- Opowiadanie: Realuc - Piekielne rewolucje Morgana Mózgojada

Piekielne rewolucje Morgana Mózgojada

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Piekielne rewolucje Morgana Mózgojada

Zapowiedź

 

 

Morgan Mózgojad jedzie tym razem do Wypizdowa Małego. To niewielka miejscowość, malowniczo położona w górnych partiach Piekła, tuż na rzeką Trupiarką. Właściciel restauracji Chrupiące uszy narzeka na zupełny brak gości. Pan Mirek ma już długi nawet u czartów z Czeluści i jak sam mówi, niejeden raz popełniłby samobójstwo, gdyby nie fakt, że przecież już nie żyje. Pomóc może mu tylko Morgan Mózgojad!

 

 

Intro

 

 

Leci muzyka z filmu Sok z żuka. Na czerwonym tle paraduje Morgan i ciska nożami w restauratorów. Tym mniej posłusznym odcina kończyny lub rozbija talerze na głowach. Zaczynamy rewolucje!

 

 

Odcinek 6666

 

 

Morgan Mózgojad wysiada ze swej płonącej karocy, którą posłusznie od pierwszych rewolucji ciągną dwa cerbery. Staje przed budynkiem, a ten już na pierwszy rzut ślepia wydaje mu się zbyt ładny. Mówi do kamery:

– To tutaj mieści się restauracja, która będzie miała ze mną do czynienia. Jak widzicie, wyróżnia się na tle tych paskudnych, starych kamienic umazanych krwią. Chyba już wiem, jaki problem zastanę w środku. 

 

 

Intro 2

 

 

Morgan Mózgojad. Niekwestionowany autorytet kulinarny. Z ludzkich serc potrafi czynić cuda, prywatnie uzależniony od dobrze przyrządzonych mózgów. Od setek lat przemierza Piekło, gdyż wie, że zaufały mu miliardy demonów. Lepiej dobrze umorusajcie swoje kotły, bo w końcu zajrzy i do waszej restauracji!

 

 

Koniec intra

 

 

Przechodzi pod szyldem z napisem Chrupiące uszy i otwiera kopniakiem drzwi. Wewnątrz jest jasno. O wiele za jasno. Stoły są zbyt uporządkowane, obrusy za czyste, za dużo świec. I nie ma ani jednego gościa. Morgan siada, przegląda kartę dań, która leży na stole, i czeka na kelnera. Ten zjawia się niezwykle szybko, cały roztrzęsiony. Jest bardzo młody. Ciekawe, dlaczego trafił do Piekła.

– Co… co podać?

Morgan unosi wzrok znad menu. Na paskudnej twarzy maluje się wielkie rozczarowanie. 

– Po pierwsze, przestań się jąkać. Nienawidzę srajportków. Po drugie, co to za gówno!?

Rzuca kartą dań o stół. Chłopak aż podskakuje.

– Anielskie skrzydełka? Boski sznycel? Niebiańska zupa? Przecież wy już powinniście dawno być zamknięci! To jakieś jaja!

Kelner milczy, rozglądając się w poszukiwaniu pomocy, ale nikt nie przybywa na ratunek. Morgan nieco ochłonął i pyta spokojniej:

– Dobra, muszę czegoś spróbować, więc co mi zaproponujesz? Jestem miłośnikiem ludzkich przetworów, a tu niczego takiego nie macie, na gniew Lucyfera!

– Uuu… uuu… uszka. Mamy smażone w głębokim oleju uuu… uszka.

– Ach tak? Jak wnioskuję z nazwy, to wasza specjalność. I zarazem jedyna potrawa godna dobrej restauracji. Przynajmniej w teorii. No cóż, dajcie te uszka.

Młodzieniec zjawia się z daniem bardzo szybko. Kładzie talerz na stole i momentalnie się oddala, próbując uniknąć kolejnej konfrontacji. Morgan rozgryza ucho, wypluwa i wali pięścią o stół.

– Kurwa! – podsumowuje krótko i idzie do kuchni.

Wparowuje do ciasnego pomieszczenia i mierzy pracowników ognistym spojrzeniem. Dwie baby kucharki, młodzik schowany w kącie i jakiś łysy drab.

– Ty jesteś właścicielem? – pyta Morgan łysego.

– Tak, Mirek. – Wyciąga rękę ale ta może uścisnąć się tylko z powietrzem.

– Dlaczegoż, do kurwy nędzy, podałeś mi mrożone uszy!? Czy taki jest problem zdobyć kilka świeżych sztuk? I to będąc w górnych partiach Piekła? Ludzie z Czyśćca na wyciągnięcie ręki, a wy to mrozicie, nie wierzę. Ten region powinien słynąć ze świeżych, ludzkich produktów!

– Nie mamy zbyt wielu klientów, więc mrozimy…

– Ta, jasne. Wszyscy działają z tą samą logiką. Nie mam gości, więc po co się starać. A może po to, żeby goście przyszli, Einsteinie!?

Morgan obchodzi kuchnię, zagląda do szafek, lustruje patelnie i gary, kręci z niedowierzaniem głową.

– Dlaczego tu jest tak czysto? To błyszczy, tamto wypolerowane, naczynia umyte. Czy wy tu wszyscy powariowaliście!? Może ty mi odpowiesz?

Gruba kucharka, na której zatrzymało się zabójcze spojrzenie, zniża łeb i mamrocze pod nosem:

– My tylko słuchamy się szefa. To jego zalecenia.

– Te anielskiego gówna w karcie to też jego pomysł?

Baba kiwa tylko głową potwierdzająco.

– Dobra, na dzisiaj mam dość. Przez kilkaset ostatnich lat nie spotkałem się z taką chałą. Jutro sobie porozmawiamy w cztery oczy.

Morgan wskazuje szponem Mirka, po czym opuszcza kuchnię. Wychodzi przed budynek i mówi do kamery:

– Widzieliście to, co ja? Panu Mirkowi coś się wybitnie pojebało, a ja jutro zamierzam rozgryźć, co.

Wchodzi do karocy. Cerbery charczą.

 

 

Reklama

 

 

Chciałbyś zmienić coś w swoim piekielnym żywocie? Masz dość nieustannego gorąca, ognia, krwi i ogólnej atmosfery beznadziejności? Weź Nie Pierdol. Tabletki te skutecznie ujarzmią wszelkie dąsy. Poza tym, trzeba było myśleć wcześniej. Tam na górze.

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki lub skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany może zagrażać… a nie, czekaj. Przecież już nie żyjesz. Taki żarcik.

 

Konar nie chce zapłonąć? I nie zapłonie, boś trup. Jedynym ratunkiem jest nasz świetny produkt! Piekielny penetrator, mocowany bezpośrednio na twojego zwiędłego kompana dawnych wojaży, zapewni ci niezapomniane doznania rodem z poprzedniego życia. Poczujesz się, jakbyś znowu mógł. No, prawie.

 

Dziś wieczorem w TVP (w Telewizji Piekielnej, nie mylić z tą związaną z pewną Ziemską partią) materiał Huberta Ludojada o upadłych aniołach, które wyłowiono ostatnio z Morza Martwych Ciał. Obejrzyj koniecznie!

 

 

Koniec reklamy

Dzień drugi

 

 

Morgan Mózgojad siedzi przy stole i zajada się przyrządzonym na jego prośbę daniem, które wykonała jedna z kucharek. Naprzeciwko usadawia się Mirek.

– Chłopie, to jest zajebiste! Masz takich utalentowanych pracowników, a każesz im robić taki szajs. Powiedz, o co chodzi. Dlaczego tutaj jest tak mało… piekielnie.

Mirek wzdycha ciężko i milczy przez chwilę, ale w końcu się uzewnętrznia:

– Życie spędziłem w więzieniu. Od dwudziestu czterech lat do końca. Dożywocie. Zrobiłem wiele złego, ale kiedy wiedziałem, że nadchodzi koniec…

– Ta, wystraszyłeś się i postanowiłeś nawrócić. Znam te historie, nie jesteś pierwszy ani ostatni. Jak widać, waga twoich występków okazała się cięższa, niż dobre intencje na łożu śmierci.

– Pragnąłem się zmienić. Nie chciałem tutaj trafić.

Morgan śmieje się do rozpuku. Gdy w końcu się opanowuje, oblizuje paluchy po pysznym obiedzie i sprowadza właściciela restauracji na ziemię. A raczej do podziemi.

– A któż chciał? W dupie mam twoje poprzednie życie i inne dylematy. Jesteśmy, gdzie jesteśmy. I albo to zaakceptujesz, albo jesteś skończony. Nie ma innego wyjścia. A ty próbujesz na siłę wpychać do swojej knajpy jakieś niebiańskie gówna. Bóg ma cię gdzieś. Albo godzisz się ze swoim losem, idziesz ze mną i robimy porządną kuchnię, albo kończymy rewolucję. Prosta piłka.

Mirek zaciska pięści, wstaje i mówi odmienionym tonem:

– Masz rację! Zaszlachtowałem kilku ludzi, obrabowałem jubilera, handlowałem prochami, a teraz wszystko zaprzepaszczam przez jakieś rozterki i wyrzuty sumienia. Działamy, na Lucyfera! Działamy!

Podnosi się i Morgan, uradowany z faktu, że poszło mu z łysym tak szybko. Myślał bowiem, że będzie to większy mięczak.

– Znakomicie. Zwołaj ekipę i powiem wam, jak widzę zmiany.

Pod ścianą ustawiają się dwie kucharki, młody kelner oraz właściciel. Chłopak wyraźnie usiłuje oddalić się od szefa, jakby czuł przed nim wyjątkowy strach. Albo wstręt. Lub jedno i drugie. Morgan Mózgojad przemawia:

– A więc będzie tak! Restauracja zmieni nazwę na Dobry człowiek nie jest zły. Będziemy sprowadzać ludzi z Czyśćca. Zero mrożonek! I nie miejcie oporów przed przyrządzaniem człowieka! Przypominam, że ci z wyższych partii to jeszcze ludzie, wy natomiast kwalifikujecie się już do kategorii Istot Piekielnych. Dobra, jedziemy dalej. Wszystko ma być świeże, przyrządzane na oczach klientów. Na środku sali stanie wielki kocioł, gdzie produkty będą wrzucane do wrzątku przy gościach. Potem ćwiartujemy, również na widoku. Daniem czołowym będzie kotlet z teściowej, nad którym pieczę przejmie oczywiście pani Krysia. W karcie znajdzie się również rosół z płodów oraz kluski waginalne z dziewicy. Jakieś pytania?

Morganowi odpowiada cisza, więc oznajmia zadowolony:

– Świetnie! Nasza ekipa zrobi tu mały nieporządek, a my w tym czasie udamy się na krótką wycieczkę. Jazda!

Wszyscy opuszczają restaurację i wsiadają do piekielnej karocy. Po krótkiej drodze znajdują się na Polach Zbłąkanych Dusz, największej atrakcji tutejszego regionu.

– Zrobimy sobie małe zawody. Dobierzemy się w pary i zobaczymy, czy potraficie pracować zespołowo. Która para schwyci najwięcej dusz, ta… może być z siebie dumna. Wystraczająca nagroda? No to ciśniemy! Pierwsza para, Mirek i kelner. Jak ty się właściwie nazywasz?

Morgan podchodzi do chłopaka, który znowu zaczyna się trząść.

– Je… je… jestem Witek. I nie chcę być w parze z… z…

– Mówiłem, żebyś przestał się jąkać! Choć no tu.

Odciąga młodzika na bok, reszta ogląda kręcące się po płonących polach duszyczki.

– Co jest z tobą, hę? Jak w ogóle tutaj trafiłeś? Młody jesteś jak cholera.

Witek patrzy przez ramię Morgana, czy aby nikt nie podsłuchuje. W końcu szepcze, tym razem bez jąkania:

– To on zabił moich rodziców. Byli w złym miejscu, w złym czasie. Zastrzelił ich, choć byli bezbronni.

– Łysy? – dopytuje Morgan, oglądając się za siebie.

– Tak. Nie pozbierałem się po tym. Popełniłem samobójstwo.

– Ach, to wiele wyjaśnia. Trafiłeś tu do strzału bez możliwości odwołania. Tam na górze nie lubią samobójców. Ale czemu w takim razie z nim pracujesz?

– Spotkaliśmy się niby całkiem przypadkiem. Zapewniał, że się zmienił. Że żałuje. Że kiedy zrobimy restaurację dla aniołów, to Bóg to dostrzeże i da nam szansę. Że dzięki temu mi zadośćuczyni i będę mógł… będę mógł…

– Zobaczyć swoich starych – dokańcza Morgan, którego nawet zaciekawiła ta historia. Marszczy brwi, chwyta chłopaka za ramiona i mówi twardo:

– Słuchaj no. To były tylko nic nie warte obietnice. Choć on sam w nie wierzył. Nie ma drogi powrotu, chłoptasiu. Nie ma i chuj.

Kelner łypie okiem na łysego i spluwa przez ramię.

– Dokończę z wami tę rewolucję. Zawsze byłem sumienny. A potem odchodzę. Nie mogę dłużej na niego patrzeć.

– Jasne, twoja sprawa. A teraz chodź już. Będziesz w parze z Krystyną. Musimy coś nagrać.

Witek i Krysia łapią do odkurzacza osiemnaście dusz i wygrywają zawody.

 

 

Dzień trzeci

 

 

Finalna kolacja. Z racji odcinka o wyjątkowej liczbie, prócz paru ważnych demonów, zjawia się na niej również sam Lucyfer. Kocioł, w którym pływają ludzkie zwłoki, na wejściu przywołał na jego twarz uśmiech. Witek miesza energicznie wielką chochlą i patrzy gdzieś w sufit. Goście się rozsiedli, Morgan Mózgojad daje ostatnie porady w kuchni:

– Dobra, wszystko gotowe. Na dzień dobry wjeżdża przystawka, czyli oczy w pieprzowym sosie. Nie zapomnijcie udekorować talerzy musem z krwi! Wiecie, kto jest na sali, nie dajcie plamy!

Po przystawce przychodzi czas na danie główne, czyli kotleta z teściowej. Witek wyciąga z kotła ciało, rozkłada na blaszanym stole i używając tasaka, ćwiartuje. W krótkiej przerwie Morgan zagaduje Mirka:

– I co? Zadowolony jesteś? Przeszły ci głupoty?

Łysy wyraźnie się uśmiecha.

– Mało powiedziane! W końcu czuję, że jestem sobą. Człowiek to jednak durnieje przed śmiercią. Dziękuję ci. Uratowałeś mi tyłek.

– Jak każdemu. Drobnostka. Wjechały kotlety, muszę zrobić przebieżkę między stołami. Wiesz, taki nieodłączny element programu.

Morgan chodzi od stołu do stołu i pyta:

– Jak wam smakuje?

– Ach, nie jedliśmy przez całą piekielną wieczność lepiej przyrządzonego człowieka!

– A wam?

– Jest taki kruchy i soczysty. Piekło w gębie!

– A tobie, wielki panie? Smakuje ci? – pyta w końcu samego Lucyfera.

– Jest całkiem dobry. Ale na balu u Szatana postarałeś się bardziej, Morganie.

– Masz rację, panie. Następnym razem…

Widząc przerażenie w oczach Mózgojada, Lucyfer trąca go łokciem, śmiejąc się głośno. 

– Wyluzuj, kotlet jest zajebisty. Tak się tylko zgrywam.

Morgan doznaje ulgi i rusza w dalszy rejs między stolikami. Wszystkim smakuje, Mirek przeszedł metamorfozę, rewolucja udana jak się patrzy. W końcu, gdy goście otrzymują ostatnie danie, Mózgojad opuszcza restaurację, staje pod szyldem w kształcie kotła z napisem Dobry człowiek nie jest zły i gada do kamery:

– Jak widać, każdego można zawrócić na właściwą ścieżkę. Kotlety z teściowej to poezja, reszta w sumie też. Każdemu polecam tę knajpę, przynajmniej na razie.

Wchodzi do karocy. Cerbery sapią.

 

 

Reklama

 

 

Włączamy niskie ceny! Odsysacz flaków, teraz tylko dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć piekielników!

 

Masz dość tych wszystkich szczyn? W końcu uwarzyliśmy prawdziwe piwo dla tych, co się znają! Leżakowane w Czeluści, tworzone z pasją przez najlepsze chochliki piwowarskie. Poznajcie Chujniaka! Piwo po chuju!

 

Już jutro w TVP najnowszy odcinek Piekielnych lat. Czy Zbyszek zasmakuje w końcu we krwi?

 

 

Trzy tygodnie po rewolucjach

 

 

Morgan Mózgojad staje przed restauracją i mówi do kamery:

– Wracam tu pełen nadziei, że Mirek niczego nie spierdolił. Aż mi cieknie ślinka na myśl o kotlecie z teściowej. Zobaczmy, co zastaniemy w środku.

Wchodzi. Wewnątrz gwarno, brudno, ciemno i cuchnąco. Na pierwszy rzut ślepi, całkiem nieźle. Jest i kocioł, w którym miesza… Witek. A miał przecież odejść. Morgan siada przy jednym z nielicznych wolnych stolików. Po chwili młody kelner podchodzi i wręcza mu menu. Jest uśmiechnięty i pewny siebie. Nie ten chłopak.

– A jednak zostałeś – mówi Morgan przeglądając kartę.

– Przemyślałem sobie to i owo – odpowiada zagadkowo.

– Dobra, no to dajcie kotleta, kluski i rosół.

– Się robi.

Po chwili na stole ląduje kotlet. Wygląda nieźle. Morgan wgryza się w mięso, ale zaraz po tym krzywi się i pluje.

– Co jest grane!? Czuję jakiś gówniany posmak, którego nie było w moim przepisie!

Chwilę później Witek przynosi rosół.

– To ma być mój rosół? Dwa liche płody? W porcji miało być ich co najmniej trzy razy tyle! Co to ma być za oszustwo!?

Na koniec młodzieniec przynosi kluski. Przy nich Morgan już nie wytrzymuje:

– Czemu są tak idealnie okrągłe? Moje były ulepione byle jak, a to wiele zmienia. Dość tego!

Morgan Mózgojad rzuca stołem, jeden z gości niemal nie obrywa w rogaty łeb. Widząc gniew najlepszego szefa kuchni w całym Piekle, wszyscy klienci ulatniają się z lokalu. Na salę wbiega Mirek, który najwyraźniej jest w lekkim szoku.

– Co się stało?

– Pytasz się jeszcze, co się stało!? Masz gości, bo chodzą dla mojego nazwiska, ale jedzenie spartoliłeś solidnie! Nie jestem zadowolony z ani jednego dania, a to oznacza…

– Ale jakże to! – Łysy macha rękoma pełen zdumienia. – Niczego nie zmienialiśmy w przepisach. Wszystko powinno być dokładnie takie, jak na kolacji zwieńczającej rewolucję.

– Ale nie było. – Morgan zniża głos. – Wyłączcie kamerę. I tak trzeba będzie zmontować ten odcinek na nowo.

Oczy mu płoną, a pazury i rogi rosną. Zbliża się powoli w stronę właściciela restauracji. Mirek przykleja się do ściany.

– Co ty wyprawiasz!?

– A czytałeś umowę do końca? Drobny druczek też? Moje rewolucje udają się zawsze. Zawsze! A ten, kto nie dotrzymuje umowy, czyli zaprzepaszcza szansę, zostaje… zutylizowany na amen, że się tak żartobliwie wyrażę. Poza tym, zamilcz! Jesteś tylko szarym niewolnikiem, który gotował dla demonów. Tacy jak wy nie mają nic do gadania.

– Ale, ale…

Dla Morgana Mózgojada nie ma żadnego ale. Wbija pazury w czaszkę Mirka i otwiera ją jednym, wyćwiczonym ruchem. Otwiera szeroko paszczę, wyjmuje zapajęczony mózg i pożera w trybie ekspresowym. Nie jest taki smaczny, jak tych z Czyśćca, no i brakuje przypraw, ale i takim nie zwykł gardzić. Zamyka czaszkę i przywołuje portal, którym posyła Mirka, a raczej już jego bezosobową formę, do Zgniatarki Bezmózgowców. Gdyby to nie mózg był nośnikiem ludzkiej duszy, zapewne tak by ten organ Mózgojadowi nie smakował. Tylko co takiego ma w sobie dusza, że jest taka zajebista?

Po całej akcji Morgan patrzy w stronę lady, za którą stoi uśmiechnięty Witek. Tuż za nim widnieje ukryty w mroku długi korytarz, łączący kuchnię z salą. Morgan dopiero teraz wszystko zrozumiał, choć nie zmienia to faktu, że nie jest mu żal Mirka. Demonowi nie może być żal kogokolwiek.

– Nieźle to sobie obmyśliłeś – mówi do chłopaka. Podchodzi, szponem odkapslowuje dwie butelki Chujniaka. Jedną stawia przed Witkiem, drugą chwyta w pazury.

– Tylko skąd, na Lucyfera, wiedziałeś o konsekwencjach wynikających z niedotrzymania umowy?

Młodzieniec wygląda na dumnego z siebie.

– To ja go zgłosiłem do programu. Po wcześniejszym przestudiowaniu umowy, rzecz jasna. Starzy byli prawnikami.

Morgan otwiera szeroko czerwone ślepia.

– O skurwysyn, a myślałem, że potrafię przejrzeć każdego. Sprytna istotka z ciebie. Nie było rozwiązania, które nie wymagałoby tyle zachodu?

– Nie znalazłem równie satysfakcjonującego. Co z knajpą?

– A co, chciałbyś zostać nowym właścicielem? Kogoś musimy wepchnąć na ten stołek i wszystko zmontować od nowa, szkoda tego miejsca. Może przynieść niezłe profity. Zaraz, zaraz… Prócz zemsty, to również miałeś w planie?

– Nie zaprzeczę. Ale to tylko wisienka na torcie.

– Powtórzę się: o skurwysyn. Ale masz tę posadę, chłopie. Za taki demoniczny plan wypada cię jakoś nagrodzić. Zresztą, chyba się gościowi należało, czyż nie? Powodzenia zatem w nowej, piekielnej rzeczywistości.

Morgan Mózgojad wychodzi przed restaurację. Zaciąga się zapachem trupów, który dochodzi z pobliskiej rzeki. Szczerzy kły. Kolejna udana rewolucja.

Nie mogło być inaczej.

 

 

Końcówka

 

 

Leci muzyka z filmu Sok z Żuka. Morgan Mózgojad odjeżdża płonącą karocą w piekielną dal. Jeszcze wiele restauracji potrzebuje jego pomocy.

 

Koniec

Komentarze

Witaj Realuc, jeszcze na siebie na wpadliśmy ;)

 

Gdy zobaczyłem hasła konkursu, ten tytuł od razu wpadł mi do głowy i chciałem napisać swoje opowiadanie z niemal identycznym pomysłem.

Zmieniłem jednak na coś innego – i bardzo dobrze, bo ktoś zrobił to o wiele lepiej ;)

Wszystko dzieje się szybko, chaotycznie, mamy wylew dziwacznych nazw, potraw. Postać Morgana bardzo mi się spodobała, takie połączenie Gessler i Ramsay’a z prawdziwie piekielną nutą.

Fajne odniesienia do naszej telewizji. Spodobał mi się motyw z reklamami, ciekawy przerywnik i wcale nie wybijający z rytmu. Co do fabuły, brakowało mi jedynie degustacji na mieście oraz słynnego cytatu: dlaczego wy trujecie ludzi? Jednak to tylko drobnostki, całość przypadła mi do gustu ;)

Szybko, dziwnie, piekielnie i dobrze napisane.

 

Cóż, zostaje mi tylko zgłosić klika i trzymać kciuki w konkursie ;)

 

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć, Danielu! ;)

Miło, że wpadłeś. Wiesz, z tym hasłem to akurat chyba jest tak, że samo z siebie narzuca treść. A jako, że kiedyś wszelkie programy kulinarne oglądałem, nie mogłem postąpić inaczej niż sklecić coś takiego :P

Kurczę, rzeczywiście o degustacji mi się zapomniało :o 

No i cieszę się, że się podobało, bo to chyba moja pierwsza dziwność, jaką napisałem.

Pozdrawiam również!

No popatrz, Realucu, chyba te same programy kulinarne oglądaliśmy?

Gdzieś między groteską a bizarro, z pewnie i konsekwentnie poprowadzoną fabułą-parodią, z odpowiednim do klimatu i miejsca akcji “Kopciuszkiem” w roli człowieka (no, powiedzmy) sukcesu. Zachichotałam złośliwie przy lekturze ładnych parę razy. Znaczy, podobało się.

ninedin, niezwykle raduję się z Twego chichotu :D Super, że się podobało.

A co do programów, to w jednej z wersji miałem ochotę oprzeć się na czymś pokroju MasterChef , czyli zrobić piekielne zawody w gotowaniu mózgów itd., ostatecznie jednak w głównej mierze postawiłem na panią o bujnych, kręconych blond włosach ;)

Zdecydowanie postawienie na piekielną parodię Magdy Gessler było strzałem w dziesiątkę. Oglądałem, więc sporo smaczków udało mi się wychwycić. :)

:)

PS. Skoro to twój pierwszy raz z bizarro, to mam nadzieję że nie ostatni ;)

Szczerze mówiąc, spodobało mi się wychodzenie ze standardowych granic, więc pewnie nie ostatni :)

Cześć Realuc:-)

bardzo fajna parodia Ci wyszła:-) a dołożyć absurdu do absurdu to niełatwa sprawa:-) 

podobają mi się nazwy potraw i nazwa restauracji. 

Ciekawy pomysł z bombardowaniem czytelnika reklamami, które stanowią nieodłączny element programów telewizyjnych:-) treściowo świetne.

Fajnie, że Lucyfer wystąpił osobiście. 

polecam do biblioteki i pozdrawiam

powodzenia w konkursie:-)

Cześć Olciatka :-) Cieszę się, że się podobało to i tamto. Dzięki za polecajke, Lucyfer pozdrawia gorąco! :P ;)

Hej

 

No i przeczytałem w końcu.

I wszystko byłoby fajnie, bo Gesslerkę czasem z żoną oglądam (przed chwilą na przykład ;)) i świetnie udało Ci się oddać główne punkty programu, bez których żadna rewolucja nie mogłaby się odbyć, jednak mam bardzo mieszane uczucia z powodu nie samego smaku tej potrawy, ale sposobu w jaki ją podałeś.

Poszedłeś w formę opowiadania o tym co się dzieje z punktu widzenia… widza siedzącego przed telewizorem i relacjonującego komuś to, co się dzieje na ekranie, tak jakby ów ktoś sam nie mógł tego zobaczyć, zdany wyłącznie na relację z drugiej ręki. Z tego powodu opowiadanie przypominało mi konspekt odcinka serialu, z konkretnym podziałem na role, akcje jakie muszą zostać wykonane, punkty programu wymagające odhaczenia, żeby przejśc dalej. Takie rozpisanie na sceny, podsuwane aktorom i reszcie ekipy filmowej, żeby wiedzieli co, jak i kiedy ma się stać. I choć czytałem z zainteresowaniem, cały czas miałem nadzieję, że gdzieś, choćby w samej końcówce, złamiesz tę konwencję, czego się niestety nie doczekałem.

Pomysł fajny, wykonanie niezłe, konwencja absurdu i groteski poprawna, sposób podania do poprawy. Oczywiście to moje subiektywne odczucia, co zresztą widać po komentarzach innych, zadowolonych z przebiegu rewolucji, czytelników.

Osobiście najciekawsze dla mnie było to rozpoznawanie motywów na zasadzie analogii z programem pani Gessler. Kilka żartów dobrych, kilka nie dla mnie. Najlepsze i najbardziej zabawne były dla mnie reklamy – tutaj poszedłeś po mistrzowsku i kiedy/jeśli BK zrobi ten konkurs z fantastycznymi reklamami, to uważam, że wystartujesz w żółtej koszulce lidera :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Hej, Outta!

No to piona, bo ja też z żoną czasem na Gesslerkę popatrzę :) Zresztą skądś inspiracje wziąć musiałem.

Cieszę się, że spodobały Ci się analogie do programu, humor reklamowy oraz inne kwestie. A co do formy podania, cóż. Taką sobie obmyśliłem i w takiej danie podałem. Jasne, że nie każdemu musi przypasować, nie obrażam się. Chyba… -,-

Wracając jeszcze do reklam. Skoro wyczułeś mój potencjał w tej materii to już ostrzę kły i pazury na ten hipotetyczny konkurs! 

Pozdrówka 

Skoro wyczułeś mój potencjał w tej materii to już ostrzę kły i pazury na ten hipotetyczny konkurs! 

Heh, ja też. Ciekaw jestem ewentualnej formy, bo ja ten konkurs widziałbym w formie drabble albo droubble. Zobaczymy co BK wykmini :)

 

Pozdrawiam

Q

Known some call is air am

Kolejny tekst bizarro i znowu muszę napisać, że mimo iż nie jestem fanką tego gatunku, Twoje opowiadanie przeczytałam z uśmiechem na twarzy :) Bardzo pozytywnie oceniam umiejętne połączenie absurdu i groteski z odniesieniami do “naszej” rzeczywistości. A do tego wszystko okraszone humorem i podgrzane ogniem piekielnym :) Podobało mi się :)

Klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie.

Katiu, ja do czasu napisania tego tekstu również nie byłem fanem gatunku. Ale lubię próbować nowych rzeczy i… spodobało się :D No i super, że i Tobie się podobało :) Dzięki!

@Realuc Niestety nie mam telewizora, o istnieniu takich programów wiem raczej z trzeciej ręki (gdzieś widziałem chyba jakieś memy) – ale mimo to, że nie znam odniesień kulturowych (z wyjątkiem warstwy muzycznej – Sok z Żuka pasuje tu podwójnie, skoro to kuchnia ;-) ), do których bijesz całość wydaje mi się nader ciekawa i podana w przystępny sposób. I dodatkowo – podoba mi się szczęśliwe, pozytywne zakończenie, choć do całkowitego happy endu brakuje mi jeszcze by Witek odnalazł rodziców. Przecież to w końcu prawnicy, więc na pewno gdzieś tam są ;-)

Hej, Jim! Ja właśnie biorę się za Twój tekst więc zaraz tam przybędę :)

Cieszę się, iż mimo, że nie siedzisz w telewizyjnej rzeczywistości, odebrałeś tekst pozytywnie. Zakończenie rzeczywiście, biorąc pod uwagę całą otoczkę i postać Witka (teoretycznie tego, który nie zrobił w poprzednim życiu czegoś wybitnie złego, jeno nie poradził sobie z nagłą śmiercią rodziców) jest w pewien sposób pozytywne. W sumie dopiero teraz sobie to uświadomiłem :D 

Pozdrawiam!

Fajny, sympatyczny tekst. Nie oglądam telewizji, ale Magdę G. kojarzę.

Podobał mi się końcowy twist z Witkiem. Nawet happy end. Jakby się nad tym zastanowić… Może właśnie dlatego samobójcy trafiają do piekła – po szansę, żeby zemścić się na tym, kto spartolił im życie. Tylko zakochane Wertery mają przerąbane na każdym świecie.

Morgan siada, przegląda kartę dań, która leży na stole i czeka na kelnera.

Ładny przykład, jak to brak przecinka może zmienić sens zdania. Nie jakoś diametralnie, ale jednak. W tej chwili zdaniem podrzędnym jest:

która leży na stole i czeka na kelnera.

Czyli że karta czeka na kelnera. Pewnie, aż ją sprzątnie. A chyba miało być, że to Morgan czeka, ale wtedy powinieneś zapisać to tak:

Morgan siada, przegląda kartę dań, która leży na stole[+,] i czeka na kelnera.

Wtedy zamykasz wtrącone zdanie podrzędne i wracasz do głównego tematu: Morgan przegląda i czeka.

Babska logika rządzi!

Wczoraj już padłem ale dziś zaraz po uchyleniu powiek zabrałem się za Twą lekcję! ;) I muszę przyznać, że ze świeżym umysłem ta okazała się całkiem jasna :) I oczywście słuszna. Dodam zagubiony przecinek jak tylko całkiem się obudzę, bo trza laptopa wygrzebać. No i fajnie, że się podobało :)

Udana parodia znanego programu kulinarnego i kreatywnie wykorzystane hasło konkursowe. Ubawiłam się przy czytaniu opowiadania. Podobał mi się twist. Forma też ciekawa, pasuje do bizarro.

ANDO, dzięki za komentarz, miło że zajrzałaś. No i cieszę się, że się podobało :)

Fajne i konsekwentnie poprowadzone. Stosunkowo gładko się czyta, chociaż krótkie akapity trochę wytrącają z akcji, gdyż trzeba znać schemat. Na szczęście widziałam dwa odcinki, wiec go znałam i leciałam podług niego. Biorąc to pod uwagę, wydaje mi się hermetyczne. 

Trochę mi żal, że na tej bazie nie zbudowałeś historii, lecz powieliłeś scenariusz wstawiając go w inne dekoracje. 

Przemiana ciekawa, nie powiem, ale zdecydowanie wolałabym opowieść z perspektywy chłopaka, właściciela, po prostu historię o ludziach, jednak to moje osobiste preferencje.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

No i kolejne bizarro, które odważyłam się przeczytać. Przyznam, że weszło całkiem nieźle. Fajny pastisz znanego programu – a wątek chłopaka-kelnera i jego zemsty jak wisienka na torcie. Było zabawnie, nieobrzydliwe, bardzo konkretnie i jeszcze raz zabawnie. ;)

Zastanawiam się tylko, czy to faktycznie podpada pod bizarro. Chyba mam ekstremalną wizję tego gatunku, bo to opowiadanie właściwie świetnie sprawuje się w roli parodii, a na dodatek cały czas się klei i jest bardzo logiczne. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale nie wiem, czy bizarro jest takie z definicji poukładane.

Ogólnie to podobało mi się. :)

O, są i moje kochane dziewczyny! :D No to po kolei :)

Asylum,

Tak, opko jest wpisane w pewien schemat i rzeczywiście momentami dla kogoś, kto nie oglądał programu, może nie być to tak samo przyswajalne. Jednak taką strategię przyjąłem i konsekwentnie się jej trzymałem. Szczerze mówiąc jestem nawet lekko zaskoczony (pozytywnie!) że tutaj tylu przeciwników telewizora :)

Przemiana ciekawa, nie powiem, ale zdecydowanie wolałabym opowieść z perspektywy chłopaka, właściciela, po prostu historię o ludziach, jednak to moje osobiste preferencje

Zapewne gdyby nie było to na konkurs bizarro, tak właśnie by było. Ale miało być nie do końca standardowo.

Dzięki za komentarz, Asylum :)

 

Silva,

Idę do tego Twojego Imperatora i dojść nie mogę, ale dojdę. A tymczasem miło, że wpadłaś do mnie.

Było zabawnie, nieobrzydliwe, bardzo konkretnie i jeszcze raz zabawnie. ;)

Uff, właśnie zastanawiałem się, czy nazwy potraw (rosół z płodów itd.) i pewne inne sceny nie popadną w zbytnią obrzydliwość, ale skoro takowej nie odczułaś, to dobrze…

Zastanawiam się tylko, czy to faktycznie podpada pod bizarro. Chyba mam ekstremalną wizję tego gatunku, bo to opowiadanie właściwie świetnie sprawuje się w roli parodii, a na dodatek cały czas się klei i jest bardzo logiczne. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale nie wiem, czy bizarro jest takie z definicji poukładane.

To już zostawiam jurorom. To był mój pierwszy raz, a wiadomo jak to z pierwszymi razami jest ;) A co do poukładania to już chyba mój problem. Wiesz, należę do tych ludzi, którzy na biurku muszą mieć wszystko w odpowiedniej odległości, linii i tak dalej. Innymi słowami: nerwica, paranoje i takie tam :P Więc to pewnie przez to :(

Ale super, że Ci się podobało :)

O, są i moje kochane dziewczyny! :D

Oj, bo się zarumienię XD

Uff, właśnie zastanawiałem się, czy nazwy potraw (rosół z płodów itd.) i pewne inne sceny nie popadną w zbytnią obrzydliwość, ale skoro takowej nie odczułaś, to dobrze…

Ano, ja mam raczej niską odporność na takie rzeczy. Od pierwszego bizarro, jakie przeczytałam na portalu, odbiło mnie aż pod ścianę ;)

Przychodzi mi jeszcze na myśl, że fajnie, że opowiadanie to nie tylko zlepek absurdalności i elementów potencjalnie obrzydliwych, ale że jest w tym konkretna fabuła i nawet happy end.

Strategię doceniam. Schemat Ciebie ograniczył i jednocześnie sporo ułatwił. Dobrze i so-so. Zdecydowanie na plus, że Ty panujesz nad tekstem, nadajesz mu kształt. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przychodzi mi jeszcze na myśl, że fajnie, że opowiadanie to nie tylko zlepek absurdalności i elementów potencjalnie obrzydliwych, ale że jest w tym konkretna fabuła i nawet happy end.

Cieszy mnie, że zwróciłaś na to uwagę, Silvo :) Starałem się, aby wśród tego absurdu znalazł się również jakiś sens. Czy to kłóci się z zasadami bizarro? Nie mam pojęcia :o

 

Asylum, starałem się ujarzmić tę piekielną bestię jak tylko mogłem :D

:D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja mam mieszanie uczucia. Opowiadanie jest dobre, ale moim zdaniem za dużo tu tej Magdy. Wiem, że to taka parodia, ale no… Nie podeszło mi do końca. Ja to bym jednak wolała więcej kreatywności z Twojej strony. Nawiązanie do programu kulinarnego jest ok, ale tylko ok.

Humor też nie przemówił do mnie na sto procent. Raz tylko padłam ze śmiechu przy reklamie “weź Nie Pierdol”. xD

Nie oceniam tekstu pod kątem bizarro, bo sama z nim walczę i rozgryzam. ;)

Technicznie dobrze. Mimo, że opowiadanie mnie nie zachwyciło, to nie czytałam w męczarniach piekielnych. ;)

Saro,

No, to mieszają się Twoje odczucia niczym kończyny teściowej w kotle ;)

Tak sobie obmyśliłem, aby całość szła mniej więcej tak jak w programie, więc owszem, dużo Magdy. Tak miało być i jednemu spasuje bardziej, innemu mniej, więc rozumiem.

Z humorem to jest tak, że chyba niezwykle trudno trafić na tekst, w którym humor będzie nam odpowiadał w 100% i przy każdym żarcie będziemy spać pod krzesło. Fajnie więc, że raz jednak padłaś :)

No i najważniejsze, że męczarni nie było, choć za tę mieszaną opinię to chyba wyślę tam do Ciebie jakiegoś pomniejszego demona, aby nieco przypalił palce, by te następnym razem stukały po klawiszach bardziej przychylnie (Taki bizarrowy żarcik, oczywiście!)

Dzięki za komentarz, pozdrawiam!

Kiedy wyjeżdżałam z Polski, program Magdy Gessler już istniał, więc trochę odcinków zdążyłam obejrzeć. Mam jednak wrażenie, że od tego czasu Kulinarne rewolucje stały się nieco ostrzejsze ;)

Tak czy siak podobało mi się. I sam pomysł, i karta dań, i zemsta Witka. Pochichrałam się, choć nie sądziłam, że to możliwe przy bizzaro. Fajny tekst :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Heh, a ja przez nieznajomość programu Magdy Gessler, myślałem, że to wzorowane na tym gostku z memów (sprawdziłem, on się Ramsay nazywa! Jak mój ulubiony, przesympatyczny Ramsay Bolton, z Gry o Tron, przypadek?)

Czyli to nie Hell’s Kitchen? A może Magda to podróba Hell’s Kitchen? Ehhh… ile ja straciłem, przez wyrzucenie telewizora ćwierć wieku temu, takie wartościowe rzeczy mnie ominęły… familiady, Magdy Gessler, Big Brothery…

To pewnie dlatego mi się ten utwór podoba, że kontekstów za dobrze nie znam? Hmmm… aż kusi, by obejrzeć jakiś odcinek Hell’s Kitchen albo Magdy Gessler, ale aż tyle czasu, to będę miał dopiero… sprawdźmy kalendarz… nie… też nie… o wiem… 32 października!

 

 

Irko,

Bardzo mnie cieszą Twoje słowa. Sprawić, abyś się pochichrała, to wielka radość i duma ;)

A tak korzystając z okazji, choć nie wiem, czy wypada pytać. Gdzie wywędrowałaś? Bo chyba nie na Marsa ;)

Jim,

To, że Ci się podoba bez znajomości programów, bardzo mnie cieszy. A telewizorów u mnie w domu są trzy (nie w jednym pokoju, żeby nie było, a w całym rodzinnym domu) ale też nie jestem ich wielkim zwolennikiem. W zasadzie na dzień dzisiejszy używam tylko do netflixa, no chyba, że żona na coś nalega :)

A, i jeszcze jedno. Może nie jestem aż takim psychopatą jak Ty, ale Ramsaya Boltona również lubię :P

Pozdrówka!

Irka_luz bizarro to w gruncie rzeczy proza humorystyczna, więc śmiech jest jak najbardziej wskazany

Realuc,

 

Sprawić, abyś się pochichrała, to wielka radość i duma ;)

:D

Gdzie wywędrowałaś? Bo chyba nie na Marsa ;)

Ech, niestety, tak dobrze nie ma, tylko do zachodnich sąsiadów.

 

fanthomas, ups, to ja już teraz nie wiem, co mi się właśnie pisze ;)

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

W takim razie czekam. Nic się nie martw, humor nie jest elementem koniecznym.

Eee, to stamtąd już tylko rzut beretem na Marsa ;)

Myślisz? :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Trzeba pomagać marzeniom pozytywnym myśleniem ;)

Może nie jestem aż takim psychopatą jak Ty

 

Nikt nie jest ;)

Poza moją byłą :P

Fajne :)

Przynoszę radość :)

:)

Witaj.

Wow, ale opowiadanie! BRAWA! Genialny pomysł! I ten dowcip. :))

No tak, tu nie mogło być innego mojego pierwszoplanowego skojarzenia. Na dawnym WNS-ie mieliśmy w podziemiach taki “nasz” uczelniany bar – brudno, pełno okruszyn, podarte firanki, poplamione serweto-obrusy na obrzydliwych stolikach, niedomyte naczynia, smród. Zatem podczas przerw, przed i po zajęciach chodziło się “coś zjeść do chlewa/chlewika”. To było nasze ulubione miejsce, swojskie i cudnie zaniedbane. Zawsze pełne luda. :)

Ustrój się zmienił, przyszło nowe, pojawiły się czyste firanki, wymyte okna, wyprane wzorzyste obrusy, nawet idealnie przeźroczyste szklanki. Na drzwiach zawieszono nową nazwę bufetu. Szkoda gadać, cały czar prysł! :)

Brawa dla Ciebie za wspaniały pomysł. :)

Pozdrawiam. 

Pecunia non olet

bruce, hej :)

Bardzo się cieszę, że tak Ci się spodobało. A Twoja historia bardzo mnie urzekła. Czyli jednak mój tekst nie jest taką całkiem parodią, a można odnieść go do rzeczywistości w sposób bezpośredni ;) 

Dziękuję za komentarz.

Pozdrawiam

Realuc, Twój tekst jest znakomitą parodią i, podczas lektury, mimowolnie ciągle widziałam tylko jedną twarz :), ubawiłam się znakomicie, a do tego jeszcze przywróciłeś mi wspomnienia sprzed ćwierćwiecza (za co serdecznie dziękuję) i jestem przekonana, że każdy katowicki student historii, nauk, socjologii i filozofii z tamtego okresu miałby (podobnie, jak i ja) to samo na myśli – są tacy, którzy zdecydowanie wolą restauracje z brudem, smrodem i gnojem. :)))

Pozdro! :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka