- Opowiadanie: maciekzolnowski - Powrót do Sanatorium pod Klepsydrą

Powrót do Sanatorium pod Klepsydrą

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Irka_Luz, katia72, Agroeling

Oceny

Powrót do Sanatorium pod Klepsydrą

I znów powędrowałem na pobliski dworzec, i znów ujrzałem pod nogami śnieg – ten świat dziecięcych fantazji zagrzebany w dziesiątkach zimnych hałd. Mogłem taplać się jak za dawnych lat w śmietankowym oceanie, w bieli zupnego chłodnika. A kiedy tak szedłem, niegroźny mi był karzący bicz mrozu trzaskającego ani zapadanie się w misterium zasp niby w bajkowy sen. Uszy tylko zakryłem, odstające w taki sposób, jakby miały za chwilę odfrunąć w cieplejsze kraje. Siny zmarznięty nos, jak kominy plugawych fabryk zasmarkany, zabezpieczyłem jeszcze grubą, jedwabną chustą i tak brnąłem, przedzierałem się przez nieskończenie długie minuty.

Przez moment napawałem się wiejskim pejzażykiem, którego biel była głośniejsza od łkania nieszczęśnika, co stracił wzrok. Kwadraty blasku u mych stóp wyglądały jak wejrzenia z innego, lepszego świata. Czarna sadza zdążyła już osiąść na płucach ziemi i tylko gdzieniegdzie śnieg czysty jak łza pienił się efektywnymi czapami, nastroszonymi pióropuszami, żelowanymi na glanc fryzurami krzewów. Tylko wiatr jojczył niemożliwie nad mym uchem, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Miliony mikroskopijnych słońc zagrzebały się w tellurze Ziemi i nie zamierzały ni wstawać, ni zachodzić już więcej. Z drzew i ulicznych latarni zwisały sople wypolerowane na kryształ i tylko pilny obserwator potrafił dojrzeć w nich fałszywe klejnoty, surogaty odpustowych błyskotek, fatamorgany Szmaragdowych Grodów albo innych krain fikcji i zabobonu; słowem: całą tę tandetę racławickich świecidełek, wykradzioną ze skarbca Racławii.

Na stację dotarłem niepostrzeżenie, nabyłem starodawny bilet Edmondsona z dziurką pośrodku i wsiadłem do składu, który natychmiast ruszył. Zabrał mnie w podróż, która trwać miała wieki. Na tej bocznej, zapomnianej linii, na której raz na tydzień kursował pociąg, jechała zaledwie garstka pasażerów, a wśród nich ja. Jakiś impuls wyprowadził mnie z domu i wpakował do tych wagonów archaicznego typu, dawno już wycofanych z obiegu, obszernych jak salony oraz ciemnych i pełnych zakamarków.

Krajobraz za oknem, szary i pozbawiony akcentów rdzeń typowego dnia styczniowego, zajmował mnie góra przez kwadrans. Za to szyny, po których płynnie przemieszczała się kolejka, stanowiły fenomen niebywale wprost intrygujący. Lokomotywa poruszała się w iście magiczny sposób po fascynującej płaszczyźnie jak po tabernakulum Przybytku Świata. Płaski, z małymi wyjątkami, był też misterny nasyp kolejowy. To wszystko, co znajdowało się w niejakiej odległości od tego nasypu, falowało. Raz to wznosiło się, a raz opadało, i to nawet o kilka, kilkanaście metrów, jakby przecząc wygładzonemu do perfekcji uniwersum trakcji. Oczekiwało się, że jakiś oświecony mąż Laktancjusz zstąpi, zerwie zasłonę firmamentu i pouczy niedowiarków na temat prawdziwego oblicza Ziemi niebędącej kulą.

Czas płynął, a pociąg przeprawiał się przez zimę niczym przez głębokie morze. I sapał, i wzdychał, a przy tym płakał marznącymi łzami jak człowiek. W pewnej chwili zapatrzony w warstwy przesuwającego się mimochodem za oknem oceanu złożonego z pól i lasów, zapadłem w życiodajny sen, a gdy się ocknąłem – nie było już ani wagonów, ani zapomnianej, bocznej linii, lecz coś zgoła odmiennego, coś potwornie, ale to potwornie niepokojącego.

Aura krainy wiecznego śnienia była niesamowita i przez tę swoją niesamowitość skutecznie odwracała uwagę od parszywej gęby cuchnącej setką kominów zimy, zimy z na stałe przyklejonym, a raczej przymarzniętym uśmieszkiem. Błękitna krew pulsowała w żyłach przykrótkiego dnia-chwilówki. Chabrowe światło skryło się gdzieś za lodowym kloszem nagich szczytów-ekshibicjonistów, a słońce najwyraźniej spało we mgle i przegapiło zaranek, przespało własny zachód i kolejny świt.

Tak oto obudziłem się na niepozornej ławeczce, po jednej stronie mając gościniec, pod drugiej zaś – początek jakichś dziwnych zabudowań małomiasteczkowych, na czele z cerkwią i synagogą. Pobliski napis wszystko wyjaśniał: Truskawiec – Galicja Wschodnia. Mój Boże! I pomyśleć, że całe lata iście detektywistycznych dociekań, kiedy starałem się namierzyć rzeczywistą lokalizację prawdziwego Sanatorium pod Klepsydrą, zawiodły mnie aż tutaj! Jak dotychczas nie dopuszczałem myśli o tym, że czas się cofnął i sam jakby zbłądził, a ja razem z nim. Dźwignąłem się tylko niezdarnie z miejsca, capnąłem za bagażyk oraz U-Booty konserw rybnych w odmętach plecaka i zacząłem wędrować w stronę, jak sądziłem, centrum. Zła zima stacjonowała w milczeniu, okupowała krainę i nie było ani chwili do stracenia, gdyż za wszelką cenę starałem się odkryć tajemnicę tego cichego raju oraz sens i cel mej improwizowanej wyprawy.

Przechodnie, proza galiczyzny w wydaniu czystym, zachowywali się nader dziwnie. Miejscowe kobiety ubrane były nie po bożemu i odznaczały się niespotykaną wprost oziębłością. Za nic nie chciały ze mną rozmawiać.

W pewnym momencie w blasku latarni dostrzegłem wrogą armię inicjującą oblężenie miasta. Zbroje wojów widziane z pewnej perspektywy skrzyły się jak płatki śniegu i przypominały zimne ognie, miecze i ognie. Ach! Co za widowisko! Niespotykane, choć nie dla każdego jednakowo wspaniałe! Ja na przykład spuściłem tylko wzrok nieznacznie i jak gdyby nigdy nic wstąpiłem najpierw do zakładu z napisem „lody” na pyszne pączki, które zakupiwszy maczałem sobie w kawie, a następnie do sklepu cynamonowego, w którym obsługiwali subiekci i tłoczyli się klienci.

Od starszego jegomościa, który przedstawił mi się jako pan Jakub, właściciel, otrzymałem list. Był to w zasadzie niepokaźny pakiet, w którym znajdował się refraktor astronomiczny. Do tegoż refraktora dołączono też pewną książkę pornograficzną. Zaciekawiony, wydobyłem ów instrument składający się z labiryntu ciemnych komór, rozłożyłem go i spojrzałem w czarny lej okularu. A oto, co ujrzałem: powiększoną tysiąckrotnie Adelę, wysypującą z koszyka barwną urodę słońca, czystą poezję owoców, wodorosty jarzyn wyglądające jak zabite głowonogi i meduzy. Kiedy natomiast odwróciłem teleskop w przeciwną stronę, mogłem śledzić w polu widzenia pokojówkę idącą długim korytarzem Sanatorium pod Klepsydrą. Czy ona mnie widzi? Czy ona mnie słyszy? – zastanawiałem się. I tak już po sekundzie pojąłem, dokąd następnie mam się udać.

Po drodze natknąłem się jeszcze na plugawego esesmana Karla Günthera, który przymierzał się właśnie, by z balkonu swej willi ustrzelić paru Żydów, a może i samego Józefa (Schulza). Co on tu robi? – zastanawiałem się. – Przecież to nie jego czas. Wroga armia, hitlerowcy, miasto-widmo, dawna Polska – tutaj nic, absolutnie nic się kupy nie trzymało, jakby czas pogubił się w swych licznych odnogach i przez to stał się jakiś niepełnowartościowy, dziurawy jak sito, tandetny i do cna znoszony. Nie namyślając się długo, wyjąłem refraktor, który błyskawicznie przeistoczył się w niewielkie działo z lunetą, i unicestwiłem Niemca. Wkoło zaroiło się od razu od duchów pomordowanych w okrutny sposób ludzi, które zaczęły niemrawo tańczyć. W tle zaś akompaniowały posępne śpiewy starocerkiewne, z basso profondo na czele, które wychodziły daleko poza przestrzeń sakralną.

Przez jakiś czas szedłem gościńcem. Pobliskie wzgórza a to wznosiły się jak bałwany morskiej piany, a to znów opadały faliście ku bezwstydnej mieliźnie, miernocie na tle górskich szczytów i pofałdowań wybitności. Dobroczynna zieleń miejscowego lasu, odsłonięta tu i ówdzie przez osypujący się śnieg, była pochodną jednej i tej samej barwy, którą określiłbym mianem czarnej oraz nasączonej wilgocią. Mróz pojawiał się albo nie, a i tak było zimno jak w psiarni.

W pewnej chwili zadudniły mi pod stopami schody mostu zwodzonego, z którego zstępowało się wprost do posępnego wnętrza strupieszałego i pełnego przeciągów Sanatorium. Przez moment oswajałem wzrok z upiorną ciemnością tego przybytku i intuicyjnie poszukiwałem którejś ze znanych mi osób – bohaterów literackich: doktora Gotarda, gibkiej pokojówki, introligatora w ciele bestii. Powstrzymując atak niepohamowanego łakomstwa, albowiem w pobliżu mieścił się bufet, trafiłem z niejakim trudem do pokoju, w którym spał ojciec Józefa (Schulza), Jakub. Nie było cienia wątpliwości, że jest to ten sam kupiec bławatny, z którym jeszcze przed niespełna godziną rozmawiałem i który przekazał mi list. Mój Boże! Czas w tym dziwnym miejscu okazywał się być bytem zupełnie niepełnowartościowym i niepojętym, działającym wbrew wszelkiej logice, niezdroworozsądkowym. Chciałem zamienić z chorym kilka słów, ale jego stan skutecznie pokrzyżował mi plany, zaś ja zwyczajnie nie miałem sumienia przerywać tej jego sennej zadumy. Liczyłem po cichu na spotkanie z samym Schulzem, tym niedoścignionym mistrzem pióra, alchemikiem ludzkich uczuć i emocji, ale niestety przeliczyłem się. Cóż by to było za wydarzenie dla mnie, skromnego adepta terminującego u muz! Nigdy nie rozumiałem tego, w jaki sposób taki obskurny skądinąd Drohobycz zdołał go natchnąć i gdzie podziały się te wszystkie labiryntowe ulice, tonące w wiecznym mroku i zgniłej aż do szpiku szarzyźnie, te budynki piętrzące się masywnie całymi kaskadami, wodogrzmotami rozciągliwej jak guma materii twórczej? Nigdy tego wszystkiego nie ogarniałem. Nie wiedziałem na przykład, dlaczego ojciec Bruna pełni u niego tak szczególną rolę i czy aby na pewno wyjeżdżał on latem do wód Truskawca? Czy tam na pewno? Zastanawiałem się też niejednokrotnie nad tym, w jaki sposób genialny drohobyczanin wpadł na pomysł mitologizacji familii, odmalowywania słowem własnego rodzinnego podwórka, dzielenia się nim za pomocą serii obrazów dookreślanych za pomocą redundantnych treści, które były kolejno fikuśnie doczepiane do siebie, doklejane, dołączane i układały się w zdania barwne i wielokrotnie złożone? – Ech, Bruno, Drogi Bruno! Gdzie się podziałeś i skąd się wziąłeś?

Od tamtej pory jadę, wciąż jadę. Zadomowiłem się niejako na kolei i tolerują mnie tam, wałęsającego się od wagonu do wagonu. Moje odzienie podarło się już i postrzępiło. Podarowano mi wobec tego znoszony mundur kolejarza. Twarz mam obwiązaną szmatą wskutek spuchniętego policzka. Siedzę w słomie i drzemię, a gdy jestem głodny, staję w korytarzu drugiej klasy i śpiewam, gram. A wtenczas wrzucają mi drobne do czarnej, konduktorskiej czapki, przybrudzonej i z oddartym szpetnie daszkiem.

Koniec

Komentarze

Założę się, że za chwilę ktoś zwróci Ci uwagę, że to short, a nie opowiadanie ;)

Cześć Maćku,

nie znam opowiadania Schulza, ani fimu o “Sanatorium”. Twoje opowiadania odnosi się bardziej do opowiadania, czy ekranizacji? Wyczytałem właśnie, że film wykorzystuje wątki z kilku opowiadań Schulza, na ile trzeba się w nich orientować, dla odbioru opowiadania?

 

Zaznajomiłem się z trochę z Twoją speficzną poetyką w opowiadaniu “Dziwożona”, tutaj też ją mamy. Ale mam wrażenie, że tym razem w znacznym nadmiarze. 

 

…w bieli oceanie, w śmietankowej bieli…

Powtórzenie

 

…niegroźny mi był karzący bicz mrozu trzaskającego ani zapadanie się w misterium iluś tam zasp niby w bajkowy sen…

To zdanie wygląda dla mnie, jakbyś chciał władować w nie zbyt dużo swojego stylu na raz ;) Brzmi, jakby bylo wymuszone zwłaszcza a “misterium iluś tam zasp” wygląda sztucznie.

 

 

 

biel głośniejsza była od krzyku ślepca, co utracił wzrok

Zdecydowanie wymuszone porównanie, brzmi pretenjonalnie, przesadzenie. Tak samo zupełnie nie widzę śnieżnych złogów na drzewach jako “wściekłych czap”. Wściekły może być żywioł, mróz, wiatr, ale zalegający śnieg?

 

Rozumiem Twój styl, ale sądzę, że wymaga doszlifowania. Mam wrażenie, że nad nim nie panujesz, to on Ciebie unosi. Jest porywająca, również dla mnie, jako czytelnika, ale musisz poskromić tego narowistego rumaka, hehe ;) Jakby to on, a nie fabuła opowiadania, grał pierwsze skrzypce. Podobe wrażenie odniosłem w czasie lektury “Dziwożony”. Jakby wydarzenia (dość skąpo przedstawione) były tylko dodatkiem to opisów, w których pozwalasz rozszaleć się swej poetyce ;) 

Jak uważasz? Zgodzisz się ze mną?

Pozdrowienia,

K.

 

www.popetersburgu.pl

Cześć

 

Zwracam uwagę, że to nie opo tylko short XD 

 

A tak na poważnie – ale klimatycznie :]. Niektóre określenia może pasowałoby trochę uspokoić, ale jako całość: SZACUN! Płynę przez ten tekst z przyjemnością i prawie nigdzie nie utykam. 

 

Z tych prawiów-nigdziów wyłapałem:

 

Czarna sadza zdążyła już osiąść na płucach ziemi i tylko gdzieniegdzie śnieg czysty jak łza pienił się wściekłymi czapami, nastroszonymi pióropuszami żelowanymi (-ych) na glanc fryzurami (-ur) krzewów.

 

 

Chyba że miało być jako osobne wyliczenie: czapy, pióropusze, na glanc fryzury ? 

 

Zastana aura krainy wiecznego śnienia była niesamowita i przez tę swoją niesamowitość skutecznie odwracała uwagę od parszywej gęby cuchnącej setką kominów zimy.

Wiem, co chciałeś napisać ale ta zastana tu wyje. Proponuję albo zmienić, albo całkiem wywalić. Zdanie na tym nie straci. 

Podobnie tutaj:

 

Pobliski napis wszystko wyjaśniał: Truskawiec – Galicja Wschodnia. Mój Boże! I pomyśleć, że całe lata świetlne iście detektywistycznych dociekań, kiedy starałem się namierzyć rzeczywistą lokalizację Sanatorium pod Klepsydrą, zawiodły mnie aż tutaj!

Albo te  lata świetlne dać w innym miejscu, albo wywalić świetlne, tak aby się nie kojarzyły z odległością, a czasem tych iście detektywistycznych dociekań, kiedy starałem się namierzyć.

 

Dźwignąłem się tylko niezdarnie z miejsca, capnąłem za bagażyk oraz U-Booty rybnych konserw w odmętach plecaka i zacząłem wędrować w stronę,

Przydałby się jakiś czasowniki do ty U-Bootów, ew. lekka roszada szyku zdania. 

 

Czy ona mnie widzi? Czy ona mnie słyszy? – zastanawiałem się.

Proponuję zapisać kursywą albo wziąć w “…” od początku do pytajnika. 

 

Poza tym kilka przecinków i innej interpunkcji. Nic drastycznego. 

 

Reszta : klimat, klimat, klimat. ;] . Kupiłeś mnie. 

 

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Wybaczcie, Drodzy Moi, że tym razem pojawiłem się z tekstem nieco ambitniejszym, co wcale nie oznacza, że udanym. Już teraz widzę, że trzeba będzie włożyć sporo pracy, by wszystko wyszło cacy. ;-) Dzięki za cenne uwagi i szybki odzew. Wstępnie naniosłem kilka poprawek. 

 

Spędziłem ostatnio intensywną noc w kultowej Chacie pod Śnieżnikiem, podczas której jeden z naszych kolegów pożegnał się z tym łez padołem. Trzeba więc będzie uczcić jego pamięć. Postaram się napisać coś skromnego, ale też jednocześnie klimatycznego. Winny mu to jestem. Byłem jedną z ostatnich osób, z którą rozmawiał i której się zwierzał. Niech Roman spoczywa w pokoju!

https://www.o2.pl/informacje/chatka-pod-snieznikiem-znaleziono-zwloki-turysty-jak-zginal-6598857123089280a

Operujesz tutaj mocno poetyckim językiem, wizja, jaka rozpościera się przed czytelnikiem, jest dosyć oniryczna, co wydaje się usprawiedliwione, jako że odnosisz się mocno do Schulza. Klimat faktycznie jest przyjemny, opowiadanie czyta się dosyć dobrze, mimo poetyckiego nacechowania.

Fabularnie odniosłem wrażenie, że jest to wizja snu, z którego bohater nie jest w stanie wyjść – jakby w nim utknął. Podsumowując: dobry szort z przyjemnym klimatem, ale oprócz tego wiele więcej chyba tutaj nie znajduję.

 

Dzięki, Crucis. Nie, myślę, że faktycznie nie znajdzie się wiele więcej od samej fascynacji Schulzem i jego stylem. 

Jest porywająca, również dla mnie, jako czytelnika…

Dzięki raz jeszcze, Krzysztofie. Sądzę, że znajomość opowiadania Schulza nie jest konieczna. Wydaje mi się też, że bardziej odnosiłem się do książki aniżeli do filmu, aczkolwiek znam oba arcydzieła i szczerze je polecam. Warto również obejrzeć sobie film, który mnie osobiście bardzo inspiruje: https://www.filmweb.pl/film/Miasto+widmo-2002-98650  (”Miasto-widmo” 2002).

Maćku, szczere wyrazy współczucia w związku z Kolegą.

 

A nawiązując do shortu, nie będę się czepiać.

Bo jedyne, czego mógłbym się czepić, to Twój styl, który po prostu jest Twój. I odnoszę wrażenie, że to cały Ty, więc mówienie, że może mi do końca to nie leży, jest tak bardzo bez sensu, jak suche morsowanie kilku niedawnych bohaterów.

Może przeczytałem jeszcze zbyt mało Twoich tekstów, ale z każdym kolejnym jestem niewielki kroczek dalej w kierunku “przekonania”.

 

Dzięki za wyrazy współczucia. W życiu bym nie pomyślał, że przeżyję coś takiego. A swoją drogą, co to musiała być za impreza, że trup słał się albo mógł słać się gęsto? Strach pomyśleć, że mogliśmy wszyscy się zaczadzić, zamarznąć na kość (były cholernie trudne warunki owej nocy), zabalować na amen.  

 

Spokojnie, Silvan, ja potrafię też pisać niekiedy prosto i przeźroczyście, to znaczy pewnie mam, jak każdy z nas, jakiś swój styl, ale nie jestem do niego aż tak bardzo przywiązany, żebym nie starał się i nie mógł próbować czasem czegoś innego. Wiem, że zaprezentowane próbki literackie są strasznie nierówne, wiem też, że w tym konkretnym tekście spartoliłem przynajmniej jedną rzecz, a mianowicie… po co dawać czytelnikowi nadzieję na spotkanie oraz rozmowę z Schulzem, skoro takowa możliwość zostaje całkiem zignorowana? To na pewno wielki błąd, ten brak dania sobie okazji na wypytanie Mistrza o sekrety jego warsztatu, plany i cele literackie czy też własne inspiracje.

Ładnie to jest napisane, Maćku, nawet bardzo ładnie i przeczytałam opowieść z przyjemnością tym większą, że choć wzorowałeś się na twórczości ulubionego pisarza, dziełko nie jest pozbawione cech charakterystycznych dla Twojego pisarstwa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po to się patroli, aby następnym razem było lepiej :)

Znów bardzo poetycko i z przytupem, Maćku. Czytało się płynnie, nawet pomimo ogromnego nagromadzenia metafor. Ale taki masz styl, podoba mi się, jest bardzo obrazowy, choć momentami nawet chyba zbyt ;)

Ja też, jak któryś z przedpiśców, biorę to za sen. Ale czytając miałem wrażenie, że obcuję z czymś napisanym dawno temu, kiedy historie ze snów nie były czymś oklepanym, wałkowanym do przesytu, a skłaniać miały do refleksji w poetyckim stylu. Dlatego u Ciebie mi to nie przeszkadza, nie czuję się oszukany przez autora. Fajne, klimatyczne. Mam jednak pewną uwagę, którą przy okazji innego Twojego opowiadania już roztrząsałem. Poniżej ją znajdziesz:

 

Siny zmarznięty nos, jak kominy plugawych fabryk zasmarkany, zabezpieczyłem jeszcze grubą, jedwabną chustą i tak brnąłem, przedzierałem się przez nieskończenie długaśne minuty.

Tylko wiatr jojczył jakoś tak niemożebnie nad mym uchem, co doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

 

Chodzi mi słowa jak te pogrubione. Te długaśne i niemożebne wybijają mnie z rytmu, ponieważ mój mózg klasyfikuje je jako sformułowania infantylne, znacznie odstające od języka reszty opowiadania.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Cześć, masz dużą łatwość pisania i lekki styl. Moim zdaniem jest jednak w nim przesyt, który porównałabym do szklanki herbaty posłodzonej sześcioma łyżeczkami cukru a nie dwoma. Kilka rzeczy rozdrażniło mnie w tekście jak: " biel była głośniejsza" – to trochę jak stwierdzić, że ktoś cicho krzyknął, albo " ślepiec, co stracił wzrok". Wszyscy wiedzą, że ślepiec jest ślepy. Dlatego się tak nazywa. Byłoby poprawniej napisać: człowiek, co stracił wzrok. Szorstkie w odbiorze jest też " straszliwie okrutny sposób". To takie masło maślane. Trochę bym uspokoiła przekaz. Pozdrawiam

Podoba mi się Twój malowniczy styl

Danka

Cześć!

Nie znam “Sanatorium pod Klepsydrą” B. Schulza, dlatego pewnie nie zrozumiałem wielu rzeczy, ale sam sposób przedstawienia snu całkiem przypadł mi do gustu. Sentymentalne, może nawet nostalgiczne opisy strzępów świata, który ginie w mroku dziejów.

Miejscami trochę surrealistyczne, ale bez przesady (jak na sen). Motyw z ustrzeleniem esesmana trochę mi nie pasuje do całości, a nie znam prerekwizytu, więc mogę błądzić.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Strasznie się cieszę, Reg. Chyba po raz pierwszy nie popełniłem żadnych rażących “baboli”. Jeśli pozwolisz, wydrukuję sobie Twą recenzję i powieszę nad łóżkiem, bo jest niebywale motywująca. :)

To prawda, Silvan. Ale następnego razu nie będzie (przynajmniej na razie). Znów zatęskniłem za mniej rozpoetyzowanymi tekstami, a nawet za zwykłymi creepypastami. :)

Bardzo cenne uwagi, Outta Sewer, za które szczerze dziękuję. Na pewno skorzystam i poprawię, co trzeba, a zrobię to szybko, więc nie będziesz musiał czekać jakoś strasznie długo, a nawet długaśnie. ;) 

Dzięki serdeczne, Danka. 

Zobaczę, co da się zrobić, Patelnia, bo też nie przepadam za pretensjonalnością i językową sztucznością. Również pięknie dziękuję! 

Dzięki, Krar. Ten motyw z esesmanem włączyłem trochę na siłę, gdyż chodziło mi o pomszczenie Schulza, który został zastrzelony najprawdopodobniej właśnie przez Günthera.

Owszem, Maćku, nie ma łapanki. I ja też się z tego cieszę, a skoro czujesz taka potrzebę, powieś komentarzyk w jakimś eksponowanym miejscu i napawaj się nim do woli. ;D

Może i mogłabym przyczepić się do tego i owego, ale znając już trochę Twoje pisanie, nauczyłam się, że starannie dobierasz każde słowo, nim pozwolisz mu zaistnieć w zdaniu. Dlatego uważam, że Twoje opowiadania powinny być napisane po Twojemu, inaczej wiele stracą. Dlatego nie mam zamiaru sugerować zmian i czepiać się czasami dość osobliwych sformułowań, bo one są Twoje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ ja jestem wielce kontent z Twoich łapanek, Droga Reg. W nich cała zabawa w ulepszanie i ubarwianie tekstu. Bez łapanki nie ma przyjemności z pisanki. ;)

W takim razie zrewiduję swój pogląd na sprawę i w przyszłości postaram się sprostać Twoim oczekiwaniom. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W porządku. :)

Bardzo dużo przepoetyzowanego opisu, bardzo mało – a właściwie brak – fabuły albo też jakieś intrygi. Jako wprawka literacka pewnie może być, ale nic ponadto. No i zastanowiłem się chwilę: czemu w końcówce bohater ciągle jeździ koleją? A wyjaśnienia też zabrakło… 

Pozdrówka.

Pozwolę sobie jeszcze się wtrącić w dyskusję – chciałem się odnieść do komentarza Patelni. Co do “głośniejszej bieli”, to mamy tutaj do czynienia z synestezją, nie oksymoronem, jak w przywołanym przez Ciebie przykładzie “cicho krzyknąć”. Pomieszanie zmysłów w stylu “coś smakuje dosyć zielono”, albo owa “głośna biel” umieszczona przez autora w opowiadaniu wydaje mi się dobrze grać z całością, która jest utrzymana w poetyce snu. To jednak tylko mała uwaga. Oczywiście nie próbuję napisać, co powinno Ci się podobać, a co nie (bo tego typu styl pisania potrafi niekiedy zmęczyć), niemniej biorąc poprawkę na poetycki styl opowiadania, użycie synestezji wydaje mi się usprawiedliwione. :)

Hej,

 

dużo tutaj poetyckości, mimo to nie utknąłem, gładko przeszedłem przez tekst. Schulza czytałem dawno, pewnie wypadłoby sobie odświeżyć co nieco.

 

Generalnie mi się podoba, jest to dla mnie taki tekst bardziej do czucia niż śledzenia akcji i perypetii bohaterów. Idealnie byłoby dla mnie, gdyby do tak poetycko zarysowanego świata włączyć w większym stopniu postacie, zawiązać akcję, zbudować napięcie. Pod tym kątem Dziwożona czy na Gwiazdkę Śmierci.. bardziej mi się podobały, bo wyraźniej byli nakreśleni zarówno bohaterowie i akcja. Takie to moje subiektywne spostrzeżenia ;)

 

Jeszcze kilka drobiazgów:

I znów powędrowałem na pobliski dworzec, i znów ujrzałem pod nogami śnieg – ten świat dziecięcych fantazji zagrzebany w dziesiątkach zasp. Mogłem taplać się jak za dawnych lat w śmietankowym oceanie, w bieli zupnego chłodnika. A kiedy tak szedłem, niegroźny mi był karzący bicz mrozu trzaskającego ani zapadanie się w misterium zasp niby w bajkowy sen.

Dość daleko od siebie, do zastanowienia. Mnie nieco razi takie powtórzenie.

 

jak gdyby nic wstąpiłem najpierw do zakładu z napisem „lody”

“Jak gdyby nigdy nic”. Chyba, że to zabieg literacki, żeby tak ten związek frazeologiczny rozerwać ;)

 

Pozdrawiam!

Martwe liście i brudna ziemia

Drogi Rogerze, zastosowałem pętlę czasową (początek-zakończenie), choć u Schulza jest ona o wiele wyraźniejsza. Ponadto przyznaję się bez bicia, że miałem poszerzyć tekst o rozmowę z genialnym drohobyczaninem, co może nie skomplikowałoby fabuły, ale przynajmniej wprowadziłoby jakieś napięcie, grę emocji. Ot, poszedłem na łatwiznę. Dzięki za odwiedziny i przeczytanie.

Dzięki za wyręczenie mnie niejako, Crucis. Przypomniała mi się dawna rozprawa magisterska mojego kolegi o synestezji i systemach barwo-dźwiękowych, która w owym czasie, na tle szarzyzny innych prac, robiła ogromne wrażenie. 

Dzięki BasementKey, że się odpowiednio nastroiłeś i nastawiłeś na tego typu oniryczne doznania. U Mistrza z Drohobycza występują zapewne liczne symbole, w świat których ja osobiście nie zamierzałem tutaj wchodzić, i to dobrze, bo tekst przestałby być w ogóle czytelny. Uwzględniłem Twoje sugestie, za które jestem wdzięczny. I teraz myślę o dodaniu paru drobiazgów, z dialogiem włącznie. Serdecznie pozdrawiam!

Hej, Maćku.

Ten tekst jest niestety nie dla mnie, choć wielce doceniam postaranie i włożoną pracę. Osobiście nie lubię tak rozległych opisów w krótkiej formie, nie wymagam jedynie akcji, lecz tego typu opisy (+ ten styl pisania) pasują mi bardziej do powieści i tam też chętniej bym je widziała.

Ostatnio nawet wkurzałam się, jak w jednym konkursie ogólnokrajowym wygrało opowiadanie, które właściwe żywcem było wyciągnięte z powieści – cała istota tego tekstu opierała się na długim opisie przyrody, pięknym, klasycznie wręcz napisanym, ale jednak. Dla mnie w opku musi być jasny początek i wyraźne zakończenie, bo inaczej martwię się, że to po prostu fragment ;)

Nie odbieraj tego źle, po prostu nie jestem targetem. Jak już napisałam wcześniej – doceniam kunszt i obiektywnie dostrzegam tu pewne piękno. Marzę, żeby umieć w opisy, ale później uświadamiam sobie, że nie każdy musi pisać niczym Schulz. Choć zazdroszczę umiejętności tworzenia oniryzmu.

 

Powodzenia w dalszym pisaniu! :)

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Mimo wszystko dziękuję za poświęcenie się, przeczytanie i napisanie komentarza, LanaVallen. Ja wiem, że opowiadanko jest specyficzne, a nawet specyficznie statyczne, że tak się wyrażę, ale czułem po prostu, iż chcę oraz muszę napisać coś w klimacie “Sanatorium”. Zawarłem parę przemyśleń dotyczących twórczości wielkiego drohobyczanina oraz potencjalnego miejsca opisanych przez Schulza zdarzeń. Już sama refleksja na temat kontrastu między szpetotą współczesnego Drohobycza a tym, co w tak niezwykły i magiczny sposób zostało przedstawione na łamach “Sklepów” i “Sanatorium” zasługuje na uwagę. Dziękuję i pozdrawiam!

Eee, tego, jakby to ująć… Nie lubię Schulza, więc podeszłam do opka jak do jeża. Na szczęście więcej w nim chyba Ciebie niż Schulza ;) Ładne, klimatyczne. Trochę mam wrażenie, że nie lubisz czasów, w których żyjesz i wyrywasz się z nich w coraz to inne własne i niewłasne wspomnienia. Ale podobało mi się :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

A ja lubię Schulza :) I lubię Maćka, więc… no, podobało mi się :) Jak zawsze u Ciebie tekst klimatem stoi :) Czuje tu atmosferę “Sklepów cynamonowych” i “Sanatorium”, ale czuje też Twoje pisanie, dzięki czemu tekst nabiera oryginalności :)

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Dzięki, Irko. Oj, nie lubię tej całej współczesności, może nie to, że nienawidzę, ale na pewno za nią nie przepadam.

Wielkie dzięki, Katia, i za pochwały, które dają mi tak zwanego kopa, i za kliknięcie. :)

 

Wielu już próbowało naśladować styl Schulza i wielu poległo na tym polu, ale Tobie się udało. Nie wiem jak to robisz, ale masz jakiś specyficzny dar… Zwłaszcza początek jest niezwykły, taki nienachalnie schulzowski, nawet nie każdy by się domyślił, gdyby nie tytuł. Właściwie to początki są najmocniejszą stroną Twoich tekstów, jak sobie teraz pomyślałem, ja w każdym razie lubię takie poetyckie opisy.

 

Taka malutka uwaga “Póki co nie dopuszczałem myśli o tym…” Chodzi mi o to “póki co”, zawsze kłuje mnie ten zwrot, choć jest już tak rozpowszechniony, ze przestano na niego zwracać uwagę i go tępić (choć jeszcze niedawno jakiś językoznawca był nim oburzony). Ale tak naprawdę jest nieładny i o wiele lepiej zastąpić go “jak dotąd”, “w międzyczasie” czy “na razie”.

 

Jeszcze dodam, że “Powrót do Sanatorium…” bardziej mi się podobał niż “Dziwożona” Ale spojrzałem na Twój profil, i widzę, że wiele tekstów mam do nadrobienia… Ech, tak to jest, gdy się ma internet tylko w telefonie, czytanie z telefonu to koszmar…

Dzięki! Nawet nie wiesz, jak bardzo motywujące są dla mnie takie słowa. “Póki co” usunąłem i dokonałem jeszcze kilku malutkich poprawek. Serdecznie pozdrawiam! :)

Czytało się przyjemnie, ale coś tu zgubiłam. Albo za mało fabuły jak na moje oczekiwania, albo brakło mi wiedzy, bo w ogóle nie znam twórczości Schulza. Ani biografii.

Acz zawirowania z czasem mogą okazać się ciekawe.

i wsiadłem do składu, który natychmiast ruszył. Zabrał mnie w podróż, która trwać miała wieki. Na tej bocznej, zapomnianej linii, na której raz na tydzień kursował pociąg,

Te powtórzenia są celowe?

Babska logika rządzi!

Masz rację: trzeba będzie to poprawić. Dzięki za opinię i przeczytanie. Zakładałem (słusznie, niesłusznie), że nie trzeba znać biogramu, ale być może się myliłem (scenka z prawdopodobnym zabójcą pisarza, motyw ojca i gosposi Adeli itp.). Dzięki raz jeszcze! :)

Nowa Fantastyka