- Opowiadanie: DanielKurowski1 - Era martwych zegarów

Era martwych zegarów

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Era martwych zegarów

Gdyby ktoś mnie wcześniej zapytał, jak wyobrażałem sobie koniec świata, najpewniej bym go wyśmiał. Nie wierzyłem w takie rzeczy, zwykłem stąpać twardo po ziemi. Jeśli jednak musiałbym odpowiedzieć, wspomniałbym coś o przerażeniu, bólu i cierpieniu, ciągnącym się w nieskończoność. O złu, śmierci i płaczu.

W rzeczywistości było jednak inaczej.

Krócej.

Koniec świata przypominał precyzyjne poderżnięcie gardła ostrym nożem. Szybkie i niemal bezbolesne, wpędzające w chwilowy szok, który ostatecznie przechodził w pustkę. Koniec świata był jak zegar, który przestał odmierzać czas. Gdy opadły płatki popiołu, gdy ustały krzyki, umarły ostatnie rośliny i zwierzęta – świat stanął w miejscu, pozbawiony celu.

Pusty. Cichy. Martwy.

***

Ci, którzy przeżyli przypominali bardziej brudne karaluchy niż ludzi. Byłem jednym z nich, samotnym, być może ostatnim. Od miesięcy nikogo nie spotkałem.

Nie uważałem się za szczęśliwca. Przypominałem wątły cień, żałosne odbicie dawnego siebie. Byłem jak bohater starożytnych tragedii, zmagający się z własnym fatum. Małym człowiekiem, z którego śmiali się bogowie ukryci wysoko nade mną, o ile faktycznie istnieli, a ich imiona były prawdziwe.

Jak brzmiało moje imię? Nie miało to już dla mnie znaczenia, dawno je zakopałem. Leżało obok mojej pięknej żony oraz ukochanego syna, w miejscu obcym i dalekim. Bezimiennym, surowym, pozbawionym wspomnień.

Jednak pamięć była dla mnie bardzo ważna. Nosiłem więc imiona mych bliskich w sercu i na rękach, wyskrobane tępym, zardzewiałym nożem.

Tego zapomnieć nie mogłem.

Nigdy.

Nie płakałem na myśl o nich, choć pragnąłem coś poczuć, odkopać resztki smutku. Chciałem, by po policzkach spłynęły łzy, jednak moje oczy pozostawały suche i obojętne – wyschły wraz z ostatnimi rzekami. Słodkie uczucie miłości, było mi równie obce co radość z widoku uśmiechniętej rodziny.

Mojej rodziny.

Ich twarze były zamazane, pęknięte jak w szklanej ramce, na wpół już nieznane.

***

Miałem ostatni cel. Może dawniej uznałbym go za błahy, jednak dziś decyduje on o całym moim życiu. Musiałem jakiś mieć. Dzięki niemu zachowałem resztki człowieczeństwa.

Wróciłem do rodzinnego miasta, choć teraz przypominało raczej radioaktywne gruzowisko, szare i niegościnne. Niebo było ciemne, jednolite. Wraki opuszczonych w popłochu samochodów zardzewiały, a mieszkania z oknami wybitymi lub obrośniętymi gęstym kurzem zapomniały o wcześniejszych właścicielach.

Dziś były trumnami, schronieniem dla robactwa, dziwnych chwastów i mutantów.

Nie wiedziałem nawet, która była godzina, stary zegarek na moim nadgarstku dawno przestał działać. To i tak nie miało już znaczenia. Znaczenie miało tylko to, że z każdą chwilą zostawało mi coraz mniej czasu, moje ciało umierało.

Ja umierałem.

Musiałem się pospieszyć.

***

Doszedłem niemal do celu.

Stałem przed starą szkołą podstawową – miejscem dobrze mi znanym. Spędziłem w niej połowę życia, najpierw jako uczeń, później jako nauczyciel języka polskiego. Była moim drugim domem, może nawet bliższym, niż ten pierwszy, który znajdował się na ruchliwym osiedlu, dziś przypominającym jedynie zapomniany cmentarz.

Wszedłem ostrożnie do środka, uważając na zniszczone meble, na trupy nieznanych mi ludzi, porozrzucane niedbale niczym niechciane lalki, bez szacunku.

Ludzi, którzy szukając tu schronienia, znaleźli jedynie śmierć.

Widziałem stary zegar ścienny, który nie odmierzał czasu, pozbawiony swego celu, jak wszystko inne. Czułem duszący zapach kurzu, rozkładu i wilgoci – zapach śmierci.

Mgliste wspomnienia ścierały się z brutalną rzeczywistością. Czasy mojego nauczania były wspaniałe, pełne rozmów, śmiechów i wyjątkowych znajomości. Zwykłych problemów, smutków, dziś wręcz absurdalnych.

Budynek szkoły przypominał mi teraz bardziej mroczny labirynt, aniżeli placówkę oświaty, w której niegdyś pracowałem. Dawniej była to wspaniała budowla, budząca podziw, jednak dziś pozostały po niej jedynie popękane ściany z czerwonej cegły, zarwane sufity i zniszczone posadzki.

Mimo to konstrukcja wciąż sprawiała wrażenie, jak gdyby podtrzymywały ją moce wykraczające poza zwykłe rozumowanie.

***

Usłyszałem szelest w oddali. Coś upadło, rozbiło się. Spojrzałem w głąb szkoły, a ziarno niepewności, może nawet pierwotnego strachu, zrodziło się w moim umyśle.

Ludzie czy potwory? Może jedno i to samo?

Ujrzałem dwa kształty, chyba mutantów, warczących i rozszarpujących jakieś marne zwłoki nieszczęśnika.

Zamarłem.

Potwory znajdowały się na korytarzu prowadzącym do schodów i nie zamierzały nigdzie odejść, zajęte jedzeniem. To teraz ich leże, ich żerowisko.

Mutanty były pozbawione oczu i miały odsłonięte mięśnie, zniekształcone, lecz silne. Ich długie pazury wyglądały jak ostre sztylety, a pożółkłe zęby przypominały rzędy igieł, z których skapywała ślina zmieszana z krwią.

Cholera, tylko nie to.

Musiałem wejść na samą górę, a nie posiadałem żadnej broni, niczego przydatnego. Byłem bezbronny, zdany na ich łaskę – mutantów lub bogów.

Modliłem się w duchu.

Istniały tylko dwa wyjścia. Obejść je w ciszy, licząc, że skupione na jedzeniu bestie nie zauważą jednego, żałosnego człowieka, próbującego prześlizgnąć się przez korytarz.

Mogłem też dać się im po prostu pożreć, zakończyć swój żywot tu i teraz, jako przegrany, bez osiągnięcia ostatniego celu. Odejść otoczony żałosnym skowytem i wszechobecnym bólem.

Nie.

Ruszyłem powoli, uważając, gdzie stawiam kroki, zupełnie jak na polu minowym. Podłoga była wypełniona kawałkami szkła, puszkami i gruzem. Musiałem być cicho, przestałem nawet oddychać, a moje schorowane serce biło coraz ciszej, wolnej.

Czułem, jakby czas faktycznie stał w miejscu.

Usłyszałem przeraźliwy wrzask i znów zamarłem. Mutanty rzuciły się nagle na siebie, ignorując otaczający je świat. Jak wściekłe psy, walczące nad ostatnim kawałkiem mięsa. Prymitywne i brutalne.

Zatrzymałem się na chwilę i zakryłem usta drżącą dłonią. Nie wyczuły mnie. Miałem teraz szansę, nawet szczęście.

Ruszyłem i ominąłem je powoli, wychodząc na klatkę schodową, najciszej jak tylko mogłem.

Nareszcie.

Oparty o ścianę na półpiętrze, wdychałem łapczywie powietrze wypełniające moje płuca śmiercionośnymi cząsteczkami. Prawie się tam udusiłem.

Przeżegnałem się i ruszyłem ostatkiem sił po niszczejących schodach, trzymając się poręczy i uważnie patrząc pod nogi.

***

Czułem się jak intruz, gdy mijałem puste sale lekcyjne zatrzymane w czasie. Niegdyś tętniące życiem, śmiechem dzieci, troskliwymi uwagami nauczyciela – moimi uwagami. Wypełnione recytacjami dzieł Mickiewicza oraz Szymborskiej. Naukami Pitagorasa czy Newtona, nieśmiertelnych uczonych, dawniej wielkich i sławnych, dziś już małych, zapomnianych. Dosięgniętych przez wszechobecną bezwzględność śmierci, siłę potężną i obojętną.

Rozglądałem się w ciszy. Nawet myśli były oszczędne, jakby czczące pamięć zmarłych, rozumiejące powagę chwili.

Sala muzyczna – niegdyś rozbrzmiewająca dźwiękami fletów, pianina i starego magnetofonu, teraz przerażająco milcząca i spokojna. Martwa.

Widziałem zeszyty z notatkami, brutalnie przerwanymi w połowie zdania, nikomu już niepotrzebnymi. Widziałem podręczniki, zakurzone i zapomniane, desperacko pragnące przekazać zawartą w sobie wiedzę.

Nie było jednak nikogo, kto chciałby je przeczytać i czegoś się nauczyć.

Nie było już nauczycieli spacerujących między ławkami. Uczniów wysyłających sobie liściki, szepczących, zaczepiających się nawzajem. Rodziców siedzących w znudzeniu na dłużących się wywiadówkach. Przyjaciół i wrogów, kumpli i rywali, pierwszych miłości czy gorzkich rozczarowań.

Niczego.

Niemal nikt ostał się po sądzie ostatecznym, nuklearnej apokalipsie zatrzymującej wskazówki zegarów.

Wszyscy zginęli od razu lub zaledwie kilka lat później.

Zazdrościłem im.

***

Wszedłem po cichu do pomieszczenia na ostatnim piętrze szkoły. To tutaj. Miejsce teraz dla mnie święte. Moja dawna sala lekcyjna, z którą łączyło mnie tak wiele wspomnień, tych dobrych i złych. Pierwsze kartkówki, oceny, uśmiechy. Miłości, przyjaźnie, kłótnie.

To tutaj poznałem żonę, to tu później uczyłem naszego syna.

Wszystko wydawało się już takie nierealne, jakby pochodzące z innej rzeczywistości, zarówno bliskie, jak i dalekie.

Jednak to była ta sama sala co w dniu, w którym wszystko umarło. Biurko z moim ulubionym kubkiem i skórzany plecak zawieszony na fotelu, prezent urodzinowy od rodziców. Poodsuwane ławki z przyborami szkolnymi, przewrócone krzesła opuszczone w pośpiechu. Wiszące nad tablicą godło oraz zdjęcia wielkich literatów, pokryte delikatną warstwą kurzu i popiołu, zapomniane. Zdawało mi się, że wciąż słyszałem echo dziecięcych okrzyków, ich naiwnych pytań pozostawionych na zawsze bez odpowiedzi.

Podszedłem teraz do ławki syna, ostatniej w pierwszym rzędzie. Pamiętałem to dobrze, tak samo jak ostatnią obietnicę, którą mu złożyłem. Nie mogłem go zawieść. Co byłby ze mnie za ojciec? Człowiek?

Ominąłem szeroką dziurę w podłodze i podszedłem do ławki. Znajdował się na niej pożółkły zeszyt, podręcznik, a także piórnik z logo ulubionego klubu piłkarskiego syna. W nim – stary zegarek kieszonkowy, który dostał ode mnie, tak jak ja od swojego ojca. Leżał w zapomnieniu, czekając cierpliwie na właściciela.

Tak bardzo chciał go z powrotem. Obiecałem, że znajdę ten zegarek, wcześniej, jak syn jeszcze żył. Musiałem dotrzymać słowa, nawet jeśli go już nie było i jedynie patrzył na mnie z góry.

Nigdy mnie nie zawiódł.

Ja też nie mogłem.

Wziąłem zegarek do ręki i przytuliłem do piersi. Poczułem przyjemne wibracje, jakby obcej siły wypełniającej moje chłodne wnętrze przyjemnym ciepłem. Silne poczucie déjà vu wypełniło mój umysł, odrywając od rzeczywistości, choć nie na długo. Zupełnie jak w dziwnych, niespokojnych snach z czasów, kiedy jeszcze mogłem śnić.

Po chwili otworzyłem delikatnie klapkę zegarka i zamarłem.

To niemożliwe. Działał.

Jego wskazówki poruszały się rytmicznie, żywe, jak wszystkie wspomnienia z nim związane. Pamiętał tak wiele miejsc, tak wiele osób. Był już porysowany, delikatnie zardzewiały, a szybka lekko pęknięta. Przekazywano go w mojej rodzinie od niepamiętnych czasów, z pokolenia na pokolenie, ojciec synowi, kultywując tradycję i zaklinając w nim naszą magię – jak widać, wciąż żywą i obecną.

Teraz znów miałem go ja, ostatni z rodu.

Przyjrzałem mu się dokładniej i spostrzegłem, że wskazówki odmierzały czas do tyłu, jakby na przekór wszystkiemu, przeciwstawiając się rzeczywistości. Patrzyłem na nie w otępieniu, wracając pamięcią do dawnych chwil, do domu rodzinnego, do deszczowego wieczora, kiedy dostałem go od ojca.

Dzień moich piętnastych urodzin.

Pamiętałem to teraz dokładnie. Wszystko. Wrzawę przygotowań do uroczystej kolacji, prezenty, śmiechy kuzynów i kuzynek, zapach jabłecznika oraz mocnych perfum mojej matki chrzestnej.

Mogłem poczuć je nawet w tej chwili.

Kaszlnąłem przerywając ciszę, plując ciemną krwią na zeszyt syna. Moje obumierające płuca znów dały o sobie znać, jakby zniecierpliwione tym, że jeszcze żyję, choć nie bardziej niż ja sam.

Jeszcze trochę, pomyślałem. Nie mogę tego tak zostawić.

Rozejrzałem się po sali ostatni raz, rzucając tęskne spojrzenia, po czym wyciągnąłem z kieszeni kurtki pełną butelkę oleju oraz małe pudełeczko zapałek. Zachowałem to właśnie dla tej chwili. Nie mogłem zostawić tego miejsca na pastwę plugawych mutantów czy szabrowników, bezczeszczących jego święte wspomnienia.

Moje wspomnienia.

Odkręciłem nakrętkę butelki i rzuciłem ją na ziemię, rozlewając ciecz na ławki, krzesła, meble, kończąc na swojej kurtce. Nie było tego wiele, ale powinno wystarczyć.

Zapaliłem zapałkę. Spojrzałem w hipnotyzujący blask jej płomienia, który zdawał się do mnie szeptać zachęcająco w dziwnym, aczkolwiek znajomym języku. Zrób to, niech płonie. Oczyść to miejsce.

Rzuciłem ją gwałtownie na pobliską ławkę, a ta powoli zajęła się ogniem. Zapaliłem kolejną i kolejną, powtórzyłem ten proces jeszcze kilka razy, aż pudełko stało się puste.

Je również cisnąłem w ogień.

Płomienie pochłaniały coraz większą część sali, zajęły podłogę, drewniane tablice z gazetkami na ścianach, obrazy, zdjęcia. Patrzyłem na nie, jakbym był w mistycznym transie, odcięty od wszystkiego, pozwalając, by mną zawładnęły.

Moje serce również płonęło.

Nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa, jakby desperacko mówić, że już dość. Oparłem się o półkę z książkami i zsunąłem powoli na podłogę. Zaczęło mi się kręcić w głowie, mdlić. Powstrzymałem się jednak od wymiotów.

Usłyszałem jakieś przerażające dźwięki dobiegające z korytarza, wściekłe i bezmyślne, zbliżające się z każdą chwilą.

Zignorowałem je.

Ogień był coraz wyższy i gorętszy. Zdominował niemal całą salę, nie oszczędzając niczego, rycząc jak na stosie ofiarnym. Czułem, że patrzę na boga z dawnych mitologii, wyłaniającego się z zapomnienia, surowego i potężnego.

Zbliżał się nieubłaganie w moją stronę.

Byłem na niego gotów.

Poczułem, jakbym przenosił się w inne miejsce, jakby wszystko wokół mnie wracało do swej dawnej świetności, do ruchliwego życia. Dziura w podłodze zniknęła, ławki były czyste i błyszczące, na oknach wisiały kolorowe ozdoby z papieru. Blask słońca przebijał się przez szyby, oświetlając rośliny doniczkowe, które sam czasem podlewałem.

Zadzwonił dzwonek.

Czułem się teraz jak w domu, ciepło nostalgii otuliło mnie niczym kochająca matka, wybaczająca niewdzięcznemu synowi dawne grzechy i słabości. Pocałowała mnie z czułością, choć nie wiedziałem, czy na to zasługiwałem.

Nie umrę tutaj samotny, niepochowany i zapomniany. Miałem setki myśli, pamiątki ciepłych chwil, radosnych momentów, które płonęły w moim sercu. Spełniłem obietnicę, dotarłem do celu i zachowałem człowieczeństwo.

Nie byłem sam.

Widziałem w płomieniach coraz wyraźniejsze odbicia dawnych wydarzeń, dawnego siebie – niemal zapomniałem, jak niegdyś wyglądałem. Zdrowy, może nawet przystojny.

Adam.

Tak kiedyś miałem na imię.

Umrę tutaj odkupiony, otoczony ogniem wspomnień, dawnych marzeń, uśmiechami bliskich, schowanymi głęboko w umyśle, teraz dobrze widocznymi. W znajomym miejscu, swoim drugim domu, ściskając zegarek syna, który mam nadzieję podarować mu w innym, lepszym świecie.

Widziałem teraz wyraźnie jego radosną twarz. Rafał. Tak bardzo go kochałem.

Czyjś śmiech wypełnił salę, lecz tylko na chwilę. Należał do mojej Ani?

Zamknąłem oczy, a zagubiona łza spłynęła po moim policzku. Skąd się tam wzięła?

Wszystko nagle ucichło i zgasło, a zegarek przestał odmierzać czas.

Koniec

Komentarze

Cześć Danielu,

świetne opowiadanie! Doskonale oddajesz atmosferę postapokaliptycznego świata. Bohater walczący o postawiony przed sobą cel, który choć na pierwszy rzut oka wydaje się błachy, w istocie jest walką o zachowanie najwazniejszego – człowieczeństwa. Krótko, treściwie i na temat – me gusta!

 

Mały drobiazg:

 

Wrzawę przygotować do uroczystej kolacji

Przygotowań.

 

Pozdrowienia i gratulacje!

K.

 

www.popetersburgu.pl

Bardzo dziękuję Krzysztofie! To naprawdę silna motywacja ;)

Każdy z nas chce odejść z godnością, z zachowaniem swoich uczuć, wspomnień, obietnic. Nawet gdy wszystko dookoła jest martwe, niektóre miejsca i rzeczy potrafią pozostać żywe, wbrew wszystkiemu.

Opowiadania napisane spontanicznie chyba wychodzą mi lepiej, choć tutaj podziękowania dla betujących za trafne wskazówki i poprawki.

Pozdrawiam 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Hej, postapo to wyświechtany gatunek i napisać w nim coś nowego jest naprawdę trudno. Szacun, że próbowałeś.

 

Jest parę błędów, np. nagle zmieniasz czasy:

Idę teraz do ławki syna, ostatniej w pierwszym rzędzie. Pamiętam to dobrze, tak samo jak ostatnią obietnicę, którą mu złożyłem.

Albo logicznych np:

Rozglądałem się bezszelestnie.

No nie można się rozglądać szeleszcząc, chyba że ktoś ma śruby w głowie i one hałasują, jak kręcisz głową :D

 

Styl dość pompatyczny, ale dzięki temu pasuje do nauczyciela języka polskiego.

 

Danka

Hej Danka, dziękuję za przybycie! ;)

Błędy już poprawione – wcześniejsza wersja była w czasie teraźniejszym, jednak jak widać nie poprawiłem wszystkiego. 

Ze stylem chciałem sobie poćwiczyć, napisać coś „ładnego”.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że ogólnie czytało się w porządku i bez większych problemów.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć,

 

Niby świat post-apo, ale opowiadanie skupione na odczuciach bohatera, przez co kojarzy mi się bardziej z prozą czasów wojny, holocaustu niż z sf. Mocno impresywny, emocjonalny styl, więc jeśli chciałeś poćwiczyć opisy tego typu – udało się! Gratulacje. 

Jeżeli miałbym jakieś uwagi, to końcówka może trochę nazbyt patetyczna. 

 

Pozdrawiam!

Cześć Helmut, dzięki że wpadłeś ;)

Tak, post-apo kojarzy mi się z takim surowym i przerażającym klimatem wojny czy Holokaustu, dlatego chciałem tak to opisać. Bohater jest tutaj (zazwyczaj) jedyną żywą istotą i to wokół niego wszystko się kręci. Był to również dobry sposób na stworzenie tych opisów – cieszę się, że coś z tego wyszło.

Jeśli chodzi o patos, to muszę nad tym pomyśleć. Osobiście chciałem nadać scenie takiej powagi, mistyczności, wejść w duszę i psychikę bohatera, który doświadcza może najważniejszej sytuacji w życiu. Poczekam na wszystkie opinie komentujących, jeśli większości to nie przypadnie, wtedy coś się zmieni.

Jeszcze raz wielkie dzięki i pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć! Przeczytałem po raz pierwszy ostateczną wersję. Zmiana czasu narracji na przeszły to dobry ruch. Znacznie uspokaja to samą opowieść i wg mnie lepiej pasuje niż teraźniejszy. Widzę, że wróciłeś do kilku figur stylistycznych w nowym wykonaniu. Większość wyszło bardzo dobrze. Mam kilka uwag, ale poczekam na komentarze nie-betujących: ).

kalumnieikomunaly.blogspot.com

Cześć, Danielu ;) Napisałeś, że celem było przećwiczenie opisów i sprawdzenie się na tym polu – pod tym względem z zadania się wywiązałeś, więc jako wprawka tekst spełnia swoje zadanie. Jako jednak historia, którą miałbym przeczytać dla pobudzenia swojej wyobraźni i rozrywki – nie do końca. Brakuje tu oryginalnego pomysłu, nie ma w opowiadaniu niczego nowego, w wielu miejscach uderzasz w o wiele zbyt patetyczne nuty. Końcówka z tą spływającą łzą bardzo zmierzchowa :D Jednak ten oklepany, nudny świat zdołałeś opisać w przekonywujący sposób i nie mam zbyt wielu zastrzeżeń co do strony językowej. Suma summarum, cel osiągnąłeś i uważam, że możesz być z siebie zadowolony ;) 

Pozdrawiam, miłego poniedziałku!

Dziękuję za przeczytanie, AmonRa!

Dobrze, że opisy i klimat jakoś mi wyszły. Co do oryginalności, nie chciałem w tym przypadku szaleć i pokazywać czegoś zupełnie nowego, choć mogłem. Zależało mi bardziej na ukazaniu zwykłego człowieka w mniej więcej prawdopodobnym świecie post-apokalipsy, i uwydatnieniu jego emocji, celu, pragnienia zachowania człowieczeństwa i wspomnień.

Łza na końcu może wydawać się ckliwa, jednak chciałem nią pokazać, że bohater nie utracił emocji do końca, że coś w nim żyło, jednak uśpione, które potrzebowało jakiegoś bodźca, by się obudzić. Miało to też symbolizować, że postaci udało się dokonać celu i jego człowieczeństwo zostało uratowane i mógł spokojnie odejść do bliskich – w co sam wierzył.

Pozdrawiam i wzajemnie ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

(Jezu, ja nie potrafię krótko. Przepraszam XD)

Pozwolę sobie pisać tak po kolei wraz z tekstem ???? Daleko mi od specjalisty, więc z przymrużeniem oka do porad. Jako, ze to ćwiczenie stylu, to bardziej skupię się na kwestiach technicznych – bo po pierwszym przeczytaniu widać, że jest to pewnego rodzaju światotwórstwo? Wejrzenie w oczy bohatera. Na początek, bardzo spodobał mi się tytuł. Więc przez niego też kliknęłam.

Pierwsza część – króciutka i fajnie kontrastująca z wyobrażeniami. Czasami są dodatkowe epitety, np. precyzyjne poderżnięcie gardła – poderżnięcie jest szybkie i brutalne, i owszem może być precyzyjne, ale jakoś tak słowo mi nie pasuje. Ale na plus, wchodzi w nastrój nostalgii, a ja uwielbiam nostalgie i pustki.

Po gwiazdce -> przypominałem jedynie wątły cień, wykluczyć „jedynie” i zdanie piękne. Fajnie, że tę beznadzieję zawierasz w bezimienności narratora. Tożsamość jest uwieszona na czymś tak prozaicznym jak imię. Dużo tu to daje, że ją odbierasz, a prosty to i zgrabny zabieg. Żal za rodziną widoczny i przyjemny w odbiorze. Brak łez, też miodzio – brak melodramatów, a suche, brutalne cierpienie. Mogę się jednak doczepić, że czasami dajesz dodatkowe przymiotniki, które spowalniają narrację. Gorące łzy – jak człowiek płacze, naprawdę nie są one gorące – pieką, szczypią, ale dla kogoś kto żali się pierwszy raz od wielu lat sam fakt ich wystąpienia będzie miażdżący. Reszta dodatkowych przymiotników w podobnym wyrazie. Wszystko opisem zgrabnie przekazujesz, czasami po prostu ciut przesładzasz herbatę :)

Kolejna gwiazdka ->

Wróciłem do rodzinnego miasta, choć teraz przypominało raczej radioaktywne gruzowisko, szare i niegościnne. Niebo było ciemnoszare, jednolite.

Mimo że jest ciemnoszare to wciąż powtórzenie.

a mieszkania z oknami wybitymi lub obrośniętymi gęstym kurzem zapomniały o swych wcześniejszych właścicielach. – do wyaotowania.

 

Kolejna gwiazdka -> często tutaj pada słowo „mi” nie mam remedium na to, ale czytelnik wie kim jest narrator i że narrator opisuje swoje przeżycia. On nigdy nie będzie obiektywny, a już na pewno nie w pierwszoosobowej perspektywie. Nie ma potrzeby podkreślać, że to jego przeżycia. Poza tym zgrabne opisy, podoba mi się ciągłe przemycanie bezcelowości, szczególnie w postaci kolejnego, zatrzymanego zegara. Ładny szczegół.

 

Następna gwiazdka -> mój ulubiony fragment, bo dużo dynamiki, ale jest troszkę błędów.

 

Potwory znajdowały się na korytarzu prowadzącym do schodów i nie zamierzały nigdzie odejść, zajęte swoim jedzeniem.

Out określenie.

 

Zatrzymałem się na chwilę i zakryłem usta drżącą dłonią. Nie wyczuły mnie. Miałem szansę, nawet szczęście, jeśli można to tak nazwać. – na pewno w dynamice akcji nie będzie się zastanawiał nad odpowiednim doborem słów. Usunęłabym to.

 

Ale poza tymi drobinami ładnie pokazałeś przechodzenie ze spokojnego opisu, w dynamiczną akcję. Nie była ona odkrywcza, nie był chyba taki jej zamiar, postapo i mutanty to stare dobre małżeństwo, ale tak czy siak naturalnie gdy czytałam wzrok przyspieszał i tworzyła się ta charakterystyczna rytmika.

 

Kolejna gwiazdka ->  powrót do starego tempa, kolejny nostalgiczny opis. Znowu jest czasami za dużo epitetów i dosadności, np. przy śmierci. Śmierć to duże słowo, opisując ją zabiera się trochę z tego, co człowiek sam wobec niej w środku czuje.

 

Nie było już nauczycieli spacerujących między ławkami. Uczniów wysyłających sobie liściki, szepczących, zaczepiających się. – może zaczepiających siebie nawzajem? Jakoś tak niezgrabnie mi to tutaj brzmi, jakby faktycznie siebie po prostu szczepiali? Ale pers se błąd to nie jest, bardziej w czytaniu niezgrabność.

 

Pozostała część tekstu, która już jest na tyle jednolita, że nie będę rozpatrywać gwiazdkowo, podobała mi się bardziej niż cały początek. Fajna konkluzja z tymi zegarami, cały ten motyw bardzo mi przypadł do gustu. Zatrzymany świat. I to główny atut tekstu, te ciągłe przemycania buntu czasu, a jednak pełznącej w nim śmierci. Plus, bo daje dużo do klimatu. Sama nostalgia szkoły napisana przyjemnie, bez fajerwerków, ale było tutaj mniej błędów i wydaje mi się, że tekst był w tej części bardziej dopieszczony. Nie do końca podoba mi się, że puścił siebie z dymem, i że skazał się na takie cierpienie. Początkowo pisałeś dosyć naturalistycznie o ludziach, o pyle, o kurzu, o trujących cząsteczkach, a sam pożar wyszedł bardziej literacko i nie dosłownie. Ja lubię turpizm. Dać mi węglącą agonię XD

Ten chodzący zegarek dał pewnego rodzaju właśnie nadzieję i szkoda, że pochłonie go pożar. Był jak pocieszenie – nas tu już nie ma, ale świat wciąż trwa i nasze wspomnienia w nim pozostały

Podobało mi się to, że chlusnął krwią na zeszyt syna – mocny i emocjonalny opis.

Konkluzja z imionami też przyjemna, choć troszkę przedłużona – zabiera z takiego impetu uderzenia, bo przez to, ze zawiera dużo słów zdążam się przyzwyczaić do serwowanego bólu.

 

I tak podsumowując, fajny i zgrabny tekst, ma parę kwestii do poprawy – szczególnie te mi, swoje, moje, określenia. No i czasami za dużo epitetów, ale skoro to była próba stylu to zrozumiałe, że chciałeś poćwiczyć warsztat. Ogólnie opowiadanie proste w fabule, ale całkiem, całkiem wykonane.

Mnie się podobało :D

 

 

 

 

 

 

Witaj Alessia, wielkie dzięki za tak obszerną ocenę!

Usunąłem kilka powtórzeń, które napisałaś, a co do ’’mi, mój, swoje, moje’’, to postaram się to jeszcze wyłapać i pozmieniać.

Cieszę się również, że motywacje, cele oraz motywy, które tutaj zawarłem są widoczne i można je na spokojnie interpretować i rozumieć ;)

Fabuła była prosta, nie porywałem się na niezwykłe przygody, czy jakieś odkrywcze moralizatory, chciałem (tak jak napisałem w opisie) potrenować opisy, tworzenie klimatu. Jeśli chodzi o świat i apokalipsę – tak, to typowe post-apo (choć miałem chęć stworzenia świata dosłownie zatrzymanego w czasie, z epickimi widokami, jak na przykład zniszczona wieża kościoła, która przewróciła się, ale nie spadła, zatrzymana w powietrzu, jak na zapauzowanym filmie). Nie chciałem jednak dodawać jeszcze większej ilości opisów i wyjaśnień, postawiłem tutaj na bohatera.

No i bardzo dziękuję za przeczytanie, takie opinie są bardzo motywujące. Nie jest jeszcze idealnie, ale moim zdaniem coraz lepiej. 

 

Jako ciekawostkę dodam, że ten fragment to pierwsze i jedyne co napisałem, i dopiero później stwierdziłem, że mogę z tego zrobić opowiadanie z bohaterem:

Czułem się jak intruz, gdy mijałem puste sale lekcyjne zatrzymane w czasie. Niegdyś tętniące życiem, śmiechem dzieci, troskliwymi uwagami nauczyciela – moimi uwagami. Wypełnione recytacjami dzieł Mickiewicza oraz Szymborskiej. Naukami Pitagorasa czy Newtona, nieśmiertelnych uczonych, dawniej wielkich i sławnych, dziś już małych, zapomnianych. Dosięgniętych przez wszechobecną bezwzględność śmierci, siłę potężną i obojętną.

Sala muzyczna – niegdyś rozbrzmiewająca od dźwięków fletów, pianina i starego magnetofonu, teraz przerażająco milcząca i spokojna. Martwa.

Rozglądałem się w ciszy. Nawet myśli były oszczędne, jakby czczące pamięć zmarłych, rozumiejące powagę chwili.

Widziałem zeszyty z notatkami, brutalnie przerwanymi w połowie zdania, nikomu już niepotrzebnymi. Widziałem samotne podręczniki, zakurzone i zapomniane, desperacko pragnące przekazać zawartą w sobie wiedzę.

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam ;)

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Dobra, to przeczytałem wersję ostateczną w końcu :)

 

I jest całkiem fajnie, choć nadal uważam, że zbyt pompatycznie, ze wskazaniem na wywołanie u czytelnika wrażenia smutku i ogromnej straty. Podoba mi się ten motyw z zegarkiem, który odlicza czas do tyłu – bardzo ładna metafora, podkreślająca wspomnienia ojca, cofającego się w myślach do świata sprzed zagłady. Wplatany w tekst motyw zegarka i stojącego czasu wyraźny, a jednocześnie nie na tyle nachalny, by poczuć się szturchanym przez autora, podpowiadającego co i rusz: patrz tutaj, o widzisz, znów ten motyw, jeszcze raz, kolejny, i jeszcze jeden.

Nawet nieźle Ci to wyszło. Motywy ograne, momentami coś zgrzytnęło, szarzyzna nieco przytłaczała, ale ostatecznie jestem zadowolony z lektury.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dzięki za komentarz oraz betę ;)

Te pompatyczne opisy zostawiłem, ponieważ dla mnie osobiście dodawały jakiegoś uroku, powagi, emocji. Poza tym podobają mi się taki opisy, właśnie po to wziąłem się za to opowiadanie, jednak rozumiem, że nie każdemu to odpowiada i zdarza mi się tym troszkę przytłoczyć – tak samo jak szarością.

Cieszę się jednak, że ogólny odbiór jest pozytywny, a motywy i symbolika są widoczne i nie nachalne ;). Co do oryginalności, następnym razem postaram wziąć się za coś ciekawszego i nowszego, teraz chciałem skupić się na czymś innym, więc stworzyłem świat, który jest dobrze znany.

Pozdrawiam i dziękuję za opinię (podwójną właściwie) ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć.

 

Jako, że miałem przyjemność popracować przy becie Twojego opowiadania, na pewno mam troszkę inne odczucia, niż czytelnik z zewnątrz. To, co mnie uderzyło, gdy po raz pierwszy przeczytałem surowy tekst, to Twoje nieszablonowe pomysły – skracanie zdań, wybijanie enterów i przenoszenie do następnej linii, po to by zwolnić tempo lektury i zaakcentować konkretne słowa i wyrażenia. Na początku myślałem, że to błąd, ale z czasem sam przekonałem się do takich zabiegów i przyznam szczerze, że naprawdę nieźle to wyszło w ogólnym rozrachunku i nadało historii specyficznego charakteru.

Podczas dopracowywania tekstu zostałeś wręcz zalany przez uwagi betujących :D. Mimo to udało Ci się wychwycić to, co najlepsze dla Ciebie i opowiadania. To bardzo ważne, bo tekst nadal jest Twój, a nie stał się zlepkiem wyrażeń i pomysłów ludzi, którzy Ci pomagali. 

Co do pompatyczności, to pewnie rzeczywiście opowiadanie dość mocno się o nie ociera, ale z własnego doświadczenia wiem, że tak dzieje się zwykle ze wszystkimi pierwszymi tekstami na serio. Pisane wesołych drabbli, czy lekkich opowiadań na kanwie dowcipu jest łatwe. Mamy pozytywne emocje, które od razu zjednują nam czytelnika. Przy ciężkim, ponurym temacie trzeba się naprawdę nagłówkować i postarać, aby nie znużyć odbiorcy. Tu IMHO udało się tak, na 75%, czyli nieźle :]. 

 

Podsumowując te moje wiejskie filozje: jesteś na dobrej drodze, żeby pisać opowiadania, o których czytelnicy będą mówić moje ulubione. Ja na pewno przeczytam następne ;].

 

pozdrawiam 

kalumnieikomunaly.blogspot.com

Bardzo dziękuję Morderco ;)

Gdy tylko sobie przypomnę, jak to opowiadanie wyglądało przed betą i Waszymi uwagami, to aż mi trochę wstyd – w końcu było napisane na surowo, w przypływie weny. Jednak udało się wycisnąć z tego coś więcej, dodać ‘ręce i nogi’ i nadać temu jakiejś ciekawości, klimatu.

Wybijanie enterów dla podkreślenia uczuć, przemyśleń czy akcji, wydało mi się jakieś bardziej akuratne, a sam nawet nie myślałem o tym jako błąd.

Też mam nadzieję, że moje opowiadania będą coraz lepsze – już widzę sporą różnicę pomiędzy Tym i Ceną magii, a Dziełem umysłu i Błogosławionymi sprzed dwóch lat (które mam nadzieję poprawić).

Jeszcze raz dziękuję za betę i uwagi!

Pozdrawiam

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Kurczak, no nie chcę się zanadto rozwodzić, z kilku powodów.

Powód 1: taka narracyjna lektura, to nie do końca mój typ.

Powód 2: tej patetyczności jest tu tyci za wiele.

Powód 3… Moje zaskoczenie. Bo (pomimo pierwszych dwóch punktów) coś w tym jest. W tych przetrenowanych opisach, w tej narracji i w tej patetyczności. Jeśli to było Twoim celem – trening z takimi opisami i odczuciami – to w moim mniemaniu osiągnąłeś przyzwoity wynik*.

Graty.

 

 

  • – że mnie nie odrzuciło ;)

Dzięki za komentarz ;)

No cóż, zastanowię się na poważnie z tą patetycznością i zobaczę, czy da się coś z tym zrobić, skoro większość tak twierdzi. Na przyszłość postaram się po prostu opisać coś ładnie, ale też bez przesady.

W sumie ta lekcja wyszła mi na plus, ponieważ wiem teraz, jak powinno się takie opisy formować (oraz w jakiej ilości). Dzięki.

Pozdrawiam ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Zmierzam do tego, że wbrew moim pierwszym wrażeniem, dość nieźle mi się to czytało – czyli ta pompatyczność nie była taka zła ;) Z biegiem tekstu zaczynała pasować coraz bardziej.

To cieszę się, że mimo wszystko nie jest źle i da się to przeczytać bez zażenowania czy nudy ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Ćwi­cze­nie za­li­czo­ne, Da­nie­lu.

Zdo­ła­łeś po­ka­zać dra­mat może ostat­nie­go w po­sta­po­ka­lip­tycz­nym świe­cie czło­wie­ka, który po­sta­no­wił zde­cy­do­wać o kre­sie wła­sne­go życia, ale wcze­śniej od­zy­skać przed­miot dla niego bez­cen­ny, bo nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ny z naj­bliż­szy­mi. Po­ka­za­łeś upa­dek świa­ta i ruinę mia­sta, po­ka­za­łeś mo­ty­wy kie­ru­ją­ce bo­ha­te­rem, po­ka­za­łeś, że do końca dzia­łał świa­do­mie i ce­lo­wo.

Wy­ko­na­nie po­zo­sta­wia nieco do ży­cze­nia, ale uwa­żam, że się sta­rasz i z opo­wia­da­nia na opo­wia­da­nie jest coraz le­piej. ;)

 

Była moim dru­giem domem… ―> Li­te­rów­ka.

 

Wi­dzia­łem stary zegar na­ścien­ny… ―> Ra­czej: Wi­dzia­łem stary zegar ­ścien­ny

Nie po­wiesz prze­cież o ze­ga­rze sto­ją­cym na ko­min­ku, że jest na­ko­min­ko­wy, a o ze­ga­rze na wieży ra­tu­szo­wej, ze jest na­wie­żo­wy, że na tych przy­kła­dach po­prze­sta­nę.

 

trzy­ma­jąc się po­rę­czy i uwa­ża­jąc pod nogi. ―>Nie wy­da­je mi się, aby można uwa­żać pod nogi.

A może miało być: …trzy­ma­jąc się po­rę­czy i uwa­żnie pa­trząc pod nogi.

 

…nie­gdyś roz­brzmie­wa­ją­ca od dźwię­ków fle­tów, pia­ni­na… ―> Ra­czej …nie­gdyś roz­brzmie­wa­ją­ca dźwię­ka­mi fle­tów, pia­ni­na

 

Wi­dzia­łem sa­mot­ne pod­ręcz­ni­ki, za­ku­rzo­ne i za­po­mnia­ne… ―> Skoro pi­szesz o pod­ręcz­ni­kach w licz­bie mno­giej, to chyba nie były sa­mot­ne.

Pro­po­nu­ję: Wi­dzia­łem po­rzu­co­ne pod­ręcz­ni­ki, za­ku­rzo­ne i za­po­mnia­ne

 

Nie­mal nikt ostał po są­dzie osta­tecz­nym… ―> Tu chyba miało być: Nie­mal nikt się nie ostał po są­dzie osta­tecz­nym

 

Wzią­łem ze­ga­rek do ręki i przy­tu­li­łem do swej pier­si. ―> Zbęd­ny za­imek – czy mógł tulić coś do cu­dzej pier­si?

 

W nim stary ze­ga­rek kie­szon­ko­wy, który do­stał ode mnie, tak jak ja od swo­je­go ojca. Leżał w za­po­mnie­niu, cze­ka­jąc cier­pli­wie na swo­je­go wła­ści­cie­la, który nigdy po niego nie wró­cił. Syn tak bar­dzo chciał go z po­wro­tem. Obie­ca­łem, że go znaj­dę, wcze­śniej, jak jesz­cze żył. Mu­sia­łem do­trzy­mać słowa, nawet jeśli już go nie było i je­dy­nie pa­trzył na mnie z Góry. On nigdy mnie nie za­wiódł. Ja też nie mo­głem. Wzią­łem ze­ga­rek do ręki i przy­tu­li­łem do swej pier­si. Po­czu­łem przy­jem­ne wi­bra­cje, jakby obcej siły wy­peł­nia­ją­cej moje chłod­ne wnę­trze przy­jem­nym cie­płem. Silne po­czu­cie déjà vu wy­peł­ni­ło mój umysł, od­ry­wa­jąc mnie od rze­czy­wi­sto­ści… ―> Przy­kład za­im­ko­zy.

Miej­sca­mi nad­uży­wasz za­im­ków.

 

Za­dzwo­nił dzwo­nek. ―> A może: Za­brzmiał dzwo­nek.

 

Adam.

Tak się kie­dyś na­zy­wa­łem. ―> Tak kie­dyś miałem na imię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj!

Bardzo dziękuję za uwagi, błędy już poprawione. Co do zbyt dużej ilości zaimków – też to teraz widzę, następnym razem pisząc w pierwszej osobie będę o tym pamiętać, ponieważ faktycznie wybija z rytmu.

Dziękuję również za ciepłe słowa, jest mi niezmiernie miło. Cieszę się, że widać jakiś postęp, a opowiadania wyglądają coraz poważniej i lepiej – sam też to czuję, a pisanie sprawia mi większą przyjemność. Takie opinie są dla mnie niezwykle motywujące!

Teraz tylko chwila przerwy na sesję i zabieram się za pisanie pracy na konkurs Szalone siódemki ;)

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Bardzo prosze, Danielu. Twój upór w dążeniu do poprawienia własnych umiejętności jest imponujący i wiem, że w nim wytrwasz. Powodzenia! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, odwiedzam po becie.

Postapokaliptyczny klimat na wypływa z opowiadania niby toksyczne odpady z uszkodzonej beczki – jest tak, jak być powinno. Najmocniej wybrzmiewa tutaj kwestia tęsknoty za przeszłością, to zaś przez powracające wciąż do bohatera obrazy utraconego świata przeszłości. Nie dzieje się tutaj szczególnie wiele, nie licząc otarcia się o mutantów, ale to niczego opowiadaniu nie ujmuje – skupiasz się zdecydowanie bardziej na przemyśleniach i uczuciach bohatera, niż na wybuchach i wartkiej akcji, co w tym wypadku zdaje egzamin.

Jak już Ci wspominałem, podoba mi się powrót bohatera do imienia w finale – symbolicznie odzyskuje on samego siebie i swoje emocje z przeszłości. Co do naczelnego motywu, czyli zatrzymanego zegara: czytałem ostatnio jakiś artykuł (chyba w Przekroju) o praktykach, które niegdyś towarzyszyły grzebaniu zmarłych – jednym z nich było właśnie zatrzymanie zegarów w całym domu.

To chyba tyle z mojej strony. Łączę pozdrowienia i trzymam kciuki za dalszą twórczość!

Dziękuję za odwiedziny i komentarz!

Tekst może nie jest jeszcze wielkim dziełem i nie nadaje się do biblioteki, jednak sporo się nauczyłem dzięki niemu i z pewnością kolejne prace będą jeszcze lepsze ;)

Pozdrawiam i również życzę powodzenia na pisarskiej drodze!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cześć!

Przeczytałem opowiadanie, pamiętaj, wszystko co pisze to tylko moja skromna opinia. Napisane przyzwoicie imho, czytało się sprawnie. Mi nic specjalnie nie zgrzytało. Klimat postapo czuję, choć spotkanie z mutantami mocno go popsuło (skąd po wojnie atomowej – do której doszło jak rozumiem – wzięły się mutanty? Wszechmogący poczuł klimat wysłuchał modlitw fanów Fallouta czy jak? Po wojnie nuklearnej przed ocalałymi pojawi się szereg nowych wyzwań, i realnie patrząc mutanty raczej nie będą jednym z nich). Trochę mi się to gryzie z problematyką reszty tekstu.

Ukazujesz dramat człowieka, który nie mając po co żyć w pustym świecie wybiera samobójstwo na własnych warunkach (czas, miejsce, sposób). Ciekawe, jakby taka rozpaczliwa próba odzyskania kontroli. Zrozumiałem jego historię, ale trochę zabrakło mi rysu jego uczuć. Takich prawdziwych, ludzkich. W zamian jest dosyć sporo podniosłych opisów, oraz wspomnień, które jakoś nie pasują mi do kogoś w takim położeniu… Ale może to jego forma obrony przed beznadzieją?

Podsumowując, ciekawy pomysł na krótkie opowiadanie, ale zabrakło (imho) trochę realizmu codzienności tych okrutnych czasów. No i mutanty jakoś mi nie podeszły.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Dziękuję za komentarz!

Co do mutantów, chciałem ukazać jakąś transformację ludzi, zezwierzęcenie – wydawało mi się to straszniejsze, niż zwykłe dzikie zwierzęta. Rozumiem jednak przesyt, choć sam z postapo przeczytałem jedynie Metro i Drogę.

Opowiadanie na pewno mogło być dłuższe, by pokazać te uczucia bohatera oraz jego drogę, jednak tu chciałem się skupić na finale, w którym bohater wraca wspomnieniami do dawnych czasów i odzyskuje człowieczeństwo odchodząc na swoich warunkach. Cieszę się, że to widać.

Skupiłem się tutaj na tych opisach, przeżyciach, może zbyt podniosłych jak na taką treść.

Myślałem, że rozegrałem to lepiej, choć rozumiem, że nie wyszło idealnie.

Dziękuję i pozdrawiam ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Podobało mi się. Trochę to opowieść drogi, trochę historia o triumfie człowieczeństwa. Piszesz w sposób zdystansowany, Twój bohater wydaje się nieco pozbawiony emocji, ale w takich skrajnych sytuacjach uczucia się spycha na dno, żeby nie przeszkadzały. Zamiast uczuć jest sporo patetyczności, aale jakoś to tu pasuje. Fajnie budujesz klimat beznadziei, pięknie przedstawiasz cel bohatera. Nie podobały mi się tylko mutanty, te akurat nie pasowały, wolałabym raczej zezwierzęconych ludzi.

Kliczek ode mnie :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bardzo dziękuję za przeczytanie i klika ;)

Tak, te mutanty mogłem jakoś zamienić (sam miałem wizję zezwierzęconych ludzi, jednak poszedłem w zbyt stereotypowe post-apo, zbyt ich przekształciłem).

Cieszę się też, że ta patetyczność jednak tak nie przytłacza, właśnie w takiej chwili wydała mi się uzasadniona – człowiek jest świadkiem jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii ludzkości, patrzy na siłę natury, utracone bogactwo swojej rasy, kultury. Świat jest już tylko areną, której przyglądają się bogowie, wybierając swoich faworytów.

Jeżeli klimat i cel są dobrze napisane, to uważam swoje ćwiczenie za udane ;)

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cieszę się też, że ta patetyczność jednak tak nie przytłacza

W wypadku Twojego bohatera to trochę namiastka emocji. Nie potrafi już czuć, więc idzie w innym kierunku. Tak przynajmniej to odebrałam.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Mam taki zły nawyk, że często-gęsto czytam komentarze przed samym opowiadaniem. Więc kiedy zaczęłam właściwą lekturę, myślałam sobie to, co już tu parę razy padło: dość patetycznie, strasznie dużo enterów, potem te mutanty…

A później dotarłam do fragmentu ze szkołą i przyznam, że wsiąkłam. :) Nie wiem, czy to kwestia zmiany stylu, czy po prostu już przyzwyczaiłam się do narracji, ale już nic mi podczas czytania nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie, czytało się bardzo przyjemnie. Co prawda wciąż parę zdań bym wykreśliła jako zbyt górnolotnych, ale całość wyszła naprawdę nieźle. Bardzo ładnie, sentymentalnie, smutno, a jednak spokojnie. Kurczę, fajna ta druga połowa Ci wyszła, Danielu.

Podoba mi się też motyw bohatera, który w świecie zagłady sam wybiera chwilę i sposób swego odejścia. Mocne, nadające poczucie siły. Bardzo to do mnie przemawia.

Więc mimo zgrzyciku z początkiem polecę do biblioteki.

Podłoga była wypełniona kawałkami szkła, puszkami i gruzem.

Ogólnie konstrukcja z czasownikiem “być” z reguły wypada mało obrazowo i lepiej zastąpić go jakimś czasownikiem. Tutaj proponowałabym “Podłogę zaściełały kawałki szkła, puszki i gruz”. Oczywiście, to tylko sugestia. :)

Obiecałem, że znajdę ten zegarek, wcześniej, syn jak jeszcze żył.

Chyba miało być: “…wcześniej, jak jeszcze żył syn”.

Przekazywano go w mojej rodzinie od nie pamiętnych czasów

Literóweczka: niepamiętnych.

Bardzo dziękuję, Silvo, za komentarz i polecenie ;) Błędy poprawiłem, uciekły mi przy edycji.

Tak, druga część jest z pewnością bardziej dynamiczna, bohater w końcu ma jakąś przeszkodę, rozpoczyna się akcja. Minie osobiście podoba się to opowiadanie i jestem z niego dumny, więc cieszę się, że inni również odbierają je pozytywnie. Najbardziej jestem zadowolony z opisów i prowadzenia narracji bez takich przerw czy ‘‘wykolejeń’’.

Bohater też wyszedł raczej z wyrazistym celem, być może wczułem się w jego rolę, opisując swoje miasto i swoją szkołę.

Pierwotnie było trochę bardziej pesymistycznie, jednak beta i czas przyczyniły się do ulepszenia pracy i szczęśliwszego finału.

Pozdrawiam ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cel wprawki został spełniony – opisy budują fajny klimat, tworząc też w miarę spójną historię. Bohater mocno gadatliwy, ale tekst jest na tyle krótki, że nie zdąży tym zmęczyć. Jest też wyrazisty, ładnie nakreślasz jego relacje oraz emocje. Powrót do imienia na końcu ładnie zamyka treść w swoistej pętli.

Tak więc koncert fajerwerków wyszedł dobrze, nawet jeśli to tylko wprawka :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Witaj NoWhereMan!

Dzięki za klika oraz za to, że wpadłeś. Cieszę się, że coś z tego wyszło, a ćwiczenie odniosło sukces ;)

Pozdrawiam

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Bardzo klimatycznie napisane. Opisy się wyjątkowo udały. Nie tylko te otoczenia, emocji również. Nie jest to wcale bardzo oryginalny świat. Zagłada nuklearna, mutanty, Ostatni Człowiek – to wszystko już widzieliśmy. A jednak nadajesz opowieści indywidualne brzmienie, choćby przez zegary. Szczególnie ten jeden wyjątkowy.

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję za komentarz i zgłoszenie, został mi już tylko ostatni klik ;)

Cieszę się, że opisy są klimatyczne i dają więcej życia w tym martwym, depresyjnym świecie. Pojawiły się w mojej głowie dosyć spontanicznie, przerwałem co robiłem i usiadłem pisać. Jak widać, było warto.

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Podoba mi się. Początek nadawałby się do filmu albo serialu jako kwestia głównego bohatera, wprowadzającego w historię i klimat. Tak to sobie wyobraziłam. ;) Spodobało mi się przedstawienie emocji bohatera. Aż mi się autentycznie smutno zrobiło. Wyobraziłam sobie taki świat – i faktycznie, lepiej byłoby zginąć niż w nim żyć. Bardzo fajnie Ci to wyszło, Danielu. :)

Początek nadawałby się do filmu albo serialu jako kwestia głównego bohatera, wprowadzającego w historię i klimat. Tak to sobie wyobraziłam. ;)

Też uważam, że mam bardziej filmowy styl tworzenia historii, w głowie dodaje muzykę, dokładną scenerię, nawet cięcia czy montaż.  Lecz pisanie jest niemal darmowe, więc tym się zajmuję i sprawia mi to przyjemność ;)

Cieszę się, że mnie odwiedziłaś, a historia przypadła Ci do gustu! Jestem też dumny, że opisy okazały się przekonujące, jeszcze pamiętam, jak pisałem je z wypiekami na twarzy ;)

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Przyznam się, że trochę denerwował mnie w tym wszystkim patos i zbytnie przeciąganie scen, takie przesładzanie herbaty jak to ujęła @Alessia222, ale jako całość wyszło Ci to całkiem znośnie – emocje podczas czytania się pojawiają, czytelnik nawet jeśli denerwuje się na bohatera to jednocześnie mu współczuje. Pisałeś, że to ma być wprawka – ja bym w tym widział jednak coś więcej niż wprawkę, bo tekst jest całkiem dobry – niespieszny, może ciut zbytnio redundantny ale jednak rezonujący gdzieś w duszy. A to, że rezonuje też echami innych utworów? Oryginalność nie koniecznie jest wartością najwyższą, czasem te ogólnokulturowe refreny brzmią lepiej niż całkiem nowy kawałek ;-)

Dziękuję za komentarz, Jimie ;)

Z tego co tu widzę, ten patos jest kwestią gustu, dla jednych jest w porządku, innych przytłacza. Mi osobiście się podoba, co jest sukcesem, bo na moje stare opowiadania nie mogę nawet patrzeć. Cieszę się natomiast, że mimo wszystko lektura była przyjemna, a emocja widoczne.

W oryginalność również nie celowałem, ponieważ nie chciałem „rozwadniać” tekstu opisami worldbuildingu.

Dziękuję za komentarz,

Pozdrawiam!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nowa Fantastyka