- Opowiadanie: Realuc - Pan Gwiezdnego Tronu

Pan Gwiezdnego Tronu

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pan Gwiezdnego Tronu

Andrea 999 B

 

 

Stąpam powoli. W przypadkowym kierunku. Szukam czegoś. Czegokolwiek.

Wariuję.

Co rusz widzę cienie, kształty, plamy i inne dziwactwa, których wcale nie ma. Chyba. Jest za to bezkresna połać twardej jak skała ziemi, z której sterczą spiralne, błękitne łodygi. Na tyle wytrzymałe i sprężyste, że gdy uwalniam je spod ciężaru buciora, natychmiast wracają do pierwotnej formy. Ziemska trawa na sterydach.

Niczego więcej.

Czasami zdaje mi się, że gdzieś tam w oddali widzę zarysy wielkich szczytów. Kiedy jednak podążam w ich kierunku, znikają z pola widzenia. Tak po prostu. Stawiam krok za krokiem. Ściemnia się. Tutejsze dni są wyjątkowo krótkie. Wracam do wraku. Dwudziesty szósty dzień i niczego nie znalazłem. A przecież, do jasnej cholery, nadajniki wyraźnie namierzyły na tej gównianej planecie całą masę wyższych form życia.

Dlaczego tu niczego ani nikogo nie ma!?

Idę. Kombinezon ciąży. Na szczęście grawitacja jest podobna do tej, do której przywykłem, więc nie ma tragedii. W końcu wracam do rozbitego statku. Kadłub jest niemal nieuszkodzony, ale resztę szlag trafił. Nie mam najmniejszych szans, aby samemu coś z tym zrobić. Od dwudziestu sześciu dni żyję nadzieją, że wiadomość o awarii i prawdopodobnej katastrofie, którą wysłałem tuż przed zderzeniem, dotarła do najbliższej stacji kosmicznej. Że wyślą kogoś. Że zaraz przyleci transportowiec ratunkowy i zabierze mnie stąd. Zresztą, stracili z nami kontakt. Muszą szukać. Muszą.

Wchodzę do środka. Zatrzymuję się na chwilę przed małym pomieszczeniem, które chronią przezroczyste ściany. W środku leżą trzy wory. W nich Łysy, Szczepan i Prawy. Miotało nami jak mrówkami zamkniętymi w mocnym słoju, którym ktoś potrząsał z zawziętością, aby na koniec łupnąć nim o ziemię. Dlaczego tylko moja tarcza ochronna zadziałała? Chyba wolałbym leżeć tam teraz z nimi. Przez kurewsko twardą ziemię nie mogłem ich nawet pochować po ludzku, więc gniją sobie spokojnie w pomieszczeniu izolacyjnym. Trzymajcie się, chłopaki.

Siadam na chłodnej płycie, opieram plecy o ścianę. Patrzę na czarne ekrany, których nie sposób już uruchomić. Wsypuję proszek do miski. Po chwili pęcznieje i zamienia się w pełnowartościową papkę. Smakuje jak żarcie dla tych, co to lubią się zdrowo odżywiać, czyli nie za specjalnie. Mam tego jednak pełno i jeszcze trochę, z głodu prędko nie umrę. Prędzej zwariuję. Wejdę do kumpli, położę się między Szczepanem a Łysym i strzelę sobie w łeb.

Ileż można czekać na pomoc?

Patrzę na plakat, który wisi tuż przed strzaskaną kabiną sterowniczą. Cztery uśmiechnięte gęby, w tym jedna należąca do mnie. Byliśmy tacy dumni. Napis nad głowami głosi:

Wasz ulubiony Orzeł rusza na kolejną wyprawę! Tym razem przekraczamy granice i schematy! Czas wykorzystać najnowszą technologię napędową i zbadać niedostępne dotąd, odległe zakątki galaktyki!

#Znajdźmyinneżycie.

Zrywam plakat. Targam. Walę pięściami o stalową ścianę Orła. Dlaczego jej nie posłuchałem…

 

 

Stacja kosmiczna „Gwiezdny SHOT”

kilka tygodni przed katastrofą

 

 

Rozłożyłem się wygodnie na miękkiej kanapie. W ręku ściskałem gorący kubek z czymś, co nieco przypominało w smaku ziemskiego grzańca, a w rzeczywistości było dziwaczną mieszanką wina i czegoś, czego nazwy nawet nie znałem. Poprawiało jednak nastrój odpowiednio, a tego potrzebowałem wtedy przed rozmową z żoną.

W końcu, po trzecim opróżnionym kubku, zebrałem się w sobie i nawiązałem połączenie. Na ekranie pojawiła się Lidka. Uśmiechnęła się. Ledwo. A może tylko dźwignęła z trudem kąciki ust. Tak czy siak, trwało to ułamek sekundy. Zaraz po tym jej twarz przybrała ponurą maskę. W błękitnych oczach tliła się jednak iskra nadziei. A ja miałem za moment tę iskrę zgasić. Zgasić raz na zawsze.

– Dobrze cię widzieć – odezwałem się pierwszy.

– Ciebie również – odpowiedziała sucho.

Włosy zafarbowane miała na czerwono, kręcone i niezwykle gęste, zajmujące niemal całą objętość niewielkiego ekranu. Nie pomalowała ust. W ogóle się nie pomalowała przed rozmową ze mną, a wcześniej zawsze to robiła. Musiała przeczuwać, co się święci. A ja nie potrafiłem postąpić inaczej…

– Co u was, Lidka? – zapytałem głupio, bo nie wiedziałem, jak zacząć.

– Wracasz czy nie?

Zawsze byłem twardym chłopem, tak mi się przynajmniej wydawało. W pewien sposób ukształtowała mnie niełatwa przeszłość. Wtedy jednak czułem jak pot spływa mi po plecach. Przebierałem nerwowo nogami i łamałem palce u dłoni. Bo przecież kochałem ją. Kochałem najbardziej na świecie. Ale był jeszcze wszechświat. A ten wciągnął mnie i uzależnił mocniej, niż najgorsze prochy.

– Lidka, słuchaj. To będzie ostatnia, przełomowa wyprawa, obiecu…

– Wracasz czy nie? – powtórzyła pytanie, ignorując moje tłumaczenie.

– Dążyłem do tego całe życie. Ludzie we mnie wierzą. Cały świat we mnie wierzy. Zrobię to i wracam do was. Już raz na za…

– Nie masz już do czego wracać, Piotrek. To była ostatnia szansa.

– Ale czy naprawdę nie rozumiesz, że…

– Udanej podróży.

To były jej ostatnie słowa. Zaraz po nich przerwała połączenie i zablokowała mnie permanentnie. Nie opiszę, jak się wtedy czułem. Bo też żadna przyjemność opisywać gówno. Aby zagłuszyć wewnętrzne głosy, które bluzgały po mnie z dołu do góry, zszedłem na parter stacji. W holu był bar, a przy nim moich trzech kompanów kosmicznych wędrówek. Usiadłem obok Łysego, który w rzeczywistości prócz łysiny miał również niebieskiego irokeza.

– Napijesz się? – zapytał, szczerząc złote zęby.

– A żebyś wiedział. Żebyś, kurwa, wiedział.

No i piliśmy. Prawie do samego rana. Gdy nasze głowy zaczęły dyndać już nad blatem, w nadawanych z Ziemi wiadomościach leciał komunikat:

Na dniach Orzeł znowu wzbije się ku gwiazdom, aby zbadać nowe planety! Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że tym razem uda znaleźć się wyższe formy życia! Trzymamy kciuki za Piotra, naszego Boga kosmosu, i oczywiście za jego trzech wspaniałych muszkieterów!

– Słyszałeś? Nazwali cię… hep… pieprzonym bogiem, ha! – ryknął Szczepan.

Słyszałem. I zaraz po tym zwaliłem się z krzesła i zasnąłem pod barową ladą.

 

 

Andrea 999 B

 

 

Minął już miesiąc. To na pewno. A może dwa?

Ściemnia się, więc wracam do statku. A co, jeśli każdego dnia łażę tymi samymi ścieżkami? Nie mogę iść nigdzie nocą. Temperatura spada wtedy tutaj tak gwałtownie i mocno, że nie przetrwałbym tego. A tu niczego nie ma. Niczego prócz zasranych, powykręcanych traw. Żadnego schronienia.

Po co chcę przetrwać? Nie mam do czego wracać. Dzieci mają już pewnie nowego ojca, Lidka zapomniała o mnie na dobre, a trzech kumpli, jedynych kumpli, gnije w czarnych worach. Może łatwiej będzie… Tak, zrobię to dzisiaj. Położę się z nimi i już nie wstanę.

Idę. Kombinezon ciąży bardziej, niż zwykle. Cieszę się, że już niebawem pozbędę się go raz na zawsze.

Dlaczego jej nie posłuchałem. Tyle razy prosiła…

Widzę statek. Samotny pośród niczego. Ciekawe, czy kiedyś ktoś znajdzie wrak Orła i nasze szkielety. Czy ktoś zrobi pogrzeb godny najlepszych eksploratorów kosmosu. W sumie mam to gdzieś. Po co mi to wszystko było? Nie lepiej byłoby teraz siedzieć w przytulnym domku i pić wino z żoną?

Dlaczego ja cię nie posłuchałem, Lidka!?

Znowu mam omamy. Coś się rusza koło Orła. To coś ma ręce, nogi… Nie, to na pewno kolejne przewidzenia. Idę dalej. Podchodzę coraz bliżej, kształty jednak nie znikają. Mnożą się. Stają się wyraźniejsze. W końcu dostrzegają moją obecność i okrążają. Zwariowałem. Tak, w końcu zwariowałem. Przyglądam się wytworowi wyobraźni. A ta chce mi wmówić, że patrzy na mnie około tuzin istot, całkiem podobnych do człowieka. Mają na sobie grube futra ze srebrzystym włosiem, spiczaste czapki, z których sterczą białe pióra. Przy pasach dyndają błękitne, zakrzywione miecze. Oręż lśni niczym najczystszy diament. I tak też wygląda.

Nagle istoty opadają na kolana i wznoszą ręce ku niebu, mamrocząc coś w dziwaczny sposób. Jedna z nich podchodzi do mnie. Oczy ma wielkie i wyłupiaste. Twarz pomarszczoną i siną, jakbym patrzył na chodzącego nieboszczyka. W końcu i ona pada na kolana i zaczyna gadać bez sensu. Po chwili słyszę w głowie słowa:

Nastał dzień, w którym spełni się przepowiednia! Witamy cię, Panie Gwiezdnego Tronu! Zaraz rozpoczniemy ostatni rytuał i odzyskasz dawną moc!

Co tu się dzieje…

Otwieram usta, ale cóż miałbym powiedzieć? Gościu gadał w moich myślach. Na dodatek teraz zakreśla rękoma w powietrzu jakieś symbole. Z palców tryskają błękitne iskry.

BŁYSK.

Odzyskuję wzrok. Orzeł zniknął. Wyparował. Jakby nigdy go tutaj nie było. Obracam się. Widzę miasto. Tysiące kamiennych, stożkowatych domów przyklejonych do zboczy olbrzymich skał, które łączą się ze sobą za sprawą dziesiątek łukowatych mostów. A jednak te góry były prawdziwe…

Zaraz, zaraz. Czyli to nie Orzeł zniknął, a…

Witaj w Gaugaran, Panie. Stolicy twych wiernych wyznawców. To tutaj wszystko się dopełni.

Co się, kurwa, dopełni!?

Staruch znowu wywija łapskami, strzelają iskry, mdleję.

 

 

Ziemia

Trzydzieści pięć lat przed katastrofą

 

 

– Piotruś, cho no tu.

Stałem w miejscu i wyobrażałem sobie, że jestem androidem. Jednym z tych domowych robotów, które wszyscy mają. Wszyscy, prócz mojej biednej rodziny. W ten sposób myślałem, że nikt mnie nie skrzywdzi. Przecież robot jest tylko robotem. Skoro się nie rusza to wymaga naprawy. Albo ładowania. Ukośnie spojrzałem w kąt pokoju. Matka spała jak zabita. Nachlana. Podbite oko wyglądało paskudnie.

– Piotrusiu, proszę cię po raz ostatni.

Podszedłem do niego, gdyż nie miałem innego wyjścia. Nie powiem, że do ojca, bo nigdy go tak nie nazywałem. Spojrzałem na jego niechlujny zarost, przekrwione oczy, dzikie spojrzenie. Chwilę potem opuściłem wzrok na zakurzoną podłogę.

– Gdzie byłeś dziś rano, hę? Znowu uciekłeś na te durne warsztaty astrononiczne?

– Astronomiczne – poprawiłem go i zaraz po tym zerwałem otwartą dłonią w potylicę.

– Ile razy mam ci powtarzać, że masz siedzieć w domu! Jesteś nikim, rozumiesz? Tak jak i ja. A tacy jak my niczego w życiu nie osiągają. Dzisiaj dam ci takie warsztaty, że zapamiętasz tę lekcję raz na zawsze.

Zapamiętałem.

 

 

Andrea 999 B

 

 

Otwieram oczy.

Nie mogę się poruszyć. Czuję okropny ból. Nie do wytrzymania. Mam ochotę krzyczeć, ale zaciskam zęby. Jedynie głowa mnie słucha, więc obracam nią na lewo, na prawo. Leżę na kamiennym stole. Chyba okrągłym. Ręce i nogi mam szeroko rozstawione, aż ciśnie w kroczu. Dłonie i stopy… Do jasnej cholery, są przybite do stołu!

Krew sączy się po błękitnych kołkach, wyglądających jak wyrzeźbione w diamencie sople. Prawie mdleję, ale otrzeźwia mnie morda jednego z oprawców, która pojawia się tuż nade mną. Oni wszyscy wyglądają tak samo. Tak samo staro, tak samo dziwacznie. Dodatkowo nie mają teraz czapek i ich łby przypominają oszroniałe konary. Łysa, pomarszczona łepetyna, smagnięta na czubku białymi plamkami w kształcie gwiazd.

Już czas, Panie.

Czas, na co?

Jestem nagi, a nie jest mi zimno. Czy to sprawka tego śmierdzącego czegoś, czym jestem nasmarowany? Patrzę, gdzie tylko jestem w stanie. Dużo ich. Okrążają mnie, kłębiąc się jeden przy drugim. Sklepienie jest nisko i zwisają z niego lodowe sople. Jaskinia? Ktoś staje nagle przed piedestałem. Kładzie na nim płaski, równy kawałek kamienia i patrząc na niego, zaczyna rzępolić. Wszystko słyszę jednocześnie w głowie.

Przepowiednia Gekikary, rozdział ostatni.

Gdy mróz zawładnie światem, a noc zacznie zwyciężać nad dniem, przybędzie wybraniec. Przyleci na srebrnym ptaku, samotny i zagubiony. Wnet należy złożyć go na Kamieniu Wieków i odprawić Rytuał Przebudzenia. Gdy osłabione wygnaniem ciało umrze, Bóg narodzi się na nowo. Zasiądzie powtórnie na Gwiezdnym Tronie, aby sądzić wszystkie dusze żywe i umarłe, które kiedykolwiek przemierzały wszechświat.

Ja pierdolę.

Chciałem umrzeć, ale nie w taki sposób. Nie jak jakaś rytualna świnia! Jeden z nich wyciąga z pochwy diamentowy miecz. Blask niemal mnie oślepia. Teraz wiem, co rozświetla tak tę ciemną grotę. Podchodzi. Przytyka czubek ostrza do mojej klatki piersiowej.

– A ja całe życie poświęciłem, żeby was znaleźć, wy niewdzięczne, stare chuje! – Wypełniam jaskinię krzykiem, ale na nikim nie robi to żadnego wrażenia.

Niech dopełni się przepowiednia! Panie Gwiezdnego Tronu, powstań na nowo!

Staruch lekko unosi oręż, a ja mimowolnie zaczynam chichotać, przypominając sobie słowa pijanego Szczepana:

Słyszałeś? Nazwali cię… hep… pieprzonym bogiem, ha!

ŚWIST.

Koniec

Komentarze

Witaj!

Gratuluję pójścia na pierwszy drugi ogień, chyba okaże się dobrym początkiem ;)

Przeczytałem jednym tchem, bo krótkie i fajne. Dobrze napisałeś to w pierwszej osobie, emocje bohatera są widoczne, można go zrozumieć. Ostatni z załogi, samotny, który w celu spełnienia marzenia z dzieciństwa zostawia rodzinę, by paść ofiarą obcych istot, tak przez niego szukanych. Poświęcenie zakończone zawodem i śmiercią. Dla mnie bardzo dobrze to wykreowałeś.

Podobają mi się również wstawki z przeszłości, pomieszanie chronologiczne, które dodało tekstowi silniejszego znaczenia.

Moim zdaniem bardzo ciekawie wykorzystałeś swoje hasła, wyszła z tego przyjemna, choć emocjonalna historia.

Ode mnie to tyle, zgłoszę do biblioteki, a potem zajmę się swoim opowiadaniem na ten konkurs ;)

Trzymam kciuki!

Pozdrawiam.

 

P.S

Przepowiednia Gekikary, rozdział ostatni.

I see what you did there ;)

 

P.S 2

Chyba wyszło Ci za dużo enterów na końcu.

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Danielu, witaj!

Fajnie, że tak szybko przeczytałeś tekst, cieszę się, że się spodobał :)

Tobie również życzę powodzenia w pisaniu oraz w konkursie.

P.S. rzeczywiście, nie wiem skąd wzięły się te entery. Już je unicestwiłem raz na zawsze :)

Pozdrawiam!

Cześć, Realuc :) Bardzo przyjemne opko. Do połowy miałem wrażenie, że śledzę motyw dobrze znany z Marsjanina, tzn. osamotnionego faceta na obcej planecie, ale na szczęście nie zabrakło niespodzianek. Podoba mi się, że mimo podzielenia tekstu na różne sceny zlokalizowane w różnych miejscach na osi czasu, z każdej coś wynikało i pod koniec okazuje się, że wszystkie były potrzebne do zamknięcia tej historii. 

Nie wiem dlaczego, ale w pewnym momencie zaczęła mi grać w głowie ta piosenka :D Skojarzenie absurdalne, zwłaszcza, że Twojego bohatera spotkał zgoła odmienny los od Tulia i Miguela z Drogi do El Dorado xd

Z wpadek wypatrzyłem tyle:

 

pełno wartościową

Trzeba to szybko zamienić na “pełnowartościową”.

 

Ziemskiego

Nie jestem pewny, ale tego słowa nie powinno się chyba pisać wielką literą. Tak samo, jak np. marsjańska gleba, wenusjańskie chmury itd. Chociaż same nazwy planet piszemy przecież wielką literą.

 

ukształtowała mnie nie łatwa przeszłość.

niełatwa

 

Czytało się bardzo przyjemnie. Joł ;)

Cześć! 

 

Najpierw polecę z kiksami:

 

Trawa Ziemska na sterydach.

w smaku Ziemskiego grzańca,

O ile w pierwszym przypadku można od biedy założyć, że przy nazwie własnej rośliny wielka litera ma uzasadnienie, to o co chodzi w drugim ;]? 

 

A przecież, do jasnej ciasnej, nadajniki wyraźnie namierzyły na tej gównianej planecie całą masę wyższych form życia.

Przez kurewsko twardą ziemię nie mogłem ich nawet pochować po ludzku

Nie jest to błąd, ale najpierw tak po dziecinnemu, a za chwilę z grubej rury :]. Odczuwam lekki dysonans ;]. 

 

Patrzę na plakat, który wisi tuż przed zdruzgotaną kabiną sterowniczą.

Znowu – nie jest to błąd, ale zwykle używa się tego wyrażenia w stosunku do osoby. Proponuję np. strzaskaną. 

 

Podobnie tutaj :

Nie opiszę, jak perfidnie się wtedy czułem.

perfidny

przewrotny, podstępny, chytry i złośliwy, przebiegły [SJP]

 

Chciałem umrzeć, ale nie w taki sposób. Nie jak jakaś rytualna świnia! Jeden z nich wyciąga z pochwy diamentowy miecz. [Blask?] Niemal mnie oślepia.

Fabularnie naprawdę spoko :D. Jasne opisy, fajny motyw z retrospekcją i skakaniem narracji pomiędzy różnymi okolicznościami przyrody ;]. Wiarygodny opis obcych i motywów, jakimi się kierują. Budowanie napięcia i uczucie bezradności w ostatniej scenie – sztos! :]. 

 

Czekam na następne opowiadanie. 

 

pozdrawiam

M.

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com

AmonRa,

Cieszę się, że opko się podobało, i że doceniasz wszystkie zawarte w nim sceny jako tworzenie całości, bo właśnie na to tutaj dużą uwagę poświęciłem. Niby jest dość krótko, ale równocześnie każda scena ma znaczenia. No i dzięki za wypatrzenie wpadek, pozmieniałem co trzeba,

Pozdrawiam!

MordercaBezSerca,

Tobie też dziękuję za czujne oko. Już co prawda zmieniłem część z wypisanych przez Ciebie rzeczy (jasna ciasna była w wersji roboczej i miała zostać zmieniona już dawno, a jednak jakoś przemyciła się skubana do końcowego tekstu :P), nim przeczytałem Twój komentarz, ale i tak dzięki! 

No i fajnie, że się podobało. Oczywiście polecam się na przyszłość :)

Pozdrawiam!

 

Ostatnio przeszedłem przez zbyt wiele bet, które spowodowałyby, żem nadmiernie wyczulon na niedoskonałości w tekstach cudzych – i jakimś zbiegiem okoliczności skorelowalo się to z niedostrzeganiem baboli w tekstach własnych (zmęczenie materiału krótko mówiąc :P), więc nie będę robić łapanki, choć tu i ówdzie bym tekst podszlifował. Ale… 

 

Kadłub jest niemal nieuszkodzony, ale resztę szlag trafił. Nie mam najmniejszych szans, aby samemu coś z tym zrobić.

"Reszta", "coś" wyjątkowo źle działają na wyobraźnię. Nie czuję tej sceny. Już lepiej byłoby ominąć ten fragment. 

Nie pasuje mi też ten opis do bohatera, który jest chyba ekspertem od podróży międzygwiezdnych. Na pewno wyrażałby się bardziej profesjonalnie i szczegółowo. 

 

Co poza tym? 

Jest magia, jest i miecz. Co prawda miecz służy tylko do błyszczenia, bo nikt po niego nie sięga, a czary stary szaman rzuca tak szybko, że nasz pierwszoplanowy nieszczęśnik nie ma czasu by poświęcić im choćby chwilę czasu i zadumać się nad naturą obserwowanych zjawisk. 

Na koniec mamy fajną klamrę, nawiązanie do przydomku bohatera, to się udało. Mamy też bardzo nieszczęśliwy koniec. Trochę liczyłem na to, że dasz się ponieść historii i rzeczywiście opiszesz moment odrodzenie Piotrka jako magicznej/boskiej istoty, a nie poprzestaniesz tylko na śmierci – to by wniosło trochę świeżości w motyw podróżnika składanego w ofierze przez dzikusów.

Wątek ojca moim zdaniem całkiem zbędny, nic w zasadzie nie wniósł do historii.

Tekst sam w sobie nie jest zły, ale mogłeś trochę bardziej popuścić wodze wyobraźni. :) 

 

I nie ma co mnie obłaskawiać wspomnieniem nicku w tekście, bo mój głos tyle samo wart co każdego innego uczestnika. :P

Dobra, no to podyskutuję z pomysłodawcą. Bo się akurat nie ze wszystkim zgadzam.

 

Jest magia, jest i miecz. Co prawda miecz służy tylko do błyszczenia, bo nikt po niego nie sięga, a czary stary szaman rzuca tak szybko, że nasz pierwszoplanowy nieszczęśnik nie ma czasu by poświęcić im choćby chwilę czasu i zadumać się nad naturą obserwowanych zjawisk. 

Co do miecza, a właśnie, że sięga. I to w ostatniej scenie, ba, ostatnich zdaniach. Tych kończących historię, więc jakże ważnych. Bohater umiera od ostrza, nie od laserowego czegoś tam, a to wskazuje między innymi na przewrotność jego losu. Świat przyszłości, poszukiwanie nowego życia, a tu ciach. 

Co do magii, to właśnie taka ma być. Szybka, tajemnicza, nieokreślona. Tak jak nowy, niezbadany świat.

 

Trochę liczyłem na to, że dasz się ponieść historii i rzeczywiście opiszesz moment odrodzenie Piotrka jako magicznej/boskiej istoty, a nie poprzestaniesz tylko na śmierci – to by wniosło trochę świeżości w motyw podróżnika składanego w ofierze przez dzikusów.

Przez moment myślałem, czy jednak nie dać jakiejś wskazówki, że ta przepowiednia nie była tylko nic nie znaczącym wymysłem dzikusów, jednak postawiłem na zakończenie otwarte. Jak często zresztą robię.

 

Wątek ojca moim zdaniem całkiem zbędny, nic w zasadzie nie wniósł do historii.

A moim zdaniem jest zupełnie odwrotnie. Wnosi chociażby to, że pokazuje nam motywacje bohatera i tłumaczy jego działania. A to dla fabuły bardzo dużo. Przynajmniej dla mnie.

 

I nie ma co mnie obłaskawiać wspomnieniem nicku w tekście, bo mój głos tyle samo wart co każdego innego uczestnika. :P

Nie chciałem nikogo obłaskawiać z zamiarem przylizywania się, gdyż znam zasady oceniania, jeno chciałem oddać niewielki hołd dla pomysłodawcy konkursu :) 

Co do miecza, a właśnie, że sięga. I to w ostatniej scenie, ba, ostatnich zdaniach. Tych kończących historię, więc jakże ważnych. Bohater umiera od ostrza, nie od laserowego czegoś tam, a to wskazuje między innymi na przewrotność jego losu. Świat przyszłości, poszukiwanie nowego życia, a tu ciach. 

Więc tym był ów Świst.

Wykazałeś się dużym zaufaniem do czytelnika – jak widać ja nie sprostałem. :P

 

Przez moment myślałem, czy jednak nie dać jakiejś wskazówki, że ta przepowiednia nie była tylko nic nie znaczącym wymysłem dzikusów, jednak postawiłem na zakończenie otwarte. Jak często zresztą robię.

A mnie się wydawało, że ten świst zamyka historię bohatera tak raz a dobrze. 

Nie wyczułem tam tego otwartozakonczeniowego znaku zapytania. Ciekawe jak inni czytelnicy. 

 

 

A moim zdaniem jest zupełnie odwrotnie. Wnosi chociażby to, że pokazuje nam motywacje bohatera i tłumaczy jego działania. A to dla fabuły bardzo dużo. Przynajmniej dla mnie.

Nie wątpię, że miałeś solidy powód, ale po prostu – jak dla mnie – więcej z tego zostało w twojej głowie, niż w tekście. Jakby może bohater się raz czy dwa odniósł do postaci ojca i tego, że przez niego tak gnal przez kosmos, by coś jemu i sobie udowodnić… a tak to, jakby ominąć ten fragment, to (w moim odczuciu) czytelnik nic nie traci. 

 

 

Nie chciałem nikogo obłaskawiać z zamiarem przylizywania się, gdyż znam zasady oceniania, jeno chciałem oddać niewielki hołd dla pomysłodawcy konkursu :) 

Wiem, wiem, ale gdzie mnie do hołdów. :) 

 

 

Miotało nami jak mrówkami

Rym

Patrzę na czarne ekrany, które nie sposób już uruchomić.

których

Dlaczego jej nie posłuchałem.

Tu chyba powinien być znak zapytania.

 

Opowiadanie sprawnie napisane, narracja trzyma styl wiarygodny dla tego typu bohatera. Mimo to opisana historia mnie nie porwała. Nie wczułem się w protagonistę (oczywiście, próbujesz go pogłębić, ale jednak są to właściwie tylko dwie scenki, dotyczące w dodatku dość zgranych motywów), fabuły tu właściwie nie ma, bo przez większość czasu on stoi i marudzi, świat przedstawiony też niczym nie olśniewa (przez jakiś czas miałem nadzieję, że inteligentnymi kosmitami okaże się ta trawa, tymczasem znikąd wyskoczyli kosmici bardzo prozaiczni). Jednym słowem tekst jest moim zdaniem zbyt krótki, by wciągnąć, nie zaskakuje też żadnym oryginalnym pomysłem. Niemniej, jak wspomniałem, jest dobrze napisany, więc czytanie nie sprawiło mi przykrości ;)

Siema :)

 

Bardzo fajny tekst, który wciągnął mnie przede wszystkim tymi fragmentami, kiedy bohater jest sam, na planecie. Retrospekcje nieco mnie wybijały i muszę pomarudzić, szlakiem Gekiego, że motyw ojca niekonieczny. Owszem, wiedziałem, że to próba pokazania tego pędu po nowe i udowadnianie swojej wartości, oraz z czego ona wynika. Zresztą ta wcześniejsza retrospekcja jeszcze dobitniej pokazuje, że bohater był tak zafiksowany, że nie liczył się nawet z rodziną. To Ci się udało, jednak dla mnie to osobna historia, która w żaden znaczący sposób nie wpływa na wydarzenia, których czytelnik jest świadkiem w tych fragmentach pisanych w czasie rzeczywistym. Ale to w zasadzie szczegół, który w żaden negatywny sposób nie wpływa na tę historię. Czytałem z wielką przyjemnością i zainteresowaniem, jak potoczą się losy bohatera. Ktoś tutaj wcześniej wspomniał “Marsjanina”, ale to nie to. Bardziej przypominało mi losy astronautów z filmu “Czerwona planeta”, ale to też nie do końca. Kiedy wprowadziłeś kosmitów, miałem z kolei jakiś flashback z “Pana lodowego ogrodu” i intro drugiej części nowej trylogii Star Treka z Chrisem Pinem :)

Pamiętam jakies podśmiechawki niedawne, że wybrałeś sobie hasła konkursowe do fanfika Gwiezdnych Wojen i szczerze powiedziawszy, myślałem, że w tę stronę chociażby lekko skręcisz, w space operę. Może coś w stylu SW, może “Lorda z planety ziemia”, albo wspomnianego PLO, czy innego “Miecza mroku”, duetu Weiss/Hickman. A Ty polazłeś z fabułą tuż za miedzą, bez udziwniania, ze swojskimi akcentami. Myślę, że gdyby to opowiadanie doprawić jeszcze nieco polskimi akcentami, to równie dobrze Twój zestaw mógłby być taki: Imperium Lechickie – W odległej galaktyce :D I to nadal byłby dobry, wciągający tekst spełniający założenia konkursowe.

Klamerka, ktorej użyłeś do spięcia opowiadania bardzo fajna, słodko-gorzka i ironiczna, idealna na end pozbawiony happy. I tylko rozczarowałem się, że nagle tekst mi się skończył, bo wyjątkowo dobrze płynęło mi się z nurtem Twojego opowiadania, a tutaj niespodziewany wodospad, na dole którego czeka klawiatura, domagająca się wystukania na niej kilku słów komentarza ;)

Reasumując: jestem zadowolony, bo opowiadanie faktycznie umiliło mi kilka chwil, a i napisanie komentarza tez jakoś przyjemnie mi idzie ;)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Światowider,

Super, że zajrzałeś, choć mniej super, że tekst nie porwał. Najważniejsze, że nie sprawił przykrości i udręki podczas czytania ;) A co do krótkości, to napisałem dokładnie tyle, ile chciałem, a nie lubię na siłę rozpychać literek. Przykładowo postać protagonisty, o której wspomniałeś, nie jest w tym opowiadaniu kluczowa jako tako. Bohater nie ma z nim na pieńku od początku i nie ma też sporu. Ot, pojawia się gościu, który zamyka opowiadanie i oczywiście ma znaczenie, ale jest jednym z wielu obcych, a to właśnie ci obcy mają większe znaczenie niż on jako jednostka. Zagmatwałem tłumaczenie? :D

 

Outta,

Och, trzasnąłeś niezły komentarz, dzięki!

Retrospekcji będę bronił zaciekle, uznając je może nie tyle za konieczne, ale z pewnością potrzebne do wybrzmienia tego i owego. 

Nie lubię opierać się na jakichkolwiek uniwersach, gdy coś piszę (przynajmniej świadomie), więc raczej nie szukałem konkretnych inspiracji w żadnej książce, choć nie ukrywam, że tytuł jest oczywiście małą pochodną od Pana Lodowego Ogrodu :)

No i cieszę się, że jesteś zadowolony, to najważniejsze ;)

Pozdrówka

 

Interesująca, boska prawie klamerka.

Mnie też zbytnio nie porwało, ale tekst zły nie jest.

Morał z tego, że należy słuchać żony. Czy warto słuchać ojca – kwestia otwarta. BTW, ojciec wydał mi się naprawdę chory. Rozumiem projektowanie własnych marzeń na dzieci, ale świadome zarażanie ich beznadzieją?

Chętnie dowiedziałabym się więcej o kosmitach. Niby mają miecze, więc i jakąś technologię, a tu żadnych śladów na powierzchni planety. No, chociaż dym z kominów za dnia, światła (mogą być magiczne) w nocy… Chyba że facet wylądował na środku rezerwatu. Ale rezerwat z samą trawą?

Babska logika rządzi!

Finkla,

Mnie też zbytnio nie porwało, ale tekst zły nie jest.

Hm, czyli w Finklowej skali ocen nie tak źle :D

 

Morał z tego, że należy słuchać żony.

O kurde, rzeczywiście! Nie daję żonie tego tekstu do przeczytania w takim razie, bo jeszcze podobne wnioski wyciągnie :P

 

Chętnie dowiedziałabym się więcej o kosmitach. Niby mają miecze, więc i jakąś technologię, a tu żadnych śladów na powierzchni planety. No, chociaż dym z kominów za dnia, światła (mogą być magiczne) w nocy… Chyba że facet wylądował na środku rezerwatu. Ale rezerwat z samą trawą?

Prawdopodobnie dałem ku temu zbyt mało przesłanek, i teraz to wiem, ale już powiem jak to widzę jako autor. Gościu chodził po planecie i wciąż widział różne dziwactwa, które jednak były tylko złudzeniami. Widział też szczyty, ale jak podążał w ich kierunku, to się oddalały. A potem mamy nagłą teleportację do miasta, które zwyczajnie jest chronione za pomocą magii przed obcymi. Czyli nie mógł do niego trafić w inny sposób. A z kolei nie przeszedł nie wiadomo ile tej planety, bo musiał wracać na noce do statku, czyli w zasadzie mógł zwiedzić jedynie obszar niewielkiej miejscowości, tak na nasze.

 

Dzięki za pstryk, to znaczy klik, pozdrówka ;)

 

 

No, OK. Ale lecieli eksplorować obcą planetę i nie mieli na pokładzie helikoptera, żadnego pojazdu, roweru nawet? Namiotu porządnie chroniącego przed wszystkim? Rozumiem, że coś mogło się popsuć podczas twardego lądowania, ale przecież nie wszystko.

Babska logika rządzi!

Finklo, właśnie oczami wyobraźni ujrzałem bohatera przemierzającego planetę na hulajnodze elektrycznej (albo jakiejś wersji bardziej nowoczesnej) i zainspirowałaś mnie :D A tak całkiem serio, to oni mieli tylko odkryć. Ekploratorzy kosmosu, gwiezdne zawadiaki, nie naukowcy, więc dodatkowy sprzęt do podróżowania po powierzchi zbędny. Skanują teren ze statku, lądują tam, gdzie trzeba. Więc kosmiczne autka to tylko niepotrzebny balast. Gdyby udało się coś znaleźć, na miejsce wpadły by inne jednostki z innym sprzętem itd. No i racja, nikt nie planuje katastrofy, więc w razie W mogli coś mieć. A jednak nie mieli, gamonie… A może się zniszczyło, bo przecież stateczek dla czteroosobowej załogi pokonujący kosmiczne dystanse raczej wielkogabarytowy nie był, więc i tego sprzętu wiele nie było, a jak jest napisane, większość jednak uległa zniszczeniu. Sorry za ciąg, ale telefon :(

Przeczytałam z przyjemnością, chociaż prawie do końca zastanawiałam się “czy da się to połączyć?” “czy będzie to razem grało?” Konwencje oczywiście. I chyba właśnie dlatego, że świat magii został przez Ciebie przedstawiony zdawkowo i bez szczegółów, nie zgrzytało pomiędzy światami :) Wyszło tak, że magia i miecz stały się teatralnym dodatkiem (scenografią?) do międzygalaktycznych przygód bohatera i eksploracji kosmosu, choć nie twierdzę, że to szkodzi opowiadaniu.

 

niełatwa” razem

 

Pozdrawiam!

Obawiam się, że dołączę do szeregu marud. ;) Bo prawda, czytało się przyjemnie i z zaciekawieniem, jednak ograne klisze trochę przeszkadzały. W końcu wiele razy widzieliśmy bohatera, który ma Wielką Misję i z tego powodu odsuwa się od rodziny, aż w końcu porzuca go rozgoryczona ukochana. Szkoda też, że w tym konkursowym połączeniu nie znalazło się więcej magii i miecza – w proporcjach do drugiego hasła wypada słabo.

No, czegoś mi tu zabrakło, niestety. Choć tytuł świetny, od razu przykuł moją uwagę.

chalbarczyk,

Bardzo się cieszę, że czytało się z przyjemnością :) Przyznam Ci rację, że magia i miecz ma w tym opowiadaniu nieco teatralny dodatek, jak to ujęłaś, lecz nie w zupełności. Choć ta reszta miała być już bardziej metaforyczna, alegoryczna i takie tam, i sam nie jestem pewien, ile tego jest tylko w mojej głowie, a ile ktoś będzie w stanie wyczytać. 

Pozdrawiam!

Silva,

Ależ ja Was kocham (Was, czyli marudy)! Dzięki Wam właśnie kolejne teksty mogą być lepsze :) Tobie również rację przyznam, że pewne motywy nie są w tym tekście kwintesencją oryginalności, jednak wcale nie planowałem, aby były. Gdy mam jakiś pomysł, tworzę go. Nie zastanawiam się wtedy jakoś bardzo, czy to jest super oryginalne i tak dalej, gdyż piszę, co czuję. 

Co do magii i miecza, to już odpowiedź jest na początku tego komentarza.

Szkoda, że czegoś zabrakło, choć jednocześnie dzięki za dostrzeżenie plusów, uwagi oraz ogólnie za Twe przybycie. Polać jej! :)

Cieszę się, że moje bezczelne kręcenie nosem na coś się przydaje. ;D

Powiedziałbym: kręć nim, kręć! Ale nie jestem pewien, czy dobrze to brzmi :P

Hm… najbardziej spodobały mi się opisy omamów bohatera. Bardzo plastycznie i przemawiająco do wyobraźni czytelnika, a przynajmniej mnie, je nakreśliłeś. 

Tak czy inaczej, całość przeczytałam z przyjemnością i zainteresowaniem. Mnie też chyba trochę bardziej odpowiadają fragmenty teraźniejsze niż retrospekcje, ale bez nich nie był by to z pewnością ten sam tekst i uważam je za potrzebne.

Klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie :)

Katiu, dziękuję za komencik i kliczka ;) I właśnie dostrzegłem, że wrzuciłaś swój tekst, a że Twoje teksty bardzo lubię, z pewnością zajrzę ;)

Cześć, Realuc!

 

Połączenie motywów, które sobie wybrałeś, nie zapowiadało super awangardy, bo magia i miecz z odległą galaktyką to coś znanego i lubianego, choćby w Gwiezdnych Wojnach. W takich wypadkach sztuką jest napisać coś, co nawiązuje do tematu, ale przyciąga uwagę czytelnika i tu się to udało. Rzeczywiście akcja w czasie teraźniejszym wciąga też bardziej niż retrospekcje, ale w dość krótkim tekście udało Ci się zmieścić sporo i o samym świecie i o losach bohatera, zanim go poznaliśmy.

Pozdrawiam

 

Hej, oidrin! Gdzieś tam wyżej pisałem chyba, że nie lubię rozpychać opowiadań. Zazwyczaj piszę więc dokładnie tyle, ile pierwotnie dyktują mi stukające o klawisze palce. I choć nie jeden raz mam ochotę coś rozszerzyć, rzadko to robię. Czemu? Nie wiem :P Tak czy siak cieszę się, że udało się upchnąć sporo, oraz że jednak trochę zaskoczenia w tym nieco oczywistym połączeniu tematów się znalazło ;) Pozdrawiam!

Fajny klimat na początku, pomimo jakiejś takiej przebitki pulpowości bardzo nastrojowy. Potem niby wejście w absurd, a jednak gdzieś tam przebija ta warstwa klimatu, choćby w ironicznym przypomnieniu ”nazwania go bogiem”, czy we wspomnieniu dzieciństwa. Trochę dziwnie w tym wszystkim dziwnie wyglądają te wstawki z Łysym, Prawym, Orłem, ale rozumiem, ze to element wspomnianej pulpy.

Swoją droga fajnie wplątałeś różne wątki obyczajowe.

No, podobało się. Nawet jeśli oczekiwałem nawet po tej abstrakcyjnej scenie nieco więcej domieszki emocjonalnej, to przyjemne parę chwil lektury.

 

,,Gwiezdny SHOT”

Cudzysłów zmienił się w dwa przycinki.

 

"Przepowiednia Gekikary"

What? XD

"Staruch lekko unosi oręż"

What? XD

 

Hej, wilku!

No, podobało się. Nawet jeśli oczekiwałem nawet po tej abstrakcyjnej scenie nieco więcej domieszki emocjonalnej, to przyjemne parę chwil lektury.

Próbowałem wpleść nieco warstwy emocjonalnej więc szkoda, że jednak znalazło się jej dla Ciebie odrobinę za mało. No ale najważniejsze, że mimo to się podobało :) Wielkie dzięki za komentarz.

 

"Przepowiednia Gekikary"

What? XD

"Staruch lekko unosi oręż"

What? XD

 

Haha, o ile pierwsze jest zamierzone, gdyż jak pisałem wyżej, to taki mały hołd dla pomysłodawcy konkursu, o tyle Staruch to już zupełny przypadek :D Nie śmiałbym wywoływać Go z jaskini :P Tym bardziej, że w tekście znaleźć można jeszcze to:

Staruch znowu wywija łapskami…

 

Haha, o ile pierwsze jest zamierzone, gdyż jak pisałem wyżej, to taki mały hołd dla pomysłodawcy konkursu, o tyle Staruch to już zupełny przypadek :D

Tam jeszcze jest Wybraniec, zastanawiałem się czy nie zacząć szukać więcej nicków i nawiązań ;-)

 

O kurczaki, to w takim razie chyba sam przejrzę tekst pod tym względem :D

A więc, Mariusie, w końcu cię odnalazłem…

a nie, wróć, nie ta bajka…

Od początku:

A więc, Realucu, w końcu przeczytałem Twój utwór :)

 

Już Ci to Amon Ra i chalbarczyk zgłaszali, ale widocznie Ci umknęło:

 

nie łatwa przeszłość

 

w tym kontekście powinno być "niełatwa przeszłość"

 

Tekst się bardzo dobrze czytało mimo drobnych potknięć językowych (jak to powyższe).

Podobają mi się nity spinające całość – wszystko jest umiejętnie wcześniej zasygnalizowane i ładnie na koniec wybrzmiewa. Przypomniało mi to stare dobre sci-fi, takie w stylu Edmonda Hamiltona.

Zgrabne i pobudzające do refleksji.

 

Jimie, jestem Twoim ojcem…

a nie, wróć, to przez te miecze w odległej galaktyce.

a więc, Jimie, rad jestem wielce, żeś w końcu dotarł i przeczytał. A jeszcze bardziej radują mnie słowa mości pana, świadczące o tym, że się podobało. Nic tak nie krzepi jak pobudzenie czytelnika do refleksji. 

A z tą niełatwą przeszłością to rzeczywiście przeoczyłem. A nawet nie tyle, co przeoczyłem, bo po przeczytaniu komentarza chalbarczyka miałem od razu to zmienić, jeno coś w tym momencie wypaść musiało. A potem się zapomniało, gdyż należę do przedstawicieli krótkopamięciowców. 

Dzięki za komentarz!

Stąpam powoli. W przypadkowym kierunku.

stąpnąćstąpać «postawić nogę, stopę, posuwając się naprzód»

Można iść w przypadkowym kierunku, ale czy stąpać? Jakoś mi się to zdecydowanie gryzie. I akurat pierwsze dwa zdania.

 

Czytałam na tolino, więc nawet jeśli coś tam dalej było, to nie zauważyłam. Czytało się dobrze. Historia może złożony z klocków, które już widziałam, ale obrazek wyszedł odmienny, co mi się podobało. 

Z marudzenia… Masz mocne obyczajowe elementy, dzięki którym możemy trochę poznać bohatera, ale też klamrę, która sprawiła, że chichrałam w ostatniej scenie razem z bohaterem. Portalowe nicki wrzucone w tekst potęgowały to wrażenie czarnego humoru. I tak zakończyłam lekturę z uczuciem lekkiego nawet nie tyle niedosytu, co niepewności. Te wspomnieniowe sceny i czarny humor mocno się równoważyły i wyszło ni tak, ni siak. Nie wiem, czy miało być poważnie, czy miał to być niepoważny absurd.

Ale podobać mi się, podobało :)

I daję kopa do Biblio :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, hej!

Można iść w przypadkowym kierunku, ale czy stąpać? Jakoś mi się to zdecydowanie gryzie. I akurat pierwsze dwa zdania.

A mi się nie gryzie. Skoro stąpać = posuwać się naprzód, to przecież można posuwać się naprzód w przypadkowym kierunku. Chyba… :D

Cieszę się, że obrazek, mimo znanych barw, ukazał też swoją odmienność :)

I wiesz, Irko, nawet dobrze prawisz. Odnośnie tej mieszanki absurdu, humoru, obyczajówki i powagi. Jak sobie tak teraz to analizuję po Twoim komentarzu to dochodzę do wniosku, że rzeczywiście w krótkim tekście chciałem upchnąć może zbyt wiele. A może sam przed sobą w stu procentach nie sprecyzowałem pewnych rzeczy i wyszedł ciut za duży mix. Bo w zamyśle to miało być bardziej poważnie, z domieszką absurdu. O, tak bym właśnie to nazwał.

Dzięki za tego ostatniego kopa, w końcu doleciałem, gdzie nadzieję dolecieć miałem :D

Pozdrawiam!

 

Nowa Fantastyka