- Opowiadanie: Oluta - Pozostaje nadzieja

Pozostaje nadzieja

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy III

Oceny

Pozostaje nadzieja

– Co się z nami stanie? – pytała mama, patrząc na nadchodzące wojska. Stałyśmy na wzgórzu i miałyśmy świetny widok na całe miasto. Jeszcze nigdy nie widziałam tak wielu ludzi. Byli wszędzie, wszyscy ubrani w jednakowe, czarne mundury. Ich widok zwielokrotniały odbicia w szybach wieżowców. Czarny potop, tak to podobno potem nazwano.

Może gdybym nie zawahała się przed zabiciem go… Był wrogiem ojczyzny, chociaż już wtedy mnie to nie obchodziło.

Natknął się na nas wieczorem. Akurat kładłyśmy się do snu. Chyba patrolował teren. Wyglądał na zaskoczonego. Zauważył tylko mamę. Był bardzo młody, czarny mundur wisiał na nim jak na strachu na wróble. Mama zamarła. Bała się poruszyć, tylko jej oczy pozostawały w ciągłym ruchu, jakby poszukiwała drogi ucieczki. Żołnierz przez chwilę dreptał w miejscu, wahał się, aż w końcu przycisnął jej pistolet do skroni. I znowu zaczął się wahać.

Trzymałam przy sobie nóż. Zacisnęłam dłoń na rękojeści i powoli podeszłam bliżej. Miałam tego żołnierza na wyciągnięcie ręki, ale nie potrafiłam się ruszyć. Bałam się, że on skrzywdzi mamę, ale jednocześnie bałam się, że ja skrzywdzę jego. On tymczasem nacisnął spust i ją…

Przez to, że nie byłam w stanie zabić tej jednej osoby, trafiłam właśnie tutaj. 

– Róża, pomożesz? Mam ciężki przypadek.

Podskakuję i sięgam po broń. Dopiero patrząc przez celownik zauważam, że to Estera, a nie tamten żołnierz. Właśnie weszła do namiotu i patrzy na mnie, marszcząc brwi.

– Oczywiście. Pomogę – odpowiadam, zanim zacznie zadawać pytania. Jeszcze rozglądam się po namiocie. Cisza. Spokój. Mimo to mam wrażenie, że ktoś we mnie celuje. Potrząsam głową, ale uczucie nie mija.

Zarzucam gruby, czarny płaszcz i wychodzę na zewnątrz. Szaleje zawierucha, śnieg wciska się do oczu i nie widać nic na wyciagnięcie ręki. Zasypuje namioty, jakby świat chciał się pozbyć tej skazy. Chyba, że wcale ich nie zasypuje, tylko okrywa pierzynką.

Jesteśmy na miejscu. Strzepuję śnieg z włosów i rozcieram zmarznięte dłonie, tymczasem Estera od razu biegnie do rannych. Wszędzie słychać jęki i krzyki. W powietrzu unoszą się nieprzyjemne, drażniące nos zapachy. Ludzie każdego dnia się zmieniają, ale ich cierpienie pozostaje niezmienne. Staram się nie patrzeć na zakrwawione bandaże, twarze wykrzywione w bólu. Podobno do tego można przywyknąć. Na przykład Estera mówi, że czuje się tu jak w domu, chociaż nigdy nie wyjaśniła, co dokładnie znaczy dla niej dom.

– Chodź tutaj! – woła do mnie z drugiego końca namiotu. – Pojmali go podczas wczorajszego ataku.

Aha, czyli to jeniec. Nie lubię im pomagać, zawsze uważają mnie za wroga. Kiedy tylko tu trafiłam, Estera była pierwszą osobą, jaką poznałam. Siedziała i grała w kości z Norbertem.

– Nie powinnaś uważać nas za wrogów? – spytała, widząc moją bladą skórę i blond włosy. 

– Nikogo nie powinno się uważać za wroga. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Powinniśmy się szanować i żyć w przyjaźni. Wszystkie wojny są bez sensu. To tylko jakieś chore ambicje dowódców, nas nikt nie powinien do tego mieszać.

Wiedziałam, że brzmię jak obrażony dzieciak, ale, szczerze mówiąc, właśnie tak się wtedy czułam.

– Pacyfistka? Idealistka? – Norbert się uśmiechnął.

– E tam. Po prostu lubi sobie ponarzekać – odparła Estera i wróciła do gry.

Podchodzę bliżej rannego. To młody mężczyzna, którego postrzelono w nogę. Mam dziwne wrażenie, że skądś go znam.

– Niedługo się obudzi. Szybko, daj mi środek odkażający.

I tak zaczyna się jedno wielkie podawanie. Estera szyje i opatruje rany, a ja podsuwam jej wszystkie potrzebne narzędzia, w wolnym czasie wysłuchując, jacy to żołnierze są okrutni, że pozwolili mu męczyć się tak całą noc. Cóż, żołnierze są okrutni. Na tym właśnie polega wojna.

Kiedy kończymy, chłopak się budzi i rozgląda po namiocie nieprzytomnym wzrokiem, aż w końcu jego oczy zatrzymują się na moich.

– Róża? Co ty tu robisz?

– Artur?

– Chodziłem z tobą do liceum, nie pamiętasz? I na kurs samoobrony.

Powoli coś sobie przypominam.

– No cóż, widać, że kurs na nic się nie przydał. – Spoglądam wymownie na jego nogę. – Zresztą, nie tylko ty, oboje nie umiemy się bronić.

Estera patrzy na mnie porozumiewawczo, po czym wycofuje się doglądać pozostałych rannych.

– Oboje? Widzę, że ty radzisz sobie doskonale – mówi Artur.

Dawno nie słyszałam aż takiej nienawiści w czyimś głosie. Stęka i próbuje usiąść. Każę mu się nie ruszać. Mówię mu, aby oszczędzał nogę. Chcę uciec. Chcę zostać. On przypomina mi mamę.

– Myślisz, że miałam wybór?

– Nosisz czarny mundur.

– Zmusili mnie.

– Mogłaś się zastrzelić.

Kiedy tamten żołnierz zorientował się, że istnieję, najpierw też chciał mnie zabić, ale chyba nie potrafił. Na swój pistolet i ciało mamy patrzył z takim samym strachem, jak ja patrzyłam na niego. Najpierw próbował mnie przesłuchiwać, a potem kazał iść ze sobą. Zamknęli mnie razem z jakimiś żołnierzami – pewnie z wrogiego kraju, wydawało mi się tak, ponieważ nie mówili w moim języku. Raz mnie odwiedził. Opowiedział o tym, jak skłamał swoim, że jestem córką jakiegoś ważnego dowódcy. Żeby mnie dobrze traktowali.

Później przyszedł potężny mężczyzna z karabinem. Mundur opinał się na jego mięśniach, jakby miał zaraz pęknąć. Mężczyzna powiedział, że mamy wybór: albo nas zabije, albo wstąpimy do jego armii. Nawet ci żołnierze po kolei się zgadzali, że wstąpią. A im przecież bardziej zależało.

– Daj spokój – mówię i się odwracam.

– Czekaj – Artur chwyta mnie za rękę. – Naprawdę jesteś tu pod przymusem? Pomogę ci stąd uciec. Pod warunkiem, że ty pomożesz mnie.

Na pytanie „czy ma to sens?”, które rozbrzmiewa w mojej głowie, odpowiadam sobie, że lepiej nie walczyć niż walczyć.

– Po pierwsze, wykradnij dla mnie kamienie – mówi dalej.

Kamienie.

– Jakie kamienie?

– Słyszałaś może… – zaczyna Artur. Waha się, czy coś mi powiedzieć. – Czy dowódcy mówili coś o nietypowej, potężnej broni?

– Mówili. Nawet widziałam ją na własne oczy. Podobno wtedy testowali broń po raz pierwszy.

Artur otwiera usta ze zdumienia.

– Jak?

Wówczas nie wszyscy żołnierze przeszli na ich stronę. Dwóch wybrało śmierć. Zostawili nas tam, żebyśmy to widzieli. Tamci żołnierze mieli przerażone oczy i patrzyli się prosto w karabin, ale mężczyzna w czarnym mundurze nawet nie zdjął go z ramienia. Za to wyjął z kieszeni małe puzderko. Odbijały się w nim te przerażone oczy. Najpierw wziął do ust szczyptę jakiegoś proszku, a potem połknął mały, czarny, błyszczący kamień. I jak tylko go połknął, od razu wydał się bardziej potężny. Spojrzał na ziemię pod stopami wrogich mu żołnierzy, a wtedy ona zaczęła lekko falować, aż w końcu wybrzuszyła się, wklęsła i ich przykryła. Przeraźliwe krzyki dochodzące spod ziemi ucichły. Potem jeszcze przez chwilę falowała, aż w końcu się uspokoiła. I wszystko wyglądało jak wcześniej, żadnych ciał, żadnej krwi, tylko na miejscu, gdzie stali, wyrosły dwie stokrotki o delikatnych płatkach.

– Takie kamienie – kontynuuje Artur.

– Gdzie są? – mówię szybko. Estera już podchodzi w naszym kierunku.

– Sejf w namiocie dowódców.

– Znasz kod?

Artur tylko wciska mi w dłoń jakiś niewielki przedmiot.

– I jak? Nagadaliście się? Nie chcę wam przerywać uroczego spotkania po latach, ale, wybacz, nie ufam ci za grosz – mówi Estera do Artura.

Kiwam mu głową na pożegnanie i ruszam ku wyjściu z namiotu.

– Co cię z nim łączy? – pyta. – Pamiętaj, nie możesz pozwolić, żeby namotał ci w głowie. Ja wiem, te wszystkie rany wyglądają bohatersko, ale tak naprawdę ranny zostaje ten, kto nie umie walczyć.

– Nic mnie nie łączy. Taki dawny znajomy. Z innych czasów.

– Musiał się wściec.

– No raczej. To nie była przyjemna rozmowa.

 

***

 

W porze obiadu zamiast do kantyny zmierzam do namiotu dowódców. Wcześniej jedli swoje posiłki na osobności, ale teraz, dla podtrzymania morale, razem z każdym cisną się przy stole i pałaszują bezkształtną brejkę, piorunując wzrokiem wszystkich naokoło. Normalnie uważam całe takie udawanie za strasznie irytujące, ale teraz może mi się przydać.

Mija chwila, zanim w śnieżnej zawiei odnajdę namiot dowództwa. Stoi przed nim dwóch wartowników. Wyglądają jak dwa sople lodu.

Wymijam ich i okrążam namiot. Chwile czekam, aż minie mnie patrol i nożem wycinam dziurę w materiale. Niedługo ją zauważą, ale wtedy już mnie tu nie będzie.

Wewnątrz jest przyjemnie ciepło. Muszę przyznać, nieźle się urządzili. Przy ścianie stoi koza, obok szafka, duże, wygodne łóżka, wreszcie sejf.

Wyjmuję z kieszeni ów przedmiot, który przekazał mi Artur. Jest czarny i zimny. Służy do otwierania sejfu. Nie mam pojęcia, jak działa.

Rozglądam się po namiocie. Cisza. Nikogo nie ma. Nikt we mnie nie celuje.

Podchodzę do sejfu. Ręce mi drżą, urządzenie się trzęsie.

Mama by chciała, żebym stąd uciekła. Żebym nie służyła ludziom, którzy ją…

Próbuję. Czekam chwilę i drzwiczki cichym kliknięciem oznajmiają, że są gotowe do otwarcia. Powoli je uchylam, oczekując wycia alarmu, jednak nic takiego się nie dzieje. W środku, równo poukładane na metalowych półeczkach, leżą kamienie i saszetki białego proszku. Do kieszeni płaszcza zgarniam kilka z nich.

– Róża? – Odwracam się. Przede mną stoi Estera.

– Co ty tu robisz?

– Dowódca przysłał mnie po wino. Ale ty? Włamujesz się?

– Ja tylko próbuję przetrwać.

– W takim razie po co zaciągałaś się do armii?! – Podnosi głos.

– Nie zaciągałam się do żadnej cholernej armii! Po prostu nie miałam wyboru.

Estera marszczy brwi.

– Przecież mówiłaś…

– A co miałam powiedzieć?! Że twoi ukochani, waleczni, dobrzy żołnierze zabili moją matkę, a mnie przetrzymywali w nieludzkich warunkach i grozili mi śmiercią? Owszem, jestem tu z wyboru. Dali mi wybór: albo będę dla nich walczyć, albo pogrzebią mnie żywcem.

– Twoi są gorsi – mówi. Głos jej drży. – Ty nie kłamiesz? Naprawdę to zrobili?

– Może i są gorsi, ale jeden z nich ofiaruje mi szansę na wydostanie się z tego piekła. A ja zamierzam z niej skorzystać.

Z drugiej kieszeni płaszcza wyjmuję pistolet. Jest czarny i lśniący, jak skrzydła kruka, który szybuje w powietrzu wypatrując padliny. W lufie odbijają się moje przerażone oczy. Znowu czuję się jak przy tamtym żołnierzu, niezdolna do żadnego ruchu. Dlaczego? Przecież już zabijałam. Widzę tylko, powoli i bardzo wyraźnie, jak na twarz Estery wypełza panika.

– Jesteś moją przyjaciółką. Przecież…

Wtedy nie potrafiłam strzelić i znów tego nie potrafię. Wtedy przyniosło mi to horror. Nie mam pojęcia, co przyniesie teraz.

Mimo to chowam pistolet do kieszeni.

Estera wypuszcza długo wstrzymywane powietrze.

– Przepraszam – mówię.

– Idź. Powodzenia – szepcze, chociaż sama nie wierzy w to, co mówi. Też w to nie wierzę. To jest sprzeczne ze wszystkim, w co wierzyła.

Więc idę. Wymijam strażników i pędzę poprzez śnieżną zawieruchę do szpitala.

– Masz? – pyta Artur.

Podaję mu wszystkie kamienie i proszek.

– W takim razie patrz. Będę musiał się spieszyć, moc kamieni działa tylko przez chwilę. Najpierw trzeba połknąć proszek. To narkotyk, osłabia działanie kamienia. Inaczej jego moc by cię zabiła. – Wsypuje do ust szczyptę proszku. – Teraz czas na kamień. – Bierze go w palce i ogląda pod światłem. – Piękny.

Następnie wrzuca go do ust i połyka. Jego źrenice się zwężają, prostuje się, siada na łóżku, zrywa bandaże i wbija wzrok w nogę. A rany powoli zaczynają się zasklepiać. W końcu nie pozostaje po nich żaden ślad.

To jest straszne. Piękne, ale straszne. Ale gdybym miała taką moc, nie musiałabym patrzeć, jak moja mama…

Artur na chwilę jakby przygasa, ale zaraz odzyskuje werwę. Wstaje, rusza do wyjścia, powala stojących przy nim strażników.

– Masz pomysł, jak dostać się do namiotu profesora?

– Jakiego profesora?

– O tym, jak produkuje się kamienie, wie tylko jedna osoba. Przebywa właśnie w tym obozie. Mam rozkaz sprowadzić go do mojej bazy.

– Domyślam się, o kogo chodzi. Wiem. Jeden ze strażników codziennie około południa spotyka się z dziewczyną. Będziemy mieli chwilę, by wemknąć się do środka.

 Biegniemy. Płatki śniegu osiadają mi na twarzy i wciskają się do oczu, aż zaczynają mi ciec łzy. W końcu jesteśmy na miejscu. W namiocie jakiś starszy pan siedzi na skraju łóżka i w świetle latarki czyta książkę. Artur wyrywa mu ją i rzuca na ziemię. Chwyta go za kołnierz i unosi do góry.

– Profesor Chrobry?!

Staruszek kiwa głową, a jego żylasta dłoń wędruje ku skrytemu w kaburze pistoletowi. Podbiegam i mu go zabieram, po czym przeszukuję profesora naprędce, czy nie ma przy sobie jakiejś innej broni. Kiedy kończę, Artur przerzuca sobie profesora przez ramię i rusza do wyjścia. Profesor się wyrywa i kopie, ale jest stary i nie ma wystarczająco siły.

A tam, wśród śnieżnej zawiei, czeka już na nas pięciu żołnierzy z wycelowanymi w nasze piersi lufami, na które powoli opadają pojedyncze płatki śniegu.

– Poddajcie się – mówią, ale Artur tylko rzuca mi karabin, po czym wyciąga broń i zaczyna strzelać.

– Walcz! – wrzeszczy.

I znowu trafiam do piekła. Uchylam się przed nadlatującymi kulami, biegnę skulona przy ziemi, prowadzona bojowymi okrzykami Artura i jękami profesora. A przede wszystkim strzelam. Dlatego, że nie mam wyboru, albo też dlatego, że dokonałam złego wyboru. Huczy mi w uszach od wystrzałów i krzyków. I strzelam. Giną kolejni ludzie. Musimy się wydostać z obozu. Strzelam do ludzi, których znam. W śnieżnej zawiei nie widzę dokładnie, do kogo. Niepewność jest jeszcze gorsza. Jadłam z nimi posiłki. Zamieniłam kiedyś słowo przechadzając się po obozie. Podnosili mnie, kiedy już nie miałam siły iść i wspierali, kiedy nie miałam siły na wszystko inne.

Pierwszego człowieka zabiłam drugiego tygodnia w armii. Zaatakowali nas od tyłu, wdarli się do szpitala. Był stary. Upadł na ziemię i nie dowierzał, co się stało. Był przerażony. Bezradnie się miotał, chciał wstać, ale nie mógł. Z jego brzucha lała się krew. Barwiła grudki ziemi na czerwono. Aż znieruchomiał. I chociaż wszędzie huczało i grzmiało, ludzie wrzeszczeli i biegali, i ginęli, to miałam wrażenie, że nagle zapanowała cisza. Ci ludzie biegali gdzie indziej, hałasy dochodziły z innego świata. Myślę, że wtedy jego dusza na chwilę zabrała mnie w zaświaty. Ale potem postrzelili mnie w ramię i ból czym prędzej sprowadził mnie na ziemię. Rozrywający, przenikliwy – coś takiego czułam dotąd tylko gdy mama…

Udaje nam się zgubić pościg i chowamy się za namiotem, aby na chwilę odsapnąć. Z oddali słyszę pokrzykiwania, tupot nóg i wydawane gromki głosem rozkazy, ale dookoła nas panuje cisza. Mimo to, wiem, że powinniśmy uciekać. Czym prędzej. Wtem słyszę, że profesor się krztusi.

– Co się stało? – pytam i leniwie spoglądam w jego kierunku.

Mundur profesora jest poplamiony krwią. Kula utkwiła w jego brzuchu.

– Postrzelili go podczas ucieczki – Artur mówi coś, co i tak doskonale wiem. – Przeżyje?

Rozglądam się nerwowo. Chwilowo zgubiliśmy pościg, ale niedługo z pewnością nas znajdą. W takich warunkach trudno się skupić. Mimo to staram się zbadać profesora, tak dobrze, jak to tylko możliwe w tych warunkach.

– I jak? – pospiesza mnie Artur.

– Nie wiem.

– Na wszelki wypadek lepiej wydobyć z niego informacje już teraz – mówi. – Co wiesz o kamieniach? Gadaj!

– Ja nie… – charczy profesor, podczas gdy ja próbuję szybko opatrzyć jego ranę.

– Receptura. Na. Kamienie.

Profesor się trzęsie, ale nic nie mówi. Artur uderza go po twarzy. Odwracam się, żeby nie patrzeć, ale słyszę wystarczająco wiele. Trzask, gdy dłoń Artura ponownie uderza profesora w twarz. Jęki. Ciągłe mamrotanie „nic nie powiem”.

– Przestań. Zabijesz go! – wołam, kiedy nie mogę już wytrzymać. – A wtedy naprawdę nic się nie dowiesz.

– W takim razie ty się nim zajmij.

Artur odwraca się, a ja zajmuję jego miejsce.

– Spokojnie – mówię. – Powiedz. Proszę. Inaczej on cię zabije.

– Przepraszam – charczy – ale nie powiem nic mojemu wrogowi.

– On cię zabije – powtarzam. – Nie chcę więcej śmierci. Nie chcę, żebyś zginął przez nas. Przeze mnie.

Profesor zaczyna płakać. Jaki on jest stary i zmęczony! Ma zapadnięte policzki, obwisłe powieki, żylaste dłonie, a przede wszystkim jest przeraźliwie chudy, tak, że widać kości.

– Proszę.

– Kamienie… – mówi w końcu. – pochodzą z wnętrza zwierząt. Ale nie wszystkich, tylko…

– Musimy iść – przerywa Artur.

– Jeszcze chwilę. Prawie powiedział.

– Zbliżają się czarne mundury.

Znów uciekamy.

– Naprawdę zaczął ci mówić? – pyta Artur w biegu. Kiwam głową. – Jeśli nadal chcesz się stąd wydostać, obiecaj mi, że po ucieczce wydobędziesz z niego te informacje.

– Nie ma mowy. Kiedy uciekniemy, idę w swoją stronę. Z dala od jakiejkolwiek armii.

– Albo obiecasz, albo cię tu zostawię.

W jego głosie nie czuję ani odrobiny ciepła. Zależy mu tylko na zadaniu.

Z śnieżycy wyłania się jakaś osoba. Strzela. Uchylam się, kula rozrywa materiał namiotu. Artur odpowiada mu serią z karabinu.

– To jak? – pyta.

– Pomogę ci.

Skończyły mi się naboje, odrzucam karabin i sięgam po pistolet. Biegniemy dalej.

W końcu wydostajemy się z obozu. Czarne namioty znikają za ścianą białego puchu. Mimo to nie zatrzymujemy się. Zaraz wyślą za nami pościg, o ile jeszcze tego nie zrobili. Stopy zapadają mi się w śniegu, im dalej od obozu tym jest go więcej, sięga już powyżej kolan. Profesor jest nieprzytomny, musiał zemdleć podczas ucieczki. Dobrze, nie mam już siły słuchać jego jęków. Artur naprędce skombinował sanie z kawałka deski i położył na nich rannego.

Ale zamiast jęków słyszę co innego. Zbliża się do nas jakiś hałas.

– Cholera. Mają skutery śnieżne – mówi Artur. – Schowaj się.

Wpycha mnie w śnieg, a sam kuca i szykuje się do strzału. Po chwili przeciwnicy są na tyle blisko, że ich widzę. Jest ich czterech. Słyszę wystrzał i jeden z nich spada z pojazdu. Trzech pozostałych natychmiast otwiera ogień w naszym kierunku. Nadjeżdżają.

– Zrób coś – szepczę do Artura. Głos mi drży. Strzały. Znowu strzelają. Artur też strzela. Wszyscy strzelają. Czy tym razem mama też…

Amunicji starcza na dwóch.

– Poddajcie się – słyszę wzmacniany przez megafon głos. Brzmi sztucznie.

Artur próbuje przeładować broń.

– Coś się zacięło – syczy przez zęby.

Skuter przyspiesza. Jest już za blisko.

– Poddajcie się. Powtarzam po raz ostatni.

– Poddajemy! – wołam i wstaję, unosząc ręce do góry. Chcę przeżyć. Artur syczy na mnie przez zęby, ale po chwili również się podnosi.

Żołnierz przeszukuje nas, zabiera całą broń, po czym sadza przed sobą na skuterze. Na widok nieprzytomnego profesora cicho przeklina. Wszyscy się nie zmieścimy. Ciągle w nas celując, prosi o przysłanie wsparcia.

Artur porozumiewawczo na mnie patrzy. Proszę, nie. Nie chcę ryzykować. Ale on już robi unik, podbiega do żołnierza, atakuje, wyrywa karabin. Po chwili jego przeciwnik leży skrępowany na śniegu, a Artur z bronią w ręku triumfalnie się uśmiecha. Dopiero teraz orientuję się, że przez ten cały czas wstrzymywałam oddech.

– Wskakuj.

– A on? – wskazuję na żołnierza.

Artur strzela.

 

***

 

Nad ranem śnieżyca ustaje, a profesor odzyskuje przytomność. Zatrzymujemy się, by odpocząć.

– Dobrze. Ja zajmę się przygotowaniem schronienia, a ty wyciągnij z niego informacje. – Artur ruchem głowy wskazuje na profesora.

Podchodzę bliżej.

– Wody? – pytam.

Podaję bidon profesorowi. Pije tak łapczywie, aż się krztusi.

– Dobrze. Teraz mógłbyś dokończyć to, co mówiłeś o kamieniach?

Profesor uśmiecha się smutno.

– Chyba nie mam wyboru. Wydobywam je ze zwierząt. Ale nie ze wszystkich. Z tych legendarnych. Do tej pory udało nam się wytropić tylko smoki, ale z pewnością jest ich więcej.

– Super. Opowiedziałeś mi już bajeczkę, a teraz powiedz, jak jest naprawdę! – podnoszę głos. Jestem przerażona tym, jak bezwzględnie brzmi.

Gdzieś za moimi plecami rozlega się hałas. Podskakuję i szybko się odwracam. Trzymam rękę na pistolecie. Ktoś we mnie celuje. Tym razem jestem przekonana. Może to Artur. A może tamten żołnierz nas śledzi. Ten sam, przez którego mama…

To tylko Artur upuścił bidon. Nic się nie dzieje.

– Skoro wierzysz w magię, to czemu by nie uwierzyć w smoki? – pyta profesor. Chyba nic nie zauważył.

– Nie ma magii. Działanie tych kamieni na pewno da się udowodnić naukowo.

Profesor się uśmiecha.

– Tak jak istnienie smoków. Te wszystkie legendy nie mogły wziąć się znikąd. Poświęciłem na ich badanie całe moje życie. Aż w końcu, głęboko pod powierzchnią oceanu, odnaleźliśmy pierwszy okaz. Był piękny. Miał lśniące, złote łuski i skrzydła z błonami przypominającymi płetwy. Kiedy się denerwował, bulgotał. – Z każdym wypowiedzianym słowem profesor zdaje się młodnieć. Głos mu się wzmacnia, sam się prostuje, jakby zapomniał o sznurze pętającym jego dłonie i ranach. Ale to nie trwa długo. – Wkrótce zabiłem pierwszego w życiu smoka. Aby sprawdzić, co ma w środku. I oprócz zwykłych narządów miał jeszcze kamienie. Całą masę kamieni, poprzyczepianych do mięśni w najdziwniejszych miejscach. Minęło kilka kolejnych smoków i odkryłem, do czego służą. Czerpią siły z ziemi. Smoki całą moc przetwarzają na energię potrzebną im do życia, ale ludzie mają ją z innych źródeł, dlatego kamienie działają na nich właśnie w taki sposób.

– I tak po prostu oddałeś tą broń wojsku?

– Mój ojciec był wysoko postawionym generałem. Powiedział, że potrzebują tej broni. Że dobrze wynagrodzą moją pracę. Popełniłem błąd, ale nie miałem wyboru. To i tak cud, że nic nie wiedzą o tym, jak przygotować te kamienie.

Profesor marszczy brwi i lekko przymyka oczy. Mama robiła tak samo, kiedy coś wspominała. Zanim…

Chcę spytać, jak właściwie przygotowuje się te kamienie. Ale po co? Żeby zginęła jeszcze raz?

Zanim zginęła. Tak. Teraz mogę to wyraźnie sformułować. Mam tą scenę przed oczami. To boli. Boli tak, jakbym przeżywała to po raz drugi. Mama ginie. Tak, umiera. I kiedy już nie żyje, nagle z mojej piersi znika jakiś ciężar. Mama już nie wróci do życia, ale mogę zadbać o to, żeby nie zginął nikt więcej. Żeby już nigdy więcej nie było wojen.

– Zawsze można się zastrzelić – mówię niemrawo.

– Zrób to.

Kręcę głową, ale wyciągam pistolet. Ręce mi drżą. Nie potrafiłam zabić Estery, ale to co innego. Od tego zależy dużo więcej. Głupie. Ale to głupie. A tak nie chcę zabijać. Nie chciałam. Zabijać. Czy bez tego nie da rady zaprowadzić pokoju?

– Musisz zabrać tę tajemnicę ze sobą – mówię. – Ona nie może się dostać…

Ręce i głos mi drżą.

– Wiem. Powinienem zrobić to dużo wcześniej. Śmiało – mówi profesor. Gdyby protestował, byłoby łatwiej.

Przywołuję wspomnienie tego żołnierza, od którego wszystko się zaczęło. Chcę przypomnieć sobie straszne rzeczy, które to zapoczątkowało, ale pamiętam tylko jego oczy. Pistolet jest czarny jak skrzydła kruka.

Nie może mi to przeszkodzić. Muszę być silna.

I strzelam. Profesor upada na śnieg, a na jego twarzy pojawia się uśmiech. Jego życie się skończyło. Jego cierpienie się skończyło. Muszę tak to sobie tłumaczyć, inaczej zwariuję. Mama by tego chciała. Chciałaby, żeby nikt więcej nie musiał ginąć. To potrzebna ofiara. Później już nikt nie będzie musiał umierać. Nie będzie już żadnych wojen.

– Co się stało? – pyta Artur. – Zaraz, czy ty…

Nie pozwalam mu dokończyć. Chcę strzelić, ale skończyły mi się naboje. On za to już przeładowuje pistolet. Pędzę w kierunku skutera. Nigdy nie prowadziłam nic takiego, mija kilka chwil i kilka strzałów, zanim udaje mi się go uruchomić. W końcu, kiedy ruszam, tak mną zarzuca, że mało nie spadam. Muszę się mocno trzymać, ale w końcu jadę. Pędzę poprzez śnieg, ścigana krzykiem i wystrzałami. Mijam skały. Jadę slalomem, modląc się, by się nie rozbić o jedną z nich. Seria z karabinu ora śnieg na prawo ode mnie. Podkręcam gaz, jadę już tak szybko, że sama się siebie boję. Tak jeżdżą tylko wariaci, albo ludzie niesamowicie zdeterminowani. Wciąż nie jestem pewna, do której kategorii należę. Wyprzedzam Artura, jeszcze chwila, a wydostanę się poza zasięg strzałów. Jeszcze chwila.

Potężny wstrząs. Trafił w skuter, chyba coś się uszkodziło. Pojazd gwałtownie skręca, wypadam z siedziska i koziołkuję w powietrzu, zapadam się głową w śnieg. Rozgarniam go, nabieram gwałtownie powietrza. Nie mam siły wstać, ale muszę. Muszę iść, muszę biec, byle dalej. Wstaję. Jeden krok. A teraz kolejny. I szybciej. Biegnij. Co mnie podkusiło, żeby go zabijać? Przecież mogłam właśnie cieszyć się wolnością.

A tak uciekam między sterczącymi ze śniegu ostrymi skałami, goniona przez komandosa z karabinem. A może to właśnie jest wolność? Parskam śmiechem. Przecież sama sobie wybrałam ten los.

Kula mija mnie o kilka centymetrów. Przewracam się, biegnę dalej, chociaż nie mam już siły. Kolejny raz się przewracam. Coś się stało. Boli. Próbuję wstać, ale mi nie wychodzi. Trafił. Prosto w nogę, tuż nad kolanem. Muszę biec. Muszę mu uciec, chociaż nie mam żadnych szans.

Jeszcze raz próbuję wstać, opierając się o skałę. Tym razem się udaje. Kulejąc ruszam do przodu. Chociaż ten wysiłek jest pozbawiony sensu.

I tak mnie w końcu dogania. Rzucam się w śnieg, nie mam siły już stać.

– Wstawaj – mówi Artur głosem pozbawionym uczuć. – Idziesz ze mną.

– Nie zabijesz mnie?

– Po tym, co on ci powiedział?

– Czyli będziesz mnie torturować? 

Co mnie podkusiło z tym profesorem. Nagle zachciało mi się ratować świat.

– Wstawaj.

Artur rzuca mi kawałek bandaża.

– Doprowadź się do porządku i ruszamy.

– Nie dam rady! – wrzeszczę. – Postrzeliłeś mnie, debilu!

Nie mam już siły. Może i lepiej, gdyby mnie teraz zabił.

– A ty zniszczyłaś nasz jedyny środek transportu. Dlatego wstawaj, z łaski swojej.

Po godzinie marszu udaję, że mdleję. Naprawdę jestem bliska zemdlenia, ale wolę na to nie czekać. Kiedy Artur zaczyna mnie nieść, czuję trochę satysfakcji.

 

***

 

Pod wieczór docieramy do pierwszych zabudowań. Artur pokazuje swoje dokumenty, po czym, powołując się na wojsko, przywłaszcza sobie pług śnieżny. Innych pojazdów tu nie mieli. Zasłania mi oczy, abym nie widziała trasy.

 

***

 

Po kilku godzinach ktoś pociąga mnie za ramię i każe wstać. Noga się pode mną ugina i upadam. Jakaś osoba mnie kopie i podnosi siłą. Gdzieś mnie niosą. W końcu kładą na ziemi. Chwilę czekam i ktoś zdejmuje mi z głowy worek. Jestem w środku niewielkiej celi. Zupełnie sama. Nie chcę tu być. Czuję się, jakby ktoś we mnie celował. Rozglądam się po celi. Wiem, że jestem sama, ale ciągle mam wrażenie, że zaraz znajdzie mnie tamten żołnierz, który zabił mamę. Dokładnie badam wzrokiem każdą ścianę. Sama. Jestem sama. I tak, mama nie żyje. Żołnierz zabił mamę. I dlatego teraz muszę zapobiec temu, by taka sytuacja się powtórzyła.

 

***

 

Następnego dnia dwóch żołnierzy wywleka mnie z celi. Znów mam zakryte oczy, a kiedy na nowo pozwalają patrzeć, siedzę w sterylnie czystym pokoju, z nogami i rękami przymocowanymi do krzesła.

Przez solidne, metalowe drzwi wchodzi starszy mężczyzna w białym fartuchu. Z wyglądu przypomina profesora, tylko jego rysy twarzy są dużo twardsze.

– Co wiesz o kamieniach? – pyta.

Milczę. Wtedy z metalowego, surowego stolika bierze nożyk, równie ostry co jego rysy twarzy. Powoli, można by powiedzieć, że delikatnie, przeciąga nim po moim policzku. Z oczu ciekną mi łzy, ale nie wydaję z siebie nawet najmniejszego dźwięku.

– Nigdy nie powiesz, co? Nie chcesz zdradzić swoich sojuszników? 

– Nie robię tego dla sojuszników – mówię. Może rozmowa na chwilę odwlecze kolejne tortury.

– W takim razie nie chcesz zdradzić idei?

– Po prostu gdybym teraz uległa, wszystkie poprzednie cierpienia okazałyby się nic nie warte.

– Aha. Nie chcesz się przyznać do błędu – mężczyzna uśmiecha się triumfalnie i wyrywa mi paznokieć. Łzy ciekną mi szerokim strumieniem, ale nie wydaję z siebie żadnego dźwięku. A on niszczy mnie dalej.

W końcu odsyła mnie z powrotem do celi. Z bólu nie jestem w stanie myśleć, nie czuję nic oprócz niego i żałuję, że Artur mnie nie zabił. Kulę się w rogu celi, przykrywam powycieranym kocem, który dostałam od strażników.

Śni mi się mama, jednak pierwszy raz nie są to koszmary. Leżę w moim łóżku, w domu, obok siedzi mama i gładzi mnie po głowie. Nuci jakąś nieznaną mi melodię.

– Nie chcę, żeby ten sen się skończył – mówię do niej.

Mama odpowiada tylko „będzie dobrze”.

 

***

 

Ale wcale nie jest dobrze. Następnego dnia ponownie biorą mnie na przesłuchania. Wracam wyczerpana do granic możliwości. Muszą mnie nieść, nie mam siły stać na nogach.

– Róża?

Zdaje mi się, że słyszę głos Estery.

– Róża? Ej, Róża, o matko, co oni ci zrobili?

Pamiętam, że wtedy, dwa lata temu, kiedy tylko dołączyłam do armii, już po kilku dniach zostałyśmy przyjaciółkami. Norbert zginął na froncie, a Estera obwiniała się o to, że nie walczyła, tylko opiekowała się rannymi. Żarówka buczała i mrugała, rzucając na nią niezdrowe cienie.

– Masz pistolet? – spytała. Starałam się ją ignorować, ale mi nie wyszło.

– Po co?

– Chcę się zabić. Norbert nie żyje.

Odwróciłam się do niej tyłem i zaczęłam obserwować muchy na lampie. Ale jej wzrok przewiercał mi plecy na wylot i w końcu się poddałam.

– Czym się zajmujesz? – spytałam w końcu, żeby zmienić temat.

­– Opiekuję się rannymi.

– Pójdziemy do szpitala i zobaczymy, co u twoich pacjentów, dobrze?

Estera kiwnęła głową.

– Dobrze. Chodźmy.

Teraz mówi takim samym głosem, trochę załamanym, trochę zdenerwowanym, ale przede wszystkim pełnym nadziei.

– Róża, proszę, obudź się.

– Tak?

Otwieram oczy. Z trudem unoszę głowę.

– Co ty tu…

– Mam kamienie – mówi Estera. – Jestem tu celowo. Wyciągnę cię stąd.

Kiwam głową. Jak przez mgłę widzę, że Estera zdejmuje naszyjnik i bransoletkę.

– Co to…

– Przeszukiwali mnie, ale nie zauważyli nic groźnego w biżuterii.

Z okrągłego wisiorka wysypuje na dłoń trochę proszku. Następnie rozrywa linkę i ściąga z niej kamień. Nie wierzę w to. To sen. To nie jest realne.

Przez chwilę wydaje mi się, że obok mnie siedzi mama. Wygląda zupełnie jak w moim śnie.

– Nie wierzysz w to, ale w smoki już tak? – śmieje się.

Opieram dłoń na ramieniu Estery i próbuję wstać.

– Uważa… – zaczyna mówić. Nie kończy. Patrzy tylko z niedowierzaniem, jak wisiorek wraz z zawartością ląduje na ziemi. Biały proszek rozsypuje się po wilgotnej podłodze, namaka i zamienia się w breję. Mama znika.

– Przepraszam – mówię.

– Przepraszam? Tylko przepraszam? Naprawdę to do ciebie nie dociera, że tu utknęłyśmy? Że będą nas torturować? – Głos Estery drży.

– Spokojnie. Nic się nie stanie, jeśli… – Chwilę się waham. Zresztą, i tak zamierzałam to zrobić. Tylko żeby teraz, w takiej sytuacji? – I tak połknę kamienie. Przez narkotyk magia pozwala tylko na najprostsze czynności, a ja… Ja muszę spojrzeć dalej. Dowiedzieć się, jak zakończyć wojnę. Podobno bez narkotyku kamienie dają nieskończone możliwości. Muszę spróbować.

– Ludzie od tego wariują.

– Nie wszyscy.

Próbuję w to uwierzyć. Słyszałam opowieści, powtarzane w namiotach podczas deszczowych, ciężkich dni. Wszystkie się różniły i przeczyły jedna drugiej. Ale to jedyna szansa. Muszę spróbować.

– A gdzie twój sceptyzm? A gdzie „to wszystko bez sensu”? Przecież nie chciałaś się w nic angażować!

– Kurczę, nie mam pojęcia! A ty? Po co tu przyszłaś? Chciałam cię zastrzelić, nie pamiętasz?!

Estera poprawia włosy za uchem.

– Pamiętam. Pamiętam, że nie strzeliłaś.

– Muszę to zrobić.

– Wiem.

Biorę do ust kamień. Właściwie nie ma smaku, jest zimny i gładki. Zmuszam się do przełknięcia.

Nagle świat przesłania gęsta mgła. Wszystko staje się nierealne, jakbym znajdowała się w innym świecie i na ten patrzyła przez grubą szybę. Po chwili ból ustępuje. Teraz koncentruję się na ścianie. Trudno się na czymkolwiek skupić, uczucie nierealności narasta, ale próbuję. Rozsypuje się w proch. Nie słyszę hałasu, jedynie widzę unoszące się w powietrzu drobinki pyłu. Usypiam żołnierzy, niszczę mury, druty kolczaste i zasieki, wznoszę nowe ściany, buduję tunel prosto na wolność. Mgły jest coraz więcej. Zanurzam się w gęstej bieli, próbując uchwycić to nieuchwytne coś, co może mi odpowiedzieć na pytanie. Idę dalej, choć nogi grzęzną mi we mgle. Mgła próbuje mnie zatrzymać, ale skoro nie zatrzymało mnie to wszystko, co przeżyłam do tej pory, nie zatrzyma mnie również ona.

I widzę. W środku mgła robi się jeszcze gęstsza, skupia się w wielką kulę, z której rozchodzą się macki. Podchodzę bliżej i zanurzam w niej głowę, zanurzam się cała. Zadaję pytanie.

– I jak? – pyta Estera. Trzyma się na dystans, nie jest pewna, jak zareaguję.

Niepewnie robię krok w jej kierunku. Nie blokuje mnie żadna mgła, czuję się dziwnie lekko, kolejny krok nie znajduje oparcia i upadam.

– Dobrze. Wszystko dobrze. Spokojnie, nie zwariowałam.

– Wiesz coś? O wojnie?

Estera oddycha z ulgą. Uśmiecha się. Ja tylko patrzę w podłogę. Nie chcę o tym rozmawiać.

– Jak? Wiesz coś? Ej, co się stało?

– Nic nie mogę zrobić. Moc kamieni działa powierzchownie. Może załatać ścianę albo czyjąś nogę, nawet zabić, poruszyć ziemię. Może zniszczyć skutek. Ale nie przyczynę. Co z tego, że ta wojna się skończy, skoro wybuchnie kolejna? I jeszcze kolejna? To bez sensu. A o wszystkim decydują przywódcy. Ja nic nie mogę zrobić.

– Możesz.

Estera siada obok mnie. Razem patrzymy na słońce, świecące gdzieś tam na końcu tunelu. Wydaje się takie odległe, a przecież wystarczy zrobić kilka kroków.

– Możesz. Masz cel, misję, a to już połowa sukcesu. Bez ludzi, nad którymi mają władzę, dowódcy są niczym.

– Czyli co niby mam zrobić?

– Przede wszystkim chodź. Pójdziemy w świat, przez ten tunel, i zobaczymy, co tam się 

będzie działo, dobrze?

Kiwam głową.

– Dobrze. Chodźmy.

Mój głos jest trochę załamany, zdenerwowany, ale przed wszystkim pełen nadziei.

Idziemy przez tunel. Słońce przybliża się z każdą chwilą.

Koniec

Komentarze

Dopiero zaczęłam czytać, ale na początku jest takie zdanie:

On tymczasem nacisnął spust i ją

…i ciąg dalszy wcięło :(

No, przeczytałem.

 

Muszę być, niestety, brutalnie szczery: nie przypadła mi ta historia do gustu. Napisałaś opowieść w stylu young adult, a ten gatunek jest dla mnie wybitnie ciężkostrawny. Wiem, że tego typu proza rządzi się pewnymi prawami, wykorzystując klisze i gotowe szablony postaci, uzupełniane później o cechy nadające im pozornego indywidualizmu, ale mnie właśnie te rzeczy bardzo przeszkadzają. Nie przekonuje mnie główna bohaterka, ten cały Artur (choć w miarę konsekwentnie poprowadziłaś tę postać) a Estera i profesor są nieco sztuczni. Dialogi też nie zawsze wychodzą Ci naturalnie. Kilka razy w tekście użyłaś sformułowania “czarne jak skrzydła kruka”, celowo? Jeśli tak, to uważam to za dziwny zabieg. Tak jakbyś chciała coś podkreślić, lub przygotować czytelnika na jakiś motyw związany z tą frazą, ale finalnie nie dostałem czegokolwiek, co mógłbym z nią powiązać.

To Twoje drugie opowiadanie, jakie czytam (to pierwsze nawet betowałem :)) i na pewno nie można Ci odmówić wyobraźni. Tamto opowiadanie było moim zdaniem jednak nieco lepsze, bo zakończyłaś je nieoczywistym motywem superbohaterskim, a sama postać Kopciucha była mniej odrealniona niż Róża. Tutaj próbowałaś pójść w dramat, ale ja o nim jedynie czytałem, nie czułem go. Do tych bohaterów nie poczułem w ogóle jakiejkolwiek sympatii, a Kopciuch cośtam dał radę ze mnie wykrzesać.

Nie bierz sobie zbytnio do serca mojego marudzenia i poczekaj może na opinię kogoś, kto young adult lubi, a nawet broni przed zgredami, takimi jak ja :) (Psst, psst, podpowiedź: poproś LanęVallen o opinię ;))

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Silva, wiem, to specjalnie.

 

Hej, Outta Sewer, dziękuję za komentarz :)

Trudno, nie każdemu musi się podobać. W sumie, nie myślałam o tym opowiadaniu jak o young adult, ale może rzeczywiście coś w tym jest. Mógłbyś wskazać, które dialogi nie są naturalne? Spróbuję je poprawić. 

Co do kruka, pojawia się tam głównie ze względu na konkurs, opisy wydawały mi się najbardziej naturalnym miejscem, żeby go przemycić, ale może rzeczywiście jest go trochę za dużo, lepiej usunę jednego czy dwa, żeby aż tak nie rzucało się w oczy.

Pozdrawiam :)

O

Na przykład ta rozmowa jest IMHO sztuczna:

 

– Myślisz, że miałam wybór?

– Nosisz czarny mundur. To mówi o tobie wszystko.

– Zmusili mnie.

– Mogłaś się zastrzelić. To byłoby lepsze niż im służyć.

Brakuje mi w niej emocji, które powinna odczuwać ta dwójka. Pierwsze przekreślone nie jest według mnie potrzebne, skoro Artur odczuwa pogardę i nienawiść. Drugie przekreślone to już jest dla mnie niepotrzebne dookreślenie odczuć Artura.

Nie przekonuje mnie też to, że koleś, który dał się postrzelić, żeby przedostać się do obozu wroga i wykraść pilnie strzeżoną tajemnicę wojskową, po wymianie zaledwie kilku zdań z dziewczyną służącą w armii wroga, a którą znał z podstawówki, przekazuje jej urządzenie do otwierania sejfów i prosi o pomoc. Po kilku dniach gry i zjednywania sobie Róży, to byłoby możliwe. W tej formie jestem na nie.

Napisałaś to opowiadanie bardzo filmowo, z użyciem wszystkich możliwych skrótów myślowych, logicznych i kompozycyjnych. Stąd moje wrażenie, że fabularnie momentami się konstrukcja sypie, ukazując dziury, które muszę załatać zawieszeniem niewiary. I to nie jest złe, pod warunkiem, że nie dajesz zbyt wielu tych miejsc wyposażonych w wieszaczek do zostawienia na niej niewiary. Ale u Ciebie jest ich kilka. A to – dla mnie oczywiście – jest o kilka za dużo.

 

W środku, równo poukładane na metalowych półeczkach, leżą kamienie i saszetki białego proszku. Do kieszeni płaszcza zgarniam kilka z nich.

– Róża? – Odwracam się. Przede mną stoi Estera. – Włamujesz się?

– Ja tylko próbuję przetrwać.

– W takim razie po co zaciągałaś się do armii?! – Podnosi głos.

– Nie zaciągałam się do żadnej cholernej armii! Po prostu nie miałam wyboru.

To drugie takie miejsce. Bo sugerujesz, że Róża w dość łatwy sposób dostała się do namiotu dowództwa i wykradła kamienie. To jeszcze jest OK i przeszedłbym nad tym do porządku, ale pojawienie się w tym namiocie Estery jest ciut naciągane. Poszła za Różą, też wyminęła strażników i wlazła przez wycięty otwór?

 

– O tym, jak produkuje się kamienie, wie tylko jedna osoba. Przebywa właśnie w tym obozie. Mam rozkaz sprowadzić go do mojej bazy.

– Domyślam się, o kogo chodzi. Wiem. Jeden ze strażników codziennie około południa idzie na randkę z dziewczyną. Będziemy mieli chwilę, by wemknąć się do środka.

Tego nie rozumiem. Ten jeden ze strażników, to akurat ten, który pilnuje profesora? I akurat jest południe, więc ta dwójka może działać i dostać się do naukowca?

Kolejna nieścisłość, to ucieczka z przerzuconym przez ramie naukowcem. Przed namiotem czeka na bohaterów opowiadania kilku mężczyzn z karabinami. Rozumiem, że nie otworzyli ognia natychmiast, bojąc się zranić profesora. OK, to kupuję. Ale bohaterowie uciekają i chowają się za namiotem, gubiąc pościg. Nadal są w obozie wroga, w którym powinno juz teraz wrzeć jak w ulu po tej palbie, jaka miała miejsce przed namiotem naukowca. A oni chowają się za namiotem i jeszcze mają czas na przesłuchanie wstępne profesora. Tego nie kupuję.

 

– I tak po prostu oddałeś tą broń wojsku?

– Mój ojciec był wysoko postawionym generałem. Powiedział, że potrzebują tej broni. Że dobrze wynagrodzą moją pracę. Popełniłem błąd, ale nie miałem wyboru. To i tak cud, że nic nie wiedzą o tym, jak przygotować te kamienie.

Te wypowiedzi profesora na temat kamieni brzmią dla mnie sztucznie i infodumpowo.

 

Końcówka, ta w której Estera pojawia się w celi Róży, też mnie nie przekonuje. Skąd ona się tam wzięła? Oddała się w ręce wroga, w nadziei, że wezmą ją tam, dokąd wzięli Różę (dziewczyna jechała pługiem śnieżnym przez kilka godzin, zanim trafiła w ręce pana od przesłuchań, w dodatku ona posiada cenne informacje a Estera nie), wzięła ze sobą magiczne kamienie, w nadziei, że trafi do celi z przyjaciółką i będzie mogła jej dać te kamienie, bo przemyciła je w biżuterii, której jej nie wzięli. Wybacz, Oluto, ale zbyt wiele zasobów niewiary musiałbym zużyć, aby Twoje opowiadanie się kleiło i mógłbym powiedzieć, że przypadło mi do gustu.

 

Ale pisz dalej, bo potencjał masz a mnie głównie przeszkadzają nielogiczności :)

 

Jeszcze raz pozdrawiam serdecznie

Q

 

 

 

Known some call is air am

Silva, wiem, to specjalnie.

Rzeczywiście. Niestety, nie wygląda to, jakby było zamierzone i tylko wprowadza dezorientację. Już lepsze byłoby jakieś wtrącenie w nawiasie niż takie ucięte zdanie.

No, cóż. Podzielam odczucia Outty. Nie mogłam wkręcić się w tekst, przeszkadzały te urwane zdania, pistolety czarne jak skrzydła kruka (to porównanie sprawia, że mam dziwne wyobrażenie na temat kształtu tej broni), ucinane na każdym kroku napięcie i dialogi. :(

Chyba ewidentnie nie jestem targetem. Ale skoro już się tak wyrwałam na dzień dobry, to dokończyłam lekturę. Tak, jak mówi Outta, dobrze poczekać na kogoś, kto jest bardziej w te klimaty. Bo ja też maruda jestem ;)

Ich widok zwielokrotniały odbicia w szybach wieżowców.

Nie jestem pewna, czy odbicia mogły zwielokrotniać widok.

Wyglądał na zaskoczonego, że nas zobaczył. Zauważył tylko mamę.

Mylące – bohaterka wspominała, że zobaczył ją i mamę, a po chwili mówi, że tylko mamę.

aż w końcu przycisnął jej pistolet do skroni.

Ta scena, podobnie jak później w tekście moment, gdy Artur zarzuca sobie profesora na ramię, są opisane tak, jakby matka bohaterki i profesor byli kukłami, które tylko stoją w miejscu. Trudno mi to sobie wyobrazić: dorosła kobieta stoi, młodziak w mundurze podchodzi, bez słowa przystawia jej lufę do skroni, a ona dalej nic.

– Nie powinnaś uważać nas za wrogów? – spytała, widząc moją bladą skórę i blond włosy.

– Nikogo nie powinno się uważać za wroga. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Mamy jedną, wielką ojczyznę – ziemię. Powinniśmy się szanować i żyć w przyjaźni, a tak po raz kolejny rozdrapujemy dawne rany i wyżynamy się nawzajem. Tu nie chodzi o sprawiedliwość czy obronę własnego narodu, to tylko przywódcy chcą zaspokoić jakieś swoje chore ambicje i mieszają do tego zwykłych ludzi.

Wybacz, nie kupuję tego. Tak to mógłby mówić polityk na wiecu, wygłaszając przygotowaną wcześniej mowę, w którą i tak nie wierzy.

– Chodziłem z tobą do liceum, nie pamiętasz? I na kurs samoobrony. Nawet byłaś moją dziewczyną, ale tylko przez godzinę, potem się pokłóciliśmy.

Ledwo co go zszyły, obudził się ciężko ranny, a mówi, jakby spotkali się w normalnym świecie na ulicy. Poza tym licealiści już nie są dzieciakami, które zrywają ze sobą po godzinie.

Płatki śniegu uderzają mnie w twarz

Silne te płatki śniegu. :P

Kiedy kończę, Artur przerzuca sobie profesora przez ramię i rusza do wyjścia.

Pomijając wspomnianą kukłowatość profesora, dlaczego po prostu nie kazał mu iść? To żadna frajda dla młodzika nieść na ramieniu starego (i pewnie większego od niego) faceta. :P A tylko się zmęczy.

Artur strzela. Po chwili żołnierz nie żyje.

To drugie zdanie osłabia przekaz. Pierwsze wystarczy.

Outta, bardzo dziękuję :)

Usunęłam kilka kruków, to, skąd w namiocie dowódców wzięła się Estera (to w sumie było na początku, tylko przy skracaniu tekstu niechcący usunęłam) i teksty profesora. Co do ucieczki i potem ponownego spotkania Estery, nie chciałam już mocno zmieniać fabuły, a bez tego by się nie obyło, więc na razie zostawiłam tak, jak jest. Może jak wpadnie mi do głowy jakiś pomysł to poprawię. 

 

Silva, 

ucinane na każdym kroku napięcie i dialogi. :(

Mogłabyś rozwinąć z tym napięciem? To jedno z moich pierwszych opowiadań, nie do końca wiem, jak to “działa” w krótkich tekstach.

Ich widok zwielokrotniały odbicia w szybach wieżowców.

 

Nie jestem pewna, czy odbicia mogły zwielokrotniać widok.

Wydaje mi się, że tak, na zasadzie, że wydawało się, że tych żołnierzy było więcej.

Pomijając wspomnianą kukłowatość profesora, dlaczego po prostu nie kazał mu iść? To żadna frajda dla młodzika nieść na ramieniu starego (i pewnie większego od niego) faceta. :P A tylko się zmęczy.

Wydaje mi się, że niesienie może zostać. Arturowi się spieszy, a profesor może jakoś próbować uciekać czy coś, poza tym, skoro jest stary, to mógłby spowalniać.

Resztę rzeczy poprawiłam, bardzo dziękuję za przeczytanie i uwagi :)

 

Pozdrawiam 

O :)

Cześć Oluta!

 

Przeczytałem i nie do końca zrozumiałem. Pomysł na historie ciekawy, wykonanie pozostawia trochę do życzenia. Początek jest ok, wszystko pasuje, ale od momentu spotkania przyjaciela z dawnych lat akcja przyspiesza, i mam problem z utrzymaniem tempa. Akcja pędzi z każdym kolejnym zdaniem, i choć rozumiem ogólny przekaz, to brakuje detali, albo choć kilku wyjaśnień czy opisów. Ogólna koncepcje rozumiem, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić. Za mało o tym wszystkim wiem.

Trochę przypomina mi to film akcji dla młodzieży, odtworzony z szybkością x1.5 albo i x2. Po obejrzeniu wiesz z grubsza, co się działo, ale ciągi przyczynowo skutkowe giną w ferworze. Przydało by się tez kilka wyjaśnień w końcówce, co tam się stało. Jak dostała się tam Estera, co spowodowało zjedzenie kamienia?

Z kwestii edycyjnych zauważyłem następujące rzeczy:

On tymczasem nacisnął spust i ją

Brak kropki na końcu zdania.

To jest straszne. Piękne, ale straszne. Ale gdybym mała taką moc, nie musiałabym patrzeć, jak moja mama

Literówka. Brak kropki na końcu zdania, to celowe?

Spałam z w namiocie.

Dziwnie to brzmi.

Pierwszego człowieka zabiłam drugiego tygodnia w armii.

Jak wyżej, dziwnie to brzmi.

Rozrywający, przenikliwy – coś takiego czułam dotąd tylko gdy mama

Brak kropki na końcu zdania.

Czy tym razem mama też

Jak wyżej.

Nad ranem śnieżyca traci siłę, a profesor się budzi. Zatrzymujemy się na postój.

Jakoś niezręcznie to brzmi. I jeszcze dwa powtórzenia. Może: Nad ranem śnieżyca ustaje, a profesor odzyskuje przytomność. Zatrzymujemy się, by odpocząć.

Jestem przerażona tym, jak bezwzględnie brzmi

Ten sam, przez którego mama

Zanim

Brak kropki na końcu zdania.

 

Tyle. Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Przepraszam, że dopiero dziś, zagapiłam się z odpowiedzią.

Z tym napięciem to dość często miałam wrażenie, że kiedy już pojawia się jakieś zagrożenie dla bohaterki, od razu znika w tym samym zdaniu albo chwilę później. Nie ma tak jakby momentu, aby poczuć, że ona naprawdę jest w niebezpieczeństwie. Na przykład – jeśli pojawiają się żołnierze, to i tak zaraz zostają zastrzeleni. Trochę też można mieć przez to poczucie, że akcja gna na złamanie karku. Czasem warto dodać trochę “oddechu” w tekście.

Gdy tak sobie pobieżnie przeglądałam tekst, aby przypomnieć, o co mi chodziło z napięciem, zauważyłam, że całkiem sporo się zmieniło. Moim zdaniem jest teraz fajniej. :)

Cześć, krar85 :)

Dzięki za komentarz, rzeczywiście wszystko dzieje się trochę za szybko, z założenia tak miało być, ale teraz widzę, że trochę przesadziłam. Dziękuję za uwagi, literówki poprawiłam. Co do kropek, zdania specjalnie urywają się w momencie, kiedy Róża wspomina o mamie.

Silva, dziękuję za odpowiedź. Masz rację, coś w tym jest. W następnych opowiadaniach postaram się zwracać większą uwagę na napięcie. Myślę, że tutaj zawinić mógł też trochę limit znaków w konkursie, no ale trudno.

Fajnie, że zauważyłaś zmiany, w sumie nie ma ich za wiele, bo nie chciało mi się już dużo grzebać w tym opowiadaniu, ale miło, że jest lepiej :)

(mogę z nowym komentarzem, czy coś jeszcze pozmieniasz?)

Cześć, Oluto!

Gdzieś tam napisałaś wyżej, że jesteś na początku drogi pisarskiej i jest to dla mnie ważne w ocenie tego opowiadania. Bo patrząc na to, jest nieźle (choć, imho, lepsze jest twoje poprzednie opko), ale mnie niezbyt się spodobało :(

Outta miał i nie miał racji, żeby przypatrzył się ktoś, kto lubi ya. Z jednej strony wiadomo, trzeba znać gatunek, żeby umieć go docenić, ale z drugiej zbyt wiele już w tym gatunku czytałam, więc wśród tych schematów musi być coś, co mnie przytrzyma. Zazwyczaj jest to historia. U ciebie wydaje mi się ona fragmentem większej całości i to takim fragmentem ze środka, bo nic nie wiem o świecie i nie potrafię go sobie wyobrazić. Myślałam, że to klasyczne fantasy, ale nagle jest mowa o liceum, no i są pistolety. Znaczy ok, mogłoby to być ciekawe, ale zapodajesz zbyt mało danych i opisów (sama ich nie znoszę, no ale coś tam by się przydało). Powtórzę za przedmówcami, ale akcja za bardzo gna naprzód – czytelnik nie ma chwili wytchnienia dla pracy wyobraźni.

Czytając twój tekst, przychodziła mi na myśl seria Niezgodna, bo tam autorka również stawiała na akcję, która niestety jej nie wychodziła. Choć trylogia ta jest kiepsko napisana, jednak trzymała mnie historia i świat przedstawiony. Czasem to wystarczy.

Dialogi są dosyć przerysowane, ale nie wiem, jak gadaliby nastolatkowie na wojnie :P Dobre dialogi powinny nadawać postaciom charakteru, tutaj wszyscy wydają się tacy sami.

Ja raczej nie lubię narracji pierwszoosobowej w czasie teraźniejszym, bo główny bohater wychodzi zazwyczaj pełen patosu. Nie każdemu chciałoby się wchodzić w głowę, że tak powiem ;) Jeśli już się na nią decydujesz, postaraj się dodawać bohaterowi (szczególnie bardzo młodemu) takich normalnych myśli, niech on się trochę strofuje, czyli: “Przestań dramatyzować”, “To nie film”, “Chwila, co on powiedział?” albo “Przypomina mi to…” – i jakieś głupie wspomnienie z dzieciństwa. Stawiając siebie w takiej poważnej, niebezpiecznej sytuacji, nie potrafię sobie wyobrazić, żebym trochę chociaż nie panikowała i nie miała wątpliwości (czy Róża jest komandosem? ;))

 

 

Nerwowo się rozglądam.

Lepiej: “Rozglądam się nerwowo”.

 

– Na wszelki wypadek lepiej wydobyć z niego informacje już teraz.[-.] – mówi.

 

Gdzieś za moimi plecami rozlega się hałas. Poskakuję i szybko się odwracam.

Literówka.

 

 

– I tak po prostu oddałeś broń wojsku?

Nie powinno być “tę”?

 

– Musisz zabrać tajemnicę ze sobą – mówię.

No teraz to już na pewno “tę”.

 

 Gdyby protestował[+,] byłoby łatwiej.

 

Widzę tutaj ciekawy pomysł i niezłą pracę wyobraźni, ale zbyt dużo chciałaś upchnąć w zbyt małym limicie i wyszedł chaos. Zawsze jednak doceniam silne kobiece bohaterki :)

 

Powodzenia w konkursie! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Outta miał i nie miał racji, żeby przypatrzył się ktoś, kto lubi ya.

Jam jest Outta Shroedingera; pierwszy tego imienia; ten który ma i nie ma racji :P

Known some call is air am

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Zgrałam sobie Twoje opko na czytnik i przez moment myślałam, że coś się schrzaniło z formatowaniem, bo pojawiały mi się urwane zdania. Zajrzałam na stronę i dalej były. Myślałam, że z tych urwanych zdań budujesz jakieś nowe, konkretne zdania, ale też nie. Domyślam się, że chodzi o to, iż wszystkie myśli na temat matki dziewczyna po prostu urywa, ale taki zapis wprowadza czytelnika w błąd. Dałabym tam wielokropki.

Opko raczej do młodszego czytelnika, młodzieżówka po prostu. No, nie jestem targetem. Nie przepadam za bohaterskimi nastolatkami, ratującymi świat. Brakuje mi realnych emocji, logika zdarzeń też momentami szwankuje (skąd wzięła się Estera w więzieniu i po co właściwie chciała wyciągnąć z niego Różę). Sam pomysł, jakby nad nim popracować niezły, ale w tej formie mnie nie ujął.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję za komentarze :)

Hej, LanaVallen :) Rzeczywiście, jak już wcześniej kilka osób wspominało, chciałam zmieścić za dużo w a krótkim tekście i wyszedł chaos. Dzięki za radę co do narracji pierwszoosobowej, w tym opowiadaniu już nie będę poprawiać, ale na pewno przyda się w kolejnych :) Literówki zaraz poprawie.

Irka Luz, dobry pomysł z tym wielokropkiem :)

Ja się też trochę pogubiłam. Schematy literatury młodzieżowej znam, a ją samą lubię, i tu, zgadzam się z poprzednikami, trochę je widać, zarówno w tragicznej historii bohaterki, jak i w jej przemianie w działającą wojowniczkę; nawet jeżeli nie planowałaś tekstu jako YA, weszły ci do niego pewne wątki i elementy charakterystyki postaci typowe dla tej konwencji. Natomiast nie wszystko w tym tekście układa mi się w spójną całość. 

Tekstowi IMHO przede wszystkim przydałoby się jeszcze trochę pracy: doszlifowanie stylistyczne, wygładzenie największych fabularnych niedociągnięć (strasznie kiepską mają dyscyplinę w tej armii…) i niejasności w budowie świata (bo to, co masz, to jest takie trochę fantasy, trochę dystopia, trochę doprawiona obyczajówką; te elementy spokojnie mogą się w tekście mieszać, ale lepiej by było, gdybyś je bardziej świadomie połączyła albo mocniej ograła konwencjonalność takiego złożonego świata, np. idąc w quasi-anime stylistykę). Po takich zabiegach myślę, że zyska i ma sporą szansę okazać się naprawdę przyzwoitym opowiadaniem.  

Hej, hej, to ja dodam takie podsumowanie od siebie. Pomysł wyjściowo był bardzo ciekawy, włożyłaś też wiele pracy w jego doszlifowanie, ale to chyba jeden z tych wypadków, kiedy limit docisnął i wielowątkowość podziałała na niekorzyść ogólnej myśli w tekście. Dodam jeszcze, że YA to nie do końca moja para kaloszy, ale pomysł na smocze kamienie uważam za naprawdę świetny i godny rozwinięcia.

Pozdrawiam

hej, ninedin :)

Rzeczywiście, jak tak myślę, to to opowiadanie trochę jest YA. Pewnie dlatego, że czytam sporo YA i nieświadomie coś tam naśladowałam. Co do niedociągnięć w fabule, to trochę przeszkodził limit, oczywiście to żadne wytłumaczenie. Na przyszłość postaram się  bardziej skupiać na logice w opowiadaniach. Świat rzeczywiście trochę niedopracowany, z założenia miało być takie trochę “wszędzie i nigdzie”, ale w sumie to nie ma za wiele sensu.

oidrin

O limicie już pisałam, to nie będę się rozwodzić. Fajnie, że smocze kamienie się spodobały :D

Hm…

 

Mama by chciała, żebym stąd uciekła. Żebym nie służyła ludziom, którzy ją

Próbuję.

Tu czegoś brakuje :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

[Przeczytane]

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, Mytrix, już poprawione :)

Nie porwało mnie, ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość :)

Hejka :)

Sonata, nie do końca rozumiem, co chciałaś przekazać tym gifem xD Ale dzięki za przeczytanie.

Anet, dobrze, że chociaż nie czytało się źle :D

Hej, Oluta! "I tak po prostu oddałeś t broń wojsku?" – literówka ;) Poczepiałabym się pewnie więcej (niestety, dużo więcej), ale na telefonie średnio się da… Więc do rzeczy. Pierwszy akapit mnie trochę zniechęcił, bo za dużo tych "widokowych" powtórzeń. Zresztą ogólnie powtórzeń wyłapałam całkiem sporo, poza tym chwilami trochę niezręcznie językowo. Ogólnie jest nieźle, ale tekst wymagałby jeszcze dopracowania. Wydaje mi się, że pomysł – sam w sobie całkiem intrygujący – miałby potencjał na coś znacznie wykraczającego ponad te 30k znaków, stąd nie dziwi mnie wrażenie pewnego "ściśnięcia" fabuły, co zadziałało trochę na niekorzyść. Ale generalnie jest nieźle :) Pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

A mnie się nawet podobało.

No, przynajmniej większość historii. W końcówce robi się jeszcze mniej prawdopodobnie niż wcześniej, a poza tym mętnie. W sumie nie wiem, jak się skończyło.

Skoro Róża rąbnęła kilka kamieni, to dlaczego z Arturem wykorzystali tylko jeden?

Ciekawi mnie, czy kamienie były wielokrotnego użytku… Co konkurs bizarro robi z człowiekiem.

Może gdybym nie zawahała się przed zabiciem go.

To zdanie nie ma sensu. Jeśli ma zostać w tej formie, to może chociaż daj wielokropek?

Babska logika rządzi!

Hej, NaNa :)

Dzięki za komentarz, literówkę zaraz poprawię. Rzeczywiście, limit trochę tutaj przeszkodził w rozbudowaniu fabuły, może po konkursie, bo teraz za bardzo nie mogę już “grzebać” w opowiadaniu, postaram się to bardziej rozbudować i wyjaśnić te wszystkie nieścisłości.

Cześć, Finkla :)

Bardzo mi miło, że nawet się podało. Tak jak pisałam NaNa, nieścisłości pewnie poprawię po konkursie, ale dzięki za ich wyłapanie. 

Ciekawi mnie, czy kamienie były wielokrotnego użytku… Co konkurs bizarro robi z człowiekiem.

XD raczej nie, ale w sumie, kto wie… To nawet niezły pomysł na bizarro.

Zdanie też zaraz poprawię.

 

Pozdrawiam :)

And the war is over, if you want it

 

Z góry uprzedzam. Będzie pot, krew i łzy.

 

Po pierwsze, przekroczyłaś Prześwięty i Nieprzekraczalny Limit i nie widzę dla tego uzasadnienia. Bo tekst jest przegadany, nawet męczący. Nie chodzi nawet o błędy czysto językowe, choć od nich muszę zacząć: czuć, że w tekście przemawia bardzo młoda dziewczyna, właściwie dziewczynka, ale nawet, jeśli o tę stylizację Ci szło, to jednak z nią przesadziłaś. Ciekawy pomysł z tym niekończeniem zdania, ilekroć mowa o śmierci matki – z początku się na tym potknęłam, ale po namyśle – ma sens i jest najbardziej wiarygodnym psychologicznie szczegółem tekstu. Masz natomiast problemy z szykiem zdań, rytmem i brzmieniem słów. Tu i ówdzie – błędne kolokacje (np. "surowego stolika", „leniwie spoglądam”), trafiają się anglicyzmy. Poza tym notorycznie „jaki” zamiast „który”. Błędem jest też „patrzyli się”. Patrzyli i kropka.

 

Czyta się to wszystko mozolnie i trudno, a łopatologiczne tłumaczenia nie pomagają. Na przykład opis działania kamieni jest tak beznamiętny, że można zasnąć. „Nie ma magii. Działanie tych kamieni na pewno da się udowodnić naukowo.” to błąd językowy beznadziejnie splątany z merytorycznym – gdybyśmy wiedzieli coś o tym świecie (nie pokazałaś właściwie niczego, opowiedziałaś tylko trochę o smokach, i to ustami postaci niekoniecznie wiarygodnych), dałoby się ocenić, czy działanie kamieni może być wyjaśnione naukowo i czy sceptycyzm bohaterki ma sens. A udowadniać działania kamieni nie trzeba – widzimy, że działają. Brakuje nam wyjaśnienia, jak.

 

Ładnie powtarzasz motywy śmierci matki i pistoletu czarnego jak skrzydło kruka, mniej ładnie: przerażonych oczu. Oczy przerażone być nie mogą, ponieważ nie mają uczuć. W ogóle nadajesz oczom zastanawiającą autonomię („jego oczy zatrzymują się na moich”).

 

O ile warstwa językowa jest w sumie dość przeciętna, to im głębiej, tym gorzej. Przyznaję się do nieprofesjonalnych uniesień w trakcie komentowania, ale – na miły Bóg! – mieszkańcy tego świata w ogóle nie myślą. Posyłać na front jedynego twórcę ważnej broni? I to ideologicznie niepewnego? W dodatku profesor nie ma dość przytomności umysłu, żeby skłamać, co dodatkowo przemawia za trzymaniem go pod kluczem. Po co właściwie bohaterka się pęta po tym szpitalu, skoro prawie nic nie robi? Jak w ogóle do niego trafiła? To niejasne i nie rozumiem, po co miałaby się tam pchać, a tym bardziej, po co mieliby ją tam wziąć (zamiast wykorzystać jako gastarbaiterkę choćby). Strażnicy stoją jak słupy ogłoszeniowe, równie dobrze mogłaś tam postawić płot. W scenie przy sejfie Estera wychodzi na strasznie chwiejną – wszystko, w co wierzyła, puszcza w trąbę dla rozhisteryzowanej dziewczyniny? Której coś się mogło ubzdurać? I to jeszcze dziewczyniny, która zasadniczo jest wrogiem, a kto wie, czy nie dywersantką? Później, kiedy chce się zabić po śmierci Norberta i czuje się winna, że nie walczy z bronią, tylko łata rannych – to jest niewiarygodne, w coś takiego może uwierzyć ktoś, kto nie ma pojęcia o wojnie. W ogóle nie potrafię uwierzyć w psychologię tutaj.

 

Także fizyka została podporządkowana fabule, zupełnie bez zwracania uwagi na realizm: w małym pudełeczku nie tylko odbijają się oczy ludzi stojących parę metrów dalej, ale widzi to bohaterka, która stoi jeszcze dalej; parę płatków śniegu powoli i dramatycznie opada na lufę karabinu – chociaż od początku tekstu jest taka zadymka, że własnego nosa nie widać (strażnikom też nie przeszkadza zobaczyć bohaterów), bohaterka ucieka sprintem i robi sobie krzywdę, upadając w kopny śnieg (są na odludziu, a przez cały dzień sypało). Nie jestem przekonana, że wiesz o czym piszesz, po prostu. Wojny ja też nie znam, ale zimy? W ogóle tekst pełen drobnych nielogiczności, jakbyś zapominała, co napisałaś przed chwilą – bohaterowie biegną, ale nagle są w namiocie, a ja nie wiem, jak tam trafili. „Artur naprędce skombinował sanie z kawałka deski i położył na nich rannego.” – skąd wziął deskę? Dość dużą, żeby na niej położyć człowieka? I sznurek? I kiedy miał czas je połączyć? Przegapiłam coś? A potem dogania bohaterkę (jadącą na skuterze) pieszo, co widać – li tylko – z dialogu, wcześniej myślałam, że wzięli dwa skutery, co byłoby rozsądne, więc na tym dialogu dopiero się potknęłam. I tak dalej, i tym podobne.

 

Fabuła, głównie ze względu na całą tę niewiarygodność, wcale mnie nie przekonuje, poza tym brakuje jej rozwiązania, choć jest kulminacja i właściwie plan został wypełniony. Ten element zaliczyłam.

 

Jeśli chodzi o punkty dodatkowe, kruk jest elementem porównania, smoków wprawdzie nie widzimy, ale są źródłem macguffinów, biżuteria też odgrywa dość istotną rolę, co razem daje 8 punktów.

 

Ostrzegam, że uwagi w moich notatkach są zgryźliwe. Jeśli masz odwagę je przeczytać, poproszę o adres e-mail.

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Choć opowiadanie nie jest wesołe, to na pewno jest dynamiczne i trzymające w napięciu. Byłam ciekawa, co się wydarzy dalej. Historia jest prosta, niemal obyczajowa, ale z domieszką fantastyki, która odgrywa tu istotną rolę. Zbyt sztuczne wydały mi się wzmianki o matce i zbyt często wspominane. Szału w wykorzystaniu założeń konkursu nie ma, na koniec, kiedy bohaterka zjada kamień, trochę mi czegoś zabrakło, czułam się nieco zawiedziona tą końcówką. Bohaterka wprawdzie odzyskała wolność, są niedopowiedzenia, ale nic tutaj nie zaskakuje, jest tylko nieco sztampowe już zakończenie: bohaterka wyrusza w podróż pod znakiem nadziei, że uda się coś zmienić. Ogólnie jednak jest to porządne, wciągające i dające czytelniczą rozrywkę opowiadanie i dziwię się, dlaczego wisi bez jednego klika, kiedy je czytam. 

Jedne z lepszych w konkursie wykorzystanie elementów dodatkowo punktowanych – kamienie, które wytwarzają smoki jako jeden z najważniejszych elementów fabuły, ciekawe porównanie koloru pistoletu do skrzydeł kruka, biżuteria, w której Estera ukryła kamienie i dzięki temu pomogła głównej bohaterce, no i sejf, który nie był niczym innym, jak smoczym skarbcem, dosłownie i w przenośni. 

Styl jest prosty i poprawny, ale znalazłam kilka usterek: 

Mija chwila, zanim w śnieżnej zawiei odnajdę namiot dowództwa. 

Czas teraźniejszy, odnajduję. 

Z oddali słyszę pokrzykiwania, tupot nóg i wydawane gromki głosem rozkazy, 

Gromkim. 

Mimo to(-,) wiem, że powinniśmy uciekać. 

I tak po prostu oddałeś broń wojsku? 

Czegoś brakuje. 

Mam tą scenę przed oczami. 

Tę. 

– Przede wszystkim chodź. Pójdziemy w świat, przez ten tunel, i zobaczymy, co tam się  

będzie działo, dobrze? 

Nadmiarowy enter. 

Tarnino, dziękuję! Chyba tylko Ty potrafisz napisać tak długi komentarz i wypisać tak dużo błędów, przy czym wręcz zachęcić do pisania :) Obiecuję, następne opowiadanie będzie (mam nadzieję) lepsze. Proszę o więcej i zaraz przesyłam mój e-mail.

Sonato, muszę przyznać, zaskoczyłaś mnie z tym klikiem. Dziękuję. Bardzo się cieszę, że opowiadanie się spodobało :)

 

Proszę bardzo i kłaniam. Dorzucam też wysokiego konia do wsiąścia z powrotem :)

Łapankę tę poświęcam marasowi.

Dzięki :)

Witaj, Oluta!

 

Poniżej moje jurorskie notatki:

 

Pozostaje nadzieja (33151 znaków)

 

To dobry tekst. Taki na 4 w skali na 6, ale do piątki dużo mu jeszcze brakuje. Przede wszystkim drobnych szlifów i poprawek, ale i trochę uwiarygodnić fabułę by się przydało.

Za to na plus konsekwencja podjętej konwencji nie wiem czy to young adult, czy przygodowa fantastyka dla nastolatków, czy po prostu próba napisania czegoś co się lekko czyta, ale głębszego niż zabili go i uciekł.

Gdyby wziąć obecny warsztat i styl tego opowiadania za punkt wyjściowy do dalszej drogi, to praktycznie wszystkie możliwe cele majaczą na horyzoncie, trzeba tylko przebyć jeszcze trochę wyboistych dróg. Można i doszlifować do porządnego young adult, albo "udojrzalić" to pisanko do czegoś o poważnej tematyce i stylu dla wymagającego czytelnika.

Jest trochę usterek, trochę nieporadności, brakuje szlifów, momentami nieco naiwnie, ale jest i podjęta bardzo dojrzała tematyka. Są wplecione i to dosyć sparwnie retrospekcje (choć momemntami jeszcze chropowato), a to niełatwa sztuka zrobić to dobrze i tak aby czytelnik się nie pogubił.

 

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przykro mi, ale nie kupuję tej opowieści. Zbyt łatwo, moim zdaniem, udała się bohaterom zarówno ucieczka jak i porwanie profesora. Nie wiem jak to się stało, że żołnierze w czarnych mundurach nie poradzili sobie z uciekinierami, nie mam też pojęcia, skąd w więzieniu Róży nagle pojawiła się Estera. Zagadkowych sytuacji jest więcej, ale na tym poprzestanę. Zbyt wiele tu niedomówień i nierealnych zdarzeń, abym mogła wziąć na poważnie opisaną historię. Cóż, to nie była satysfakcjonująca lektura.

 

pa­trzy­li się pro­sto w ka­ra­bin… –> …pa­trzy­li pro­sto w ka­ra­bin

 

Chwi­le cze­kam, aż minie mnie pa­trol… –> Literówka.

 

Chwy­ta go za koł­nierz i unosi do góry. –> Masło maślane – czy mógł unieść go do dołu?

 

wsta­ję, uno­sząc ręce do góry. –> Masło maślane.

 

I tak po pro­stu od­da­łeś broń woj­sku? –> I tak po pro­stu od­da­łeś broń woj­sku?

 

Seria z ka­ra­bi­nu ora śnieg… –> Seria z ka­ra­bi­nu orze śnieg

 

nożyk, rów­nie ostry co jego rysy twa­rzy. –> …nożyk, rów­nie ostry jak rysy jego twa­rzy.

 

– A gdzie twój scep­tyzm? –> – A gdzie twój scep­tycyzm?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, regulatorzy! Dziękuję za komentarz. Wiem, że opowiadanie raczej mi nie wyszło, dlatego nie będę się rozpisywać. Dziękuję za poświęcony czas :) 

ps. przepraszam, że tak późno odpisuję na komentarz, przez dłuższy czas nie było mnie na portalu.

Nowa Fantastyka