- Opowiadanie: NaNa - Gdzie sójka nie może...

Gdzie sójka nie może...

...tam na­iw­ne­go pośle 3:)

 

Po nie­ja­kim cza­sie i na­my­śle uzna­łam, że na­le­ży się słow­ni­czek nazw ła­ciń­skich, żeby było we­se­lej. Tak więc słow­ni­czek:

Gar­ru­lus glan­da­rius – sójka zwy­czaj­na

Co­rvi­dae – kru­ko­wa­te

Co­rvus rhi­pi­du­rus – kruk kusy

Gar­ru­lus lan­ce­ola­tus – sójka czar­no­gło­wa

 

I pusz­czam oczko ;)

 

P.S. Serdecznie dziękuję wszystkim Czepialskim za cenne uwagi – szczególnie Matce Chrzestnej Tarninie za solidną pokonkursową pracę edytorską!

Niektóre rzeczy być może przypadkiem pominęłam (na pewno jest ich niewiele, starałam się wziąć wszystko pod uwagę), więc za wszelkie niedociągnięcia należy winić mnie – autorkę krnąbrną i upartą ;P

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Gdzie sójka nie może...

– Przestań rzępolić!

Palce Juliana zawisły nad strunami lutni. Zaskoczony rozejrzał się wokół, szukając roszczeniowego intruza, lecz nie zauważył nikogo. Już miał wrócić do przerwanej wpół dźwięku melodii, gdy nad jego głową rozległ się pogardliwy skrzek.

– Tutaj, zakuta pało.

Spojrzał w górę. Na gałęzi rozłożystego dębu, w którego cieniu przysiadł, kiwało się ptaszysko zawzięcie kłapiące dziobem. Pomarańczowe pióra miało w nieładzie, ale lśniące oczka spoglądały bystro.

– Już nawet w głuszy nie można odpocząć od zgiełku – perorował pierzasty przeciwnik muzykowania, wściekle gestykulując skrzydłami. – Utnij sobie tylko popołudniową drzemkę, a zaraz zlatują się bałwany z tniutniami i budzą o nieprzyzwoitej porze!

– To jest lutnia – obruszył się Julian. Przyzwyczaił się, że ludzie go wyśmiewają i nie dbał o to zbytnio, ale obrażanie ukochanego instrumentu, to już za wiele.

– A ja jestem pawiem. Toć widzę, bałwanie, że lutnia! Choć po dźwięku bym nie poznał, tak tę balladę nieprzystojnie zarżnąłeś… A ja, jako śpiewak niepospolity, wyczulony jestem na wszelkie fałsze.

Nagle ptak zapikował. Młodzieniec uniósł ręce w obronnym geście, lecz zwierzę gładko zmieniło tor lotu tuż nad jego czupryną i wylądowało na zgiętym kolanie Juliana, rozsiadając się iście nie po ptasiemu.

– Wybacz moje maniery, jeśli nie prześpię co najmniej dwudziestu godzin, robię się nieznośny. Pozwól, że się przedstawię. Jam jest Garrulus Glandarius von Corvidae herbu Corvus Rhipidurus. Dla przyjaciół Garrula. Daruj, ale przyjaciółmi póki co nie jesteśmy, więc dla ciebie pan Garrulus.

– Julian. – Chłopak skinął zdawkowo i ujął w dwa palce wyciągnięte ku niemu obstrzępione lotki. – Zwiesz się, panie Garrulusie, niczym prawdziwy szlachcic, a wyglądasz jak zwykła sójka.

– Złośliwość pewnej kobiety – sarknął ptak z jawną niechęcią. – Zapamiętaj, chłopcze, nie wierz nigdy kobiecie.

Julian wzruszył ramionami. Naraz uświadomił sobie niedorzeczność sytuacji – oto siedział w środku lasu i rozmawiał ze zwierzęciem. Musiało mu nieźle przygrzać w czerep, skoro nie wydało mu się to dziwne już na samym początku. Westchnął z rezygnacją, wyobrażając sobie, co ojciec by na to powiedział.

Sójka tymczasem zaczęła się niespokojnie kręcić, na przemian rozkładając i składając skrzydła. W końcu zaskrzeczała – niespodziewanie życzliwie – i spojrzała na niego jednym brązowym okiem.

– Ojcem się nie przejmuj, ja mu nie wygadam. – Pan Garrulus mrugnął zawadiacko. – Ech, zaschło mi w gębie, dawnom się tyle nie nakonwersował. Piwa bym się napił.

Gdy tylko to powiedział, na grubym korzeniu dębu pojawiły się znikąd dwa kufle, z których spływała obficie biała jak mleko piana. Ptak zeskoczył z kolana młodzieńca, bezbłędnie trafiając pazurkami w wąski brzeżek, zanurzył dziób aż po czarny wąs i pociągnął tęgi łyk.

W końcu uniósł głowę, beknął z błogością i odwrócił się nieco ku chłopakowi.

– Częstuj się. – Julian sięgnął niepewnie, ale powstrzymały go kolejne słowa pana Garrulusa. – Ale, ale! Jeśli cokolwiek ode mnie przyjmiesz… Czy zdajesz sobie sprawę z konsekwencji? – Brązowe oko wpatrzyło się uważnie w zielone tęczówki młodzieńca. – Wiesz ty w ogóle, z kim masz do czynienia?

Chłopak pokręcił głową. Kusił go zimny trunek – upał był tego dnia nieznośny – ale nagle poczuł się niepewnie. Skądś zerwał się chłodny podmuch i zaczął tarmosić jego przydługimi włosami, choć powietrze nadal zdawało się nieruchome i ciężkie od skwaru.

Ptak opróżnił kufel i wrócił na miejsce na kolanie Juliana. Przyjrzał mu się z namysłem. W końcu źrenice mu rozbłysły i zaczął skrzeczeć głosem przywodzącym na myśl ochrypły śmiech. Trząsł się przy tym pociesznie i omal nie spadł na trawę. Gdy z trudem odzyskał równowagę, pokiwał głową, niby to poważnie.

– Zacznijmy od początku. Ani przez moment nie zdziwiło cię, że rozmawiasz z ptakiem? – Nie czekając na odpowiedź, pan Garrulus kontynuował: – No dobrze. Jestem czartem najczystszej krwi. I to nie byle jakim czartem, jak się już pewnie zdążyłeś domyślić, ale czartem szlachetnego rodu.

– Więc dlaczego…

– Nie zrozumiesz – parsknął. Przeskoczył na drugą nogę Juliana i zaczął po niej maszerować żołnierskim krokiem. – Sprawa wygląda tak: dużo mogę dla ciebie zrobić, ale wszystko ma swoją cenę. Choćby to piwo. – Machnął skrzydłem od niechcenia. – Wejście w układ będzie dla ciebie bardzo korzystne… Ale bierz pod uwagę, że ja też coś chcę z tego mieć. Rozumiemy się?

Młodzieniec przytaknął. Znał ludowe bajania. Zakładając, że w istocie ma do czynienia z diabłem, może wiele zyskać, jeśli dobrze to rozegra…

– Śmiesz we mnie wątpić, młokosie?! – uniósł się ptak. – Udowodniłbym ci, że czart ze mnie najprawdziwszy, ale nie mam ochoty tracić czasu.

Już szykował się do odlotu, lecz Julian go zatrzymał.

– Zaczekaj, panie Garrulusie! Wierzę ci, wierzę, tylko… Zastanawiam się, co możesz mi zaoferować.

– Ha, trzeba było tak od razu! – roześmiał się ptak i zaczął snuć opowieść.

 

***

 

Pewnie słyszałeś podania o księżniczkach zamkniętych w wieżach i czekających na oswobodzenie, o smokach pilnujących skarbu czy o zaklętych pałacach. Zwykle są to brednie z palca wyssane, bajędy snute przez starców ku uciesze gawiedzi. Nawet najbardziej niezwykłe opowiastki zawierają jednak ziarno prawdy. I wszystkie biorą początek od jednej historii. Tak się składa, że zupełnie prawdziwej; wiem to z pewnego źródła. Zaczyna się trochę sztampowo, ale potem robi się interesująco.

W pewnej odległej krainie – nie będę cię zanudzał geograficznymi szczegółami – żyli sobie król i królowa. Mieszkali we wspaniałym pałacu, wśród niewyobrażalnych bogactw. Mieli jedyną córkę – ładniutką i zgrabną, a przy tym wcale niegłupią. Rozpieszczali ją bez opamiętania, mimo to nie zdołali zrobić z księżniczki zepsutej smarkuli. Chyba miała na to zbyt duży dystans albo poczucie humoru… No, mniejsza o to. W każdym razie dziewczyna osiągnęła już taki wiek, że rodzice szukali dla niej odpowiedniego męża. Jednak nikt nie potrafił sprostać ich wygórowanym oczekiwaniom.

Pewnego razu do pałacu zawitał możny pan, chcący się ubiegać o rękę królewny. Mógł się pochwalić nie tylko doskonałym pochodzeniem i świetną prezencją – swoim bogactwem dorównywał potencjalnym teściom. Był w stanie spełnić każdą zachciankę, czym wprawiał ich w coraz większe zdumienie. Równocześnie próbował zbliżyć się do dziewczyny, która z pewnym rozbawieniem patrzyła na jego awanse i to nadskakiwanie rodzicom.

Para królewska robiła, co mogła, by nie oddawać córki, ale kandydat niestrudzenie pokonywał wszelkie przeszkody. W końcu jednak postawiono przed nim taką, której nie był w stanie przeskoczyć. Mianowicie matka i ojciec – nie odnajdując rys w idealnym wizerunku pretendenta do ręki latorośli – postanowili się zdać na nadwornego lekarza. Był to konował pierwszej wody, który za cel postawił sobie przypodobać się państwu i po szczegółowym przebadaniu delikwenta ujawnić jakiś – choćby najbardziej wydumany – defekt.

Tego już było za wiele. Pech chciał, że najlepszy potencjalny zięć, jakiego tylko można sobie wymarzyć, skrywał pewien sekret. Wiedział, że jeśli przystanie i na tę fanaberię, prawda wyjdzie na jaw i będzie mógł się pożegnać z marzeniami o życiu u boku ślicznej księżniczki. Wkurzył się niewąsko – miał już zresztą serdecznie dość roszczeniowego króla i jego jeszcze gorszej połowicy – i postanowił ukarać krnąbrnych niedoszłych teściów.

A trzeba ci wiedzieć, że w owej materii dysponował nieograniczonymi środkami. Tak się bowiem złożyło, że był czartem wysokiego stanu. Wezwał więc jedno z pomniejszych lich i rozkazał mu przybrać smoczą postać. Napadli na pozornie niezdobyty pałac i ograbili go z całego bogactwa, zostawiając jeno gołe mury. Nasz bohater wygnał wszystkie sługi – miał doprawdy litościwe serce, mógł ich wszak pozabijać – parę królewską stracił, a księżniczkę porwał. Ponieważ była mu niechętna, powierzył ją smoczej pieczy i ukrył wraz ze skarbem w niedostępnych górach.

Było to dawno i pamięć o szczegółach tych wydarzeń już zaginęła wśród ludzi. Nadobna dziewoja jednak wciąż śpi kamiennym snem i śni o szlachetnym rycerzu, który ją oswobodzi, odzyska utracone królestwo i przywróci mu dawną świetność.

 

***

 

– I co?

– Jak to: „co”? Kpisz sobie ze mnie?

– Nie bardzo rozumiem…

– I tutaj wkraczasz ty, ośle! – Julian spojrzał na niego koso, ale na ptaku nie robiło to wrażenia. – Konkretnie, to z moją pomocą. Przypadkiem wiem, gdzie znajduje się wspomniane smocze leże. Mogę zapewnić ci środki, byś się tam dostał i zdobył bogactwo wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Młodzieniec podrapał się po głowie, zaciskając drugą dłoń na lutni. Co prawda, jego ojciec marzył, by syn został rycerzem, sięgnął po chwałę i sławę… On sam wiedział jednak najlepiej, że nie nadaje się do wojaczki ani do awanturniczego życia. Jego smukłe dłonie i gładkie lico bardziej pasowałyby do niewinnego dziewczęcia, a melodyjny głos wprawdzie nadawał się do śpiewania rzewnych ballad, ale do opowiadania brutalnych historii już niekoniecznie.

– Strasznie ograniczoną masz wyobraźnię, jak na tak artystyczną duszę – prychnął pan Garrulus. – Zaczekaj chwilę.

Zerwał się niespodzianie i zniknął w koronie dębu. Naraz rozległ się dziki tumult. W końcu ptak zaskrzeczał triumfalnie, a po pniu z trudem zbiegła utykająca – na trzy z czterech łapek – wiewiórka i zniknęła w zaroślach.

Młodzieniec uniósł głowę i spróbował wypatrzeć pomarańczowe pióra. Nie dostrzegł ich, słyszał natomiast, jak sójka buszuje wśród liści. Wreszcie usłyszał kolejny triumfalny okrzyk.

U stóp Juliana z brzękiem wylądował błyszczący przedmiot. Chłopak już chciał po niego sięgnąć, ale powstrzymał go głos dobiegający gdzieś z góry:

– Ostrożnie! – Czart znów sfrunął z drzewa i przysiadł na trawie tuż obok tajemniczego artefaktu. – Z tymi magicznymi ustrojstwami jest pewien kłopot: zwykle, jeśli weźmiesz je do ręki, nie możesz się ich pozbyć, póki nie nadarzy się ktoś równie naiwny.

Młodzieniec skinął głową, wyłamując palce. To był pierwszy haczyk; domyślał się, że jest ich znacznie więcej. Był jednak zaintrygowany i postanowił wysłuchać, co ptaszysko ma do powiedzenia.

– Doskonale. No, to słuchaj. To cacko zrobi z ciebie prawdziwego rycerza; zyskasz nieprzezwyciężoną siłę i odwagę, i w ogóle wszystko, czego zapragniesz. Ludzie cię pokochają i będą ci zazdrościli, ale nikt nie zdoła cię skrzywdzić. Warunek jest taki, że nie możesz się rozstawać z moim znakiem, inaczej wszystko stracisz. Zrozumiałeś?

– A co ty z tego będziesz miał?

– Przede wszystkim, mój drogi, rycerza na swoich usługach. Zrobisz, co ci powiem… A ostatecznie zdejmiesz ze mnie tę przebrzydłą klątwę i wreszcie będę mógł wrócić do swej prawdziwej postaci. Doprawdy, sójki to paradne stworzenia, ale znudziło mi się już spanie na drzewie i sranie na rzadko. To niepoważne, nie licuje ze stanem szlacheckim.

Julian roześmiał się szczerze, choć podejrzewał, że pan Garrulus mówił śmiertelnie poważnie. Swoją drogą, proponowany układ coraz bardziej mu się podobał. W gruncie rzeczy wydawał się niegroźny, zdawały się z niego płynąć wyłącznie korzyści. Już wyobrażał sobie minę ojca, gdy ten usłyszy o jego dokonaniach.

– Widzę, że roztoczona przeze mnie wizja do ciebie przemawia. Przyjmij więc tę broszę i noś ją z dumą jako symbol czekającej na ciebie chwały.

Młodzieniec sięgnął po błyskotkę, ujął ją w palce i przyjrzał się uważnie. Oprawionemu w srebro, ciężkiemu kamieniowi nadano kształt pióra. Niesamowicie regularne czarno-niebieskie prążkowanie przywodziło na myśl lusterko na skrzydle sójki. Zapięcie było solidne i ostre jak brzytwa. Julian poruszył ręką i z podziwem obserwował refleksy odbijane przez idealnie wypolerowaną powierzchnię. Miał w dłoni prawdziwe cacko.

– Świetnie, że ci się podoba, ale nie czas teraz na zachwyty. Zacznijmy od czegoś prostego. Zamknij oczy i pomyśl, jak chciałbyś wyglądać.

Julian spełnił polecenie z lekką obawą. Czuł się niewysłowienie głupio, ale nie było już odwrotu. Wtem po całym ciele rozeszło się mrowienie. Wystraszony chłopak uchylił powieki i spojrzał w dół; nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.

Od stóp do głów zakuty był w lśniącą zbroję. Wypolerowane złotawe blachy zdobione były misternymi inkrustacjami, mieniącymi się wszystkimi odcieniami zieleni i błękitu. Młodzieniec westchnął z zachwytem.

– No no, całkiem nieźle. Pozwól mi jeno wtrącić, że noszenie żelastwa w takim upale musi być mało komfortowe. Radziłbym przerzucić się na coś lżejszego, o ile nie ruszasz natychmiast do boju. Tylko wiesz, z polotem!

Chłopak skinął i ponownie zamknął oczy. Tym razem już śmielej począł wyobrażać sobie kolejne elementy przyodziewku – od doskonale skrojonego kaftana po buty najlepszego gatunku. Nie oszczędzał przy tym na drobnych, ale cieszących oko fantazyjnych szczegółach.

– Widzę, że masz doskonały gust, mój drogi Julianie – zauważył czart z uznaniem. – I przebogatą fantazję. Gdybym właśnie nie robił z ciebie rycerza, bez wahania zatrudniłbym cię jako nadwornego krawca.

Młodzieniec uśmiechnął się tylko i dodał do wyimaginowanego wizerunku lekki, nieco ekstrawagancki płaszcz. Za pomocą magicznej broszy upiął materiał na ramieniu, podniósł się z ziemi i spojrzał po sobie. Efekt był nader zadowalający – nowy strój w sposób nienachalny przykuwał uwagę i wspaniale podkreślał idealnie wyrzeźbioną muskularną sylwetkę.

Naraz w jego dłoni zmaterializowało się niewielkie lustro. Przejrzał się w nim, zachęcony przez ptaka. Dostrzegł, że mętna zieleń tęczówek nabrała wyrazistości, rysy twarzy zmężniały, a nijakie brązowe włosy zaczęły lśnić i ułożyły się zawadiacko nad czołem. Posłał swemu odbiciu zniewalający uśmiech i przez moment podziwiał własną urodę.

– No, dość tych zachwytów, książę – parsknęła wreszcie sójka. – Pora wymyślić ci jakieś szacowne miano, bardziej przystające do obecnego stanu. Hmm, pomyślmy… Co powiesz na to: sir Julien Lanceolatus herbu Błękitne Pióro. Idealne dla błędnego rycerza, nie sądzisz?

– Nie wiem, chyba może być.

Pan Garrulus prychnął, manifestując niezadowolenie w obliczu tak jawnego przejawu ignorancji. Wszak imię jest tym, co będzie powtarzać prosty lud, przekazując z ust do ust podania o wielkich czynach tego młodzika! A tak się przecież wysilił, by brzmiało godnie i szlachetnie…

– Dobra, mniejsza o to – mruknął sam do siebie. – Wiesz, chłopcze, czego ci jeszcze brakuje? Jakiejś przyjemnej szkapiny. Nie nie, nie przeciążaj tego cudeńka. Jak będziesz od niego wymagał za dużo naraz, to jeszcze gotowe oszaleć i zrobić wszystko na opak. Zaczekaj moment.

Zaskrzeczał donośnie, aż echo nie mogło się zdecydować, z której strony odpowiedzieć. Krzyk zabrzmiał dziwnie władczo i jakby przyzywająco. Przez jakiś czas nic się nie działo, ale gdy pogłos umilkł, w pobliskich zaroślach dały się słyszeć szelesty i odgłos ostrożnego stąpania, jakby jakieś duże, ale uważne zwierzę próbowało się przez nie przedrzeć.

W końcu u boku Juliana stanął przepiękny wierzchowiec. Mięśnie zagrały pod skórą, a czarna sierść zalśniła niczym krucze pióra, gdy koń potrząsnął bujną grzywą i zatańczył zadnimi nogami. Srebrzyste elementy rzędu zabrzęczały melodyjnie, niczym maleńkie dzwoneczki.

Aksamitny nos trącił chłopaka w ramię, omal go nie przewracając. Młodzieniec spojrzał w bystre oczy i pogładził smukły pysk z zachwytem.

– Uważaj, to bydlę potrafi być złośliwe – zachrypiało ptaszysko. Koń zarżał basowo w gniewnym proteście. – Cichaj, wałachu chędożony… Julianie, poznaj Ravenira. Potraktuj go jako moją inwestycję w twoją przyszłość. Umiesz się z tym obchodzić, tak? – Chłopak na moment przymknął oczy i potwierdził. – Ej, ej, a co ja ci… Zresztą, nieważne. Bylebyś potem nie mówił, że nie ostrzegałem! – Ptak pokręcił głową z dezaprobatą. – No, dość tych pogaduch. Pora ruszać w świat, moje panie!

– Moment, panie Garrulusie…

– A dajże spokój z tym panem! Co ja, jaki nobliwy starzec, żeby mi tak panować? Mówże mi Garrula, toć zostaliśmy kompanami na złe i jeszcze gorsze.

– Niech będzie… Garrulo, powiedz mi przynajmniej, gdzie się udajemy. Jak mam tam trafić, skoro niczego nie chcesz mi zdradzić?

– Oho, widzę, że głęboko ukryta inteligencja postanowiła się ujawnić – zaśmiał się czart. – Nic się nie martw, Ravenir doskonale zna drogę. Zdaj się na niego. Poniesie cię, gdzie trzeba, ty mu się tylko nie pozwól zrzucić. No, już, wsiadaj na tego narowistego smoka i hajda!

Zerwał się nagle i zniknął wśród koron drzew.

– Ej! A ty dokąd?! – zawołał za nim Julian.

– Och, zobaczymy się za jakiś czas! Nie zgub mojego pióra! – usłyszał w odpowiedzi.

W lesie zapadła cisza. Julian spojrzał pytająco na konia, któremu ewidentnie kończyła się cierpliwość. Przestępował z nogi na nogę i strzygł nagląco uszami, groźnie łypiąc przy tym na nowego pana.

– Dobra, dobra, już się zbieramy, nie patrz tak.

Chłopak wzruszył ramionami. Szybko sprawdził rząd i dosiadł wierzchowca, jakby całe życie nie robił nic innego. Ledwo znalazł się w siodle, zwierzę ruszyło z miejsca lekkim kłusem, z każdym krokiem przyspieszając. Nie zważając na gęste zadrzewienie, szybko przeszło w cwał, zwinnie lawirując między potężnymi pniami.

Ravenir zdawał się nie zwracać na jeźdźca najmniejszej uwagi. Julian kilkukrotnie ledwo uniknął zderzenia z niższymi konarami, więc dla bezpieczeństwa przylgnął do końskiej szyi. Wolał nie wypaść z życia z przetrąconym karkiem. Wszakże dopiero się ono zaczynało i ciekaw był, co mu jeszcze przyniesie.

 

***

 

– Nieźle się trzymasz jak na cały dzień w siodle. Jesteś do tego wprost stworzony, mój drogi!

– Daj spokój, Garrulo. Gdyby nie twoje czary, spadłbym, nim przeszedł w galop.

– Tak, tak, nie przeczę, to ja cię stworzyłem. Ale! Czyż to nie wspaniałe? Spójrz tylko: jesteś na szlaku z wiernymi towarzyszami…

– Z których jeden nie mówi nic, a drugi wręcz za dużo – wtrącił młodzieniec.

– …nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień – ciągnął czart, niezrażony. – Takie życie samo w sobie już jest przygodą! Nie musisz dziękować.

– Na razie nie ma za co. Głodny jestem jak wilk.

– Spójrz no tylko, co się tu piecze na ogniu dla ciebie. Dobry pan dba o swoich rycerzy.

Julian prychnął kpiąco. Kolejną z nabytych tego dnia cech była pewność siebie, której zawsze mu brakowało. Teraz znajdował odwagę nawet, by przekomarzać się z samym diabłem. Ech, dobrze być z czartem w komitywie.

– No, a jakże! Bierz się do jedzenia, póki ciepłe. A nie zapomnij co rzucić poczciwemu Ravenirowi, żeby nie musiał pół nocy polować na zające. W tym lesie ich, co prawda, w bród, ale i tuzinem to on się za bardzo nie naje… Ja też nieco uszczknę, pozwolisz, braknąć nam przecież nie braknie.

Młodzieniec wzruszył ramionami i rzucił się na pieczyste, na jego niewprawne oko, z dzika. Żaden z kompanów nie ustępował mu pod względem żarłoczności. Ani się obejrzeli, jak w ognisku zostało tylko kilka ogryzionych do czysta kości – resztę Ravenir schrupał z błogim wyrazem pyska. Po skończonym posiłku przeciągnął się z zadowoleniem niczym pies, padł na bok i zaczął donośnie chrapać.

Julian obserwował to z pewnym zaciekawieniem, sącząc podane przez Garrulę zimne piwo. Niemal nie odnotował, że nic go już nie dziwi po tym pełnym wrażeń dniu. Nie sądził, że można tak szybko przyzwyczaić się do magii. Zastanawiało go tylko, skąd to wszystko się bierze.

– Och, każdy ma swoje tajemnice. Czy byłbyś łaskaw więcej myśli artykułować? Czytanie z twojej głowy bywa męczące, a po spędzeniu tylu lat w samotności aż chce się do kogo dziób otworzyć.

– Skoro tak ci się chce gadać, może opowiedziałbyś mi nieco o sobie?

– Sprytnie, młodzieńcze. Pewnie dalej frapuje cię, jak zostałem sójką… No, niech ci będzie. Słuchaj uważnie. To będzie historia z morałem.

 

***

 

W czasach, gdy zwykłem nieco mocniej stąpać po ziemi, miast fruwać po lesie, poznałem pewną kobietę. Choć już dojrzała, miała gładkie lico i ponętną figurę, a przy tym w sztukach miłosnych była biegła jak rzadko która. I choć zamężna, nie stanowiło to dla niej żadnej przeszkody w szukaniu nowych podniet. Kto wie, może nawet przyprawianie rogów temu staremu pierdzielowi, z którym dzieliła życie, traktowała jako swego rodzaju sport? Tak przynajmniej można było wnioskować, sądząc po ilości jej kochasiów.

Tak się jakoś przedziwnie złożyło, że przez jakiś czas byłem jednym z nich. Śmiało mogę rzec nawet, że należałem do tych najbardziej uprzywilejowanych i najulubieńszych – wszak kto lepiej zaspokoi niewieście żądze i najdziwniejsze zachcianki, niż sam czart? Bywały dni, że niemal nie wypuszczała mnie z łożnicy.

I żyło nam się razem dobrze… Do czasu, gdy przypadkiem poznała moją historię. Cóż, kobieta zmienną jest, jak to mówią; a kobietą będąc, rzecz wiadoma, serce ma miękkie i wrażliwe na cudze… niewygody. W zasadzie trudno się dziwić, że w końcu pozwoliła wyjść na wierzch swej prawdziwej naturze.

Widzisz, gdy dała się ponieść emocjom, okazało się, żem sypiał z wiedźmą. I nie ma przesady w tym, co mówię – to była najprawdziwsza czarownica, na dodatek o nielichej mocy. Zresztą może powinienem wcześniej zmiarkować, wszak kto inny świadomie spółkowałby z czartem? Mamy, co prawda, swoje atuty, ale przeciętnych bogobojnych białogłów raczej one nie przekonują… No, ale o to mniejsza.

Jak się jędza wściekła – a gniew jej był doprawdy straszliwy, nie chciałbyś doświadczyć na własnej skórze – zaczęła bluzgać po łacinie. Zrazu rozśmieszyła mię myśl, że spróbuje może jakich egzorcyzmów, a te zwykle niewiele są warte… Rychło wyszło jednak na jaw, jakie powzięła zamiary – i uwierz, nawet ja bym na coś tak niecnego nie wpadł.

 

***

 

– Zamieniła cię w sójkę.

– Pytasz, czy odkrywasz Eldorado? Czekaj, bo teraz najlepsza część. Widzę, że już cię nudzę, więc powiem w skrócie. Wiesz, co mi oznajmiła? Że póki, uważasz, swoich win nie odkupię, będę się poniewierał w ptasiej postaci. A sam ich odkupić nie mogę, jakem czart, bo zrobiła ze mnie zwierzę i na dawnej mocy mi nie zbywa. Coś niby zostało, ale nie w nadmiarze. I tutaj…

– …wkraczam ja.

– Brawo, sokole! Przyznasz, że ta błyskotka jest niezastąpiona… Wiesz, jak to mówią: gdzie czart nie może, tam rycerza pośle. Zdejmiesz klątwę z księżniczki, a wtedy ja będę mógł wrócić do dawnej postaci i…

– Czekaj, czekaj! To ty byłeś owym czartem starającym się o rękę królewny, do której tak ochoczo mnie teraz prowadzisz? Stąd tak dobrze znasz całą historię!

– Świetnie, chłopcze, kolejne trafienie! Nie patrz tak. Nie myśl, że cię wrobiłem, sam się zgodziłeś na warunki, choć przecież chyba się spodziewałeś, że musi być masa kruczków. Wiesz, że cię potrzebuję; tak, jak ty potrzebujesz mnie. Teraz zresztą już nie możesz się wycofać.

– Nie martw się, nie mam zamiaru.

– Dobrze. Jeszcze nie wiesz wszystkiego, ale…

– To mi powiedz! Gorzej już chyba nie będzie, czyż nie?

– Nie pora teraz na to. Czas spać. Dobranoc.

 

***

 

Ravenir zatrzymał się u podnóża potężnej góry, zastrzygł uważnie uszami i zatańczył pod Julianem. Zdawało się wręcz, że ma ochotę stanąć dęba, ale widocznie uznał to za zbyt prostackie i powstrzymał się w ostatniej chwili.

Garrula wylądował na ramieniu chłopaka i niemal wetknął mu dziób do ucha.

– Tam, widzisz? – wymruczał, wskazując skrzydłem mrok przed nimi. – Wejście do smoczego leża. Nie strzeże go żadna brama, ale na zewnątrz jesteśmy bezpieczni. Licho jest związane czarem; póki nie odbijemy księżniczki, nie może się stąd ruszyć.

– Jak się tam dostaniemy?

– Najprościej: od frontu – parsknął ptak. – Ja i kobyła pójdziemy przodem, żeby odwrócić uwagę. Tymczasem ty przekradniesz się niepostrzeżenie, zbudzisz księżniczkę pocałunkiem, jak na prawdziwy romans przystało, i zdejmiesz klątwę.

– Może więcej szczegółów?

– Radź sobie – zaskrzeczał czart, zawinął się i po prostu zniknął, razem z koniem.

Młodzieniec wylądował na ziemi, aż zadzwoniła na nim zbroja. Zaklął szpetnie pod nosem, wstał i z grubsza otrzepał płaszcz. Rozejrzał się, ale nigdzie nie dostrzegł śladu po towarzyszach. Westchnął z niechęcią i ostrożnie zaczął się zbliżać do smoczej jamy. Po prawdzie chętnie by sobie odpuścił, ale perspektywa tego, co mógł zyskać, była zbyt kusząca; nie mógł tak łatwo się poddać.

Ciemność chciwie wyciągnęła po niego ręce, gdy tylko wszedł do jaskini. Na ścianach i sklepieniu zauważył skupiska pokracznych świecących grzybków, wytyczające drogę w mrok. Ruszył ich śladem, stąpając uważnie i nasłuchując.

Szedł już jakiś czas i nie miał pojęcia, ile drogi przebył, gdy wtem górą zatrząsł potężny basowy pomruk. W pierwszym odruchu chciał uciekać, lecz zamiast tego zatrzymał się i wsłuchał w niepokojący dźwięk. Uspokoił się nieco, gdy zawtórowały mu śmiechy przypominające ptasie skrzeczenie i końskie rżenie.

– Wygląda na to, że ktoś się świetnie bawi – mruknął do siebie i podjął wędrówkę.

Po pewnym czasie odniósł wrażenie, że wykuty w litej skale korytarz zaczyna się rozszerzać. Ciemność powoli ustępowała pola łagodnemu światłu, komponując się z nim w osobliwy półmrok.

Julian dotarł do rozwidlenia. Stanął pośrodku, zrazu niezdecydowany. Z prawej odnogi dobiegały głosy, postanowił więc pójść w przeciwną stronę. Choć wydawało się, że zaklęty smok jest w dobrej komitywie z jego kompanem-czartem, chłopak wolał uniknąć spotkania z nim oko w oko. Wszak zadaniem bestii było pilnowanie skarbu – a jeśli ktoś spróbuje go wykraść, licho może się nieźle wkurzyć… Przypuszczał, że w takim wypadku miałby marne szanse; przecież ptak i koń, choćby najbardziej niezwykłe, nie zdołają go obronić.

Niespodziewanie korytarz skręcił i skończył się bez ostrzeżenia. Młodzieniec omal nie rozbił nosa o ścianę, która nagle przed nim wyrosła. Zaklął szpetnie – nauczył się tego od Garruli – i już miał zawracać, ale coś go zatrzymało.

Przyjrzał się z pozoru gładkiej ścianie i zauważył płytkie wgłębienia; ledwo je dostrzegł, zaczęły jarzyć się zielonkawą poświatą, jakby chciały zwrócić na siebie uwagę obserwatora. Prześledził wzrokiem wzór, który tworzyły – choć nieczytelny, było w nim coś znajomego. Przymknął oczy, szukając nieuchwytnego rozwiązania zagadki, które zdawało się czaić na obrzeżach świadomości. Mimo okrywającej go szczelnie blachy poczuł, jak brosza Garruli ciąży na ramieniu. Wtem doznał olśnienia.

Z jego ust popłynęły słowa w nieznanym języku. Nie rozumiał tej osobliwej inkantacji, ale mgliście świtało mu, że jest w niej coś o dziewicach, ptakach i chędożeniu. Wolał nie wnikać głębiej – zamiast tego obserwował wyżłobienia w skale, które po kolei traciły swój blask i pękały. Towarzyszył temu dźwięk sprawiający, że włosy stawały dęba. Chciał go zagłuszyć – niestety, głos przestał go słuchać, zupełnie jakby już nie należał do niego. Pozostało cierpliwie przeczekać i zobaczyć, co będzie dalej.

Wreszcie brosza skończyła przemawiać za jego pośrednictwem, trzasnęło ostatnie wgłębienie – i kamienie osypały się na dno tunelu z głuchym hurgotem. Julian w ostatniej chwili zdążył uskoczyć, cudem unikając zasypania przez osuwisko. Był pewien, że oto właśnie umknął śmierci – i to wyjątkowo bolesnej.

Jego oczom ukazała się obszerna komnata, rozświetlona nieziemskim blaskiem. Niemal całą przestrzeń wypełniały spiętrzone pod samo sklepienie kosztowności. Oczarowany, zagłębił się w labirynt szlachetnych metali i drogich kamieni. Wrażenie robiła nie tylko mnogość bogactw, jakiej nie wyobrażał sobie w najśmielszych marzeniach; kunsztowne wykonanie skarbów cieszyło jego wysublimowane poczucie estetyki. Doprawdy, już dla samego efektu wizualnego warto było się tu znaleźć.

Dotarł do miejsca dziwnie przywodzącego na myśl studnię. Już miał się cofnąć, lecz dostrzegł wąskie przejście. Z trudem się przez nie przecisnął i stanął jak wryty. Przed nim rozciągała się rozległa, spowita w złotawym półmrok przestrzeń; na posadzce lśniły sino ogromne gadzie łuski. Dalej, pod przeciwległą ścianą, znajdowało się ozdobnie rzeźbione kamienne łoże; na nim, wprost na gołej skale, spoczywała piękna – zrazu zdałoby się, martwa – naga dziewczyna.

Julian nie bardzo wiedział, gdzie oczy podziać. Obawiał się, że przybył za późno; gdy ostrożnie podszedł, dostrzegł z ulgą, że biała pierś unosi się nieznacznie w płytkim oddechu. Księżniczka musiała być pogrążona w głębokim śnie; choć jej twarz z pozoru wyrażała spokój, brwi marszczyły się delikatnie, a przymknięte powieki drgały ledwo dostrzegalnie.

Młodzieniec westchnął, przez moment podziwiając nieprzeciętną urodę królewny. W końcu jednak nieco oprzytomniał i przyklęknął u wezgłowia. Pochylił się powoli i złożył na różanych wargach dziewczyny niespodziewanie namiętny pocałunek.

Cała grota zatrzęsła się w posadach, aż kosztowności z brzękiem osuwały się z wysokich stert. Tymczasem przez ciało księżniczki poczęły raz po raz przebiegać silne dreszcze. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Julian w rycerskim odruchu zdarł z ramion płaszcz i okrył nim królewnę.

Efekt tego zabiegu był równie natychmiastowy, co niespodziewany. Gdy tylko chłopak wypuścił z dłoni materiał, zarówno płaszcz, jak i jego zbroja zniknęły. Przez członki Juliana przeszło mrowienie zwiastujące zmiany w fizjonomii. Przerażony, sięgnął po leżącą przy ramieniu dziewczyny broszę, lecz nie był w stanie jej dotknąć.

– Tsss, brawo, winszuję pomyślunku! – syknął mu do ucha znajomy głos. – Toś teraz popisowo dał dupy, kolego. Czy ja ci nie mówiłem, że nie możesz oddawać mojej błyskotki?

Tuż obok wciąż klęczącego na ziemi chłopaka zmaterializowali się nagle trzej czarci.

– Jeden czart i dwa pomniejsze licha – poprawił machinalnie Garrula, wygładzając poły surduta. – Przywitaj się z Ravenirem – jego czarnowłosy towarzysz skinął głową, eksponując iście koński uśmiech – i z Dragostynem. – Drugi z wymienionych ukłonił się szyderczo. – Jak widzisz, mimo całej swej nieprzeciętnej głupoty wypełniłeś zadanie i udało ci się zdjąć klątwę.

Młodzieniec zerknął niepewnie na wciąż śpiącą księżniczkę. Dostrzegł, że blade policzki powoli nabierają rumieńców, a na ustach z wolna wykwita błogi uśmiech.

– Nią się nie przejmuj, wybudzanie po tylu wiekach musi trochę potrwać. – Czart machnął ręką lekceważąco. – Imaginuj sobie, że teraz to wszystko jest twoje. Nie wiem, jak chcesz się stąd zabrać, skoro dobrowolnie wyrzekłeś się możliwości korzystania z naszej pomocy, i to dla jakieś zmarzniętej dzierlatki…

– Wypraszam sobie! – zaprotestowała królewna, gwałtownie siadając. – Może i spałam długo, ale nie ogłuchłam. I żądam szacunku! A skoro już przy pomocy jesteśmy, panie Garrulusie… – Uśmiechnęła się przekornie, gładząc palcem upuszczony przez Juliana artefakt. – Może byłbyś łaskaw w ramach rekompensaty zatroszczyć się o jakiś przyodziewek dla mnie i tego szlachetnego młodziana?

– Ach, diabli! Jej wysokości nie jestem nic winien! Czemużeś dał jej broszę, tępaku? – sarknął Garrula, niechętnie spełniając życzenie.

– Grzeczniej, czarcie – prychnęła księżniczka, poprawiając rękawy strojnej sukni. – Obiecałeś memu zacnemu wybawicielowi kobietę, bogactwo i całe królestwo, jak mniemam? No, to raz raz, przenieś nas z tym wszystkim do zamku! Nie będziemy tu marznąć.

 

***

 

– To cię załatwiła, eminencjo – parsknął Dragostyn, zwijając się ze śmiechu.

– No! – zawtórował mu wesoło Ravenir. – Udzielenie ślubu i koronacja młodej pary… Własnymi rękami!

– Zamknąć się obaj, ale już! – prychnął wściekle pan Garrulus. Mitra ciążyła mu niemiłosiernie, szata liturgiczna krępowała ruchy. – Żeby tak mnie w biskupa… Wstydu za grosz nie ma ta młodzież! A patrzcie tylko, jacy zadowoleni!

Zaklął szpetnie, obserwując triumfalny przemarsz pary królewskiej przez salę tronową. Jakiś nadworny pajac otworzył właśnie wielką skrzynię i wypuścił rozkrakane stado wron, które pierwotnie były białymi gołębiami. Licha zawyły z radości i ruszyły przez tłum dzikim galopem, goniąc oszalałe ptactwo.

– I tyle z pięknej uroczystości – roześmiał się złośliwie czart, z lubością obserwując spadające na szykowne stroje gości obfite porcje ptasiego gówna. – Może i mogliby żyć długo i szczęśliwie… Ale co to za atrakcja?

Koniec

Komentarze

Cześć, Nana!

Z radością widzę, że kolejny tekst w bajkowej konwencji wyszedł Ci całkiem fajnie. Znaczy jest parę potknięć (to co mnie się rzuciło w oczy będzie pod spodem), ale czytało się dość płynnie i historia mimo ograniczen wykresowo-limitowych była dość ciekawie poprowadzona. Może koniec możnaby ciutkę rozwinąć, żeby wszystko wybrzmiało, ale nie zepsuł mi on wrażenia ogólnego.

A teraz małe czepianko:

 

Jesteś pewien, że zdajesz sobie sprawę z konsekwencji, jeśli cokolwiek ode mnie przyjmiesz?

Druga część zdania mocno niezręczna, proponuję jakoś inaczej to sformułować.

ten nic sobie nie robił z nagany wzrokowej

Zatrzymała mnie nagana wzrokowa.

Na gałęzi rozłożystego dębu, w którego cieniu przysiadł, kiwało się barwne ptaszysko zawzięcie kłapiące masywnym dziobem.

Lekkie przeprzymiotnikowanie.

 

Pozdrawiam

Witaj, oidrin! Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu ^^ Co do zakończenia to sama mam niedosyt, ale limit mnie zatrzymał niestety, a nie bardzo było co skracać gdzieś w środku, żeby zyskać trochę znaków… Ostatnio moja inwencja trochę kuleje xD Słuszne uwagi, jak tylko się dorwę z powrotem do komputera, to może coś z tym zrobię. Dzięki za komentarz, również pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

W konkursowej puli, w kategorii “baśnie samodzielnie wymyślone” (a nie retellingi Kopciuszka, których jest sporo) to jest jedna z ciekawszych. Bardzo przyjemnie mi się czytało, wciągnęła mnie historia, podobało mi się, jak połączyłaś kilka różnych klasycznych baśniowych motywów (pakt z diabłem kończący się oszukaniem złego, smok strzegący królewny, magiczna kariera zwykłego chłopca), przyprawiłaś lekkim humorem i wplotłaś w spójną i sensownie pomyślaną baśniową fabułę. Zgadzam się z oidrinn, że limit trochę wymusił przyspieszenie zakończenia, ale to niedociągnięcie nie odebrało mi przyjemności z lektury.

No tak, limit mi niestety związał ręce, ostatnio mam strasznie problem, żeby się zmieścić w znakach – niezależnie od tego, czy limit wynosi 5 czy 30 tysięcy xD W każdym razie cieszę się, że się podobało ^^ Dzięki za komentarz i za miłe słowa!

Spodziewaj się niespodziewanego

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Zakończenie wywołało uśmiech, czart w roli biskupa – tego chyba jeszcze nie było ;)

W ogóle bardzo fajna baśń z wieloma ciekawymi pomysłami. Zgadzam się z Ninedin, że w tej kategorii jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza :) Czytało się dobrze, płynęłam przez opowieść bez potknięć, za to z uśmiechem.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

To był jeden z tych pomysłów, które przychodzą nagle, kiedy nie wiesz, co dalej – wypadało już jakoś zakończyć, bo limit się zbliżał, a że w założeniu miała to być komedia, to zakończenie nie mogło być nudne i oklepane :D Cieszę się, że przypadło Ci do gustu :) Dzięki za miłe słowa i kliczki (które zwykle zauważam z pewnym opóźnieniem xD)!

Spodziewaj się niespodziewanego

Cześć!

Bardzo podoba mi się wykonanie i kreacja głównego bohatera. Lekkie, trochę gawędziarskie styl, zdecydowanie fantastyczne. Ma w sobie coś z baśni. Julian taki trochę naburmuszony, zbuntowany licealista, polot nie jest jego mocną stroną. Ale doskonale pasuje to do historii o pakcie z diabłem, bo budzi ciekawość, w co to niecne ptaszysko go wpakuje, i jak się on z tego wykaraska (bo do Twardowskiego mu trochę brakuje).

Fabuła klasyczna, może bez fajerwerków, ale ciekawa – do końca nie wiadomo (zakładając, że interpretacja wykresu może być różna) jak się to skończy. Ja w każdym razie śledziłem losy Juliana z przyjemnością. Schemat konkursowy imho zrealizowany.

Problem mam natomiast z czartem. Bo jest jakiś taki nijaki, jak na diabła. Ani straszny, ani bystry. Taki trochę niezbyt bystry dobry wujek, rubaszny, uczynny i prawie wszechmocny, dający się ciągle łatwo zrobić w konia. Jeszcze im później ślubu udziela. Nic, tylko spotkać takiego na łące i zdobyć w ten sposób władzę nad światem. 

Tyle. Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Witaj!

Cieszę się, że Ci się podobało ^^

Prawdę mówiąc, też miałam problem z czartem… Bo to był zasadniczo mój pierwszy czart. Trochę nie wiedziałam, jak go ugryźć – ale musiałam dość mocno i oto, co z tego wynikło. I mam wrażenie, że wyszedł czart szlachetnego rodu trochę w stylu Zapaliczki z “Pustego nieba” Radka Raka, pewnie nie tak dawna lektura miała w tym jakiś udział…

W każdym razie dzięki za komentarz i za miłe słowa!

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Choć entuzjastą podobnych baśni nie jestem, to Twój tekst czytało mi się dobrze. Spodobały mi się postacie Juliana i Garrulusa oraz sposób, w który ci dwa – lekkomyślny młodzieniec i cwany (a raczej przekonany o swoim cwaniactwie) czart – prowadzą dialog. Sama końcówka mnie przypadła do gustu :) Myślę, że założenia konkursowe zrealizowałaś.

Polecam do biblioteki, pozdrawiam!

Cieszę się niezmiernie :) Można powiedzieć, że w tych dialogach wreszcie mogłam sobie pozwolić na więcej luzu – zwykle takie przekomarzanie nie pasuje mi do konwencji… Tymczasem tutaj w usta – czy raczej dziób – czarta mogłam włożyć mniej więcej to, co sama bym powiedziała, choć raz xD Więc tym bardziej cieszy mnie, że fajnie to wyszło ^^

Dzięki za czas, miłe słowa i za polecajkę!

Również pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

[Dzięki za klika]

Spodziewaj się niespodziewanego

Hej, świetna ta bajkowa konwencja z przymrużeniem oka! Bardzo mi się spodobały dialogi. A zakończenie – czart zamieniony w biskupa i ostatnie zdanie – podbiło moje serce! Nie jestem sprawną recenzentką, ale jak dla mnie można wyczuć, że pisało ci się to opowiadanie lekko i z przyjemnością. Słowa płynnie układają się w zdania, a zdania w akapity. Żadnych zgrzytów. Aż zazdroszczę! ;)

Witaj, Kitty!

Cieszę się, zwłaszcza z Twoich słów o ostatnim zdaniu – bo o ile, jak mówisz, pisało się lekko i przyjemnie, to nad samą końcówką trochę się biedziłam, bo wciąż brakowało mi jakiejś zgrabnej puenty… Fajnie, że w końcu to wyszło :)

Dzięki za odwiedziny i miłe słowa :)

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki :D

Spodziewaj się niespodziewanego

Cześć!

Bardzo przyjemna opowieść.

Na pierwszy rzut oka można pomyśleć: a cóż tu właściwie takiego szczególnego? Styl mocno bajkowy, a zatem można kręcić nosem. Schemat też klasyczny dla bajki, więc i bieg zdarzeń (do pewnego stopnia) przewidzieć stosunkowo łatwo.

A jednak, jeśli przyjrzeć się bliżej, w owej zwykłej bajce znajdziemy całkiem sporo.

Sporo daje tu pójście w humor, dzięki czemu dostajemy już raczej coś pomiędzy bajką, a opowiadaniem humorystycznym. A to ważne, bo tak, jak przy samej bajce rzeczywiście można ciut kręcić nosem, że nie do końca jesteśmy tu, na stronie NF, docelowymi odbiorcami, tak już taki bajkowo-humorystyczny miks jak najbardziej może do starszego czytelnika trafić. Jasne, nie do każdego. Ale ja, na przykład, bardzo lubię opowieści o takiej charakterystyce.

Lubię, bo i można się przy nich uśmiechnąć. A przy okazji humor musi też trzymać pewien poziom i pasować do określonej stylizacji. Napisałbym nawet, że budowanie humoru przy takiej bajkowej stylizacji wymaga nieraz od autorów więcej, bo nie na wszystko można sobie pozwolić.

No, ale wróćmy do samego opowiadania.

Jak pisałem, mimo niepozorności ma ta Twoja opowieść całkiem sporo. Mamy tu pewną różnorodność językową, bo przeplatasz między sobą coś w rodzaju “literackiego wykwintu”:

perorował pierzasty przeciwnik muzykowania

Choć po dźwięku bym nie poznał, tak tę balladę nieprzystojnie zarżnąłeś

zwierzę gładko zmieniło tor lotu tuż nad jego czupryną i wylądowało na zgiętym kolanie Juliana, rozsiadając się iście nie po ptasiemu.

oraz żartobliwej bezpośredniości (nie mylić z prymitywnością):

Tutaj, zakuta pało.

I tutaj wkraczasz ty, ośle!

Do tego dokładasz konsekwentną bajkową stylizację oraz elementy gawędziarstwa, dzięki czemu bajka, pozornie monotonna i przewidywalna, zdaje się mieć jednak “bogate wnętrze” i tym właśnie wnętrzem utrzymuje przy sobie czytelnika do ostatniej kropki. A w moim przypadku, utrzymuje go nawet zadowolonego z lektury.

Masz w tej swojej bajce sporo nienowych, wyeksploatowanych schematów, ale podajesz je w taki sposób, że naprawdę można się nimi fajnie bawić. Od nieporadnego “wybrańca”, przez różnego rodzaju prztyczki i kąśliwe uwagi na linii Julian – czort, aż po humorystyczne wstawki.

Jednocześnie, co trzeba też podkreślić, wszystko to, za co chwaliłem powyżej, haruje w tym opowiadaniu niejako “podwójnie”. A haruje dlatego, że nie tylko ma stanowić wartość dodaną opowiadania, ale też niejako kompensować przewidywalną fabułę.

Trudno czepiać się o fabułę, wiem, że ona wynika niejako z samych założeń konkursowych, ale wiadomo też, że ona szczególnie porwać nie może. Że czytamy przede wszystkich dla tych wszystkich pozostałych elementów, od kreacji bohaterów, przez różnorodność stylową, aż po humor. Nie traktowałbym tego nawet jako zarzut (przy lekturze naprawdę miło spędziłem czas), ale raczej jako element, który może podnieść wartość tego typu opowiadania w przyszłości. Tutaj są pewne rezerwy i tutaj szukałbym (jeśli tylko założenia konkursu pozwolą) większej nieprzewidywalności.

W każdym razie opowiadanie naprawdę przypadło mi do gustu, bo taką prostą bajkę wcale nie tak prosto napisać, co widać choćby po liczbie elementów, z których się składa.

Dobry tekst, NaNo. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Witaj, CM!

Jejku, tak mi zrobiłeś dzień tym komentarzem, że nie wiem, co powiedzieć :)

Właśnie sama też lubię takie humorystyczne teksty w bajkowej konwencji i cieszę się, że mój do Ciebie trafił – bo choć stosunkowo rzadko takie rzeczy piszę, to znaczy, że jednak przynajmniej tym razem wyszło.

Cieszę się też, że stylizacja z tym kwiecistym stylem przełamanym “nieprymitywnymi” humorystycznymi wstawkami zadziałała – i nie jest zbyt wydumanie… A oprócz tego nudno.

Konkurs, konkursem będąc, trochę mi ręce spętał tym schematem (o limitach już nie mówiąc) – osobiście dałabym mniej przewidywalne, za to barwniejsze (i bardziej rozwinięte) zakończenie. Ale w sumie wyzwanie było tym ciekawsze, że musiałam ugiąć kark, żeby się w schemat zmieścić i trochę się wysilić, żeby to jakoś zgrabnie wyszło (o czym wspominałam już gdzieś we wcześniejszym komentarzu). Fajnie, że się udało.

Dzięki za wyczerpujący komentarz i za przemiłe słowa! :)

 

A dodatkową wartością dodaną tego dnia jest jeszcze trafienie do Biblioteki ^^

Spodziewaj się niespodziewanego

Sympatyczna i wesoła bajka. Faktycznie, składa się ze znanych elementów, ale sójka dodaje jej wiele kolorów. Nawet czart wyszedł w wersji light, o duszy się nie zająknie.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego wiedźmie zależało na zadośćuczynieniu względem rywalki.

Czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Prawdę mówiąc, też nie bardzo rozumiem… Ale to była opowieść czarta, chyba możemy założyć, że pewne kwestie pominął xD Dzięki za komentarz!

Spodziewaj się niespodziewanego

Miło Cię widzieć, Sonato xD

Spodziewaj się niespodziewanego

Bardzo fajne opowiadanie.

Napisane lekko, takim spokojnym, gawędziarskim stylem, wręcz się płynie przez tekst. Przypomina mi ludowe bajki o przechytrzeniu diabła, choć rozwinęła się trochę inaczej, niż zakładałem.

Początek nieco wielki w stosunku do zakończenia, ale u siebie miałem to samo – limity bolą :)

Epilog świetny. Chociaż czorty psujące ślub trochę mi się kłócą z konkursowym wymogiem bezgranicznego szczęścia, to jednak było zabawnie.

Dobra lektura.

No może i psują, ale gdyby było tak słodko – cóż to za atrakcja? ;) A limity zdecydowanie nie są moimi przyjaciółmi… Dzięki za przeczytanie i za miłe słowa!

Spodziewaj się niespodziewanego

Wrony może i nas nie rozdziobią, ale po smokach też się tego nie spodziewam

 

O, nie miałam dotąd przyjemności? A przyjemność jest niekłamana, opowiadanie czyta się pysznie. Ale… jak się nie poczepiam, poczujesz się pominięta. Do tego dopuścić nie można.

 

Mamy tu jedno i drugie zbędne „być”, dużo „się” przed czasownikami, parę przypadków consecutio temporum, kilka aliteracji. Nie powinno być: "obaj nie ustępowali", tylko: "żaden nie ustępował" (ja też nie wiem, arbitrariness of the sign). Często zapominasz o wydzielaniu wtrąceń. Pamiętaj też, że „wpół” piszemy łącznie. Błędna jest konstrukcja: „bogactwem dorównującym potencjalnym teściom” – bogactwo zięcia porównać można nie z teściami, ale z ich bogactwem.

 

Podoba mi się za to swada, z którą piszesz. Język tego opowiadania jest lekki, dowcipny i wręcz rozkoszny (choć trochę a’la Sapkowski). Ponadto – wiesz, co to znaczy "garrulus" i bezczelnie to eksponujesz, czym zarabiasz u mnie punkty.

 

Semantyka i takie tam: „zaczęła docierać do niego absurdalność sytuacji” jest bardzo niezgrabne i jako komentarz wyrywa z zawieszenia niewiary. „Zwierzęcy kompani”, „czarci kompan” to anglicyzmy – w polszczyźnie łączymy dwa rzeczowniki, nie przerabiamy żadnego na przymiotnik. „Zatracały blask” wywołuje nie to skojarzenie, co trzeba – strata i zatrata to nie to samo. Kiedy piszesz, że "sójki to paradne stworzenia", ja, zgodnie z uzusem, myślę, że to znaczy "zabawne". Podobnie „zdobny” i „ozdobny” to nie to samo. Nie „ponaglająco”, a „nagląco”. Księżniczka to córka księcia, córką króla jest królewna. Kamień nie bardzo może coś wyobrażać, ponieważ nie jest wizerunkiem (jest nim rzeźba albo płaskorzeźba). Światło się nie „dobywa” (to nie miecz). Spowitym można być w coś, nie czymś.

 

Z innych zastrzeżeń: Julian jednocześnie widzi, że skarby są kunsztownie wykonane, i postrzega skarby w masie – trochę mi się to kłóci. Wiewiórka z trzema uszkodzonymi łapkami raczej by nie biegała… No i o co w sumie chodziło tej wiedźmie, co jej Garrulus zrobił, że go zmieniła w sójkę? (Choć wiedźmie mogło chodzić o cokolwiek…)

Z zaskoczeń: coś przeczuwałam, że tym czartem od królewny był Garrulus, ale nie byłam pewna. Za to królewny nie przewidziałam.

 

Mówiąc krótko – sapkowska antybajka, ale z przytupem, i choć zakończenie troszkę pospieszne, ja się tam uśmiechnęłam. Schemat zachowałaś, a jakże.

 

Elementy punktowane: już w tytule sójka, która potem jest ważną postacią (i ho-ho nawiązań do łacińskiej nazwy), smoki, poukrywane skrzętnie, co chwilę wychylają łuskowate łby, magiczna brosza rozwiązuje fabułę. W sumie przyznałam maksimum, 15 punktów.

 

Jeśli masz ochotę zobaczyć szczegóły mojego czepialstwa, poproszę o adres mailowy na priv.

Poprosimy też o adres fizyczny, żeby przesłać owoce Twej przewagi.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Hmm, jest to opowiadanie, któremu niczego nie brakuje – jest ciekawa fabuła, barwny świat przedstawiony i bohaterowie o wyróżniających się charakterach. Plan, który jest wymagany w założeniach konkursu, jest tu nienagannie zrealizowany. Nie ma dziur fabularnych i niejasności. Ale nie ma też szału, że tak powiem. Nie ma czegoś, co by zaciekawiło i wciągnęło. Opowiadanie wydało mi się po prostu nudne – kolejna zwyczajna historyjka o księciu ratującym księżniczkę, bez specjalnych udziwnień czy smaczków.

Styl mi się podobał, piszesz bardzo dobrze. 

Tak przynajmniej można by wnioskować, sądząc po ilości jej kochasiów. 

Było, czas przeszły. 

Przypuszczał, że w taki wypadku miałby marne szanse; 

Takim. 

Doprawdy, już dla samego efektu wizualnego warto było się tu znaleźć. 

Znalazł się w miejscu dziwnie przywodzącym na myśl studnię. 

Powtórzenie. 

O, nie miałam dotąd przyjemności? A przyjemność jest niekłamana, opowiadanie czyta się pysznie.

Powitać, Matko Chrzestna Tarnino! Lejesz miód na mój brak serca! ^^

Podoba mi się za to swada, z którą piszesz. Język tego opowiadania jest lekki, dowcipny i wręcz rozkoszny (choć trochę a’la Sapkowski).

Wincy miodu! A ten Sapkowski to już wybitnie – czwórniak co najmniej xD

Ponadto – wiesz, co to znaczy "garrulus" i bezczelnie to eksponujesz, czym zarabiasz u mnie punkty.

Skrzywienie zawodowe (z wykształcenia jestem zootechnikiem; dodajmy, że pół studiów to systematyka co najmniej po polsku i po łacinie) oraz zainteresowanie zwierzyną wszelaką – a ptactwem zwłaszcza (wśród którego śpiewające i drapieżne zajmuje szczególne miejsce) – skłoniły mnie do owego bezczelnego wykorzystania nabytej wiedzy… Miło mi, że to doceniłaś :D

Księżniczka to córka księcia, córką króla jest królewna.

Tak, jestem tego świadoma. Na swoją obronę powiem, że trzymałam się konwencji baśni – a w baśniach nagminnie “królewna” i “księżniczka” są stosowane zamiennie. Wiem, że to błąd, ale w powyższym tekście akurat wyjątkowo (i bardzo wygodnie) zostawiłam sobie tę furtkę, zaocznie się rozgrzeszając na podstawie tłumaczeń m.in. z Andersena. Mea culpa, ale nie odczuwam skruchy ;P

Julian jednocześnie widzi, że skarby są kunsztownie wykonane, i postrzega skarby w masie – trochę mi się to kłóci.

Być może młodzieniec o tak artystycznej duszy – choć spoglądał całościowo na masę złota i innych takich – miał oko do szczegółów i tak sobie podziwiał w ogóle i w szczególe ;P

Wiewiórka z trzema uszkodzonymi łapkami raczej by nie biegała…

Śmiem się nie zgodzić – wszystko zależy od stopnia uszkodzenia łapek (a na te wspomniana wiewióra “jedynie” utykała) i od determinacji… Proszę o wybaczenie, ale lubię czasem wplatać takie elementy absurdu :)

No i o co w sumie chodziło tej wiedźmie, co jej Garrulus zrobił, że go zmieniła w sójkę? (Choć wiedźmie mogło chodzić o cokolwiek…)

Jedyne, co mogę powiedzieć na ten temat, to: kij wie. Nie mam pojęcia, co, jak i dlaczego, ale samo się napisało i już tak zostało. Więc zostańmy przy wersji, że wiedźma to wiedźma i nie zagłębiajmy się w temat. Jakbym miała do wykorzystania drugie 30 tys. znaków, to może sytuacja by się wyjaśniła :P

Mówiąc krótko – sapkowska antybajka, ale z przytupem, i choć zakończenie troszkę pospieszne, ja się tam uśmiechnęłam. Schemat zachowałaś, a jakże.

Znów ten mjut, rozpieszczasz mnie! A zakończenie to naturalnie sprawka limitu :P

Za ogólne czepialstwo bardzo dziękuję, to szczegółowe chętnie przyjmę – zaraz wystosuję odpowiednie pismo i poślę białego kruka ;)

Dzięki piękne za komentarz!

 

Sonato, dziękuję za wyłapanie uchybień – jak dostanę w łapki wszystkie karty i się zabiorę za szlifowanie, uwzględnię Twoje uwagi :) Dziękuję też za miłe słowa! Co do poziomu nudności – wiem, że treść nie była zbyt oryginalna, ale cieszę się, że przynajmniej forma jako tako spełniła zadanie :)

Dzięki za zostawienie komentarza!

Spodziewaj się niespodziewanego

trzymałam się konwencji baśni – a w baśniach nagminnie “królewna” i “księżniczka” są stosowane zamiennie.

W bajkach, nie w baśniach :P Ale niech Ci tam będzie.

na podstawie tłumaczeń

Nooo…

Być może młodzieniec o tak artystycznej duszy – choć spoglądał całościowo na masę złota i innych takich – miał oko do szczegółów i tak sobie podziwiał w ogóle i w szczególe ;P

He, he, wykręcić, to Ty umiesz :)

Śmiem się nie zgodzić – wszystko zależy od stopnia uszkodzenia łapek (a na te wspomniana wiewióra “jedynie” utykała) i od determinacji…

Dobra, jako specjalistce – ustępuję.

Więc zostańmy przy wersji, że wiedźma to wiedźma i nie zagłębiajmy się w temat.

Nie ma sprawy.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

W bajkach, nie w baśniach :P Ale niech Ci tam będzie.

Tak, właśnie, no :P

He, he, wykręcić, to Ty umiesz :)

Och, to moja specjalność 3:)

Dobra, jako specjalistce – ustępuję.

Do autorytetu mi daleko, ale nieco mi w głowie zostało :D

Nie ma sprawy.

Merci xD

Mmm, lubię miodek xD

Spodziewaj się niespodziewanego

Mmmm. Miodek ^^

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Zabawne. Dobrze, że na tej półce. :)

Miło mi :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Witaj, NaNa!

 

Poniżej moje jurorskie notatki:

 

Gdzie sójka nie może… (32219 znaków)

 

Dość powszechne zjawisko pospiesznej końcówki i jedna literówka (vel zjedzone słowo).

Bardzo porządne wykonanie. Początek nieco przydługi w porównaniu do rozwinięcia i tym bardziej zakończenia. Chłopak średnio wyszedł rozgarnięty i raczej miał fart wymuszony planem opowiadania, bo ze swoją głęboko ukrytą inteligencją niechybnie skończyłby źle. Przewrotnie wyszło za to z przejęciem mocy przez królewnę. Ale pierwsze skrzypce gra tutaj postać czarta w skórze sójki. Bardzo udane opisy ptasiego bohatera i jego zachowań/ruchów robią temu opowiadaniu dobrze :) Bardzo dobrze.

Trochę gawędziarska opowiastka, momentami jest na pograniczu rozpoczęcia przynudzania, ale w porę ucinasz gdzie trzeba i popychasz akcję do przodu. Wszak fabularnie ani w przytaczanych przez czarta historiach nie ma wiele nowości, a schematy dobrze znamy, ale jednak są tam lekkie dewiacje i dobrze.

Czart biskup i mające z niego ubaw licha to dobry żart na zakończenie.

 

Pozdrawiam!

 

PS.

Na mojej liście punktacji Sójka zajęła pierwsze miejsce z wynikiem 83/100.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Hej, Mytrix!

 

Dość powszechne zjawisko pospiesznej końcówki i jedna literówka (vel zjedzone słowo).

Literówka została naprawiona (chyba że umknęła mi jeszcze jakaś).

Początek nieco przydługi w porównaniu do rozwinięcia i tym bardziej zakończenia.

Faktycznie, też miałam poczucie, że początek trochę przydługi, ale inaczej wyjść nie chciało… Rozwinięcie miało być nieco bogatsze, ale limit dał mi po łapach – tak samo zakończenie (choć tu też swoje zrobił schemat).

Chłopak średnio wyszedł rozgarnięty i raczej miał fart wymuszony planem opowiadania, bo ze swoją głęboko ukrytą inteligencją niechybnie skończyłby źle. Przewrotnie wyszło za to z przejęciem mocy przez królewnę. Ale pierwsze skrzypce gra tutaj postać czarta w skórze sójki. Bardzo udane opisy ptasiego bohatera i jego zachowań/ruchów robią temu opowiadaniu dobrze :) Bardzo dobrze.

Julian miał być taki właśnie niezbyt rozgarnięty, wygadany jeszcze mniej, za to urodzony pod szczęśliwą gwiazdą, bo i czemu nie? Przechwycenie broszy przez królewnę wyszło niejako przypadkiem – akurat tego nie było bezpośrednio w planie – ale mi spasowało. Natomiast czart… Cóż mogę rzec? Od początku to on miał “ciągnąć” to opowiadanie i cieszę się, że to wyszło, bo pierwszy raz tworzyłam taką postać :)

Trochę gawędziarska opowiastka, momentami jest na pograniczu rozpoczęcia przynudzania, ale w porę ucinasz gdzie trzeba i popychasz akcję do przodu.

Cóż, cierpię na straszliwy słowotok, zwłaszcza jeśli – tak jak w przypadku powyższego – tekst mi się sam pisze (stąd problemy z mieszczeniem się w odgórnie narzucanych limitach). I choć nie lubię nadmiernego przeciągania i staram się tego unikać, żeby nie przynudzać, to nie zawsze wychodzi – więc w sumie chwała limitom, bo obligują, żeby się streszczać :)

Czart biskup i mające z niego ubaw licha to dobry żart na zakończenie.

No biedziłam się nad tym zakończeniem najdłużej, więc niezmiernie mi miło, że tyle osób je chwali ^^

Na mojej liście punktacji Sójka zajęła pierwsze miejsce z wynikiem 83/100.

A to już w ogóle miód na brak serca, dziękuję ^^

 

Dzięki za komentarz i za miłe słowa!

Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Uśmiechnęło. Przyjemnie się czytało. Bez trupów, krwi i postapo. Sympatyczne. Brawa dla księżniczki za przytomność po obudzeniu z tak długiego spania :D

Podziękował pięknie za miłe słowa :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nowa Fantastyka