

 

Zapis myśli – tak, w Fantazmatach też preferują taki układ, jak proponujesz, jako poprawnościowy. Ja niestety mam z kolei predylekcję do takiego zapisu w przypadku bardzo mocno spersonalizowanej narracji, kiedy myśl wynika jakby wprost z tego, co mówi narrator z perspektywy bohatera.

 

I najciekawsze, najważniejsze pytanie, to wspólne ze Ślimakiem. Zapomniałam o tym napisać w odpowiedzi do Ślimaka, więc naprawiam błąd.

On założył, że jeśli poda fałszywe, a zwyczajnie brzmiące imię i nazwisko, i nie powie na wstępie “nie pytaj, jak się nazywam” (bo tak to w bajkach i w operze jest), to oszuka przeznaczenie. Że żonie nawet nie przyjdzie do głowy pytać, a ludzie też nie będą się szczególnie interesować. Zapomniał, że jak w tragedii greckiej – fatum nie da się oszukać i ono znajdzie sposób, żeby o klątwie przypomnieć. Tu nie docenił tego, kto na całej sprawie zyskał. Pewnie to trochę podkręcę w wersji pokonkursowej, ale – limit ;)

http://altronapoleone.home.blog

Bardzo Ci dziękuję za tak obszerną i rzetelną odpowiedź. Naprawdę się cieszę, że tekst trafił już do biblioteki. Odnoszę niesamowite wrażenie, na które chyba się dotychczas nie natknąłem (a przecież znam paru historyków), jak gdybym rozmawiał z osobą, która naprawdę żyła w danym okresie i czuje się w nim równie swobodnie, równie domowo, jak w teraźniejszości. Przypuszczam, że to musi być efekt połączenia rozległej wiedzy z wrażliwością pisarską.

Co do kwestii historycznych i wewnątrztekstowych, Twoje wyjaśnienia całkowicie do mnie trafiły. Koncepcja mieszczańskiego rycerza wydaje się bardzo odpowiednia, jak również dobrze pasuje to uwspółcześnione, odbite może w krzywym zwierciadle ujęcie przeświadczenia o nieuchronności fatum. Ze szczegółami dotyczącymi realiów w żadnym razie nie czuję się na siłach polemizować; dziękuję, że zechciałaś je tak szczegółowo wytłumaczyć. Jedynie może w kwestii szpitala dorzucę jeszcze parę słów: wiem oczywiście, że Dom Św. Kazimierza był w obecnym rozumieniu przytułkiem, ale ówcześni zwali go szpitalem, nie było jeszcze (jak sądzę) rozpowszechnionego rozumienia szpitala jako miejsca służącego ratowaniu życia, wielu lekarzy było skłonnych zaniechać leczenia w celu naukowej obserwacji naturalnego przebiegu choroby. Wiedziałem, że w wielkich miastach uniwersyteckich zdarzały się placówki wyprzedzające swoją epokę, zaskoczyła mnie obecność takowej w pięciotysięcznym miasteczku przygranicznym, ale – jak mówiłem – ufam Twojemu osądowi sytuacji.

Naprawdę sprawiłaś mi dużo przyjemności tym opowiadaniem, pozwalającym zanurzyć się w historii z lekką domieszką realizmu magicznego. Czekam na wersję pokonkursową.

Co do Domu Św. Kazimierza, to, jak wspomniałam, nie siedzę aż tak w tych klimatach, mogę skądinąd zapytać znajomego norwidologa, jak on to widzi i co ewentualnie Polacy rozumieli przez to określenie “szpital”. Niestety nie ma on własnej strony na francuskiej wikipedii, polska podaje jedynie nazwę francuską – “Œuvre de Saint Casimir” czyli “Dzieło św. K.”, co nie jest typową nazwą szpitala ;) I podejrzewam, że Francuzi, a zwłaszcza lekarze, szpitalem tego nie nazywali.

[Edyta: znajomy norwidolog nie spotkał się z takim określeniem, powiedział, że być może to jakaś kontaminacja przez szarytki, ale szarytki prowadziły też przytułki. Lekarza tam nie było na stałe ani jednego.]

W dawnej Francji szpitale często nazywały się Hôtel-Dieu (oczywiście hôtel nie znaczy tego, co dzisiejszy hotel), ale nawet Pitié-Salpêtrière, czyli pierwszy z prawdziwego zdarzenia szpital psychiatryczny w Europie, który w XVII w. startował jako przytułek, nazywał się w XIX w. Hôpital de la Pitié-Salpêtrière (i gra skądinąd ważną rolę w jednym z moich piórkowych opek ;)).

Teoretycznie przytułkiem można by nazwać np. Hôtel des Invalides, bo był to dom i szpital dla weteranów, ale jaki dom… Ten św. Kazimierz na wygląd fasady też zresztą niczego sobie, a o warunkach w środku decydowali darczyńcy i właściciele. Spodziewałam się zresztą nazwy Hôtel Saint Casimir, bo jakoś nigdy wcześniej nie sprawdzałam, jak on się po francusku nazywał ;)

Skądinąd dzięki temu wszystkiemu dowiedziałam się, że dziś są tam m.in. noclegi, a że jest to w pobliżu nowej siedziby Biblioteki Narodowej Francji, z której to siedziby będę musiała w najbliższym czasie skorzystać (głównie korzystam ze starej, bo tam są rękopisy), to może się przyda ;)

http://altronapoleone.home.blog

Rozejrzałem się w źródłach. Możliwe, że niepotrzebnie skomplikowałem z Norwidem, jako że nie jestem obecnie w stanie określić, skąd mogłem wziąć taką informację. Pewnie gdzieś o tym czytałem, ale czy było to rzetelne źródło – nie mam bladego pojęcia. Sprawdziłem pierwszy rocznik Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego (1837) i tam już piszą o szpitalu Sgo Ducha w Warszawie, w którym szukali ratunku ciężko chorzy z miasta i szeroko pojętej okolicy. Przeprowadzano tam operacje, naturalnie z rozmaitymi rezultatami. Wzmiankowany jest także szpital Sgo Ludwika w Paryżu oraz Królewska Infirmerya w Glasgowie. Kilka lat wcześniej jednakże Mickiewicz pisał następująco:

Jak żołnierz, który życie strawił, tocząc wojnę,

a na starość w szpitalach spoczywa kaleki,

skoro posłyszy trąbę lub bęben daleki,

zrywa się z łoża, krzyczy przez sen “Bij Moskala!”

i na drewnianej nodze skacze ze szpitala

tak prędko, że go ledwie może złowić młodzież.

Z tego jasno wynikałoby, że poeta pod hasłem “szpital” miał na myśli przytułek. Wnioskowałbym więc, że zmiana znaczeniowa zaszła około tego czasu, czyli w latach 30. XIX wieku, względnie zaszła wcześniej wśród lekarzy, a później wśród osób niezwiązanych z medycyną.

A do wspomnianego piórkowego opowiadania będę swoją drogą musiał zajrzeć…

Ehhh… a ja po tytule głupi myślałem, że to Jezioro Łabędzie a nie Lohengrin, mimo, że wskazówek od początku było aż za dość (niemiecki w tytule, Wagner) itp.

Z przyjemnością przeczytałem samo opowiadanie jaki i dyskusję pod nim – @Adek_W – zaimponowałeś mi wiedzą muzyczną, @Ślimak Zagłady – pomyśleć, że to ja myślałem, że za długie piszę komentarze i zbyt wiele cytuję ;-) – chylę czoła!

Historia niespieszna, nastrojowa dobrze oddająca klimat pierwszej połowy wieku dziewiętnastego – choć to "nie moja" epoka – doceniam tę jedność treści, narracji i drobiazgów budujących świat przedstawiony (jak choćby ta scena z promem na Renie). Doceniam, że nie spieszysz się – całość płynie jak rzeka – jedynie końcówka nieco za bardzo przyspiesza – ogólnie lubię zmiany szybkości narracji, ale tu ta zmiana nie jest płynna tylko wręcz skokowa i nieco zaskakuje (obraz mi skacze ;-) )

Ogólnie: bardzo ładnie opowiedziane – poza tym może nieco zbyt skokowym przyspieszeniem narracji (trochę nie zrozumiałem tego zabiegu, choć pewnie jakiś zamysł w nim tkwił, którego nie zgłębiłem) – nic mi nie zgrzytało.

Aha – i mimo, że nie czytałem zbyt wielu Twych tekstów to na pewno nie zgadzam się z @Realucem, że warto zawsze na siłę iść w wariację i różnorodność – jak to ponoć mawiał Bruce Lee "Nie obawiam się kogoś, kto trenuje 10000 kopnięć, ale tego, który 10000 razy trenował jedno kopnięcie" – u Ciebie, Drakaino, to jedno kopnięcie jest naprawdę doprowadzone do perfekcji :)

Co do Twojego conduplicatio – ja sam mam podobne zboczenie, gdy zapomnę jakiejś części zdania, to uparcie twierdzę, że dopuściłem się wyrzutni ;)

Brniesz, bo to akurat przypadek

 

ale chyba mu nie zabronisz brnąć? ;) Dzieło, jak już opuści łono twórcy przestaje być jego własnością – więc chyba tym lepiej, że czytelnicy znajdują w nim sensy, których tam nie umieściłaś? Ja osobiście byłbym bardzo smutny, gdyby ktoś odczytując moją grafomanię szukał tam jedynie tego, co autor miał na myśli… brrrrr… (dlatego tak się bronię przed podaniem warunków przedwstępnych i przemyśleń prowadzących do powstania "chyba kuszy…" – bo jak je podam, to nikt już nic więcej nie odnajdzie ;-) )

 

co do technikaliów, małe czepialstwo:

"Gdyby Wagner poszedłby w tamtym kierunku wyciągniętym krokiem," – podwojenie trybu przypuszczającego – "by" przy "gdy" już wystarczy nie należy go dodawać do "poszedł", prawidłowo:

"Gdyby Wagner poszedł w tamtym kierunku wyciągniętym krokiem,"

trochę nie mam pomysłu jak przeformułować to zdanie, by nie sugerowało, że przybłęda też się powiesiła:

"Najpierw powiesił się jeden z najbogatszych ludzi w miasteczku, a potem ta przybłęda."

Może jakieś dookreślenie drugiej części zdania, albo kolejne zdanie? Na przykład:

"Najpierw powiesił się jeden z najbogatszych ludzi w miasteczku. Potem przybłąkała się ta Elsa."

albo:

"Najpierw powiesił się jeden z najbogatszych ludzi w miasteczku, a potem sprawa tej przybłędy."

"Dla czasu, kiedy miał się tu osiedlić, w aktach ziała dziura." – przez dłuższą chwilę się musiałem zastanowić, co tu miałaś na myśli, jak się domyślam z późniejszych zdań, chodziło Ci najprawdopodobniej o to, że brakowało akt dotyczących okresu, gdy Autrout osiedlał się w mieście… może to tylko ja mam tak niewydolny umysł, ale dla mnie to nie było oczywiste. Jeśli chodziło natomiast o to, że brakowało w ogóle akt poprzedzających to zdarzenie to wypadałoby zamienić "Dla" na "do"…

"– A więc uważa siostra, że skrzywdził ją ktoś, kto podarował jej ten wisiorek?"

Siostrę skrzywdził? ;-) Wiem, że to przez grzeczność zwraca się do siostry w trzeciej osobie, ale jednak zabrzmiało mi to tak, jakby to siostrę skrzywdzono, a nie Elsę :)

Moja polonistka tępiła bardzo za zaczynanie zdania od "A więc" – ale po pierwsze nic sobie z tego nigdy nie robiłem i to błędem nie jest (taż sama polonistka twierdziła, że w języku polskim nie ma trybu rozkazującego w pierwszej osobie, więc jak dla mnie to żaden autorytet ;-) ), po drugie w dialogu wiele rzeczy uchodzi, które gdzie indziej by nie uszły :)

 

entropia nigdy nie maleje

Witaj, Drakaino!

Historia niezwykle klimatyczna i nastrojowa, jak już zdążyli wspomnień poprzedni komentujący. Jednak co najważniejsze, jest to Twój klimat i styl. Zdążyłem już poznać Twoją fascynację XIX wiekiem i Francją, podoba mi się, jak łączysz to ze swoją twórczością. Nadajesz pracom niepowtarzalny charakter. Mimo iż większość tekstów utrzymanych jest w podobnym klimacie, potrafisz ukazać coś nowego, zaskakującego. Znajomość realiów również jest godna podziwu.

Opowiadanie jest z tych na pograniczu fantastyki a literatury pięknej. Niezwykle dobrane opisy otoczenia oraz emocji. Dobrze poprowadzona narracja, z ciekawą fabułą i wieloma odniesieniami do historii i kultury, nie wszystkimi przeze mnie dostrzeżonymi.

To chyba tyle z mojej strony, więcej dodać już nie potrafię. Pamiętam swój niefortunny debiut na tej stronie (mam nadzieję, że Ty nie ;)), jednak natrafienie na takie opowiadania pozwala dostrzec prawdziwy talent, który może stać się inspiracją dla niepokornych początkujących takich, jak ja ;) Na szczęście wydaje mi się, że nowe opowiadania są już trochę lepsze.

Zgłosić do biblioteki nie mogę, jednak zastanowię się nad zgłoszeniem do piórka za luty, bo tyle chyba mogę zrobić. Opowiadanie to na pewno stoi na moim małym podium tuż obok tekstu Silvy i Ninedin.

Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów w pisaniu, oraz Waszym konkursie!

 

P.S

Biorąc pod uwagę Twój styl i klimat, jestem ciekaw opowiadania, które przygotujesz na konkurs Bizarro ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

To nie był magnetyzm, to było coś więcej. Clarisse miała wrażenie, że zza opowieści o zdradzie, cierpieniu i rozpaczy, wyziera światło, które byłoby zdolne odgonić wszelką ciemność, gdyby dane mu było rozbłysnąć w pełni. I że ktoś, kto był powiernikiem tego światła, sam się mu sprzeniewierzył.

Przed nim stał młody mężczyzna o delikatnej urodzie, którego postać zdawała się rozpływać w srebrnej poświacie. Czarne oczy stawały się coraz jaśniejsze, aż ich barwa zmieniła się w błękit podobny do tęczówek Elsy. Na ziemię opadło kilka piór, szybko jednak rozpłynęły się w nicość.

Wagner nawet nie drgnął z niejaką satysfakcją przyglądał się zdumieniu młodzieńca. Przez chwilę stali wpatrzeni w siebie: dojrzały mężczyzna o pospolitej, zniszczonej twarzy, który w życiu widział wszelkie zło i wszelką nadzieję świata, i chłopak o wyglądzie cherubina, który miał krew na rękach.

Zawiesił głos, ale Wagner nie pytał. Domyślał się i nawet wierzył, że ten człowiek przybył z dawnych czasów, ze starych legend. Nie takie rzeczy ponoć się zdarzają.

Skoro wcześniej zwróciłaś uwagę, że komisarz dziwne przypadki zna z własnego doświadczenia, a nie z pogłosek, chyba właściwsze od “ponoć” byłoby “przecież”.

Strasznie dużo czasownika “być” w tym opowiadaniu. Wypisałem tylko jeden przykład z końcówki, bo początek czytałem na telefonie, ale tam też jest sporo powtórzeń.

 

Nie bardzo zrozumiałem relację między synem Lohengrina, a Elsą. Skoro nie zamienił się w łabędzia, należy rozumieć, że nie zadała mu ona feralnego pytania, co więc się właściwie między nimi stało? No i dlaczego Elsa straciła pamięć, skoro klątwa ciążyła na jej mężu? Wyssał jej świadomość, żeby zapomniała jego imienia? :D

Dalej nie będę się rozpisywał, bo opowiadanie jest typowo drakainowe, czyli bardzo dobre, choć wspomniane powtórzenia trochę kłuły w oczy. Ach, i, nie wiedzieć czemu spodobał mi się komisarz, może to przez nazwisko ;)

Ślimaku – właśnie zauważyłam, że nie zapisało mi komentarza pisanego z komórki kilka dni temu :(

Streszczając: trzeba by sprawdzić pole semantyczne “szpitala” za Mickiewicza, aczkolwiek podejrzewałabym tu raczej instytucje takie jak les Invalides w Paryżu (choć z mniejszym rozmachem), łączące funkcje przytułku i szpitala. Dom Św. K. tych funkcji nie łączył.

 

Jim – oczywiście, że nie zabraniam brnąć ;)

I ogólnie dzięki za rozbudowany komentarz, w wersji pokonkursowej, zapewne lekko rozszerzonej, zwłaszcza gdybym chciała to gdzieś publikować, uwzględnię wszelkie uwagi czytelnicze, ofkors.

 

Danielu – nie pamiętam niefortunnego debiutu :) I dziękuję za miłe słowa, jestem zaskoczona, że opowiadanie, co do którego obawiałam się o hermetyczność i niejasność, podoba się tak wielu różnym czytelnikom.

Mimo iż większość tekstów utrzymanych jest w podobnym klimacie, potrafisz ukazać coś nowego, zaskakującego.

Och, jakże mi się ciepło na sercu zrobiło :)

 

Światowiderze – dzięki za uwagi. Pisałam to w zasadzie dwa dni w dwóch dłuższych zrywach, w dniu dedlajnu mając na dodatek równolegle zebranie online (kamerka wyłączona, mikrofon wyłączony, słuchałam półuchem i odzywałam się we właściwych momentach, przerywając stukanie w klawiaturę)… Nie jest więc źle, za wszelkie uwagi stokrotnie dziękuję :)

http://altronapoleone.home.blog

Nie jest więc źle, za wszelkie uwagi stokrotnie dziękuję :)

Bardzo proszę :) Nie wiem czy zauważyłaś, ale zostawiłem też ostatnio komentarz pod "Deszczową oberżą".

Nareszcie znalazłem moment, żeby przeczytać Twoje opowiadanie, drakaino – tekst, do którego już kilka dni temu przyciągnął mnie tytuł. Usiadłem do niego po pracy z herbatką i muszę przyznać, że lektura sprawiła mi dużo przyjemności :) Nie czytałem innych Twoich tekstów, wiec to co napisał Realuc (z twarzą Ragnara Lothbroka) o powtarzalności nie może spotkać się z żadnym moim komentarzem.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki budujesz świat. Robisz to subtelnie, o różnych szczegółach napomykasz niby mimochodem (jak na przykład o tym, że republikańskie sympatie nie są mile widziane i mogą kogoś kosztować posadę), dzięki czemu nie czułem się przytłoczony, a stopniowo, krok po kroku, wchodziłem w klimat. Stworzyłaś bardzo nastrojową, przyjazną czytelnikowi otoczkę wydarzeń i lekturze towarzyszyło poczucie satysfakcji ;)

Jestem pod wrażeniem warsztatu. Dzięki za przyjemne chwile spędzone z tekstem :D

O, bardzo ładnie i klimatycznie. Czego chyba dodawać nie muszę, bo to wiadomo??

Ale…

Ale tym razem mam sporo drobnych uwag, które pewnie w większości są nietrafne, ale ostatnio mam jakiś taki czepialski nastrój.

No to – sama tego chciałaś, Drakaino :P

– “nie dawała znaków życia” – a nie “oznak życia”?;

– “rany, które uznano za próbę samobójstwa” – rany nie są próbą, raczej jej śladami;

– “usiłując zrozumieć własne emocje w obecności tej kobiety” – to też mi kwadratowo brzmi – raczej “wywoływane obecnością tej kobiety”;

 – “rany zasklepiły się nadzwyczajnie szybko” – a tu by mi lepiej brzmiało “nadzwyczaj szybko”;

– “ciekawsze pytanie brzmiało: skąd wzięła się na progu szpitala” – jeśli to pytanie, to chyba pytajnik na końcu?; jeszcze gdzieś później też jest takie pytanie bez pytajnika, ale nie zapisałem gdzie;

– “i nastał sezon na samobójców” – tak właściwie to samobójstwo było jedno; Elsy przypadek niepewny; ale niech będzie :);

– “na szczęście Wagnera nie musiał ścigać ludzi o poglądach, które sam popierał” – a tu słowo “Wagnera” uważam za nadmiarowe i niepotrzebne;

– “i cichym pluskiem, kiedy ryby podpływały do powierzchni” – no nie, plusk jest, kiedy one przynajmniej częściowo się nad tę powierzchnię wydobędą;

– “Dla czasu, kiedy miał się tu osiedlić, w aktach ziała dziura” – hmm, “dla czasu”? może lepiej “z okresu”?;

– “I znalazł je najpierw w gazecie w osobie oskarżonego” – w gazecie znalazł osobę? raczej jej nazwisko chyba;

– “Prom zastał już zamknięty na noc” – raczej “prom był już zacumowany po francuskiej stronie Renu” czy jakoś tak; promu się nie zamyka, to nie izba (moim zdaniem przynajmniej);

– “co widziała w chaotycznych obrazach, jakimi chora zarzuciła ją i komisarza” – ale ona tych obrazów nie widziała, tylko słyszała? tutaj nie wiem, jakby to lepiej napisać;

– “o defraudacje i zdradę” – zabrakło ogonka.

 

Oraz z czepów większych – za długi zda mi się trochę wstęp “szpitalny”. Jest klimatyczny, owszem, ale jednak zbyt długo rozpędza tekst IMHO.

A także – nie jest dla mnie jasne, na jakiej podstawie Wagner pędzi do Baden Baden? Skąd wiedział, że dawna sprawa Autrout łączy się z Elsą? Co przegapiłem?

 

A tak poza tym – opery nie znam, ale Lohengrina tak. Żałuję tylko, że jednak sporo mi umknęło :(.

Co nie przeszkodziło, bym się delektował lekturą. Lubię Twoje pisanie, Drakaino :).

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Staruchu, bardzom Ci wdzięczna za te wszystkie uwagi :)

 

Co do Baden Baden (on akurat pędzi do pobliskiego Rastatt), to jest tak: “W aktach dotyczących Autrouta znalazł coś, co zrozumiał dzięki nieskładnym obrazom ukazanym przez Elsę. Powtarzające się dramatyczne wspomnienie nie pozostawiało wątpliwości: coś ważnego wydarzyło się w Baden Baden”. Czyli wspomnienia Elsy, nieopisane w tekście, coś mu podpowiedziały, ale były chaotyczne. Niemniej widział w nich ewidentnie znane sobie BB, a kiedy znalazł w aktach Autrouta, że i on był w BB, połączył oba fakty i pognał tam szukać w gazetach i archiwum potwierdzenia swoich podejrzeń.

 

Co do proporcji początku i końca – niestety klasyka w przypadku niezbyt dużych limitów… Po konkursie być może rozbuduję nieznacznie tę końcową część.

http://altronapoleone.home.blog

Drakaino, bardzo spodobało mi się to opowiadanie! :) Na pierwszy rzut oka nie moje klimaty, ale postanowiłam przeczytać. Fajne, klimatyczne opowiadanie. Osobiście nie spodziewałam się takich wątków, jak przemiana jednego z bohaterów w łabędzia. Myślałam, że to będzie coś w rodzaju kryminału, a tu proszę. ;) Nie znam odniesień i całego łabędziego motywu, ale mimo to podobało mi się. :)

Pozdrawiam serdecznie!

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Ostrzegam, że przyszedłem tu pomarudzić. 

 

po prostu pewnej nocy przestał oddychać, dlatego Clarisse zwłaszcza nocami czuwała przy nieznajomej.

znaleziono nieprzytomną na progu szpitala. Na nadgarstkach miała rany

Powtórzenia. 

 

Komisarz Wagner natomiast upierał się, że ktoś chciał ją zabić i upozorował samobójstwo.

(Chciał) Upozorować. Bo w końcu nie upozorował, dziewczyna przeżyła. 

 

Przełożona z początku gderała, ale ponieważ Clarisse wykonywała bezbłędnie obowiązki, dała spokój.

Wyjątkowo krótki akapit. I nie wiem, czy potrzebny. 

 

Coś jeszcze zwróciło uwagę Clarisse. Maleńki srebrny wisiorek, który chora miała na szyi, rozbłysnął światłem, jakby ożywiony wpadającą przez okna księżycową poświatą. Kolejna zagadka: kiedy ją znaleziono

A tu coś bym zrobił, jakoś to podzielił, dopisał, opisał, albo zrobił bardziej płynne przejście, bo tak to miałem wrażenie, jakbym przeskoczył z jednej myśli do drugiej, nie dając się tej pierwszej rozwinąć. 

… w sumie jakby wykreślić to "kolejna zagadka" to jast bardziej płynnie. Od naszyjnika do eleganckiego ubioru. 

 

Z ust chorej wydobył się szept tak cichuteńki, że ledwie słyszalny. A potem podopieczna Clarisse powtórzyła:

– Elsa.

Clarisse zadrżała

Blisko. 

I wcześniej (nie zacytowałem) ale podopieczna też blisko. 

 

A no i wydaje mi się, że jak ktoś budzi się ze śpiączki, to jednak wyoada zawołać lekarza (choćby żeby sprawdził reakcje źrenic na światło) ale może to realia epoki. :) 

 

Dobra, czas na wielkie marudzenie. 

Tekst jest napisany charakterystycznym dla ciebie stylem, narracja niespieszna, wszystko ma w sobie nutę takiej klasycznej opowieści (nie wiem, czy dobrze wyrażam to, co mam na myśli). Historia, choć twoja, też ma taki rys. Mamy kobietę w amnezji, tajemniczy wisior, podejrzanego skradającego się w cieniu i pościg za nim (czułem w tym fragmencie klimat noir), aż docieramy do wyjaśnienia. Wszystko to pięknie napisane, klimatyczne i wciągające. 

Wydaje mi się tylko, że owe wyjaśnienia otrzymaliśmy zbyt łatwo, nic naszemu bohaterowi (komisarzowi) nie zagroziło, nie mieliśmy okazji przejąć się jego losem. W zasadzie był tylko pretekstem, by trafić na mężczyznę-łabędzia, który już czekał, by opowiedzieć mu swoją historię. Tylko, że taki sposób prowadzenia fabuły bardzo pasuje do klimatu historii. Taka opowieść niesamowita, opowieść o tym jak niezwykłe wkracza w życie zwykłych ludzi. 

Podobało mi się. Może tajemnica, którą intrygujesz, okazała się nie być tak samo intrygująca po jej wyjawieniu, niemniej nadal jest to bardzo klimatyczna historia. 

Dzięki, Geki, za trochę mało marudne marudzenie ;)

 

Technikalia oczywiście poprawię w stosownym pokonkursowym czasie, pewnie też rozwinę fabułę nieco ponad limit… O obecnym kształcie tekstu zdecydował bowiem z jednej strony konkursowy limit właśnie (tak, popłynęłam sobie troszkę na początku…), a potem dedlajn (tak, nie miałam już czasu na poprawienie proporcji…). Taka cena tego, że ostatnio jestem w stanie pisać wyłącznie tuż przed dedlajnem, czując jego gorący oddech na karku :(

 

Co do marudnych elementów.

nic naszemu bohaterowi (komisarzowi) nie zagroziło, nie mieliśmy okazji przejąć się jego losem.

Zastanawia mnie (zupełnie szczerze, chcę poprawiać swój warsztat) to poczucie, że bohater, który jest punktem widzenia, musi też być tym, któremu się coś przydarza? Skąd ten nacisk, by nie rzec fetysz, na akcję, a nie fabułę?

Tarnina dała konkretne wytyczne co do fabuły – ale ja całkiem świadomie założyłam, że one będą w fabule właśnie, a nie w akcji opowiadania. Że prawdziwymi bohaterami będą “Johann” i “Elsa”, a nie komisarz. On jest właśnie celowo takim nośnikiem informacji, katalizatorem zdarzeń, ale sam w nich nie bierze bardzo czynnego udziału. W sumie nie wiem, co by Johann zrobił, gdyby komisarz nie wplątał się w jego vendettę i działania. I czy czekał na opowiedzenie swojej historii. Może tak, bo nie miał już możliwości dalszego działania? Uratował Elsę przed samobójstwem, ale czy mógł działać dalej, zwłaszcza jako rycerz? Schemat Tarniny zakładał happy end, więc happy end musiał się pojawić, a poza tym ja nie lubię niepotrzebnej dramy ;)

Niemniej dzięki Twojemu komentarzowi zastanowiłam się nad tym i zapewne w rozbudowanej wersji fabuły dopiszę (rozwinę) te Johannowe rozterki (a może i to, że on np. walczy z wymuszoną przez magię przemianą w łabędzia? to miały znaczyć te pióra, ale limit nie pozwolił rozwinąć motywu, stał się on tylko ozdobnikiem). Może on jako ta Mała Syrenka musi zostać człowiekiem, żeby naprawdę wrócić do Elsy? Ale czy z drugiej strony oni oboje nie są na tyle dotknięci mocą Graala, że nie będą zwykłymi ludźmi? To opowiadanie z uniwersum, więc nawet chodziło mi po głowie wykorzystanie tych postaci w szerszym epickim wymiarze.

 

Tak czy siak, wielkie dzięki, bo sprowokowałeś mnie do myślenia o własnym tekście i uznania go za dopiero szkic opowieści :)

http://altronapoleone.home.blog

Ciekawa historia, ładnie opowiedziana. Wielką miłośniczką opery nie jestem, więc pewnych nawiązań nie załapałam, ale nawet bez znajomości Lohengrin tekst się broni. Jest klimacik, jest nastrój i nawet – olaboga! – happy end ;)

Z czepów: tak ścięłaś pod limit, że pewne rzeczy są dla mnie niezrozumiałe. Właściwie mam te same pytania, co Finkla.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ujmę to tak: opowiadanie podzieliłbym na dwie części. Pierwszą, która podoba się bardzo i drugą, która już nie robi takiego wrażenia (choć, co może dziwić, odbywa się to bez spadku jakości opowiadania, decydujące są tu inne czynniki).

No to zacznijmy od tej pierwszej części. Albo zwyczajnie od początku. Pierwsze akapity, jak wiadomo, są bardzo ważne, bo mają za zadanie “chwycić” czytelnika. I to chwycić na dobre, tak, żeby chciał zagłębić się w tekst z nadziejami na fajnie spędzony czas i ciekawą lekturę.

Początek podobał mi się bardzo. Zrobił wszystko to, czego od tych pierwszych akapitów bym oczekiwał. Lekko niespieszne tempo, powoli zapraszamy czytelnika do opowieści, wciągamy go tajemnicą – jednym z najfajniejszych “wabików” w literaturze. Budujemy ciekawość, prowokujemy do kombinowania, co za tajemnicą może się kryć i do czego może ona zmierzać. Jednocześnie pilnujemy, by wprowadzenie było odpowiednio wyważone. Nie silimy się na fajerwerki od pierwszego zdania – takiemu tekstowi może to tylko zaszkodzić – podrzucamy parę obrazów i informacji celem zbudowania zaciekawienia. Na razie tylko zaciekawienia – pełna ciekawość ma się niejako wykluwać wraz z kolejnymi akapitami.

Naprawdę początek wydał mi się ogromnym atutem opowiadania, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic szczególnego i nie różni się on jakoś mocno od początków wielu innych tekstów. Ten początek u Ciebie jednak, jak już pisałem, robi wszystko, co do niego należy. Chwyta czytelnika, buduje zaciekawienie (oraz klimat) i mocno trzyma obietnicą, że będzie to dobra, ciekawa historia.

Kolejne akapity jeszcze tę ciekawość budują. Bohaterka jest fajna, jeśli chodzi o dopasowanie do historii. To jej milczenie, małomówność jest świetnie wymowne, “budujące” więcej niż słowa. Na tym etapie opowiadania po prostu czytałem. Nie rzucało mi się w oczy nic, o co mógłbym się czepiać, a to u mnie dosyć rzadkie. Jeśli zaś miałbym ocenić, dlaczego te czepy nie chciały przychodzić, to właśnie przez odpowiednie “dopasowanie” poszczególnych elementów w tej części opowiadania. Jak pisałem, bohaterka pasuje, bo swoim milczenia, pojedynczymi zdaniami, buduje ciekawość. Wprowadzenie jest wolne i dobrze, bo w takim tekście akcja nie może gnać na łeb na szyję. Wiadomo przecież, że czytelnik w takich przypadkach będzie próbował się z autorem czy autorką ścigać. Szukać odpowiedzi i rozwiązań, jeszcze zanim dotrze do ostatniej kropki. Na tym w dużej mierze polega zabawa i frajda przy takich opowiadaniach.

Później natomiast zaczęły się pojawiać elementy, które pasowały mi mniej. na przykład te krótkie wstawki dotyczące Elsy. Do tej pory wiedziałem, że będę uczestniczył w historii niejako oczami bohatera, który będzie próbował rozwiązać tajemnicę historii Elsy. Że będę biegł z historią wraz z nim. Te wstawki mnie z tego wytrącają. Już nie jestem, jako czytelnik, częścią historii (nawet jeśli w jakiś sposób udało mi się wczuć w bohatera, który ma biegać, pytać i wyjaśniać), ale patrzę na nią niejako z boku. Albo z góry. Dostaję jakieś bonusowi informacje, wiem i widzę ciut więcej. Ale też do końca w tym momencie nie ma mnie w tej historii.

Oczywiście, to, o czym piszę, to efekt podejścia do lektury, które przecież zawsze jest mocno indywidualne. Ale z drugiej strony, jeśli komentuję tekst, to komentuję ze swojej perspektywy. Ja nie jestem tu od tego, żeby tekst przeanalizować, ale żeby spisać swoje odczucia. I moje odczucia były takie, że te krótkie wstawki dotyczące Elsy, nawet, jeśli miały swoją rolę, to bardziej mnie z historii wytrącały niż do niej zapraszały.

Druga część, a może po prostu kolejne akapity, sprowadzały mnie (właśnie akapit po akapicie) z pozycji uczestnika historii do roli zaledwie jej obserwatora. I, jak pisałem, pojawiło się to pomimo, że jakość opowiadania nie spadła. Owa uwaga może więc brzmieć nieco dziwne, zaraz spróbuję ją rozwinąć, natomiast podkreślę to, co zaznaczam bardzo często: ja spisuję swoje odczucia z lektury. One nie muszą być ani racjonalne, ani wytłumaczalne. Nie zawsze to, co czujemy, da się logicznie wyjaśnić.

Dlaczego więc kolejne akapity sprowadzały mnie do roli obserwatora? Po pierwsze dlatego, że (tak mi się wydaje) limit Ci tutaj mocno przeszkadzał. Nie w tym sensie, że opowiadanie jest pościnane, czy wręcz “pochlastane” jak choćby moje. To nie jest ani rwane, ani urwane. Akapity są płynne. Opowieść też.

Ten biedny Wagner biega, szuka, zbiera. Brakuje jednocześnie jakichś takich dłuższych momentów “refleksyjnego” przestoju. Takich, gdzie będzie w swoich myślach porządkował całą sprawę. Raz jeszcze układał fakty w głowie. Szukał tego rozwiązania, a jednocześnie dawał szansę na poszukiwania i mnie. Jak pisałem, cała zabawa z lekturą takiego opowiadania polega na szukaniu odpowiedzi. Szczególnie w przypadku fantastyki, gdzie odpowiedź może być nietypowa. Chcę sam, będąc czytelnikiem, pewne sprawy wyjaśnić. Chcę szukać własnych rozwiązań. Chcę może nawet ubiec bohatera i przy ostatnich akapitach pomyśleć “już wcześniej sądziłem, że właśnie takie jest rozwiązanie”. Albo może przeciwnie, pomyśleć “cholera, spodziewałem się czegoś zupełnie innego”. Ale tutaj tego nie ma. Nie ma własnych oczekiwań, odnośnie zakończenia, własnych przewidywań. A nie ma, bo i nie ma ich kiedy zbudować.

Nie chcę przez to napisać, że opowiadanie gna na łeb, na szyję. Nie, on dalej trzyma ten “Twój” (że tak to ujmę) niespieszny styl. Ale jednocześnie wydaje się ciut chaotyczne (tylko ciut). Ten “ciutchaos” to nie bajzel w opowiadaniu, ale właśnie wątpliwości, o których pisano już wcześniej w komentarzach. Jakieś elementy niezrozumiałe. Na przestrzeni całego tekstu to drobiazg. Ale jeśli budujesz opowiadanie na tajemnicy, to takie drobiazgi są często bardzo ważne, bo, jak już pisałem, czytanie tekstu opartego na tajemnicy polega również na tym, by z poszczególnych, mniej lub bardziej istotnych elementów, składać wyjaśnienie tajemnicy w trakcie lektury.

Ja tutaj mogłem jedynie czekać na tę odpowiedź. I na tym opiera się moja ocena, że tekst, nie tracąc na jakości, jakoś w pewnym momencie zaczął tracić na atrakcyjności. Bo zaczynasz lekturę z przekonaniem, że będziesz szukać tych odpowiedzi wraz z Wagnerem. A później, stopniowo, przychodzi Ci się godzić z faktem, że już tylko czekasz na odpowiedź od Wagnera. Że w poszukiwaniu odpowiedzi nie tylko stoisz na straconej pozycji, ale właściwie tekst nie daje ci szczególnie dużych szans.

Jeśli już jestem przy części “czepy i zażalenia” to poświęcę akapit na “sznurkowość” sprawy. O tym pisał już Geki. Myślę, że podobne uwagi pojawiały się już nieraz przy wcześniejszych tekstach. Brakuje trochę tych “przeszkód”. Jakichś działań, zdarzeń, które mają utrudnić rozwiązanie sprawy. Albo wręcz zniweczyć wszelkie próby jej rozwiązania. Kluczowe dla rozwiązania tajemnicy jest połączenie wszystkich faktów w całość – odpowiedź. Ale jeżeli powstała tajemnica, to przecież prawdopodobnie dlatego, że komuś zależało na ukryciu faktów czy prawdy. I taki ktoś powinien być mocno zmotywowany, by to rozwiązanie tajemnicy ukryć.

Może się wydawać, że to prosty motyw. Albo motyw tak powszechny, że aż nudny. Być może tak właśnie jest. Być może jest on nudny, wyświechtany, wałkowany przy każdej okazji. Ale jeśli nawet, to powód takiego wałkowania jest prosty. Ten motyw działa, a czytelnik go potrzebuje. Nie twierdzę, że każdy. Ale też, dziś w sumie mogę to napisać, nie jest tak, że CM jest tylko jednym czytelnikiem, który czuje taką potrzebę. Pisał już o tym Geki, pamiętam, że pod którymś (którymiś?) z wcześniejszych tekstów się takie uwagi pojawiały. Wydaje mi się, że to jest motyw, na który warto mocniej postawić i mocniej akcentować. Nie twierdzę, że musiał on być akurat tutaj. Więcej, sądzę, że przy tym limicie się go upchnąć nie dało. Ale jeśli pojawi się możliwość napisania dłuższego tekstu, czy nawet bez limitu, pomyślałbym o tym elemencie, bo choć klasyczny i typowy, wydaje się takim opowiadaniom potrzebny.

Tyle.

Ile bym nie marudził, nie zmienia to faktu, że z lektury jestem zadowolony. To dobry tekst, Drakaino.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję, CM :)

 

Oczywiście, część problemów to kwestia limitu – rzadko bywam krótkodystansowcem w pisaniu, choć zdecydowanie byłam sprinterką na wuefie…

A co do tego “śledzenia z bohaterem” vs. wstawki Elsy (czy innych bohaterów). Jak pisałam wyłącznie z perspektywy bohatera “prowadzącego śledztwo” to też były głosy, że nie ma innej perspektywy. Wszystkich niestety się nie zadowoli, a tu akurat taki zabieg był jedynym, dzięki któremu – zwłaszcza z tym limitem – dało się pokazać pewne sprawy, naświetlić je z innej strony.

Mam problem z tymi przeszkodami – to w założeniu jest baśń, która zawędrowała w wiek XIX, a nie kryminał, mimo że ma policjanta i pozory zagadki kryminalnej. Może w rozszerzonej wersji dodam Johannowi takie poczucie, że on powinien to wszystko sam załatwić, a Wagner wchodzi mu w paradę – to jest prawdopodobne, a dodaje to poczucie, że bohaterowi nie idzie wszystko po sznurku, nie uważasz?

http://altronapoleone.home.blog

Daruj poślizg w odpowiedzi, zapomniałem wczoraj odpisać.

Jak pisałam wyłącznie z perspektywy bohatera “prowadzącego śledztwo” to też były głosy, że nie ma innej perspektywy.

Wiesz, ja nawet pisząc komentarz o tym pomyślałem, że tak może być. Że w którą stronę nie pójdziesz, zawsze ktoś będzie marudził. Dlatego też często przy tych swoich opiniach podkreślam, żeby pamiętać, że to tylko jeden komentarz. Nie ma szans, żeby każdym elementem trafić do wszystkich. ;)

Mam problem z tymi przeszkodami – to w założeniu jest baśń, która zawędrowała w wiek XIX, a nie kryminał, mimo że ma policjanta i pozory zagadki kryminalnej.

Wiem, dlatego pilnowałem się jak mogłem, żeby nie używać słowa “kryminał”. :D

Może w rozszerzonej wersji dodam Johannowi takie poczucie, że on powinien to wszystko sam załatwić, a Wagner wchodzi mu w paradę – to jest prawdopodobne, a dodaje to poczucie, że bohaterowi nie idzie wszystko po sznurku, nie uważasz?

Myślę, że to nawet lepszy pomysł od tego “klasycznego” przeszkadzania, o którym ja pisałem. Przede wszystkim dlatego, że jest to pomysł, nazwijmy to, ciut świeższy. Mniej wyeksploatowany. A jednocześnie wpisuje się w to założenie, że droga do wyjaśnienia powinna być bardziej kręta. Więc tak, uważam, że to jak najbardziej dobry kierunek.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Hej.

Zaznaczałem podczas lektury fragmenty, o które chciałbym zapytać.

Na nadgarstkach miała rany, które uznano za próbę samobójstwa.

Czy nie mówi się, próbę samobójczą?

 

Przełożona z początku gderała, ale ponieważ Clarisse wykonywała bezbłędnie obowiązki, dała spokój.

Nie lubię określenia “ale ponieważ”, wątpliwość i potwierdzenie obok siebie. Kojarzy mi się ze znienawidzonym, a często słyszanym “że tak powiem”, gdy ktoś nie wie jak poprawnie lub w jaki sposób zakomunikować to, co chce.

 

Zegar na kościelnej wieży wybił czwartą, wyrywając zakonnicę z drzemki. Clarisse wzdrygnęła się i zmarszczyła brwi: dźwięk nigdy jej nie budził. I wtedy zobaczyła, że Elsa wpatruje się w nią otwartymi szeroko oczami. Siostra stłumiła krzyk i bardzo delikatnie ujęła chorą za rękę.

Dźwięk nigdy jej nie budził? Dlaczego siostra miałaby stłumić okrzyk? Czy nie czeka się na to, aż pacjenci odzyskają przytomność? Wydaje mi się, że otwarte oczy pacjentki to powód do ulgi, a nie strachu.

 

Coś jeszcze zwróciło uwagę Clarisse. Maleńki srebrny wisiorek, który chora miała na szyi, rozbłysnął światłem, jakby ożywiony wpadającą przez okna księżycową poświatą. Kolejna zagadka: kiedy ją znaleziono, Elsa była ubrana jak osoba zamożna i miała na sobie kilka sztuk biżuterii. To, zdaniem wielu osób, czyniło hipotezę komisarza nieprawdopodobną. Stary policjant odmrukiwał krótko, że nie każde zabójstwo ma tło rabunkowe, nie dając się wciągać w dalsze dysputy. Dalsze dysputy mogłyby kosztować komisarza posadę, gdyby ktoś dowiedział się i postanowił donieść o jego republikańskich sympatiach.

W szpitalu pozbawia się pacjenta wszelkiej biżuterii, od dawna. Dlaczego republikańskie sympatię pojawiają się w tym samym akapicie? Te dwie sprawy wydaje się nic nie łączyć. To wtrącenie z jakiegoś powodu?

 

– No już, wszystko będzie dobrze – szepnęła szarytka. – Niech pani pośpi do rana, a potem porozmawia z doktorem.

Zastanawiała się, czy nie powinna od razu wezwać lekarza, niemniej czoło kobiety pozostawało chłodne, oddech i puls spokojny – nie było powodów do lęku o jej życie.

O tym też nie decyduje siostra, tylko lekarz. Siostra woła lekarza bez względu na to, co sama myśli. Przynajmniej podczas pierwszego kontaktu z pacjentką, która została przywieziona/znaleziona nieprzytomna.

 

Kobieta nie zamykała oczu, lecz nadal wpatrywała się w pielęgniarkę. Usta nieznacznie się poruszyły. Clarisse pogłaskała podopieczną po głowie. Chłodne palce zacisnęły się na jej dłoni.

– Pani czegoś chce? Mam do pani mówić? – Rozejrzała się po sali. Pozostałe pacjentki spały spokojnie. – Albo niech pani mi coś powie, choćby jak ma na imię?

Głaskanie po głowie pacjentów to wymysł pisarzy i filmowców. W rzeczywistości żadna pielęgniarka nie posunie się w szpitalu do tak intymnego gestu. Może się zdarzyć, ale wobec dziecka, ewentualnie pacjenta, z którym siostrę łączy jakaś zażyłość. Nie spotkałem się z nikim dorosłym w takiej sytuacji, jak się zastanowisz, Ty zapewne też.

“Mam do pani mówić?”, a co to za pytanie? Siostra miałaby zapytać, czy ukoić pacjentkę jakąś spokojną przemową? Czy raczej zapytałaby, co pacjentka pamięta? Lub podobny wywiad.

 

Wolna dłoń bardzo powoli powędrowała ku szyi i srebrnemu wisiorkowi. Kobieta milczała.

– To on dał ci ten naszyjnik? On cię skrzywdził?

 

Czy to nie za duży skrót myślowy? Gdybyś widziała, jak ktoś łapie za medalik, nawet w stresującej sytuacji, to pierwsza myśl, jaka przychodzi Ci do głowy to, czy ofiarodawca medalika skrzywdził osobę przed Tobą?

– A więc zdaniem siostry skrzywdził ją ktoś, kto podarował ten wisiorek?

Komisarz Wagner wiele w życiu widział, zwłaszcza że jak wielu policjantów zaczynał po drugiej stronie barykady, skąd wyciągnął go kilkanaście lat temu sam szef Sûreté. Również Vidocq załatwił mu ciepłą posadkę w spokojnym Haguenau, kiedy republikanizm z pomniejszego wykroczenia zmienił się w przestępstwo, a może i zbrodnię obrazy majestatu.

Zakonnica rozłożyła ręce.

– Co ja mogę uważać? – Poprawiła nerwowym ruchem kornet. – Wie pan, jak teraz myślę… Może to raczej ktoś, kogo kochała? Może ten ktoś umarł? A może ją zdradził?

Czy właśnie przeczytałem, że komisarz pyta się zakonnicy, co myśli o sprawie?

 

Na trawie leżało białe pióro. Wagner podniósł je odruchowo: bociany przynoszą przecież szczęście, a żona chętnie wplata podobne ozdoby w bukiety.

 

A to fajna ciekawostka, jeśli prawdziwa. Gdzie wplata się pióra w bukiety? Nie znałem tego zwyczaju.

 

Na ulicy przystanął, niepewny, co robić. Nawet jeśli jakiś szaleniec zostawia pióra na miejscu zbrodni, na co zda się wiedza, do jakiego gatunku należą?

Pewnie, że się nada. Wiele ptaków symbolizuje wiele rzeczy.

 

– Rozumie coś siostra z tego?

Zakonnica zamrugała, budząc się z rodzaju transu. „Z czego?” – chciała zapytać, choć wiedziała. Elsa usiłowała im opowiedzieć swoją historię, pokazała obrazy, z których wybijał się jeden: młodego mężczyzny zamieniającego się w ptaka, przez co kobieta usiłowała się zabić.

– Wydaje mi się – odpowiedziała powoli, ocierając pot z czoła chorej i zerkając podejrzliwie na białe pióro w ręce policjanta – że ona straciła kogoś, kogo kochała. To jego widzi jako odlatującego ptaka, prawda?

Policjant nie wyglądał na przekonanego.

I znowu konsultacje komisarza na temat prowadzonego śledztwa z zakonnicą…

 

Przed nim stał młody mężczyzna o delikatnej urodzie, którego postać zdawała się rozpływać w srebrzystej poświacie. Czarne oczy nabierały jaśniejszego blasku, aż ich barwa przeszła w błękit podobny do tęczówek Elsy.

Z jednej strony komisarz niewiele rozumie, podpytuje zakonnicę, a z drugiej widzi podobieństwo w tęczówkach, w nocy, przy świetle księżyca.

 

– To niezupełnie tak działa, ptak jest moim towarzyszem – odparł. – Ale chyba mamy ważniejsze rzeczy do obgadania, prawda? Zabiłem przecież człowieka, szanowanego obywatela tej mieściny. Pan poszukuje mnie jako mordercy.

Sposób, w jaki mówił to wszystko, bezbrzeżny smutek wyczuwalny za pozornie obojętnym tonem, czynił z młodzieńca znacznie bardziej niezwykłą istotę niż nadludzka uroda czy też magiczna przemiana w łabędzia albo też pokrewieństwo z nim.

– Rozumiem, że miał pan powód – mruknął Wagner, starając się nie poddać urokowi chłopaka. Z jego punktu widzenia to zabójca, który właśnie przyznał się do zbrodni.

Czy każdy komisarz obgaduje sprawy z podejrzanym? Chociaż to pewnie kwestia sformułowania. Za to nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek komisarz rozumiał powód popełnienia przestępstwa i oznajmiał to podejrzanemu. Podpuszczanie tak podejrzanego w czasie przesłuchania, to już zupełnie inna sprawa.

 

– Szybkich ma pan informatorów. – Chłopak uśmiechnął się krzywo.

Jaki to jest uśmiech krzywy, a jaki prosty?

 

Drakaino, to całkiem fajne opowiadanie. Choć sporo drobnych spraw wytrącało mnie podczas lektury, burząc wiarygodność fabuły lub przynajmniej jej płynność. Nie mam zbyt wiele więcej do powiedzenia. Małe spostrzeżenie, chociaż nie odnośnie opowiadania, które plasuje się raczej w słabszej połówce Twoich tekstów, tylko samego stażu, czy też pobytu na forum. Chciałem nawiązać tu do Twoich słów, gdzie mówiłaś o “chyba najlepszym przyjęciu dotychczas tego opowiadania przez czytelników”. Nie czytałem komentarzy, więc zdałem się na Twoje słowa. I stąd spostrzeżenie: jesteś miłą, sympatyczną i kulturalną osobą, która sporo się na forum udziela, a co zaczęło wpływać na ocenę Twoich opowiadań.

Pozdrawiam serdecznie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za wnikliwą, jak zwykle, analizę :) Z technikaliami w większości się zgadzam, źle podzielone akapity albo niefortunne sformułowania to efekt głównie dedlajnu i pisania tego w kilka godzin, w ostatniej chwili, jak ostatnio aż za często.

 

Natomiast pozwolę sobie podyskutować z kwestiami merytorycznymi.

 

Dźwięk nigdy jej nie budził? Dlaczego siostra miałaby stłumić okrzyk? Czy nie czeka się na to, aż pacjenci odzyskają przytomność? Wydaje mi się, że otwarte oczy pacjentki to powód do ulgi, a nie strachu.

Znam aż za wiele osób, którym można tupać przy głowie, puszczać muzykę, rozmawiać przy nich głośno – a one się nie obudzą. Mnie z kolei budzi byle szelest. Założyłam, że Clarisse należy do pierwszej grupy, ale kiedy jest w nerwach z powodu pacjentki, którą się przejęła ponad miarę, śpi źle i budzi ją coś, co w normalnych warunkach by przespała. Tylko tyle, nie ma tu głębszego dna ;) Gdyby nie cięcie pod limit w ostatniej chwili, to akurat może byłoby nieco bardziej rozwinięte.

Tak, ona czekała na przebudzenie pacjentki, ale wyrwana z niespokojnego snu, na widok wbitego w nią spojrzenia kogoś, po kim raczej by się spodziewała “zmulenia”, po prostu się w pierwszej chwili przestraszyła. Tylko tyle ;)

 

O tym też nie decyduje siostra, tylko lekarz. Siostra woła lekarza bez względu na to, co sama myśli. Przynajmniej podczas pierwszego kontaktu z pacjentką, która została przywieziona/znaleziona nieprzytomna.

To jest ok. 1825 roku, helou ;) Francja ma jak na owe czasy bardzo rozwiniętą medycynę, ale jednak nie aż tak sformalizowana i na dodatek w małym prowincjonalnym miasteczku. Akurat tam był szpital, powojskowy, sprawdziłam. A opieka lekarska, mimo że naprawdę jak na ówczesne standardy bardzo solidna, wyglądała nieco inaczej niż dziś. W sumie szczerze wątpię, czy jeśli w całym szpitalu nie było ani jednego pacjenta z zagrożeniem życia (a zakładam, że na co dzień wszystkich było kilkunastu w ogóle), to czy doktor nocował w szpitalu. W razie potrzeby pchało się kogoś z obsługi do domu doktora, żeby go sprowadzić. Czasem zresztą mieszkali blisko.

 

W szpitalu pozbawia się pacjenta wszelkiej biżuterii, od dawna.

To jest prowincjonalny szpital dwieście plus lat temu. I pacjentka, która nie idzie na stół operacyjny. Szczerze wątpię, czy zdjęto by jej cienki łańcuszek z zawieszką przypominającą krzyżyk. Niestety obawiam się, że takich szczegółów nie znajdę ani w pamiętnikach z epoki, ani w gazetach, ani w opracowaniach “życia codziennego”, bo wszystkie te źródła zazwyczaj pomijają tego rodzaju drobiazgi.

 

Głaskanie po głowie pacjentów to wymysł pisarzy i filmowców. W rzeczywistości żadna pielęgniarka nie posunie się w szpitalu do tak intymnego gestu. Może się zdarzyć, ale wobec dziecka, ewentualnie pacjenta, z którym siostrę łączy jakaś zażyłość. Nie spotkałem się z nikim dorosłym w takiej sytuacji, jak się zastanowisz, Ty zapewne też.

Akurat tak się składa, że w 2019 roku spędziłam stanowczo za dużo czasu w szpitalu. I tak, zdarzało mi się, że pielęgniarka odgarnęła włosy, pogłaskała po ręce czy głowie. Może trafiłam na wyjątkowo empatyczne pielęgniarki. To są bardzo dobre gesty, ja je sobie bardzo cenię. Akurat w tym okresie intymność rozumiano inaczej i wiele zachowań, które my dziś uznalibyśmy za intymne, wtedy za takie nie uchodziło. Np. bliski fizyczny kontakt między osobami tej samej płci był powszechny i rzadko intymny. Znacznie gorszym mitem powieści i filmów jest rzekome nieodsłanianie nawet stopy spod sukienki czy też skandal, jeśli panna znalazła się sam na sam z kawalerem. To tak działało w ostatnich dekadach wieku, za późnego wiktorianizmu, a i to nie we wszystkich sferach.

 

“Mam do pani mówić?”, a co to za pytanie? Siostra miałaby zapytać, czy ukoić pacjentkę jakąś spokojną przemową? Czy raczej zapytałaby, co pacjentka pamięta? Lub podobny wywiad.

Z tym właściwie powinnam Cię odesłać do ninedin, bo ona była u mnie w szpitalu zaraz po operacji. Byłam tak słaba, tak półprzytomna, że jedyne, co w końcu zdało egzamin, to było czytanie mi książki. Żadna rozmowa nie wchodziła w grę. Myślę, że tu działa podobny mechanizm: Clarisse orientuje się, że kobieta jest zbyt słaba na rozmowę albo nie chce mówić. Dlatego pyta, czy chce, żeby do niej mówić. Ninedin też mi co jakiś czas zadawała pytanie, czy ma czytać dalej, czy ma mi coś opowiadać – czy to będzie ukojenie, czy też coś męczącego. Podejrzewam, że akurat zachowania pielęgniarki nieświadomie oparłam na własnych doświadczeniach. Dopiero Twoje wątpliwości mi to uświadomiły.

 

Gdybyś widziała, jak ktoś łapie za medalik, nawet w stresującej sytuacji, to pierwsza myśl, jaka przychodzi Ci do głowy to, czy ofiarodawca medalika skrzywdził osobę przed Tobą?

To nie jest moja autobiografia, tylko fikcja literacka z określoną, wymyśloną bohaterką i jej zestawem cech. Jest skupiona (może wręcz zafiksowana) na tym, że kobietę ktoś skrzywdził, więc tak – ona tak właśnie myśli. Co ja bym myślała? Nie wiem, dopóki nie spotkam się z taką sytuacją… Taką, nie tą.

 

Czy właśnie przeczytałem, że komisarz pyta się zakonnicy, co myśli o sprawie?

A właściwie dlaczego ma nie pytać? To małe miasteczko, jeden policjant w tymże miasteczku (tak, takie były realia), wszyscy się znają, on potrzebuje z kimś pogadać, ona siedzi przy chorej, ile się da i myśli o niej dniem i nocą. Kogo ma pytać? Woźnego w szpitalu?

 

A to fajna ciekawostka, jeśli prawdziwa. Gdzie wplata się pióra w bukiety? Nie znałem tego zwyczaju.

Pomijając to, że żona Wagnera mogła to wymyślić, to np. w dziewiętnastowiecznych suszonych bukietach to się zdarza. Ale ogólniej: czy coś, co ktoś robi, musi być zwyczajem? Czy nie robimy rzeczy, które są naszymi własnymi idiosynkrazjami? Myślę, że tu mamy właśnie taką sytuację: madame Wagner się nudzi, więc wymyśla ozdobne bukiety.

 

Pewnie, że się nada. Wiele ptaków symbolizuje wiele rzeczy.

Ty to wiesz. Ja to wiem. Większość użytkowników tego portalu to wie. Wagner nie jest intelektualistą.

 

Z jednej strony komisarz niewiele rozumie, podpytuje zakonnicę, a z drugiej widzi podobieństwo w tęczówkach, w nocy, przy świetle księżyca.

Pyta ją o wrażenia. On sam zaś nie jest intelektualistą od symboliki ptaków, ale raczej ma dobry zmysł obserwacji.

 

Czy każdy komisarz obgaduje sprawy z podejrzanym? Chociaż to pewnie kwestia sformułowania. Za to nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek komisarz rozumiał powód popełnienia przestępstwa i oznajmiał to podejrzanemu. Podpuszczanie tak podejrzanego w czasie przesłuchania, to już zupełnie inna sprawa.

Ale przecież tu nie ma przesłuchania. Wagner od jakiegoś czasu czuje, że sprawa nie jest zwyczajna, chłopak nie jest zwyczajny. W literaturze natomiast znajdziesz wielu policjantów, którzy puszczają wolno nawet przestępców. Literatura to fikcja, eskapizm, zawieszenie niewiary. Szczerze mówiąc, jak jestem zwolenniczką daleko posuniętego riserczu, zwłaszcza historycznego i naukowego, tak nie przepadam za totalnym “realizmem”, jakby to powiedzieć… Nie wiem, bo nie chodzi ani o psychologię, ani kwestie społeczne. Może logikę zdarzeń. W literaturze, zwłaszcza baśniowej, a tu mamy baśń wkraczającą z butami w wiek racjonalizmu, król może poślubić niewolnicę, a policjant darować przestępstwo. Już nie wspomnę o tym, że dość niedawno mi się zdarzyło, że policjant nie dał mi mandatu, mimo że powinien ;)

 

Myślę, że po prostu zbyt poważnie podchodzisz do urban fantasy, która nie jest gatunkiem ścisłym i poważnym ;)

 

Oraz obawiam się, że (jakkolwiek bardzo mi miło, że postrzegasz mnie w ten sposób), przeceniasz moje bycie miłą i sympatyczną, w komentarzach bywam bezlitosna. Zapewniam Cię też, że jest kilkoro użytkowników na portalu, którzy dla zasady skrytykują wszystko, cokolwiek napiszę, jeśli w ogóle zaszczycą mnie wizytą. Niemniej akurat to opko ludziom przypasowało, w tym osobom, które rzadko tu widuję – może właśnie baśniowością, która najwyraźniej nie jest twoją bajką (pun intended), ale nie da się zadowolić na full wszystkich czytelników :)

http://altronapoleone.home.blog

I ja kupiłbym wszystkie informacje, o których piszesz, gdyby wynikały bezpośrednio z tekstu. 

Jeśli chodzio o dźwięk, miałem na myśli niefortunne sformułowanie. To zbyt szerokie pojęcie. Przestraszenie też mnie nie przekonuje. Jeśli chodzi o relikwie na łańcuszku – zgadzam się, umknęło mi, że to krzyżyk. Głaskanie ok, chociaż. ;)

Co do Ninedin, zapytała się, czy ma do Ciebie mówić, czy jednak inaczej sformułowała pytanie? ;) Poczytać ci, pobyć z tobą itd. Tak bym się zgodził.

 

A właściwie dlaczego ma nie pytać?

A pewnie, pytać jak najbardziej tak, ale ja widzę pytanie o opinię, zdanie, ocenę sytuacji, a nie typowe policyjne przepytywanie. O to komisarz zakonnicy nie pyta. Powołujesz się na tamte czasy, więc wiesz, że wtedy nawet woźny był kimś. Bo pełnił jakąś funkcję, a nie był zwykłym chłopem. A komisarz? To była persona, która raczej się nie spoufala, a na pewno jawnie nie okazuje braku wiedzy, doświadczenia itd. Inaczej, mógłby, ale wtedy należałoby odpowiednio zbudować bohatera, u którego czytelnik zrozumie takie działanie. To samo dotyczy informacji, że nie jest intelektualistą. A prawde mówiąc, kiedyś chyba przeciętny cżłowiek miał większą wiedzę o przyrodzie i ptakach, niż teraz.

Ale to wszystko jest już rozkładaniem na detale. :)

Myślę, że po prostu zbyt poważnie podchodzisz do urban fantasy, która nie jest gatunkiem ścisłym i poważnym ;)

Powiem tak, wolę Cię albo w odsłonie czyto baśniowej, albo ciekawym kryminale z Twoim detektywem. :) Mieszanie gatunków jakoś mniej mi się u Ciebie podoba. I masz rację, dobry odbiór może być podyktowany fanami baśni , którzy mniej oczekują od kryminalnych wątków. :)

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Powołujesz się na tamte czasy, więc wiesz, że wtedy nawet woźny był kimś. Bo pełnił jakąś funkcję, a nie był zwykłym chłopem. A komisarz? To była persona, która raczej się nie spoufala, a na pewno jawnie nie okazuje braku wiedzy, doświadczenia itd.]

Proponuję lekturę pamiętników z epoki, choćby i Vidocqa ;) Oraz powieści pisanych przez ludzi, którzy żyli w tej epoce. Świetny pod tym względem jest np. Hrabia Monte Christo, choć dzieje się “wokół” czasu mojego opka. To wszystko, o czym piszesz, to są właśnie wymysły powieści pisanych znacznie później oraz filmów. Paradoksalnie w ówczesnym społeczeństwie pewne układy, które my dziś widzimy jako duży dystans międzyludzki, były bardziej poufałe, a inne – dla nas bardzo osobiste – bywały właśnie na dystans. Akurat zakonnica miała wysoką pozycję, zwłaszcza szarytka-pielęgniarka, to nie były współczesne niewolnice proboszczów.

 

A prawde mówiąc, kiedyś chyba przeciętny cżłowiek miał większą wiedzę o przyrodzie i ptakach, niż teraz.

Niekoniecznie. Poza wszystkim systematyka dopiero raczkowała, więc przeciętny człowiek mógł wręcz nie rozróżniać tylu gatunków czy podgatunków, jakie my dziś dość łatwo rozróżniamy.

 

Co do Ninedin, zapytała się, czy ma do Ciebie mówić, czy jednak inaczej sformułowała pytanie? ;) Poczytać ci, pobyć z tobą itd. Tak bym się zgodził.

Nie pamiętam, jak wtedy, bo byłam zmulona. Niemniej pytanie “mówić do ciebie czy ci przeszkadzam” wydaje mi się równie naturalne jak każde inne.

 

Tak, trochę się czepiasz, ale niech Ci będzie, czepialstwo dobrze uświadamia luki w tekście.

 

Fantazmatowy tom z detektywem właśnie się znów redaguje po przerwie spowodowanej kolejnymi moimi przypadkami losowymi.

http://altronapoleone.home.blog

Tak, trochę się czepiasz, ale niech Ci będzie,

To nie tak, Drakaino. Od takich autorek jak Ty wymagam więcej niż od przeciętnego użytkownika. Ale to prawda, z biegam lat robię się coraz bardziej wymagający i coraz mniej opowiadań na portalu budzi moją ciekawość. Dlatego też komentuję coraz mniej, nie chcę pisać “że mi się nie podoba” tam, gdzie większość jest zadowolona, aby nie być posądzonym o zgryźliwość.

Przez niejeden Twój tekst płynąłem, ale nie przez ten.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Hej, drakaino!

Wpadłam tu z solennym postanowieniem nieczepiania. Nie do końca wyszło, ale postaram się ograniczyć.

 

Na nadgarstkach miała rany, które uznano za próbę samobójstwa.

Rany same w sobie jako próba samobójcza? No nie wiem, ich zadanie to jeszcze, przynajmniej to jakaś czynność… Ale może czepiam się na wyrost.

 

Miasteczko pozostawało wierne królowi, więc na szczęście Wagnera nie musiał ścigać ludzi o poglądach, które sam popierał.

Literówka, jak sądzę.

 

Po pół godzinie ścigania go przez las, w rosnącej ciemności, Wagner uznał się za pokonanego.

Zwykle pisze się “po półgodzinie”.

 

Wagner nie chciał wciągać staruszka w śledztwo, uznał więc, że takie trzy czwarte prawdy wystarczą.

Trzy czwarte prawdy – ale jednej, więc “wystarczy”.

 

A dokładnie kimś takim zdawał się Autrout.

Brakło mi tu jakiegoś “być”.

 

Sposób, w jaki mówił to wszystko, bezbrzeżny smutek wyczuwalny za pozornie obojętnym tonem, czynił z młodzieńca znacznie bardziej niezwykłą istotę niż nadludzka uroda czy też magiczna przemiana w łabędzia albo też pokrewieństwo z nim.

Z szyku zdania wynika, że istota była bardziej niezwykła niż uroda itd. Sugerowałabym przestawić: “(…) znacznie bardziej czynił z młodzieńca niezwykłą istotę, niż nadludzka uroda…” – niby niewiele, a robi robotę.

 

„Kim jest Johann Schwanstein?” „Kim jest twój mąż?”

A tu mi brakło jakichś znaków interpunkcyjnych.

“Kim jest Johann Schwanstein?”, “Kim jest twój mąż?”.

albo:

“Kim jest Johann Schwanstein? Kim jest twój mąż?”.

Generalnie takie zapisy są problematyczne… Dlatego ja zwykle stosuję kursywę xD

 

Dobra, dosyć.

Ogólnie bardzo dobrze napisane technicznie, świetna stylizacja, język ładny… Nieznajomość dzieła, którym się inspirowałaś, nie przeszkodziła mi w odbiorze. I tak mnie zaciekawiłaś, a czytało się bardzo płynnie.

Nie do końca złapałam to zakończenie – jakoś umknęło mi, dlaczego Johann jednak mógł wrócić do żony… Ale i tak mi się podobało :)

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

NaNa, dziękuję za uwagi – uwzględnię je w odpowiednim czasie, po konkursie. Pisałam to na ostatnią chwilę, co oczywiście nie jest usprawiedliwieniem, a jedynie wyjaśnienie ;) Zasadniczo zgadzam się z większością, więc nie będę z nimi dyskutować.

 

Co do “umknęło mi, dlaczego Johann jednak mógł wrócić do żony” – to też rozwinę nieco, kiedy będę już mogła przekroczyć limit, bo akurat to opowiadanie chciałabym nieco przerobić i posłać gdzieś indziej, gdzie przyjmują portalowe recyklingi.

 

Anet – nieustająco usiłuję rozgryźć hierarchię Twoich komentarzy, ale jak się podobało, to nieźle.

http://altronapoleone.home.blog

Okej, w takim razie chętnie przeczytałabym opowiadanie raz jeszcze po rozwinięciu :)

Spodziewaj się niespodziewanego

OT: i ktoś mówił, że łabędziątka są brzydkie…

http://altronapoleone.home.blog

Witaj.

Czytałam z dużą przyjemnością, bo bardzo lubię i kryminały, i thrillery, i horrory, a w moim odczuciu Twój tekst umiejętnie łączy te trzy gatunki filmowe, ja zaś znowu wyobrażałam sobie przeniesienie całej treści na ekran. :) W mojej wyobraźni wypadło rewelacyjnie! :)

Czułam przestrach i ciekawość zarazem, świetnie oddałaś nastrój oraz tajemniczość. 

Gratuluję i pozdrawiam. 

Pecunia non olet

Srebro Renu

 

Uch, Ty i te Twoje niemieckie tytuły… i żebym się chociaż miała tutaj czego czepiać. No, przesadzam, troszkę mam. Ale tylko troszkę.

 

Tym razem zaczniemy od miodu: to opowiadanie bardzo elegancko łączy baśń z kryminałem i klasyczną fabułą opery. Nie jestem wielbicielką tej ostatniej, więc połowa nawiązań prawdopodobnie przemknęła mimo. Tak czy owak, trudno się oderwać. Niewiele tu zbędnych słów, schemat nie od początku jest wyraźny, ale na końcu wszystko wskakuje na miejsca.

 

Czepialstwo językowe: „kobieta pasująca do "Elsy"” a nie do rysopisu Elsy? „Dla czasu, kiedy miał się tu osiedlić, w aktach ziała dziura.” – to dziwne zdanie.

 

„Błękitne oczy powoli zmieniały kolor, zamieniając się w ptasią czerń.” – ekhm. Oczy nie zmieniają się w czerń. Podobnie: „zgorszone spojrzenie” – spojrzenia nie mają uczuć (jak ja, muahahaha). Źle mi się parsuje: „czynił z młodzieńca znacznie bardziej niezwykłą istotę niż nadludzka uroda”.

 

Tutaj: „zanim w sklepie nieznajoma kobieta nie spojrzała na nią krzywo, zanim w miasteczku nie zaczęto opowiadać złych rzeczy. Zanim w jej własne serce nie wkradła się podejrzliwość” przeczenia nie pasują, ja spodziewałabym się ich w sąsiedztwie "dopóki", nie "zanim".

 

Trafiły się też aliteracje, parę rymów, jeden i drugi anglicyzm.

 

W kwestiach fabularnych: nie do końca rozumiem, dlaczego Johann trochę się zmienił w łabędzia, a trochę nie – bo podał fałszywe imię? Bo Elsa naciskała? Ale to w zasadzie wszystko, co mi nie zagrało. W kwestii schematu: nie jestem pewna, czy coś, co Johann zrobił wcześniej, to pomoc Elsie, czy nieprzyłożenie ręki do śmierci plantatora, ale zaliczam.

 

Jedynym elementem punktowanym jest biżuteria (wisiorek – pióro) jako ważny, ale nierozwiązujący fabuły motyw – daje 3 punkty.

 

Czepianie szczegółowe, naturalnie, wyślę na podany przez Ciebie adres.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Piękne opowiadanie o miłości i rozpaczy. Mam tylko wrażenie, że forma tutaj nieco przerasta treść – wszystko jest takie dramatyczne i smutne, jakieś obrazy, głosy, pełno cierpienia, a tak naprawdę chodziło w sumie o prostą kryminalną sprawę, podsyconą nieco fantastyką i owszem, smutną, ale nie aż tak jakby wskazywała treść. Po opisach myślałam, że bohaterce stało się coś o wiele gorszego niż to, że jej ojciec został niesłusznie oskarżony, a mąż zwiał, co oczywiście nie znaczy, że to jest nic takiego, a raczej znaczy, że opisy były zbyt dramatyczne. Tylko nie rozumiem, dlaczego mąż wrócił do żony, skoro musiał od niej odejść, bo poznała jego imię? Nie wyłapałam tego, jak to się stało, że udało mu się wrócić. 

Styl oczywiście mi się podobał, wyłapałam jakiś przecinek: 

Clarisse miała wrażenie, że zza opowieści o zdradzie, cierpieniu i rozpaczy(-,) wyziera światło, które mogłoby rozgonić wszelką ciemność, gdyby dane mu było rozbłysnąć w pełni. 

To raczej nie jest zakończenie wtrącenia, więc bez przecinka. 

Sonato, dziękuję :) To opowiadanie, a konkretnie wyjaśnienia fabularne, ucierpiały na limicie oraz tym, że jak zwykle ostatnio pisałam to w ostatniej chwili, więc nie miałam czasu na redakcję tekstu. Zamierzam go wydłużyć (i może gdzieś posłać do publikacji), wtedy jest szansa, że motywacje bohaterów i szczegóły fabularne staną się jaśniejsze, bo rzeczywiście tak się rozpisałam na początku, że zabrakło miejsca i czasu na wyjaśnienie “mechaniki” tego małżeństwa i co tam się stało, i dlaczego oni mogli się z powrotem zejść. Mając legendę w głowie, ja sobie to łatwo dopowiadam, ale czytelnik ma prawo tego nie widzieć.

 

Tarnino, wszystkie uwagi słuszne, czekam na szczegółowe, mail chyba znasz, poprawię tekst, oczywiście :) Fabularne – zob. odpowiedź daną Sonacie.

 

Skądinąd uważam, że powinnam była dostać wyróżnienie specjalne (honourable mention) za to, że nie dość, że wrzuciłam w ostatniej minucie, to na dodatek tekst ma dokładnie tyle znaków wg licznika portalu, ile wynosił limit z dodatkiem ;)

 

http://altronapoleone.home.blog

A, głupi ja człowiek, niemądry, przecież mam Twój mail! Zaraz będę wysyłać.

Skądinąd uważam, że powinnam była dostać wyróżnienie specjalne (honourable mention) za to, że nie dość, że wrzuciłam w ostatniej minucie, to na dodatek tekst ma dokładnie tyle znaków wg licznika portalu, ile wynosił limit z dodatkiem ;)

Bragging rights na pewno masz :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Wyszło przypadkiem. Naprawdę. Po wrzutce w ostatniej chwili było nie tak równiutko, ale w pierwszych minutach wyprostowałam kilka przecinków itd., których nie zdążyłam wyprostować w pliku, po czym zapisałam i patrzę – 33k jak w pysk strzelił :)

http://altronapoleone.home.blog

Magia XD

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Witaj, Drakaino!

 

Poniżej moje jurorskie notatki:

 

Schwanengesang (33000 znaków)

 

Dobre, ale nieco senne, monotonne. Ciężko przyczepić się do warsztatu, chociaż, jest kilka drobnych niedociągnięć (pewnie przez pośpiech). Nie można ci odmówić researchu, znajomości realiów, czy wielu innych pozytywnych rzeczy. Do mnie to opowiadanie po prostu nie trafiło. Trochę się nudziłem, może nie jestem celem, chociaż nie mam nic przeciwko dobrej intrydze, detektywom itd.

Wydaje mi się, że pomimo upchnięcia elementów fantastycznych, pojechałaś tutaj mocno schematycznie. Przez co tekst wydał się sztywny. No, ale to tylko moje odczucia.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka